Kubuś Fatalista i jego pan - Denis Diderot

Kubuś Fatalista i jego pan

0,0

"Kubuś Fatalista i jego pan" to składająca się głównie z dialogów powiastka filozoficzna napisana przez francuskiego filozofa i pisarza Denisa Diderota.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

OD TŁUMACZA.

 

 „Odczytałem jeszcze raz Neveu de Rameau. Cóż za człowiek, ten Diderot! Cóż za rzeka, jak mówi Mercier! I Wolter jest nieśmiertelny, a Diderot tylko sławny. Dlaczego? Wolter pogrzebał poemat epiczny, bajkę, epigram, tragedję. Diderot dał początek nowoczesnej powieści, dramatowi i krytyce artystycznej. Jeden jest ostatnim umysłem dawnej Francji, drugi pierwszym geniuszem Francji nowej.“

 Tak piszą w Dzienniku swoim, w r. 1858, niepospolici znawcy epoki, bracia Goncourt. Nic naturalniejszego jak tego rodzaju rewizje i ewolucje pojęć, a bardziej jeszcze niż gdziekolwiek, tutaj, w ocenie literatury XVIII wieku, w której działalność polityczna i publicystyczna tak ściśle splata się z tworzeniem artystycznem, a w znacznej części zgoła je pokrywa. W olbrzymiem dziele stawania się nowożytnego społeczeństwa — stawania się w świecie pojęć, zanim rewolucja przystąpi do urzeczywistnienia ich w czynie — literatura XVIII w. oddaje się cała służbom i potrzebom chwili. Podczas gdy w wieku siedmnastym, oparta o nietykalne podstawy tronu i religji, za cel swój miała własną doskonałość, tu, wszystkie oczy zwracają się ku niej, nie aby podziwiać i rozkoszować się, lecz raczej z pytaniem i niepokojem, z gorączką nowych haseł i dążeń. W zapalczywem poszukiwaniu nowych rozwiązań wielkiego zagadnienia: co jest człowiek? co świat? co społeczeństwo? literatura przyswaja sobie wszystkie działy budzącej się z powijaków nowożytnej nauki, rzuca pomiędzy nimi pomosty, krząta się, pośredniczy, popularyzuje; wchłania w siebie wszystkie krążące idee wieku, aby, oddając je z powrotem spotężniałe, bardziej uorganizowane i świadome, tem mocniej utrwalić je w umysłach, gdzie majaczyły wprzódy niewyraźnie. W tem jej siła i w tem słabość: w miejsce umiejętnie ograniczonej klasycznej doskonałości, mgławica elementów o wartości bardzo nierównej, pośpiech popularyzacji zarywającej o dyletantyzm ad usum salonów lub nawet buduarów, katechizm filozoficzny trącący dziecinną czasem symplifikacją zjawisk, — ale równocześnie kipienie wdzierającego się życia, szalone tempo, swoboda, gorączka myśli żądna ogarnąć cały świat i wszystkie światy, i, od czasu do czasu, rzucane w tym pośpiechu błyski genialnych improwizacji. Wielkie umysły tego wieku, to jedna armia, krocząca — mimo iż odmiennemi drogami — zwartą kolumną ku nowemu porządkowi rzeczy; każdy utwór — czy nim będzie ulotny epigram, czy dzieło o astronomji — to nowa szczerba w murach warowni „przesądu“ i cegiełka przyczyniona do wznoszącego się gmachu przyszłego królestwa „rozumu“. Pisarz XVIII wieku, to przedewszystkiem filozof, który, w działalności swej, ma za cel doraźne, niecierpliwe uszczęśliwienie ludzkości, i, co najważniejsze, posiada do tego celu mniej lub więcej niezawodne recepty.

 Filozofem przedewszystkiem był dla swoich współczesnych Diderot: tem mianem krótko nazywano go w Paryżu i każdy wiedział o kim mowa. Rzutkość jego umysłu, rozległa wiedza ogarniająca niemal wszystkie działy nauki, olbrzymia pracowitość i osobiste zalety charakteru czyniły zeń idealnego pół-wodza, pół-impressarja falangi duchów gromadzących się pod wspólnym sztandarem około Encyklopedji. Popularność jego, nietylko we Francji ale w całej Europie, była olbrzymia. Jak każdy prawdziwy filozof XVIII w., miał i Diderot swoje koronowane głowy, które go obyspywały czułemi słówkami, z któremi korespondował i którym udzielał rad (niesłuchanych zresztą zazwyczaj) co do sztuki władania ludźmi. To wszystko byłoby aż nadto, aby ozdobić ulice Paryża i rodzinnego Langres jego pomnikami, ale nie dosyć zapewne, aby dziś, gdy najśmielsze nowatorstwa XVIII w. dawno zostały przez życie przelicytowane, skłonić czytelnika do wzięcia w rękę jednego z kilkudziesięciu tomów dzieł niezmordowanego pracownika. Jednakże, na szczęście, wśród swych poważnych zajęć i prac kapitalnych, zdarzało się Diderotowi strzepnąć z pióra jakąś błahostkę, niemal że nieznaną współczesnym i najbliższej potomności: i oto, dziwną igraszką losu, tych kilka książeczek stanowi dziś najtrwalszy jego pomnik w piśmiennictwie francuzkiem. „Nie istnieje może — pisze jego biograf — w żadnej historji literatury bardziej osobliwy fenomen: Diderot napełnił epokę całą rozgłosem swych walk, a prawie wszystkie jego arcydzieła ukazały się w druku dopiero w długi czas po jego śmierci... Klasyczne habent sua fata libelli nigdy nie było tak prawdziwe jak w odniesieniu do dzieł Diderota. Encyklopedya utonęła w falach Rewolucji; z książek jakie wydał za życia, zaledwie da się przeczytać jaką setkę stronic. Przeciwnie, rękopisy, którym pozwolił drzemać w szufladach stolika lub które trwożliwie krążyły po świecie w nielicznych kopiach, często niezbyt poprawnych, wszystko to co mniemał iż rzuca na wiatr lub też co grzebał w zakątkach swego gabinetu, obudziło się kolejno nasilonem życiem, i to co tworzy dziś chwałę filozofa, było nieznane, lub prawie że nieznane jego epoce“.

