Imperium Akwitanii - Robert Ludlum

Imperium Akwitanii

0,0

Amerykański prawnik Joel Converse przyjeżdża do Genewy negocjować fuzję przedsiębiorstw. Nieoczekiwanie okazuje się, że interesy drugiej firmy reprezentuje jego dawny kolega z college'u, Avery Fowler, używający obecnie nazwiska Preston Halliday. Halliday proponuje Joelowi zlecenie za milion dolarów: ma zebrać materiały obciążające byłych wojskowych i wspierających ich przemysłowców z kilkunastu krajów – prawicowych fanatyków, którzy planują stworzenie „globalnej Trzeciej Rzeszy” i przejęcie dominacji nad światem. Na czele spisku stoi generał George Marcus Delavane, były głównodowodzący wojsk amerykańskich w Wietnamie, szaleniec odpowiedzialny za bezsensowną śmierć tysięcy żołnierzy. Godzinę po rozmowie z Joelem Halliday ginie z ręki zamachowców; przed egzekucją mordercy mówią mu, że działają w imieniu Akwitanii. W tej sytuacji Converse decyduje się przyjąć zlecenie; w Grecji spotyka się ze współpracownikiem Hallidaya, który przekazuje mu akta z informacjami o najważniejszych uczestnikach tajnej organizacji, nazwanej Akwitanią. Pod jej egidą w przeciągu najbliższych tygodni ma powstać nowe imperium, dyktatura wojskowa obejmująca terytoria Europy i Ameryki. Chcąc powstrzymać spiskowców, Joel musi szybko znaleźć twarde dowody przestępczej działalności Delavane'a i jego wspólników. Grozi mu śmierć: z tropiącego przekształcił się w zwierzynę łowną. Ścigany przez nasłanych morderców z Akwitanii oraz (pod sfingowanym zarzutem zabójstwa) przez policję kilku europejskich krajów, przemieszcza się z miasta do miasta, zawsze o krok przed swoimi prześladowcami...

Dodaj komentarz


Można powiedzieć, że jak sensacja to Ludlum (i kilku innych autorów). Można też powiedzieć, że odwrotnie (i to zdanie byłoby bardziej właściwe). W odróżnieniu od innych powieści spod pióra autora nie ma tu jednak „nadprzyrodzonego” agenta tylko „zwykły” adwokat. Wbrew pozorom akcji nie brakuje, intryga wymyślona przez autora nie jest jakaś szczególna, ale nie przeszkadza to zbytnio w czytaniu. Lekka, łatwa i przyjemna sensacja „nie wyróżniająca się z tłumu”. W sam raz dla rozrywki.


Twórczość Ludluma kojarzę jednoznacznie. Jego powieści nie różnią się od siebie zbytnio, ale stanowią dobrą rozrywkę. W tej książce wprawdzie nie uświadczymy „wszechmocnego” agenta, tylko jest dzielny adwokat, ale niewiele w sumie to zmienia. Wymyślony spisek do przełknięcia, akcja o przyzwoitym tempie. Nie można w sumie narzekać. Trzeba być świadomym, że w tego typu literaturze nie znajdziemy głębszych treści. I dobrze.


Kolejna dobra powieść spod pióra Roberta Ludluma. Akcja wciąga, fabuła jest interesująca. Nie brak tu sensacji i napięcia. Wbrew pozorom nie jest to literatura jedynie dla facetów. Czyta się przyjemnie, całość satysfakcjonuje i spełnia pokładane nadzieje. „Imperium Akwitanii” to książka, którą śmiało można polecić wszystkim wielbicielom gatunku oraz osobom, które mają ochotę na porządną, dobrze skonstruowaną powieść. Czytajcie, nie zawiedziecie się.


Kolejny raz Robert Ludlum pozytywnie mnie zaskakuje. W "Imperium Akwitanii" znajdziemy wszytsko co powinien mieć dobry kryminał/thriller: spisek, groźni wrogowie, wartka (a właściwie szalona) akcja, suspens. Fabuła jest zawiła a akcja co jakiś czas skręca w zaskakującym kierunku. Akwitania to organizacja, ktora chce przejąć władzę nad światem (standard u Ludluma), a główny bohater Joel Converse ma się jej przeciwstawić. Bardzo dobra książka godna polecenia fanom gatunku

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Albatros Wydawnictwo A. Kuryłowicz

Wydanie elektroniczne

ROBERT LUDLUM

(1927–2001). Amerykański aktor, producent teatralny i pisarz. W latach 1945–47 służył w piechocie morskiej. W 1951 ukończył Wesleyan University. Od najmłodszych lat pasjonował się aktorstwem. W wieku 16 lat po raz pierwszy wystąpił w sztuce na Broadwayu. W latach 50-tych zagrał w ponad 200 filmach telewizyjnych; był producentem około 300 przedstawień teatralnych. Jako pisarz zadebiutował późno – mając 41 lat – powieścią Dziedzictwo Scarlattich. Odrzucona początkowo przez 10 wydawców stała się bestsellerem i zainicjowała oszałamiającą karierę literacką najbardziej znanego współczesnego twórcy thrillerów spiskowych. Łączna sprzedaż książek Ludluma przekroczyła 300 milionów egzemplarzy w 32 językach. Za życia pisarza ukazały się 24 powieści; po jego śmierci – kilkanaście następnych, z których większość powstała na podstawie pozostawionych przez niego notatek i szkiców, przy współpracy takich autorów jak Patrick Larkin, James Cobb, Eric Van Lustbader i Paul Garrison. Do najbardziej znanych thrillerów Ludluma należą m.in.: Testament Matarese’a, Tożsamość Bourne’a, Krucjata Bourne’a, Mozaika Parsifala, Strażnicy ApokalipsyKlątwa Prometeusza. Wiele z nich zostało zekranizowanych – jako seriale telewizyjne lub pełnometrażowe filmy kinowe.

Tego autora

RĘKOPIS CHANCELLORA

PROTOKÓŁ SIGMY

KLĄTWA PROMETEUSZA

PIEKŁO ARKTYKI

CZWARTA RZESZA

KRYPTONIM IKAR

STRAŻNICY APOKALIPSY

MOZAIKA PARSIFALA

IMPERIUM AKWITANII

STRATEGIA BANCROFTA

ILUZJA SKORPIONA

TOŻSAMOŚĆ AMBLERA

Jason Bourne

TOŻSAMOŚĆ BOURNE’A

DZIEDZICTWO BOURNE’A

SANKCJA BOURNE’A

MISTYFIKACJA BOURNE’A

CEL BOURNE’A

KRUCJATA BOURNE’A

ULTIMATUM BOURNE’A

ŚWIAT BOURNE’A

IMPERATYW BOURNE’A

Klan Guillaumo de Matarese

TESTAMENT MATARESE’A

SPADKOBIERCY MATARESE’A

Paul Janson

DYREKTYWA JANSONA

ODYSEJA JANSONA

DYLEMAT JANSONA

OPCJA JANSONA

www.facebook.com/pages/Robert-Ludlum/103108306396356

Tytuł oryginału:

THE AQUITAINE PROGRESSION

Copyright © Robert Ludlum 1984 / © The Estate of Robert Ludlum 2001

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2013

Polish translation copyright © Tomasz Wyżyński 2013

Redakcja: Barbara Nowak

Ilustracja na okładce: Sergey Kaliganov/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7885-029-8

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

FB

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Jeffreyowi Michaelowi Ludlumowi
Witaj, przyjacielu!
Przeżyj wspaniałe życie…

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

Genewa. Miasto słonecznych refleksów. Na jeziorze widać wydęte białe żagle, a dalej nieregularne rzędy solidnych gmachów, które odbijają się w pomarszczonej wodzie. Wokół szmaragdowozielonych fontann kwitną tysiące kwiatów, tworząc dwubarwną feerię kolorów. Nad gładkimi taflami sztucznych stawów wznoszą się łuki fantazyjnych mostków prowadzących na niewielkie wysepki, gdzie spotykają się kochankowie i przyjaciele oraz toczą się poufne negocjacje. Odbicia.

Genewa, stara i młoda. Miasto średniowiecznych murów obronnych i lśniących wieżowców z dymnego szkła, katedr i instytucji mających niewiele wspólnego z religią. Kafejki na chodnikach, poranki muzyczne nad jeziorem, ażurowe mola i krzykliwie pomalowane statki wycieczkowe pływające wzdłuż stromych brzegów. Przewodnicy wynoszą pod niebiosa zalety posiadłości nad jeziorem, które pochodzą z całkiem innej epoki, choć współcześni turyści interesują się ich astronomicznymi cenami.

Genewa. Miasto skupionego wysiłku i samozaparcia. Żarty toleruje się tu tylko wtedy, gdy mają związek z porządkiem dziennym obrad albo zawieraną transakcją. Przytłumionemu śmiechowi towarzyszą spojrzenia wyrażające pochwałę umiaru lub milczące ostrzeżenie, by nie przekraczać wyznaczonych granic. Kanton położony nad jeziorem wie o sobie wszystko. Piękno współistnieje tu z przedsiębiorczością, a ich wzajemna równowaga jest zazdrośnie strzeżonym pewnikiem.

Genewa. To także miasto niespodzianek, przewidywalnych konfliktów przybierających nieprzewidywalny obrót, miasto gwałtu na ludzkiej psychice, który prowadzi do zadziwiających odkryć.

Rozlegają się grzmoty: niebo powleka się ciemnymi chmurami i zaczyna padać deszcz. Ulewa bije we wzburzoną toń jeziora, zamazuje kontury i zasłania Jet d’Eau, ogromną fontannę stanowiącą chlubę miasta i mającą olśniewać widzów. Kiedy nadchodzi nagły potop, Jet d’Eau zamiera. Zamierają także mniejsze fontanny i więdną kwiaty pozbawione słońca. Znikają świetliste refleksy, a umysł popada w odrętwienie. Genewa. Miasto zdradzieckie.

