Jesienna sonata - Mons Kallentoft

Jesienna sonata

0,0

Jesień. Linköping tonie w strugach deszczu. Ciężkie krople padają na zamek Skogsa i zwłoki pływające w fosie. Trop prowadzi do poprzednich właścicieli, członków arystokratycznej rodziny Fagelsjö. Czy sprzedaż zamku mogła być przyczyną morderstwa? Kim właściwie był nowy właściciel posiadłości Jerry Petersson i jakie tajemnice kryje jego przeszłość? Podążając tropem mordercy, Malin Fors musi stawić czoło własnym demonom, które powoli przejmują władzę nad jej życiem.

W Jesiennej sonacie, trzeciej książce z serii o Malin Fors, Mons Kallentoft po mistrzowsku prowadzi czytelnika przez meandry ludzkiej duszy i pokazuje, jak cienka bywa granica, która dzieli dobro od zła, miłość od nienawiści.

„Malin Fors prowadzi śledztwo tak mroczne, że senne koszmary to przy nich bajki dla dzieci”.

„Cosmopolitan”

Dodaj komentarz


W zasadzie nie przepuszczę żadnemu kryminałowi, szczególnie kiedy pochodzi ze Skandynawii. Tak jest z tą książką Monsa Kallentofta. To już trzecia część perypetii pani komisarz Malin Fors. Mamy oczywiście morderstwo i śledztwo. W tej powieści jeszcze spora rolę odgrywa klimat (mokry i ponury) oraz osobiste problemy bohaterów. Historia wydaje się niepozorna, ale styl pisarza powoduje, że jesteśmy w nią niezauważenie wciągani. Wręcz wsiąkamy.


Komisarz Malin Fors po raz trzeci rozpoczyna śledztwo. Interesująca fabuła, ciekawe śledztwo, przyciągający uwagę bohaterowie. Deszczowy klimat Skandynawii tylko dodaje powieści smaczku. Całość czyta się szybko, lekko i przyjemnie. Główna bohaterka musi poradzić sobie nie tylko ze śledztwem, ale i osobistymi zmartwieniami. Ogólnie nie było najgorzej, nawet całkiem sympatycznie. Polecam fanom kryminałów skandynawskich i wielbicielom twórczości Mons Kallentoft. Nie rozczarujecie się.


Książka jest trzecią częścią przygód komisarz Malin Fors. Znów przenosimy się do Linköping. Tym razem jednak pora jesienna, a więc deszcz, wilgotno, ze studzienek kanalizacyjnych wybija woda. Ponury klimat nie wróży nic dobrego. Mieszkańców opanowuje melancholia i apatia. Bohaterka musi się zmierzyć ze swoimi problemami osobistymi, a także problemami córki. Do tego jeszcze morderstwo znanego adwokata. Niejeden człowiek by miał dość. W powieści tej najbardziej wychodzi autorowi kreowanie wiarygodnych postaci i klimatu mrocznej jesieni. Pozwala to na utrzymywanie specyficznego napięcia.


To już trzeci tom o przygodach pani komisarz Malin Fors. Całkiem dobry thriller, nie wymagający znajomości poprzednich części (ale najlepiej je przeczytać). Akcja dzieje się w Linköping, a autor wprowadza nas w niesamowity (i niestety deszczowy) klimat Skandynawii. Gdy pojawia się trup czytelnik jest już pochłonięty przez książkę, od której jest mu ciezko się oderwać. Jestem wielką fanką Monsa Kallentofta, odkąd przeczytałam jego pierwszą książkę z serii o Malin Fors.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

JESIENNA3.jpg

Strona redakcyjna  

Tytuł oryginału: Höstoffer

 

Copyright © Mons Kallentoft, 2009.

First published by Natur & Kultur, Sweden

Published by arrangement with Nordin Agency, Sweden

All rights reserved

 

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd.,

Poznań 2011

 

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.


 

 

Redaktor: Elżbieta Bandel

 

Opracowanie graficzne okładki: Lucyna Talejko-Kwiatkowska

 

Ilustracja na okładce: Niklas Lindblad / Mystical Garden Design

 

 

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Jesienna sonata, wyd. I, Poznań 2011)

 

ISBN 978-83-7818-003-6

 

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

  

 

Konwersja do formatu epub:

AKAPIT, Poznań, tel. 61-879-38-88 

Prolog 

Östergötland, październik 

 

Czy ten chłopiec na filmie się boi? Ten, który odbiega coraz dalej od kamery, w świat bez nieba? 

Czy to strach czujemy, kiedy mamy stracić coś, co jest dla nas ważne? 

Czy to strach czułem, kiedy biegłem? Kiedy gonili mnie po szkolnym podwórku, ciskali we mnie rozżarzonymi kolczastymi kulami, żmijowymi słowami? 

Bałem się złości, ciosów, które spadały, choć nie rozumiałem dlaczego. Czy te ciosy były dla mnie? Dlaczego budziłem taką złość? 

Zawsze najbardziej bałem się samotności. Tej, która kryje się za ciosami, wyzwiskami. A jednak prawie przez całe życie byłem samotny. To tak, jakbym stał sam na zalanym deszczem pustym polu i czekał, by ktoś, za kim tęsknię, do mnie przyszedł. 

 

Tej jesieni otworzyło się niebo. 

Deszcz dręczył miasto, pola i lasy, ludzi. Padało na wszelkie możliwe sposoby. 

