Kresowa opowieść. Tom II: Julia - Edward Łysiak

Kresowa opowieść. Tom II: Julia

0,0

Julia i Natalka osiedlają się na Ziemiach Zachodnich. Julia, przekonana o śmierci Michała, próbuje bezskutecznie układać swoje uczuciowe życie. Michał wraca niespodziewanie w 1956 roku. Oboje próbują odnaleźć dawne uczucie, ale okazuje się to niemożliwe. Wieś, w której mieszkają, jest podzielona z powodu konfliktu z proboszczem. W 1967 roku Julia wyjeżdża do sanatorium, a Michał udaje się w Beskid Niski. Te wyjazdy pozwalają obojgu zrzucić brzemię przeszłości.

Rok 1996.
W willowej dzielnicy Wrocławia dokonane zostaje zabójstwo starszego człowieka. Sprawą zajmuje się dwoje młodych policjantów: Ewa i Andrzej. Wydaje się, że zginął Michał Jakubowski, ale śledztwo nie doprowadza do wykrycia sprawców.

Rok 2010.
Ewa i Andrzej otrzymują wiadomość, że zmarł... Michał Jakubowski. Nowe fakty doprowadzają do wznowienia śledztwa. Między Ewą i Andrzejem nawiązują się nici sympatii, przyjaźni, a w końcu zauroczenia. Tajemnicze zaginięcie na Zachodniej Ukrainie dwójki polskich turystów sprawia, że oboje decydują się na wyjazd w te same miejsca, w których podczas wojny ukrywała się sotnia UPA.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Edward Łysiak

KRESOWA OPOWIEŚĆ

Julia

Tom II

Dedykacja

Kresową opowieść dedykuję mieszkańcom Kresów II RP: Polakom, Ukraińcom, Żydom i Ormianom, których sąsiedzkie więzi w tragiczny sposób zerwały wydarzenia II wojny światowej, a także Łemkom, zmuszonym do opuszczenia swojej ojczystej ziemi.

Podziękowania

Kresowa opowieść w znacznej części opiera się na faktach. Chociaż osoby żyjące tam i wtedy, są pierwowzorami wielu postaci występujących w powieści, to wszelkie podobieństwo do realnych postaci i sytuacji jest całkowicie przypadkowe.

Dziękuję:

Tobie, Żołnierzu Istrebitielnego Batalionu, który chciałeś pozostać anonimowym człowiekiem. Twoja odwaga uratowała wielu ludzi i chociaż odszedłeś od nas kilka lat temu, to żyjesz na kartach powieści jako Michał.

Tobie, Krzysiu. Twoja wiedza o tamtym czasie i zaangażowanie w tworzenie fabuły powieści bardzo mi pomogły i, o czym jestem przekonany, uczyniły ją bardziej atrakcyjną.

Mamie i Babci za zaszczepienie miłości do Ziemi, na której się urodziły, oraz wdzięczności dla Ukraińców, którzy uratowali im życie.

Żonie Wandzie oraz synom Rafałowi i Tomaszowi za wsparcie i wyrozumiałość.

Panu Janowi Sitnikowi. Pana zeszyt ze słowami piosenek śpiewanych wtedy przez Polaków i Ukraińców był bezcennym źródłem informacji, a pomocy w wyjaśnianiu wątpliwości nigdy Pan nie odmawiał.

Romanie Obrockiej za poniesiony trud przy realizacji projektu „Łączy nas wspólna historia” i wiele pozytywnych emocji, jakich dostarczyły razem organizowane wyjazdy na Ukrainę.

Sylwii Frołow za wprowadzanie w tajniki warsztatu pisarskiego i czas poświęcony na ich praktyczne wykorzystanie w powieści.

Ponadto dziękuję Pawłowi Misiorkowi, Dorocie Lutek, Klaudii Maślej-Feluś, Beacie Dżon, Elżbiecie Burgier, Bolesławowi Gruberskiemu, Rozalii Pleszewie, Marii Więcek, Józefowi Skowronowi oraz wielu innym osobom. Bez Waszej pomocy Kresowa opowieść nigdy nie uzyskałaby obecnej postaci.

Rok 2009, Karlików

Zofię spotkałem w wiejskim sklepie. Zajęta rozmową z ekspe­­dientką, w pierwszej chwili nie zwróciła na mnie uwagi.

– Dzień dobry – powtórzyłem, puszczając oko do pani Izy.

– Zakochana pani, czy co, że nie poznaje starych znajomych?

– Zakochana? – Zofia wzruszyła ramionami. – Pan chyba żartuje. W moim wieku?

– No wie pani! – udałem obrażonego. – Jestem starszy i wcale tak nie uważam.

– Ani ja – pani Iza, śmiejąc się, wstukiwała kod cielęcych parówek do kasy fiskalnej.

Zofia dobiegała pięćdziesiątki. Była sołtysem wybranym przez karlikowską społeczność już na drugą kadencję. Tę energiczną kobietę, pełną życiowego optymizmu i pomysłów, które realizowała z podziwu godną determinacją, miejscowi bardzo lubili. Na miarę swoich możliwości organizowała życie kulturalne w tej podwrocławskiej wsi.

– Pamięta pani o naszej rozmowie? – zapytałem przed sklepem. – Sądzi pani, że przyjdą?

– Przyjdą – w jej głosie nie było cienia wątpliwości. – Wszystkim dolega SKS i już cieszą się na to spotkanie.

– SKS? – przystanąłem przy samochodzie. – Co to jest SKS?

– Starość, kurwa, starość – zaśmiała się rubasznie. – Niech się pan nie obrazi, ale tak się tutaj mówi. Zdrowia nie ma, w kolejce do lekarzy czeka się miesiącami, no i ta okropna samotność. Po prostu SKS.

Świetlicę w Karlikowie, której czasy świetności przypadły na okres przedwojenny, wypełniał gwar rozmów. Kilkanaście osób w różnym wieku, głównie starszych kobiet, siedziało przy stole przykrytym białym obrusem. W żeliwnym, nieobudowanym kominku z długą rurą, ginącą w ścianie gdzieś pod sufitem, buzował ogień. Dwie dziewczyny wynosiły z zaplecza pokrojone ciasto.

– Komu kawę, a komu herbatę? – pytała jedna z nich.

– Niech pan zaczyna – Zofia wkładała do kominka spróchniały pień jabłoni.

– Pani Zosiu – zaprotestowałem. – To pani jest tutaj gospodarzem.

– Co ja z panem mam... – zaśmiała się, wycierając ręce chusteczką. – Drodzy państwo – zaczęła. – Od dawna namawiałam pana Edwarda, żeby chciał opowiedzieć o swoich podróżach. Był w Hiszpanii, na Ukrainie, niedawno wrócił z Włoch. Ale on się broni i mówi, że ma inne plany. No to niech się z nich tłumaczy.

– Dziękuję pani Zosi za doprowadzenie do tego spotkania – powiedziałem – a państwu gratuluję takiego sołtysa.

Kątem oka zauważyłem uśmiech zadowolenia na twarzy Zofii. Siedziała wpatrzona w obrus, obracając w palcach łyżeczkę do herbaty.

– Rzeczywiście, byłem w tych krajach, ale wy znacie je z tele­wizji. No to po co opowiadać?

Po tych kilku słowach oczywistego wstępu nagle poczułem pustkę w głowie. Projekt, do którego realizacji chciałem wykorzystać wiedzę mieszkańców Karlikowa, był na tyle obszerny, że nie bardzo wiedziałem, jak ich z nim zapoznać. Jak nakłonić do wspomnień? Moje słowa powinny być na tyle wiarygodne, aby zechcieli mówić. Mało tego. Nie tylko mówić, ale jeszcze robić to szczerze. Jeden niewątpliwy atut już miałem – tutaj się urodziłem, tutaj spędziłem połowę życia i znałem wszystkich obecnych na sali. No, może prawie wszystkich. Nie wiedziałem, kim są dwie młode dziewczyny, którym Zofia wyznaczyła rolę hostess.

– Drodzy państwo – zacząłem po dłuższej chwili. – W życiu każdego z nas przychodzi taki moment, kiedy zastanawiamy się, jakie ono było. Zastanawiamy się, czy zrobiliśmy to, co kiedyś chcieliśmy zrobić. To taki remanent jak kiedyś w sklepie, kiedy przywozili towar.

– Jaki remamęt? – zapytała jedna z nieznanych mi dziewczyn, marszcząc przy tym czoło. – Co to jest remamęt?

– Świetnie, że usłyszałem to pytanie, pani... – zawiesiłem głos w nadziei, że młoda osoba wypowie swoje imię.

– Nazywam się Kwiatkowska – dziewczyna w lot pojęła moje intencje.

– Ma na imię Kaśka – Zofia odłożyła łyżeczkę. – To moja córka.

