Księga Wyjścia - Mikołaj Grynberg

Księga Wyjścia

0,0

Książka wydana we współpracy z Muzeum Historii Żydów Polskich Polin oraz Stowarzyszeniem Żydowski Instytut Historyczny

Z posłowiem Piotra Osęki

Wydarzenia, o których opowiadają moi bohaterowie, miały miejsce, gdy miałem dwa, trzy lata. Nie ominęły również mojego rodzinnego domu. Dzisiaj umiem nazwać emocje, które już na zawsze zostaną powiązane z liczbą sześćdziesiąt osiem. To poczucie odrzucenia, żal i samotność.

Postanowiłem zrozumieć, dlaczego tak wielu Żydów wyjechało z Polski po wydarzeniach Marca sześćdziesiątego ósmego i dlaczego tylu zostało. Na przełomie 2016 i 2017 roku odbyłem prawie osiemdziesiąt spotkań z tymi, którzy po wojnie sześciodniowej w Izraelu oraz po Marcu podejmowali decyzje o pozostaniu w Polsce lub jej opuszczeniu. Zadawałem im pytania w swoim imieniu oraz, mam wielką nadzieję, że i w Twoim – Drogi Czytelniku.

Dzisiaj wiem więcej, ale dalej nie rozumiem wielu rzeczy. Jedno z pytań, z którym pewnie pozostanę na zawsze, brzmi: dlaczego opuszczający Polskę Żydzi widzieli tak mało rąk wyciągniętych do nich w geście pożegnania?

To są wydarzenia, które miały miejsce pięćdziesiąt lat temu, dwadzieścia trzy lata po drugiej wojnie światowej.

Mikołaj Grynberg

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Mikołaj Grynberg

Księga wyjścia

Z posłowiem Piotra Osęki

Wydawnictwo Czarne 2018

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Szymon i Małka Fisz

Józek Szpilman

Krysia Borowicz

Perła Kacman

Paulina i Heniek Chmielniccy

Nina Himelstein

Grzegorz Himelstein

Krzysztof

Viola Wein

Ala Elczewska

Majka Elczewska

Andrzej Krakowski

Zosia Braun

Olga Zambrowska

Piotr Wiślicki

Halina i Leon Marymont

Dawid Guterbaum

Adam Gryniewicz

Lidia Zajde

Marek Elbaum

Anna Frajlich­-Zając i Władysław Zając

Piotr i Flora Fejgin

Leon Sfard

Naum Norman

Teresa Pollin

Aleksander Markowski

Krystyna Flato

Podziękowania

Polowanie na piątą kolumnę

Przypisy

Kolofon

Mojemu Tacie,

który nie zdążył przeczytać tej książki

Mikołaj: Tato, dlaczego nie wyjechaliśmy z Polski?

Marian: To jest dłuższa rozmowa.

To nie zwlekajmy.

8 marca sześćdziesiątego ósmego roku twoja mama miała spotkanie na Akademii Sztuk Pięknych na Krakowskim Przedmieściu. Gdy aktyw robotniczy zaczął pałować studentów na Uniwersytecie Warszawskim, część aktywu wkroczyła także na teren Akademii. Twoja mama zadzwoniła do mnie na wydział, żeby powiedzieć, że udało się jej uciec przez okno i że jest już bezpieczna. Wtedy poczułem strach. Składał się ze strachu o ciebie i o Danielę. To był pierwszy raz, kiedy zacząłem poważnie myśleć o wyjeździe z Polski. Wielu znajomych, tych, którzy wtedy zdecydowali się wyjechać, namawiało mnie na to. Zapewniali, że z moją pozycją zawodową łatwo znajdę pracę. Daniela nie chciała wyjeżdżać, ale powtarzała: jeśli ty chcesz, to może jedźmy do Francji. Mówiła biegle po francusku, miała tam rodzinę i przyjaciół rodziców, to było dla niej do przyjęcia. Dla mnie nie. Bałem się starych cywilizacji, okrzepniętych społeczeństw, w których po trzystu latach ciągle jeszcze jesteś nowy. A nowy zawsze jest outsiderem. Nie chciałem tego ani dla ciebie, ani dla nas. Uważałem, że trzeba jechać do młodych cywilizacji, takich jak Australia albo Kanada.

Izraela nie rozważaliście?

Nie.

Co się stało, że jednak nie wyjechaliśmy?

W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że żyję tylko dzięki temu, że moi rodzice uratowali mnie w czasie wojny. Gdyby nie oni, nigdy bym nie przeżył w getcie ani w aryjskich kryjówkach. W sześćdziesiątym ósmym roku mój tata miał sześćdziesiąt pięć lat, a mama ponad siedemdziesiąt. Oni już nigdzie nie mogli pojechać. Nie mogłem ich zostawić. Wiedziałem, że kiedy będą mnie potrzebować, nie może mnie zabraknąć. Ostateczną decyzję podjęliśmy z Danielą we dwoje. I zostaliśmy. Wtedy też postanowiliśmy, że nie możesz być sam, zdecydowaliśmy, że będziemy mieli drugie dziecko.

Mama odetchnęła?

To nie był czas na odetchnięcie. Powiedziałem ojcu, że podjęliśmy decyzję, że zostajemy. Na początku wyglądał na załamanego, bo uważał, że powinniśmy wyjechać. Dlaczego to robisz? – zapytał. W miarę jak mu tłumaczyłem, coś do niego zaczęło docierać. Myślę, że z czasem był nam bardzo wdzięczny.

Szymon i Małka Fisz

Kopenhaga, Dania

Przedstawcie się, poproszę.

Małka: Małka Fish, z domu Wajman. W Polsce „Małka” znaczy Małgorzata Alfreda Fish.

Szymon: Szymon Fish.

Fish pisane przez sh?

S.: W Polsce przez sz, a tutaj mieliśmy do wyboru Fisch albo Fish. Z wiadomych powodów wybraliśmy sh.

Czyli z jakich?

S.: Żeby nie wyglądało niemiecko.

Opowiecie…

M.: Szymek, zaczynaj.

S.: Urodziłem się w Akmolińsku, w Kazachstanie. Można powiedzieć, że byłem prezentem dla mojego ojca, który w czasie wojny stracił całą rodzinę. Przeżyły tylko dwie siostry mamy. Jedna z nich przechowała się w klasztorze i została zakonnicą. Po wojnie wyszła z klasztoru i skończyła szkołę pielęgniarską, ale nie mogła sobie znaleźć miejsca. Wróciła do zakonu i tam była do końca życia. Mogę teraz opowiedzieć ciekawą rzecz?

Pewnie.

S.: Myśmy z Małką zaczęli ze sobą chodzić po tym, jak byliśmy na kolonii żydowskiej. Moja mama uważała, że to jest mezalians, i uznała, że powinniśmy razem pójść do tej ciotki. Myślała, że jak Małka zobaczy zakonnicę, to od razu ze mnie zrezygnuje. Ciotka bardzo się na nasz widok ucieszyła. Popatrzyła na Małkę i mówi: Szymek, ty jesteś jedyny mądry w tej rodzinie. Zabierz swoją Małkę i wyjeżdżajcie do Izraela. Tu nie ma miejsca dla nas, Żydów.

M.: To był 1964 rok.

S.: Tak, bo miałem wtedy dziewiętnaście lat, a jestem z 1945 roku.

Wiedziałeś, że jesteś Żydem?

S.: My byliśmy bardzo żydowscy. Jak ja to mówię, jestem niewierzący, ale praktykujący. Ojciec zawsze mówił, że trzeba być dumnym z bycia Żydem. No to byłem.

Wiedziałeś od zawsze?

S.: Nie mogło być inaczej, mimo że nie jestem podobny do Żyda. To wszyscy Żydzi są do mnie podobni. Przeszedłem w Polsce wszystko, co Żyd miał do przejścia.

Co Żyd miał do przejścia w Polsce?

S.: Ochronę przed lecącymi kamieniami w drodze do szkoły.

W jakim mieście to było?

S.: W Legnicy. Zawsze w nas rzucali, ale my nie pozostawaliśmy im dłużni.

Wy, czyli kto?

