Kafka nad morzem - Haruki Murakami

Kafka nad morzem

0,0

Piętnastoletni Kafka ucieka z domu przed klątwą ojca na daleką wyspę Shikoku. Niezależnie od niego podąża tam autostopem pan Nakata, staruszek analfabeta umiejący rozmawiać z kotami oraz młody kierowca z końskim ogonem lubiący hawajskie koszule. Ojciec Kafki zostaje zamordowany i wszystkich trzech poszukuje policja. Po spotkaniach z zakochaną w operach Pucciniego kotką Mimi, Johnniem Walkerem i innymi fantastycznymi postaciami bohaterowie trafiają w końcu do tajemniczej prywatnej biblioteki, w której czas się zatrzymał. Nocami odwiedza ją duch młodziutkiej dziewczyny w niebieskiej sukience….

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

kot1

Odchodząc z domu, zabrałem z gabinetu ojca nie tylko pieniądze. Wziąłem również starą niewielką złotą zapalniczkę (podobał mi się jej kształt i rozmiar) oraz składany ostry nóż służący do zdzierania skóry z saren. Ciążył mi w dłoni, ostrze miało dwanaście centymetrów. Musiał być jakąś pamiątką z zagranicznej wycieczki. Postanowiłem też wziąć z szuflady biurka mocną kieszonkową latarkę. Przydadzą się również okulary przeciwsłoneczne – postarzą mnie. Ciemnoniebieskie okulary przeciwsłoneczne firmy Revo.

Zastanawiałem się nad zabraniem rolexa Oyster, z którego ojciec był bardzo dumny, wahałem się, lecz w końcu nie wziąłem. Pociągało mnie piękno jego mechanizmu, ale uznałem, że lepiej niepotrzebnie nie nosić przy sobie zbyt kosztownych przedmiotów, ponieważ zwracałyby uwagę. A poza tym z praktycznego punktu widzenia znacznie bardziej przyda mi się mój noszony na co dzień plastikowy zegarek Casio ze stoperem i budzikiem. I jest pewnie znacznie wygodniejszy. Rezygnuję i odkładam rolexa do szuflady.

I jeszcze zdjęcie siostry i mnie z dzieciństwa. To zdjęcie też leżało w głębi szuflady. Jesteśmy gdzieś nad morzem i oboje wesoło się uśmiechamy. Siostra jest odwrócona bokiem i połowa jej twarzy tonie w głębokim cieniu. Przez to uśmiech zdaje się przecięty na pół. W jej twarzy kryje się podwójne znaczenie, jak na zdjęciu maski z tragedii greckiej, które widziałem w podręczniku. Światło i cień. Nadzieja i rozczarowanie. Śmiech i smutek. Zaufanie i samotność. A ja śmiało patrzę prosto w obiektyw. Na plaży nie ma nikogo prócz nas. Ubrani jesteśmy w kostiumy kąpielowe. Siostry jest jednoczęściowy, czerwony w kwiatki, a ja mam na sobie okropne za luźne niebieskie kąpielówki. Trzymam coś w dłoni. Wygląda to na plastikową rurkę. Biała piana fali obmywa nam stopy.

Kto i kiedy mógł zrobić to zdjęcie? Dlaczego mam taką wesołą minę? Jak mi się udało zrobić taką wesołą minę? Dlaczego ojciec zostawił sobie tu tylko to zdjęcie? Same zagadki. Ja mam pewnie ze trzy lata, siostra około dziewięciu. Czy tak się razem bawiliśmy? Wcale nie pamiętam, że byliśmy całą rodziną nad morzem. Nie pamiętam żadnego wspólnego wyjazdu. W każdym razie nie chciałem zostawiać u ojca takiego zdjęcia. Wkładam starą fotkę do portfela. Nie ma zdjęcia matki. Ojciec musiał wszystkie wyrzucić.

Po krótkim namyśle postanawiam zabrać telefon komórkowy. Kiedy ojciec się zorientuje, że telefon zniknął, być może zadzwoni do firmy telefonicznej i rozwiąże z nimi umowę. W takim wypadku komórka do niczego mi się nie przyda. Lecz włożyłem ją do plecaka. Zapakowałem też ładowarkę. Jest lekka. I mogę ją zawsze wyrzucić, jeżeli telefon przestanie działać.

Postanawiam zapakować do plecaka tylko potrzebne rzeczy. Najtrudniejsze jest wybranie ubrań. Ile zmian bielizny potrzebuję? Ile swetrów? A ile koszul, ile par spodni, czy potrzebne będą rękawiczki, szalik, szorty, płaszcz? Jak się człowiek zacznie zastanawiać, to nie ma temu końca. Ale jedno jest jasne – nie chcę wędrować po nieznanych okolicach z wielkim bagażem, po którym od razu będzie można poznać, że uciekłem z domu. Od razu ktoś zwróciłby uwagę. Zabrałaby mnie policja i natychmiast odesłaliby mnie do domu. Albo zainteresowaliby się mną jacyś podejrzani osobnicy.

Dochodzę do wniosku, że wystarczy trzymać się z daleka od zimnych okolic. To przecież prosta sprawa. Pojadę gdzieś, gdzie jest ciepło. Wtedy nie będę potrzebował płaszcza. Ani rękawiczek. Jeżeli nie trzeba być przygotowanym na zimno, liczba potrzebnych ubrań maleje o połowę. Wybrałem łatwe do prania, szybko schnące, możliwie cienkie i zajmujące mało miejsca rzeczy, złożyłem je w małe kostki i wepchnąłem do plecaka. Prócz ubrań ciepły śpiwór, który da się ciasno zwinąć, prosty zestaw przyborów do mycia, peleryna od deszczu, zeszyt i długopis, walkman, dziesięć płyt (muzyka jest mi niezbędna), zapas baterii do ładowania – to mniej więcej wszystko. Nie potrzebuję menażki i kuchenki. Są za ciężkie i zajmują za dużo miejsca. Jedzenie będę mógł kupić w sklepach całodobowych. Spędziłem dużo czasu na skracaniu listy rzeczy do zabrania. Dopisywałem różne i skreślałem. Znów dużo dopisywałem i ponownie skreślałem.

Zdawało mi się, że piętnaste urodziny to najodpowiedniejszy moment na odejście. Przedtem byłoby za wcześnie, a potem prawdopodobnie za późno.

Podczas dwóch lat gimnazjum intensywnie przygotowywałem organizm do tej ucieczki. Od wczesnych lat szkoły podstawowej chodziłem na dżudo, po zdaniu do gimnazjum też trochę jeszcze trenowałem, lecz nie zapisałem się do szkolnego klubu sportowego. Kiedy miałem czas, biegałem sam po boisku, pływałem w basenie, chodziłem do dzielnicowego klubu sportowego i ćwiczyłem na siłowni, chcąc wyrobić mięśnie. Pewien młody trener pokazał mi, jak wykonywać ćwiczenia rozciągające i korzystać z urządzeń siłowni, jak efektywnie wzmocnić mięśnie całego ciała. Powiedział, których używa się w codziennym życiu, a które można wyrobić tylko na maszynach. Nauczył mnie, jak podnosić ciężary. Na szczęście byłem wysoki i dzięki codziennym ćwiczeniom wyrobiłem sobie szerokie bary i umięśnioną pierś. Jeżeli ktoś mnie nie znał, powinien mi dać jakieś siedemnaście lat. Gdybym wyglądał na swój wiek, prawdopodobnie miałbym w podróży zawracanie głowy.

Z wyjątkiem rozmów z trenerem w siłowni, gosposią, która przychodziła co drugi dzień, i niedającymi się uniknąć rozmowami w szkole, prawie do nikogo się nie odzywałem. Z ojcem od dawna unikaliśmy się nawzajem. Mimo że mieszkaliśmy w tym samym domu, mieliśmy zupełnie inny rozkład dnia: ojciec spędzał całe dnie w odległej pracowni, a ja – oczywiście – starałem się go unikać.

Chodziłem do prywatnego gimnazjum, w którym uczyły się dzieci elity albo po prostu ludzi bogatych. Jeżeli wszystko dobrze poszło, można było bez egzaminów dostać się do liceum będącego częścią tej samej szkoły. Wszyscy mieli równe zdrowe zęby, byli schludnie ubrani i rozmawiali na nudne tematy. Oczywiście nie byłem w klasie lubiany. Otaczałem się wysokim murem, nikogo nie wpuszczałem i starałem się nie wychodzić na zewnątrz. Takich nikt nie lubi. Koledzy czuli przede mną respekt i trzymali się ode mnie z daleka. Może uważali, że jestem nieprzyjemny, czasami pewnie się bali. A ja raczej cieszyłem się, że nikt się mnie nie czepia. Miałem mnóstwo roboty. Podczas długiej przerwy zawsze chodziłem do szkolnej biblioteki i pochłaniałem książki.

I bardzo uważałem na lekcjach. Chłopiec zwany Kawką usilnie mnie do tego namawiał.

Rzeczywiście, wiedza czy umiejętności, których nabywa się w gimnazjum, raczej nie przydadzą się do niczego w prawdziwym życiu. Większość nauczycieli jest do niczego. Wiem. Ale słuchaj, ty zamierzasz uciec z domu. Prawdopodobnie w przyszłości nie będziesz miał okazji chodzić do szkoły, więc powinieneś przyswoić sobie wszystko, czego cię uczą, bez względu na to, czy ci się to podoba, czy nie. Masz to wsączać jak bibuła. Potem będziesz mógł zdecydować, co z tego zostawić, a czego się pozbyć.