– Świetnie, że usłyszałem to pytanie, pani Kasiu – powtórzyłem. – Kto z was wie, czym był remanent?

– Ja wiem!

– I ja!

– Ja też! – wołały jedna przez drugą kobiety. Niektóre podniosły rękę.

– No właśnie – uśmiechnąłem się zadowolony, że ryzykowny przykład chwycił. – „Remanent” jest słowem ze świata, którego już nie ma. My jeszcze go pamiętamy, ale młode pokolenie zupełnie nie zna tamtych realiów. Z remanentu mojego życia wyszło, że warto zrobić coś, co ocali od zapomnienia świat odchodzący razem z ludźmi, którzy kiedyś stanowili jego cząstkę.

– A co konkretnie masz na myśli? – Marysia, pulchna kobieta, której siwe włosy maskowała czerń jakiegoś odcienia farby Palette, wydęła usta.

– A to chociażby – nie zwlekałem z odpowiedzią – jak razem pasaliśmy krowy. – Pamiętasz?

– Pamiętam – skinęła głową. – Ale po co to tobie? Było, minęło. Szkoda do tego wracać.

– No i tutaj się różnimy – odpowiedziałem i od razu uświadomiłem sobie, że nie będzie łatwo usłyszeć to, na co czekałem. Przypomniałem sobie rozmowę sprzed trzech lat, jaką przeprowadziłem z redaktorem naczelnym jednego z wrocławskich wydawnictw. „Wiem, jaki był pański zamysł” – mówił ciepłym głosem po zapoznaniu się z pierwszą wersją mojej powieści. „To szlachetne, ale pisząc, powinien pan zawsze pamiętać, że wydawca musi na książce zarobić. Dziewięćdziesiąt procent czytelników stanowią kobiety. Niech pan dyskretnie obserwuje, jakie filmy ogląda pańska żona. Dam głowę, że nie są to horrory ani filmy wojenne. Pisząc, musi pan pamiętać o czytelniku i o tym, że prawie zawsze będzie nim kobieta”.

– Pamiętacie rodzinę Jakubowskich? – spróbowałem z innej strony.

– No jak nie? – jedna z kobiet poprawiła się na krześle. – Z Natalką do szkoły chodziłam. Wyprowadzili się do Wroc­ławia ze dwadzieścia lat temu, jak Mazowiecki nastał i amnestia była. Zapamiętałam, bo ojciec Natalki też wtedy wrócił.

Nagle wśród kobiet wywiązała się ożywiona dyskusja. Przypominano sobie zdarzenia sprzed lat, przytakiwano i sprzeczano się.

– A romanse to jakieś w Karlikowie były? – dolewałem oliwy do ognia. – A jak ksiądz dzwonnicę rozebrać kazał, to pamiętacie? – nie odpuszczałem.

– Uspokójcie się! – milcząca dotąd Zofia uderzyła dłonią w stół. – Mówcie po kolei, bo nic zrozumieć nie można.

Uwaga pani sołtys poskutkowała i przy stole zapanowała cisza.

– Zaczynaj, Maryśka – Zofia skinęła na moją znajomą od pa­­­sania krów.

Dyskusja przyjęła cywilizowaną formę. Tylko od czasu do czasu dochodziło do drobnych słownych utarczek. Słuchałem uważnie, a z ożywionych rozmów powoli wyłaniał się obraz powojennej wsi, dobrze zapamiętany przez siedzące przy kominku kobiety.

***

Karlików i Szczepanów były wsiami leżącymi na nizinie wciś­niętej między Wzgórza Trzebnickie, Odrę i Wrocław. Tereny te zostały włączone do Polski po zakończeniu wojny i od razu zaczęto je zasiedlać. Osadnicy przybywali ze wszystkich stron, ale najwięcej z Kresów Wschodnich. Zwykle zastawali poniemieckie gospodarstwa w dobrym stanie, wyposażone w narzędzia, jakich sami nie znali. Początkowo, z powodu braku koni, nie mogli z nich korzystać, ale to się powoli zmieniało wraz z wdrażaniem programu pomocy UNRRA.

Stopniowy napływ osadników i wyjazd dotychczasowych gospodarzy sprawił, że przez pewien czas jedni i ­drudzy mieszkali obok siebie. Sprzyjało to przejmowaniu wzajemnych nawyków, zachowań i słownictwa. Proces zastępowania niemieckich słów polskimi odpowiednikami trwał wiele lat, ale jeszcze dzisiaj zdarza się powiedzieć, że furman zwozi z pola kartofle, które wcześniej wykopano haką. Wtedy, tuż po wojnie, murarze używali wasserwagi, a po pracy mieli fajrant. Młockarnię napędzał motor, do kucia muru służył majzel, drewno cięto na krajzedze, a obrabiano je używając hebla. Do precyzyjnego wycinania otworów w dykcie stosowano laubzegę, a pod śruby podkładano szajby.

Szczepanów leżał bliżej Wrocławia niż Karlików. Był wsią większą, bardziej zadbaną i właśnie w nim znajdowały się kościół parafialny i plebania. Sama świątynia pochodziła z XIV wieku, co łatwo dało się poznać po dużej, nieforemnej cegle, której użyto do jego budowy. Kościół stał na niewysokim wzgórzu, na tyle jednak wyniosłym, że górował nad wsią. Świątynię otaczał cmentarz okolony ceglanym murem, wzdłuż którego rosły rozłożyste kasztanowce. Tuż za ogrodzeniem znajdowała się plebania.

Do kościoła prowadziło dwoje drzwi. Z każdych wchodziło się do małego przedsionka, w którym stała kamienna misa ze święconą wodą. Z tylnego przedsionka wąskimi schodami można było wejść na chór z zabytkowymi organami. Z nawy głównej było wejście do dobudowanej zakrystii. Na ścianach w czarnych grubych ramach wisiały obrazy męki Pańskiej, a pośród nich naturalnej wielkości rzeźba ukrzyżowanego Jezusa. Masywne drewniane balaski, zamykane na czas Komunii Świętej, odgradzały wiernych od ołtarza.

W Karlikowie i Ozorkowie kościołów nie było, dlatego wszyscy parafianie spotykali się w Szczepanowie na niedzielnej sumie, odprawianej w samo południe.

Jeżeli parafia była duża i obejmowała kilka wsi, to w niektórych z nich były kościoły filialne. Ksiądz mieszkający na plebanii znajdującej się przy kościele parafialnym był dowożony do nich przez gospodarzy konnymi zaprzęgami. Zimą, zwykle mroźną i śnieżną, wozy zastępowano saniami. Gospodarze pełnili dyżury po kolei, więc wszyscy we wsi z kilkutygodniowym wyprzedzeniem wiedzieli, kto i kiedy ma jechać po księdza.

Zachowanie wiernych podczas wielkanocnych procesji zawsze było powodem zmartwień księży. Kościół, który w zwykłą niedzielę nigdy nie był pełny, w to wielkie święto dosłownie pękał w szwach. Wielu ludzi, nie mogąc wejść do środka, stało na zewnątrz. Zakłócało to porządek tradycyjnej procesji, która zawsze trzykrotnie okrążała kościół. Z każdym „kółkiem” część wiernych znikała w kościele i zajmowała miejsca siedzące, a pozostali, rozciągnięci na dużej przestrzeni, śpie­wali wielkanocne pieśni na kilka grupowych głosów. Szczególnie hucznie Wielkanoc witała młodzież. Wokół kościoła wybuchały petardy, strzelano z korkowców i w ogóle panował hałas.

Pierwsze Komunie były skromne, a prezenty dla dzieci symboliczne. Komunię poprzedzała spowiedź, ale żeby do niej przystąpić, należało zdać egzamin. Uczono się na pamięć mnóstwa modlitw, które bez większego zrozumienia klepano na egzaminie.

Po wojnie msze odprawiano po łacinie, a ksiądz i ministranci stali tyłem do wiernych. Msze były śpiewane i podczas każdej odbywała się adoracja najświętszego sakramentu, co sprawiało, że zwykle trwały półtorej godziny. Trudno było wytrwać do końca takiej mszy, zwłaszcza latem, kiedy w kościołach pełnych ludzi panował zaduch.

Nie używano słowa „homilia”, lecz „kazanie” – zawsze głoszono je z ambony. Następnie zbierano na tacę. Ksiądz robił to osobiście, a drogę w tłumie torował kościelny z zapaloną gromnicą w dłoni.

Co kilka lat parafię nawiedzały kopie cudownego obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Przyjmowano go uroczyście na granicy parafii, a później wędrował on od domu do domu. Obowiązkiem rodziny było przygotowanie ołtarzyka, na którym umieszczano obraz, a każdej gospodyni zależało na tym, by jej ołtarzyk był najbardziej okazały. Wieczorami gromadzono się na wspólnej, zwykle różańcowej modlitwie. Nie było obowiązku przyjmowania obrazu, ale społeczna presja sprawiała, że robili to prawie wszyscy. Nieliczni mieszkańcy, którzy odmawiali, stawali się przedmiotem wielotygodniowych plotek.