• • •

Mecenas Joel Converse wyszedł z hotelu Richemond i ruszył przez Jardin Brunswick. Rozejrzawszy się na boki, skręcił w lewo, przekładając teczkę do prawej ręki. Był świadom znaczenia niesionych dokumentów, choć myślał przede wszystkim o człowieku, z którym miał się spotkać w Le Chat Botte, niewielkiej ulicznej kafejce naprzeciwko jeziora. Ściśle mówiąc, spotkać się ponownie, pomyślał. Oczywiście jeśli go z kimś nie pomylono.

Amerykanin Preston Halliday był głównym adwersarzem Joela w toczących się rokowaniach w sprawie fuzji przedsiębiorstw szwajcarskiego i amerykańskiego. Obaj prawnicy przybyli do Genewy na rozmowy dotyczące ostatecznych szczegółów kontraktu. Pozostało bardzo niewiele pracy, w istocie same formalności, gdyż stwierdzono już, że umowa jest zgodna z prawem obydwu krajów i możliwa do przyjęcia przez Trybunał Międzynarodowy w Hadze. Obecność Hallidaya wydawała się w związku z tym nieco dziwna. Pierwotnie nie wchodził w skład zespołu prawników amerykańskich wynajętych przez Szwajcarów do rokowań z firmą Joela. Samo w sobie nie wykluczało to oczywiście jego udziału, gdyż świeże spojrzenie okazuje się często cenną zaletą, jednakże mianowanie go głównym negocjatorem było co najmniej niezwykłe. A także niepokojące.

Converse nie stykał się dotąd z Hallidayem, który miał opinię specjalisty od wykrywania błędów prawnych w zawieranych kontraktach. Pochodził z San Francisco i zdarzało mu się już doprowadzić do zerwania wielomiesięcznych rokowań, które pochłonęły setki tysięcy dolarów. Converse nie wiedział o Hallidayu nic więcej, choć on sam twierdził, że się znają.

– Mówi Press Halliday – rozległ się głos w słuchawce hotelowego telefonu. – Zastępuję Rosena jako główny negocjator z ramienia grupy Bern.

– Co się stało? – spytał Joel, trzymając w ręku wibrującą maszynkę do golenia i usiłując przypomnieć sobie nazwisko rozmówcy. Udało mu się to, nim Halliday odpowiedział.

– Dostał zawału, biedaczek, więc wspólnicy postanowili ściągnąć mnie. – Prawnik umilkł. – Musiał pan być niezłym sknerą, mecenasie.

– Prawie się nie targowaliśmy. Mój Boże, przykro mi, lubię Aarona. Jak się czuje?

– Wyjdzie z tego. Położyli go do łóżka i karmią rosołkiem. Kazał panu powtórzyć, że zamierza wyszukać w kontrakcie wszystkie pańskie kruczki prawne.

– To znaczy, że pan zamierza. Zresztą po prostu ich nie ma. To małżeństwo z czystej chciwości, wie pan o tym równie dobrze jak ja, jeśli przejrzał pan dokumentację.

– Rabunek odpisów inwestycyjnych – zgodził się Halliday – a do tego spory procent rynku technologicznego. Żadnych kruczków. Ale ponieważ dopiero co się do tego zabrałem, mam do pana kilka pytań. Nie zjadłby pan ze mną śniadania?

– Chętnie, właśnie miałem wezwać pokojówkę.

– Taki ładny ranek, czemu nie odetchnąć świeżym powietrzem? Mieszkam w hotelu President, więc spotkajmy się w połowie drogi, co? Zna pan Le Chat Botte?

– Tak, to kafejka na Quai du Mont Blanc.

– Za dwadzieścia minut?

– Lepiej pół godziny, dobrze?

– W porządku. – Halliday zawiesił głos. – Miło cię znowu słyszeć, Joel.

– Czyżbyśmy się znali?

– Możesz mnie nie pamiętać. Tyle się zdarzyło od tamtego czasu… Zresztą przeżyłeś chyba więcej ode mnie.

– Nie bardzo rozumiem.

– Cóż, Wietnam… Siedziałeś długo w niewoli.

– Nie o to mi chodzi, to dawne dzieje. Gdzieśmy się poznali? Przy jakiej sprawie?

– Przy żadnej. Nic związanego z interesami. Chodziliśmy razem do szkoły.

– Do Duke’a? To bardzo duża szkoła prawnicza.

– Jeszcze wcześniej. Może przypomnisz sobie, jak się zobaczymy. Jeśli nie, odświeżę ci pamięć.

– Musisz uwielbiać gry… Dobrze, spotkajmy się za pół godziny w Le Chat Botte.

Idąc w stronę Quai du Mont Blanc, hałaśliwego bulwaru nad brzegiem jeziora, Converse usiłował przypomnieć sobie Hallidaya z czasów szkolnych. Wyobrażał sobie twarze kolegów i starał się połączyć jedną z nich z zapomnianym imieniem. Nie udawało się to jednak, choć Halliday nie było wcale nazwiskiem pospolitym, a zdrobnienie Press stanowiło wręcz rzadkość. Nie wyobrażał sobie, by mógł zapomnieć kogoś nazywającego się Press Halliday. A mimo to tonacja głosu nieznajomego sugerowała bliskość, nieomal przyjaźń.

„Miło cię znowu słyszeć, Joel”. Wypowiedział te słowa ciepłym tonem, podobnie jak niepotrzebną uwagę o pobycie Converse’a w niewoli.

Lecz przecież zawsze napomykano o tym łagodnie, z ukrytym lub jawnym współczuciem. Joel domyślał się ponadto, dlaczego Halliday wspomniał przelotnie o Wietnamie. Niewtajemniczeni uważali, że psychika więźniów komunistycznych obozów jenieckich uległa bezpowrotnemu zaburzeniu, że straszliwe przeżycia odmieniły ich duchowo i otumaniły. Częściowo pokrywało się to z prawdą, lecz nie w odniesieniu do pamięci. Pamięć niezwykle się wyostrzała, gdyż penetrowano ją brutalnie, bezlitośnie. Minione lata, nawarstwione wspomnienia… Twarze, oczy, głosy, ciała ludzkie, obrazy przelatujące przez umysł, pejzaże, dźwięki, wyobrażenia, zapachy, dotyk, pragnienie dotyku – żaden element przeszłości nie był na tyle błahy, żeby zrezygnować z wydobycia go na światło dzienne. Niektórym jeńcom pozostawała tylko pamięć, zwłaszcza nocą, gdy ciało sztywniało od przeszywającego chłodu, a nieskończenie zimniejszy lęk paraliżował myśli o teraźniejszości. Pamięć stawała się wówczas wszystkim. Pomagała nie słyszeć odległych krzyków w ciemności, tłumiła trzask strzałów rewolwerowych, które tłumaczono rankiem (zupełnie niepotrzebnie!) jako niezbędne egzekucje krnąbrnych więźniów. Pozwalała także zapomnieć o nieszczęśnikach zmuszanych przez żądnych rozrywki strażników do zabaw zbyt ohydnych, by je opisać.

Podobnie jak inni jeńcy, trzymani przez większą część niewoli w całkowitej izolacji, Converse przeżył na nowo całe swoje życie, próbując ułożyć poszczególne fazy w sensowną całość, coś zrozumiałego i dającego się lubić. Nie rozumiał wielu rzeczy, za wieloma nie przepadał, ale wspomnienia pozwalały żyć. Pozwoliłyby także umrzeć w spokoju ducha. Bez nich strach stawał się nieznośny.

Ponieważ seanse autoanalizy powtarzały się noc po nocy i wymagały dyscypliny oraz dokładności, pamięć Converse’a niezmiernie się wyostrzyła. W jego mózgu działał rodzaj kursora biegającego po ekranie komputera; zatrzymywał się przy dowolnie wybranej nazwie lub osobie, po czym natychmiast ukazywały się skrótowe dane na jej temat. Joel doszedł w tym do wielkiej wprawy i znalazł się teraz w kropce. Nie pamiętał żadnego Pressa Hallidaya, chyba że chodziło o przelotną znajomość z wczesnego dzieciństwa.

„Miło cię znowu słyszeć, Joel”. Czyżby słowa te były podstępem, fortelem prawnika?

Skręcił za róg, ku błyszczącym mosiężnym barierkom Le Chat Botte, w których odbijało się słońce. Bulwarem pędziły lśniące samochody i czyściutkie autobusy, a chodnikami wymytymi przez deszcz podążali śpiesznie przechodnie, zachowując jednak porządek. Genewski ranek emanował łagodną energią. Goście ulicznych kafejek nie gnietli czytanych gazet, lecz przeglądali je strona po stronie ze starannością i precyzją.

Pojazdy i ludzie nie prowadzili wojny; walkę zastąpiono spojrzeniami i ukłonami, przystawaniem i uściskami dłoni. Przekraczając otwartą mosiężną bramkę Le Chat Botte, Joel zastanawiał się przez chwilę, czy Genewa nie mogłaby eksportować swoich poranków do Nowego Jorku. Doszedł jednak do wniosku, że zakazałaby tego rada miejska: nowojorczycy nie znieśliby szwajcarskiej uprzejmości.

Po lewej stronie zaszeleściła złożona starannie gazeta (precyzja wydawała się tu czymś zaraźliwym) i ukazała się twarz znana Converse’owi. W przeciwieństwie do oblicza Joela była… jak to powiedzieć? Uporządkowana, ze wszystkimi częściami pasującymi do siebie i znajdującymi się na właściwych miejscach. Proste ciemne włosy ze schludnym przedziałkiem, ostry nos i wydatne wargi. To twarz należąca do przeszłości, pomyślał Joel, choć nie kojarzyło się z nią żadne zapamiętane nazwisko.

Znajoma postać uniosła głowę; ich oczy się spotkały i Preston Halliday wstał. Pod eleganckim garniturem można się było domyślić muskularnego, krępego ciała.

– Jak się masz, Joel? – spytał znajomym głosem i wyciągnął rękę.

