Król Bólu - Jacek Dukaj

Król Bólu

0,0

 KRÓL BÓLU I INNE POWIEŚCI

PIĘTNAŚCIE LAT TWÓRCZOŚCI JACKA DUKAJA W OŚMIU UTWORACH

PRZEKRACZAJĄCYCH GRANICE WYOBRAŹNI I CZŁOWIECZEŃSTWA

Wszyscy przecież czujemy koniec czasów człowieka. Czujemy, że usuwa się nam ziemia spod nóg; na czymś stać trzeba, więc budujemy rusztowania; ale im my wyżej, tym one chybotliwsze; im my potężniejsi, tym one wątlejsze. Wszystko się wali.

Przyszłość retro, futurystyczna przeszłość, inna współczesność - i inna literatura o przyszłości.

W tej obszernej kolekcji prozy Dukaj jak zawsze oczarowuje: pomysłem, rozmachem kreacji, nowatorską formą, kompozycyjną precyzją i pytaniami, których postawienie nie przyszłoby nam do głowy.

Jak bardzo jesteś w stanie zbliżyć się do drugiego człowieka? Wejdziesz mu do głowy? Poznasz myśli? Poznasz uczucia? Nigdy. Ciało to detal; to czy tamto, bez znaczenia. Ale wstyd ciała, ale bariera nagości, fizycznej i psychicznej, bariera zażenowania, lęku przed odsłonięciem, przed opuszczeniem maski - ona oddziela sytuacje konwencjonalne od sytuacji intymności. Ten ból, który czasami nazywamy wstydem, czasami zdradą, czasami upokorzeniem, ten ból nie jest więzieniem, z którego za wszelką cenę musisz się wyrwać - on jest pierwszym warunkiem intymności.

Obok starszych tekstów w tomie znalazły się cztery nowe: Linia oporu, Oko potwora, Król Bólu i pasikonik, Piołunnik.

Zawartość zbioru:

1. „Linia oporu”

2. „Oko potwora”

3. „Szkoła”

4. „Król Bólu i pasikonik”

5. „Crux”

6. „Serce Mroku”

7. „Aguerre w świcie”

8. „Piołunnik”

Jacek Dukaj (ur. 1974) - jeden z najciekawszych współczesnych polskich pisarzy. Autor m. in. Katedry, Innych pieśni oraz bestsellerowych Lodu i Wrońca. Laureat . Europejskiej Nagrody Literackiej, Nagrody Fundacji im. Kościelskich, Nagrody im. J. Zajdla.

Niewiele książek staje się legendą jeszcze przed premierą. Ostatnio spotkało to „Króla Bólu”.

Piotr Kowalczyk Newsweek

Jacek Dukaj nawet opowiadania planuje jak powieść - wszystkie mają „mocny szkielet epicki”.  A pomysłów na wielkie powieści wciąż mu nie brakuje.

Wojciech Orliński Gazeta Wyborcza

Dukaj jest zwykle wielce sprawny i konsekwentny, pracuje nad zróżnicowaniem języka kolejnych projektów, wymyśla często bardzo udane neologizmy. Niekiedy naprawdę jest brawurowy.

Marcin Sendecki Przekrój

W nowych opowiadaniach autor trafnie diagnozuje zagrożenia , jakie przed nami stoją: niekontrolowany postęp, eksperymenty genetyczne, łatwy dostęp do broni biologicznej. Towarzyszy temu dogłębna refleksja nad zachowaniami człowieka i jego psychiką.

Krzysztof Cieślik Polityka

Dodaj komentarz


Kolejna wspaniała odsłona. Jest to kolejna książka jednego z lepszych polskich pisarzy zajmujących się fantastyką. Co prawda czasami książki te nie są takie łatwe, warto się jednak nie zniechęcać, bo są to naprawdę dobre pozycje w polskiej literaturze. Można się naprawdę wciągnąć czytając tę książkę, fabuła jest naprawdę dobra, sam pomysł na książkę był moim zdaniem oryginalny. Najważniejsze to wejść w świat przedstawiony, a potem idzie już łatwo. Oczywiście jeśli ktoś za fantastyką nie przepada to może nie spodobać mu się książka, ale reszcie na pewno przypadnie ona do gustu.


Przedmówczynie powiedziały już niemal wszystko, więc trudno cokolwiek nowego napisać o tym zbiorze opowiadań. Utwory na długo zapadają w pamięć. Wprawdzie Dukajowi wychodzą lepiej powieści (moim zdaniem), ale niektóre z opowiadań jakie znalazły się w tym zbiorze zasługuje na uwagę. Może się zdarzyć, że przemyślenia autora na temat kondycji współczesnego świata będą dla niektórych odbiorców nużące. Mimo wszystko warto się zapoznać. Szczególnie polecam miłośnikom s-f.


Kolejny z utworów Jacka Dukaja, który choć w części nagrodzony został nagrodą Zajdla. „Król bólu” to zbiór opowiadań science fiction, które na długo zapadają w pamięć, choć jak to w przypadku takich zestawień bywa, można odnieść wrażenie, iż są nierówne. Ciekawe przemyślenia, świetna narracja, bogata wyobraźnia autora, są elementami, które tylko podnoszą walory opowieści. Polecam fanom nie tylko science fiction bądź autora.


Dość pokaźny zbiór ciekawych opowiadań. Opowiadania są wbrew pozorom trudną formą. Liczy się przede wszystkim pomysł a tych Dukajowi nie brakuje. Przekrój przez niemal całe spektrum science - fiction. Sporo tu przemyśleń nad kondycją nie tylko nauki ale też naszego kraju. Niektóre teksty wciągną bez reszty. Niektóre wydadzą się zbyt trudne. Jednak to opowiadania, można przeczytać kilka, a do innych wrócić później. Czytanie w kolejności też nie jest obowiązkiem. Nic tylko zanurzać się w niezwykłe dukajowskie światy.


Kolejny raz Dukaj zaskakuje swoich czytelników, choć w sumie czytelnicy Dukaja wiedzą, że mogą się po nim spodziewać wszystkiego. Niesamowity zbiór opowiadań fantastycznego autora. Opowiadania łączy intrygująca fabuła, mądre przemyślenia, znów daje znać o sobie erudycja autora. Opowiadania są różne i tak samo różne są ich oceny. Jedne są lepsze, inne gorsze, jednak całość czyta się szybko, choć oczywiście wymagają myślenia. Całościowo mogę ocenić, ze jest to zbiór wart czytania


Dlaczego komentujesz tą samą książkę 2 razy? Nieuczciwe postępowanie.


Dukaj jak zwykle robi czytelnikowi wodę z mózgu. Jest wspaniałym pisarzem, a ta książka wbija w podłogę. Dosłownie.


Zbiór intrygujących opowiadań. Przekrój stylów (od retro sci-fi po najnowsze trendy). Pomysłowe kreowanie światów. Niestety zbiorek jest dość nierówny ("Piołunnik" moim zdaniem zupełnie nie pasuje do reszty).


Dukaj w pełnej krasie. Znowu daje czytelnikowi popalić.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj
© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kraków 2010

Re­dak­tor se­rii
Ani­ta Ka­spe­rek

Re­dak­cja i ko­rek­ta
Paweł Ciem­niew­ski, To­masz Kunz, Ur­szu­la Sro­kosz-Mar­tiuk, Anna Rud­nic­ka, Małgo­rza­ta Wójcik

Pro­jekt okładki i stron tytułowych
To­masz Bagiński

Pro­jekt wy­kle­jek
Mi­chał Dzie­kan

Re­dak­cja tech­nicz­na
Bożena Kor­but

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2010
ul. Długa 1, 31-147 Kraków
bezpłatna li­nia te­le­fo­nicz­na: 800 42 10 40
księgar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl
e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl
fax: (+48-12) 430 00 96
tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i łama­nie: Scrip­to­rium „TE­XTU­RA”

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mag­da­le­na Woj­tas

Vir­tu­alo Sp. z o.o. vir­tu­alo.eu

ISBN 978-83-08-04723-1

Doświad­cze­nie oso­bi­ste jest niewątpli­wie pożytecz­ne. Ale gdy­by się ściśle prze­strze­gało gra­nic ta­kie­go doświad­cze­nia, okrop­nie za­cieśniłoby się twórczość po­etycką, a na­wet twórczość fi­lo­zo­ficzną. Gdy­by trze­ba było cze­kać sta­rości, aby się ośmie­lić o niej mówić, albo ciężkiej cho­ro­by, aby móc o niej wspo­mnieć, gdy­by trze­ba było sa­me­mu do­znać wszel­kiej udręki albo zamętu umysłu, aby je ująć w słowa, prze­ko­na­li­byśmy się, że do na­pi­sa­nia po­zo­sta­je za­iste nie­wie­le. I ja­sne jest, że o wie­lu spra­wach w ogóle by nie na­pi­sa­no, gdyż ten, co by ich doświad­czył, mógłby nie być osobą od­ba­rzoną ta­len­tem, zdolną do ana­li­zo­wa­nia ich i wyrażania.

