KUKUŁKA NA KONIU TROJAŃSKIM - Maciej Parowski

KUKUŁKA NA KONIU TROJAŃSKIM

0,0

W „Małpach – Retrospekcjach” opisuje Parowski przemiany sztuki wyobraźni w ciągu ostatnich czterech dekad. Z wnikliwością krytyka i nostalgią uczestnika przedstawia dokonania oraz losy formacji związanej z tygodnikiem studenckim „Politechnik” i miesięcznikiem „Fantastyka”.

Dorobek i strategie pisarzy we wczesnym PRL ogląda przez pryzmat dokonań dwu fal nowej SF – po 1981 i po 1989 roku. W esejach i rozmowach, na setkach zdjęć, spotykają się tu miłośnicy i literaci, filmowcy i twórcy komiksów oraz nowych mediów. Książkę zamyka rozdział „Czytać czy pisać?” – próba „alchemii słowa dla fantastów” – oraz przegląd filmowych nowości z lat 2013–2016.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

tytulowka.jpg

Copyright © Maciej Parowski, 2017

Projekt okładki

Autor

Korekta

Anna Godlewska

ISBN 978-83-948392-1-5

Warszawa 2017

Wydawca

Maciej Parowski

„Wiek XX pozostanie być może wiekiem literatury epickiej i fantastycznej, gdy pierzchną zdradliwe mgły bezsilnych awangard”.

Michel Houellebecq:

„H.P. Lovecraft – przeciw światu, przeciw życiu”

(przeł. Jacek Giszczak)

Kiedy byliśmy młodzi –

Czy któryś z nas by uwierzył,

Że są gdzieś w Alpach górale z obwisłym wolem,

Które aż na pierś spada

Jak u bawołów?

Albo inni znów,

Którym łby rosną wprost z piersi?

A dzisiaj –

Każdy, kto wrócił z podróży

Gotów to stwierdzić…!---

William Shakespeare:

„Burza ”

(przekład Jerzy S. Sito)

Profesor Leon Speciman zakłada istnienie cywilizacji kosmicznej, która wyprzedza naszą o około kwadrans. To, uważa, daje jej ogromną przewagę nad nami, gdyż nigdy nie musi się spieszyć, by zdążyć na spotkanie. (…) Poruszanie się szybciej od światła jest niemożliwe, a już na pewno niepożądane, bo zwiewa czapkę.

Woody Allen:

„Groźba UFO”

(w „Skutki uboczne”)

P1110331.JPG

Przebierańcy (cosplayerzy) i dyskutanci. U góry konkurs strojów podczas konwentu Gostkon 2015. U dołu publiczność jednego z seminariów Polconu 2016 we Wrocławiu.

Farciarz, grzybiarz, cicerone, pieniacz, grabarz!

(zamiast wstępu)

Miałem sporo szczęścia. Marzyłem o tzw. wysokiej literaturze, lecz studiowałem na politechnice i brałem się za branże mało szacowne, które dopiero potem nabierały znaczenia. Dobre koniunktury przychodziły same, a i tak nie od razu umiałem je dostrzec. Pojawiałem się na różnych działkach w dobrych momentach, gdy ogarniał je prąd wznoszący i zewsząd ciągnęło dobre towarzystwo. Te działki to tygodnik studencki „Politechnik”, „Fantastyka”, komiks. Na każdej z tych działek towarzyszyło mi kino – jako rozrywka, obiekt badań, ale też źródło inspiracji i wielu życiowych wtajemniczeń.

40 lat temu w PRL prasa studencka uchodziła za medium niepoważne i peryferyjne, ale im bliżej Sierpnia ’80, tym lepiej było widać, gdzie gromadzą się wolne umysły. Był stamtąd dobry widok na cuda studenckiej kultury. Teatry jak STU, Ósmego Dnia, łódzkie Siódemki, Pleonazmus, Scena Plastyczna KUL Leszka Mądzika. Kabarety jak Salon Niezależnych, bardowie jak Jacek Kaczmarski i Przemek Gintrowski. Aktywny ruch DKF czy buntownicze festiwale – świnoujskie Famy, festiwale teatru otwartego we Wrocławiu i studenckiego w Łodzi, festiwale studentów szkół artystycznych na Śląsku i Wybrzeżu. Obozy tygodnika „ITD” dla studenckich dziennikarzy w Soczewce. Tam uzupełniało się artystyczną edukację, zawierało pokoleniowe przyjaźnie i czerpało wiedzę o Polsce nieobecną w oficjalnych obiegach.

W stan wojenny wkroczyłem jako 35-letni elekcyjny (solidarnościowy) naczelny „Politechnika”, z tomikiem młodokulturowych i filmowych felietonów „Bez dubbingu” oraz cienką paraorwellowską powieścią „Twarzą ku ziemi”. W jedną grudniową noc straciłem pismo, perspektywy i dużo kontaktów – jasne było, że na odrodzenie ruchu w poprzedniej formie władza nie pozwoli. Wyglądało to na totalny krach, a stałem na progu największej i najdłużej trwającej przygody życia. Nie tylko swojej.

*

Andrzej Wójcik i Tadek Markowski, założyciele „Fantastyki”, musieli mnie namawiać. Naczelny tygodnika miałby wziąć dział polski w miesięczniku? Co za upadek! Trochę znałem młodą fantastyczną prozę, bo drukowałem ją w „Razem” – żadnych sensacji. Wójcik, na którym wielu wiesza dziś psy, a który to wszystko rozkręcał, podrzucił mi kilkaset stron z antologii „Spotkania w przestworzach” zestawianych dla KAW. W październiku poszły wybrane stamtąd „Co większe muchy” Krzysztofa Lipki i „Zabawa w strzelanego” Andrzej Drzewińskiego. Do numeru listopadowego wziąłem „Zakład zamknięty” Andrzeja Ziemiańskiego, ale to jeszcze nie była „Bomba Heisenberga”. Opowiadania „Pi = 3,13” Andrzeja Zimniaka nie kupiłem, błędnie uznając tekst za beznamiętną fizyczno-chemiczną igraszkę ze stałymi matematycznymi i fizycznymi zmieniającymi wartość, a chodziło o metaforę świata, który trzeszczy w szwach.