S.: Żydzi idący do żydowskiej szkoły. Był czas, że ta szkoła liczyła około ośmiuset uczniów, większość to byli repatrianci. A potem, bardzo szybko, zaczęło być nas coraz mniej. Przyjeżdżali Żydzi z Rosji i bardzo szybko wyjeżdżali.

Moja siostra do dzisiaj mieszka w naszym mieszkaniu w Legnicy. Ja się wyprowadziłem, gdy poszedłem na studia. Maturę zrobiłem w Dzierżoniowie, w technikum. Wtedy były dwie szkoły elektrotechniczne w Polsce. Jedna w Warszawie – Kasprzak, druga w Dzierżoniowie – Diora. Chodziłem do tej drugiej, a mieszkałem w internacie, w czternasto­osobowym pokoju. Byłem jedynym Żydem. W naszej klasie było nas dwóch. Na początku trzech, ale jeden po roku wyjechał do Izraela. Po trzech miesiącach pierwszej klasy podszedł do mnie kolega Staś i mówi tak: Szymek, nie gniewaj się. Ja już wiedziałem, że jak ktoś zaczyna od „nie ­gniewaj się”, to będzie pytał o coś żydowskiego. Szymek, ty jesteś Żydem? Jestem – mówię. A Jurek Spektor jest Żydem? – pyta. Jest – odpowiadam. A Dawid Kierner? – pyta dalej. To już jego musisz spytać – odpowiadam. Wszyscy trzej chodziliśmy do żydowskiej szkoły. Dawid był repatriantem i strasznie się bał swojego żydostwa, nawet zaczął chodzić do kościoła. Nie chciałem go wydać, niech sam odpowiada. I wiesz, co się z nim stało? Po pierwszej klasie to właśnie oni wyjechali do Izraela. A ja zrobiłem maturę w Dzierżoniowie w 1965 roku i potem zdałem na Politechnikę do Wrocławia. Małka tam mieszkała, a my już wtedy ze sobą chodziliśmy.

Byłeś wtedy Polakiem?

S.: No pewnie. W domu zostałem wychowany na Polaka. Polska była moją ojczyzną, system socjalistyczny był sprawiedliwy i wszyscy byli różni.

Różni?

S.: Chciałem powiedzieć równi.

Śmieszna pomyłka.

S.: Nieśmieszna. Naprawdę jeszcze wtedy wierzyłem w ten system. Jak miałem osiemnaście lat, to nawet się zapisałem do partii.

A kiedy przestałeś wierzyć?

S.: W 1967 roku wziąłem urlop dziekański i zacząłem pracować w Biurze Urządzeń Techniki Jądrowej jako technik. 7 marca 1968 urodził się nasz syn, a 8 marca zaczęły się te słynne zmiany. Zostałem skreślony z listy studentów.

Podali powód?

S.: Nie potrzebowali podawać. Rozwiązali Wydział Łączności (dzisiaj Wydział Elektroniki) i zrobili nowy nabór. Bardzo późno się o tym dowiedziałem, bo nie bywałem na Poli­technice.

M.: Zapomniałeś powiedzieć, że wzięliśmy ślub.

S.: Tak, 15 kwietnia 1967 roku o godzinie osiemnastej w Pałacu Ślubów we Wrocławiu. Mieszkaliśmy z rodzicami Małki. Muszę jeszcze wrócić do Marca. Tam, gdzie pracowałem, przyszła milicja i zrobiła rewizję w moich rzeczach, a mnie wzięli na komisariat. Przetrzymali wiele godzin, zabronili mówić, o czym ze mną rozmawiali. Między wierszami dali znać, że się do mnie jeszcze dobiorą.

Dobrali się?

S.: Dostałem wezwanie do wojska. Małka w marcu urodziła, a mnie w kwietniu wzięli. Odpękałem tam dwa lata. Czterysta kilometrów od domu, w Trzebiatowie. Na mojej teczce, która dotarła do wojska, było napisane: „skreślony z listy studentów, marzec 68, dotrzeć”. Zameldowałem się w jednostce. Byłem już przecież po studium wojskowym, po obozie wojskowym i po przysiędze. Bardzo im się spodobało, że jestem sportowcem. I wtedy zobaczyli moje papiery. Zaczęło się. Imię ojca? Mojżesz. Nazwisko ojca? Fisz. Macie rodzinę za granicą? Nie. Żonaci? Tak. Żona ma rodzinę za granicą? Ma. Gdzie? W Meksyku i w Argentynie. Zapadła cisza, bo żaden z tych pułkowników nie chciał mnie do swojej jednostki. W końcu pułkownik Gdaniec wziął mnie do siebie, do artylerii. Dajcie go mnie, ja z takimi od Lenino szedłem – powiedział. Gdy wszedłem na baterię, na wszystkich łóżkach były kartki z danymi. Na mojej było napisane: „Szymon Fisz, kanonier, syn Mojżesza”. Tylko u nas były te kartki, po to, żeby mi dokuczać.

Dokuczali?

S.: Tylko oficerowie i podoficerowie. Wezwał mnie do siebie porucznik Musiał od spraw politycznych. Kanonier Fisz, wy się nie martwcie, my wiemy, że wy jesteście Żydem – powiedział. Tak jak ja bym to ukrywał. Nam nie robi różnicy, kto kim jest – dodał. To już wiedziałem, że im robi, bo inaczej by mnie przecież nie wzywał. Byłem dobrym sportowcem, umiałem czytać i pisać, jako jeden z niewielu. Pisałem raporty oficerom.

Ciężko było?

S.: Tak… Pierwsze pół roku było bardzo ciężkie. Byłem na granicy samobójstwa.

Co było najgorsze?

S.: Wszystko. Świat runął. Korzenie zniknęły. Okazało się, że nie jestem Polakiem. Straciłem grunt pod nogami, a tu jeszcze żona, dziecko. Nie miałem nawet z kim porozmawiać. Małka od początku starała się, by mnie zwolnili. W końcu się udało, żyję. Zamiast dwudziestu czterech miesięcy byłem w wojsku dwadzieścia trzy.

Po pierwszym pół roku było lżej?

S.: Tak, bo ja przedtem bardzo dobrze grałem w ping­-ponga, to się przydałem w reprezentacji pułku oraz Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Wygrywałem, oni zbierali punkty, oficerowie dostawali podwyżki i pułk stał lepiej.

Byłeś przydatny.

S.: Jak bida, to do Żyda.

Już wtedy myślałeś o wyjeździe?

S.: Wiedziałem, że trzeba będzie. Odkładałem te myśli… Nie znałem języków, bardzo się bałem.

M.: Bo byłeś tchórzem.

S.: Na szczęście miałem przewodniczkę. Tego dnia, kiedy miałem wrócić z wojska, Małka dostała wypowiedzenie z pracy. Mieliśmy już dwoje dzieci i zaczęliśmy się starać o wyjazd, ale nam powiedzieli, że nas nie wypuszczą, bo we Wrocławiu musi zostać chociaż jedna żydowska rodzina z dziećmi. Pracowałem, byłem po wojsku, po stażu, zacząłem starać się o podwyżkę. Pojechałem w delegację z moim szefem, inżynierem Kasprzakiem. Trochę wypiliśmy, jak to na delegacji. On się rozpłakał i mówi: panie Szymku, ja ­robiłem, co w mojej mocy, żeby dać panu podwyżkę, ale zakazali mi i powiedzieli: Żydzi nam są niepotrzebni, niech się zwalniają. Oni nie mogli mnie zwolnić, bo byłem jedynym żywicielem rodziny, ale wiedzieli, jak się mnie pozbyć. Uniosłem się honorem i odszedłem. Myślałem, że szybko znajdę nową pracę. Ale dopiero po czterech czy pięciu miesiącach coś znalazłem, i to przez pomyłkę.

Jak to „przez pomyłkę”?

S.: W PKP Wrocław otwierali nową centralę. Tam był inżynier Zieliński. Panie Szymku – mówi – my tych skurwysynów nauczymy. Ma pan trzy dni, żeby załatwić wszystkie formalności.

Dlaczego trzy dni?

S.: Bo za trzy dni wracał z urlopu naczelnik. Załatwiłem wszystko, włącznie z odczynem Wassermanna. Zdążyłem i dostałem pracę.

