Krowy tłuste, krowy chude - Marcin Wolski

Krowy tłuste, krowy chude

0,0

Krowy tłuste, krowy chude to barwna i frapująca opowieść o niezwykłym życiu Marcina Wolskiego. Poznajemy w niej jego rodowód – korzenie rodzinne, atmosferę okresu międzywojennego, epizody z wojny Polsko-Bolszewickiej, okres II wojny światowej i dzieje PRL-u. Autor ujawnia kulisy powstania i realizacji popularnych i znanych w całej Polsce programów i audycji radiowych i telewizyjnych takich jak: 60 minut na godzinę, Matriarchat, Polskie ZOO. Przed naszymi oczami przesuwa się bogata galeria znanych i dziś legendarnych postać polskich scen, między innymi: Jan Kaczmarek, Jacek Fedorowicz, Andrzej Zaorski, Marian Kociniak, Jerzy Kryszak, Jan Pietrzak, Andrzej Rosiewicz, Zenon Laskowik, Krzysztof Materna, Stefan Friedmann, Jonasz Kofta, Adam Kreczmar, Jan Tadeusz Stanisławski, Tadeusz Ross, Bohdan Łazuka, Andrzej Waligórski, Piotr Fronczewski,  Wojciech Młynarski, Magda Umer, Maria Czubaszek …

Jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich miłośników twórczość mistrza Wolskiego. Jest to swoista i arcyciekawa powtórka z rozrywki.

 

- Urodziłem się jako siedmiomiesięczny wcześniak. W lipcu, w roku czterdziestym siódmym. A kiedy miałem siedem lat, napisałem pierwszy w swoim życiu utwór...

Nie sposób nie zauważyć, że w moim życiorysie owe siódemki następują po sobie jak biblijne krowy
- Siedem chudych, siedem tłustych..

Całkiem niedawno uświadomiłem sobie, że było całkiem sporo osób, w większości szerzej nieznanych, którzy odegrali znaczącą role w moim życiu. Więcej powiem, owi anonimowi demiurgowie, którzy sprawili, że wszystko potoczyło się inaczej działali często nieświadomie..

Patrząc z perspektywy lat wydaje mi się, że miałem sporo szczęścia i jednoczenie nie marnowałem szans, które stwarzał mi los i napotkani ludzie. Szczególnie tacy, których wcale nie musiałem spotkać.
(fragment książki)


Marcin Wolski – pisarz, dziennikarz i satyryk. Ukończył historię na Uniwersytecie Warszawskim. Otrzymał wiele nagród za teksty satyryczne. Wydał ponad 60 książek. Jest stałym felietonistą „Gazety Polskiej”, „Dziennika Polskiego”, „Nowego Państwa” i „Rzeczy Wspólnych”, wiceprezesem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i członkiem Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Pracował w Programie III Polskiego Radia w latach 1969–1982 i ponownie od 2010 r., obecnie w Trójce po północy prowadzi program Nasz ulubiony ciąg dalszy. Podczas stanu wojennego zwolniony z pracy z zakazem zatrudnienia w mediach. Twórca opozycyjnego kabaretu objazdowego. W 2006 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył Marcina Wolskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, 20 maja 2009 r. otrzymał z rąk ministra kultury i dziedzictwa narodowego złoty medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

Dodaj komentarz


Zawsze lubiłem Marcina Wolskiego. Głównie za jego książki z pogranicza fantasy, zawsze z dużym ładunkiem satyrycznym. Nie znam innego pisarza, który miałby taki styl. Lektura autobiografii jest wciągająca i obfituje mnóstwem opowieści, w których spotykamy również inne postaci z polskiej sceny.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj


Redaktor techniczny: 

Ewa Czyżowska

 

Adiustacja:

Katarzyna Kierejsza

 

Łamanie: 

Edycja

 

Przygotowanie wersji cyfrowej:

Adam Kisiel

adamkisiel@op.pl

 

© Copyright by Wydawnictwo M, Kraków 2011

 

ISBN 978-83-7595-393-0

ISBN wersji cyfrowej 978-83-7595-563-7

 

Wydawnictwo M

ul. Kanonicza 11, 31-002 Kraków

tel. 12-431-25-50; fax 12-431-25-75

e-mail: mwydawnictwo@mwydawnictwo.pl

www.mwydawnictwo.pl

www.ksiegarniakatolicka.pl


 

Moje siódemki

 

– Jak to jest z tym systemem siódemkowym, panie Marcinie?

– Jest!

– To znaczy, że wierzy pan w pitagorejską mistykę liczb? 

– Nie jestem specjalnie zabobonny, nie wierzę też w jakąś szczególną magię, ale mój „układ siódemkowy” jest co najmniej zastanawiający.

– Dlaczego?

– Urodziłem się jako siedmiomiesięczny wcześniak. W lipcu, czyli siódmym miesiącu roku, i w roku czterdziestym siódmym. A kiedy miałem siedem lat, napisałem pierwszy w swoim życiu utwór... Znaczy nie tyle napisałem, ile narysowałem, bo to był komiks.

– Śledząc pański zawodowy życiorys, nie sposób nie zauważyć, że owe siódemki następują po sobie jak biblijne krowy...

 

– Siedem chudych, siedem tłustych... 

– No to zacznijmy od tego pierwszego okresu: 1966–1973. To były krowy tłuste czy chude? 

– Raczej zaliczyłbym je jednak do chudych. Na dorobku.

– Chude? Kolejne debiuty: „Szpilki” (1966), kabaret Pod Egidą (1968), własny kabaret Mikser (1969), potem Stodoła (1970), wczesne początki w radio – błyskawicznie etat w elitarnej Trójce...

– I za każdym razem: debiut, debiut. Ciągle młody zdolny. Nieźle się zapowiadający...

– I nagradzany: sukcesy na festiwalach, dyplom magistra historii... To mało?

– Mogło być lepiej. A ile było po drodze porażek! Ile trudności, poszukiwań własnego stylu. I wreszcie ile niewiary, że wybrałem właściwą drogę.

– No a drugie krowy: lata 1974–1981?

– Tłuste, nieomal krowy rekordzistki. Przygoda życia: magazyn 60 minut nagodzinę. Status Nadredaktora Wolskiego na antenie i w realu, program telewizyjny Winda, w teatrze – Czarny kabaret. Mnóstwo publikacji prasowych. Pierwsze książki. Słodki smak popularności. Śmietana! Mogło mi się zakręcić w głowie od sukcesu.

– A zakręciło się?

– Nie było czasu. Rozpoczął się festiwal „Solidarności”, w którym przeniesiona na estradę Sześćdziesiątka miała swój skromny udział...

– I wszystko tąpnęło 13 grudnia. Nastały lata 1982–1989. Zgaduję, że chyba dość chude krowiny?

 

– Jak u redaktora niezdolnego do służby w jednostce zmilitaryzowanej, jak się później okazało, z totalnym zakazem zatrudnienia w prasie, radio i telewizji.

– A gdyby nie było zakazu? Przecież i tak pan bojkotował reżim?

– Fakt.

– Z głodu też pan nie umarł. Ani nie wyemigrował.

– Wyemigrowałem, ale niedaleko, na emigrację wewnętrzną.

– I też raczej na pół etatu.

– Rzeczywiście, poza krótkimi okresami pełnego szlabanu system okazał się nieszczelny. Przeżyłem dzięki legalno-nielegalnej estradzie. Koncertów było mnóstwo. Ludzie, przychodząc na nasz kabaret (zamiast 60 minut na godzinę trzeba było się posługiwać tytułem 1000 metrów na kilometr), wierzyli, że w ten sposób walczą z komuną. 

– I niedługo powodziło się panu lepiej niż kolegom kolaborantom. Czyste sumienie plus kasa. Pozazdrościć!

– Ale miało to swoją cenę. Czasami tygodniami nie widziałem rodziny. W domu byłem gościem. Na Wszystkich Świętych, Boże Narodzenie i Wielkanoc. A po hotelach w wolnych chwilach pisałem książki. Przeważnie do szuflady.

– Lata 1989–1996...?

– Wypasione! – jak się mówi dzisiaj. Patrząc z perspektywy czasu, były może nawet za dobre. Powróciłem do radia. W Programie I Polskiego Radia stworzyłem nowy stały magazyn satyryczny ZSYP. Taką Sześćdziesiątkę na nowe czasy. W TVP pojawiły się Szopki (najczęściej realizowane wspólnie z Markiem Majewskim) i cotygodniowe Polskie zoo. Cokolwiek by rzec – program o najwyższej oglądalności w historii telewizji. Powyżej 60 procent. Jednak w 1994 roku Zoo zniknęło. Ponoć formuła wyczerpała się! Ale zaraz potem w tym samym składzie, z Zaorskim i Kryszakiem, zrobiliśmy cykle – Akropoland, Satirical fiction, dwie serie Rodziny Statystycznych, powstała Poradnia pozamałżeńska z Opanią...

– No i następny zestaw krów. Według moich obliczeń pojawiły się w 1996 roku i z tego, co wiem, wyglądały mizernie.

 

– Jeśli spojrzeć finansowo – zdecydowanie chudziej. Grupa Trzymająca Władzę wymiotła mnie z telewizji. Nawet z funkcji „dyżurnego szopkarza”. Przypomnę:w 1991 roku były aż trzy Szopki, w przełomowym 2000 – żadnej. W 2001 jakimś cudem udało się zrobić znowu dwie, choć miały być cztery... I potem w kratkę...

– A na innych polach eksploatacji?

– Różnie. Skończył się kabaret, aktorzy dawnej Sześćdziesiątki – Kryszak, Opania czy Zborowski – występują osobno, na własny rachunek. Ja spotykam się z publicznością raczej na wieczorach autorskich, a najczęściej można mnie zobaczyć w kabarecie Pod Egidą u Pietrzaka. Nie jestem powszechnie rozpoznawalną telegwiazdą. To jednak mój świadomy wybór, nie zamierzam się ścigać z sitcomami czy talk-show. Mam wreszcie trochę czasu na robienie tego, co lubię. Piszę książki, powieści, opowiadania. Siedem tytułów wydanych przez wydawnictwo SuperNOWA – między innymi Pies w studni czy Antybaśnie z 1001 dnia – dało mi sporo satysfakcji. Jeszcze więcej Alterland i Ekspiacja w W.A.B. 

Spróbowałem też sił jako recenzent. To zasługa Piotra Wierzbickiego, który wciągnął mnie do „Gazety Polskiej”.

– A ta ostatnia siódemka już w nowym tysiącleciu? 

– Dziwna. Pod pewnymi względami chuda, a pod innymi... Ciągle nie chcę być Stańczykiem rentierem. Poważnieję, poszukuję. I nieustannie się narażam. W latach 2003–2010 zdążyłem być wiceprezesem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i prezesem Fundacji Domów Literatury, członkiem Komitetu Honorowego Lecha Kaczyńskiego (w roku 2005), a w 2010 – Jarosława Kaczyńskiego. Dostałem Komandorię Orderu Polonia Restituta od Kaczyńskiego i Złotą Odznakę Gloria Artis od Zdrojewskiego.

 

– Ładny parytet.

– Dziewięć miesięcy byłem dyrektorem Programu I Polskiego Radia. Dwa lata spędziłem jako doradca w TVP.

– Ale kontrakt był na trzy lata.

– Wymiotła mnie czystka Farfała. Równocześnie po 20 latach działalności skasowano mi ZSYP i przez rok, gdyby nie pół etatu w „Gazecie Polskiej”, musiałbym chodzić do pośredniaka.

– Ale był czas na prawdziwą fontannę książek: „trylogia optymistyczna” – Nieprawe łoże, Noblista, Kaprys historii. Trzy rewelacyjne historie alternatywne Polski i świata – Wallenrod, Jedna przegrana bitwa, Cud nad Wisłą, niezła sprzedaż, wieczory autorskie...

– Przy przytłaczającym milczeniu krytyki. Wszyscy za to zauważyli mój wiersz Na śmierć prezydenta Kaczyńskiego i zmieszali z błotem. Mimo kolejnych prób, poza średnio udaną Świnką, nie powstał też żaden film na podstawie mych opowieści.

– Ale wrócił pan do radia. Do Trójki.

– Można powiedzieć: wróciłem do punktu wyjścia. Ale to już inne radio. Nie ma pieniędzy na aktorów, którzy byli podstawą moich dokonań. Prowadzę audycję, raz w tygodniu po północy, zdając sobie sprawę, że to działalność zastępcza, i nie wiadomo, jak długo to potrwa, bo postrzegany jestem jako osobnik politycznie niepoprawny.

– Brzmi to bardzo pesymistycznie!

– Bynajmniej, realistycznie. W dłuższej perspektywie jestem optymistą. Wierzę, że moje najlepsze powieści nie zostały jeszcze napisane, że pewnego dnia uda mi się z filmem. Poza tym nie tylko pracuję.

– Słynne są pańskie podróże. Podobno odwiedził pan blisko setkę krajów.

– Przymierzam się nawet do napisania o tym książki. W 80 podróży dookołaświata.

– I wszędzie pan nurkuje? 

– Nie wszędzie się da.

– A prognozy na progu kolejnej siódemki? 

– Teoretycznie powinna być chuda. Ja jednak łudzę się, ba, nawet uszami wyobraźni słyszę ryk i tętent nadciągających tłustych krów, chociaż z rachunków wynika, że pora na te chude.

 

Rozmawiała Anna Marcińska

 
 

I Rodowód

 

Nie będę próbował wyprowadzać swego rodowodu od starożytnych Wolsków ani szukać korzeni sięgających Piasta czy Ruryka, bom, wedle wszelkich znaków na ziemi i niebie, jedynie z zaścianka, z gleby polskiej, słabej, bielicowej, kędy sosny, brzozy, głóg i jałowiec. Giganty myśli rodzą się tu rzadziej niż na kresach, choć Sienkiewiczowska Wola Okrzejska niedaleko...

Jest na Podlasiu, w dawnej guberni siedleckiej (za Gierka też było tam województwo), wieś Szawły, w której – jeśli wierzyć danym ze świadectwa zgonu – urodził się mój dziadek Franciszek Wolski. 

 

Dziś osada to brzydka, zabudowana jak to na Mazowszu sześcianami o płaskich dachach, udającymi nowoczesne domy – co to ni wiejskie, ni miejskie, jakieś tymczasowe, bez wyrazu, choć zamieszkane przez tubylców z dziada, pradziada, może czasem wzbogaconych krwią jakiego Jaćwięga czy Litwina, który się w one strony zapuścił i dziewek nagwałcił. Wolskich tam dostatek po dziś dzień, choć, co ciekawe, większość to zwyczajni Wolscy – zagonowe szaraki, a jedynie nieliczni, ostatnio już tylko jedna mieszkająca tam kobieta, posługują się nazwiskowym dwuczłonem – jak mój tamtejszy praszczur Feliks – Wolscy-Rzewuscy. (W całej Polsce żyją ponoć 24 osoby posługujące się tym nazwiskiem).

Powodu występowania owego zagadkowego apendyksu nie znam. Herb Krzywda, o którym mówił mi ojciec, wskazywałby na powiązania ze znanymi Rzewuskimi magnatami – nie tylko zdrajcami, jak Seweryn, ponoć mózg konfederacji targowickiej, ale także pisarzami, że wymienię Wacława Rzewuskiego, autora Pamiątek Soplicy.

Czy bastardztwo zdarzyło się tam jakieś, czy ktoś inostrańca, nie daj Bóg Żydowina, do klejnotu przygarnął, chętnie bym się dowiedział, ale nigdy czasu nie było, żeby zbadać, a i możliwości też. W przypływie zapału dotarłem wprawdzie do parafii w Helenowie (gmina Olszanka) i zajrzałem do szafy miejscowego organisty, gdzie księgi parafialne, i owszem, ostały się wśród burz dziejowych. Niestety, tylko przez krótki czas w latach sześćdziesiątych XIX wieku po polsku były prowadzone; wcześniej łaciną miejscowy proboszcz skrobał, tyleż zamaszystą, co niechlujną, a w 1969 roku, kiedy najpóźniej winien widnieć zapis o chrzcie mego dziada, wprowadzono cyrylicę, do której od szkoły ni talentu, ni sympatii nie mam.

Studiując pośpiesznie owe księgi, bo proboszcz dziwnie niechętny był mej kwerendzie, a organista śpieszył się, mając jakiś dodatkowy ślub czy chrzciny do obsłużenia, naraz oko w oko z rodzonym pradziadem żem się spotkał. W owym okresie wpisy czynione były pięknym kaligraficznym stylem i nie trzeba było być grafologiem, iżby rozpoznać, że ręka, która je kreśliła, podpisała się jako świadek pod jakimś aktem, należała do Feliksa Wolskiego-Rzewuskiego.

 

To, żem właśnie na pismo swego przodka trafił, uprawdopodabniało inne moje odkrycie. Owóż w Przewodniku warszawskim informacyjno-adresowym z roku 1869 w Sądzie Pokoju w Radzyniu Podlaskim (a więc niedaleko) trafiłem na onego Feliksa, podpisarza Trybunału.

Wiele więcej znaleźć mi się nie udało, poza tym imiona kobiet w różnych aktach nie zgadzały się z tym, co wyczytałem ze świadectwa zgonu mego dziadka. Niewątpliwie nad wszystkim unosi się tajemnica jakaś, której zgłębić mi się nie udało. Po pierwsze, nie doczytałem się świadectwa urodzenia Franciszka. Wedle aktu zgonu wydanego 30 listopada 1931 roku w parafii Świętego Michała w Łodzi mój dziadek po mieczu zmarł tam w wieku 63 lat, ergo winien urodzić się w roku 1868 jako syn Feliksa i Izabeli z Biernackich. Czemu nie ma go w księdze? Może ochrzczono go później i zapisano już cyrylicą? A może chrztu dokonano gdzie indziej... Po drugie, z opowieści ojca wiem, że wyjechawszy z rodzinnej wsi, dziadek Franciszek nigdy o niej, a także o swej rodzinie nie wspominał, żadnych kontaktów nie utrzymywał. Nie wiadomo nawet, czy miał braci, siostry. Co więcej, nigdy z mym ojcem na ten temat rozmawiać nie chciał. Czy z nieprawego łoża pochodził, czy z majątku go wyzuto, próżno by kombinować. W każdym razie zdobył wykształcenie, został rejentem i jako urzędnik państwowy zmieniał ciągle miejsce pobytu. Każde jego dziecko (a miał czterech synów: Stanisława, Stefana, Jerzego i Zbigniewa) urodziło się w innym mieście. Mój ojciec Jerzy – 11 października 1901 roku w Gostyninie. Potem dziadek osiadł w Łodzi, a na starość (inna sprawa, że prawdziwej starości nie dane mu było doczekać) kupił jakiś dom czy dworek pod Biłgorajem. Musiało mu się nieźle powodzić, bo ponoć straż pożarną tamże ufundował. Ojciec opowiadał o nim niewiele, a w pamiętnikach napisać nie zdążył prawie nic. W dodatku dziadek umarł stosunkowo wcześnie, w grudniu 1931 roku w Warszawie. Opowiadano mi, że skaleczył się drutem kolczastym i zmarł na zakażenie krwi. 

 

Takich kłopotów nie było z rodziną babci Stanisławy z domu Ereth. Tu kontakty familijne były dobre, a koligacje z rodziną Krzyckich dotrwały do moich czasów. Babcia Wolska, która zmarła w roku 1952 i pamiętam ją jak przez mgłę, jako z postury większą od babci Karczewskiej i zdecydowanie bardziej surową, była córką Andrzeja, też prawnika, którego odnalazłem we wspomnianej publikacji w roku 1869. Był naonczas jak drugi pradziadek także pisarzem Sądu Pokoju, tyle że w Tomaszowie Lubelskim. Znalazłem jeszcze jednego Eretha – Alexandra, asesora Sądu Policyjnego w Chęcinach, ale nie mam pojęcia, kim byli dla siebie. Legendy, że pochodzili z Węgier i mieli tam tytuł barona, nie udało mi się zweryfikować, co gorsza, żadnych Erethów, Eretów czy Eretich w książkach telefonicznych Budapesztu ani Wiednia nie znalazem. Czy pojawili się na Lubelszczyźnie po III rozbiorze Polski? Hipoteza dobra jak każda inna. 

 

Może kiedyś zdobędę się na ponowną wizytę w rodzinnych stronach i zabiorę kogoś znającego się na łacinie i cyrylicy, i wtedy uda się ustalić coś więcej.

Babcia Wolska umarła latem 1952 roku. Jedno z najwcześniejszych wspomnień dziecinnych to obraz śpieszącej przez wielkie puste pole, między ówczesną ulicą Kmicica (dziś Nowowiśniową) a Świecką, naszej lokatorki pani Kaniowej wymachującej telegramem. 

Wyczułem, że stało się nieszczęście: telegramy w tamtych czasach rzadko wykorzystywano do przesyłania dobrych wiadomości (wyjąwszy standardowe: Przyślijcie konie na dworzec). Interesująca sprawa, że w mym szczupłym archiwum posiadam także telegram nadany 23 lipca 1947 roku w Łodzi, zaadresowany do pana Tadeusza Karczewskiego, ul. Halicka 3, Wawer, następującej treści: Wnuk pozdrawia dziadka, wujka, Krystyna zdrowa – Jerzy.

Brak babci Kazimiery w telegramie wskazuje, że musiała przebywać w tym czasie w Łodzi, bo nie sądzę, żeby przy takiej okazji mój tata postanowił oszczędzić jedno słowo.

Skoro zaś o słowach mowa: podobno miałem być dziewczynką. Tak przynajmniej przypuszczała moja mama. Opowiadano, że razem z ojcem długo zastanawiała się nad imieniem dla córki. Kiedy jednak zapytała: – No dobrze, a jeśli będzie syn?... – Synek Marcinek – błyskawicznie zrymował tata, determinując w ten sposób moje życie, w którym, jak się miało okazać – wszystkie drogi prowadzą do rymu.

 

Więcej informacji na temat rodziny po kądzieli zawdzięczam, paradoksalnie, hitlerowcom. W roku 1941 z jakiegoś powodu mój dziadek postarał się o wyciągi z Bromberga (Bydgoszczy) i bliżej nieznanej mi Topolki dokumentujące rdzennie katolicko-polski rodowód. Można tylko się domyślać przyczyn owej kwerendy. Ta część mojej rodziny, w większości drobna i ciemnawa, wolała mieć na wszelki wypadek solidne aryjskie papiery.

Protoplastą jest tedy w pierwszej połowie XIX wieku Stanisław Karczewski, będący wedle tradycji rodzinnych rządcą włości hrabiów Dąbrowskich na Kujawach. Czy akurat tych od Mazurka – trudno orzec, w każdym razie musiało to być w okolicach Włocławka i Lubrańca, a więc w Kongresówce, bo jak wieść rodzinna głosi, za udział w powstaniu styczniowym Karczewskim odebrano szlachectwo. Miał się do tego przyczynić syn Stanisława – Karol Karczewski, urodzony w 1858 roku w Woli Sosnowej, który jako dziecko sypnął piaskiem w oczy carskim żandarmom przybyłym do majątku.

Jeśli idzie o rodzeństwo Karola, brat Nikodem utopił się w młodości, a siostra Żaneta Jarzynowska pozostała na Kujawach. Pamiętam, że razem z babcią odwiedzałem jakąś ciotkę pod Lubrańcem... Była też jakaś ciotka Rokicka, której syna poznałem po latach, kiedy w III RP odzyskał, a potem chyba sprzedał rodowy majątek w Wielkopolsce.

Ów Karol Karczewski, zamieszkały w Opielance, w wieku 21 lat poślubił w roku 1879 pannę o dwa lata od siebie starszą z pobliskiego Zgniłego Głuszynka, urodzoną w Żydowie Kasyldę Krzyżańską, córkę Wawrzyńca, określanego jako landwirt (gospodarz), i Franciszki (wedle jednych dokumentów de domo Zaborowskiej, wedle drugich Kropidłowskiej spod Nieszawy). Karczewski po ponoć burzliwym życiu zmarł około roku 1908; moja prababcia Kasylda przeżyła go o blisko 30 lat i zmarła w Bydgoszczy 26 września 1937 roku.

Małżeństwo to miało co najmniej siedmioro dzieci: Helenę Talpową, Zofię Kowalewską, Bronkę, chyba zmarłą bezdzietnie, Wiktora, o którym nie wiem nic zgoła, oraz Stanisława, Antoniego i Tadeusza – mojego dziadka.

 

Od Stanisława pochodzi gałąź toruńska Karczewskich – jego córka Irena wyszła za mąż za mecenasa Mroczkowskiego i mieli córkę Ewę.

Postacią niezwykłą był Antoni Karczewski. Walczył przeciw bolszewikom w dywizji syberyjskiej, przedarł się do Mandżurii, gdzie zaczął układać sobie życie, ale na pierwszą wiadomość o zmartwychwstaniu Polski rzucił wszystko i dookoła świata wrócił do Polski (z tej wędrówki pozostał w naszym posiadaniu miniaturowy serwis z brązu kupiony w Hongkongu). Zdołał jeszcze wziąć udział w wojnie bolszewickiej i piastować urzędnicze stanowiska w II RP w Wilnie. Zginął w tamtejszym więzieniu zakatowany przez NKWD.

Jego historię poznałem któregoś pięknego dnia w ogrodzie w upalnej Georgii, kiedy nad głową fruwały kolibry i purpurowe kardynały, z ust cioci Basi. Barbary Long. Ciocia, nieco młodsza od mojej mamy, opowiadała, że była świadkiem, jak w zawodach w Wilnie moja mama w sztafecie jazdy szybkiej wywalczyła mistrzostwo Polski (startując w zastępstwie, była bowiem łyżwiarką figurową). Sama ciocia też zaliczyła więzienie wileńskie, ale malutka i drobniutka została zwolniona jako dziecko. Później, po przedostaniu się do Warszawy, jakiś czas pomieszkiwała u nas w Wawrze, a wkrótce w Zakopanem poznała rosłego, przystojnego Amerykanina Boba Longa, z misji wojskowej USA, wzięła z nim ślub i prysnęła za ocean, zanim żelazna kurtyna opadła na dobre. Zamieszkali w Warm Spring, słynnym z wód termalnych ośrodku leczniczym (którego Bob był dyrektorem administracyjnym). Nieopodal znajduje się Mały Biały Dom, letnia rezydencja, w której prezydent Roosevelt spotykał się ze swymi kochankami, a na koniec umarł w 1945 roku. Po Bobie został cioci dom na Lisim Wzgórku i córka Małgosia. Ściągnęła też do Ameryki brata Andrzeja (zmarł w roku 2010) i jego syna Wojtka.

 

Mego ciotecznego brata widziałem raz, przed wyjazdem z Polski, i byłem tak podniecony faktem, że mam w ogóle jakąś rodzinę, że podarowałem mu całą kolekcję plastikowych żołnierzyków, otrzymywanych od babci za dobre stopnie. Jednak nie wzbudziłem w nim tymi figurkami jakichś większych uczuć patriotycznych. W USA Wojtek Karczewski zmienił imię i nazwisko na Albert Carson, czego ani ja, ani ciocia nie potrafimy ani zrozumieć, ani wybaczyć.

Mój dziadek Tadeusz Karczewski, urodzony w 1888 roku, ukończył gimnazjum, a następnie służył w carskiej armii głównie hen, w Azji Centralnej.

Jakoś w tym czasie, może podczas urlopu, poznał moją babcię Kazimierę. Romantyczna historia opowiada, że jechał konno, podczas gdy babcia przechadzała się po pniu powalonego drzewa, które upadło na mur cmentarny. W pewnym momencie zachwiała się i wpadła wprost w ramiona Tadeusza. W tej sytuacji musieli się pobrać. Podobno babcia miała wtedy 16 lat; znów legenda nie bardzo zgadza się z faktami. Babcia urodziła się w roku 1890, ergo całe zdarzenie winno nastąpić w roku 1906, ale wtedy dziadek był jeszcze gimnazjalistą. Poza tym ślub miał prawdopodobnie miejsce dopiero w roku 1910 (w kościółku na Powiślu), a rok później urodził im się syn Andrzej i wkrótce umarł. Ale czy zmarł jako niemowlę, czy podczas epidemii hiszpanki, zbierającej swe okrutne żniwo podczas wielkiej wojny?

Co się tyczy genealogii babci, też towarzyszy jej legenda, tym razem żołnierza armii napoleońskiej, który w trakcie wielkiego odwrotu odmroził sobie nogi, zakochał się w pięknej młynarce, a jego nazwisko De Vita przekształciło się w swojsko brzmiące Witas. Kuzynem babci był znakomity śpiewak operetkowy, osobliwie długowieczny Stefan Witas (1908–2006), jeszcze za moich czasów gwiazda Podwieczorku przy mikrofonie. W każdym razie babcia Kazia pochodziła z rodziny warszawskich mieszczuchów. Jej ojciec Wojciech Witas chyba gdzieś przepadł, matka chorowała i na koniec trafiła do jakiegoś zakładu, toteż babcia i jej siostry wychowywane były przez dalszych krewnych. Babcia znalazła się u jakichś zamożniejszych, posiadających majątek ziemski na terenie dawnej bitwy pod Olszynką Grochowską, i często opowiadała mi, że jako dziecko bawiła się metalowymi guzikami, które „wypluwała” tamtejsza ziemia. Uczyła się w domu; ze względów patriotycznych nie posłano jej do ruskiej szkoły, dlatego świetnie czytając i posiadając duży zasób wiedzy, miała praktyczne kłopoty z szybkim pisaniem. Miała ogromny dar narracji i, jak twierdziła mama, niezwykłą sprawność fizyczną. Jej popisowy numer polegał na wykonywaniu fikołków razem z krzesłem, wokół którego zaplatała ręce i nogi. Potrafiła tak okrążyć całe mieszkanie. Babcia nie cierpiała swojego imienia. Podobno miała nazywać się Marta, ale w drodze do kościoła chrzestni tak się popili, że na miejscu nie mogli sobie przypomnieć, co wcześniej ustalono, i zdecydował za nich ksiądz: – No to niech będzie Kazimira!

 

Jako dziewczynka przypominała luksusową laleczkę, wzbudzając zachwyt bliższych i dalszych krewnych – drobniutka, malutka, prawdziwa Francuzeczka, zawsze na oko wiele młodsza od swej metryki. Budziło to jej wielkie strapienie, bo kiedy podczas rewolucji 1905 roku, już jako panienka, biegała na demonstracje na plac Zamkowy, nigdy żaden Kozak nie zwrócił na nią uwagi ani nawet nie wypłazował. Carski reżim w odróżnieniu od bolszewickiego miał względy dla dzieci, a zwłaszcza małych, ślicznych dziewczynek.

Ale mimo swego wyglądu była to osoba silna, apodyktyczna. Przy dziadku wiecznie zajętym wojenką, a później pracą samodzielnie wychowała dwójkę dzieci: mego wujka Jurka (urodzonego w 1915 roku) i mamę Krystynę (urodzoną w 1920 roku).

W wolnej Polsce doszło w rodzinie Karczewskich do stabilizacji. Jako administrator domu przy Miodowej i Podwalu, należącego do adwokata Marczewskiego, dziadek dostał mieszkanie służbowe z malowniczym stryszkiem, tak zwaną górką, z widokiem na Zamek Królewski. Notabene moja babcia nigdy w nim nie była, bo zawsze sądziła, że zdąży. Przed wojną jakoś nie zdążyła, a gierkowskiej odbudowy nie doczekała. Co ciekawe, nasza służąca Mania (o której za chwilę) zwiedziła tę budowlę. Wedle jej opowieści wielkie wrażenie zrobiły na niej posadzki, a jeszcze większe, że któraś z turystek posikała się na nie z emocji.

Dziadek pracował w dziale prawnym stołecznych tramwajów i był jednym z inicjatorów budowy Kolonii Tramwajarzy, osiedla w Wawrze na terenach rozparcelowanych dóbr wilanowskich. Z początkiem lat trzydziestych na ulicach Sępiej, Halickiej i Szumnej powstały więc domy z wielkich sosnowych bali, mające przypominać wille w stylu zakopiańskim, choć chyba żaden z budynków nie został wykończony wedle pierwotnego planu. Budowali się dyrektorzy, jak państwo Jarzębscy pod jedynką, urzędnicy – jak dziadek – pan Wernik, pan Poller, ale również tramwajowi rzemieślnicy, jak nasz sąsiad stolarz pan Kupidłowski. Ci nowi wrastali w wawerskich autochtonów rolników: Molendów, Wolframów, Gawryszewskich czy Lepianków...

 

Przy odrobinie wysiłku mogę sobie wyobrazić ówczesne w większości bezdrzewne pola, ścianę dębowego lasu na horyzoncie (ten bliższy wyrąbano w czasie wielkiej wojny), z wieżą klasztoru Sióstr Felicjanek, dalej, w lewo, komin huty szkła i obok wielkie familoki z czerwonej cegły. Kilka chałupek wawerskich tubylców, pasmo szosy, za nim łąki i w mgiełce, za Wisłą, Warszawę, oczywiście bez szpikulca Pałacu Kultury, co najwyżej z kanciastą bryłą ówczesnego drapacza chmur – Prudentiala. Podobno na terenie pustej działki znaleziono jedynie but. Jeden. Nie wiadomo, lewy czy prawy?

Powietrze było tu zdrowe, miasto niedaleko – wzdłuż ulicy Płowieckiej, zwanej wówczas po prostu szosą, chodziła kolejka do Karczewa. Ze stacji Wawer można było dojechać koleją średnicową do centrum, na Gocławku powstała pętla tramwajowa, toteż ani dziadek nie miał kłopotu z dojazdem do pracy (z powrotem trochę miał, jako że był człowiekiem trunkowym), ani jego dzieci z dojazdem do szkół – wujek Jurek do Gimnazjum Górskiego, mama na pensję u Wołowskiej.

Wyobrażam sobie, że były to szczęśliwe lata, względny dostatek, mili sąsiedzi, dom zarządzany przez babcię i obrabiany przez posłuszną jej Manię (Karpicką), przybyłą ze wsi Bućki spod Radoszkowicz i Mołodeczna, pracowitą, wierną, a zarazem głodną wiedzy, pożerającą każdy skrawek zadrukowanego papieru. Inna sprawa, że wiek Mani pozostawał zagadką. Pochodziła z wielodzietnej rodziny, liczącej bodajże 22 pociech, wśród których były dwie Marie. Jedna zmarła w dzieciństwie. Moja przyszła niania stwierdziła, że nie wie, która – ona czy jej starsza siostra? W efekcie podawała się za tę młodszą, ale emeryturę, którą zapewnił jej mój dziadek, pobierała za starszą. Dorastający Jurek oddawał się rysowaniu i czytaniu książek, a mała Krysia rozplanowała swój ogródek (choć główny ciężar obrabiania spadł na Manię), próbowała też pisać. Zaczęła nawet powieść. Tytuł wymyśliła zgoła profetycznie: „Tajemnica starego Marcina”. Jeszcze zabawniejsze, że główna bohaterka nazywała się Krysia Wolska (sic!).

 

Babcia opowiadała o jeszcze jednym incydencie, do którego doszło chyba w Ogrodzie Saskim, gdzie moja mama, goniąc za kółkiem, wpadła z impetem na przystojnego młodego mężczyznę w garniturze. Starszy o 20 lat dżentelmen pomógł jej wstać i powiedział jakiś komplement.

Babcia twierdziła, że następnym razem zobaczyła tego mężczyznę jesienią 1942 roku w Wawrze, kiedy moja przyszła mama przedstawiła go słowami: – To mój mąż. – Babcia zemdlała.

 

 *

 

Rodzinna pamięć historyczna! Jakże jest ulotna. Ludzie odchodzą, zanim zdążą nam przekazać to, co przekazać by mogli. W efekcie w chwili próby rekonstrukcji zdani jesteśmy na jakieś pojedyncze historie, rzucone zdania, tematy zaczęte, do których nigdy nie powrócono. 

Nie przeprowadziłem wywiadu rzeki z babcią. Kupiłem nawet magnetofon, żeby ją nagrać, ale poza krótkim tekstem nie zarejestrowałem niczego. Babcia umarła parę dni później, nie doczekawszy mojej pierwszej audycji na antenie. Podobnie całe lata nosiłem się z zamiarem solidnego powypytywania mamy. Niestety, straciła głos, nim zasiedliśmy do pracy. Ojciec też odszedł nagle, właśnie wówczas, kiedy byłem wystarczająco dorosły, aby wiedzieć, o co pytać. Dziś już wiem, że jeśli sam nie zapiszę tego, co pamiętam, fakty i ludzie rozwieją się, tak jakby ich nigdy nie było. 

Na szczęście tata zaczął w końcu spisywać pamiętniki. Nieco za późno. Zostało ledwie kilka rozdziałów i garść luźnych notatek. Przypominają seans w starym fotoplastykonie na Alejach Jerozolimskich. Przed oczami przesuwają się wyblakłe fotografie, rozpoznajesz czasem jakieś miejsca, niektóre twarze.

Bywa, że dojrzysz zaskakujące podobieństwo do twoich doświadczeń. Niekiedy wzruszenie przytrzyma twój wzrok dłużej. Jak przy tym wspomnieniu o bracie:

 

Stach 

 

To był mój brat. Najstarszy. Jakim go mam w pamięci? W mundurze legionowym. Modroszarym. Bez dystynkcji, bez gwiazdek. A przecież był przywódcą. Właśnie – nie wodzem, a przywódcą.

