Kruchość skrzydeł - Karen Foxlee

Kruchość skrzydeł

0,0

"Nagrody: Commonwealth Writers’ Prize, Dobbie Literary Award, Queensland Premier’s Literary Award.

Dziesięcioletnia Jennifer Day mieszka w małym górniczym miasteczku pełnym tajemnic. W otaczającym ją świecie dorosłych poszukuje przyczyn śmierci swojej nastoletniej siostry Beth. Próbując uporządkować ostatnie miesiące z jej życia, Jennifer odsiewa prawdę od kłamstw, ale mimo to wciąż natrafia na sekrety i kolejne pytania. Czy śmierć Beth była wypadkiem? Czy Jennifer lub ktokolwiek inny mogli ją uratować? Oczami Jennifer widzimy, jak jej siostra podejmuje nieudaną próbę przekroczenia progu dorosłości, a rodzina ulega powolnemu rozkładowi. W tej nagradzanej powieści Karen Foxlee doskonale uchwyciła smak dorastania w małym miasteczku oraz złożoność życia rodzinnego. "

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
tyt.png

Copyright © University of Queensland Press and Karen Foxlee, 2009

Tytuł oryginału: The anatomy of wings

Copyright © for the Polish translation by Grzegorz Fraś

Copyright © by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2016

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja: Justyna Jakubczyk

Korekta: Agnieszka Brach

Skład i łamanie: Justyna Jakubczyk

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Grafika na okładce: Copyright © Fotolia, autor: vali_111

Zdjęcie autorki: Copyright © Sonya Coe Photography

ISBN: 978-83-65223-53-1

Słupsk 2016

Wydawnictwo Dobra Literatura

zamowienia@literaturainspiruje.pl

www.dobraliteratura.pl

www.literaturainspiruje.pl

Skład wersji elektronicznej: Tomasz Szymański

Virtualo Sp. z o.o.

konwersja.virtualo.pl

Dla Taty

Kiedy po latach wracam nad martwą rzekę, wszystko wydaje się mniejsze niż wcześniej. Koryto rzeki jest węższe i jest mniej eukaliptusów. Pamiętam, że za wydmami rosło ich całe pasmo, a przynajmniej tak mi się zdawało. Były równomiernie rozmieszczone, każdy olbrzym miał swoją oazę samotności. Doskonale pamiętam ciszę. Słychać było jedynie szelest jesiennych liści pod naszymi stopami oraz nasze głosy na tle całkowitego bezruchu.

Dziś nie ma tu już tak wielu drzew. Zostały powalone albo wycięte.

W ich miejscu jest za to więcej łąk i pastwisk. Budowa nowego osiedla mieszkaniowego.

Zazwyczaj długo krążę, zanim znajdę nasze drzewo. Ono wciąż tam stoi.

Gdy już je odnajduję, zawsze zaskakuje mnie, jak małe są ślady, które zostawiłyśmy. Przyklękam i dotykam palcami liter, które wyryłyśmy. Przez cały ten czas drzewo pilnowało, aby nie zniknęły. Mogło już dawno samo się wyleczyć. Wcięcia nie były głębokie. W końcu zostały zrobione rękami małego dziecka.

Niektóre rzeczy znajdowały się w pudełku. Wiedziałyśmy, że nie powinnyśmy ich ruszać, mimo że nikt nam tego nie zabronił. Dało się to wyczuć po sposobie, w jaki mama obchodziła się z pudełkiem. Gdy szła korytarzem, przyciskała je mocno do piersi, chroniła, jakby trzymała małe dziecko. Starała się ukryć je przed naszym wzrokiem.

Razem z Angelą zdjęłyśmy pudełko z górnej półki bieliźniarki. Małe drzwiczki zaskrzypiały. W domu owianym rozpaczą jedynym słyszalnym dźwiękiem był nasz oddech. Po nim następowała cisza. W ciągu kilku tygodni na pokrywce od pudełka zdążyła się już utworzyć lekka warstwa kurzu.

To był pomysł Angeli. Powiedziała, że musimy zajrzeć do środka, żeby odnaleźć mój śpiewający głos. Miało mi to pomóc zrozumieć dokładnie, dlaczego słowa zamieszkały w mojej klatce piersiowej, akurat tak blisko mojego serca.

– Jeśli się nie dowiesz, dlaczego twój śpiewający głos zniknął, nie będziesz mogła sprawić, by powrócił – powiedziała. Zawsze miała mnóstwo pomysłów.

To było zwykłe niebieskie pudełko z tektury. Zdawało się być ciężkie. Myślałam, że ręce ugną mi się pod jego ciężarem, ale było jednak dosyć lekkie. Na pokrywce widniał napis białą kursywą: „Carnegie – elegancka porcelana”. W prawym górnym rogu był jeszcze jeden napis: „Najdroższa” – zrobiony niebieskim długopisem.

Moja siostra Danielle spała, gdy weszłyśmy do pokoju. Leżała zwrócona w naszą stronę, miała podwinięte kolana. W tamtym czasie spanie było jedyną rzeczą, którą wszyscy robili. Nasz dom przypominał pałac śpiącej królewny zaraz po tym, jak zostało rzucone magiczne zaklęcie. Wszyscy spali na łóżkach i na sofach albo siedzieli w fotelach z zamkniętymi oczami, trzymając w dłoniach kubki ze słodką herbatą. Mama spała dzięki tabletkom, których dawkę starannie odmierzyła jej i pomogła połknąć ciocia Cheryl. Tata spał między nami na podłodze, oczy zakrył ręką.

Usiadłyśmy z Angelą na moim łóżku, między nami położyłyśmy pudełko. Angela spojrzała na śpiącą Danielle, a potem na mnie, pytając wzrokiem, czy aby na pewno możemy. Wzruszyłam tylko ramionami. Nie mogłam sobie wyobrazić, co zrobiłaby nasza mama, gdyby nakryła nas z pudełkiem. Nie wiedziałam, czy jakimś zmysłem nie wyczuje, że zostało otwarte, nie wyskoczy z łóżka i do nas nie przybiegnie. Nie miałam pojęcia, co mogło być w środku.