– Witaj, Avery! – powiedział Converse. Wybałuszył oczy, przeszedł niezgrabnie kilka kroków i przełożył teczkę do lewej ręki, by uścisnąć podaną mu dłoń. – Avery, prawda? Avery Fowler. Liceum Tafta, początek lat sześćdziesiątych. Odszedłeś przed klasą maturalną nie wiadomo dlaczego. Wszyscy to komentowaliśmy. Uprawiałeś zapasy.

– Zdobyłem dwukrotnie mistrzostwo Nowej Anglii – odparł prawnik ze śmiechem, wskazując krzesło naprzeciwko. – Siadaj. Zaraz ci wszystko wytłumaczę. Pewnie się trochę dziwisz, co? Właśnie dlatego chciałem się z tobą zobaczyć przed dzisiejszą konferencją. Byłby niezły skandal, gdybyś na mój widok wstał nagle i krzyknął: „Oszust!”.

– Jeszcze nie wiem, czy cię tak nie nazwę, ale nie krzyknę. – Converse zajął miejsce przy stoliku, postawił teczkę na ziemi i spojrzał na przedstawiciela konkurencyjnej firmy. – Dlaczego posługujesz się nazwiskiem Halliday? Czemu nie powiedziałeś nic przez telefon?

– O, dajże spokój! Co właściwie miałem powiedzieć? Nawiasem mówiąc, stary, znałeś mnie jako Tinkerbella Jonesa. Gdybym się przedstawił jako Fowler, nie wiedziałbyś nawet, o kogo chodzi.

– Prawdziwy Fowler siedzi w więzieniu?

– Siedziałby, gdyby nie strzelił sobie w łeb – odparł Halliday poważnie.

– Mówisz zagadkami. Jesteś jego bliźniakiem?

– Nie, mam na myśli swojego ojca.

Converse milczał przez chwilę.

– Chyba powinienem cię przeprosić.

– Nie ma potrzeby, nie mogłeś o niczym wiedzieć. Właśnie dlatego odszedłem przed klasą maturalną, chociaż, do licha, naprawdę chciałem zdobyć ten puchar! Byłbym jedynym zapaśnikiem, który wywalczył mistrzostwo Nowej Anglii trzy razy z rzędu!

– Przykro mi… Co się właściwie stało? A może to informacje zastrzeżone, mecenasie? Przyjmę to za dobrą monetę.

– Nie mam przed tobą tajemnic. Pamiętasz, jak bryknęliśmy razem do New Haven i poderwaliśmy te dwie cipy na przystanku autobusowym?

– Mówiliśmy, że studiujemy na Yale.

– Dały się poderwać, nie dały zerżnąć.

– Za bardzo się staraliśmy.

– Smarkacze z liceum – podsumował Halliday. – Ktoś napisał o nas książkę. Czy naprawdę jesteśmy takimi eunuchami?

– Trochę, ale jeszcze się odegramy. Jesteśmy ostatnią mniejszością narodową w Ameryce, więc w końcu zaczną nam współczuć… Co się właściwie stało, Avery?

Pojawił się kelner. Nastrój prysł. Jak nakazywała uświęcona tradycja, obaj mężczyźni zamówili kawę i rogaliki. Kelner zwinął dwie czerwone płócienne serwetki i postawił je na stoliku.

– Co się stało? – powtórzył cicho Halliday po jego odejściu. – Coś fantastycznego! Mój kurewski ojciec zdefraudował czterysta tysięcy dolarów z banku Chase Manhattan, gdzie był skarbnikiem, złapali go i palnął sobie w łeb. Kto by przypuszczał, że szanowany właściciel podmiejskiej willi w Greenwich, Connecticut, ma w mieście dwie kochanki, jedną w slumsach East Side, a drugą na Bank Street? Coś pięknego!

– Był człowiekiem zapracowanym. Ale ciągle nie rozumiem, dlaczego nazywasz się Halliday.

– Kiedy wszystko wyszło na jaw. po samobójstwie ojca sprawę zatuszowano… matka dostała szału. Czym prędzej przeprowadziła się z powrotem do San Francisco. Pochodziliśmy z Kalifornii, wiesz? Potem zwariowała jeszcze bardziej i poślubiła mojego ojczyma, Johna Hallidaya. Po kilku miesiącach nie zostało ani śladu po Fowlerze.

– Zmieniłeś nawet imię?

– Nie. W San Francisco zawsze nazywano mnie Press. Kalifornijczycy lubią dziwaczne imiona: Tab, Troy, Crotch… Choroba Beverly Hills z lat pięćdziesiątych… U Tafta figurowałem w dzienniku jako Avery Preston Fowler, więc wołano na mnie Avery albo Ave, czego zresztą nie znosiłem. Przeniosłem się z innej szkoły, więc postanowiłem się nie sprzeciwiać. W Connecticut trzeba postępować jak Holden Caulfield.

– Bardzo dobrze – powiedział Converse – ale co się dzieje, gdy spotykasz kogoś takiego jak ja? Musi się to zdarzać.

– Zdziwiłbyś się, jak rzadko. W końcu minęło wiele lat, a w Kalifornii to nic nowego. Tamtejsze dzieciaki zmieniają nazwiska po każdym małżeństwie rodziców, a ja byłem na Wschodnim Wybrzeżu tylko w czwartej i piątej klasie. Nie znałem w Greenwich prawie nikogo i nie należałem do szkolnej paczki.

– Miałeś kilku przyjaciół. Na przykład mnie.

– Nielicznych. Spójrzmy prawdzie w oczy: stałem z boku, a ty nie byłeś wybredny. Niezbyt zwracałem na siebie uwagę.

– Ale nie na macie.

Halliday się roześmiał.

– Niewielu zapaśników kończy prawo, za często dostają w głowę… Cóż, skoro chcesz wiedzieć, przez ostatnie dziesięć lat zaledwie pięć czy sześć razy usłyszałem pytanie: „Ejże, czy nie nazywasz się Fowler, a nie Halliday?”. Kiedy to się zdarza, mówię prawdę. Moja matka wyszła ponownie za mąż, jak miałem szesnaście lat. To wszystko.

Pojawiła się kawa i rogaliki. Joel przełamał swój na pół.

– I myślałeś, że spytam cię o to w niestosownej chwili, na przykład podczas konferencji?

– Jestem tylko zawodowo uprzejmy. Nie chcę, żebyś się zajmował moim nazwiskiem, zamiast myśleć o swoim kliencie. W końcu pewnego wieczoru próbowaliśmy stracić razem cnotę w New Haven.

– Mów tylko za siebie. – Joel się uśmiechnął.

Halliday wyszczerzył zęby.

– Schlaliśmy się obaj, nie pamiętasz? Nawiasem mówiąc, kiedy rzygaliśmy do kubła, przysięgaliśmy sobie zachować wszystko w sekrecie.

– Chciałem cię tylko sprawdzić. Pamiętam. Więc porzuciłeś szarą szkołę dla pomarańczowych koszulek i złotych medali?

– Właśnie. Najpierw studiowałem w Berkeley, a potem w Stanfordzie, po drugiej stronie ulicy.

– Dobry uniwersytet… A skąd międzynarodowe prawo handlowe?

– Lubiłem podróżować i doszedłem do wniosku, że to najtańszy sposób. I tak to się zaczęło… A ty? Zdaje się, że spełniłeś wszystkie moje marzenia o podróżach.

– W młodości chciałem pracować jako radca prawny w służbie zagranicznej. I tak to się zaczęło…

– Po Wietnamie?

Converse spojrzał na Hallidaya bladobłękitnymi oczyma, świadom ich chłodnego wyrazu. Było to nieuniknione, choć jak zwykle niepotrzebne.

– Owszem, po Wietnamie. Okłamywano nas i za późno się o tym dowiedzieliśmy. Byliśmy manipulowani. Nie powinno do tego dojść.

Halliday pochylił się do przodu z łokciami opartymi na stole i splecionymi dłońmi, patrząc Joelowi prosto w oczy.

– Nie mogłem tego zrozumieć – odezwał się cicho. – Kiedy przeczytałem twoje nazwisko w gazecie i zobaczyłem cię w telewizji, miałem strasznego kaca. Nie znałem cię dobrze, lecz przecież lubiłem.

– To naturalna reakcja. Na twoim miejscu czułbym to samo.

– Nie jestem tego taki pewien. Wiesz, byłem jednym z przywódców ruchu pacyfistycznego.

– Spaliłeś swoją kartę powołania i udawałeś hipisa – rzekł miękko Converse, którego spojrzenie złagodniało. – Nie miałem w sobie tyle odwagi.

– Ja też. Była to stara karta biblioteczna.

– Sprawiasz mi zawód.

– Sam też się na sobie zawiodłem. Ale stałem się znany. – Halliday odchylił się do tyłu i sięgnął po kawę. – A co spowodowało, że ty też stałeś się znany, Joel? Nie wyglądałeś na kogoś takiego.

– Nie miałem wyboru.

– Zdaje się, że wspomniałeś coś o manipulacji.

– To było później.

Converse uniósł filiżankę i wypił łyk czarnej kawy, zaniepokojony zmianą tematu rozmowy. Nie lubił wspominać wojny i zbyt często go do tego zmuszano. Uchodził za kogoś innego niż w rzeczywistości.

– Studiowałem w Amherst i uczyłem się dość kiepsko. Kiepsko jak diabli. Ledwo przeszedłem na drugi rok i nie miałem szans na odroczenie służby wojskowej. Ale latałem od czternastego roku życia.

– Nie wiedziałem o tym – przerwał Halliday.

– Mój ojciec prowadził spokojne życie, lecz był pilotem w lotnictwie cywilnym, a później urzędnikiem Pan American. W rodzinie Converse’ów uczono się pilotażu przed uzyskaniem prawa jazdy.

– Bracia i siostry tak samo?

– Mam młodszą siostrę. Odfrunęła przede mną i nigdy nie pozwoliła mi o tym zapomnieć.

– Pamiętam. Robiono z nią wywiady w telewizji.

– Tylko dwa – przerwał Joel z uśmiechem. – Była przeciwko wojnie i wcale się z tym nie kryła. Chłopcy z Białego Domu kazali trzymać się od niej z daleka. Nie pozwólcie szargać ideałów i przeglądajcie jej korespondencję.