Średniego zaledwie wzrostu, raczej krępy (tym różnił się od swoich braci, wysokich i szczupłych), o gęstej, prawie czarnej czuprynie spadającej na oczy, szare, spokojne i przenikliwe za szkłami binokli. Jakże się wszyscy czuli niepewnie pod spokojnym spojrzeniem tych oczu. Harcerze, później żołnierze, którzy mieli coś na sumieniu, wezwani do Stacha na rozmowę, truchleli pod tym spojrzeniem rzucanym ponad krawędziami szkieł. Raczej obsztorc, zwymyślanie, taka czy inna regulaminowa kara niż to skupione, poważne spojrzenie i spokojny głos za całe zło i brzydotę przewinienia.

Taki syntetyczny obraz Stacha mam w pamięci i muszę mocno się wysilić, by przywołać więcej szczegółów tej pięknej postaci. 

 

Sięgając najdalej pamięcią wstecz, widzę go zawsze jako kogoś trochę obcego, kogoś, kogo trzeba słuchać i szanować, z kim nie można się poufalić. I nie dlatego takim go widzę, że był ode mnie starszy (różnica wynosiła zaledwie trzy lata, podczas gdy Stefan był ode mnie starszy dwa lata), ale dlatego, że był inny, że miał w sobie coś autorytatywnego, że... właśnie, że był przywódcą z urodzenia. W domu nie brał na ogół udziału w naszych zabawach. Interesowały go sprawy ważniejsze. No, czasami wyjątkowo w wieczór wigilijny grał w orzechy lub w domino albo w loteryjkę.

Raz, pamiętam, było to na parę lat przed pierwszą wojną światową (nazywano ją wówczas wojną europejską)... toczyła się właśnie wojna na Bałkanach (nie pomnę już – pierwsza czy druga), Stach przyszedł do pokoju dziecinnego i powiedział:

 

– Bawimy się w wojnę bałkańską – Stefan jest Bułgarią, Jurek Serbią, a Zbyszek Czarnogórą. 

– A ty? – zapytałem. 

– Ja będę Turcją!

Rozsiadł się pysznie na łóżku i zawołał:

– No, atakujcie mnie! 

Zawsze byłem wielkim zawadiaką, więc od razu z indiańskim okrzykiem ruszyłem do boju, pociągając za sobą Stefana i Zbyszka.

Niestety, tym razem Bałkany nie zostały wyzwolone [...]. 

Stach bardzo rzadko bywał w domu. Przeważnie u kolegów coś opracowywał, organizował. Przez pewien czas pochłaniała go bez reszty przyroda. Zaczęło się to w Częstocicach, małej miejscowości pod Ostrowcem nad Kamienną. Mieszkał tam pracujący w tamtejszej cukrowni brat mojej matki, wuj Konrad Ereth. Jego syn Stanisław, starszy nieco od naszego Stacha, zaszczepił mu zainteresowanie do przyrody. Razem w czasie lata penetrowali okolice w poszukiwaniu okazów, w szczególności ze świata owadziego. Stach, chłopak wówczas trzynastoletni, przywiózł ze sobą przepiękny zbiór motyli, misternie rozpiętych w oszklonych pudełkach. Trzeba było podziwiać, z jaką cierpliwością i dokładnością nie tylko suszył rośliny, rozpinał motyle, ale wydmuchiwał i suszył gąsienice oraz poczwarki, że wyglądały zupełnie jak żywe. Oczywiście, że natychmiast i ja, i Stefan zaczęliśmy łowić motyle (na zbieranie roślin nie zdobyliśmy się), ale zapał szybko nam przeszedł. Nie mieliśmy wytrwałości Stacha.

Ciekawe, że cztery dziesiątki lat później tata również i mnie próbował zarazić tym zbieractwem. Ostatniego lata jego pobytu w Wawrze łowiliśmy motyle, robiliśmy ekspozycje w gablotkach, a którejś nocy, kiedy trenując moją odwagę, wysłał mnie na koniec ciemnego ogrodu i siadła na mnie ogromna ćma, tata złapał ją i dołączył do naszej kolekcji. 

Ale wracajmy do jego pamiętnika!

 

W 1912 roku odbył się w Birmingham pierwszy w historii zjazd skautów, związku założonego przez angielskiego generała Baden-Powella. Nie wiem, jakim sposobem w ręce Stacha wpadła książka (po polsku) o ruchu skautowskim. Ta idea zafascynowała go bez reszty i pozostał jej wierny do końca życia [...]. 

Stach nie mógł mieć wówczas więcej niż jakieś 12 lat. W Polsce właśnie powstało stowarzyszenie „Rozwój”, którego zadaniem m.in. było rozbudzanie w społeczeństwie polskim inicjatywy zmierzającej do przełamania absolutnej hegemonii żydowskiego handlu. „Rozwój” szerzył więc hasła „Nie kupuj u Żyda” czy „Swój do swego po swoje”.

Stach, który zresztą nigdy nie był „zoologicznym antysemitą”, włączył się do akcji rozwojowej. Trudno zresztą mówić o włączeniu się, on ją prowadził w sposób charakterystyczny dla tego wówczas jeszcze dziecka. Zebrał kilku swoich kolegów, dobrał jeszcze Stefana i mnie, podzielił całą Łódź, przynajmniej tę handlową, na rejony, przydzielając każdy poszczególnym swym podkomendnym. Naszym zadaniem było przeczesać całą dzielnicę, wyszukując sklepy, sklepiki i warsztaty polskie, chrześcijańskie, jak je wtedy nazywano. Określenie „aryjski” przyszło dopiero w latach trzydziestych z Niemiec. Sam z naszych materiałów sporządził systematyczny wykaz, który nazwał „spisem firm chrześcijańskich”. Spis ten powielał za pomocą hektografu. Pomagałem mu w tej pracy, która nie była łatwa. [...] Zabierała bardzo wiele czasu, toteż nic dziwnego, że Stachowi jako głównemu organizatorowi i wykonawcy brakowało czasu na naukę. Odbijało się to na jego wynikach w szkole, mimo że był wybitnie zdolny i inteligentny. W rezultacie, nie pamiętam już, dwa czy trzy razy, repetował klasę. Zdaje się, że nie przejmował się tym zbytnio, gdyż uważał, że to, co robi, jest ważniejsze niż nauka. Dopiero później docenił jej wagę, kiedy na własną rękę robił maturę i kiedy uczył żołnierzy. [...]

 

Wracając do skautingu.

Tym razem nie zaczął od natychmiastowego tworzenia organizacji, lecz od pozyskiwania częściowych adeptów. Wyrażało się to w organizowaniu wycieczek, jakże różnych od szkolnych majówek, prowadzonych przez nauczycieli, albo od wyjazdów na trawkę z rodzicami.

Matka była przerażona, kiedy Stach zabierał Stefana i mnie i szliśmy w lasy na kilka dni. Żyliśmy wówczas życiem pierwotnych ludzi, nocując pod namiotami.

Ach, co to było za życie! Lasy były wtedy prawdziwymi kniejami, gdzie kilometrami nie widziało się i nie słyszało ludzi. Za to roiły się od wszelkiej zwierzyny i dzwoniły śpiewem ptaków. Grzyby wprawdzie nie roiły się i nie dzwoniły, ale było ich zatrzęsienie. Tak samo jak jagód, malin, poziomek i jeżyn.

Druga formą prowadzącą nas do zawiązanej później Polskiej Organizacji Skautowej (POS-u) było interesowanie nas, braci i kolegów z zaprzyjaźnionych rodzin, gimnastyką – oczywiście szwedzką, i sportem, w szczególności palantem i piłką nożną. Wszystko to odbywało się głównie w czasie letnich miesięcy spędzanych w latach 1911–1914 na letnisku w Rudzie Pabianickiej pod Łodzią.

 

W tych laskach przeprowadziliśmy wieczorne ćwiczenia w terenie, polegające na przekradaniu się jednej grupy przez łańcuch pikiet strony przeciwnej. Przekradanie odbywało się oczywiście metodą indiańską, tj. czołganiem się na brzuchu.

Jedyną nieprzyjemną stroną tego wychowania było ranne wstawanie. Stach ściągał z nas koce – często sypialiśmy na werandzie – kazał rozbierać się do naga i nacierać całe ciało zimną wodą, ze studni lub miednicy.

To było okropne, ale Stachowi nie można było się sprzeciwić. Dziwne, ale dopiero teraz uprzytamniam sobie, że nigdy nas nie bił, nigdy nie wykorzystywał swojej przewagi fizycznej. Było to dziwne tym bardziej, że Stefan był z natury krnąbrny i leniwy, a ja miałem rogatą duszę. A przecież nikomu nawet do głowy nie przyszło, żeby nie stosować się do jego rozkazów.

Tak nam upływały wakacje, gdy pewnego ranka, może około szóstej, obudziły nas jakieś krzyki. Chłopcy z sąsiednich domów biegli w stronę ulicy, wskazując niebo. Wołali: „Balon, balon!”.

Narzuciliśmy na siebie koszule i spodenki i już byliśmy na polu. Na niebie widniało ogromne szare cygaro.

– To zeppelin, sterowiec niemiecki – zawyrokował Stach.

Tak zaczęła się wojna europejska, która miała przynieść Polsce wolność.

 

Wybiegając w przód, przypominam sobie, że postęp techniki zawsze fascynował mego ojca. Kilkakrotnie podkreślał, jak gigantycznego kroku dokonała ludzkość za jego życia. Widział pierwsze samoloty, a doczekał lądowania na Księżycu.

Kiedyś, w latach siedemdziesiątych, na spacerze w parku Kościuszki w Katowicach wskazał mi jakiegoś staruszka. Zauważyłem, że jest silnie wzruszony. – Wiesz, kto to jest? Bohater mojej młodości. Scypio del Campo. – Nie wiedziałem, kto zacz. Ale wysłuchawszy informacji ojca, sprawdziłem jeszcze w encyklopedii. Legendarny pionier polskiego lotnictwa. Przeżył mego tatę o lat dziesięć i zmarł w roku 1994 w wieku 97 lat.

 

Wkrótce zaczęły się kłopoty ze Stachem. Rozeszły się wieści, że w Krakowie tworzy się wojsko polskie, Legiony, pod dowództwem Piłsudskiego.

Stach znikał z domu na całe dni. Albo przychodzili do niego starsi chłopcy. Wyrzucano nas wtedy z pokoju, a oni długo radzili.

Matka coś przeczuwała, a może Stach wyznał jej swoje plany, dość, że któregoś dnia wyjechała z nim do Warszawy. Wróciła po paru dniach sama, a na nasze pytania odpowiedziała, że zapobiegła w ten sposób zaciągnięciu się Stacha do Legionów.

Jak potrafiła odciągnąć Stacha od jego zamiarów, nigdy się nie dowiedziałem, ale nie na wiele to się zdało, gdyż w rok później po zajęciu Warszawy przez Niemców przyszedł od niego list. Stach gorąco przepraszał rodziców, ale nie mógł inaczej, nie mógł spokojnie siedzieć, gdy „inni już wykuwali Polskę!”.

A więc kiedy do Warszawy zjechała delegatura Naczelnego Komitetu Narodowego i otworzyła biuro werbunkowe, zaciągnął się natychmiast.

W kilka tygodni później był już na froncie jako żołnierz 2. pułku I Brygady Legionów. Później pułk zmienił nazwę na 5. pułk piechoty. Dowódcą był pułkownik Leon Barbecki. Dowódcą I batalionu – major Wyrwa-Furgalski, dowódcą IV kompanii – kapitan Zwierzyński, plutonem dowodził Wacław Lipiński, późniejszy pułkownik i szef Biura Historycznego, a jego sekcją – Edward Fajfer (w przyszłości generał).

 

Dopiero teraz tocząca się na terenach nieistniejącej Polski wojna stała się NASZĄ wojną, od której wyniku zależał los naszego kraju, no i życie naszego wspaniałego brata. Oczywiście my, dzieci, nie rozumieliśmy, jak to się może stać, że zwycięstwo nad jednym nieprzyjacielem – Rosją nie spowoduje niewoli u drugiego śmiertelnego wroga – Niemiec, ale to nieważne, ślepo wierzyliśmy w Stacha.

Pamiętam ten dzień. Jesienią 1916 roku. Właśnie wychodziłem z domu, prawdopodobnie do któregoś z kolegów, gdy na schodach natknąłem się na zgrabnego młodego żołnierza w szaromodrym mundurze, maciejówce z orzełkiem i z tornistrem na plecach. W półmroku klatki schodowej błysnęły szkła – Stach! Rzuciłem się, nieomal zwalając go z nóg. Ściskałem i całowałem ciepłą twarz, teraz okoloną miękkimi bokobrodami. Ściągnąłem mu z ramion tornister. I tak wkroczyliśmy do mieszkania.

Stach otrzymał urlop.

A potem zaczęły się długie rozmowy. A raczej był to monolog. Stach musiał opowiadać o swych przeżyciach, o bitwach, w których brał udział, o bohaterstwie swych kolegów, o Niemcach (z respektem), o Austriakach (z lekceważeniem) i Rosjanach (z nienawiścią). Śpiewał – a miał piękny, choć nieszkolony głos – legionowe piosenki, a więc: „My, pierwsza brygada”, „O mój rozmarynie”, „Jedzie, jedzie na kasztance”, „Wojenko, wojenko”, „Rozkwitały pęki białych róż”...

Słuchaliśmy jego słów z rozjarzonymi oczyma i zapartym tchem. Płakać mi się chciało, że nie mogłem iść z nim. Byłem za młody.

Po roku przyjechał znowu na urlop. Spędził go w sposób jakże dla niego charakterystyczny. Oddał się całkowicie pracy w harcerstwie, jako instruktor przygotowania bojowego. W tym właśnie charakterze wyjechał z moją drużyną harcerską na kolonie. [...]

Ówczesne harcerstwo nie miało żadnego patrona ani żadnej bazy oparcia. Nie było popierane przez państwo, wprost przeciwnie – zabraniane i ścigane przez okupanta niemieckiego, nie miało też oparcia w ówczesnej szkole, a nawet rodzice patrzyli na tę organizację z nieufnością, obawą i niechęcią. Kolonie były tą instytucją, która pozwalała harcerzom spędzić kilka tygodni na wsi bezpłatnie. Należało tylko zapracować na utrzymanie – pomocą w polu. W tym celu wybierało się z reguły jakiś większy majątek, w którym można było liczyć na jakieś pomieszczenia.

 

W tym przypadku zostaliśmy przyjęci przez państwa Siniarskich-Cza plickich, właścicieli pięknego folwarku Borzymie na Kujawach. Majątek około 40 włók [czyli około 600 hektarów], wprawdzie bezleśny, za to nad dużym jeziorem.

Dostaliśmy się tam częściowo tramwajem podmiejskim do Zgierza, częściowo kolejką wąskotorową do Łęczycy, a ostatnie 30 kilometrów pieszo.

Zakwaterowano nas w pustym budynku gospodarczym (prawdopodobnie spichrzu), wyposażonym w stoły i stołki oraz sienniki na ziemi do spania.

Prowadziliśmy życie spartańskie. Rano o szóstej pobudka, ablucja w zimnej wodzie na podwórzu, a po prostym posiłku praca w polu. Najpierw okopywaliśmy kartofle, a potem pomagaliśmy przy żniwach. Była to ciężka praca i nieraz bolały nas plecy. Za to po obiedzie wypoczywaliśmy nad jeziorem, kąpiąc się i opalając, albo też prowadziliśmy musztrę i ćwiczenia bojowe. [...]

Czasem byliśmy zajęci i w nocy. Pełniliśmy mianowicie straż na rozrzuconych posterunkach, gdy potajemnie młócono zboże, aby go nie oddawać Niemcom.

Właśnie w tym czasie nastąpiły ważne wydarzenia polityczne. Niemcy zażądali od Legionów przysięgi na wierność ich sojusznikom, a wobec stanowczej odmowy internowali Piłsudskiego w Magdeburgu. Natomiast żołnierzy w Szczypiornie. Było to w sierpniu 1917 roku i Stach, który przebywał w Borzymiu, uniknął losu swoich kolegów, ale musiał zacząć się ukrywać.

Żeby zapobiec jego aresztowaniu, wynajęliśmy w naszej kamienicy, od życzliwej nam właścicielki (chociaż Niemki) pani Krygierowej, na ostatnim piętrze osobny pokój, który stał się dla Stacha kwaterą. Tam zanosiliśmy mu posiłki, tam spotykał się z najzaufańszymi kolegami, tam wreszcie uczył się, przygotowując do matury. Nie chcąc być dla nas ciężarem, bo ojciec po zamknięciu notariatów zajmował się belferką, co nie dawało wiele, uzyskał pracę jako nauczyciel w szkole „elementarnej” na peryferiach Łodzi, na tzw. „kuraku”. Od szyldu na knajpie ozdobionego wielkim, kolorowym kogutem oraz napisem: „Korczma, wypicia w miejscu i do domów”. Dzisiaj to nazywa się „Sienkiewiczówka”.

Ja oczywiście nie byłem wtajemniczony we wszystkie jego poczynania i dopiero później zorientowałem się, że Stach w tym okresie rozwijał żywą działalność polityczną. Niezależnie od intensywnej pracy w harcerstwie – wchodził w skład komendy okręgu (dziś nazwalibyśmy to chorągwią) – był jednym ze współzałożycieli POW na terenie Łodzi i aktywnym działaczem tej konspiracyjnej, ściganej przez Niemców organizacji. Jednocześnie sam uczył się do matury, gdyż miał zaledwie sześć ukończonych klas. [...]

 

Przyszedł rok 1918. Jesień. W powietrzu czuło się jakiś niepokój. 

Wieści podawane w gazetach były dziwnie powściągliwe, ale ustnie przekazywano wiadomości o klęskach niemieckich wojsk. Stach pokazywał się coraz rzadziej. 11 listopada siedzieliśmy wieczorem przy stole, już było po kolacji. Matka coś cerowała, ja czytałem, Zbyszek spał, a Stefan jak zwykle był nieobecny. Ojciec w tym czasie był już przeniesiony do Biłgoraja. 

Nagle rozległa się salwa karabinowa, gdzieś niedaleko, która przeszła w bezładną, gęstą strzelaninę. Odezwały się też karabiny maszynowe. Domyśliłem się, że to nasi atakują pobliskie koszary na ulicy Konstantynowskiej, powyżej Ogrodowej, i chciałem tam biec. 

– Ja muszę, tam jest Stach! – wołałem, chwytając płaszcz. Ale Matka uczepiła się mnie, błagając:

– Nie chodź, przynajmniej ty zostań! [...]

Zaledwie szarzało, kiedy Stach wrócił do domu. Brudny, nieogolony, w mundurze i z karabinem. – Niemcy rozbrojeni! Koszary zdobyte. Mamo, proszę dać mi coś do zjedzenia, bo muszę zaraz lecieć – powiedział.

Później dowiedziałem się (nie od niego!), że istotnie dowodził oddziałem zdobywającym koszary na Konstantynowskiej. Zaraz po śniadaniu pobiegłem do komendy ZHP na ulicę Wólczańską, aby zgłosić się do służby. Na ulicy przewalały się tłumy radosne, podniecone. Balkony były udekorowane godłami narodowymi i chorągwiami.

W kilka tygodni później opuścił Łódź. Na czele pospiesznie sformowanej kompanii harcerskiej pojechał do Warszawy.

Odprowadzały ich tłumy. Ja – wprawdzie na chodniku – ale maszerowałem wraz z nimi przez całe miasto aż na Dworzec Kaliski. W Warszawie oddział Stacha został włączony do Batalionu Harcerskiego, który poza ćwiczeniami pełnił służbę wartowniczą. Było to zadanie bardzo ważne o tyle, że elementy przestępcze i wywrotowe dopuszczały się sabotaży, rabunków i gwałtów. 

Ale Stachowi ta służba nie odpowiadała. Chciał walczyć na froncie. „Tam jest moje miejsce, ja stary legun, żołnierz” – mówił.

 

Ponieważ nie chciano go zwolnić, napisał podanie do samego Piłsudskiego.

„Jako Twój stary żołnierz – pisał – jako żołnierz 2. pułku I Brygady Legionów, pułku «Zuchowatych», proszę Cię o polecenie przekazania mnie do mojego macierzystego pułku, gdyż uważam, że moje miejsce jest tylko na froncie”.

Podanie odniosło skutek i już w połowie 1919 roku Stach znalazł się w szeregach swojego pułku. Miał szarżę podchorążego (wówczas był to najniższy stopień oficerski) i dowodził plutonem. 

Ale było to dla niego za mało. Czuł się przede wszystkim wychowawcą i społecznikiem. Toteż wkrótce przeniesiono go na „oficera oświatowego” kompanii. Na tym stanowisku w ciągu paru miesięcy zlikwidował całkowicie analfabetyzm w tej jednostce i awansował na oficera oświatowego batalionu. 

Jednocześnie, ponieważ to wszystko odbywało się na froncie w czasie trwania działań bojowych, dowodził oddziałem karabinów maszynowych. 

Te funkcje nie wyczerpywały jego zainteresowań i pasji. Pisywał też artykuły do ówczesnego organu Wojska Polskiego „Polska Zbrojna”. 

Wrażliwy na wszelką krzywdę i niesprawiedliwość opublikował tam artykuł pt. „Dość tego!”, w którym piętnował gwałty, jakich dopuszczali się nasi żołnierze na wyzwalanych terenach Litwy i Białorusi.

„Nie wchodzimy do kraju obcego i wrogiego – pisał – wracamy do prastarych ziem Rzeczypospolitej, których ludnoś? jest ko?? z?ko?ci naszymi bra?mi!?

Artyku? ten narobi? wiele zamieszania. ?ywio?y reakcyjne i?szowinistyczne insynuowa?y robot? ?bolszewick??, komunistyczn?, sianie defetyzmu ić jest kość z kości naszymi braćmi!”

Artykuł ten narobił wiele zamieszania. Żywioły reakcyjne i szowinistyczne insynuowały robotę „bolszewicką”, komunistyczną, sianie defetyzmu i pacyfizmu... Domagano się głowy autora. Uratowała Stacha interwencja samego Piłsudskiego.

A w niewiele tygodni później podchorąży Stanisław Wolski, prowadząc kompanię piechoty na stanowiska sowieckich karabinów maszynowych, padł skoszony celną serią. 

Było to 3 stycznia 1920 roku na wschód do Dźwińska. Padł, walcząc o oswobodzenie Litwy, Łotwy, Estonii. Za naszą i waszą wolność. [...]

Byłem jego bratem, a więc znałem go nie tylko jako herosa na cokole, w glorii chwały, ale jako człowieka w życiu codziennym, jak to się mówi, w szlafroku i rannych pantoflach (jeśli ktoś mógłby go sobie w ogóle wyobrazić w szlafroku). I stwierdzam, że nie znałem w całym życiu nikogo, kto poświęciłby w podobnym stopniu swe życie sprawom społecznym i narodowym, a jego cele były zawsze szlachetne, uczciwe, prawe i bezinteresowne.

O sobie myślał najmniej. Nawet swoją pierwszą i czystą miłość do Jadzi Wocalewskiej odłożył na czas pokoju. Nie zdążył. Był gorejącym zniczem... Jego pogrzeb w Łodzi był olbrzymią manifestacją, jedną z największych, jakie kiedykolwiek widziałem. Wzięło w nim udział kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Pozostał po nim piękny kamienny nagrobek na cmentarzu łódzkim. I imię, które w latach trzydziestych przybrała jedna z łódzkich drużyn harcerskich. 

 

Sama Jadwiga, siostra naczelnik polskich harcerek, została w latach dwudziestych komendantem choragwi łódzkiej ZHP i żoną harcmistrza Stefana Szletyńskiego, zamordowanego w 1940 roku w Katyniu, zginęła podczas Powstania Warszawskiego, prawdopodobnie pędzona w grupie żywych tarcz przed czołgami niemieckimi atakującymi pozycje powstańcze.

Po stryju Stanisławie pozostały też zachowane jakimś cudem notatki, sześć zeszycików oprawnych w ceratę, zapisywanych dzień po dniu. Niestety, pismem niezbyt kaligraficznym. Moje próby odcyfrowywania powiodły się w niewielkim zakresie. Zresztą najstarszy z braci Wolskich chyba nie miał zdolności epickich mojego ojca. W notatkach pisanych dla siebie mnóstwo jest codziennych czynności, miejsc i nazwisk nieznanych. Czasami podejrzewam używanie słów kluczy, dla szyfrowania informacji. 

Pamiętnik potwierdza wszystko to, o czym pisał mój ojciec, tyle że wobec siebie Stach nie jest człowiekiem ze stali; widać, jak wiele wysiłku kosztuje go walka z własnymi słabościami, spóźnianiem, niesolidnością, łakomstwem. Duch wychowawcy objawia się również w domu. W pewnym stopniu przejął tam rolę ojca, który po utracie pracy popadł w pijaństwo, z czego uratowała go propozycja notariatu w Biłgoraju. W tym czasie Stach de facto kieruje matką, instruuje ją, jak postępować z młodszymi synami. Ciekawe, że najważniejszy moment najnowszej historii zostaje w pamiętniku pominięty. Zapiski, urwane 11 listopada 1918 roku wiadomością o powrocie Piłsudskiego, zostają wznowione dopiero z początkiem grudnia. Nic dziwnego. Za dużo się dzieje, żeby znaleźć czas na notowanie.

Cały czas przewija się wątek wielkiej miłości do Jadźki, jakże delikatnej, nieśpiesznej, pełnej wahań i niedomówień, wspólnych planów i marzeń. Miłości tak różnej od przeżyć dzisiejszych nastolatków.

 

Obecna jest też częsta świadomość śmierci, pojawiająca się szczególnie na cmentarzu, na którym często odwiedza grób przyjaciela, Jaśka: Pomyślałem, że mogę leżeć obok ciebie.

Trzeba tu dodać, że w odróżnieniu od mego ojca Stach jest człowiekiem głębokiej i silnej wiary. Przeżywanie świąt religijnych – Bożego Narodzenia, Wielkanocy, Bożego Ciała – przeplata się z częstymi westchnieniami, prośbami...

 

15 kwietnia 1919, wtorek, godzina 11.25 wieczorem

Dzisiaj skończyłem 21 lat. A więc ustalam się. Od dziś mogę stanąć w miejscu, a zatem i cofać się. O Boże! Krzep wiarę mą w rozwój, wlej siły do marszu. Uśmiech daj duszy i oczom, by ludzi krzepiły, by czuły Ciebie! Daj młode ciało, bym z Twego rozkazu począł z Jadźką syna. Zwiąż nas: dwa światy, dwa ciała w jasną pracy wiosenkę. Daj wzgardę dla złota, dla sławy, dla szyku. I daj mi, Boże, cichą rozmowę z Tobą.

 

I jeszcze wpis z 22 kwietnia tego roku. Na wpół zatarte notatki kreślone ołówkiem:

 

Boli mnie gardło i kojarzy mi się to z myślą o śmierci. Ale ja jej jeszcze nie chcę! Bom swego nie zrobił, a wierzę w to, com rzekł Jadźce, że żyć będę, póki celu z oczu nie stracę. Wielkiego Celu. A ja chcę być synem Dziadka. Boże, uczyń moje ciało zdrowym i pięknym! Od jutra ma być nowe życie(?)

 

Dlaczego postawiłeś na końcu ten znak zapytania, mój stryju!?

 

 *

 

Następny rozdział wspomnień taty wykorzystałem w znacznym stopniu, pisząc Jedną przegraną bitwę, powieść, w której zawarłem alternatywną historię Polski, bez „cudu nad Wisłą”, bez słynnego zwycięstwa nad bolszewikami nazwanego osiemnastą najważniejszą bitwą w historii świata. Po tej przegranej Europa staje się sowiecka, a wielkorządcą Polszy na długie lata będzie Feliks Dzierżyński. Zanim jednak dojdzie do dramatycznego zwrotu i Eligiusz Niewiadomski zabije marszałka Piłsudskiego. W tej powieści cytowałem wspomnienia ojca z niewielkimi tylko retuszami, a dziś mam okazję przytoczyć prawie wszystko.

 

Krótka wojaczka

 

Szło lato 1920 roku. Wszystko zapowiadało się wspaniale. Właśnie przyjechałem na wakacje do Biłgoraja, do rodziców, z promocją do VIII klasy w kieszeni. Zastałem dom udekorowany na moją cześć girlandą i napisem „Witamy” i pełen gości. [...] Znalazły się wśród nich dwie młode dziewczyny. I ja od roku prowadzący intensywne miłosne życie. Żeby nie było nieporozumień: ówczesne „miłosne życie” sprowadzało się do aranżowanych „przypadkowych” spotkań na ulicy, pod kościołem, w drodze do szkoły lub czytelni. O żadnych wspólnych wycieczkach czy nawet odwiedzaniu kin nie było mowy. Wyjątkowo w karnawale – taneczna zabawa harcerska.

W tym okresie kochałem się permanentnie. Najpierw w Jance Brzozowskiej, pięknej rudej dziewczynie, na koloniach w Borzymiu – majątku jej wujostwa.

Była to miłość beznadziejna i oczywiście najzupełniej platoniczna. Dziewczyna nawet o niej nie wiedziała. A ja marzyłem o niej jak o dalekiej, nieosiągalnej gwieździe. Kiedy czasem spotykałem ją na ulicy, nogi się pode mną uginały. Uciekałem od niej wzrokiem, w obawie że zemdleję. Kiedyś, bezpośrednio po jej spotkaniu, spojrzałem w lustro na sklepowej wystawie. Twarz moja była bez kropli krwi, szarozielona, z brązowymi cętkami piegów.

Tak wyglądała moja pierwsza egzaltowana i pokorna miłość sztubacka, która zaczęła się w lecie 1917 roku. Ale życie szło naprzód, a ja stawałem się coraz bardziej łaknący realnej miłości. Serce moje było szeroko otwarte na jej przyjęcie. W grudniu 1918 roku, przez Tadka Jóźwickiego, poznałem Irkę Nitecką. Na ślizgawce Union Turingu, przy ulicy Przejazd. Jeździłem na łyżwach bardzo dobrze (jak na ówczesne kryteria), holendrowałem, robiłem pistoleta, a nawet skakałem „trójki”. Irka stawiała raczej pierwsze kroki, toteż bardzo jej imponowało, że chciałem z nią jeździć. Okazywała mi dużo sympatii i zainteresowania, a że była ładniutka i drobna – zakochałem się w niej. 

 

Codziennie z niecierpliwą radością biegłem na ślizgawkę, by się z nią spotkać i trzymać ją za ręce, przemierzając taflę. Miękko czyniło mi się na sercu, gdy spojrzawszy w dół, spotykałem niebieskozielonkawe oczy wzniesione ku moim z ufnością i sympatią.

Ale niedługo to trwało. Po Nowym Roku nastała odwilż, ustały spotkania na ślizgawce, Natomiast na harcerskim balu zgasła moja nadzieja. Nie umiałem tańczyć, a Irka przepadała za tańcem. Patrzyłem ze ściśniętym sercem, jak wirowała w walcu z przystojnym Jurkiem Arnekerem, mając na twarzy wyraz upojenia i oczarowania.

 

(Skąd ja to znam, czy z takim samym uczuciem nie podpierałem ściany na sali gimnastycznej w Aninie, obserwując Elkę Czemerko w ramionach Krzyśka Pawelca...)

 

Ten romans skończył się nieodwołalnie. Cierpiałem kilka tygodni, a na wiosnę poznałem inną dziewczynę – Irkę Sawicką. [...] była drobna, bardzo zgrabna, miała włosy w kędziorach i ogromne zielonkawe oczy...

 

(Można powiedzieć, że był tata wierny określonemu wzorcowi urody!)

 

Z tym wszystkim była bardzo poważna i trochę sensatka. Spotykaliśmy się początkowo we czwórkę. Ja z Tadkiem Jóźwickim czatowaliśmy na trasie, gdy ze swą koleżanką Lusią Macherską wracała do domu z czytelni albo z kościoła, gdyż właśnie był maj, a one codziennie chodziły na nabożeństwa majowe do kościoła Świętego Krzyża. 

W czasie tych spacerów, które trwały około pół godziny, główny ciężar rozmowy utrzymywałem ja z Lusią, która była bardzo oczytana i wymowna, a Irka tylko od czasu do czasu rzucała ku mnie ukośne spojrzenia.

Po niedługim czasie spotykaliśmy się już tylko we dwoje – zawsze niby przypadkiem, z tą różnicą, że wstępowaliśmy po drodze do parku Staszica i tam siadaliśmy na ławce, pogrążeni w poważnej rozmowie. Wymienialiśmy poglądy na życie, na sztukę, a zwłaszcza na poezję. Czytałem jej moje wiersze, które pisałem z myślą o niej. Byliśmy w sobie zakochani do niepamięci, ale nasza miłość, sztubacka i nieśmiała, była czysta i piękna. Nie było między nami ani wyznań, ani zaklęć, tym bardziej nawet najskromniejszych pieszczot. Nie padało słowo „kocham”.

 

Jeden jedyny raz, 7 czerwca 1919 roku, na ławce pod krzewem rozkwitłego bzu, powiedziała cichym głosem: „Przecież ja pana lubię, może nawet bardziej niż lubię...”.

Straciłem oddech, patrzyłem na łunę zachodzącego słońca nad koronami drzew parkowych. Wreszcie wyjąkałem przerywanym głosem: „Czy mogę panią w rączkę pocałować?”.

I to było wszystko. Dzisiaj wydaje się śmieszne, ckliwe, dziecinne. Ale tacy wówczas byliśmy. Prości, czyści, egzaltowani, ale moralni i pełni ideałów. Ówcześni harcerze.

Ten etap naszego „romansu” nie trwał długo. Gdy po wakacjach wróciłem do Łodzi, unikała mnie. Ktoś narobił jakichś plotek (nigdy nie udało mi się ustalić, o co chodziło) i dziewczyna wrażliwa i dumna odrzuciła moją miłość.

 

Nie było to jednak absolutne zakończenie znajomości. Z tajnego załącznika do pamiętników taty można dowiedzieć się o ciągu dalszym tej historii:

 

W kilka lat później – w 1922 roku wyszła za mąż i była bardzo nieszczęśliwa w tym małżeństwie – nawiązała ze mną kontakt i w 1927 roku przyjechała do mnie do Warszawy. Oddała mi się gwałtownie, namiętnie, bez opamiętania. Ale ja byłem zimny i zakłopotany. Z egzaltowanej młodzieńczej miłości, tak czystej i delikatnej jak pyłek na skrzydłach motylich, nie zostało ani śladu.

 

(Zdarzało się to nie tylko Tobie, Tato!)

 

Po kilku miesiącach uspokoił się mój ból i gdy przyszła następna wiosna, przeżywałem nowe uczucie. Partnerką była Irena (Znów! Trzecia z kolei!) Królikowska. Znowu niskiego wzrostu, ale pulchniutka, jasna blondynka o szeroko rozwartych błękitnych oczach. Energiczna, rezolutna i wygadana.

Przykleiłem się do niej, szukając odtrutki na ostatnie bolesne zawody. Nie byłem w niej zakochany, ale choć w części zaspokajała moje zapotrzebowanie na kobiecość. Ona również – przynajmniej na początku – nie była we mnie zadurzona. Po prostu flirtowaliśmy.

Aż przyszedł pewien majowy dzień. Po zwykłym spacerze po deptaku na Piotrkowskiej odprowadziłem ją do bramy jej domu (Piotrkowska 125), gdy zaproponowała, byśmy wstąpili do ogródka znajdującego się w głębi podwórza. Ogródek nie był wielki, ale zadrzewiony i zupełnie pusty. [...]

Znów jak przed rokiem, pogodny zmierzch i ławka pod pachnącymi kiściami bzu. Ale akcja przebiegała inaczej. Mówiliśmy mało, poddając się czarowi chwili. W powietrzu wisiała miłość; my byliśmy jedynie – używając dzisiejszych terminów – jej odbiornikami. 

Pomału jej głowa spoczęła na moim ramieniu. Przywarłem twarzą do jej jasnych włosów... Musnąłem ustami jej ucho. W tejże chwili ujrzałem, jak jej ucho, szyja i twarzyczka oblewają się łuną rumieńca. 

Tę scenę widzę tak żywo, tak plastycznie, jakby miała miejsce dzisiaj. [...] I wtedy usta moje przesunęły się trochę i spoczęły na jej wargach. I wtedy ujrzałem – przysięgam, że to najczystsza prawda – jak jej modre tęczówki zachodzą mgłą i rozpływają się w tęczowej bieli, tak że jej oczy wyglądały jak wielkie srebrne krople rtęci. A potem zasunęły się jej powieki.

To był mój pierwszy w życiu pocałunek i najpiękniejszy. Nigdy już nie przeżyłem podobnego uczucia, takiego świętego i pokornego zachwycenia.

To było jeszcze potężniejsze, słodsze i gł?bsze ni? przyj?cie pierwszej w??yciu Komunii!

ębsze niż przyjęcie pierwszej w życiu Komunii!

