Ja, diablica - Katarzyna Berenika Miszczuk

Ja, diablica

0,0

Piekielny urząd ds. Rekrutacji nie robi najlepszego pierwszego wrażenia. Nieuprzejmy demon za biurkiem, mnóstwo papierkowej roboty i tandetne obrazki na ścianach. Do tego jeszcze te kolejki! Jednak, aby stać się pełnoprawną diablicą należy spełnić dwa zasadnicze warunki. Podpisać czerwonym atramentem cyrograf i... umrzeć. A tego Wiktoria z pewnością nie planowała! To miał być kolejny wieczór w warszawskim klubie, spędzony na robieniu maślanych oczu do Piotrka, kolegi z roku. Tragiczny zbieg okoliczności? Zaplanowana intryga? Ostatnie, co Wiktoria pamięta to kilka pchnięć nożem w ciemnym parku.

Na szczęście nie takie piekło straszne, jakim je malują: Los Diablos, miasto potępionych, kusi grzeszników ofertą wiecznych wakacji w śródziemnomorskim klimacie i nieziemskimi imprezami u samego Szatana. Nawet Śmierć jest całkiem sympatyczna. Jednak znudzone demony planują wywołać rewolucję w krainie Lucyfera, i niczym u Bułhakowa, zrobić trochę zamieszania wśród śmiertelników. Jaka w tym rola Wiktorii? Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, kiedy pojawia się uwodzicielski, złotooki i diablo przystojny upadły anioł Beleth, a młoda adeptka Piekieł postanawia wrócić na ziemię, aby rozwiązać zagadkę swojej śmierci. W końcu... gdzie diabeł nie może, tam babę pośle.

Rewelacyjna, dynamiczna, pełna humoru i trafnych obserwacji powieść, która bez wątpienia zahipnotyzuje szerokie grono Czytelników!


Książka genialna (to mało powiedziane)! Bohaterów z miejsca pokochałam. Dużo osób mówi, że to jest podobne do Zmierzchu, a ja powiem tak: TO JEST LEPSZE!
Z recenzji czytelnika, nakanapie.pl

Powieść Katarzyny Miszczuk z pewnością może sprawić niemałą satysfakcję każdemu młodemu czytelnikowi, który po nią sięgnie. Autorka posługuje się lekkim językiem, swobodnie balansując na pograniczu różnych stylów - od romansu po horror, a środowisko, które opisuje, doskonale zna z własnego doświadczenia.
www.ksiazki.wp.pl

Dodaj komentarz


„Ja, diablica” to pierwszy tom trylogii, której główną bohaterką jest Wiktoria Biankowska, „była diablica, niedoszła anielica”. Książka napisana jest lekkim style i wypada lepiej niż poprzednie dzieła autorki. Ciekawy, oryginalny pomysł, intrygujący bohaterowie, jest naprawdę miło. Czyta się lekko i przyjemnie. Może nie jest to arcydzieło światowej literatury, ale wywiązuje się z roli umila cza czasu. Dodatkowo okraszona humorem, powieść poprawia samopoczucie.


Trzeba przyznać, że koncepcja powieści jest intrygująca. Niestety wybitnie ją spartaczono. Książka jest płytka, przewidywalna i pełna niedociągnięć. Może i nieco śmieszna, ale to za mało aby cokolwiek zmienić na lepsze. Nastolatków pewnie zainteresuje


Ten tom jest lepszy niż poprzedni, ale to nie wystarczy. Historia nie jest w stanie sprawić, bym w nią wziął.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2010 

Wy­da­nie I 

War­sza­wa 2010

Mo­je­mu Jan­ko­wi
oraz wszyst­kim „Pio­tru­siom”
i tym, któ­rzy nimi są,
ale o tym nie wie­dzą…

Sta­nę­łam na­prze­ciw­ko pro­ste­go me­ta­lo­we­go biur­ka. Na drzwiach z nu­me­rem 6, któ­re wła­śnie mi­nę­łam, była ta­blicz­ka: Dział za­trud­nie­nia.

Sie­dzą­cy przede mną osob­nik wy­glą­dał jak ty­po­wy urzęd­nik. Miał za­pię­ty pod samą bro­dę koł­nie­rzyk, kra­wat w sza­rą igieł­kę i czar­ny, nie­mod­ny gar­ni­tur. Wy­pisz, wy­ma­luj pra­cow­nik skar­bów­ki.

Nie­pew­nie po­de­szłam do krze­sła na­prze­ciw­ko nie­go.

– Pro­szę usiąść – usły­sza­łam po­le­ce­nie.

Po­słusz­nie za­ję­łam miej­sce.

Urzęd­nik nie zwra­cał na mnie naj­mniej­szej uwa­gi, z roz­ma­chem przy­bi­jał czer­wo­ne pie­cząt­ki do po­dań przed sobą, jak gdy­by od tego za­le­ża­ło jego ży­cie. Lek­ko prze­su­nę­łam się na krze­śle, któ­re oka­za­ło się pie­kiel­nie nie­wy­god­ne.

– Pro­szę się nie wier­cić – zwró­cił mi uwa­gę, a ja za­mar­łam w po­ło­wie ru­chu.

Z gło­śnym trza­skiem po raz ostat­ni ude­rzył pie­cząt­ką i zwró­cił na mnie swo­je czer­wo­ne tę­czów­ki.

Nie wy­glą­dał jak ty­po­wy dia­beł. Miał gru­be ba­ra­nie rogi, wy­ra­sta­ją­ce znad ludz­kich uszu, bru­nat­ną skó­rę i wy­sta­ją­ce z ust żół­te kły. To mu­siał być ja­kiś de­mon niż­szej ka­te­go­rii. Z całą pew­no­ścią nie dia­beł.

Dia­bły były pięk­ne.

– Na­zwi­sko – wark­nął.

– Bian­kow­ska – wy­du­si­łam, sta­ra­jąc się usil­nie nie pa­trzeć na nie­go z od­ra­zą.

– Imię.

– Wik­to­ria.

– Zmar­ła.

– Eee… co?

– Kie­dy zmar­ła – urzęd­nik był bar­dzo roz­draż­nio­ny.

Chy­ba za­uwa­żył, że moje spoj­rze­nie cały czas wę­dro­wa­ło do jego ba­ra­nich ro­gów.

– Ach! Dzi­siaj. – Zer­k­nę­łam na ze­ga­rek, któ­ry sta­nął w mo­men­cie mo­jej śmier­ci. – W nocy, o 1.43.

– Przy­czy­na. – De­mon spraw­nie wy­peł­niał czer­wo­nym pió­rem wszyst­kie wol­ne pola w for­mu­la­rzu przed sobą.

Za­my­śli­łam się. Nie­wie­le pa­mię­ta­łam…

Była noc, wra­ca­łam do domu po im­pre­zie w Sto­do­le. Ktoś wy­szedł za mną z klu­bu. Śle­dził mnie. Po­tem go­nił. Tuż przy Po­lach Mo­ko­tow­skich zła­pał za ra­mię, za­czął szar­pać. Krzy­cza­łam. Ale nikt mnie nie usły­szał… Męż­czy­zna wlókł mnie w stro­nę par­ku, mię­dzy drze­wa. Wy­rwa­łam mu się, chcia­łam ucie­kać, ra­to­wać ży­cie, ale on wy­jął nóż. Błysk ostrza w świe­tle sa­mot­nej la­tar­ni.

– Nóż. – Wi­dząc, że wy­ma­gał do­kład­niej­szej od­po­wie­dzi, do­da­łam: – Rany kłu­te w brzuch…

Za­czę­łam się za­sta­na­wiać. Dla­cze­go wy­szłam sama z tego klu­bu? Nie mo­głam so­bie przy­po­mnieć. Nig­dy tak nie ro­bi­łam. Za­wsze wra­ca­li­śmy całą gru­pą przy­ja­ciół. Nie roz­dzie­la­li­śmy się. Dla­cze­go po­peł­ni­łam ta­kie głup­stwo? I cze­mu na li­tość bo­ską za­czę­łam iść w stro­nę par­ku?! To zu­peł­nie do mnie nie­po­dob­ne.

– Ro­zu­miem – mruk­nął. – Skie­ro­wa­na przez…?

Przed ocza­mi sta­nął mi przy­stoj­ny bru­net, któ­ry po­kłó­ciw­szy się z ja­kimś wy­nio­słym blon­dy­nem, wy­słał mnie tu po krót­kim wy­ja­śnie­niu, że umar­łam i pój­dę do Pie­kła, ale że je­stem za ład­na, żeby mar­no­wać się na, jak to okre­ślił, „go­rą­cym po­łu­dniu”. Za cho­le­rę nie zro­zu­mia­łam, o co mu cho­dzi­ło…

– Aza­zel ka­zał mi tu przyjść…

– Wszyst­ko się zga­dza. Pro­szę pod­pi­sać – pod­su­nął mi do­ku­ment, a ja zło­ży­łam swój pod­pis. – Do­sta­nie pani ode mnie to skie­ro­wa­nie. Na­stęp­nie pój­dzie pani do Przy­dzia­łów do po­ko­ju 66. Tam otrzy­ma pani dal­sze in­for­ma­cje.

– A…? – za­czę­łam, ale mi prze­rwał:

– Drzwi są za pa­nią. Dzię­ku­ję i ży­czę mi­łe­go dnia. – Po­słał mi uśmiech, któ­ry nie do­się­gnął jego oczu.

Mia­łam pe­wien kło­pot z ode­rwa­niem wzro­ku od tych jego pa­skud­nych zę­bów, któ­re ocie­ka­ły śli­ną. Po pro­stu obrzy­dli­we! W koń­cu opa­no­wa­łam się, za­mknę­łam usta, ści­snę­łam kur­czo­wo w dło­ni po­da­ny świ­stek i wy­szłam z po­ko­ju.

Spoj­rza­łam przed sie­bie. Przede mną były drzwi z ta­blicz­ką: Przy­dzia­ły, i wiel­kim nu­me­rem 66. Przy­się­gła­bym, że wcze­śniej ich tam nie było. Od­wró­ci­łam się. Dział Za­trud­nie­nia, z któ­re­go wła­śnie wy­szłam, prze­stał ist­nieć. Była za mną zwy­kła ścia­na. Spoj­rza­łam naj­pierw w pra­wą stro­nę wą­skie­go ko­ry­ta­rza, w któ­rym sta­łam, a po­tem w lewą. Cią­gnął się w obie stro­ny bez koń­ca.

A je­dy­ne drzwi znaj­do­wa­ły się przede mną. Nie mia­łam wy­bo­ru. Mo­głam wejść tyl­ko tam.

Chcia­ło mi się pła­kać. Kom­plet­nie po­gu­bi­łam się w tym, co się dzia­ło.

Umar­łam…

Po­szłam do Pie­kła…

A te­raz je­stem w ja­kimś Urzę­dzie!!!

Po­czu­łam pod po­wie­ka­mi cie­płe łzy. Jesz­cze nig­dy nie czu­łam się taka za­gu­bio­na!

„Wdech i wy­dech. Pa­mię­taj, za­wsze w tej ko­lej­no­ści. Nig­dy dwa wde­chy albo dwa wy­de­chy z rzę­du”, przy­po­mnia­łam so­bie sło­wa mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki z dzie­ciń­stwa, Zuzy. To były oczy­wi­ście żar­ty, nie­mniej pod­nio­sły mnie te­raz na du­chu i po­zwo­li­ły się uspo­ko­ić.

Spoj­rza­łam na drzwi i wes­tchnę­łam cięż­ko. W koń­cu nic gor­sze­go niż śmierć spo­tkać mnie już nie może. Nie ma się cze­go bać. Chy­ba…

Za­pu­ka­łam.

– Pro­szę – zza drzwi ode­zwał się znu­dzo­ny głos.

We­szłam do środ­ka. Spo­dzie­wa­łam się za­stać tam ko­lej­ne­go de­mo­na, jed­nak, ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, za biur­kiem sie­dział przy­stoj­ny chło­pak. Na mój wi­dok prze­rwał te­atral­ne ziew­nię­cie.

– O! Nowa! – stwier­dził.

Sta­nę­łam nie­pew­nie w pro­gu, nie wie­dząc, co po­win­nam zro­bić.

– Wejdź – wy­ko­nał za­pra­sza­ją­cy gest.

– Przy­sła­no mnie z po­ko­ju 6 – po­wie­dzia­łam i usia­dłam na­prze­ciw­ko nie­go.

Miał kru­czo­czar­ne wło­sy, mo­men­ta­mi wpa­da­ją­ce w gra­nat, któ­re za­cze­sał do góry w nie­dba­łe­go iro­ke­za, duże usta i zło­te tę­czów­ki.

– Wi­taj, je­stem Be­leth – przed­sta­wił się i uśmiech­nął za­chę­ca­ją­co. – Mogę po­da­nie?

Po­da­łam mu je i za­czę­łam błą­dzić wzro­kiem po bia­łych ścia­nach, na któ­rych wi­sia­ły tan­det­ne akwa­re­le. W ką­cie po­ko­ju sta­ła za­su­szo­na pa­prot­ka. Gdy­by wszy­scy na­oko­ło nie wma­wia­li mi, że je­stem w Pie­kle, spo­koj­nie po­my­śla­ła­bym, że tra­fi­łam do zwy­kłe­go urzę­du.

– Jak z całą pew­no­ścią za­uwa­ży­łaś, wszyst­kie urzę­dy świa­ta wzo­ru­ją wy­strój wnętrz na nas. Wiesz, kto wy­my­ślił po­dat­ki? – za­py­tał.

– No… lu­dzie?

– Nie. My! Wi­dzę, że Dział dez­in­for­ma­cji na­praw­dę do­brze się spi­su­je – dia­beł pu­ścił do mnie oko.

By­łam pew­na, że to dia­beł. Był pięk­ny.

– Tak, je­stem dia­błem – mruk­nął, od­kła­da­jąc moje po­da­nie na bok.

Zdzi­wi­łam się. Skąd wie­dział, o czym my­śla­łam?

– Je­steś jesz­cze na tyle ludz­ka, że z ła­two­ścią może ci czy­tać w my­ślach zwy­kły de­mon – wy­ja­śnił. – Po pew­nym cza­sie, gdy się przy­sto­su­jesz, twój umysł bę­dzie za­mknię­ty dla wszyst­kich. Na­wet dla anio­łów i dia­błów.

Na­gle zro­zu­mia­łam, cze­mu tam­ten urzęd­nik był taki nie­mi­ły. On po pro­stu sły­szał, jak w my­ślach ko­men­to­wa­łam fakt, że jest taki od­ra­ża­ją­cy!!!

– Ta­aak – mruk­nął Be­leth. – Mógł się na cie­bie za to ob­ra­zić. Wi­dzę, że Aza­zel ni­cze­go ci nie wy­ja­śnił. Ale się nie martw. Ja ci wszyst­ko wy­tłu­ma­czę. Umar­łaś. W chwi­li, gdy to się sta­ło, czas się dla cie­bie za­trzy­mał – wska­zał na ze­ga­rek na moim prze­gu­bie. – Te­raz je­steś isto­tą wiecz­ną. Czas już nie ma na cie­bie wpły­wu. Gdy umar­łaś, po­ja­wi­ły się przy to­bie dwie po­sta­cie: anioł i dia­beł. Na­stęp­nie roz­po­czę­ły targ o two­ją du­szę. Wy­li­cza­ły two­je do­bre uczyn­ki, ile grze­chów głów­nych po­peł­ni­łaś, ile przy­ka­zań zła­ma­łaś.

Przy­po­mnia­łam so­bie po­ran­ną sce­nę. Anioł wy­mie­niał moje do­bre uczyn­ki. Kto by po­my­ślał, że pod­czas swo­je­go krót­kie­go, dwu­dzie­sto­let­nie­go ży­cia aż pięć­dzie­siąt czte­ry razy ustą­pi­łam sta­rusz­kom miej­sca w tram­wa­ju!

Mimo wszyst­ko moja ko­mu­ni­ka­cyj­na szla­chet­ność nie zwy­cię­ży­ła z na­gmin­nie ła­ma­nym dru­gim przy­ka­za­niem…

– Jak sama wi­dzisz, Aza­zel wy­grał i tra­fi­łaś do nas – kon­ty­nu­ował Be­leth. – Jed­nak tak się spodo­ba­łaś Aza­ze­lo­wi, że po­sta­no­wił omi­nąć pro­ce­du­ry. Tak na mar­gi­ne­sie, to ja­kimś cu­dem wła­śnie on za­wsze do­sta­je naj­ład­niej­sze dziew­czy­ny, ale cóż… Nor­mal­nie ktoś, kto tu tra­fia, sta­je się oby­wa­te­lem Pie­kła. Taki osob­nik wy­bie­ra so­bie miej­sce, gdzie chce za­miesz­kać, co ro­bić i tak da­lej. Na­wia­sem mó­wiąc, w Pie­kle nie jest źle. Ni­ko­go nie sma­ży­my, nie przy­pa­la­my, nie tor­tu­ru­je­my. To pro­pa­gan­da tych tam – wska­zał na su­fit. – U nas po pro­stu jest cie­plej ze wzglę­du na bli­skość ją­dra Zie­mi. Je­ste­śmy dość głę­bo­ko. W Nie­bie jest po­dob­nie. Wiecz­ne wa­ka­cje. Jed­nak, jak już mó­wi­łem, za bar­dzo się spodo­ba­łaś Aza­ze­lo­wi i sta­niesz się jed­ną z nas.