– Właśnie dlatego ją zapamiętałem – rzekł Halliday. – Więc kiepski student opuścił uniwersytet i marynarka zyskała pilota zapaleńca?

– Żadnego zapaleńca. Nie byliśmy zapaleńcami. Przeważnie po prostu się paliliśmy.

– Musiałeś nienawidzić takich jak ja, siedzących w Stanach.

Oczywiście z wyjątkiem swojej siostry.

– Jej też nienawidziłem – sprostował Converse. – Nienawidziłem jej, czułem do niej odrazę, gardziłem nią, byłem wściekły… Ale tylko wtedy, gdy ktoś poległ albo zwariował w obozie. Nie z powodu waszych poglądów. wszyscy znaliśmy Sajgon… lecz dlatego, że nie mieliście pojęcia o prawdziwym strachu. Byliście bezpieczni i czuliśmy się przez was jak idioci. Tępi, przerażeni idioci.

– Rozumiem cię.

– To bardzo miło z twojej strony.

– Przepraszam, chyba powiedziałem to niewłaściwym tonem.

– Jakim tonem, mecenasie?

Halliday zmarszczył brwi.

– Trochę protekcjonalnym.

– Wcale nie trochę – odparł Joel. – Całkowicie.

– Dalej jesteś wściekły.

– Nie na ciebie, tylko na przeszłość. Nienawidzę jej i stale muszę do niej wracać.

– Obwiniaj o to rzecznika prasowego Pentagonu. Byłeś przez pewien czas bohaterem dzienników telewizyjnych. Trzy ucieczki z obozu! Dwukrotnie schwytany i osadzony w karcerze, a wreszcie ostatnia, samotna próba uwieńczona powodzeniem. Nim dotarłeś do naszych linii, przebyłeś trzysta kilometrów dżungli opanowanej przez nieprzyjaciela.

– Tylko sto kilometrów. Miałem piekielne szczęście. W trakcie dwóch pierwszych ucieczek przyczyniłem się do śmierci ośmiu ludzi. Nie jestem z tego szczególnie dumny. Czy moglibyśmy się wreszcie zająć sprawą Comm Tech-Bern?

– Proszę, daj mi jeszcze kilka minut – rzekł Halliday, odsuwając rogalik na bok. – Nie chodzi mi tylko o przeszłość. Mam coś szczególnego na myśli, oczywiście, jeśli uważasz mnie za zdolnego do myślenia.

– Wieść niesie, że Preston Halliday ma łeb na karku. O ile moi koledzy mówią prawdę, jesteś prawdziwym rekinem. Ale ja znałem kogoś o imieniu Avery, nie Press.

– Mogę występować jako Fowler, skoro czujesz się lepiej w jego towarzystwie.

– O co ci właściwie chodzi?

– Najpierw kilka pytań. Wiesz, wolę być dokładny, bo ty także masz pewną opinię wśród kolegów. Słyszałem, że jesteś jednym z najlepszych specjalistów od międzynarodowego prawa handlowego, ale moi rozmówcy nie są w stanie pojąć, dlaczego pracujesz w stosunkowo małej, choć uznanej firmie, skoro mógłbyś zrobić błyskotliwą karierę. A nawet założyć własną kancelarię.

– Chcesz mnie zwerbować?

– Nie, nie wchodzę w spółki. Nauczyłem się tego dzięki mecenasowi Johnowi Hallidayowi z San Francisco.

Converse spojrzał na drugą połowę rogalika i postanowił z niej zrezygnować.

– O co chciałbyś mnie spytać, mecenasie?

– Dlaczego pracujesz tam, gdzie pracujesz?

– Mam wysokie pobory i samodzielnie kieruję swoim wydziałem: nikt nie zagląda mi przez ramię. I wolę nie ryzykować. Muszę płacić żonie alimenty, a to kosztowna przyjemność.

– Dzieciom też?

– Nie, chwała Bogu!

– Jak się potoczyło twoje życie po zwolnieniu ze służby w marynarce? Jak się czułeś?

Halliday znów pochylił się do przodu, z łokciami na stoliku i brodą podpartą dłońmi. Sprawiał wrażenie dociekliwego studenta. Albo kogoś znacznie groźniejszego.

– Z kim o mnie rozmawiałeś? – spytał Converse.

– To na razie informacja poufna, mecenasie. Przyjmiesz to za dobrą monetę?

Joel się uśmiechnął.

– Naprawdę jesteś rekinem… W porządku, oto moje dzieje. Kiedy wróciłem po wojnie do kraju, chciałem żyć na całego. Byłem wściekły, ale postanowiłem się wybić. Kiepski student zmienił się w kujona. Skłamałbym, gdybym nie przyznał, że miałem pewne fory. Wróciłem do Amherst i przez trzy semestry i lato odwaliłem dwa i pół roku studiów. Później otrzymałem propozycję indywidualnego toku nauki u Duke’a. Pojechałem tam, a potem specjalizowałem się w Georgetown, odbywając jednocześnie aplikację.

– Aplikowałeś w Waszyngtonie?

Converse skinął głową.

– Tak.

– Gdzie?

– W kancelarii Clifforda.

Halliday gwizdnął cicho, prostując się na krześle.

– To przecież ziemia obiecana, paszport do raju Blackstone’a i świata międzynarodowych koncernów!

– Mówiłem ci, że miałem fory.

– Czy to wtedy postanowiłeś wstąpić do dyplomacji? W Georgetown? W Waszyngtonie?

Joel znów skinął głową i zmrużył oczy oślepiony błyskiem słońca na masce samochodu parkującego na bulwarze nad jeziorem.

– Tak – odparł cicho.

– Mogło ci się udać – rzekł Halliday.

– Brali mnie za kogoś innego. Kiedy się zorientowali, że wyznaję inną moralność, nie chcieli ze mną rozmawiać.

– A kancelaria Clifforda? Nawet im musiałeś imponować. – Kalifornijczyk uniósł dłonie nad stołem. – Wiem, wiem. Brali cię za kogoś innego.

– Było ich zbyt wielu – powiedział z naciskiem Converse. – Mają około czterdziestu sławnych adwokatów i dwustu wyrobników na liście płac. Minęłoby dziesięć lat, nim znalazłbym męską ubikację, i kolejne dziesięć, nim zdobyłbym klucz. Nie tego szukałem.

– A czego?

– Mniej więcej tego, co osiągnąłem. Mówiłem ci już: dobrze zarabiam i kieruję wydziałem zagranicznym. To drugie jest dla mnie równie ważne.

– Nie mogłeś tego przewidzieć, zaczynając pracę – sprzeciwił się Halliday.

– Wręcz przeciwnie. Obiecano mi to. Kiedy Talbot, Brooks i Simon zaproponowali mi posadę, zawarliśmy dżentelmeńską umowę. Jeśli sprawdzę się w ciągu czterech czy pięciu lat, przejmę obowiązki Brooksa. Zajmował się sprawami zagranicznymi i męczyły go nieustanne zmiany czasu. – Converse znów zawiesił głos. – Wygląda na to, że się sprawdziłem.

– A po drodze znalazłeś sobie żonę?

Joel wyprostował się na krześle.

– Czy naprawdę musimy o tym mówić?

– To nie ma związku ze sprawą, ale niesłychanie mnie interesuje.

– Dlaczego?

– Zwykła ciekawość – odparł Halliday z uśmiechem w oczach. – Pewnie czułbyś to samo na moim miejscu, gdybym przeszedł to co ty.

– Cholerny rekin! – wymamrotał Converse.

– Naturalnie nie musi pan odpowiadać, mecenasie.

– Wiem. Najdziwniejsze, że nie robi mi to żadnej różnicy. Padła ofiarą moich przeżyć wojennych. – Joel przełamał swój rogalik, ale nie podniósł go z talerza. – Komfort, wygoda i mała stabilizacja – dodał.

– Słucham?

– Powtarzam tylko jej słowa – ciągnął Joel. – Mówiła, że się z nią ożeniłem, żeby mieć dom, kucharkę, praczkę i nie marnować czasu na irytujące poszukiwania partnerek do łóżka. „Mój Boże, czy musiałam to być ja?!”. To także jej własne słowa.

– Mówiła prawdę?

– Już ci powiedziałem, po powrocie do kraju chciałem żyć na całego. Stała się jednym z elementów tego życia. Tak, mówiła prawdę. Kucharka, służąca, praczka, kochanka i ozdoba przyjęć towarzyskich. Twierdziła, że nie ma pojęcia, co jest najważniejsze.

– Musiała być świetną dziewczyną.

– Była nią. Jest.

– Czy to znaczy, że moglibyście się pogodzić?

– Wykluczone. – Converse pokręcił głową z uśmiechem na wargach, lecz z powagą w oczach. – Ona także była manipulowana. Nie powinniśmy się pobierać. Zresztą naprawdę lubię swój status rozwodnika. Nie wszyscy jesteśmy stworzeni do domowego ciepełka, nawet jeśli o nim marzymy.

– To wcale niezły sposób na życie.

– Też w to wdepnąłeś? – spytał pośpiesznie Joel, by zmienić temat rozmowy.

– Aż do wizyt u ortodonty i psychologa. Mam pięcioro dzieci i jedną żonę. Dobrze mi z tym.

– Ale przecież dużo podróżujesz, prawda?

– Za to powroty do domu są wspaniałe. – Halliday znów pochylił się do przodu, jakby wypytywał świadka. – Więc nie jesteś z nikim szczególnie związany, nie masz wobec nikogo zobowiązań?

– Talbot, Brooks i Simon poczuliby się urażeni, gdyby to usłyszeli. Podobnie jak mój ojciec. Od śmierci matki jemy razem obiad raz w tygodniu, chyba że podróżuje po całym świecie jako posiadacz kilku bezpłatnych biletów lotniczych.

– Jest ciągle aktywny?

– Najpierw leci do Kopenhagi, a zaraz potem do Hongkongu. Dobrze się bawi: stale zmienia miejsce pobytu. Ma sześćdziesiąt osiem lat i jest zepsuty do szpiku kości.