Kilka razy przepełniła się kanalizacja. Zalało studzienki ściekowe, z których na ulice Linköpingu wypłynęły zdechłe żuki i utopione myszy. Szczury wielkie jak koty, z nabrzmiałymi, gnijącymi, białymi brzuchami. Postrach wszystkich mieszkańców. 

Młode węże krzyczą o powietrze, chcą choć raz zmienić skórę, nim się utopią, chcą żyć jako węże, zanim ich wężowe życie się skończy. 

Kto wie, co jeszcze może wypłynąć spod ziemi? 

My, ludzie, jesteśmy jak psy. Potrafimy czuć się najsamotniej w towarzystwie innych. Ale boimy się bardziej niż psy, bo wiemy, że ból ma swoją historię, rozpoznajemy go, gdy się do nas zbliża. 

W mojej krwi są młode węże, które nie chcą przestać się uskarżać, nie chcą zostawić mnie w spokoju. 

Te węże syczą. 

Plują jadem. Ich języki drgają pod moją skórą. 

Dziś wieczorem świat na zewnątrz jest jeszcze ciemniejszy niż na zdjęciach. 

Krople deszczu są jak ciężkie sny na nieprzyjaznej szybie. Co mam zrobić? 

Odzyskam tylko część tego, co moje. 

 

Pamiętam ojca. 

Ale najlepiej pamiętam strach. Jak potrafił uderzyć, właściwie kiedykolwiek, jak szukał mojego ciała zaciśniętą pięścią. 

Ojciec nosił kamerę w jednej ręce, trzymał ją tuż przy prawym oku, a wolną ręką machał w powietrzu, próbował pokierować mnie to tu, to tam w swoich beznadziejnych próbach naprawienia rzeczywistości, ustawienia jej tak, jak chciał, sprawienia, by była taka, jak sobie życzył. 

Ale zawsze coś zostaje utracone. 

I już nigdy nie da się tego odzyskać. 

Teraz wiem, czym jest strach. Uczuciem, że tylko to będzie, tylko to było. I że nigdy nie było żadnej różnicy. 

Obrazy na ekranie rozpiętym w dużym pokoju. Rozchwiane obrazy na filmie Super 8, wyblakłe, prawie czarno-białe. Ja, milczący i rozchwiany chłopiec, tak jakby tylko jednooka kamera potrafiła wychwycić mój niepokój. 

Widziałem, jak moje życie staje się na tych obrazach. Widzę, że teraz dzieje się to samo. 

Nagie, zimne stopy bębniące po mokrej od rosy trawie i chłodnym żwirze, piłka kopnięta wysoko w powietrze, pokrzywione ciało, które przewraca się jak długie w piaskownicy. 

Wtedy przychodzi rozgoryczenie. Wstyd. Skulone ramiona pokonanego stają się prawdziwą postawą w życiu. I coś takiego się dziedziczy. 

Czasami chciałem iść prosto do jądra zła. Stałem pod jego domem, pod drzewem, i czekałem. 

Czego chce ten chłopiec na filmie, który jest mną? Co myśli w swojej wiecznej teraźniejszości? 

Czy wierzy, że życie to śmiech? Gonitwa? 

Teraz mama musi trzymać kamerę. Jestem w pachnących tytoniem objęciach taty, jego ramiona są ukryte pod szarą wełną, a w tle czarno-biało świeci choinka. Płaczę. Moja twarz dwulatka jest samą rozpaczą, a ja jestem zredukowany do może trzech uczuć: smutku, paniki i tego przeklętego strachu. 

Co myśli ten chłopiec? Ten o spuchniętych, czerwonych policzkach? 

Dostaję całusa w czoło. 

Ojciec miał wtedy brodę, tak jak nakazywała moda, a mama wygląda zabawnie w tej swojej krótkiej spódnicy, i teraz znów się cieszę, przez parę krótkich sekund jestem radością. 

W lesie kryje się pewna możliwość. Szarpana na strzępy ostrym, zimnym deszczem i trującym, szarym wiatrem. Szansa, żeby odzyskać siebie samego, człowieka, którym mam prawo być, tego, którego życie jest serią czarno-białych, ładnych i paskudnych ruchomych obrazków w pachnących perfumami białych kopertach. 

Projektor syczy za moimi plecami, zacina się, moje ramiona i głowa rzucają cień na ścianę na krawędzi obrazów, tak jakbym chciał w nie wejść, znów być tym chłopcem. Odzyskać tego, kim mógł się stać. 

Dokąd odeszła miłość? Zapach tytoniu. Szedłem do ciebie, tato, chociaż biłeś. Szedłem do ciebie, bo tylko to znałem. 

Wrażliwość drugiego człowieka musi się gdzieś kończyć, musi tak być. 

Tata i ja w parku. Odwraca się ode mnie, kiedy upadam. Mama odwraca ode mnie kamerę, kieruje ją prosto na jego twarz, a on się krzywi. A może po prostu tak wygląda? 

W jego twarzy nie ma miłości. 

Tylko obrzydzenie. 

Tak film się kończy. 

Wszystko miga. Czarno-biało, czarno-biało. Tyr, tyr. 

Pamiętam chłopca z tego filmu. 

Wiem, do czego mógłby być zdolny. 

Wiem, co ta noc ukrywa w swoim zaropiałym brzuchu. Wiem, że młode węże muszą się wydostać, wydostać ze mnie, że ich złe twarze muszą raz na zawsze zniknąć. 