Posłuchałem tych rad (zazwyczaj starałem się słuchać rad chłopca zwanego Kawką). Skupiałem się, zmieniałem mózg w gąbkę, wsłuchiwałem się we wszystko, o czym była mowa w klasie, i chłonąłem. Potem w wyznaczonym czasie przetrawiałem i zapamiętywałem. Dzięki temu, mimo że po lekcjach prawie się nie uczyłem, na klasówkach zawsze miałem najlepsze stopnie w klasie.

Moje mięśnie twardniały jak stal, a ja stawałem się coraz bardziej małomówny. Starałem się nie okazywać żadnych uczuć i trenowałem przybieranie takiego wyrazu twarzy, żeby ani nauczyciele, ani koledzy nie orientowali się, o czym myślę. Niedługo wejdę w brutalny świat dorosłych i będę musiał jakoś w nim przetrwać. Muszę być twardszy od innych.

Przeglądając się w lustrze, zauważyłem, że oczy zaczynają mi lśnić zimnym blaskiem jak oczy jaszczurki, a wyraz twarzy staje się coraz bardziej nieustępliwy, obojętny. Uświadomiłem sobie, że nawet nie pamiętam, kiedy się ostatnio śmiałem – musiało to być bardzo dawno. Nawet się nie uśmiechałem. Ani do innych, ani do siebie.

Ale nie zawsze udawało mi się wytrwać w takiej cichej samotności. Bywało, że walił się wysoki mur, który budowałem. Rzadko, ale się zdarzało. Nie wiadomo kiedy znikał i stałem na oczach całego świata nagi i bezbronny. W takich chwilach miałem zamęt w głowie. Straszny zamęt. A do tego była jeszcze ta przepowiednia. Zawsze w pobliżu, jak ciemna woda.

Przepowiednia jest zawsze w pobliżu, jak tajemnicza ciemna woda.

Zwykle ukrywa się gdzieś w nieznanym miejscu, lecz kiedy nadchodzi pewien wyznaczony czas, bezszelestnie wzbiera, występuje z brzegów, chłodzi swym zimnem wszystkie twoje komórki, a ty toniesz w jej okrutnej powodzi, brak ci powietrza. Trzymając się kurczowo kratki wentylacyjnej pod sufitem, za wszelką cenę próbujesz zaczerpnąć powietrza z zewnątrz, lecz jest suche jak pieprz i parzy ci gardło. Woda i suchość, zimno i gorąco, które powinny być sobie przeciwstawne, atakują cię połączonymi siłami.

Na świecie jest tak wiele przestrzeni, lecz nigdzie nie ma przestrzeni dla ciebie – choć wystarczyłaby ci naprawdę niewielka. Kiedy szukasz głosu, znajdujesz jedynie głuche milczenie. A kiedy pragniesz milczenia, wszędzie słychać tylko nieustannie słowa przepowiedni. Bywa, że jej głos włącza tajemniczy przycisk ukryty gdzieś w twojej głowie.

Twoje serce przypomina wielką rzekę wezbraną po długim deszczu. Wszystkie drogowskazy, co do jednego, zostały zalane i porwane w jakieś ciemne miejsce. Lecz powierzchnię rzeki nadal siecze gwałtowny deszcz. Za każdym razem widząc w telewizji powódź, myślisz: „Tak, zgadza się, właśnie takie jest moje serce”.

Przed odejściem myję w łazience twarz i ręce. Obcinam paznokcie, czyszczę uszy, myję zęby. Poświęcam na to dużo czasu, chcąc być jak najczystszy. W niektórych przypadkach czystość jest najważniejsza. Potem staję przed umywalką i uważnie przyglądam się sobie. Widzę rysy odziedziczone po ojcu i matce – chociaż jej zupełnie nie pamiętam. Nie mogę zmienić wyglądu swojej twarzy, choćbym przyjmował obojętny wyraz twarzy, gasił blask w oczach, ćwiczył mięśnie. Choćbym nie wiem jak tego pragnął, nie uda mi się pozbyć gęstych, długich brwi i głębokiej zmarszczki pomiędzy nimi, które musiałem odziedziczyć po ojcu. Gdybym chciał, mógłbym zabić ojca (wcale nie byłoby to trudne przy mojej obecnej sile). Mógłbym też wymazać matkę z pamięci. Lecz nie mogę się pozbyć ich genów. Żeby się ich pozbyć, musiałbym wyrzucić z siebie samego siebie.

I do tego jest przepowiednia. Noszę ją w sobie jak jakiś mechanizm.

Noszę ją w sobie jak jakiś mechanizm.

Gaszę światło i wychodzę z łazienki.

Dom wypełnia ciężka wilgotna cisza. Są w niej szepty nieistniejących, oddechy nieżyjących. Rozglądam się dookoła, zatrzymuję i oddycham głęboko. Patrzę na zegar – minęła trzecia. Wskazówki wydają się strasznie nieprzyjazne. Udają neutralność, choć nie są po mojej stronie. Niedługo już opuszczę to miejsce. Podnoszę niewielki plecak i zarzucam na ramię. Wiele razy zakładałem go na próbę, ale dziś wydaje się cięższy niż zwykle.

Moim celem jest wyspa Shikoku. Wybrałem ją przypadkiem. Patrząc na mapę, doznałem wrażenia, że właśnie tam powinienem pojechać. Wiele razy oglądałem mapę i przy każdej kolejnej okazji zdawało mi się, że to miejsce coraz bardziej mnie pociąga. Jest daleko na południe od Tokio, oddzielone morzem od głównej wyspy Japonii, i ma łagodny klimat. Nigdy nie byłem na Shikoku, nie mam tam żadnych znajomych ani krewnych. Dlatego nawet jeżeli ktoś będzie próbował ustalić moje miejsce pobytu (choć chyba nikt nie będzie), na pewno nie weźmie pod uwagę Shikoku.

Odbieram w kasie na dworcu zamówiony bilet i wsiadam do nocnego autobusu dalekobieżnego. To najtańszy sposób dostania się do Takamatsu. Niewiele ponad dziesięć tysięcy jenów. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Nikt nie pyta o wiek. Nikt mi się nie przygląda. Konduktor mechanicznie sprawdza bilet.

Dwie trzecie miejsc jest wolnych. Większość osób podróżuje jak ja w pojedynkę i w autobusie panuje niemal nienaturalna cisza. Mamy przed sobą daleką drogę do Takamatsu. Z rozkładu wynika, że zajmie około dziesięciu godzin i dotrzemy na miejsce jutro wcześnie rano. Lecz perspektywa długiej podróży mi nie przeszkadza. Czego jak czego, ale czasu mi teraz nie brakuje. Kiedy autobus rusza o ósmej wieczorem, odchylam oparcie siedzenia i od razu zasypiam. Siadam wygodnie i moja świadomość z miejsca zaczyna słabnąć, jakby wyczerpały mi się baterie.

Przed północą nagle zaczyna padać silny deszcz. Od czasu do czasu otwieram oczy i wyglądam spomiędzy tanich zasłonek na nocną autostradę. Krople deszczu głośno uderzają o szyby i rozmazują światło przydrożnych latarni, które stoją w równych odległościach i ciągną się w nieskończoność jak podziałka przymocowanej do świata linijki. Pojawia się światło nowej, a w następnej chwili staje się już światłem starej i znika w tyle. Nawet nie zauważam, kiedy mija północ. I automatycznie, jakby wypchnięte naprzód, nadchodzą moje piętnaste urodziny.

– Wszystkiego najlepszego – mówi chłopiec zwany Kawką.

– Dziękuję – odpowiadam.

Lecz przepowiednia znów towarzyszy mi jak cień. Upewniam się, że mur wokół mnie jeszcze stoi. Zasuwam zasłonki i znów zasypiam.

kot2

Dokument niniejszy do 1986 roku był zaklasyfikowany przez Ministerstwo Obrony Stanów Zjednoczonych jako „ściśle tajny”. Zgodnie z ustawą o upublicznianiu informacji został odtajniony. Jest dostępny w czytelni Archiwum Narodowego (NARA) w Waszyngtonie.

Opisane poniżej dochodzenie zostało przeprowadzone w marcu i kwietniu 1946 roku pod nadzorem majora J.P. Warrena z Wydziału Wywiadu Wojskowego. Podporucznik Robert O’Connell oraz sierżant Harold Katayama prowadzili śledztwo bezpośrednio na miejscu wydarzeń, w gminie X prefektury Yamanashi. Wszystkie przesłuchania prowadził podporucznik Robert O’Connell. Tłumaczeniem z języka japońskiego zajmował się sierżant Katayama, a za protokołowanie odpowiedzialny był szeregowy William Cone.

Przesłuchania odbywały się przez dwanaście dni w pokoju przyjęć Urzędu Miasta X w prefekturze Yamanashi. Podporucznik Warren przesłuchał indywidualnie następujące osoby: nauczycielkę ze szkoły podstawowej X w mieście X gminy X, miejscowego lekarza, dwóch policjantów z miejskiego posterunku oraz sześcioro dzieci.

Załączone mapy terenu w skali 1:10000 oraz 1:2000 zostały sporządzone przez Wydział Badań Topograficznych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Raport Wydziału Wywiadu Wojskowego

Stanów Zjednoczonych (M-S)

Sporządzony dn. 12 maja 1946.

