KochAna - Marta Motyl

KochAna

0,0

KochAna to zapis walki z anoreksją młodej studentki ASP, dla której choroba stała się pretekstem do poszukiwań własnego „ja”.

Wyobraź sobie krainę, której mieszkańcy są anorektycznie szczupli. Ograniczają jedzenie do minimum. Kiedy jednak patrzą w lustra, widzą nie blade twarze, ogromne oczy, wystające żebra, patykowate nogi, ale ciała nabrzmiałe tłuszczem. Ważą się kilka razy dziennie, by się upewnić, że nie przytyli. Wymiotują zbędnymi kaloriami i niechcianymi emocjami.

To kraina, w której Ana (anoreksja) i Mia (bulimia) roztaczają paranoiczny czar. Kolejne Alicje poddają się ich panowaniu, by uzyskać wrażenie lekkości i przetestować siłę swojego charakteru. Ich niedożywione ciała się buntują, ale one nie odpuszczają. Stają się adeptkami magii znikania.

Odbyłam podobną wędrówkę. Niczym Alicja (bohaterka i narratorka książki) odkrywałam Krainę Czarów, aż zamieniła się ona w Krainę Złudzeń. Wtedy zawróciłam i dzięki temu uniknęłam choroby. Przeżycia, których doświadczyłam, stały się inspiracją do napisania tej książki.

                                                  (ze wstępu, Marta Motyl)

Marta Motyl – studentka historii sztuki. Zafascynowana surrealizmem i sztuką awangardową XX wieku, docenia to, co burzy stereotypy i zmienia punkt widzenia. Lubi zbierać wrażenia, emocje i obrazy, zamieniając je w słowa.

Dodaj komentarz


Problem poważny i budzący kontrowersje. Niestety pod względem literackim książka jest słaba. Ociera się wręcz o naiwność. Bohaterka sztuczna, mało przekonująca. Istnieją lepsze pozycje na ten temat.


KochAna to książka niezwykła. Pełna psychodelicznego uroku i realistycznego czaru. Marta Motyl znalazła sposób, by mówić o zaburzeniach odżywiania w sposób przejmujący bez epatowania naturalizmem. Polecam.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

s3_opt_jpeg

Redakcja

Krystyna Podhajska

 

Projekt okładki

Katarzyna Borkowska

 

Zdjęcia na okładce

dziewczyna: Oleg Gekman – Fotolia.com

motyle: Ilker Canikligil/shutterstock.com

 

Skład

Dariusz Piskulak

 

Korekta

Małgorzata Denys

Anna Zaremba

 

Text © copyright by Marta Motyl

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2012

 

Wydanie I

 

ISBN 978-83-7554-479-4

Czarna Owca

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51

Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:

www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp

Wyobraź sobie krainę, której mieszkańcy są anorektycznie szczupli. Ograniczają jedzenie do minimum. Kiedy jednak patrzą w lustra, widzą nie blade twarze, ogromne oczy, wystające żebra, patykowate nogi, ale ciała nabrzmiałe tłuszczem. Ważą się kilka razy dziennie, by się upewnić, że nie przytyli. Wymiotują zbędnymi kaloriami i niechcianymi emocjami.

To kraina, w której Ana (anoreksja) i Mia (bulimia) roztaczają paranoiczny czar. Kolejne Alicje poddają się ich panowaniu, by uzyskać wrażenie lekkości i przetestować siłę swojego charakteru. Ich niedożywione ciała się buntują, ale one nie odpuszczają. Stają się adeptkami magii znikania.

Odbyłam podobną wędrówkę. Niczym Alicja (bohaterka i narratorka książki) odkrywałam Krainę Czarów, aż zamieniła się ona w Krainę Złudzeń. Wtedy zawróciłam i dzięki temu uniknęłam choroby.

Książka jest oparta na moich przeżyciach. Wykorzystałam w niej prawdziwe wydarzenia i wymieszałam je z fikcyjnymi. Zatarłam granice między rzeczywistością a fantazją. Stworzyłam nową przestrzeń emocji. Główna bohaterka to ja i nie ja. Ona. Alicja. Podobna zasada dotyczy pozostałych bohaterów oraz ich relacji, często trudnych, niejednoznacznych. Kilka osób będących pierwowzorami postaci z książki rozpozna siebie. Nie czujcie się przeze mnie oskarżani. Nie mam zamiaru wzniecać na nowo konfliktów, które zakończyliśmy.

„Nasz cały wewnętrzny świat jest realnością, może nawet bardziej realną niż świat widzialny” – napisał Marc Chagall. Pragnę zabrać Czytelników w podróż nie tylko przez zaburzenia odżywiania, ale przede wszystkim przez wrażenia, towarzyszące kolejnym doświadczeniom – także niezwiązanym z odchudzaniem. Alicja poszukuje swojej tożsamości.

W końcu przechodzi na drugą stronę lustra i coraz lepiej poznaje siebie oraz dręczące ją demony.

Tekst pozwala lepiej porozumiewać się i ze sobą, i z innymi. Można w nim odnaleźć rozterki podobne do własnych albo dzięki niemu lepiej zrozumieć sprawy dotychczas obce. Wówczas to, co zapisane, ożywa.