– Jak to?

Cał­kiem się w tym po­gu­bi­łam. Naj­pierw wma­wia mi, że w Pie­kle jest luz i za­ba­wa, a te­raz jesz­cze może mają wy­ro­snąć mi rogi?

– Bez prze­sa­dy. Rogi? – za­śmiał się. – Masz ob­se­sję na tym punk­cie.

Be­leth wy­jął z kie­sze­ni ozdob­ną srebr­ną pa­pie­ro­śni­cę. Wy­cią­gnął ją w moją stro­nę, jed­nak po­krę­ci­łam prze­czą­co gło­wą.

Pstryk­nął pal­ca­mi. Jak za­cza­ro­wa­na, pa­trzy­łam na mały pło­myk, któ­ry po­ja­wił się zni­kąd, a te­raz błą­kał się po jego opusz­kach. Dia­beł jak gdy­by nig­dy nic przy­ło­żył pło­ną­cy pa­lec wska­zu­ją­cy do czub­ka pa­pie­ro­sa i przy­pa­lił go. Chwi­lę póź­niej pło­myk znik­nął, a wszyst­kie pal­ce Be­le­tha były całe i zdro­we.

Za­cią­gnął się i wy­pu­ścił w po­wie­trze kil­ka kó­łek dymu.

– Wła­śnie o to mi cho­dzi – po­wie­dział. – Bę­dziesz peł­no­praw­ną dia­bli­cą, bę­dziesz mia­ła moc. Jak wiesz, wszyst­kie anio­ły to męż­czyź­ni. A jak­kol­wiek by na to pa­trzeć, dia­bły to też anio­ły, tyl­ko strą­co­ne z Nie­bios. Tak więc dia­bli­ce i anie­li­ce nie ist­nie­ją. Jed­nak Pie­kło jest znacz­nie bar­dziej po­stę­po­we od Nie­ba i za­czę­li­śmy re­kru­ta­cję po­nęt­nych śmier­tel­ni­czek.

Mó­wiąc to, mru­gnął do mnie. Spe­szy­łam się. Nig­dy nie uwa­ża­łam się za spe­cjal­nie uro­dzi­wą. Mia­łam za duży nos i usta, a moje wło­sy przy­po­mi­na­ły na­stro­szo­ne pta­sie pió­ra.

– Ko­cha­nie, je­steś dia­bel­nie pięk­na – stwier­dził Be­leth. – Są­dzisz, że bie­rze­my na dia­bli­ce kogo po­pad­nie? Jest ostra se­lek­cja. A ty masz wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­je­my. Je­steś pięk­na i po­nęt­na – fa­ce­ci na cie­bie lecą. Je­steś in­te­li­gent­na, a w tej pra­cy trze­ba być po­my­sło­wym, żeby prze­ga­dać anio­ła. Poza tym je­steś słod­ka, kie­dy się de­ner­wu­jesz. – Uśmiech­nął się do mnie cie­pło.

Jak na za­wo­ła­nie się za­czer­wie­ni­łam. Oczy­wi­ście za­raz się za to prze­klę­łam.

Za­śmiał się ser­decz­nie.

Prze­klę­łam się jesz­cze raz. No tak, prze­cież on do­sko­na­le sły­szy moje my­śli.

– Już nie­dłu­go – zno­wu się za­cią­gnął.

Za­ka­sła­łam od dymu.

– Cze­mu pa­lisz? – za­py­ta­łam. – To nie­zdro­we.

Za­trzy­mał się w pół ru­chu zbi­ty z tro­pu, a na­stęp­nie za­czął się gło­śno śmiać.

– Ko­cha­nie, je­steś naj­słod­szą oso­bą, jaką spo­tka­łem – stwier­dził roz­ba­wio­ny. – Prze­cież je­stem wiecz­ny. Nie do­sta­nę raka płuc, jak wy śmier­tel­ni­cy, i nie umrę. Tak samo jest z al­ko­ho­lem. Sa­mo­na­pra­wial­na, wiecz­na wą­tro­ba, ma­rze­nie każ­de­go al­ko­ho­li­ka. Czy to nie pięk­ne?

– Eee… tak… Czy­li cze­kaj. Zo­sta­nę dia­bli­cą, tak?

Kiw­nął gło­wą, wbi­ja­jąc we mnie swo­je zło­ta­we oczy.

– Będę mia­ła moc, tak?

Zno­wu kiw­nął gło­wą. Po jego ustach za­czął błą­kać się uśmiech.

– I co da­lej? Mam dla was pra­co­wać?

– Tak, bę­dziesz ro­bi­ła to samo, co Aza­zel. Re­kru­to­wa­ła no­wych oby­wa­te­li Pie­kła.

– Zna­czy po­tę­pio­nych? – za­kpi­łam.

Dia­beł skrzy­wił się.

– To tak nie­ład­nie brzmi. Oby­wa­tel Pie­kła jest wdzięcz­niej­szym okre­śle­niem. Poza tym jest bar­dziej po­praw­ne po­li­tycz­nie. Mu­sisz zro­zu­mieć róż­ni­ce po­mię­dzy Pie­kłem a Nie­bem. Tu i tu jest faj­nie i wszy­scy są szczę­śli­wi. Tyle że w Pie­kle jest we­se­lej. My mamy róż­ne­go ro­dza­ju używ­ki, spor­ty eks­tre­mal­ne i inne za­baw­ne rze­czy. Tu wszyst­ko, no pra­wie wszyst­ko, jest do­zwo­lo­ne. Za to w Nie­bie jest spo­kój, wy­ci­sze­nie i wspól­ne śpie­wa­nie. Nu­uuuda­aaa…

– Za­raz – prze­rwa­łam mu. – Czy­li na to wy­cho­dzi, że wszyst­kich po śmier­ci cze­ka na­gro­da? A co z mor­der­ca­mi? Gwał­ci­cie­la­mi?

– A to inna baj­ka. Oni prze­sta­ją ist­nieć. Ich byt we­wnętrz­ny, du­sza, ka, ro­zum, czy jak tam zwał, zni­ka. Są­dzisz, że chce­my mieć w Pie­kle ta­kich de­ge­ne­ra­tów? – ob­ru­szył się. – To co to by było za Pie­kło? Mu­sisz zro­zu­mieć, że znaj­du­jesz się te­raz w miej­scu wiecz­nej za­ba­wy. Z mor­der­ca­mi czy psy­cho­pa­ta­mi nie ma do­brej za­ba­wy…

Sie­dzia­łam dość dłu­go w mil­cze­niu, ukła­da­jąc so­bie w gło­wie to, co usły­sza­łam.

– Czy­li nie je­stem zła i nie dla­te­go tra­fi­łam do Pie­kła? – za­py­ta­łam w koń­cu.

– Ko­cha­nie…

– Wiki – prze­rwa­łam mu. – Mów mi Wiki, wszy­scy mnie tak na­zy­wa­ją.

– Do­brze, Wiki. – Uśmiech­nął się do mnie cie­pło.

Gdy­bym go spo­tka­ła w nor­mal­nym ży­ciu, od razu stra­ci­ła­bym dla nie­go gło­wę.

Uśmiech na twa­rzy dia­bła znacz­nie się po­sze­rzył.

Cho­le­ra… usły­szał…

– Wiki, nie je­steś zła. No do­brze… krysz­ta­ło­wa też nie je­steś, bo in­a­czej tra­fi­ła­byś do Nie­ba. Ale wierz mi, tu bar­dziej pa­su­jesz. Sama po­wiedz: chcia­ła­byś przez resz­tę wiecz­no­ści śpie­wać hym­ny? Prze­cież zwa­rio­wać by moż­na. Owszem, jest w tym ogrom­na daw­ka emo­cji, ro­dzaj swo­istej eks­ta­zy, prze­ży­wa­nia Jego obec­no­ści…

Dia­beł roz­ma­rzył się i na chwi­lę od­pły­nął gdzieś my­śla­mi. Od­chrząk­nął, lek­ko za­wsty­dzo­ny tym przy­pły­wem cie­płych wspo­mnień. Kla­snął w dło­nie i otwo­rzył se­gre­ga­tor.

– Do­bra, my tu gadu-gadu, a trze­ba ci przy­dzie­lić wszyst­ko, cze­go po­trze­bu­jesz. W koń­cu nie bez po­wo­du zaj­mu­ję się przy­dzia­ła­mi.

Chwi­lę kart­ko­wał za­war­tość se­gre­ga­to­ra.

– O! Jest – po­dał mi kart­kę ze zdję­ciem ślicz­ne­go domu w sty­lu hisz­pań­skim, z ba­se­nem i za­dba­nym ogro­dem. – Pro­po­nu­ję ci ten dom. Bli­sko mo­rza, na nie­wiel­kim wznie­sie­niu. Ci­cha oko­li­ca, ale do do­brych klu­bów jest do­kład­nie rzut be­re­tem. Jest jesz­cze je­den plus, ja miesz­kam nie­da­le­ko. – Uśmiech­nął się dra­pież­nie.

Na­wet tego nie sko­men­to­wa­łam.

– Czy­li, jak wi­dzę, zga­dzasz się. – W jego dło­ni zma­te­ria­li­zo­wa­ły się klu­cze. – Pro­szę, są do drzwi wej­ścio­wych. Ubra­nia znaj­dziesz w sza­fach. Co do two­je­go dia­bel­skie­go ima­ge’u, to pro­po­nu­ję, że­byś ubie­ra­ła się w skó­ry, fa­ce­ci będą scho­dzić na sam twój wi­dok. A to – po­dał mi ja­kąś kart­kę, któ­rą przed chwi­lą wy­peł­nił drob­nym pi­smem czer­wo­nym atra­men­tem – skie­ro­wa­nie do po­ko­ju 666, gdzie otrzy­masz moc. Ju­tro je­den z na­szych kon­sul­tan­tów po­ja­wi się u cie­bie, żeby wpro­wa­dzić cię w za­wód dia­bła.

– OK. – Wzię­łam wszyst­ko i pod­nio­słam się.

– Na­praw­dę bar­dzo miło było mi cię po­znać. – Uśmiech­nął się, a jego oczy za­mi­go­ta­ły. – Do zo­ba­cze­nia wkrót­ce.

– Cześć – od­po­wie­dzia­łam.

Gdy za­mknę­ły się za mną drzwi, ode­tchnę­łam głę­bo­ko. To ja­kaś ma­ka­bre­ska! Albo sen! Tak, to na pew­no sen! Prze­cież to nie­moż­li­we! Nie mo­głam umrzeć. To na pew­no ja­kiś kosz­mar. Za­raz się obu­dzę. Mu­szę się obu­dzić.

Poza tym co z Mar­kiem, moim star­szym bra­tem? Mia­łam tyl­ko jego, bo nasi ro­dzi­ce zmar­li, jak by­łam mała. Od tam­tej pory miesz­ka­li­śmy ra­zem, a on się mną opie­ko­wał. Gdy­bym umar­ła, zo­stał­by sam. Cał­kiem sam. To zna­czy, pół roku temu się od nie­go wy­pro­wa­dzi­łam, bo ma na­rze­czo­ną, z któ­rą za­mie­rza­li się po­brać, ale prze­cież pew­nie strasz­nie za mną tę­sk­nił. Wia­do­mość o mo­jej śmier­ci mu­sia­ła nim wstrzą­snąć.

Zno­wu mia­łam ocho­tę się roz­pła­kać; uczu­cie za­gu­bie­nia, na chwi­lę prze­gna­ne przez roz­ga­da­ne­go Be­le­tha, po­wró­ci­ło.

Atra­ment na skie­ro­wa­niu wy­sechł. Czer­wo­ne li­te­ry ro­bi­ły się co­raz ciem­niej­sze. Mia­łam na­dzie­ję, że to zwy­kły tusz, a nie krew.

Wes­tchnę­łam i spoj­rza­łam na drzwi przed sobą. Nie­koń­czą­cy się ko­ry­tarz przy­po­mi­nał mi la­bi­rynt. Tyl­ko Da­wi­da Bo­wie w for­mie złe­go de­mo­na bra­ko­wa­ło…

Wy­cią­gnę­łam rękę i za­stu­ka­łam moc­no…

Do drzwi z nu­me­rem 666.

– Pro­szę – od­po­wie­dział mi gar­dło­wy głos.

Nie wie­dzia­łam, cze­go się spo­dzie­wać. Na środ­ku po­ko­ju bę­dzie stał ocie­ka­ją­cy krwią oł­tarz z za­bi­tą owiecz­ką? A może zo­ba­czę pło­mie­nie pie­kiel­ne i sza­ta­na ro­dem z lu­do­wych opo­wia­dań, dzier­żą­ce­go w szpo­nach wi­dły?

Jed­nak sro­dze się za­wio­dłam, bo przede mną nie było ni­cze­go ta­kie­go. We­szłam do naj­nor­mal­niej wy­glą­da­ją­ce­go biu­ra, ni­czym nie­róż­nią­ce­go się od po­przed­nich dwóch. Za me­ta­lo­wym, su­ro­wym biur­kiem sie­dział zwy­kły de­mon w nie­mod­nym gar­ni­tu­rze. Jesz­cze brzyd­szy od tego z po­ko­ju 6.

W chwi­li, gdy to po­my­śla­łam, de­mon zmru­żył groź­nie oczy.

Od­ru­cho­wo od­wró­ci­łam się i zer­k­nę­łam na drzwi 66, któ­re oczy­wi­ście zdą­ży­ły już znik­nąć. Dla­cze­go tam sie­dział dia­beł, sko­ro wszę­dzie były de­mo­ny? Da­wa­nie śmier­tel­ni­kom mocy było chy­ba po­waż­niej­szym za­ję­ciem od przy­dzie­la­nia miesz­kań. To w tym po­ko­ju po­wi­nien znaj­do­wać się dia­beł.

Po­de­szłam do biur­ka i po­ło­ży­łam skie­ro­wa­nie.

– Hm… mam dać ci moc – mruk­nął de­mon. – Czło­wie­ko­wi… Zno­wu…

Wi­dać było, że nie miał na to naj­mniej­szej ocho­ty.

– A ilu lu­dziom dano już moc? – za­py­ta­łam, sia­da­jąc na nie­wy­god­nym krze­śle.

– Li­cząc z tobą, czte­rem ko­bie­tom… Z cze­go dia­blic mamy ak­tu­al­nie dwie. Ty bę­dziesz tą dru­gą – po­wie­dział, grze­biąc w szu­fla­dzie.

Na me­blach, se­gre­ga­to­rach i lam­pach le­ża­ła bar­dzo gru­ba war­stwa ku­rzu. Tu­taj tak­że sta­ła pa­prot­ka, któ­ra jed­nak w po­rów­na­niu z oka­za­mi z po­przed­nich biur była do­słow­nie w sta­nie mu­mi­fi­ka­cji…

Czte­ry dia­bli­ce. De­mon zbyt­nio się nie prze­pra­co­wy­wał.

– A co z po­zo­sta­ły­mi dwie­ma? – za­py­ta­łam.

– Zre­zy­gno­wa­ły z mocy po wy­ga­śnię­ciu kon­trak­tu – od­parł z wy­raź­ną nie­chę­cią. – Wo­la­ły zo­stać zwy­kły­mi oby­wa­tel­ka­mi Pie­kła.

Prych­nął gło­śno z po­gar­dą, przy oka­zji plu­jąc na blat. Naj­wy­raź­niej nie mógł zro­zu­mieć ich de­cy­zji.

– Kon­trakt? – od razu pod­chwy­ci­łam. – To jest ja­kiś kon­trakt?

– Tak… W chwi­li, gdy w ga­bi­ne­cie nu­mer 6 zło­ży­łaś pod­pis na skie­ro­wa­niu, kon­trakt za­czął dzia­łać. Trwa sześć­dzie­siąt sześć lat od te­raz.

– Jak to już trwa? Cze­mu nikt mi nie po­wie­dział?! Jak to sześć­dzie­siąt sześć lat?! – Chwy­ci­łam się kur­czo­wo biur­ka.

– I wła­śnie dla­te­go nie lu­bię lu­dzi – rzekł de­mon bar­dziej do sie­bie niż do mnie. – Trze­ba czy­tać mały druk na do­ku­men­tach, któ­re się pod­pi­su­je. Poza tym masz przed sobą wiecz­ność. Co cię kosz­tu­je sześć­dzie­siąt sześć lat?!

Wła­ści­wie miał ra­cję… Nie­mniej nadal czu­łam się oszu­ka­na.

Po­ło­żył przede mną jabł­ko i kil­ka iden­tycz­nych kar­tek, na któ­rych było oświad­cze­nie, że przy­ję­łam moc, i miej­sce na pod­pis.

