Krwawy Orzeł - Craig Russell

Krwawy Orzeł

0,0

Kosmopolitycznym Hamburgiem , miastem zarówno porządnych obywateli i
wielkich finansów, jak i prostytutek oraz narkotykowych gangów, wstrząsa
seria makabrycznych morderstw. Bestialsko okaleczone zwłoki kobiet
wydają się wykluczać pieniądze, czy seks , jako motyw zbrodni. A więc
gdzie go szukać.
Nadkomisarz Fabel nie jest typowym policjantem. Potrafi sięgnąć
wyobraźnią dalej niż na to pozwalają techniki śledcze. Dochodzenie
przypomina przejście przez niekończący się enigmatyczny labirynt, za
każdym zakrętem czeka nowa tajemnica, która odkrywa kolejne zagadki, a z
nich wyłaniają się następne pytania.
Akcja powieści trzyma w napięciu do ostatniej strony.

Dodaj komentarz


@Pharea – nie sądź po komentarzu czy ktoś czytał czy nie. Po prostu komuś nie podeszła ta powieść i tyle. Snucie „teorii spiskowych” niczego nie zmieni. A jaka jest książka? Jednych czytelników zadowoli, innych nie. Ci co czytają dużo kryminałów jeden po drugim, raczej nie znajdą tu szczególnych emocji, bo fabuła wyda im się dość schematyczna. Inni czytelnicy mogą jednak odnaleźć przyjemność w czytaniu. Powieść potrafi trzymać w napięciu, a sugestywne opisy wywołają u niektórych „dreszczyk”.


Trzeba przyznać, iż okładka nie zachęca do lektury. Tym razem komisarz Fabel musi stawić czoło mordercy, który w bestialski sposób zabija kobiety. Fabułą nie nudzi, akcja jest wciągająca, czyta się tę powieść stosunkowo szybki i lekko. Bohaterowie zostali zaprezentowany w sposób porządny, jednak tak naprawdę czytelnik niewiele się o nich dowiaduje. Czytało się dobrze, więc polecam osobą, które lubią kryminały.


Czy książka jest ciekawa czy nie, to tak naprawdę rzecz gustu. Komuś może się nie podobać i wyrazi to w komentarzu (szczególnie jak się pochłania literaturę tego typu, to trudno o zaskoczenie). Jaki jest "Krwawy orzeł"? Jest dobry, ale czytałam lepsze historie. Bohater raczej schematyczny, fabuła też nie odbiega od standardów. Owszem trzyma w napięciu, ale dialogi momentami są dość sztuczne. Ten fakt powoduje, że przyjemność lektury nie jest pełna. Nie dziwię się przedmówcy. Nie ma o czym pisać.


Pierwsza książka o przygodach nadkomisarza Fabel'a. Pierwsza z zamordowanych kobiet miała wtrwane płuca. Kiedy ten sam brutalny sposób morderstwa został ponownie powtórzony, było jasne, że jest za to odpowiedzialny ten sam morderca. Craig Russell przedstawia nam nowego bohatera jakim jest Jan Fabel, człowiek z wyobraźnią, sumieniem i przeczuciem. Ogólna ocena książki dobra, poprzednik chyba jej nie czytał stąd jego wypowiedź. Taki komentarz można skopiować i wkleić do każdej książki


Ani to sensacja, ani kryminał. Powieść jest dość przewidywalna. Czyta się szybko. W sumie "średniak" nie wart uwagi. Nie ma o czym więcej pisać.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

no image

no image

Tytuł oryginału:

Blood Eagle

Copyright © by Craig Russel All rights reserved

Polish edition copyright © Buchmann Sp. z o.o., Warsaw, 2011

Copyright © for the Polish translation by Paweł Lipszyc

Projekt okładki: Krzysztof Kiełbasiński

Redakcja: Hanna Śmierzyńska

Korekta: Jacek Ring

ISBN 978-83-7670-376-3

no image

www.fabrykakryminalu.pl

Wydawca:

Buchmann Sp. z o.o.

ul. Wiktorska 65/14, 02-587 Warszawa

Tel./fax 22 6310742

www.buchmann.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.
virtualo.eu

logo

Podziękowania

Dla Wendy, Jonathana, Sophie i Helen

Motto

Wieki ciemne nigdzie nie były mroczniejsze niż w krainach wikingów. Kwitły tam potężne kulty, przesądne i okrutne, których krwawe rytuały krążyły wokół najtajniejszych wierzeń. Jednym z najbardziej przerażających był rytuał Krwawego Orła.