 

(A więc jednak wierzyłeś kiedyś w Boga, Tato!)

 

Najdziwniejsze, że potem już nie wracaliśmy do tego wydarzenia, tak jakbyśmy nie chcieli pospolitować czegoś świętego. A może po prostu wstydziliśmy się jak pierwsi rodzice w Raju?

Kiedy w końcu czerwca wyjeżdżałem na wakacje do Biłgoraja, żegnaliśmy się jak dwoje przyjaciół, obiecując pisać do siebie.

Ale... jako się rzekło na początku, w gościnnych ścianach „Rejentówki”, czekały na mnie dwie urocze dziewczyny, obie smagłe czarnookie brunetki: Stacha i Zoja. Nie byłem specjalnie zaangażowany w stosunku do żadnej z nich, one natomiast obie obdarzały mnie sympatią i atencją.

Wieczorami odbywaliśmy w trójkę długie spacery, przysiadając na ławeczkach pod żywopłotem. Rozmawiawszy o rzeczach poważnych i drobnych, o znajomych i zagadnieniach bytu. Obie dziewczyny były inteligentne.

Często też całowaliśmy się, przy czym ja moje pocałunki dzieliłem sprawiedliwie między obie, bez zabarwienia seksualnego – ot, pocałunek usprawiedliwiony zażyłością od dziecka. I Stacha, i Zoja były córkami starych przyjaciół moich rodziców i znaliśmy się prawie od niemowlęctwa. A przy tym byliśmy niezepsuci i młodzi, ja miałem 18 lat, Stacha 18, a Zoja niespełna 15.

Niemniej „to były naprawdę piękne dni” i pławiłem się w atmosferze pogody, dobrobytu i miłości. 

I nagle około połowy lipca dostałem telegram: „Wszyscy idziemy do wojska. Przyjeżdżaj natychmiast. Jóźwicki”. Dopiero wówczas uprzytomniłem sobie, że na wschodnich kresach Rzeczypospolitej toczy się wojna, a nasze wojska, niedawno jeszcze zajmujące Kijów, cofają się coraz bardziej, wróg zaś zbliża się niebezpiecznie.

Decyzja mogła być tylko jedna. Spakowałem się szybko i jeszcze tego samego dnia opuściłem Biłgoraj, żegnany łzami matki i obu dziewczyn.

Przybywszy do Łodzi, zgłosiłem się do Tadka Jóźwickiego. Dowiedziałem się od niego, że większość naszych kolegów razem z nim zgłosiła się do trzeciego pułku ułanów. (Byli to Strzeszewski, Gajdziński, Skowroński). 

 

Mnie ta służba nie bardzo odpowiadała, toteż po porozumieniu się z Kazikiem Barlińskim stawiliśmy się więc do koszar 29. Pułku Piechoty Strzelców Kaniowskich przy ulicy 6 sierpnia. 

Po zarejestrowaniu zostaliśmy skoszarowani, zaczęła się musztra oraz ćwiczenia z bronią.

Było nas w kompanii kilkudziesięciu ochotników: w większości młodzi chłopcy oraz trochę starszych, wszyscy nieobeznani z musztrą, a tym bardziej z bronią. Toteż dwóch podoficerów, którzy musieli ćwiczyć taką gromadę niezdarów, wychodziło niejednokrotnie „z nerw”. Mimo że byli to „panowie ochotnicy!”.

Pierwszy raz w życiu zetknąłem się z soczystymi, wyszukanymi i wielopiętrowymi przekleństwami. Niepozbawionymi nieraz figlarnej malowniczości. Sam nie miałem najmniejszych trudności w ćwiczeniach, dzięki mojej fizycznej sprawności, a przede wszystkim dzięki ćwiczeniom, jakie z nami przeprowadzał Stach.

Kiedy dostałem przepustkę z koszar, pobiegłem do państwa Brzozowskich, u których mieszkałem od roku (po przeprowadzeniu się rodziców do Biłgoraja), aby zaprezentować się w mundurze, który przedziwnym trafem leżał na mnie zupełnie przyzwoicie. Oczywiście zostałem przyjęty serdecznie, jak najbliższy członek rodziny. Nawet Janka patrzyła na mnie wilgotnymi oczyma z czułością i podziwem.

„O Janko, Janko! – pomyślałem. – Żeby to było dwa lata temu, kiedy kochałem cię jak święty obraz”. 

 

Pani Brzozowska poinformowała mnie, że szuka mnie Irka Królikowska, która właśnie wróciła z wakacji, uciekając przed następującymi wojskami sowieckimi.

Nie zwlekając, pobiegłem na Piotrkowską 125, do mojej miłej, która przyjęła mnie tak, jak mogłem się spodziewać – jak bohatera i obrońcę Ojczyzny.

Odtąd każdą godzinę wyjścia z koszar spędzaliśmy razem, przeważnie w pamiętnym ogródku, na wyznaniach miłosnych przeplatanych pocałunkami.

Nie było tych chwil wiele, gdyż po kilku dniach załadowano całą ochotniczą kompanię do wagonów i przewieziono do Torunia, gdzie formował się I Pułk Strzelców Syberyjskich. (Drugi taki tworzył się w Grudziądzu). 

Nasz pułk w zasadzie opierał się na kadrze oficerów i podoficerów byłej 5. Dywizji Syberyjskiej pułkownika Czumy, wsławionej walkami z bolszewikami w pierwszym okresie wojny domowej. Bieda była w tem, że kadra ta była niesłychanie szczupła. Na kompanię przypadał jeden, najwyżej dwóch oficerów i od jednego do trzech podoficerów, w tym jeden oczywiście szef kompanii. A przecież cały pułk składał się z samych ochotników, którzy nigdy nie mieli do czynienia z wojskiem i stanowili zupełnie surowy materiał. Moja kompania, licząca około 200 żołnierzy, miała dowódcę kapitana Trznadla, jego zastępcę porucznika Górnego, sierżanta – szefa Dymowskiego i kaprala Wieczorka. I to wszystko. A żołnierze... To był niestety dopiero materiał na żołnierzy: uczniowie, młodzi robotnicy, nie brakowało też „niebieskich ptaków” z przedmieść. [...] A czasu było bardzo mało.

Zaczęliśmy więc ostro ćwiczyć na dziedzińcu koszar toruńskich. Moja kompania dostała numer 4, wchodziła w skład II batalionu, pod dowództwem majora Czapli. Pułkiem dowodził major Dindorf-Ankowicz.

 

Zaraz pierwszego dnia, przed rozpoczęciem ćwiczeń, dowódca kompanii zapytał: – Kto z ochotników zna musztrę? – Wystąpiło kilku harcerzy, w tej liczbie Kazik Barliński i ja. Kapitan zlustrował naszą postawę i zdecydował, że będę dowódcą I plutonu. W ten sposób dostałem komendę nad kilkudziesięcioma żołnierzami i z miejsca przystąpiłem do pracy. „Baczność, spocznij, w lewo zwrot itp.”

Potem przyszły ćwiczenia z bronią: „Na ramię broń, do nogi broń, prezentuj broń...”. Tylko prób strzelania nie przeprowadzaliśmy. [...] 

Przejęty swoją rolą wyciskałem z moich żołnierzy ostatnie krople potu, ale jak się wydaje, miałem u nich pewien autorytet.

Po kilku dniach postoju pod Skierniewicami śpiesznie załadowano nas do wagonów i przewieziono do Warszawy. Parę godzin staliśmy przy stacji Warszawa Zachodnia, skąd przemaszerowaliśmy przez całe miasto – Alejami Jerozolimskimi, Nowym Światem, Krakowskim Przedmieściem – na Dworzec Brzeski. Ulice wypełnione były tłumami warszawiaków wiwatujących na naszą cześć i błogosławiących nas: „Zwyciężajcie i wracajcie!”. Wręczano nam kwiaty, papierosy i słodycze. Nic dziwnego, ci żołnierze byli tacy młodzi, prawie dzieci. A musieli powstrzymać wroga, który już podchodził pod Warszawę. [...] Pociąg dowiózł nas jedynie do Zegrza i dalej szliśmy piechotą.

Było to 12 sierpnia. Dopiero tutaj, na postoju w polu, słysząc już dochodzącą z oddali kanonadę armatnią, otrzymaliśmy nowiutką broń, wprost ze skrzyń, jeszcze naoliwioną. Broń była nowa i nieznana nikomu, gdyż dotychczas ćwiczyliśmy starymi mauzerami. Nikt nie zadbał nawet, by nam wytłumaczyć, jak się z nią obchodzić, jak się ją ładuje, jak operuje celownikiem i jak nasadza bagnet. Każdy więc oglądał i obmacywał, aby własnym sprytem się z nią zaznajomić.

 

Udało mi się dość szybko, bo byłem z bronią obznajomiony; innym szło gorzej, a jeden nawet ciężko ranił swego kolegę.

Wyruszyliśmy o zmierzchu, w kierunku północnym, przez Modlin, aż do wsi Borkowo nad Wkrą. Tu zapadliśmy na wzgórzach nad rzeką, w polu zrytym okopami pozostałymi po ostatniej wojnie europejskiej. Z oddali niósł się huk dział. Noc spędziliśmy, kuląc się z chłodu i ogrzewając się paleniem papierosów. Rozmów prawie nie było słychać. Panował nastrój niepokoju i oczekiwania.

Nikt nic nie wiedział, a oficerowie „byli w sztabie”. Wczesnym rankiem dowieziono żywność, a po śniadaniu plutonowi rozdali ludziom chleb i konserwy. Nadal czekaliśmy.

Po paru godzinach ożywiło się na przedpolu. Zza rzeki niosła się palba pojedynczych wystrzałów i morderczy terkot karabinów maszynowych. Zjawił się kapitan Trznadel i chodził niespokojnie przed frontem, tam i z powrotem. Nikt nic nie mówił, ale we wszystkich podnosiła się i rosła fala niepewności i strachu.

W pewnym momencie przypadł do nas major Czapla. Niski, krępy, jasny blondyn, z odkrytą głową. W ręku trzymał nagana.

– Czwarta kompania, naprzód marsz! – krzyknął.

Rozkaz powtórzył kapitan, nie precyzując wszakże, co dokładnie mamy czynić.

Jako dowódca I plutonu sprawiłem mój oddział czwórkami; pomaszerowaliśmy w kierunku mostu. Idąc na czele, w głowie czułem pustkę.

Byliśmy w połowie przeprawy, kiedy zaterkotał z przeciwnej strony karabin maszynowy i seria pocisków z gwizdem przeleciała nad naszymi głowami. Czy szły za wysoko, czy za nisko – nie zdawałem sobie sprawy, pierwszy raz strzelano do mnie. Instynktownie pochyliłem się nieco i obejrzałem za siebie. Twarze moich ludzi były napięte i przerażone. Może świadomość odpowiedzialności za nich sprawiła, że nie czułem strachu. Prawie bez zastanowienia zakomenderowałem:

 

 – Pluton, biegiem marsz!

Ledwo znaleźliśmy się na drugim brzegu, płaskim, zarośniętym rzadkimi krzakami, zawołałem:

– Tyralierą w lewo!

Żołnierze wykonali rozkaz, po czym otworzyli bezładny ogień, ale poleciłem go wstrzymać – przed nami mogła się znajdować nasza linia.

Ucichło i nie działo się nic. Byliśmy sami, w nieznanym terenie, bez żadnej widoczności (krzaki), bez znajomości pozycji naszych i nieprzyjacielskich oddziałów i bez dowódców.

Być może powinienem wysłać czujki do sąsiednich oddziałów, ale nie miałem za grosz doświadczenia. Więc czekaliśmy. Po jakimś czasie zjawił się porucznik Górny i zarządził przesunięcie mojego plutonu kilkaset kroków naprzód, i tak znaleźliśmy się na zewnętrznym skraju zarośli. Przed nami ciągnęło się paręset metrów otwartej przestrzeni, za którą wznosił się niewielki rzadki las. Ponad nim widać było wieżę kościoła z czerwonym dachem. Dostaliśmy rozkaz okopania się. Łopatki saperskie, owszem, mieliśmy, ale dotąd nie przeprowadzaliśmy z nimi żadnych ćwiczeń. Każdy wykopał sobie jakiś dołek, a przed nim nagarnął piasku na niski nasyp. Tyle, żeby głowę schować. I tak leżeliśmy pod prażącymi promieniami sierpniowego słońca.

 

Gdzieś daleko przed nami huknął wystrzał armatni. Pocisk z grzechotem przeleciał nad nami i rozerwał się z tyłu. Szrapnele! Zaraz huknął drugi, trzeci.

Macali nas... Co kilkadziesiąt sekund rwał się kolejny szrapnel. Ostrzał zaczynał się od lewej flanki i posuwał w prawo. Ale niecelnie.

Nie wyglądało to groźnie, tak że zmęczony bezsenną nocą i upałem usnąłem.

Obudził mnie okrzyk któregoś z żołnierzy:

– Panie plutonowy, atakują!

Spojrzałem na przedpole. Z lasu wysypywały się bezładne gromady bolszewickich żołnierzy. Na ich bagnetach błyszczało słońce. Odruchowo krzyknąłem:

– Pluton, szybki ogień!

Bluznęła salwa, przechodząc w bezładną strzelaninę.

Sam powstałem i z tej pozycji słałem kulę za kulą w stronę zbliżającej się z wrzaskiem linii wroga. Nasz ogień nie był skuteczny, a do tego dość rzadki. Żołnierze nie zawsze potrafili sobie poradzić ze zmianą magazynków, więc musiałem im pomagać.

W tym momencie przed frontem pojawił się porucznik Górny. Wymachując saperką, krzyknął:

– Kompania, do ataku, na bagnety!

Podjąłem komendę:

– Pierwszy pluton do ataku, hurra! Odpowiedziało mi dziwne milczenie. Obejrzałem się. Moi chłopcy wahali się. Jedni ledwie podnosili się niespiesznie, drudzy trwali w pozycji kucznej, inni podnieśli się, ale stali w miejscu, wreszcie inni chyłkiem zmierzali do tyłu.

Krew uderzyła mi do głowy. Wymierzyłem w nich karabin i krzyknąłem:

– Kto się cofnie, dostanie ode mnie kulę w łeb. Naprzód, do ataku!

I już nie oglądając się, ruszyłem przed siebie; poszli za mną, ile sił w płucach krzycząc: „Hurra!”.

Linia bolszewicka zawahała się, zatrzymała w miejscu, a po chwili Sowieci uciekali w popłochu. Biegliśmy za nimi, strzelając chaotycznie. Przecięliśmy las i wydostaliśmy się na jego drugą stronę. Przebiegała tam droga bita, w lewo, w stronę kościoła. W tym kierunku uciekała gromada bolszewików. Strzelaliśmy do nich coraz celniej.

Nagle dobiegły nas podniesione głosy z tyłu:

– Cofać się, cofać się!

Popatrzyłem za siebie. Droga, na którą weszliśmy, wykonywała skręt, prowadząc na most przez Wkrę. Tą drogą cofali się w popłochu nasi żołnierze, gonieni przez sołdatów Czerwonej Armii.

 

Zorientowałem się, że znaleźliśmy się w pułapce. Nieprzyjaciel był zarówno za, jak i przed nami. Krzycząc: „Pluton, cofać się, za mną!”, pobiegłem w stronę rzeki.

Ponieważ nieprzyjaciel był już na moście, rzuciliśmy się w wodę, aby sforsować ją w bród. Szczęściem było płytko, do kolan, ale dno kamieniste i nierówne, więc co rusz ktoś z naszych przewracał się. A z mostu bolszewicy krzyczeli: „E ja pan zdajsia, a to strielat budiem!”.

I strzelali do nas jak do kaczek, z broni ręcznej i maszynowej, aż woda się pieniła wokół nóg. Co rusz ktoś z naszych padał w wodę, by już nie powstać.

Jak dobrnąłem do brzegu, sam nie wiem. Pamiętam tylko, że wpadłem między jakieś opłotki (była to wieś Borkowo) i wydostałem się na wolne pole. Wszędzie uciekały grupki naszych żołnierzy.

Byłem sam, a za mną już na skraju wsi zalegli nieprzyjacielscy żołnierze, strzelając do uciekających. Dziwne, że nas nie gonili. A mogli, gdyż nasze oddziały nie były zdolne do żadnej zorganizowanej akcji. Ale strzelali, i to gęsto. Kule siekły w zaorane pole koło moich nóg, podnosząc tumany kurzu. 

Czułem się nieludzko zmęczony i ledwie powłóczyłem nogami, a w głowie uformowała się dziwna, groteskowa myśl: „Oto idę jak Bóg w chmurze dymu”. Chlebak ciążył nieznośnie, a dodatkowo dręczyło potworne pragnienie. Obejrzałem się. Rosjanie strzelali do nas nadal ze swych toczonych na kółkach maximów, ale było mi to dziwnie obojętne. Na znak pogardy dla wroga posłałem kulę w jego stronę. I szedłem dalej. Natknąłem się wreszcie na jakąś chałupę. [...] Pić!!! W środku nikogo, ale pod stołem spostrzegłem jakieś wiadro. Mleko, ale chyba z czarnymi jagodami...? Wszystko jedno! Pić! Ale to nie były jagody, tylko wielkie muchy. Nie przeszkodziło mi to.

 

Szedłem dalej przed siebie. Wreszcie pod wieczór za jakąś kępą drzew natknąłem się na większą grupę żołnierzy. Byli z naszego pułku. Później ściągnęło [ich] więcej. Dowiedziałem się, że dowódca naszego batalionu major Czapla poległ. Komendę objął kapitan Sztarejko. Z mojej kompanii zostało 22 ludzi oraz kapitan Trznadel, porucznik Górny, sierżant Dymowski i kapitan Wieczorek. Gdzie podziewali się wcześniej – nie wiem.

Wieczorem odbył się apel, po czym otrzymałem komendę pierwszej sekcji, jako że plutonów już nie było. Na kolację zjadł kto co miał, gdyż kuchni i taborów nie było, i zapadliśmy w ciężki sen.

Nazajutrz maszerowaliśmy prawie cały dzień, nie wiedząc dokąd i po co, a pod wieczór zalegliśmy w polu pod Nasielskiem. O miasto toczyła się bitwa, ale my nie braliśmy w niej udziału. Leżeliśmy, słuchając kanonady karabinowej, przeplatanej rzadkimi wystrzałami armatnimi. Raz czy dwa przeleciał nad nami samolot. Czyj – nie wiadomo.

Następnego dnia wyruszyliśmy w długi marsz na północ. Była to koszmarna droga. Przez Przasnysz i Maków szliśmy w bezładnym szyku, to kupą, to gęsiego, zmęczeni, głodni i zziębnięci. Siąpił drobny, bezustanny deszcz i dostaliśmy w ciągu całego dnia tylko jeden posiłek. Szliśmy, szliśmy, szliśmy, z trudem wyciągając buty z błota, nieczuli i ślepi. Co godzinę zarządzano pięciominutowy odpoczynek. Wtedy każdy walił się na ziemię tam, gdzie stał.

Szliśmy tak cały dzień. Podobno byliśmy na tyłach nieprzyjaciela, którego oddziały zapędziły się aż pod Płock i Włocławek. [...]

 

Szedłem z opuszczoną głową, niepomny na nic. Czasem zasypiałem, idąc, i uderzałem głową w idącego przede mną, gdy kolumna stawała.

Na postoju w Makowie, który miał być dłuższy, zaczęliśmy gotować sobie upolowaną w polu gąskę, ale nagły alarm i rozkaz wymarszu wypędziły nas na drogę. Gęś pozostała w garnku, niedogotowana i twarda.

Szliśmy dalej, aż wreszcie pod wieczór następnego dnia, po wyjściu z lasu, ujrzeliśmy przed sobą uciekające wzdłuż granicy z Prusami tabory bolszewików. Mknęły w popłochu na wschód, w otoczeniu niewielkich oddziałków konnicy.

Padły rozkazy i odzyskawszy nagle energię, rozsypaliśmy się w tyralierę po obu stronach drogi, biegnącej prostopadle do granicy, i otworzyliśmy ogień do nieprzyjaciela. Gdyśmy go wreszcie dopadli (a bieg nasz nie był zbyt szybki, co jest zrozumiałe po czterdziestogodzinnym marszu), pozostały już tylko wozy.

 

Tej nocy spaliśmy pod dachami, w przygranicznym miasteczku Chorzele. 

Jeszcze przed wieczorem wysłany z oddziałem dla zebrania z pola porzuconego sprzętu i broni, przystanąłem przy drucie kolczastym wyznaczającym ówczesną granicę Polski i Niemiec. Była niedziela i z pobliskiego miasteczka dolatywał dźwięk dzwonów. Po ulicach spacerowali ludzie odświętnie i dostatnio ubrani. Przystawali przy drutach, ciekawie przypatrując się polskim żołnierzom.

Umieli mówić po polsku, z trochę dziwacznym twardym akcentem.

– To wyście Polacy? – zapytałem.

– Nie, my Mazurzy.

Słuchając dzwonów, patrzyłem na wieże i dachy miasteczka i łzy cisnęły mi się do oczu. „Mój Boże, jak tu spokojnie, jak dobrze... A u nas zniszczenie, wojna i śmierć”.

 

(A nie przyszło Ci do głowy, Tato, że właśnie, niejako przy okazji, ratujecie tym ludziom ćwierć wieku spokojnego życia bez wojny i dobrodziejstw rewolucji?)

Wczesnym rankiem obudziła nas pobudka. Po krótkim posiłku wymaszerowaliśmy z miasta drogą wiodącą na zachód. Po kilkuset metrach zatrzymaliśmy się zaraz za mostem, tuż koło budynku murowanego młyna. Staliśmy tam może dwie godziny, nie mając żadnych wiadomości. Od zachodu dobiegało głuche dudnienie dalekiej kanonady.

W pewnym momencie od tamtej strony pojawiły się małe grupki żołnierzy, łączące się w większe gromady, idąc bezładnie, pospiesznie, prawie w popłochu.

– Coście za jedni? – pytaliśmy.

Odpowiadały nam krzyki:

– My z 2. Syberyjskiego, za nami walą kozacy! Rozbito nas. Uciekajcie!

– Stulcie mordy! – wrzasnąłem, widząc zaniepokojone twarze moich żołnierzy. – Idźcie dalej, do miasta, przez ten most.

Ale już w szeregi naszych żołnierzy wkradł się strach. Głowy ciągle zwracały się ku zachodowi, skąd nadal ciągnęły rozbite grupy żołnierzy naszego bratniego pułku. Pewną ulgę przyniósł nam widok kilku kompanii naszego pułku, które przybyły z miasta i rozsypały się tyralierą po prawej i lewej stronie szosy. Żołnierze zaczęli się okopywać od strony zachodniej.

Posypały się pogłoski i zgadywanki. Będziemy bronić miasta. Ciągnie na nas konny korpus Gaja. Jest w odwrocie spod Włocławka. Chce się przebić na wschód. Mamy za zadanie go powstrzymać! 

Powstrzymać? Cały korpus? Czym? Już 2. pułk znieśli. Rosnący niepokój sięgał gardeł. [...] Oficerów, którzy mogliby pouczyć, wytłumaczyć i serca dodać tym niedoświadczonym żołnierzom, pamiętającym jeszcze niedawną klęskę pod Borkowem – jak zwykle przy naszym oddziale nie było.

 

Dopiero koło południa zjawił się kapitan Trznadel i zakomenderował marsz z powrotem.

Przeszliśmy więc most i w odległości paruset metrów zapadliśmy na wzgórzach ciągnących się wzdłuż rzeki. Znajdował się tam cmentarz. Z tej wysokości mieliśmy całe przedpole jak na dłoni. Przed nami rozległa, lekko pofałdowana płaszczyzna ciągnąca się hen, ku granicy pruskiej. Po prawej stronie most, którego mieliśmy bronić. Za osłonę miały służyć nam kopce mogił i płyty nagrobkowe. Mijały minuty, przechodzące w godziny. Z bezchmurnego nieba lały się na nasze plecy gorące strugi promieni. Nagle nasza linia rozgrzechotała się ogniem karabinowym. Zaterkotało kilka karabinów maszynowych.

Zza pagórków wylały się masy bolszewickiej piechoty w gęstej tyralierze. Ale ogień naszej linii wstrzymał ją, zmieszał i rozbił. Wraże oddziały odpłynęły, zostawiając licznych zabitych i rannych.

Ale nie na długo. Zaczęła bić w nasze linie rosyjska artyleria, niewidoczna za wzgórzami. Rozszczekały się nieprzyjacielskie maszynki, przewyższające liczbą kilkakrotnie nasze kaemy, wyróżniając się wyższym i szybszym staccato.

W ślad za tym ruszył ponowny atak, również odparty.

Z naszego stanowiska na cmentarzu mieliśmy fantastyczny widok na cały teatr bitwy. Siadłem sobie wygodnie na jakimś wyższym nagrobku i patrzyłem, niepomny na gwiżdżące kule. Pochłaniał mnie groźny i wspaniały widok.

Fala za falą, chmary bolszewickich żołnierzy waliły na nasze pozycje, by rozbite, potargane w strzępy odpływać za osłonę wzgórz.

Raz i dwa szturmowały oddziały kawalerii, z podobnym skutkiem.

Ogień karabinów maszynowych z tamtej strony gęstniał, akompaniowało im kilkanaście (a może kilkadziesiąt) armat polowych.

A po naszej stronie? Nasza bateria (jedyna!) na moich oczach poszła w drzazgi, ogień karabinowy słabł (zacięcia magazynków, wyczerpywanie się amunicji). I nagle ruszyła kolejna nawała z wrzaskiem: „Uraaa!” – nasza linia pękła. Najpierw pojedynczo, potem grupkami nasi żołnierze zaczęli wyskakiwać z okopów i biec w stronę zbawczego mostu; niektórzy próbowali przedostać się przez rzekę w bród.

I wtedy wkroczył do akcji nasz oddziałek, rozłożony na cmentarzu. Nierównym, ale szybkim ogniem zatrzymał szarżującego nieprzyjaciela, umożliwiając naszym osiągnięcie domostw miasteczka.

 

Kiedy ostatni nasi żołnierze zniknęli z pola, zarządziłem (nie było nikogo starszego) odwrót. Przemknęliśmy przez uliczki i opłotki przedmieścia i znaleźliśmy się na odkrytej przestrzeni poza miastem. Przed nami w odległości paruset metrów ciągnęła się granica. Z tyłu i z lewej strony wysypywali się rosyjscy żołnierze. Wolną drogę mieliśmy tylko w prawo – na wschód wzdłuż granicy w kierunku niedalekiego boru. Tam też ruszyliśmy. Przed nami pole roiło się masą naszych uciekających żołnierzy. Nasz oddziałek postępował na końcu. Za nami goniła bolszewicka piechota oraz małe grupki kozaków.

Szliśmy, to znów biegliśmy małymi grupkami po trzech, pięciu, ostrzeliwując się ścigającym. Między nami znalazł się nagle dowódca batalionu kapitan Sztarejko, który kierował akcją obronną.

Dopuszczaliśmy kozaków na kilkadziesiąt metrów, a potem strzelaliśmy salwą, która chłodziła na jakiś czas ich zapędy. Oczywiście traciliśmy po drodze pojedynczych kolegów, zastrzelonych bądź zarąbanych, ale większość dotarła do lasu, gdzie nareszcie można było odetchnąć. Nieprzyjaciel nie ważył się ścigać nas w gęstwinie, tym bardziej że zapadał już zmrok.

Jak dowiedzieliśmy się później, gros ścigającej nas armii Gaja, bojąc się przebijać drogą przez las, przeszło granicę pruską i zostało tam internowane.

Trudne zadanie neutralizacji tej dużej armii naszymi skromnymi siłami zostało wypełnione.

Po tej bitwie nasze zadania były już bardzo łatwe. Ścigaliśmy uchodzącego nieprzyjaciela, który przeważnie nie stawiał oporu. I właśnie wtedy – co za ironia losu – zostałem ranny. Wprawdzie dość lekko, ale zawsze.

Leżeliśmy w polu, niedaleko Myszyńca. Pościg zatrzymał się, gdyż wróg okopał się na skraju lasu i ostrzeliwał mocno. Leżeliśmy tak parę godzin. Było gorąco i nudno. Rosyjska artyleria macała nas z rzadka szrapnelami.

 

Leżałem z chlebakiem pod głową, wpatrując się bezmyślnie w błękitne przedwieczorne niebo, aż zasnąłem. Obudził mnie huk i ból w lewej nodze. Spod skórzanej sztylpy ciekła krew.

Zdjąłem sztylpę, podwinąłem spodnie. Na zewnętrznej stronie, tuż nad kostką, do połowy zagłębiona w ciało siedziała – jak wiśnia – kulka szrapnelowa.

Ot, powierzchowna rana, zadrapanie. Nawet nie wołałem sanitariusza, lecz obmyłem ranę wodą z manierki i obwinąłem nogę bandażem. Trochę później ropiała, ale nie przeszkadzało mi to w chodzeniu.

Wkrótce potem skierowano nas na odpoczynek do Zambrowa, gdzie niektórzy z nas zostali wzięci do szkoły podoficerskiej. W tej liczbie znalazłem się i ja, awansowany wówczas na kaprala. Po dwóch tygodniach przeniesiono nas do Wyszkowa, skąd mieliśmy znów iść na front, jeśli tak można było nazwać marsz za coraz śpieszniej uchodzącym nieprzyjacielem. Ja jednak zostałem skierowany do Warszawy, gdyż nabawiłem się wysokiej gorączki i nie byłem zdolny do marszu.

W stolicy wylądowałem w szpitalu urządzonym w dawnym kinie „Colosseum” przy Nowym Świecie. Było mi cudownie. Opiekowały się nami dobroczynne panie, mną – ponadto siostry Łazęckie. Dostawaliśmy amerykańskie papierosy (właśnie w wojsku zacząłem palić), biszkopty, czekoladę.

Po dwóch tygodniach, zwolniony ze szpitala, pojechałem na „polski urlop” do Biłgoraja do rodziców. Dobrze mi było. Chodziłem w chwale bohatera. Dogadzano mi i pieszczono, co mnie trochę peszyło i krępowało. Nie uważałem, bym tak wiele zdziałał. Wszystko trwało tak krótko. A najbardziej bolało mnie, że zostałem wycofany z oddziałów nie z powodu rany, a choroby. [...]

Wtedy to napisałem taki wzniosły wiersz, który z wielkim trudem przypominam sobie obecnie, zatytułowany „Prawnuk hetmanów”:

 

O, nie w blasku srebrnego szyszaku,

nie w asyście żelaznych rycerzy, 

nie towarzysz pancernego znaku, 

ale w strzępach żołnierskiej odzieży,

ale z łuną piorunów na twarzy – 

dziś nad Wisłą stoję na straży!

I nie wiedzie mnie dzisiaj do sławy

miecz klejnotem rodowym zdobiony,

w ręku szczęka karabin mi rdzawy

i od wrażej krwi bagnet czerwony.

Z nim nad Wisłą czuwa nieodparcie,

prawnuk dawnych hetmanów na warcie!

 

(Czyżby zagrała w nim krew Rzewuskich?)

 

W Biłgoraju pozostawałem do świąt Bożego Narodzenia, po czym wróciłem do Łodzi, gdzie zostałem zdemobilizowany. Ale nie zdjąłem munduru, zresztą ślicznie przerobionego i dopasowanego w Biłgoraju, i w pełnej gali chodziłem do szkoły, szczycąc się dwiema kapralskimi belkami jako najstarszy szarżą w całej szkole. (Wówczas, bo później wracali ci, co poszli w 1918 roku, z których jeden dochrapał się nawet stopnia plutonowego).

Miałem mnóstwo zajęć, do matury zostało już tylko kilka miesięcy, a zaległości miałem ogromne. Gdyby nie mój mundur, mogłoby być kiepsko z matematyki, z którą byłem zawsze na bakier. No, ale czy można było oblać bohatera...

Mojego szczęścia nie była w stanie zakłócić nawet wiadomość, że Irka Królikowska wyszła za mąż, za kapitana, który całą wojnę spędził w Łodzi...

 

Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Życie mojego taty, wieloletniego zaprzysięgłego kawalera, obfitowało w liczne nawroty, kojarzące się z odrabianiem zaległych lekcji – czytamy więc w jego erotycznym wykazie:

 

Z Irką spotkaliśmy się ponownie w 1931 roku, kiedy rozpocząłem już karierę adwokacką. Była już rozwódką i przychodziła do mojej kancelarii. Teraz była zakochana bardziej niż za sztubackich czasów. Została moją kochanką, oddaną do szaleństwa.

Ale ja nie potrafiłem już z siebie wykrzesać silniejszego uczucia. Spotykaliśmy się jednak aż do 1939 roku.

 

 *

 

Jaka szkoda, Tato, że nie napisałeś wiele więcej. Że pewien żelaznego zdrowia tak późno zabrałeś się do spisywania wspomnień i dziś jestem skazany jedynie na strzępy, urywki i niedomówienia dotyczące Twojego interesującego życia czy szerzej – naszej rodziny. Prawie nic nie wiem o drugim z braci – Stefanie; kołacze mi się, że był wojskowym, że siedział w latach stalinowskich, jak przez mgłę pamiętam, że odwiedził nas w Wawrze i że miał wąsy, co na małym Marcinku wywarło wielkie wrażenie. Zresztą wkrótce zmarł w Rejowcu, a więc niedaleko Biłgoraja odgrywającego dużą rolę w rodzinie Wolskich, ale jak pamiętam, wiadomość przyszła zbyt późno, by udać się na pogrzeb. Wiem, że nie posiadał własnych dzieci, lecz jego żona miała jakieś potomstwo z poprzedniego małżeństwa. Nigdy jednak nie nawiązaliśmy kontaktu.

 

Wielokrotnie obiecywałem sobie wypytać mego stryjecznego brata Krzysztofa o losy jego ojca Zbyszka, który zginął w Oświęcimiu. Spotykaliśmy się za każdym razem, kiedy kabaretowe szlaki prowadziły mnie do Tarnowa, dokąd wyprowadził się spod krakowskiej Skawiny. Wysoki, ciepły, prawdopodobnie najbardziej zbliżony jest do „wzorca Wolskich”. Ja byłem niższy od mego ojca o dwa centymetry, mój syn ode mnie też o jakieś dwa... Najprawdopodobniej ta gałąź wyraźnie się kurczy. Po Krzysztofie, który zmarł bodajże w 2009 roku na tętniaka aorty, pozostał syn (też drągal) – Piotr, naukowiec w Krakowie, który dochował się córki, ale kontakty nasze też są raczej sporadyczne... Obaj kuzyni Krzyccy z Katowic przedwcześnie umarli...

 

Lata dwudzieste, lata czterdzieste

 

Ojciec nie uważał się za człowieka spełnionego. Lubił powtarzać, że „przypadek układa los człowieka”, i pewnie miał rację. Są ludzie, którzy mają zawsze z górki, loteria życia nie daje im losów pustych. W dodatku rodzą się we właściwym czasie. Pokolenia nas poprzedzające przeważnie takiej szansy nie miały. 

Krótkie międzywojnie, koszmarne lata okupacji, dość paskudny PRL...

Jak to kapitalnie ujął w swym wierszyku Marian Załucki:

 

Nigdy radości ponad miarę

Nie miało moje pokolenie...

Przed wojną za młode,

Dziś za stare,

A w międzyczasie –

Mieliśmy szkolenie.

 

U schyłku swego życia tata nie przestawał zadawać sobie pytania o sens swej egzystencji. Pisał posępnie: Nic po mnie nie zostanie, przeszedłem jak drobny meteor na nocnym niebie – nikły świetlisty ślad, smuga i już nic.

Nie potrafił się z tym pogodzić. W dodatku nie miał tej perspektywy, którą ludziom religijnym daje wiara. Tata utracił ją dość wcześnie. Należał do tego pokolenia polskiej inteligencji, które urzeczone „naukowym poglądem na świat” straciło wiarę, a co gorsza – nawet jej potrzebę. Ludzkości w swej pysze wydało się, że wie wszystko, że ewolucja jest w stanie wytłumaczyć powstanie życia, a historią rządzą prawa fizyki, chemii i biologii.

Zapewne gdyby pożył dłużej, doczekał polskiego Papieża, upadku komunizmu (w 1989 roku miałby przecież zaledwie 88 lat), ów naukowy światopogląd uległby skruszeniu.

Wielcy ateiści w naszych czasach powracają do Boga z tego samego powodu, dla którego się od Niego oddalili. Nauka, która kiedyś odepchnęła ich od metafizyki, teraz dowodzi, że bez Ducha świat nie tylko nie mógłby powstać, ale także istnieć. Wybitny angielski filozof Anthony Flew całe dorosłe życie poświęcił na dowodzenie, że Bóg nie istnieje. Zbudował na tym swoją karierę. Dopiero na starość stwierdził, jak bardzo się mylił.

Wiem, że tata cierpiał z powodu swej niewiary. Ale nie potrafił tego zmienić. Będąc w obozie koncentracyjnym, kiedy każdy dzień mógł być ostatnim, zazdrościł wierzącym – ci mieli pociechę, perspektywę, ich egzystencja miała sens.

On nie potrafił. Ale szukał. I wierząc w Miłosierdzie Pana, liczę, modląc się za mego tatę, że w ostatecznym rozrachunku zostało mu to policzone.