 Fakt jeszcze osobliwszy: niektóre z najsławniejszych (dzisiaj) jego dzieł ukazały się po raz pierwszy w języku francuzkim jako przekład z niemieckiego przekładu!... Tak było z utworem Neveu de Rameau, którego rękopis (jedyny), Goethe, fanatyczny wielbiciel Diderota, otrzymał od Schillera, przełożył „całą duszą“, i, opatrzywszy własnemi ciekawemi notami, wydał w r. 1805, w 45 lat po stworzeniu tego niepospolitego dyalogu; w kilkanaście lat później, dwóch rzezimieszków literackich wydało po francuzku przekład z przekładu niemieckiego, jako rzekomy oryginał Diderota.

 Dlaczego Diderot był tak oględny czy nieśmiały w wypuszczaniu na świat rękopisów? Czyżby z obawy represyj osobistych? Ależ represje te — zwłaszcza wobec słabości rządu i przesiąknięcia najwyższych sfer i osobistości nowemi doktrynami — nie były zbyt srogie i były czemś bardzo powszechnem w życiu ówczesnego pisarza i „filozofa“. Wydawało się książkę, broszurę, czy pamflet bezimiennie, najczęściej za granicą; w razie sądowego dochodzenia zapierało się solennie autorstwa, w ostateczności odsiadywało parę miesięcy wieży, lub uciekało za granicę, skąd padały niebawem nowe zatrute strzały w „tyranię“ i „przsą dy. Wolter przesiedział kilka miesięcy w Bastylii, co jego biograf uważa za wdzięczny sposób zdobycia rozgłosu lekkim kosztem. Kolejno przebywa w Anglji, w Prusach, w Szwajcarji; zaś, na ostatnie dwadzieścia lat życia, rozwiązuje tę kwestję z bajecznym komfortem: buduje wspaniałą rezydencję, na ziemi francuskiej wprawdzie, ale na samej granicy, o pół godziny od Genewy; tu, w swojem Ferney, może dosyta grywać w domu teatr, który, w czasie pobytu w Szwajcarji, był kamieniem obrazy dla surowego protestantyzmu mieszkańców; w razie zaś oznak niezadowolenia z jego pism i osoby u rządu francuskiego, wystarcza mu zaprządz konie do pojazdu, aby, za chwilę, znaleźć się na wolnej ziemi Helwetów. Mniej praktyczny i mniej szczęśliwy od Woltera, Rousseau lata całe spędza na wygnaniu, skąd brzmieniem swego głosu napełnia Europę. Ale Diderot obciążony był przez kilkadziesiąt lat swej twórczości balastem, który nie tylko był mu przeszkodą w dłuższej odmianie miejsca pobytu, ale nadto dawał w rękę sferom rządzącym najpewniejszy fant „prowadzenia się“ filozofa. Była nim Encyklopedja. Przedsięwzięcie to, zrazu zakreślone przez księgarza w dość skromnych rozmiarach jako przekład angielskiego Słownika, i podjęte przez Diderota bez zapału, głównie dla zapewnienia na szereg lat ubogiego lecz pewnego bytu rodzinie, niebawem, ożywione duchem tego wielkiego „pantofila“, jak go nazywał Wolter, chciwego poznania i ogarnięcia wszystkiego co ludzkie, przekształca się w dzieło jedno z najrozleglejszych na jakie do owego czasu ważył się duch ludzki, i niemal na całe życie przykuwa swego twórcę do taczki. Otóż, niebawem po rozpoczęciu tego przedsięwzięcia, ogłosił Diderot rozprawę p. t. Lettre sur les aveugles; tę (z ubocznych przyczyn, w których draśnięta próżność przyjaciółki ministra miała odgrywać główną rolę) przypłacił kilkotygodniowem więzieniem w turmie w Vincennes. Larum, jakie podnieśli księgarze i wydawcy Encyklopedji, nieskończone trudności z prowadzeniem redakcji dzieła, porozumiewaniem się z współpracownikami, rewizją plansz, etc, nauczyły Diderota cenić wolność osobistą więcej niżby to może uczynił wzgląd na własną skórę. Niebawem, sfery rządzące, a bardziej jeszcze Jezuici, spostrzegli się, jak potężną bronią w szerzeniu nowej doktryny stała się Encyklopedja, w której, pod skorupą naukowej informacji, z każdem słowem wciskały się w społeczeństwo idee przewrotu. Cudów zręczności, wytrwałości było trzeba ze strony Diderota, aby, przez dziesiątki lat, prowadzić dzieło to, niejednokrotnie zawieszane, dławione, to znów wskrzeszane dzięki umiejętnym zabiegom. Stało się ono umiłowanem dzieckiem jego życia, jego dumą, przytem było olbrzymiem przedsiębiorstwem finansowem, angażującem niemal na miljony wydawców i zapewniającem byt szeregowi pracowników. Każda nieostrożność, każde zuchwalstwo Diderota groziło Encyklopedji: dlatego to, być może, więził on w szufladach najlepsze utwory, dlatego godził się niejednokrotnie, z większym pewnie jeszcze bólem, myśl swą przykrawać, łagodzić i wypaczać w szczegółach, aby ocalić całość. Dla innej natury byłoby to może nie do zniesienia: Diderotowi czynił lżejszemi te przykrości zupełny niemal brak próżności autorskiej i niebywała zaiste rozrzutność myśli i talentu. Potrzebował wydzielić z siebie nadmiar kipiącego wrzątku: czy się to stało w rozmowie, której bogactwo sławią współcześni jednym głosem, czy w pomysłach które rozdawał na prawo i lewo, ciesząc się gdy je odnajdywał w pismach przyjaciół, czy w tomach całych które oddawał im do rozporządzenia pozwalając drukować pod ich nazwiskiem, czy w listach w których rzucał garściami najświetniejsze myśli — to było dlań rzeczą podrzędnej wagi. Najtypowszy w tem jako pisarz XVIII wieku, większą czuł potrzebę swojem słowem działać, niżeli skupić je w dzieło.