– Pro­szę – po­wie­dział ta­kim to­nem, że wca­le nie za­brzmia­ło to uprzej­mie. – Sześć eg­zem­pla­rzy de­kla­ra­cji.

– Nie je­stem głod­na. – Prze­su­nę­łam jabł­ko na bok, szu­ka­jąc drob­ne­go dru­ku na jed­nej z ko­pii do­ku­men­tu.

Po kil­ku mi­nu­tach bez­sku­tecz­ne­go wpa­try­wa­nia się w kart­kę do­szłam do wnio­sku, że albo był tak mały, że nie było go wi­dać, albo go po pro­stu tam nie było. Na wszel­ki wy­pa­dek spraw­dzi­łam jesz­cze, czy ko­pie aby na pew­no były ko­pia­mi. W koń­cu znaj­do­wa­łam się w Pie­kle. Praw­do­po­do­bień­stwo, że ktoś mnie tu oszu­ka, było ogrom­ne.

– A moc? – za­py­ta­łam.

De­mon wska­zał na małe zie­lo­ne jabł­ko, przy­po­mi­na­ją­ce pa­pie­rów­kę.

– To jest moc? – Mia­łam ocho­tę się za­śmiać.

– Mu­sisz je zjeść – wy­ja­śnił. – Je­ste­śmy tra­dy­cjo­na­li­sta­mi.

Cze­ka­łam, aż wy­śmie­je mnie, że da­łam się na­brać, ale on sie­dział po­waż­ny ze sple­cio­ny­mi dłoń­mi.

– Se­rio? – za­py­ta­łam jesz­cze, bio­rąc ja­błusz­ko do ręki.

Nie od­po­wie­dział. Uznał naj­wy­raź­niej, że jest to po­ni­żej jego god­no­ści.

Gdy już mia­łam je ugryźć, mruk­nął:

– Pod­pis na sze­ściu ko­piach pro­szę…

Pod­pi­sa­łam się czer­wo­nym pió­rem w pu­stych miej­scach i ugry­złam jabł­ko. Ocze­ki­wa­łam ja­kie­goś prą­du, któ­ry prze­bie­gnie przez moje cia­ło, pa­le­nia w prze­ły­ku, mrocz­ków przed ocza­mi, jed­nak i tym ra­zem się za­wio­dłam. Sma­ko­wa­ło jak naj­zwy­klej­sze jabł­ko i nie wy­wo­ła­ło żad­nych skut­ków ubocz­nych. Po chwi­li zo­stał mi tyl­ko ogry­zek.

– I co te­raz? – za­py­ta­łam.

– Wy­rzuć go do ko­sza do uty­li­za­cji. Nie mo­że­my do­pu­ścić do tego, że­byś za­trzy­ma­ła pest­ki i wy­ho­do­wa­ła so­bie wła­sne drzew­ko mocy.

Po­słusz­nie wrzu­ci­łam ogry­zek do po­da­ne­go mi po­jem­ni­ka.

– Gra­tu­lu­ję, sta­ła się pani dia­bli­cą – po­wie­dział de­mon oschłym, służ­bo­wym to­nem. – Po po­wro­cie do przy­dzie­lo­ne­go domu znaj­dzie tam pani szcze­gó­ło­we in­for­ma­cje, do­ty­czą­ce po­stę­po­wa­nia z mocą, a tak­że Re­gu­la­min Pie­kła.

– To co te­raz ze mną bę­dzie? – za­py­ta­łam bez­rad­nie.

– Ma pani kil­ka dni na przy­sto­so­wa­nie się do no­wej sy­tu­acji i umie­jęt­no­ści, a po­tem musi pani zgod­nie z umo­wą przy­stą­pić do pra­cy.

Pa­trzy­łam na nie­go w na­pię­ciu. To musi być sen. Ja się na pew­no za­raz obu­dzę. To tyl­ko tra­gicz­ny sen.

– To nie jest sen. – De­mon po­dał mi mały me­ta­lo­wy klucz z prze­wie­szo­nym srebr­nym łań­cusz­kiem.

Wzię­łam go do ręki i prze­su­nę­łam pal­cem po mi­ster­nych zdo­bie­niach. Był żło­bio­ny w drob­ne ró­życz­ki. Bar­dzo mi­ster­ny. Aza­zel też miał taki klucz, tyl­ko bar­dziej to­por­ny. Do­słow­nie wsa­dził go w ścia­nę i wy­cza­ro­wał drzwi, któ­re do­pro­wa­dzi­ły mnie tu­taj.

– Wła­śnie tak – mruk­nął. – Na­le­ży po­my­śleć o miej­scu do­ce­lo­wym. Skie­ro­wać klucz na wol­ną po­wierzch­nię pła­ską, naj­le­piej ścia­nę, na któ­rej zmie­ści się przej­ście, i płyn­nym ru­chem za­głę­bić go w ma­te­rii, jed­no­cze­śnie prze­krę­ca­jąc w pra­wo sześć razy. Nie­dłu­go mają po­dob­no wejść ja­kieś uno­wo­cze­śnie­nia. Aza­zel za­cie­kle wal­czy, by po­wsta­ły pi­lo­ty jak do te­le­wi­zo­ra… – De­mon prych­nął pod no­sem: – Jesz­cze tro­chę i za­mie­ni­my się w lu­dzi.

To nie by­ło­by ta­kie złe. Lu­dzie są ład­niej­si… – po­my­śla­łam.

De­mon zmru­żył gniew­nie oczy.

– Do­pó­ki nie na­uczysz się ukry­wać swo­ich my­śli, po­win­naś w ogó­le nie my­śleć. Wy­szło­by ci to na zdro­wie… – wark­nął, zno­wu prze­cho­dząc na „ty”.

Za­wsty­dzo­na spu­ści­łam oczy.

– Te­raz że­gnam. Po­myśl o swo­im domu, któ­ry Be­leth ci za­pro­po­no­wał, i prze­kręć klucz.

Wsta­łam i na sztyw­nych no­gach po­de­szłam do ścia­ny. Zer­k­nę­łam na de­mo­na, któ­ry wpa­try­wał się w każ­dy mój ruch z nie­kła­ma­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

– Czy gdy­bym nie do­sta­ła mocy, to klucz by za­dzia­łał? – za­py­ta­łam.

– Nie.

– A jak nie za­dzia­ła mimo jabł­ka?

– Za­dzia­ła…

Po­my­śla­łam in­ten­syw­nie o ma­łej wil­li nad brze­giem mo­rza, z ma­ły­mi cy­tru­sa­mi do­oko­ła. Wy­cią­gnę­łam rękę i pchnę­łam ją w stro­nę bia­łej ścia­ny. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, klucz wszedł w nią z lek­kim opo­rem, zu­peł­nie jak­bym za­głę­bia­ła go w świe­żo roz­ro­bio­ne cia­sto. Jesz­cze raz przy­wo­ła­łam w pa­mię­ci ob­raz domu i sześć razy prze­krę­ci­łam klucz w pra­wo.

Ścia­na przed mo­imi ocza­mi za­czę­ła fa­lo­wać i zmie­ni­ła ko­lor na ciem­no­wi­śnio­wy. Chwi­lę póź­niej zo­ba­czy­łam przed sobą drew­nia­ne, sta­re drzwi. Mój klucz tkwił w ich zam­ku. Wy­ję­łam go i na­ci­snę­łam na klam­kę.

Po dru­giej stro­nie znaj­do­wa­ła się mała bru­ko­wa­na ścież­ka, oto­czo­na fa­lu­ją­cy­mi na de­li­kat­nym wie­trze eg­zo­tycz­ny­mi ro­śli­na­mi. Tuż za nią wi­dzia­łam wej­ście pro­wa­dzą­ce do mo­je­go no­we­go domu.

Od­wró­ci­łam się i spoj­rza­łam na de­mo­na, któ­ry nadal bacz­nie mnie ob­ser­wo­wał.

– Wi­ta­my w Pie­kle – po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się do mnie chy­ba po raz pierw­szy cał­ko­wi­cie szcze­rze.

Od­wza­jem­ni­łam mi­mo­wol­nie uśmiech i prze­szłam na dru­gą stro­nę.

Le­d­wie sta­nę­łam na ko­st­ce bru­ko­wej, drzwi za mo­imi ple­ca­mi za­czę­ły się za­my­kać. Po chwi­li w po­wie­trzu uno­sił się tyl­ko błysz­czą­cy kon­tur, ślad ich obec­no­ści, jed­nak szyb­ko znikł zdmuch­nię­ty przez mor­ski wiatr.

Wy­cią­gnę­łam rękę, lecz na­po­tka­łam pust­kę. Nie było tu­taj ścia­ny. Drzwi znik­nę­ły osta­tecz­nie. Wą­ski chod­nik pro­wa­dził od ku­tej bra­my wej­ścio­wej do drzwi mo­je­go no­we­go domu.

Z ci­chym świ­stem wy­pu­ści­łam po­wie­trze, któ­re od dłuż­szej chwi­li mi­mo­wol­nie wstrzy­my­wa­łam.

A więc je­stem w Pie­kle.

Temu zda­niu upar­cie prze­czy­ło wszyst­ko, co do­strze­ga­łam do­oko­ła sie­bie. Żywe ko­lo­ry, ma­low­ni­cza za­to­ka, jak­by wy­cię­ta z ma­ga­zy­nu po­dróż­ni­cze­go, świer­got pta­ków wśród drzew, lek­ka sło­na bry­za.

W od­da­li wi­dzia­łam inne re­zy­den­cje. W po­rów­na­niu z nie­któ­ry­mi bu­dow­la­mi mój kil­ku­na­sto­po­ko­jo­wy dom wy­da­wał się le­d­wie chat­ką… Każ­dy bu­dy­nek róż­nił się od po­przed­nie­go, jed­nak wszyst­kie ide­al­nie kom­po­no­wa­ły się w ten spo­koj­ny i sen­ny kra­jo­braz eg­zo­tycz­ne­go ku­ror­tu.

Za­wsze mo­głam tyl­ko po­ma­rzyć o wy­ciecz­ce w cie­płe kra­je. A te­raz? Zu­peł­nie jak­bym zna­la­zła się na wy­brze­żu sło­necz­nej Gre­cji.

Ru­szy­łam po­wo­li w stro­nę domu. Za­cie­nio­ny ga­nek wręcz za­pra­szał, by przy­siąść na chwi­lę na sty­lo­wej ka­na­pie z bam­bu­sa i roz­ko­szo­wać się tym pięk­nym dniem. We­wnątrz dom oka­zał się jesz­cze wspa­nial­szy. Orien­tal­na sty­li­sty­ka i ume­blo­wa­nie spra­wia­ły, że czu­łam się, jak­bym się prze­nio­sła w jed­ną z ty­sią­ca i jed­nej ba­śni opo­wia­da­nych szep­tem przez Sze­he­re­za­dę. Prze­su­nę­łam pal­ca­mi po mi­ster­nej, kwie­ci­stej mo­za­ice na jed­nej ze ścian.

Tak. Bar­dzo mi się tu po­do­ba­ło. Je­śli był to tyl­ko sen, to na ra­zie nie chcia­łam się z nie­go bu­dzić.

Po­ło­ży­łam klucz na ni­skim sto­li­ku za­rzu­co­nym gru­by­mi księ­ga­mi. Od­czy­ta­łam na głos ty­tu­ły na grzbie­tach:

Re­gu­la­min Pie­kła tom I z VI, Za­sa­dy ko­rzy­sta­nia z mocy, Pra­ca dia­bła – pod­sta­wy, Dia­beł – po­win­ność czy obo­wią­zek?, 666 praw i za­sad urzęd­ni­ka pie­kiel­ne­go, Spis 666 re­stau­ra­cji i klu­bów Niż­szej Ar­ka­dii, Jak stać się po­nęt­ną i sek­sow­ną w go­dzi­nę.

Za­śmia­łam się pod no­sem. Po­dej­rze­wa­łam, że ostat­nia po­zy­cja to ra­czej drob­ny upo­mi­nek po­wi­tal­ny od Be­le­tha.

Za ni­skim szez­lon­giem zna­la­złam resz­tę po­kaź­nych roz­mia­rów to­mów Re­gu­la­mi­nu Pie­kła (każ­dy miał oczy­wi­ście 666 stron), a tak­że kil­ka pla­nów oko­li­cy i po­rad­ni­ków. Na ra­zie jed­nak zo­sta­wi­łam książ­ki i ru­szy­łam na dal­sze zwie­dza­nie domu, któ­ry oka­zał się ogrom­ny. Wszyst­kie po­miesz­cze­nia były peł­ne świa­tła wpa­da­ją­ce­go przez wy­so­kie okna, za­opa­trzo­ne w drew­nia­ne okien­ni­ce.

W koń­cu do­tar­łam do głów­nej sy­pial­ni, w któ­rej sta­ło ogrom­ne łoże z bal­da­chi­mem. Le­ża­ła na nim sa­ty­no­wa bur­gun­do­wa po­ściel i nie­zli­czo­ne kre­mo­we po­dusz­ki. Jego roz­mia­ry mo­gły spra­wić, że w nocy, po ciem­ku, dwie oso­by mo­gły­by mieć pe­wien pro­blem ze zna­le­zie­niem sie­bie.

Prze­past­ne sza­fy peł­ne były do­brej ja­ko­ści ubrań. Wzię­łam do ręki kar­mi­no­wą suk­nię, któ­rej de­kolt koń­czył się gdzieś w oko­li­cach pęp­ka.

– „Dia­blo ga­ba­na” – od­czy­ta­łam na głos.

Spoj­rza­łam na tył suk­ni, ale ple­cy były jesz­cze bar­dziej wy­cię­te. Tak więc to, co po­cząt­ko­wo wzię­łam za de­kolt, chy­ba rze­czy­wi­ście mu­sia­ło nim być. Be­leth chy­ba śnił, je­że­li my­ślał, że ją kie­dy­kol­wiek wło­żę…

Prze­rzu­ci­łam jesz­cze kil­ka ubrań, przy­glą­da­jąc się met­kom z nie­zna­ny­mi mar­ka­mi. W koń­cu na­tra­fi­łam na bluz­kę pod­pi­sa­ną M&S.

O! Marks & Spen­cer? Wresz­cie coś ziem­skie­go i ludz­kie­go!

Zer­k­nę­łam na dru­gą stro­nę met­ki. A jed­nak nie. Me­fi­sto & Sza­tan…

Sy­pial­nia była po­łą­czo­na z ol­brzy­mią ła­zien­ką. Uśmiech­nę­łam się pod no­sem. Sko­ro ten sen jesz­cze trwa, to mogę go wy­ko­rzy­stać. Od­krę­ci­łam kur­ki w wan­nie i na­la­łam pach­ną­ce­go cze­ko­la­dą pły­nu do ką­pie­li.

Jed­na ścia­na w sy­pial­ni była cała zbu­do­wa­na z lu­ster po­więk­sza­ją­cych i po­głę­bia­ją­cych całe po­miesz­cze­nie. Spoj­rza­łam na sie­bie. Wy­cią­gnię­te na ko­la­nach dżin­sy, ubło­co­ne adi­da­sy, czar­na pod­ko­szul­ka i po­tar­ga­ne wło­sy. Do­praw­dy sam sek­sa­pil…

Zer­k­nę­łam na czer­wo­ną su­kien­kę po­rzu­co­ną na sze­ro­kim łóż­ku z bal­da­chi­mem. Wzię­łam ją do ręki. W koń­cu nic się nie sta­nie, je­śli ją przy­mie­rzę.

Przez na­stęp­ną go­dzi­nę, pod­czas któ­rej woda zdą­ży­ła wy­sty­gnąć, przy­mie­rza­łam ko­lej­ne ubra­nia, od­wie­sza­jąc sta­ran­nie te, któ­re mi się po­do­ba­ją, a rzu­ca­jąc na zie­mię ta­kie, któ­rych nig­dy bym nie wło­ży­ła.

Wie­czo­rem, le­żąc już w wan­nie, z ma­secz­ką na twa­rzy i od­żyw­ką na wło­sach, wer­to­wa­łam Jak stać się po­nęt­ną i sek­sow­ną w go­dzi­nę. Nie była to może li­te­ra­tu­ra naj­wyż­szych lo­tów, jed­nak uzna­łam, że Re­gu­la­min Pie­kła i po­zy­cje do­ty­czą­ce pra­cy dia­bła mogę spo­koj­nie prze­czy­tać póź­niej.

Prze­cią­gnę­łam się z za­do­wo­le­niem. Przy­jem­nie ro­ze­spa­na prze­wró­ci­łam się na dru­gi bok. Na moją twarz pa­dło cie­płe słoń­ce. Mruk­nę­łam pod no­sem coś nie­zro­zu­mia­łe­go. Było mi tak do­brze. Otwo­rzy­łam oczy.

Zo­ba­czy­łam wy­so­kie uchy­lo­ne drzwi, pro­wa­dzą­ce na bal­kon. Bia­ła, pół­prze­zro­czy­sta fi­ran­ka ha­fto­wa­na w zło­te róże po­ru­sza­ła się de­li­kat­nie na cie­płym wie­trze.

Gdzie ja je­stem?