Gdy podniosłam wieko, poczułam zapach kropel deszczu wielkości pięćdziesięciocentowych monet, które zraszają suchą ziemię.

Angela otworzyła szeroko usta w kształt litery O.

W górę unosiła się woń szamponu o zapachu zielonego jabłuszka. Zapach mokrych przyrzecznych kamieni, gdy woda już opadła. Posmak krystalicznie czystego zimowego nieba przyprawionego oparami siarki. Pocałunek pod białolistnym drzewem. Upalny dzień, który wstrzymał oddech.

Wyjęłyśmy wszystkie rzeczy, jedna po drugiej. W środku były dwa niebieskie plastikowe grzebienie. Typowa dla twardej dziewczyny czarna gumowa bransoletka. Złożone na pół ogłoszenie z gazety dotyczące szkoły sekretarek. Warkocz koloru blond zawinięty w przezroczystą folię. Srebrny naszyjnik z wisiorkiem w kształcie złamanego na pół serca. Adres na kawałku kartki zapisany pismem przechylającym się w lewą stronę. Baletki owinięte sznurówkami.

Z pudełka zdawał się dobiegać dźwięk rowerowych kół sunących po rozgrzanym asfalcie. Odgłos nagich stóp biegnących po trzeszczącej trawie. Niespokojnych palców odpruwających haftowany kwiat. Dźwięk papierowych skrzydeł unoszących się na nagłym wietrze. Jezioro oddychające przy brzegu.

Nie odezwałam się ani słowem. Danielle przewróciła się na drugi bok, ale nadal spała.

– Gdzieś tutaj kryje się odpowiedź – wyszeptała Angela.

W dniu pogrzebu moja babcia wygadała się o aniołach, wywołując przy tym niemałe zamieszanie, po czym odjechała z piskiem opon swoim beżowym datsunem sunny. Jeszcze wcześniej Kylie wpadła w furię i uderzyła pięścią w nos jednego z bliźniaków z Townsville. Mój śpiewający głos zniknął na długo przedtem, ale słowa piosenek wciąż tkwiły w mojej klatce piersiowej. Czułam je w żołądku i ustach. Wiedziałam, że tam są, ale po prostu nie chciały wyjść.

Po pogrzebie dom był przepełniony szelestem czarnego szyfonu, zapachami lakieru do włosów firmy Cedel, twardej bułki francuskiej oraz już więdnących róż upuszczających swoje płatki na włochaty dywan.

Goście stali oparci o ściany w salonie i sączyli herbatę, próbując nie dzwonić filiżankami o spodki. Wchłaniali cały chłód płynący z klimatyzacji, po ich szyjach spływał pot. Panowie poluzowywali krawaty. Panie przykładały chusteczki do czoła. Zużywali cały tlen. Czułam, jak sinieją mi usta.

Mama leżała na sofie nieruchomo jak posąg, otoczona przez ciotki. Od czasu do czasu mrugała jedynie swoimi przezroczystymi niebieskimi oczami. Długie rzęsy muskały jej policzki zroszone łzami, wywołując delikatny chwilowy powiew.

Stoły na środku pokoju były poustawiane od najniższego do najwyższego, przypominając nieco schody. Na najniższym leżały ciastka z nadzieniem, o delikatnej skórze i marmoladowych oczach. Na środkowym stała okrągła niepokrojona babka piaskowa. Na najwyższym stopniu znajdowało się mnóstwo małych kolorowych babeczek. Ich ozdobne skrzydełka nachodziły na siebie. Zdawały się deptać sobie po ramionach.

Babcia usiadła w rozkładanym fotelu taty. Nie trzymała nóg do góry. Siedziała na krawędzi z kolanami razem, jej nogi pociły się w pończochach. Tata nie miał gdzie usiąść. Stał w kuchni razem z innymi mężczyznami. Starali się jak najciszej wyciągać piwo z pojemnika na lód, ale siła każdego dźwięku była zwielokrotniana w domowej ciszy. Po stłumionym łoskocie schodziła lawina kostek lodu i strudzone westchnienie okrągłej szyjki butelki.

Z gardła babci wydobyło się lekkie jęknięcie. Wszyscy starali się tego nie zauważyć. Zbierała się w środku do czegoś, ale lepiej było jej do tego nie zachęcać. Obok niej usiadł jej brat, wujek Paavo. Jego żałobny garnitur był na niego co najmniej dwa razy za duży, a to dlatego, że wujek jadał jedynie podczas weekendowych obiadów u nas w domu, dzięki czemu został milionerem. Często zakłócał panującą ciszę bardzo głośnym wydmuchiwaniem nosa.

Spośród wszystkich kuzynów to bliźniacy z Townsville wykonali pierwszy ruch. Patrick miał na sobie bladoniebieski garnitur. Podszedł do stołu, sięgnął po ciastko z marmoladą i przemknął w kierunku drzwi wejściowych. Jego matka, ciocia Margaret, odetchnęła. Jonathan, ubrany w jasnobrązowy garnitur, przeczesując dłonią włosy, poszedł w ślady swojego brata. Na zewnątrz okrążyli dom i znaleźli kawałek cienia na schodach z tyłu. Zapalili swoje papierosy marki Peter Stuyvesant, które były „Paszportem do Międzynarodowej Przyjemności Palenia”. Bliźniaków odróżniały jedynie kolory ich garniturów oraz to, że Patrick trochę bardziej spektakularnie zarzucał włosami. Obaj mieli identyczny nieduży uśmiech, przy którym nigdy nie otwierali ust i nie odsłaniali zębów. Zdaniem babci cechowało ich poczucie wyższości.

Jamie i Samantha były kuzynkami z Brisbane. W ich obecności bliźniakom z Townsville zdarzało się jednak czasem pokazać pazury. Kuzynki nosiły oryginalne espadryle firmy Sportsgirl i dżinsy. Miały długie i lśniące blond włosy. Jamie powtarzała, że już jest modelką, że pewnego dnia będzie na okładce magazynu „Dolly” i że trwała ondulacja jest już passé, co sprawiało przykrość Danielle, bo ona czekała na swoją trwałą całe życie.