Wśród dzieci i młodzieży popularne było wielkanocne strzelanie, trwające przez cały pierwszy dzień świąt. ­Używano do tego karbidu, który pozyskiwano od spawaczy z miejscowej cegielni. Do puszki po farbie wlewano wodę, wrzucano karbid i zamykano szczelnie przykrywką. Do niewielkiego otworu, zrobionego w denku puszki, przykładano palącą się zapałkę. Wybuch i huk były tym głośniejsze, im puszka była szczelniej zamknięta, większa, a karbidu naładowano więcej. Najbardziej zdeterminowani pirotechnicy używali już nie puszek, ale dwudziestolitrowych baniek na mleko, które zamykali dopasowanym drewnianym klocem, wbijanym siekierą. Przy ustawieniu bańki pod odpowiednim kątem taki pocisk potrafił przelecieć sto i więcej metrów, a huk był niemal tak głośny jak wystrzał armatni. Dorośli traktowali te zabawy z pobłażaniem i bardzo rzadko interweniowali.

Od drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia domy odwiedzali kolędnicy, którzy nie zawsze byli mile witani przez gospodarzy. Nasłuchiwano, czy nie nadchodzą, a kiedy było wiadomo, że są już niedaleko, gaszono wszystkie światła, udając, że nikogo nie ma w domu. Jeśli otwarto drzwi, pierwszy wchodził Anioł i mówił:

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Czy państwo życzą sobie, aby odegrać jasełka?

Jeśli gospodarze sobie nie życzyli, Anioł wychodził, a kolędnicy śpiewali:

W tej chałupie gołodupie, nic nie mają.

W garnki srają i kolędy nie wpuszczają.

W przypadku zaproszenia przez gospodarzy kolędnicy da­­­wali takie przedstawienie:

Marszałek I

Jam marszałek śmiały, śmiało się odnoszę,

Dla króla Heroda o krzesło poproszę.

Jak było, niech będzie, niech król Herod

U państwa w domu na krześle usiędzie.

Król Herod

Ja, król, monarcha, idę od północnej strony,

Gdzie śnieżny kryształ pokrył zagony.

Ze mną hufce zbrojne, jak na wojnę.

Żołnierze moi, stawić się na moje zawołanie!

Marszałek II

Rozkaz, stoję przed tobą, Najjaśniejszy Panie.

Co tylko rozkażesz, wszystko się stanie.

Król Herod

Chodzicie po całej krainie,

Czyście nie słyszeli o jakiejś nowinie?

Marszałek II

Królu, doszła nas nowina na zamek z pól,

Że się narodził nowy żydowski król.

Król Herod

Ach, głupia była ma ambicja,

Że mnie tak omamiła,

Że mego synalka do grobu wtrąciła.

Wiem, że umrę, wiem, że zginę

Z wrogiej Turka ręki.

Turek

Jam Turek zbrojny, powracam z wojny.

Pamiętasz, królu Herodzie, jak żeśmy się bili

w Pańskim Ogrodzie?

Tobie krew tryskała po brodzie.

Nie pozwoliłem ci dziatek mordować,

Teraz się przyszło na ostre miecze spróbować.

Król Herod

Dalej oręż do oręża, który którego zwycięża.

Jam pogan, tyś pogan, podziękujmy Panu Bogu

Za miecze pożądane.

Ułan

Jadę na koniu, konika podcinam

I ostrą szabelką wszystkich Turków wycinam.

Turek

Kłamiesz, ułanie, jak cię zdzielę szablą, to z konia spadniesz.

Król Herod

Zawołać mi tu Żyda Rabida.

Marszałek I

Żydzie Rabidzie, staw się przed Króla Pana.

Żyd (zza drzwi)

Jeszczem krowy nie wydoił,

Jeszczem bydła nie napoił.

Król Herod

Zawołać mi tu Żyda Rabida.

Marszałek II

Żydzie Rabidzie, staw się przed Króla Pana.

Żyd

Już go idzie, bidny Żydzie.

Król Herod

Żydzie, a ile masz dzieci?

Żyd

Czego, czego?

Król Herod

Ile masz dzieci?

Żyd

A, dzieci. I Pasocha, i Sachocha,

Czworo dzieci, razem szesnaścioro.

Król Herod

Kłamiesz, Żydzie, bo sześcioro.

Żyd

Ja Żyd, to osoba świnta, ja mam na to dokumynta.

Jak moje trzy dzieci chorowały na brzucha,

Przyjechało trzy doktory,

Jeden z Prus, drugi z Rus,

A trzeciego diabeł na rogach niósł.

Król Herod

Wtrącić Żyda do więzienia.

Żyd

Ty pchłu, ja ci mówić prawdę.

Ty mnie do więzienia?

Ja mam taki wielki brat,

Co ci zrobi koniec świat,

Kumie, kum.

(Diabeł wbiega do środka)

Król Herod

Idź precz, ty czarny szatanie.

Wolałbym Śmierć ujrzeć niż ciebie.

Diabeł

Kostuś, Kostuś – do pomocy,

Bo mi Król Herod chce wydrapać oczy.

Śmierć

Chodziłam po górach i lasach,

Siedem par butów zdarłam,

A ciebie, królu Herodzie,

W tej chatce nareszcie znalazłam.

Król Herod

Kostuś, kostuś – nie mniej do mnie żalu ani złości,

Zdejm ze mnie purpury, okryj nagie kości.

Śmierć

Ja w purpurach nie chodziłam

I chodzić nie będę,

A takim jak ty, królu Herodzie,

Głowy ścinałam i ścinać będę.

Wszyscy

Za kolędę dziękujemy gospodarzom, Panie,

Niechaj Jezus i Maryja w tym domu zostanie.

Po występie dawano kolędnikom niewielkie pieniądze. W tym samym czasie gospodarzy odwiedzała grupa powszechnie szanowanych, najbardziej udzielających się w kościele ludzi. Nazywano ich bractwem kościelnym, a po wspólnym odśpiewaniu kolędy przekazywano im na potrzeby świątyni znacznie większe pieniądze niż kolędnikom.

W odróżnieniu od skromnych przyjęć komunijnych wesela były okazałe. Z uznaniem mówiło się o tych, na których bawiło się co najmniej sto osób. Weselna zabawa z przygrywającą wiejską kapelą trwała dwa dni, a ten drugi dzień nazywano poprawinami. Nie znano kapel zawodowych. W orkiestrach grywali utalentowani muzycznie gospodarze, zwykle z różnych wsi. Słowa przyśpiewek weselnych krążyły wokół spraw damsko-męskich, zahaczały o noc poślubną i ogólnie były sprośne.

Poważne sąsiedzkie spory załatwiano w sądzie, a te mniej ważne we własnym zakresie. Czasem dochodziło do bójek i pyskówek, ale częściej sąsiada nękano. Zdarzało się, że na pastwisko podrzucano ziemniaki nafaszerowane gwoździami, licząc na to, że krowa sąsiada zje je i zdechnie. Psom podrzucano zatrute mięso. Na niedzielny obiad zabijano kury sąsiadów, które udało się złapać na własnym podwórku. ­Milicjanci ­zasypywani ­licznymi wezwaniami do tego rodzaju spraw podpowiadali często, żeby nie zawracać im głowy, a sąsiadowi obić mordę, tylko bez świadków.

Czasem sąsiedzkie nękanie przybierało kabaretową formę. Na wsi nie było ulicznego oświetlenia, dlatego jesienią szybko robiło się ciemno, a trzeba było świniom dać jeść, jajka zebrać i krowę wydoić. Jeśli jeden z gospodarzy miał lampę na swoim podwórzu, a zwaśniony z nim sąsiad jej nie miał, wówczas pilnowano, aby nie mógł ze światła skorzystać. Jeden z domowników stawał przy oknie, a gospodarz lub gospodyni wychodzili do obory i wtedy domownik włączał lampę. Gasił ją, gdy tylko zobaczył zapalone światło w oborze i mógł odejść od okna. Musiał jednak czuwać, aby zapalić światło na podwórzu, gdy to w oborze zostało zgaszone. Nie zawsze udawało się uchwycić ten moment i gospodarz albo gospodyni czasem wracali po ciemku.

Gospodarz, który na swoim podwórzu nie miał lampy, też czuwał. Wychodził z domu natychmiast, kiedy zobaczył światło na podwórzu sąsiada albo usłyszał odgłos otwieranych i zamykanych przez niego drzwi. Zwykle mu się udawało i obaj równocześnie wchodzili do swoich obór. Czasem jednak właściciel oświetlonego podwórka przechytrzał sąsiada. Otwierał i zamykał drzwi, sugerując, że wychodzi, a w rzeczywistości wracał do domu. Oszukany w ten sposób sąsiad po ciemku docierał do swojej obory.