 Podczas gdy w Niemczech wpływ Diderota, poczynając od Goethego, Schillera, a zwłaszcza Lessinga, był, w pewnej epoce, bardzo żywy, w Polsce śladów jego nie spotykamy niemal zupełnie. Dramat Père de famille, przyswojony dla sceny przez Wojciecha Bogusławskiego p. t. Ojciec familii, oto wszystko. We Francji, sztuka ta, sama przez się bardzo słaba, odegrała rolę „programową“, jako zwiastowanie nowożytnego dramatu mieszczańskiego, oraz pierwsze dążenie do „realizmu“ na scenie. W ostatnich czasach wreszcie, ukazał się po polsku, w bibliotece „Symposionu“ dyalog Neveu de Rameau.

 Jacques le fataliste et son maître napisany został w roku 1773 (Diderot liczył wówczas 61-szy rok życia), podczas pobytu lub zaraz po powrocie z Rosji i Holandji. Podobnie jak wiele innych utworów, pozostał w tece autora, lecz musiał w odpisach przedostać się za granicę, gdyż w r. 1785 (w rok po śmierci pisarza), Schiller ogłosił po raz pierwszy w dzienniku Thalie przekład opowiadania o zemście pani de La Pommeraye, które znowuż z powrotem przełożono na francuskie p. t. Exemple singulier de la vengence d’une femme. Mylius, w r. 1792, przetłómaczył całą książkę. „Jestto, powiada, jedno z najcenniejszych dzieł niedrukowanej puścizny literackiej Diderota. Ta mała powiastka niełacno będzie mogła być ogłoszona drukiem w języku ojczystym autora. Istnieje w Niemczech jakie dwadzieścia jej kopji, ale pod ścisłą dyskrecją. Mają być przechowane poufnie i nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Jednej z kopij zechciano użyczyć tłómaczowi, pod uroczystem przyrzeczeniem iż tekst francuski nie będzie oddany do druku.“ W języku francuskim ukazał się Jacques w r. 1796: w szeregu następnych lat doczekał się licznych wydań, a w roku 1826 konfiskaty, ogłoszonej w „Monitorze“. Dzisiejszemu czytelnikowi wydać się może niepojętem, w jaki sposób ta niewinna książeczka mogła się stać tak ciężkim kamieniem obrazy i budzić podobne obawy i ostrożności. Inaczej przedstawia się rzecz, skoro bodaj trochę wżyjemy się w atmosferę współczesną jej powstaniu. Wówczas odczujemy, w ilu szczegółach jej lekkiej budowy tkwi krytyka dogorywającej epoki, ile rysów jej prześwietla swym blaskiem blizka rewolucya. Najpierw — co może mniejszą stanowiłoby troskę dla świeckich i duchownych rządów — rewolucja literacka. „Wielką wartością (notuje w r. 1886 Edmund de Goncourt), wielką oryginalnością Diderota — i nikt tego nie zauważył — jest to, iż wprowadził w poważną i porządną prozę książki żywość, werwę, błyskotliwość, bezład nieco szalony, zgiełk, gorączkowe życie rozmowy: rozmowy artystów, z którymi, pierwszy z pomiędzy pisarzy francuskich, przestawał w poufałej zażyłości.“

 

„Jak się spotkali? Przypadkiem, jak wszyscy. Jak się zwali? Naco wam ta wiadomość? Skąd przybywali? Z najbliższego miejsca. Dokąd dążyli? Alboż kto wie, dokąd dąży? Co mówili? Pan nic, Kubuś zaś, iż jego kapitan mawiał, że wszystko co nas spotyka na świecie dobrego i złego, zapisane jest w górze.
 PAN. — Oto mi wielkie słowo.
 KUBUŚ. — Mówił jeszcze, iż każda kula, która wylatuje na świat z rusznicy, ma swój adres.
 PAN. — I miał słuszność...

 

 Oto wprowadzenie w materję, a ten kaprys, pod którego znakiem rozpoczyna się utwór, towarzyszyć mu będzie aż do ostatniej karty. Pan ze swoim sługą człapią, nie spiesząc się, konno; dla skrócenia nudów drogi, sługa, niezmordowany gawędziarz, opowiada historję „swoich amorów“. Historja ta ciągnie się aż do ostatniej stronicy, przerywana tysiącznemi dygresjami, anegdotami, wypadkami. Autor, niby żongler cyrkowy, podrzuca swój temat na rakiecie aż ginie gdzieś pod stropem, chwyta go i podbija znów nosem, głową, nogą: już, zdawałoby się, pada, i znowuż wzlatuje w górę wyżej jeszcze niż wprzódy. Jakżeśmy daleko odbiegli od współczesnych utworów! Sam Wolter w swoich powiastkach, lekki, kapryśny, ironiczny Wolter, stanowi, w porównaniu z Kubusiem, klasyczny wzór ładu i ciągłości. Diderot, jak cały wiek XVIII, filozofuje pod wszelką postacią, ale w tej filozofii ileż jest życia, jak nic jej nie czuć atramentem! W abstrakcyjnej precyzyi i symetryi współczesnej psychologii, Diderot przedstawia inwazję niezwykłej świeżości i bogactwa elementów. A w samym tekscie książki, ileż rysów mimochodem rzuconej krytyki literackiej: persyflażu owych modnych romansów epoki, opartych na błahem wikłaniu nieskończonych spotkań i przygód, drewnianej alegoryi, pedantycznych „portretów“ które z taką słusznością niecierpliwią Kubusia, komicznego baroku mów pochwalnych, etc. etc. Trudno wyliczać wszystkie szczegóły, które dla nas są zużyte, a które dla swej epoki były czemś zupełnie nowem. Jestem przekonany, iż, w stosunku do wielu czytelników, Kubuś fatalista wyda się w fakturze i dziś jeszcze raczej nadto śmiałym.