Dzięki przemocy mogę odzyskać samego siebie. 

Część 1. Miłość, która zwleka 

Czwartek, dwudziesty trzeci października 

 

Powoli, powoli w noc. 

Dodać gazu tylko trochę, tak, żeby niczego nie trafił szlag. 

Dłonie drżą na kierownicy, za oknami samochodu jest czarno i mokro, wichura sprawia, że deszcz zacina poziomo, wielkie krople mieszają się z tymi mikroskopijnymi, szyba pełna czarnych łez, z którymi nie poradzą sobie żadne wycieraczki. 

Malin Fors czuje, jak serce wali jej w piersi, widzi je przed sobą, czarne, zakrzepłe i szarpiące się jak noc na zewnątrz. Jedzie dalej leśną drogą, a nagie gałęzie drzew wyciągają się za samochodem jak sękate macki jakiegoś prahistorycznego potwora. 

Malin puszcza jedną ręką kierownicę, zwalnia, ociera oczy, wmawia sobie, że to tylko deszcz na policzkach. 

I nic innego. 

Wciąga do płuc zatęchłe powietrze i robi jej się niedobrze. 

Coś bębni w blaszany dach białego służbowego volvo. Małe, białe kulki całymi chmarami spadają z nieba. Wkrótce ten dźwięk narasta do grzmotu, więc grad, który wali o dach, musi być wielkości zaciśniętej pięści, zagłusza silnik, zdaje się krzyczeć do niej: „Teraz już wybrałaś, teraz nie ma już powrotu, teraz się poddałaś, Malin Fors!” 

Jej ciało drży. 

Twarz Jannego tańczy przed przednią szybą. I Tove. 

Twarz piętnastoletniej córki Malin jest przerażająco blada, a zarys jej sylwetki pojawia się i znika w ciemnej jesiennej nocy, a kiedy Tove próbuje coś powiedzieć, jej głos zagłusza grad walący w dach. 

A potem robi się cicho. 

Słychać tylko silnik i ostrożne krople uderzające o szybę, niezbyt mocno, tak że wycieraczki mogą już sobie z nimi poradzić. 

Ubranie Malin jest mokre, przykleiło się do ciała. 

Światła od strony autostrady w kierunku Linköpingu, teraz je wyczuwa, wibrujące latarnie morskie w ciemności nocy, są coraz bliżej i Malin przyspiesza, myśli: Mam to gdzieś, byle jak najszybciej się stąd wydostać. Widzi przed sobą twarz Jannego – nie jest zła, nie jest smutna, tylko zmęczona, i to ją przeraża. 

 

To była piękna myśl: że ona, Janne i Tove należą do siebie i że muszą próbować udźwignąć ten dar. 

Wprowadziły się z powrotem do Jannego, do domu pod Malmslätt, późnym latem ubiegłego roku. Ponad dziesięć lat po rozwodzie powinni spróbować jeszcze raz, czuli się do tego zmuszeni po tym szalonym, gorącym lecie, które niemal kosztowało życie Tove, gdy została porwana przez morderczynię ściganą przez Malin. 

We wrześniu Malin siedziała w ogrodzie przy domu, tym samym, w którym dawno temu mieszkali razem, i patrzyła, jak Tove i Janne pracują, jak pielą i grabią liście przy wrakach samochodów. Patrzyła na nich i wierzyła, że naprawdę można zacząć wszystko od początku, że można stworzyć nowy świat, byle tylko znalazła się chęć i jakiś powód. 

Z początku dobrze im się grało w tę grę. Nie pracować za dużo, razem przygotowywać posiłki, jeść, jeść, kochać się, kochać się, spróbować pogadać, spróbować powiedzieć coś, co rzeczywiście mogłoby mieć znaczenie. 

I wtedy nadeszła prawdziwa jesień. 

Poszli z Tove do psychologa na oddział psychiatrii dziecięcej Szpitala Uniwersyteckiego. Tove nie chciała z nią rozmawiać, mówiła, że nie ma o czym, mówiła: „Mamo, ja się nie boję. Poradziłam sobie. Wszystko jest w porządku. To nie była twoja wina”. 

– To nie była niczyja wina. 

Ale Malin wiedziała, że to była jej wina. Tove została wciągnięta w sprawę ubiegłego lata i jeśli to, co się stało, nie było winą Malin, to czyją? Gdyby nie jej praca w policji, nigdy by się to nie wydarzyło. 

– Ludzie robią dziwne rzeczy, mamo. 

Malin często pragnęła być tak racjonalna i rozsądna jak jej córka, umieć równie łatwo godzić się ze stanem rzeczy: Tove, z pozoru niewzruszona. 

Wraki samochodów na działce. Tubki pasty do zębów bez zakrętek. Banalne kartony z mlekiem otwarte nie tak, jak trzeba. Słowa rzucane w przestrzeń, które odbijają się z powrotem, nieusłyszane i bez odpowiedzi. Dachówki, które trzeba wymienić. Jedzenie, po które trzeba jeździć samochodem do wstrętnych supermarketów. Poczucie winy i wyrzuty sumienia, tłumione codziennymi obowiązkami, i próżny żal, że z upływem lat nie stała się mądrzejsza. Rozpoznała rozdrażnienie, gdy pojawiło się ukradkiem na początku listopada: piła wrzynająca się w duszę, łagodna, lecz okrutna pogarda miłości, a w snach powrócił ten mały chłopiec i chciała porozmawiać o nim z Jannem, kim mógł być, kim był. Leżała w łóżku obok Jannego, wiedziała, że nie śpi, ale na jej skołowaciałym języku nie chciały powstać żadne słowa. 