Tytuł: „Raport na temat wydarzeń

na wzgórzu zwanym Miską, 1944”

Numer ewidencji: PTYX-722-8936745-42213-WWN

Przesłuchanie Setsuko Okamochi (lat 26), która podczas opisywanych wydarzeń była wychowawczynią klasy 4b szkoły podstawowej X w mieście X. Przesłuchanie zostało nagrane na taśmę. Dokumenty dotyczące tego przesłuchania skatalogowano pod numerami PTYX-722-SQ-118 do 122.

Uwagi oficera przesłuchującego, podporucznika Roberta O’Connella: Setsuko Okamochi jest drobną kobietą o ładnej twarzy. Inteligentna, ma duże poczucie odpowiedzialności, odpowiada szczerze i na temat. Wydarzenia te musiały być dla niej niemałym szokiem, a jego skutki są nadal widoczne. Wydaje się, że gdy przypomina sobie, co zaszło, odczuwa chwilami duże napięcie nerwowe. Wtedy zaczyna mówić wolniej.

Myślę, że było trochę po dziesiątej. Wysoko na niebie ukazało się srebrne światło. Jasne srebrne lśnienie. Tak, to było niewątpliwie światło odbite od metalu. To lśnienie powoli przesuwało się po niebie od strony Tokio na zachód. Pomyśleliśmy, że to samolot B29. Znajdował się dokładnie nad nami. Dlatego żeby go zobaczyć, musieliśmy podnieść głowy i patrzeć prosto w górę. Niebo było bezchmurne, światło rażące, przez to widzieliśmy tylko lśnienie jakby czegoś z duraluminium.

Ale był tak wysoko, że i tak nie moglibyśmy dostrzec kształtu. To znaczy, że oni też nie mogli nas widzieć, więc nie obawialiśmy się ataku, nie martwiliśmy się, że nagle zaczną spadać bomby. Przecież zrzucanie bomb w głębi gór na nic by się nie zdało. Pomyślałam, że pewnie leci w kierunku jakiegoś dużego miasta, na które zamierza zrzucić bomby, albo wraca po bombardowaniu. Dlatego, choć go widzieliśmy, szliśmy dalej, nie zachowując ostrożności. Uderzyło nas piękno tego lśnienia.

Zgodnie z danymi wojska w tym czasie, to znaczy około dziesiątej rano siódmego listopada tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku, nad tą okolicą nie przelatywały amerykańskie bombowce ani żadne inne samoloty.

Ale widziałam go i ja, i szesnaścioro dzieci i wszyscy myśleliśmy, że to B29. Już przedtem wielokrotnie widywaliśmy eskadry B29. Żadne inne samoloty nie latały tak wysoko. Na terenie prefektury znajdowała się niewielka baza lotnicza i czasami zauważaliśmy japońskie samoloty, ale wszystkie były małe i nie mogły się wzbić tak wysoko. Poza tym duraluminium lśni inaczej niż inne metale, a tylko B29 są z niego zbudowane. Pomyślałam tylko, że to trochę dziwne, że leci jeden samolot, a nie cała eskadra.

Czy pani pochodzi z tych okolic?

Nie. Urodziłam się w prefekturze Hiroshima. W tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym roku wyszłam za mąż i tutaj przyjechałam. Mąż uczył muzyki w tutejszym gimnazjum, ale w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku został powołany i zginął w czerwcu tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku w bitwie o wyspę Luzon. Podobno pełnił straż przy składzie amunicji w okolicach Manili. Skład wybuchnął, trafiony ogniem amerykańskim, i tam mąż zginął. Nie mam dzieci.

Ile dzieci było w klasie, którą pani wtedy prowadziła?

Szesnaścioro, cała klasa z wyjątkiem dwojga nieobecnych z powodu choroby. Ośmiu chłopców i osiem dziewczynek. Było wśród nich pięcioro dzieci ewakuowanych z Tokio.

O dziewiątej rano wyszliśmy ze szkoły na „naukę w terenie”, mieliśmy wodę i drugie śniadanie. Choć była to „nauka w terenie”, nie prowadziłam żadnego specjalnego nauczania. Naszym głównym celem było pójście do lasu, by nazbierać grzybów oraz jadalnych roślin. To są tereny wiejskie i nie odczuwaliśmy jeszcze wtedy tak bardzo braków żywności, ale nie mogę też powiedzieć, że mieliśmy wszystkiego w bród. Obowiązkowe dostawy dla wojska były wielkim obciążeniem i wszyscy z wyjątkiem niewielkiej grupy ludzi chronicznie cierpieli głód.

Dlatego też dzieci zachęcano do szukania pożywienia, gdzie się dało. Sytuacja była krytyczna i nie kładliśmy nacisku na nauczanie. Wtedy wszyscy często chodziliśmy na takie „nauki w terenie”. Wokół szkoły była piękna przyroda, wiele miejsc nadających się na takie „nauki”. W tym sensie mieliśmy szczęście. W miastach wszyscy głodowali. W tamtym czasie już zupełnie urwały się dostawy zaopatrzenia z Tajwanu czy Chin i w miastach brak żywności i opału stał się poważnym problemem.

Do klasy chodziło pięcioro dzieci ewakuowanych z Tokio. Czy ich stosunki z miejscowymi dziećmi były dobre?

Jeżeli chodzi o moją klasę, to wszystko mniej więcej dobrze się układało. Oczywiście to były miejskie dzieci, które nagle znalazły się na wsi. Wychowały się w zupełnie innym otoczeniu. Używały innych słów, inaczej się ubierały. Większość miejscowych pochodziła z ubogich rodzin chłopskich, a te z Tokio to były głównie dzieci pracowników firm i urzędników państwowych. Dlatego nie mogę powiedzieć, że dobrze się rozumiały.

Szczególnie na początku wytworzyła się między dwoma grupami jakby sztywna bariera. Nie kłóciły się ani nie dokuczały sobie nawzajem, tylko w ogóle się nie rozumiały. Dlatego trzymały się razem w oddzielnych grupach. Lecz po dwóch miesiącach w dużym stopniu przywykły do siebie. Kiedy dzieci zaczną się razem bawić, bariery kulturowe i środowiskowe stosunkowo łatwo znikają.

Proszę jak najdokładniej opowiedzieć, gdzie zaprowadziła pani dzieci tego dnia.

To było na wzgórzu, na które często chodziliśmy na wycieczki. Jest na górze zaokrąglone, ma kształt odwróconej miski, dlatego zazwyczaj nazywaliśmy je Miską. Nie jest zbyt strome, każdy łatwo na nie wejdzie. Znajduje się niedaleko szkoły, na zachód. Dojście na szczyt zabiera dzieciom mniej więcej dwie godziny. Po drodze zbieraliśmy grzyby, jedliśmy drugie śniadanie. Dzieci wolały takie „nauki w terenie” od siedzenia w klasie.

Ten błysk samolotu wysoko na niebie przypomniał nam na krótko o wojnie, ale to była jedynie chwila i zasadniczo byliśmy wszyscy w dobrych humorach, szczęśliwi. Była piękna bezchmurna pogoda, bezwietrznie, w górach panowała cisza, dobiegał tylko śpiew ptaków. Mieliśmy wrażenie, że wojna toczy się w jakimś dalekim kraju i nas nie dotyczy. Szliśmy górską ścieżką, śpiewając piosenki. Czasami naśladowaliśmy głosy ptaków. I gdyby nie tocząca się wojna, byłby to cudowny, naprawdę wymarzony poranek.

Zaraz po zauważeniu tego czegoś wyglądającego na samolot całą grupą weszliście do lasu, prawda?

Tak. Sądzę, że weszliśmy do lasu w niecałe pięć minut po zobaczeniu samolotu. Zeszliśmy z górskiej drogi i ruszyliśmy wydeptaną ścieżką po zboczu. To jedyny dość stromy kawałek. Po dziesięciu minutach wychodzi się na polanę. Jest dość rozległa, płaska jak stół. Kiedy idzie się przez las, panuje cisza, słońce tam nie dochodzi, robi się chłodniej, lecz ta polana przypomina niewielki placyk, nad głową widać niebo. Kiedy szliśmy całą klasą na Miskę, często się tam zatrzymywaliśmy. Sama nie wiem dlaczego, ogarniał tam człowieka spokojny pogodny nastrój.

Doszliśmy na polanę i tam odpoczęliśmy. Zdjęliśmy plecaki i podzieliwszy się na trzy- lub czteroosobowe grupy, zaczęliśmy zbierać grzyby. Ustaliłam zasadę, że nikomu nie wolno oddalić się i stracić z oczu własnej grupy. Zebrałam wszystkie dzieci i jeszcze raz wbijałam im do głów tę zasadę. Co prawda dobrze znały to miejsce, ale to przecież las i gdyby się pogubiły, byłby kłopot. To były przecież małe dzieci. Kiedy rozbiegną się za grzybami, zapominają o całym świecie i niechcący mogą zapomnieć, co wolno, a czego nie wolno. Dlatego ciągle je liczyłam podczas zbierania grzybów.

Zaczęły padać na ziemię jakieś dziesięć minut po rozpoczęciu grzybobrania w okolicy polanki.