Kon­stan­di­nos Ka­wa­fis, Ars Po­eti­ca

tłum. Zyg­munt Ku­biak

L INIA OPO­RU

Czy war­tość wszyst­kich rze­czy nie na tym po­le­ga, że są one fałszy­we?

Czy właśnie SKŁAMY­WA­NIE i CZY­NIE­NIE FAŁSZEM, wkłada­nie sen­su nie jest war­tością, sen­sem, ce­lem?

Czy nie po­win­no się wie­rzyć w Boga nie dla­te­go, że jest praw­dzi­wy, LECZ DLA­TE­GO, ŻE JEST FAŁSZEM?

Frie­drich Nie­tz­sche

Kre­atyw­ność nie jest żadną zewnętrzną siłą o ukry­tych ce­lach. Wszyst­kie zisz­czo­ne byty dzielą z Bo­giem ową właściwość: ich przy­czy­na leży w nich sa­mych. Wszechświat jest twórczym postępem ku temu, co nowe.

Al­fred North Whi­te­he­ad

Początek układu współrzędnych

Spójrz na dziec­ko — jak się bawi. Kil­ku­let­ni brzdąc wy­biegł na łąkę, już roz­ra­do­wa­ny, już buźka-słonecz­ko, oczka-skow­ron­ki, nie za­trzy­ma się, smyrgnął tu, smyrgnął tam, kwiat­ki, mo­tyl­ki, psie kupy, sta­re pusz­ki i żwir ko­lo­ro­wy — wszyst­ko go cie­ka­wi, wszyst­ko go cie­szy, ze wszyst­kie­go rosną cuda, baśnie, kra­iny przygód i skarbów. Ska­cze po ka­mie­niach, chmu­rach na nie­bie. Huśta się na gałęzi, po­nad pokładem okrętu w sztor­mie. Śle­dzi mrówki, ar­mie chi­ty­no­wych ro­botów ata­kujące for­te­ce szkła i pla­sti­ku. Spójrz. Jeśli jest sam, nie zo­ba­czysz, ale jeśli jest z in­ny­mi dziećmi, zo­ba­czysz i usłyszysz: ich gry, ich te­atry, języki za­ba­wy, mapy pan­to­mi­my, dru­gie, trze­cie świa­ty. Nie ma tu stra­chu i nie ma chęci zy­sku. Ni­cze­go nie muszą. Nakar­mieni, za­spo­ko­je­ni, nieśmier­tel­ni, bez­piecz­ni. Ener­gia przepływa przez wiecz­nie pod­eks­cy­to­wa­ne ciałka. Budzą się i za­sy­piają ku nie­skończo­ności nie­od­par­tych cudów. Spójrz!

CZĘŚĆ PIERW­SZA: NIE­WO­LA

Zim­ny re­start

Wto­rek. Ale jak­by so­bo­ta.

Po co tu przy­szedł? Miał coś kupić. Za­po­mniał co.

Króle­stwa, potęgi otwie­rają się przed nim i za­my­kają i otwie­rają.

Sie­dzi pod fon­tanną pośrod­ku ga­le­rii han­dlo­wej, pa­trzy na pięknych mężczyzn, piękne ko­bie­ty. Obok wejście do sa­lo­nu ciała.

Jak to jest, że do le­ka­rzy chodzą cho­rzy, ale do piękno­robów — właśnie ci piękni?

To przyśpie­sza, myśli so­bie. I na­wet tem­po przyśpie­sze­nia rośnie.

Co mia­no­wi­cie przyśpie­sza?

Nie po­tra­fi wysłowić.

Za­nu­rzo­ny w wy­lew mag­my ludz­kiej, czu­je na skórze tar­cie, czu­je prze­sko­ki i zazębie­nia kon­ste­la­cji. Iskrzą wokoło kry­sta­licz­nie, elek­trycz­nie.

Na­zy­wa się Paweł Ko­strze­wa, ma dwa­dzieścia sie­dem lat, stu­diu­je już na czwar­tym kie­run­ku, i jego też nie ukończy; jest zmęczo­ny. Miał coś osiągnąć, ale za­po­mniał co.

Sie­dzi pod fon­tanną, szum wody przy­no­si uko­je­nie, +20% Com­fort Buff.

Głowa ni­sko między ra­mio­na­mi, ręce na ko­la­nach, sto­py do wewnątrz. Za­ci­ska po­wie­ki.

Wte­dy jed­nak nie­ustan­ny stu­kot ob­casów na lu­strza­nych płytach sta­je się nie do znie­sie­nia.

Potrząsa łepe­tyną. Jak to wyłączyć? Wszyst­ko go męczy. Ta­kie życie, taki so­und­track.

Rano: wi­zy­ta u pro­chow­ca. Które dra­gi brać, żeby nie mu­sieć brać żad­nych dragów?

Pro­cho­wiec za­wsze na­le­ga, by spo­ty­kać się oso­biście, cho­ciaż oczy­wiście przy­chod­nia jest po­kry­ta. Ale po naj­cięższy gejdż per­so­na­li­zo­wa­ny trze­ba wędro­wać w gno­ju.

Jak się dziś czu­je­my? I po­mi­mo tej szpi­tal­nej licz­by mno­giej Paweł czy­ni wysiłek, by od­po­wie­dzieć mak­sy­mal­nie szcze­rze. (Co pe­wien czas za­da­je so­bie ćwi­cze­nie: od­po­wia­daj lu­dziom, jak­by na­prawdę myśleli to, co mówią).

Jak się dziś czu­je? Jak się dziś czu­je? Jak się czu­je?

Zwi­ja się tam na krześle u pro­chow­ca ni­czym w ata­ku ner­wobóli żołądko­wych. Próbuje, próbuje — ale nie umie na­zwać.

Nie wie, jak się czu­je.

Chciałby się czuć w jakiś na­dający się do na­zwa­nia sposób. Tak albo tak.

Zaczął brać pro­chy na de­presję, by móc so­bie po­wie­dzieć, że jest w de­presji. De­pre­sja — i wszyst­ko ja­sne. Gejdż naj­prost­szy z możli­wych.

Nie jest w de­pre­sji. Jest zmęczo­ny. Ale to nie ko­gi­to emo — to stan ener­ge­tycz­ny.

Pro­cho­wiec i tak nie słucha jego mil­cze­nia. Wy­ni­ki badań ma w du­chu i na pa­pie­rze, wygłasza for­mułki, pod­pi­su­je.

On nie jest od psy­cho­te­ra­pii, on tyl­ko porównu­je przy­pa­dek z wy­tycz­ny­mi.

Paweł no­tu­je, by do­ko­pać się do tych wy­tycz­nych. Tam stoi, jak się czują ci, którym za­da­je się taki gejdż.

Kupił nową porcję jesz­cze w osie­dlo­wej ap­te­ce, kwa­drans na sper­so­na­li­zo­wa­nie dragów, se­kun­da na za­klu­cze­nie ich w du­szy pu­blicz­nej; za­tem nie po to przy­je­chał do ga­le­rii.

Nie pamięta dro­gi do cen­trum.

Czyn­ności często po­wta­rza­ne wy­ma­zują mu się z re­jestrów mózgo­wych. Musi spraw­dzać szczo­teczkę, czy mo­kra. Umył już zęby? Czy też to wspo­mnie­nie z wczo­raj, z przedwczo­raj, z mie­siąca wstecz? Ko­lację — zjadł czy nie zjadł?

Jak odróżnić je­den posiłek od dru­gie­go? To nie­możliwe.

Mózg nie po­mieści tylu powtórzeń.

Ta sama ścieżka, to samo miej­sce na ROM-ie — plik nad­pi­su­je się na plik.

Wto­rek czy so­bo­ta — Paweł musi zerknąć w du­cha. Rok i rok, lato i lato, Boże Na­ro­dze­nie i Boże Na­ro­dze­nie. „Pamiętasz, jak w lip­cu sie­dem­na­ste­go…” Paweł kiwa głową, ale oczy­wiście nie pamięta. (Może sam wy­gejdżował).