Mój ówczesny świat też wyszedł z formy. „Politechnika” nie odwieszano. Fantaści, do których dotarłem (Snerg, Boruń, Sawaszkiewicz), nie mieli nowych tekstów, miniaturę Zajdla zdjęli ze strachu koledzy, bo Janusz przedrzeźniał stan wojenny. Druk gotowych socjologicznych powieści (Zajdla, Oramusa, Żwikiewicza) wydawał się zagrożony. Proza z poczty była niedobra, ale już w pierwszym numerze poszedł anons konkursu na opowiadanie. Bardzo dobry pomysł, choć nie mój, jak wiele innych, które realizowałem. AD 1982 wierzyłem w zawodowców, bo pierwsze teksty z konkursu traktowały o robotach, śrubkach, sprężynkach.

*

Dopiero po roku powiedziałem żonie, że chyba lubię to, co robię. Kończyliśmy z Rodkiem i Polchem pierwszego „Funky Kovala” – nam się podobał, czytelnicy zaskoczyli pozytywnie dopiero od połowy.

Przedstawiłem w wywiadach dziesiątkę wydawców – opowiadali o stanie fantastyki i filozofii gatunku, ale znów to nie ja wymyśliłem ten cykl. Zacząłem od osób, które tworząc serie SF nadali gatunkowi kulturową rangę, Od Ewy Troszczyńskiej z Naszej Księgarni, potem był Lech Jęczmyk z Iskier i Czytelnika, Bronek Kledzik z Wydawnictwa Poznańskiego, Janina Zielonko z Iskier, Andrzej Wójcik z KAW, Katarzyna Krzemuska z Wydawnictwa Literackiego, Maria Przybyłowska z PIW, Adam Kaska z MON… Zbigniew Przyrowski, wielki promotor SF z „Młodego Technika” wystąpił na spotkaniu z „NF” w Mazowieckim Centrum Kultury dopiero w trzecim tysiącleciu.

Szybko zjawiły się następne literackie asy. Andrzej Zimniak, Marek Baraniecki, Emma Popik, Krzysiek Kochański, Jacek Piekara. W konkursowej poczcie czaił się Feliks W. Kres. W 1984 roku miał się odezwać Oramus i pojawić shorty Ziemkiewicza. Oramus, Baraniecki, Zimniak też byli z „Politechnika”, w tej samej paczce tkwił Mirek Kowalski, spiskował w Nowej, zatrudnił się w Iskrach (a w 1991 wypłynął jako wydawca Andrzeja Sapkowskiego). W 1986 w konkursie „Fantastyki” wybuchły gwiazdy Sapkowskiego i Huberatha, jesienią 1989 poczta przyniosła „Złotą Galerę” Dukaja.

Dużo dobrej fantastyki światowej ściągnął Rodek, później Jęczmyk, a już za wolności Dorota Malinowska. Pomagali im bądź kierowali działem zagranicznym Wiktor Malski, Darek Toruń, Sławek Kędzierski, Arek Nakoniecznik, Danusia Górska, Anna Dorota Kamińska, Paweł Ziemkiewicz.

Marcina Zwierzchowskiego, który dzisiaj kieruje działem przekładów, nie było wtedy na świecie.

*

Młodzi autorzy wyobrażają sobie kierownika działu prozy jako kapryśnego demiurga i przypisują mu władzę nadludzką. Takie to władanie jak meteorologa nad chmurami i piorunami. Poprawiałem teksty, kiedy musiałem, bo sekretarze redakcji gonili, ale szkodziłem im mniej niż parasole ulewie. Leszek Jęczmyk porównuje zajęcie redaktora do grzybiarza, człowiek bierze, co las daje i Boga chwali. Od historii dostałem rewolucyjny moment i trwającą dekady sytuację wielkiej przemiany; a od poprzedników, którzy przeorali ten las i wydeptali w nim redaktorskie ścieżki, zaczątek literackiego poruszenia. Także dzięki nim las dawał coraz lepsze rzeczy. Tysiąc nowych nazwisk, setki zachwycających opowiadań i kilka firmowych antologii pisma: „Trzecia brama” (1987), „Pożeracz szarości” (1991), „Co większe muchy” (1992), „Miłosne dotknięcie nowego wieku” (1998).

W 1982 roku miałem ambicje literackie, a nawet rozgrzebaną drugą powieść. Coraz lepsi autorzy szybko odebrali mi śmiałość robienia prozy, za to dali materiał i ochotę do pisania o innych. Od początku drukowałem recenzje, później większe szkice, także wstępy i noty do antologii. Wszystkim chciało się gadać o gatunku, więc trochę jeździłem po klubach, po konwentach. Stąd znajomości z fanami, którzy odwalali wspaniałą robotę. Między innym z Krzyśkiem Papierkowskim, Kozubskimi (Dziadkiem i Harcerzem), Januszem Monte, który wystrugał nam w Staszowie i Połańcu cztery piękne festiwale (dni) fantastki, z Elą Gepfert i Piotrami – Cholewą i Rakiem, z Wojtkiem Sedeńko, z Kamilem Śmiałkowskim, który dwukrotnie zgromadził komiksiarzy na debaty w krakowskiej Rotundzie, z Maćkiem Witkowiakiem i wszystkimi działającymi przed nim i po nim w Poznaniu. Były z tego nowe znajomości, stosy notatek, a i szkice powstałe z prelekcji, zapisy wielkich dyskusji (także naszych redakcyjnych w Dzierżoniowie, Staszowie, w Polskim Radio, w firmie na Mokotowskiej, na Uniwersytecie Warszawskim)… Po pięciu latach miałem z tego pierwszą krytyczną książkę „Czas fantastyki”.