Część pierwsza środa 4 czerwca i czwartek 5 czerwca

Policja Hamburga Wydział Zabójstw

Od: SYN SVENA

Do: GŁÓWNY NADKOMISARZ JAN FABEL

Wysłano: 3 czerwca 2003, 23.00

Temat: CZAS

CZAS BIEGNIE W DZIWNY SPOSÓB, NIE SĄDZI PAN? JA PISZĘ, PAN CZYTA, DZIELIMY TĘ SAMĄ CHWILĘ. A JEDNAK, KIEDY JA PISZĘ, PANIE NADKOMISARZU, PAN ŚPI, A MOJA KOLEJNA OFIARA JESZCZE ŻYJE, KIEDY CZYTA TO PAN, ONA JUŻ NIE ŻYJE. NASZ TANIEC TRWA.

CAŁE ŻYCIE SPĘDZIŁEM NA OBRZEŻACH FOTOGRAFII INNYCH LUDZI. NIEZAUWAŻANY. ALE GŁĘBOKO WEWNĄTRZ, NIEZNANE MI I UKRYTE PRZED ŚWIATEM, SPOCZYWAŁO ZIARNO CZEGOŚ WIELKIEGO I SZLACHETNEGO.

TERAZ TA WIELKOŚĆ PROMIENIUJE ZE MNIE. NIE TWIERDZĘ PRZY TYM, ŻE DOMAGAM SIĘ JEJ DLA SIEBIE: JESTEM JEDYNIE INSTRUMENTEM, NARZĘDZIEM.

WIDZIAŁ PAN, DO CZEGO JESTEM ZDOLNY: MÓJ ŚWIĘTY AKT. TERAZ WYPEŁNIAM MISJĘ, BY KONTYNUOWAĆ MOJE DZIEŁO, TAK JAK PANA OBOWIĄZKIEM JEST MNIE POWSTRZYMAĆ. ZAJMIE TO PANU WIELE CZASU, PANIE FABEL, A ZANIM PAN TEGO DOKONA, JA ROZŁOŻĘ ORLE SKRZYDŁA DALEKO I SZEROKO. ZOSTAWIĘ MÓJ ZNAK, WE KRWI, NA NASZEJ ŚWIĘTEJ ZIEMI.

MOŻE MNIE PAN POWSTRZYMAĆ, ALE NIGDY MNIE PAN NIE SCHWYTA.

NIE BĘDĘ DŁUŻEJ PRZEBYWAŁ NA OBRZEŻACH FOTOGRAFII INNYCH LUDZI. NADSZEDŁ CZAS, ABYM ZAJĄŁ MIEJSCE W CENTRUM.

SYN SVENA

Środa, 4 czerwca, 4.30. Pöseldorf, Hamburg

Tej nocy, po dniu, w którym powietrze przygniotło miasto jak wilgotna, dusząca płachta, niebo gwałtownie pękło.

Fabel śnił.

Podczas gdy burza przetaczała się nad Hamburgiem z błyskami i łoskotem, przez jego umysł przemykały obrazy. Czas zapadał się w sobie i zwijał, a w miejscu uwolnionym spod jego panowania spotykali się ludzie i zdarzenia oddaleni od siebie o całe dziesięciolecia. Nadkomisarzowi zawsze śniło się to samo: nierozwikłane, puszczone luźno sprawy, pytania, na które nie znał odpowiedzi, kamienie, pod które nie zajrzał. Niewyjaśnione tropy tuzinów dochodzeń gnieździły się we wszystkich zakamarkach jego udręczonego mózgu. W tym śnie, jak w wielu wcześniejszych, szedł pośród ludzi zamordowanych w ciągu piętnastu lat jego pracy w policji. Znał ich wszystkich, każdą wypraną przez śmierć z kolorów twarz, podobnie jak większość ludzi pamięta twarze krewnych. Martwi, których zabójców schwytał, mijali Fabla obojętnie; ofiary, których kaci pozostali bezkarni, wpatrywały się w niego martwymi oczami w posępnym oskarżeniu, wskazując na swoje rany.

