Koniec drogi - Dmitry Glukhovsky

Koniec drogi

0,0

Opowiadanie „Koniec drogi” napisałem w 2006 roku przy wtórze pocisków Hezbollahu, kiedy byłem korespondentem rosyjskiej telewizji w izraelskim mieście Kirjat Szemona. Z tamtej perspektywy nuklearny koniec świata, na który prędzej czy później sami się skażemy, wydawał się bardzo prawdopodobny. Opowiadanie powstało szybko: odgłosy ostrzału i wybuchów bardzo mnie inspirowały. Nigdy nie planowałem rozpoczynać tym tekstem powieści ani osobnego cyklu opowiadań. Mimo to bohaterowie Końca drogi zaczęli żyć własnym życiem. Wzmiankę o nich, jeśli będziecie czytać uważnie, znajdziecie w „Metrze 2034”. Z drugiej strony sądzę, że historia chłopca i starca, wędrujących opuszczoną, niekończącą się drogą (obecnie ukończoną), zasługuje na coś więcej niż opowiadanie. I jeszcze jedno: wtedy nie miałem pojęcia o istnieniu „Drogi” Cormaca McCarthy’ego, więc nie wińcie mnie, proszę, za jakiekolwiek zbieżności. – Dmitry Glukhovsky
Opowiadanie „Koniec drogi” dostępne wyłącznie jako gratis w zestawie z powieścią Surena Cormudiana „Uniwersum Metro 2033: Wędrowiec” oraz w formie e-booka.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Strona tytułowa

1

O Drodze wiedzieli oczywiście wszyscy we wsi, w tym i Wańka.

Ich własny utarty trakt, pełen tonących w płynnym błocie wybojów, nie prowadził do niej, ale w przeciwnym kierunku, do Matwiejewki i nad rzekę. A w stronę Drogi, błądząc, nurzając się w krzewach wilczej jagody z owocami wielkości dziecięcej pięści, niemal zupełnie niknąc w wysokiej trawie, biegła tylko jedna niepozorna ścieżynka, nieuczęszczana już od Bóg wie jak dawna. Nie było tam nic do roboty, na tej Drodze, i każdy we wsi to rozumiał. Wcześniej, mimo ostrzeżeń rodziców, zapuszczali się tam chłopcy: na twardej ciemnej nawierzchni można było rysować odłamkami silikatowych cegieł, a i piłka lepiej się od niej odbijała. Potem kilkoro dzieci, które wymknęły się pobawić na Drodze – zaginęło, i od tej pory była uważana za miejsce przeklęte, niedobre. Ale zapomniano o niej przede wszystkim dlatego, że Droga donikąd nie prowadziła, nie było więc po co tam chodzić.

Gdyby tamtego dnia Wańce nic szczególnego się nie przydarzyło, to pewnie nigdy nie poszedłby w stronę Drogi. Przeżyłby całe życie – jak się poszczęści, z pięćdziesiąt lat – w domu rodzinnym i nie pchałby się dalej niż do Matwiejewki. Co miałby robić na Drodze? Wilki karmić?

A ucieczka z domu właśnie w tamtym kierunku była pomysłem głupim i z góry skazanym na niepowodzenie. Po co? Dlaczego nie do jedynej wsi w okolicy, do ludzi, tylko właśnie na Drogę? Chyba tylko po to, żeby sprawdzić swój upór i odwagę – jak długo można iść donikąd, zanim zawrze się ze sobą poniżającą ugodę i z ulgą zawróci do domu.

Oczywiście kiedyś przynajmniej na jednym końcu drogi coś było. Starzy mieszkańcy mówili, że jeśli po wyjściu na Drogę przez cały czas iść w lewo, w pięć dni dojdzie się do Bir-Dżanu, a po kolejnych dwóch tygodniach będzie Chabar.

Chabar to coś jak ich wioska albo Matwiejewka, tylko większy, wprost ogromny, i wszystkie domy są tam z cegły, jak ich szkoła i budynek sielsowietu*. Prawie wszystkie są piętrowe, a niektóre mają nawet trzy lub cztery kondygnacje, chociaż to niepojęte, jak takie wysokie budowle mogły stać i się nie zawalić.