Po 21 latach drugą, „Małpy Pana Boga. Słowa”, a w 2013 roku jeszcze jedną – „Małpy Pana Boga. Obrazy”. Nazywałem tam tak, jak szły u nas po sobie – fantastykę socjologiczną (polityczną), fantastykę w stylu punk, oniryczną, holistyczną, religijną, bliskiego zasięgu czy wręcz fantastykę rzeczywistości, fantastykę artystyczną, postmodernistyczną, historie alternatywne… Ważna sprawa – ani jednego z opisanych zjawisk nie narzuciłem autorom. Przełomowe teksty same pchały mi się w ręce. Przemianę zwiastowały też nieudane, ale namiętne opowiadania, które musiałem odrzucić. Ale de facto nie wykreowałem żadnej nowości czy przełomu. Nie podyktowałem „Karlgoro godzina 18.00” Baranieckiemu, „Wiedźmina” Sapkowskiemu, „Jeruzalem” Cyranowi, „Kary większej” Huberathowi, „Melomanów” Górskiemu, „Opuścić Los Raques” Żerdzińskiemu, „Noteki 2015” Lewandowskiemu, „Zapachu szkła” Ziemiańskiemu, „Popiela Armeńczyka” Orbitowskiemu… Chociaż, chciałbym, żeby tak było.

Gorzej. Dałem zrazu dowód głuchoty na postmodernistyczne igraszki, zmieniając Sapkowskiemu w „Kwestii ceny” słowo „inteligencja” na staromodną „mądrość” oraz „arogancję” na bardziej stylową „pychę”. Do dziś Andrzej skarży się na to przed międzynarodową publicznością we wstępie do zbioru „Coś się kończy, coś się zaczyna”. Tyle dobrze, że nie zbłaźniłem się jak inni puryści, robiący ­AS-owi awantury o Renfri i jej batystowe majtki.

*

Ewoluowały w tym czasie moje wyobrażenia o istocie gatunku. Pisząc z Oramusem w połowie lat 70. petycje do władz o papier na fantastyczną wkładkę do „Politechnika”, wybijaliśmy cywilizacyjne, naukowe funkcje science fiction. Minęło pięć lat i radośnie odkrywaliśmy jej zadania socjalne i polityczne. Długo patrzyłem na fantastykę przez pryzmat trzech odmian (fantasy, SF, horror), by odkryć przy „Gwiezdnych wojnach”, że istnieją dobre artystycznie formy zmącone (łączone).

Lokowało się też fantastykę w rejonach baśniowego marzenia, rewindykacji moralnej. Opóźniona recepcja Tolkiena, inwazja polskiej fantasy i klerykal-fiction kazały myśleć o funkcjach mitologicznych i religijnych gatunku. Po lekturze Campbella i krytycznych tekstów polonistów i anglistów, którzy (np. w osobie Grażyny Lasoń, Kasi Kaczor, czy Dominiki Materskiej) wtargnęli na działkę prostodusznych fanów, zaczęliśmy ekstrahować z fabuł fantastyki odwieczne struktury o wybrańcach, przeznaczeniu, misji. Pomny lekcji SF socjologicznej, prosiłem zawsze autorów o świadectwa doświadczeń pokoleniowych i indywidualnych. Później, po sporze z psychologami na UW, definiowałem fantastykę jako „język pierwszy”, bo spostrzegłem, że istnieje silna więź między bajkami z dzieciństwa, opowieściami o mechanicznych jeżach, nakręcanych słowikach i drewnianym Pinokio a zbuntowanymi robotami czy obcymi z kosmosu. Z kolei komputery, sieć i ich wizja w twórczości Gibsona i Sterlinga znów pokazywały fantastykę jako godną uwagi projektantkę nowych światów. Natomiast refleksja nad dziełami wyobraźni w różnych czasach pozwoliła doszukiwać się źródeł fantazji także we śnie, narkotykowym odurzeniu, defekcie, chorobie.

Podobne przemyślenia i idące za nimi redaktorskie wymagania musiały onieśmielać młodych i niecierpliwych kandydatów na autorów, którzy chcieli pisać proste wartkie opowieści. Nazywany byłem więc szkodnikiem polskiej science fiction. Po opublikowaniu komiksu o Wiedźminie okazałem się też, w opinii konkurentów, grabarzem polskiego komiksu. Mój spór z Klubem Tfurców, wielkie zmaganie fantastyki rozrywkowej z problemową, trwał nie mniej niż dwie dekady. W jego apogeum, w roku warszawskiego Polconu (1999), wdałem się w ostrą kłótnię z organizatorami w obronie moich autorów, którzy nie dostali Zajdla. Oberwałem za to od Śląskiego Klubu Fantastyki, kibicującego innym autorom, antynagrodą Złotego Meteora. Szczęśliwie później zrezygnowano z przyznawania tego dwuznacznego wyróżnienie, nowe władze klubu uznały, że przynosi więcej złego niż dobrego. Też tak uważam.

Po latach się okazało, że zamiast gruzów i resentymentów zostało z owych kłótni trochę publicystycznego kurzu, wiele nostalgicznych wspomnień i mnóstwo dobrych tekstów, które godzą sprzeczne postulaty. Natomiast nieliczne konflikty, urazy, które przetrwały, mają przede wszystkim charakter ambicjonalny, personalny.