Kuzynki z Brisbane dosiadły się do bliźniaków z Townsville i zaciągały się dymem z papierosów. Rękami odganiali muchy sprzed twarzy. Patrick nazwał nasze miasteczko zadupiem, co rozbawiło kuzynki z Brisbane, a Jonathan tylko spojrzał na nas z góry z tym swoim małym uśmieszkiem.

Kylie była naszą kuzynką z zadupia. Mieszkała dwie ulice od nas, w domu tuż obok parku. Godzinami przebywała w swoim ogrodzie, leżąc na swojej trampolinie i patrząc w niebo. Choćby nie wiem jak bardzo ktoś starał się przemknąć koło jej domu niezauważonym, zawsze pojawiała się i zapraszała do środka. Nieważne, czy szło się w jakimś konkretnym celu, czy na zwykły spacer. Kylie miała kruche kości, wystające zęby i zły nastrój. Była wcześniakiem. Irytowała się równie szybko, jak popadała w smutek.

– Nie nazywaj naszego miasta zadupiem – powiedziała do Patricka.

Stałyśmy na dole tylnych schodów, a nad nami górowali kuzyni z dużych miast. Czułyśmy się obce we własnym domu, pomimo że to my byłyśmy Najbardziej Pogrążone w Smutku.

– Za-du-pie – powtórzył Patrick.

Bardzo starannie zaakcentował każdą sylabę.

– Nie mów tak – powiedziała Kylie, zaciskając pięści i trzymając ręce wzdłuż ciała. Miała czternaście lat. Była od bliźniaków młodsza jedynie o dwa lata, ale prawie dwa razy mniejsza. Jej ręce i nogi były chude jak patyki, ale oni nie zdawali sobie sprawy, ile miała w sobie siły. Nie mieli pojęcia, że potrafiła chwytać mocno za szyję niczym zapaśnik, że stosowała znane ze szkoły piekące pokrzywy oraz biła z iście końską siłą. Była zdolna wyrwać się dwóm dorosłym ludziom, wierzgając mocno nogami. Umiała splunąć na przeciwległy koniec pokoju.

– Uspokój się, mały gnojku – powiedział Jonathan.

– Zostaw ją w spokoju – odpowiedziała Danielle.

Nasza mama powiedziała, że musimy opiekować się Kylie ze względu na jej niezwykle kruche kości oraz jedynie lekkie upośledzenie. Jej górne zęby zwisały nad dolną wargą. Oddychała głośno przez nos wgapiona w Patricka, prowokując go wzrokiem, aby jeszcze raz powtórzył swoje słowa. Na głowie Danielle falowały trwałe loki, na które Jamie i Samantha patrzyły z pogardą.

– Indyczy pomiot – powiedział Patrick, zakrywając ręką usta i udając kaszlnięcie.

– Co żeś powiedział? – spytała Kylie.

– Gul, gul, gul – powiedział Jonathan, prawie nie ruszając ustami niczym brzuchomówca.

– Co on powiedział? – Kylie spytała Danielle.

– Zostawcie ją w spokoju – powiedziała Samantha.

– Niby dlaczego? – spytała jej siostra zdziwionym głosem.

– Bo ona jest ciemna – Samantha odpowiedziała szeptem.

Mama zawsze mówiła, że pod żadnym pozorem nie powinnyśmy nazywać Kylie ciemną. Marzyłam, że jeśli ukryję twarz w dłoniach, wszystko może zniknąć. Wszyscy kuzyni, wszystkie szeleszczące i słodko pachnące ciotki i babcia tłukąca się po głowie Biblią. Podobnie jak całe miasteczko ze wszystkimi różowymi, zielonymi i cytrynowymi domkami, ze skradającymi się za nimi czerwonymi wzgórzami i tym całym błękitnym dniem.

Po chwili tata siłą odczepił Kylie od Patricka. Cały czas mocno wierzgała nogami i pluła na wszystkie strony. Po oszacowaniu strat okazało się, że jedna z kieszeni bladoniebieskiego garnituru Patricka została całkowicie oderwana i leży na naszym trawniku. Ciocia Margaret trzymała chusteczkę przy nosie Patricka, odchylając jego głowę do tyłu. Wrzasnęła na kuzynki z Brisbane, żeby przyniosły trochę lodu. Zaczęły płakać, bo nigdy przedtem nikt na nie krzyczał, a już zwłaszcza w dziwnym miasteczku zwanym Memorial. Na całkowitym odludziu, w środku lata, w ten upalny dzień, który piekł ich twarze i parzył płuca. Zaraz po pogrzebie członka rodziny, którego nigdy nie znały.

Babcia zaczekała, aż wszyscy goście pójdą, a cała rodzina zgromadzi się w jednym miejscu. Wtedy postanowiła puścić parę z ust. Siedziała z powrotem w fotelu taty. Odstawiła filiżankę z herbatą na stolik i splotła dłonie na kolanach. Tata podniósł wzrok. Z wielką niechęcią ustąpiono mu miejsca na sofie obok mamy. Trzymał jedną z jej wiotkich rąk w swoich dłoniach.

– Musicie mnie posłuchać – powiedziała babcia.

– Anna, daruj sobie – powiedział tata.

Dziwnie było słyszeć, jak ktoś zwraca się do niej po imieniu. Zupełnie jakby zwracał się do małej dziewczynki.

– Nie mów mi, żebym sobie darowała – powiedziała babcia.

– Uciszcie się – powiedziała mama.

Ciocia Margaret, ciocia Louise i ciocia Cheryl zebrały się wokół mamy i mamrocząc coś pod nosem, zepchnęły tatę poza sofę. Dało się wyczuć, że coś jest na rzeczy.

– Beth rozmawiała z aniołami – powiedziała babcia i wszyscy się zamknęli.

Wodziła wzrokiem po wszystkich, szukając chętnego do polemiki.