Dla mieszkańców wsi rower był podstawowym środkiem komunikacji. Rowerem jeździło się do kościoła, na stację kolejową i do sklepu – latem i zimą, w dzień i w nocy. Milicja czepiała się wszystkiego. W nocy kontrolowała oświetlenie, którego rowery i tak nie miały. Latem karała mandatem rowerzystów, którzy z dzieckiem na ramie i kosą w ręce spie­szyli się do pracy.

W każdą sobotę organizowano we wsi zabawy, które były okazją do tańców, ale też do regulowania spornych spraw. Konfliktów nigdy nie brakowało, a większość dotyczyła damsko--męskich relacji. Jeśli dziewczyna pochodziła z tej samej wsi, co konkurenci, wtedy problem miał lokalny charakter i znaczenie dla społeczności niewielkie. Sprawa ­wyglądała zupełnie inaczej, jeśli chłopak zakochał się w dziewczynie z innej wsi. Choćby była brzydka, choćby pies z kulawą nogą się za nią nie oglądał, obcy chłopcy musieli się od niej trzymać z daleka. Jeśli była ładna, to w ogóle nie było o czym mówić. W takim przypadku organizowano karne ekspedycje. Grupy młodzieży pacyfikowały wieś narzeczonego, wyciągały go z domu i biły. Profi­laktycznie w taki sam sposób traktowano wszystkich potencjalnych konkurentów. Dziewczyny, choćby była bardzo zakochana, o zdanie nikt nie pytał.

O tych karnych ekspedycjach ludzie rzadko powiadamiali milicję. Częściowo z tego powodu, że rozumieli tę od zawsze praktykowaną tradycję, a częściowo z braku środków łączności, gdyż telefony były niespełnionym obiektem marzeń, podobnie jak wiele innych, dzisiaj powszechnie dostępnych dóbr. Początkowo znajdowały się one wyłącznie w urzędach pocztowych, później otrzymali je także sołtysi.

Chłopcy z dziewczynami dogadywali się dużo łatwiej, i to niezależnie od miejsca zamieszkania. Nierzadko po zabawie w ustronnych miejscach można było znaleźć części dziewczęcej bielizny, a czasem nawet jej komplet.

Bo kochanie, całowanie nikomu nie szkodzi, od kochania nikt nie umarł, jeszcze się narodził – śpiewano wtedy i nie narzekano na ujemny przyrost naturalny.

Życie wsi zawsze biegło zgodnie z rytmem przyrody. Wios­ną kultywatorami spulchniano pola po jesiennej orce, wyrównywano je bronami i siano zboża. Początkowo siewu dokonywano ręcznie, później zaczęto wykorzystywać pozostawione przez Niemców siewniki. Także wiosną otwierano kopce z ziemniakami. Kartofle średniej wielkości przeznaczano do sadzenia, większe do spożycia przez ludzi, a małe i nieforemne do uparowania dla zwierząt. Jeśli do obsadzenia było duże pole i brakowało średnich ziemniaków, wtedy te większe krojono na pół. Czasem sadzono nawet grubo odkrojone łupiny, z których także wyrastały ziemniaczane krzaki.

Kartofle sadzono pod szpadel, pod płużek albo wrzucając do dołków zrobionych przez dołowniki ciągnięte przez konie. Podobnie było z kukurydzą. Do każdego dołka wrzucano po kilka, czasem kilkanaście ziaren. Kiedy wyrastały, zostawiano dwa lub trzy najdorodniejsze pędy, a resztę wyrywano i przeznaczano na paszę dla bydła. Tę czynność nazywano przerywaniem kukurydzy.

Bardzo uważano, aby nie wejść na pole sąsiada. Z tego powodu ziemniaczane zagony nigdy nie dochodziły do samej miedzy, tylko kończyły się kilka kroków wcześniej. Na tej wolnej przestrzeni sadzono ziemniaki w rzędach równoległych do miedzy, które nazywano poprzeczką. Zaorywanie miedzy było częstym powodem sąsiedzkich sporów.

Lato było okresem sianokosów i żniw. Trawę koszono dwa razy w roku. W małych gospodarstwach robiono to ręcznie za pomocą kosy. Po ręcznym koszeniu trawa układała się w wał, który dla szybszego schnięcia należało rozrzucić. Używano do tego wideł lub grabi. W większych gospodarstwach do koszenia służyły konne kosiarki. Tak ścięta trawa leżała równomiernie i nie wymagała rozrzucania. Gdy przeschła, przewracano ją widłami lub grabiami dwa razy dziennie, a na noc składano w stogi nazywane kupkami. Siano w kupki składano ­także przed zbliżającą się burzą. Wysuszone siano przechowywano na strychu nad oborą lub w stodole. Spanie na sianie było dużą atrakcją, zwłaszcza dla gości z miasta. Siano nie powinno być jednak świeże – uważano, że z takiego snu można się nie obudzić.

Kos i kosiarek używano także w okresie żniw. Do zwykłych kos przytwierdzano pałąki z leszczyny, które czasem obciągano materiałem – i można było kosić. Żniwiarz szedł powoli, krok po kroku, kładąc równy pokos. Za nim podążała kobieta podbierająca skoszone zboże w jednakowej wielkości porcje, które kładła na ściernisku. Dla obojga była to ciężka praca. Bolały plecy, a ręce i nogi kaleczone były przez zboże i osty.

Konne kosiarki do zboża nazywano garściówkami. Ciąg­nęły je dwa konie i obsługiwało dwóch mężczyzn, z których jeden powoził, a drugi specjalnymi grabiami zsuwał garście zboża na ściernisko w podobnej wielkości porcje jak przy koszeniu ręcznym. Nie znano rękawic ochronnych, a powrósła do wiązania zboża w snopki i samo wiązanie wykonywano gołymi rękoma.

Z czasem na wieś coraz powszechniej zaczęła wkraczać mechanizacja. Na początku lat sześćdziesiątych pojawiły się snopowiązałki traktorowe – najpierw w PGR-ach i spółdzielniach produkcyjnych, później w kółkach rolniczych nastawionych na obsługę rolników indywidualnych. Ludzie, ­często ­starsi i schorowani, czekali na nie z utęsknieniem. W czasie żniw panem był traktorzysta, a niemożliwym do rozwiązania problemem – brak sznurka do snopowiązałki. Powiązane i leżące na ściernisku zboże składano w kupki, najczęściej liczące dziewięć snopków. Liczba ta nie wynikała ani z tradycji, ani z przesądów, tylko z geometrii. Pierwszy snopek stawiano pionowo, podpierano go z czterech stron i uzupełniano cztery wolne narożniki, tworząc w ten sposób klasyczną kupkę.

Tak składano żyto i pszenicę. Kupki dla jęczmienia i owsa były inne – w rzędzie stawiano po dwa snopki oparte o siebie. Takich par znajdowało się w kupce zazwyczaj sześć, przy suchym zbożu nawet więcej. Ziarno zwożono do stodół i składowano w sąsiekach. Również zboże drobnych gospodarzy transportowano do stodół sąsiadów, a później wspólnie dokonywano omłotów. Na czas zwózki dokonywano prostej przeróbki zwykłych wozów na wozy drabiniaste. Były dłuższe, nie miały zatylników i pozwalały na załadunek dużej liczby snopków albo kupek siana. Umiejętnie ułożone snopki lub siano wznosiły się nieraz trzy metry ponad drabiny wozu. Z czasem drewniane koła wozów zaczęto zastępować kołami od traktorów i samochodów. O takim wozie mówiło się, że jest na gumowych kołach.

Jesień była czasem wykopków ziemniaków, buraków cukrowych i pastewnych. Pod koniec września ciągnęły na pola konne zestawy dwóch lub trzech złączonych ze sobą wozów, a do ostatniego zawsze była przyczepiona kopaczka.

Wozy rozstawiano tak, aby ludziom do każdego było blisko. Konie zaprzęgano do kopaczki, która szerokim lemieszem wyorywała rządek, a obracające się łopatki z zagiętych metalowych prętów wyrzucały ziemniaki na pole. Czasem, jeśli konie były narowiste, a gospodarz młody, kartofle leciały daleko.

Wykopki wymagały udziału kilku, a jeśli pole było długie, nawet kilkunastu osób. Gospodarz dzielił krokami pole, tak aby każda ze zbierających osób, a były nimi głównie kobiety i dzieci, miała jednakowej długości odcinek. Te odcinki nazywano działkami, a ich granicę stanowiły wbite w ziemię gałęzie. Ziemniaki wrzucano do wiader i wiklinowych koszy. Dobrym zwyczajem było, aby zacząć zbieranie swojej działki nie od jej granicy, ale krok lub dwa wcześniej, tak aby ulżyć doli sąsiada. Robili tak wszyscy, dlatego pomijając działki skrajne, gdzie rozpoczynający zyskiwał, a kończący tracił, do zbierania była dokładnie taka sama długość pola, jaką wyznaczył gospodarz. Pełne ziemniaków wozy ściągano z pola pojedynczo i rozładowywano ręcznie specjalnymi widłami.