Na­wet nie ro­zu­mie, jak można tak in­dek­so­wać wspo­mnie­nia: da­ta­mi, go­dzi­na­mi. Jego pamięć nie dys­po­nu­je tą funkcją.

Kro­pla do kro­pli do kro­pli, stru­mie­nie nie­odróżnial­nych ko­ra­li wod­nych prze­la­tują mu przez głowę. Woda jest tak czy­sta, nie po­zo­sta­wia naj­mniej­sze­go śladu.

Wi­dzi sie­bie w wi­try­nach i lu­strach: po­stać poza grą. Nic się nie dzie­je. Lagi i jesz­cze większe lagi.

Dwaj by­sie w ciężkich sza­ra­wa­rach usie­dli obok.

Nowa ścieżka dia­lo­go­wa. (Pu­blic chat).

Ściur­bal, za­je­bu­ta. Yo, po­dzi­wioj. A mi­kru­cha? Sie­dem cyców. Wi­działeś kraj­ca? Kra­jec ja­jec. To może by tę li­zuchnę? Eee. To może tego? (I grze­bią w kie­sze­niach prze­past­nych). W chu­ja dzi­dziuś. Ale szla­ka! No tak, szla­ka po­kra­ka. He he. Da­waj tego tam. Bu­diet. No to? Tyyy, zo­bacz li­cho. Dwójka wyszła! Myślałem, że tyl­ko demo. A! Już jest, noże, fla­ki, cipy, wsio.

Wsta­li, po­szli.

Szum wody i ob­ca­sy ko­biet.

One wszyst­kie chodzą na bar­dzo wy­so­kich ob­ca­sach.

Flash, re­kla­my piękno­robów: sto­py na no­wym kośćcu, skóra jak po re­tu­szu, ażuro­we rzęsy, man­go­we pa­znok­cie, pier­si na mięśniach ko­sme­tycz­nych.

Kogo stać? Już pra­wie wszyst­kich, pro­teo uli­cy. A resz­ta i tak naśla­du­je.

Paweł za­da­je so­bie inne ćwi­cze­nie: niech mi się któraś spodo­ba. Od razu, na su­cho.

Gapi się.

Co z tego, że piękne. Frak­ta­le i równa­nia też by­wają piękne.

Żeby cho­ciaż pół erek­cji.

Nic.

Zie­wa.

Może to przez te dra­gi.

I wziął je już dzi­siaj, czy nie wziął?

Nie pamięta.

To zna­czy pamięta, ale nie­zin­dek­so­wa­ne. Dzi­siaj? Wczo­raj? Przed­wczo­raj? Te dra­gi czy inne?

Wyj­mu­je bu­te­leczkę, czy­ta ulotkę, li­czy pa­styl­ki.

(Ale, pa­nie dok­to­rze, cze­mu nie spod skóry? Bo za­raz za­po­mni pan, że w ogóle jest na te­ra­pii, pa­nie Ko­strze­wa. Ale, pa­nie dok­to­rze, wszy­scy są na te­ra­piach. Pigułka, pa­nie Ko­strze­wa, pigułka pod­no­si samoświa­do­mość pa­cjen­ta).

Li­czy.

Nie wziął.

Łyka dwie według prze­pi­su, po­pi­ja wodą z fon­tan­ny, 24h Bles­sing.

Zja­wia się straż i wy­pro­wa­dza go na ulicę, poza du­cha ga­le­rii.

Pada deszcz. Dzie­ci wra­cające ze szkoły gonią się z krzy­kiem po nie­wi­dzial­nych la­sach. Wal­ki­rie spa­dają z nie­ba. Au­re­ole Ban­dy Troj­ga prze­pa­lają mury i szkie­le­ty. Na nie­bie — hie­ro­gli­fy astro­no­mii po­li­tycz­nych sąsied­nich królestw.

Dzie­ci. Przy­po­mi­na so­bie: dzie­ciak sio­stry ma uro­dzi­ny.

Miał mu kupić pre­zent, to dla­te­go.

Kupi ju­tro. Albo z domu.

Za­pi­su­je w du­chu.

W me­trze roz­czu­la go wi­dok dwóch pod­pie­rających się la­ska­mi sta­ru­szek. Omal wy­bu­cha płaczem.

Co to za gejdż porąbany?

Skręca za­raz hal­sem na sze­ro­kie wody, pod nie­ba błękit­ne.

Giełda go nu­dzi, par­tii nie rozróżnia, wo­jen nie ro­zu­mie. Wiatr wewnętrzny króle­stwa spy­cha go ku kra­dzieżom, gwałtom, mor­der­stwom.

I do­pie­ro poj­mu­je, na co się uma­wiało tych dwóch w ga­le­rii. To taka moda: przy­god­ny prze­cho­dzień, ten lub tam­ten, bez po­wo­du, bez celu, bez sen­su — wpad­nie w oko i nóż mu w ple­cy.

Ale chłopaczków odciągnęła re­kla­ma ja­kiejś no­wej rąba­ni­ny w du­chu.

Zabójstwo praw­dzi­we nie jest dość praw­dzi­we. Na­sze sta­re zmysły bio­lo — to re­alizm na ćwierć gwizd­ka.

Me­tro się za­trzy­mu­je i Paweł spo­strze­ga, że prze­ga­pił swoją stację. Sta­rusz­ki wy­siadły.

Która go­dzi­na? Trze­cia szes­naście.

Czy w ogóle ma dzi­siaj ju­tro po­ju­trze coś do zro­bie­nia?

Stoi na pu­stym pe­ro­nie i próbuje, próbuje wymyślić co­kol­wiek.

Życie. Ale jak­by nie.

Bu­chal­te­ria nowa

Paweł po­pi­ja na da­chu ka­mie­ni­cy. Nie­bo gwiaździ­ste nade mną, żywiec we mnie.

Bu­dy­nek po le­wej: szkło. (Nie szkło, ale wygląda jak szkło).

Bu­dy­nek po pra­wej: cegła. (Nie cegła, ale).

Bu­dy­nek na­prze­ciw: drew­no. (Drew­no! No­wiut­kie).

Na da­chu Pawła srają gołębie i ziel­sko kwit­nie między dachówka­mi.

Z ko­minów wiatr prószy sadzą.

Deszczówka śmier­dzi w ryn­nach.

Ka­mie­ni­ca od pół wie­ku należy do trzech skłóco­nych bra­ci i nie należy do ni­ko­go. Nic z nią nie można zro­bić. Ot, klo­szard wy­wle­czo­ny z głębi PRL-u i usa­dzo­ny pośrod­ku mia­sta.

Mia­sto zmie­nia się co se­zon; ka­mie­ni­ca wca­le.

Dzie­ci ma­lują na popęka­nej ele­wa­cji tagi i wul­gar­ności.

Dom nu­mer czte­ry, „Sta­ru­cha”. Dwa­dzieścia sześć miesz­kań, luk­sus nad luk­susy, niech się drew­no scho­wa. Tu po­nad­stu­let­nie cegłówki kru­szeją w dłoniach.

Paweł pod­naj­mu­je ka­wa­lerkę od ciot­ki daw­ne­go kum­pla z mar­ke­tin­gu i soc­ta­in­men­tu. (Daw­no już wypłuka­ne­go z kon­ste­la­cji). Na czynsz wy­da­je większość tego, co wy­da­je.

Bo wszyst­ko ta­nie­je.

Nie wszyst­ko, ale wszyst­ko, co można wziąć do ręki.

Do­ctor Who po­ka­zu­je Pawłowi przyszłość ren­tie­ra. Mie­siąc temu były to 1542 dni, dzi­siaj — 1873.

Pro­sta eks­tra­po­la­cja: za rok star­czy mu już na 16 lat bez pra­cy. Założyw­szy obec­ny po­ziom życia.

Oczy­wiście nie wol­no zakładać obec­ne­go po­zio­mu. Cały wic na tym, żeby chcieć więcej więcej więcej.

On nie chce. Bo po co?

Sie­dzi na da­chu i pije do mu­zy­ki noc­ne­go mia­sta, All Re­si­sts -15%. Wol­na ręka spla­ta z chwastów ko­szycz­ki, wian­ki, war­ko­cze.

So­und­track off.