– Cholera jasna – wyszeptał Patrick, przykładając chusteczkę do zakrwawionego nosa.

Stanowiłam strefę buforową między przyjezdnymi kuzynami a Kylie. Bladoniebieski garnitur Patricka ocierał się o moją rękę, a paczka jego papierosów marki Peter Stuyvesant kłuła mnie w udo.

Babcia położyła dłonie na sercu i spojrzała prosto na mnie. Poczułam gorące rumieńce na policzkach. Skierowałam wzrok na gęsty dywan. Pociągnęłam za kilka kosmyków. Wyobrażałam sobie, jakby to było, gdybym była tak mała, że mogłabym się zgubić w tej dżungli biało-brązowych pętelek.

Kuzyni nie znali babci tak dobrze jak ja.

– Beth sama mi to powiedziała – powiedziała babcia.

Jej proste szare włosy wisiały po bokach twarzy niczym dwie kurtyny. Spoglądała na mnie spod równej szarej grzywki. Nie chciałam patrzeć jej w oczy.

– Co ci powiedziała? – krzyknęła mama. Poderwała się przy tym z sofy niczym wampir wybudzony z trumny. Mocno ściskała dłonie.

– Po tym, jak to się stało. Na samym początku, po jeziorze – powiedziała babcia.

– Nie wierzę ci – krzyknęła mama. – Ty wiedźmo.

Pierścień ciotek zacieśnił się wokół mamy. Gładziły ją po włosach i ramionach, próbując sprawić, by się z powrotem położyła. Mierzyły babcię wzrokiem z drugiego końca pokoju. Chciały wyglądać groźnie, ale po ich twarzach widać było, że przeszył je dreszcz zwątpienia. Wymieniły się tylko spojrzeniami spod swoich wylakierowanych grzywek. Ich dłonie powędrowały w górę do ich bladych oplecionych perłami szyi.

– Przestań – syknęła ciocia Margaret. Była najstarszą córką. Jej głos drżał ze zdenerwowania.

– Nie ty będziesz mi mówić, żebym przestała – odpowiedziała babcia.

– Dobra, dosyć tego – powiedział tata.

Myślałam, że każe jej wynieść się z pokoju, ale nie zrobił tego. Ruszył jedynie w jej stronę, ale w ostatniej chwili zmienił kierunek i chwiejnym krokiem poszedł dalej korytarzem. Wszedł do sypialni i zatrzasnął za sobą drzwi. W pokoju panowała cisza. Hałas drzwi z sypialni przewrócił starannie ustawioną piramidę ozdobnych babeczek na najwyższym stole. Kylie sięgnęła po jedną z nich, ale ciocia Cheryl dała jej po łapach.

Po słowach babci wszyscy zamarli w miejscu. Jedni zamknęli oczy, a inni schowali twarze w dłoniach. Kuzynki z Brisbane przygryzały wargi i wymieniały dyskretnie porozumiewawcze spojrzenia z bliźniakami z Townsville. Kylie drapała strup na swojej nodze. Wujek Paavo wyjął z kieszeni chusteczkę i wydmuchał nos. Odkaszlnął i zapłakał.

Nasza woda była skażona. Tak jak nasze powietrze.

– Wynoś się – wrzasnęła mama. – Wynoś się. Wynoś się i nigdy nie wracaj.

Babcia nie zamierzała wychodzić. Chciałam na nią spojrzeć, aż paliły mnie policzki.

– Tym razem to już przeholowałaś – powiedziała ciocia Margaret spod chmury papierosowego dymu.

Kuzyni wstali i powoli opuścili pokój. Babcia podniosła swoją filiżankę z herbatą, próbowała się napić, ale trzęsły jej się ręce. Sięgnęła po etui i mocowała się chwilę z okularami, zanim ostatecznie znalazły się na jej nosie. Otworzyła swoją Biblię. Jej sztuczna szczęka zaklekotała w jej ustach, gdy próbowała przełknąć. Zamknęła Biblię i wstała.

Zostawiła swój babciny kształt odciśnięty na fotelu taty. Odcisk w materiale powoli zniknął.

Przypomniał mi o gipsie modelarskim. Przypominał mi o mojej wychowawczyni z piątej klasy, pani Bridges-Lamb, która pozwoliła nam zrobić odciski naszych stóp. Powiedziała, że od teraz nasze dziesięcioletnie odciski stóp są nieśmiertelne. Babcia zabrała Biblię, talerzyk z herbatnikami i zatrzasnęła za sobą drzwi z siatką przeciw owadom.

Nie przychodziła już do nas potem przez bardzo długi czas. Odpaliła swojego datsuna sunny, dodając zbyt dużo gazu, aż zapiszczały opony. Na materacu pomiędzy naszymi łóżkami zamknięte oczy taty drgnęły na dźwięk odjeżdżającej babci. Leżał na boku, cały czas miał na stopach klapki. Danielle leżała za nim na swoim łóżku. Łączyli się w cierpieniu, spokojnie oddychając.

Zaraz po wymianie słów ciotki pomogły naszej mamie przenieść się do jej sypialni. Pomogły jej rozpiąć suknię, która wydała szepczące westchnienie, opadając luźno na podłogę. Ciocia Margaret nakierowała jej stopy, które uniosły się nad zwojem materiału. Mama stała w swojej halce zwrócona w kierunku ściany. Odwróciły ją w stronę łóżka.

Gdy ciotki już ją ułożyły, zdjęły swoje suknie żałobne i powiesiły je na wieszakach, naprzeciwko części szafy należącej do taty. Czarne suknie unosiły się na delikatnych falach powietrza z klimatyzacji. Ciotki otworzyły swoje walizki i wyciągnęły stosowne popogrzebowe ubrania. Ciocia Margaret przyglądała się swemu odbiciu w antycznym lustrze o ramie w półokrągłe ząbki, stojąc do niego bokiem. Szkło było lekko wykrzywione na środku, co wyraźnie się cioci nie podobało. Skrzywiła się i wciągnęła brzuch. Zaśmiała się, gdy zobaczyła mnie w drzwiach. To był lekko nerwowy śmiech, który brzmiał bardzo dziwnie w panującej atmosferze żałoby i smutku. Ciocia Louise przytknęła palec do ust.