Styczeń 2013

Szkicem „Farciarz, grzybiarz, cicerone ….” żegnałem czytelników „Nowej Fantastyki”, przechodząc na emeryturę i przekazując dział polskiej prozy Michałowi Cetnarowskiemu. Szczęśliwie zwolnione moce przerobowe pozwoliły mi w następnych miesiącach i latach bardzo się uaktywnić w roli felietonisty pisma.

W rubryce pod nagłówkiem „Ojciec Redaktor” sumowałem czterdziestoletnie redaktorskie i autorskie doświadczenia, referowałem różne ciekawe wydarzenia z perspektywy człowieka, który poznał już puenty. To znaczy ma takie wrażenie. Powstało najpierw coś w rodzaju mapy, siatki czy układu problemów, której pola udało mi się w ciągu czterech lat praktycznie wypełnić. Tematy czekały zarówno w zaczętych a porzuconych na lata szkicach („Język pierwszy”, „Cenzor, twój brat”, „Kolejne piwo dla szczeniaka w kojcu”, „Fantastyka alternatywna i jej wrogowie”), jak i w konwentowych zamówieniach fanów („Czytać czy pisać”, „Sztafety”, „Fantastyka przed »Fantastyką«”, „Niesamowity Dick”).

Ponadto po wieloletnich poszukiwaniach udało mi się odnaleźć aktualną do dziś rozmowę o antropologii kina z profesorem Aleksandrem Jackiewiczem dla „Politechnika” z 1976 roku, a młodzi koledzy z „Frondy” cudem wycisnęli ze mnie długi wywiad o transhumanizmie. Z doktorem Tomaszem Gnatem z Uniwersytetu Śląskiego nie było żadnych kłopotów – napisał praktycznie od ręki odpowiedzi na pytania do dyskusji o grach, które z Waldkiem Miaśkiewiczem i Kamilem Strzeszewski wymyślaliśmy przez całe wakacje 2014. Z kolei nasza rozmowa z Grześkiem Januszem, scenarzystą komiksów, jedna z dłuższych w tej książce, zaczęła się od krótkiego spotkania – potrzebowałem paru jego osobistych zdań do katalogu grafik Krzyśka Gawronkiewicza, ale obaj mocno popłynęliśmy w dygresje i wspomnienia.

Felieton „Przemoc i Moc” powstał na zamówienie Narodowego Centrum Kultury do specjalnej wkładki „NF” na XXX-lecie stanu wojennego. „Kukułkę na koniu trojańskim”, fantastyczną egzegezę teorii spiskowych, zamówiła redakcja „Czasu Kultury”, którą wobec mnie reprezentował Wojciech Hamerski, doktor polonistyki, wychowanek profesora Antoniego Smuszkiewicza. Dyskusję o „Piórach. Sekretnej historii literatury polskiej” Zbyszka Wojnarowskiego zrobiliśmy korespondencyjnie (Michał Cetnarowski, Piotr Górski, Paweł Majka i ja), ale sprawiedliwiej, niż w przypadku dr. Gnata rozdzielając robotę.

Niektóre z tekstów to nie tyle recenzje, co reakcja na konkretne książki – znaczące, dyskusyjne, otwierające nowe horyzonty. Dlatego czytelnik znajdzie tu omówienie „Zagłady i gwiazd” Agnieszki Gajewskiej, która odkryła we Lwowie nieznane fakty z wojennej biografii Lema pod sowiecką i niemiecką okupacją. Ale też krytyczną refleksję nt. korespondencji Tolkiena, ponadto analizę języka naszej nowej filmowej krytyki czy wyciąg z pracy traktującej Dicka jako obiekt badań parapsychiatrycznych, i wreszcie prezentację najnowszej antologii Wojtka Sedeńko „Przedmurze”. Ze swojej poprzedniej książki, „Małpy Pana Boga. Słowa” powtarzam tu tylko jeden tekst – „Fantazje z płonącej sterówki”, bo na temat wpływu usterek mózgu na nasze wyobrażenia i sny, nie mam niestety nowej wiedzy. Tylko zdjęcia mojej autystycznej wnuczki Hani są nowsze, a Parowszczanka na nich trochę starsza.

Tekstów nie układałem chronologicznie, a w tematycznych problemowych blokach. Najwięcej wspomnień o przygodach i życiu codziennym redakcji „F” i „NF”, o przemianach fantastyki w PRL i III RP znalazło się w rozdziale SZTAFETY. W rozdziale z KUKUŁKĄ i KONIEM TROJAŃSKIM opisuję różne, nieraz bardzo stare literackie sposoby radzenia sobie ze sobą, z historią, ze światem przy pomocy języka wyobraźni; tamże „Język pierwszy” – programowy tekst książki. Rozdział FANTASTYKA NOWEGO MILLENIUM grupuje szkice traktujące o mediach wizualnych i ich socjologicznej otoczce, a w jakimś sensie instruktażowy rozdział CZYTAĆ CZY PISAĆ nazwałem nieskromnie „małą Alchemią Słowa dla fantastów”. Zamyka książkę czteroletni przegląd fantastycznych filmowych nowości, KINO POBIERA AKTUALIZACJE 2013–2016; złożyło się nań jakieś 30 procent moich cotygodniowych recenzji do „Gazety Polskiej”.

Całość dedykuję Państwu i sobie na mijające w tym roku w październiku XXXV-lecie „Fantastyki” i „Nowej Fantastyki”.

Styczeń 2017

Parowski_1.jpg

Fot. Dariusz Kadej

stanWOJNY.JPG

Specjalna wkładka do „Nowej Fantastyki” z grudnia 2011. Projekt okładki Bogusław Polch.