Cza­sa­mi wy­cho­dzi na dach Fran­cuz spod piętnast­ki, inżynier snów. Ga­dają o ce­nach nie­ru­cho­mości w Mi­nas Ti­rith i re­ce­sji w Won­der­lan­dzie.

Dzi­siaj tyl­ko mia­sto szu­mi w uszach.

Flu­ore­scen­cyj­ne re­ki­ny szy­bują w świe­tli­stych ka­nio­nach między bu­dyn­ka­mi.

Paweł wy­rzu­ca bu­telkę (roz­bu­tel­czy się, za­nim do­tknie bru­ku) i otwie­ra następną.

Był to kwa­drans ciężkiej pra­cy.

Nie chce, nie pla­nu­je, nie pożąda — ale mózg się ob­ra­ca.

Pra­ca to jest to, co się ro­dzi z jego myśli, kie­dy on nie myśli o pra­cy.

Te­raz po ko­lei od­faj­ko­wu­je roz­wiązane pro­ble­my.

Udało mu się na­wet wy­pro­du­ko­wać nowy ro­dzaj tęskno­ty: trochę cy­na­mo­nu, biały włos na wie­trze, powtórzo­na ba­so­wa nuta i od­dech nie­win­ne­go chłopca.

W du­chu ob­li­cza całościo­we zy­ski na sto-dwieście mi­lionów. Nowe ni­sze kon­su­menc­kie, nowe tren­dy. Gej­zer po­wi­nien sprze­dać tę tęsknotę za dzie­sięć do piętna­stu pro­cent.

I da­lej kal­ku­lu­je się samo. Pro­wi­zja. Smycz.

Od­legły huk mia­sta jak kac po or­gii w głowie.

Klkl­kl­klk, wiatr prze­su­wa dachówki.

To przyśpie­sza.

Paweł sie­dzi w bez­ru­chu, żywiec w garści, gapi się w nie­bo. Zda­je mu się, że wi­dzi lagi szar­piące chmu­ra­mi, gwiaz­da­mi, światłami ulic.

Od­dy­cha przez nos.

Do­brze. Prze­cież to tyl­ko życie. Do­brze. Za­cznę raz jesz­cze.

Za­czy­na: Mógłbym —

Mmmmmmmmmm.

Nie ma dal­sze­go ciągu.

Po pra­cy — jest zmęczo­ny. Był zmęczo­ny przed.

Jest zmęczo­ny.

Pije.

Po pra­wej ruch lu­strza­ny.

Bal­kon na trze­cim piętrze ce­gla­nej.

Mężczy­zna uno­si do ust filiżankę.

Paweł opusz­cza bu­telkę.

Mężczy­zna opusz­cza filiżankę.

Paweł się gapi.

Mężczy­zna się gapi.

Paweł kiwa głową.

Mężczy­zna kiwa głową, pod­no­si dłoń.

W du­chu się wi­tają, wy­mie­niają uśmie­chy, przed­sta­wiają. 10min So­cial Buff.

Ad­rian Utrałt.

Paweł.

Pan Utrałt.

Pan Ko­strze­wa.

On nie przej­dzie na „ty”. Paweł od­sta­wia żywca. Ad­rian Utrałt, 48, króle­stwo No­kia-Pen­de­rec­ki, Kraków, Glas­gow, Kraków, Syd­ney, Bu­re­wa­la, przed­wczo­raj prze­pro­wadz­ka z ho­te­lu, ubez­pie­cze­nia du­szy, AKG Ltd., płcio­wiec pe­tra, pro­te­osek­su­ali­sta homo, a to sio­stra, a to mat­ka, a to to­wa­rzy­stwo, a to kon­ste­la­cje, a to po­wie­dział, a to zro­bił, a to o nim po­wie­dziano, a w tych lu­dziach żyje, a ci lu­dzie żyją w nim, a tak się bawił na we­se­lu sio­stry, a tak cho­ro­wał, a tak myślał, i praw­do­po­do­bieństwo, że go po­lu­bisz — nie po­lu­bisz — po­lu­bisz — po­lu­biłeś.

Seks.

Książki.

Mu­zy­ka.

Gry.

Je­dze­nie.

Już się po­zna­li, już zna­jo­mi.

Utrałt za­pra­sza do ser­ca.

Paweł myśli: Czy tak mam zacząć? Od no­we­go sąsia­da?

Cho­wa Ad­ria­na Utrałta do kie­sze­ni, za­bie­ra żywca i scho­dzi z da­chu.

W miesz­ka­niu waha się między gejdżem a gejdżem.

Wa­ha­nie to miły stan. Po­le­gu­je na łóżku. Wa­hający się.

Od­dy­cha.

Od­dy­cha.

Od­dy­cha.

Cze­ka na za­po­mnie­nie. Mo­ment ode­rwa­nia pamięci długo­ter­mi­no­wej od pamięci krótko­ter­mi­no­wej, kon­so­li­dację przeszłości. (Za­wsze na po­dorędziu: in­ha­la­tor z za­po­mi­najką, in­hi­bi­to­rem PKM-Zet).

Szum nocy w głowie. Blank.

Wy­obraża so­bie życie ludz­kie jako prze­strzeń fa­zową wszyst­kich możliwości du­szy i ciała. Człowiek ab­so­lut­nie wol­ny jest w niej nie­odróżnial­ny od człowie­ka ab­so­lut­nie pu­ste­go: bez właściwości, bez cha­rak­te­ru. Każdy czyn i każda myśl jed­na­ko­wo praw­do­po­dob­ne.

Równo roz­sma­ro­wa­ny. Ot co.

Leży w bez­ru­chu go­dzinę.

Drugą.

W trze­ciej wsta­je, idzie do łazien­ki, sika.

Po­tem kładzie się z po­wro­tem.

Za­sy­pia w ubra­niu.

Bu­dzi się.

Wsta­je, idzie do łazien­ki, sika.

Kładzie się z po­wro­tem.

Bu­dzi się.

Su­cho w gar­dle.

Idzie napić się wody.

Po­ran­ne słońce sze­leści na fi­ran­kach. Od­kry­to Atlan­tydę. Zie­lo­ne pa­stwi­ska roz­wi­jają się dy­wa­no­wo.

Paweł pije wodę mi­ne­ralną długi­mi, po­wol­ny­mi łyka­mi. Bar­dzo mu woda sma­ku­je.

Za­sta­na­wia się, czy połknął wie­czo­rem pa­styl­ki, czy nie.

Wczo­raj? Przed­wczo­raj? Jesz­cze in­ne­go dnia?

Wczo­raj — czy­li kie­dy?

Duch sięga do kie­sze­ni.

Dzień, w którym po­znał Ad­ria­na Utrałta.

Aha.

Ety­ka pra­cy

Za dużo gier, za mało książek. Słowo pi­sa­ne, myśli, idee — naj­lep­szy nawóz.

Z dru­giej stro­ny: za dużo w fo­te­lu.

Wyjść, upić się, zgejdżować, wypłasz­czyć, wy­pla­jać, wy­szla­jać jak pies.

Spor­ty eks­tre­mal­ne — o, za­le­ca­ne, za­le­ca­ne!

Na­prawdę, Paweł, opusz­czasz się w ro­bo­cie.

Kie­dy ostat­nio dałeś po py­sku? Kie­dy kotkę wy­je­bałeś na for­ge­cie?

Albo cho­ciaż występki ja­kieś ulicz­ne. (Po co płaci­my wam mie­sięczne pa­pu­go­we?)

Z życiem, maładiec, z życiem! Tak Sze­fu się rozpędza.

Tyl­ko pierw­sza młodość za fri­ko! Za następne trze­ba płacić.

Żreć i srać, żreć i srać!

A wszyst­ko to na tle ra­por­tu kwar­tal­ne­go.

Paweł bawi się cie­nia­mi 4D i po­ta­ku­je grzecz­nie.

To też błąd. Po­ta­ki­wa­cze są źle wi­dzia­ni, po­ta­ki­wa­cze są wczo­raj­si. Dzi­siej­si są eks­cen­try­cy.

Ale my sie­dzi­my w biz­ne­sie ju­tra, dla nas dzi­siaj to wczo­raj.

Cze­go my chce­my? Sze­fu się rozpędził. My chce­my, żebyście wy nam mówili, cze­go chce­my!

Nie rób, co ci mówię — mów, żebym ja robił!

Zaraź mnie!

Uwiedź!

Po­rwij!

Zgwałć! Zgwałć!

Paweł uprzej­mie na­le­wa Sze­fo­wi per­rie­ra.