 Ale w Kubusiu Fataliście mieszczą się i elementy innej, prawdziwej rewolucyi, która niebawem miała we Francyi zwalić stary porządek rzeczy. Szeroki powiew demokratyczny tej książeczki, brak poszanowania dla wszelkiego autorytetu, obok silnej dążności do wartości moralnych, nieraz przechodzącej aż w czułostkowość, wszystko to, na tle wrodzonej prawości, pogody i dzielności charakteru Kubusia, czyni zeń, może bez intencyi autora, symbol rodzącej się Francyi ludowej; symbol szlachetniejszy może i pełniejszy niż młodszy jego kolega po fachu, Figaro, który niebawem przez trzy lata będzie kołatać próżno do sceny francuskiej. Pan Kubusia ziewa, zażywa tabakę, zadaje pytania; Kubuś go bawi, za niego myśli, administruje jego mieszkiem, za niego nadstawia karku; czyż to nie rola szlachty i ludu w XVIII wieku we Francyi? A czy może być silniejszy kontrast, niż niewinne i uczciwe „amory“ Kubusia i Dyzi, a brzydka przygoda jego pana, w której ten, mimo iż wcale nie najostatniejszy okaz z ostatnich petitmaître’ów, przedstawia się potrosze jako łajdak i głupiec w dodatku? Wystarczy, aby na tę świadomość, głęboko wnikającą w naród, padła iskra namiętności, a pokolenie Kubusiów jednym zamachem zmiecie z powierzchni ziemi rasę swoich Panów, wraz z ich zegarkiem, tabakierką i sympatją dla filozofii. Refleksje Kubusia nad tem komu pisana jest przepowiednia katowskiego konia, nabierają, mimo woli autora, oświetlenia szczególnie macabre wobec blizkich wypadków przyszłości. „Tak było napisane w górze“, powiedział sobie zapewne pan Kubusia, wstępując na gilotynę, o ile skorzystał z nauk swego dobrego sługi.

 Goethe powiada o tej powiastce, iż jestto „potrawa ze wszech miar wyborna i podana z cudownem zrozumieniem sztuki kuchmistrza i maître d’hôtel.“ Zapewne, smak naszych podniebień jest dzisiaj, nie powiem wykwintniejszy, ale inny; jednakże, dobrze jest czasem, dla odmiany, skosztować coś z owych przysmaków, które stanowiły delicje naszych prapradziadów. W tem rozumieniu puszczam w świat niniejszą książeczkę, mimo iż pora nie jest zbyt pomyślna dla oglądania się w przeszłość i gustów „klasycznych“. Praca ta była miłem wytchnieniem wśród innych, smutnych nieraz, obowiązków, jakie nałożyła mi chwila bieżąca.

 

 Boy.

 

 Kraków, w czerwcu 1915.

 

 

 

 

KUBUŚ FATALISTA I JEGO PAN

Jak się spotkali? Przypadkiem, jak wszyscy. Jak się zwali? Naco wam ta wiadomość? Skąd przybywali? Z najbliższego miejsca. Dokąd dążyli? Alboż kto wie, dokąd dąży? Co mówili? Pan nic, Kubuś zaś, iż jego kapitan mawiał, że wszystko co nas spotyka na świecie, dobrego i złego, zapisane jest w górze.

PAN. — Oto mi wielkie słowo!

KUBUŚ. — Mówił jeszcze, iż każda kula, która wylatuje na świat z rusznicy, ma swój adres.

PAN. — I miał słuszność...

 Po krótkiej pauzie, Kubuś zakrzyknął: Niech djabeł porwie szynkarza i jego gospodę!

PAN. — Dlaczego wysyłać do djabła bliźniego swego? To nie po chrześcijańsku.

KUBUŚ. — Ano bo tak: zalałem pałkę lichem wińskiem, zapomniałem napoić konie. Ojciec widzi to i wpada w złość. Ja wzruszam ramionami; on bierze kija i naciera mi nieco przytwardo plecy. Jakiś pułk przechodzi właśnie przez wieś, śpiesząc pod Fontenoy; ze złości, zaciągam się w rekruty. Przybywamy; zaczyna się bitwa...

PAN. — I dostajesz kulę pod swoim adresem.

KUBUŚ. — Zgadł pan; postrzał w kolano; Bogu tylko wiadomo, co za dobre i złe przygody sprowadził na mnie ten postrzał. Trzymają się jedna drugiej ni mniej ni więcej jak ogniwa łańcuszka. Ot, gdyby nie ten postrzał, sądzę, że nigdy w życiu nie byłbym ani zakochanym ani kulawym.

PAN. — Byłeś tedy zakochany?

KUBUŚ. — Czy byłem! dobre pytanie!

PAN. — Z powodu postrzału?

KUBUŚ. — Z powodu postrzału.

PAN. — Nigdyś mi o tem nie rzekł ni słowa.

KUBUŚ. — Myślę sobie.

PAN. — I dlaczego?

KUBUŚ. — Dlatego, iż to słowo nie mogło paść ani wcześniej ani później.

PAN. — I chwila opowiedzenia twoich amorów nadeszła?

KUBUŚ. — Kto to wie?

PAN. — Na wszelki wypadek, zaczynaj...

 

 Kubuś rozpoczął historję swoich amorów. Było to poobiedzie; czas był parny; pan zdrzemnął się. Noc zaskoczyła ich w polu; zbłądzili. I oto pan wpada w straszliwy gniew i nie szczędzi tęgich razów słudze, nieborak zaś powtarza za każdym ciosem: „I ten musiał być widocznie zapisany w górze“...

 Widzisz, czytelniku, że jestem na ładnej drodze, i że odemnieby tylko zależało kazać ci czekać rok, dwa, trzy lata na opowieść o amorach Kubusia, rozłączając go z panem i każąc każdemu z osobna wędrować poprzez wszystkie przygody jakieby mi się spodobało wyroić. Cóżby mi przeszkodziło ożenić pana i przyprawić mu rogi? wyprawić Kubusia na dalekie wyspy? zapędzić tam jego pana? sprowadzić obu z powrotem do Francji na jednym statku? Cóż łatwiejszego jak klecić powieści! Ale, tym razem, wykpią się oba ze sprawy jedną niezbyt mile spędzoną nocą, a wy tem małem opóźnieniem.

 Zaczęło świtać; nasi podróżni dosiedli koni i ruszyli swoją drogą. — A dokąd jechali? — Już drugi raz zadajecie to pytanie i drugi raz odpowiadam: naco wam wiedzieć? Skoro raz tknę się przedmiotu ich podróży, bywajcie zdrowe miłostki Kubusia ... Wędrowali jakiś czas w milczeniu. Gdy każdy otrząsnął się nieco ze swego zmartwienia, pan rzekł: I cóż, Kubusiu, gdzieśmy utknęli w twoich amorach?