– Chybabym go lubił.

Converse wzruszył ramionami i znów się uśmiechnął.

– Nie jestem pewien. Uważa wszystkich prawników za gówniarzy, ze mną włącznie. To ostatni pilot starej daty.

– Jestem pewien, że bym go lubił. Ale poza pracodawcami i ojcem nie masz nikogo?

– Chodzi ci o kobiety? Spotykam się z kilkoma i jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, lecz wolałbym o tym nie rozmawiać.

– Mam dla ciebie pewną ofertę.

– Wobec tego do rzeczy, mecenasie. Przesłuchanie skończone.

Kalifornijczyk skinął głową.

– W porządku, do rzeczy. Ludzie, z którymi rozmawiałem, chcą wiedzieć, czy możesz swobodnie podróżować.

– Nie mogę. Mam pracę i mnóstwo obowiązków. Dziś jest środa; sfinalizujemy transakcję do piątku. Później wezmę wolny weekend, a w poniedziałek… pojadę tam, gdzie mnie oczekują.

– Przypuśćmy, że Talbot, Brooks i Simon wyraziliby zgodę…

– Trudno to sobie wyobrazić.

– A ty otrzymałbyś ofertę nie do odrzucenia.

– Nie mieści mi się to w głowie.

– Sam to rozstrzygnij – ciągnął Halliday. – Pół miliona dolarów niezależnie od wyniku, milion, jeśli ci się powiedzie.

– Chyba zwariowałeś! – Converse’a oślepił kolejny błysk słońca, a pod powiekami wirowały mu przez chwilę czerwone kręgi. Uniósł lewą rękę do oczu i spojrzał na mężczyznę znanego ongiś jako Avery Fowler. – Wybrałeś dziwny moment, że już nie wspomnę o etyce, bo przecież nie możesz niczego zyskać podczas dzisiejszej konferencji. Nie lubię otrzymywać ofert od prawników, z którymi mam się spotkać przy stole rokowań. Nawet jeśli są to propozycje wariackie.

– To nic związanego z fuzją. Racja, nie mam dziś nic do stracenia ani do wygrania. Załatwiliście sprawę z Aaronem, więc nie naruszam etyki zawodowej. Szwajcarzy płacą tylko minimalną stawkę za stracony czas, bo nie potrzeba tu żadnych specjalnych umiejętności. Dziś rano zaproponuję przyjęcie kontraktu w uzgodnionej formie, bez żadnych zmian. Gdzie tu konflikt sumienia?

– A gdzie zdrowy rozsądek? – spytał Joel. – Nie wspominając już o zgodzie Talbota, Brooksa i Simona. Proponujesz mi honorarium w wysokości dwuipółrocznej gaży wraz z premiami i każesz mi kiwnąć głową.

– Zrób to – powiedział Halliday. – Potrzebujemy cię.

– My? O, to coś nowego! Zdaje mi się, że poprzednio mówiłeś „oni”. „Oni”, czyli ludzie, z którymi rozmawiałeś. Wytłumacz mi wszystko, Press.

Preston Halliday spojrzał Joelowi prosto w oczy.

– Jestem jednym z nich i dzieje się coś złego. Chcemy, żebyś zniszczył pewną spółkę. To sprawa nieprzyjemna i niebezpieczna. Dostarczymy ci odpowiednich materiałów.

– Jaką spółkę?

– Nazwa nic ci nie powie, to firma niezarejestrowana. Nazwijmy ją rządem na wygnaniu.

– Czym?!

– Grupą przejętych jedną ideą ludzi, którzy zebrali tak ogromne środki, że uzyskają wpływ na coś, na co nie powinni mieć wpływu, i zdobędą władzę tam, gdzie nie powinni jej mieć.

– To znaczy gdzie?

– W takich miejscach, że ten biedny, głupi świat nie może sobie na to pozwolić. Zdołają tego dokonać, bo będą działać z zaskoczenia.

– Mówisz samymi zagadkami.

– Boję się. Znam ich.

– Ale dysponujesz materiałami mogącymi ich powstrzymać – rzekł Converse. – Wobec tego mają na pewno słabe punkty.

Halliday skinął głową.

– Tak nam się zdaje. Zdobyliśmy kilka poszlak, ale potrzeba jeszcze dużo nowych informacji, by zrekonstruować pełny obraz ich działalności. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że prowadzą operacje handlowe zabronione przez swoje rządy.

Joel milczał przez chwilę, przyglądając się bacznie Kalifornijczykowi.

– Rządy? – spytał. – W liczbie mnogiej?

– Owszem. – Halliday zniżył głos. – Są różnych narodowości.

– Ale tworzą jedną spółkę? – spytał Converse. – Jedną firmę?

– W pewnym sensie tak.

– Tylko w pewnym sensie?

– To nie takie proste.

– Wobec tego ja powiem ci coś prostego – przerwał Joel. – Macie poszlaki, więc polujcie na swój gang przestępców. Ja jestem w tej chwili zajęty pracą w firmie.

– Nie, nie jesteś zajęty – odezwał się Halliday po chwili milczenia.

Znów zapadła cisza. Obydwaj mężczyźni mierzyli się wzrokiem.

– Co powiedziałeś? – spytał Converse, patrząc lodowato na Hallidaya.

– Twoja firma wyraziła zgodę. Możesz wziąć urlop.

– Ty zarozumiały skurwysynu! Kto ci pozwolił się do nich zwracać?

– Generał George Marcus Delavane – odparł Halliday ledwo słyszalnym szeptem.

Joel miał wrażenie, że z rozjarzonego słońcem nieba strzelił nagle piorun, paląc mu oczy i zmieniając lód w ogień. Później w jego głowie rozległy się grzmoty.

• • •

Piloci siedzieli wokół długiego prostokątnego stołu w mesie, popijając kawę i gapiąc się na brązowy płyn lub szare ściany. Nikt nie miał ochoty przerywać milczenia. Przed godziną bombardowali napalmem Pak Song, powstrzymując nacierające bataliony Wietkongu, by dać czas na przegrupowanie się oddziałom południowowietnamskim i amerykańskim, które miały niebawem stawić czoło brutalnemu atakowi. Piloci wykonali zadanie i wrócili, z wyjątkiem jednego, na pokład lotniskowca. Stracili dowódcę. Porucznika Gordona Ramseya zestrzeliła zabłąkana rakieta, która zmieniła trajektorię nad wybrzeżem i trafiła w kadłub samolotu.

Wybuch zdetonował zbiorniki paliwa: śmierć przy szybkości tysiąca kilometrów na godzinę trwała mgnienie oka. Eskadrę ścigał groźny front burzowy: w ciągu następnych kilku dni loty nie wchodziły w rachubę. Będzie dość czasu na myślenie, co nie stanowiło przyjemnej perspektywy.

– Poruczniku Converse! – odezwał się marynarz stojący koło otwartych drzwi mesy.

– Tak?

– Kapitan prosi pana łaskawie na mostek.

Co za wersal, pomyślał Joel, wstając z krzesła, zauważywszy wcześniej ponure miny pilotów wokół stołu. Zaproszenie było oczekiwane, choć nieprzyjemne. Chętnie zrezygnowałby z awansu. Nie był starszy wiekiem ani rangą od kolegów, spędził po prostu więcej godzin w powietrzu, co dawało mu doświadczenie niezbędne do dowodzenia eskadrą.

Wspinając się wąskimi schodami na mostek, spostrzegł na tle nieba sylwetkę ogromnego wojskowego helikoptera typu Cobra, który zbliżał się do lotniskowca. Za pięć minut zawiśnie nad statkiem, a później usiądzie na pokładzie. Marynarzom składał wizytę ktoś z lądu.

– To wielka strata, Converse – rzekł dowódca, kręcąc z żalem głową nad stołem nawigacyjnym. – Niedobrze mi się robi na myśl o pisaniu listu do domu. Bóg wie, że zawsze dużo mnie one kosztują, ale ten będzie gorszy od innych.

– Wszyscy czujemy to samo, panie kapitanie.

– Nie wątpię. – Dowódca skinął głową. – Nie wątpię także, że wie pan, dlaczego pana wezwałem.

– Niespecjalnie, panie kapitanie.

– Ramsey uważał pana za najlepszego i dlatego obejmie pan komendę nad jedną z eskadr szturmowych na Morzu Południowochińskim. – Rozległ się dzwonek telefonu. Kapitan umilkł i podniósł słuchawkę. – Tak?

Dalszy bieg wypadków zaskoczył Joela. Dowódca zmarszczył brwi, rysy jego twarzy stężały, a w oczach pojawił się niepokój i gniew.

– Co takiego?! – krzyknął, podnosząc głowę. – Czy nikt nas nie uprzedzał? Nie nadeszła wiadomość przez radio?! – Zapadła cisza, po czym kapitan cisnął słuchawkę na widełki i zawołał: – Jezu Chryste! – Popatrzył na Converse’a. – Wygląda na to, że spotka nas wątpliwy zaszczyt goszczenia naczelnego dowódcy. Pojawił się jak widmo, nie wiadomo skąd!

– Wrócę pod pokład, panie kapitanie – rzekł Joel, salutując.

– Jeszcze nie, poruczniku – odparł kapitan spokojnym, lecz zdecydowanym tonem. – Przejmuje pan dowództwo eskadry, a ponieważ ma to związek z gotowością bojową lotniskowca, powinniśmy dopełnić formalności. Przynajmniej damy Zwariowanemu Marcusowi do zrozumienia, że burzy normalny tok służby na okręcie.

Następne pół minuty zajął rytuał mianowania na wyższe stanowisko służbowe: dowódca nakładał na podwładnego nowe obowiązki. Raptem rozległo się głośne pukanie do drzwi i do kabiny wszedł generał armii George Marcus Delavane. Jego barczysta postać tryskała siłą i pewnością siebie.

– Witam pana, kapitanie – rzekł z kurtuazją, salutując jako pierwszy pomimo wyższej rangi. Jego nieco piskliwy głos brzmiał uprzejmie, lecz w świdrujących oczach natychmiast zabłysła wrogość.