CCO: ma­ory­skie ta­tuaże, bod­mo­dy do kości, pogańskie awa­ta­ry i czar­ne bębny na so­und­trac­ku.

(Ale — pani pierw­sza, pani Kry­siu. Całuję rączki. I pod­su­wa krzesło si­wowłosej asy­stent­ce pe­tra).

Zeszłej wio­sny, pit­chując pro­jekt, tak się na­czardżował, że wy­sko­czył przez okno, połamał ręce i nogi.

Przed laty cha­dzał na długie piel­grzym­ki do Często­cho­wy. Ale mu się od­wi­działo.

Te­raz or­ga­ni­zu­je or­gie przy ogni­skach w noc kupały i spro­wa­dza cer­ty­fi­ko­wa­ne dzie­wi­ce z mu­slim­landów. Ma to w du­szy pu­blicz­nej. Żyją po­przez nie­go na­sto­let­ni Gor­do­no­wie Gek­ko i pro­teo sadyści królestw Re­aga­na.

Ta­de­usz Prażny.

Zwy­cza­jo­wy uśmie­szek na ko­ry­ta­rzu fir­my: Przy­prażyło cię?

Otóż Paweł jest właśnie prażony.

Sie­dzi i myśli: A gdy­bym rzu­cił pracę. A gdy­bym wstał i wy­szedł. A gdy­bym lunął mu tym per­rie­rem w mordę.

(Pew­nie by się Prażny za­chwy­cił).

W du­chu di­sney­owe ptaszęta roz­wie­szają ko­lo­ro­we gir­lan­dy na ścia­nach ga­bi­ne­tu.

Wzdech.

A Sze­fu je­dzie da­lej. Kla-kla-kla, kla-kla-kla, kla! Tagi: Bu­si­nesstalk, Sin­ce­re­ly­Y­ours.

Paweł przygląda mu się z tra­dy­cyj­nie tępym wy­ra­zem twa­rzy.

(Nie zmy­li ni­ko­go).

Prażny zstąpił do Gej­ze­ru Cudów po wejściu zu­lusów. Spółki afry­kańskie to te­raz naj­większy rejdż. Gdzie kto wi­dział w eu­ro­lan­dach plus naście pro­cent PKB gno­ju, sen Bal­ce­ro­wi­cza. A zu­lusi żrą.

Biz­nes je­dzie na mo­dach jak wszyst­ko inne.

Więc hol­ding kre­atywów, który łyknął Gej­zer jesz­cze w po­wi­ja­kach, wymyślił wpiąć się w zu­lusów. Przy­je­chał pe­tra Ma­saj. Połaził, po­lu­kał, po­ru­chał se­kre­tar­ki, pożon­glo­wał ka­dra­mi, do­rzu­cił port­fo­lio klientów, i po­je­chał. Zagląda co kwar­tał.

A w ra­mach żon­gler­ki wy­rwał z in­ne­go szcze­pu hol­din­gu — kogo? Prażnego.

(Który właśnie prze­sko­czył biur­ko i szczy­pie Pawła w po­licz­ki, mój ty śli­macz­ku lu­kro­wa­ny, ti-ti-ti).

Paweł roz­po­zna­je dwa ga­tun­ki biz­nes­menów: Re­wol­we­rowców i Far­merów.

In­a­czej niż w we­ster­nach, Re­wol­we­row­cy przy­chodzą naj­pierw. Z nich była Pierw­sza Bry­ga­da ka­pi­ta­listów od wa­rzyw­nia­ka i kan­to­ra, prze­myt­ników wódki i le­wusów bu­dow­la­nych.

Far­me­rzy przy­chodzą wte­dy, gdy widać już, że zie­mia żyzna i plon ładny. Nie ry­zy­kują.

Pierw­si muszą być po tro­sze wa­ria­ta­mi. Rzad­ko by­wają in­te­li­gent­ni. In­te­li­gen­cja tam prze­szka­dza.

Dru­dzy — o, to full me­nadżerka i Men­sa, MBA i do­pa­la­cze hor­mo­nal­ne.

Ale Re­wol­we­row­cy pierw­sze­go sie­wu to ban­da ory­gi­nałów.

Paweł po­znał ich kil­ku­na­stu, te­raz już dziadków wy­pru­wających się na med­mo­dy. Niektórzy to ewi­dent­ni kre­ty­ni, inni — buce i chu­je o so­cial skills poniżej zera.

Prażny to Re­wol­we­ro­wiec w ciu­chach Far­me­ra.

Za późno się uro­dził. Ale kor­po­ra­cja po­tra­fi zarządzać także zbyt późno uro­dzo­ny­mi. Są dla nich tytuły, funk­cje i podręczni­ki me­nadżerki eks­tre­mal­nej.

Sze­fu wra­ca za biur­ko i wy­pi­ja wodę jed­nym hau­stem. Słonie wa­chlują się usza­mi, ali­ga­to­ry za­my­kają pasz­cze, Afry­ka bie­rze od­dech.

Tym­cza­sem ja z cie­bie pożytek będę miał! (Po­wia­da. Kla-kla-kla).

Je­steś w niżu, Paweł, ja to ro­zu­miem. Ja­kieś smęty no­stal­gicz­ne, ze­it­ge­isty le­pio­ne na nu­dzie i sens życia w je­li­cie cien­kim.

A mnie te­raz po­trze­ba ha­mul­co­we­go.

Ge­stem Zeu­sa Gro­mowład­ne­go Sze­fu rzu­ca w du­chu Po­le­ce­nie Służbowe.

Paweł się nie uchy­lił.

Pójdziesz do Bart­ka. On daje za­raz spicz. Zespół jest pełny, do­bra­li już kre­tynów. Sta­niesz obok.

Mam mu zaglądać przez ramię? Będzie kwas.

A kto lep­szy? Ro­bi­liście tu chwi­la­mi za układ podwójny, krążył wokół cie­bie jak ślepy sa­te­li­ta, ty go chrzciłeś pod Gej­ze­rem.

Ale. Nie moja rola. Z ba­tem tak nad głową.

Prażny zeu­su­je po­now­nie, grzmot w gębie, nie­bo w pięściach.

Słuchasz ty mnie! Ogień w człowie­ku gaśnie i za­pa­la się — ale doświad­cze­nia prze­cież nie stra­ciłeś. Masz re­fe­ren­cje dłuższe niż DNA Pana Boga. Zo­ba­czysz ścianę, za­nim w nią walną.

I po raz dru­gi ci­ska zyg­zak ogni­sty.

Paweł gejdżuje się wa­zo­pre­syną i chwy­ta już w lot — pio­run, myśl i Po­le­ce­nie, +1 Ac­tion Spe­ed.

A! Praw­ni­cy wykręcili ci ręce. Mam do­brze wyglądać w pa­pie­rach. Że był nadzór.

Masz do­brze wyglądać w pa­pie­rach. (Z twoją RE­PU­TACJĄ!) Ale to nie pic. Mamy wie­lo­ry­ba na wędce.

So­und­track: na­ra­stający łomot tam-tamów. (Nad­cho­dzi potwór).

Wot, siur­pry­za. Zde­gra­do­wa­ny przez awans. Awan­so­wa­ny de­gra­dacją.

W pro­gu jesz­cze do­pa­da go ostat­nia mądrość sze­fa: To, cze­go ci trze­ba, Ko­strze­wa, to porządny nałóg.

Paweł wzru­sza ra­mio­na­mi.

Porządny, czy­li jaki?

Z wódki czy z in­nych na­tu­ral­nych dragów wykręcisz się bez śladu po gen­ku­ra­cji i płuka­niu neu­ro. Tytoń w ogóle nam nie szko­dzi. Sek­so­ho­li­ka­mi po­win­niśmy być od kołyski. Gejdż przy­cho­dzi i od­cho­dzi. A za pra­co­ho­lizm tyl­ko po­chwalą.

Nie ma lek­ko. Ciało, fi­zjo­lo­gia — już nie rządzi. Trze­ba sa­me­mu.

Pod rękę z tą myślą wędru­je ku atrak­to­ro­wi so­cjal­ne­mu. (Cia­stecz­ka i kawa, ko­ko­sy pro­sto z pal­my, słonecz­nik pro­sto z ogródka).

Tu­byl­cy po­znają po mi­nie.

Przy­prażony?

Przy­prażony.

Nasz pan

Wszedłszy.

Łapiesz się, Paweł? Łapię się.

Usiadł, wcisnął się w du­cha, ziewnął. Agro — 100.