Który to był rok?

S.: 1970. W poprzedniej pracy dostawałem dziewięćset złotych bez żadnych dodatków, bo były restrykcje, żebym nie dostawał podwyżek. Tutaj na start dostałem więcej, plus dodatek na mundur kolejarski, deputat na węgiel, zniżki na przejazdy. Wtedy już byłem członkiem Okręgowego Związku Tenisa Stołowego. Trochę sędziowałem, miałem diety. Co chwila ktoś wchodził do mojego pokoju, patrzył i wychodził. Okazało się, że przychodzą zobaczyć, jak wygląda Żyd na kolei.

M.: Zarabiał na dietach, a na chleb nie mieliśmy.

S.: Ciągle składaliśmy o wyjazd i ciągle dostawaliśmy odmowy. Chcieliśmy jechać do Izraela. W końcu Małka sama pojechała do Danii.

M.: O tym to już ja opowiem. A może wcześniej coś o sobie dodam?

Oczywiście.

M.: Urodziłam się w 1946 roku we Wrocławiu, ale zrobili mnie w Uzbekistanie. Rodzice mówili w domu po żydowsku, żebyśmy z siostrami nie wiedziały, o czym rozmawiają. Dlatego rozumiemy po żydowsku. Mam dwie siostry. ­Berta miała pięć i pół roku, kiedy dojechaliśmy do Wrocławia, a Gicia dwa i pół. Wszystkie chodziłyśmy we Wrocławiu do żydowskiej szkoły, a ja i Gicia jeszcze do żydowskiego przedszkola. ­Żyliśmy w żydowskim świecie.

Miałaś bezpieczniejszą drogę do szkoły niż Szymek, bez kamieni?

M.: Nic nie rozumiesz. Droga do żydowskiej szkoły w Polsce musiała prowadzić przez kamienie.

Codziennie?

M.: Nie było innej drogi. Z jednej strony był przystanek tramwajowy, było wiadomo, że tam będą wysiadać żydowskie dzieci. Druga grupa przychodziła tak jak ja, od Lwowskiej do Pereca. Doskonale wiedzieli, kto tamtędy chodzi.

Blisko podchodzili?

M.: Blisko, dalej, różnie. Powiem ci, że gorsze od kamieni, które rzucali, były wyzwiska. „Parszywe żydy!”, „Do Palestyny!”. Szczuli nas psami. Staraliśmy się poruszać grupami, bo w pojedynkę to było naprawdę bardzo ciężko.

Żyliśmy w malutkich rodzinach. Przecież prawie nikt nie przeżył wojny. Moja mama miała siostrę w Meksyku, a brata w Argentynie. Gdy przychodziły od nich listy, to było święto. Siadaliśmy wszyscy przy stole, mama nam czytała i pokazywała zdjęcia. To wasz kuzyn, to wasza ciocia… Wiedzieliśmy, że w końcu wszyscy się spotkamy.

Cały czas siedzieliście na walizkach?

M.: Siedzieliśmy na walizkach, zanim się urodziłam. Zaraz po przyjeździe do Polski rodzice starali się o wyjazd do Argentyny, ale się nie udało.

Co rodzice robili we Wrocławiu?

M.: Mama poszła do pracy, gdy ja poszłam do szkoły. Tata był palaczem na stadionie olimpijskim. Z zawodu był szczotkarzem i pamiętam, jak w kuchni, z kilkoma innymi, robili te szczotki. W ostatnich latach pracował jako karmelarz, taki, co robi cukierki. W 1956 dostał zawału i nigdy już do pracy nie wrócił. W tym samym roku mama straciła pracę w komisie. Wtedy zaczęła się prawdziwa bieda. Obydwoje mieli mikroskopijne renty inwalidzkie, głodowaliśmy.

Dlaczego mama przestała pracować?

M.: Powiedzieli, że są żydowskie spółdzielnie, że ona może sobie tam iść. Przez jakiś czas zajmowała się w takiej spółdzielni introligatorstwem, ale z powodu skoliozy musiała przerwać. Moja najstarsza siostra wyszła za mąż, kiedy miała osiemnaście lat, urodziła dziecko, gdy miała dziewiętnaście, a w 1963 wyjechała z rodziną do Izraela. Średnia musiała iść prosto po podstawówce do pracy. Tylko ja miałam szczęście zdobyć wykształcenie. W 1965 dostałam się do pomaturalnego studium programowania maszyn cyfrowych.

Opowiedz, jak było na żydowskich koloniach.

M.: Pierwsze moje kolonie były nieżydowskie. Co wieczór trzeba było odmawiać pacierz. Musiałam się nakrywać kołdrą i udawać, że śpię. Nigdy nie upadłam tak nisko, by klękać i udawać, że się modlę. Leżałam pod kołdrą i płakałam. Głodowałam, bo jedzenie mi nie smakowało. Było inne od tego, do którego byłam przyzwyczajona w domu. To właściwie było prewentorium, musiałam tam jechać, bo chorowałam na gruźlicę. Raz udało mi się namówić tatę, by mnie stamtąd zabrał. Potem byłam na polskich koloniach z siostrą. Była tam żydowska dziewczynka, której strasznie dokuczali. W końcu przyjechał jej tata, ona go błagała, żeby ją zabrał do domu. Pamiętam, jak Gicia do niego podeszła i powiedziała, że jeśli chce, żeby jego córka przeżyła, musi ją zabrać.

Zabrał?

M.: Tak. Myśmy zostały, ale byłyśmy we dwie, więc czułyśmy się pewniej. Potem jeździłyśmy już tylko na żydowskie kolonie.

Od razu się uśmiechasz.

M.: Bo to było zupełnie co innego. Było jedzenie, masło. Byli koledzy i koleżanki, serdecznie nastawieni.

S.: Można było żydłaczyć i nikt złego słowa nie mówił. W takim cudownym miejscu się właśnie poznaliśmy.

M.: I teraz wrócimy do mnie. W 1967 dostałam angaż do Zakładów Elektronicznych Techniki Obliczeniowej. Zaproponowali mi pracę od 1 stycznia, a szkoła kończyła się dopiero w czerwcu, ale go przyjęłam. W dzień pracowałam, a popołudniami chodziłam do szkoły. Byłam zachwycona, ale to już był 1967 rok i wiadomo, co się stało w czerwcu. Miałam szefa, który robił doktorat. Bez przerwy potrzebował pomocy językowej. Przecież pani Małgosia tak pięknie po polsku pisze… Przyszedł ten czerwiec 1967, nie mieliśmy żadnych wiadomości od Berty, a w środkach przekazu mówili, że Izrael jest zrównany z powierzchnią ziemi. Żeby się z nią skontaktować, trzeba było wysłać awizo, że tego i tego dnia będziemy dzwonić o takiej godzinie. Chodziłam cały czas zapłakana, a byłam już w pierwszej ciąży. Wtedy w pracy dowiedzieli się, że jestem Żydówką. Nie żebym to jakoś bardzo ukrywała, nawet na moim świadectwie maturalnym drugi przedmiot od góry to był język żydowski. Nie trzeba było być wielkim filozofem, ale mój dyrektor i wicedyrektor to jakoś przegapili. Wtedy przestało być miło.

Jak się nazywał twój dyrektor?

M.: Sztajer.

Sztajer…

M.: Partyjny i do tego folksdojcz.

Twój mąż też był w partii.

S.: Ale nie byłem folksdojczem.

M.: On serdecznie nienawidził Żydów. Można tak po polsku powiedzieć?

Jak widać, można.

M.: I zaczął mnie prześladować.

S.: Chciał, żeby się sama zwolniła.

M.: Szymek był w wojsku, ja w ciąży, nie mogli mnie zwolnić. Gdy tylko urodziłam, zaszłam w kolejną ciążę i bałam się powiedzieć w pracy. Myślałam sobie: teraz to szef mnie zabije.

Straszny czas przeżyłaś…

M.: Straszny. Straszny. Straszny. On był w wojsku, a ja zostałam ze starymi, schorowanymi rodzicami, z dziećmi i bez żłobka. Nie dostałam przydziału, bo mieszkałam z rodzicami. Byli mi kulą u nogi, próbowałam znaleźć inne mieszkanie, ale bezskutecznie. A do tego ojciec strasznie tęsknił do tej najstarszej córki i chciał jechać do Izraela.