 

Było coś w naszej rodzinie, że marzenia jednego pokolenia realizowały się dopiero w kolejnym. Dziadek notariusz – marzył o karierze adwokata, tata – wzięty prawnik – chciał być pisarzem. I pewnie mógł nim być. Obdarzony wieloma zdolnościami, których tylko wypada mu pozazdrościć, mógł zostać sportowcem, politykiem, pisarzem, może nawet aktorem. W odróżnieniu ode mnie miał doskonały słuch i pięknie śpiewał! Do dziś dźwięczy mi w uchu jego głos i piosenka Feniculi, Feniculá, na której melodię ułożył swój harcerski hymn. 

Na ile wynikało to z przypadku, na ile z własnego zaniechania?

Zacznijmy od sportu. Był doskonale zapowiadającym się biegaczem, pływakiem i tenisistą, wybornie strzelał, jeździł konno... Kilku kolegów, z którymi za młodu wygrywał – na przykład wybitny biegacz Stefan Kostrzewski – zrobiło wielkie kariery. W tej dziedzinie na pewno przeszkodził memu tacie pech. W roku 1921 dostał przepukliny. Wskutek wyraźnego sprzeciwu matki długo nie decydował się na operację. Babcia Stasia całkiem niedawno straciła siostrę i szwagra w trakcie zabiegów chirurgicznych i kategorycznie nie zgadzała się na zabieg. Ojciec poddał się operacji, zresztą bez jej wiedzy, dopiero w pięć lat później. Ale wtedy kariera sportowa nie wchodziła w grę...

Ale inne dziedziny? Przed młodym studentem Uniwersytetu Warszawskiego, niezwykle zdolnym, o błyskotliwej inteligencji i nadzwyczajnej pamięci (pamiętam, jak po latach, kibicując moim pierwszym krokom w brydżu, potrafił omawiać kilkanaście rozdań wstecz i ukazywać mi moje błędy) – świat stał otworem. Może gdyby nie spotkał na swojej drodze diabła, który otworzył przed nim uroki „łatwego życia”...

Zaraz na początku studiów zaprzyjaźnił się z niejakim Henrykiem Kochanem, synem Polaka i Niemki, wychowanym w Rydze, starszym od siebie o trzy lub cztery lata, byłym oficerem carskim i białogwardzistą u Denikina, ewakuowanym z Odessy przez Konstantynopol do Polski.

Zgrabny, przystojny i niesłychanie pewny siebie Kochan robił ogromne wrażenie na młodym studencie, który całkiem niedawno nosił mundurek harcerski i mógł pochwalić się jedynie „krótką wojaczką”. Pierwszy dorosły garnitur na przyjazd do Warszawy uszył mu dopiero żydowski krawiec z Biłgoraja.

Henryk imponował tacie niesłychanie – swoją swobodą, a zwłaszcza powodzeniem u kobiet. Nie był natomiast intelektualistą i jak twierdził mój ojciec, nie był nawet inteligentny. W tej dziedzinie nie dorastał mu nawet do pięt. Być może właśnie te dopełniające się właściwości związały ich tak silnie, że praktycznie stali się nierozłączni. Pisał mój ojciec:

 

Pod jego wpływem zmieniłem się gruntownie. Odsunąłem się od dawnego towarzystwa łodzian, nauczyłem się systematycznie palić i pić. Dużo pić! Wzorując się na moim „mistrzu”, starałem się być dandysem i przybrałem pozę zblazowanego światowca. Zamiast chodzić na wykłady, wylegiwałem się w łóżku, a po południu łaziliśmy z Heńkiem po kawiarniach i knajpach oraz dansingach. Tak straciłem pierwszy rok studiów i w ogóle nie przystąpiłem do rocznych egzaminów.

Dobrze, że wrodzona sumienność i poczucie obowiązku zwyciężyły wrodzone lenistwo na tyle, że później rok po roku zdawałem wszystkie egzaminy i w czerwcu 1926 uzyskałem dyplom. 

 

(Miesiąc wcześniej przeżył swój drugi epizod militarny, w ramach pospolitego ruszenia akademickiego, broniąc Warszawskich Filtrów przed wojskami wiernymi Piłsudskiemu).

 

Zaszczepiony nałóg jednak we mnie pozostał. W ciągu lat aplikacji sądowej prowadziłem nadal „światowe życie”, tyle że rzadziej w towarzystwie Heńka Kochana, ale za to z Jankiem Kiwerskim i Romanem Ługowskim.

Pomału traciłem swoją wrodzoną wrażliwość, skłonność do filozoficznych rozmyślań. Może jakaś silna pasja mogłaby mnie zatrzymać na tej pochyłości, ożywić zasypiające już wartości. Praca mnie specjalnie nie absorbowała, zakochać się też nie umiałem...

 

Tego, że ta przestrzeń nie była jednak pusta, dowodzą notatki taty. Chociaż więcej w nich niespełnień niż spełnień, a i te realizowane przeważnie poniewczasie nie mają smaku świeżości, jaki daje miłość od pierwszego wejrzenia, ukoronowana w tradycyjny sposób. 

Nie zamierzam podawać pełnego zestawienia jego podbojów. W oczy rzucają się jednak dwie kategorie szczególnie przez ojca preferowane – pierwsza to tancerki z nocnych lokali, które charakteryzuje tyleż dosadnie, co smacznie: 

 

Hanka – „tancerka wschodnia”. Typ Cyganki. Smagła, zgrabna. Prześliczne piersi (tańczyła z odkrytym biustem). Wyróżniała mnie spośród innych i oddawała się chętnie i bezinteresownie.

Jasia – tancerka w „Tabarinie”. Młodziutkie, ledwie rozwinięte dziewczątko. Podobno byłem jej pierwszym mężczyzną, jeśli nie liczyć młodego Celmajstra, który z urzędu rozprawiczał wszystkie młode dziewczyny. [...] Gdy wyjechała z Łodzi, pisywała tęskne listy. Prosiła, bym jej przysłał fotografię, żeby mogła patrzeć „choćby na martwego Jureczka”.

Bianca Valdis. Filigranowa, bajecznie zgrabna. Nazywałem ja Białą Murzynką, gdyż reprezentowała negroidalny typ przy bardzo jasnych (pewnie odbarwionych) włosach. Fascynowały mnie jej ogromne, czarne, dziwnie dalekie sprawom świata oczy i przedziwne usta z wyrazem prowokacyjno-pożądliwym...

 

Do drugiej kategorii należały mężatki, przeważnie młode, atrakcyjne Żydówki wydane za starszawych kupców i fabrykantów, którym imponował przystojny goj intelektualista. Większość z nich nie przeżyła okupacji. Jak Sita P., z którą tata spotykał się w Warszawie w pierwszym okresie okupacji. Ukrywała się po aryjskiej stronie, niestety na skutek donosu została zabrana przez żandarmów. Rano znaleziono ją martwą pod murem getta...

Tata wielokrotnie użalał się nad swoim pechem. Można jednak powiedzieć, że prowadził życie dość rozrywkowe. 

Już w trakcie pisania niniejszej pracy natrafiłem na nieznany mi wcześniej fragment jego pamiętników. Luźne kartki (w sumie 83) z dwoma rozdziałami – „Moi nauczyciele i wychowawcy” oraz „Lata dojrzałe” – pisanymi przez tatę najwyraźniej w ostatnim roku przed śmiercią. Pierwszy rozdział, jako traktujący o ludziach dawno nieżyjących, bez większego wpływu na niniejszą opowieść, pominę (może wykorzystam kiedyś, jeśli będę chciał pisać powieść z życia uczniów pierwszej połowy ubiegłego stulecia). 

Za to ten drugi, obszerniejszy, poświęcony ówczesnej palestrze, przynosi mnóstwo ciekawych informacji o życiu mego ojca, a nadto przekazuje sporo fascynującego klimatu międzywojnia.

W czerwcu 1929 roku wkroczyłem w nowy ważny okres życia. Ukończyłem właśnie aplikację sądową i złożyłem egzamin sędziowski – zaczyna tata. Dzięki sędziemu Malinowskiemu, kierownikowi piątego rewiru śledczego miasta stołecznego Warszawy, ma nadzieję na pozostanie w stolicy. Jest wakat w rewirze śledczym i wszystko zależy od prezesa Sądu Apelacyjnego Supińskiego, późniejszego ministra sprawiedliwości. Ojciec stawia się na placu Krasińskich, gdzie przyjmuje go sam prezes.

 

– Sprawa jest trochę kłopotliwa, gdyż obiecałem sędziemu Malinowskiemu, że otrzymacie etat tutaj w Warszawie. Sędzia Malinowski mówił o was z dużym uznaniem... Niestety wpłynęła inna kandydatura... próbowałem... ale, rozumiecie, ja nie zawsze mogę uczynić, co bym chciał.

 

W praktyce oznacza to zamiast posady w stolicy wyjazd do Sądu Okręgowego w Białej Podlaskiej, gdzie prezesem był podówczas Ludwik Karnowski. Jednak nie najgorzej. Towarzystwo rozrywkowe, duży garnizon, wyjazdy na weekendy do Warszawy, gdzie dawnym mieszkaniem opiekował się najmłodszy z braci Wolskich – Zbyszek. Potem młodemu asesorowi trafił się awans na pełniącego obowiązki kierownika sądu w Międzyrzeczu, czy raczej zesłanie do tej dziury, z mnóstwem spraw dotyczących podziałów ziemskich. Locum stanowił obskurny pokoik sublokatorski, do którego wchodziło się przez kuchnię.

 

Gospodarzem był starozakonny sklepikarz, chodzący w chałacie. Dziwne mi się wydało, że nie można mi było znaleźć przyzwoitszego locum i nie u Żyda, ale sekretarz mi wyjaśnił, że nie ma żadnego wyboru, bo „w Międzyrzeczu nie-Żydów nie ma”.

I rzeczywiście tak było. Międzyrzecz Podlaski był wówczas sporym miastem liczącym około 12 tysięcy mieszkańców, prawie wyłącznie Żydów. No bo księdza proboszcza, notariusza i tych kilku strażaków i policjantów można było nie liczyć. Zresztą miasto było dość schludne i zamożne, gdyż stanowiło na cały kraj centralę handlu szczeciną. Zamożność objawiała się w fakcie, że wszystkie domy były murowane, jedno- i dwupiętrowe, całe malowane olejną farbą.

Drugą jego osobliwością było, że duża część mieszkańców nie znała polskiego języka i z tego powodu w sądzie stale urzędował tłumacz z żydowskiego i rabin – do odbierania przysięgi. Pamiętam do dziś rotę tej przysięgi, oczywiście po polsku: „Przysięgam na Boga Adonai, Boga Izraela, że będę mówił szczerą prawdę i nie ukryję nic z tego, co jest mi wiadome, ani z przyjaźni, ani z nienawiści, ani z chęci zysku, ani ze strachu”.

Tak jak wielu obywateli tego miasta nie znało polskiego, tak prawie wszyscy z nielicznych Polaków znali żydowski. Na własne oczy widziałem, jak z podwórka wybiegła młoda kobieta, ewidentna Polka (prawdopodobnie służąca), wołając na dzieciaka, który bawił się na ulicy: „Józek, kim no, sznella!”.

 

Praca, mnóstwo spraw, wszystko to stanowiło dla ojca solidną lekcję życia. Przerażający był obraz społeczny widoczny z perspektywy sądu:

 

Zażarta walka o te liche podlaskie morgi. No i straszliwa śmiertelność, która bardzo utrudniała rozstrzyganie spraw działowych. [...] Niektórzy spadkobiercy umierali, na ich miejsce wchodzili inni, i to w różnych stopniach. I kołomyjka zaczynała się od początku.

Pamiętam jedną taką sprawę – koszmar. Ciągnęła się przez kilkanaście lat, w ciągu których kilka pokoleń wymarło i działy liczyły się już w tysięcznych częściach schedy. Byłem wstrząśnięty, ale sekretarz zapewnił mnie, że takich spraw są setki: „Naród tu ciemny, biedny, to i krótko żyje. Mało kto, panie sędzio, do starości doczeka!”.

Życie płynęło w Międzyrzeczu spokojnie i monotonnie. Jedyną rozrywką były kolacje u miejscowego rejenta, zasuszonego staruszka, który bardzo lubił grać w szachy. Bardzo to lubił, niestety – nie umiał. Tata odwrotnie – nie przepadał, ale zawsze wygrywał, chyba że z litości odpuścił jakąś partię. Po latach i mnie nauczył reguł, ale szczególnego upodobania nie przekazał.

Czasami chodził do miejscowego kina. Pouczająca była pierwsza wizyta:

 

Wykupiłem bilet za kilkadziesiąt groszy. Ponieważ pozostało jeszcze kilka minut do rozpoczęcia seansu, wyszedłem na ulicę wypalić papierosa. Czas ten urozmaicałem sobie pogawędką z naczelnikiem policji. W pewnej chwili zauważyłem, że upłynęło już ze dwadzieścia minut, a seansu nie zaczynają. Zapytałem więc komendanta o przyczynę spóźnienia.

– Oni, panie sędzio, czekają, aż pan wejdzie do środka.

Taka to była ważna osobistość – sędzia pokoju.

 

Raz w tygodniu tata wyjeżdżał do Białej, by – jak mówił – wreszcie zobaczyć ludzi i nacieszyć się kulturalną rozmową. Kiedyś zaobserwował ciekawe zjawisko:

 

Na przystanku zebrało się wyjątkowo mało pasażerów. W szczególności brakowało przeważającego zawsze, rozszwargotanego tłumku żydowskich handlarzy. Zauważyłem zaledwie dwóch albo trzech, przy czym każdy miał pod pachą jakieś nieduże zawiniątko. Co jeszcze bardziej mnie uderzyło: po wejściu do wnętrza autobusu każdy z tych starozakonnych kładł to zawiniątko na siedzeniu, po czym sadowił się na nim jak kura na jajach.

Zaintrygowany zapytałem kierowcę.

– No bo dziś piątek i nadchodzi wieczór, panie sędzio.

– No to co?

– Szabas! – Widząc, że w dalszym ciągu nie pojmuję, dodał: – Oni jadą na wodzie.

– Jak to: na wodzie? Nie pojmuję.

– Panie sędzio, wiara żydowska nie pozwala podróżować w szabas. Chyba że są na morzu. No bo jak wysiąść z okrętu...? Na morzu to znaczy na wodzie. No to nalewają wody do buteleczek i siadają na nich. Są na wodzie i już mogą jechać, i jeszcze parę interesów załatwić. Teraz pan sędzia rozumie. Jidische kepełe!

 

Tymczasem w grudniu 1929 roku tata został wezwany do Warszawy. Prezes Leon Supiński dotrzymał słowa, proponując pełniącego obowiązki podprokuratora w Warszawie lub pełnego sędziego grodzkiego w Łodzi (akurat wtedy przemianowano sądy pokoju na grodzkie). Ojciec wybrał Łódź, miasto, w którym się wychował. Dwa tygodnie zmitrężył, likwidując swoje sprawy na Podlasiu, po czym wpadł na rodzinne święta do Biłgoraja. Przyjęto go tam z radością i dumą.

 

Ojciec, który tak wiele lat pracował w notariacie, nie mając nawet studiów uniwersyteckich, widział we mnie ucieleśnienie wszystkich swoich tęsknot i marzeń. Widział już we mnie swego następcę w przyszłości (niewiele brakowało, żeby się to urzeczywistniło). Byłem dla rodziców tym synem, który najmniej hołubiony wspiął się najwyżej...

 

W Łodzi tata doskonale zaadaptował się w nowym środowisku, zyskał sympatię swego kierownika sędziego Łuczyńskiego, prawnika doświadczonego, choć bez wyższego wykształcenia (zastępowały je stosowne egzaminy). Była to praktyka jeszcze z czasów rosyjskich. Pisał tata:

 

Kiedy siedziałem za stołem sędziowskim, czułem, że jestem ramieniem sprawiedliwości wymierzanej w imieniu Państwa i że w tym momencie nie ma nade mną władzy nikt, ani minister, ani premier, ani nawet prezydent.

 

Będąc z natury dosyć szybki, zwykle już o czternastej był wolny. Zarabiał nieźle:450 złotych plus dodatek kwartalny, dodatkowo ojciec dodał mu jeszcze trzy stówy. Mógł się bawić, co – jak pisałem – lubił.

Zamieszkał w pokoju podnajętym u swego kolegi podprokuratora Deczyńskiego. Z osobnym wejściem, na Narutowicza 1, nad restauracją, z której posiłki można było zamawiać do pokoju. Przez Deczyńskiego wszedł w towarzystwo kupiecko-inteligenckie. Odnowił dawne kontakty z dzieciństwa.

Wielu starszych kolegów porobiło już kariery adwokackie. Grał w tenisa, jeździł do Zgierza, gdzie na krytym basenie zaczął trenować skoki do wody. Pod koniec 1930 roku zaczął bywać w Klubie Prawników przy Piotrkowskiej 81 czy 83, gdzie co piątek od ósmej grywało się w karty, przeważnie w chemin de fer lub pokera; był tam też nieźle zaopatrzony bufet, prowadzony przez woźnego sądowego z żoną. Ojciec preferował brydża, ale kiedy nie udało się złożyć „czwórki”, przyglądał się prawdziwym hazardzistom. Grano przy dwóch stołach. Przy mniejszym grali młodsi adwokaci, stawki były dużo niższe, a sama gra kończyła się o jedenastej wieczorem. Przy większym z reguły zasiadali znakomici adwokaci: słynny Stefan Kobylański, Piotr Kon, Stefan Cygański, Dyonizy Friedman, Stefan Angersztajn... 

 

Tutaj grało się grubo: wygrane i przegrane szły w dziesiątki tysięcy złotych. Gra z reguły przeciągała się do rana, tak że aplikanci lub sekretarze niejednokrotnie musieli prawie siłą wyciągać swoich patronów z Klubu, gdyż ich sprawa wchodziła już pod obrady sądu. Zdarzało się niekiedy, że gra zaczęta w piątek kończyła się dopiero w niedzielę.

 

Wśród różnych anegdot warta jest przytoczenia opowieść ilustrująca klimat tamtych gier. Oto po trwającej całą noc rozgrywce, która przedłużyła się aż do popołudnia, Kobylański ograł wszystkich do ostatniego grosza.

Już wychodzili, kiedy Dyonizy Friedman znalazł w kieszeni płaszcza zapomniane 100 złotych. I zaproponował dalszą grę. Chytrość zwyciężyła rozsądek. „Kobyła” nie tylko usiadł do gry, ale pożyczył trzeciemu partnerowi Konowi też 100 złotych, „żeby miał czym grać”. Więc grali. Karta się odmieniła. Kobylański przegrał nie tylko całą wygraną – 32 tysiące, ale jeszcze musiał dołożyć osiem tysięcy własnych. Majątek!

Wspomniany Kon przewija się często w opowieści taty.

Dobrze po sześćdziesiątce, drobny, brzydki, pomarszczony, z łysą głową jak kula bilardowa, żył w samotności z resztek kurczącej się praktyki i z jakichś tam dawniejszych zasobów. Z żoną był się rozszedł, jedyny syn – nicpoń, pijak i dziwkarz żył z naciągania ojca i jego przyjaciół z bogatych sfer żydowskich. Ot, ułożyło mi się życie – mawiał – żona k...wa, syn alfons. Jego opowieści przeszły do legendy. Jak ta.

 

Graliśmy grubo. Ja właśnie trzymałem bank. Przeszedłem pięć rąk i w puli było około dwóch tysięcy. Następną ręką był Zygmunt... Nazwiska wolę nie wymieniać. To był twardy gracz. Bardzo spokojny, siedział zgarbiony nad stołem, podpierając policzek lewą ręką, Dałem mu dwie karty, które podniósł prawą ręką, przelotnie rzucił na nie okiem i położył na stole. Ja filowałem swoje, miałem szóstkę i waleta, więc pytam go o „kartę”. A jemu głowa osunęła się trochę. Wziąłem to za skinienie i rzuciłem trzecią kartę. A on nic. Milczy, nie rusza się. Więc ktoś go dotknął, a Zygmunt leci z krzesła. Trup. Zrobiło się wielkie zamieszanie, ale ja spojrzałem w jego karty. Miał dwójkę i trójkę, a trzecią kartą była czwórka... Trup wygrał! Uczciwości słowo, proszę panów, wypłaciłem wdowie wygraną co do grosza...

 

Uczciwość uczciwością, ale język miewał niewyparzony. Kiedyś na Piotrkowskiej, przy ich ulubionym lokalu, pękła rura kanalizacyjna i fetor dotarł do kawiarni. Właściciel z rozpaczy postanowił rozpylać w powietrzu wodę leśną, po czym zbliżywszy się do stolika mecenasów, zapytał: – No i co? Lepiej teraz? – O tak! – zawołał Kon. – Zupełnie jakby ktoś w lesie nasrał!

Osobą szczególnie ojca fascynującą był mecenas Stefan Kobylański, o którym mawiano, że byłby chlubą polskiej palestry, gdyby nie był jej zakałą.

„Kobyła” był brudny. I to zarówno w sensie fizycznym, jak i moralnym. Niewysoki, otyły, z ogromną, okrągłą jak bila głową porosłą rzadką szczeciną, był wprost niechlujny. Czy golił się – nie wiadomo. Fakt, że jego zarost wyglądał zawsze na tygodniowy. Jego bielizna zawsze była brudna, nawet gdy ją zmieniał. Piotr Kon żartował: – Ciekawe, kto nosi jego czyste koszule. – Jego spodnie nie były prasowane, a marynarki nosiły plamy wszystkich posiłków, które jadł w ciągu wielu ostatnich lat. Poza tym był do obrzydlistwa chciwy na pieniądze. Przeważnie bywał pijany, ale w pełni świadom swych czynności i czujny, że nie daj Boże usiłować go oszukać, choćby dla żartu. 

Na dobrą sprawę ani razu nie widziałem go trzeźwego. Jakoś jednak nie przeszkadzało to mu w jego zawodzie. A praktykę miał ogromną. Przyjmował wszystkie sprawy, choćby najbardziej śmierdzące i niesłuszne, byle dobrze płatne. Nie kierował się żadną etyką, tym bardziej zawodową, i chwytał się najbardziej krętych kruczków dla wygrania złej sprawy.

 

Tu ojciec opisał jeden z majstersztyków. Do Kobylańskiego zgłosił się zamożny żydowski kupiec. Posiadał dużo dolarów i chciał je wysłać do Niemiec.

Roli kuriera podjął się syn. Niestety, na granicy złapali go celnicy. Syn wylądował w areszcie, a pieniądze przepadły. Kupiec był w rozpaczy.

 

– Teraz ja jestem komplet zrujnowany. Tyle dolary. Plajta!

„Kobyła” myślał bardzo krótko.

– Gdzie syn siedzi?

– W Zbąszyniu.

– Idź pan zaraz do swego komisariatu policji zamelduj, że syn pana okradł na tyle i tyle dolarów i zniknął.

– Co ja mam mego syna oskarżać? Przecież on nic nie ukradł!

– Niech pan robi, jak ja mówię! Tak będzie dobrze... Jak syna sprowadzą do Łodzi, pan oświadczy, że cofa wniosek o ukaranie, że pan mu przebacza. Ponieważ kradzież w rodzinie jest przestępstwem ściganym na wniosek pokrzywdzonego, wobec cofnięcia przez pana wniosku sprawa musi zostać umorzona, a syna zwolnią...

– Oj, to dobrze – ucieszył się kupiec – ale co z dolarami? Oni je skonfiskują! Taka strata!

– Bądź pan spokojny, to pańskie dolary i pan nie próbował ich przemycić. Sprawy nie ma i dolary wrócą do pana.

 

I tak się stało. Można tylko powiedzieć, że bohater opowieści taty niezwykle przydałby się w naszej Trzeciej Najjaśniejszej.

Innym razem kompletnie pijany mecenas prowadził sprawę cywilną przed sądem okręgowym.

 

Mówił z wielką swadą i przekonaniem przez dobry kwadrans, kiedy wbiegł jego zaufany sekretarz, a zarazem naganiacz, z racji uschniętej ręki zwany „Rączką”. Ujrzawszy swego patrona przy pulpicie powoda, podbiegł do niego i zaczął mu coś gwałtownie tłumaczyć do ucha. „Kobyła” odsunął go na bok i rzekł głośno:

– To wszystko powiedziałbym, Wysoki Sądzie, gdybym reprezentował powoda w tej sprawie, ale że bronię pozwanego, to muszę ukazać prawdziwy faktyczny i prawny aspekt tej sprawy. – To mówiąc, przeszedł na drugą stronę do pulpitu pozwanego i dzięki godzinnej przemowie postawił na swoim.

 

Ramy pracy nie pozwalają na zacytowanie wszystkiego, muszę jednak przyznać, że obrazy rysowane przez mego ojca są niezwykle sugestywne, tak że wśród kłębów papierosowego dymu i oparów alkoholowych nieomal widzę tych koryfeuszów łódzkiej palestry, kreślonych ledwie paru pociągnięciami długopisu. Łysawego tłuściocha Dyzia Friedmana z grubą, obwisłą wargą – istne uosobienie żydowskiego bankiera. I wyszukanie wytwornego Stefana Cygańskiego, „zrobionego na Anglika”, i niezwykle spokojnego przy grze Edwarda Angersztajna (mógł być spokojny jako spowinowacony z rodziną Wedlów). Natomiast adwokat Natan Grynberg przegrywał pieniądze swojej bogatej (i bardzo brzydkiej) żony, mocno denerwując się, kiedy mu karta nie szła.

Komplet uzupełniali mały, zapalczywy, czerwony na twarzy i siwy na głowie sędzia Józef Kozłowski i „zamożny z domu” Arno Dalig – przystojniak z hiszpańską bródką. Szkoda, że ojciec nie napisał, co się z nimi potem stało...

On sam preferował brydża, ale jak raz siadł do „baka”, wygrał dwa tysiące złotych, co pozwoliło mu na luksusowy wypad do Warszawy, gdzie ciągle posiadał mieszkanie (Zbyszek akurat bawił w Biłgoraju).

Tu mój ojciec uchylał rąbka bardziej frywolnej strony ówczesnego życia:

 

Chwalić się nie ma czym, ale gwoli prawdzie muszę napisać o moich wizytach w konkurencyjnych „stajniach” Stefana Wilanowskiego i Tadka Lipińskiego.

Obaj byli adwokatami, zasobnymi kawalerami i bardzo lubili „dziewczynki”, nie żądając od nich ani klasy, ani inteligencji. [...]

Przychodziłem do Stefana po godzinie dziewiętnastej, czyli po zakończeniu przyjęć klientów. Z reguły był już sam – robił ostatnie notatki i liczył pieniądze zarobione tego dnia. Przeważnie było tego sporo. Potem przechodziliśmy z gabinetu do dalszych pokojów. W jadalni wielki stół zastawiony był jedzeniem i napojami.

I wtedy zaczynały przychodzić kobiety. Nie były to „hrabiny”, tyle że młode i niebrzydkie. Sfera drobno (bardzo drobno) mieszczańska i robotnicza. Nie przychodziły na zarobek, o nie, to nie były prostytutki, przychodziły zabawić się, zjeść, wypić, potańczyć i pokochać się. Oczywiście gdy znalazły w swej torebce parę pończoch czy srebrną dziesięciozłotówkę, były bardzo zadowolone, ale nie był to warunek sine qua non. Zwykle przychodziły po dwie lub trzy. Coś się zjadło, więcej wypiło, a później – pary rozchodziły się po pokojach.

I tak było prawie codziennie. Dziewczyny zmieniały się, każda po paru wizytach przyprowadzała swoją koleżankę, a sama znikała wkrótce z horyzontu...

 

Niewiele brakowało, aby ojciec już wtedy przeszedł z sędziostwa do adwokatury i został wspólnikiem Wilanowskiego.

– Widzisz, bracie – mówił, pokazując mi swoją książkę wpływów – dzień w dzień leci 100–200 albo więcej. Klienci pchają się drzwiami i oknami i ja już nie daję rady. Będziesz miał u mnie trzy, cztery tysiące, zobaczysz.

 

Ojciec nie skorzystał, jakiś czas zwlekał z odpowiedzią, czekając, aż minie dwuletni okres służby sędziowskiej. Nie miał do Wilanowskiego zaufania. W środowisku ten wychowanek Kobylańskiego miał opinię spryciarza, ale i kanciarza. Miał dużą praktykę, ale nie miał talentu swego patrona. Ot, mały cwaniaczek i kauzyperda z dużym tupetem! – puentuje ojciec.

A o drugiej stajni – u Lipińskiego – tak wspomina:

 

Bywałem z reguły wzywany rozpaczliwym telefonem: „Jurek, przyjeżdżaj zaraz, bo ja sam nie dam rady. Jest ich cztery!”.

 

Po przyjeździe do Łodzi tata prowadził się nieco lepiej i kulturalniej. Zyskał tam dwóch przyjaciół. Adwokat Zygmunt Frydman, inteligent w trzecim czy czwartym pokoleniu, pochodził z zasymilowanej rodziny żydowskiej. Inteligentny, błyskotliwy, o wielu zainteresowaniach, obdarzony ogromnym poczuciem humoru. W dodatku pod maską cynizmu krył dobre serce i wiele życzliwości dla ludzi. Drugi – Olek Rozenholc, syn drobnego fabrykanta, inteligent w pierwszym pokoleniu, nie był typem intelektualisty. Wysoki, potężnie zbudowany, mimo że nie grzeszył urodą – był rudy, łysawy i piegowaty – miał ogromne powodzenie u kobiet. I chętnie je wykorzystywał.

I tak we trójkę grasowali po łódzkiej „ziemi obiecanej” – kawiarnie, kina, teatry, kabarety... W sezonie letnim ojciec uprawiał tenis i skoki do wody na pływalni ŁKS-u.

W 1931 roku tata postanowił pożegnać się z pracą w charakterze sędziego. Nie chodziło tylko o zarobki. Był entuzjastą swego zawodu, a poczucie całkowitej niezależności, wraz ze świadomością, że wymierza sprawiedliwość i usuwa krzywdę, dawało mu bardzo dużo satysfakcji.

Niestety, na gmachu sprawiedliwości pojawiły się pierwsze rysy. Jak wspomina ojciec:

 

Ówczesny minister sprawiedliwości Stanisław Car przeprowadził ustawę, która pozwalała w konkretnych przypadkach, „dla dobra służby”, przenosić sędziego do innej miejscowości. Przypominało to carską (tym razem przez małe „c”) instytucję zsyłki w „oddalionnyje gubiernii gosudarstwa”.

 

Jednak zmiana pracy, wskutek obstrukcji nieżyczliwego ojcu prezesa Bełżyńskiego, przeciągnęła się o pół roku, a Wilanowski w międzyczasie musiał znaleźć innego wspólnika.

Tata został na lodzie bez wspólnika, bez lokalu i bez klienteli. Nie miał odpowiednich kontaktów, nawet takich, jakie mogłyby wynikać z wcześniejszej pracy w prokuraturze bądź w sądach karnych.

Pozostało znaleźć wspólnika. Okazał się nim Stefan Łukasiewicz, kolega starszych braci ojca. Odstąpił on część swego lokalu przy Piotrkowskiej 99, z biurkiem, szafą i krzesłami, w zamian za połowę zarobków (sic!). Łachmaniarska klientela, naganiacz, łobuz, ale od czegoś trzeba było zacząć. Sprawy były drobne, głównie o komorne i eksmisje, zarobki marne, obciążone haraczem dla wspólnika.

Stosunki wzajemne były coraz gorsze, na dodatek umarł mój dziadek Franciszek, do tej pory wspomagający syna. Na szczęście pojawiła się propozycja współpracy w kancelarii liczącego się adwokata Bolesława Jasińskiego, który dostał właśnie nadzór nad upadłością Widzewskiej Manufaktury i potrzebował kogoś do zajęć codziennych.

Mimo to początki były ciężkie: tata nie miał nawet sekretarki, sam musiał pisać na maszynie (jedynym przedmiocie odziedziczonym po ojcu), a praktyka rozwijała się bardzo powoli. Często nie starczało na obiad. Niedostatek sprawił, że kiedy pojawiła się kobieta – Marysia, piękna żona ziemianina z Kujaw – i wykazała (właśnie zamierzała się rozwieść) wielkie zainteresowanie moim ojcem, tata, jako człowiek odpowiedzialny, nie mógł się zdeklarować. Jakże pięknie o niej pisał:

 

Była chyba najpiękniejszą kobietą, jaką w swym życiu spotkałem. Niewysoka i drobna, o pięknych, czarnych, lśniących włosach, gładko uczesanych i ściągniętych w grecki węzeł na karku. Rysy miała klasyczne, cerę smagłą, cudowny nosek i przepiękne, pełne usta (dolna warga zawsze jakby nieco nabrzmiała...), pełne równiutkich białych ząbków. I dołeczki w policzkach, i niski pieszczotliwy głos.

Jej oczy wymagałyby oddzielnego poematu. Ogromne, granatowe, w gęstwinie czarnych, długich rzęs wydawały się czarne. A poza tym miła, wesoła i inteligentna...

 

Bardzo długo żałował, że mimo wszystko nie zaryzykował oświadczyn, chociaż proza życia ciągle przedstawiała się kiepsko: prowadzone sprawy były to głównie „komornianki” i „eksmitówki”, rzadziej – „pyskówki”. Klientela wywodziła się z peryferii miasta. W lwiej części byli to robotnicy, wysłużeni tkacze z wielkich zakładów włókienniczych: Scheiblera i Grohmana, Poznańskich, Geyera, Kunitzera, Widzewskiej Manufaktury itp. Budowali oni sobie na przedmieściach domki z wieloma pokojami na wynajem i mogli żyć z komornego na starość, pod warunkiem że potrafili je wyegzekwować.

W roku 1932 sytuacja nieco się poprawiła, ale niewiele, a w 1933 przyjechała na stałe do Łodzi babcia Stanisława.

Dwa lata wcześniej, po śmierci męża, zlikwidowała wszystkie sprawy w Biłgoraju i przeniosła się do Warszawy, by zaopiekować się swym najmłodszym synem, który studiował w SGH. Kupiła dla niego trzypokojowe mieszkanie, odnajmując jedną izbę studentom.

Tyle że – jak wspomina tata – z tym studiowaniem nie było dobrze. Zbyszek studiował raczej w kawiarniach i restauracjach. Rezultat był taki, że po sześciu latach studiów nie miał ani jednego zaliczonego roku. Całe szczęście, że zakochał się bez pamięci w siostrze jednego ze studentów sublokatorów, też studentce, pannie Halinie Jachimczyk. Chciał się natychmiast żenić. Ale rodzice wybranki stanęli okoniem. Postawili twarde warunki: owszem, ale po uzyskaniu dyplomu. A ponieważ nie było widoków, żeby Zbyszek w dotychczasowym środowisku mógł naprawdę poświęcić się nauce, pomogli mu w wyjeździe do Poznania. Tam stał się prawdziwy cud. W ciągu roku złożył wszystkie egzaminy i uzyskał dyplom. Babcia Wolska nie miała już co robić w Warszawie, przyjechała więc do taty, aby prowadzić mu gospodarstwo.

Wtedy ojciec zmuszony był znaleźć mieszkanie, które stało się prawdziwym domem, w przyszłości również dla mnie. Duży pięciopokojowy lokal przy ulicy Andrzeja 13 (róg Wólczańskiej) opisuje dość szczegółowo, włącznie z meblami, a mnie przypomina się mieszkanie z dzieciństwa. Było to mieszkanie zdecydowanie „na wyrost”.

 

Całe szczęście, że matka miała trochę odłożonego grosza, który „uszparowała” sobie w ciągu kilku ostatnich lat pożycia z ojcem w Biłgoraju. Ojciec bowiem, mimo dużych zarobków, nie potrafił nic zaoszczędzić. Dużo wydawał na dom, na karty i przyjęcia dla kolegów, a najwięcej na filantropię, ściślej: na cele społeczne. Tak więc wyposażył miejscową Ochotniczą Straż Pożarną w mundury i sprzęt (z beczkowozem włącznie). Ponadto opiekował się „Sokołem”, którego był prezesem. I tu znów finansował rozmaite imprezy oraz kupował kilkunastu członkom „Sokoła” pełne umundurowanie... Jeśli do tego dodać, że miał zawsze otwarty portfel dla różnych potrzebujących petentów i zwykłych wydrwigroszy, zrozumiałe jest, że po swojej śmierci nie pozostawił dosłownie ani grosza. Na koszty pogrzebu poszło całe ubezpieczenie z Izby Notarialnej.

 

Jednak babci udało się uciułać około 35 tysięcy. Za większość tej kwoty tata nabył jedną dziesiątą część kamienicy przy Piotrkowskiej 113 (ciekawe, może nadal do nas to należy!?), co dawało babci 300 złotych miesięcznego czynszu.

 

Wkrótce potem uśmiechnęło się do mnie szczęście, na które czekałem kilka lat.

Wpadła mi w ręce duża sprawa... Naraił mi ją mój administrator z Piotrkowskiej 113, pan Śmietański. Przyprowadził kilku żydowskich rzeźników czy raczej handlarzy mięsem, przeciwko którym toczyło się śledztwo o oszustwo.