I

SZTAFETY

załóżmy czasopismo

do diabła z literaturą

powinno to by pełnokrwiste

niewinnie odrażające

cuchnące krzepą

i nieustraszenie obsceniczne

ale naprawdę czyste

wiecie co mam na myśli

nie zmarnujmy szansy

zróbmy rzecz serio

E.E. Cummings: „Załóżmy czasopismo”

(tłum. Artur Międzyrzecki)

Niechaj doda nam otuchy błoga świadomość, że cokolwiek się zdarzy, nie będzie przypominać najczarniejszych przepowiedni. Nawet, jeśli okaże się jeszcze gorsze. Wspaniałe projekty biorą w łeb – i dobrze się składa. Przerażające ewentualności rozpływają się w niebycie, zastąpione przez coś, co wydawało się zupełnie niemożliwe. Historia nie jest nauką, a już z pewnością nie nauką ścisłą. Historia jest żartem, i nigdy w niej nie zabranie tej odwiecznej świeżości, która niezmiennie zdoła nas zaskoczyć.

G.K. Chesterton: „O przepowiedniach”

(w wyborze „Obrona wiary”, tłum. Jaga Rydzewska)

Gdy mi Inglot oznajmił, ze rzuca na rok szkołę, by zająć się literaturą (bo i powieść „Inquisitor”, już znaną czytelnikom, chciał wtedy dokańczać), nicem nie rzekł, by entuzjaście nie wybijać z głowy jego szlachetnych zapałów.

Teraz więc przyznaję, żem się mylił – co prawda tylko przed sobą – co do prześwietnego Jacka, nie dostrzegając artystycznych rezerw ani możliwości, które uruchomił. Pracą tego roku (tzn. nad „Quietusem”) CnYngloth awansował mi do pierwszej linii polskich twórców zajmujących się fantastyką. Oddawszy jednak cesarzowi co cesarskie nie zmierzam wyrzec się przyjemności znęcania się nad szczegółami. Przede wszystkim piwo, którym tak się opija z glinianych garnców niejaki Marcus Corejmus Tranquillus: Niepodobieństwem jest, by człek ten moczył wąsy w pianie, gdyż piana na piwie, jako też stosowanie chmielu są w browarnictwie wynalazkami stosunkowo nowymi i próżno domagać się piany albo też chmielowej goryczki w VII wieku.

Marek Oramus:

„Parowóz dziejów wraca na właściwe tory„

(w „Rozmyślania nad tlenem”)

katowice91.tif

Katowice 1991. X-lecie Śląskiego Klubu Fantastyki. Andrzej Sapkowski, Jacek Rodek, Mirosław Kowalski, Maciej Parowski. Na słupie Marek Oramus.

Przemoc i Moc

Stan wojenny był tragedią, zasmucającym socjalnym kataklizmem i – podobno – mniejszym złem. Marnował dorobek 16 miesięcy solidarnościowych uniesień, ale kładł kres fikcji jedności społeczno-politycznej w PRL-u. Kłamstwo i przemoc same sobie wydały się niepoważne, skoro stanowisko rzecznika rządu objął humorysta.

Wejdą, nie wejdą? – wróżyli Polacy od Sierpnia ’80 do zimy ’81. Aż zobaczyli polskich zmarzniętych żołnierzy, a za nimi groźną twarz namiestników z obcego nadania zarządzających pobitą prowincją. Związek Radziecki odsłonił się jako gnijące mocarstwo, kierowane przez starców, a nie potęga kosmiczna. Zapowiedzi kraksy były w powieściach Zajdla i nurtu socjologicznego (Wnuk-Lipiński, Oramus, Żwikiwicz, Krzepkowski/Wójcik, Wolski, Parowski), które akurat wysypały się na lady. Ale także w „Wizji lokalnej” Lema szydzącego z politycznego podziału świata.

Rodziła się nowoczesna fantastyka polska. Dziewięć miesięcy po 13 grudnia w ogołoconym kulturowo pejzażu powstał branżowy miesięcznik i ukazała się krytyczna summa „Zaczarowana gra” Antoniego Smuszkiewicza. Otwieraliśmy „nowy zeszyt”, opadły maski, autorzy przestali serio z technicznymi szczegółami projektować przyszłe światy. Z pomocą czołgów na ulicach i gazów łzawiących pod powiekami odkrywali za Zajdlem (i Szulkinem) moc fantastyki aluzyjnej i modelowej. A potem literackie i intelektualne walory fantastyki holistycznej, religijnej, onirycznej, punkowej, historycznej, alternatywnej, fantastyki polskich realiów i nazwisk. Przed 1982 nie do pomyślenia.

Żywiołowo powstawały kluby i ich biuletyny (tzw. fanziny), mnożyły się konwenty. Fantastyka stawała się mową, wspólnotą, przestrzenią duchowej wolności i zjawiskiem literackim – nowa tematyka, poetyka, plejada nowych nazwisk, nowy model życia literackiego.

Stan wojenny kompromitował PRL i uderzał w ZSRR. Pod wrażeniem grudnia ’81 prezydent Reagan wdrażał programu tzw. Gwiezdnych Wojen (SDI). Rzecz była techniczną blagą, ale dobiła Sowiety, bo ekonomicznie podołać jej nie mogli. Nam na osiem lat odebrano nadzieję i wolność (w realu, w fantastyce kwitło jedno i drugie), ale Centrala zaczęła się sypać. Potem był Okrągły Stół i jednak lepsza Polska. Powstali Czesi, Węgrzy, Rumunii, Polacy obalili pomnik Dzierżyńskiego w Warszawie i podpalili Lenina w Nowej Hucie, zaś Berlińczycy ruszyli z młotkami na Mur zupełnie jak Ewoki na twierdzę Imperium Zła w „Powrocie Jedi”. A fantastyczna Moc była z nami.