KUBUŚ. — Utknęliśmy, o ile mi się zdaje, na porażce nieprzyjacielskiej armji. Jedni uciekają, drudzy gonią, każdy myśli o sobie. Zostaję na polu bitwy, zagrzebany pod mnogością zabitych i rannych, zaiste niezliczoną. Nazajutrz, rzucono mnie, wraz z tuzinem innych, na wóz, aby nas zawieźć do szpitala. Och! panie, nie sądzę aby istniało w świecie coś okrutniejszego niż rana w kolano.

PAN. — Żartujesz chyba, Kubusiu.

KUBUŚ. — Nie, panie, dalibóg nie żartuję! Jest tam niewiem ile kości, ścięgien i innych rzeczy, poprzezywanych sam nie wiem jak...

 Jakiś człowiek, który człapał za nimi na koniu, wioząc za sobą oklep młodą dziewczynę, usłyszał te słowa i rzekł: „Pan ma słuszność“...

 Niewiadomo było do kogo się odnosi to „pan“, ale spotkało się, zarówno u Kubusia jak i jego pana, z nieszczególnem przyjęciem; Kubuś zaś rzekł do natręta: „Czego ty nos wściubiasz?“

 — Wściubiam nos do mego rzemiosła; jestem chirurg do usług pańskich, i wykażę...

 Kobieta, którą wiózł za sobą, rzekła: „Panie doktorze, jedźmy swoją drogą, i zostawmy tych panów którzy nie lubią aby im wykazywać...

 — Nie, odparł chirurg, chcę wykazać i wykażę...

 I, odwracając się aby wykazać, popycha towarzyszkę, pozbawia ją równowagi i strąca na ziemię z jedną nogą zaczepioną o poły jego ubrania i spódnicami zawiniętemi na głowę. Kubuś schodzi z konia, uwalnia nogę biednej istoty i obciąga spódnice: nie wiem czy zaczął od uwolnienia nogi czy od obciągnięcia spódnic; ale, o ileby się sądziło o stanie tej kobiety z jej krzyków, musiała snadź uledz dotkliwemu zranieniu. Zaś pan Kubusia rzekł do chirurga: „Oto, co znaczy wykazywać.“

 A chirurg: „Oto, co znaczy nie chcieć komuś pozwolić wykazać!...“

 A Kubuś do kobiety leżącej, czy też pozbieranej z ziemi: „Pociesz się, dobra duszo, to ani twoja wina, ani pana doktora, ani moja, ani też mego pana: było napisane w górze, iż dzisiaj, na tym gościńcu, o tej właśnie godzinie, pan doktór będzie gadułą, że mój pan i ja będziemy parą mruków, że ty nabijesz sobie sińca na głowie, i że ujrzymy u ciebie odwrotną stronę medalu...“

 W cóż-by nie urosła ta przygoda w moich ręku, gdyby mi przyszła fantazja znęcać się nad wami! Uczyniłbym z tej kobiety jakąś ważną osobę: poruszyłbym kmiotków z całej parafii, wznieciłbym boje i miłości; trzeba bowiem przyznać, iż ta córa wsi kryła rzadkie uroki pod swoją parcianką. Kubuś i jego pan zauważyli to; toć nieraz ani tyle nie było potrzeba, aby rozniecić miłość. Dlaczego Kubuś nie miałby się zakochać po raz drugi? dlaczegoby po raz drugi nie miał stać się rywalem, ba, zwycięzkim rywalem swego pana? — A czy już zaszło kiedy coś podobnego? — Ciągle pytania! Nie chcecie tedy, aby Kubuś wiódł dalej historję swoich amorów? Porozumiejmyż się wreszcie, raz na zawsze: chcecie czy nie? Jeżeli tak, w takim razie, posadźmy wieśniaczkę z powrotem na siodło przewodnika, pozwólmy im jechać delej i wróćmy do naszych podróżnych. Tym razem, Kubuś zabrał głos i rzekł:

 „Oto sądy ludzkie: pan, który nie byłeś zraniony w swojem życiu i nie wiesz co to postrzał z rusznicy w kolano, utrzymujesz w żywe oczy, mnie, który miałem kolano strzaskane i kuleję od dwudziestu lat...

PAN. — Może i masz słuszność. Ale ten zatracony chirurg jest przyczyną, iż jeszcze oto gnieciesz się na wózku z kompanami, daleko od szpitala, daleko od wyleczenia i daleko od zakochania się.

KUBUŚ. — Cobądź się panu podoba o tem rozumieć, ból jakiego doznawałem w kolanie był nie do zniesienia; a potęgował się jeszcze od niewygód wehikułu, nierówności drogi, tak iż za każdem wstrząśnieniem wydawałem przeraźliwe krzyki.

PAN. — Ponieważ było napisane w górze, iż będziesz krzyczał?

KUBUŚ. — Z pewnością! Krew uchodziła ciurkiem, i byłbym niechybnie wyzionął ducha, gdyby nasz wózek, ostatni ze sznura ciągnących wozów, nie zatrzymał się przed jakąś chałupą. Zacząłem się domagać aby mnie zsadzono; ułożono mnie na ziemi. Młoda kobieta, stojąca w progu, weszła do chaty i wnet ukazała się ze szklanką i butelką wina. Wypiłem pospiesznie parę łyków. Wózki jadące przed naszym, ruszyły. Już miano mnie rzucić z powrotem między towarzyszy niedoli, kiedy, uczepiwszy się mocno sukien tej kobiety, zakląłem się że nie wsiądę z powrotem, i że, jeśli mam umierać, wolę już skończyć tu, na miejscu, niż o dwie mile dalej. Domawiając ostatnich słów, omdlałem. Ocknąłem się w łóżku, w niewielkiej izdebce; koło mnie stał jakiś wieśniak, widocznie gospodarz domu, jego żona (ta sama która udzieliła mi pomocy) i kilkoro drobnych dzieci. Kobieta umaczała róg fartucha w occie, i nacierała mi czoło i skronie.

PAN. — A, łotrze! a, zdrajco!... Widzę już, hultaju, dokąd zmierzasz.

KUBUŚ. — A ja sądzę, że pan nic nie widzi.