A może starcy po prostu łgali, podbijali swoją cenę: kto by ich jeszcze karmił, gdyby nie te ich wszystkie bajki i wspomnienia? Nawet jednej zimy by nie pociągnęli. A tak – sama przyjemność: w styczniowy wieczór zebrać się w klubie, zapalić łuczywo, rozlać samogon do szklanek i słuchać, jak Michałycz albo dziadek Marat, ocierając spoconą łysinę, opowiadają, jak wszystko wyglądało w dawnych czasach. Wielu dorosłych jeszcze coś tam pamiętało, ale niezbyt dobrze: oprócz pary starców we wsi nie było nikogo, kto miałby więcej niż trzydzieści lat, wszyscy poumierali przez Czarną Chmurę.

Sam Wańka miał trzynaście – wiek, kiedy zaczynasz rozumieć, że rodzice na niczym się w życiu nie znają i w ogóle wszystko jest u nich na opak. Ale spróbuj tylko zaprotestować – ojciec Wańki był myśliwym, człowiekiem surowym, dyskutować z synem nie zamierzał, argumentował coraz to grubszym słowem i twardymi kułakami. Blada, słaba matka kochała Wańkę, ale nie ważyła się go bronić.

Do tamtego dnia wszystko jakoś szło. Chociaż Wańka, uchylając się zręcznie przed ojcowskimi razami, odszczekiwał się coraz śmielej, tamten, jak się zdawało, gotów był dalej znosić jego wybryki i wymądrzanie się. Za jakieś trzy lata ich stosunki mogłyby się ułożyć, Wańka nauczyłby się wyrozumiałości, a ojciec pogodził z tym, że w domu są teraz dwaj mężczyźni i każdy z nich ma prawo do własnego zdania.

Nie można powiedzieć, że myśli o ucieczce nie nawiedzały Wańki wcześniej: kiedy siedząc w szopie po tym, jak oberwał w ucho, albo przeczekując ojcowski gniew, mówił sobie, że nie da się już tego wytrzymać. Ale ojciec szybko się uspokajał, a i sam Wańka nie umiał długo się dąsać, więc przy kolacji rodzina najczęściej była już razem, chociaż każde gapiło się ponuro we własny talerz.

Ale takiego poniżenia Wańka w żaden sposób nie mógł wybaczyć. Po pierwsze, nie zasłużył na to trzepnięcie – ojciec po prostu wyładował na nim złość za nieudane polowanie: dwa dni spędził w lesie, wrócił z poszarpanym ramieniem, o czym świadczyła zaskorupiała krwawa plama na pół rękawa, z pustym kołczanem i tylko jedną kuropatwą, chociaż zasadzał się na łosia. Mała akurat chorowała, choć było lato, matka denerwowała się i prosiła, żeby ojciec daleko nie odchodził, a on próbował trafić coś większego – żeby nasuszyć mięsa na zapas. No tak, Wańka powiedział mu: „Coś nie widać tego łosia. Wpadnie później?”. Ale żeby uderzyć go tak, że nie od razu mógł podnieść się z ziemi? Sprawę komplikował fakt, że wszystko wydarzyło się przy Wieroczce sąsiadów. Wańce podobała się już od siedmiu miesięcy, od Nowego Roku, ale na początku nie zwracała na niego uwagi, bo przyjaźniła się z tyczkowatym Saszką Winogradowem, starszym od nich o trzy lata. Wańka nie był dla Winogradowa rywalem, trzeba było czekać, aż się z Wieroczką pokłóci. Nieszczególnie wierzył w sukces, ale nie szczędził prób zyskania sympatii pięknej jasnowłosej sąsiadki. Co z nią robić, jeśli wszystko wypali, tego Wańka na razie dobrze nie wiedział, ale każdego wieczora, zamykając oczy, widział przed sobą jej umazane poziomkowym sokiem pulchne usteczka, prześladujące go od czasu, kiedy spotkał ją z koleżankami w zagajniku przy zbieraniu jagód.

Tak szczerze, to i żart o łosiu Wańka rzucił w nadziei, że zdobędzie u Wieroczki jeszcze jeden uśmiech, a o uczuciach ojca jakoś nie pomyślał. I już po chwili leżał w kałuży: ojciec, niewiele myśląc, przyłożył mu tak, jak to miał w zwyczaju – otwartą dłonią w ucho, z boku, ale tym razem nie żałując siły.

Nieznośnie huczało mu w głowie, przed oczami przesuwały się jasne kręgi i Wańce jeszcze ze trzy minuty nie udawało się wstać – przez cały ten czas chwiał się, stojąc na czworakach w kałuży, próbując nabrać powietrza i powstrzymać zawroty głowy. Ojciec więcej go nie bił: ograniczył się do splunięcia pod nogi i pogardliwego: „Niewdzięczna świnia!”.