Tłum rozstąpił się i do Fabla podeszła Ursula Kastner. Miała na sobie tę samą szykowną, szarą marynarkę od Chanel co ostatnim razem, jedynym, kiedy Fabel ją widział. Wpatrywał się w niewielką plamkę krwi na marynarce. Plama z wolna rosła. Czerwień się pogłębiała. Bezkrwiste, szare wargi Ursuli poruszyły się, bezdźwięcznie artykułując słowa:

– Dlaczego go nie złapałeś?

Przez chwilę Fabel owinięty mglistą otuliną snu czuł się zbity z tropu, nie słysząc jej głosu. Czy dlatego, że nigdy nie usłyszał go za jej życia? Potem pojął. To oczywiste, skoro kobiecie wydarto płuca, zabrakło oddechu, który mógłby unieść jej słowa.

Zbudził go hałas. Za panoramicznymi oknami grzmiało, deszcz bębnił o szyby, a telefon dzwonił natarczywie. Przecierając zaspane oczy, podniósł słuchawkę.

– Tak?

– Cześć. Mówi Werner. Lepiej tu przyjedź, szefie… Mamy kolejny przypadek.

Ulewa zalewała miasto, tak jakby jego liczne kanały i położone w centrum jezioro – Aussenalster – wciąż domagały się więcej wody.

Burza szalała nadal. Oślepiające błyski wiły się po niebie, wydobywając z mroku czarne sylwety wieży telewizyjnej i kościoła St Michaelis sterczące w ciemnościach jak teatralne dekoracje. Wycieraczki bmw Fabla pracowały w maksymalnym tempie, rozmazując po przedniej szybie lepkie krople, których rozbryzgi na szkle zamieniały światła latarni ulicznych i nadjeżdżających z przeciwka samochodów w rozpryśnięte gwiazdy. Fabel zabrał spod Komendy Głównej Policji w Hamburgu Wernera Meyera. Jego masywny tułów wciskał się teraz w fotel obok kierowcy, wypełniając wnętrze samochodu wonią przesiąkniętego deszczem płaszcza.

– Czy to na pewno wygląda na robotę naszego faceta? – spytał Fabel.

– Z tego, co mówił gość z komisariatu przy Davidstrasse, taa. tak by wyglądało.

Shit – zaklął Fabel. – Czyli z całą pewnością to seryjny. Dzwoniłeś do ludzi z medycyny sądowej?

– Mhm. – Werner wzruszył szerokimi ramionami. – Obawiam się, że przyślą tego dupka Möllera. Pewnie już tam będzie. Jest też Maria, a Paul i Anna czekają w komisariacie.

– Co z e-mailem?

– Na razie nic nie mamy.

Fabel pojechał Ost-West-Strasse do St Pauli, potem skręcił w Reeperbahn – hamburską dzielnicę grzechu i rozpusty, która o piątej nad ranem wciąż smętnie migotała w deszczu. Kiedy skręcił w Grosse Freiheit, ulewa przeszła w mżawkę. Tradycyjna rozwiązłość walczyła na tym terenie z importowaną drobnomieszczańską hipokryzją, a tu właśnie przebiegała linia frontu. Sklepy porno i kluby ze striptizem stawiały w ariergardzie opór natarciu modnych winiarni i musicali, jakby żywcem przeniesionych z Broadwayu czy londyńskiego West Endu. Jaskrawe obietnice „Seksu na żywo”, „Peep show” czy „Filmów hardcorowych” rywalizowały z jeszcze bardziej krzykliwymi neonami Kotów, Króla Lwa i Mamma Mia. Z jakiegoś powodu tandeta wydała się Fablowi znośniejsza.

– Powtórzono ci, że próbował się z tobą skontaktować profesor Dorn? – spytał Werner. – Mówił, że musi z tobą pomówić o sprawie Kastner…

– Mathias Dorn? – Fabel koncentrował wzrok na szosie, jakby dzięki temu mógł utrzymać na dystans duchy, obudzone gdzieś w mrokach jego pamięci.

– Nie wiem. Przedstawił się jako profesor Dorn i powiedział, że znasz go z Uniwersytetu Hamburskiego. Bardzo zależy mu na rozmowie z tobą.