Buraki cukrowe wrastały głęboko w ziemię, dlatego wykopywano je dwuzębnymi widłami. Następnie układano w kupki, oczyszczano z ziemi sierpami i obcinano liście. Obcięte buraki rzucano na pryzmy, ładowano ręcznie na furmanki i odwożono do punktów skupu, usytuowanych najczęściej przy stacjach kolejowych.

Buraki pastewne wyrywano ręcznie, bez użycia wideł, obcinano liście i zwożono do gospodarstwa. Składowano je w piwnicach, stodołach, czasem kopcowano. Buraczane liście stanowiły paszę dla krów i koni. Robiono z nich także kiszonki.

Po wykopkach bronami zgarniano wyschnięte łęty ziemniaczane i palono je na polach. Na przełomie września i października wszędzie unosiła się charakterystyczna woń dymów, a dzieci pasące krowy piekły w gorącym popiele znajdowane na polu ziemniaki.

W dębowych beczkach kiszono ogórki i kapustę. Beczki były duże, aby ogórków i kapusty wystarczyło do wiosny. Główki kapusty rozcinano na kilka części, wycinano z nich głąby i szatkowano na ręcznej szatkownicy. Kapusta musiała być mocno ubita, tak, aby puściła sok. W większości używano do tego dębowych ubijaków, ale wśród przybyszów z niektórych stron Polski popularne było udeptywanie kapusty nogami.

Pola orano jednoskibowym pługiem, który ciągnęła para koni. Wiele prac na roli wymagało dużej siły pociągowej, dlatego w gospodarstwach trzymano najczęściej po dwa konie. Jesienią wywożono gnój. Na polu zdejmowano z wozu zatylnik i zakrzywionymi widłami zrzucano go na małe kupki, które rozrzucano widłami bezpośrednio przed orką, aby nie zdążył przeschnąć. Z gnojem to była dziwna historia. Na wsi zawsze tak się mówiło i nie zmieniła tego nawet wprowadzana powszechnie mechanizacja. Gnój to był gnój! Wrósł w wiejski język jak jesion w ziemię i nie potrafiły wytępić go ani urzędowe, ani naukowe herbicydy. Owszem, pojawiały się ładowacze i roztrząsacze obornika, ale kiedy na wiejskiej zabawie chłopcy brali się za bary, to cedzone przez zęby „ty gnoju!” niosło konkretne przesłanie. Użycie w tej samej sytuacji poprawnego językowo obornika nie wchodziło w grę. Przed odejściem w niebyt w imię lingwistycznej poprawności obronił się też gnojownik. Tak nazywano miejsce do składowania gnoju. Sensownego zamiennika nie wymyślono.

W naukowej literaturze obornik składowano więc na gnojowniku, chyba że jakiś szczególnie wrażliwy autor określał to miejsce w sposób opisowy.

W małych gospodarstwach gnój ładowano ręcznie, odkrywając jego kolejne warstwy. Pryzma miała od metra do dwóch wysokości. Zależało to od liczby zwierząt w gospodarstwie i wielkości miejsca przeznaczonego na gnojownik. Im pryzma była wyższa, tym gnój był lepszy. Oczywiście ten na dole, bo pryzma gnoju wcale nie miała jednorodnej struktury. Na górze była słoma zmieszana z krowim łajnem. Właśnie łajnem, bo w stosunku do zwierząt gospodarskich nie używano słowa „gówno” – ono było zarezerwowane dla człowieka i zwierząt domowych, takich jak pies i kot. Trochę głębiej konsystencja gnoju miała charakter próchniczny i trudno było go ładować widłami. Im głębiej, tym próchnica stawała się bardziej zwarta, by na samym dole osiągnąć konsystencję masła. Tutaj widły na niewiele się zdawały i trzeba było używać szpadla lub łopaty.

W gnoju zawsze kwitło życie. W dolnej warstwie żyły dżdżownice. Ludzie nie wiedzieli, czy tak właśnie się nazywały, ale były do tych powszechnie znanych bardzo podobne. Różniły się tylko tym, że nie miały charakterystycznego pierścienia, a ich kolor był ciemnoczerwony, wpadający w odcień bordo. Kurom takie wątpliwości były obce. O ile ziemne dżdżownice uważały za wyjątkowy przysmak i toczyły o nie walki, o tyle tym z gnoju jedynie się przyglądały, głośno przy tym gdacząc. Dżdżownice cięło się szpadlem razem z gnojowym masłem i wrzucało na wóz, by użyźniały ziemię pod zboża i okopowe.

Gnojownik rzadko był obiektem wolnostojącym i zwykle przylegał do ściany obory. W tym miejscu, z racji lepszego dopływu powietrza, proces gnicia był spowolniony, a sam gnój miał luźną strukturę. Wykorzystywały to szczury, drążąc skomplikowane tunele, na końcu których wygrzebywały prokreacyjne nisze. Kiedy się je odkrywało, dorosłych osobników zwykle już nie było. Czasem jednak brak możliwości ucieczki albo instynkt rodzicielski zatrzymywały je na tyle, że udawało się je unicestwić, waląc widłami przez łeb albo przyszpilając nimi szczura do gnoju. Przebity szczur wił się, chwytał łapkami zabójcze ostrze, gryzł je, ale koniec końców ginął i podobnie jak dżdżownice, użyźniał pole pod zboża i okopowe.

Późną jesienią, kiedy prace polowe były zakończone, pozyskiwano z lasu drewno na opał. Leśnicy pozwalali wycinać wyłącznie drzewa uschnięte, które nazywano suszkami. Drewno zwożono furmankami i układano w pryzmy pod gołym niebem. Cięto je ręcznie, rąbano i składowano pod dachem. Większe gospodarstwa miały specjalne szopy przeznaczone do przechowywania drewna, które nazywano drewutniami. Drewnem palono w kuchniach i piecach kaflowych, ponieważ węgiel kupić było trudno.

Z powodu ciągłych braków opału i skromnych budżetów w domach panował chłód. W dzień, kiedy przygotowywano posiłki dla ludzi i karmę dla zwierząt, życie toczyło się w ciepłej kuchni, jednak w mroźne zimowe poranki często z okien pokoju skrobano szron, a woda w wiadrach pokryta była cienką warstwą lodu.

Sypialnie zwykle dzieliły całe rodziny. Pomieszczenia te ogrzewano piecami kaflowymi, rozpalanymi dopiero wieczorem. Z tego powodu pościel była wyziębiona, a wejście do łóżka nie należało do przyjemnych. Ceremoniał kładzenia do snu wyglądał tak, że ktoś z domowników przykładał na krótko pierzynę do gorącego kaflowego pieca i ogrzaną przykrywał zwinięte w kłębek dziecko. Często najmłodsi spali razem z kotami, grzejąc się wzajemnie.

Ubikacje, nazywane wychodkami, były zwykle wolnostojącymi drewnianymi domkami, usytuowanymi gdzieś na obrzeżach podwórza. Korzystanie z nich podczas mroźnych zim było dużym wyzwaniem. Z tego powodu w niektórych gospodarstwach wychodki znajdowały się w oborze. Krowy, świnie i konie dawały wprawdzie ciepło, ale problem stanowiły szczury. Po wejściu do obory trzeba było chwilę odczekać, aby żerujące gryzonie uciekły na strych lub do gnoju. Natychmiastowe korzystanie z ubikacji groziło bezpośrednim kontaktem ze szczurami, których droga ucieczki często prowadziła przez wychodek.

Siano dla krów i koni przechowywano na strychach nad oborami i stajniami. Stanowiło ono naturalne docieplenie tych pomieszczeń. W dużych gospodarstwach strychy często nie wystarczały i wtedy siano składowano w stodołach, podobnie jak buraki pastewne, kartofle i warzywa. W małych gospodarstwach, a takich była większość, rolę stodoły przejmował budynek mieszkalny, najczęściej podpiwniczony. W piwnicy przechowywano kartofle, buraki pastewne i warzywa, parter zajmowali ludzie, na piętrach zwykle zimowało zboże, a na ­strychu – kolby kukurydzy.