Kiedy Wańka w końcu zdołał się wyprostować i potoczył zmętniałym wzrokiem dookoła, nie zobaczył ani ojca, ani Wieroczki. Po czymś takim nie było nawet co myśleć o tym, żeby się do niej zalecać i na cokolwiek liczyć. Ani po godzinie, ani po trzech godzinach siedzenia w szopie to, co się stało, nie zaczęło wydawać się Wańce mniej tragiczne. Nie umiał sobie nawet wyobrazić, jak będzie teraz chodził tą samą ulicą co Wieroczka. Ojca wprost nienawidził. Wymieszana ze wstydem wściekłość sprawiała, że w ciągu kolejnych kilku godzin obmyślał mniej lub bardziej naiwne plany zemsty, ale potem, kiedy ból ucha zaczął przechodzić, odrzucił je i postanowił po prostu uciec na zawsze z domu. Ale dokąd?

W Matwiejewce ojciec odnajdzie go raz-dwa, tam pójdzie w pierwszej kolejności. Do lasu? I co tam robić? Błąkać się po pobliskich polanach, płosząc grzybiarzy, póki nie znudzi mu się żarcie jagód i surojadek i nie zachce do mamy na zupę? Nie, do czegoś takiego zdecydowanie potrzebny jest cel. Pójść Drogą – albo do Chabaru, albo w przeciwnym kierunku – wydało się Wańce bardzo dobrym pomysłem. Widocznie od ciosu ojca w ucho poprzestawiało mu się w głowie.

W Chabarze nie było teraz żywej duszy, a już na pewno ludzi: wszystkie miasta spalili na samym początku, a promieniowanie było tam pewnie takie, że już na podejściu zaczyna drapać w gardle, a potem chwila i mdlejesz. A jeśli stracisz przytomność, to już po tobie: łykniesz taką dawkę, że nie zdołasz wstać i upieczesz się żywcem.

Ale to tylko takie przypuszczenia… Wiadomości z Chabaru nie docierały od prawie dwudziestu lat i zarośnięci włóczędzy pojawiający się z rzadka na Drodze nie umieli o nim opowiedzieć niczego wiarygodnego. Ktoś przysięgał, że z miasta została tylko wypalona pustynia, a z domów nie ocalała nawet jedna cegiełka, tylko półmetrowa warstwa sadzy i popiołu. Inni – przeciwnie, zaklinali, że budynki wciąż stoją nienaruszone, a do tego nocami w oknach pali się światło. Najpewniej ci włóczędzy byli po prostu z odległych wiosek i nie odchodzili Drogą od domu dalej niż sto kilometrów; większość nie ważyła się nawet i na to, skoro sławę odważnych podróżników i kawałek chleba mieli już zapewnione.

Może Wańka liczył na to, że kiedy wróci ze swojej wyprawy doroślejszy i mocniejszy, opowieściami o tym, co zobaczył, zdoła przyćmić w oczach Wieroczki żałosny obraz chudego chłopaczka, który nadział się na strzał otwartą dłonią i bezradnie grzebał w błocie, nie mając siły wstać?

Chociaż wędrowców nigdy z wioski nie wypędzano, ci pojawiali się w niej coraz rzadziej – na Drodze robiło się niebezpiecznie, coraz bliżej podchodził las, miejscami ze szczelin w asfalcie wyrastały już młode sosenki. Co prawda pęknięć było na razie niewiele: nawierzchnię położono solidnie. Wytrzymała już mróz piętnastoletniej syberyjskiej zimy, teraz zaś – kiedy pył zaczął z wolna opadać, a latem słońce coraz mocniej przygrzewało – także lipcowe upały.

Ostatni obcy, jeśli nie liczyć matwiejewskich, zabłąkał się do wsi jakieś trzy lata temu. A już w Matwiejewce, która w ogóle leżała na uboczu, nie słyszeli o takich już od pięciu lat.

Do Matwiejewki było około sześciu kilometrów. Prowadząca tam leśna dróżka była nędzna, do tego kręciły się przy niej wilki, i choć jeżdżono do sąsiadów wozami na resorach, całymi kolumnami i z bronią, zawsze planowano powrót przed zmrokiem. Trakt nie zarastał: zarówno wioskowi, jak i matwiejewscy nie lenili się i usuwali przewrócone drzewa, wycinali podchodzące zbyt blisko skraju drogi trujące kolczaste krzaki, a nawet zasypywali piaskiem najgłębsze wyboje, na których mogły się połamać kosztowne, zrobione z rdzewiejących samochodów wozy.