A co się działo z twoją średnią siostrą?

M.: W styczniu 1969 roku z mężem i z dzieckiem wyjechała do Ameryki.

Jakbym miała jeszcze mało problemów, okazało się, że nasz budynek idzie do kapitalnego remontu i musimy się wyprowadzić. Zaproponowali nam baraki na ulicy Ostatni Grosz. Mówili na nią „cygańska ulica”, bo kiedyś tam Cyganie mieszkali. W końcu udało się znaleźć coś innego.

Przeprowadziłaś się tam z rodzicami?

M.: W styczniu, a w październiku 1969 wyjechali do Berty, do Izraela.

A jak sytuacja w pracy?

M.: Tragicznie. Miałam kilka koleżanek, ale bały się ze mną rozmawiać.

S.: U mnie było to samo. Podszedł do mnie kolega Rysiek i mówi: Szymek, nie gniewaj się. To już wiedziałem, że będzie litania. Zaczynają mnie prześladować, wyzywać od Żydów, musimy przestać tutaj ze sobą rozmawiać. Bardzo mnie to dotknęło, muszę powiedzieć, ale on też musiał jakoś swoją rodzinę wyżywić. Od kolegów raczej mnie nie spotykały nieprzyjemności, a z góry – wszędzie.

M.: Miałam w pracy taką koleżankę, która w 1967 roku serdecznie się mną zajęła i bardzo mi współczuła. Serce miała na dłoni i oburzała ją ta paskudna sytuacja polityczna. Potem wzięli ją na rozmowę i jak wróciła, to już ze mną nie chciała rozmawiać.

Dała ci jakiś sygnał?

M.: Nic, po prostu przestała mnie zauważać.

Bardzo chciałam wyjechać. Gdy byłam w ciąży z drugim dzieckiem, rodzice mnie namawiali, żebym z nimi pojechała, mówili, że przecież Szymka wypuszczą. Że nie ma tak, żeby ojca do dzieci nie puścili. Ale ja nie mogłam mu tego zrobić. Urodziłam drugie dziecko, rodzice pojechali sami.

Sama ich odprowadzałaś?

M.: Szymkowi dali przepustkę. Znaczy musiał oddać krew, to wtedy mu dali trochę wolnego. Dzieci zostawiłam u teściowej i pojechaliśmy ich odwieźć aż do Zebrzydowic.

Pamiętasz tę podróż?

M.: Co znaczy „czy pamiętam”? Oczywiście. W pociągu było strasznie zimno. Rodzice w jednym wagonie, my w drugim. Tuż przed granicą przyszliśmy do nich. Mieli wielkie bagaże, bo dużo rzeczy im na cle odrzucili przy wysyłaniu mienia przesiedleńczego. Próbowali więc je przewieźć pociągiem. Pamiętam, że tata miał w paszporcie przygotowane pieniądze na łapówkę. Celnik wziął, policzył i powiedział: połowa dla córki, i położył obok mnie. Byłam mu bardzo wdzięczna, bo dla nas to był chleb. Dojechaliśmy z rodzicami do samej granicy. W ostatniej chwili jeszcze wszystko przepakowaliśmy, tak że jedna walizka została pusta. Zabraliśmy ją do domu, bo nie było prosto wtedy taką dostać. Wielka, tekturowa. Ruska była. Oddałam ją potem jednej koleżance Żydówce, kiedy wyjeżdżała do Ameryki. I wiesz, że wtedy widziałam mojego tatę ostatni raz? Miałam dwadzieścia trzy lata i ostatni raz na niego patrzyłam. Nie wiedziałam tego, ale czułam, że się więcej nie zobaczymy. Już wtedy był bardzo chory. Umarł cztery i pół roku później. Mówił, że nawet jeśli umrze dzień po przyjeździe do Izraela, to będzie szczęśliwy. Nie chciał być pochowany w Polsce. Odczekaliśmy dwa lata od powrotu Szymka z wojska i znowu zaczęliśmy składać o wyjazd. Wiedzieliśmy, że po wojsku tak szybko nie wypuszczają.

Pracowałaś dalej?

M.: Wyrzucili mnie.

Jak to się odbyło?

M.: Najnormalniej w świecie. Dostałam wymówienie. Szymek wrócił z wojska i pracował. Dostawał tysiąc złotych, łącznie z premią. Na nic nam nie starczało.

Z czego żyliście?

M.: Z darowizn. Siostra z Ameryki dwa czy trzy razy wysłała nam po dwadzieścia dolarów. Potem napisałam list do cioci z Meksyku i przysłała nam sto dolarów. Zgadaliśmy się z moją przyszywaną kuzynką z Danii i ona nam, co jakiś czas, przysyłała po sto koron.

S.: Koronę sprzedawaliśmy wtedy po piętnaście złotych, więc wychodziło więcej niż moja pensja.

M.: Dzisiaj możemy się z tego śmiać, ale wtedy to był majątek. Wszystko szło na jedzenie.

Ile trwała taka sytuacja?

M.: Około czterech lat.

S.: Nie chcieli nas wypuścić.

M.: Musieliśmy wejść w umowę, że będziemy szpiclami.

S.: Nie weszliśmy w umowę.

M.: Weszliśmy! Tylko nie dotrzymaliśmy słowa. Dlatego wyjechaliśmy.

Co musieliście podpisać?

M.: Nic nie podpisaliśmy!

S.: Nic!

M.: Opowiem ci, żebyś wszystko rozumiał. Ktoś mi powiedział, że można pojechać do Sztokholmu, a stamtąd do ­Izraela, bo oni dają wizę na osobnym papierku, nie w paszporcie.

S.: Zapomniałaś dodać, że twój ojciec był już wtedy śmiertelnie chory.

M.: Mój ojciec cały czas był śmiertelnie chory.

To nie był plan na emigrację, ale na spotkanie z rodziną, tak?

M.: Był już rok 1973, najstarszej siostry nie widziałam ponad dziesięć lat, ojciec chorował. Chciałam ich zobaczyć.

Jak to przygotowaliście?

M.: Umówiliśmy się z mężem mojej przyszywanej kuzynki, że spotkamy się z nim w NRD, w Rostocku.

S.: Tam można było jechać na dowód osobisty.

M.: Tam się spotkaliśmy i zrobiliśmy cały plan, żebym mog­ła pojechać i zobaczyć się z rodziną. Miałam przyjechać do nich z wycieczką. Rodzice mieli przysłać pieniądze na bilet lotniczy do Izraela. Wzięłam córkę, która miała cztery lata, i pojechałam.

S.: Ale przedtem…

M.: Ku mojemu zdziwieniu paszport dostałam od razu. Byłam zaskoczona, ale szczęśliwa.

S.: I wtedy…

M.: Zadzwonił telefon. Człowiek z Urzędu Bezpieczeństwa powiedział, że po pierwsze, to chce mi bardzo pogratulować, że tak szybko dostałam paszport, a po drugie – chce się spotkać. Powiedziałam, że nie spotykam się z obcymi ludźmi, a z mężczyznami to już wcale, jestem przecież mężatką. Nie udało mi się wywinąć, musiałam pójść. Szymek pracował na zmiany dwudziestoczterogodzinne, więc musiałam dzieci do teściowej zawieźć. Mężowi powiedziałam, dokąd idę i żeby w przypadku, gdy nie wrócę, schował dzieci pod ziemię. Kazali mi pójść na tyły budynku Urzędu Bezpieczeństwa, na ulicę Więzienną. Wejść do budki telefonicznej i zadzwonić do nich. Zadzwoniłam. Poczekałam. Przyszło dwóch mundurowych, wzięli mnie pod ramiona, ścisnęli tak, że nie mogłam oddychać. Zaprowadzili mnie naokoło budynku i weszliśmy głównym wejściem na pierwsze piętro, skręciliśmy najpierw w lewo, a dalej już nie pamiętam. Nawet nie wiem, czy to było drugie, czy trzecie piętro. Normalny pokój z biurkiem, ale miał drzwi do innego pokoju. Tam mnie wprowadzili. Ściany były wyłożone skórą, wszystko było grube, wyciszające. Mogliby mnie torturować, nikt by nawet nie usłyszał. Od razu mi powiedzieli, że stąd żaden dźwięk się nie wydostaje. Jeden z nich znowu pogratulował paszportu i przeszedł do meritum. Byli zainteresowani nawiązaniem kontaktów ze Skandynawią. Chcecie ze mnie zrobić zdrajcę? – pytam. Nie chce pani współpracować, to pani nigdzie nie pojedzie – odpowiedział.