Główny play­gro­und Gej­ze­ru przy­po­mi­na ma­ga­zyn roz­pu­stu za­adap­to­wa­ny na przed­szko­le. Gdziesz chcesz — usiądź, gdzie chcesz — le­gnij, gdzie chcesz — baw się.

For­mal­ny nie­for­ma­lizm wy­kal­ku­lo­wa­ne­go re­lak­su. W du­chu i w gno­ju. Pstro­ka­ci­zna ścian i trendów.

Jak nie za­mkniesz głowy, wwie­je ci do snów śmiet­nik wszechświa­ta.

Grup­ka w kącie mon­tu­je ro­bo­ta Lego. Będzie roz­pru­wał piłą me­cha­niczną plu­szo­we mi­sie.

Krzy­siu czy­ta pa­per­bo­ok, po uszy w gejdżu ner­dycz­nym; ota­go­wała się.

Krwa­wy He­ge­mon, nadal jed­nogłowy, po­chra­pu­je w cie­niu pi­ra­mi­dy Che­op­sa. (W Egip­cie pada).

Par­ka przy pla­sto­le obści­sku­je się w chi­cho­tach. Ale wy­wie­si­li fla­gi BDSM.

Paweł ma­rzy o gar­ni­tu­ro­wych na­siadówach przy kon­fe­ren­cyj­nym ma­ho­niu, o twar­dym szy­ku pe­tra. Ach, te cza­sy cu­dow­ne, gdy kor­po­ra­cje były kor­po­ra­cja­mi i alie­na­cja płynęła hek­to­li­tra­mi w szkla­nych ko­ry­ta­rzach!

W du­chu roz­dzie­ra swe­ter i de­to­nu­je ka­mi­zelkę bomb ru­ro­wych. (Agro +5000).

Nikt nie zwra­ca uwa­gi.

Będzie sie­dział w kącie i mo­czył nogi w gorącej wo­dzie Gej­ze­ru. Igrając z bąbla­mi dia­bełkami po­wi­do­ka­mi du­cha­mi.

Kre­ty­ni w ze­spo­le Bart­ka to Idzia, Bu­za­ty i dwóch Tomków (To­mek Mniej­szy i To­mek Naj­mniej­szy).

Mądrość gru­py: im szer­szy roz­rzut, tym traf­niej­sze de­cy­zje. Kon­ste­la­cja trzech eks­pertów prze­gry­wa z kon­ste­lacją trzech eks­pertów i sied­miu laików. Dla­cze­go na wol­nym ryn­ku ak­cji, zakładów i de­ry­watów mi­lion kre­tynów plus tysiąc za­wo­dowców za­wsze po­bi­je sa­mych za­wo­dowców? Ano dla­te­go właśnie.

(Na­pis nad windą na piątym piętrze Gej­ze­ru: GRU­PA JEST MĄDRZEJ­SZA OD NAJMĄDRZEJ­SZE­GO CZŁONKA GRU­PY).

Na do­da­tek w kotłach kre­atywów nie cho­dzi prze­cież o wiedzę ani in­te­li­gencję — lecz in­wencję. A gdzie bije źródło idei w wy­obraźni ko­lek­tyw­nej — tego żaden Jung nie od­kry­je.

Kre­ty­ni są naj­mo­wa­ni na se­zon, po­tem się za­nad­to wy­cwa­niają. Spa­dają im z główek au­re­ole igno­ran­cji. Ci tu­taj siedzą już w Gej­ze­rze piąty mie­siąc, ro­bi­li w dwóch-trzech pro­jek­tach Pawła.

Idzia pusz­cza do nie­go oko. Tom­ki wy­mie­niają się sna­mi por­no.

Tym­cza­sem —

Pa­nie! Pa­no­wie! I wy, po­jeb­ce ko­cha­ne!

Bar­tek za­siadł na ko­ni­ku bu­ja­nym.

Się zaczęło.

Ziew.

So­und­track: dźwięki pociągów to­wa­ro­wych w nocy na od­ległym to­ro­wi­sku. Sy­re­na. Echo. Mia­sto jak sen Bla­de Run­ne­ra.

Bar­tek mru­ga w du­chu pry­wat­nym do Pawła, po czym star­tu­je pre­zen­tację od hi­sto­rii ma­kro­eko­no­mii. Nikt nie uda­je za­in­te­re­so­wa­nia. Musi ich za­ssać.

Skok do spe­ku­la­cji nie­ru­cho­mościa­mi.

Skok do anar­cho­syn­dy­ka­li­zmu.

Skok do spra­wy Ławrińskiej.

Słuchają, patrzą, ale po nich nig­dy nie widać.

Bar­tek na­bie­ra po­wie­trza. Będzie­my się posługi­wać ter­mi­nem „cake-sta­te”. I ry­su­je w po­wie­trzu.

Te­raz główna idea. Za­pnij­cie pasy.

Ławrińska, ca­sus post­humów. Pe­tra­skop­cy za­ko­twi­cze­ni w eks­tro­pi­stycz­nych kli­ni­kach Ka­li­for­nii wystąpili o uzna­nie swo­jej re­pre­zen­ta­cji między­na­ro­do­wej. Ich Re­pu­bli­ka Ławrińska nie po­sia­da ani me­tra kwa­dra­to­we­go zie­mi, po­sia­da na­to­miast kon­ty­nen­ty i oce­any du­cha. Ope­ru­je stamtąd kil­ka­dzie­siąt kor­po­ra­cji (króle­stwa ra­do­sne) sza­co­wa­nych na sie­dem­dzie­siąt-osiem­dzie­siąt mi­liardów euro rocz­ne­go przy­cho­du.

Ca­sus: pływające mi­ni­państwa ran­dystów. Ko­niec dwu­dzie­ste­go wie­ku, początek dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go. Sta­wia­li je na sta­rych plat­for­mach wiert­ni­czych, na wy­sep­kach usy­py­wa­nych na ra­fach, na wy­ku­pio­nych tan­kow­cach. Pra­wo lądu sięga dwieście mil od brze­gu. Dwieście je­den — i zy­skałeś nie­pod­ległość.

Własne ko­dek­sy kar­ne i cy­wil­ne. Własne sys­te­my rządów. Własne idee.

Co­kol­wiek. Ka­ni­ba­lizm. Nie­wol­nic­two. Wol­ny ry­nek. De­mo­kra­cja. Ty­ra­nia. Teo­kra­cja. Anar­chia.

Ale w ma­te­rii trud­niej. Ma­te­ria ogra­ni­cza.

Państwo musi ist­nieć na określo­nym te­ry­to­rium, musi po­sia­dać prze­strzeń su­we­ren­ności.

Spójrz­my te­raz na plaję.

Zie­mi więcej Pan Bóg nie stwo­rzy.

Oce­any też skończo­ne.

Ko­smos — zbyt duże kosz­ta, a niższe or­bi­ty już zmi­li­ta­ry­zo­wa­no.

Lecz jaka była przy­czy­na ostat­nie­go kra­chu na ryn­ku nie­ru­cho­mości?

Prze­strzeń do życia i gry roz­ciągnęła się w nie­skończo­ność, ceny dążą do zera. (Nie dokład­nie do zera, ale ro­zu­mie­my).

Otóż nie żadne cy­ber-ideały, nie Tech­no­lo­gicz­ne Oso­bli­wości i sza­tańskie AI, lecz pro­sty ra­chu­nek eko­no­micz­ny wy­py­cha nas z gno­ju w du­cha.

Cze­go trze­ba, żeby po­sta­wić w du­chu własne państwo?

Trze­ba za­bez­pie­cze­nia jego pod­sta­wy fi­zycz­nej. Państwo du­cha musi po­sia­dać przy­najm­niej swo­je ser­we­ry fun­da­cyj­ne.

A ser­we­ry pod­le­gają pra­wu państwa ma­te­rii.

Hen­ce the cake-sta­te.

I Bar­tek ry­su­je przed dzie­ciar­nią Gej­ze­ru:

tort

war­stwy rze­czy­wi­stości i war­stwy pra­wa, war­stwy eko­no­mii

Państwo 01

na nim Państwo 02

na nim Państwo 03

na nim Państwo 04

Wy­so­kość tego tor­tu po­ten­cjal­nie jest nie­skończo­na.

Krzy­siu pod­no­si łapkę. Jak się za­bez­pieczą przed draką z po­zio­mu niżej?

Bar­tek z po­wro­tem do ca­su­su Ławrińskiej.