 

Marta Motyl

Rozdział 1
Syk Głodowego Węża

Ogromna fałda brzucha wylewa się ze mnie i nie daje okiełznać. Ukrywają ją tylko spodnie i spódnice z podwyższonym stanem. Kiedy je zapinam, wciągam brzuch. Nie ma go! Przechodzi w stan utajenia. Ale wystarczy, że odepnę suwak, a znów daje znać o sobie. Gdy jestem ubrana w coś luźnego, mogę go wziąć w dłonie i zgniatać. Dałoby się go wałkować, później wsadzić do piekarnika nagrzanego do temperatury 180 stopni – wyrósłby w nim jak ciasto drożdżowe. Mięciutki i puszysty brzuch z kruszonką. Jestem tłustym brzuchem, który miałby powodzenie wśród klientów cukierni.

Czuję się jak gruba kukła. Stoję na scenie. Wokół mrok. Nic nie widzę. Nagle z góry prosto na mnie pada strumień światła. Wstydzę się, nie mam ochoty grać żadnej roli. Pojawiają się kolejne postacie. Anorektyczne marionetki tworzą wokół mnie krąg i tańczą w rytm radosnej muzyki. Melodia stopniowo się zmienia. Staje się wolniejsza, stonowana, przebijają spod niej smutniejsze dźwięki. Krąg marionetek jest ciasny, są coraz bliżej mnie, kilka ociera się o mój wstrętny brzuch. Koncentrują uwagę na mnie. Jestem osaczona.

Nie wytrzymuję napięcia. Kucam, zasłaniam oczy. Niech odejdą, pójdą za kulisy. One jednak są coraz bliżej, bliżej, prawie na mnie wchodzą. Muzyka stała się ponura. Pragnę uciec albo się ukryć, ale nie mogę. Złowrogie, przeszywające, wpatrzone w brzuch spojrzenia unieruchamiają mnie. Nie dam rady zniknąć, bo jestem gruba i ciężka. Chcę krzyczeć, ale głos nie wydobywa się z gardła. Straciłam nad nim panowanie. Krzyczę bezdźwięcznie, w niemym przerażeniu. Światła gasną. Spadam.

Znalazłam się po drugiej stronie lustra? Alicja była wiotką, smukłą dziewczynką. Założę się, że nosiła sukienkę w rozmiarze XS i nie miała oponki na brzuchu. Ja wyglądam raczej jak Tralabum i Tralabim. Mój ulubieniec – Kapelusznik – wcina ciasteczka z konfiturą, a zachowuje nienaganną sylwetkę. Szczęściarz. Pewnie ma niezłą przemianę materii. Na podwieczorku u niego pozostaje mi picie herbatki odchudzającej. Gdybym zjadła ciasteczka, brzuch zwiększyłby obwód. W tym ohydnym śmietniku zgromadzone są pamiątki występków. Wszystko widać! Paczkę krówek, podwójną porcję lodów czekoladowych, żelki, czekoladę mleczną z nadzieniem truskawkowym, naleśniki z serkiem waniliowym, torcik owocowy z kremem, budyń wiśniowy, pączki, batoniki. Chwile czekoladowo-ciasteczkowej przyjemności stworzyły monstrum, jakim jest mój brzuch. Pochłaniane bez opamiętania słodycze wykreowały to paskudne indywiduum.

Budzę się przerażona. Nie nakarmię go słodyczami. Już nigdy! Walczę z tłuszczem, w który obrosło moje ciało. Cieszę się, że w końcu to zauważyłam i powiedziałam „stop”! Dobrze, że zadziałałam w porę, inaczej zamieniłabym się w tłuste babsko. Nie cierpię „kobiecych kształtów”. Kocham kościstość i pro-ana.

Staję na wadze. Wskazówka zatrzymuje się na 49 kilogramach. Nie jest źle, choć mogłoby być lepiej. Dobrze, że się unormowało. Nie 49 i pół, ale pełne 49. Później 48,5 – 48 – 47,5 – 47. Nauczyłam się cierpliwości, choć nie mogę się doczekać 47!

Idę zrobić śniadanie. Odkąd się odchudzam, mam dokładnie przemyślane, co zjem i w jakiej ilości. Mała miseczka mleka zero procent tłuszczu. Mleko – 82 kalorie w 250 mililitrach. W miseczce mieści się 500 mililitrów, co daje 164 kalorie. Do tego trochę płatków kukurydzianych. Jedna łyżka płatków – 12 kalorii, pięć łyżek – 60 kalorii. Całe śniadanie ma trochę ponad 200 kalorii. Muszę mieścić się w 600 kaloriach dziennie. Tak postanowiłam. Nic więcej. Każdy nadprogramowy kęs to oznaka słabości – sygnał, że nie potrafię kontrolować siebie, więc jestem beznadziejna i się nie sprawdzam. Najlepiej będzie, jeżeli zjem mniej niż 600 kalorii. Pracuję nad tym, żeby jedzenie ograniczyć i zredukować do niezbędnego minimum. Ono nie ma prawa nade mną panować. Mam oko na wroga i kontroluję go. Lubię czuć się wolna od jedzenia, a dzięki temu lekka i czysta. Żegnaj, potworze!