Po krótkiej rozmowie ciocia Cheryl powoli mieszała herbatę na stole w jadalni. Słońce ogrzewało zasunięte zasłony. Na zewnątrz był bezchmurny i słoneczny dzień. Do cioci dosiadła się Kylie, masując rękę, którą zadawała wcześniej ciosy.

W domu zaczynała panować cisza. Bezruch wkraplał się z każdą sekundą, z każdą minutą odmierzaną przez zegar Bessemera wiszący na kuchennej ścianie. Nikt niczego nie mówił. Ręce cioci wędrowały cicho między filiżanką, dzbankiem i półmiskiem. Cukier szumiąco wpadał do herbaty. Serwetki rozwijały się i zwijały z powrotem. Okruszki powoli odklejały się od podbródków.

Babcia wierzyła w cuda. W dniu pogrzebu jej głowa była nimi wyjątkowo przepełniona. Po wyjściu z naszego domu jechała bardzo szybko i mocno płakała. Nie zauważyła kuzynów idących wolno w ukropie. Nie poznała ich – zrobionych z tej samej krwi i kości. Szli przez wysoką trawę w parku.

Według Encyklopedii wybitnych studentów cud to zdarzenie, którego nie da się wyjaśnić metodą naukową i prawdopodobnie spowodowane przez siły nadprzyrodzone. Do cudów zalicza się rozstąpienie się morza, chodzenie po wodzie, pomniki lub figurki płaczące krwawymi lub mlecznymi łzami oraz objawienia się postaci, jak święta Maria oświetlona niebiańską łuną podczas zwykłego dnia w niespodziewanym miejscu.

To od babci wszystko się zaczęło.

Wpis dotyczący definicji cudu znajduje się w tomie dwunastym. Nasza mama kupiła wszystkie tomy od jednorękiego handlowca. Nie było nas stać na wydanie australijskie, mimo że handlowiec sugerował, że na dłuższą metę byłoby to dla nas korzystniejsze.

Tom dwunasty zawierał także mapę Księżyca. Maria to liczba mnoga od słowa mare, czyli morze. Na Księżycu znajduje się pełno ciemnych mórz. Kiedyś razem z Beth podzieliłyśmy terytorium księżyca na swoje strefy wpływów. Stałam się władczynią Deszczowego Morza, gdzie znajdowała się Tęczowa Zatoka, jednocześnie będąc Królową Morza Burzowego. Beth panowała na Morzu Spokoju, Morzu Ukojenia i Morzu Chmur. Z czasem Danielle włączyła się do gry i zażądała własnego terytorium. Przyznałyśmy jej niewielki skrawek w postaci Morza Wilgoci. Nie spodobało jej się to i poszła poskarżyć się mamie. Musiałyśmy przyznać jej większy teren, i to zepsuło całą zabawę. Z tomu dwunastego można było się dowiedzieć wszystkiego na temat Minnesoty, Missisipi i Missouri, ale nie było tam ani słowa na temat Memorial.

Gdy Jamie i Samantha wróciły do domu ze spaceru, były blade i zmęczone słońcem. Były w parku, miały to wypisane na twarzach. Schowały się w ramiona swojej mamy, cioci Louise. Patrick i Jonathan stali wpatrzeni w podłogę.

– To straszne, wiem. Spróbujcie o tym zapomnieć – ciocia Louise wyszeptała do swoich córek.

Nie powinno to dla nich stanowić większego problemu, zważywszy na to, o czym nie wiedziały. Nie wiedziały między innymi o tym, że:

1. Im bardziej Beth była opętana, tym bardziej niebieskie stawały się jej oczy, a im bardziej jej oczy stawały się niebieskie, tym bardziej była opętana.

2. Ciągle obgryzała paznokcie. Obgryzała je mocno, do samej skóry, aż zaczynały krwawić.

3. Gdy się śmiała, zamykała oczy i odchylała głowę do tyłu. Jedną rękę kładła wówczas na brzuchu.

4. Potrafiła jednym uśmiechem rozbroić babcię i dotrzeć do jej serca. Gdy babcia była już wzruszona, to zwykła wzdychać: „Co my z tobą poczniemy?”.

5. Często uciekała, a gdy już wracała, to wszyscy staraliśmy się zachowywać tak, jakby nigdy nie uciekła.

6. Żywo odczuwała zarówno cierpienie owadów, jak i cierpienie ludzi.

7. W wieku trzynastu lat porzuciła lekcje tańca.

8. Kawałek po kawałku zaczęła znikać. Rozdawała małe części siebie.

9. Czasem dolewała trochę denaturatu do wina, jedynie kilka kropel.

10. Chciała ocalić świat, ale nie potrafiła nawet ocalić siebie samej.

Odłożyłyśmy pudełko, zanim obudziła się Danielle. Angela rozmyślała o jego zawartości, siedząc na moim łóżku, podczas gdy ja szukałam zeszytu w niebieskie paski na dnie szafki. Natrafiłam na stary częściowo wypełniony zeszyt dla piątej klasy. Były w nim informacje o starożytnej Grecji i Rzymie, który był ulubionym tematem pani Bridges-Lamb, ze szczególnym naciskiem na Spartan, którzy sprawiali, że zaparowywały jej okulary. W większości strony były wypełnione piętrzącymi się rzymskimi cyframi. Angela wyrwała je, aby stworzyć księgę wskazówek do tego, jak straciłam swój śpiewający głos.