Za­la­ła mnie fala wspo­mnień. Męż­czy­zna w par­ku. Nóż. Krew. Ból.

Zła­pa­łam się za brzuch i od­wi­nę­łam sa­ty­no­wą po­ściel. Na moim brzu­chu pod pod­ko­szul­kiem nie było naj­mniej­sze­go śla­du. Prze­su­nę­łam pal­ca­mi po gład­kiej skó­rze. Przez chwi­lę czu­łam jesz­cze fan­tom daw­ne­go bólu.

Po­now­nie się ro­zej­rza­łam. Za­la­na świa­tłem, utrzy­ma­na w cie­płej to­na­cji sy­pial­nia mo­je­go no­we­go domu. W Pie­kle…

Po raz pierw­szy od śmier­ci po moim po­licz­ku po­to­czy­ła się sło­na łza.

To nie sen. Ja umar­łam… Ja na­praw­dę umar­łam. Już nie mo­głam wma­wiać so­bie, że to wy­jąt­ko­wo roz­bu­do­wa­ny sen, omam. To wszyst­ko było praw­dzi­we.

Za­czę­łam bar­dzo tę­sk­nić za bra­tem. Chcia­łam się do nie­go przy­tu­lić. Po­my­śla­łam o ko­le­żan­kach. Zuza była dla mnie ni­czym sio­stra. Co te­raz? Wła­śnie szy­ku­ją mój po­grzeb czy do­pie­ro, za­nie­po­ko­je­ni moją nie­obec­no­ścią, roz­po­czę­li po­szu­ki­wa­nia mo­je­go cia­ła?

Nie wiem, jak dłu­go le­ża­łam, pła­cząc. Ze­ga­rek na moim nad­garst­ku za­trzy­mał się w chwi­li mo­jej śmier­ci. Czas już dla mnie nie ist­niał.

W koń­cu wy­go­nił mnie z łóż­ka głód. Nadal w pi­ża­mie, na któ­rą wy­bra­łam pierw­szy lep­szy pod­ko­szu­lek i krót­kie dre­so­we spodnie (sa­ty­no­we ko­szul­ki z masą ko­ro­nek ja­koś mnie nie po­cią­ga­ły), ze­szłam na dół.

W kuch­ni od­kry­łam, że lo­dów­ka i wszyst­kie szaf­ki są pu­ste. Owszem, zna­la­złam masę garn­ków, pa­tel­ni i no­wo­cze­sne­go sprzę­tu ku­chen­ne­go, któ­re­go nie po­tra­fi­ła­bym ob­słu­gi­wać na­wet z in­struk­cją, jed­nak nie było na­wet odro­bi­ny je­dze­nia.

Za­raz, czy Je­zus przy­pad­kiem nie stwo­rzył je­dze­nia z ni­cze­go? Skrzy­wi­łam się. Nig­dy nie by­łam spe­cjal­nie re­li­gij­na. Będę mu­sia­ła pod­cią­gnąć swo­ją wie­dzę z za­kre­su Bi­blii i hi­sto­rii chrze­ści­jań­stwa, bo cał­kiem tu zgi­nę.

Po­szłam do sa­lo­nu po książ­kę o ko­rzy­sta­niu z mocy. Po­win­nam wczo­raj od niej za­cząć lek­tu­rę, a nie od wy­bit­ne­go dzie­ła o tym, jak do­mo­wym spo­so­bem zro­bić ma­secz­kę oczysz­cza­ją­cą z ogór­ka. W koń­cu i tak nie mia­łam ogór­ków.

Szyb­ko zna­la­złam roz­dział do­ty­czą­cy je­dze­nia i two­rze­nia przed­mio­tów.

Ale za­raz? Mia­łam wska­zać na coś pal­cem? A może za­ma­chać łyż­ką jak Har­ry Pot­ter różdż­ką?

Zde­cy­do­wa­łam się na pa­lec. Wy­cią­gnę­łam go w stro­nę bla­tu ku­chen­ne­go i po­my­śla­łam o fran­cu­skim ro­ga­li­ku. Tuż przed mo­imi ocza­mi po­ja­wił się zni­kąd. Ha!

Za­do­wo­lo­na z sie­bie ugry­złam ro­ga­lik. Sma­ko­wał… no wła­śnie ni­czym nie sma­ko­wał.

Wró­ci­łam do książ­ki. Aaa… mu­sia­łam po­my­śleć o sma­ku, za­pa­chu, kon­sy­sten­cji, za­war­to­ści od­żyw­czej… Nie za dużo do my­śle­nia? Aż jeść się ode­chcie­wa…

Spró­bo­wa­łam. Tym ra­zem die­te­tycz­ny ro­ga­lik fran­cu­ski na bez­ka­lo­rycz­nym ma­śle był prze­pysz­ny. Zja­dłam aż trzy, oczy­wi­ście naj­pierw je po­wie­la­jąc, żeby nie mu­sieć my­śleć o tym wszyst­kim jesz­cze raz.

Książ­ka o mocy była cie­kaw­sza, niż wska­zy­wa­ła­by na to sza­ra okład­ka i enig­ma­tycz­ny ty­tuł. Po dro­dze do sy­pial­ni stwo­rzy­łam na sto­li­ku w sa­lo­nie kil­ka fo­to­gra­fii Mar­ka i ko­le­ża­nek, akwa­re­lę z mo­je­go po­ko­ju na ścia­nie, ro­we­rek gim­na­stycz­ny w ką­cie i te­le­wi­zor pla­zmo­wy z od­twa­rza­czem DVD, a tak­że re­gał, na któ­rym sta­nę­ły za jed­nym mach­nię­ciem pal­ca w ko­lej­no­ści al­fa­be­tycz­nej wszyst­kie książ­ki wa­la­ją­ce się koło szez­lon­gu.

W chwi­li gdy sie­dzia­łam przy to­a­let­ce we wła­śnie stwo­rzo­nej błę­kit­nej su­kien­ce i eks­pe­ry­men­to­wa­łam z ma­ki­ja­żem, ktoś sześć razy za­stu­kał do drzwi…

Kon­sul­tant.

Zbie­głam po scho­dach i otwo­rzy­łam drzwi. Tuż za pro­giem, nie­dba­le opar­ty o fi­lar na gan­ku, stał Be­leth. Na mój wi­dok uśmiech­nął się sze­ro­ko i spoj­rzał na mnie znad lu­strza­nych szkieł oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych.

– Ko­cha­nie – po­wie­dział ni­skim, cie­płym gło­sem, przy­pra­wia­ją­cym o gę­sią skór­kę. – Wy­glą­dasz prze­pięk­nie.

Za­czer­wie­ni­łam się.

– Dzię­ki – mruk­nę­łam. – Pro­szę, wejdź.

Be­leth od razu pew­nym kro­kiem wkro­czył do sa­lo­nu i za­czął się cie­ka­wie roz­glą­dać. Uśmiech­nął się do mnie:

– Wi­dzę, że cud stwo­rze­nia przy­cho­dzi ci bez tru­du.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. To nie było nic trud­ne­go. Już na­wet pal­ca nie mu­sia­łam uży­wać.

– Te­raz je­steś kon­sul­tan­tem? Już nie pra­cu­jesz w przy­dzia­łach? – za­py­ta­łam. – Coś ła­two się prze­kwa­li­fi­ko­wa­łeś.

– Po­wiedz­my, że Aza­zel był mi win­ny pew­ną przy­słu­gę i po­mógł mi zmie­nić sta­no­wi­sko. Spe­cjal­nie po to, bym mógł cię spo­tkać.

– Aha…

Pa­trzy­łam na Be­le­tha sie­dzą­ce­go w swo­bod­nej po­zie na szez­lon­gu. Roz­pię­ta pod szy­ją czar­na ko­szu­la do­sko­na­łej ja­ko­ści per­fek­cyj­nie ukła­da­ła się na jego rów­nie per­fek­cyj­nym tor­sie. Spo­koj­nie mógł­by śpie­wać sta­ry pol­ski prze­bój Bo we mnie jest seks. Czar­ne wło­sy za­cze­sał do góry, zno­wu ukła­da­jąc je w nie­dba­łe­go iro­ke­za. He­ba­no­wy wi­sior przy­po­mi­na­ją­cy mu­zuł­mań­ski ró­ża­niec zni­kał pod ko­szu­lą.

Usia­dłam na­prze­ciw­ko nie­go.

– O czym po­my­śla­łam? – za­py­ta­łam.

– Nie mam po­ję­cia – po­wie­dział, ba­wiąc się oku­la­ra­mi.

Jego spoj­rze­nie bez­wstyd­nie błą­dzi­ło po mo­ich no­gach.

Po­pra­wi­łam su­kien­kę, za­kry­wa­jąc ko­la­no.

– To zna­czy, że mogę już spo­koj­nie my­śleć to, na co mam ocho­tę, i nikt mnie nie usły­szy? – upew­ni­łam się.

– Chy­ba że bę­dziesz chcia­ła, żeby ktoś cię usły­szał.

– Jak to? – zdzi­wi­łam się.

– Tak zwa­ny wol­ny prze­kaz my­ślo­wy, po śmier­tel­ne­mu te­le­pa­tia.

– Po „śmier­tel­ne­mu”? – za­śmia­łam się.

– Tak mó­wi­my w Niż­szej Ar­ka­dii.

Zmru­ży­łam oczy. „Do­brze ci w tej ko­szu­li”, po­my­śla­łam, in­ten­syw­nie pcha­jąc tę myśl w stro­nę Be­le­tha.

– Dzię­ku­ję. Mnie też ona bar­dzo się po­do­ba. – Lek­ko skło­nił gło­wę. – Szyb­ko się uczysz.

– Bo uczę się od mi­strza – pal­nę­łam.

W od­po­wie­dzi za­śmiał się ser­decz­nie.

– No pro­szę. Cza­ro­wać też już umiesz.

Chwi­lę sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu. Be­leth przy­glą­dał mi się uważ­nie, lu­stru­jąc bez że­na­dy każ­dą część mo­je­go cia­ła. Na jego ustach ma­lo­wał się de­li­kat­ny, lu­bież­ny uśmiech.

– A więc je­steś kon­sul­tan­tem – za­gad­nę­łam, żeby ja­koś prze­rwać ci­szę.

– Tak – mruk­nął, prze­no­sząc spoj­rze­nie na moje oczy. – Krót­ko mó­wiąc, mam cię wpro­wa­dzić w ży­cie Pie­kła. Wy­ja­śnić rze­czy, któ­rych nie znaj­dziesz w re­gu­la­mi­nie, po­ka­zać Niż­szą Ar­ka­dię, po­móc, gdy do­sta­niesz pierw­sze zle­ce­nie tar­gu. Je­stem tą oso­bą, któ­ra z ra­do­ścią spra­wi tak­że, że nie bę­dziesz się czu­ła sa­mot­na.

To nie jest czło­wiek, mu­sia­łam o tym pa­mię­tać. To dia­beł, dla­te­go jest aż tak po­cią­ga­ją­cy, pięk­ny i sek­sow­ny.

Z dru­giej stro­ny ja je­stem dia­bli­cą…

– Wy­ja­śnij mi to, że je­stem dia­bli­cą. Je­stem kimś ta­kim jak ty? – za­py­ta­łam.

Odło­żył oku­la­ry na ni­ski sto­lik.

– Nie. Nie je­steś taka jak ja. Mu­sisz pa­mię­tać, że uro­dzi­łaś się czło­wie­kiem, masz ludz­ką du­szę. Ja nie mam du­szy. Nig­dy nie mia­łem cia­ła. Je­stem po pro­stu czę­ścią Boga. Ty je­steś… – urwał, szu­ka­jąc naj­lep­sze­go okre­śle­nia. – No co naj­wy­żej ćwiart­ką.

Ćwiart­ka Boga. Jak to dum­nie brzmi…

Be­leth uśmiech­nął się lek­ko na wi­dok mo­jej miny.

– To nie ta­kie złe. Też na­le­żysz do Nie­go. Je­steś Jego czę­ścią.

– Czy­li tyl­ko tym się od cie­bie róż­nię?

– Nie. – Za­śmiał się. – Moż­na po­wie­dzieć, że nie je­ste­śmy tym sa­mym ga­tun­kiem. Ja, tak jak inne anio­ły, po­wsta­łem z ognia. Ty z gli­ny. Gli­na nig­dy nie sta­nie się ogniem. Może się co naj­wy­żej zwę­glić…

Chcia­łam za­pro­te­sto­wać, ale mi prze­rwał:

– Tu nie cho­dzi o to, że są mię­dzy nami ja­kieś mor­fo­lo­gicz­ne róż­ni­ce. Tu cho­dzi o zu­peł­nie inną psy­che. Je­steś czło­wie­kiem. Je­steś do­bra i zła, szla­chet­na i za­wist­na, mą­dra i głu­pia. Anio­ły nie są tak dwo­iste, ta­kie sła­be. Owszem, zda­rza nam się po­pa­dać w skraj­no­ści. Mamy swo­je wła­sne zda­nie, tak­że po­peł­nia­my błę­dy, kła­mie­my, za­zdro­ści­my, po­żą­da­my. Po­sia­da­my wszyst­kie wa­sze sła­bo­ści, moż­na na­wet po­wie­dzieć, że od­czu­wa­my je sil­niej. Po­tra­fi­my jed­nak nad nimi pa­no­wać, wy­ko­rzy­sty­wać je. Cho­ciaż, oczy­wi­ście, i u nas znaj­du­ją się osob­ni­cy, że tak po­wiem, nie­przy­sto­so­wa­ni do ży­cia. Na ogół ludz­kie pro­ble­my nas ba­wią. Dla nas nie ma sza­ro­ści. Jest czerń i biel.

– Hm… coś jak cho­ro­ba dwu­bie­gu­no­wa?

Be­le­tha, po­tocz­nie mó­wiąc, za­tka­ło.

– Nie – w koń­cu wy­du­sił. – Nie je­ste­śmy sza­leń­ca­mi. My tyl­ko czu­je­my… moc­niej. Mu­sisz zro­zu­mieć, że jest w nas wię­cej bo­sko­ści niż we wszyst­kich lu­dziach ra­zem wzię­tych. Wszyst­ko, co ro­bi­my, ma cel.

Sie­dzia­łam w mil­cze­niu, sta­ra­jąc się ja­koś to po­jąć. Jed­nak nie było to ła­twe. Do tej pory Pie­kło ma­lo­wa­ło mi się przed ocza­mi jako kra­ina, któ­rą wła­da­ją przy­stoj­ni sza­leń­cy, prze­ko­na­ni o swo­jej bo­sko­ści. Niż­sza Ar­ka­dia mia­ła wszyst­kie ce­chy ludz­kiej mo­nar­chii…

Zda­łam so­bie spra­wę, że je­stem te­raz dia­bli­cą. Hej! Na­le­ża­łam do kla­sy rzą­dzą­cej!

– Poza tym nie za­po­mi­naj, że tak samo jak inni, pa­mię­tam po­czą­tek świa­ta, któ­ry znasz – kon­ty­nu­ował Be­leth. – Ja wi­dzia­łem, jak do­pie­ro się ro­dził. Po­ma­ga­łem w dzie­le jego stwo­rze­nia. Wi­dzia­łem, jak po­tom­ko­wie Ada­ma po­peł­nia­ją błę­dy. Uczy­łem się. Mo­je­go do­świad­cze­nia nie po­rów­nasz z żad­nym in­nym.

– Nic co ludz­kie nie jest mi obce – wy­mru­cza­łam.

– Homo sum, ni­hil hu­ma­nia me alie­num esse puto – przy­tak­nął. – Tyl­ko że ja nie je­stem czło­wie­kiem.

– Ile znasz ję­zy­ków?

– Wszyst­kie, któ­re ist­nie­ją, i wszyst­kie, któ­re znik­nę­ły.

Tro­chę przy­tło­czy­ła mnie ta masa in­for­ma­cji. Mu­sia­łam to so­bie po­ukła­dać w gło­wie. Poza tym zro­zu­mia­łam wresz­cie, że Be­leth nie jest taki, na ja­kie­go wy­glą­da. To nie ra­do­sny pod­ry­wacz nie­my­ślą­cy o przy­szło­ści, ale po­tęż­na isto­ta, któ­ra po pro­stu przy­ję­ła taką pozę, bo tak jej wy­god­nie.

– Za­czy­nasz ro­zu­mieć – stwier­dził.

– Sły­szysz moje my­śli.

– To nie­trud­ne, kie­dy w środ­ku krzy­czysz. Aż tak wie­le siły, by za­cho­wać swo­je my­śli dla sie­bie, nie po­sia­dasz. Jed­nak nie mu­sisz się mnie bać. Nie zro­bię ci krzyw­dy.

Usil­nie sta­ra­łam się nie my­śleć zbyt gło­śno, co było bar­dzo trud­ne. Zno­wu po­czu­łam się za­gu­bio­na. Bar­dzo za­gu­bio­na.

– Mogę cię przy­tu­lić, je­śli chcesz – ocho­czo za­pro­po­no­wał Be­leth.

– Nie chcę.