PAN. — Nie w tej oto kobiecie gotujesz się zakochać?

KUBUŚ. — A gdyby i tak było, cóźby można na to powiedzieć? Czy człowiek ma władzę zakochania się lub niezakochania? A kiedy jest zakochany, czy może postępować tak jakby nim nie był? Gdyby tak było zapisane w górze, byłbym sobie sam powiedział wszystko co pan masz zamiar mi powiedzieć; byłbym się wypoliczkował; tłukłbym głową o mur; wydzierał sobie włosy; wszystko to nie posunęłoby sprawy ani w tył ani naprzód, i mój dobroczyńca byłby rogalem.

PAN. — Ale, rozumując na twój sposób, niema zbrodni, którejby nie można popełnić bez wyrzutów sumienia.

KUBUŚ. — To co pan mi zarzuca, niejednokrotnie trapiło moją mózgownicę; mimo wszystko, powracam zawsze do poglądów mego kapitana: Wszystko co nam się trafia dobrego lub złego na ziemi, jest zapisane w górze. Czy zna pan jaki sposób aby wymazać to pismo? Czy mogę nie być sobą? A będąc sobą, czy mogę postępować inaczej od siebie? Czy mogę być sobą i kim innym? I, od czasu jak jestem na świecie, czy była bodaj jedna chwila w którejby to nie było prawdą? Wyrżnij pan kazań ile się panu spodoba, pańskie racje mogą być doskonałe; ale, jeśli jest napisane we mnie, albo tam w górze, iż mnie nie trafią do smaku, cóż ja mogę na to poradzić?

PAN. — Dumam nad jedną rzeczą: mianowicie, czy ty przyprawiłeś rogi swemu dobroczyńcy, ponieważ to było napisane w górze, lub też czy to było napisane w górze, ponieważ miałeś przyprawić rogi swemu dobroczyńcy?

KUBUŚ. — I jedno i drugie było napisane obok siebie. Wszystko było napisane odrazu. To niby wielka wstęga, która rozwija się po troszeczku...

 

 Rozumiesz, czytelniku, dokąd mógłbym prowadzić tę rozmowę, na której temat tyle się już nagadano, tyle napisano od dwóch tysięcy lat, nie posunąwszy rzeczy ani o krok naprzód. Jeśli nie czujesz dla mnie nieco wdzięczności za to co mówię, powinieneś jej mieć sporo za to czego ci oszczędzam.

 Podczas gdy nasi dwaj teologowie dysputowali nie mogąc dojść do porozumienia, jak się to czasem zdarza w teologii, zbliżała się noc. Jechali okolicą niezbyt pewną w każdym czasie, a jeszcze o wiele mniej w owym, gdy zła administracja i nędza pomnożyły bez liku ilość złoczyńców. Zatrzymali się w bardzo nędznej gospodzie. Ustawiono im dwa składane łóżka w klitce wpół otwartej na wsze strony. Zażądali wieczerzy. Przyniesiono wody z kałuży, czarnego chleba i skwaśniałego wina. Gospodarz, gospodyni, dzieci, służba, wszystko miało wygląd podejrzany. Słyszeli przez ścianę nieumiarkowane śmiechy i hałaśliwą wesołość kilku opryszków, którzy przybyli wcześniej i sprzątnęli im z przed nosa wszystkie zapasy. Kubuś był dość spokojny; panu wiele brakowało do tego stanu. Przechadzał się zafrasowany wzdłuż i wszerz, podczas gdy sługa pochłaniał spore kęsy czarnego chleba i, krzywiąc się, łykał jedną i drugą szklankę lichego wina. Gdy się tak zabawiali, usłyszeli pukanie do drzwi: był to służący. Owi zuchwali i niebezpieczni sąsiedzi zmusili go aby zaniósł naszym podróżnym brudny talerz, na którym złożyli kości z drobiu, pochłoniętego na wieczerzę. Kubuś, oburzony, chwyta pistolety.

 „Gdzie idziesz?

 — Niech mnie pan puści.

 — Gdzie idziesz? powiadam.

 — Nauczyć rozumu tę kanalię.

 — Czy wiesz, że ich jest z jaki tuzin?

 — Choćby było stu, liczba nic nie znaczy, jeśli jest napisane w górze że nie będzie wystarczająca.

 — Niechże cię djabeł porwie z twojem niedorzecznem przysłowiem!...“

 Kubuś wyrywa się z rąk pana, wchodzi do izby rzezimieszków, trzymając w każdej ręce nabity pistolet. „Prędko, kłaść mi się zaraz, rzecze; pierwszemu, który się ruszy, palę w łeb“... Mina i ton Kubusia były tak wymowne, iż hultaje, którzy cenili życie niegorzej od każdego uczciwego człowieka, wstali od stołu nie pisnąwszy słówka, rozebrali się i położyli. Pan Kubusia, niepewny w jaki sposób skończy się przygoda, czekał nań cały drżący. Kubuś powrócił obładowany odzieniem tych ludzi; zabrał je z sobą, aby im nie przyszła pokusa wstać z łóżek; zgasił światło i zamknął drzwi na dwa spusty, trzymając klucz w dłoni wraz z jednym z pistoletów. „A teraz, panie, rzekł do chlebodawcy, wystarczy zabarykadować się przysuwając łóżka do drzwi, i możemy spać spokojnie...“ I wraz zabrał się do przesuwania łóżek, opowiadając zwięźle i sucho szczegóły wyprawy.

PAN. — Ej, Kubusiu, co z ciebie za człowiek! Więc ty wierzysz...

KUBUŚ. — Nic nie wierzę, ani nie niewierzę.

PAN. — A gdyby się wzdragali położyć?

KUBUŚ. — Ty było niemożliwe.

PAN. — Dlaczego?

KUBUŚ. — Ponieważ tego nie uczynili.

PAN. — A gdyby wstali?

KUBUŚ. — Tem gorzej, lub tem lepiej.

PAN. — Gdyby... gdyby... gdyby... i...