Robi się to tak: Sta­wiasz Państwo 02 na pra­wie do­wol­ne­go Państwa 01. To Państwo 02 wciąż jesz­cze będzie pa­cynką Państwa 01, nie ma praw­dzi­wej au­to­no­mii. W wy­bo­rze star­to­we­go Państwa 01 kie­ru­jesz się stop­niem gwa­ran­to­wa­nej wol­ności go­spo­dar­czej. Spo­koj­nie bu­du­jesz go­spo­darkę swo­je­go Państwa 02. Kie­dy będziesz miał wy­star­czająco dużą re­zerwę budżetową, do­dat­ni bi­lans wy­mia­ny han­dlo­wej z Państwem 01 i za­bez­pie­czo­ne kon­trak­ty wewnętrzne, znaj­du­jesz inne Państwo 01: ta­kie o PKB o rząd wiel­kości mniej­szym od PKB two­je­go Państwa 02. Stop­nio­wo trans­fe­ru­jesz swo­je Państwo 02 na ser­we­ry Państwa 01 Bis. Uza­leżniasz jego go­spo­darkę od swo­jej i przej­mu­jesz nad nim kon­trolę. Państwo 01 Bis pod two­im na­ci­skiem wpro­wa­dza pra­wo prze­su­wające władzę wy­ko­nawczą, sądo­wniczą i usta­wo­dawczą na po­ziom 02. Równo­cześnie wy­co­fu­jesz się do resz­ty z Państwa 01. Państwo 02 w całości zin­te­gro­wało się z Państwem 01 Bis. Na wy­ry­so­wa­nym tor­cie naj­grub­sza jest war­stwa dru­ga od spodu.

Ten sam al­go­rytm za­sto­so­wać można do Państwa 03, Państwa 04 i tak da­lej.

Na czym za­ra­bia nasz klient? Nasz klient wy­ku­pił pa­ten­ty du­cha (kil­ka­set mega dla Skeu­ta Red), i będzie sprze­da­wał star­tu­py Państw 03.

Spośród wszel­kich możli­wych Państw 02 nas zaj­mie to, którego główną ide­olo­gią będzie ab­so­lut­na wol­ność two­rze­nia Państw wyższych.

A dla nas tu­taj różnica między drugą a trze­cią, czwartą czy siódmą warstwą tor­tu jest czy­sto umow­na.

Chcesz dom — idziesz do pośred­ni­ka nie­ru­cho­mości.

Chcesz kotkę na noc — wcho­dzisz do so­cja­la.

Chcesz dziec­ko — pu­kasz do pośred­ni­ka bio­lo.

Chcesz państwo — a, ten pro­dukt my do­star­czy­my. (Za od­po­wied­nią opłatą).

Rzecz ja­sna dzie­więćdzie­siąt dzie­więć pro­cent tych garażowych państw pad­nie w pierw­szym roku budżeto­wym. Albo będzie się ob­ra­cać w nie­skończo­ność na pu­stej za­war­tości, je­dy­nie dla hob­by­stycz­nej fraj­dy założycie­li.

Nie przej­mu­je­my się. Nie na­sze zmar­twie­nie.

Krwa­wy He­ge­mon dłubie pal­cem w uchu, aż mu dzwo­nią wiszące ogro­dy.

No do­brze, pa­nie bra­cie, ale co właści­wie mamy wy­ko­nać dla klien­ta? Ide­olo? Ładną buźkę dla du­szy pu­blicz­nej? Re­li­gię państwo­wości? Plu­gin do królestw?

„Kup sy­no­wi państwo na uro­dzi­ny!”

Bar­tek wy­plu­wa mgławi­ce da­nych.

Klient macał już tar­ge­ty. Pa­trzaj­cie, rie­bia­ta.

Pa­trzy­my. Się oka­zu­je.

Otóż nie mu­si­my ni­cze­go pom­po­wać, to już w lud­kach sie­dzi. Od pół wie­ku tre­nują się po­ko­le­nia, od Far­mVil­les, od Cy­wi­li­za­cji i Simsów, i jesz­cze wcześniej, od pierw­szych Hi­rosów, pierw­szych długo­fa­lo­wych gier stra­te­gicz­nych.

Te­raz na­wet nie za­uważą przejścia.

Bar­tek rozkłada ra­mio­na.

Zro­bią so­bie państwo, bo już wcześniej ro­bi­li so­bie tysiące państw, też w du­chu.

To ostat­ni krok do­my­kający con­ti­nu­um od go­spo­dar­ki ma­te­rii do go­spo­dar­ki du­cha.

Bu­dzi się Wiet­nam­czyk od mor­der­cy misiów.

Smacz­ne. Wia­do­mo, gdzie się skończy? I czy dąży do równo­wa­gi? Ja­kiej?

Cóż, jest to sztu­ka uno­sze­nia sa­me­go sie­bie za włosy.

Anusz­ka, rusałka Bart­ka, prze­pro­wa­dza dowód w pu­blicz­nym. Prze­strzeń dla roz­wo­ju Państw 01 jest ogra­ni­czo­na, pod­czas gdy prze­strzeń dla roz­wo­ju Państw 02 i wyższych jest nie­skończo­na. Toteż nie­uchron­nie na­dej­dzie w przyszłości ludz­kości mo­ment, gdy wszyst­kie Państwa 01 i w ogóle cała Zie­mia, cały gnój i bio­lo — przej­dzie w eko­no­micz­ne włada­nie ta­kich rajów du­cha po­sta­wio­nych na star­tu­pach na­sze­go klien­ta.

Wy­ku­pią nas spad­ko­bier­cy gil­dii er­pe­go­wych i cwa­nych en­peców.

Pew­ne to jak epo­ka lo­dow­co­wa i czer­wo­ny ol­brzym. Tyl­ko o datę się założyć.

Zresztą nic no­we­go. Paweł zna to z SF, wi­dział sam w szla­jach. W swo­jej gil­dii i swo­ich kabałach, i w cu­dzych.

Tyl­ko że dotąd bra­ko­wało opro­gra­mo­wa­nia praw­ne­go dla po­dob­nej in­te­gra­cji. Przez lata sta­no­wiło ono święty Gra­al gil­dii to­ta­li­tar­nych i pio­no­wych aliansów.

Paweł z cie­ka­wości zer­ka w głębsze pli­ki. Kodu źródłowe­go klient oczy­wiście nie ujaw­ni, ale na­wet w ma­te­riałach poglądo­wych ma­te­ma­ty­ka tego we­hi­kułu praw­ne­go przy­pra­wia o zawrót głowy. Mu­siały ją spłodzić se­kret­ne ge­ne­ty­ki se­mio­tycz­ne, de­dy­ko­wa­ne ewo­lu­cje AI.

A Krwa­wy He­ge­mon po­wta­rza na głos. Bar­tuś, cu­kie­recz­ku, co tu dla nas?

(Bar­tek płonie ace­ty­le­no­wo, pio­nier niezłomny, ze­lo­ta przed po­ga­na­mi, pierw­szy jego taki pro­jekt sa­mo­dziel­ny).

Nie ro­zu­mie­cie? Ten con­tent wy­ma­ga opa­ko­wa­nia we wszyst­kich mo­dach.

Które państwa są bar­dziej sek­sow­ne? Ja­kie kon­sty­tu­cje le­piej się nosi? Który sys­tem po­dat­ko­wy ro­man­su­je z którym ko­dek­sem kar­nym?

Mojo:

Hi­tler ty­go­dnia

Dżyn­gis-chan mie­siąca

a ile państw TY dzi­siaj pod­biłeś?!

Paweł poj­mu­je te­raz ostrożność Prażnego. Trud­no przy­pusz­czać, żeby sta­re mo­car­stwa — spód tor­tu, zero je­den, zero dwa — nie za­re­ago­wały w od­ru­chu obron­nym.

Państwa pe­tra — Rzecz­po­spo­li­te Pol­skie, Wa­szyng­to­ny, Bruk­se­le, Gaz­pro­my — można za­wsze ograć w kon­ste­la­cjach. Po­li­ty­ka jest dzie­dziną astro­lo­gii, ro­dzi się z ru­chu gwiazd na nie­bie. Wy­star­czy się skrzyknąć ze zna­jo­my­mi. Rząd wy­bie­ra­my, żeby ad­mi­ni­stro­wał — nasz albo ich, lep­szy albo gor­szy BOFH.

Ale króle­stwa?