Dźwięk wyrywanych kartek obudził Danielle. Otworzyła oczy i spojrzała na nas groźnie. Danielle zdaniem mamy była ekspertem w dziedzinie groźnych spojrzeń i mogłaby za to otrzymać medal. Wstrzymałam oddech, a Angela trzymała zeszyt w ręku. Danielle usiadła wyprostowana jak strzała w swoim gorsecie ortopedycznym typu Milwaukee. Patrzyła na nas tak, że przez chwilę myślałam, że wie o pudełku. Mierzyła nas tym swoim groźnym, podejrzliwym wzrokiem, ale po chwili wzięła z biurka szkicownik, aby narysować swoją wizję końca świata, po czym wyszła z pokoju. Jej gorset ortopedyczny zadźwięczał, gdy szła. Cisza znów osadziła się na całym mieszkaniu niczym kurz, zdawała się opadać z sufitu wprost na nasze twarze, przylepiała się nam do rzęs.

Angela wzięła zeszyt i ołówek. Ja wyciągnęłam spod łóżka kij do krykieta i piłkę do tenisa. Wyszłyśmy, przechodząc przez zanurzone w ciszy pokoje. W pralni leżały sterty brudnych ubrań. Popiół wysypywał się z przepełnionych popielniczek. Wszystkie róże i lilie oparły głowy o krawędzie wazonów i umarły. Zrzuciły płatki na podłogę. Pokój był przesiąknięty zapachem martwej rozmokłej roślinności. Mimo że Boże Narodzenie już dawno było za nami, na kalendarzu wciąż obowiązywał listopad 1982 roku.

Przeszłyśmy obok mojej mamy śpiącej na sofie. Przemknęłyśmy cichutko, żeby jej nie obudzić. Gdy tylko się budziła, zaczynała błądzić po mieszkaniu. Otwierała drzwi od pokojów i zaglądała dyskretnie do środka. W największy płacz wpadała nagle, gdy najmniej się tego spodziewaliśmy. Największe burze łez przychodziły nocą. Jej płacz wyrywał mnie ze snu, podnosiłam się wtedy z łóżka.

– Połóż się z powrotem, sikorko – mówił do niej za każdym razem tata. Wstawał przy tym ze swojego materaca pomiędzy naszymi łóżkami i szedł ją uspokoić.

Z zewnątrz nie było tego w ogóle widać. Nasz dom nie różnił się zupełnie niczym od pozostałych przy Dardanelles Court. Stał dumnie, robiąc dobrą minę do złej gry. Zdawał się patrzeć przed siebie frontowymi oknami przesuwnymi. Jego usta w postaci drzwi z siatką przeciw owadom były zamknięte. Mały ganek przypominał dumnie wyprostowany podbródek. Spojrzałam na nasz dom ze ścieżki, na której czekała na mnie Angela, gryząc końcówkę jednego ze swoich złocistych warkoczy. Pięć domów przy Dardanelles Court stało naprzeciwko siebie oddzielone przez cul-de-sac, co po francusku oznacza ślepą uliczkę. Wszystkie były identyczne, prostokątne, z metalowej okładziny w kolorze miętowo-zielonym. Wyglądały dokładnie tak samo jak domy wszystkich spółdzielczych osiedli w południowym Memorial. Wianowłostki królewskie wyciągały ku sobie gałęzie ponad asfaltem i zrzucały swoje czerwone kwiaty. Było bardzo cicho, nie licząc warkotu zewnętrznych klimatyzatorów.

Nie było pana O’Malleya śpiewającego o morzu ani pani O’Malley pozdrawiającej mnie skinieniem głowy ze swojego patio. Nie było pani Schmidt zerkającej zza swoich żaluzji. Nie było córek Irwinów siedzących na schodach przed domem, marzących o ucieczce. Nie było Marshalla Murraya stojącego w cieniu swojego żółtego strączyńca cewiastego. Pięć domów stało naprzeciwko siebie, jak gdyby nigdy nic szczególnego się nie stało.

Z Dardanelles Court skręciłyśmy w Memorial Drive. Mijałyśmy wjazdy do wszystkich pozostałych uliczek, przy których stały dokładnie takie same domy ściśnięte w kółko. Nie rozmawiałyśmy.

W parku musiałam mrużyć oczy po całych tygodniach w zapłakanym domu. Miałam lekko chwiejny krok. Park chylił się ku niebu. Długa na wysokość łydki żółta trawa błyszczała. Promienie słoneczne oparły swoje ręce na moich ramionach i wypaliły mi na głowie koronę. Angela potoczyła piłkę po ziemi w moim kierunku, a ja odbiłam ją mocno kijem krykietowym, więc poleciała wysoko w górę. Dopiero gdy nie miałyśmy już siły grać, położyłyśmy się na trawie, a Angela otworzyła książkę.

– Zacznijmy od początku. Co zapamiętałaś? – powiedziała.

W ręku trzymała ołówek w gotowości do zapisywania tego, co powiem.

– Co masz na myśli?

– Chodzi mi o to, co było w pudełku.

– Warkocz – powiedziałam.

Angela zapisała: WARKOCZ.

– Grzebienie. Wycinek z gazety.

– Jak się pisze grzebienie?

– G-R-Z-E-B-I-E-N-I-E.

WYCINEK Z GAZETY – zapisała.

– Czarna bransoletka, baletki – powiedziała Angela, powoli zapisując.

– To dlaczego mnie pytasz, skoro sama wszystko pamiętasz?

– Bo tak – odpowiedziała Angela, gdy już skończyła pisać.

– To bez sensu – powiedziałam.

– Właśnie, że nie.

Pokazała mi okładkę, na której napisała swoim chaotycznym pismem Księga wskazówek.

– Wszystko, co musimy zrobić, to iść wstecz – powiedziała. Angela Popovitch była moją najlepszą przyjaciółką. Była nią od początku pierwszej klasy. Podobnie jak ja miała dwie siostry, ale żadna z jej sióstr nie zmarła. Nigdy mnie nie okłamała. Spoglądała na mnie, jednocześnie marszcząc twarz i mrużąc oczy od słońca.

– Zaufaj mi. Znajdziemy twój śpiew. Prosta sprawa – powiedziała.

Odpruwanie haftowanego kwiatka.

Rekonstruowanie chwil.

Rozwiązywanie supła zdarzeń.