– Miło mi pana widzieć, generale – odrzekł dowódca statku, salutując wraz z Converse’em. – Czy przybywa pan na niezapowiedzianą inspekcję?

– Przybywam jako głównodowodzący na pilną naradę z panem, swoim podwładnym.

– Rozumiem – odparł kapitan z udawanym spokojem, przez który przebijał gniew. – W tej chwili wydaję pilne rozkazy jednemu ze swoich oficerów.

– Ale moje rozkazy pan odwołał! – przerwał gwałtownie Delavane.

– Przeżyliśmy smutny i męczący dzień, panie generale – rzekł dowódca. – Zaledwie godzinę temu straciliśmy jednego z naszych najlepszych pilotów.

– Dał drapaka? – znów przerwał Delavane, nosowym głosem podkreślając jeszcze niesmaczny charakter uwagi. – Podwinął swój pieprzony ogon, aż mu go odstrzelili?!

– Nie pozwolę tak o nim mówić! – krzyknął Converse, nie mogąc nad sobą zapanować. – Przejmuję po nim dowództwo i nie pozwolę tak o nim mówić, generale!

– Pan?! A kim pan, u licha, jest?!

– Spokojnie, poruczniku. Możecie odejść.

– Bardzo proszę o pozwolenie udzielenia generałowi odpowiedzi! – wypalił wściekły Joel.

– CO TAKIEGO?! Ty szczeniaku!…

– Nazywam się…

– Milczeć! Nie interesuje mnie twoje nazwisko! – Delavane obrócił gwałtownie głowę w kierunku kapitana. – Chcę wiedzieć, dlaczego nie wykonuje pan moich rozkazów, rozkazów naczelnego dowódcy! Zarządziłem bombardowanie na godzinę piętnastą zero zero! Odmówił pan wykonania rozkazu!

– Nadciągnął front burzowy. Powinien pan o tym wiedzieć równie dobrze jak ja.

– Moi meteorologowie twierdzą, że pogoda nadaje się do latania!

– Podejrzewam, że twierdziliby to samo podczas monsunu w Birmie, gdyby zasięgnął pan ich opinii.

– To ciężkie naruszenie dyscypliny!

– To mój statek. Regulamin mówi wyraźnie, kto tu dowodzi.

– Czy mam się połączyć z pańskimi radiowcami?! Zatelefonuję do Białego Domu i przekonamy się, jak długo będzie to pański statek!

– Z pewnością nie zechce pan nadawać otwartym tekstem. Lepiej posłużyć się maszyną szyfrującą. Zaprowadzę pana generała do kabiny łączności.

– Niech to licho! W sektorze piątym atakuje cztery tysiące moich żołnierzy i tylko dwadzieścia procent z nich wąchało dotąd proch! Potrzebujemy połączonego wsparcia lotniczego na niskiej wysokości, z ziemi i morza. Wykona pan rozkaz albo w ciągu godziny weźmie pan dupę w troki i opuści ten okręt! Mogę to zrobić, kapitanie! Przybyliśmy do Wietnamu, żeby zwyciężać, zwyciężać i jeszcze raz zwyciężać! Nie potrzebujemy tu słodkich mięczaków, którzy się asekurują na wszystkie strony! Wojna to ryzyko, nie wie pan?! Kto nie ryzykuje, nie wygrywa, kapitanie!

– Jestem pragmatykiem, panie generale. Zdrowy rozsądek każe ograniczyć straty do minimum. Jeśli to zrobimy, wygramy następną bitwę.

– Zamierzam wygrać właśnie tę, z tobą lub bez ciebie, ty wilku morski od siedmiu boleści!

– Z całym szacunkiem, radzę panu generałowi wyrażać się mniej ordynarnie.

– CO TAKIEGO?! – Twarz Delavane’a wykrzywiła się złością. Miał oczy wściekłego zwierzęcia. – Radzisz mi?! Radzisz swojemu przełożonemu?! A rób sobie, co chcesz, ty stara babo! Zaczął się atak na dolinę Tho!

– Tho? – przerwał Converse. – To pierwszy etap drogi do Pak Song. Bombardowaliśmy ją cztery razy. Znam te tereny.

– Znasz je?! – wrzasnął Delavane.

– Tak, ale wykonuję rozkazy kapitana tego statku, panie generale.

– Wykonujesz rozkazy prezydenta Stanów Zjednoczonych, bezczelny gówniarzu! To twój dowódca! A ja zdobędę te rozkazy!

Maniacko wykrzywiona twarz Delavane’a znalazła się tuż przy twarzy Joela, który trząsł się z gniewu, przejęty odrazą i nienawiścią.

– Ja także radzę panu generałowi zwracać uwagę na język – odezwał się, prawie nie zdając sobie sprawy z własnych słów.

– Dlaczego, gówniarzu?! Czyżbyście mieli tu podsłuch?

– Spokojnie, poruczniku! Możecie odejść, powiedziałem!

– Każesz mi uważać na język, ważniaku z jedną gwiazdką?! Nie, syneczku, lepiej sam uważaj na to, co mówię, i dobrze się zastanów! Jeśli twoja eskadra nie znajdzie się w powietrzu o piętnastej zero zero, załoga tego lotniskowca będzie mieć opinię największych tchórzy w Azji Południowo-Wschodniej! Zrozumiałeś, mięczaku?!

Joel znów się odezwał, dziwiąc się w duchu własnej odwadze.

– Nie znam pana, generale, ale mam szczerą nadzieję, że spotkamy się kiedyś w innych okolicznościach. Uważam pana za świnię.

– Znieważasz przełożonego?! Zniszczę cię!

– Możecie odejść, poruczniku!

– Nie, kapitanie! – wrzasnął generał. – Mimo wszystko to on powinien dowodzić atakiem! No, wybierajcie, marynarzyki: bombardowanie, prezydent czy opinia tchórzy?

O piętnastej dwadzieścia Converse wystartował wraz z eskadrą z pokładu lotniskowca. O piętnastej trzydzieści bombowce weszły na niskiej wysokości w chmury burzowe. Nad wybrzeżem eskadra poniosła pierwsze straty: zestrzelono dwa skrajne samoloty, których piloci zginęli w ogniu przy szybkości tysiąca kilometrów na godzinę. O piętnastej czterdzieści sześć eksplodował prawy silnik samolotu Joela; na tak niskim pułapie bezpośrednie trafienie nie przedstawiało żadnych trudności. Pół minuty później, nie będąc w stanie opanować maszyny, Converse katapultował się w chmury, a jego spadochronem zaczęły targać wiry powietrzne. Kiedy spadał, kołysząc się gwałtownie na szelkach wpijających się w ciało przy każdym podmuchu wiatru, przed oczyma stanęła mu wykrzywiona twarz generała George’a Marcusa Delavane’a. To dzięki temu szaleńcowi miał spędzić nieokreślony czas w piekle. Jak się później dowiedział, na ziemi straty były nieskończenie większe.

• • •

Delavane! Rzeźnik spod Danang i Pleiku. Sprawca bezsensownej śmierci tysięcy żołnierzy, ciskający w dżungle i między wzgórza batalion po batalionie bez dostatecznego wyszkolenia i siły ogniowej. Do obozów jenieckich prowadzono kolumny rannych, przerażonych, oszołomionych „dzieci”, które, usiłując powstrzymać łzy, łkały spazmatycznie, zrozumiawszy prawdę. Żołnierze opowiadali w kółko tę samą historię. Przyprawiała o mdłości. Niedoświadczone, niewypróbowane oddziały posyłano do walki kilka dni po zejściu na ląd, w nadziei, że niewidzialnego wroga pokona sama przewaga liczebna. Kiedy przewaga liczebna nie skutkowała, rzucano w ogień nowe jednostki. Sztab pozostawał przez trzy lata pod wpływem maniaka. Delavane! Władca Sajgonu, który fałszował listy poległych, zaprzeczał doniesieniom o krwawych masakrach, łgał i opiewał bezsensowną śmierć! Człowiek, który okazał się zbyt groźny nawet dla jastrzębi z Pentagonu; jastrząb, który prześcignął swoich pobratymców. W końcu zbuntowali się przeciwko niemu, wezwali go do kraju, przenieśli w stan spoczynku i pozwolili pisać pamiętniki, które czytali fanatycy opętani przez furie.

„Nie wolno pozwolić, żeby pojawili się znowu tacy ludzie, rozumiecie?! To on był naszym śmiertelnym wrogiem!”. Rozwścieczony Converse wykrzyknął owe słowa przed komisją wojskową. Jej członkowie spojrzeli po sobie, nie patrząc na Joela i unikając bezpośredniej odpowiedzi. Podziękowali mu zdawkowo, oświadczyli, że ojczyzna ma wobec niego i tysięcy jego kolegów ogromny dług wdzięczności, a co do ostatnich uwag, powinien zrozumieć, że sprawa jest niesłychanie skomplikowana, gdyż złożony proces dowodzenia wygląda często na coś innego niż w rzeczywistości. Tak czy owak, prezydent apelował do narodu o spokojne leczenie ran zadanych przez wojnę; czy ma sens rozpalanie na nowo starych sporów? Później w ich słowach zabrzmiała groźba.

– Sam wziął pan na swoje barki straszliwą odpowiedzialność związaną z dowództwem, poruczniku – odezwał się bladolicy prawnik wojskowy, prawie nie patrząc na Joela i studiując zawartość teczki z aktami. – Zanim zdołał pan w końcu uciec samotnie z obozu, poprowadził pan dwie wcześniejsze ucieczki, w których uczestniczyło w sumie siedemnastu jeńców. Szczęśliwie zdołał pan przeżyć, czego nie można powiedzieć o pana ośmiu kolegach. Z pewnością jako dowódca i strateg nie spodziewał się pan blisko pięćdziesięcioprocentowych strat w ludziach. Dowodzenie to straszna rzecz, poruczniku. To znana prawda, lecz może nie powtarzana dość często.