S.: Tymczasem zmarł twój tata.

M.: Tak. Powiedziałam, że aż tak mi nie zależy na tym wyjeździe. Kim są ludzie, którzy zapraszają? – pyta. Kuzyn – mówię. Tak podałam we wniosku. To był mąż tej przyszywanej kuzynki. Sprawdziliśmy siedem pokoleń wstecz i żadnego pokrewieństwa nie znaleźliśmy – mówi. Źle szukaliście – powiedziałam. – Jestem spokrewniona nie z nim, tylko z jego żoną. Ale on wam wysłał zaproszenie. Mąż kuzynki też rodzina, nie? – odpowiadam. Ją też sprawdziliśmy, nie ma żadnych papierów potwierdzających więzi rodzinne. Kto wie, co oni mogą mieć w archiwum – myślę sobie. To, że my nie mamy dostępu, to nie znaczy, że oni nic nie mają. Nie wiem, jak jesteśmy spokrewnione, ale ja zawsze do jej mamy mówiłam: ciociu. A, mądrze to pani wymyśliła – uśmiechnął się od ucha do ucha. Zaczął mnie wypytywać, kogo znam, a kogo nie znam, o znajomych i nieznajomych. Przyznałam się tylko do znajomości z tymi osobami, o których wiedziałam, że na sto procent Urząd Bezpieczeństwa wie, że ich znam. I znowu zaczyna, że jak pojadę, to mam się rozejrzeć, co ile kosztuje, posłuchać to tu, to tam. Nie ma mowy – mówię. A pani dzieci tak dużo chorują, lepiej im będzie w domu dziecka – mówi. Wtedy to już wiedziałam, że ugrzęzłam, nie mam wyjścia. Powiedziałam, że muszę się zastanowić i porozmawiać z mężem. Mężowi nie wolno nic mówić. Nie mam żadnych tajemnic przed mężem, możecie mi grozić, ile chcecie, ale jemu i tak powiem. Tylko mężowi, nikomu innemu – zgodził się. Wróciłam do domu, Szymka wzięłam na spacer naokoło fosy. I zaczęłam go na pamięć uczyć wszystkiego, co im tam powiedziałam. Tłumaczyłam mu: oni będą cię maglować, musisz mówić to samo, co ja im powiedziałam. I tak było. Dorwali się do niego. Ten sam facet. Przedstawił się jako kolega tamtego. Mówił, że dużo informacji im brakuje i chcą, żeby Szymek im je uzupełnił. Ponieważ go nauczyłam, to powtórzył słowo w słowo, wszystko grało. Ten człowiek był z nami do wyjazdu.

Jak się nazywał?

M.: Nie możemy sobie przypomnieć, ale na pewno to nie było prawdziwe nazwisko. Na imię miał Czesław.

S.: I chciał, żeby go wołać Czesiu. Nasz kolega Czesiu. Małka, Czesiu do ciebie dzwoni. Szymek, Czesiu do ciebie. Cały czas. Do samego wyjazdu Czesiu i Czesiu.

M.: Pojechałam do Danii i wtedy wzięli Szymka. Maglowali, maglowali.

S.: Chciał, żebym się zapisał do gminy żydowskiej. Tam wam pomogą – mówił – mają zapomogi.

M.: Nie chciałam brać żadnej zapomogi, nie chciałam być komukolwiek coś winna. Kazał nam zaprenumerować „Fołks Sztyme”[1]. Powiedziałam, że my nie mówimy po żydowsku. Tam jest dodatek po polsku – odparował. Chciał nam za to płacić, ale się nie zgodziliśmy.

S.: Jak tylko Małka wyjechała, to się do mnie doczepił. Dzwonił do mnie do pracy i pytał, jakie tam stosunki. To był 1973 rok. Po wojnie Jom Kippur to już mi żyć nie dawał. Małka jeszcze była w Danii. Zdążyła odwiedzić Izrael i wyjechać przed wojną. Kazał mi pójść do TSKŻ[2] na film z okazji Dnia Wojska Polskiego. Później przyszedł do mojej pracy i pytał, co ludzie mówili. Powiedziałem, że są zmartwieni, bo przecież ich rodziny tam są, a poza tym większości nie rozumiałem, bo mówili po żydowsku. Bez przerwy wzywał mnie do Urzędu i godzinami tam trzymał.

M.: Gdy byłam w Danii, dowiedziałam się, że duński parlament postanowił pod koniec roku zamknąć granice przed uchodźcami. Zrozumiałam, że mam mało czasu. Był październik 1973 roku.

Opowiedz o wizycie w Izraelu.

M.: Nie zdążyłam nawet na pogrzeb taty. Rozmawiałam z mamą, powiedziała mi: znajdź sobie inne miejsce na świecie, nie waż się tutaj przyjeżdżać, ale wyjedź z Polski. Wiedziałam, że wyjadę, ale nie powiedziałam, że weszłam w układ z bezpieką. Wróciłam, spotkałam się z Czesiem i powiedziałam mu: pomogę wam, pod warunkiem że wy pomożecie mnie.

S.: Opowiedz mu jeszcze o problemie, który miałaś po powrocie.

M.: Wizę izraelską dostałam na osobnym papierku, ale do paszportu wbili mi powtórny wjazd do Danii. Wyjeżdżając z Polski, dostałam prawo jednokrotnego przekroczenia granicy. Nie wiedziałam, jak mam oddać paszport i co wymyślić. Za żadne skarby nie chciałam się przyznać, że byłam w ­Izraelu. Miałam czteroletnie dziecko, które paplało o wszystkim, co tam widziało. Myślałam, myślałam, aż wymyśliłam, ale zanim cokolwiek zrobiłam, przyszedł do domu Czesio. Wszedł i zapytał, dlaczego nie oddałam paszportu. Córkę zamknęłam w kuchni. Ona nie przestawała wyć. Czesio pyta, dlaczego dziecko tak płacze. Zamknęłam, bo była niegrzeczna. Co zrobiła? – pyta. Wylała mleko, bo nie chciała pić. Ona rzeczywiście często tak robiła, ale musisz mi uwierzyć, że ja jej nigdy nie zamykałam. Tym razem tak, bo się bałam, że ona wszystko wypapla. Że widziała babcię, ciocię, że jej się podobało w Izraelu, że chce mieć samochód jak tamci.

Jak mu wytłumaczyłaś, że jeszcze nie oddałaś paszportu?

M.: Że miałam straszne urwanie głowy, że dziecko nie mog­ło się zaaklimatyzować, a drugie takie stęsknione. Jutro zaniosę. Zapytał, z kim się widziałam, to powiedziałam: z nikim, po prostu z nikim. Tata umarł, przyjechała moja mama z Izraela i siostra, i druga siostra z Ameryki i siedzieliśmy wszyscy razem, i płakaliśmy cały czas.

A co z pieczątkami w paszporcie?

M.: Powiedziałam, że jak rodzina już wyjechała, to kuzyn zabrał mnie do Sztokholmu samochodem, a wróciłam samo­lotem. Opowiedziałam o Sztokholmie to, co kiedyś usłyszałam od kolegi, który tam był. Wystarczyło. Z tym byłam kryta, z dzieckiem byłam kryta, bo gdyby się wygadało, że widziało babcię albo ciocię, to też wiadomo gdzie. To Czesio miał jeszcze jedno pytanie: co ludzie mówią o wojnie Jom Kippur? Z nikim się nie widziałam – mówię – ale z tego, co słyszałam, to ludzie się z Ruskich śmieją. I sobie myślę, a dołożę mu jeszcze. Że sami są do dupy i sprzęt mają do dupy. A na koniec powiedziałam, że już musi iść, bo muszę się domem zająć. Umówił się na kolejny dzień i tak ciągle przychodził. Był naszym stałym…

S.: Kolegą.