Na pierwszy rzut oka sprawa wydawała mi się beznadziejna i wahałem się z jej przyjęciem. Śledztwo toczyło się w niej z górą rok, niektórzy z podejrzanych kilka miesięcy siedzieli w areszcie zapobiegawczym, wszyscy byli „na wysokich kaucjach”. Maczało w sprawie palce już wielu adwokatów, w tym nawet Kobylański, a nawet znakomitość z Warszawy adwokat Paschalski, i wszyscy bez powodzenia. . Według posiadanych przeze mnie wiadomości śledztwo było na ukończeniu. Handlarze byli więc w panice i gotowi wiele dać, aby ze sprawy wynieść skórę. Nie bardzo miałem ochotę podejmować się sprawy, która nie rokowała powodzenia, ale Śmietański odwołał mnie na stronę i gorąco namawiał:

– Panie mecenasie, to okazja, jaka się nie powtórzy. Oni mają grubą forsę i można ich zdrowo pociągnąć!

– Jak ja mogę brać, kiedy nie można tu nic zrobić?

– Panie mecenasie, oni są tak wystraszeni, że zapłacą każdą sumę, jeżeli im pan mecenas obieca, że wyjdą wolno.

– Otóż to, ja nie mogę im tego obiecać, a bez gwarancji nic nie dadzą.

Rzeczywiście handlarze gotowi byli dać każdą sumę, ale chcieli zapewnienia, że zostaną uniewinnieni.

– My rozumiemy, panie mecenasie – mówili – że taka sprawa musi kosztować. Pan mecenas będzie miał koszta na to i na tamto... I prokurator chce żyć, i sędzia... My nie będziemy żałować... 100 złotych mniej albo więcej... Albo i 500... Ale chcemy mieć pewność!

Przerwałem.

 

– Pewności nie mogę wam dać, gdyż sprawy nie znam dokładnie. Muszę zapoznać się z aktami. Proponuję więc tak: wpłacicie mi na razie niewielkie honorarium, żebym za darmo nie tracił czasu. Powiedzmy 500 złotych. Po przejrzeniu akt zdecyduję, czy podejmuję się prowadzenia tej sprawy i czy jest jakaś szansa dla was. I jeszcze jedno. Honorarium jest tylko dla mnie i nie dzielę się z sędzią ani z prokuratorem!

Po naradzie przystali na moją propozycję, zapłacili zaliczkę i poszli. Śmietański był wyraźnie niezadowolony i czynił mi wyrzuty:

– Pan jest za uczciwy, panie mecenasie. Trzeba było im obiecać, że będzie dobrze, i z góry wziąć kilka tysięcy. A potem niech oni się martwią!

– Panie Śmietański, niech pan sobie zapamięta, że ja nie będę obiecywać tego, czego nie mogę dotrzymać, i nie będę wyłudzał pieniędzy nawet od żydowskich handlarzy. Jestem uczciwym adwokatem, a nie naciągaczem!

Następnego dnia zgłosiłem się w sekretariacie prokuratury, prosząc o akta „sprawy rzeźników” do wglądu. Poinformowano mnie, że akta są w rękach zastępcy szefa prokuratury, wiceprokuratora Kozłowskiego.

Był to mój towarzysz zabaw z lat dziecinnych, mogłem więc bez ceremonii przedstawić mu moją prośbę. Przyjął mnie ze sceptycznym uśmiechem:

– Co, i ty maczasz palce w tej aferze? Tylu już próbowało bezskutecznie. Sprawa jest prosta. Tu nie ma nic do roboty. Zresztą śledztwo jest zamknięte i akt oskarżenia sporządzony. Artykuł 164 kk (oszustwo). Mam go właśnie przed sobą. Dzisiaj go zaaprobuję i jutro sprawa pójdzie do sądu okręgowego!

– Kaziu, ja jeszcze nie podjąłem się tej sprawy, gdyż nie znam szczegółów. Ale daj mi szansę. Proszę cię tylko o dzień zwłoki, żebym mógł zapoznać się z aktami.

– Masz trzy dni, bo jeden nie wystarczy – zgodził się wspaniałomyślnie wiceprokurator.

Dostałem trzy tomy akt. Studiowałem je pełne dwa dni. Stan faktyczny przedstawiał się następująco. Podejrzani, a było ich bodaj osiemnastu, z Szajerem i Hechtem na czele, skupywali na wsiach duże ilości bydła, które przywozili do Łodzi i kierowali do rzeźni miejskiej na ubój. Mięso odsprzedawali drobniejszym rzeźnikom. Za ubój płacili odpowiednią stawkę na miejscu.

Dane dotyczące ilości bitego bydła z ksiąg rzeźni były podstawą dla urzędów skarbowych do określania wysokości obrotu handlarzy hurtowników, a co za tym idzie – do wymierzania podatków. „Przestępstwo” grupy podejrzanych polegało na tym, że przyprowadzając bydło, zaraz przy bramie podawali fikcyjne nazwiska właścicieli transportu. Czyli „martwe dusze”.

Kontrola przy bramie sprawdzała jedynie ilość wprowadzanych sztuk i pobierała stosowną opłatę, nie interesując się tożsamością klientów. Odbiór mięsa po uboju następował na podstawie pokwitowania za uiszczoną opłatę.

 

W ten sposób moi klienci uchylali się od opodatkowania swoich obrotów, a nakazy płatnicze szły do fikcyjnych osób. W sumie stanowiło to poważną kwotę.

W świetle zebranych w aktach materiałów stan faktyczny nie budził wątpliwości i wina podejrzanych była zupełnie oczywista. Ale... czy było to przestępstwo kryminalne, czy po prostu uchybienie podatkowe karane jedynie domiarami?

Jakoś mi cały ten stan faktyczny nie pasował do dyspozycji artykułu 164 kk. Im dłużej się zastanawiałem, tym większej nabierałem pewności...

Trzeciego dnia poszedłem do Kozłowskiego.

– No i co mi powiesz, będziesz bronił, bo już wysłałem akta do sądu?

Odpowiedziałem z udawanym spokojem:

– Wstrzymaj się jeszcze i zastanów. Moim zdaniem w ogóle nie może dojść do rozprawy. Jeśli wniesiesz akt oskarżenia, ja wniosę sprzeciw.

Zdębiał i oniemiał. Wreszcie wydukał:

– Co ty pleciesz? Niby dlaczego?

– Nie ma przestępstwa – powiedziałem lakonicznie – nie ma artykułu 164!

– Dlaczego niby?

– Bo nie ma wzajemnego świadczenia ze strony oszukanego. Świadczeniem rzeźni jest ubój, a za tę usługę rzeźnia otrzymała właściwą opłatę.

Kozłowski robił wrażenie oszołomionego.

– Poczekaj do jutra, muszę to obgadać z szefem!

 

Wniosek taty podziałał jak bomba i postawił na nogi całą prokuraturę. Wiadomość, że młody niedoświadczony odwokacina przewrócił sprawę, która paprała się dwa lata i nie dało jej rady kilku tęgich adwokatów – wywołała niemały rozgłos.

Po kilku dniach burzliwych narad nastąpiło umorzenie śledztwa „z braku cech przestępstwa”. Wcześniej klienci przekazali do depozytu pięć tysięcy złotych, które stały się własnością ojca po umorzeniu sprawy.

Był to przełomowy moment w jego karierze – wygranie dużej sprawy przyniosło rozgłos i przysporzyło klienteli. Tata mógł sobie pozwolić nie tylko na pierwsze w czasie swej kariery adwokackiej wakacje, ale wrócić do stylu życia, który tak lubił.

 

Polubiłem atmosferę nocnych lokali, których w tym czasie powstało w Łodzi dużo. Pomału odsunąłem się od towarzystwa Deczyńskich i ich przyjaciół. Było to towarzystwo zbyt solidne dla mnie: wszyscy z reguły żonaci i dzieciaci, zajęci robieniem pieniędzy, a ja chciałem się bawić. Poza tym wydawali się bardzo przyziemni i przeciętni. Nie było wśród nich ludzi szczególnie błyskotliwych. Jednym słowem: ich towarzystwo nie wystarczało mi. Idealnego towarzysza znalazłem w osobie wspomnianego już Zygmunta Frydmana. Trochę ode mnie starszy, również adwokat i też kawaler. Umysł niezwykle bogaty, giętki i błyskotliwy, dowcip ostry i finezyjny. Był on najdoskonalszym egzemplarzem żydowskiego inteligenta spolonizowanego w którymś już pokoleniu. [...]

Z takimi towarzyszami mogłem galopować po szczytach intelektualnych spekulacji na rozliczne tematy, kąpać się w błyskotliwych nurtach dowcipu i czuć się mądrym wśród mądrych. Bo wcale nie cieszyło mnie poczucie wyższości w stosunku do przyziemnych i zagonionych groszorobów.

 

Tata nie kryje swego filosemityzmu, choć uzasadnia go dość kontrowersyjnie na podstawie darwinowskiej teorii ewolucji. Twardość, wytrzymałość i solidarność Żydów jawiła się jako wynik dwóch tysięcy lat walki o przetrwanie, najczęściej w nieprzychylnym dla nich środowisku. Wyobcowanie i silne poczucie odrębności bardzo długo uniemożliwiało asymilację. Naturalna selekcja promowała przeżywanie jednostek mądrzejszych, silniejszych, bardziej energicznych.

 

Od setek lat odsunięci od prac na roli i w rękodziełach, niedopuszczani do cechów i do wojaczki, swoje zdolności skierowali na handel i finanse. Nie wyrabiali sobie mięśni, lecz wykształcali szare komórki.

 

Dla mego taty zarzuty często podnoszone wobec Żydów są zaletami, na przykład wzajemna solidarność. Inne rzekome cechy narodowe, jak tchórzliwość, dyskwalifikująca ich jako żołnierzy, czy nieumiejętność pracy na roli, upadły wraz z powstaniem państwa Izrael. W jego wywodzie znajduje się też anegdota:

 

W przedziale kolejowym międzynarodowego ekspresu jadą Chińczyk i Żyd. W pewnym momencie Chińczyk zapytuje:

– Ilu jest was, Żydów, na świecie?

– Około 12 milionów – odpowiada Żyd i natychmiast rewanżuje się pytaniem: – A ilu jest was, Chińczyków?

– 700 milionów!

– Tak dużo – dziwi się Żyd – to czemu was coś nie widać?

Otóż to – pisze tata – Żydów widać wszędzie, wyróżniają się na szczytach, czy się to komu podoba, czy nie. Zasłużyli sobie na to swoją niezmordowaną pracą, energią i wytrwałością. Szerzący się w wielu krajach antysemityzm wynika ze względów ekonomicznych albo głęboko utajonego kompleksu niższości.

Ja osobiście – konkluduje – Żydów lubię i cenię. Wierzę w ich lojalność i przyjaźń. Jeśli spotkałem się w życiu z bezinteresowną pomocą, to pochodziła właśnie od nich. 

 

Tu ojciec opowiada o kilku swych przyjaciołach. Jednym z nich był Bogdan Gabler, starszy o dwa lata kumpel ze szkoły i harcerstwa, z którym prowadził długie rozmowy o możliwości zmieniania świata na lepsze. Bogdan był jednak zbyt miękki i wrażliwy jak na ten świat i w kilka lat potem, już na studiach politechnicznych w Warszawie, przydarzyła mu się tragedia.

 

Mieszkał wówczas razem ze swym kolegą ze studiów Dionizym Smoleńskim.

Któregoś dnia w długiej pryncypialnej (jak to było w zwyczaju ówczesnej młodzieży) rozmowie doszli obaj do wniosku, że życie nie jest nic warte i należałoby z nim skończyć. Konkluzji towarzyszyła natychmiastowa decyzja:

– No to kończymy ze sobą. Jeden zabije drugiego, a potem popełni samobójstwo! – Los na egzekutora wyznaczył Smoleńskiego. Strzelił on do Gablera, kładąc go trupem na miejscu, a następnie przyłożył broń do swego czoła. Padł strzał, ale raniony żył jeszcze. Chciał strzelić ponownie, lecz pistolet się zaciął. Ostatkiem sił doczołgał się do szuflady, wyciągnął brzytwę i zaczął sobie podrzynać gardło. I tu stracił przytomność. W rezultacie jest odratowany. I dziś jest znanym naukowcem.

 

(W PRL-u został rektorem Politechniki Warszawskiej i wiceprezesem PAN-u. Zmarł dopiero w 1984 roku).

Drugim takim przyjacielem z dzieciństwa był Kazik Barliński (do chrztu, który przyjął w szesnastym roku życia, nosił imię Baruch). Typowy żydowski mózgowiec, szkolny prymus uzdolniony językowo – słowem, jak pisze ojciec, Schöngeist. Przylgnęli do siebie chyba na zasadzie przeciwieństw. Tata był uczniem średnim, urwisem i zawadiaką rozmiłowanym w sporcie. Barlińskiego ciągnęło ku ambitnej literaturze, ojciec, podobnie jak pół wieku później jego syn, pasjonował się powieściami podróżniczymi, historycznymi, przygodowymi: Sienkiewicz, Gąsiorowski, Przyborowski, Kraszewski, Kaczkowski, Jeż, Karol May, London, Curwood... Chyba odziedziczyłem po nim swoistą właściwość mózgu – sita oddzielania prawdy i fikcji i wyciąganie z najbłahszych nawet lektur konkretnej wiedzy...

 

Czytając wspomnienia taty, mam wrażenie, że sam to napisałem:

 

Historię rewolucji francuskiej poznałem głównie z lektury Dumasa („Naszyjnik królowej”, „Hrabina de Charny” i „Anioł Pitou”). [Jak ja]. Pewnych wakacji, kiedyśmy nie wyjeżdżali na letnisko i przeczytałem już wszystkie dostępne książki, wziąłem się za encyklopedię i przeczytałem od deski do deski 16 tomów Orgelbranda (wraz z suplementem). [Tak samo!] Co najciekawsze, wiele z zawartych tam wiadomości zostało mi w pamięci do dzisiaj. Koledzy nazywali mnie „chodzącą encyklopedią”.

W rezultacie stałem się z biegiem lat wszechstronnym dyletantem, ale wskutek mojego lenistwa nie pogłębiłem żadnej dziedziny. [Mnie zmusiło życie i studia historyczne]. Ale znów dzięki zdolnościom do wyprowadzania syntetycznych wniosków z nagromadzonego materiału potrafiłem stworzyć pokaźny zasób jako tako uporządkowanej wiedzy i ogólnie biorąc, mogłem uchodzić za inteligentnego – ponad przeciętność – człowieka.

Nie znalazłem jednak w biografii taty charakterystycznej dla mnie tendencji. Sprawdzania. Zaczęło się to spontanicznie. Pewnego dnia szedł w telewizji film Lady Hamilton – po projekcji sięgnąłem po encyklopedię i sprawdziłem występujące w filmie postacie: Horacego Nelsona, Emmę Hamilton... Od tego momentu nawyk wszedł mi w krew.

Kontakt z Barlińskim odnowił tata już po studiach w Warszawie. Barliński kończył właśnie studia na wydziale reżyserii warszawskiej Szkoły Teatralnej i zaprosił go na swoje przedstawienie dyplomowe – Sędziów Wyspiańskiego. W spektaklu wystąpili też jako debiutanci Irena Borowska i Jan Kreczmar (ojciec mego przyjaciela z Egidy). Później kontakt się urwał. Barliński studiował ekonomię, został prywatnym doradcą finansowym, a w trakcie wojny zaginął gdzieś na Wschodzie.

Lata trzydzieste były dla taty okresem prosperity i zabawy. Razem ze wspomnianym Frydmanem i Rozenholcem tworzą nieodstępną trójkę kawalerów. Najchętniej nazywają się FRW, natomiast reszta kolegów, a zwłaszcza ich żony, przezywała wesołą grupkę „demonami nocy”.

 

Przez sześć lat aż do września 1939 roku nasz dzień powszedni (niedzielę poświęcaliśmy brydżowi) wyglądał następująco:

W południe, o ile nie wprowadzaliśmy w sądzie sprawy, w godzinach 13–15 przesiadywaliśmy w kawiarni „Ziemiańskiej”, gdzie mieliśmy zarezerwowany duży stolik „adwokacki”. Wieczorem, po popołudniowej drzemce i po kolacji, spotykaliśmy się znów w kawiarni Piątkowskiego na rogu Piotrkowskiej i Nawrot. O 22.00 szliśmy na ostatni seans do kina. W Łodzi było sześć zeroekranowych kinoteatrów, a premiery były co tydzień, więc wystarczało filmów na każdy dzień (oprócz niedziel).

O północy, po skończonym seansie, wstępowaliśmy jeszcze na chwilę do „Ziemiańskiej”, gdzie naradzaliśmy się, „co począć z tak mile zaczętym wieczorem”. Zagadnienie zresztą sprowadzało się tylko do wyboru lokalu, których w tym okresie było zatrzęsienie.

A więc najpierwszym był kabaret „Tabarin” przy ulicy Narutowicza. Lokal wzorowany na warszawskiej „Adrii”, a jeszcze bardziej na budapeszteńskiej „Arizonie” (budował zresztą ten sam architekt Sztromajer). Właścicielem „Tabarinu” był sprytny Żydek Celmajster, który prowadził go przy pomocy trzech synów. Był to pierwszej klasy oszust, którego protestowane weksle krążyły po całym mieście. Zalegał z zapłatą wszystkim dostawcom, jak również zaangażowanym „artystom”, ale trzeba przyznać, że dbał o wysoką jakość programu. W „Tabarinie” z reguły były najatrakcyjniejsze programy kabaretowe i najwięcej fortancerek. Był to duży lokal, okazały i na oko luksusowy, choć tandeta przeświecała przez ten luksus. Zrozumiałe, Celmajster starał się zmniejszyć koszty wyposażenia do minimum. Niemniej w głównej sali, okolonej lożami, na środku zamontowany był duży, okrągły, obracający się parkiet do tańca i występów. Otaczały go ciasno nieduże stoliki. Ze środka parkietu wyrastał, albo chował się w miarę potrzeby, okrągły, dwumetrowej średnicy trzpień, który wynosił z podziemi na parkiet artystów. Na ów trzpień zapadała z góry kurtyna w kształcie walca.

 

W podziemiu znajdował się nieduży bar, ze stołkami przy bufecie i z kilkoma intymnymi lożami. Do tańca przygrywał pianista z akompaniamentem akordeonu. Przyćmione światła miały tworzyć nastrój. Niewątpliwie był to lokal na miarę europejską i gdyby nie publiczność... Ale o publiczności będzie później.

Drugim popularnym lokalem była restauracja hotelu „Manteuffel” na rogu Południowej i Zachodniej. To już była typowa „stodoła”: bez żadnych wymyślnych ozdób, zwyczajna restauracja hotelowa, która dopiero wieczorem stawała się „jaskinią grzechu”. Stoliki obsiadały liczne fortancerki, na parkiecie produkowały się „artystki”. Do dyspozycji gości były pod ręką „gabinety” hotelowe, w których można się było zamknąć z wybraną dziewczyną – a do wzięcia były wszystkie. „Gabinety” obsługiwał dyskretnie starszy kelner, zwany powszechnie „Piotruś”. Wysoki, szczupły, lekko pochylony, lat około sześćdziesięciu, ale z kruczoczarną, farbowaną czupryną i czarnymi, zakręconymi zawadiacko do góry wąsami. Miał jedną wielką zaletę – nie zamęczał swych gości (oczywiście stałych gości) nad ranem przedstawianiem rachunku. Do mnie przychodził następnego dnia, w godzinach przyjęć. Miało to tę dobrą stronę, że mogłem na trzeźwo sprawdzić wszystkie pozycje i nie być oszukany. Zresztą Piotruś był uczciwy. A dziewczyny stręczył bezbłędnie. I nie naciągał na wygórowane rachunki.

Innego rodzaju lokalem była sala „Malinowa” Grand Hotelu. Ładna, czysta, w stylu rokokowym (mebelki i sztukaterie) – stateczna restauracja pewnego łódzkiego potentata. Wieczorem program kabaretowy niewyróżniający się żadną ekstrawagancją. Ozdobą „Malinowej”, zwanej tak od obić ścian i mebli, był balkon, galeria rozciągająca się pod sufitem, wzdłuż tylnej ściany, nad bufetem. Stało tam kilka stolików dla gości chcących się bawić w pewnym odosobnieniu, a przecież mających możliwość obserwowania z góry występów artystycznych i ogólnej zabawy na sali. Ale największą atrakcją lokalu były „gabinety Zymsza”. A było to tak, że balkon wychodził wprost na korytarz pierwszego piętra, wyodrębniony z całości hotelu. Te kilka pokojów było królestwem pana Zymsza, oficjalnie starszego kelnera. Teoretycznie były to gabinety dla gości chcących zjeść we własnym gronie, nie będąc absolutnie widzianymi. (Na balkon miał dostęp każdy). W rzeczywistości był to najprawdziwszy dom schadzek. Tam mogłeś przyjść ze swoją kobietą, na miejscu miałeś wygodne otomanki. Tyle tylko, że musiałeś zamówić jakąś „konsumpcję” i już miałeś spokój zapewniony. Zymsz był wzorem dyskrecji. Nikt nie mógł się dowiedzieć, kto aktualnie przebywa w tym numerze i z kim. Zazdrosna żona nie mogła przyłapać swojego męża, gdyż Zymsz był nieubłaganym cerberem. Na pewno mu się to opłacało, gdyż jego klientelę stanowili zamożni obywatele miasta, którym zależało na dyskrecji i mogli za tę dyskrecję dobrze płacić. Byli to wielcy przemysłowcy i kupcy, lubiący od czasu do czasu się zabawić.

 

Stałym gościem (sztamgastem) bywał na przykład Jakub Peters – fabrykant, pijaczyna i dziwkarz, który potrafił po pijanemu rzucać z balkonu pieniądze na salę. Często bywał fabrykant pończoch Otto Han (pończochy „Osla”), który choć bardzo leciwy i prawie ślepy, lubił atmosferę knajp. Towarzyszył mu bardzo piękny, młody mężczyzna, podobno siostrzeniec. Nazwiska zapomniałem, ale pamiętam jego urodę „młodego Zygfryda”. Han nie płacił dziewczynkom gotówką, obdarowywał je swymi pończochami, które naprawdę były bardzo dobre i poszukiwane na rynku.

 

Często bywał tu też dowódca Okręgu Łódź generał Stanisław Małachowski. Ze względu na mundur siadywał nie na sali, a na balkonie. Mundur zresztą nie przeszkadzał mu popijać tęgo w towarzystwie dziwek. Raz zdarzyła się zabawna historia. Siedzieliśmy sobie na sali przy stoliku, przy zimnych mięsach i czystej z wermutem, gdy nagle usłyszeliśmy z balkonu przeraźliwy krzyk kobiecy: „Der Soldat beisst!”. I po chwili zbiegła na dół zdyszana i zaczerwieniona „artystka” zagraniczna, skarżąc się, że ona, owszem, jest od tego i owego, ale on nic z tych rzeczy, tylko gryzie. Śmiechu było dużo – generałowi nie zaszkodziło.

Mówiąc o „Malinowej” i „gabinetach Zymsza”, trzeba dodać, że dla wygody gości były jeszcze na miejscu (oprócz „artystek” i fortancerek) zwykłe „dziewczynki”. Dyżurowały one każdego wieczoru, dwie, trzy w specjalnym małym pokoiku, czekając na wezwanie gościa.

Niezależnie od tych udogodnień Zymsz miał jeszcze szereg telefonów i mógł na życzenie gościa sprowadzić mu towarzyszkę dla umilenia popołudnia. Były to z reguły „panie z towarzystwa”, to jest nie profesjonalne prostytutki ani tak zwane „wytyczki”, lecz przeważnie żony średnio zarabiających urzędników, wojskowych itp., które tym sposobem łatały swój budżet. Coś jak dzisiaj „call girls”...

 

Podobnego typu co „Malinowa”, lecz dla ubogich, był „Louvre” przy Piotrkowskiej 86. Na dole portiernia i bilard z grzybkiem, na którym grywaliśmy o piwko, na piętrze lokal restauracyjny z występami, łączący się z korytarzem prowadzącym do „gabinetów”. Tutaj również były „dyżurne dziewczynki”, ale gorsze niż w „Malinowej”. Odpowiednikiem Zymsza był niejaki Benke.

Obok wymienionych lokali, które utrzymywały się aż do wybuchu wojny, od czasu do czasu otwierane były inne kabarety, jak „Piccadilly” przy ulicy Południowej lub „Moulin Rouge” na rogu Piotrkowskiej i Moniuszki. Były to jednak efemerydy, które nie wytrzymywały konkurencji.

 

A co do gości...

O „Malinowej” już wspominałem. Tutaj bywała „najlepsza klientela”: zamożni kupcy i przemysłowcy, wolne zawody – Żydzi, Polacy i sporo Niemców. Stateczni obywatele, którzy dopiero na balkonie, a jeszcze bardziej w „gabinetach Zymsza” dawali upust swoim, skrywanym na co dzień, nałogom i zachciankom.

Czasami przychodzili jeszcze solidniejsi obywatele, nawet z rodzinami, by popatrzeć na program, zatańczyć, a nawet, dotyczy to panów, spojrzeć na pięterko – ten symbol grzechu.

Najgorsza hołota zapełniała „Tabarin”. Tutaj królowali młodzi Żydkowie, którzy przychodzili obejrzeć za tanie pieniądze program artystyczny, a przede wszystkim tańczyć. W czterech, pięciu zamawiali coś najtańszego – lemoniadę, herbatę, ciastko – i bawili się żywo i hałaśliwie. Nazywano ich „półkownikami” (od zamawianej pół czarnej kawy lub ze względu na to, że cały dzień zdejmują z półek towary dla klientów). Kpiono z nich, że zamawiają: „Kelner, jedna lemoniada i pięć słomek!”.

Nie stosowano wówczas tak powszechnej dziś „obowiązkowej konsumpcji” lub opłaty za wejście. Celmajster szedł na ilość, nie jakość. Inna sprawa, że gdy lokal był zapełniony do ostatniego miejsca, a przyszło jakieś „lepsze towarzystwo”, to zawsze znalazł się dla niego lepszy stolik, choćby trzeba było usunąć tych „fokstrocków” od lemoniady.

„Tabarin” miał na ogół opinię spelunki, toteż piliśmy w nim mniej niż w innych lokalach, choć programy były tu najlepsze. Na to Celmajster nie żałował pieniędzy. Chociaż przeważnie oszukiwał artystów. A że przeważnie byli to cudzoziemcy – nie bardzo wiedzieli, jak się bronić.

Fortancerkom płacił mało i nieterminowo.

– U mnie przynajmniej możesz sobie dobrze zarobić na boku – mawiał – ja nie przeszkadzam, a czasem nawet zwolnię was przed szóstą rano...

 

I właśnie tak przed szóstą urwała się narracja mego starego.

Ale wyobrażam sobie ciąg dalszy – zabawa przecież trwała. Z roku na rok powodziło mu się lepiej. 

Tata mógł pozwolić sobie na kupno samochodu (ówczesnego polskiego fiata). Kawalerskie gospodarstwo prowadziła babcia. Nareszcie mógł zacząć podróżować. Szczególnie chętnie wspominał rejs po Morzu Śródziemnym: Kair, Ateny, Malta, Tunis, Algier... Zdjęcia taty w kasku kolonialnym długie lata zdobiły ściany naszego domu. Przy okazji z niemałym zdumieniem dowiedziałem się, że w tej podróży nie potrzebował dewiz. Nawet w egzotycznym Tangerze złotówki przyjmowane były z pocałowaniem ręki.

 

Słuchałem tego z zapartym tchem, zżerany przez smutek, że przykuty do PRL-u nigdy nie podążę jego śladem. Z podróżami nad ciepłe morze łączył się najszczęśliwszy moment w jego życiu i najpiękniejszy romans. Oba zdarzyły się w roku 1937 podczas wakacji w Dubrowniku.

To pierwsze zdarzenie było właściwie nienadzwyczajne. Ot, wypłynął raz łódeczką na pełne, absolutnie spokojne morze. Rozciągnął się na jej dnie i wisiał tak pomiędzy jednym a drugim błękitem, pełen spokoju, ciepła, radości życia, optymizmu... I zdał sobie sprawę, że jest absolutnie szczęśliwy. 

Może dlatego, że właśnie poznał wyjątkową kobietę – Felice W. – którą w swoich wspomnieniach nazywa „Adriatycką bajką”.

 

Dubrownik, „Gradska caffana” [...], siedzieliśmy we trójkę z Zygmuntem Frydmanem i młodym lotnikiem ze Lwowa – przy szklankach szprycera – gdy moją uwagę zwróciła siedząca przy sąsiednim stole młoda dziewczyna, której bardzo ciemna cera ostro kontrastowała z bielą swetra.

W pewnym momencie zwróciła się do nas po polsku:

– Panowie z Polski? A może ze Lwowa?

Nawiązała się rozmowa. Okazało się, że jest Polką na stałe zamieszkałą w Jugosławii i chciałaby, korzystając z okazji, przesłać trochę pieniędzy swej matce, zamieszkałej w Stanisławowie. Podchwyciłem propozycję i umówiłem się na następny dzień na plaży w Lapadzie. Tam miałem sposobność przyjrzenia się jej bliżej. Wysoka, długonoga, niestety z dużym biustem (co prawda, to akurat nie brak, a raczej nadmiar). Reszta – same plusy. Ciemnooliwkowa cera, z gorącymi kolorami, ramiona i nogi tak brązowe, że aż lśniące zielonkawo jak patynowany brąz. Czarne, gęste włosy, spadające niedbałą falą na ramiona, wąski, trochę ostry nos, usta pąsowe i zęby jak śnieg. A przede wszystkim oczy. Czarne, pełne ognia, błyszczące jak gwiazdy z jakimś dzikim wyrazem.

Gdy się jej przyglądałem, zauważyłem, że i ona spogląda na mnie z wyraźnym upodobaniem...

 

(Tata zbudowany był jak młody bóg, choć raczej Apollo – nie Herakles!)

 

Nastąpiły dwa tygodnie spotkań, spacerów. Byłem dość powściągliwy, aż do momentu gdy okazało się, że jest naprawdę śpiewaczką operową, primadonną Opery w Zagrzebiu.

Udowodniła to w niezwykły sposób podczas kolacji w nocnym lokalu. Najpierwej zażenowana, kiedy Zygmunt, kpiarz znakomity, zaczął wyrażać powątpiewanie co do jej kunsztu śpiewaczego (po prawdzie i ja podejrzewałem ją o hochsztaplerkę) i zawoławszy dyrygenta zespołu, zapytał go, czy zna tę panią, czemu tamten zaprzeczył. Ale dowiedziawszy się jej nazwiska, powiedział, że słyszał o niej, i ze swej strony zaczął namawiać, by coś zaśpiewała. Z ociąganiem zgodziła się i podała nazwę jakiejś arii operowej. Maestro wrócił na estradę i orkiestra zagrała wstęp. I wtedy Felice, nie ruszając się z miejsca, tak jak siedziała, niedbale oparta o stolik (była już po kilku szklankach wina), zaczęła śpiewać. Piękny, kryształowo czysty głos zaczął nabrzmiewać, potężnieć, aż wypełnił całą salę. Co tu gadać, naprawdę śpiewaczka, i to wysokiej klasy!

 

Zerwała się frenetyczna owacja, wskutek czego Felice zmuszona była bisować. Usiadła przy fortepianie i sama sobie akompaniując, odśpiewała kilka uroczych piosenek chorwackich (najpiękniejsza: „Daleki mój Split”)!

Moje zainteresowanie Felice spotęgowało się, podsycane dozą snobizmu, a najbardziej – niezwykłymi ramami naszego romansu. Wspaniałe bezchmurne niebo, błękit Adriatyku, malownicze skaliste brzegi, wyspy, wysepki, tropikalna roślinność, czar egzotyki i ciekawa, sławna i piękna kobieta. Czegóż można żądać więcej, gdy kobieta (taka kobieta!) jest obłędnie zakochana?

A jednak nie stała się moją! Było blisko tego, kiedy okazało się, że jest dziewicą (sic!), a ja cofnąłem się przed przekroczeniem tego progu. Nie wpłynęło to jednak na temperaturę jej uczucia. (Może jeszcze doszła wdzięczność?) I gdy przyszła godzina odjazdu, na stacji – zalana łzami – błagała mnie: – Zostań! Nie opuszczaj mnie! Ja nie mogę bez ciebie... Ja cię tutaj urządzę!... – I całowała, nie bacząc na obecność Zygmunta i innych osób, moje ręce. 

Na tyle zakochany to ja nie byłem, więc wyjechałem. Później była korespondencja, jej wizyta we Lwowie, gdzieśmy spędzili dwa dni, a w 1939 roku przyjechała do Warszawy, gdzie dostała engagement do Opery. Byłem na jej premierze – „Cyruliku sewilskim”...

A potem wybuchła wojna. I znów spotykałem się z nią w Warszawie, gdzie występowała w różnych kawiarniach, jak to było w zwyczaju za okupacji.

Ostatecznie została nawet moją kochanką. Ale to już nie było to.

Wkrótce potem ja się ożeniłem, ona też wyszła za mąż i... zginęła mi z oczu w zawierusze Powstania.

 

Szkoda, że nie znałem tego epizodu, kiedy ponad 60 lat później po raz pierwszy słuchałem arii w wykonaniu Dawn, mojej przyszłej synowej, którą mój syn Mateusz wypatrzył sobie w Nowym Jorku... Czyżby wnuk zrealizował marzenia dziadka?

Nie mnie sądzić, czy mojemu staremu zabrakło w życiu szczęścia, czy też wytrwałości. 

Sam powiadał często, że czuje się jak ów biblijny bohater, który zakopał swój talent i został przez Pana potępiony.

Czas przepływał mu między palcami, podobnie jak marzenia o karierze pisarskiej – pisał wprawdzie opowiadania, szkicował plany powieści (kilka z jego pomysłów po latach wykorzysta syn – na przykład w książce Doktor Styks). I bawił się. 

 

Kiedy knajpa i kabaret stały się moim drugim domem, gdzie spędzałem z przyjaciółmi codziennie długie godziny, na pracę nad sobą nie pozostawało mi wiele czasu. Szedłem więc po linii najlżejszego oporu, wysychając wewnętrznie.

 

W papierach taty znalazłem jego wiersz pochodzący z roku 1927, poświęcony pijaństwu:

 

Głowa ciąży jak ołów, mgła na oczach leży,

a myśl ciężka się strzępi i chowa w głąb czaszki,

idiotyczna bezmyślność żółte zęby szczerzy

i podsuwa bez sensu rozpustne igraszki.

Ecce homo! Alkohol, król naszego wieku, 

myśli wszystkie pomieszał jak glist garść splątaną. 

Jestem spity jak bela, ciesz się, ciesz, człowieku,

póki wszystko ci tańczy, zanim wstanie rano.

Ciesz się, ciesz, człowieku, póki pełny kielich,

i pij do niepamięci, do zatraty siebie,

a jeśli myśl ci przyjdzie o skrzydłach anielich, 

pij jeszcze! Aqua vitae i tę myśl pogrzebie!

 

Czasami zdarzało mi się, kiedy troszkę przeholowałem z alkoholem, podchodzić do lustra i spoglądać w nie przez półprzymknięte powieki. W twarzy rozpoznawałem ojca. I ogarniała mnie obawa, nie tylko z powodu własnego starzenia się, ale przede wszystkim przed zmarnowaniem życia. Chyba jego nauki nie poszły na marne; będąc dość do niego podobny, w momentach życiowych rozdroży starałem się postępować dokładnie odwrotnie niż on. 

W końcu gdyby się ożenił, a ktoś potrafiłby go zdyscyplinować, wziąłby się do wymarzonej literatury... Jednak aż do lata 1939 nie znalazł kobiety, w której potrafiłby się zakochać i którą zaakceptowałaby jego dość zaborcza matka.

Coś zaiskrzyło podczas ostatnich przedwojennych wakacji w Ciechocinku. Zauroczenie dwudziestodwuletnią Hanką, córką pułkownika, jak zwykle u taty drobniutką, filigranową, bajecznie harmonijną ciemną blondynką. Spędzili razem romantyczne (i platoniczne) dwa tygodnie, jeżdżąc na wycieczki samochodem taty, przerwane koniecznością powrotu do Łodzi.

 

Jeszcze 3 września dostałem list od niej, datowany na 29 sierpnia, w którym pisała, że chciałaby wyjść za mnie, żebym nauczył ją śmiać się i patrzyć zuchwale w słońce...

 

Tymczasem wybuchła wojna.

 

 *

 

Paradoksalnie, ale będąc całe lata bardzo blisko z moją mamą, niewiele wiem o jej młodości. Dzieciństwo na Starym Mieście, młodość w Wawrze, szkoła u Wołowskiej (uczennica bystra, ale leniwa), typowa chłopczyca, łażąca po drzewach, bawiąca się z chłopakami z sąsiedztwa, obdarzona wielkim talentem sportowym – wszystko przychodziło jej z niezwykłą łatwością: tenis, jazda na rowerze, pływanie, siatkówka, a przede wszystkim łyżwy. Czasami wspominała Dolinę Szwajcarską, pierwsze zawody, pierwsze sukcesy i pierwszą miłość, do Zbyszka, doskonałego, starszego od niej zawodnika, który (o rozpaczy!) traktował ją jak dziecko. Sądzę, że był to jeden z dwóch powodów poważnego traktowania sportu. Drugim – byłkompleks mało majętnej córki urzędnika z Wawra, dla której znakomite wyniki sportowe stanowiły jedyną przepustkę do „lepszego świata”, którego symbolem były panny Rogaczewskie, koleżanki ze szkoły, zamieszkałe w Alejach Ujazdowskich, równie młode, ale znacznie lepiej znające życie i różne jego sekretne rozkosze... 