Mieszkanie w mieście wynajęła studentom. Wieczorami przesiadywała w komisariacie, Janne dbał o to, żeby mieć dyżur w remizie, kiedy ona miała wolne, wiedziała o tym, rozumiała to i nie potrafiła mieć mu tego za złe. 

W wolnym czasie zaczęła grzebać w sprawie Marii Murvall. Chciała rozwiązać tę zagadkę, znaleźć odpowiedź na pytanie, co się stało z tą młodą kobietą, którą znaleziono zgwałconą, błąkającą się po leśnej drodze nad Hultsjön, a która teraz siedziała niema i bez kontaktu w sali szpitala w Vadstenie. 

Cierpliwość Jannego wobec jej złości. 

To ją wkurzało jeszcze bardziej. 

– Rób, co chcesz, Malin. Rób, co musisz. 

– Do diabła, przecież możesz mieć jakieś zdanie o tym, co powinnam robić. 

– Może powinnaś trochę się zrelaksować, nie myśleć o pracy, kiedy jesteś w domu z nami? 

– Janne. Nigdy, nigdy nie mów mi, co mam robić. 

 

A potem nadeszła Wigilia, poszło o szynkę, czy powinni kupić łagodną czy ostrą musztardę do pieczenia, Janne wziął ostrą, gdy ona odpowiedziała „jakąkolwiek”, w ogóle nie słuchając jego pytania, a potem wściekła się na niego, że „nie wie nawet takich prostych rzeczy jak to, że do opiekania świątecznej szynki musztarda powinna być łagodna”. 

Krzyczał na nią. 

Żeby wzięła się w garść. Żeby czasem, do diabła, spróbowała być miła i normalna, bo inaczej może zbierać swoje manele i wyprowadzać się do tego pieprzonego mieszkania. Krzyczał, że może iść do diabła, że to był od samego początku idiotyczny pomysł, że pytali go w Służbie Ratowniczej, czy pojedzie do Sudanu po Nowym Roku, i że, do cholery, powinien się zgodzić tylko po to, żeby uciec od jej pieprzonych docinków i humorów. 

– Do diabła, Malin, jesteś chora, rozumiesz? 

Uniosła w jego stronę kieliszek z tequilą i colą. 

– Przynajmniej nie jestem tak durna, żeby zepsuć pieprzoną szynkę. 

Tove siedziała kilka metrów od nich, przy kuchennym stole, jej dłonie spoczywały na czerwonym bawełnianym obrusie, obok świątecznych dekoracji i czerwonego serwisu z porcelany, który niedawno kupili w Åhléns. 

Janne zamilkł. 

Malin chciała mu coś odkrzyknąć, ale zamiast tego spojrzała na córkę. 

Jej niebieskie oczy, wielkie, wytrzeszczone, tak jakby z lękiem zadawały pytanie. 

Więc tak to jest, jak się kogoś kocha? 

W takim razie uratuj mnie przed miłością. 

 

Malin wyczuwa, że dojeżdża do miasta, niebo robi się jaśniejsze. 

Ruch jest niewielki. 

Zastanawia się, czy ma w mieszkaniu coś suchego, w co mogłaby się przebrać, ale wie, że nie ma, może coś w jakiejś skrzyni na strychu, ale wszystkie inne ubrania są w domu, u Jannego. 

Mija ją czarny samochód, we mgle nie sposób dostrzec, jaka to marka, ale kierowcy się spieszy, jedzie niemal dwa razy szybciej od niej. 

Znów pada i świeżo opadłe, pomarańczowe i złociste liście trzepoczą przed przednią szybą, tańczą przed nią jak iskry, jak świetliki z ognia samego diabła, płomienie, które szepczą, przywołują zło z miasta i okolic: wyłaźcie, złośliwość i wszelkie inne cholerstwo, wypełznijcie ze swoich zimnych, zalanych nor, pokażcie, jak wygląda wasz pozbawiony miłości świat. 

Usprawiedliwienia Jannego brzmią w tych dźwiękach i w niej. 

Już nigdy takich świąt jak poprzednie. Obiecała to sobie. 

 

– Muszę jechać. 

Rozmawiali o tym znowu w pierwszy dzień świąt, Malin męczył kac i nie miała siły się sprzeciwiać, tylko po cichu była zła i smutna, że wszystko znowu wydaje się takie jak zawsze. 

– Muszę tam jechać. Nie będę mógł sobie spojrzeć w oczy, jeśli odmówię. Potrzebują mojego doświadczenia, żeby szybko postawić latryny w obozie dla uchodźców, bo inaczej tysiące ludzi pomrą jak muchy. Widziałaś kiedyś dziecko, które umiera na cholerę, Malin? Widziałaś? 

Już wtedy chciała dać mu w pysk. 

Kochali się ostatni raz w noc przed jego wyjazdem. 

Ostro i bez ciepła i miała wrażenie, jakby leżało na niej twarde ciało Daniela Högfeldta, dziennikarza, z którym czasami chodziła do łóżka. Podrapała Jannego po plecach, ugryzła go w pierś i czuła metaliczny smak jego krwi, a on jej na to pozwalał, jakby mu się podobało, że tak go dręczy swoją złością. 