M.: Najchętniej rozmawiał z Szymkiem, ale ja mu nie pozwalałam. Siadałam obok. Nic nie masz do roboty? – pytał. Mam, ale właśnie mi tutaj przeszkadzasz, bo tu mam tę robotę. W którymś momencie wymyślił, że oni chcą, żeby Szymek pojechał do Szwecji. Bez żadnego dziecka, żeby się rozejrzał i raportował. Takich umów nie mieliśmy – mówię. – ­Umawialiśmy się, że ja wam pomogę, a wy mnie. Do końca roku potrzebuję mieć pozwolenie na wyjazd, bo potem zamykają granice. Już nie jadę do Izraela, tam jest wojna. Teraz jadę do Danii. Chcecie, żebyśmy wam pomogli? Macie tam ambasady, konsulaty, będziemy mieli kontakt. Czesio powiedział, że musi to odgórnie załatwić, że nie może teraz dać odpowiedzi.

S.: Poszliśmy złożyć podanie o wyjazd.

M.: Czesio wrócił i powiedział, że możemy.

Najpierw Czesio dał zielone światło, tak?

M.: Tak, ale okazało się, że nie możemy składać papierów jak wszyscy, do Izraela. Teraz mamy składać do Danii. Zapomnijcie o Izraelu – mówi. To akurat nas nie zmartwiło. Powiedział, że do Danii też nie mogą nas wypuścić. Zostało nam tylko łączenie rodzin. Mimo że w Izraelu miałam siostrę i mamę, złożyliśmy papiery do Meksyku. Okazało się, że dla Urzędu Bezpieczeństwa moja ciocia była bardziej moją rodziną niż mama i siostra. Wypełniliśmy wszystkie druczki i ustawiliśmy się w kolejce, w której było około sześć­dziesięciu osób. I nagle pojawił się Czesio, i kazał nam wyrzucić wypełnione formularze i napisać raz jeszcze podanie na wyjazd do Izraela. Odpowiedź dostaliśmy w ciągu dwóch tygodni. Jedziecie – powiedzieli. Macie opuścić Polskę do 6 stycznia 1974 roku. Czesio powiedział, że potrzebuje kontaktów do naszych znajomych i przyjaciół w Polsce. Chcesz, żebyśmy cię zapoznali z całym środowiskiem? Jak ty to sobie wyobrażasz, że będziemy chodzić od domu do domu i cię przedstawiać: to jest nasz szpicel? Nie chciał, żeby tak to wyglądało, zatkało go. Mam propozycję – powiedziałam – to jest dobra propozycja, zobaczysz. Piątego mamy wyjazd z Wrocławia, to czwartego zrobię pożegnalne przyjęcie. Zaproszę wszystkich znajomych i ciebie. Sam się przedstawisz. Większość się zna, ale nie wszyscy. Przywitasz się, jak cała reszta. Kupił to, idiota. Wyjechaliśmy wcześniej. 28 grudnia byliśmy już w Danii.

Nie likwidowaliście mieszkania?

M.: Nie. Klucze zostawiliśmy koledze, który był naszym sublokatorem. Nawet go zameldowaliśmy na stałe. Potem wykupił to mieszkanie.

Kolega wiedział, że wyjeżdżacie?

M.: Tak.

S.: Pojechaliśmy na święta do Legnicy, do moich rodziców, żeby się pożegnać. 27 grudnia od nich ruszyliśmy i już.

Czesio przyszedł do waszego kolegi na pożegnalne przyjęcie?

M.: Tak, podobno bardzo punktualnie. Rozejrzał się i pyta: gdzie Fisze? Wyjechali do Danii tydzień temu – powiedział kolega.

Nie zabezpieczył się w żaden sposób?

M.: Przedtem nam powiedział, że jeśli będziemy sypać, to jeszcze tutaj mają matkę, ojca i siostrę Szymka. Nie wypuszczą na pogrzeby, wyrzucą z pracy… Wiele lat trzymaliśmy buzie na kłódkę.

Co wam zabrał sześćdziesiąty ósmy rok?

M.: Nic.

Nic?

M.: Dumę. Tak. Dumę, honor. I nic więcej. Ale się podnios­łam o wiele silniejsza i teraz mogą mi nadmuchać. Wtedy to było tragiczne. Powiem ci, że nawet słowo „tragiczne” nie odzwierciedla tego, co przeszliśmy.

S.: Mnie zabrał fundament życia. Czułem się Polakiem. Polska była moim krajem, a okazało się, że nie ma tam dla mnie miejsca. Ale wiesz co? Niedługo będziemy mieli pięćdziesiątą rocznicę ślubu.

Józek Szpilman

Kefar Ma’as, Izrael

Nazywam się Itzhak Shpilman. Urodziłem się w 1943 roku w Uzbekistanie, w okręgu Andiżan, jako Issak Szpilman. A w Polsce nazywałem się Józek Szpilman.

Skąd pochodzili twoi rodzice?

Oboje z Kowla.

W którym roku przyjechaliście do Polski?

W 1948 albo 1949 i zamieszkaliśmy w Bielawie, gdzie urodziła się moja siostra Ada. Ojciec został tam kimś w rodzaju burmistrza, ale w 1952 przenieśliśmy się do Warszawy.

Ojciec był komunistą?

Tak. W Bielawie został dyrektorem spółdzielni spożywczej, a po przeniesieniu do Warszawy dyrektorem zakładów imienia Świerczewskiego na Woli. Mama była przedszkolanką w Bielawie, a w Warszawie pracowała w księgowości.

Gdzie zamieszkaliście?

Dostaliśmy trzypokojowe mieszkanie na Sadybie.

Tam chodziłeś do szkoły?

Do podstawowej tak, a później dostałem się do Technikum Mechanicznego numer 1 na ulicy Śniadeckich 17. Skończyłem to technikum i potem zrobiłem roczny staż w zakładach Świerczewskiego, tam gdzie pracował ojciec. Już prawie pięć­dziesiąt lat nie mówiłem tych słów, ale ciągle je pamiętam. Robili tam suwmiarki i mikrometry, a ja się zajmowałem projektowaniem narzędzi rżnących, frezarek do robienia gwintów.

Imponujące słownictwo.

Po roku dostałem się na Politechnikę, na Wydział Mechaniczny Technologiczny, który mieścił się przy ulicy Narbutta. Zdałem wszystkie egzaminy, napisałem pracę.

Masz dyplom Politechniki Warszawskiej?

Nie mam.

Nie dali ci?

Dojdziemy do tego. Złożyłem podanie o wyjazd i zapłaciłem za studia, aby dostać pozwolenie. Sześćdziesiąt tysięcy za studia siostry, siedemdziesiąt tysięcy za studia szwagra i siedemdziesiąt tysięcy za moje.

Skąd miałeś takie pieniądze?

Dostałem trzy czeki w holenderskiej ambasadzie, która reprezentowała wtedy w Polsce państwo Izrael.

Nie słyszałem dotąd, żeby ludzie dostawali takie pieniądze od ambasady.

Ja dostałem. Siostra skończyła sześcioletnie studium budowlane, szwagier skończył pomagisterskie studia na elektronice, a ja na mechanice. W czerwcu zdałem egzaminy, a w październiku już byłem w Izraelu.

Zapłaciłeś za studia, a dyplomu nie dostałeś?

Kazali mi czekać pół roku, a ja się bałem, że wezmą mnie do wojska i nie wyjadę już nigdy, a moje plany zrobienia dyp­lomu za granicą bardzo się skomplikują.

Przed wyjazdem z Polski byłeś Żydem?

Na studium wojskowym trzeba było wypełnić ankietę. Przychodziło się, oficer zadawał pytania i wpisywał odpowiedzi. Zapytał o narodowość i sam sobie odpowiedział: polska. I wtedy pierwszy raz w życiu powiedziałem: nie, żydowska.

Pierwszy raz, bo nigdy przedtem nikt ci tego pytania nie zadawał, czy pierwszy, bo przedtem podawałeś narodowość – ­polska?