Załóżmy, że skuszę się na babeczkę z konfiturą jagodową. Wczoraj mama upiekła ich mnóstwo. Są poukładane na tackach leżących na blacie kuchennym i prowokują. Ugryzę kawałek ciasta, zatopię się w jego puszystość, poczuję miękkość, słodycz, kruchość podkreślone jagodowym akcentem, konfitura spłynie mi po języku. Wiem, jakie to wspaniałe uczucie. Jest poranek i dałabym radę spalić te nadprogramowe kalorie. Wolę jednak świadomie zrezygnować z babeczki. Dlaczego? W imię wyższego celu. Nie mogę zawieść Any i siebie, muszę udowodnić, że potrafię być silna. Zjem babeczkę – i co? Mniejsza o kalorie. Gorsze jest to, że babeczka zostanie w moim ciele, zamieszka w brzuchu, a później odłoży się na biodrach i mnie pogrubi. Wiem, że jedna babeczka nie zrobi ze mnie słonia. Problem polega na tym, że obudzi śpiącą armię ciastek, spiskujących z potworem i czekających na to, by ruszyć do boju. Jeżeli zacznę jeść, nie skończę! Ile razy jadłam coś nie dlatego, by zaspokoić fizyczny głód, ale dlatego, że miałam ochotę na „coś dobrego” albo że mi się nudziło? Fanaberie zrobiły z żołądka jeden wielki śmietnik, w którym zadomowiło się wszystkożerne monstrum! Walczę z psychiczną chęcią pochłaniania żarcia. Muszę wywołać w sobie wstręt do niego, wtedy łatwiej mi będzie zrezygnować.

Patrzę na czerwoną nitkę zawiązaną na nadgarstku, symbol związku z Aną. Przypomina mi o zadaniu, które przed sobą postawiłam i które wykonam. Potwór już nigdy nie powróci! Quod me nutrit, me destruit. Jedzenie mnie niszczy i czyni szczupłość nieosiągalną.

Zgadzam się, jedzenie daje przyjemność. Ale tylko przez chwilę. Nie może uszczęśliwić na dłużej. Lepsze i trwalsze jest uczucie zadowolenia, gdy sobie czegoś odmawiam.

Przeglądam się w lustrze. Szkoda, że mam zbyt pełne uda. Ale moje nogi będą patykowate! Ramiona są za grube. Brzuch nie jest jeszcze tak płaski, jak bym chciała... Ale ważne, że zniszczyłam potwora, który w nim mieszkał i żywił się chwilami mojej słabości. „Udowodnię sobie, jaka mogę być piękna i koścista” – myślę, zapinając pasek czarnego wiosennego płaszcza. Płaszcz nie opina mnie już tak jak kiedyś.

Wychodzę z domu, czuję w płucach wiosnę. Choć świeci słońce, marzną mi ręce. Nigdy nie czułam tak przejmującego chłodu o tej porze roku. Moje dłonie nawet zimą były niczym pulsujący ciepłem grzejnik. Chłód oznacza zaburzenia w krążeniu krwi. Niektórzy ludzie podobno cały czas mają zimne ręce, nawet gdy się nie odchudzają. Jak jest w moim przypadku? Może to wina pogody, a może to głupie ciało protestuje. Zlekceważę je, nie obchodzi mnie ono. W kieszeni płaszcza noszę kolorowe rękawiczki. Zakładam je i od razu robi mi się cieplej. Idę na przystanek, czuję się tak lekko! Czuję się, jakbym frunęła. Czekam na tramwaj. Ludzie bezczelnie patrzą na moje rękawiczki – pewnie z powodu tego słońca. Nie zwracam na nich uwagi. Przed oczami wirują mi czarne plamki. Chyba się jeszcze nie obudziłam.

Nie mam ochoty iść na uczelnię. Wolę posiedzieć w parku i spokojnie rysować to, co chcę, nie słuchać ględzenia profesora ani uwag znajomych, że jestem coraz chudsza, i pytań, czy mam jakiś problem. Dostrzegam ich spojrzenia, słyszę szepty za plecami. Niech powiedzą wprost, że jestem popieprzoną anorektyczką. Ja potwierdzę i wszystkim kamień spadnie z serca.

Siadam na ławce w parku, wyjmuję papier, ołówek i szkicuję portret Twiggy, prekursorki cudownej chudości, przyprawiającej o drżenie. Kochałabym siebie, gdybym wyglądała tak jak ona. Miała cudowne wymiary: 79–56–81. Ważyła 40 i pół kilograma przy wzroście 165 centymetrów. Znam swoje ciało i wiem, że z moją budową nigdy tego nie osiągnę. Twiggy to ideał, zawsze będzie lepsza – i dobrze, bo dzięki temu mnie motywuje.

Chcę narysować ją taką, jak zapamiętałam z jednej fotografii – w czerwonej krótkiej sukience. Wyglądała w niej ponętnie, emanowała czarem dekadenckiego elfa. Szkicuję sylwetkę. Głowę, smukłą szyję, ramiona, patykowate ręce, małe piersi, szczupłą talię, płaski brzuch, długie, chude, zgrabne nogi. Na całym ciele Twiggy nie da się znaleźć ani grama tłuszczu, tak jest perfekcyjne. Teraz dopracuję szczegóły. Zacznę od pociągłej twarzy. Narysuję ogromne oczy, długie, zalotnie podkręcone rzęsy, lekko rozchylone usta. Krótka fryzura doskonale podkreśla regularne rysy. Z gładkiego uczesania nie wystaje ani jeden zbędny kosmyk. Cała jesteś doskonała! Marzę, by czesać twoje włosy, Twiggy. Chciałabym dotykać twoich dłoni, trzymać je i analizować ich szczupłość. Bladą, przejrzystą skórę, spod której widać każdą żyłkę i doskonale zaznaczone kości. Rzucałabyś mi przelotne spojrzenia spod rzęs i uśmiechałabyś się, a ja odwzajemniałabym twój uśmiech. Przebrałabym cię w czarną sukienkę z satyny. Nieskomplikowaną w kroju, całkowicie minimalistyczną. Skupiałaby uwagę nie na sobie, lecz na tobie. Podziwiałabym, jak materiał opina twoją figurę. Wyobrażałabym sobie, jak jego chłodny dotyk pieści twoje ciało. Połysk satyny odbijałby się w moich oczach. Zapinałabym sukienkę, powoli przesuwając suwak do góry – badałabym twoje plecy stopniowo, podziwiała ich kształt, układ kręgów, gładkość skóry. Przy ubieraniu szeptałabym ci do ucha swoje tajemnice.