KUBUŚ. — Gdyby... gdyby morze zaczęło wrzeć, siła ryb by się ugotowało, jak powiadają. Cóż, u djaska, przed chwilą myślał pan, iż ja narażam się na wielkie niebezpieczeństwo: wierutny fałsz; teraz wyobrażasz sobie, iż sam jesteś w wielkiem niebezpieczeństwie; być może, hipoteza równie fałszywa. Wszyscy w tym domu boimy się jedni drugich; co dowodzi, że wszyscy jesteśmy głupcy...

 Tak rozprawiając, rozebrał się, ułożył i zasnął. Pan, zajadając z kolei kawałek czarnego chleba i wychylając łyk kwaśnego wina, nadsłuchiwał dokoła i, patrząc na chrapiącego Kubusia, myślał: „Cóż za człowiek!...“ W końcu, za przykładem sługi, wyciągnął się również na pryczy, ale nie usnął ani na chwilę. Z pierwszym brzaskiem, Kubuś uczuł że ktoś go trąca; była to dłoń pana, który wołał po cichu: „Kubuś! Kubuś!“

KUBUŚ. — Co takiego?

PAN. — Dnieje.

KUBUŚ. — Być może.

PAN. — Wstawaj.

KUBUŚ. — Poco?

PAN. — Poto, aby się stąd wynieść jak najprędzej.

KUBUŚ. — Poco?

PAN. — Bośmy źle trafili.

KUBUŚ. — Kto to wie; jak również czy lepiej trafimy gdzieindziej?

PAN. — Kubuś?

KUBUŚ. — I cóż, Kubuś! Kubuś! co z pana za człowiek!

PAN. — Co z ciebie za człowiek! Kubuś, mój złoty, proszę cię.

 Kubuś przetarł oczy, ziewnął na kilka zawodów, przeciągnął się, wstał, ubrał się bez pośpiechu, odsunął łóżko, wyszedł z izby, zeszedł na dół, udał się do stajni, osiodłał konie, założył im uzdę, obudził śpiącego jeszcze gospodarza, zapłacił należność, zatrzymał klucze od obu pokoi, i podróżni ruszyli w drogę.

 Pan chciał wypuścić galopa, Kubuś chciał jechać stępo, zawsze w myśl swej zasady. Gdy już byli o spory kawał drogi od żałosnego noclegu, pan, słysząc iż coś podzwania w kieszeni Kubusia, zapytał co to takiego; na co Kubuś odparł, iż to klucze od pokoi.

PAN. — Dlaczegóż ich nie oddałeś?

KUBUŚ. — Bo w ten sposób trzeba będzie wyważać dwoje drzwi: naszych sąsiadów aby wydobyć ich z uwięzienia, i nasze, aby odzyskać ich odzież; dzięki temu, zyskamy na czasie.

PAN. — Wybornie, Kubusiu! ale dlaczego chcesz zyskać na czasie?

KUBUŚ. — Dlaczego? Na honor, sam nie wiem.

PAN. — I, jeżeli chcesz zyskać na czasie, dlaczego jedziemy tym wolniutkim truchtem?

KUBUŚ. — Dlatego, iż, nie wiedząc co jest napisane tam w górze, człowiek nie wie ani czego chce, ani co czyni; idzie za swojem urojeniem, które nazywa się rozumem, albo za swoim rozumem, który często jest jeno niebezpiecznem urojeniem, obracającem się czasem na dobre, czasem na złe.

PAN. — Czy mógłbyś mi powiedzieć, co to warjat, a co człowiek rozumny?

KUBUŚ. — Czemu nie?... warjat... zaczekaj pan... to człowiek nieszczęśliwy; a za tem idzie, iż człowiek szczęśliwy jest rozumny.

PAN. — A co to jest człowiek szczęśliwy lub nieszczęśliwy?

KUBUŚ. — Co to, to bardzo łatwe. Człowiek szczęśliwy, to ten, którego szczęście zapisane jest w górze; tem samem, ten, którego nieszczęście zapisane jest w górze, jest człowiekiem nieszczęśliwym.

PAN. — A któż jest ten, kto pisze tam w górze szczęście i nieszczęście?

KUBUŚ. — A kto jest ten, kto uczynił ów wielki zwój gdzie wszystko jest zapisane? Pewien kapitan, przyjaciel mego kapitana, chętnie byłby dał bitego talara aby to wiedzieć; kapitan sam nie dałby ani szeląga, ani ja też nie; nacoby mi się to zdało? Czy uniknąłbym przez to dziury, w której mam kark skręcić?

PAN. — Myślę, że tak.

KUBUŚ. — Ja myślę że nie; musiałaby bowiem być jakaś kreska fałszywa w wielkim zwoju który zawiera prawdę, samą prawdę, i całą prawdę. Byłożby napisane na wielkim zwoju: „Kubuś skręci kark tego a tego dnia“, i Kubuś nie skręciłby karku? Czy wyobraża pan sobie że to możliwe, bez względu na to, komu przypiszemy autorstwo wielkiego zwoju?

PAN. — Wieleby rzeczy można powiedzieć w tej kwestji...

PAN. — Mój kapitan mniemał, iż roztropność jest to przypuszczenie, w którem doświadczenie upoważnia nas do patrzenia na dane okoliczności jako na przyczyny pewnych skutków, jakich możemy się spodziewać lub obawiać na przyszłość.

PAN. — I ty co z tego rozumiesz?

KUBUŚ. — Zapewne; stopniowo włożyłem się do jego języka. Ale, powiadał, kto może się chlubić iż ma dosyć doświadczenia? Ten który sobie pochlebiał iż najlepiej jest w nie zaopatrzony, czy nigdy się nie oszukał? A potem, czy istnieje człowiek zdolny trafnie ocenić okoliczności w jakich się znajduje? Rachunek, jaki czynimy w naszych głowach, a ten który zapisany jest w rejestrach tam w górze, to dwie rzeczy bardzo różne. Żali to my kierujemy losem, albo też los kieruje nami? Ileż zamysłów roztropnie wykonanych chybiło i jeszcze chybi! Ile niedorzecznych zamysłów powiodło się i ile się powiedzie! Oto co mi powtarzał kapitan po wzięciu Berg-op-Zoom i Port-Mahon; dodawał, że przezorność nie daje pewności dobrego wyniku, ale daje pociechę i usprawiedliwienie w złym: dlatego też, w wilię bitwy, spał w namiocie tak spokojnie jak u siebie w alkierzu i szedł w ogień jak do tańca. O nim to dopiero byłbyś pan wykrzyknął: „Cóż to za człowiek!...“