Wolny przekład: Nie przyłączaj się do pacyfistów, żołnierzu. Przeżyłeś, ale zginęło ośmiu ludzi. Czyżby w grę wchodziły okoliczności, o których nic nam nie wiadomo? A może wybrałeś taktykę chroniącą jednych bardziej od innych, jednego bardziej od innych? Jak to się stało, że zdołałeś uciec samotnie, niezauważony przez strażników, którzy nocą strzelali bez ostrzeżenia do wszystkich jeńców poruszających się bez eskorty? Samo postawienie tego pytania napiętnuje cię na całe życie. Daj spokój, żołnierzu. Mamy na ciebie haczyk. Wystarczy zadać pytanie, o którym wszyscy wiemy, że nie powinno być zadane, ale zrobimy to, bo znaleźliśmy się pod ostrzałem. Musimy się bronić. Ciesz się, że przeżyłeś. A teraz wyjdź.

W owej chwili niewiele brakowało, żeby Converse świadomie zaprzepaścił całe swoje życie. Nigdy by nie przypuszczał, że może mu przyjść do głowy taka myśl. Jednakże przyjrzał się uważnie twarzom wojskowych za stołem, dostrzegając kątem oka rzędy baretek i odznak bitewnych. Później zdarzyła się dziwna rzecz: ogarnął go niesmak, odraza i… współczucie. Ludzie ci mieli w oczach lęk. Poświęcili swoje życie wojnom prowadzonym przez własny kraj i padli ofiarą manipulacji, podobnie jak on sam. Skoro obrona tego, co szlachetne, wymaga obrony tego, co łajdackie, czyż można odmówić im racji? Kto jest świętym? Kto grzesznikiem? Czy mogą istnieć święci i grzesznicy, skoro wszyscy są ofiarami?

W końcu zwyciężył niesmak. Joel Converse, porucznik rezerwy Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych, nie zdobył się na to, by po raz ostatni zasalutować swoim przełożonym. Odwrócił się w milczeniu bez cienia wojskowej sprężystości i wyszedł z sali, jakby splunął ostentacyjnie na podłogę.

• • •

Na bulwarze znów coś błysnęło – oślepiające odbicie słońca na Quai du Mont Blanc. Był w Genewie, nie w północnowietnamskim obozie jenieckim pełnym dzieciuchów, którzy wymiotowali, opowiadając o swoich przeżyciach, ani w San Diego, z dala od marynarki wojennej. Był w Genewie… a człowiek siedzący po przeciwnej stronie stolika znał wszystkie jego myśli i uczucia.

– Dlaczego wybraliście właśnie mnie? – spytał Joel.

– Dlaczego? – odezwał się Halliday. – Odpowiedź jest prosta. Masz właściwą motywację. To znana historia. Kapitan lotniskowca odmówił wysłania eskadry bombowców, by przeprowadziła nalot, którego żądał Delavane. Rozpętała się burza; kapitan twierdził, że to samobójstwo. Jednakże uległ presji Delavane’a, który zagroził, że zatelefonuje do Białego Domu i odbierze mu okręt. Dowodziłeś tym atakiem. To wszystko.

– Żyję – odpowiedział lakonicznie Converse. – Tysiąc dwustu chłopców nie dożyło następnego ranka, a prawie drugie tyle gorzko tego pożałowało.

– Byłeś w kabinie dowódcy, gdy Zwariowany Marcus groził kapitanowi i wydał rozkaz ataku.

– To prawda – potwierdził Joel bezbarwnym tonem. Później pokręcił ze zdziwieniem głową. – Wiedziałeś z góry wszystko, co ci mówiłem, zgadza się?

– Czytałem o tym – uściślił adwokat z Kalifornii. – Podobnie jak ty… a uważam cię za jednego z najlepszych prawników poniżej pięćdziesiątki… niezbyt ufam słowu pisanemu. Muszę usłyszeć głos człowieka, zobaczyć jego twarz.

– Nie udzieliłem odpowiedzi na twoją ofertę.

– Nie musiałeś.

– Najpierw odpowiedz mi na kilka pytań. A więc… nie przyjechałeś tutaj, by zajmować się fuzją koncernu Comm Tech z grupą Bern?

– Nie, to częściowo prawda – odparł Halliday. – Tyle że nie Szwajcarzy zwrócili się do mnie, ale ja do nich. Obserwowałem cię, czekając na właściwy moment. Powinien być zupełnie naturalny, a także logiczny pod względem geograficznym.

– Dlaczego? Co masz na myśli?

– Ponieważ jestem śledzony. Rosen dostał zawału. Dowiedziałem się o tym, skontaktowałem się z grupą Bern i uzasadniłem przekonująco, że powinienem poprowadzić negocjacje.

– Wystarczyłaby twoja opinia.

– Okazała się pomocna, lecz potrzebowałem jeszcze lepszego alibi. Powiedziałem, zresztą zgodnie z prawdą, że znamy się od niepamiętnych czasów, że jesteś niesłychanie twardy w ostatniej fazie rokowań i że znam twoje metody. Zażądałem także horrendalnego honorarium.

– Szwajcarzy musieli połknąć haczyk.

– Cieszę się, że to aprobujesz.

– Skądże znowu! – sprzeciwił się Joel. – Niczego nie aprobuję, a zwłaszcza twoich metod. W dalszym ciągu nic nie wiem, uraczyłeś mnie tylko kilkoma tajemniczymi uwagami o bliżej nieokreślonej grupie ludzi, którzy są jakoby niebezpieczni, a następnie wypowiedziałeś nazwisko człowieka budzącego we mnie emocjonalne skojarzenia. Może mimo wszystko jesteś szurnięty i uprawiasz niegroźną zabawę w hipisa?

– Słowo „szurnięty” wyraża pańskie osobiste uprzedzenia, mecenasie, i jako takie powinno zostać wykreślone z protokołu.

– A jednak sędziowie przysięgli je zapamiętali – odpowiedział Converse z tłumionym gniewem. – Właśnie to ci zarzucam.

– Nie przeceniaj mojego bezpieczeństwa – odparował Halliday z równą otwartością. – Nie jestem bezpieczny. Mam pewną skłonność do tchórzostwa, a ponadto czeka na mnie w San Francisco żona i pięcioro dzieci, które bardzo kocham.

– Więc zwróciłeś się do mnie, bo nie mam żadnych zobowiązań osobistych, tak?

– Zwróciłem się do ciebie, bo nie rzucasz się w oczy, nie jesteś wplątany w całą tę aferę, jesteś świetnym prawnikiem i możesz odnieść sukces! Ja nie mam prawa zajmować się tą sprawą, a należy ją przeprowadzić zgodnie z prawem!

– Dlaczego nie powiesz otwarcie, o co chodzi? – spytał ostro Converse. – Jeśli dalej będziesz kręcił, idę sobie i zobaczymy się dopiero na konferencji.

– Delavane to mój były klient – odpowiedział szybko Halliday. – Bóg mi świadkiem, że nie wiedziałem, co robię, i prawie nikt tego nie aprobował, ale posłużyłem się klasycznym argumentem, że ludzie niecieszący się popularnością także potrzebują pomocy prawnej.

– Trudno temu zaprzeczyć.

– Nie wiesz, o co chodzi. Ja tak. Odkryłem to.

– Co takiego?

Halliday pochylił się do przodu.

– Generałowie szykują się do powrotu – rzekł ledwo słyszalnym szeptem.

Joel przyjrzał się bacznie Kalifornijczykowi.

– Wracają? Skąd? Nie wiedziałem, że gdzieś wyjeżdżali.

– Z przeszłości – odparł Halliday. – Z dawnych lat.

Rozbawiony Converse odchylił się do tyłu.

– Dobry Boże, myślałem, że tacy jak ty już wymarli! Czyżbyś miał na myśli „militarystycznie nastawione kręgi Pentagonu”, Press? Wołają na ciebie Press, prawda? Zdrobnienie rodem z San Francisco, a może z Haight-Ashbury albo Beverly Hills? Spóźniłeś się trochę: twoi koledzy już szturmowali Bastylię.

– Proszę, nie żartuj. Ja nie żartuję.

– Oczywiście, że nie. Po prostu piszesz powieść pod tytułem Siedem dni w maju albo Pięć dni w sierpniu. Mamy akurat sierpień, więc powiedzmy Sierpniowe salwy w maju. Dobrze brzmi, prawda?

– Przestań! – wyszeptał Halliday. – Nie ma w tym nic śmiesznego, a gdyby było, sam bym to zauważył.

– Czy to złośliwy komentarz pod moim adresem? – spytał Joel.

– Masz cholerną rację, bo nie przeszedłem przez to co ty! Nie walczyłem na wojnie, nie byłem manipulowany i mogę się śmiać z fanatyków, bo nigdy mnie nie zranili. Uważam to za najlepszą broń przeciwko nim. Ale nie teraz. W tej chwili nie ma tu nic do śmiechu!

– Pozwól mi jednak zachichotać – odezwał się Converse poważnie.

– Nawet w swoich najbardziej paranoidalnych momentach nie wierzyłem w spiskową teoryjkę, że Waszyngtonem rządzą wojskowi. To niemożliwe.

– Może rzuca się to w oczy mniej niż w innych krajach, ale zapewniam cię, że to prawda.

– Co masz na myśli?

– Niewątpliwie widać to wyraźniej w Izraelu, z pewnością w Johannesburgu, może także we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Pozory traktuje się tam mniej poważnie. Ale masz chyba trochę racji. Waszyngton będzie się stroił w demokratyczne szaty, póki się nie zedrą i nie opadną, odsłaniając wojskowy mundur.

Joel wpatrywał się w twarz mężczyzny po przeciwnej stronie stołu i usłyszał swój cichy, napięty głos:

– Nie żartujesz, prawda? Jesteś zbyt inteligentny, by mnie nabierać.

– Albo tobą manipulować – dokończył Halliday. – Nie po swoim pacyfistycznym epizodzie, gdy widziałem cię występującego w piżamie w telewizji. Nie jestem do tego zdolny.