Twiggy jest delikatna, efemeryczna, przewrotnie niewinna. Prowokuje, zdziwiona własnym seksapilem. Porusza mnie jej zmysłowość. Skupia na sobie wzrok mimochodem, nie zwraca uwagi na to, jaką budzi fascynację. Szkicując, staram się oddać jej zamyślone, intrygujące spojrzenie, które mocno utkwiło w mojej świadomości. Tak trudno je narysować... Twiggy jest dla mnie kimś więcej niż doskonałym ciałem. Jest sekretem, pozornie odkrytym i rozwiązanym. Co kryło się w twoich oczach? Proszę, wyszepcz mi to. Ja podzieliłam się z tobą swoimi tajemnicami, pamiętasz?

Spoglądam na zegarek. Jeden wykład już minął Może zajrzę do herbaciarni, w której pracuje Wiktoria? O tej porze jeszcze nie ma klientów. Będziemy mogły spokojnie posiedzieć przy herbacie i pogadać. Sięgam po telefon.

– Cześć, pracujesz dzisiaj?

– Tak.

– Mogę wpaść? – upewniam się.

– Jasne! Znowu zwiałaś z wykładów?

– Jakie tam znowu! Dzisiaj i tak same nudy. Będę za pół godziny.

Dawno się z nią nie widziałam. Pokłóciłyśmy się, gdy zaczęłam się odchudzać. Uznała to za dążenie do chorego ideału, którego i tak nie da się osiągnąć. Nie zrozumiała mnie. To zabolało. Pogodziłyśmy się, ale między nami nie jest tak, jak było dawniej. Wytworzył się dystans, trudny do zburzenia. Ciekawe, jak będzie dzisiaj.

Dzwoneczki zawieszone przy drzwiach delikatnie brzęczą. Długa spódnica podkreśla falowaniem ruchy nóg... Wiktoria podchodzi, całuje mnie w policzek, zamyka w uścisku. Wdycham waniliowy zapach i mam okazję doświadczyć miękkości jej ciała, czuję delikatny napór piersi. Wtulam się w nią całą.

– Jesteś jeszcze chudsza. Strasznie chuda! Czy ty cokolwiek jesz?

– Oczywiście, że jem. Ale same zdrowe rzeczy. Odstawiłam słodycze – zapewniam. „Karmiony nimi potwór zginął śmiercią głodową!”.

– Gdybyś jadła, nie chudłabyś w takim tempie! Kiedy jadłaś normalny obiad?

– O rany, wczoraj, zupę pomidorową.

„Połowę porcji, resztę wlałam do garnka, gdy nikogo nie było w kuchni, ale to nieistotne”.

– Zjadłaś czy wylałaś? – dopytuje.

– Zjadłam! Nie głodzę się, do cholery! Zadajesz pytania, słyszysz odpowiedź i nie wierzysz! Po prostu chcę jeszcze trochę schudnąć.

„Kiedy w końcu zrozumiesz, że to nie żadne głodzenie się, tylko intensywne odchudzanie?”.

– Jasne. Alu, jest cię coraz mniej! Po co masz jeszcze schudnąć?

– Żeby poczuć się lepiej ze sobą. To mi naprawdę pomoże – przekonuję.

– Przecież ty nigdy nie byłaś gruba! Wiesz, jak niszczysz swoje zdrowie?

„Nie byłam gruba? A potwór brzuch? A wielki tyłek? A grube uda?”.

– Nie przesadzaj. Panikujesz. Jem, tylko mało.

– Właśnie widać, ile jesz. Co ci da to, że jeszcze schudniesz? Na początku chciałaś ważyć 50 kilogramów. Później wymyśliłaś 48. A teraz, ile chcesz mieć? 40?

„Dobrze mi idzie odchudzanie, więc czemu mam nie osiągnąć wymarzonej wagi?”.

– Przesadzasz, 40 to masakra! Chcę wyglądać tak, jak sobie zaplanowałam.

– Zobacz, jak cię to wciągnęło! Spójrz na siebie, wyparowała z ciebie energia!

„W końcu mam cel i jestem szczęśliwa, że udaje mi się do niego dążyć. Poczułam, że jestem coś warta!”.

– Zyskałam nową siłę. Jeśli nie wierzysz w nic z tego, co mówię, to może nie warto, żebyśmy rozmawiały?

– Może!