Grudzień 1981 i odbierał głos, i otwierał do pisania. Łamali pióra starsi – Krzysztof Boruń, Adam Hollanek, Czechowski, Prostak, nawet Sawaszkiewicz. Pogubił się Snerg. Zajdel gładził napisane wcześniej powieści i odbijał się od wydawnictw z gorzkimi miniaturami, takimi jak „Utopia” i „Chrzest bojowy”. Czołgi jeżdżą tam po ulicach, a bezimienny tłum zamiast „Solidarność, Solidarność”, skanduje „Liberte, egalite, justice”.

Na dwa lata zaciął się Oramus, ale potem odgiął ostrą dramatyczną nowelą, której ze strachu zmienialiśmy tytuł. W „Fantastyce” z lipca ’84 „Hieny cmentarne” poszły jako „Tatlocetl”, było czterdziestolecie PRL-u, nie szarga się takich rocznic hienami. Zanim podrośliśmy technologicznie, by odkryć polski cyberpunku, rozkwitała w piśmie fantastyka w stylu punk (Drukarczyk, Piekara). Ale już „Władcy szczurów” Ziemkiewicza wydrukować się nie dało. Jest w tekście Rafała przejmujący instruktaż użycia milicyjnej pały, a że akurat MO zatłukła maturzystę Grzegorza Przemyka, to gotowy skład opowiadania w „Przeglądzie Technicznym Innowacje” wylądował w koszu.

W tym samym 1983 roku na pierwszym festiwalu fantastyki w Dzierżoniowie pokazywaliśmy „Wojnę Światów – następne stulecie” Piotra Szulkina, film miał większe wzięcie niż „Walka o ogień” Annauda. „Wojna…” i późniejsze „O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji” i „Ga, ga. Chwała bohaterom” były dobrym zapisem stanu ducha w latach 80. W pirackim obiegu oglądano te filmy także w ZSRR. We wrześniu 1987, gdy trwała już pieriestrojka, rosyjscy fani w Moskwie, o których istnieniu Piotr nie miał pojęcia, dopytywali go otwarcie o interwencje cenzury, błyszczeli doskonałą znajomością jego filmów.

Nikt chyba, poza Piotrem, w latach 80. nie oddał tak dobrze realiów, emocji stanu wojennego i nikt nie nawiązał tak doskonałej komunikacji z widzem. „Agent Dołu” Marcina Wolskiego traktował szerzej o diabelskim spisku, realia grudniowe były tam ukryte, ale książka okazała się sukcesem. Może jeszcze żarty, jakie z Rodkiem i Polchem robiliśmy sobie w komiksie „Funky Koval” (w latach 1982–86), przedrzeźniając Urbana czy delegalizację Agencji Universs/Solidarności – spotykały się z uznaniem. Ale powrót do tego w latach 1991–92 przyjmowano gorzej.

W 1995 roku ukazała się pierwsza bodaj powieść stricte o stanie wojennym „Święto śmiechu”. Marek Oramus pokazał rzecz w barwnej tonacji jasełkowej i odbił się od rynku. Jakby nikogo już nie interesowało spojrzenie na poplątaną narodową tragedię, nawet przez pryzmat konwencji, w której żartobliwie, ale zarazem serio traktuje się zmagania Dobra i Zła, walkę Szatana z Bogiem. Zniknęła gotowość do oceniania historii. Spostrzegliśmy raptem przy kolejnym zadziwiającym obrocie politycznej karuzeli, że krytyczne mówienie o stanie wojennym zrobiło się demode. Lepiej przyjęto powieść Rafała A. Ziemkiewicza „Pieprzony los Kataryniarza”, gdzie postubecki układ rządzi Polską. Fantaści dali tej książce parę nagród, za znakomicie odrobioną warstwę cyberpunkową i za historyczne rewindykacje, ale w „Gazecie Wyborczej” rozjechał powieść (podobnie jak książkę Oramusa) krytyk Krzysztof Varga. Wmawiał naszym fantastom mściwość oraz gadzie pazury i łuski, nawet Sapkowskiemu się dostało za drobne aluzje do „noża w plecy” i „przyjacielskiej pomocy”. A kiedy Jacek Komuda opublikował w „NF” „Wampiry z Odrzykońskiej” mroczne opowiadanie o Warszawie, w której stan wojenny trwa dekadę i mnożą się polityczne oraz wampiryczne okropieństwa, to zajął wysokie pozycje na obu listach czytelniczych plebiscytów – najlepszego i najgorszego (najbardziej oburzającego) opowiadania roku.

Okazało się, że jesteśmy w kwestii stanu wojennego (a więc całej reszty) społeczeństwem głęboko podzielonym. Może przemyślany, wysmakowany również edytorsko i artystycznie, „Wroniec” Jacka Dukaja, stawiający kwestię w formie mitologicznej i baśniowej, dawał większości satysfakcję i nie stwarzał nadmiernych kontrowersji. Choć Dukaj nie unika sądów moralnych. Bada z perspektywy dziecka upadek społeczeństwa poddanego kruczemu ukąszeniu. W mieście funkcjonuje „Maszyna Szarzyna”, szaleją Milipanci i Bubecy (szpicle z antenami na głowie), członkowie (PZPR) to bezmyślne kłącza wielkiej rośliny, ale sercami wszystkich rządzi mityczna Ameryka.