 W tym punkcie rozmowy, usłyszeli, w niejakiem oddaleniu za sobą, hałas i krzyki; odwrócili głowy i ujrzeli zgraję ludzi uzbrojonych w drągi i widły, którzy zbliżali się pośpiesznym krokiem. Gotowiście myśleć, iż to będą mieszkańcy oberży, służba i opryszki o których była mowa. Gotowiście myśleć, że rankiem, w braku kluczy, wywalono drzwi, zaczem bandyci wyobrazili sobie, że dwaj podróżni znikli unosząc z sobą ich odzież. Tak myślał Kubuś i mruczał między zębami: „Przeklęte niech będą klucze, i urojenie czy racja która mi je kazała zabierać! Przeklęta przezorność! etc., etc“. Gotowiście myśleć, iż mały hufczyk wpadnie na Kubusia i jego pana, że wywiąże się krwawa bitwa, razy i wystrzały; jakoż, zależałoby tylko odemnie, aby to wszystkow istocie miało miejsce; ale wówczas, bywaj zdrowa prawdo, bywajcie zdrowe amory Kubusia. Faktem jest, iż podróżnych nikt nie ścigał, i że nie wiem co zaszło w gospodzie po ich wyjeździe. Jechali dalej swoją drogą, ciągle nie wiedząc dokąd jadą, mimo iż wiedzieli mniejwięcej dokądby chcieli jechać; jechali, oszukując nudę i zmęczenie milczeniem i gawędą, jak to jest zwyczajem ludzi odbywających podróż, a niekiedy także i siedzących na miejscu.

 Jest bardzo oczywistem że nie piszę tutaj powieści, skoro gardzę wszystkiem, czem powieściopisarz nie omieszkałby się posłużyć. Ten, ktoby wziął to co piszę za prawdę, byłby może w mniejszym błędzie, niż ktoś ktoby to wziął za bajkę.

 Tym razem, pan przemówił pierwszy, przyczem rozpoczął od zwyczajnej przyśpiewki: No i cóż, Kubusiu, historja twoich amorów?

KUBUŚ. — Nie wiem na czem stanąłem. Tak często musiałem przerywać, iż na jednoby wyszło zacząć od początku.

PAN. — Nie, nie. Ocknąwszy się z omdlenia na progu chaty, znalazłeś się w łóżku, otoczony przez jej mieszkańców.

KUBUŚ. — Doskonale! Otóż, najpilniejszą rzeczą było sprowadzić chirurga, nie było zaś takowego na milę w około. Poczciwiec kazał wsiąść na koń jednemu z synów, i wysłał go do najbliższego miasteczka. Tymczasem, dobra kobieta zagrzała garnek cienkiego wina, podarła starą koszulę, i oto wnet obmyto, obłożono i zawinięto w płótno moje biedne kolano. Paroma kawałkami cukru niedojedzonego przez muchy osłodzili zacni ludzie resztkę wina które służyło do opatrunku, i dali mi się napić: poczem, zachęcili mnie abym miał cierpliwość. Było późno; mieszkańcy chaty zasiedli do stołu aby wieczerzać. Wieczerza się skończyła: chłopca i chirurga ani śladu. Ojciec zaczął się złościć. Był to człowiek z natury zgryźliwy; gderał wciąż na żonę, i nic mu nie było do smaku. Przepędził surowo dzieci spać. Żona usiadła na ławce i wzięła kądziel. On chodził tam i z powrotem, szukując raz po razu zwady ze swą połowicą. „Gdybyś była poszła do młyna jak ci mówiłem“... mruczał i kończył zdanie wymownem potrząśnieniem głowy w moją stronę.

 „Pójdę jutro.

 — Właśnie dziś trzeba było iść, jak mówiłem... A cóż z resztkami słomy, które są w stodole? na cóż czekasz aby je zebrać?

 — Zbierze się jutro.

 — Tylko patrzeć jak braknie: byłoby lepiej, gdybyś zebrała dziś, jak ci mówiłem... A kupa jęczmienia, która pleśnieje na strychu; założyłbym się, nie pomyślałaś o tem aby ją przetrząsnąć.

 — Chłopcy to już zrobili.

 — Trzeba było zrobić samej. Gdybyś siedziała na strychu, nie byłabyś wystawała w drzwiach...“

 Tymczasem zjawił się chirurg, potem drugi, potem trzeci, wraz ze synkiem gospodarza.

PAN. — Otoś bogaty w chirurgów, jak św. Roch w kapelusze.

KUBUŚ. — Pierwszego nie było w domu, gdy chłopaczek przybył go szukać; żona jego dała znać drugiemu, trzeci zaś pospieszył wraz z chłopcem. „Dobry wieczór panom kolegom; i wyście tutaj?“ rzekł pierwszy... Spieszyli się ile mogli, zgrzali się, pić im się chciało. Zasiedli dokoła stołu, z którego nie zdjęto jeszcze obrusa. Kobieta schodzi do piwnicy i wraca z butelką. Mąż mruczy między zębami: „Djabli ją wynieśli na ten próg przeklęty!“ Popijają, rozmowa toczy się o chorobach w okolicy: zaczynają wyliczać pacjentów. Skarżę się na ból, powiadają: „W tej chwili jesteśmy do usług.“ Po tej buteleczce, zażądali drugiej, na rachunek kuracji; potem trzeciej, czwartej, ciągle na rachunek kuracji; za każdą zaś butelką, mąż ponawia swój wykrzyknik: „Djabli ją wynieśli na ten próg przeklęty!“

 

 RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.

image.png

OD TŁUMACZA.

KUBUŚ FATALISTA I JEGO PAN

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Denis Diderot

 

KUBUŚ FATALISTA I JEGO PAN

 

 

 

 

Tłumaczenie: Tadeusz Boy-Żeleński

 

Projekt okładki: Avia Artis

 

W projekcie okładki wykorzystano portret Denisa Diderota.

Autor: Louis-Michel van Loo

 

 

Wydawnictwo Avia Artis

2017

 

ISBN 978-83-65810-75-5