Kiedy zobaczyłam troje leżących na ziemi, najpierw pomyślałam, że musiały zjeść trujące grzyby. W tych okolicach rośnie wiele silnie trujących grzybów, których spożycie grozi śmiercią. Miejscowe dzieci potrafią je rozpoznać, ale w niektórych przypadkach łatwo się pomylić. Dlatego zabroniłam im surowo brać do buzi jakiekolwiek grzyby, zanim nie zaniesiemy ich do szkoły i specjalista nam nie powie, że są jadalne. Ale uczniowie nie zawsze są posłuszni.

Podbiegłam do leżących dzieci i próbowałam je podnieść. Lecz ich ciałka zrobiły się miękkie jak rozgrzana na słońcu guma. Były całkowicie bezwładne, przypominały puste pancerze owadów. Lecz oddychały. Sprawdziłam im puls – był mniej więcej normalny. Nie miały też gorączki. Buzie były spokojne, jakby nic im nie dolegało. Nie wyglądało to na reakcję na użądlenie pszczoły czy ukąszenie węża. Dzieci były po prostu nieprzytomne.

Najdziwniej wyglądały ich oczy. Wzrok miały nieobecny jak wzrok śpiącego, lecz ich oczy nie były zamknięte, a zupełnie normalnie otwarte i zdawało się, że na coś patrzą. Czasami nawet mrugały. To znaczy, że dzieci nie spały. Oczy powoli się poruszały. Spokojnie przesuwały się z lewa na prawo i z powrotem, jakby podziwiały jakiś położony w oddali krajobraz. Źrenice zdawały się przytomne. Ale w rzeczywistości oczy nic nie widziały. A przynajmniej nie widziały niczego, co było przed nimi. Machałam ręką, zasłaniałam dzieciom oczy, lecz ich źrenice zupełnie nie reagowały.

Podniosłam po kolei całą trójkę. Wszystkie były w dokładnie takim samym stanie: nieprzytomne, oczy otwarte i przesuwające się powoli z jednej strony na drugą. Był to niecodzienny widok.

Ta pierwsza trójka dzieci to byli chłopcy czy dziewczynki?

Same dziewczynki. Trzy przyjaciółki. Wołałam je głośno po imieniu i klepałam po policzkach. Dosyć mocno uderzałam. Lecz nie reagowały. Nic nie czuły. Jakby moja dłoń trafiała w próżnię. To było bardzo dziwne uczucie.

Przyszło mi do głowy, żeby kazać jednemu z uczniów pobiec po pomoc do szkoły. Nie mogłam przecież sama zanieść trzech nieprzytomnych dziewczynek. Rozejrzałam się więc za chłopcem, który najszybciej biegał. Ale wstając, zauważyłam, że wszystkie dzieci leżą na ziemi. Cała szesnastka, bez wyjątku, leżała nieprzytomna. Ja jedna jedyna nie straciłam przytomności. To wyglądało zupełnie jak… pole bitwy.

Nie zauważyła pani poza tym nic niezwykłego? Na przykład jakiegoś zapachu, dźwięku, jakiegoś światła?

(zastanawia się przez chwilę) Nie, tak jak przed chwilą powiedziałam, wokoło panowała cisza i spokój. Dźwięki, zapachy, światło się nie zmieniły. Tylko cała moja klasa, wszystkie dzieci leżały nieprzytomne. Miałam wtedy wrażenie, że zostałam zupełnie sama na świecie. Czułam się bardzo samotna. Niewyobrażalnie samotna. Miałam ochotę o niczym nie myśleć i zniknąć w jakiejś próżni. Ale oczywiście byłam odpowiedzialna za tę klasę jako ich wychowawczyni. Od razu wzięłam się w garść i pobiegłam do szkoły po pomoc najszybciej jak umiałam.

kot3

Budzę się przed świtem. Odsuwam zasłonkę i wyglądam. Deszcz już ustał, ale jeszcze przed chwilą musiał padać, ponieważ wszystko za oknem jest pociemniałe i pokryte kroplami. Po wschodniej stronie nieba unosi się kilka wyraźnie zarysowanych chmur, jakby obramowanych światłem. Jego odcień zdaje się złowróżbny, a jednocześnie jest przyjazne. To wrażenie co chwila się zmienia, zależnie od kąta obserwacji.

Autobus jedzie autostradą ze stałą szybkością. Dźwięk opon ani się nie wzmaga, ani nie cichnie. Obroty silnika także są ciągle takie same. Ten monotonny dźwięk ściera na proch czas, ludzką świadomość. Inni pasażerowie pozasuwali szczelnie zasłonki i śpią zwinięci na siedzeniach. Chyba nie śpimy tylko ja i kierowca. Jesteśmy efektywnie, bardzo beznamiętnie transportowani na miejsce przeznaczenia.

Czuję pragnienie, więc wyjmuję z kieszeni plecaka butelkę wody mineralnej i piję. Jest letnia. Z tej samej kieszeni wyciągam pudełko krakersów, zjadam kilka. W ustach mam dobrze znajomy suchy smak. Zegarek elektroniczny wskazuje 4:32. Na wszelki wypadek sprawdzam datę i dzień tygodnia. Z tych liczb wynika, że opuściłem dom około trzynastu godzin temu. Czas nie upłynął za szybko ani nie zaczął się cofać. Jeszcze są moje urodziny. Zamykam oczy, otwieram i ponownie sprawdzam na zegarku czas i datę. Potem zapalam światło nad siedzeniem i zaczynam czytać książkę w wydaniu kieszonkowym.

Po piątej autobus nieoczekiwanie zjeżdża z autostrady i zatrzymuje się na jakimś dużym parkingu. Rozlega się świst sprężonego powietrza, otwierają się przednie drzwi. Zapala się światło, a kierowca wygłasza krótki komunikat: „Dzień dobry państwu. Zgodnie z rozkładem za godzinę dojedziemy do dworca w Takamatsu, ale przedtem zrobimy tutaj dwudziestominutową przerwę. Odjazd o piątej trzydzieści. Bardzo proszę, żeby do tego czasu wszyscy wrócili do autobusu”.

Większość pasażerów budzi się dopiero na ten komunikat. Wstają w milczeniu. Ziewają i niechętnie wysiadają z autobusu. Wiele osób pewnie zrobi tu poranną toaletę, przed przyjazdem do Takamatsu. Ja też wysiadam, biorę parę głębokich oddechów, przeciągam się, robię kilka ćwiczeń rozciągających na świeżym rannym powietrzu. Idę do łazienki i myję nad umywalką twarz. Zastanawiam się, gdzie właściwie jesteśmy. Wychodzę na dwór i rozglądam się. Niczym niewyróżniający się, zwyczajny krajobraz wzdłuż autostrady. Jednak, choć mogło mi się tylko wydawać, kształt gór, kolor drzew są jakoś inne niż w okolicy Tokio.

Idę do barku i piję darmową gorącą zieloną herbatę, gdy wchodzi młoda kobieta i siada na sąsiednim plastikowym krześle. W prawej ręce trzyma papierowy kubek z kawą z automatu. Znad kubka unosi się para. W lewej dłoni ma pudełko z kanapkami, które też musiała kupić w automacie.

Szczerze mówiąc, ma dość dziwną twarz. To znaczy, nawet gdyby ktoś bardzo chciał, nie mógłby jej nazwać ładną. Ma szerokie czoło, mały zaokrąglony nosek, policzki pokryte piegami. Uszy są spiczaste. Jej twarz raczej zwraca uwagę. Wygląda, jakby rysy dobrano przypadkowo. Ale w sumie wcale nie sprawia złego wrażenia. Wydaje się, że jej właścicielka, choć może nie jest zadowolona ze swojego wyglądu, przywykła do niego i nie przejmuje się, a to na pewno najważniejsze. Ma w sobie coś dziecinnego, co uspokaja. Przynajmniej mnie uspokaja. Nie jest zbyt wysoka, lecz szczupła i smukła, ze stosunkowo dużym biustem. Nogi też ma zgrabne.

W uszach nosi małe złote kolczyki wiszące, które co chwila błyskają silnym blaskiem jak duraluminium. Włosy do ramion ufarbowała na ciemny brąz (prawie rudy). Ma na sobie koszulę z długimi rękawami, w poprzeczne paski, z dekoltem w łódkę. Na ramię zarzuciła niewielki plecak, a wokół szyi okręciła cienki letni sweter. Do tego kremowa bawełniana minispódniczka, pończoch brak. Musiała umyć w łazience twarz, bo do szerokiego czoła przylgnęło kilka mokrych kosmyków, jak cienkie korzonki jakiejś rośliny. Jakoś budzi to moją sympatię.

– Jedziesz tym autobusem, prawda? – pyta. Głos lekko ochrypły.

– Uhm.

Marszczy brwi i wypija łyk kawy. – Ile masz lat?

– Siedemnaście – kłamię.

– Licealista?

Przytakuję.

– Dokąd jedziesz?

– Do Takamatsu.

– To tak jak ja. Jesteś stamtąd czy tylko tam jedziesz?

– Jadę – odpowiadam.

– Ja też. Mam tam koleżankę. Bliską koleżankę. A ty?

– Mam krewnych.

Kiwa głową ze zrozumieniem i więcej już nie pyta.

– Mam brata w twoim wieku – mówi, jakby nagle sobie o tym przypomniała. – Z pewnych powodów już bardzo dawno go nie widziałam… A ty jesteś strasznie podobny do tego faceta. Ktoś ci już to mówił?