Po ukończeniu szkoły mama zaczęła studia na Uniwersytecie Warszawskim, ale nie przykładała się zbytnio – zawalone egzaminy miała składać na jesieni. Wakacje 1939 roku spędzała na Helu, w Juracie czy w Jastarni.

Do domu wracała pod koniec sierpnia. Mogę wyobrazić sobie zatłoczony pociąg – ona w oknie owiewana ciepłym wiatrem, a w sercu myśli na temat nadchodzącej wojny.

„Nareszcie coś się będzie działo, koniec nudy!” – dudnią emocje w dziewczęcym serduszku.

No i zaczęło się dziać! Zaraz po pierwszych nalotach zobaczyła straszną twarz dziejowego kataklizmu, zbombardowane domy, pierwsze trupy przy pętli na Gocławku. Płonący dom sąsiadów, państwa Zdziarskich (w jego miejscu 40 lat później zacznę budować swoją „rezydencję” – mogę przypuszczać, że w pełni bezpieczną, bo ulokowaną w „leju po bombie”). Bomby sypią się i na nasz ogródek. Jedna trafia w sam róg placu, ścinając dorodną wierzbę. Fosforowa, zapalająca. Mężczyźni – dziadek i wujek Jurek – rzucili się ją zakopywać... Nie wybuchła! Czy leży tam do dziś dnia? Śmiem wątpić. Działka wielokrotnie była przekopywana, a teraz stoi tam pawilonik mojej córki...

 

Inny nalot zastaje ich na otwartym terenie, bomba pada bardzo blisko, aż ziemia sypie im się na głowy. Kiedy je unoszą, zauważają brak wujka Jurka.

Co się stało?! Okazało się, że w szoku ten niezbyt fizycznie rozwinięty młodzian jednym susem przesadził płot sąsiadów i przywarował po drugiej stronie. Nie wiem, kiedy i pod czyim wpływem zostaje podjęta decyzja o pójściu do wojska. Przed czy po pamiętnym exodusie z Warszawy, kiedy tłumy mieszkańców stolicy uciekają z dobytkiem na wschód, szosą brzeską. Pod wsią Konik (nie pomnę już – Stary czy Nowy) atakują ich niemieckie samoloty. Spadają bomby, terkocą karabiny maszynowe... Po raz kolejny rodzina Karczewskich ociera się o śmierć. Ale Opatrzność czuwa nad nimi.

W każdym razie znaczną część kampanii mama spędza jako sanitariuszka w armii generała Kleeberga. Bardzo szybko dorasta, styka się ze śmiercią, hartuje, odkrywa smak trwogi i odwagi. Trwa do końca. Aż do dnia, kiedy muszą kapitulować. Wobec Armii Czerwonej, która wbiła nóż w plecy jaśniepańskiej Polsce!

Raz jeden opowiadała o tej upiornej nocy, przed złożeniem broni, kiedy wiedziona instynktem krążyła wśród kadry oficerskiej i radziła pozbywać się dystynkcji oficerskich. Skąd taka zdolność przewidywania u dziewiętnastoletniej dziewczyny?! Wielu posłuchało jej rady. Poza dowódcą oddziału. Zginie w Katyniu czy innym podobnym miejscu sowieckich kaźni...

Los zetknął ją z moim tatą w Kameleonie – lokalu znajdującym się przy placu Zbawiciela, w którym za moich czasów mieściła się szkoła językowa metodystów.

Mama, która postanowiła się usamodzielnić, była tam kelnerką, ojciec zaś miał „kartę stałego klienta”. Po ucieczce z Litzmannstadt (jak hitlerowcy przechrzcili Łódź), gdzie polowano na polskich inteligentów, zamieszkał w Warszawie i przekonany, że nie przeżyje wojny, przepijał z grupą przyjaciół resztki rodzinnej (niewielkiej, zaznaczmy) fortuny. Obok Jana Kiwerskiego i Romana Ługowskiego pojawił się tam Jan Gołkontt, którego bratanicę Grażynę poznam 30 lat później, trochę za późno, by mogła zostać kobietą mego życia. (Choć może powinna...)

Wśród zapisków taty odnalazłem nieco wcześniejszy opis warszawskiej Wigilii roku 1939:

 

Pierwsza zima wojenna, bezlitosna i luta. W zrujnowanej Warszawie nie było światła, nie było wody ani węgla. Ludzie tulili się w pojedynczych pokojach wybranych z całego mieszkania jako najcieplejsze za oknami bez szyb, zabitych deskami, ogrzewanych kawałkami wyrabowanego drewna, spalanego w piecykach i „kozach”. Blaszane rury odprowadzały dym przez dziury w oknach.

 

Gdy się z ulicy spoglądało na taki pokaleczony, oślepły dom warszawski, widziało się tylko dziesiątki dymiących rur, wystających z niegdysiejszych okien. 

24 grudnia 1939 roku był wyjątkowo mroźny. Ulicami przemykali się ludzie, głośno potupując, okutani w co się tylko dało, byleby najwięcej, byleby najgrubiej. Płaszcze, paletka, pelisy, futra, a nawet grube, wełniane, frędzliste chusty (służące nosiły takie w okresie pierwszej wojny) na kobietach, mężczyzn widywało się w wydobytych z kufrów staromodnych bekieszach, a szczytem elegancji były stróżowskie baranie kożuchy, ściśnięte prostym rzemiennym pasem.

Na ulicy Hożej – tutaj chwilowo zatrzymałem się u mojej ciotki – przy krawężniku usiadł tęgi, siny na twarzy mężczyzna. Koło niego na chodniku wielka bryła węgla i zwykła dwutalerzowa waga sklepowa. A w ręku młot i dłuto. Przedsiębiorczy warszawiak sprzedawał drogocenny węgiel na kilogramy...

Szedłem na umówioną przedwigilijną rybkę z Janem Kiwerskim i Romanem Ługowskim do baru „Pod Jemiołą” przy ulicy Brackiej, prowadzonego przez mego przyjaciela z korporacji Władka Englichta. Janek pracował wówczas jako księgowy w nowo powstałej firmie budowlanej Bojarskiego, Roman prowadził małą fabryczkę bateryjek do latarek elektrycznych, a ja, świeży uchodźca z Warthegau, na razie bez perspektyw.

Siedzieliśmy dość długo w ciemnej i zadymionej knajpie, gdzie jednak zdumiewająca zaradność i inicjatywa warszawska potrafiła wyczarować świetne przysmaki, jak sardynki, szproty i śledzie, wszystko podlewane prawdziwą jeszcze (bimber stał się powszechny znacznie później) wódeczką...

A był to tylko wstęp. Później ojciec udał się na proszoną Wigilię do starych przyjaciół rodziców, państwa Łazęckich, gdzie był i czerwony barszcz, i karp, i kolędy, i słodka wiśniówka, i słodkie usta Mary, jednej z trzech córek gospodarzy, 17 lat od taty młodszej.

Ale był przede wszystkim nastrój i klimat rodziny. Coś, czego nie miał, a za czym tęsknił. Aż do spotkania mojej mamy. Jedynej – jak mówił – prawdziwej miłości jego życia.

Początkowo tata był przekonany, że nie ma szans u młodszej od siebie o 19 lat dziewczyny, „młodziutkiej brunetki o świetnej figurze i błyszczących, ciemnych oczach”, w której podkochiwał się skrycie i beznadziejnie. W dodatku w Kameleonie panowała opinia, że jest to dziewczyna właściciela... Starał się więc nie angażować. Jakiś czas to mu się udawało.

 

Pewnego razu, było to latem 1942 roku, natknąłem się na nią na plaży Kozłowskiego. Stała na dachu kabiny i czesała mokre, lśniące włosy. Zgorzałem! Była to najpiękniejsza figura, jaką kiedykolwiek udało mi się widzieć. Wysoka, smukła, smagła. Długie, kształtne nogi, szczupłe, chłopięce biodra; miała ostro sterczące piersi, giętką szyję z cudownie osadzoną małą główką. Czerwony trykot opinał ją ściśle, pozwalając ocenić wszystkie szczegóły tego ciała. Prawdziwa Diana! 

Straciłem głowę: zakochałem się jak młokos.

 

Ale do tanga trzeba dwojga. Pomógł przypadek. 

Stali klienci flirtowali pro forma z panną Krysią, pili tęgo i grali w brydża. Często zostając w lokalu z powodu godziny policyjnej. Ponieważ permanentnie brakowało czwartego, przyuczyli bystrą kelnerkę. Początki były trudne. Stwierdzenie: „Grasz jak Krystyna!” należało do najcięższych obelg. Szybko jednak moja przyszła mama podciągnęła się, a gdy wrodzona inteligencja sprzęgła się z nadzwyczajną intuicją, weszła do grona mistrzów.

Któregoś razu wywiązała się dyskusja na temat wywózki młodych ludzi stanu wolnego na roboty do Rzeszy. Sytuacja ta niepokoiła młodą kelnerkę... – Żeby tak ktoś chciał się ze mną ożenić! – westchnęła. 

 

Ojciec nie przegapił okazji – zgłosił swoją kandydaturę. O dziwo, został przyjęty.

Ślub wzięli w pobliskim kościele Zbawiciela. Tata przekonany, że to jedynie formalność, a małżeństwo pozostanie „białe”, wzorem świętej Kingi i Bolesława Wstydliwego, jeszcze pierwszej nocy został wyprowadzony z błędu.

Okazało się, że od początku podobał się swej wybrance, imponował jej inteligencją, towarzyską ogładą. Nie bez znaczenia był przedwojenny status społeczny, o którym panna Karczewska z Wawra mogła tylko marzyć.

Paradoksalnie nigdy nie byli szczęśliwi tak jak za okupacji.

Tata zaprzyjaźnił się z dziadkiem Tadeuszem, pomagał rodzinie w nielegalnym wyrobie papierosów i wszyscy czekali na koniec wojny. Aż do lata 1944 roku.

Mogę wyobrazić sobie, jak dyskutowano w wawerskim drewniaczku w trakcie upalnych lipcowych wieczorów, słuchając wieści o zbliżającym się froncie, obserwując uciekające szosą brzeską gromady spanikowanych „nadludzi”.

Wawer nie wydawał się bezpieczny. To tu, na przedpolu stolicy, toczyły się najczęściej bitwy z najeźdźcami. Tu w drugi dzień świąt 1939 roku hitlerowcy dokonali pierwszej masowej egzekucji cywilnej. W rodzinnej pamięci zachował się opis panicznej ucieczki dziadka i wujka. Na szczęście łapanka, koncentrująca się przeważnie w Aninie, nie dotarła do ulicy Halickiej.

Mama z tatą wynajmowali w tym czasie spore mieszkanie na Krakowskim Przedmieściu, zaproponowali więc reszcie rodziny – dziadkowi, wujkowi, babci i jej małoletniej wychowanicy Hani – przeniesienie się na Starówkę. – Warszawa zostanie ogłoszona miastem otwartym, nie będzie żadnych walk! – Nie wiem, kto w tej sprawie odgrywał rolę adwokata. Nie ugięła się tylko Mania Karpicka. Stara gosposia została „pilnować domu”. I upilnowała.

Gdy tuż przed sowiecką ofensywą Niemcy wysiedlili wszystkich na Gocławek i zaczęli, celem oczyszczenia przedpola, wysadzać piętrowe domy Kolonii Tramwajarzy, Mania na krótko wróciła, przypomniawszy sobie, że zapomniała cudownego obrazka. Obrazek znalazła, a przy okazji powyrywała przewody łączące ładunki wybuchowe podłożone pod nasz dom.

I w odróżnieniu od budynków należących do państwa Jarzębskich czy Kaniów Halicka 3 ocalała!

 

Mania twierdziła, że stało się to dzięki Matce Boskiej, którą zdarzało się jej widywać unoszącą się nad dachem naszego domku. Trudno wykluczyć.

Parę dni później ostatecznie wróciła do domu. Nie ustrzegła go przed gruntownym szabrem, choć co cenniejsze książki ocalały, zakopane w polepie na strychu (zginę?y jednak zbiory filatelistyczne), ani przed dzikimi lokatorami, kt?rzy pod nieobecno?? gospodarzy zaj?li dom. Jej zosta?a tylko kuchnia. Ale dobre i?to.

Tymczasem ca?a rodzina trafi?a w?oko cyklonu. 1 sierpnia wybuch?o Powstanie.

ły jednak zbiory filatelistyczne), ani przed dzikimi lokatorami, którzy pod nieobecność gospodarzy zajęli dom. Jej została tylko kuchnia. Ale dobre i to.

Tymczasem cała rodzina trafiła w oko cyklonu. 1 sierpnia wybuchło Powstanie.

Mieszkanie znalazło się na linii frontu. W ruinach Zamku i wokół Nowego Zjazdu ulokowały się stanowiska niemieckie. Moja rodzina podkopem przedostała się na drugą stronę ulicy Senatorskiej i aż do upadku Starówki dzieliła losy cywilnych mieszkańców miasta, koczując na podwórkach, w ruinach, po piwnicach...

 

Mama zabierała się wielokrotnie, aby to spisać. Zachęcał ją do tego profesor Marian Drozdowski, zbierający relacje do Exodusu Warszawy. Jednak, niestety, nigdy tego zamiaru nie zrealizowała. Najwięcej dowiadywałem się od babci, ale ta oszczędzała mi drastycznych szczegółów, choć wcześnie usłyszałem o czołgu pułapce, a także o narastających konfliktach między powstańcami a cywilami.

Entuzjazm pierwszych dni sierpniowych szybko zamienił się w gniew i rozpacz. Babcia do końca miała żal, że cywile nie mogli ewakuować się kanałami, choć, dodajmy, nigdy nie podważała sensu Powstania.

Jak udało się im przeżyć w komplecie? Chyba cudem. I dzięki intuicji mamy. Nie zapobiegła wprawdzie przeniesieniu się do centrum, ale znalazłszy się już w oku cyklonu, bezbłędnie wyczuwała niebezpieczeństwo. I nikt nie lekceważył jej kasandrycznych przeczuć.

Któregoś razu w połowie przyrządzania posiłku – zdobyli skądś ziemniaki i kociołek – kazała natychmiast opuścić wyjątkowo zaciszne podwórko. Posłuchali.

Chwilę później uderzenie niemieckiej „krowy” podcięło ścianę, która runęła, grzebiąc wszystkich, którzy tam pozostali... Najbardziej dramatyczny moment zdarzył się na Krzywym Kole w dniu zajęcia Starówki. W podziemiach Domu Gdańskiego dokonywano egzekucji schwytanych cywilów. – Kobiety na prawo, mężczyźni na lewo. Pod mur! – Mama nigdy nie wspominała tego epizodu. Zapamiętała go za to wówczas skamieniała ze strachu babcia. Niezdolna do najmniejszego ruchu słyszała wszystko.

Mama mówiła po niemiecku słabo. A przecież w tej dramatycznej chwili zwróciła się płynną niemczyzną do oficera kierującego egzekucją, mówiąc swobodnie i z wdziękiem: – Przecież pan, reprezentant narodu Goethego i Beethovena, nie zabije mojego ojca, mojego brata, mojego męża...

 

Niemiec na moment osłupiał, a potem rzucił do stojących pod ścianą Tadeusza i dwóch Jerzych: – Wychodzić!

Mama chciała pójść za nimi, ale oficer dotknął jej ramienia. Zrozumiała, że wszystko ma swoją cenę. Posłusznie poszła za nim do sąsiedniego pomieszczenia, z łukowatą ścianą... (Musiały to być podziemia Barbakanu).

Niemiec jednak nie zamierzał jej gwałcić. Ze stosu garderoby należącej do zabitych podniósł ciepły sweter i podał go mamie. – Proszę wziąć! – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Mimo sierpnia noce potrafią być chłodne.

Dzięki temu swetrowi przeżyła obóz w Ravensbrück. Dzięki swetrowi i fiolce aspiryny podarowanej jej przez koleżankę Jaśkę Mikołajczykównę. 

Nie musiała się tam znaleźć. Kiedy w trakcie exodusu z płonącego miasta znalazła się w Pruszkowie, wielokrotnie udawało się jej wydostawać za druty. Mogła uciec, wszędzie miała przyjaciół. Ale nie potrafiła rozstać się z rodziną.

Za bardzo kochała mego tatę. Wtedy!

Rozdzielono ich i tak. Dziadek i babcia pojechali do obozu pracy w Saksonii. Wujek i mój ojciec trafili do Mauthausen, potem do Gross-Rosen, mama – do obozu koncentracyjnego dla kobiet w Meklemburgii.

Potrafię jedynie fragmentarycznie odtworzyć ich losy. Dziadek, zapytany przez Niemców o swoje kwalifikacje, przyznał się, że pracował w tramwajach, jako prawnik. – Doskonale, będziecie pomocnikiem maszynisty – zapadła decyzja.

I od tego momentu przez pół roku w lokomotywie podróżował torami Rzeszy wśród sypiących się bomb. Babcia przebywała pod Hoyerswerdą. Była świadkiem wielkiego bombardowania Drezna, ale najsilniej utkwił jej obraz wiosny 1945 roku, dróg obsadzonych przez kwitnące jabłonie, pełnych żelaznego złomu, trupów i gromad łachmaniarzy... 

Ojciec szybko został rozdzielony z wujkiem Jurkiem. Był przekonany, że nie przeżyje. Bywały momenty, że przed śmiercią głodową ratował się, zapychając żołądek węglem...

Pisałem już, jak bardzo cierpiał z powodu swego ateizmu i ogromnie zazdrościł ludziom wierzącym, którzy nawet w obozie pocieszali się perspektywą zbawienia i nowego życia. On sam daru łaski nie dostąpił.

 

Nie utracił jednak zdolności obserwacji – pamiętam kapitalną opowieść na temat duszy rosyjskiej. W pewnym momencie trafił razem z jeńcem sowieckim do gospodarstwa jakiegoś bauera, gdzie sporo czasu spędzali tylko we dwójkę.

– Widzisz, jak ludzie potrafią żyć – podpuszczał swego Wanię. – Prości chłopi, a mają lodówkę, pralkę, radio...

– U nas wszyscy też to mają, tylko większe! – odpowiadał Rosjanin.

Zadziwiające: ideologiczny czad nie ustępował nawet w obliczu niechybnej śmierci.

Wujek Jurek zniósł obóz najciężej. Melancholik i pesymista, z gatunku ludzi, którzy nawet w radosnych momentach boją się cieszyć, bo wiadomo, że jak jest dobrze, to może być tylko gorzej. Zakompleksiony, samotny, bojaźliwy przypłacił pobyt w obozie gruźlicą. Podobno zachorował podczas przemarszu z obozu do obozu, śpiąc na zlodowaciałej drodze i czując, jak śnieg roztapia się pod jego ciałem.

A przecież i on miał promyk słoneczny podczas tułaczki. Przepędzani przez Wiedeń koczowali na jakimś podwórku. Nie wiadomo skąd pojawiła się naraz piękna wiedenka, która wciągnęła go do swego mieszkania, nakarmiła, umyła, a potem... Czy była jedyną kobietą w jego życiu? Zapewne pierwszą. (Nie wierzę w opowieść, jakoby dziadek, martwiąc się o nieśmiałego syna, wydał polecenie służbowe Mani, żeby go rozprawiczyła!)

W każdym razie potem ze dwa razy planował ożenek, ale nigdy go nie zrealizował. (Raz nawet było już „po zapowiedziach”).

Wówczas, w Austrii, zdumiony pytał kobietę, dlaczego to robi. Odparła: – Coś się wam od nas, Niemców, należy.

Wspomnienie tej „rekompensaty” zachował do końca swego życia wypełnionego monotonną pracą w jakimś dziale rachuby i marzeniami o podróżach po świecie, z których żadnej nie udało mu się zrealizować.

Mamę ocalił wspomniany sweter, aspiryna, chleb palony na węgiel i życzliwość współwięźniarek. W obozie dostała szkarlatyny i tyfusu, ale mocny organizm sportsmenki przetrzymał wszystko.

 

Czasami udawało mi się wycisnąć z niej cokolwiek na temat tamtych miesięcy.

Po wyzdrowieniu została przeniesiona do Berlina, gdzie pracowała w fabryce samolotów Heinkel Werke, co rusz kryjąc się przed bombardowaniem.

Wyzwolili ją Sowieci, jeszcze zanim Hitler popełnił samobójstwo.

Koleżankom z niewoli – Rosjankom – zawdzięczała szybki powrót do domu, pustymi eszelonami wracającymi z frontu. Dziewczyny lubiły ją i chroniły przed napastliwością sowieckich sołdatów, choć same chętnie uczestniczyły w orgietkach.

W Warszawie, której nie dało się poznać, znalazła się 1 maja. Na ruinach wywieszono flagi i organizowano pochód. Dotarła do Wawra. Pierwsza! W domu była tylko Mania i tłum intruzów. W ścianie stołowego ziała dziura po pocisku artyleryjskim, w sypialni jakiś student palił na podłodze ognisko...

W Warszawie pokręciła się chwilę i pojechała do Łodzi szukać ojca. Pomocy udzielał jej przyjaciel taty, mecenas Czesław Bądzyński.

Był to poniekąd rewanż. Dwa lata wcześniej tata wyciągnął go z getta, ratując mu życie. Operację przeprowadzono w gmachu sądów na Lesznie, podzielonym na część polską i żydowską. Strażnik został opłacony, w toalecie (wspólnej dla obu części) czekał tata z garniturem bez gwiazdy Dawida. Potem wystarczyło tylko wyjść śmiało na aryjską stronę, a później wierzyć w „łańcuch ludzi dobrej woli”. (Kilkunastu Polaków ryzykujących życie, aby uratować jednego Żyda). Nawiasem mówiąc, mam uzasadnione podejrzenia, że „Czechurek” – jak go nazywano – nadużył co nieco swojej roli gospodarza. Inna sprawa, że oboje mieli prawo sądzić, że mój tata nie żyje.

 

Dziadkowie wrócili jeszcze w maju. Zatrzymali się na moment we Wrocławiu, gdzie Tadeusz Karczewski otrzymał propozycję objęcia dyrekcji tamtejszych tramwajów. Gdyby ją przyjął, mógłby mi nucić nad kołyską Mkną po szynach niebieskie tramwaje...

Ale on, wbrew realistce babci, chciał do Warszawy, do Warszawy! Więc wrócili do nadwyrężonego artyleryjskim ostrzałem domu pełnego obcych ludzi.

Babcia pozbywała się ich całymi latami, aż pozostał tylko jeden pokój zajęty przez rodzinę pani Kaniowej. (Pamiętam, jak raz wystąpiła w roli Świętego Mikołaja – niestety, rozpoznałem ją, co nadwyrężyło moją dziecięcą wiarę). Kaniowie w końcu wyprowadzili się do własnego odbudowanego domku, zostawiając nam jednak córkę z mężem. Ku rozpaczy babci rychło rodzina powiększyła się o bliźniaki. Ale to akurat uratowało nasz dom. Ich zakład pracy (bodajże Kora) w nagrodę za mnogi poród załatwił im mieszkanie. Byliśmy znowu sami w swoim domu i mogliśmy stąpać po swych własnych schodach. 

Tata wrócił (ze strefy amerykańskiej) w lecie. Wiedział naturalnie, że wraca do kraju zajętego przez Sowietów, ale jakoś nie widział się na emigracji. Podobno, choć nie bardzo w to wierzę, na swoją pierwszą rozprawę musiał pójść w pasiaku. Ale bardzo szybko stanął na nogi.

Małżeństwo państwa Wolskich znów rozkwitło. Tylko obozowe wycieńczenie nie pozwalało przez dłuższy czas na pojawienie się potomka. 

Tymczasem późną jesienią objawił się także wujek Jurek, po dłuższym pobycie w szpitalu w amerykańskiej strefie okupacyjnej.

Zaczęło się życie w PRL-u, a wkrótce na tym najszczęśliwszym z możliwych światów miał się pojawić autor niniejszych wspomnień. 

 

II Teraz ja

 

Dzieciak

 

Urodziłem się 22 lipca 1947 roku w Łodzi jako wcześniak. Najwyraźniej pragnąłem zjawić się na tym padole płaczu właśnie w dniu, w którym cały kraj świętował trzecią rocznicę Manifestu PKWN. Mama opowiadała, że niesamowicie się czuła, idąc przez udekorowane flagami miasto do kliniki noszącej nomen omen miano „Betlejem”.

Tamże urodziłem się wpół do dwunastej w południe. A zaraz potem rozległa się kanonada z armat. Mama uznała, że na naszą cześć. Odtąd moje urodziny oznaczano w kalendarzach (aż do 1990 roku) czerwoną kartką. Na szczęście imieniny (św. Marcina na białym koniu) obchodziłem w zupełnie inne święto narodowe – 11 listopada.

 

Czy ten dualizm zaciążył nad całym moim życiem? Nie mnie sądzić.

 

Dzieciństwo miałem szczęśliwe i beztroskie, i to niezależnie, czy przebywałem w Łodzi, dokąd często przyjeżdżała babcia Kazia, czy w pełnym kwiatów ogródku w Wawrze. W międzyczasie za pieniądze mojego ojca – bo jako jeden z nielicznych adwokatów, którzy przeżyli wojnę, zaczął znakomicie zarabiać – drewniak został obmurowany czerwoną cegłą i wyremontowany po przejściach wojennych.

Z okresu łódzkiego niewiele pamiętam – poza adresem, ciągle słyszę siebie jako dwulatka recytującego: Malcin Wojski, ulica Andzieja 27. Przy odtwarzaniu niniejszej historii okazało się, że adres jest niepewny. W pamiętnikach ojca trafiłem na wzmiankę o jego przedwojennym pięciopokojowym mieszkaniu na Andrzeja 13, róg Wólczańskiej. Potem mówiło się, że wykupił powtórnie swój przedwojenny lokal. Czy ktoś tu się myli? Czy ojciec zmienił przed wojną mieszkanie? Tym bardziej że rozkład mieszkania zawarty w opisie taty wydaje się identyczny z tym, co sam znajduję na najgłębszym dnie moich wspomnień. Ale ostatecznie kartka pocztowa do mnie od dziadka nie pozostawia wątpliwości: Andrzeja 27.

Licho wie. Inne wówczas zapamiętane rzeczy wydają się mniej problematyczne. Na przykład rzeźba konia znajdująca się na dachu lecznicy dla zwierząt. Każdorazowemu spacerowi tamtędy towarzyszył wierszyk recytowany przez babcię: Na ulicy Kopernika stała panna bez bucika. Mama pyta, gdzie jest bucik, ona na to, że jej ucik. Od maleńkości fascynowało mnie, czemu był w tym wierszyku oczywisty błąd językowy, ale nikt sensownej odpowiedzi udzielić mi nie umiał. Minęło trochę czasu, nim zorientowałem się, że nie takie rzeczy robi się dla rymu.

Co zapamiętałem jeszcze? Że na ŁKS-ie stał mały drewniany domek dla dzieci, którego zapach – świeżych sosnowych desek – trwa w mojej głowie, gdzieś między przysadką a szyszynką.

 

Wspomniałem już o rozkładzie naszego łódzkiego mieszkania (zapamiętałem je bezbłędnie, co mogłem sprawdzić, odwiedzając je gdzieś na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych). W pamięć wrył mi się także dzień, w którym opuszczaliśmy je na zawsze – rzuciłem okiem za siebie i zaskoczyło mnie stojące na szafie nasze wielkie radio. Zresztą radio to, marki Saba, trafiło ostatecznie do Wawra i tam padło ofiarą mojej ciekawości. Płótno przykrywające głośnik budziło we mnie ogromne zainteresowanie i kiedy Mania opowiadała mi, że idą czasy, w których przez taki ekran ludzie z radia będą mogli zaglądać do naszego mieszkania, wydłubałem w nim paluszkiem dziurę... Stąd do ostatecznej destrukcji odbiornika nie było daleko... W odróżnieniu od Mateusza, mojego syna, który już jako dziecko potrafił każde urządzenie rozebrać, a następnie złożyć, opanowałem wyłącznie pierwszą fazę...

Jeśli idzie o Łódź, całą resztę wrażeń pokrywa mgła. Nie pamiętam, jak od świeczek z choinki zajęły się firanki, nie pamiętam też mojej pierwszej piastunki Niemki z synem. Jak przez mgłę przypominam sobie, że chyba chowaliśmy się do szafy i w środku zapalaliśmy latarkę. I jak chętnie bawiłem się w przebieranki. 

Inne budzące grozę zdarzenie miało miejsce już w Wawrze. Grano w karty w stołowym, a ja w sypialni spałem w wózeczku. W pewnym momencie mama, o której legendarnej intuicji już wspominałem, wstała, zakołysała parę razy wózkiem i przesunęła go o metr.

Kilka minut później urwał się żyrandol, spadając w miejsce, w którym znajdowałem się chwilę wcześniej...

 

(Podobne zdarzenie przytrafiło mi się w 1968 lub w 1969 roku. Grałem w Mrzeżynie w karty, na korytarzu kantyny, kołysząc się w krześle, kiedy nagły przeciąg sprawił, że wyjęte z zawiasów i oparte o ścianę drzwi runęły na miejsce, w którym byłem przed chwilą. Dlaczego akurat wychyliłem się do przodu? Kto czuwał wtedy nade mną...?)

Z Łodzi – ale chyba trochę później, zapewne byliśmy tam u kogoś z wizytą (na przykład u Jaśki Mikołajczykowej w Emilii pod Ozorkowem, która hodowała lisy) – dobrze utkwiła mi również w pamięci pierwsza wizyta w teatrze. Teatr zwał się Pinokio, a sztuka, może dla ułatwienia, nosiła taki sam tytuł. Więcej nie pamiętam, bo w momencie kiedy na scenie pojawili się Kot i Lis i zaczęli tarmosić biednego pajacyka, nie wytrzymałem i z dzikim wrzaskiem rzuciłem się ku wyjściu. Po tym eksperymencie długo nie dawałem się zaprosić do przybytku Melpomeny. Ale próby były. Pamiętam w Toruniu, gdzie wizytowaliśmy kuzynostwa Mroczkowskich, próbowano namówić mnie na obejrzenie sztuki.

 

– O czym będzie? – pytałem.

– O historii piernika.

– A jak się skończy?

– Bardzo dobrze: upieką go i zjedzą.

 

Poszedłem, ale cały spektakl oglądałem z korytarza przez szparę w drzwiach.

Zapamiętałem też przyjazd do Warszawy. Zimą. Chyba więc ten ostateczny. Po wyjściu z pociągu jechaliśmy dorożką i mimo koców przenikał mnie dotkliwy ziąb. Dookoła ciągnęło się morze ruin, na których leżał śnieg, zaobserwowałem też porastające je małe drzewka... Podczas przeprawy przez Wisłę musiałem zasnąć. I tyle.

Okres łódzki należał do najszczęśliwszych w życiu ojca. Nie zostawił na ten temat zapisków, ale wiem, że rodzicom powodziło się znakomicie. Wojnę przeżyło niewielu adwokatów, a tak znakomitych jak Jerzy Wolski prawie wcale.

Miał mnóstwo pracy – ale starczało czasu na zabawę. Dumny z młodej żony u boku szalał w lokalach, znowu często zaglądając do „Malinowej” w Grandzie, gdzie zbierała się ówczesna socjeta.

Nie zapominajmy, że Łódź była w owym czasie praktycznie stolicą Polski. Tu grały główne teatry, wychodziły gazety. Artyści z kręgu Syreny – Danuta Szaflarska czy Stefania Grodzieńska – należeli do bliskich znajomych.

 

Ojciec był szczęśliwy. Może za bardzo. Nie taił swego bogactwa, potrafił wysypywać przed mamą szufladę pieniędzy, którą ta potrafiła bardzo szybko wydać. Żyli więc z dnia na dzień – dość beztroscy i niepraktyczni, przekonani, że będzie tak zawsze, a nowa władza nie zrobi na przykład wymiany pieniędzy, co pochłonie wszystkie oszczędności. Mama, mimo że nie porzuciła sportu, pracowała wpierw w centrali tekstylnej, potem zaczęła stawiać pierwsze kroki w dziennikarstwie, bodajże w „Kurierze Łódzkim”. Była inteligentna i okazała się bystrą uczennicą. Wystarczyło, że tata pokazał jej, jak się to robi, nauczył podstawowych chwytów dziennikarskich, i poszło. Pisała głównie o sporcie, jakiś czas nadal pozostawała zawodniczką, występowała też w rewii na lodzie, potem zaczęła sędziować i pracować jako trener. Nieco później zdarzało się jej prowadzić transmisje radiowe, raz nawet miała nagłe zastępstwo podczas relacji z Wyścigu Pokoju. Nie skorzystała natomiast, może i słusznie, z propozycji przejścia do raczkującej telewizji.

 

W roku 1949 kariera taty osiągnęła apogeum – został obrońcą w wojskowych sądach rejonowych. Zajęcie lukratywne, ale wymagające zrozumienia, że w coraz bardziej otaczającej ich socjalistycznej rzeczywistości obrońca winien być pomocnikiem prokuratora i sędziego. Ojciec nie potrafił się z tym pogodzić. A proces, w którym desperacko bronił dwóch małolatów – chłopcy znaleźli pistolet (zresztą zepsuty) i przechwalali się, że założą antykomunistyczną organizację – okazał się gwoździem do trumny. Proces wprawdzie wygrał, ale jego los jako adwokata był przesądzony; gęstniała atmosfera, na celownik wzięła go klika aktywistów partyjnych na czele z dziekanem Popeckim (sam tata nigdy do partii nie wstąpił).

I zniszczono go. Ponieważ w odróżnieniu od innych członków palestry uczciwie rozliczał się ze swych dochodów, zastosowano odpowiedni mnożnik i obciążono domiarem w wysokości półtora miliona złotych (spłacał go aż do lat sześćdziesiątych), a w ramach weryfikacji adwokatów skreślono go z listy.

 

W międzyczasie, 22 kwietnia 1949 roku, odszedł dziadek. Byłem wtedy w Wawrze. Podobno tamtego wieczoru bardzo długo mnie pieścił, a następnie usypiał, śpiewając: Góralu, czy ci nie żal, góralu, wracaj do hal.

Potem umarł. Zawał! Mama twierdziła, że objadł się na święta, a babcia nie pozwoliła mu się napić czegoś mocniejszego...

Powstała kwestia obrony domu przed kwaterunkiem i był to jeden z głównych powodów naszej przeprowadzki do Warszawy. Przy okazji niepraktyczność moich rodziców osiągnęła apogeum. Tata (nie znam szczegółów, ale jakoś zaraz po wojnie) wykupił swoje dawne mieszkanie, razem z meblami, czarnym eleganckim kompletem należącym do mieszkającego tam za okupacji Niemca (przedwojenne wyposażenie przepadło), a następnie przekazał je za darmo lekarzowi (doktorowi Ludwikowi Mazurkowi), zostawiając nawet aparaty telefoniczne. Kiedy mama oprotestowała przesadną hojność, odparł: – A po co je zabierać, przecież w Wawrze nie będziemy mieli telefonu...

 

Inna sprawa, że Najwyższy Dramaturg zauważył ten jego czyn. Kiedy dekadę później ojciec zapadł na ciężką chorobę nerek i katowickie konowały omal nie doprowadziły go do śmierci, wspomniany doktor Mazurek jakimś cudem się o tym dowiedział, sprowadził tatę do Łodzi i wyleczył! 

Dla mego życia przeniesienie do Warszawy miało istotne znaczenie. Stolica dawała inny start życiowy. Jednak dla taty nie była to korzystna zmiana. Zawsze twierdził, że gdyby został w Łodzi, po jakimś czasie stanąłby na nogi. A tak przez dwa miesiące pozostawał bezrobotny, potem załapał się na pół etatu w Instytucie Technologii Krzemianów za 750 złotych miesięcznie. Rok zajęło mu uzyskanie drugiej połówki w Centralnym Urzędzie Gospodarki Materiałowej.

W sumie – porównując z wcześniejszym statusem – bieda. I jaki kontrast z mamą odnoszącą sukcesy na wszystkich frontach! Na lodzie i w dziennikarstwie. Została redaktorem działu sportowego „Żołnierza Wolności”.

Tata też próbował pisać, ale nic z tego nie wychodziło. Jeśli napisał za mamę, kupowali, ale gdy próbował spłodzić coś pod własnym nazwiskiem lub pseudonimem (Jerzy Wawerski), nie kupowali, choćby była to spełniająca wszelkie kryteria literackie i cenzuralne nowela sportowa. Wyczuwali wroga.

 

Nie dziw, że tata gorzkniał, jego nadzwyczaj zdrowy organizm zaczął się załamywać. Wiele czasu spędzał w swoim pokoju. Coraz gorsze były stosunki z babcią i mamą (która w międzyczasie nawiązała romans ze sportowcem – hokeistą. Mani zakazano go obsługiwać).