– Co, u diabła, Mathias Dorn ma wspólnego ze sprawą Kastner? – zapytał sam siebie Fabel. Skręcił w Davidstrasse. Minęli wąski wylot Herbertstrasse, ukrytej przed oczami statecznych hamburczyków za nieprzejrzystymi ekranami. Fabel pracował przed laty w tej dzielnicy i wiedział, że dalej, w głębi ulicy w słabo oświetlonych oknach siedzą prostytutki, a po chodnikach, w mżawce, krążą jak cienie klienci. Miłość w dwudziestym pierwszym wieku. Fabel jechał dalej, przebił się przez pulsujące drgania muzyki dance buchające z wnętrza Weisse Maus przy Taubenstrasse, by wreszcie zatrzymać się przed posterunkiem policji. Fronton domu z klinkierowej cegły przypominał dziób statku. W bramie kryło się przed deszczem dwoje ludzi: wysoki, szczupły mężczyzna o piaskowych włosach oraz drobna, śliczna brunetka w czarnej za dużej kurtce. Jasna cera dziewczyny wyraźnie kontrastowała z karminem szminki, który Fablowi kojarzył się z – jak to określał – dyskretnym odcieniem czerwieni, na jaki są pomalowane wozy strażackie. Patrząc na nich, stojących razem, odruchowo pomyślał, jak młodo wyglądają.

– Cześć, szefie. – Komisarz Anna Wolff zajęła miejsce z tyłu i przesunęła się, pozwalając, by jej partner Paul Lindemann usiadł obok niej. – Dostałam namiary w komisariacie. Powiem ci, jak jechać…

Wyjechali z Davidstrasse. Sztuczny blichtr St Pauli ustąpił miejsca przaśnej rozwiązłości. Jaskrawe neonowe obietnice wyuzdania zagarniały noc dla siebie, odbijając się w lśniących deszczem chodnikach. Nieliczni przechodnie przemykali z głowami wciągniętymi w ramiona, opierając się lub dając zwabić rutynowo entuzjastycznym naganiaczom z klubów striptizowych. Kolejny zakręt; ciągle zjeżdżali w dół. Tutaj w drzwiach stały wychudłe, ponure prostytutki – jedne przeraźliwie młode, inne odstraszająco stare – bądź też pijani bezdomni menele. W jednej z bram taka żywa sterta łachmanów chłeptała z butelki i obrzucała wyzwiskami przejeżdżające samochody, prostytutki, wszystkich i nikogo zarazem. A za drzwiami, za pustymi, zasłoniętymi oknami, trwał handel żywym towarem. Oto było jądro ciemności Hamburga: miejsce, gdzie ludzi można kupić do każdego celu i za każdą cenę; miejsce mrocznej seksualnej anarchii, gdzie ludzie przychodzili, by obnażać najmroczniejsze zakamarki własnych dusz.

Kiedyś, w ramach prowadzonego dochodzenia, Fabel musiał obejrzeć sfilmowane zabójstwo. Zwykle policjant pojawiał się na scenie już po akcie zabójstwa. Oglądał zwłoki, dowody, badał świadków i na podstawie tych wszystkich elementów miał odtworzyć przebieg morderstwa: żmudną rekonstrukcję chwili śmierci. Wtedy po raz pierwszy Fabel miał się stać świadkiem zbrodni, którą się zajmował. Z rosnącym lękiem i obrzydzeniem patrzył w ekran telewizora, na którym niczego niepodejrzewająca aktorka porno odgrywała tradycyjną rolę, pozorując głęboką ekstazę. W trakcie pozbawionego czułości, brutalnego stosunku z trzema zamaskowanymi mężczyznami kobieta jęczała, udając rozkosz, nieświadoma prawdziwej kulminacji bliskiego już dramatu. Nagle, szybkim, sprawnym ruchem, jeden z mężczyzn owinął jej szyję rzemieniem. Fabel ujrzał na twarzy aktorki zdziwienie i cień niepokoju: tego nie było w scenariuszu, o ile te rzeczy kiedykolwiek są w scenariuszach, ale mimo to kobieta grała dalej, naśladując wzmożone podniecenie. Potem rzemień się zacisnął, a udawana ekstaza przeszła w rzeczywiste przerażenie. Twarz kobiety zsiniała. Młóciła dziko rękami, gdy wyduszano z niej życie.