To jest opowieść o Elizabeth Day. Własnymi rękami poskładałam jej elementy w całość. Dokonałam tego zarówno na podstawie rzeczy, które widziałam, jak i tych, których nie widziałam, ale o których dowiedziałam się później. Opowieść składa się ze strzępów spraw strasznych oraz ze szczątków rzeczy cudownych. Zszyłam je razem, zanim wyblakną i przeminą.

Moja babcia powiedziała, że wszystko zaczęło się nad jeziorem. Tego dnia, którego Beth zemdlała, a potem widziała cały świat oświetlony złocistym brzaskiem.

– Czy wam się to podoba, czy nie, ja wiem, że tamtego dnia coś się wydarzyło i od tamtej pory wszystko się zmieniło – powiedziała babcia.

Marzyłyśmy o tamtym dniu. Tata nie chciał jechać. Nie chciał jechać samochodem po terenowej drodze. Była sobota. Dzień wyścigów. Tata czuł, że to mógł być jego dzień, a tam nie działałoby radio. Nierówności na drodze zniszczyłyby mu podwozie. Wszyscy nabawilibyśmy się świądu pływaków. Tam było pełno chwastów.

– Obiecałeś nam. Najpierw obiecałeś, że pojedziemy, gdy skończę trzynaście lat, a potem, że po zakończeniu roku szkolnego – powiedziała Beth.

– Zakończenie było tydzień temu, a Beth miała urodziny wieki temu – powiedziała Danielle.

– Niech wam będzie, do diabła – powiedział tata.

Zaczęłam skakać i klaskać z radości.

– Co cię tak cieszy? – spytał mnie tata.

– Zawsze coś obiecujesz, a potem niczego nie robisz, ale nie dzisiaj – powiedziałam.

Mama powiedziała, żebym nie była złośliwa. Stojąc przy drzwiach od łazienki, spojrzała na tatę z tym uśmiechem w stylu: a widzisz, mówiłam ci!

Tata zaczesywał powoli włosy do tyłu, aż spotkały się tam, tworząc popularny w latach pięćdziesiątych kaczy kuper. Jego oczy były koloru morskiej zieleni, na policzku miał znamię w kształcie łzy, które sprawiało, że wyglądał na smutnego. Starannym ruchem golił twarz za pomocą brzytwy. Ostrze sunęło tuż obok znamienia pod jego lewym okiem. Czasami, gdy tata obejmował i całował mamę w kuchni i gdy oboje myśleli, że ich nie widzimy, ona dotykała palcem jego znamienia, jakby chciała je zmazać. Skończył się golić i odkaszlnął do umywalki. Robił to zawsze rano i wieczorem. To był kolejny najzwyczajniejszy w świecie dzień.

Tata ułożył swoje piwa na dnie pojemnika na lód. Mama zrobiła nam kanapki. Spytała tatę, czy jego zdaniem lód się roztopi i czy kanapki się nie zamoczą.

– Oczywiście, że się roztopi, do cholery – powiedział. – Na zewnątrz jest czterdzieści pięć stopni.

Mama zawinęła kanapki w folię śniadaniową. Podwójnie. Gdy tata wyszedł z kuchni, wyciągnęła taśmę klejącą i zalepiła nią krawędzie folii. Wyraźnie było widać, że jest zdenerwowana. Część kanapek włożyła do mojego pudełka na lunch, a resztę do pudełka Danielle. Wieczka nie chciały się domknąć, więc przymocowała je do pudełek za pomocą taśmy.

Tuż przed wyjściem wszyscy po kolei uściskaliśmy mamę. Gdy przytulała mnie, część jej zmartwienia kanapkami spłynęła na mnie. Podczas przytulania Danielle miała łzy w oczach.

– Trzymaj za mnie kciuki – powiedział tata.

Nasze kombi nie miało klimatyzacji. Jechaliśmy z uchylonymi oknami. Droga była długa, zakurzona i cholernie prosta. Nie było żadnych zakrętów. Wiodła wprost na horyzont. Podłużne łódeczki z chmur żeglowały nisko na niebie. Otrzymałam zadanie wyciągnięcia piwa z pojemnika na lód i podania go tacie. Gdy już to zrobiłam, na dnie pojemnika ujrzałam nasze pudełka z kanapkami zakopane w lodzie. Próbowałam trochę tam poprzestawiać, aby pudełka znalazły się na samej górze, ale tata usłyszał mnie, gdy tam szperałam.

– Jenny, zamknij to pudło. Lód się roztopi, zanim dojedziemy na miejsce – powiedział.

Starałam się nie myśleć o kanapkach pływających w topniejącym lodzie. Zaczęłam śpiewać piosenki Slima Dusty’ego. Wszyscy się dołączyli, nawet Danielle, która zazwyczaj prosiła mnie, bym się zamknęła, gdy zaczynałam śpiewać.

Najczęściej dotarcie do miejsca przeznaczenia zabiera bardzo dużo czasu. Na przykład dojechanie nad morze przez pustynię zajmuje cały dzień. Cały długi dzień. Wyschnięte równiny porośnięte wypłowiałą trawą i posypane białymi kośćmi wyczerpują swoją pustką. Jesteśmy tylko my. Z oddali wzywają wzgórza o płaskich szczytach. Chcą, by zboczyć z kursu i jechać w ich kierunku. Ziemia udaje, że niczego nie ukrywa. Musisz być stale skoncentrowany na celu podróży. To sprawia, że jej czas się tak wydłuża. Beth siedziała z przodu i czesała się. Niebieskie plastikowe grzebienie przemierzały jej długie blond włosy. Gdy zapytałam ją, jak długo jeszcze będziemy jechać, odpowiedziała, że już niedługo.

Nagle krajobraz zaczął się zmieniać.

Na długiej prostej drodze donikąd nagle pojawiły się zakręty. Wzgórza wzbijały się w górę otulone w nędzne płaszcze z ostrej i pożółkłej trawy. Miejscami widoczne były łaty z drzew z koronami bujniejszymi niż najbardziej awangardowe kobiece fryzury. Istne twarze z kamienia, nie całkiem różowe, nie do końca pomarańczowe. Minęliśmy przeszkodę dla bydła i dalej był już asfalt.