Tej nocy miała w sobie mięso. Twarde, sztywne mięso. 

A kiedy Janne wrócił do domu po miesiącu, była już mocno zaangażowana w sprawę Marii Murvall, w wolne dni próbowała zdobyć jak najwięcej informacji od kolegów z policji w Motali, którzy pracowali nad tą sprawą. 

Tove żyła gdzieś obok nich. To się musiało stać. 

– Nigdy jej nie ma w domu. Zauważyłaś? – spytał Janne pewnego kwietniowego wieczoru, kiedy oboje mieli wolne, a Tove pojechała do miasta, do kina. 

Malin nie zauważyła, jak miałaby zauważyć, skoro sama też nigdy nie bywała w domu. 

Rozmawiali o tym, żeby pójść do poradni rodzinnej. Żeby jednak spróbować terapii rodzinnej. Kilka razy Malin stała już z telefonem w ręce, chciała zadzwonić do psychoanalityk Viveki Crafoord, która proponowała jej darmowe sesje. 

Ale jej język był jak sparaliżowany. 

Wiosną Malin znów widziała, jak pracują w ogrodzie, ojciec i córka, ona sama obecna była tylko ciałem, jej myśli pochłaniała skomplikowana sprawa morderstwa honorowego. 

– Jak, u diabła, ojciec może kazać synowi zamordować własną siostrę? Możesz mi powiedzieć, Janne? 

– Nie pij już tequili dziś wieczorem. 

– Nienawidzę, kiedy mnie upominasz. To brzmi tak, jakbym była twoją własnością. 

 

Linköping jest spowity lodowatym deszczem. 

Czym jest tak właściwie to miasto, jeśli nie poczwarką ludzkich marzeń? Ramię przy ramieniu mieszkańcy piątego co do wielkości miasta w kraju mozolnie pchają naprzód swoje życie. Patrzą na siebie. Osądzają się. Próbują się kochać mimo uprzedzeń. Ludzie w Linköpingu chcą dobrze, myśli Malin. Ale ponieważ życie wielu z nich to nieustanny niepokój, czy nie stracą pracy i czy pieniędzy starczy do końca miesiąca, a tylko nieliczni mają wszystkiego aż nadto, nie zawsze łączy ich poczucie wspólnoty. Mieszkańcy miasta żyją tuż obok siebie, oddzielają ich tylko cienkie geograficzne linie. Jeśli ktoś krzyknie zza ogrodzenia eleganckiej willi, ktoś inny z biednych osiedli z „programu milion” może usłyszeć jego głos i odkrzyknąć z obskurnego balkonu. 

Jesień to czas rozkładu, myśli Malin. Cały świat jest zgniły, czeka, aż otoczy go chłód zimy. Równocześnie barwy jesieni to barwy ognia, ale to zimny ogień, który potrafią kochać tylko zimnokrwiste zwierzęta, tylko one potrafią się nim cieszyć. W pięknie jesieni, w płomieniach liści kryje się jedynie obietnica, że wszystko będzie jeszcze gorzej. 

Jej dłonie nie drżą już na kierownicy. 

Pozostała tylko zimna wilgoć przylegająca do jej szczupłego ciała. Mam silne ciało, myśli. Może i zaniedbałam prawie wszystko, ale nie zaniedbałam treningu, jestem silna, taka silna, do diabła, jestem Malin Fors. 

Przejeżdża obok starego cmentarza. 

Widzi odbicie katedralnej wieży padające na przednią szybę, jak lanca średniowiecznego rycerza, gotowa ją przebić. 

 

Co się stało dziś wieczorem? 

Jakie słowa padły? 

Jakie uniesienie brwi, jaki ton i w czyim głosie sprawił, że znów zaczęli? 

Nie ma pojęcia, piła, niedużo, ale na pewno o wiele za dużo, żeby teraz prowadzić ten samochód. 

Jestem pijana? Adrenalina mnie otrzeźwiła. Całkiem trzeźwa nie jestem. Ale przecież dziś wieczorem chyba nie ma żadnych kolegów na patrolu? 

Ty świnio. Ty leniwa świnio, ty uciekająca, tchórzliwa świnio. Uspokój się, Malin, zachowuj się normalnie, do diabła, przestań, nie pij już więcej, nie pij już więcej, do diabła, możesz sobie iść, czy go uderzyłam? Uderzyłam cię w kuchni, Janne? Czy stałam tam tylko z pięścią uniesioną w powietrze, wkurzona na te wszystkie twoje przeklęte nie rób tego, nie rób tamtego? 

Machnęłam pięścią w powietrzu, teraz to pamiętam, gdy zatrzymuję samochód przed bramą przy Ågatan. 

Zegar na S:t Larskyrkan, spowitym teraz w ulotnej mgle, wskazuje za piętnaście jedenasta, a na tle nieba słabo odcinają się sylwetki kilku zerwanych ze snu wron. 

Nie ma ludzi na ulicy i nie chcę myśleć o tym wieczorze, o tej nocy. Przy ciemnoszarych kamiennych murach kościoła na mokrej trawie leżą ogromne sterty zgrabionych liści. W ciemności wyglądają tak, jakby rdzewiały, jakby chciały oddać swoje piękne kolory i pozwolić się pożreć milionom robaków, które wypełzają z zalanej ziemi. 