Zabójców nigdy nie schwytano, a ofiara dołączyła do oskarżycielskiego legionu zamordowanych, który zaludniał sny Fabla. Kasetę wideo nagrano gdzieś w tej okolicy, za jednym z tych zimnych okien. Może właśnie teraz, gdy przejeżdżali, nagrywano kolejną.

Po wzięciu następnego zakrętu Fabel znalazł się na ulicy czteropiętrowych domów mieszkalnych. Zdezorientowała go nieoczekiwana normalność. Jeszcze jeden skręt: więcej domów mieszkalnych, ale tu normalność się kończyła. Niewielki tłumek zgromadził się wzdłuż policyjnej taśmy, która odgradzała radiowozy, zaparkowane przed przysadzistym budynkiem z lat pięćdziesiątych.

Fabel zatrąbił, by mundurowy policjant umożliwił mu przejazd przez tłum. Było to tradycyjne zbiegowisko przypadkowych osób, apatycznych lub ponuro-wścibskich twarzy. Jedni, w nocnych strojach i kapciach, dopiero co nadciągnęli z okolicznych mieszkań, inni stawali na palcach lub wyciągali szyje, żeby popatrzeć na widowisko. Przypominali zombi. Może dlatego, że Fabel przywykł do podobnych zbiegowisk, zauważył tego starego człowieka. Zwrócił na niego uwagę, przeciskając się samochodem przez tłum: mężczyzna miał około siedemdziesiątki, był niski – najwyżej metr sześćdziesiąt pięć – ale masywnej budowy.

Miał płaską twarz i ostro zarysowane kości policzkowe. Jego nieduże, świdrujące oczy, co było widać nawet w słabym świetle latarni ulicznych, patrzyły zimno i bezwzględnie.

Była to twarz człowieka z Europy Wschodniej, może z krajów bałtyckich albo jeszcze odleglejszych stron. W odróżnieniu od innych jego spojrzenie wyrażało coś głębszego niż tylko powierzchowne, chorobliwe zaciekawienie. Co więcej, w przeciwieństwie do pozostałych gapiów, nie kierował wzroku ku policyjnemu zagęszczeniu przed domem, ale intensywnie wpatrywał się w Fabla przez boczne okno bmw. Policjant w mundurze przeszedł między starszym mężczyzną a samochodem nadkomisarza, pochylił się i zajrzał, a ten pokazał odznakę policyjną. Mundurowy zasalutował, po czym dał koledze znak – przepuścić. Kiedy wreszcie się cofnął, Fabel poszukał wzrokiem człowieka o rozjarzonych oczach, ale tamten znikł.

– Widziałeś tego starego, Werner?

– Jakiego starego?

– A wy? – zwrócił się Fabel przez ramię do Anny i Paula.

– Przykro mi, szefie – odparła Anna.

– Co z nim? – spytał Paul.

– Nic… – Fabel wzruszył ramionami i podjechał do innych wozów policyjnych, stłoczonych wokół wejścia do budynku.

Mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze. Klatka schodowa majaczyła w słabym świetle półkolistych lamp ściennych, po jednej na każdym półpiętrze. Wspinając się, Fabel i jego ekipa musieli w pewnej chwili stanąć i przylgnąć do ścian, żeby przepuścić mundurowych funkcjonariuszy i ludzi z sądówki. Na twarzach wszystkich mijających ich w milczeniu ludzi malowała się posępna powaga; niektórzy pobledli i nie był to efekt słabego światła. Fabel wiedział już, że na górze czeka na nich coś naprawdę paskudnego.

Młody policjant stał zgięty wpół, w pozie sportowca, który właśnie ukończył bieg maratoński, opierał się o framugę drzwi, nogi ugiął nieznacznie, dłonie oparł na kolanach, a głowę spuścił. Oddychał wolno, głęboko, wpatrzony w podłogę u swych stóp, jakby rejestrował najdrobniejsze zadrapania i odpryski betonu. Początkowo w ogóle nie zauważył obecności Fabla. Gdy ten pokazał owalną odznakę policyjną, młody wyprostował się sztywno. Kiedy odgarnął niesforne rudoblond włosy, ukazała się twarz zbielała pod konstelacją piegów.

– Przepraszam, panie nadkomisarzu, nie zauważyłem pana.