Wychodzę, trzaskając drzwiami. Miałam nadzieję, że będzie miło, opowiem o tym, co ostatnio namalowałam, posłuchamy muzyki, dowiem się, co słychać u Wiktorii. Tymczasem dostałam kazanie. Potraktowała mnie jak pustą pannę, która pragnie się odchudzić za wszelką cenę. Mam tego dosyć. Odchudzanie to coś więcej. Jest misją!

Wracam do parku. Chcę być jak najdłużej poza domem. Wtedy nie kusi mnie jedzenie, którego pełno w lodówce. Nie słyszę pytań, co bym zjadła, ani pretensji, że jem za mało. Jednak w końcu muszę zmierzyć się z domową rzeczywistością.

– Już jesteś?

– Tak, wykładowca był chory. Co na obiad? – muszę to wybadać, żeby zrobić plan, jak „zjeść”.

– Kotlety z kurczaka, ziemniaki i surówka.

Cholera! Kotlet z kurczaka panierowany – 380 kalorii w 100 gramach. Ziemniaki – 60 kalorii w 100 gramach. Surówki nie przeliczam, bo warzywa to niskokaloryczni i zdrowi przyjaciele. Prosiłam, żeby była zupa warzywna. Ma tylko 33 kalorie w 100 gramach! Nie powiem, że obiad mi nie pasuje, wtedy łatwiej go ukryję. Nikt nie będzie podejrzewał, co chcę zrobić. Nie mogę się zdradzić. Odkąd zaczęłam się odchudzać, lubię jeść sama, w kuchni albo w swoim pokoju. Tam nikt mnie nie obserwuje. Kiedy jem w kuchni, istnieje ryzyko, że mama wejdzie z pustymi talerzami i zacznie je zmywać. Muszę się szybko uwinąć. Nie, nie wyrzucam jedzenia od razu. Nie mogę otworzyć szafki z koszem na śmieci, bo – nie daj Boże – trzasnę drzwiczkami. Wiele razy byłam przyłapywana na pozbywaniu się jedzenia. Nie mogę sobie pozwolić na to, by mnie znowu zdemaskowano. Kotlet wrzucę do woreczka foliowego i schowam do kieszeni w spodniach. Zjem całą surówkę i trochę ziemniaków. Resztę rozgrzebię na talerzu. Co zrobić z ziemniakami, żeby było ich mniej? Też do torebki? Jakie to głupie! Nie mogę ich ani zjeść, ani zostawić. Dobra, zapakuję do woreczka, byle szybko. Zostawię niewiele. Będę w tym grzebać i trochę zjem, gdy ktoś przyjdzie. Odkroję mały kawałek kotleta i położę na talerzu, że niby resztę zjadłam. Świetnie. Wraca mama. Siedzę grzecznie nad talerzem, jem ziemniaki i surówkę. W jednej kieszeni mam kotlet, w drugiej – część ziemniaków. Udało się. Cholera, trzeba było schować więcej ziemniaków, przez niedopatrzenie muszę zjeść ich sporo. Już. Uff.

Idę szybko do swojego pokoju, żeby nikt nie zauważył wypchanych kieszeni. Wyciągam kilka książek i zamykam drzwi, by mieć spokój potrzebny „do nauki”. Nie będę nosić żarcia ze sobą. Otwieram schowek. Nie jest pomysłowy. To ostatnia szuflada komody, w której trzymam pudełka z różnymi drobiazgami. Za rzędem pudełek upycham torebki z obiadem. Muszę pamiętać, żeby w nocy, gdy wszyscy będą spali, wyrzucić je do kosza, schować pod warstwą śmieci. Tak, żeby rano nikt ich nie zauważył.

Szkoda, że znów pokłóciłam się z Wiktorią. Poznałyśmy się w liceum i byłyśmy sobą oczarowane. Potrafiłyśmy godzinami rozmawiać, nie istniały dla nas tematy tabu. Czułam, że więź, jaka jest między nami, nie zdarza się często. Słuchałyśmy podobnej muzyki, chodziłyśmy razem na koncerty. Nasza przyjaźń rozwijała się w rytm punk rocka. Z czasem wbiłyśmy się w wyraźnie zarysowane role. Ja byłam tą „złą”, nieznośną wariatką z problemami ze światem i ze sobą, która często robi coś głupiego, a później ma wyrzuty sumienia i szuka pocieszenia. Wiktoria stała się tą „dobrą” – anielicą, terapeutką, na którą zawsze mogłam liczyć.

Może to moja wina, że wszystko zaczęło się psuć? Ile można wytrzymać, gdy nie jest się traktowaną w sposób partnerski, tylko upominaną jak dziecko, a anielica kręci nosem, że nie słucha się jej rad? Może jestem niesprawiedliwa. Wiktoria przeszła ze mną tyle złych chwil, wiedziała o wszystkich moich problemach. Mogłam zadzwonić do niej w środku nocy. Czasami denerwowała mnie morałami i stereotypowym myśleniem, wszystko było dla niej albo czarne, albo białe. Ale... znacznie częściej mnie ratowała. Wycierała rozmazany płaczem makijaż, delikatnie przesuwając koniuszkiem palca pod moimi oczami, głaskała mnie po policzku, przytulała. W każdej sytuacji mogłam na nią liczyć. Nieporozumienia się zdarzają! Postaram się wyjaśnić jej wszystko spokojnie i szczerze. Napiszę do niej maila.