Będą się bro­nić. Nie taj­ny­mi agen­ta­mi, nie na­lo­ta­mi i po­zwa­mi mi­liar­do­wy­mi.

Nie. One wy­najmą swo­ich kre­atywów.

Cze­ka nas ostat­nia ofen­sy­wa bio­lo, RvR.

(Fan­fa­ry).

Paweł łapie po­tem Bart­ka w pry­wat­nym.

Jak to w ogóle spadło do nas? Ma­saj przy­niósł w zębach? Prze­cie to glo­bal­ny push, ro­bo­ta dla Lon­dy­nu albo No­we­go Jor­ku.

Zdziw­ko. Nie zaj­rzał pod spód? Niech zaj­rzy, niech zaj­rzy. Kto jest klien­tem.

Paweł grze­bie w pli­kach. (Ru­chy naćpa­ne­go mi­sia ko­ala).

Się oka­zu­je. Nasz pan: FA­TA­GA.

Ma­so­wy szan­tażysta

Paweł wy­szedł do par­ku na lancz.

Zie­lo­no. Słońce. Ptasz­ki. Ka­nap­ki ce­bu­lo­we. Za­pach tra­wy. Małe dzie­ci. Pe­tra eko.

So­und­track: Astro­no­my Do­mi­ne Pink Floyd.

A te­raz, proszę państwa, przez piętnaście mi­nut wy­ko­ny­wać będzie­my mia­ro­we ru­chy szczęk i kon­wul­sje mięśni przełyku.

Stan du­szy: myślisz o fi­zjo­lo­gii pi­cia i sko­ro myślisz — krztu­sisz się naj­mniej­szym łykiem her­ba­ty.

Paweł zakłada się sam z sobą, które dziec­ko pierw­sze się rozpłacze. (W gno­ju za­wsze płaczą).

W ta­kich to oko­licz­nościach przy­ro­dy —

Przy­sia­da się kot­ka.

Nóżki, cyc­ki, bu­zia, mniam.

Jemy. Udając, że nie pa­trzy­my.

A tu Słońce, a tu dzie­ci… Ćwir, ćwir.

Kot­ka: Paweł Ko­strze­wa, szes­na­ste­go mar­ca zeszłego roku pod hablówką w Za­ko­pa­nem uczest­ni­czył w bójce, ofia­ra nie złożyła do­nie­sie­nia, złama­na ręka i od­bi­te ner­ki, do pięciu lat bez za­wie­sze­nia.

Paweł się krztu­si, 5s Stun Ef­fect.

Kot­ka je­dzie da­lej: Paweł Ko­strze­wa, dru­gie­go sierp­nia trzy lata temu, plaża w La Cala de Mi­jas, za­ku­pił nie­le­galną inżynie­rię ko­gi­to za sumę tysiąca sied­miu­set euro.

Paweł przełyka.

Do­bra, gu­glnęła mnie po py­sku. Ale te dra­gi i chuj Kra­biński na nar­tach wte­dy? Skąd?

Czy ta­kie rze­czy pływają w du­szy pu­blicz­nej? Nie­możliwe. Nikt nie wie­dział. La Cala de Mi­jas na­wet opy­lo­na nie była. Nikt nie wie­dział.

(Dia­lo­gi). Cze­go chcesz? Jak to „cze­go”? To jest szan­taż. Pójdziesz ze mną do czardżówki pod pla­ta­na­mi i przeładu­jesz mi do wozu za wszyst­ko, co masz na kon­cie pod dzien­nym. Szan­taż? Szan­taż? Dlacze­go ja? Skąd mnie w ogóle wy­trzasnęłaś? Nie ty. To masówka. Załatwiam kil­ku dzien­nie. Chodźmy. (Paweł nadal żuje chleb). I co, wszy­scy płacą? Nie. I nie ma dru­gich po­dejść — bo to na dru­gich po­dejściach się dur­nie wy­wa­lają: po­na­wia­nych kon­tak­tach, zbie­ra­niu wy­ku­pu, han­dlu do­wo­da­mi, a tam już po­li­cja zza krza­ka. Musi być jed­no­razówka, z za­sko­cze­nia, piętnaście-trzy­dzieści mi­nut i żad­ne­go powtórne­go spo­tka­nia. Ni­skie sumy, hurt. Spraw­dza­my każdego. Wy­star­czy za­rzu­cić sieć. Wy­lo­suj stu lu­dzi, prześwietl do kości, bo­nan­za. Bo odwróć so­bie w głowie: to o grze­chy najłatwiej, trałuje­my je z du­cha ma­so­wo, pla­sti­ko­wa tan­de­ta po trzy gro­sze. Mało kto nie ma się cze­go wsty­dzić. Zapłaci — okay. Nie zapłaci — wy­pusz­cza­my ano­ni­mo­wy do­nos. Jego wybór. To jak wy­brał? Ale skąd wiesz o mnie ta­kie rze­czy? No chy­ba nie myśli, że mu po­wiem!

Paweł jest za­fa­scy­no­wa­ny.

Znajdę cię prze­cież. Widzę cię. Pływasz gdzieś w pu­blicz­nej. A park jest po­kry­ty.

I co? (Kot­ka emo­tu­je IDont­Gi­ve­AFuck). Będzie się opłacało?

Paweł jest za­fa­scy­no­wa­ny. Ów sposób za­rob­ko­wa­nia wy­da­je mu się tak sta­roświec­ko ry­zy­kanc­ki… Więcej mówi o pułapce życio­wej szan­tażysty niż wszyst­kie grze­chy ofia­ry o ofie­rze.

Przygląda się dziew­czy­nie. Jaka siła ciem­na pcha ją do tej ro­syj­skiej ru­let­ki.

Nie­od­ległe króle­stwo, oczy Cor­ri­ny, włosy Anny Te­ne­iry, usta Miko-Ino, pier­si z „Nocy Az­tec­kiej”, nogi stan­dard Bar­bie, dłonie Sa­int-Lau­ren­ta. Bluz­ka bor­do Ni­ght in Rome i szor­ty Ali Agca. A ten uśmiech sta­tecz­nej iro­nii — Rolls-Roy­ce.

Jaka siła ciem­na. Pie­niądze. Nie. Nie­możliwe.

Na­prawdę po­trze­bu­jesz pie­niędzy? Ile?

Ona po­ka­zu­je mu w du­chu wiel­ki ze­gar na wieży ra­tu­szo­wej i usta­wia żelazną wskazówkę na za dwa­dzieścia dwu­na­sta.

Będziesz prze­ciągał?

Paweł idzie z nią do pom­py elek­trycz­nej pod pla­ta­na­mi i ładu­je jej BMW za 20K. Szan­tażyst­ka odjeżdża.

Po­tem wrzu­ca jej na­gra­nie do płat­ne­go re­se­ar­che­ra. Ilo­na Rosa, 35, wzor­nic­two prze­mysłowe, roz­wie­dzio­na, roz­wie­dzio­na, bez­dziet­na, pro­teo & pro­teo, a to oj­ciec, a to były, a to była, a to kon­ste­la­cje, a to po­wie­działa, a to zro­biła, a tak upra­wiała seks, a tak się szla­jała —

Dra­ma­tycz­na prze­ciętność.

Co ta­kie­go Ilo­na Rosa kry­je w du­szy pry­wat­nej?

Do­pie­ro wróciw­szy do domu i za­ległszy nie­ru­cho­mo pod śle­pym su­fi­tem, domyśla się Paweł źródła suk­ce­su ma­so­wych szan­tażystów. Ich Pierw­szej Ra­chu­by.

Sko­ro od­grze­ba­li moje grze­chy. Tym bar­dziej wiedzą, że zapłacę i nie za­ry­zy­kuję po­li­cji.

Nie ze stra­chu.

Nie z kal­ku­la­cji.

Nie dla świętego spo­ko­ju.

Wi­dzie­li mnie. Jak tu leżę z pod­ciętą wolą. Dzień w dzień, noc w noc.

Mój Boże.

Ilu nas jest.

Że po­wstał prze­mysł.

Drze­wa ka­le­czo­ne dla świeżej żywi­cy. Stoją nie­ru­cho­me, żywi­ca ście­ka złoty­mi kro­pla­mi.

Wy­star­czy sięgnąć.

Kto ma siłę i wolę.

Chodzą i zbie­rają.

Cze­mu się mają kryć? Przy­zwy­cza­ili się. Złoto spływa gęstą strugą do otwar­tych ust.

Więc wiem.

I co te­raz zro­bię?

Nic.