Cofnąłeś się, Janne, uskoczyłeś zwinnie, tak jakby wiele razy w przeszłości ktoś wymierzał ci znacznie gorsze ciosy niż mój, a ja wrzasnęłam, że teraz jadę, teraz jadę i już nigdy nie wrócę. 

Nie jedź w takim stanie, Malin, a ty próbowałeś zabrać kluczyki i była tam Tove, zasnęła na sofie przed telewizorem, ale w tym momencie się obudziła i zawołała, mamo, przecież wiesz, że nie możesz tak jechać. 

Uspokój się, Malin, chodź tutaj, daj się przytulić, znów uderzyłam, i jeszcze raz, ale tam, gdzie miałam nadzieję, że będziesz, było tylko powietrze. 

Udałam, że cię pytam, Tove, czy chcesz ze mną jechać, ale ty pokręciłaś głową. 

A ty, Janne, mnie nie zatrzymywałeś. 

Spojrzałeś tylko na kuchenny zegar. 

Wtedy pobiegłam do samochodu. 

Przejechałam przez najciemniejszą jesienną pogodę i teraz się zatrzymałam. Otwieram drzwi samochodu. Czarne macki rozdzierają czarno-szare niebo. Otwarte dziury strachu, tam, skąd powinno sączyć się światło gwiazd. 

Moje buty na mokrym asfalcie. 

Mam trzydzieści pięć lat. 

Do czego doszłam? 

Czwartek, dwudziesty trzeci, piątek, dwudziesty czwarty października 

 

Klucz w zamku. 

Malin męczy się z nim nieporadnie, ręce nie chcą słuchać, choć już jakiś czas temu przestały się trząść. 

Trafia. 

Nie trafia. 

Trafia. 

Jak ze wszystkim. 

Mieszkanie zwolniło się w zeszłym tygodniu, powiedziała Jannemu, że znów je wynajęła kolejnym ewangelickim studentom. Wybuch dziś wieczorem, nieunikniony, upragniony, odkładany aż do chwili, gdy będzie możliwy. 

Malin wchodzi do mieszkania, strząsa krople deszczu ze swoich blond włosów ostrzyżonych na pazia. Woń wilgoci miesza się z zapachem cytrynowego płynu do naczyń i Malin czuje, że jesień wdarła się przez szczeliny w futrynach okien i rozpełzła po ścianach, podłogach i sufitach. 

Drży. 

Musi podkręcić kaloryfer. 

Teraz to inne uczucie. 

Uczucie samotności. Ale także uczucie czegoś nowego, prawda? 

Meble stoją na swoich starych miejscach. 

Zegar z Ikea na ścianie w kuchni nadal jest zepsuty, sekundnik leży na dnie obudowy. 

Malin stoi w dużym pokoju i chce zapalić lampę, ale nie może zdobyć się na to, żeby wcisnąć przycisk. Lepiej opaść na sofę w stosunkowo przyjemnej ciemności. Ciemności, która jest jej własna. 

Tove. 

W tym roku skończyła piętnaście lat. 

Wciąż czyta jak szalona i jest najlepsza w klasie, ale wszystko w niej ma teraz jakiś twardszy ton, tak jakby zabawa zmieniła się w coś poważnego i czas zaczyna już odciskać na niej swoje piętno. 

Jesteś na to za młoda, Tove. 

W ciągu roku pojawiło się i znikło paru chłopaków. 

Cześć, Peter. Cześć, Viggo. 

Odważę się ją puścić? Nie mogę przecież karać jej za moje poczucie winy. I wygląda na to, że czuje się dobrze. Malin widzi to w swojej córce, ten blask w jej oczach, dziewczęcą sylwetkę, która zaczyna się zmieniać w kobiecą. Nadzieja Malin pozostaje niewypowiedziana: Uważaj na siebie, Tove. Nie chcesz zostać matką jeszcze przez wiele lat. 

Skup się na szkole. 

Czy nie mam przypadkiem niedługo wykładu w szkole? – myśli Malin. Sama myśl o tym, że ma coś gadać do zmęczonych, znudzonych uczniów, sprawia, że czuje się przybita. Odsuwa ją od siebie. 

Kładzie się na sofie. 

Czuje mokre ubrania przylegające do ciała. 

Tequila już z niej wyparowała. 

Jest trochę tak, jakby hipokryzja studentów ze szkoły ewangelickiej wciąż unosiła się w mieszkaniu, i robi jej się od tego trochę niedobrze. 

Janne. Chciałaby powiedzieć przepraszam, ale nie wie, jak zacząć. I Tove. Jak jej to wytłumaczę? Czy ty w ogóle potrafisz to zrozumieć? 

Właściwie co ja wiem teraz o twoim życiu, Tove? Tak naprawdę to nie mam o nim zielonego pojęcia, wiem tylko tyle, że to mieszkanie jest twoim domem, że sprowadzisz się tu do mnie, nic innego nie wchodzi w rachubę. 

Twoje książki są tam, u Jannego. 

W tym roku tysiące razy próbowałam usiąść przy tobie na sofie albo na twoim łóżku i zapytać, jak się czujesz, ale wydobyłam tylko od ciebie: „Czuję się dobrze”, a potem ciche: „Zostaw mnie w spokoju, mamo”. 

I czego od ciebie chcę, Tove? 