– Nie ma sprawy. Dobrze się czujesz? – Fabel zajrzał mu w twarz i położył dłoń na ramieniu. Tamten rozluźnił się nieco. – To twoje pierwsze morderstwo?

– Nie, panie nadkomisarzu. Nie pierwsze. Najgorsze… Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem.

– Obawiam się, że ja prawdopodobnie tak – odparł Fabel.

Paul i Anna zdążyli tymczasem wejść na górę i dołączyć do Fabla i Wernera. Policjant w fartuchu, nadzorujący zabezpieczanie miejsca zbrodni, rozdał im po parze jasnoniebieskich ochraniaczy na buty i białych rękawic chirurgicznych. Kiedy je włożyli, Fabel wskazał ruchem głowy drzwi mieszkania.

– Wchodzimy?

Pierwszą rzeczą, na jaką Fabel zwrócił uwagę, była świeżość wnętrza. Mały hol sprawiał wrażenie, jakby niedawno odmalowano go na kolor jasnego masła: przyjemny, choć mdły, neutralny i anonimowy. Znajdowało się w nim troje drzwi. Tuż po lewej ręce Fabla była łazienka.

Wystarczył rzut oka, by stwierdzić, że łazienka, tak jak hol, jest ciasna, czysta i świeża. Wyglądała na niemal nieużywaną. Fabel zauważył, że na nielicznych płaskich powierzchniach i półkach brakowało drobiazgów, jakie zazwyczaj tworzą osobisty klimat łazienki. Drugie drzwi, otwarte na oścież, ukazywały główne pomieszczenie: sypialnię połączoną z salonem. Ona także była niewielka, a wydawała się jeszcze ciaśniejsza z powodu tłoczących się tam policjantów i kryminalistyków. Każdy wykonywał swe czynności z uniesionymi rękami, przeciskając się obok kolegów niby w nieporadnym tańcu. Wchodząc, Fabel dostrzegł na wszystkich twarzach powagę, jakiej, wydawałoby się, należało oczekiwać w podobnej sytuacji, ale która w rzeczywistości wśród rutyniarzy była rzadkością. Regułą bywał wisielczy humor, cyniczna na pozór dezynwoltura, niestosowna być może, lecz tworząca barierę ochronną między śmiercią i ludźmi zawodowo mającymi z nią do czynienia. Ale nie teraz. Nie tutaj. Tu śmierć zacisnęła swoje kościste palce na sercach obecnych.

Spojrzawszy na łóżko, Fabel zrozumiał przyczynę. Stojący za nim Werner syknął:

– Kurwa!

Eksplozja szkarłatu. Tryskająca krew okryła czerwienią łóżko, dywan i ścianę. Posłanie było przesiąknięte ciemną, lepką cieczą, której intensywna woń wisiała ciężko w powietrzu. W centrum tego krwawego wybuchu Fabel ujrzał ciało kobiety. Trudno było określić jej wiek, ale przypuszczalnie miała od dwudziestu pięciu do trzydziestu lat. Leżała rozpostarta, z przegubami i stopami przywiązanymi do słupków łóżka, z groteskowo zdeformowanym brzuchem. Potrzaskane żebra sterczące z rozpłatanej piersi wyglądały jak wręgi łodzi. Ich koścista biel prześwitywała przez masę surowej tkanki i lśniących, ciemnych wnętrzności. Dwa bordowe, krwawe płaty płuc, pokryte spienioną, jasną krwią, leżały przerzucone przez ramiona kobiety.

Wyglądała tak, jak gdyby wybuchła od środka.

Serce Fabla waliło tak mocno, jakby i jego pierś miała eksplodować. Czuł, jak twarz mu szarzeje. Zgrozę zmieszaną z niedowierzaniem czytał również z miny Wernera, który z trudem tłumił cisnące mu się na język przekleństwa.

– To znowu on. Jest źle, szefie. Naprawdę źle. Mamy tutaj tatusia wszystkich psycholi świata, w dodatku ganiającego luzem.

Fabel przez chwilę nie mógł oderwać wzroku od zwłok. Wreszcie, zaczerpnąwszy tchu, zwrócił się do Paula:

– Świadkowie?