Obfitość łatwo dostępnego pożywienia sprawiała, że mieszkańcy wsi ciągle walczyli z plagą szczurów i myszy. Szczury zwykle gnieździły się w gnoju, ale często także w piwnicach lub w miejscach, do których rzadko zaglądano. Gryzonie drążyły tunele w burakach pastewnych i w ziemniakach. Robiły w nich gniazda, w których na świat przychodziły młode. Myszy zamieszkiwały rozległe przestrzenie pod podłogami, a ich żerowiskami były piętro i strych budynku mieszkalnego. O ile szczury nigdy nie wchodziły do pomieszczeń zajmowanych przez ludzi, o tyle myszy gościły tam niemal codziennie. Z tego powodu w każdym gospodarstwie były koty, najczęściej dwa lub trzy. Nie znano sterylizacji i kilka razy w roku przychodziły na świat młode kocięta, które topiono w rzeczce.

Słabo ogrzewane mieszkania sprzyjały chorobom. Opieka medyczna stała na niskim poziomie, więc często leczono się we własnym zakresie. Przy anginach, zapaleniach oskrzeli a nawet płuc stawiano bańki. Tę umiejętność posiadało wiele osób, a szklane bańki były na wyposażeniu niemal każdej domowej apteczki. Dolegliwości żołądkowe leczono naparem z dziurawca, który dojrzewał na rzadko koszonych miedzach. Rany przemywano wodą z mydłem, przykładano liść babki lekarskiej i obwiązywano bandażem. Płaczące niemowlęta kąpano w wodzie z dodatkiem święconych ziół, a na obolałe miejsca robiono okłady z rozgrzanych otrąb. Kiedy stan chorego pogarszał się i podejrzewano, że może umrzeć, w pierwszej kolejności wzywano księdza, a dopiero później lekarza. Zdarzało się nieraz, że pacjent wracał do zdrowia, a namaszczenie olejkami świętymi nie było ostatnim. Najbardziej cieszyli się z tego księża, gdyż ich posługa nigdy nie była bezinteresowna.

Przed nadejściem mrozów psie budy i piwniczne okienka zabezpieczano gnojem, a w progu stajni czy obory kładziono duży snop słomy. W domu między dwuskrzydłowe okna sypano trociny, które z wierzchu ozdabiano kolorowymi wstążkami. Wszystkie te czynności miały chronić ludzi i zwierzęta przed mrozem i wiatrem.

Wysuszone ziarno wożono furmankami do młynów na przemiał. Zdarzało się, że wilgotnego albo zatęchłego młynarz nie przyjmował. Takie ziarno mielono w śrutownikach na paszę dla bydła. Powszechnie stosowaną jednostką wagi był metr, który liczył sto kilogramów. Mówiło się, że do młyna zawieziono trzy lub cztery metry pszenicy, a zabita świnia ważyła dwa metry. Ze zmielonego zboża otrzymywano mąkę pierwszego gatunku, mąkę drugiego gatunku, nazywaną pośladem, a także otręby, które stanowiły paszę dla bydła. Proporcje mąki i otrąb były każdorazowo ustalane przez młynarza. Zwykle z dostarczonego metra zboża otrzymywano pięćdziesiąt kilogramów mąki pierwszego gatunku oraz po dwadzieścia cztery kilogramy pośladu i otrąb. Dwa kilogramy zboża szły na tak zwany rozkurz. Młynów było dużo i zwykle jeden przypadał na kilka wsi. Pracowały do drugiej połowy lat pięćdziesiątych, kiedy w ramach walki z własnością prywatną nastąpiła ich stopniowa likwidacja.

Chleb wypiekano samemu. W chlebowych piecach palono drewnem, wygarniano popiół i czekano, aż piec nieco ostygnie. Temperaturę odpowiednią do pieczenia poznawano w ten sposób, że wrzucano do środka garść otrąb. Jeśli się nie spaliły, wstawiano chleb. W chlebowych piecach pieczono też świąteczne ciasta. Na wsiach były liczne cegielnie, piekarnie, gremplarnie i mleczarnie. Do tych ostatnich odstawiano mleko z wieczornego i rannego udoju. Dostarczano je w ocynkowanych, szczelnie zamykanych pojemnikach, nazywanych bańkami. Każda bańka była podpisana nazwiskiem właściciela i nazwą wsi, w której mieszkał. We wsi znajdowało się kilka miejsc, skąd codziennie z rana zabierał je na konny wóz mleczarz i gdzie koło południa je zostawiał.

Kilka razy w miesiącu mleczarnia oznaczała zawartość tłuszczu w mleku i na tej podstawie dokonywała rozliczeń z do­­­stawcami.

Ludziom zawsze towarzyszyły zwierzęta. Krowy, świnie, owce, kury, psy i koty były w każdym gospodarstwie. Zwykle kupowano parkę prosiaków, czyli świnkę i wieprzka, którego, by lepiej rósł, należało wykastrować. Robiono to żyletką Rawa Lux, a środkiem dezynfekującym była jodyna. Znieczulenia nie stosowano, więc kastrowaniu towarzyszył przeraźliwy kwik prosięcia. Świnie karmiono kartoflami, które najpierw należało uparować. Robiono to najczęściej w mieszkaniu na kuchni węglowej. Gotowanie trwało długo, a kuchnia była pełna pary, która w zetknięciu z zimnymi ścianami zamieniała się w wodę. Ciągle niedogrzane mieszkania rzadko wietrzono, dlatego większość z nich była zawilgocona i zagrzybiona. Uparowane kartofle odcedzano i rozgniatano drewnianym tłuczkiem. Kiedy ostygły, odpowiednią porcję wkładano do wiadra, zalewano pomyjami zmieszanymi z resztkami ze stołu, dosypywano otrąb i wyrabiano ręcznie. Często do pomyj dodawano serwatkę, którą w dużych konwiach przywożono z mleczarni. Na świnie mające niezaspokojony apetyt przybysze z kieleckiego mówili, że są żyrte, a na grube i tłuste – paśne.

Zwierzęta rosły szybko, a uboju dokonywano zwykle przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Świnia musiała ważyć co najmniej sto pięćdziesiąt, a najlepiej dwieście kilogramów. Ambicją każdego gospodarza było, aby jego świnia miała najgrubszą słoninę. Grubość mierzono złożonymi palcami; cztery palce uznawano za przyzwoity wynik.

Zanim pojawili się rzeźnicy, świniobicie przeprowadzano we własnym zakresie. Często angażowano do tego kilkunastoletnich chłopców, dla których było to traumatyczne przeżycie. Zabójstwa dokonywał ojciec, a rolą syna było łapanie krwi z przerżniętej świńskiej gardzieli. Jeśli dziecko spanikowało, co czasem się zdarzało, i część krwi się wylała, czekało je lanie. No bo co warta jest kaszanka bez odpowiedniej ilości krwi? A spanikować było łatwo, bo zabijało się oswojone zwierzę. Świnia żyła w gospodarstwie osiem, a nawet dziesięć miesięcy. Była inteligentnym zwierzęciem, łasym na pieszczoty, lubiącym drapanie po grzbiecie, za uchem i pod gardłem. W tym czasie nawiązywała się świńsko-ludzka więź, którą brutalnie trzeba było przerwać. Na tylną świńską nogę zakładano pętlę, a powróz wiązano do słupa lub drzewa. Zwierzę, pobudzone nową sytuacją, było niespokojne i należało odczekać, aż znieruchomieje. Gospodarz w tym czasie powoli unosił siekierę, tak aby zadać cios obuchem. W myślach prosił Boga, aby pierwsze uderzenie było skuteczne i ogłuszona świnia padła na ziemię. Nie zawsze tak jednak było i wtedy w obejściu zaczynała się jatka.

Panował taki zwyczaj, że po świniobiciu najbliższym sąsiadom dawano paczki składające się z kawałka słoniny, boczku, kaszanki, kiełbasy i schabu. Ten zwyczaj zapobiegał psuciu się mięsa, którego dużą ilość bez lodówek i zamrażarek trudno było przechować.

Niezależnie od wielkości gospodarstwa oraz ilości zboża omłoty zawsze wymagały wspólnej pracy co najmniej dziesięciu osób. Żadna rodzina nie była w stanie wykonać tego samodzielnie, dlatego proszono o pomoc sąsiadów, którym później odwdzięczano się w ten sam sposób. Nazywano to chodze­niem na odrobek.

Kukurydzę ścinano sierpami, wiązano w snopki i składano w kopki, podobnie jak żyto i pszenicę. Po zwiezieniu wyłamywano kolby, wyłuskiwano je z łupin, które splatano w warkocze, i wieszano w przewiewnym miejscu do całkowitego wysuszenia. Pozbawione kolb łodygi stanowiły paszę dla bydła, a przechowywano je na strychach nad oborami i w stodołach. Oddzielone od łupin kolby często suszono na strychach domów mieszkalnych.

Kukurydziane ziarno było ulubionym pokarmem kur. Na bieżące potrzeby łuskano je ręcznie, używając dwóch kolb albo kolby i kaczana. Kaczanami nazywano kolby bez ziaren. Te spalano w piecu. Czasem wożono kukurydzę do młyna, aby zemleć ją na kaszę, z której gotowano kuleszę. Ten zwyczaj przywieźli ze sobą ludzie z Kresów Wschodnich. Nie wszystkie młyny mełły kukurydzę, ponieważ używanie kaszy kukurydzianej nie było powszechne, a przestawianie młyńskich żaren sprawiało niemałe kłopoty.