Twojego przebaczenia? Zapewnienia, że wszystko jest w porządku? 

Czy kiedykolwiek będzie w porządku? Ona, morderczyni, przycisnęła cię do podłogi, zacisnęła zakrwawione dłonie na twojej szyi i chciała cię zabić. 

I to ja do tego doprowadziłam. 

 

Deszcz potrafi padać na tysiące paskudnych sposobów. Krople potrafią mieć wszystkie kolory, nawet w nocy, potrafią odebrać miedzianą barwę jesiennym liściom i uczynić ją swoją, potrafią się zmienić w dziwny deszcz iskier w świetle ulicznych latarni, iskier, które są jak fruwające karaluchy. 

Malin osuwa się na podłogę w dużym pokoju. 

Widzi czerwone, pomarańczowe i żółte karaluchy fruwające w powietrzu, słyszy ich zgrzytające szczęki, odgania je, goni z miotaczem płomieni i wypędzając je ze swoich wizji, czuje swąd spalonych trupów. 

Na zewnątrz zwyczajna rzeczywistość. 

Chmury. 

Tygodnie, całe tygodnie nad głową tylko różne odcienie szarości, żadnego błękitu w zasięgu wzroku. Rekordowe opady i meteorolodzy w telewizji, którzy gadają o potopie. 

Znalazła butelkę w głębi szafki nad mikrofalówką. Wiedziała, że te wspaniałe ewangelickie typki nawet jej nie powąchają. Dlatego ją tam wcześniej zostawiła, świadomie albo nieświadomie, na przyszły użytek. 

Pije prosto z flaszki. 

Do diabła, to nie ma żadnego znaczenia, czy jutro będzie miała kaca. Odkąd posadziła ojca i brata, którzy razem zaplanowali i przeprowadzili morderstwo swojej córki i siostry, jesień była całkiem spokojna. Dziewczyna miała szwedzkiego chłopaka. To wystarczyło. 

Bydlaki. 

Kac może się okazać nawet całkiem miły. Jutro będzie musiała zabrać całe to gówno, przywieźć rzeczy od Jannego, czy on przypadkiem nie jest jutro na służbie? Jeśli tak, to może uda mi się na niego nie wpaść. Zabiorę też rzeczy Tove. Porozmawiam z nią o przeprowadzce. 

Jestem pijana, myśli Malin, i to jest piękne. 

Mama. 

Jesteś taka zła, myśli Tove, naciągając kołdrę na głowę i słuchając, jak deszcz tłucze w dach domu, mocno i wściekle, jakby tam na górze był jakiś niecierpliwy Bóg, który bębni w niego milionami swoich długich palców. 

W pokoju pachnie ziemią. Przed chwilą zerknęła na dywan ze skrawków materiału, leżą na podłodze jak rozpłaszczone węże, a ich cętkowane wzory są jak seria pięknych czarno-białych obrazów, których nikt nigdy nie będzie w stanie zrozumieć. 

Wiem, mamo, myśli Tove, że obwiniasz się za to, co się stało ubiegłego lata, i że myślisz, że muszę tłumić w sobie mnóstwo uczuć. Ale nie chcę gadać z żadnym psychologiem, nie chcę siedzieć przed jakąś ciotką i wygadywać głupot. Rozmawiałam o tym z innymi, na czacie, na trauma.com. Tak wolę. Po angielsku. To jest tak, jakby wszystko stawało się dla mnie łatwiejsze, kiedy tylko widzę własne, nieskładne słowa o tym, co się stało, i jak strasznie się wtedy bałam. Słowa zabierają strach, mamo, obrazy wciąż zostają we mnie, ale obrazy nie mogą mnie pochłonąć. 

Musisz patrzeć w przyszłość, mamo. Może się nie domyślasz, że widzę, jak pijesz. Może ci się wydaje, że nie wiem, gdzie chowasz butelki, że nie czuję, jak smród alkoholu przebija się przez zapach gumy do żucia. Myślisz, że jestem głupia, czy co? 

Kiedy Malin znikła z całą swoją wściekłością, Tove i Janne dalej siedzieli przy kuchennym stole. Janne powiedział: 

– Mam nadzieję, że się nie zabije w tym samochodzie. Myślisz, że powinienem zadzwonić na policję? A może za nią jechać? Jak myślisz, Tove? 

A ona nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. Najbardziej ze wszystkiego chciała, żeby mama wróciła, żeby wpadła do kuchni i była cała w skowronkach, ale coś takiego zdarza się tylko w kiepskich książkach i filmach. 

– Nie wiem – powiedziała. – Nie mam pojęcia. 

Rozbolał ją brzuch, wysoko, tuż pod mostkiem, paskudny ucisk, który nie chciał ustąpić, a Janne zrobił kanapki, powiedział jej, że wszystko się ułoży, kiedy tylko mama trochę się uspokoi. 

– Nie możesz za nią jechać? 

Spojrzał na nią, a potem tylko potrząsnął głową w odpowiedzi. I wtedy to wstrętne uczucie z brzucha przedarło się do serca, do głowy i do oczu i poczuła, że musi powstrzymywać łzy. 

– Płacz, jeśli chcesz – powiedział ojciec, usiadł przy niej i ją przytulił. – To jest smutne. Smutne, bo nikt nie chce, żeby było tak, jak jest. Płacz, jeśli chcesz – powtórzył. 