W od­po­wie­dzi kiw­nął gło­wą ze zro­zu­mie­niem. W jego oczach zo­ba­czy­łam ła­god­ność.

– Masz wie­le twa­rzy – za­uwa­ży­łam.

– Taki zo­sta­łem stwo­rzo­ny.

Zno­wu sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu. Be­leth błą­dził spoj­rze­niem po wnę­trzu mo­je­go domu, dłu­żej za­trzy­mu­jąc się na ro­dzin­nych zdję­ciach.

– Kto był pierw­szy? Adam czy Ewa?

Drgnął za­sko­czo­ny moim gło­sem. Spoj­rzał na mnie, na jego ustach błą­kał się we­so­ły uśmiech.

– Py­tasz se­rio?

– Tak – od­par­łam.

– Wy, lu­dzie, ma­cie dziw­ne pro­ble­my – par­sk­nął. – A czy to waż­ne, kto był pierw­szy?

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– By­łam cie­ka­wa.

– Przyj­rzyj się mi, Wiki. Wy­glą­dam jak męż­czy­zna. Je­stem stwo­rzo­ny na po­do­bień­stwo Boga. Tak samo jak pierw­szy czło­wiek… – W jego po­licz­kach po­ja­wi­ły się do­łecz­ki, kie­dy we­so­ło za­śmiał się z mo­jej miny. – Tak, wiem – w koń­cu wy­du­sił. – Za­wio­dłem w ten spo­sób wszyst­kie fe­mi­nist­ki na świe­cie.

Skrzy­wi­łam się. A te­raz po­tęż­na isto­ta jesz­cze się ze mnie wy­śmie­wa­ła. Uro­cze…

– A mo­że­cie mieć dzie­ci? – za­py­ta­łam. – Sko­ro ma­cie taką samą bu­do­wę jak męż­czyź­ni…

Be­leth spo­waż­niał w jed­nej chwi­li. Przy­glą­dał mi się w sku­pie­niu. Z jego twa­rzy kom­plet­nie nie dało się od­gad­nąć, o czym my­ślał.

– To tak zwa­ne tabu… – po­wie­dział.

– Czy­li nie od­po­wiesz?

– Nie.

– Sko­ro się bo­isz…

Za­śmiał się ser­decz­nie.

– Lu­bię cię, Wik­to­rio. Jak nikt po­tra­fisz mnie roz­ba­wić.

– Cie­szę się… – prych­nę­łam.

– Sko­ro nie masz już wię­cej py­tań, to może zro­bi­my so­bie małą wy­ciecz­kę? – za­pro­po­no­wał.

Zgo­dzi­łam się z ulgą. Mia­łam już dość tej roz­mo­wy. Czu­łam, że Be­leth się mną bawi.

Już wcze­śniej za­uwa­ży­łam przed do­mem czer­wo­ne pła­skie auto. Gdy wy­szli­śmy na ga­nek, za­py­ta­łam, jaka to mar­ka. Usły­sza­łam, że Lam­bor­ghi­ni Dia­blo. Cze­mu mnie to nie zdzi­wi­ło?

Chwi­lę póź­niej mknę­li­śmy szyb­ko wą­ski­mi, krę­ty­mi ulicz­ka­mi po zbo­czu tuż nad brze­giem mo­rza. Mia­łam ser­ce w gar­dle, ale nic nie po­wie­dzia­łam. Po­wta­rza­łam tyl­ko w my­ślach, że dru­gi raz nie umrę, gdy spad­nie­my w prze­paść.

Na­wet je­śli Be­leth sły­szał moje my­śli, to kom­plet­nie je igno­ro­wał, bio­rąc co­raz ostrzej­sze za­krę­ty z jesz­cze więk­szą pręd­ko­ścią.

Mu­sia­łam przy­znać, że Pie­kło było pięk­ne. Przy­po­mi­na­ło mi ma­low­ni­cze grec­kie lub tu­rec­kie pa­no­ra­my, jed­nak po­zba­wio­ne dusz­ne­go, wil­got­ne­go po­wie­trza. Owszem, było cie­pło, ale nie go­rą­co. Za­pach sło­ne­go mo­rza… Raj…

Gdy wje­cha­li­śmy mię­dzy bu­dyn­ki, Be­leth zwol­nił i za­czął opo­wia­dać mi o ich miesz­kań­cach, a tak­że ca­łym mie­ście o wdzięcz­nej na­zwie Los Dia­blos. Swo­ją na­zwę wzię­ło stąd, że było to naj­więk­sze sku­pi­sko dia­błów w ca­łej Niż­szej Ar­ka­dii.

Opo­wie­dział mi o po­wsta­niu mia­sta osiem ty­się­cy lat temu. Po­cząt­ko­wo była to mała nad­mor­ska wio­ska za­ło­żo­na przez kil­ku oby­wa­te­li Pie­kła. Do­pie­ro póź­niej sta­ła się mod­na, te­raz zaś za­miesz­ki­wa­ły ją naj­zna­mie­nit­sze oso­bi­sto­ści „go­rą­ce­go po­łu­dnia”. W sa­mym ser­cu dzi­siaj już me­tro­po­lii znaj­do­wa­ła się ogrom­na re­zy­den­cja sa­me­go Lu­cy­fe­ra.

Słyn­ne ziem­skie Los An­ge­les tak­że zo­sta­ło stwo­rzo­ne przez anio­ły. To od­po­wied­nik pie­kiel­ne­go Los Dia­blos.

Be­leth zno­wu wy­dał mi się bar­dzo ludz­ki. Śmiał się z mo­ich nie­uda­nych dow­ci­pów, bez­wstyd­nie ze mną flir­to­wał, gdy spa­ce­ro­wa­li­śmy wol­no po mie­ście, po­dzi­wia­jąc wi­do­ki i sta­re domy, i gdy póź­niej wpa­dli­śmy na obiad do ma­leń­kiej re­stau­ra­cji.

– Czy w Pie­kle są pie­nią­dze? – za­py­ta­łam, koń­cząc do­sko­na­łe ri­sot­to.

– Nie – od­parł. – U nas nie ma pie­nię­dzy, za­rob­ków, wy­na­gro­dzeń, po­dat­ków.

Zer­k­nę­łam na ta­lerz i na sym­pa­tycz­ne­go Wło­cha, któ­ry przed chwi­lą po­dał nam wła­sno­ręcz­nie przy­rzą­dzo­ne je­dze­nie, a te­raz sie­dział przy ba­rze i po­pi­jał her­ba­tę, czy­ta­jąc książ­kę. Ci­szę w pu­stej re­stau­ra­cji prze­ry­wał tyl­ko szum wen­ty­la­to­ra wi­szą­ce­go pod su­fi­tem i brzęk­nię­cia fi­li­żan­ki Wło­cha.

– To jak mu… się od­wdzię­czy­my? – za­py­ta­łam.

– Grzecz­nie po­dzię­ku­je­my i po­chwa­li­my jego kuch­nię, a po­tem wyj­dzie­my, żeby mógł po­sprzą­tać – od­rzekł Be­leth, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

– I nie bę­dzie miał nic prze­ciw­ko, że tak kom­plet­nie za free nam ugo­to­wał?

– Ależ to jego hob­by. – Męż­czy­zna za­śmiał się. – W Pie­kle każ­dy robi to, na co ma ocho­tę. On bar­dzo lubi go­to­wać, ale nie od­czu­wa przy­jem­no­ści, ro­biąc to tyl­ko dla sie­bie. Dla­te­go go­tu­je dla in­nych. Tak samo inni upra­wia­ją coś dla sie­bie i dla po­zo­sta­łych, szy­ją, cze­szą, uczą, pi­szą ar­ty­ku­ły do ga­zet. To ro­dzaj spę­dza­nia wol­ne­go cza­su. Owszem, jest też spo­ro zmar­łych, któ­rzy nie ro­bią nic. Jed­nak śred­nio po kil­ku­set la­tach obi­ja­nia się też bio­rą się w koń­cu do ro­bo­ty i uczą się być dla in­nych. Nie tyl­ko dla sie­bie.

– Uto­pia. Na Zie­mi to by się nie uda­ło – po­wie­dzia­łam.

– Na Zie­mi nie ma dia­błów, któ­re w ra­zie po­trze­by stwo­rzą żyw­ność, któ­rej bra­ku­je – uświa­do­mił mnie Be­leth. – Poza tym śmier­tel­ni­cy cho­ru­ją, umie­ra­ją. Tu nikt nie cho­ru­je.

Prze­tar­łam ser­wet­ką usta i spoj­rza­łam przez dużą szy­bę wy­sta­wo­wą na spo­koj­ną ulicz­kę, któ­rą prze­je­cha­ło ja­kieś spor­to­we auto, a za­raz za nim męż­czy­zna ubra­ny w skó­ry, sie­dzą­cy na oklep na ko­niu.

– Idzie­my? – za­py­ta­łam.

– Jesz­cze nie – od­po­wie­dział. – Umó­wi­łem cię tu dzi­siaj z kimś, kto wy­ja­śni ci kil­ka spraw. Są­dzę, że o wie­le ła­twiej bę­dzie ci po­ro­zu­mieć się z nią niż ze mną.

W tym mo­men­cie do lo­ka­lu we­szła szczu­pła ko­bie­ta o eg­zo­tycz­nych ry­sach. Mia­ła czar­ne wło­sy do ra­mion, grzyw­kę i moc­no uma­lo­wa­ne oczy. Na jej szyi wśród in­nych ozdób wi­siał na srebr­nym łań­cu­chu klucz dia­bła.

– O, już jest… – Twarz Be­le­tha w jed­nej chwi­li się roz­ja­śni­ła.

Wstał i wy­cią­gnął do niej ręce.

– Pięk­na jak za­wsze. – Przy­tu­lił ją i po­ca­ło­wał w po­li­czek.

– Oj, cza­ru­siu… – Po­kle­pa­ła go po ra­mie­niu i zer­k­nę­ła na mnie.

Czu­łam na so­bie jej tak­su­ją­ce spoj­rze­nie, gdy przy­glą­da­ła się kry­tycz­nie mo­jej su­kien­ce i fry­zu­rze.

– To ta nowa? – bez­ce­re­mo­nial­nie za­py­ta­ła Be­le­tha.

– Tak, to Wik­to­ria… – wy­cią­gnął w moją stro­nę dłoń.

Ko­bie­ta prze­rwa­ła mu:

– Wik­to­ria to do­bre imię. Kró­lew­skie.

– Ta­aak – Be­leth pu­ścił do mnie oko. – Wik­to­rio, jest mi bar­dzo miło przed­sta­wić ci… Kle­opa­trę.

Chwi­lę póź­niej Be­leth wy­szedł, zo­sta­wia­jąc mnie sam na sam… z daw­no zmar­łą kró­lo­wą Egip­tu.

Przy­glą­da­łam się jej z za­cie­ka­wie­niem. Mia­ła dość spo­ry nos (zu­peł­nie jak na kre­sków­ce z Aste­rik­sem i Obe­lik­sem!), ale była bar­dzo ład­na. Eg­zo­tycz­na uro­da po­łą­czo­na z pew­no­ścią sie­bie, wi­docz­ną w każ­dym ge­ście, sku­tecz­nie przy­cią­ga­ła uwa­gę.

– We wszyst­kich fil­mach o two­im ży­ciu, któ­re wi­dzia­łam, gra­ły cię znacz­nie brzyd­sze ak­tor­ki – wy­zna­łam.

Kle­opa­tra po­pa­trzy­ła na mnie z po­li­to­wa­niem.

– Lu­dzie w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku na­praw­dę są bez­na­dziej­ni… Dziew­czy­no, cze­go w ży­ciu do­ko­na­łaś? Tyl­ko nie spiesz się z od­po­wie­dzią.

Spoj­rza­łam przez wi­try­nę na małą ulicz­kę. Cze­go ja do­ko­na­łam? Hm… mu­sia­łam chwil­kę się za­sta­no­wić.

– Zda­łam bar­dzo do­brze ma­tu­rę, a za dru­gim ra­zem zro­bi­łam pra­wo jaz­dy – ode­zwa­łam się po dłu­giej ci­szy.

Kle­opa­tra prze­rwa­ła grę na ga­me­boyu i zer­k­nę­ła na mnie z tym sa­mym po­błaż­li­wym uśmie­chem, co po­przed­nio.

– Dziew­czy­no… – wes­tchnę­ła, od­kła­da­jąc elek­tro­nicz­ny ga­dżet na stół, i opar­ła wdzięcz­nie bro­dę na sple­cio­nych dło­niach. – Gdy mia­łam sie­dem­na­ście lat, ob­ję­łam wła­dzę nad Egip­tem po śmier­ci mego ojca Pto­le­me­usza XII Au­le­ta­sa. By móc wła­dać moim umi­ło­wa­nym kra­jem, mu­sia­łam po­ślu­bić mo­je­go młod­sze­go bra­ta, dzie­się­cio­let­nie­go Pto­le­me­usza XIII. Nie cier­pia­łam gów­nia­rza, ale nie mia­łam wy­bo­ru. Jego opie­ku­no­wie – zro­bi­ła w po­wie­trza znak cu­dzy­sło­wu – usi­ło­wa­li się mnie kil­ka­krot­nie po­zbyć, lecz im się to nie uda­ło. Wy­gna­no mnie, ale w Pa­le­sty­nie ze­bra­łam woj­sko i na­je­cha­łam na Egipt. Po­tem przy po­mo­cy mo­je­go ko­cha­ne­go Ce­za­ra po­zby­łam się i opie­ku­nów, i ich ma­rio­net­ki, czy­li głu­pie­go Ptom­cia. Po śmier­ci Ce­za­ra ra­zem z moim sy­nem Ce­za­rio­nem zo­sta­li­śmy sami, zno­wu mu­sie­li­śmy wal­czyć o to, by Egipt nie zo­stał po­dzie­lo­ny i prze­ka­za­ny ja­kie­muś rzym­skie­mu na­miest­ni­ko­wi. Do­pie­ro z mym mę­żem Mar­kiem An­to­niu­szem do­pro­wa­dzi­li­śmy Egipt do roz­kwi­tu. Nie­ste­ty póź­niej­sze za­wie­ru­chy i we­wnętrz­ne kon­flik­ty w Rzy­mie zmu­si­ły nas do ustą­pie­nia. An­to­niusz po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, a ja… no cóż… jako że umar­łam kil­ka lat wcze­śniej w po­ło­gu, sfin­go­wa­łam swo­ją śmierć, da­jąc się ugryźć ko­brze kró­lew­skiej, co na za­wsze okry­ło mnie chwa­łą i uwiel­bie­niem mego na­ro­du.

Kle­opa­tra pro­mie­nia­ła, opo­wia­da­jąc mi hi­sto­rię swo­je­go ży­cia. Pa­trząc na nią, zro­zu­mia­łam, że nie je­stem pierw­szą (a na­wet nie je­stem w pierw­szej set­ce…) oso­bą, któ­ra słu­cha tej skró­co­nej bio­gra­fii.

Wes­tchnę­ła cięż­ko, oce­nia­jąc mnie spoj­rze­niem swo­ich prze­ni­kli­wych czar­nych oczu.

– Trze­ba bę­dzie dłu­go nad tobą po­pra­co­wać, by uczy­nić cię praw­dzi­wą dia­bli­cą…

Za­raz! Jak to umar­ła w po­ło­gu, a parę lat póź­niej sfin­go­wa­ła swo­ją śmierć? Coś mi tu nie pa­so­wa­ło.

– Jak to umar­łaś w po­ło­gu? Po­peł­ni­łaś sa­mo­bój­stwo z ko­brą…

Zro­bi­ła pre­ten­sjo­nal­ną zdzi­wio­ną minę.

– O… to nikt ci tego nie wy­tłu­ma­czył?

Czu­łam, że za­raz wy­buch­nę. Czyż­by Be­leth za­po­mniał mi po­wie­dzieć o pew­nym drob­nym szcze­gó­le? Na przy­kład ta­kim, że może nadal żyję?!

– Nie… – pra­wie wark­nę­łam. – Czy ja jesz­cze żyję? Mogę wró­cić na Zie­mię?

Te­raz na pięk­nej twa­rzy Kle­opa­try ma­lo­wa­ło się tyl­ko współ­czu­cie. Po­cie­sza­ją­co po­kle­pa­ła mnie po dło­ni.

– Nie, Wik­to­rio… Ty nie ży­jesz, nie mo­żesz tam wró­cić, by żyć…

Po­smut­nia­łam. A już my­śla­łam, że może zno­wu zo­ba­czę bra­ta. Po­wiem mu, że ze mną wszyst­ko w po­rząd­ku. Na pew­no się mar­twił. Nie miesz­ka­li­śmy ra­zem, ale czę­sto do sie­bie dzwo­ni­li­śmy. Wczo­raj nie za­dzwo­ni­łam.

Czy już zna­leź­li moje cia­ło? Po­li­cja ka­za­ła mu roz­po­znać moje szcząt­ki? Prze­łknę­łam gło­śno gulę w gar­dle. Jak mo­gły wy­glą­dać moje zwło­ki? Nie wie­dzia­łam, co zro­bił z nimi mor­der­ca. Po­czu­łam mdło­ści.