Krowa, zwierzę duże i z natury łagodne, była żywicielką wiejskich rodzin. W gospodarstwie mogło zabraknąć miejsca dla koni, świń czy owiec, ale nie dla niej. Mleko stanowiło podstawę egzystencji. Piło się je, zostawiało do zsiadnięcia, zbierało śmietanę, wyrabiało masło i sery. Używano go do kawy zbożowej, robienia ciasta na wypieki i pierogi, gotowano na nim kasze. Nadwyżki sprzedawano do mleczarni, by uzupełnić ubogi domowy budżet.

Krowa rodziła cielaki, otwierając w ten sposób nowe obszary chłopskiej egzystencji. Zanim jednak do wycielenia dochodziło, dziewięć miesięcy wcześniej krowa całą sobą mówiła, że jest już gotowa. Wtedy trzeba było uważać, aby na własnych plecach nie poczuć kilkuset nastawionych na prokreację kilogramów. Na wsi mówiono, że krowa się goni albo, że się latuje. W pierwszych powojennych latach w takiej sytuacji prowadzono krowę do byka. Później władza ludowa uznała, że byk to przeżytek i postawiła na inseminatorów. Krowę wiązano do żłobu. Gospodarz, jeśli był praworęczny, stawał z jej lewej strony, brał krowią szyję pod pachę, prawą ręką chwytał prawy krowi róg, a kciuk i dwa palce lewej ręki wkładał w krowie nozdrza. Musiał wykazać niemało sprytu i siły, aby podczas inseminacji sytuacja i krowa nie wymknęły się spod kontroli. Inseminator dbał o to, aby w trakcie prokreacyjnego aktu nie było niespodzianki. Zaczynał od manualnej lewatywy. Krowa, zwierzę duże, więc urobić się musiał powyżej łokcia, a kiedy ten etap miał już za sobą, mył ręce w ciepłej wodzie, z torby wyciągał długą szklaną rurkę i fiolkę z byczym nasieniem. Po wprowadzeniu nasienia do rurki, a rurki do krowiej pochwy mocnym dmuchnięciem doprowadzał do wytrysku. I po sprawie. Krowa zdziwiona była, bo nie tak prokreację zapisała jej w genach natura, ale jako zwierzę z tejże natury łagodne i ugodowe nie protestowała. Sztuczne zapłodnienie stosowano powszechnie i trochę z niego żartowano. „A buzi?” – tak w puencie jednego z dowcipów krowa pytała inseminatora.

Wycielenia odbierano samemu. Kiedy zbliżał się koniec krowiej ciąży, często zaglądano do obory. Robili to dorośli, robiły dzieci. Często wycielenie następowało w nocy i rano zastawano już wylizanego cielaczka, czasem jednak, jeśli cielę było źle ułożone i krowa nie mogła się sama wycielić, o pomoc proszono sąsiadów. Trzeba było założyć pętlę z grubego powroza na cielęce nogi i ciągnąć. Bywało nieraz, że i czterech mężczyzn nie mogło sobie z tym poradzić. Po wycieleniu pilnowano, aby krowa nie zjadła łożyska.

Niektóre krowy potrafiły same się wydoić i gospodarzowi zostawało niewiele mleka. Radzono sobie z tym w taki sposób, że na krowi pysk zakładano skórzany kaganiec z gęsto wbitymi gwoździami. Taki jeż boleśnie kaleczył krowie wymię, ale dobrze spełniał swoje zadanie.

Żywiono się tym, co w gospodarstwie udało się wyhodować, uprawić bądź pozyskać od zwierząt. Zwykle jadano skromnie. Wyjątkiem była niedziela, kiedy na obiad musiał być rosół i mięso z kury. Uznaniem cieszył się rosół gęsty, zawiesisty i tłusty. Zwykle taki był, ponieważ zabijano najczęściej najstarsze, kilkuletnie kury.

Podstawę żywienia stanowiły jajka i mleko. Jajka zbierano każdego dnia, pamiętając o tym, aby zawsze jedno pozostało w gnieździe. Nazywano je podkładkiem. Miało zatrzymać kury przy gnieździe pozostającym pod kontrolą gospodyni. Trzeba było jednak uważać, aby to samo jajko nie było podkładkiem przez kilka kolejnych dni – groziło to jego przegrzaniem i utratą świeżości.

Jajecznica z ziemniakami i zsiadłym mlekiem, cebula du­­szona na smalcu ze skwarkami i chleb albo naleśniki z serem były często jedynym daniem obiadowym. Na śniadania i kolacje jadano chleb ze smalcem, zacierki na mleku i kasze. Herbata nie była szczególnie popularnym napojem. Prawie zawsze do śniadania i kolacji podawano kawę zbożową na mleku. W domu robiono makaron i pierogi. W ogóle w domowym menu było dużo dań mącznych. Jedynie w ­okresie świąt ­Wielkanocy i Bożego Narodzenia, czyli po świniobiciu, dominowały potrawy mięsne.

Przez Karlików płynęła nieduża rzeczka. Wypływała z pobliskich wzgórz, toczyła wody rozległą równiną i wpadała do Odry. Rzeczka wiła się jak wąż i co rusz na swojej drodze napotykała przeszkody. Najczęściej były to olchy i wierzby lubiące wilgoć, ale i potężne dęby. Przeszkody stwarzali też ludzie, którzy, wykorzystując spadek terenu, wybudowali jaz i zmusili rzeczkę do pracy. Jaz był betonowy, a jego konstrukcja umożliwiała podnoszenie i opuszczanie dwóch drewnianych zasuw. Jeśli zasuwy były podniesione, rzeczka płynęła starym korytem. Opuszczenie zasuw powodowało spiętrzenie wody i skierowanie jej do sztucznego koryta, przy którym znajdował się młyn. Rzeczka wpadała do betonowej sztolni, wprawiając w ruch młyńską turbinę, a ta całą maszynerię. W ten sposób rzeczka mełła zboże przywożone przez mieszkańców okolicznych wsi. Zimą, kiedy mróz ścinał wodę, młyn korzystał z prądu.

Rzeczka, chociaż była wąska i płytka, pełniła ważną funkcję w życiu wsi. Poiła krowy, kiedy wracały z pastwisk, pozwalała żyć rybom i rakom. Drzewa, łąki, krowy, rzeczka i ryby z rakami żyły w pełnej symbiozie. Wprawdzie rzeczka płynęła od niepamiętnych czasów, a nad jej brzegami rodziły się i umierały drzewa, ale to właśnie one zmuszały rzeczkę do częstej zmiany kierunku. Bo cóż mogła zrobić, kiedy niepozorny z początku dąb stawał się potężnym drzewem? Rzeczka próbowała z nim walczyć. Wymywała ziemię spod jego korzeni, ale zwykle ulegała i zmieniała kierunek, tworząc głębokie zakole. Płynęła do następnego drzewa, z którym miała dokładnie ten sam problem.

W rzecznych zakolach woda sięgała kolan, czasem połowy uda. Właśnie tam w plątaninie korzeni żyły ryby i raki. Ryb było kilka gatunków. Z mniejszych kiełbie, ślizy i cierniki, a z większych szczupaki, karasie i płocie. Jednak zdecydowanie przeważały miętusy. Miętus nie miał łuski ani uzębionego pyska. Przypominał węgorza, ale w odróżnieniu od niego nie był drapieżnikiem. Nie miał ości, a jedynie gibki kręgosłup i smaczne, nieco tłuste mięso. Latem mieszkańcy wsi robili na miętusy polowania. Nie można było złowić go na wędkę, bo rzeczny prąd i korzenie na to nie pozwalały. Pozostawało wejść do wody i ręcznie penetrować krainę korzeni i długich nor, wygrzebanych przez ryby w gliniastym brzegu. Trwając w kucznej pozycji, trzeba się było wręcz położyć na wodzie, wysoko przy tym zadzierając głowę, aby się nie napić. Należało przy tym zachować spokój, co okazywało się o tyle trudne, że krainę korzeni zamieszkiwały także raki i szczury wodne. Teraz pozostawało już tylko szukanie na tyle ostrożne, aby miętusa nie wystraszyć. W tej grze uaktywniały się wszystkie zmysły, a dotyku w szczególności. Kiedy opuszki palców zetknęły się z czymś o delikatności aksamitu, wiadomo było, że to miętus. Wykonując powolny ruch wzdłuż miętusiego ciała, należało znaleźć jego głowę. Miętus zwykle był spokojny. Przyzwyczajony do ruchu wody, który przesuwał go wśród korzeni, jeśli myślał, to prawdopodobnie o tym, że obejmująca go i przesuwająca się wolno ku głowie dłoń jest właśnie korzeniem. Kiedy palce docierały do skrzeli, emocje sięgały zenitu. Szybki, mocny chwyt i wijący się miętus opuszczał na zawsze swoją krainę.