Tego faceta?

– No, tego, co śpiewa w tym zespole. Od razu tak pomyślałam, jak cię zobaczyłam w autobusie. Tylko nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska. Myślę o tym ciągle, mało mi głowa nie pęknie, ale nic z tego. Nikt ci przedtem nie mówił, że jesteś do kogoś podobny?

Potrząsam głową. Nikt mi nie mówi takich rzeczy. Znowu przygląda mi się spod zmrużonych powiek.

– Do kogo?

– Do kogoś z telewizji.

– Kogoś, kto występuje w telewizji?

– Tak, kogoś, kto występuje w telewizji. – Wyjmuje kanapkę z szynką, żuje ją obojętnie i popija kawą. – Ten chłopak śpiewa w jakimś zespole. Nic z tego. Nazwy zespołu też nie pamiętam. Wysoki, szczupły chłopak, mówi z akcentem z Kansai[1]. Nikt ci nie przychodzi do głowy?

– Nie wiem. Nie oglądam telewizji.

Marszczy czoło i wlepia we mnie wzrok. – Nie oglądasz? Wcale?

W milczeniu kręcę głową. A może powinienem skinąć? Kiwam.

– Mało się odzywasz, a nawet jak coś powiesz, to najwyżej jedno zdanie. Zawsze taki jesteś?

Czerwienię się. Nie mówię za wiele częściowo dlatego, że z natury jestem małomówny, lecz jest też inna przyczyna – mój głos po mutacji jeszcze czasami się załamuje. Choć na ogół jest niski, czasami nieoczekiwanie mnie zawodzi. Dlatego staram się za dużo nie mówić.

– Nieważne, wszystko jedno – podejmuje rozmowę dziewczyna. – Jesteś podobny do tego chopaka, który śpiewa w jednym zespole i mówi z akcentem z Kansai. Ty oczywiście nie mówisz z takim akcentem. Tylko… jakby to powiedzieć… sprawiasz podobne wrażenie. Dość sympatyczne. Tylko o to mi chodziło.

Jej uśmiech lekko się zmienia – jakby na chwilę odszedł i wrócił.

Nadal jestem czerwony jak burak.

– Gdybyś zmienił fryzurę, byłbyś jeszcze bardziej podobny. Musiałbyś trochę zapuścić włosy, posmarować żelem i nastroszyć. Jak bym mogła, to teraz bym ci pokazała. Na pewno byłoby ci do twarzy. Prawdę mówiąc, jestem fryzjerką.

Kiwam głową. Potem popijam herbatę. W barku jest bardzo cicho. Nie gra nawet żadna muzyka. Nie słychać rozmów.

– Nie lubisz rozmawiać? – pyta mnie poważnie, opierając policzek na dłoni.

Potrząsam głową. – Nie, coś ty!

– Chcesz, żebym ci dała spokój?

Jeszcze raz potrząsam głową.

Bierze do ręki kanapkę. To kanapka z dżemem truskawkowym. Marszczy brwi z niedowierzaniem. – Słuchaj, nie zjadłbyś tego? Kanapki z dżemem truskawkowym to jedna z rzeczy, których naprawdę nie cierpię. Od dziecka nie cierpię.

Przyjmuję kanapkę. Nie przepadam wcale za kanapkami z dżemem truskawkowym, ale zjadam w milczeniu. Siedząc po drugiej stronie stolika, upewnia się, że całą zjadłem.

– Mam do ciebie prośbę – mówi.

– Jaką?

– Czy mogę usiąść obok ciebie na resztę podróży? Jakoś sama czuję się nieswojo. Zdaje mi się, że może koło mnie usiąść jakiś świr, i nie mogę usnąć. Kiedy kupowałam bilet, powiedziano mi, że miejsca są pojedyncze, ale jak wsiadłam do autobusu, to okazało się, że wszystkie siedzenia są dwuosobowe. Chciałabym się choć trochę przespać, zanim dojedziemy do Takamatsu. A ty nie wyglądasz na świra. No jak, masz coś przeciwko temu?

– Nie mam.

– Dzięki. Podróży trzeba towarzysza.

Kiwam głową. Zdaje mi się, że ciągle kiwam tylko głową. Ale co mam powiedzieć?

– A jak jest dalej? – pyta.

– Dalej?

– Podróży trzeba towarzysza. Było coś dalej w tym przysłowiu. Nie pamiętam. Zawsze byłam słaba z japońskiego.

– A ludziom serca.

– Podróży trzeba towarzysza, a ludziom serca – powtarza, jakby się upewniała. Gdyby miała papier i ołówek, pewnie by zapisała. – Słuchaj, o co w tym chodzi? Jakby to normalnie powiedzieć?

Zastanawiam się. Zajmuje mi to dość dużo czasu, lecz ona cierpliwie czeka.

– Myślę, że to coś takiego: przypadkowe spotkania są dla człowieka dość ważne. Mówiąc normalnie.

Rozmyśla nad tym jakiś czas, ale po chwili splata dłonie na stole. – Rzeczywiście tak jest. Przypadkowe spotkania są w życiu bardzo ważne. Tak uważam.

Spoglądam na zegarek. Jest już pół do piątej. – Chyba powinniśmy wracać?

– Tak, chodźmy – mówi, lecz wcale się nie podnosi.

– A właśnie, gdzie jesteśmy? – pytam.

– Hm… nie wiem – prostuje się i rozgląda dookoła. Kolczyki chwieją się niepewnie jak dojrzałe owoce.

– Ja też nie wiem. Biorąc pod uwagę, która jest godzina, pewnie gdzieś w okolicach Kurashiki. Ale to przecież nie ma znaczenia. Przez takie przystanki przy autostradzie tylko się przejeżdża w drodze z jednego miejsca do drugiego.

Podnosi dwa palce wskazujące. Są oddalone o około trzydzieści centymetrów od siebie.

– Nazwa miejscowości nie gra roli. To tylko toaleta i jedzenie. Jarzeniówki i plastikowe krzesła. Niesmaczna kawa. Kanapki z dżemem truskawkowym. Takie rzeczy nie mają znaczenia. Ważne jest tylko to, skąd przyjechaliśmy i dokąd jedziemy. Nie uważasz?

Kiwam głową. Kiwam głową. Kiwam głową.

Kiedy wracamy do autobusu, inni pasażerowie są już na miejscach, a kierowca gotów do odjazdu. Jest to młody mężczyzna o przenikliwym wzroku. Wygląda raczej na strażnika śluzy niż na kierowcę autobusu. Spogląda na nas – spóźnionych – z pretensją, lecz nic nie mówi. Dziewczyna rzuca mu miły, przepraszający uśmiech. Kierowca przyciska wajchę i drzwi zamykają się z sykiem sprężonego powietrza. Dziewczyna przesiada się na miejsce koło mnie, taszcząc niewielką walizkę. Jest to nijaka walizka kupiona pewnie w osiedlowym domu handlowym. Ciężka, choć nieduża. Podnoszę ją i kładę na półce na bagaże. Dziewczyna dziękuje mi. Potem odchyla oparcie siedzenia i od razu zasypia. Autobus rusza, jakby już nie mógł się doczekać. Wyciągam z kieszeni książkę i zaczynam czytać.

Dziewczyna śpi głęboko, wkrótce na jakimś zakręcie jej głowa opada na moje ramię i tak już zostaje. Nie ciąży mi. Dziewczyna ma zamknięte usta, oddycha cicho przez nos. Jej oddech w regularnych odstępach owiewa mi ramię. W łódkowym wycięciu koszuli widać ramiączko stanika. Cienkie kremowe ramiączko. Wyobrażam sobie delikatny materiał biustonosza poniżej. Wyobrażam sobie ukryte w nim miękkie piersi. Wyobrażam sobie różowe sutki twardniejące pod moimi palcami. Nie chcę sobie tego wyobrażać, ale nie mogę się powstrzymać. W rezultacie oczywiście dostaję erekcji. Takiej silnej erekcji, że aż się zastanawiam, jak część ciała może się stać taka twarda.

Jednocześnie rodzi się we mnie podejrzenie, czy dziewczyna przypadkiem nie jest moją siostrą? Ma mniej więcej tyle lat co ja. Jej charakterystyczne rysy bardzo różnią się od rysów siostry na tamtym zdjęciu. Ale zdjęcia niczego nie dowodzą. Zdarza się przecież, że wygląda się na nich zupełnie inaczej niż w rzeczywistości. Ma brata w moim wieku, lecz bardzo dawno go nie widziała. Przecież niewykluczone, że to ja.

Patrzę na jej piersi. Ich okrągłości powoli unoszą się i opadają w rytm oddechu, jak fale. Przywodzi mi to na myśl ogromne morze, na które cicho i nieprzerwanie pada deszcz. Jestem samotnym podróżnym na pokładzie, a ona jest morzem. Pokryte szarością niebo w oddali na horyzoncie spotyka się z szarą wodą. Trudno jest tam odróżnić morze od nieba. Trudno też odróżnić podróżnego od morza. I trudno odróżnić, co jest rzeczywistością, a co zrodziło się jedynie w sercu.