– Wik­to­rio… Nie mo­żesz tam wró­cić, aby żyć, ale mo­żesz tam wró­cić, aby ist­nieć. – Kle­opa­tra uśmiech­nę­ła się ra­do­śnie.

Czu­łam się, jak­bym roz­ma­wia­ła z żeń­skim od­po­wied­ni­kiem Be­le­tha… Czy mó­wie­nie za­gad­ka­mi to do­me­na dia­błów, na mi­łość bo­ską?!

– Po­słu­chaj, pod­pi­su­jąc kon­trakt, sta­łaś się dia­bli­cą. A dia­bły nie mają cia­ła – usi­ło­wa­ła mi wy­tłu­ma­czyć sy­tu­ację. – To zna­czy, że two­je ziem­skie szcząt­ki za­mie­ni­ły się w po­piół w tej sa­mej chwi­li, w któ­rej skoń­czy­łaś pi­sać ostat­nią li­te­rę swo­je­go na­zwi­ska na for­mu­la­rzu.

– Ro­zu­miem. Czy­li nikt nig­dy nie znaj­dzie mo­ich zwłok – od­par­łam.

– No wła­śnie. Poza tym masz klucz dia­bła. A z nim mo­żesz prze­do­stać się wszę­dzie, do każ­de­go wy­mia­ru. Nie mo­żesz tyl­ko po­dró­żo­wać w cza­sie. – Skrzy­wi­ła się. – To po­tra­fią tyl­ko praw­dzi­we mę­skie dia­bły. Umie­ją za­bie­rać ze sobą pa­sa­że­rów, ale nie chcą tego ro­bić, bo im nie wol­no. My­ślał­by kto… W kół­ko ła­mią bo­skie za­sa­dy, a za­brać mnie do kra­iny przod­ków to nie ła­ska. Te­raz na­wet nie mam po co po­ja­wiać się w Egip­cie. Pa­no­szy się w nim ta brud­na arab­ska ho­ło­ta! A co z moją wia­rą? Z praw­dzi­wą wia­rą w bo­gów egip­skich? Zgi­nę­ła za­mie­nio­na na Al­la­cha.

– Po­cze­kaj – prze­rwa­łam jej gde­ra­nie. – To zna­czy, że mogę wró­cić na Zie­mię, będę cał­ko­wi­cie wi­dzial­na dla wszyst­kich i będę mo­gła uda­wać, że nadal żyję?

– Tak. – Wdzięcz­nie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Ja tak zro­bi­łam.

Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy ze zdu­mie­nia. Od razu po­spie­szy­ła z wy­ja­śnie­nia­mi:

– Nie­ste­ty po cięż­kim po­ro­dzie mo­je­go naj­młod­sze­go syna Pto­le­me­usza Fi­la­del­fo­sa zmar­łam z po­wo­du za­ka­że­nia. Ale nie chcia­łam umie­rać. Po pod­pi­sa­niu kon­trak­tu do­wie­dzia­łam się, że mogę wró­cić, i tak zro­bi­łam. Owszem, mu­sia­łam brać udział w tar­gach o du­sze, lecz dzię­ki temu, że by­łam sku­tecz­na, mo­głam mieć spo­ro wol­ne­go cza­su, któ­ry spę­dza­łam z An­to­niu­szem i dzieć­mi. No i nadal wła­da­łam mym kra­jem. A po­tem jesz­cze to sa­mo­bój­stwo. Ależ to był akt po­li­tycz­ny! Dzi­siej­si po­li­ty­cy nie po­tra­fią zdo­być się na ta­kie czy­ny. Cie­płe klu­chy…

– No, ale ty i tak by­łaś mar­twa. To­bie nie za­le­ża­ło, jak się dru­gi raz za­bi­ja­łaś na niby – za­uwa­ży­łam.

Kon­ty­nu­owa­ła, tak jak­by nie usły­sza­ła mo­jej uwa­gi:

– Ach, ża­łu­ję, że po­tem ode­szłam w nie­byt. Mo­głam udać zmar­twych­wsta­nie! Wy­obra­żasz to so­bie? Moi wro­go­wie mu­sie­li­by mnie uznać jako wcie­le­nie bo­gi­ni Izy­dy za je­dy­ną pra­wo­wi­tą wład­czy­nię kra­iny nad Ni­lem. Jak­że ża­łu­ję, że wpa­dłam na ten wspa­nia­ły po­mysł do­pie­ro po stu la­tach, gdy już było za póź­no.

Zda­łam so­bie spra­wę, że ktoś tu cier­piał na prze­rost am­bi­cji.

– Kle­opa­tra VII, wcie­le­nie bo­gi­ni Izy­dy. – Wes­tchnę­ła z roz­ko­szą. – Ależ mia­ła­bym pięk­ne in­skryp­cje na po­mni­kach! I zbu­do­wa­ła­bym nowe świą­ty­nie! Jed­ną w Alek­san­drii, a dru­gą w Kar­na­ku! Moi ziom­ko­wie od­da­wa­li­by mi hołd i wiel­bi­li me imię. Kle­opa­tra VII, wcie­le­nie bo­gi­ni Izy­dy… ziem­skie wcie­le­nie bo­gi­ni Izy­dy… wcie­lo­na bo­gi­ni Izy­da… stą­pa­ją­ca po zie­mi bo­gi­ni Izy­da…

Od­chrząk­nę­łam gło­śno, prze­ry­wa­jąc jej li­ta­nię po­chwal­nych ty­tu­łów. Po­waż­nie, fa­ce­ci mu­sie­li le­cieć na jej uro­dę, bo cha­rak­ter mia­ła odro­bi­nę kosz­mar­ny…

– To co te­raz? – za­py­ta­łam. – Mogę wró­cić do domu, po klucz, któ­ry tam zo­sta­wi­łam, i udać się na Zie­mię, tak?

– Zo­sta­wi­łaś klucz w domu? – znie­ru­cho­mia­ła. – Zwa­rio­wa­łaś?!

Po­sta­no­wi­łam nie od­po­wia­dać, bo naj­wy­raź­niej było to py­ta­nie re­to­rycz­ne.

– Mu­sisz no­sić go za­wsze przy so­bie! A jak ci go ktoś ukrad­nie?! Dru­gie­go nie do­sta­niesz! – po­uczy­ła mnie i wrzu­ci­ła ga­me­boya do to­reb­ki. – Szyb­ko! Idzie­my do two­je­go domu!

– A kto miał­by mi go ukraść? – za­py­ta­łam lek­ko za­nie­po­ko­jo­na i też wsta­łam.

Kle­opa­tra wsu­nę­ła swój klucz dia­bła w ścia­nę re­stau­ra­cji i spoj­rza­ła na mnie jak na kom­plet­ną idiot­kę:

– Ha­aaalo­oooo, je­ste­śmy w Pie­kle… – oświe­ci­ła mnie i wska­za­ła na su­fit. – Ci do­brzy i pra­wi są pię­tro wy­żej.

Wbrew jej przy­pusz­cze­niom w moim domu nie było nie­pro­szo­ne­go go­ścia. Klucz le­żał tam, gdzie go zo­sta­wi­łam, czy­li spo­koj­nie pod po­dusz­ką na szez­lon­gu. No, OK… tam, gdzie mi pew­nie wy­padł z kie­sze­ni, co obu­rzo­na Kle­opa­tra uzna­ła za co naj­mniej ob­ra­zę ma­je­sta­tu.

Na szczę­ście po­zby­łam się jej kil­ka mi­nut póź­niej. Jej men­tor­skie wy­wo­dy już mnie mę­czy­ły. Poza tym chcia­łam czym prę­dzej wró­cić.

Wró­cić na Zie­mię.

Gdy wresz­cie uda­ło mi się wy­pro­sić Kleo, mo­głam wziąć swój klucz dia­bła i po prze­bra­niu się w swo­je sta­re ciu­chy wejść w ścia­nę…

We­szłam do po­ko­ju w ma­leń­kiej ka­wa­ler­ce na Pra­dze. Lśnią­cy pro­sto­kąt za mo­imi ple­ca­mi znik­nął tuż po tym, jak po­sta­wi­łam obie sto­py na par­kie­cie. Po­to­czy­łam spoj­rze­niem po żół­tych ścia­nach ob­wie­szo­nych zdję­cia­mi mo­jej ro­dzi­ny i przy­ja­ciół, po zna­jo­mych, sta­rych me­blach. Spoj­rza­łam na­wet z czu­ło­ścią na wy­pa­lo­ne pół­ko­le na pod­ło­dze po­środ­ku po­ko­ju, pa­miąt­kę po ostat­nich an­drzej­ko­wych wróż­bach.

BY­ŁAM W DOMU!

Mia­łam ocho­tę ska­kać wy­so­ko w po­wie­trze. Po­wie­si­łam klucz na szyi i rzu­ci­łam się na swo­je łóż­ko. Mhm… by­łam w domu. Zno­wu wes­tchnę­łam, roz­kosz­nie wtu­la­jąc się w po­dusz­kę.

Zda­łam so­bie spra­wę, że nie za­dzwo­ni­łam wczo­raj­sze­go wie­czo­ru do Mar­ka. Na pew­no bar­dzo się mar­twił! Kto wie? Może na­wet za­czął mnie szu­kać.

Kur­czę, ten zbój pew­nie mnie okradł, albo moją ko­mór­kę ktoś po pro­stu zna­lazł i so­bie za­trzy­mał. Po­my­śla­łam o niej in­ten­syw­nie.

Se­bek przy­glą­dał się srebr­ne­mu cac­ku w swo­ich dło­niach. Przy­pa­lił skrę­ta, przez co tro­chę za­krę­ci­ło mu się w gło­wie.

Naj­now­szy sam­sung. Ale miał szczę­ście, że go zna­lazł. I to w tra­wie na Po­lach Mo­ko­tow­skich! Mu­siał jesz­cze tyl­ko wy­jąć z nie­go kar­tę po­przed­nie­go wła­ści­cie­la, a ra­czej cał­kiem nie­złej la­ski, bio­rąc pod uwa­gę zdję­cia za­pi­sa­ne w pa­mię­ci, i wło­żyć swo­ją.

Jesz­cze raz ob­ró­cił w dło­niach apa­rat. Był su­per! Nie mógł się do­cze­kać, kie­dy zio­my go zo­ba­czą.

Na­gle srebr­ne cac­ko za­mi­go­ta­ło i znik­nę­ło. Po­mię­dzy jego pal­ca­mi była tyl­ko pust­ka. Przy­glą­dał się swo­im dło­niom za­sko­czo­ny.

– Kur­de… – Spoj­rzał z dez­apro­ba­tą na skrę­ta. – Co to za szajs.

Ko­mór­ka zma­te­ria­li­zo­wa­ła się w mo­jej dło­ni. Uśmiech­nę­łam się pod no­sem, gdy stwier­dzi­łam, że z kar­ty nie znik­nę­ła na­wet zło­tów­ka. Mój uśmiech tro­chę przy­gasł, gdy zo­ba­czy­łam sześć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń od Mar­ka.

Czym prę­dzej do nie­go od­dzwo­ni­łam.

– Wiki, gdzieś ty się do cho­le­ry po­dzie­wa­ła?! – ryk­nął w słu­chaw­kę.

– Też cię ko­cham i miło sły­szeć mi twój głos. – wy­mru­cza­łam.

– Wiesz, jak się mar­twi­łem?! – da­lej krzy­czał. – Gdzie by­łaś? Cze­mu nie od­bie­ra­łaś? Co się sta­ło?!

Skrzy­wi­łam się. Te­raz jesz­cze mu­sia­łam kła­mać. No, ale prze­cież nie mo­głam mu po­wie­dzieć: „Sor­ry, bra­cisz­ku, ale kop­nę­łam w ka­len­darz, a Sza­tan nie po­zwo­lił mi wcze­śniej za­dzwo­nić”.

– By­łam na im­pre­zie – po­wie­dzia­łam po­tul­nym gło­sem. – Nie sły­sza­łam, jak dzwo­nisz, a po­tem cał­kiem za­po­mnia­łam od­dzwo­nić. Dzi­siaj przez cały dzień mia­łam praw­dzi­we urwa­nie gło­wy. Wiesz, na uczel­ni…

– Na im­pre­zie? – zno­wu ryk­nął.

Ma­rek za­wsze bar­dzo się o mnie trosz­czył. Od­kąd się nie­daw­no wy­pro­wa­dzi­łam, a on za­miesz­kał z na­rze­czo­ną, cią­gle mnie kon­tro­lo­wał, mar­twiąc się, że sama nie dam so­bie rady.

– Pi­łaś? Ktoś cię po­tem od­pro­wa­dził do domu? Ja­kiś chło­pak? Naj­le­piej duży? Wiesz, że miesz­kasz w nie­bez­piecz­nej dziel­ni­cy. Nie chcę, żeby coś ci się sta­ło.

– Spo­koj­nie, ko­le­ga mnie od­pro­wa­dził – skła­ma­łam gład­ko.

– Jaki ko­le­ga?

– Spo­ty­ka­my się od ja­kie­goś cza­su – brnę­łam da­lej w moją małą mi­sty­fi­ka­cję. – Dzi­siaj też idę z nim na rand­kę.

Będę się za te oszu­stwa sma­żyć w Pie­kle. A nie… za­raz… ja już się w nim sma­żę…

– Chcę go po­znać – za­żą­dał. – Skąd on jest? To war­sza­wiak? Bo jak jest z in­ne­go mia­sta, to może cię wy­ko­rzy­stać, a po­tem wca­le nie zwią­zać się z tobą na za­wsze. Wró­ci tam, skąd przy­je­chał i…

– Ma­rek… – prze­rwa­łam mu. – Czy ty za bar­dzo nie wy­bie­gasz w przy­szłość? Mam dwa­dzie­ścia lat… zwią­zać się z kimś na sta­łe za­mie­rzam do­pie­ro za ja­kiś czas, a o mał­żeń­stwie na­wet jesz­cze nie my­śla­łam.

– O Boże, wy ze sobą śpi­cie? – W gło­sie Mar­ka usły­sza­łam pa­ni­kę.

I wła­śnie dla­te­go po­czu­łam ra­dość, gdy się od nie­go wy­pro­wa­dzi­łam. Cho­ciaż strasz­li­wie za nim tę­sk­ni­łam, a pu­sta ka­wa­ler­ka cza­sa­mi mnie przy­tła­cza­ła. No i nadal po­tra­fi­łam stra­cić gło­wę, gdy kran za­czy­nał ciek­nąć, gdzieś pę­kła uszczel­ka albo po ścia­nie cho­dził naj­zwy­klej­szy pa­jąk. Nie­mniej unie­moż­li­wie­nie mu in­wi­gi­lo­wa­nia mo­je­go ży­cia na każ­dym kro­ku da­wa­ło mi sa­tys­fak­cję, któ­ra spo­koj­nie re­kom­pen­so­wa­ła te drob­ne nie­do­god­no­ści.

– Ma­rek! – krzyk­nę­łam. – Nie śpię z ni­kim! Raz się z nim spo­tka­łam, a…

– Raz się z nim spo­tka­łaś, a on już cię od­pro­wa­dza do domu? – zła­pał mnie za sło­wo.

– Ma­rek. Za­czy­nasz prze­sa­dzać.

Wes­tchnął cięż­ko i za­śmiał się pod no­sem.

– Je­eezu. Za­czy­nam za­cho­wy­wać się jak twój oj­ciec.

– Do­kład­nie, po­ja­wia­ją się u cie­bie wszyst­kie naj­gor­sze ce­chy…

– No to słu­chaj, mała, wuj­kiem zo­stać nie za­mie­rzam na ra­zie, wiesz o tym. Ro­zu­miem, że po­trze­bu­jesz wię­cej swo­bo­dy… prze­pra­szam… ale na­praw­dę bar­dzo się o cie­bie mar­twi­łem i tro­chę pu­ści­ły mi ner­wy.

Jesz­cze chwi­lę roz­ma­wia­li­śmy. Kie­dy wresz­cie klik­nę­łam czer­wo­ną słu­chaw­kę na te­le­fo­nie, wes­tchnę­łam z ulgą. Ma­rek po­tra­fił się roz­krę­cić z ka­za­nia­mi.

Na­gle ko­mór­ka roz­dzwo­ni­ła się w mo­jej dło­ni.

– Cześć – po­wie­dzia­łam do Zuzy, mo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki.

Zna­ły­śmy się od pod­sta­wów­ki i za­wsze by­ły­śmy nie­roz­łącz­ne. Po­szły­śmy na­wet na te same stu­dia.

– Ko­bie­to, usi­łu­ję się do cie­bie do­dzwo­nić od dwóch dni! Dzi­siaj jest im­pre­za u Tom­ka, idziesz z nami, sły­szysz?

– Eee… – mruk­nę­łam nie­chęt­nie. – Tro­chę mi się nie chce.

– Bę­dzie Pio­trek.