– Żadnych. Nie pytaj mnie, jak można było urządzić takie piekło, nie zwracając niczyjej uwagi, ale w takim właśnie stanie ją znaleziono. Mamy tylko faceta, który ją znalazł. Nikt nic nie widział ani nie słyszał.

– Ślady włamania?

Paul potrząsnął głową.

– Facet, który ją znalazł, mówi, że drzwi zastał otwarte, ale nie było widać żadnych śladów włamania.

Fabel podszedł do ciała. Wydawało się draństwem, że tak gwałtowne i okrutne wyrwanie z życia przeszło niezauważone. Przerażenie kobiety pozostało osamotnione. Jej śmierć – śmierć, której nie potrafił sobie wyobrazić, bez względu na to, jak plastycznie by mu ją przedstawiono – była samotna, opuszczona we wszechświecie wypełnionym jedynie zimną przemocą zabójcy. Przeniósł wzrok ze zmasakrowanego ciała na zbryzganą krwią twarz, rozchylone usta i otwarte oczy. Nie dostrzegł przerażenia: twarz nie wyrażała lęku, nienawiści ani nawet spokoju. Była to pozbawiona wyrazu maska, niemówiąca nic o osobowości ofiary, która jeszcze tak niedawno żyła. Patolog Möller przypominający w białym kombinezonie królika badał rozpłatany brzuch. Niecierpliwym gestem nakazał Fablowi, by ten się odsunął.

Fabel odwrócił wzrok od ciała. Trup był nie tylko obiektem fizycznym, ale także bytem temporalnym: punktem w czasie, centrum wydarzenia. Reprezentował moment popełnienia morderstwa. Na badanym przez policję miejscu zbrodni wszystko należało do czasu sprzed zabójstwa albo po zabójstwie. Fabel powiódł wzrokiem po pokoju, próbując wyobrazić go sobie bez tłumu policjantów i kryminalistyków. Pomieszczenie było nieduże, ale nie zagracone. Brakowało mu charakteru, stanowiło bardziej funkcjonalną przestrzeń niż mieszkanie. Na toaletce przy drzwiach stała, oparta o lampę, mała, wyblakła fotografia. Rzucała się w oczy jako jedyny naprawdę osobisty przedmiot w pokoju. Na ścianie wisiał plakat – leżąca naga kobieta, oczy przymknięte w oczekiwaniu erotycznej ekstazy: coś, czego kobieta nie powiesiłaby dla własnej przyjemności. W wielkim lustrze wysokości człowieka, przytwierdzonym do ściany oddzielającej pokój od sąsiedniego pomieszczenia – Fabel domyślał się, że musiała to być kuchnia – odbijało się łóżko. Na nocnym stoliku dostrzegł wiklinową miseczkę wypełnioną różnokolorowymi prezerwatywami. Odwrócił się do Anny.

– Prostytutka?

– Na to wygląda, chociaż nie jest. nie była osobą znaną tutejszej obyczajówce. – Twarz Anny pod szopą ciemnych włosów była popielata. Starała się nie patrzeć w stronę zmasakrowanych zwłok. – Znamy za to faceta, który zgłosił morderstwo.

– Tak?

– Nazywa się Klugmann. Dawniej służył w miejscowej policji.

– Były gliniarz?

– Dokładnie rzecz biorąc, jest byłym oficerem Mobiles Einsatz Kommando. Twierdzi, że był przyjacielem. Mieszkanie wynajęte jest na jego nazwisko.

– Twierdzi?

– Miejscowi chłopcy uważają go za jej alfonsa – wtrącił Paul.

– Moment. – Zdezorientowany Fabel spojrzał na Paula pytająco. – Powiedzieliście, że ten facet służył w MEK, a teraz jest alfonsem?

– To wydaje się bardzo prawdopodobne. Pracował w jednostce do zadań specjalnych MEK przy wydziale przestępczości zorganizowanej, ale został wyrzucony.

– Dlaczego?

– Jak się zdaje, zagustował w tamtejszych przysmakach – odparła Anna Wolff. – Przyłapano go z niewielką ilością kokainy i wyleciał. Dostał wyrok w zawieszeniu. Prokurator nie palił się do posłania członka MEK do pudła, a poza tym to było tylko kilka gramów koki… twierdził, że do użytku prywatnego.

– Wygląda na to, że nieźle znasz tę historię.

Anna uśmiechnęła się.