Wiem, że Twoja krytyka ma solidne podstawy. Jak nie potępiać kogoś, kto postanowił się intensywnie odchudzać i jest wpatrzony w manekiny, w ludzi manekiny, a poza tym zachwycają go wystające kości? Obłąkańczy zachwyt, prawda? Fascynacje, które ktoś powinien owinąć w kaftan bezpieczeństwa i odwieźć na sygnale do szpitala. Wiem, że Ana nie jest najlepszym wyjściem. Ale nie o sam spadek wagi i estetykę kościstości tu chodzi. To warstwa zewnętrzna, opakowanie. Jest we mnie także potrzeba poczucia własnej wartości, poszukiwania spełnienia. Sama dogłębnie rozumiem problem. Nie potrzebuję terapeutów. Zdaję sobie sprawę, że iskierka szczęścia, która świeci, gdy ważę coraz mniej, wkrótce zgaśnie. Nawet gdy stracę tyle kilogramów, ile zechcę, nadal będę miała problemy z samoakceptacją. Mimo wszystko zdecydowałam się na tę drogę. Pragnę budzić się z uczuciem, że jestem z siebie dumna. Chcę poczucia szczęścia, nawet tylko jego namiastki.

Ala

Ciekawe, co odpisze Wiktoria. Jest 17.30. Trzymam się zasady: nic nie jeść po godzinie 18. Zrobię kolację. Kroję pomidor, rzodkiewkę, paprykę na małe kawałki, do tego dodaję listki sałaty. Wrzucam wszystko do miseczki, mieszam. Warzywa zjem bez wyrzutów sumienia. Pomidor – 19 kalorii w 80 gramach, 15-gramowa rzodkiewka ma 1 kalorię (!), papryka – 19 kalorii w 80 gramach.

– Tylko tyle jesz na kolację? Zrób jeszcze kanapkę, będziesz głodna.

„Głód to mój przyjaciel, mamo. Nie boję się głodu. Chcę go czuć”.

A głośno odpowiadam:

– Nie, zjadłam dużo na obiad. Naprawdę, warzywa mi wystarczą.

– Żartujesz chyba. Znowu zaczynasz? Zieleniną się nie najesz. Rób kanapkę, ale już!

Zaczyna być ostro. Mama zaraz powie, że sama mi ją zrobi. Nie pozwolę na pajdę chleba ociekającą masłem i tłustym serem! Kromka chleba razowego – 98 kalorii. Ser edamski tłusty – 288 kalorii w 100 gramach. Dla świętego spokoju smaruję kawałek chleba masłem (540 kalorii w 100 gramach!), kładę na nim plasterek sera, na to kawałek pomidora. Zabieram do pokoju. Droga Ano, małe mieszkanie to nasze przekleństwo. Gdybym mieszkała w piętrowym domu, miałabym pracownię na strychu. Spędzałabym w niej całe dnie. Nikt by nie wiedział, co, kiedy i ile zjadłam.

– Będę oglądać telewizję i nie chcę przeszkadzać – mówię, zamykając drzwi. Kanapkę chowam do szuflady. Zjadam warzywa, dokładnie przeżuwając każdy kęs, celebrując tę chwilę, by na dłużej oszukać głód. Nie zjem dziś już nic więcej. Muszę się przekonywać, że warzywa mi wystarczą. Lubię sobie wyobrażać, że skoro jadłam coś długo, to znaczy, że zjadłam dużo.

Przychodzi późny wieczór. To niemożliwe, że ciągle jestem głodna. Nie, na pewno nie. Wydaje mi się, że zbiera się we mnie głód z całego dnia. Wypełza podstępnie spod komody, oplata moje ciało, przenika do środka i wije się w brzuchu. W ciągu dnia prościej odwrócić uwagę od wołania ciała: „Nakarm mnie!”. Odpowiadam mu: „Zaraz ci coś dam i się uspokoisz”. Łatwo daje się nabrać i czeka, a ja robię coś innego: maluję, czytam, idę po zakupy. Wieczorem ciało przestaje mi wierzyć. Jest 22.00 i ciało wie, że nic nie dostanie. Rozszyfrowało mnie. Uderzam w inne tony: „Głód to twój przyjaciel. On sprawia, że chudniesz. Gdy będziesz tak szczupłe, jak chcę – pokocham cię i przestanę krzywdzić”. Wąż syczy złowrogo, zaciska się mocniej na brzuchu. Ciało domaga się pokarmu, żeby unicestwić węża. Brzuch się boi, że wąż zostanie w nim na zawsze i będzie go truł jadem. „Nie bój się, ciało, jutro dam ci śniadanie i wąż zginie!”. Ono chce, żebym pokonała gada już teraz. Co powiedzieć, żeby się uspokoiło? Mam! „Głodzenie się to forma destrukcji! Poczuj, jaki sprawiam ci ból. Wczuj się w głód. Niech się w tobie wije, a ty rozkoszuj się tym, że jest ci tak źle”. Wąż pełza w brzuchu, w mózgu, nie daje mi szans na wypowiedzenie wszystkich argumentów, na wmówienie ciału, że mam rację. „Cokolwiek bym zjadła, i tak nie nasycę monstrum wijącego się w brzuchu. Zażąda kolejnej ofiary” – tłumaczę ciału. Wypijam gorącą herbatę i wąż jest chwilowo pokonany.

Siadam do komputera, sprawdzam wiadomości.