Te dwa jak­że ma­gicz­ne sło­wa po­dzia­ła­ły na mnie jak red­bull. Do­słow­nie wy­fru­nę­łam z łóż­ka i za­czę­łam prze­glą­dać sza­fę w roz­pacz­li­wej pró­bie zna­le­zie­nia ja­kie­goś eks­tra­ciu­cha. Z tego wszyst­kie­go zu­peł­nie za­po­mnia­łam, że mogę go so­bie po pro­stu stwo­rzyć.

Ech… Piotr, Pio­trek, Pio­truś… moja wiel­ka nie­speł­nio­na mi­łość. Wy­so­ki bru­net, z nie­sfor­ny­mi czar­ny­mi wło­sa­mi, opa­da­ją­cy­mi na prze­ni­kli­we oczy. Mhm… i ten sek­sow­ny, jed­no­dnio­wy za­rost do­oko­ła zmy­sło­wych ust, po któ­rych tak czę­sto błą­kał się iro­nicz­ny, odro­bi­nę wszech­wie­dzą­cy uśmiech.

Je­śli cho­dzi o wnę­trze, nig­dy tak na­praw­dę go nie roz­gry­złam. Czę­sto mil­czą­cy, za­wsze wa­żył wszyst­kie sło­wa, nig­dy nie pa­plał tak jak ja. In­try­go­wał mnie.

By­łam w nim za­ko­cha­na od kil­ku mie­się­cy. Naj­za­baw­niej­sze, że wcze­śniej w ogó­le nie zwra­ca­łam na nie­go uwa­gi. Pio­truś był po pro­stu kum­plem, z któ­rym jeź­dzi­łam au­to­bu­sem, z któ­rym się wy­głu­pia­łam, któ­re­mu mo­głam o wszyst­kim po­wie­dzieć.

Tak ja­koś do­sta­łam strza­łą Amo­ra po tył­ku, zu­peł­nie bez po­wo­du, kie­dy na ja­kiejś im­pre­zie sie­dzie­li­śmy sami na bal­ko­nie i pa­trzy­li­śmy w gwiaz­dy. Roz­ma­wia­li­śmy o ni­czym waż­nym, o na­szych stu­diach. Po pro­stu sie­dział obok, pa­ląc pa­pie­ro­sa i pa­trząc przez szta­che­ty na sza­re blo­ko­wi­sko na Żo­li­bo­rzu, a ja po­czu­łam, że mo­gła­bym sie­dzieć tak obok nie­go przez wiecz­ność.

Kur­czę… a za­wsze so­bie po­wta­rza­łam: „nie bądź taką kre­tyn­ką jak Brid­get Jo­nes”, a tu co? Jesz­cze tyl­ko dzie­sięć kilo nad­wa­gi i będę mo­gła z nią kon­ku­ro­wać o na­gro­dę naj­więk­sze­go pe­chow­ca ży­cio­we­go.

Wsa­dzi­łam klucz w ścia­nę i szyb­ko prze­sko­czy­łam do swo­je­go domu w Los Dia­blos. Po­sta­no­wi­łam ubrać się w ciu­chy, któ­re wło­żył mi do sza­fy Be­leth. W koń­cu był fa­ce­tem, wie­dział, co jest sexy.

Roz­rzu­ci­łam wszyst­kie ubra­nia na łóż­ku i za­czę­łam przy­kła­dać je do sie­bie przed ol­brzy­mim lu­strem. Spoj­rza­łam kry­tycz­nie w swo­je od­bi­cie.

A może by tak…?

Nie.

A może…?

Przed ocza­mi sta­nę­ła mi twarz Mo­ni­ki. Wie­dzia­łam z dru­giej ręki, któ­ra wie­dzia­ła od jesz­cze in­nej po­moc­nej ręki, że ja­kiś czas temu Pio­tru­sio­wi wła­śnie Mo­ni­ka się po­do­ba­ła.

Jesz­cze raz spoj­rza­łam w lu­stro. Mu­sia­łam wy­to­czyć cięż­szą ar­ty­le­rię, je­śli chcia­łam po­wa­lić go na ko­la­na swo­im wi­do­kiem i wy­grać z Mo­ni­ką.

Za­raz… a czy te­raz też mu­szę po­my­śleć o kon­sy­sten­cji?! Po­bie­głam na dół po książ­kę o uży­wa­niu mocy.

Chwi­lę póź­niej wy­po­wie­dzia­łam w my­śli ży­cze­nie. Za­śmia­łam się gło­śno, pa­trząc na swo­je od­bi­cie.

– I tak oto mi­secz­ka B sta­ła się C, by na­ród wy­bra­ny mógł się ra­do­wać! – wy­krzyk­nę­łam.

Go­dzi­nę póź­niej, ład­nie ubra­na, uma­lo­wa­na i wy­per­fu­mo­wa­na prze­szłam przez ścia­nę w pu­stym za­uł­ku na war­szaw­skim Żo­li­bo­rzu.

W za­ba­ła­ga­nio­nym miesz­ka­niu Tom­ka była już pra­wie cała moja gru­pa ze stu­diów, plus gru­py współ­lo­ka­to­rów mo­je­go ko­le­gi, z in­nych uczel­ni. Po­da­łam mu bu­tel­kę wód­ki i chip­sy, któ­re stwo­rzy­łam na klat­ce scho­do­wej (za­mia­na wody w sła­be wino była do­brym po­my­słem, ale ja­kieś dwa ty­sią­ce lat temu).

Usia­dłam obok ko­le­ża­nek z drin­kiem w dło­ni i za­czę­łam się roz­glą­dać. Do­strze­głam Mo­ni­kę, jak zwy­kle oto­czo­ną wia­nusz­kiem fa­ce­tów Qak ona to robi, ja się py­tam?!), a w ką­cie po­ko­ju Pio­tru­sia z kum­pla­mi. Miał na so­bie czer­wo­ny pod­ko­szu­lek. Jest bru­ne­tem, więc było mu w nim bar­dzo do twa­rzy.

Czar­ny Pio­truś – zu­peł­nie jak w tej dzie­cię­cej grze kar­cia­nej. Za­raz… czy tam się nie prze­gry­wa­ło, jak się wy­cią­gnę­ło tę kar­tę z ta­lii?

Wes­tchnę­łam.

– Zie­mia do Wiki, zie­mia do Wiki – Zuza ryk­nę­ła mi nad gło­wą. – Nie rób ta­kiej bło­giej miny, bo lu­dzie będą się za­sta­na­wiać, co ty pi­jesz.

Dziew­czy­ny spoj­rza­ły na mnie współ­czu­ją­co.

– Mu­sisz dać so­bie z nim spo­kój – stwier­dzi­ła Zuza.

– Rzuć go! – za­śmia­ła się Mag­da.

– Żeby go rzu­cić, mu­sia­ła­bym z nim cho­dzić – wark­nę­łam.

– Uwa­ga, tłu­czek na ho­ry­zon­cie – po­wie­dzia­ła ostrze­gaw­czo Ka­sia.

Jak na ko­men­dę wszyst­kie od­wró­ci­ły­śmy gło­wy, błą­dząc spoj­rze­nia­mi po ścia­nach.

Rze­czy­wi­ście… W na­szą stro­nę zmie­rzał Pa­weł. Je­den z cu­dow­nych współ­lo­ka­to­rów Tom­ka. Czło­wiek z ga­tun­ku „spójrz­cie na mnie – szy­ję mam szer­szą od czo­ła!” Nie cier­pia­łam go. On zresz­tą mnie też, od kie­dy zwró­ci­łam mu uwa­gę, że jesz­cze tro­chę ste­ry­dów i nie da rady wsa­dzić so­bie tych kró­ciut­kich, na­pa­ko­wa­nych rą­czek do kie­sze­ni.

To zna­czy, szcze­rze mó­wiąc, je­śli cho­dzi o szcze­gó­ły, to po­wie­dzia­łam mu, że nie da rady wziąć pew­nej czę­ści cia­ła w dwie ręce, ale cóż…

– O, Wiki. – Zło­śli­wie się do mnie uśmiech­nął. – Czyż­by uro­sły ci cyc­ki?

– A i owszem – od­par­łam spo­koj­nie i zna­czą­co spoj­rza­łam na jego kro­cze. – Za to to­bie nic nie uro­sło. Cho­ciaż za­raz… prze­cież tam nig­dy ni­cze­go nie było.

Dziew­czy­ny do­oko­ła mnie za­czę­ły du­sić się ze śmie­chu, a Pa­weł stał wście­kły, nie mo­gąc wy­my­ślić żad­nej ką­śli­wej ri­po­sty. Nie zdzi­wi­ło mnie to. Jego mózg, choć­by po­zba­wio­ny al­ko­ho­lu, za­wsze dzia­łał wol­niej od nor­mal­ne­go.

Mia­łam ocho­tę jesz­cze coś mu po­wie­dzieć, ale to by było jak do­bi­ja­nie ran­ne­go. Na­wet wzglę­dem nie­go mia­łam pew­ne skru­pu­ły.

Zuza po­cią­gnę­ła mnie za ra­mię, żeby odejść, póki nie wy­buch­nie. Pa­weł na­praw­dę do­rów­ny­wał in­te­li­gen­cją trzon­ko­wi od młot­ka… Ja­kim cu­dem do­stał się na po­li­bu­dę i jesz­cze go nie wy­wa­li­li, chy­ba na za­wsze po­zo­sta­nie dla mnie za­gad­ką.

Po­de­szły­śmy do grup­ki, w któ­rej sie­dział Pio­truś.

– Cześć. – Usia­dłam obok nie­go.

Kiw­nął mi gło­wą na po­wi­ta­nie i na tym się skoń­czy­ło. Wró­cił do prze­rwa­nej roz­mo­wy. Włą­czy­łam się do niej, jed­nak nie zmie­ni­ło to fak­tu, że dla nie­go nadal by­łam frag­men­tem barw­ne­go oto­cze­nia.

Uro­czo…

Mia­łam głę­bo­ki de­kolt, zna­ko­mi­cie do­pa­so­wa­ne spodnie, ład­nie wy­glą­da­łam… i nic. Owszem, ry­ko­szet tra­fił w jego kum­pli. Chwi­lę póź­niej Ma­ciek przy­su­nął się do mnie i za­czął ze mną roz­ma­wiać.

Pio­truś to albo fa­cet ze sta­li, albo kom­plet­nie mu się nie po­do­ba­łam… Co było ze mną nie tak?

W koń­cu da­łam so­bie spo­kój i ode­szłam do ko­le­ża­nek. Za mną po­szedł Ma­ciek. Su­per, jesz­cze chwi­la i zno­wu się wpa­ku­ję. Chy­ba naj­gor­sze, co ist­nie­je, to po­wie­dzieć ko­muś, że nie jest się za­in­te­re­so­wa­nym. Sama nie chcia­ła­bym tego usły­szeć, więc prze­waż­nie nie mam ser­ca tego mó­wić… Przez co za­dzi­wia­ją­co czę­sto pa­ku­ję się nie­ste­ty w sy­tu­acje bez wyj­ścia i mu­szę iść z kimś na rand­kę.

Naj­wy­tr­wal­szy dzwo­nił trzy razy (śred­nio raz w ty­go­dniu), ale też w koń­cu zre­zy­gno­wał, kie­dy wciąż mó­wi­łam, że nie mam cza­su.

Zuza wciąż mi po­wta­rza, że ucie­kam, a ksią­żę­ta z baj­ki nie będą mnie go­nić wiecz­nie. Za­wsze jej od­po­wia­dam, że ani oni nie wy­glą­daj ą na kró­le­wi­czów, ani ja na księż­nicz­kę, więc mo­gła­by mi z ła­ski swo­jej dać świę­ty spo­kój.

Koło dru­giej w nocy za­gad­nę­łam Pio­tru­sia, czy nie wra­ca do domu, to­bym się za­bra­ła ra­zem z nim, żeby nie cho­dzić sama po ciem­ku. Mia­łam szan­sę cho­ciaż w noc­nym au­to­bu­sie być z nim sam na sam. Owszem, szedł już do domu, ale ra­zem z nim Ma­ciek, z któ­rym miesz­kał.

Wła­śnie…

Roz­ma­wia­jąc o wszyst­kim i o ni­czym, je­cha­li­śmy au­to­bu­sem. Pio­truś jak zwy­kle był miły, uprzej­my… i nic poza tym.

Wy­sia­dłam na swo­im przy­stan­ku i po­wle­kłam się w stro­nę swo­je­go blo­ku. Gdy tyl­ko au­to­bus znik­nął za za­krę­tem, a wo­kół nie było żad­ne­go czło­wie­ka, wsa­dzi­łam klucz w ścia­nę i wró­ci­łam do swo­je­go domu w Los Dia­blos.

Zdję­łam z sie­bie ciu­chy i w sa­mej bie­liź­nie rzu­ci­łam się na łóż­ko. By­łam tro­chę wsta­wio­na, poza tym roz­ża­lo­na i mu­sia­łam to ode­spać.

– CZYŚ TY ZWA­RIO­WA­ŁA?! – ktoś ryk­nął tuż nade mną.

Prze­stra­szo­na po­de­rwa­łam gło­wę do góry. Obok mo­je­go łóż­ka, na fo­te­lu, w kom­plet­nych ciem­no­ściach sie­dział Be­leth.

Się­gnę­łam po koł­drę i za­sło­ni­łam się nią.

– Co ty tu ro­bisz?! – te­raz ja krzyk­nę­łam. – Jak się tu do­sta­łeś?!

– Wy­obraź so­bie, że przez ścia­nę…

Strasz­nie mnie to roz­ba­wi­ło. Za­czę­łam gło­śno chi­cho­tać i nie mo­głam prze­stać. Oho! O je­den (albo czte­ry – rzecz do dys­ku­sji) kie­li­szek wód­ki za dużo.

– No tak, dia­beł­ku – wy­bą­ka­łam i po­ło­ży­łam gło­wę na po­dusz­ce, za­my­ka­jąc oczy. – Przez ścia­nę…

– Nie za­sy­piaj! – krzyk­nął Be­leth i wy­szarp­nął mi po­dusz­kę spod po­licz­ka.

– Ej! – za­pro­te­sto­wa­łam sła­bo.

– Czy ty zda­jesz so­bie spra­wę z tego, co zro­bi­łaś? – wark­nął wście­kły Be­leth, gnio­tąc moją po­dusz­kę.

Na­praw­dę był zły. Roz­pię­te trzy gu­zi­ki u ko­szu­li uka­zy­wa­ła trój­kąt jego pier­si. Na oliw­ko­wej skó­rze zno­wu ry­so­wał się sznu­rek z na­ni­za­ny­mi he­ba­no­wy­mi pa­cior­ka­mi, przy­po­mi­na­ją­cy odro­bi­nę ró­ża­niec, cho­ciaż mnie ko­ja­rzył się bar­dziej z mu­zuł­mań­skim sznu­rem mo­dli­tew­nym sub­ha, skła­da­ją­cym się z trzy­dzie­stu trzech ko­ra­li­ków, lub in­dyj­skim -mala.

Be­leth był nie­sa­mo­wi­cie przy­stoj­ny. Nie mo­głam ode­rwać wzro­ku od jego klat­ki pier­sio­wej. Zmierz­wio­ne wło­sy, tym ra­zem nie­uło­żo­ne w mi­ster­ne­go iro­ke­za, opa­da­ły mu na czo­ło.

– Skup się na tym, co mó­wię, a nie na tym, jak wy­glą­dam – za­grzmiał, ale już spo­koj­niej.

W jego oczach zo­ba­czy­łam błysk roz­ba­wie­nia.

– Zno­wu pod­słu­chu­jesz moje my­śli – mruk­nę­łam zła, że mnie przej­rzał.

– Jak je­steś pi­ja­na, to w ogó­le ich nie pil­nu­jesz – stwier­dził już spo­koj­ny i usiadł na brze­gu łóż­ka, od­da­jąc mi po­dusz­kę.

Za­do­wo­lo­na wsa­dzi­łam ją so­bie z po­wro­tem pod gło­wę.

– To oświeć mnie, co zro­bi­łam, bo pew­nie nie będę mo­gła pójść spać, do­pó­ki tego nie usły­szę…

– Wró­ci­łaś na Zie­mię i po­ka­za­łaś się lu­dziom – spo­waż­niał. – Nie wol­no ci tego ro­bić! Ty nie ży­jesz!

– Ale Kle­opa­tra po­wie­dzia­ła, że mogę tak zro­bić – usi­ło­wa­łam się bro­nić.

Jego oczy za­bły­sły wście­kło­ścią.

– A więc to ona ci to po­wie­dzia­ła?! – krzyk­nął bar­dziej do sie­bie niż do mnie.

W my­ślach ko­men­tu­jąc za­le­ty jego fi­zjo­no­mii, pa­trzy­łam, jak go­tu­je się ze zło­ści. Ja na­praw­dę ro­bi­łam to mi­mo­wol­nie. On po pro­stu był taki ślicz­ny!

– Nie dość, że gło­śno my­ślisz, to jesz­cze pa­trząc na twój uśmiech, moż­na wszyst­ko zgad­nąć – wy­mru­czał.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi za­do­wo­lo­na z sie­bie. A co mi tam!