Dziewczyna ma na palcach dwa pierścionki. Nie obrączkę albo pierścionek zaręczynowy, a tanie pierścionki dla młodych dziewczyn, jakie sprzedają w domach towarowych. Jej palce są szczupłe, lecz długie, proste, zdają się silne. Paznokcie krótkie i zadbane. Bladoróżowy lakier. Ręce spoczywają na kolanach wystających spod minispódniczki. Mam ochotę dotknąć tych palców. Ale oczywiście tego nie robię. We śnie przypomina małą dziewczynkę. Spomiędzy włosów jak grzybki wyzierają spiczaste uszy. Sprawiają wrażenie dziwnie bezbronnych.

Zamykam książkę i spoglądam na krajobraz za oknem. I nie wiedząc kiedy, zapadam w sen.

kot4

Raport Wydziału Wywiadu Wojskowego

Stanów Zjednoczonych (M-S)

Sporządzony dn. 12 maja 1946.

Tytuł: „Raport na temat wydarzeń

na wzgórzu zwanym Miską, 1944”

Numer ewidencji: PTYX-722-8936745-42216-WWN

Przesłuchanie Shigeichiego Nakazawy (lat 53), który podczas opisywanych wydarzeń był lekarzem internistą w mieście X. Przesłuchanie zostało nagrane na taśmę. Dokumenty dotyczące tego przesłuchania skatalogowano pod numerami PTYX-722-SQ-162 do 183.

Uwagi oficera przesłuchującego, podporucznika Roberta O’Connella: doktor Nakazawa z powodu potężnej budowy ciała i opalenizny wygląda raczej na właściciela gospodarstwa rolnego niż na lekarza. Jest zrównoważony, wypowiada się energicznie i zwięźle. Mówi szczerze, co myśli. Oczy patrzą przenikliwie zza okularów. Zdaje się dokładnie pamiętać wszystkie wydarzenia.

Tak, siódmego listopada tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku po jedenastej rano zostałem przez telefon wezwany przez zastępcę kierownika miejskiej szkoły. Posłali po mnie, ponieważ bywałem tam czasem kimś w rodzaju szkolnego lekarza. Strasznie im się spieszyło.

Podobno jakaś klasa poszła w góry na grzyby i wszystkie dzieci straciły przytomność. Ponoć były zupełnie nieprzytomne. Przytomna była jedynie nauczycielka, która miała je pod opieką, więc zostawiwszy dzieci, pobiegła po pomoc. Chwilę wcześniej dotarła do szkoły. Ale choć się dopytywali, z powodu strasznego zdenerwowania nie bardzo była w stanie wytłumaczyć, co się stało. Pewne było jedynie to, że w górach leżało szesnaścioro nieprzytomnych dzieci.

Najpierw pomyślałem, że skoro poszły na grzyby, musiały zjeść jakieś trujące i trucizna sparaliżowała im układ nerwowy. To byłoby straszne. W zależności od gatunku grzyby zawierają różne trucizny i wymagają różnych rodzajów leczenia. Na początek mógłbym tylko wywołać wymioty i zrobić płukanie żołądka. Lecz jeżeli była to silna trucizna i proces trawienia był już zaawansowany, nic nie dałoby się zrobić. W tych okolicach co roku kilka osób umiera wskutek zatrucia grzybami.

Na wszelki wypadek wziąłem pełną torbę leków, które mogły pomóc w nagłych wypadkach, wskoczyłem na rower i pognałem do szkoły. Było tam już dwóch policjantów, wezwanych przez szkołę. Jeżeli dzieci są nieprzytomne, będzie trzeba je przetransportować na dół do miasta, a do tego potrzeba ludzi. Ale toczyła się wojna i większość młodych mężczyzn powołano do wojska. Więc poszliśmy ja, ci policjanci, jeden starszy nauczyciel, kierownik, jego zastępca, woźny i ta młoda wychowawczyni. Zabraliśmy wszystkie rowery, jakie były, a ci, dla których nie starczyło, jechali na ramach.

O której mniej więcej godzinie dotarliście na miejsce wypadku?

Dobrze to pamiętam, ponieważ sprawdziłem czas na zegarku. Była jedenasta pięćdziesiąt pięć. Dojechaliśmy rowerami do podnóża góry, tak daleko, jak się dało, a potem zaczęliśmy się wspinać, właściwie biegiem.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, kilkorgu dzieciom już w pewnym stopniu wróciła świadomość i powstawały. Ile ich mogło być? Chyba troje albo czworo. Powiedziałem, że powstawały, ale jeszcze nie całkiem przyszły do siebie, więc podnosiły się niepewnie, na czworakach, podpierały się rękami. Pozostałe leżały dalej na ziemi. Ale kilkoro innych zaczęło odzyskiwać przytomność, obracały się niemrawo, poruszały jak wielkie owady. To był niezwykły widok. Polanka w lesie, dziwnie płaska, jakby wycięta wśród drzew i jasno oświetlona jesiennym słońcem. Na niej leży bezładnie szesnaścioro dzieci. Niektóre się poruszały, inne leżały nieruchomo. Wyglądało to zupełnie jak scena z jakiejś awangardowej sztuki.

Przez chwilę zapomniałem o swojej powinności lekarza, zamarłem i przyglądałem się temu z zapartym tchem. Nie tylko ja. Wszyscy staliśmy przez dłuższą lub krótszą chwilę jak sparaliżowani. To dziwnie zabrzmi, ale wydawało mi się wręcz, że wskutek jakiejś pomyłki jesteśmy świadkami czegoś, czego zwykłym ludziom nie wolno oglądać. Toczyła się wojna, więc choć to taka prowincja, jako lekarz byłem zawsze przygotowany na wszelkie możliwe sytuacje. Bez względu na to, co się stało, moim obywatelskim obowiązkiem było spokojnie wykonywać swoją pracę. Lecz na ten widok dosłownie skamieniałem.

Jednak wkrótce przyszedłem do siebie i podniosłem jedno z dzieci. Dziewczynkę. Była całkowicie bezwładna, jak szmaciana lalka. Oddychała regularnie, ale była nieprzytomna. Oczy miała otwarte. Poruszały się z lewa na prawo, na coś patrzyły. Wyjąłem z torby niewielką latarkę i zaświeciłem jej w źrenice. Nie było reakcji. Oczy działały, na coś patrzyły, lecz nie reagowały na światło. To było zadziwiające. Podniosłem kilkoro dzieci i zrobiłem to samo, lecz reakcja była identyczna – żadna.

Potem zmierzyłem im tętno i temperaturę. Pamiętam, że tętno miały regularne, od pięćdziesięciu do pięćdziesięciu pięciu, temperaturę wszystkie poniżej trzydziestu sześciu stopni. Chyba około trzydziestu pięciu i pięciu kresek. Tak, to dość wolne tętno jak na dzieci w tym wieku i temperatura za niska prawie o jeden stopień. Powąchałem ich oddech, lecz nie poczułem żadnego dziwnego zapachu. W gardle i na języku też nie było zmian.

Na pierwszy rzut oka mogłem ocenić, że nie mają symptomów zatrucia pokarmowego. Nikt nie wymiotował. Nikt nie miał biegunki. Nikt nie czuł bólu. Kiedy zje się coś niedobrego, po takim czasie występuje niewątpliwie przynajmniej jeden z tych objawów. Upewniwszy się, że to nie jest zatrucie pokarmowe, poczułem ulgę. Ale nie miałem pojęcia, co w takim razie mogło im się stać.

Podobne objawy występują przy porażeniu słonecznym. Latem dzieci często mdleją od porażenia. Jedno się przewróci i zaraz inne zaczynają padać jak muchy, jakby się pozarażały. Ale był listopad. Do tego w lesie panował chłód. Gdyby zemdlało jedno albo dwoje, mogłoby to być od słońca, ale nie do pomyślenia, żeby w takim miejscu cała szesnastka dostała udaru słonecznego.

Poza tym przyszedł mi do głowy tylko gaz. Trujący gaz, pewnie coś w rodzaju gazu paraliżującego nerwy. Coś naturalnego albo sztucznie wyprodukowanego… Ale nie wiedziałem, skąd w środku lasu, z dala od ludzkich siedzib miałby się wziąć gaz. Lecz jeśli założyć, że to był gaz, dałoby się całe zjawisko logicznie wytłumaczyć. Dostał się do płuc dzieci wraz z powietrzem, straciły przytomność i poupadały. A nauczycielce nic się nie stało, ponieważ stężenie było niskie i organizm dorosłej osoby sobie z nim poradził.

Lecz nie miałem zielonego pojęcia, jakie leczenie należy zastosować. Jestem lekarzem w prowincjonalnym miasteczku i nie posiadam specjalistycznej wiedzy o gazach trujących. Byłem w kropce. Z tego górskiego odludzia nie mogłem zadzwonić do specjalisty z pytaniem o radę. Jednak wtedy u kilkorga dzieci pojawiły się symptomy powrotu do świadomości i pomyślałem, że być może wraz z upływem czasu same oprzytomnieją. Było to niezwykle optymistyczne założenie, ale szczerze mówiąc, nic innego nie przyszło mi do głowy. Więc postanowiłem dać dzieciom jeszcze trochę poleżeć i zobaczyć, co się stanie.

Czy w powietrzu nie wyczuł pan żadnej zmiany?

Nie dawało mi to spokoju, więc kilka razy brałem głębokie oddechy, żeby sprawdzić, czy nie wyczuję jakiegoś niezwykłego zapachu, ale czułem tylko normalne leśne, górskie powietrze. Pachniało drzewami. Było orzeźwiające. W trawie i poszyciu też nic nadzwyczajnego nie zauważyłem. Nie widziałem niczego o zmienionym kształcie czy kolorze.