Niewielki bezzałogowy automat biletowy stał tuż obok podniesionego szlabanu. Minęliśmy ostatni zakręt, a tam było już widać błękitną wodę, wielka ściana tamy lśniła w słońcu.

Poprzednim razem, gdy wybraliśmy się nad jezioro, była z nami mama. Byłyśmy młodsze, nie pozwalała nam samym się oddalać. Powtarzała, żebyśmy były w zasięgu wzroku, bo w jeziorze utonęło już bardzo wiele dzieci. Ostrzegała nas, że glony chwytają dzieci za nogi i wciągają je pod wodę. Znikają już na zawsze, takie rzeczy zdarzają się małym dzieciom, mówiła.

Ale tata dał Beth pięciodolarowy banknot i powiedział:

– Idźcie i kupcie sobie jakieś lody albo coś.

Było bardzo gorąco, nawet w pobliżu wody, która wydawała się niezwykle jasna, zwłaszcza po całym dniu patrzenia się na pustynię. Małe gwiazdki światła tańczyły na lustrze wody. Musiałyśmy przymykać oczy. Na jeziorze widać było kanu, wszędzie dookoła stały rozpalone grille, a między stołami kręciły się pelikany. Promienie słoneczne migotały wokół ich rozpostartych skrzydeł. Rozgrzana trawa trzeszczała pod naszymi stopami.

– Będę pływać co najmniej kilka godzin – powiedziała Beth.

Potem, jak zawsze, rozmawiałyśmy o słodyczach: o gumach papierosach, karmelu w czekoladzie, podłużnych żelkach owocowych i mlecznych oraz malinowych cukierkach do ssania. Gdybyśmy wiedziały, że sytuacja ulegnie zmianie, zawróciłybyśmy. Ale nie wiedziałyśmy. Nagłe zdarzenia mają to do siebie. Zwłaszcza ciepłe słoneczne dni skrywają gdzieś w rękawie mroczne momenty.

W kiosku przy ladzie Beth wyciągnęła rękę, trzymając w dłoni pięciodolarowy banknot. Sposób, w jaki to zrobiła, wydawał mi się dziwny, zupełnie jakby trzymała złoty puchar albo płomień olimpijski.

– No słucham, co podać, skarbie? Ludzie czekają w kolejce – powiedziała pani z kiosku.

Beth zamierzała coś powiedzieć, miała otwarte usta. Nagle źrenice jej błękitnych oczu rozszerzyły się. Upadła do tyłu, z wdziękiem, równiutko niczym ścięte drzewo. Jej głowa uderzyła o ziemię, wydając głuchy odgłos. Z jej ust dobiegał dziwny stukot przypominający sztuczną szczękę babci. Wydała cichy odgłos. To mogło być „nie”. Oczy uciekły jej w górę.

Pani z kiosku nie otworzyła nawet drzwi, tylko od razu przeskoczyła przez ladę. Uklękła przy Beth i zaczęła wołać po pomoc tak głośno, że aż zatkałam uszy. Ludzie podnieśli głowy znad stołów i zaczęli przybiegać znad wody. Danielle potrząsała Beth za ramię, ale ta się nie ruszała.

– Biegnij po tatę – krzyknęła do mnie.

Gdy po niego biegłam, myślałam, co by było, gdyby Beth umarła. W jak wielkim szoku byłaby mama, zwłaszcza że jej największym ówczesnym zmartwieniem był stan naszych kanapek. Z tyłu głowy widziałam Beth leżącą po upadku na trawie, jej zamknięte oczy i ten świetlisty wyraz twarzy.

– Beth upadła i się nie rusza – poinformowałam tatę, gdy już odnalazłam go rozplątującego nić wędkarską przy ścianie. Wytarłam zasmarkany nos zewnętrzną częścią dłoni.

Wokół zebrało się sporo ludzi. Musieliśmy przecisnąć się przez zbiegowisko wilgotnych ciał pachnących jeziorem i olejkiem do opalania. Beth otworzyła oczy, ale wyglądała na otumanioną. Jej wzrok omijał pochylone nad nią twarze i skierowany był na niebo. Poruszyła ustami, na których zarysował się delikatny uśmiech. Ludzie stali w milczeniu i nieruchomo, z wyjątkiem kilku obracających się głów. Ktoś przyniósł puszkę lemoniady. Tata podniósł nieco głowę Beth, a Danielle przystawiła puszkę do jej ust. Kilka kropel gazowanego płynu spłynęło po jej podbródku.

– Co ona mówi? – spytała kioskarka.

– Cisza – odpowiedział gwałtownie tata.

Nachylił się jeszcze bliżej i przystawił ucho do jej ust, ale Beth przestała szeptać i ocknęła się. Jej oczy ujrzały twarz taty i od razu ją rozpoznały. Gdy uświadomiła sobie, że leży na ziemi, rozpłakała się.

Ludzie zadrżeli i odsunęli się w tył jednym zgodnym ruchem. Tata podniósł Beth. Ruchem ręki zasygnalizował ludziom, aby zrobili miejsce, ale ci już zdążyli się rozdzielić na dwie grupy. Przejście było szeroko otwarte. Tata przeszedł przez korytarz gapiów, niosąc Beth na rękach. Podążyłyśmy za nim w tej nietypowej paradzie.

– Niech pan ją koniecznie zawiezie do lekarza – powiedziała pani z kiosku, idąc razem z nami.

W drodze do domu Beth leżała na tylnym siedzeniu, zwinięty koc służył jej za poduszkę. Razem z Danielle siedziałyśmy tuż za nią, w bagażniku. Pilnując jej, zajadałyśmy się cukierkami, które dała nam pani z kiosku. Zapaliłam gumo-papierosa za pomocą niewidzialnej zapalniczki i przekazałam go Beth, która potem trzymała go w swoich sinych ustach.

– Przepraszam was – to jedyna rzecz, jaką miała do powiedzenia.