Dotychczas nikt mnie o to nie pytał. Ojciec zawsze mi mówił: nie zapominaj, kim jesteś. Czułem się Żydem i byłem z tego dumny. Tak też powiedziałem oficerowi.

I co zrobił oficer?

Skreślił polską i wpisał żydowską. Nic więcej.

Miałeś w Polsce problemy z tego powodu?

W szkole żadnych.

A co z religią?

Chodziłem. Taka ciekawostka. Ksiądz mnie bardzo lubił i dużo się tam nauczyłem. Do dzisiaj mi się ta wiedza przydaje. Na emeryturze poszedłem na kurs przewodników turystycznych, który odbywał się na Uniwersytecie Hajfy. Są tam między innymi zajęcia z religii chrześcijańskiej. Znalaz­łem się jako najlepszy w grupie, bo najlepiej znałem Pismo Święte. I dzisiaj oprowadzam polskie grupy po Izraelu. Taka ironia losu, wyrzucili mnie z Polski, a ja teraz pokazuję im ich korzenie.

Rozmawiasz z nimi o polskich Żydach, o roku sześćdziesiątym ósmym?

Czasami sprawdzam, czy coś wiedzą, ale wiedzą raczej mało. Poza tym to nie była najpiękniejsza karta w historii Polski. Cieszę się, że mogę mówić po polsku i używać wiedzy, którą posiadam. Jestem też przewodnikiem po Rosji, jeżdżę tam z izraelskimi wycieczkami. Wiesz, że główną postacią religijną w Rosji jest Święty Jerzy? Wiesz który?

Ten od smoka.

A wiesz, że on jest pochowany u nas w Lod, obok lotniska?

Chodziłeś ze wszystkimi na religię i do komunii też przystąpiłeś?

Nie, i nie było z tym żadnych kłopotów. Za to miałem bar micwę, wtedy otrzymałem pierwszy w życiu zegarek.

Zaprosiliście kolegów ze szkoły?

Nie, tylko rodzinę.

Wiedziałeś przedtem cokolwiek o żydowskich zwyczajach, o świętach?

Nie, i też nie było z tym żadnych kłopotów. Kiedyś byłem z tatą w gminie żydowskiej po macę. Wtedy przypadkowo weszliśmy do synagogi.

Jak można przypadkowo wejść do synagogi?

Otworzyłem jakieś drzwi, a tam była synagoga. Wtedy się dowiedziałem od taty, że nie mogę tam wejść bez czapki. Byłem już studentem. Moja siostra była o wiele bardziej zaangażowana w żydowskie życie: jeździła na żydowskie kolonie i chodziła do TSKŻ. Gdy miałem osiemnaście, dziewiętnaście lat, rodzice chcieli, żebym zapoznał żydowskie dziewczyny, i zaczęli też mnie posyłać na te kolonie. Byłem kilka razy w Poroninie, ale nie nawiązałem tam trwałych znajomości. Wracałem do Warszawy, na swoje tory.

To znaczy – wracałeś do nieżydowskiego świata?

Tak. Gdybym znał więcej Żydów z Polski, łatwiej byłoby mi niektóre rzeczy udowodnić w Izraelu.

Na przykład?

Dwa dni po przyjeździe do Izraela poszedłem do pracy, do fabryki mechanicznej. Żeby móc tam pracować, trzeba było przejść przez specjalne procedury. Sprawdzają cię dokładnie i wtedy każda osoba, która cię zna w Izraelu, jest na wagę złota. Zatrzymali mnie na bramie i przepytują o wszystko. W którymś momencie pytają: znasz kogoś z Warszawy?

Po jakiemu pytają?

Po polsku, bo ja po hebrajsku nie mówiłem.

To ja mówię: o ile pamiętam, na moim roku nie było Żydów. On mówi: zaczekaj pan chwilę. Dzwoni gdzieś i po piętnastu minutach przychodzi chłopak, który studiował przez pięć lat na mechanice precyzyjnej. Matematykę i fizykę mieliśmy razem. Patrzy na mnie i mówi, że mnie zna. Ja jego też pamiętałem. Wystarczyło. Wpuścili mnie. Musiałem jeszcze udowodnić, że mimo braku dyplomu jestem wykształconym inżynierem. Poszedłem na politechnikę w Hajfie do dziekana Wydziału Mechanicznego, żeby mu pokazać indeks.

Udało ci się przewieźć indeks?

Wiele dokumentów zreprodukowałem i powysyłałem przez znajomych w różne miejsca na świecie. Chciałem być pewny, że któraś kopia przejedzie polską granicę. Do Izraela udało mi się wywieźć indeks ze wszystkimi niezbędnymi stopniami, pieczątkami i podpisami. Profesor Kurt Levi przejrzał to i napisał pismo, w którym zaświadczał, że mam ukończone studia i że można mnie przyjąć do pracy na stanowisko inżyniera.

Dzisiaj masz już dyplom?

Mam. Politechniki w Hajfie. Tytuł mojej pracy to Organizacja i kontrola produkcji przy zastosowaniu techniki komputerowej w zakładzie mechanicznym.

Wróćmy jeszcze do Polski. Kilka razy byłeś na koloniach żydowskich, ale nie wiedziałeś, że do synagogi wchodzi się w nakryciu głowy, i byłeś narodowości żydowskiej.

I nie miałem z tym żadnych problemów. To nie wynikało ze złej woli, tylko z braku wiedzy.

Czy w czerwcu 1967 roku coś się zaczęło zmieniać?

Przed wojną sześciodniową ojciec odwiedził swoje siostry w Izraelu. One znalazły się tam jeszcze przed wybuchem II wojny światowej. Dlatego ta część rodziny ocalała od Zagłady. Nie widzieli się od ponad trzydziestu lat. Tam poznał ich rodziny: ten jest oficerem, tamten pułkownikiem… Wybucha wojna. Ja jestem w mundurze na studium wojskowym i wiadomości czerpię tylko od wojskowych propagandystów. Zebrali nas na apelu i ogłosili, że wojska syryjskie zdobyły Hajfę, a wojska egipskie zajęły Synaj. Zacząłem się martwić o moich kuzynów i wujków. Postanowiłem się dowiedzieć, czym jest ten dziwoląg, który się nazywa Izrael. Zacząłem dużo czytać o historii Żydów i o powstaniu państwa Izrael. Przeczytałem Wojnę żydowską Feuchtwangera i Altneuland Theodora Herzla. Próbowałem zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. W Polskim Radiu każda wiadomość zaczynała się od syjonistów. Polska idzie z Rosją za Naserem, a Żydzi przejawiają inne sympatie – imperialistyczne. Chodziłem do biblioteki i sprawdzałem te wszystkie nowe słowa, przy okazji bardzo się edukując. Wtedy w nagrodę za pięćdziesiąt lat pracy ojciec dostał telewizor. To był jedyny telewizor na naszym osiedlu. Niestety mówili tam cały czas tylko o syjonistach i filozofach z Egiptu.

Co rodzice na to wszystko?

Była pełna dezinformacja. Dotychczas w modzie były socjalizm, komunizm, partia robotnicza i proletariusze wszystkich krajów, a teraz Żydzi stali się zdrajcami i piątą kolumną. Słuchałem przemówienia Gomułki, rozumiałem każde słowo. Wiesz, co on do mnie wtedy mówił? Żydzi, won, szukajcie sobie nowej ojczyzny.

Powiedział, że nie można mieć dwóch ojczyzn.

O, dokładnie to powiedział. Poczułem, że mi zabierają ojczyznę. Że mnie wyrzucają z domu.

Byłeś wtedy Polakiem?

Myślałem, że jestem Polakiem z jakimś żydowskim tłem.

A co się okazało?

„Nie należysz do nas! Szukaj sobie innej ojczyzny!” Wtedy zaczęła powstawać w mojej głowie myśl o jednoczeniu się z rodziną i o wyjeździe. Poszedłem na Politechnikę, żeby otrzymać zatwierdzenie mojego projektu dyplomowego. Kierownik katedry powiedział mi: panie Szpilman, oni nie dadzą panu skończyć. Zacząć tak, ale skończyć nie. Dlatego zdałem szybko wszystkie egzaminy, wziąłem indeks i zacząłem się zwijać.