A jak inaczej… Oprócz Matwiejewki ludzi w okolicy nie było na dobre pięćdziesiąt kilometrów dookoła, a może i odleglejsze wsie też zniknęły, nikt przecież nie poleci sprawdzać. Ale Matwiejewka to inna rzecz: mieli z nimi umowę o wzajemnej pomocy, gdyby napadły ich dzikusy albo zwierzęta, albo zimą skończyły się zapasy. Ich wieś zginęłaby bez Matwiejewki – tamci mieli rzekę, ryby, w zimie tylko w nich była nadzieja. Ale i matwiejewskim nie byłoby łatwo: ziemia była u nich licha – piasek i glina – na takiej tylko sosny można sadzić, a ziemniaki i inne warzywa lubią przecież, jak jest tłuściej. Wcześniej, w pierwszych latach, można je było uprawiać tylko w domu – w donicach, ale teraz niebo się oczyszczało, lata stawały się coraz cieplejsze i własny duży ogród miał już prawie każdy mieszkaniec wsi. Nie, nie chciał iść do Matwiejewki. Co to za ucieczka? Taka tam przechadzka…

To ta głupia chęć zrobienia czegoś prawdziwego, zdecydowanego, popchnęła go na Drogę, a kiedy stanął przed wyborem – iść w prawo, do Chabaru, czy w lewo – poszedł w lewo, w nieznane.

Odkąd Wańka pamiętał, z lewej jeszcze nikt nigdy nie nadszedł – wszyscy wędrowcy przybywali z prawej. Kiedy dowiadywali się od miejscowych, że za ich wsią ludzkich siedzib nie ma podobno przez setki kilometrów, a we wlewającej się na Drogę leśnej gęstwinie trafiają się gigantyczne wilki, które potrafią w pojedynkę porwać całego byka, podróżnicy najczęściej tracili cały bojowy animusz i odchodzili z powrotem – tam, skąd przyszli, w prawo. Zaś ci nieliczni, którzy ośmielali się jednak pójść w lewo, nigdy już nie wracali, w każdym razie nie do ich wsi.

Wańkę, kiedy zastanawiał się nad Drogą, dręczyła niespokojna myśl – jak to możliwe, żeby z lewej strony zupełnie niczego nie było, jeśli prowadziła tam taka wspaniała szeroka asfaltowa szosa?

Noc spędził w szopie, nie mając ochoty na spotkanie z ojcem. Kiedy wszyscy się położyli, wślizgnął się ukradkiem do kuchni, pochłeptał zimnej zupy ze schowanego przez matkę w piwnicy garnka, nabrał ile wlezie suszonego mięsa i sucharów, zwinął nóż myśliwski ojca, wziął swój łuk ze strzałami i przyczaił się, czekając na świt.

Wrota na noc zamykano. Można było spróbować przedostać się przez otaczający wieś podwójny, wysoki na trzy metry ostrokół z sosnowych pali, ale mogliby zauważyć Wańkę z wieżyczek obserwacyjnych i, Boże uchowaj, zastrzelić. Do tego w przestrzeni między rzędami pali biegały stróżujące złe psy i Wańce kompletnie nie uśmiechało się, żeby tam wpaść. W najlepszym razie udałoby mu się wtedy wykpić porwanymi dżinsami i dwutygodniowym aresztem domowym.

Takie środki ostrożności nie były we wsi przesadne: chociaż o dzikusach ludożercach nie słyszano już od paru lat, wcale nie oznaczało to, że ostatecznie opuścili okolicę. Zanim mieszkańcy wsi wspólnie z matwiejewskimi dali im odpór, ci ciągle kradli bydło, napadali na grzybiarzy, a potem podrzucali pod bramę wioski odcięte głowy porwanych z wykłutymi oczami.

Od czasu, gdy dwustu wojownikom, których wystawiły wspólnie dwie wioski, udało się wziąć z zaskoczenia naprzykrzające się im stado dzikusów i wyrżnąć wszystkich w pień, w okolicy zrobiło się spokojniej; teraz ludzi niepokoiły tylko wilki i wielkie nietoperze. Niebywałe okrucieństwo, z jakim chłopi rozprawili się z dzikimi, zrównało ludzi ze zwierzętami, ale zapewniło im kilka lat ciszy i spokoju. O tym, co stało się z samicami i młodymi, które polujący odkryli po bitwie na dalekiej polanie, nie opowiadali nawet najbardziej gadatliwi z nich; smolisty słup dymu unoszący się ciężko nad tamtą przesieką przyciemniał niebo jeszcze bite dwa dni.