Mam dla Ciebie jedną radę – popatrz na siebie, posłuchaj siebie sprzed akcji „Odchudzanie” i siebie teraz. Bo co ja mam Ci powiedzieć? Skoro Ty wszystko WIESZ lepiej? Czego ode mnie oczekujesz? Zresztą, cokolwiek bym powiedziała, i tak zrobisz po swojemu. Zawsze tak było, znamy się nie od dziś. Powodzenia na nowej drodze życia!

Wiktoria

Ach, tak? Będę równie uprzejma i odpiszę zgodnie z zasadami savoir-vivre’u.

Dziękuję za życzenia.

Ala

Takiego wsparcia udzieliła mi Wiktoria. Nie powinnam mieć pretensji, nawet jej cierpliwość musiała się kiedyś wyczerpać. Lepiej zajrzę na forum pro-ana, żeby się podbudować i porozmawiać z osobami, które rozumieją odchudzanie. Dziewczyny z forum polubiły mnie. Podobają im się moje obrazy, spojrzenie na świat i na Anę. Stałam się wzorem w gubieniu kilogramów.

Na początku nie chciałam rejestrować się na żadnym forum. Przed odchudzaniem znałam dwa oblicza Any. Zdawałam sobie sprawę, że w parze z perfekcją idzie destrukcja. Trudno tego nie zauważyć, kiedy się przegląda wpisy dziewczyn o tym, jak się głodzą, zmuszają do wymiotów. Założyłam, że nie powinnam nikogo nakłaniać do chudnięcia ani mobilizować do ograniczania jedzenia. Uznałam, że jeśli mam kogoś niszczyć – to tylko siebie. Ideały runęły, bo znajomi mnie nie popierali. Potrzebowałam oparcia. Chciałam, żeby łatwiej mi było wytrzymać dietę, szczególnie początkową fazę. Wpisałam w wyszukiwarkę „forum pro-ana”. Kliknęłam na jeden z pierwszych wyników. Zarejestrowałam się i założyłam wątek w dziale „Poznajmy się”.

Hej! Mam na imię Alicja. To moje pierwsze odchudzanie. W tym momencie ważę 55 kg przy 170 cm wzrostu. Było 57, a chcę mieć 50. To główny cel, a gdy do niego dotrę, zastanowię się, czy pójdę dalej. Obiecałam sobie, że będę chudsza. Kocham szczupłość, wystające kości, bladość. Wierzę, że zrealizuję założenia!

Pewnie, że dasz radę. Wszystkie wzajemnie się wspieramy i pomagamy sobie. Pisz, nie krępuj się, tu nie ma zakazanych tematów ;)

Szczerze mówiąc, boję się paranoicznego myślenia o żarciu i skutków dłuższego niejedzenia.

Przyzwyczajaj organizm do małych ilości jedzenia, wtedy nic nie powinno się dziać.

Na przemian wszystko przeklinam i marzę o momencie, gdy będę szczuplejsza. Boję się zważyć pod koniec tygodnia, że tyle wyrzeczeń, a waga ani drgnie i będzie załamka :-(

Pamiętaj, żeby nie przejmować się, jak tak będzie. Wierzę, że jednak drgnie!

 

Rzeczywiście, drgnęła. Wszystko zaczęło się rozkręcać.

Jest 52, kiedyś było 57. Uważam to za sukces. Porównuję się z dziewczynami na ulicy i widzę, że jestem od nich chudsza. Słyszę: „Zawsze byłaś szczupła, ale teraz naprawdę schudłaś”. Wiem, że mogę kupić obcisłe spodnie i będą dobrze leżały! Czuję, że chudnę! Jest też niepokój. Nie potrafię wrócić do dawnego sposobu jedzenia. Gdy rodzice patrzą, jem, ale najmniej, jak się da. Jeżeli jestem poza domem, nie jem prawie wcale. Każdy posiłek powoduje wyrzuty sumienia. Chyba się od tego nie uwolnię. Ważę się po kilka razy dziennie, żeby sprawdzić, czy nie przytyłam. Przyzwyczaiłam się do niejedzenia, ale ciągle myślę o tym, co zjem, kiedy, ile, przetwarzam to wszystko... Ach, gdyby się uwolnić od myśli o jedzeniu, funkcjonować bez niego, nie walcząc cały czas ze sobą! Wszystko ma swoje pozytywne i negatywne strony. Okazało się, że odchudzanie też. Jednak pozytywne przeważają!

Alu, osiągnęłaś sukces! Serio. To, że boisz się przytyć, jest normalne, każdy się boi. W Twoim myśleniu nie ma nic złego. Gdy tak myślisz, to znaczy, że zmieniłaś nawyki.

Popieram! Wielkie gratulacje dla Ciebie!

Zazdroszczę Ci, że umiesz się powstrzymać i nie jeść. Też bym tak chciała i marzę o Twojej wadze. Trzymam za Ciebie kciuki! Nie daj się!

 

Pomaga mi, gdy dziewczyny pocieszają mnie w chwili załamania, mówią, że przechodzą przez to samo co ja, udzielają mi rad. Jeśli ktoś mnie dopinguje, nie pozostaję dłużna. Piszę, jak motywuję siebie, i co robię, żeby jeść jak najmniej. Lubię być najlepsza. Pragnę pokazać, że wspaniale sobie radzę, i stać się wzorem do naśladowania. Od uczennicy do mistrzyni. Jednak to mnie obciąża. A jeśli któraś z tych dziewczyn trafi do szpitala, bo będzie się głodzić, żeby dotrzymać mi kroku? Na forum najrzadziej zaglądam do wątku tematycznego „Bulimia”. Uznałam, że nigdy się w to nie wplączę.