To musiało pęknąć. Wielka klasa moich rodziców polegała na tym, że w ich relacjach nie dochodziło do spektakularnych kłótni. Jako dziecko w ogóle nie orientowałem się, że coś między nimi jest nie tak. Nie odnotowałem nawet momentu (a musiałem być już w pierwszej, a może w drugiej klasie), kiedy tata zniknął.

Pamiętam za to ostatnie pół roku pełnej rodziny: wspólne z ojcem łowienie motyli, rozniecanie moich zainteresowań geograficznych i sportowych. Ostatniej zimy kupił mi narty, choć nie starczyło pieniędzy na kijki. Więc jeździłem po wawerskich uliczkach, odpychając się babcinymi laskami...

 

Nie chcę pisać o szczegółach rozwodu. Wina rozkładała się mniej więcej tak: 70 procent mama, reszta system, który zniszczył pozycję taty. Ojciec opuścił dom „z jedną walizką”, wynosząc się do Katowic, gdzie został radcą prawnym w Ministerstwie Górnictwa i Energetyki. Rychło znalazł sobie w biurze dziewczynę, sympatyczną panią Marysię. Choć nigdy nie zamieszkali razem i nie sformalizowali swego związku, przeżyli ze sobą wiele lat. Wspólnie wyjeżdżali na wczasy, razem uczyli się angielskiego. A że się nie pobrali? – Miałem jedną teściową i to mi wystarczy na całe życie! – wyznał mi kiedyś w przypływie szczerości. 

Jednak trudno twierdzić, że odejście taty spłynęło po mnie jak woda po kaczce. „Promienny chłopczyk”, śmiało wspinający się po drzewach, stał się ostrożniejszy – zwłaszcza po złamaniu obojczyka, wywołanym upadkiem z trzepaka – częściej bywał zamyślony, samotny. Chyba wtedy zacząłem bać się ciemności, a jakieś słuchowisko w radio, w którym występował diabeł, wywołało we mnie obsesyjny lęk przed godziną dwunastą. Byłem przekonany, że jeśli nie zasnę do tej pory, przydarzy mi się coś strasznego. Błagałem, żeby nie gasić światła, zawsze musiało się coś sączyć przez drzwi, a równocześnie liczyłem kwadranse i minuty dzielące mnie od północy. Zawsze jednak zasypiałem przed tym groźnym terminem.

Ciekawe, że motyw przeklętej godziny, konkretnie 4.15, występował w jednym z zachowanych opowiadań ojca – jego bohater obsesyjnie bał się tej godziny, nie mogąc przewidzieć, że wiele lat później zostanie o tej porze stracony za działalność opozycyjną w stalinowskim PRL-u.

 

Z tego okresu dzieciństwa najbardziej przypominam sobie permanentne wyczekiwanie na mamę. Oto siedzę przy oknie przedpokoju, przeciętym schodami, przed sobą mam bezkresne, dziś zabudowane pole – nie ma na nim jeszcze kościoła, tylko mały baraczek, w którym później odbywały się lekcje religii. I czekam, czekam.

Moja rodzicielka pracowała na kilku etatach, oprócz redakcji, w której często miewała nocne dyżury, wcześnie rano biegała na treningi szkółek łyżwiarskich, na zmianę w dwóch klubach, bodajże AWS-ie i Budowlanych. Swoją drogą, ile było tych szkółek łyżwiarskich, ilu zawodników... Spod ręki mamy wyszła nawet jedna przyszła mistrzyni Polski. Bywało, że zabierała mnie ze sobą na świeżo otwarty Torwar. Ale nie zrobiłem kariery zawodnika, owszem, nauczyłem się podstaw poruszania się na lodzie, zaliczyłem „pierwszy krok”, ale brakowało mi cierpliwości. Poza tym bolałem, że mama zajęta innymi dziećmi nie poświęca mi więcej czasu niż innym. W dodatku nienawidziłem zimna, a ćwiczenie „łuków” i „trójek skakanych” bezgranicznie mnie nudziło.

A nuda od czasów najdawniejszych należała do moich najgorszych wrogów. Nudne było siedzenie u fryzjera, mimo że babcia dokonywała cudów, aby je uatrakcyjnić, narzędzia opalano nad płonącym, zamoczonym w spirytusie wacikiem, dezynfekowano grzebienie...

Podejrzewam, że również moje niejedzenie, a niejadkiem byłem obłędnym, wynikało z tego, że proces żucia i przełykania wydawał mi się nudny wobec innych atrakcji świata. Czego nie dokonywano, aby mnie zabawić i wdusić coś do gardła... Garnki na głowach, koncerty na sztućce i patelnie. Wszystko na nic. Jajka potrafiły lądować na suficie, a gdy podrosłem, do perfekcji opanowałem proces odwracania uwagi babci lub Mani i ciskania elementów posiłku za piec, gdzie schły, o dziwo, nie wytwarzając szczególnego smrodu.

Kiedy lata później, przy okazji zakładania centralnego ogrzewania, piec rozebrano, a zbiegało się to z przygotowaniami do narodzin mojej siostry Sylwii, oczom robotników ukazał się prawdziwy geologiczny przekrój epok gastronomicznych PRL-u. Coś w rodzaju kanionu Colorado, w którym warstwy pierogów przeplatały się ze złogami zasuszonych cynaderek, naleśników czy wątróbek.

 

Czasami zastanawiam się, jak w ogóle udało mi się przeżyć. Tak naprawdę aż do liceum akceptowałem wyłącznie bułkę z dżemem śliwkowym i kotlety mielone, zwane u nas siekanymi. Do tego dochodziły jeszcze jajka i ziemniaki, w zasadzie pod każdą postacią, przy czym prawdziwym przysmakiem okazały się smażone na patelni frytki, które mama zaczęła przyrządzać po swym wyjeździe do Paryża, i jakiś czas później wprowadzona do jadłospisu wołowina.

Sympatia do frytek, naturalnie odpowiednio przyrządzonych, pozostała mi do dziś, a jednym z pierwszych zakupów, kiedy zamieszkałem u mojej narzeczonej Joli, był garnek z sitkiem. Drugą ulubioną potrawą okresu mego narzeczeństwa były kiełbaski własnoręcznie opiekane nad gazowym palnikiem... W szkole nie jadłem nic, nie tylko ze względów smakowych – uważałem wydawanie otrzymanych pieniędzy na żarcie za ogromne marnotrawstwo. Ile można było za to kupić książek! A w domu i tak czekała Mania, bułeczki i marmolada! 

Na koloniach (wysyłano mnie tam, ku mej rozpaczy, podczas każdych wakacji) praktycznie głodowałem. A kiedy mama załatwiła mi pracę (miałem już 18 lat) w wakacyjnym ośrodku wojskowym w Mrzeżynie, wizja śmierci głodowej stała się realna. Z mego punktu widzenia nic tam nie było jadalnego – poza chlebem. Opracowałem więc metodę pozwalającą maleńką kosteczką masła posmarować do dwunastu kromek... Studia przeżyłem głównie na słodkich bułkach z rodzynkami, zwanych nie wiedzieć czemu żulikami, które nabywałem obok uniwerku w sklepie Sumatra.

Wszystkożerny stałem się dopiero wraz z podjęciem pracy w radio, a kolejne rozszerzenie jadłospisu wymusiły kabaretowe podróże (na przykład w stanie wojennym z konieczności nauczyłem się jeść dziczyznę i pewnie wspólnie z kolegami pożarliśmy niejeden park narodowy).

 

Jednak już wcześniej babcia znalazła sposób na moje odżywianie: lektury! 

Od dziecka uwielbiałem, jak czytano mi wierszyki, które błyskawicznie przyswajałem na pamięć. Chodząc potem z Manią po naszej uliczce, epatowałem rozmaite panie domu. Raz tak sugestywnie recytowałem: Pali się, pali się!, że stanowiąca moje audytorium kobiecina, na co dzień dostarczająca nam świeżego mleka, ani się spostrzegła, jak jej kuchnia stanęła w ogniu.

Sam czytałem początkowo mniej chętnie. Mimo że szybko nauczyłem się liter i gdzieś w wieku sześciu lat przerobiłem z tatą prawie cały elementarz Falskiego, mama w którymś momencie przerwała tę edukację, twierdząc, że od przedwczesnej nauki dziecko może zgłupieć. Pewną rację miała. Jeśli poznawałem jakiś materiał wcześniej, a stało się regułą, że podręczniki interesujących mnie przedmiotów czytałem jeszcze w czerwcu od deski do deski, w trakcie roku szkolnego śmiertelnie się nudziłem na lekcjach. I co gorsza, nie potrafiłem tego ukryć.

Nie twierdzę, że Mania była dobrą lektorką, przeciwnie, czytała monotonnie, bez żadnej interpretacji, jednak była nie do zużycia jak magnetofon, więc gdy ja żądałem, żeby czytała mi w kółko to samo, spełniała moją prośbę. Aż się w końcu znudziłem. I zacząłem wymyślać sobie ciągi dalsze.

Nie umiałem jeszcze pisać, kiedy po wizycie w teatrze lalkowym (pracowała tam pani Hanka Wołkowińska, szkolna koleżanka mamy), wiedziony potrzebą dowiedzenia się, co było dalej, narysowałem sobie własną kontynuację, nie wiedząc nawet, że to, co powstało, nazywa się komiks. Chyba właśnie tak narodził się Nasz ulubiony ciąg dalszy, który w przyszłości po wielekroć mógł i musiał następować!

W odróżnieniu od Mani babcia preferowała lektury poważniejsze. Do posiłków czytała mi Trylogię Sienkiewicza. Z sukcesem! Przy huku dział ze Zbaraża wchodziły mi nawet leniwe pierogi, choć ze szpinakiem nigdy się nie udało!

Babcia naturalnie cenzurowała pana Henryka, oszczędzając mi na przykład opisów wbijania Azji na pal. Miało to tę dobrą stronę, że natychmiast dorywałem się do opuszczonych miejsc, doskonaląc umiejętność czytania. W drugiej klasie stało się to moją prawdziwą namiętnością. Przeczytałem samodzielnie Kubusia Puchatka Milne’a, potem Doktora Dolittlei jegozwierzęta Hugh Loftinga. I poszło.

 

Po dedykacjach (ojca, mamy i wujka) i datach na książkach widziałem, jak starannie dobierano dla mnie lektury. Przeważały książki podróżnicze: Wyspa Robinsona Fiedlera, Dzieci kapitana Granta, W 80 dni dookoła światai Tajemnicza wyspa Verne’a, Czarna strzała i Porwany za młodu Stevensona, ale również Tajemniczy ogród, Przygody Tomka Sawyera. Na szczęście było to już po roku 1956. 

Rynek wydawniczy zrobił się bogaty i wielobarwny, więc nie musiałem się wychowywać na drętwych opowiastkach sowieckich. Nigdy nie przeczytałem Timura i jego drużyny i zupełnie tego nie żałuję. Lektury okazywały się znakomitym lekiem na samotność, a książka – najlepszym z wszystkich możliwych przyjaciół: uległym, zawsze dostępnym, ale równocześnie nieprzewidywalnym.

Co do przyjaciół w realu, opiekujące się mną panie prowadziły politykę ścisłego ich racjonowania. Nie pozwalano mi się bawić na ulicy, którą przedstawiano jako miejsce niezliczonych zagrożeń. Musiał wystarczyć własny ogród, do którego wolno mi było zapraszać dzieci sąsiadów. Najbardziej przyjaźniłem się z Jackiem i Maćkiem Michałowskimi, choć babcia podejrzewała, i słusznie, że mają na mnie zły wpływ.

Mieli. W wieku jakichś ośmiu lat zostałem przez nich uświadomiony. Najpierw skłonili jedną z młodszych dziewczynek, by zdjęła majtki, co zrobiła dość chętnie, a potem opowiedzieli mi, skąd się biorą dzieci. Brutalnie opisany akt prokreacji wstrząsnął mną do głębi. Do tego stopnia, że im nie uwierzyłem. Oczywiście już wcześniej wiedziałem, że dzieci wychodzą z brzuszków swoich mam, ale ponieważ Mania czy może babcia opowiedziały mi o cesarskim cięciu, uznałem to za jedyny możliwy sposób przychodzenia na świat. Ale jak się do tego brzuszka oseski dostają, już mi nie powiedziano. Nie mogąc się pogodzić z drastyczną wersją kolegów, a równocześnie zdając sobie sprawę, że musi mieć w tym jakiś udział tatuś, wyobraziłem sobie poczęcie jako coś na kształt braterstwa Indian. Rodzice nacinają sobie ręce, sprawiając, że łączy się ich krew – powstaje nowe życie. Wydało mi się to godne i piękne!

Może dlatego długo nie przyjmowałem prawdy o świecie i jako dziecko nigdy nie bawiłem się w doktora. Przynajmniej po tym uświadomieniu. A przedtem...? Z relacji Mani wiem, że pewnego dnia zdybała mnie na werandzie, na kanapce, ze starszą ode mnie o rok sąsiadeczką Elą – oboje gołych, w dodatku w pozycji 69... Niestety, ja tego nie pamiętam!

Doskonale natomiast przypominam sobie pierwszy pocałunek. Miałem jakieś dziewięć lat i wraz z mamą, jej przyjaciółką Stefą Golańską i jej córką, młodszą ode mnie „Bebetą”, wiele lat później żoną reżysera Bugajskiego, wybraliśmy się na spacer do Łazienek. Zapadł zmierzch, pachniały bzy. Nastrój sprawił, że wspiąłem się na szczyty odwagi i skradłem jej całusa. Potem drugiego...

 

Ale takie wydarzenia przytrafiały mi się rzadko. Normą była samotność w naszym domku, gra w karty z Manią i czekanie, kiedy wreszcie mama wróci.

Każdy kontakt z nią traktowałem jak prawdziwe święto. Pieszczoty w niedzielne przedpołudnia, kiedy z radia rozlegał się hejnał mariacki, a w kryształowych szybkach czarnego kredensu rozszczepiało się światło, czy wycieczki na łąki położone po drugiej stronie szosy brzeskiej. Jeszcze dzikie, podmokłe. Wystarczyło minąć kapliczkę, którą kiedyś roztrzaskał piorun (nie bardzo mogłem zrozumieć, jak grom mógł strzelić w Matkę Boską), przejść przez most nad kanałkiem i zaraz zaczynał się inny świat – podobny dzikim ostępom z moich książek. Warstwa darni kołysała się pod stopami, a pod nią czaiła się przepastna głębia. Umierałem ze strachu, że mnie pochłonie, ale ryzykowałem i kołysałem się. Sądzę, że więcej było w tym mojej wyobraźni niż jakiegokolwiek zagrożenia – na łąkach pasły się przecież krowy, które wieczorem przepędzano przez ówcześnie pustawą szosę brzeską do obór (dwie znajdowały się na naszej uliczce) na wieczorny udój. Pamiętam, jak właziłem z mamą na drzewa, wielkie rozłożyste dęby rosnące w miejscu dzisiejszego węzła Ostrobramskiej i Trasy Siekierkowskiej. Przypominało to nieco Zaczarowane Miejsce z KubusiaPuchatka i szkoda, że nie pozostał z niego żaden ślad. Podobnie przepadły wielkie lipy rosnące na tak zwanym dołku przy Nowowiśniowej, kilkadziesiąt metrów od naszego domu. Musiały mieć grubo ponad 300 lat, dlatego wyobrażałem sobie, że siadywał pod nimi Jan III Sobieski z Marysieńką, przypływający tu łodzią z Wilanowa. Już wtedy wiedziałem, że moja mała ojczyzna wchodziła w skład dóbr wilanowskich. 

 

Drzewa były pewnie pod ochroną, ale i tak zostały ścięte, a dołek zasypano.

Innym magicznym drzewem mojego dzieciństwa była rosnąca tuż za parkanem wielka morwa, na którą chętnie wspinałem się z Jackiem i Maćkiem, bawiąc się w piratów, a przy okazji kosztując wyjątkowo słodkie owoce.

Kiedy zdecydowałem się pod koniec lat siedemdziesiątych kupić ten plac i zbudować na nim mój dom, zrobiłem to głównie ze względu na tę morwę.

Ale jeszcze o mamie – jak dziś pamiętam pierwszy spacer na świeżo odbudowane Stare Miasto czy pierwszy wyjazd kolejką do Świdra i brodzenie w płytkiej, ciepłej wodzie.

Tak naprawdę przez Wawer biegły dwie kolejki. Pierwsza kursowała po normalnych torach kolei do Lublina, druga, wąskotorowa, chodziła skrajem szosy od Wisły aż do Karczewa. Nie pamiętam jej kursowania, choć wiem, że zdołał zginąć pod nią jeden z chłopaków z sąsiedztwa. Jego ojciec, a może stryj – do dziś pamiętam jego chudą sylwetkę – nie przyjął tego do wiadomości i codziennie o stałej porze wychodził na róg Halickiej i Kmicica i czekał – może wróci...

 

Tory znikły przy okazji poszerzania szosy, początkowo wąskiego pasemka granitowej kostki z towarzyszącymi jej poboczami z tak zwanych kocich łbów. Jednak zdążyłem jeszcze chodzić po nich z tatą, ucząc się, jak zachowywać równowagę.

Dla dzieciaka z nadmierną wyobraźnią egzotyka czaiła się wszędzie. Zaraz za drugim torem linii okrężnej mieliśmy prawdziwą pustynię, wielki obszar szczerego piachu, zapewne po wyciętym lesie. Dziś ponownie porósł go lasek o nazwie park Matki Mojej, w którym dołki i górki są jedyną pamiątką po rosyjskim forcie wysadzonym w trakcie pierwszej wojny światowej. Oczywiście był czas, kiedy poszukiwaliśmy tam skarbów. Z kolei w Aninie, wśród strzelistych sosen, były wysokie wydmy z tak zwaną górką Delmaka na czele. A ile emocji dostarczyła nam przejażdżka we dwójkę z mamą na rowerze otrzymanym na urodziny (pewnie dziewiąte czy dziesiąte) od taty. Siedziałem na bagażniku, ale nie zachowałem dostatecznej ostrożności. Podczas podjazdu na stromą górkę w Starej Miłosnej noga wkręciła mi się w szprychy. Nodze nic się nie stało, ale koło trzeba było naprawiać.

Osobnego opisu wymagają te niezbyt częste chwile, kiedy mama mi czytała. Czytała, interpretując! W niczym nie przypominało to monotonnego szemrania Mani. Lektury w wykonaniu mojej mamy – Winnetou, Przygody SherlockaHolmesa – przypominały prawdziwe słuchowiska...

 

O wielkim detektywie po raz pierwszy dowiedziałem się na koloniach w Lidzbarku Welskim. Znalazłem się tam z grupą dzieci z kręgów wojskowych. Dyscyplina, wieloosobowe sale w barakach, plac apelowy, orzeł z kamyków i pokruszonej cegły... 

Po latach z głębin niepamięci powrócił do mnie jeden szczególny obraz. Ogłoszono już ciszę nocną. Wychowawcy poszli gdzieś w cholerę! My wleźliśmy do łóżek. I naraz uniósł głowę mój sąsiad, wyższy ode mnie, bystry blondynek, ten, który w następnych dniach miał mi wiele opowiadać o angielskim detektywie i jego przyjacielu lekarzu...

 

– Wstajemy! – zakomenderował.

Posłuchali wszyscy.

– A teraz klękamy i zmówimy pacierz.

Uklękliśmy bez szemrania. Opierał się tylko jeden chłopak, nieduży, czarniawy.

– Ja nie umiem – tłumaczył się. – Jestem Żydem.

– Nie szkodzi! Nauczysz się.

 

W 50 lat później przypomniał mi się ten epizod podczas opowieści Antka Zambrowskiego, kolegi z „Gazety Polskiej”, o tym, jak dzięki rówieśnikom odnalazł chrześcijańskiego Boga w sowieckim sierocińcu dla polskich dzieci, w samym szczycie stalinizmu. Niezgłębione są ścieżki Opatrzności.

Wychowywałem się w domu indyferentnym religijnie. Ojciec nie wierzył. Mama nie zaprzątała sobie głowy religią, choć jak trzeba – uczestniczyła w praktykach. Babcia uczęszczała do kościoła od czasu do czasu, mając chyba na pieńku z naszym proboszczem. Jedyną osobą naprawdę wielkiej wiary była w naszym domu – Mania.

To ona ochrzciła mnie z wody. To ona co niedzielę prowadziła do kościoła. Wkrótce zabawa w księdza odprawiającego mszę św. stała się moją ulubioną rozrywką... Przy okazji zniszczyłem piękny metalowy kieliszek wyglądający na srebrny, który postawiony na gorącej blasze stopił się na placek. Cud!

W wieku siedmiu lat zażądałem chrztu. (Chrzestni byli dość przypadkowi: przyjaciółka taty Zoja Trojanowska i znajomy mamy ze szkółki łyżwiarskiej, którego nigdy więcej nie widziałem). Rok później przystąpiłem do Pierwszej Komunii. A wkrótce potem, po trzeciej klasie, poszedłem do klasztoru. Żeńskiego. Serio! Do prywatnej szkoły podstawowej prowadzonej przez felicjanki. W Marysinie Wawerskim, czyli jak wtedy mówiono: „na Glinkach”, obok znakomitego gimnazjum dla dziewcząt mieściła się również podstawówka, w której władza wymusiła koedukacyjność. Ale o tym potem.

 

Póki co chciałbym oddać hołd Mani. Chyba nikt tak nie kochał mnie jak ta starsza, samotna kobieta. Dogadzająca mi i doglądająca, a nawet kupująca koszule i skarpetki, kiedy mama zapomniała albo nie miała na to pieniędzy. Zabawne, że kąpała mnie i nosiła na barana nawet wtedy, kiedy zrobiłem się większy od niej. Jeśli przy „mykwie”, jak nazywała te ablucje mama, towarzyszyła babcia, mogłem być pewien, że usłyszę wierszyk: Nie widziała pupa słońca, / zagorzała do miesiąca.

Nie pojmowałem wówczas sensu tego wierszyka, tym bardziej że miesiąc kojarzył mi się wyłącznie z upływem czasu. Również gorzała nie kojarzyła mi się z niczym. Najgorszym wyrazem, jaki znałem, była wspomniana już „pupa”, no i „cholera”, choć wiedziałem, że wymawianie tego ostatniego słowa mogło ściągnąć na dom chorobę. Ponadto nie pamiętam, żeby w naszym domu kłócono się lub podnoszono głos. Jeden jedyny raz zdenerwowana babcia cisnęła w Manię chałką, ale nikomu i niczemu, z chałką włącznie, to nie zaszkodziło.

Czasami mam wrażenie, że to właśnie Mania z zaświatów opiekuje się mną do dziś. Bo kto inny? Nawet kiedy w wieku 13 lat odsunąłem się od Kościoła, a potem przeżyłem wieloletni okres półateizmu, wiary zaszczepionej w dzieciństwie nigdy nie utraciłem do końca. Miałem do czego wracać!

 

Jak szanowny Czytelnik może zauważyć, chronologia nie jest mocną stroną mojej opowieści. Dzieciństwo jest swoistym bezczasem i nawet tak traumatyczny moment jak pójście do szkoły niewiele pomaga w uporządkowaniu – nie jestem często w stanie powiedzieć, które fakty miały miejsce przed, a które po tym dniu, kiedy ze łzami w oczach na korytarzu ceglanego budynku na ulicy Bohaterów (dziś Minerska) oczekiwałem niepewnego losu. Jedyna znajoma osoba Andrzej Umgelter, którego za sprawą babci poznałem jeszcze przed wakacjami, dostał kogo innego do pary. Mama zostawiła mnie samego. Mani nie było. Nie miałem nawet doświadczenia przedszkolnego: wprawdzie rok wcześniej próbowano mnie zapisać do zakonnic, ale po dniu próby uznano, że się nie nadaję. Trudno domyślać się, z jakiego powodu. Może wlazłem do wielkiego akwarium, które, jak pamiętam, zrobiło na mnie wielkie wrażenie, a może popełniłem jakieś gorsze faux pas...?

Tak więc samotny i przerażony lałem łzy czyste, rzęsiste aż do momentu, kiedy wicedyrektorka powiedziała: – Popatrzcie, jaką macie miłą panią. – Uniosłem głowę i łzy zaczęły przysychać. Janina Ambroziak była osobą młodą, szczupłą, o trochę ostrym profilu, ale życzliwym uśmiechu. Zresztą również dla niej był to debiut w roli wychowawczyni.

A co do chronologii – gdybym się bardziej wysilił, udałoby się ustalić co nieco.

Wiadomo, kiedy oddano ostatecznie odbudowany Rynek Starego Miasta, można pewnie ustalić datę trąby powietrznej, która przeszła nad Wawrem, zrywając dach ze świeżo wybudowanego kościoła. Pamiętam, że w drodze do szkoły czepialiśmy się siatek i płotów, żeby nie pofrunąć. Analiza zdjęć z wycieczki na łąki pozwala ustalić, że miałem wtedy pięć lat, bo wówczas nasza sąsiadka Zosia Stankiewicz była w ciąży, a jej córka Magda jest młodsza ode mnie o sześć lat.

 

Niestety, solidnie opisywany przez mego ojca album z fotografiami po roku 1951 traci przejrzystość; są jeszcze zdjęcia z moich urodzin chyba w 1953 roku, a potem już tylko kilka przypadkowych fotografii... Tata wyjechał i nie miał kto się tym zajmować.

Dopiero po latach zauważam, jak pewne fakty łączą się ze sobą i pozwalają okiełznać bezczas. Choć nie do końca...

Kiedy na przykład demokratyczna odnowa ogarnęła Wawer? Wiosną 1956 czy 1957 roku? W każdym razie była faktem – nagle ludziom zaczęło się chcieć. Nowy „blokowy”, niejaki Brykman, z zawodu kinooperator, który zamieszkał w domu vis à vis, należącym do pani Kasztelanowej, która wróciła czy też miała wrócić zza oceanu – postać jakby wyciągnięta z kart podręcznika agitatora, zrewolucjonizował naszą uliczkę. Na pustych placach po domach państwa Jarzębskich i Zdziarskich zbudował ogródek dla dzieci, z huśtawkami, a nawet małą karuzelą na pych. Na swym domu wywieszał prześcieradło i z naszego balkonu wyświetlał filmy, zorganizował wielką loterię fantową i nawet wyścig kolarski, który wygrałem. Naturalnie w swojej kategorii wiekowej. Ale wystarczył rok, aby wszystko zdechło: huśtawki połamano, filmy przestano wyświetlać, a Brykman się wyprowadził...

I tyle zapamiętałem ze zdobyczy polskiego Października. Czy w tamtym czasie zdawałem sobie sprawę, na jakim świecie żyję? Nie za bardzo. Klosz, który mnie otaczał, był dość szczelny. Do i ze szkoły odprowadzała mnie Mania, niosąca za paniczem teczkę i worek. W szatni zawiązywała mi sznurowadła, a ja traktowałem to jak coś absolutnie normalnego, nie zauważając śmieszków kolegów. Nie miałem styczności z miejscowymi chuliganami i schodziłem im z drogi. Nie znałem też większości wulgarnych słów i nie miałem okazji ich poznać. Dzieci w tamtych czasach nie klęły, moi domownicy tym bardziej, choć nie przeszkadzało to nucić śpiewek o mordercy – bohaterze ferajny, niejakim Paramonowie: Na ziemi ręka, na ścianie głowa – to jest robota Paramonowa!

 

O polityce w domu nie mówiono, przynajmniej przy mnie. Czasem złowiłem jakieś słowo w rodzaju „Katyń”, ale starsi natychmiast ściszali głos. Kiedyś któryś z moich kolegów chciał udać się do toalety i zapytał: Czy mogę pójść do UB?, a babcia zgromiła go za użycie tego słowa, które wtedy nic mi nie mówiło.

Byłem niesłychanie „poprawny politycznie”. Pamiętam, jak raz w szkole, na przerwie, zaczęto mówić o Stalinie (jego śmierci jakoś nie zauważyłem). Zabrałem wówczas głos i powiedziałem, że Stalin bardzo kochał dzieci. Ku swemu zdumieniu omal nie zostałem zlinczowany przez mych rówieśników.

Pozostawały jednak pojedyncze wrażenia, na przykład w którymś momencie zakazano bardzo dla mnie widowiskowych procesji Bożego Ciała, ograniczając je do terenu kościoła. Pamiętam też, jak za odnowy ludzka rzeka z chorągwiami znów wylała się na ulicę i pierwszy raz procesja poszła ulicą Płowiecką. 

Ze słynnego Festiwalu Młodzieży w 1955 roku pozostał szok po zobaczeniu pierwszego Murzyna, co dostarczyło mi wrażeń równie wielkich jak zakutani w turbany Hindusi przybywający na stadion Legii długo po finiszu Wyścigu Pokoju, za to niesłychanie atrakcyjni dla łowcy autografów, którym podówczas byłem.

Chęć bycia poprawnym miewała niekiedy nieoczekiwane efekty. Mama często wyjeżdżała za granicę do bratnich krajów i raz przed wyjazdem do Moskwy zabrała mnie na przyjęcie odbywające się w hotelu Polonia. Wielkie schody i spływający po nich czerwony chodnik zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Tak ogromne, że musiałem dać temu wyraz i przypomniawszy sobie nauki babci i Mani, wyszedłem na środek schodów, klęknąłem, przeżegnałem się i rzekłem: – Dzięki Ci, Panie Boże, za Twe hojne dary. – Zapadła cisza. Przestały nawet dźwięczeć ordery na piersiach mundurowych. Struchlała mama pociągnęła mnie na miejsce i rzuciła przytomnie do oficjeli: – On jest niespełna rozumu! – Incydent nie miał żadnych następstw, choć mama przez cały wyjazd bała się, czy z tej Moskwy powróci.

Po latach opowiadała, jak trudno było, pracując w socjalistycznej prasie, utrzymać się i nie ześwinić. Mama pozostała dożywotnio bezpartyjna, jednak musiała czasem podporządkować się serwitutom. Panowała zasada, że nawet w artykule o zawodach sportowych powinno być coś na temat Stalina i Lenina. Mama znalazła na to dość prosty patent. Na przykład opisywała stadion słowami: „nad trybuną honorową góruje portret towarzysza Stalina” i dalej mogła już pisać wyłącznie o piruetach i „spiralach śmierci”.

 

Wydarzeń polskiego Października nie pamiętam, choć wiem, że nawet „Żołnierz Wolności” wydawał specjalne rewolucyjne numery, a mama jeździła z nimi do zakładów robotniczych.

Co innego Węgry! Do dziś dźwięczy mi w uchu transmisja Wolnej Europy słuchana u wujka Jurka i dramatyczny głos spikera: „Czołgi sowieckie na ulicach Budapesztu”. 

Pamiętam też wybory 1957 roku, na których pojawiły się zasłony, za którymi można było skreślać kandydatów na posłów, choć nawet ksiądz prymas (świeżo zwolniony z Komańczy Stefan Wyszyński) apelował o głosowanie bez skreśleń.

Październik miał jednak wpływ na moje dalsze losy – postanowiono przenieść mnie z powszechnej „bakalarni”, jak nazywała ją babcia, na Minerskiej do prywatnej szkoły sióstr felicjanek, mieszczącej się w klasztorze na Glinkach, pięknym obiekcie, z którego wieży, za moich czasów nieistniejącej, sam Adolf Hitler miał w 1939 roku przypatrywać się płonącej Warszawie.

Poszedłem tam z Jurkiem Faltynowiczem, nowym kolegą, z którym przyjaźnię się do dziś. Jurek trafił do Wawra na skutek skomplikowanych zamian mieszkaniowych dokonywanych przez jego ojca (konduktora pociągów międzynarodowych) z lokatorami drugiej części domu pani Kasztelanowej, którą oddano jego rodzinie za lokal w centrum Warszawy. Tymczasem po powrocie głównej właścicielki okazało się, że będący przedmiotem transakcji obiekt do nich nie należał. Ciągnęły się procesy, w końcu anulowano zamianę i straciliśmy sąsiadów.

Początkowo nasze stosunki były napięte. Jurek, osobnik w Wawrze nowy, wszedł w konflikt z braćmi Michałowskimi, dotychczas dominującymi na naszej uliczce. Taką sprawę można było rozstrzygnąć jedynie dzięki honorowej naparzance. Na moment chmura kurzu przykryła pole bitwy, jednak kiedy opadła, okazało się że Jurek został sam na placu boju. – Nie uprzedzał, że trenuje boks – tłumaczyły się „Michałowszczaki”.

 

Postanowiłem schodzić z drogi niebezpiecznemu intruzowi, z którym już zdążyłem mieć na pieńku i zapamiętałem jego pogróżki. Parę dni wcześniej, podczas jednej z szalonych zabaw z Jackiem i Maćkiem, postanowiliśmy zrobić zoo, ale chwilowo nie mając zwierząt, wpadliśmy na pomysł, żeby nałapać do klatek młodszych dzieciaków z sąsiedztwa – małego Marcinka z domu Kaniów czy Leszka Faltynowicza. Jurek uznał to za zniewagę i oznajmił, że nam nie daruje.

Cóż, nasze zabawy często wywoływały konflikty. Najpierw próbowaliśmy skonstruować balon napełniany gorącym powietrzem, ale zabrakło nam gazet. Potem Maciek – a miał smykałkę techniczną, która w efekcie miała zaprowadzić go w szeregi Milicji Obywatelskiej – wymyślił budowę samolotu. Za materiał miało posłużyć kilka posiadanych desek, na resztę poszły płoty z okolicznych posesji, głównie nieco oddalony parkan ormowca Rocha Kubiczka, ojca mojej koleżanki Ani.

Kiedy rano ludzie zauważyli brak ogrodzeń, szybko domyślili się, kto jest sprawcą. Zresztą corpus delicti leżał na naszym placu. Zrobiła się potworna awantura; u mnie skończyło się na rozmowie wychowawczej, ale Maciek z Jackiem dostali w skórę. Ich stary, niezależnie czy trzeźwy, czy pijany, rękę miał ciężką i skorą do represji.

U mnie do kar fizycznych nie dochodziło. Głównie dlatego, że najbardziej chętna do ich stosowania babcia nie mogła mnie dogonić. Goniła mnie wokół stołu, a kiedy się zdyszała, to jej przechodziło. Poza tym potrafiłem rozbrajać ją psychologicznie. Jednego razu (byłem jeszcze dość mały) przeskrobałem naprawdę tęgo. Postanowiłem jednak nie uciekać, tylko ze łzami w oczach wziąłem wiszącą na ścianie (dla postrachu) rzemienną dyscyplinę na kościanej nóżce i wręczyłem babci, obnażając pupinę... Wzruszona babcia też zaczęła płakać i całować mnie...

„Afera samolotowa” tylko na krótko pohamowała nasze zapędy. Pojawił się kolejny pomysł: budowa łodzi podwodnej z dwóch starych balii. Realizacja nie powiodła się z powodu niskiego stanu wody w naszym kanałku, a także braku ochotnika, który chciałby się dać zatopić. Trochę później, już po sukcesach pierwszych sputników, udało się nam wystrzelić rakietę z umieszczonym w środku kotem. Nie wiem, czy dotarła do stratosfery, w każdym razie kota nikt już więcej nie widział. Do mniej kontrowersyjnych przedsięwzięć należało robienie modeli statków, to znaczy: ja je projektowałem, a chłopcy wykonywali; skonstruowaliśmy też teatrzyk kukiełkowy. Ubranka dla lalek uszyłem sam i sam udawałem wszystkie głosy, kolegom pozwalając jedynie na animacje.

 

Nasza rywalizacja z Jurkiem odbyła się w dniu Bożego Ciała i polegała na tym, kto z wyższej perspektywy oglądać będzie procesję. Wlazłem na bramę, on na swój płot – remis. Wspiąłem się na balkon, on na płaski dach swego domu – znów równo. Ponieważ Jurek chciał wygrać za wszelką cenę, wniósł na dach drabinkę. Tego mi było za wiele. Wylazłem na dach naszego domu i wspiąłem się na komin. Nie było rady. Jurek uznał mój sukces, podał rękę i zaproponował zakopanie wojennego topora. Nasza przyjaźń, mimo że po dwóch latach Jurek powrócił do Śródmieścia, trwa nieprzerwanie ponad 50 lat. 

W tym okresie zadebiutowałem również jako szkolny twórca. Pisałem coraz częściej wierszyki – ten z okazji Pierwszej Komunii odczytał z ambony ksiądz proboszcz Wacław Karłowicz. (Kochany człowiek, dzielny kapelan AK, przy tym jednak fatalny mówca – nawet Mania nie potrafiła wysłuchać jego kazań – w dodatku całkowicie pozbawiony słuchu muzycznego, za to długowieczny. Dożył bodajże 101 lat).

Kolejny wierszyk powstał na temat wycieczki do Łowicza i zaczynał się od słów: Na podwórzu szkolnym gwar, / wszyscy szukają swoich par...

W trakcie kolejowego objazdu zwiedziliśmy jeszcze park w Arkadii i pałac w Nieborowie, będący domem pracy twórczej. Andrzej Umgelter twierdził, że jako chłopak ciekawy dotarłem do części mieszkalnej nieprzeznaczonej do zwiedzania i przybiegłem podniecony, wołając: – Widziałem żywego Radziwiłła!