Do tematu stanu wojennego wracałem recenzując powieść Jacka w 2009 roku, a dwa lata później wraz z kilkoma autorami w specjalnej wkładce do „NF” ufundowanej przez NCK na XXX-lecie owych grudniowych wydarzeń. Otwierające numer teksty Marcina Wolskiego i wywiad Piotra Szulkina niosą różne komunikaty i emocje. Piotr jest sceptyczny wobec wizji wielkiej narodowej tragedii – zapowiedział 13 grudnia swoimi gniewnymi filmami, a mimo to przyjął go z ulgą. Dla Marcina stan wojenny to katastrofa, z której powoli się odbudowuje działalnością pisarską, kabaretową.

Ale udała się w tej wkładce rzecz w 1981 roku nie do pomyślenia. Oto tłumacz, Paweł Laudański, pozyskał, stworzone specjalnie dla nas ujmujące opowiadanie Rosjanina Leonida Kudriawcewa. Tekst o 1981 roku pisany z perspektywy sowieckiego agresora i pacyfikatora wbrew woli nie wyraża moralnej zgody na napaść; Kudriawcew i jego bohater kibicują Polakom. Podobną figurę światłego najeźdźcy mieliśmy w niedocenionej „Drugiej jesieni” (1983) Wiktora Żwikiewicza, która w alegorycznej formie dawała nadzieję na przemianę Rosjan.

Zbigniew Wojnarowski zamieścił w dodatku swój „Miraż”, w opowiadaniu tym, de facto horrorze, student zdradzony przez nauczycielkę i oskarżany o kolaborację, jest uwięziony w wiecznym TERAZ stanu wojennego. W tekście groźnym i niesamowitym malował autor realia i sny jesieni 1981 i portretował polskie rozdwojenie – ciążące do dziś przekleństwo niezadośćuczynionej krzywdy i nieodkupionej winy0 . Marcin Wolski i Rafał A. Ziemkiewicz pokazywali Grudzień ’81 jako fragment globalnej gry wywiadów, rządów, narodów – czym był bez wątpienia. Ale też jako wypadek przy pracy historii, która przecież mogłaby (powinna!) potoczyć się inaczej.

Na pewno był to moment przełomu, koniec małej czy wielkiej stabilizacji, linia startowa ośmioletniego maratonu do lepszej Polski. Narodziła się też „Fantastyka”, dla której nagle znalazło się miejsce na przetrzebionym rynku prasowym. Pismo współtworzyło nowoczesny, symboliczny język wyobraźni; ta lekcja czy szkoła okazała się bardzo przydatna w czasie wolności.

Na zakończenie wspomnienia anegdota. Późnym rankiem 13 grudnia, jako mniej ważnego, wzięli mnie z domu, i przez świeżo otwarty most Grota-Roweckiego, na którym żołnierze grzali się przy koksownikach, zawieźli na Mostowskich. Tam wypomnieli antysowieckie uwagi w redakcji „Politechnika”, postraszyli internowaniem i puścili do domu po długich targach oraz podpisaniu lojalki (że zaniecham działania na szkodę PRL-u). Upokorzony, zrezygnowany, skąd miałem wiedzieć, że za rok będę poprawiał do druku genialne „Karlgoro godzina 18.00” Marka Baranieckiego, który zlekceważy wszystkie te kwestie, bo ma ważniejsze rzeczy do opowiedzenia. Zmierzałem siedzieć cicho i lizać rany, ale moja mądra żona natychmiast poinformowała o sytuacji sąsiadów, więc zszedłem do nich w poszukiwaniu pocieszenia.

A tam u państwa Pawlaków babcia z siedmioletnią wnuczką Patrycją bawiły się w psychodramę. Babcia była ludem, wnuczka wzięła na siebie rolę premiera Rakowskiego. Babcia mówiła, że wszystko idzie źle, tak dalej się nie da, bo lud rządowi nie ufa, więc rząd powinien ustąpić... Patrycja Pawlak nabrała powietrza i nieoczekiwanie znalazła właściwie słowa: RZĄD NIE MOŻE USTĄPIĆ – powiedziała z powagą. – BO GDYBY RZĄD USTĄPIŁ, TO, KTO BY WAM PRZEMAWIAŁ TAK PIĘKNIE JAK JA.

Ta mała, jak Dukaj 28 lat później, pojęła intuicyjnie, że najlepiej gryźć stan wojenny przy pomocy groteski, baśni, przerysowania. Bo wtedy (a i teraz) to, co nam zrobiono, wydawało się absurdem. Zabawne, ale Patrycja i Jacek Dukaj są z tego samego rocznika AD 1974.

(Grudzień 2011)

0 Po otrzymaniu sygnalnego egzemplarza „Kukułki…” Zbyszek napisał przyjacielskie sprostowanie: Nie ma nic gorszego niż pozwolić czytać o historii uczestnikom tejże historii, bo zawsze znajdą coś, co było inaczej. Jesteś być może jeszcze pod wrażeniem mojego „Mirażu”, ale tak czy inaczej – pomyliłeś realia. Opowiadanie o uczniu i nauczycielce, jest z książki, natomiast w dodatku o stanie wojennym dałeś inny tekst „Każdy śni swoje”, o facecie, który przewiduje okropności, popada w śpiączkę, gubi się w realiach starej i nowej Polski. To opowiadanie tak się ma do „Mirażu” jak opowiadanie „Mary” o trupie Witkacego-nieWitkacego, które dałeś w „CzF” ma się do „Piór”. Są to jakby kręgi na wodzie po tych większych całościach… Kurczę, 20-30 lat temu pamiętałem nie tylko treść opowiadań, ale i okładki numerów, w których się znalazły. Pardon!

PEŁNY SPIS TREŚCI

Farciarz, grzybiarz, cicerone, pieniacz, grabarz! (zamiast wstępu)

I. SZTAFETY

Przemoc i Moc

Fantastyka przed „Fantastyką”,

1.

2.

3.