Jednak w pobliżu mogły błądzić i inne stada, dlatego na wieżyczkach trzy razy na dobę zmieniali się wartownicy, wrota były zamykane równo z zachodem słońca i otwierały się dopiero o wschodzie, a tabory rzadko szły do Matwiejewki i z powrotem bez ochrony. Nie to żeby obie wsie były w stanie oblężenia, ale ani wioskowi, ani matwiejewscy nie podejmowali żadnych dalekich wypraw: gdzie im do cudzego, byle tylko swoje obronić.

W nocy nikt nawet nie myślał pchać się za ostrokół i dla Wańki straż nie zdjęłaby z wrót okutej żelazem belki służącej jako zasuwa. Znacznie łatwiej było doczekać do pierwszych promieni słońca, podejść do strażników, skłamać, że idzie na grzyby, i co sił w nogach popędzić wąską ścieżynką prowadzącą przez wysoką pachnącą trawę i krzaki, omijając powalone powykręcane drzewa, za wzgórza – do Drogi.

Spostrzegliby się nie od razu: jeden z wartowników jest dobrym przyjacielem ojca, przekaże mu historyjkę Wańki, zaniepokoją się dopiero pod wieczór, jeśli nie wróci przed zamknięciem bramy. A przez cały dzień można daleko odejść. Dookoła, jak okiem sięgnąć, pagórki. Droga ciągnie się po nich jak falująca wstęga i nawet kiedy wejdzie się na sam szczyt grzbietu, można zobaczyć tylko najbliższe wierzchołki, a doliny pozostają skryte przed wzrokiem. Lepszego sposobu ucieczki się nie wymyśli. Gdyby jeszcze spadł deszcz, zmył jego zapach i zbił z tropu psy… Ojciec na pewno pójdzie go szukać, to jednak jedyny syn, choćby i nieukochany.

Aha, trzeba by wziąć ze sobą i parasol: choć Wańka, jak wszystkie urodzone po wojnie dzieci, znosił trujące ulewy lepiej niż dorośli, wciąż było niebezpieczeństwo, że zachoruje. Parasole robili sami – z kozich skór.

Sierści nie golili, wyglądały zabawnie i jakoś tak przytulnie, chociaż po deszczu kosmate parasolki trochę zalatywały. Ochrzcili je z jakiegoś powodu „robinsonami”, a Wańka, kiedy był mały – zresztą do tej pory z przyzwyczajenia mylił te dwa słowa – mówił na ten domowej roboty wytwór „paranson”.

Siedząc na kopie siana i spoglądając na okrągły bochen ciemnogranatowego nocnego nieba wycięty w ścianie pod samym dachem szopy, Wańka wsłuchiwał się w dalekie wilcze wycie i rozmyślał, czy nie można by jednak zostać. Wychodziło mu, że nijak nie można: tym razem rozzłościł ojca o wiele bardziej niż zwykle, nazajutrz nie uniknie poważnej rozmowy, a może i lania. Do tego po wstydzie, z którym musi przez niego żyć, chyba w ogóle nie zdoła wytrzymać z ojcem pod jednym dachem. No i Wieroczka… Wieroczkę stracił już na zawsze; a widzieć ją codziennie z tą świadomością i wiedząc, że ona wszystko widziała, że była świadkiem jego poniżenia… Lepiej już było się utopić. Albo uciec ze wsi.

Kiedy tylko niebo zaczęło różowieć, Wańka jeszcze raz sprawdził zawartość swojego plecaka i wyskoczył z szopy. Przy wychodzeniu ze wsi, tak jak przewidywał, nie padły żadne pytania: strażnicy, poziewując i przecierając czerwone od kiepskiego, krótkiego snu oczy, zadudnili zasuwą, wypuścili go za ostrokół, sennie wysłuchali historyjki o grzybach i klnąc ospale, wleźli z powrotem na wieżyczkę.

Będąc wciąż w polu widzenia wartowników, Wańka szedł niespiesznie, strącając wystruganą wierzbową witką psie grzybki; starał się stąpać najciszej, jak się da, żeby chrzęstem kroków, trzaskiem gałązek i szelestem trawy nie zagłuszyć okrzyków czy tupotu pogoni. Było jednak bardzo spokojnie, nikt nie zamierzał go łapać. Po półgodzinie, przekonany, że pagórki skryły go już przed wzrokiem strażników, popędził ze wszystkich sił. Zdawało się, że w tym roku nikt ze wsi w ogóle na Drogę nie wychodził: ścieżka ledwie dała się odgadnąć wśród dorastających mu do podbródka zielonych źdźbeł turzycy i puszystych kłosów dzikich zbóż.