 

Ja zapamiętałem inny epizod. Wsiadaliśmy do pociągu, dzieciarnia z wrzaskiem, ja jak zwykle zamyślony nad jakimiś wielkimi problemami. Trzeba trafu: kiedy wcisnęliśmy się do przedziału, w części zajętego przez jakieś starsze panie, znalazłem rozwiązanie nurtującej mnie kwestii: – Wiecie, jak można doprowadzić do końca świata? Należy wrzucić bombę atomową do wulkanu. – Boże, co za straszny zbrodniarz z tego chłopca wyrośnie! – zawołała jedna z niewiast i obie opuściły przedział. W wierszu tego zdarzenia jakoś nie uwieczniłem. 

Kolejny utwór na koniec trzeciej klasy wygłosiłem już na apelu. Nie dosięgałem mikrofonu, więc podstawiono mi stołeczek. – Kiedy zakwitną akacje, znak, że blisko wakacje... – zacząłem. Za swój debiut estradowy dostałem brawa. Schodząc z estradki, nie miałem pojęcia, że jest to pożegnanie z tą podstawówką. Wspominam często ten moment, mijając gmach na rogu Minerskiej i Edisona. Z trudem można dopatrzyć się resztek dawnej bryły – szkoły dawno tam nie ma, jest hotel kolejowy i punkt wyborczy, w którym głosuję od blisko 20 lat.

Zmiana szkoły była dobrym posunięciem. Prywatna placówka sióstr felicjanek reprezentowała nieporównanie wyższy poziom niż wawerska podstawówka. Mniej hałaśliwa – każdy dzień zaczynał się modlitewnym skupieniem – stosowała szeroko metody poglądowe, dość indywidualnie podchodząc do ucznia.

 

W sfeminizowanym towarzystwie, z wyjątkiem pana od WF-u, zajmowały się nami wyłącznie zakonnice plus świecka anglistka, na dodatek w każdej klasie dominowały dziewczynki – blisko trzydziestka panienek, a nas ledwie „dwunastu apostołów”.

Kadra była znakomita: wychowawczyni siostra Imelda była utalentowaną malarką i poetką, toteż szybko rozpoznała we mnie bratnią duszę, zachęcając do twórczości. Chyba mnie lubiła i wyzwalałem w niej jakieś uczucia macierzyńskie. Lubiła mnie przytulić, pogłaskać po głowię, mówiąc: – Masz takie krecie futerko...

Zapamiętałem jeszcze ciepłą siostrę Kingę od ukochanej geografii, siostrę Bernardę od matematyki i robót ręcznych, kostyczną i bardzo wymagającą, oraz siostrę Dolores od fizyki i chemii, od której zdarzyło mi się, zresztą zasłużenie, oberwać drewnianym różańcem po plecach.

Na początku musiałem nadrabiać zaległości w ortografii i kaligrafii, cofnięto mnie na pół roku z obsadki (pisało się wtedy stalówką maczaną w kałamarzu) do ołówka, co mocno przeżyłem. Co gorsza, kiedy pod wpływem Sienkiewicza napisałem z rozmachem na sześć kartek wypracowanie na temat bitwy – zamiast pochwały otrzymałem lufę z adnotacją, że takich bazgrołów czytać się nie będzie! Wszystko jednak rekompensował szkolny teatr. Przez cztery lata nagrałem się sporo – byłem i św. Franciszkiem, i inżynierem w Łysku z pokładuIdy Morcinka, i Zabójcą Drugim w Krwi romańskiej Amicisa, i Szambelanem w jasełkach... Przeważnie były to epizody. Okropnie zazdrościłem Jurkowi, który w Łysku grał górnika Kuboka, ale reżyserująca spektakl siostra stwierdziła, że nawet z wysmarowaną węglem twarzą wyglądam na inteligenta... Ten dobry okres przerwała ciężka choroba siostry Imeldy. (Po trudnej operacji nigdy już do zdrowia nie wróciła, odwiedzałem ją z Jurkiem jeszcze z początkiem lat osiemdziesiątych. Zmarła wkrótce po ukończeniu sześćdziesiątego roku życia). Nowa wychowawczyni Bernarda już nas tak nie rozpieszczała, a ja zacząłem opuszczać się w nauce.

 

Jednak rozbudzonych zainteresowań nie udało się zagasić. Ale najważniejszy okazał się spektakl, w którym nie grałem: fragmenty Zemsty wystawione przez siódmą klasę (byłem wtedy w czwartej). Wiersz Fredry, komizm sytuacji i poczucie humoru zawarte w sztuce sprawiły, że natychmiast zapragnąłem napisać coś takiego. I pisałem, pisałem...

Cała moja twórczość szkolna brała się w sporej mierze z naśladownictwa. Tajemnicza wyspa zaowocowała rymowaną Wyspą Stewartowską, której fragment opublikował nawet „Żołnierz Wolności”; z Trylogii wziął się pomysł dramatu „Wojna”, którym zapisałem kilka zeszytów. Skąd się wziął pomysł na inną tragedię „Straszna Hrabina”, nie mam pojęcia. Może z syntezy Strasznegodworu i Hrabiny Moniuszki. Reminiscencją Zemsty stała się rymowana komedia „Chory nie chory”. Uprawiałem wszystkie znane mi i nieznane gatunki. Jako ośmiolatek opisałem historyjkę o miłości zająca i wiewiórki, który to związek okazał się płodny (słowem: porno animistyczne). Wziąłem się nawet za spisywanie wierszem ojczystej historii (nie mając pojęcia, że 200 lat wcześniej zrobił coś takiego Niemcewicz). Wśród moich papierów zachowały się strofy o praojcu Lechu, o Władysławie Warneńczyku...

 

Własnej twórczości sprzyjało pochłanianie coraz większej liczby książek. I tak fascynacja Robinsonem Crusoe zaowocowała wieloma wersjami wymyślanych wysp, państw, a nawet planet. Inspiracji dostarczyły mi końcowe strony Robinsona, na których marynarz z Yorku pisze o powtórnym przybyciu na wyspę, już z kolonistami...

Pociągnąłem to dalej. W jednej z moich wersji wyspa staje się czubkiem wypiętrzającego się metr rocznie kontynentu, w innym wariancie z naszego świata po kataklizmie pozostają niewielkie grupki ocalonych, którzy próbują odrodzić cywilizację. W jeszcze innej są to ofiary transferu „obcych” na daleką planetę, gdzie próbują stworzyć nową ziemię. Ćwierć wieku później wykorzystam tę ideę w Kwadraturze trójkąta.

W każdym wariancie ludzie mnożą się, rosną państwa oraz imperia, ich historii towarzyszą drobiazgowe tablice statystyczne i mapy – ta główna po rozłożeniu ledwie mieściła się w największym pokoju – toczone są wojny, politykę wewnętrzną przesycają spiski i dynastyczne boje. 

 

Ta część mej twórczości nigdy nie miała swojej nazwy. Mama o stosach zmarnowanego papieru, kolumnach danych statystycznych, tablicach genealogicznych i synchronicznych mówiła po prostu „mrówki”.

Trud owej pseudohistorii podejmowałem kilka razy, opisując około kilkuset lat.

Ten „niby-świat” – chętnie użyłbym późniejszego określenia Andrzeja Zaorskiego: „Nanibia” – miał tendencje do rozbudowywania się wszerz. Powstawały na kalkach technicznych mapy obrazujące stosunki etniczne, dokumentujące bogactwa naturalne, rozwój przemysłu i kolei żelaznych. Dla wymyślonych państw projektowałem znaczki pocztowe, a nawet wymyślałem hymny.

Czy była to przymiarka do świata antybaśni lub pisanych współcześnie historii alternatywnych, czy jedynie ucieczka od rzeczywistości? Zapewne jedno i drugie.

Zresztą w przeciwieństwie do wagarów, na które zacząłem się wyrywać już pod koniec podstawówki, przy kreacji własnego świata miałem towarzysza – Andrzeja.

Andrzej Umgelter, mieszkaniec domu na rogu Edisona i Płowieckiej, w którym od wiek wieków mieściła się apteka, zlikwidowana dopiero przez wolny rynek, pochodził (po kądzieli) z rodziny Wolframów, ewangelików osiadłych od dawna w Polsce, głównie wzdłuż Wisły, i zwanych tu „olędrami”. Gorących patriotów, mocno za ten patriotyzm prześladowanych w okresie okupacji.

 

Jego dwaj wujowie Alfred i Emil byli znanymi osobistościami w Wawrze. Alfred działał w samorządzie, a Emil, sparaliżowany od pasa w dół (mawiano, że na skutek „zawiania”), był autorem nazw większości ulic w naszej dzielnicy i szczęśliwym posiadaczem jednego z dwóch pierwszych telewizorów na tym terenie.

Andrzej był zupełnie różny ode mnie, choć chyba jeszcze bardziej samotny.

Miał wprawdzie starszą siostrę Annę (która towarzyszyła matce podczas pobytu w obozie), ale cierpiał, widząc, że cała miłość ojca skierowana jest na nią.

W dodatku był introwertykiem – otwierał się dopiero przy mnie – wychowanym surowo, w prawdziwym niemieckim drylu. Żartowałem, że przed snem sam składa się w kostkę. Do rozpaczy doprowadzały mnie jego ablucje, gdy mył każdy palec z osobna... Matka nie pozwoliła mu się zapisać do harcerstwa. (Ja się zapisałem, ale nic z tego nie wynikło). Brutalnie egzekwowała też jego postępy. Pamiętam, jak kiedyś za odpowiedź dostał czwórkę plus i błagał panią Ambroziak, żeby zmieniła ją na piątkę minus. – Ale dlaczego? – pytała. – Bo mnie mama zbije – odpowiedział.

Byłem jego jedynym tolerowanym kolegą ze względu na znajomość (choć bynajmniej nie zażyłość) naszych rodzin. Nawet po zmianie szkoły – Andrzej jako protestant nigdy by do klasztoru nie poszedł – widywaliśmy się często. Nie przerwało tego wyprowadzenie się do Śródmieścia. Na rowerze, pożyczanym od siostry, przyjeżdżał do mnie co niedziela.

Podobnie jak ja był miłośnikiem Robinsona Crusoe. Zapalił się pomysłem kolonizacji własnej wyspy. Sporządził jej mapę. Całość wypełniała kwadratowa twierdza z czterema okrągłymi basztami na rogach, z której jako przywódca zarządzał całym perfekcyjnie zorganizowanym interesem. I na tym się jego historia skończyła.

Na mojej wyspie, gdzie nic nie było pod linijkę, lecz przeciwnie – władcę, którego można by utożsamiać ze mną, bardzo prędko obalono. Koloniści Hiszpanie zaczęli się żreć z Anglikami, pojawiła się polska partyzantka... I historia ruszyła z kopyta. Skończyło się na tym, że Andrzej dał spokój z wymyślaniem i stał się słuchaczem moich opowieści. 

Niejedynym – chorobliwe uwielbienie, na które zapadłem po przeczytaniu Sherlocka Holmesa, miało powikłania w postaci cyklu opowieści o genialnym detektywie George’u Stone oraz jego przyjacielu i kronikarzu, niejakim Darlingtonie. Pamiętam tytuły pierwszych napisanych już na maszynie powieści „Śmierć pod kloszem” czy „Śmierć w zębach”. I znów miałem słuchaczy w postaci sióstr Sikorskich, bliźniaczek, córek pani Oleńki, szkolnej przyjaciółki mojej mamy, które w letnie dni przyjeżdżały do Wawra i słuchały moich kryminałów.

 

Tak więc była to cała moja ówczesna „twórczość”, pokłosie moich ówczesnych lektur, wśród których kryminały i horrory zajmowały poczesne miejsce. Już w trzeciej klasie stałem się stałym bywalcem księgarni mieszczącej się na rogu Płowieckiej i Traktu Lubelskiego, gdzie nabywałem książki – na początku przeważnie tanie broszurki z serii „Złotej Podkowy”, w której wydawano klasykę literatury popularnej, z takimi perełkami jak Czarny kot oraz Studnia i wahadło Allana Edgara Poe czy Wenus z Ille Prospera Mérimée. Zgromadziłem cały cykl przygód doktora Dolittle i wszelkie dostępne powieści Verne’a. Potem przyszła kolej na kryminały „Srebrnego Kluczyka”; po przeczytaniu wszystkich Sherlocków rozkochałem się w Agacie Christie – Zabójstwo Rogera Ackroyda, Dziesięciu Murzynków, N czy M lubiłem w stopniu, do jakiego nigdy nie rozgrzały mnie nudziarstwa Simenona.

Nie oznacza to, że byłem jednostronny. Czytałem wszystko, co mi wpadło w ręce: Portret Doriana Graya Wilde’a, schowane przede mną frywolne powieści Daniela Defoe Roxana i Moll Flanders, Kandyda Woltera. Z rozpędu pochłonąłem też Pollyannę i Anię z Zielonego Wzgórza, żeby poznać, co myślą dziewczynki, ale również wziąłem się za dramaty Szekspira i Słowackiego, które czytałem jak wyborne kryminały.

Trzeci filar moich zainteresowań wykluł się pod wpływem naszej pani od angielskiego. Osobliwością szkoły sióstr felicjanek był brak nauczania języka naszych największych przyjaciół. Pojawił się dopiero w przedostatniej klasie.

Uczono za to języka naszych potencjalnych wrogów.

 

Nauczycielka rozbudzała nasze zainteresowanie angielskim na różne sposoby, między innymi opowiadała jakąś fantastyczną historię, a następnie czytała ciąg dalszy po angielsku. Tak było z Prester Johnem Johna Buchana, który na dłuższy czas zawładnął moją wyobraźnią i zaowocował własną serią opowieści podróżniczych z głównym bohaterem Davidem Crowfordem. Był to miks wielu wątków Verne’a, Stevensona, nie wiem, czy nie dołożył się przypadkiem wchodzący właśnie na rynek Tomek w Krainie Kangurów Szklarskiego.

Żeby było jasne: nabyłem wszystkie książki z tego cyklu, ale fanem Wilmowskiego nigdy nie zostałem. Informacje geograficzne przeważnie były wtórne w stosunku do informacji, które zdobyłem już wcześniej, a fabuły wątłe i na jedno kopyto. Stali bohaterowie i jakiś quest star. Poza tym z niepojętego powodu autor zrezygnował z możliwości, jakie dają wątki romansowe: Tomek już w pierwszej powieści poznaje Australijkę Sally, a ponieważ postanawia być jej wierny – zdechł pies. W dodatku na tle cudownie niejednoznacznych bohaterów Sienkiewicza (poza ulepionym z czystej dydaktyki Stasiem Tarkowskim) czy nawet Fiedlera bohater Szklarskiego jest chodzącym ideałem: przystojny, dzielny, inteligentny, odważny, z talentem do języków i niebywałymi umiejętnościami strzeleckimi. Rzygać się chce! Do tego niewidoczny ojciec, posągowy Smuga. Jeden bosman Nowicki wnosił tam odrobinę życia. Ale co z tego!

Wracając do mego „Crowfordlandu”: zaplanowałem ponad 100 powieści rozgrywających się praktycznie we wszystkich najciekawszych miejscach świata, zrobiłem konspekty – ograniczało się to przeważnie do spisu rozdziałów – i opowiadałem je braciom Michałowskim.

Pewne zasługi w rozbudzaniu moich zainteresowań, poza rzadkimi spotkaniami z tatą, który co jakiś czas przyjeżdżał do ministerstwa w Warszawie i odwiedzał wtedy Wawer, a ja wykorzystywałem każdą minutę, zasypując go setkami pytań niczym seriami z karabinu maszynowego, odegrał pan Jerzy Zarzycki, wieloletni amant mojej mamy i główny powód rozwodu moich rodziców. Otrzymałem od niego – można to nazwać próbą przekupstwa (nigdy bowiem naprawdę nie polubiłem tego wielkiego, mrukliwego faceta) – dwie książki, które wpłynęły na konkretyzację moich zainteresowań. Było to Tętnoafrykańskiej puszczy Hansa Schomburgka i Lelum Polelum Walerego Przyborowskiego. 

 

Tego drugiego autora znałem doskonale – Szwedzi w Warszawie znajdowali się w szkolnych lekturach; istotne było, że obie książki pochodziły z dwóch serii wydawniczych, a moje zainteresowanie geografią i historią wspierała żyłka kolekcjonerska. W następnych latach zgromadziłem wszystkie 100 pierwszych książek z serii „Dookoła Świata”. Podobnie było z „Millennium”, pozycjami pięknie i stylowo ilustrowanymi przez Szymona Kobylińskiego. Przy okazji zauważyłem, że w ramach rozgrywek z episkopatem seria „Millennium” przekształciła się naraz w swojsko i świecko brzmiące „Tysiąclecie”.

Geografia i historia wspierały moje dawniejsze zainteresowanie przyrodą – tyle że pasjonowały mnie wyłącznie kręgowce, ze stosunkowo małą atencją wobec ryb – i to ze szczególnym nastawieniem na systematykę. Z encyklopedią Orgelbranda w ręku robiłem spisy gatunków i rodzajów, aż nabyłem, praktycznie za wszystkie moje oszczędności, przedwojenne dwutomowe wydanie Świata zwierząt Brehma.

Niezależnie od lektur dość często odwiedzałem praskie zoo, tak że wkrótce mogłem tam służyć za przewodnika. Parę lat później zgłosiłem się do udziału w teleturnieju Od mrówki do słonia i omal nie zakwalifikowałem się do puli finałowej. Moim ówczesnym największym marzeniem było zostanie dyrektorem zoo. Można powiedzieć, że pod tym względem jestem człowiekiem spełnionym, bo ostatecznie zostałem dyrektorem Polskiego zoo...

Tamto dziecinne wymarzone zoo miało być samowystarczalne. Cały czas liczyłem, jak szybko muszą mnożyć się króliki, aby wystarczać na karmę dla lwów. I jaki przychówek powinny dawać moi podopieczni, by handel nimi czynił przedsięwzięcie dochodowym.

Nie oznacza to, że w ogóle nie wyżywałem się w szkole. W piątej i szóstej klasie byłem nie lada urwisem. Oczywiście nie takim jak Moczulak. Bogdan Moczulak był naszym dyżurnym łobuziakiem, a dla rówieśników autorytetem. Typowy przewodnik stada! Wesoły i cudownie nieodpowiedzialny, nigdy nie przestawał mnie zadziwiać.

Jak wtedy, kiedy w ogólnym rozgardiaszu ciśnięta przeze mnie gąbka ugodziła wchodzącą zakonnicę.

 

– Kto to zrobił? – zapytała surowo.

Nikt się nie zgłosił, świadom ewentualnych represji.

– Kto to zrobił? – zabrzmiało jeszcze groźniej. – Jeśli nikt się nie przyzna, wszyscy za karę zostaną po lekcjach w szkole!

Zrobiło się bardzo nieprzyjemnie – przyznając się, narażałem swoją opinię grzecznego i pracowitego ucznia zajmującego naprzemiennie, z niejakim Brzozowskim, siódmą lub ósmą lokatę (pierwszych sześć miejsc zajmowały dziewczyny prymuski: Nodzykowska, Roszkowska...), nie przyznając się, podpadałem całej klasie.

I w tym momencie Moczulak podniósł dwa palce do góry. 

– Ja to zrobiłem, proszę siostry – powiedział.

– Mogłam się tego domyślić, ty andrusie! – potargała go po czuprynie i nie było sprawy.

 

Oczywiście nie zawsze rozchodziło się po kościach. Tak było w aferze z lochami. Od dłuższego czasu nosiłem się z przypuszczeniami, które po lekturze Księgi urwisów Niziurskiego przeszły w pewność, że pod klasztorem muszą być lochy, łączące pod ziemią szkołę, internat i kościół. Zainfekowałem tą myślą kolegów. To, że obiekt jest nowy, dwudziestowieczny, nie ograniczało naszych poszukiwań. Wspierały nas opowieści o partyzantach ukrywanych swego czasu przez felicjanki. Niestety, loszek pod salą gimnastyczną kończył się ślepo. Lepiej powiodło się nam w kościele: przy schodach na wieżę za katafalkiem znaleźliśmy przejście do dolnego kościoła, w tych czasach nieużywanego i służącego za graciarnię. Równocześnie natrafiliśmy na chodnik biegnący obok przewodów wodociągowych i czołgając się nim, dotarliśmy aż do klasztornych kuchni i łaźni...

Później przechwalaliśmy się przed tymi, którzy nie wzięli udziału w wyprawie, między innymi przed Jurkiem Faltynowiczem, że podglądaliśmy kąpiące się zakonnice... Wpędziło go to w taką desperację, że na własną rękę próbował dostać się do podziemi, wyłamując deski, którymi zabito okna do piwnic, i został w trakcie tego czynu przyłapany przez siostrę furtiankę. 

Tymczasem znacznie gorszego przestępstwa dopuściła się grupa pozostawiona na czatach w dolnym kościele. Rozebrała ona na kawałki zegar należący do księdza proboszcza... Zrobiła się awantura, śledztwo. Ja, dzięki dobrej opinii, znalazłem się poza podejrzeniami, innym obniżono noty ze sprawowania. 

Moczulak ostatecznie wyleciał przy innej okazji – włamał się do magazynku, w którym przechowywano broń dla dziewcząt przechodzących w liceum przeszkolenie obronne, i zorganizował sobie w lesie strzelnice...

 

Chyba od tego momentu zaczął się jego upadek. Jakiś czas później trafił podobno do więzienia za gwałt, którego nie popełnił... Prawie 50 lat później podczas Wielkiej Soboty spotkałem pod naszym kościołem św. Wacława starego człowieka, który kogoś mi przypominał. Był zniszczony, odziany biednie i nie miał zębów... Bogdan? W trakcie rozmowy dowiedziałem się, że jest bezrobotny, samotny i chory. Nie dorobił się ani żony, ani dzieci...

Dziwnie zaiste układają się ludzkie losy.

Mnie smykałka do rozrabiactwa przeszła dość szybko. W tamtych czasach zabudowa na Marysinie była dość rzadka, zaraz za ulicą Dębową (dziś Kościuszkowców) zaczynał się piękny las, w miejscu późniejszego skwerku z pawilonami handlowymi ciągnęło się ogromne pole, aż pod las, w którym za dwoma pasami ogrodzeń kryła się jednostka sowiecka. Oprócz ulic mnóstwo było ścieżyn na skróty, jako że między zabudowanymi posesjami uchowały się skrawki poletek. Na jednym z nich jakaś staruszka postanowiła zasadzić kartofle. Przyniosła ich cały worek, po czym gdzieś się oddaliła.

Czym może być worek ziemniaków dla wracających ze szkoły szczeniaków – okazało się bardzo prędko. Zabawa była szampańska, bulwy fruwały w powietrzu. Po chwili worek był pusty. Widząc, że właścicielka wraca, wataha się rozpierzchła. Ja zostałem. I zobaczyłem, jak kobiecina pochyla się nad pustym workiem i płacze.

Nigdy nie czułem się bardziej podle. Naraz uświadomiłem sobie, że nasza bezmyślna zabawa wyrządziła komuś krzywdę, komuś biednemu, bezbronnemu, słabemu... Nie podejmowałem żadnych postanowień. Wiedziałem jednak, że przenigdy nie dam się już unieść instynktowi stada. 

 

I stałem się jeszcze bardziej „osobny” niż wcześniej. W swoich kontaktach ograniczałem się do grupy wybranych kolegów – głównie spoza szkoły.

Dwa razy do roku mama organizowała przyjęcia z okazji moich urodzin oraz imienin, zawsze łączące się z niepokojem – kto przyjdzie? Raz pod koniec podstawówki doszło do całkowitej porażki. Nawaliły wszystkie dziewczynki, których siostry nie wypuściły z internatu.

À propos dziewczynek. Moje zainteresowanie nimi narastało powoli. Jednakże okres dojrzewania spowodował wzmożenie naturalnej wstydliwości. Nie wchodziło już w grę, żeby (jak wcześniej „Bebetę”) rzucić którąś na łóżko, położyć się na niej i niezgrabnie całować, aż zęby dzwoniły o zęby. Miłość i seks na długi czas uległy rozdzieleniu. Jeśli zacząłem się zakochiwać, co w liceum przeszło nieomal w permanencję, postrzegałem moje wybranki jako bezcielesne istoty, pozbawione jakiejkolwiek fizjologii. Oczywiście wobec kolegów chwaliliśmy się swoimi erotycznymi wyczynami, ale były to wyłącznie czcze przechwałki.

Przykładem może być dziecięce zakochanie w Teresie Blus, niewysokiej, ciemnej, bardzo żywej dziewczynce, repatriantce ze Lwowa, z którą początkowo toczyłem wyłącznie bójki. Ale pewnego razu rozdzielająca nas siostra powiedziała: – Nie widzisz, jaka to ładna dziewczynka? 

Słowo honoru, że nie widziałem, ale kiedy zobaczyłem, zakochałem się w ciągu sekundy. Sympatia była chyba obopólna – jednak niesłychanie powściągliwa.

Kiedy w niedzielę przyjeżdżała do nas razem z matką, która taktownie się oddalała, łaziliśmy po drzewach, na których od pewnego czasu budowałem platformy widokowe (służące również w trakcie zabaw w piratów jako bocianie gniazda) lub zaciągałem ją pod werandę, na siano, po wypłoszeniu gnieżdżących się tam kur.

Leżeliśmy obok siebie w ciemności, ale bez próby fizycznego kontaktu. Ja marzyłem. Zapisałem to nawet w wierszu:

 

Z gałęzi starej wierzby szczytu

patrzyli w niebo jak w obrazek

i snuli wiele pięknych mitów

o życiu, które spędzą razem.

 

Planowaliśmy więc przyszłe wyprawy do Amazonii, na Wyspę Wielkanocną, do Czarnej Afryki czy na wyspy Morza Karaibskiego...

Po ukończeniu podstawówki straciliśmy się z oczu.

Odnalazła mnie w dniu egzaminów na historię na Uniwersytecie Warszawskim.

Dorosła, dojrzała... Studentka drugiego roku archeologii. Serce zabiło mi mocniej i zaraz pękło, kiedy dowiedziałem się, że jest mężatką. Pamiętam, jak wracałem potem do domu tramwajem przez most Śląsko-Dąbrowski, stojąc na stopniu i próbując ochłodzić się wiatrem.

Oczywiście odwiedziłem wszystkie wyżej wspomniane miejsca i blisko setkę innych. Dotarłem na Galapagos i na Hawaje, do jaskiń Meksyku i skalnych kościołów w Etiopii. Bez niej. Może należało trochę na mnie poczekać, Teresko!

 

Ostatnie lata podstawówki były niesłychanym poszerzaniem dziecięcych horyzontów – oprócz lektur dokonywało się to poprzez wycieczki. W klasie piątej udaliśmy się do Krakowa (była to moja druga wizyta w tym mieście), jednak w bogatym programie znalazły się i Ojców z Grotą Łokietka, i Wieliczka, a nawet Zakopane. Po raz pierwszy zobaczyłem Tatry. I Morskie Oko (w tamtych czasach autokar mógł dojechać aż do Wodogrzmotów Mickiewicza).

W powrotnej drodze, już poza oficjalnym programem, znaleźliśmy się w Częstochowie...

Podczas drogi śpiewaliśmy wiele piosenek, ale najbardziej zapadła mi w serce ta mówiąca, że za rok, za dzień, za chwilę razem nie będzie nas. Zapadła tym mocniej, że siostra Imelda uświadomiła nam, że dokładnie w takim samym składzie jak w tym autokarze nie spotkamy się nigdy. Miała rację – w roku następnym podczas zwiedzania Trójmiasta i Mazur grupa była nieco inna, a wkrótce potem nasza wychowawczyni zachorowała i znikła ze szkoły. Jakiś czas potem po raz pierwszy zetknęliśmy się ze śmiercią.

Był w naszej klasie kolega niepozorny, nikomu niewadzący Waldek Borowik. Nikt nie zwracał na niego uwagi, dopóki nie wkręcił sobie ręki w wyżymaczkę i przez dłuższy czas paradował po szkole z wielkim gipsem. Niestety, efektem tej kontuzji okazał się skrzep, który parę lat później spowodował śmierć chłopaka.

To było takie absurdalne, nierealne, ten cmentarz, tłum ludzi, a przede wszystkim matka szlochająca: „Waldi, Waldi!” i próbująca rzucić się za trumną do grobu. Jeszcze trudniej przychodziło przyjąć do wiadomości nieuchronność śmierci nas wszystkich, zwłaszcza gdy towarzyszyło to okresowi kryzysu wiary.

Pocieszałem się, że nasza wspaniała nauka poradzi sobie z tym problemem, zanim będzie mógł nas dotyczyć. Rozmyślając przed snem, wyobrażałem sobie też, że cudowny lek pojawi się wystarczająco wcześnie, żeby móc uratować jeszcze moją babcię (właśnie zapadła na zdrowiu) i przywrócić jej młodość. Śmierci innych bliskich w ogóle nie brałem pod uwagę.

Nie potrafię nazwać najdziwniejszego zdarzenia, jakie przytrafiło mi się w tamtym czasie. Było to chyba pod koniec podstawówki. Za jakieś przewinienie zostałem skazany na dwie godziny w zamknięciu po zakończeniu szkoły. Nie wiedziano wówczas, co to godność ucznia, nie wiedziano też, że zamykając mnie w schowku z mapami, sprawia mi się ogromną przyjemność, bo nareszcie będę mógł bez żadnych ograniczeń z bliska obejrzeć z rzadka prezentowane mapy. Na przykład Polski XVII wieku.

 

Siedziałem więc, przeżywając swoją karo-nagrodę, kiedy pojawiła się nigdy wcześniej niewidziana zakonnica i zaczęła ze mną rozmowę. Nie pamiętam poszczególnych słów, ale wiem, że poruszyłem temat przyszłych obchodów tysiąclecia chrztu Polski. Rok 1966! Wydawał mi się niesłychanie odległą perspektywą... Ale jakże fascynującą.

– Dożyjesz ciekawszych zdarzeń – powiedziała siostra. – Polak zostanie papieżem, komunizm upadnie, Rosja się nawróci...

– A wojna? – zapytałem. Ten temat obecny był w naszych rozmowach. A starszy ode mnie Maciek Michałowski przeprowadzał mi nawet szkolenie, jak się zachowywać na wypadek ataku jądrowego.

– Gdyby wybuchła, byłaby straszna. Nieliczni ocaleni, widząc ślad ludzkiej stopy na piasku, całowaliby ten odcisk... – mówiła. – Ale należy wierzyć w Miłosierdzie Boże! 

Rozmawialiśmy dłuższą chwilę, po czym zakonnica stwierdziła, że czas mej kary minął, i poleciła mi rozstać się z mapami. Wyszedłem w upalny słoneczny dzień.

Najciekawsze, że nigdy potem nie spotkałem tej zakonnicy.

Kim była ta zjawa: gościem w klasztorze, jakąś doświadczoną wizytatorką, która znała objawienia fatimskie i proroctwo św. Malachiasza? Ja trafiłem na niezwykłą historię irlandzkiego biskupa sporo lat później w niezastąpionym Orgelbrandzie, wydanym jeszcze za Leona XIII. Teraz panował Jan XXIII (Pastor et nauta, były patriarcha Wenecji) i wyglądało na to, że do końca pozostały jeszcze cztery pseudonimy: „kwiat kwiatów” – Flos florum – pasował tu Paweł VI, który miał w herbie trzy lilie; De medietate Lunae – „od połowy Księżyca” – Jan Paweł I – w dniu jego wyboru, a także śmierci widoczne było tylko pół dysku Księżyca; nasz Jan Paweł II – De labore Solis – „z pracy Słońca” – aż nazbyt oczywiste nawiązanie do pracy jako robotnika w Solvayu i do „Solidarności”; wreszcie przedostatni przed Piotrem Rzymianinem miał być „z chwały oliwki” – De gloria olivae. Spekulowano, że może to być aluzja do karnacji, a papież może być Murzynem – co, jak widać, się nie spełniło, choć w jego macierzystym herbie znajduje się głowa Negra... Potem miał być kataklizm, a później, nie wiadomo dokładnie po jakim czasie, Piotr II miał paść to, co pozostało z owczarni, czekając na powtórne przyjście Pana.

 

Wówczas jednak zagadnienia wiary obchodziły mnie coraz mniej, za sprawą przynajmniej trzech grzechów głównych.

Jak wspominałem, po przyjęciu Pierwszej Komunii Świętej stałem się człowiekiem mocno wierzącym, żeby nie powiedzieć: bigotem. Uczestniczyłem we wszystkich praktykach, co zresztą w naszej szkole było obowiązkowe, jak spowiedź w każdy pierwszy piątek miesiąca. Co nie znaczy, że pozostawałem bezkrytyczny wobec zauważanych rozbieżności pomiędzy teorią a praktyką.

W kościele nudziłem się i nie mogłem skupić, chciałem bowiem, żeby msza – rozmowa z Bogiem – była misterium połączonym z ekstazą, a tymczasem ludzie kasłali, kręcili się, puszczali bąki, gadali lub zwracali uwagę głównie na swój strój. Dewotki bijące się w piersi na co dzień były paskudnymi, nieżyczliwymi bliźnim plotkarkami itd. Wyobrażałem sobie Kościół idealny – na kształt plastra miodu, w którym każdy pojedynczy modlący się znajdowałby się unieruchomiony w komorze ściśle przylegającej do ciała, z oczami skoncentrowanymi na ołtarzu. Chciałbym czuć i przeżywać świętą ofiarę każdą swoją komórką, a zarazem rozumieć sens każdego słowa kapłana. Niestety, takiego duchowego przewodnika zobaczyłem dopiero październikowego wieczoru 1978 roku na balkonie Bazyliki Świętego Piotra.

Rzeczywistość, w której żyłem, była tego ideału zaprzeczeniem – z kazań naszego proboszcza uciekała nawet Mania, a sądzę, że ich wysłuchiwanie byłoby ponad siły również Królowej Aniołów.

 

A skoro o grzechach mowa: z pewnością była to pycha, umiejętnie rozniecana przez tak zwany naukowy pogląd na świat – dająca byle gówniarzowi satysfakcję rozumienia świata bez potrzeby mieszania w to jakiegoś Pana Boga. Było i lenistwo – skoro msze były nudne, a świat ciekawy, czy nie lepsza byłaby absencja? Zbiegło się to z końcem mojej nauki w klasztorze, który trzymał nas w jakichś ramach. Wreszcie, kłopotliwa sprawa – nieczystość. Kiedy ma się 13 lat i buzują hormony, naprawdę trudno zwierzać się z wszystkich brzydkich myśli księdzu, który w najlepszym razie grozi piekłem. Raz zataiłem coś podczas spowiedzi, potem przeraziłem się tego zatajenia. Czy nie lepiej było uwierzyć, że piekła nie ma, a cała wiara jest wyłącznie opium dla ludu w osobach głupich staruszek i funkcjonariuszy w sutannach, dla których stanowi biznes?

Niektórzy koledzy, jak Maciek Parowski, trafili na mądrych księży, dzięki którym przeszli suchą stopą przez Morze Zwątpienia; ja trafiłem na zupełnie innego preceptora.

Moja matka była piękną kobietą, ale chyba niezbyt łatwo wiązała się z mężczyznami. Jej związek z panem Zarzyckim trwał latami. Pan Jerzy rozwiódł się z żoną, pozostawiając dwójkę dzieci, w tym syna, też Marcina, ale mama czuła, że nie zostanie zaakceptowany w naszym domu – ja się go bałem, babcia go nie lubiła, a Mania nawet nie próbowała taić wrogości. Niewypałem okazał się jej romans z kolarzem belgijskim Emilem, do którego pojechała do Brukseli.

 

I bardzo dobrze, nie wyobrażam sobie, co bym robił jako Belg. Został detektywem jak Herkules Poirot?

W miarę jak rosłem, mama coraz częściej zabierała mnie ze sobą na dziennikarskie wojaże. Szczególnie zapamiętałem wyjazd szlakiem armii polskich maszerujących pod Grunwald. Pomysł mamy polegał na konfrontowaniu relacji Jana Długosza z opisywaniem stanu dzisiejszego A.D. 1960 – w Wolborzu, Czerwińsku czy Dąbrównie...

Jeździliśmy też na zawody, na których sędziowała. (W międzyczasie ukończyła eksternistycznie AWF). I było mi z tym bardzo dobrze. 

Przełomowymi wydarzeniami tamtych czasów były założenie telefonu, pierwsze radio tranzystorowe czy wreszcie operacja mamy, dla której bolesną pamiątką po karierze sportowej stało się nawykowe zwichnięcie barku. Bardzo mocno to przeżyłem, czego wyraz dałem, pisząc wiersz:

 

Mamo najdroższa, mamo kochana,

wracaj, bo tęsknię każdego rana! [...]

Chcę ciebie zdrową widzieć na świecie,

wiosną, jesienią, zimą i w lecie.

 

Wiersz ten przypomniał mi się dobre 35 lat później, na jej pogrzebie. Wypadało coś powiedzieć, twarz zalewały mi łzy, a w głowie czułem pustkę. Wyrecytowałem więc ten wiersz z pamięci. W całości...