Dziś napiszę coś w wątku: „Problemy z rodziną i przyjaciółmi”. Ciekawe, co poradzą mi dziewczyny? Jeszcze tylko zważę się przed snem. 49. To znaczy, że nie przybrałam na wadze, ale i nie straciłam ani odrobiny. Ważę tyle samo już od półtora tygodnia! Wskazówka nie drgnęła nawet o pół kilograma! Powinnam schudnąć, cały czas się pilnuję! Gdzie popełniam błąd, do cholery? Przesilenie wiosenne, czy jak?

– Uspokój się – szepcze mi do ucha Ana – powinnaś być bardziej opanowana. – Ważne, że nie przytyłaś.

Ma rację. Mogę na nią liczyć. Znów jest przy mnie. Wyobrażam ją sobie na różne sposoby. Bywa, że daję jej twarz Twiggy. Innym razem jest rudowłosą pięknością z lokami sięgającymi pasa, jak wyjęta z obrazów prerafaelitów. Czasami nosi obcisły garnitur i połyskujący cylinder, pali cienkiego papierosa w czarnej fifce i zamienia się w kobietę dandysa. Niezależnie od wcielenia, w jakim występuje, tłumaczy mi, że to moje ciało i mogę z nim zrobić, co zechcę, bo najważniejsze jest, żebym poczuła się ze sobą dobrze. Każdy stracony przeze mnie kilogram sprawia, że stajemy się sobie coraz bliższe.

Wierzysz, że sobie poradzę. Gdy czuję się opuszczona, niezrozumiana, zraniona, tak naprawdę nie jestem z tymi uczuciami sama – bo mam ciebie, Ano. W chwilach zwątpienia wspierasz mnie, dajesz mi siłę do działania i nadzieję, że gdy schudnę, moje życie się zmieni.

Miałyśmy z Wiktorią naszą piosenkę. To była „Kochana” Kasi Nosowskiej i Renaty Przemyk. Specjalnie dla ciebie zmienię jej tytuł na „KochAna”. Każde słowo mówi o magii naszej relacji: „Nie muszę pytać, czy otworzysz / Bo wiem, że jeśli zjawię się / To w progu będziesz stać / I zdejmę płaszcz podszyty lękiem / Gdy przy mnie i przy nikim więcej / Twoja jasna twarz”1.

Zawsze jesteś gotowa, by mnie wysłuchać. Nie oskarżasz i nie prawisz kazań. Mogę się do ciebie zwrócić, a ty ukoisz mój ból.

„Dajesz mi niepokorne myśli i niepokoje / Tyle ich wciąż masz / KochAna Nie myśl, że nie miniemy nigdy się / Choć łatwiej razem iść pod wiatr”2.

Czasem się ciebie boję. Masz tyle twarzy... Przyjaciółka i dyktatorka. Dla ciebie liczy się tylko perfekcyjna chudość. Krzyczysz na mnie, że jestem słaba, gdy myślę o przyjemności, jaką kiedyś dawało mi jedzenie. Jeśli się rozstajemy z powodu kłótni – to na krótko, bo przyznaję się do błędu i przepraszam. Kogo mamy poza sobą, Ano?

„Podtrzymywałaś moją głowę / Nie roztrzaskałam skroni / O podłogę – póki co”3. Ofiarowałaś mi sens, gdy odczuwałam absurd istnienia. Dałaś mi zadanie i sprawiłaś, że życie nabrało blasku, a ja wyrwałam się z marazmu i zaczęłam działać.

„Przed snem wypowiedz moje imię / Przybędę wraz ze świtem / Proszę, nie śpij – jestem już”4.

Przychodzisz, gdy cię wołam. Jesteś częścią mnie i doskonale mnie znasz. Czasem nie zgadzamy się ze sobą, bo ty jesteś doskonała aż do bólu. Do mojego bólu. Dążenie do celu przynosi cierpienie, które jest niezbędne, by docenić to, co się osiągnęło. By czuć satysfakcję, że kolejny raz pokonało się potwora z brzucha i Głodowego Węża. Ano, zapomnijmy dziś o sprzeczkach. Potrzebuję twojej bliskości. Nie chcę być sama. Idziemy razem pod wiatr, zbuntowane, walczące. To starcie ze sobą i słabościami, w którym często używasz drastycznych środków, ale zawsze dla mojego dobra – perfekcja jest przecież wartością.

Lubię czuć pewność, że zawsze będziesz trzymać mnie za rękę. Wiem, że mogę stracić przyjaciół i nikt przy mnie nie zostanie, bo: „[...] wariatka, nastawiona autodestrukcyjnie, głodzi się i dobudowała do tego całą ideologię”. Boję się, że zostanę sama, ubrana w sukienkę w rozmiarze XS i z czerwoną nitką na nadgarstku. Ano, proszę, nie zostawiaj mnie na pastwę nocnych koszmarów. Wąż wije się w brzuchu przez cały czas. Gorąca herbata nie uspokoiła go całkowicie. Ciało płacze, skulone, bo wie, że nie pomogę mu pokonać węża. Pora zamknąć oczy, uśpić węża i ukoić ciało.