Na szczyty wzgórz z trudem wspinało się szkarłatne, słabe jeszcze słońce, dolinę wypełniało cykanie pasikoników, w przydrożnych krzewach, przygotowując swoją partię koncertu, rozśpiewywały się drobne ptaszki i Wańka czuł taką niepojętą lekkość na duszy, jakby jego idiotyczna ucieczka z domu, z której zamierzał zrezygnować jeszcze parę godzin wcześniej, była najlepszą i najsłuszniejszą decyzją, jaką w życiu podjął.

Kiedy zobaczył w oddali Drogę, zaczął iść jeszcze szybciej i pozwolił sobie odsapnąć dopiero przy pochylonym i przerdzewiałym drogowskazie SIEMIONOWKA – 4 KM, MATWIEJEWKA – 10 KM. Zaraz za nim zaczynał się piękny wyasfaltowany zjazd, ale do ich wsi z nawierzchnią nie dotarli: po kilkudziesięciu metrach asfalt zamieniał się w ubity ziemny trakt, a potem w cienką ścieżynkę, która dopełzała prawie niezauważalnie do wioski.

W Siemionowce na placu przed budynkiem sielsowietu (tam też mieściły się budynki klubu i szkoły) pozostało jeszcze trochę popękanego, zbielałego od upływu czasu asfaltu; dla Wańki widok tej nawierzchni nie był więc nowością. Ale Droga mimo to przechodziła jego wszelkie pojęcie: szerokaśna na trzydzieści kroków, zadziwiająco gładka – bez dziur i niemal bez pęknięć – ciemnoszara wstęga, narzucona jak uzda na nastroszone sosnami i świerkami wzgórza, i to tak skutecznie, że te nie mogły jej zrzucić nawet po wielu dekadach. Zachowały się jeszcze na niej oznaczenia – na chropowatej powierzchni wyraźnie odcinały się przerywane linie.

Nie było czasu na rozmyślania. Wańka rozejrzał się na boki, zaczerpnął haust wilgotnego porannego powietrza i ruszył w lewo.

* Sielsowiet – rada wiejska; organ władzy lokalnej w mniejszych jednostkach administracyjnych w ZSRR i Rosji.

Tytuł oryginału
Конец дороги

Copyright © 2006 Dmitry Glukhovsky

Przekład
Paweł Podmiotko

Redakcja i korekta
Tomasz Brzozowski, Tomasz Porębski,
Justyna Charęza, Julia Diduch

Okładka i skład
Tomasz Brzozowski

Zdjęcie na okładce
Sean Gladwell / Moment / Getty Images

Copyright © for this edition
Insignis Media, Kraków 2018. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN 978-83-65743-85-5

insignis

Insignis Media
ul. Lubicz17D/21–22, 31-503 Kraków
tel. +48 (12) 636 01 90
biuro@insignis.pl, www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

twitter.com/insignis_media (@insignis_media)

instagram.com/insignis_media (@insignis_media)

Snapchat: insignis_media

Opowiadanie Koniec drogi napisałem w 2006 roku przy wtórze pocisków Hezbollahu, kiedy byłem korespondentem rosyjskiej telewizji w izraelskim mieście Kirjat Szemona. Z tamtej perspektywy nuklearny koniec świata, na który prędzej czy później sami się skażemy, wydawał się bardzo prawdopodobny. Opowiadanie powstało szybko: odgłosy ostrzału i wybuchów bardzo mnie inspirowały. Nigdy nie planowałem rozpoczynać tym tekstem powieści ani osobnego cyklu opowiadań. Mimo to bohaterowie Końca drogi zaczęli żyć własnym życiem. Wzmiankę o nich, jeśli będziecie czytać uważnie, znajdziecie w Metrze 2034. Z drugiej strony sądzę, że historia chłopca i starca, wędrujących opuszczoną, niekończącą się drogą (obecnie ukończoną), zasługuje na coś więcej niż opowiadanie. I jeszcze jedno: wtedy nie miałem pojęcia o istnieniu Drogi Cormaca McCarthy’ego, więc nie wińcie mnie, proszę, za jakiekolwiek zbieżności.

Dmitry Glukhovsky

2

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

3

Rozdział dostępny w wersji pełnej.

4

Rozdział dostępny w wersji pełnej.