Obejrzałem po kolei wszystkie grzyby zebrane przez dzieci, zanim pomdlały. Nie było ich zbyt wiele. Omdlenie musiało nastąpić niedługo po rozpoczęciu zbierania. To były same jadalne zwyczajne grzyby. Jestem tu od dawna lekarzem i dość dobrze znam się na grzybach. Oczywiście ostrożność nigdy nie zawadzi, więc zabrałem je wszystkie i po powrocie pokazałem specjaliście. Lecz miałem rację – to były tylko zwykłe jadalne grzyby.

Czy u tych nieprzytomnych dzieci zauważył pan inne niezwykłe objawy, czy reakcje prócz tego, że ich oczy się poruszały? Na przykład w wielkości źrenic, kolorze białek, częstotliwości mrugania?

Nie. Nie było żadnych zmian prócz tego, że ich oczy poruszały się jak szperacze. Wszystko normalnie funkcjonowało. Dzieci na coś patrzyły. A dokładniej mówiąc, zdawało się, że nie patrzą na to, co ja widzę, a na coś, co dla mnie jest niewidoczne. Nie, chyba bliższe prawdzie byłoby powiedzenie, że „były naocznymi świadkami” czegoś, a nie patrzyły. Ich twarze nic nie wyrażały, lecz ogólnie robiły wrażenie wyjątkowo spokojnych, nie czuły bólu ani nie cierpiały. Dlatego też zdecydowałem zostawić je tak i zobaczyć, co będzie dalej. Pomyślałem, że skoro nie cierpią, to może lepiej ich przez pewien czas nie ruszać.

Czy wspomniał pan komuś o teorii trującego gazu?

Tak. Wspomniałem. Lecz tak jak mnie nikomu nie przychodziło do głowy żadne wyjaśnienie. Nikt nie słyszał o tym, żeby w górach można się było zatruć gazem. I wtedy chyba zastępca kierownika powiedział, że może armia amerykańska coś rozpyliła. Że może zrzucili bombę chemiczną. Na to wychowawczyni powiedziała, że rzeczywiście przed wejściem do lasu widzieli na niebie sylwetkę samolotu przypominającą B29. Że przelatywał dokładnie nad tą górą. I wtedy wszyscy zgodzili się, że tak musiało być. Że to pewnie nowy rodzaj bomby chemicznej wymyślony przez armię amerykańską. Nawet w naszych okolicach krążyły plotki, że armia amerykańska pracuje nad nowym typem bomby. Oczywiście nikt nie rozumiał, dlaczego mieliby ją specjalnie zrzucać na takim odludziu w górach. Ale na świecie zdarzają się pomyłki. Nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć.

A potem dzieci po trochu same przyszły do siebie, prawda?

Tak, zgadza się. Poczułem ogromną ulgę. Najpierw się trochę wierciły, potem zaczęły niezdarnie wstawać i powoli odzyskiwały przytomność. Żadne z nich nie narzekało na ból. Bardzo spokojnie wracały do przytomności, jakby naturalnie budziły się z głębokiego snu. Wraz z odzyskiwaniem świadomości ruchy ich oczu wróciły do normy. Kiedy świeciłem w nie latarką, reakcje były całkowicie normalne. Ale dopiero po pewnym czasie dzieci zaczęły mówić. Zupełnie jakby były zaspane.

Pytaliśmy jedno po drugim, co się właściwie stało. Ale zdawało się, że nie rozumieją, o co chodzi. Jakby były pytane o coś, czego nie pamiętają. Jakoś przypomniały sobie, że przyszły w to miejsce i zaczęły zbierać grzyby. Lecz nie pamiętały nic z tego, co było dalej. Nie zdawały sobie nawet sprawy z upływu czasu. Wspomnienia zniknęły. Dzieci zaczęły zbierać grzyby, potem opadła kurtyna i w następnej chwili leżały na ziemi otoczone dorosłymi. Wcale nie mogły zrozumieć, dlaczego mamy takie poważne miny i o co robimy takie zamieszanie. Zdawało się wręcz, że nasza obecność je przestraszyła.

Niestety, był wśród nich jeden chłopiec, który nie odzyskiwał przytomności. To było dziecko ewakuowane z Tokio, nazywał się Satoru Nakata. Tak, pamiętam jego nazwisko. Drobny chłopiec o jasnej cerze. Tylko jemu nie wracała świadomość. Leżał ciągle na ziemi i poruszał oczami. Wzięliśmy go na barana i znieśliśmy na dół. Inne dzieci zeszły same, jakby nic się nie stało.

Z wyjątkiem tego chłopca, Nakaty, inne dzieci nie miały później żadnych niepokojących objawów?

Nie, nie dostrzegłem absolutnie żadnych. Nie narzekały na bóle ani złe samopoczucie. Po powrocie do szkoły wezwałem je po kolei do gabinetu, zmierzyłem temperaturę, osłuchałem, zbadałem wzrok, w każdym razie sprawdziłem wszystko, co się dało sprawdzić. Kazałem im wykonać proste działania, zamknąć oczy i stanąć na jednej nodze. Wszystkie funkcje organizmu miały w normie. Nie wydawały się nawet specjalnie zmęczone. Dopisywał im również apetyt. Ponieważ nie jadły drugiego śniadania, wszystkie narzekały na głód. Dostały kulki ugniecionego ryżu i nie zostawiły nawet ziarenka.

Ponieważ nie dawało mi to spokoju, przez kilka dni zachodziłem do szkoły i obserwowałem stan dzieci, które uległy wypadkowi. Zapraszałem kilkoro do gabinetu i przeprowadzałem krótkie wywiady. Ale nie zauważyłem żadnych zmian. Przez dwie godziny leżały nieprzytomne w lesie, ale to niezwykłe doświadczenie nie pozostawiło żadnych śladów w ich psychice i zdrowiu. Nie mogły sobie nawet tego przypomnieć. Wróciły do codziennego życia i żyły normalnie, jakby nic się nie stało. Chodziły na lekcje, śpiewały piosenki, podczas przerwy biegały żwawo po boisku. Wychowawczyni, w przeciwieństwie do nich, długo po tym wydarzeniu nie mogła się otrząsnąć z szoku.

Tylko ten chłopiec, Nakata, następnego dnia dalej był nieprzytomny i został przewieziony do kliniki w Kōfu. Podobno potem szybko przeniesiono go do szpitala wojskowego, ale w każdym razie nie wrócił już do tego miasteczka. Nigdy nas nie zawiadomiono, co się z nim stało.

Gazety nie podały żadnych wiadomości na temat tego zbiorowego omdlenia w górach. Prawdopodobnie władze nie wydały zezwolenia, bo nie chciały wywoływać paniki. Podczas wojny armia była bardzo wrażliwa na punkcie zapobiegania rozchodzeniu się pogłosek. Sytuacja na froncie nie była pomyślna, na południu żołnierze ciągle się wycofywali albo szli do ataków samobójczych, a naloty bombowe wojsk amerykańskich stawały się coraz gwałtowniejsze. Z tego względu bali się rozprzestrzeniania nastrojów antywojennych, zmęczenia wojną. My także w kilka dni po tym zdarzeniu zostaliśmy surowo ostrzeżeni przez patrolującego policjanta, żeby się powstrzymać od rozmów na temat tego wypadku.

Tak czy inaczej było to doprawdy niezrozumiałe wydarzenie, które pozostawiło nieprzyjemne uczucie. Szczerze mówiąc, do dziś leży mi na sercu.

*** koniec darmowego fragmentu ***
zapraszamy do zakupu pełnej wersji

kotChłopiec zwany Kawką

– To znaczy, że załatwiłeś jakoś sprawę pieniędzy? – pyta chłopiec zwany Kawką. Mówi jak zwykle, jakby dopiero co się obudził z głębokiego snu i język jeszcze nie bardzo chciał mu się obracać. Ale tylko udaje, bo naprawdę jest całkowicie przytomny. Jak zwykle.

Kiwam głową.

– Ile masz?

Odpowiadam, jeszcze raz rachując w myślach: – Około czterystu tysięcy gotówką. Do tego trochę oszczędności, które można wziąć z bankomatu. Oczywiście nie jest to dużo, ale na początek chyba wystarczy.

– Może być – mówi chłopiec zwany Kawką. – Na początek.

Kiwam głową.

– Chyba nie dostałeś tych pieniędzy w zeszłym roku od Świętego Mikołaja? – pyta.

– Nie.

Chłopiec zwany Kawką ironicznie krzywi wargi i rozgląda się dookoła. – Muszą pochodzić z czyjejś szuflady, gdzieś tu je znalazłeś, prawda?

Nie odpowiadam. Oczywiście on dobrze wie, co to za pieniądze. Nie musi zadawać podchwytliwych pytań. A może po prostu wyśmiewa się ze mnie w ten sposób?

– No, dobra – mówi chłopiec zwany Kawką. – Potrzebne ci są te pieniądze. Gwałtownie potrzebne. I bierzesz je. Pożyczasz, po cichu zaciągasz dług, kradniesz… Nie ma znaczenia. To w końcu pieniądze twego ojca. Tyle wystarczy ci na początek. Ale co zamierzasz zrobić, kiedy wydasz już te czterysta tysięcy, czy ile tam masz? Przecież pieniądze nie mnożą się jak króliki. Będziesz musiał coś jeść i gdzieś spać. Kiedyś ci się skończą.