Rzeczka potrafiła być zdradliwa. Poiła krowy, ale czasem zastawiała na nie pułapki. Działo się tak zwłaszcza po ulewach, kiedy brzegi rzeczki stawały się rozmiękłe. Krowa, zwierzę duże i ciężkie, wchodziła z ufnością do wody i niepostrzeżenie zapadała się coraz głębiej. Jeśli tylko do kolan, to mogła się o własnych siłach uwolnić. Jeśli bardziej, wtedy z pomocą przychodzili ludzie. Mieszkańcy wsi prości byli, więc i metody przez nich stosowane do skomplikowanych nie należały, kiedy jednak wszystkie zawodziły, brano leszczynowy kij i bito nim krowę tak mocno, że zwykle udawało się jej samodzielnie wyjść z pułapki.

Rzeczka bywała kapryśna. Szczególnie wiosną, kiedy po śnieżnej zimie nie mogła pomieścić nadmiaru spływającej wody. Wtedy podtapiała wiejskie gospodarstwa. Niemcy, ich poprzedni właściciele, bronili się, otaczając wieś ziemnymi wałami i pozwalając rzeczce zalewać pola, ale nie wszystkich dało się w ten sposób ochronić. Stali więc ludzie nad brzegiem, obserwując brudną, wzburzoną wodę, modlili się, płakali, czasem złorzeczyli. Trzeba przyznać, że ludowa ­władza próbowała powodziom zaradzić. Służyły temu prace społeczne nazywane szarwarkami, na które każda rodzina musiała obowiązkowo poświęcić dzień lub dwa w roku. Egzekwowanie nakazu spadało na sołtysa, a gmina pomagała czasem, dostarczając materiały potrzebne do pracy. Ludzie umac­niali faszyną podmywane brzegi, poprawiali wały przeciwpowodziowe i udraż­niali rowy melioracyjne. Robili to bez fachowego kierownictwa, ot, tak na chłopski rozum. Prości byli, ale swój rozum mieli. Nikt nie dopuszczał myśli, że ktoś inny może być mądrzejszy od niego, więc w trakcie szarwarków dochodziło nieraz do burzliwej wymiany opinii. Szarwarki miały się dobrze aż do październikowej odwilży, po której je zlikwidowano.

Szarwarki nie były jedynymi pracami, które ludność wsi wykonywała wspólnie. Razem szukano też stonki ziemniaczanej. Przed planowaną akcją sołtys metalowym prętem uderzał wiszącą na drzewie rurę, co dla mieszkańców było sygnałem do zbiórki. Przychodzili przed dom sołtysa z butelkami, w których była nafta, a później razem ruszali na pola.

Poszukiwania stonki były metodyczne i kilkudziesięcioosobowa grupa przemierzała wszystkie ziemniaczane zagony. Początkowo akcje nie dawały żadnego rezultatu. Później zaczęto znajdować pojedyncze osobniki, a w końcu stonki pojawiło się tak dużo, że ze względów ekonomicznych naftę zastąpiono wodą. Po zakończeniu akcji zawartość butelek wylewano do rzeczki.

Mieszkańcy Karlikowa często jeździli do Wrocławia. Najpopularniejszym środkiem komunikacji był pociąg. Problem zaś stanowił brak mostu na Widawie, zniszczonego podczas wojny. Ruch kolejowy odbywał się wahadłowo. Od strony Poznania pociąg dojeżdżał do rzeki, ludzie przechodzili kładką na drugą stronę, gdzie czekał skład, który przywiózł tych wracających z Wrocławia. Kiedy pasażerowie wsiedli, maszyniści odjeż­dżali w przeciwnych kierunkach. Początkowo było tylko jedno takie połączenie w ciągu doby, więc wyprawa do Wrocławia oznaczała konieczność nocowania w tym mieście.

Na targu sprzedawano mleko, ser, jajka i drób, kupowa­no podstawowe towary, a później szukano noclegu. Nie było to trudne, ponieważ wielu mieszkańców Wrocławia żyło z wynajmu pomieszczeń. W takich pokojach nie było wygód, nikt o nie zresztą nie pytał. Ludzie spali na podłodze, po kilka osób w jednym pomieszczeniu. Problem noclegów został rozwiązany wraz z odbudową mostu i uruchomieniem większej liczby kolejowych połączeń.

Na kolei również następowały zmiany. W pociągach przewożących ludzi wagony towarowe zastępowano osobowymi. Były dwuosiowe z półokrągłym dachem, wystającym ponad szerokie platformy z przodu i z tyłu wagonu. Wzdłuż obu boków miały szerokie, długie stopnie. Pociągi były przepełnione i często pasażerowie podróżowali na platformach i na stopniach wagonów. W latach sześćdziesiątych wprowadzono wagony dla młodzieży. Informowała o tym tablica umieszczona na wagonie, a podział na młodzież i dorosłych był surowo egzekwowany przez pasażerów i obsługę pociągu. Po latach zrezygnowano z tego pomysłu, ponieważ młodzież, pozbawiona kontroli, paliła papierosy, grała w karty, a pasażerskich nowicjuszy poddawała szczególnego rodzaju chrztowi. Na hasło „na kolano” rzucano nieszczęśnika na kolana siedzących i bito po tyłku ile sił. Kolejowego chrztu nie przechodziły dziewczyny. Szerokie stopnie wagonu służyły gapowiczom do ucieczki przed konduktorami, ale nie zawsze się to udawało, ponieważ obsługa pociągu dobrze o tych praktykach wiedziała.

Składy wagonów były prowadzone przez parowozy. Parowozy pociągów osobowych i towarowych różniły się. Towarowe miały większą liczbę osi i mniejsze koła, a osobowe odwrotnie. Na większych stacjach znajdowały się składy węgla oraz zbiorniki z wodą dla obu rodzajów parowozów. Linię kolejową z Wrocławia do Poznania zelektryfikowano w końcu lat sześćdziesiątych i parowozy zniknęły z wiejskiego krajobrazu.

W szkole podczas przerw lekcyjnych dziewczynki grały w klasy albo ćwiczyły na skakance. Wśród chłopców popularne były zabawa w wojnę oraz podwórkowa gra o tej samej nazwie. Sal gimnastycznych nie było, dlatego zajęcia wychowania fizycznego odbywały się na dworze. Grano w piłkę nożną, w dwa ognie i w palanta. Zimą i w deszczowe dni pozostawano w klasie, wykonując ćwiczenia gimnastyczne.

Drogę do szkoły prawie zawsze odbywano pieszo. Czasem zdarzało się, że uczynny gospodarz, jadący w tę samą stronę, pozwalał wsiąść na wóz, częściej jednak nie, a tych, którzy próbowali wskoczyć, bił batem po rękach.

Lekcje w szkołach odbywały się przez sześć dni w tygodniu, a wobec nauczycieli obowiązywało absolutne posłuszeństwo. Uczniowie stwarzający problemy wychowawcze otrzymywali kary cielesne.

Najczęściej byli bici „po łapie” linijką i drewnianym piórnikiem, czasem wykręcano im uszy. Rodzicom nikt się nie skarżył i nie zdarzało się, aby rodzice mieli nauczycielom za złe stosowanie kar cielesnych.

Trudność utrzymania się wyłącznie z pracy na roli i bliskość Wrocławia spowodowały, że wieś zamieszkiwali w większości tak zwani chłoporobotnicy. Zwykle zawodowo pracowali tylko mężczyźni, a kobiety zajmowały się prowadzeniem domu. Dojazdy do miasta i praca zajmowały praktycznie cały dzień, dlatego większość czynności w gospodarstwie musiały wykonywać panie. Prano ręcznie, używając tarki, balii lub wanny i wiórków szarego mydła. Białe rzeczy gotowano w ocynkowanych kotłach, mieszano je drewnianą kopyścią, używano mąki ziemniaczanej do krochmalenia i prasowano żelazkami z duszą, a później elektrycznymi.

Pierwsze powojenne lata były bardzo niespokojne. Często zdarzały się napady rabunkowe z bronią w ręku, kradzieże kur, bydła, końskich ogonów i grzyw. Z tych powodów, ale i na wszelki wypadek nierzadko trzymano w domu broń, dobrze ukrytą przed milicją i dziećmi. Obowiązkowe były społeczne nocne warty patrolujące wieś. Brało w nich udział dwóch lub trzech kolejno wyznaczanych gospodarzy. W długie zimowe wieczory łatano i cerowano worki. Spotykano się również na pierzakach, czyli wspólnym darciu gęsiego pierza na poduszki i pierzyny.