4.

5.

Sztafeta

1.

2.

3.

Różne stany skupienia

1.

2.

3.

4.

II. KUKUŁKI NA KONIACH TROJAŃSKICH

Język pierwszy

1.

2.

Fantastyka alternatywna i jej wrogowie

Pytania, marzenia, hipotezy – gra z fatum

Ku pokrzepieniu serc – gra z historią

Jednostka pod presją

Na antypodach – katastrofizm i czarnowidztwo!

Żadnych marzeń?

Kto tu jest zakompleksiony?

Kukułka na koniu trojańskim

Heretycy i religianci

Między rycerzem, demonem i papugą

Dramat Lomaxa

Okopy frazesów

Palimpsesty Lema

Hobbickie gadanie

1

2

Dlaczego Zajdel jest królem?

Jest jeden Geralt!

Niesamowity Dick

Fantazje z płonącej sterówki

III. FANTASTYKA NOWEGO MILLENIUM

Czy kino jest nauczycielem życia?

Obraz, słowo, alzheimer

1.

2

3.

1612 kłopotów z polityką historyczną

Ten scenarzysta – Szekspir!

Drętwe obrazy

Żywa kamera

Szekspir autorski

W lustrze Szekspira

Trawestacja, postmodernizm, fantastyka

Poczet magików

Dwóch Olbrychskich, jedna Seweryn, zero Lindy, żadnego Pazury

Dryfujący bohater

Aktor na walizkach

Mitologie

Ciacha i intelektualistki

1.

Żurnaliści, dystrybutorzy, pokazy

2.

Seriale, seriale

Kino z papieru

Gawron i inni, czyli o naszych rysownikach

O grach, sztuce, rynku, innych mediach i technologii – na serio!

Nie wierzę w orgazmy w chmurze

Radioci

IV. CZYTAĆ CZY PISAĆ?

Kolejne piwo dla szczeniaka w kojcu

1.

2.

3.

Trust Mózgów

1.

2.

3.

Głuchy saper, ślepy snajper

1.

2.

Cenzor, twój brat

1.

2.

3.

Czytać czy pisać?

Spadkobiercy! Uzurpatorzy?

Przedmurza, peryskopy, raptularze, cięcia, kontynuacje

Radość z cudownie odzyskanej wieloznaczności

Proza gatunkowa – literatura powinności

Polska jest horrorem

Wariowali, wariowali i umarli!

Sentymentalny PRL?

Vox populi, czyli nie tylko o wyższości

Alternatywne fantastyki

Socjolog fantastyczny – fantasta socjologiczny

Polityka i pióro

TERESA 1934–2000

V. KINO POBIERA AKTUALIZACJE

2013

Cwane kłamstwa, zmysłowe pułapki

Hitler, Nergal, winda i stara szafa

Wiele znaków, żeby się nie zabijać

Argolandy, Paradyzje, Elizje… Matriksy

Prawdziwa gra w sztucznym świecie

To kłamstwo, że nie będzie bolało!

Artysta w naukowca przemieniony?

Ijon Tichy jako kobieta?

Jedzie pociąg z daleka…

Pozwól się uzdrowić

Straszna zemsta brzydkiego kaczątka

Szalony Indianin i prawnik idealista

Alien, sędzia, kat, szczurołap?

Drag queen ze sklepu rybnego

Pseudo-Chińczyk, oszustka, zakochany milioner!

Efekt uboczny

Negatyw szwedzkiego cudu

Szwedzka polityka historyczna

Barman znikąd w mieście wariatów

Diabeł blondwłosy na służbie Dobra?

2014

Diabeł chrzestny, jako kobieta

Zakochany świstak na wojnie przyszłości

Czarną dziurą do siebie

Wiek męski, wiek klęski?

Ciemności kryją ziemię!

Wampiry nie podkładają ręczników

„Psychoza” na wesoło!

Kobietom wolno więcej?

Nie obcinajcie mi ręki!

Grzechot kości, płytkie oddechy

Obok Parandowskiego, Kubiaka, Gravesa?

Wielkanocny karp i podwójne serce

Disco polo Brothers!

Raczej z Haška niż Zweiga

Był lepszy, kiedy grał konia

Zderzenie furii, czyli teoria katastrof

O to chodzi, żeby bolało!

Bardzo zły bankster!

Nikt tutaj nie wraca

Zabójcze berło księżniczki Anime

Witek, osłoń kamerę!

2015

Stary T-800 pobiera aktualizacje!

Cztery dekady Mocy!

Woda uzależnia! Benzyna też!

Między „Robocopem” a C-3PO

Pigmalion Turinga i Galatea Chandlera

Recepta na przetrwanie kosmicznej SF?

Jeszcze jedno piekło

Straszne skutki nieśmiertelności

Nareszcie zmarszczka i siwy włos!

Prowadź kamerę przez żydowskie groby?

Przełącz oczy do rzutnika

Sterowce i jojo nad Poznaniem

Znacie? No to posłuchajcie!

Czarna plamka na obrazie

Czuję pański sceptycyzm, panie Januszu

Wilki schodzą na psy?

Wiedźmy wieszczyły, żona kazała!

Kino w szaliku i z zaciśniętymi zębami!

2016

Randka z groźnym siedmionogiem

Bez nadziei nie ma Rebelii

Panna na wydaniu buszuje w czasie

Serca szczerozłote, gorzkie szlangury

Ile można być dobrym!?

Za dużo czarodziejów!

Nawet w utopiach knują!

Trudna sztuka dawania świadectwa

Rodzina z klepsydrą w tle

Spis treści
Farciarz, grzybiarz, cicerone, pieniacz, grabarz! (zamiast wstępu)
I. SZTAFETY
Przemoc i Moc