– To wtedy się nad tym zastanowię.

To wtedy się nad tym zastanowisz – powtarza chłopiec, jakby ważył moje słowa na dłoni.

Kiwam głową.

– Na przykład znajdziesz pracę?

– Pewnie tak.

Chłopiec zwany Kawką kręci głową. – Za mało wiesz o świecie. Jaką pracę może znaleźć piętnastoletnie dziecko w dalekim, nieznanym mieście? Przecież podlegasz jeszcze obowiązkowi szkolnemu. Kto cię zatrudni?

Rumienię się lekko. Rumienię się z byle powodu.

– No, nieważne – mówi chłopiec zwany Kawką. – Nie ma co przewidywać najgorszego, przecież jeszcze nic się nie stało. Ale już podjąłeś decyzję. Teraz pozostaje tylko ją zrealizować. To w końcu twoje życie. Zasadniczo musisz robić to, co uważasz za słuszne.

Tak, to w końcu moje życie.

– Ale musisz być twardy. Inaczej nic z tego nie będzie.

– Staram się.

– Rzeczywiście – mówi chłopiec zwany Kawką. – Przez ostatnich kilka lat stałeś się znacznie silniejszy. Muszę ci to przyznać.

Kiwam głową.

– Ale nie da się ukryć, że masz tylko piętnaście lat. Twoje życie dopiero się zaczyna. Na świecie jest mnóstwo rzeczy, o których nie masz pojęcia. O których ci się nawet nie śniło.

Jak zawsze siedzimy obok siebie na starym skórzanym fotelu w gabinecie ojca. Chłopiec zwany Kawką lubi to miejsce. Bardzo lubi różne drobiazgi, które ojciec tu zgromadził. Teraz bawi się szklanym przyciskiem do papieru, w kształcie pszczoły. Oczywiście kiedy ojciec jest w domu, nawet nie zbliża się do tego pokoju.

– Bez względu na wszystko muszę stąd odejść. Tego nie da się zmienić – mówię.

– Może masz rację – zgadza się chłopiec zwany Kawką. Odkłada przycisk na biurko i splata ręce na karku. – Ale to wszystkiego nie rozwiąże. Nie chcę odwodzić cię od decyzji, lecz nie wiadomo, czy uda ci się stąd uciec, nawet jeśli daleko odjedziesz. Chyba lepiej za bardzo nie liczyć na to, że odległość załatwi sprawę.

Znów zastanawiam się nad kwestią odległości. Chłopiec zwany Kawką wzdycha, zamyka oczy i naciska powieki opuszkami palców. Mówi do mnie z tej ciemności.

– Zabawmy się tak jak zwykle.

– Dobrze.

Ja też zamykam oczy i spokojnie biorę głęboki oddech.

– Gotów? Wyobraź sobie straszną, straszną burzę piaskową. Zapomnij o wszystkim innym.

Tak jak mi kazał, wyobrażam sobie straszną, straszną burzę piaskową. Zapominam o wszystkim innym. Zapominam nawet, że jestem sobą. Staję się pusty. Od razu pojawiają się rzeczy. Należą do nas obu, jak zawsze, siedzących na starym skórzanym fotelu ojca.

– W pewnych przypadkach los przypomina burzę piaskową o niewielkim zasięgu, która nieustannie zmienia kierunek – zaczyna opowiadać chłopiec zwany Kawką.

W pewnych przypadkach los przypomina burzę piaskową o niewielkim zasięgu, która nieustannie zmienia kierunek. Chcąc przed nią uciec, ruszasz w inną stronę. A wtedy burza, jakby się do ciebie dopasowywała, rusza za tobą. Jeszcze raz zmieniasz kierunek. Burza ponownie idzie twoim śladem. Powtarza się to wiele, wiele razy, jak złowróżbny taniec ze śmiercią przed świtem. A to dlatego, że ta burza nie pojawiła się nie wiadomo skąd, nie jest czymś oderwanym od ciebie. Ona po prostu jest tobą. Masz ją w sobie. Dlatego pozostaje ci tylko się poddać, wejść prosto w nią i próbować się przedrzeć krok za krokiem, zasłaniając szczelnie oczy i uszy, żeby nie dostał się do nich piasek. Prawdopodobnie nie znajdziesz tam słońca, księżyca, stron świata, w pewnych przypadkach nie ma nawet normalnego czasu. Jest tylko tańczący wysoko pod niebem drobny biały piasek, jakby powstały ze zmielonych kości. Taką burzę piaskową masz sobie wyobrazić.

Wyobrażam sobie taką burzę piaskową. Biała trąba powietrzna wznosząca się ku niebu prosto, zupełnie jak strasznie gruba lina. Szczelnie zasłaniam rękami oczy i uszy. Tak aby ten drobny piasek nie dostał się do wnętrza. Burza idzie ku mnie, zbliża się coraz bardziej. Z daleka czuję na skórze silne podmuchy wiatru. Chce mnie pochłonąć.

Wkrótce chłopiec zwany Kawką lekko kładzie mi rękę na ramieniu. Burza znika. Lecz nie otwieram oczu.

– Musisz się stać najtwardszym piętnastolatkiem na świecie. Za wszelką cenę. Inaczej nie uda ci się przetrwać. I dlatego musisz zrozumieć, co to znaczy być naprawdę twardym. Pojmujesz?

Milczę. Myślę, że chciałbym powoli zapaść w sen, czując na ramieniu jego rękę. Do moich uszu dociera cichy trzepot skrzydeł.

– Staniesz się najtwardszym piętnastolatkiem na świecie – szepcze mi do ucha chłopiec zwany Kawką, gdy usypiam. Jakby zapisywał to w moim sercu granatowymi literami, jakby to w nim tatuował.

Wtedy rzeczywiście uda ci się przez nią przedrzeć. Przez tę gwałtowną burzę. Tę metafizyczną, symboliczną burzę. Lecz choć jest metafizyczna i symboliczna, tnie ciało dotkliwie tysiącem ostrzy. Wielu ludzi spłynęło w niej krwią, ty też będziesz krwawił. Poleje się z ciebie czerwona ciepła krew. Będziesz miał pełne dłonie krwi. Swojej i innych.

A kiedy burza się skończy, sam nie będziesz wiedział, jak ci się udało ją przeżyć. Nie będziesz nawet pewien, czy naprawdę już minęła. Ale jedno powinno być jasne – kiedy z niej wyjdziesz, nie będziesz już tym samym człowiekiem, który w nią wszedł. Właśnie na tym polega sens tej burzy.

Kiedy nadeszły moje piętnaste urodziny, odszedłem z domu, pojechałem do dalekiego, nieznanego miasta i zamieszkałem w zakamarku niewielkiej biblioteki.

Oczywiście gdybym chciał wszystko porządnie, po kolei opowiedzieć, zajęłoby to pewnie z tydzień. Lecz w skrócie tak to mniej więcej wyglądało. Kiedy nadeszły moje piętnaste urodziny, odszedłem z domu, pojechałem do dalekiego nieznanego miasta i zamieszkałem w zakamarku niewielkiej biblioteki.

Może to brzmi jak bajka. Ale to nie jest bajka. To w ogóle nie jest bajka.

  1. Kansai – region Japonii, okolice Kioto, Osaki i Kōbe. [↵]

Tytuł oryginału japońskiego:

Umibe-no Kafuka

Tytuł przekładu angielskiego:

Kafka on the Shore

Projekt okładki i opracowanie graficzne: Agnieszka Spyrka

Redaktor prowadzący:

Małgorzata Burakiewicz i Maja Lipowska

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Konwersja do formatu EPUB: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Jaroszuk

Ilustracja (strona 5)

© 1995 Wagenbach Archiv

Niniejsza książka jest fikcją literacką. Imiona, nazwiska, postaci, nazwy organizacji i miejsc oraz zdarzenia występujące w fabule są wytworem wyobraźni autora i mają charakter kreacji literackiej. Wykorzystanie przez autora imion i nazwisk osób (tak żyjących, jak i zmarłych), nazw miejsc i postaci było podyktowane wymogami fabuły i w żaden sposób nie wpływa na całkowicie fikcyjny charakter powieści; nie ma także na celu zdeprecjonowania żadnego przedsiębiorstwa ani jego produktów czy usług. Żadne osoby i postaci występujące w tekście, ich spadkobiercy ani związane z nimi podmioty gospodarcze nie uczestniczyli w przygotowywaniu tekstu książki, nie zatwierdzali go ani nie licencjonowali.

This book is a work of fiction. Names, characters, business organizations, places, events, and incidents either are the product of the author’s imagination or are used fictitiously. The author’s use of names of actual persons (living or dead), places, and characters is incidental to the purposes of the plot and is not intended to change the entirely fictional character of the work or to disparage any company or its products or services. The book has not been prepared, approved, or licensed by any persons or characters named in the text, their successors, or related corporate entities.

© Haruki Murakami 2002. All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2007, 2011

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

978-83-7758-112-4

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2011

Wydanie I

kafka

Haruki Murakami

Kafka nad morzem

*** darmowy fragment ***

MUZA SA

00-590 Warszawa

ul. Marszałkowska 8

tel. 22 6297624, 22 6296524

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: 22 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Konwersja do formatu EPUB: MAGRAF s.c., Bydgoszcz