Wyjechaliście wszyscy razem?

Ojciec ciężko zachorował, więc czekałem, aż wyjdzie ze szpitala. Wszystkie papiery załatwiałem razem ze szwagrem. Najpierw wyjechała siostra z mężem, a potem my. Tata wyszedł ze szpitala w sierpniu 1969, a w październiku byliśmy już w Izraelu.

Kto podejmował decyzję o wyjeździe?

Ja. Zostałem nietytułowaną głową rodziny.

Ktoś z tobą dyskutował?

Nikt.

Miałeś stuprocentowe przekonanie?

Bez najmniejszego nawet wahania.

Myślałeś kiedyś, co by się stało, gdybyś nie wyjechał?

Może by mi dali obronić dyplom, ale pracy bym nie znalazł. Miałem już podpisaną umowę o pracę w Instytucie Maszyn Matematycznych na ulicy Śniadeckich, ale odmówili przyjęcia mnie. Mimo dopełnienia wszystkich formalności nie chcieli mi wytłumaczyć, dlaczego nie mogę rozpocząć pracy. Poszedłem do zakładu ojca, chciałem zostać szeregowym inżynierem, nie chcieli nawet ze mną rozmawiać.

Tata jeszcze wtedy pracował?

Był już na emeryturze.

Kto zajmował się pakowaniem domu?

Ojciec dał mi namiary na faceta, który się tym zajmował.

Tym, czyli czym?

Budowaniem skrzyń, w które pakuje się dobytek. Część rzeczy sprzedaliśmy, część została spakowana.

Co zabraliście?

Widzisz te chińskie talerze, to jeszcze mojej mamy. Nie dali nam wywieźć pianina. Zabrali wszystkie dokumenty rodzinne.

Poszedłeś na cło załatwić wszystkie zgody?

Tym zajmował się ten facet od skrzyni.

Kto was odprowadzał na pociąg?

Przyszły dwie koleżanki. Danusia, sąsiadka z Sadyby – moja pierwsza młodzieńcza miłość, i Teresa – moja ostatnia miłość w Polsce.

Żadnych kolegów?

Miałem kolegę, Michała Trockiego – dzisiaj jest profesorem – z nim żegnałem się, spacerując po mieście.

Ktoś jeszcze?

Tadziu Romanowicz.

Namawiał cię, żebyś został?

Nie.

Czułeś wsparcie z czyjejś strony?

Nie. Żadnego za ani żadnego przeciw. To wszystko spadło jak grom z jasnego nieba.

Utrzymujesz kontakt ze znajomymi z Polski?

Któregoś dnia jadę z wycieczką z Polski i jeden facet ciąg­le mi zadaje pytania, które są bez związku z tą wycieczką. Wysiadamy z autobusu w Jerozolimie, a on mówi: studiowaliśmy razem na Politechnice.

Pamiętałeś go?

Nie, ale teraz utrzymujemy bardzo ładną łączność koleżeńską.

Rozmawiacie o tamtych czasach?

Temat często wraca.

I?

Dla Polaków to jest niezrozumiałe.

Co?

Nie rozumieją, że ja naprawdę musiałem wyjechać.

„Józek, przecież nie musiałeś wyjeżdżać”.

Słyszałem takie zdania.

Umiesz im to wytłumaczyć?

Gdyby ich to naprawdę interesowało, pytaliby, a nie pytają, więc nie tłumaczę.

Ciekawe, dlaczego cię nie pytają, co?

Możliwe, że nie jest im wygodnie zadawać takie pytania.

Było ci smutno wyjeżdżać?

Bardzo. Miałem dziewczynę, z którą spotykałem się sporadycznie prawie przez trzy lata. Bardzo ją lubiłem. Lubiłem z nią rozmawiać, spędzać czas w kinie czy w teatrze. Pomimo że nie spotykaliśmy się często, bardzo sobie ceniłem tę znajomość. To była najbardziej wartościowa dziewczyna, jaką udało mi się zapoznać w latach studiów.

Była Żydówką?

Wręcz odwrotnie.

Co to znaczy?

Była praktykującą katoliczką. Nad jej łóżkiem wisiały krzyż oraz fotografia Jerozolimy, o której ja nie miałem pojęcia. Patrzyłem się na to jak krowa w… w co się krowa patrzy?

W gnat.

W gnat?

Tak, w gnat. Ale wiesz co? To chyba jednak sroka się patrzy w gnat.

W każdym razie nic mi ta Jerozolima nie mówiła.

Ona rozumiała, dlaczego wyjeżdżasz?

Nie pytała, przyjęła do wiadomości. Planowaliśmy, że ułożymy sobie razem życie w Europie. Ale nie byłem pewien, czy ją kiedykolwiek wypuszczą z Polski. To mogło trwać lata. A gdy już byłem w Izraelu, zrozumiałem, że to nie byłoby dobre miejsce dla niej. Że jej tutaj będzie źle, a ja będę nieszczęśliwy, widząc, jak ona cierpi.

Dlaczego byłoby jej tutaj źle?

Żydzi są nietolerancyjni, nigdy nie zaakceptowaliby katoliczki. Dzieci miałyby kłopoty.

Zrezygnowałeś z wyjazdu do innego kraju?

Wiedziałem, że rodzina musi się trzymać razem. Nasza rodzina kilka razy się rozdzielała i za każdym razem zostawało nas coraz mniej.

Pisaliście do siebie z tą dziewczyną?

Wysłałem jeden czy dwa listy, może jeszcze jakąś widokówkę.

A ona pisała?

Ja nie pisałem, ona nie pisała. Otrzymałem list od jej ciotki, która widziała we mnie dobrego partnera. Zachęcała mnie do tego związku, ale ja już wiedziałem, że uczuciowo to było bardzo ważne, ale na rozum nie dawało się obronić.

Smutna historia.

Dwa lata się zbierałem po tym rozstaniu. Kochałem ją bardzo, choć nigdy jej tego nie powiedziałem. Ani razu jej nie pocałowałem.

Józek, trzy lata byliście razem i ani razu jej nie pocałowałeś?

Może w rękę. Chodziliśmy na zabawy, na sylwestry, do teatru, do klubu studenckiego. Każdą wolną chwilę byliśmy razem, ale ani razu jej nie pocałowałem. Nie śmiałem. Bałem się. W pewnym sensie z szacunku dla niej. Nie chciałem, by moja odwaga czy śmiałość ją uraziła.

Teraz jeździsz do Polski?

Kilka razy w roku.

Próbowałeś ją odnaleźć?

Tak, ale nic o niej nie wiem.

Nie chcesz wiedzieć?

Trochę szukałem w internecie, ale boję się rozdrapywać stare rany.

A co będzie, jeśli ona przeczyta naszą rozmowę i zobaczy, jaka była ważna dla ciebie?

Może nie przeczyta.

Zostawmy Teresę, wróćmy na dworzec. Wsiadasz z rodzicami do pociągu i…?

Obok mnie siada dziewczyna, z którą studiowałem pięć lat i nie wiedziałem, że jest Żydówką.

I co?

I nic. Pojechała do Stanów, a my zostaliśmy pod Wiedniem w Schönau. W pałacyku opłaconym przez Sochnut[3]. Czekaliśmy tam na samolot do Izraela. A co było później, już wiesz.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] „Fołks Sztyme” – dziennik żydowski założony w 1946 roku, początkowo organ KC PPRPZPR, a po 1956 roku – TSKŻ, przez wiele lat jedyne pismo w Polsce ukazujące się w języku jidysz.

[2] Towarzystwo Społeczno­-Kulturalne Żydów w Polsce – świecka organizacja żydowska powstała w roku 1950 w wyniku połączenia Centralnego Komitetu Żydów Polskich z Żydowskim Towarzystwem Kultury i Sztuki.

[3] Sochnut – inaczej Agencja Żydowska, organizacja działająca na całym świecie, między innymi na rzecz przyjmowania Żydów chcących osiedlić się w Izraelu.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl
edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: lukasz.sobolewski@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, info@d2d.pl

Wołowiec 2018

Wydanie I