– Po­słu­chaj – za­czął swój wy­wód Be­leth. – Nie wol­no ci wra­cać na Zie­mię. Ro­zu­miem, że tę­sk­nisz za bli­ski­mi, że chcia­łaś ich za­pew­nić, że wszyst­ko jest do­brze, ale nie rób tego. Nikt nie może zo­ba­czyć, jak czy­nisz cuda, jak prze­cho­dzisz przez ścia­ny. Wte­dy mo­gła­byś na­ro­bić nie­złe­go za­mie­sza­nia.

Wow, do­brze, że Be­leth nie wie­dział, że Kle­opa­tra chcia­ła po swo­jej śmier­ci zmar­twych­wstać – wte­dy by się do­pie­ro wku­rzył.

– Nie rób tego, pro­szę cię. Dla wła­sne­go do­bra tego nie rób. Skrzyw­dzisz w ten spo­sób sie­bie. Nie je­steś już czło­wie­kiem. Nie ży­jesz. Nie mo­żesz cof­nąć cza­su.

– Tak, tak. Wiem. Tyl­ko dia­bły mogą co­fać się w cza­sie. Dia­bli­ce nie… To też mi po­wie­dzia­ła Kle­opa­tra – do­da­łam szyb­ko, za­nim ryk­nął, skąd to wiem.

– Do­bra, nie­waż­ne. – Po­tarł dło­nią czo­ło. – Po­słu­chaj. Nie po­win­naś wra­cać na Zie­mię. Krzyw­dzisz sie­bie.

– Za­raz – mruk­nę­łam. – Zde­cy­duj się. To w koń­cu mnie nie wol­no tego ro­bić i zła­ma­łam ja­kiś prze­pis czy mogę to ro­bić, ale jest to nie­wska­za­ne?

– Nie ma re­gu­ły, któ­ra za­ka­zy­wa­ła­by ci to ro­bić. By­cie dia­bli­cą jest je­dy­ną moż­li­wo­ścią, by moż­na było wra­cać na Zie­mię… Jed­nak nie czyń tego, bo mo­żesz na­ro­bić okrop­ne­go za­mie­sza­nia.

– A więc będę ostroż­na – mach­nę­łam ręką. – Sor­ry, Be­leth, ale nie za­mie­rzam re­zy­gno­wać z ży­cia. Lu­bię je. A sko­ro jako dia­bli­ca mam pra­wo do po­dró­ży na Zie­mię, to będę po­dró­żo­wać tak dłu­go, jak mi się po­do­ba.

Sie­dział zły. Zło wręcz od nie­go pro­mie­nio­wa­ło, je­żąc mi wło­ski na kar­ku.

– Nie zmie­nisz zda­nia? – za­py­tał.

– Ra­czej nie. – Uśmiech­nę­łam się.

– W ta­kim ra­zie na­stęp­nym ra­zem jak pój­dziesz na Zie­mię, to weź­miesz mnie ze sobą – stwier­dził.

Jesz­cze cze­go…

Wstał i pod­szedł do ścia­ny, igno­ru­jąc moje pro­te­sty. Wy­cią­gnął rękę ze zło­tym klu­czem. Już miał wsu­nąć go w ścia­nę, ale za­wa­hał się w ostat­nim mo­men­cie.

– Aha – od­wró­cił się w moją stro­nę. – Ju­tro, a ra­czej dzi­siaj rano, od­wie­dzi cię Śmierć. Pierw­szy targ cze­ka cię nie­dłu­go.

Na­stęp­nie znik­nął w lśnią­cym pro­sto­ką­cie. Ośle­pio­na, za­mknę­łam oczy. Nie zdo­ła­łam zo­ba­czyć, jak wy­glą­da­ły jego drzwi.

Śmierć… su­per! Jesz­cze tyl­ko jej bra­ko­wa­ło, by była cała we­so­ła gro­mad­ka.

Uko­ły­sa­na wła­snym śmie­chem, za­snę­łam od razu po przy­ło­że­niu po­licz­ka do po­dusz­ki.

Rów­no o go­dzi­nie trzy­na­stej za­dzwo­nił dzwo­nek do drzwi. Za­pew­ne spa­ła­bym znacz­nie dłu­żej, ale upier­dli­wy ktoś za drzwia­mi nie zdej­mo­wał pal­ca z gu­zi­ka. Prze­kli­na­jąc go gło­śno, za­rzu­ci­łam na sie­bie sa­ty­no­wy szla­frok i zbie­głam po scho­dach.

Prze­lot­nie zer­k­nę­łam w lu­stro w sy­pial­ni i stwier­dzi­łam, że wy­glą­dam kosz­mar­nie. Wło­sy ster­cza­ły mi we wszyst­kie stro­ny, nie­zmy­ty ma­ki­jaż lek­ko się roz­ma­zał. Ist­na świe­żość i ra­dość o po­ran­ku…

Za­mie­rza­łam zdro­wo wy­gar­nąć temu go­ścio­wi przy drzwiach, któ­ry usi­ło­wał chy­ba prze­bić się pal­cem na wy­lot do środ­ka domu.

Jed­nak kie­dy otwo­rzy­łam drzwi, onie­mia­łam.

Przede mną stał ni­ski czło­wiek w ha­bi­cie. Miał góra metr pięć­dzie­siąt wzro­stu, może na­wet metr czter­dzie­ści. Dłu­gie rę­ka­wy za­sła­nia­ły jego dło­nie, w któ­rych trzy­mał tecz­kę z na­pi­sem Top se­cret, a twarz była skry­ta w cie­niu du­że­go kap­tu­ra. Nie by­łam pew­na, czy to ko­bie­ta, czy męż­czy­zna. Brą­zo­wy ha­bit sku­tecz­nie tu­szo­wał syl­wet­kę.

– Dia­bli­ca Wik­to­ria? – za­py­tał skrze­kli­wym gło­sem gość.

– No… – przy­tak­nę­łam. – A ty to…?

– Śmierć. Miło mi cię po­znać.

Zo­rien­to­wa­łam się, że sto­ję z otwar­ty­mi usta­mi. Za­mknę­łam je czym prę­dzej.

– Mnie cie­bie też – mruk­nę­łam i po­sta­no­wi­łam się pil­no­wać, żeby nie wpa­try­wać się w nią z ta­kim zdzi­wie­niem. – A więc przy­nio­słaś mi… zle­ce­nie.

Sta­ra­łam się, żeby za­brzmia­ło to pro­fe­sjo­nal­nie.

– Tak. – Śmierć lek­ko skło­ni­ła gło­wę i po­da­ła mi tecz­kę w taki spo­sób, że nie zo­ba­czy­łam jej dło­ni.

– Dzię­ku­ję. Może chcia­ła­byś się cze­goś na­pić? – za­pro­po­no­wa­łam uprzej­mie, cho­ciaż wca­le nie mia­łam ocho­ty wpusz­czać jej do swo­je­go domu. – Dzi­siaj jest strasz­nie cie­pło, a ty je­steś w ta­kiej dłu­giej… su­kien­ce.

– Nie je­stem ko­bie­tą – usły­sza­łam.

Oj… szlag…

– Bar­dzo prze­pra­szam – po­wie­dzia­łam szyb­ko. – Po pro­stu po pol­sku śmierć jest ro­dza­ju żeń­skie­go, więc po­my­śla­łam…

– Po an­giel­sku jest mę­skie­go – stwier­dził mój gość. – Ale męż­czy­zną też nie je­stem.

– Och… to kim je­steś? – za­py­ta­łam zbi­ta z tro­pu.

– Je­stem ro­dza­ju ni­ja­kie­go – po­in­for­mo­wa­ła mnie z god­no­ścią.

– Ni­ja­kie­go… – po­wtó­rzy­łam.

Cho­ciaż nie wi­dzia­łam jej za­kap­tu­rzo­nej twa­rzy, czu­łam, że się ze mnie śmie­je.

– Pe­reł­ko, a czy sły­sza­łaś o tym, żeby śmierć się roz­mna­ża­ła? – za­py­ta­ła mnie. – Sko­ro się nie roz­mna­żam, to po co mi ro­dzaj?

Po­ki­wa­łam ze zro­zu­mie­niem gło­wą, cho­ciaż nic nie ro­zu­mia­łam.

– Do­star­czę klien­ta o wy­zna­czo­nej go­dzi­nie w wy­zna­czo­ne miej­sce – po­wie­dzia­ła za­gad­ko­wo Śmierć. – Do zo­ba­cze­nia.

Od­wró­ci­ła się do mnie ple­ca­mi, a przed nią po­ja­wi­ła się czar­na dziu­ra. Nie za­uwa­ży­łam, żeby wyj­mo­wa­ła skądś klucz. Śmierć wi­docz­nie mia­ła swo­je spo­so­by trans­por­tu.

Już mia­łam za­mknąć drzwi, kie­dy do­biegł mnie jej głos:

– I po­sta­raj się nie wy­glą­dać na tar­gu tak, jak­byś wła­śnie wsta­ła z łóż­ka po cięż­kiej ba­lan­dze.

– OK! – od­krzyk­nę­łam, pa­trząc na czar­ną dziu­rę, któ­ra we­ssa­ła Śmierć.

Do­biegł mnie tyl­ko gło­śny fur­kot jej ha­bi­tu i już jej nie było. Czad! Też chcę prze­no­śną czar­ną dziu­rę!

Usia­dłam przy ku­chen­nym sto­le i po stwo­rze­niu so­lid­ne­go śnia­da­nia (bez­ka­lo­rycz­ne­go rzecz ja­sna – za ży­cia o to nie dba­łam, to cho­ciaż po śmier­ci mogę) za­sia­dłam do czy­ta­nia za­war­to­ści ta­jem­ni­czej tecz­ki.

Była tam mała książ­ka za­ty­tu­ło­wa­na Krót­ka bio­gra­fia Ste­fa­na Ży­tom­skie­go. Krót­ka… do­bre… mia­ła ze trzy­sta stron! A tak­że fot­ki uro­cze­go dziad­ka i kart­ka z ter­mi­nem: po­nie­dzia­łek, 13 maja, go­dzi­na 15.45, rak. Czy­li ju­tro. Miej­sca spo­tka­nia ze Śmier­cią nie po­da­no. Za­py­tam o to Be­le­tha.

Chy­ba naj­pierw będę mu­sia­ła prze­czy­tać książ­kę o za­wo­dzie dia­bła. Jesz­cze na­wet jej nie tknę­łam.

Czy­ta­łam do wie­czo­ra. Z tego, co zro­zu­mia­łam, po­win­nam na­uczyć się wszyst­kich złych uczyn­ków tego sta­rusz­ka i przed­sta­wić je w od­po­wie­dzi anio­ło­wi. Skru­pu­lat­nie no­to­wa­łam, po­cząw­szy od kop­nię­cia psa, kie­dy pan Ste­fan miał czte­ry lat­ka, do zło­śli­we­go za­trza­śnię­cia są­siad­ce drzwi przed no­sem ra­zem z jej pal­ca­mi ja­kiś ty­dzień temu.

Na­gle, w sy­pial­ni, w któ­rej le­ża­łam na łóż­ku, na ścia­nie obok po­ja­wił się mie­nią­cy się pro­sto­kąt, któ­ry stał się zło­ty­mi, rzeź­bio­ny­mi w hie­ro­gli­fy drzwia­mi. Ja­koś bez pro­ble­mu do­my­śli­łam się, kto za­raz wpa­ru­je do po­ko­ju…

Nie­mniej trze­ba za­zna­czyć, że sześć razy za­pu­ka­ła, za­nim wtar­gnę­ła do środ­ka, na­wet nie cze­ka­jąc na moje „pro­szę”.

– A gdy­bym była goła? – za­py­ta­łam. – Albo przy­ła­pa­ła­byś mnie in fla­gran­ti?

Kle­opa­tra prych­nę­ła.

– Daj spo­kój… cie­bie? Więk­szej skrom­ni­si nie wi­dzia­łam.

Taa…

– Ubie­raj się! Po­ry­wam cię do klu­bu mo­je­go przod­ka. Obo­wią­zu­ją stro­je wie­czo­ro­we. Wszyst­ko, co ser­wu­ją Pod Gło­wą Anu­bi­sa, jest egip­skie. To je­dy­ne ta­kie miej­sce w ca­łym Pie­kle.

Zer­k­nę­łam na jej po­ły­sku­ją­cą zło­tem suk­nię. Z bia­łe­go, pli­so­wa­ne­go ma­te­ria­łu, z na­szy­ty­mi ko­ra­li­ka­mi z la­pis-la­zu­li i zło­ta. Jej na­szyj­nik wy­glą­dał na pie­kiel­nie cięż­ki. Tak samo jak kol­czy­ki i dia­dem z ko­brą kró­lew­ską.

Kle­opa­tra bez py­ta­nia po­de­szła do mo­jej sza­fy i za­czę­ła prze­rzu­cać su­kien­ki. Nie pro­te­sto­wa­łam. Wró­ci­łam do lek­tu­ry.

Rzu­ci­ła obok mnie czer­wo­ną suk­nię z głę­bo­kim de­kol­tem.

– Nie ma mowy – mruk­nę­łam.

– Wła­śnie, że jest! – wark­nę­ła. – Na­wet nie wiesz, ja­kie mam przez cie­bie kło­po­ty.

Zro­bi­łam zdzi­wio­ną minę. O czym ona bre­dzi?

– Be­leth zro­bił mi praw­dzi­wą awan­tu­rę, że po­wie­dzia­łam ci o moż­li­wo­ści po­wro­tu na Zie­mię.

– A co ma do tego ta su­kien­ka? – za­py­ta­łam.

– Skar­bie, bar­dzo po­do­basz się Be­le­tho­wi. On też bę­dzie na tej im­pre­zie. Bę­dziesz wy­glą­dać osza­ła­mia­ją­co i bę­dziesz dla nie­go miła, dzię­ki cze­mu on tro­chę spu­ści z tonu i prze­sta­nie się na mnie wku­rzać.

– Po­do­bam mu się? – zdzi­wi­łam się. – My­śla­łam, że on się tak za­cho­wu­je wo­bec każ­dej ko­bie­ty.

Kle­opa­tra, gło­śno wzdy­cha­jąc, usia­dła obok mnie.

– Jak wiesz, dia­błom nie wol­no… hm… spół­ko­wać z ko­bie­ta­mi. To za­ka­za­ne.

– Be­leth coś o tym wspo­mi­nał – po­wie­dzia­łam po­zor­nie obo­jęt­nym to­nem i wzię­łam do ręki buty, któ­re rzu­ci­ła obok mnie.

Kleo lu­bi­ła dużo mó­wić. Jak nie będę jej na­ci­skać, to za­pew­ne sama po­wie mi to, co mnie cie­ka­wi.

– Ale ty nie je­steś już ko­bie­tą – kon­ty­nu­owa­ła, tak jak po­dej­rze­wa­łam. – Je­steś dia­bli­cą. A to ozna­cza, że sta­łaś się ce­lem dla mnó­stwa dia­błów. Też by­łam ta­kim ce­lem, ale da­łam wszyst­kim do zro­zu­mie­nia, że nie mam za­mia­ru stać się ofia­rą ich po­li­tycz­nych roz­gry­wek, więc już od prze­szło ty­sią­ca lat mam świę­ty spo­kój.

– A dla­cze­go dia­bły nie mogą ko­chać ko­biet? – za­py­ta­łam szcze­rze za­in­te­re­so­wa­na.

– Ko­chać mogą. Za­kaz obej­mu­je upra­wia­nie sek­su i ewen­tu­al­ne po­sia­da­nie po­tom­stwa.

– To oni mogą mieć dzie­ci? – wy­krzyk­nę­łam. – Tego Be­leth nie chciał mi po­wie­dzieć.

– Szcze­rze mó­wiąc, to się nie dzi­wię, po tym, co sam zro­bił. No, ubie­raj się.

Po­szłam z suk­nią do ła­zien­ki i krzyk­nę­łam do niej:

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Na­ta­lia Si­ko­ra

Re­dak­cja: Anna Ada­miak

Ko­rek­ta: Ja­dwi­ga Pil­ler, Elż­bie­ta Ja­ro­szuk

Re­dak­cja tech­nicz­na: Anna Ga­jew­ska

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych: Mał­go­rza­ta Li­cho­ta

Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­sta­na na I stro­nie okład­ki:

© Geo­r­ge May­er / iStock­pho­to

Zdję­cia wy­ko­rzy­sta­ne na IV stro­nie okład­ki: © ru­ben­shi­to/sxc.hu, © Ju­lia Kar­wan-Ja­strzęb­ska

Fo­to­gra­fia au­tor­ki: © Ju­lia Kar­wan-Ja­strzęb­ska

Wy­daw­nic­two W.A.B.

02-386 War­sza­wa, ul. Usy­pi­sko­wa 5

tel./fax (22) 646 01 74, 646 01 75, 646 05 10, 646 05 11

wab@wab.com.pl

www.wab.com.pl

ISBN 978-83-7747-089-3

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał La­tu­sek / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

Virtualo Sp. z o.o.