– Tak zamierzam. 

 

Jak mogę ci pomóc, mamo? Bo cokolwiek mówię, jest tak, jakbyś nie słuchała, jakbyś nie chciała słuchać, jakbyś znajdowała się w jakiejś jesiennej rzece pełnej brudnej, wzburzonej wody, i jakbyś postanowiła, że dasz się jej porwać prosto w ciemność. 

Widuję cię w kuchni, w drodze do pracy, rano, na sofie przed telewizorem albo ze wszystkimi tymi papierami o Marii. 

I chcę cię zapytać, jak się czujesz, bo widzę, że jest ci źle, ale boję się, że tylko się rozzłościsz. Kompletnie zamknęłaś się w sobie, mamo, i nie wiem, jak cię z tego wyciągnąć. 

I mam tyle innych rzeczy, o których wolę myśleć: szkołę, książki, wszystkich kumpli, wszystko, co jest fajne i o czym wiem, że dopiero się zaczyna. Chłopaków. 

Tove zsuwa kołdrę. Znów dookoła ściany pokoju. 

Wciąż czuję ból w żołądku, w sercu. Ale dla mnie to nic niezwykłego, że nie mieszkacie razem, ty i tata. I będą dalsze kłótnie. Bo nie wierzę, że tutaj wrócisz, i nie wiem, czy chcę teraz z tobą mieszkać. 

Na parapecie usiadła wrona. Zagląda do środka, patrzy na Tove. Dziobie w szybę, a potem odlatuje. 

W pokoju jest ciemno. 

Poradzę sobie, myśli Tove. Poradzę sobie. 

 

Janne leży w łóżku przy zapalonej nocnej lampce. Czyta publikację brytyjskich sił zbrojnych na temat budowy urządzeń sanitarnych. To mu pomaga przenieść się w pamięci do Bośni, Rwandy i Sudanu, gdzie ostatnio budował latryny w obozach dla uchodźców. Chce, żeby te wspomnienia z czasu, gdy pracował dla Służb Ratowniczych odsunęły jego myśli od tego, co się stało dziś wieczorem, tego, co już się stało i co teraz musi się stać. 

Jednak te czarno-białe obrazy w jego pamięci, obrazy ludzi żyjących w najgorszej nędzy w odległych miejscach na świecie, są nieubłaganie wypierane przez twarz Malin, jej czerwoną, nalaną, zużytą twarz alkoholiczki. 

Kilka razy doprowadził do konfrontacji. A ona robiła uniki. Wrzeszczała na niego, gdy powylewał alkohol z jej ukrytych butelek, krzyczała, że to nie ma sensu, bo i tak ma schowanych kolejnych dziesięć, których on nigdy nie znajdzie. 

Błagał, żeby się z kimś spotkała, z jakimś psychologiem, terapeutą, z kimkolwiek, do diabła. Rozmawiał nawet z jej szefem, Svenem Sjömanem, opowiedział mu, że Malin pije coraz więcej, że może w pracy tego nie widać, prosił go, żeby coś z tym zrobił, i usłyszał obietnicę, że coś się zmieni. Ta rozmowa odbyła się w sierpniu, ale jeszcze nic się nie zmieniło. 

Ta jej złość. Na siebie samą. Na pewno za to, co się stało z Tove. Nie chciała pojąć, że to nie była jej wina, że zło jest zawsze i wszędzie i że każdy może wejść mu w drogę. 

To było tak, jakby jej upór zwrócił się w niewłaściwą stronę. Jakby postanowiła zepchnąć siebie samą na dno. 

I tego wieczoru uderzyła: nigdy wcześniej czegoś takiego nie zrobiła. 

Kop głęboko. Dig deep

Regular check ups. Bacteria sanitation. 

Janne ciska publikację przez pokój. Gasi lampkę. 

To był skończony idiotyzm, myśli. Wierzyć, że takie straszne wydarzenie może nas do siebie zbliżyć jako rodzinę. Tak jakby coś złego mogło być katalizatorem czegoś dobrego. Do diabła, przecież jest dokładnie na odwrót. 

Patrzy na drugą stronę łóżka, gdzie zwykle spała Malin. Wyciąga rękę, ale nikogo tam nie ma. 

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej. 

Część 2. Deszcz z chmury, która nigdy nie wróci 

 

Dostępne w wersji pełnej. 

Część 3. Nierozważni i przerażeni 

 

Dostępne w wersji pełnej. 

Epilog 

 

Dostępne w wersji pełnej. 

Nota biograficzna

Mons Kallentoft, okrzyknięty nowym królem skandynawskiej powieści kryminalnej, urodził się w roku 1968. Dorastał w małym miasteczku Linköping. Do kariery pisarza dochodził przez pracę w reklamie i dziennikarstwo. Debiutował w roku 2000 powieścią Pesetas, za którą otrzymał nagrodę Katapultpriset, przyznawaną przez Związek Pisarzy Szwedzkich. Potem napisał jeszcze kilka dobrze przyjętych przez krytykę książek obyczajowych, m.in. powieść Food Noir. Jego kryminały cieszą się uznaniem krytyków i trafiłają na pierwsze miejsca list bestsellerów.

Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Część 1. Miłość, która zwleka
Część 2. Deszcz z chmury, która nigdy nie wróci
Część 3. Nierozważni i przerażeni
Epilog
Nota biograficzna
Karta redakcyjna