– Chyba ci wierzę… Wymieniłeś nazwy kilku krajów. Niektóre z nich nie kojarzą się z militaryzmem, inne trochę, a kilka budzi złe wspomnienia. Czy to dobór celowy?

– Tak. – Kalifornijczyk skinął głową. – Nie ma zresztą żadnej różnicy, ponieważ ludzie, o których mówię, uważają, że je w końcu zjednoczą. I zaczną rządzić nimi na swój sposób.

– Generałowie?

– A także admirałowie, brygadierzy, feldmarszałkowie… Weterani, którzy odnaleźli wreszcie sens życia. To najbardziej prawicowa grupa od czasów Reichstagu.

– Dajże spokój, Avery! Kilku starych, zmęczonych żołnierzy…

– Którzy werbują i indoktrynują młodych, zdolnych dowódców – przerwał Halliday.

– Raczej leczą reumatyzm i lumbago – dokończył Joel. – Masz na to dowody? – spytał powoli.

– Niewystarczające… ale może by wystarczyły, gdyby trochę poszperać…

– Do diabła, przestań wreszcie krążyć dokoła tematu!

– Wśród ludzi, których mogli zwerbować, jest około dwudziestu pracowników Departamentu Stanu i Pentagonu – rzekł Halliday. – Decydują o przyznawaniu koncesji eksportowych i wydają setki milionów dolarów, co naturalnie poszerza ich krąg przyjaciół.

– I wpływy – dodał Converse. – A Londyn, Paryż, Bonn, Johannesburg i Tel Awiw?

– Inne nazwiska.

– Jesteś ich pewien?

– Widziałem je na własne oczy. Zdarzyło się to przez przypadek. Nie wiem, ilu złożyło przysięgę, ale istnieją i ich dystynkcje pasują do całości.

– Reichstag?

– Potrzebują tylko Hitlera.

– A Delavane? Na czym polega jego rola?

– Może mianować przywódcę. Wyznaczyć Führera.

– To śmiechu warte. Kto wziąłby go poważnie?

– Brano go już na serio. Widziałeś rezultaty na własne oczy.

– To było kiedyś, a nie teraz. Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Kto?

– Ludzie przekonani, że ma rację. Nie łudź się, są ich tysiące. Co najdziwniejsze, jest także kilkudziesięciu milionerów, których stać na finansowanie rojeń Delavane’a i jego zwolenników. Nie uważają ich oczywiście za rojenia, lecz za jedynie słuszną drogę rozwoju współczesnego świata po całkowitej klęsce innych ideologii.

Joel zaczął mówić, lecz umilkł, gdyż przyszła mu do głowy pewna myśl.

– Dlaczego nie zwróciłeś się do kogoś, kto mógłby ich powstrzymać? Powstrzymać Delavane’a.

– Do kogo?

– Nie muszę ci tego mówić. Do kogoś ze sfer rządowych, pochodzącego z wyboru albo z nominacji, lub do któregoś z ministerstw. Na przykład do Departamentu Sprawiedliwości.

– Stałbym się pośmiewiskiem Waszyngtonu – odparł Halliday. – Jak już wspomniałem, nie mamy żadnych dowodów, a poza tym nie zapominaj, że uchodziłem kiedyś za hipisa. Okrzyknięto by mnie nim znowu i kazano pakować manatki.

– Byłeś pełnomocnikiem Delavane’a.

– To tylko komplikuje sprawę od strony prawnej, nie muszę ci tego mówić.

– Tak, masz problem związany z etyką zawodową – dokończył Converse. – Jesteś w bardzo dwuznacznej sytuacji, bo nie wolno ci wysunąć oskarżenia wobec własnego klienta. Chyba że masz niezbite dowody, iż zamierza popełnić nowe przestępstwo, i dopuścisz się współudziału, jeśli zachowasz milczenie.

– Nie mam takich dowodów – przerwał Kalifornijczyk.

– W takim razie nikt nie będzie cię słuchać – rzekł Joel. – Zwłaszcza ambitni prawnicy z Departamentu Sprawiedliwości, którzy nie chcą zamykać sobie możliwości kariery po odejściu ze służby państwowej. Jak sam powiedziałeś, ludzie pokroju Delavane’a także mają swoich zwolenników.

– Właśnie tak – zgodził się Halliday. – Kiedy zacząłem zadawać pytania i próbowałem zobaczyć się z Delavane’em, nie chciał się ze mną widzieć. Zamiast tego otrzymałem list, w którym cofnął mi pełnomocnictwo. Pisał, że nigdy by mnie nie zaangażował, gdyby wiedział, kim byłem. „Palić trawkę i wykrzykiwać haniebne hasła, gdy tymczasem dzielni młodzi ludzie wypełniają swój patriotyczny obowiązek…!”.

Converse gwizdnął cicho.

– I mówisz, że nie byłeś manipulowany? Pracujesz dla firmy, którą Delavane posługuje się w majestacie prawa, a gdy coś zaczyna śmierdzieć, jesteś ostatnią osobą mogącą ostrzec innych. Delavane stroi się w mundur weterana i nazywa cię zwariowanym hipisem.

Halliday skinął głową.

– Napisał znacznie więcej. Nic groźnego, gdybym przestał się tym zajmować, ale niesłychanie brutalnego.

– Nie mam co do tego wątpliwości. – Converse wyjął paczkę papierosów i wyciągnął ją w stronę Hallidaya, który pokręcił głową.

– W jakim charakterze go reprezentowałeś?

– Założył spółkę, niewielką firmę konsultingową zarejestrowaną wPalo Alto i specjalizującą się w transakcjach importowo-eksportowych. Co wolno, czego nie wolno, jakie są kontyngenty, jak dotrzeć legalnie do wpływowych urzędników w Waszyngtonie… Było to w istocie przedsiębiorstwo zajmujące się doradztwem handlowym i opierające się na nazwisku Delavane’a, jeśli ktoś je jeszcze pamiętał. Uznałem to wówczas za coś żałosnego.

– Wspomniałeś, że to firma niezarejestrowana – zauważył Converse, zapalając papierosa.

– To nie ta. Tutaj tracilibyśmy tylko czas.

– Ale zdobyłeś w niej pierwsze informacje, prawda? Te poszlaki?

– Był to przypadek, który więcej się nie powtórzy. To zupełnie normalna spółka, nieskazitelna pod względem prawnym.

– Lecz jest tylko parawanem – ciągnął Joel. – Jeśli to, co mówisz, zawiera choć cząstkę prawdy, nie może być niczym innym.

– Owszem. Ale nie ma niczego na piśmie. To pretekst do ciągłych podróży, pozwalający Delavane’owi i otaczającym go ludziom przenosić się z miejsca na miejsce pod pozorem prowadzenia uczciwych interesów. Znalazłszy się w danym rejonie, zajmują się swoimi sprawami.

– Werbowaniem generałów i feldmarszałków? – spytał Converse.

– Uważamy to za szczególny rodzaj działalności misyjnej. Prowadzonej w ścisłej tajemnicy i w bardzo aktywny sposób.

– Jak się nazywa firma Delavane’a?

– Palo Alto International.

Joel rozgniótł papierosa w popielniczce.

– Kogo masz na myśli, mówiąc „my”, Avery? Kto chce mi zapłacić taką bajońską sumę, skoro jest najwyraźniej na tyle bogaty, żeby dotrzeć do każdego polityka w Waszyngtonie?

– Przyjmujesz moją ofertę?

– Nie chcę pracować dla kogoś, kogo nie znam ani nie aprobuję. Nie, nie przyjmuję twojej oferty.

– Czy aprobujesz cele, które naszkicowałem?

– Naturalnie, o ile mówisz prawdę. Zresztą nie podejrzewam cię o kłamstwo. Zdajesz sobie świetnie sprawę, że je aprobuję. Ale mi nie odpowiedziałeś.

– Przypuśćmy – ciągnął pośpiesznie Halliday – że otrzymałbyś ode mnie list uprawniający do podjęcia kwoty pięciuset tysięcy dolarów z anonimowego konta bankowego na wyspie Mykonos. List zawierałby wyjaśnienie, że pieniądze stanowią własność mojego klienta, cieszącego się nieposzlakowaną opinią. Jego…

– Jedną chwilę, Press! – przerwał szorstko Converse.

– Nie przerywaj mi, proszę! – Halliday wbił w Joela uporczywe spojrzenie. – W tym momencie nie ma innego sposobu. Gwarantuję wszystko swoim nazwiskiem i całą swoją karierą. Znana mi osoba, wybitny obywatel, który chce zachować anonimowość, wynajmuje cię do wykonania poufnego zlecenia. Ręczę za niego i daję słowo honoru, że jego cele są zgodne z prawem i że twój sukces przyniesie społeczeństwu ogromne korzyści. Jesteś kryty, dostajesz pół miliona dolarów i, co najważniejsze, masz szansę powstrzymania grupy maniaków przed wcieleniem w życie potwornego planu. W najlepszym razie doprowadzą do fali krwawych konfliktów, które przysporzą straszliwych cierpień jednostkom i narodom. W najgorszym zaś mogą zmienić bieg historii do tego stopnia, że historia przestanie istnieć.

Converse siedział sztywno wyprostowany na krześle, nie spuszczając oczu z Kalifornijczyka.

– Bardzo piękna mowa. Długo ją ćwiczyłeś?

– Nie, ty draniu! Nie potrzebowałem niczego ćwiczyć. Tak samo jak ty nie musiałeś ćwiczyć swojego wybuchu w San Diego przed dwunastu laty: „Nie wolno pozwolić, żeby pojawili się znowu tacy ludzie, rozumiecie?! To on był naszym śmiertelnym wrogiem!”. To twoje własne słowa, prawda?

– O, widzę, że odrobił pan pracę domową, mecenasie – powiedział Joel, tłumiąc gniew. – Dlaczego twój klient chce zachować anonimowość? Dlaczego nie przeznaczy pieniędzy funduszu jakiejś partii i nie zwróci się do CIA, Rady Bezpieczeństwa Narodowego albo Białego Domu? Mógłby to zrobić bez żadnych trudności. Pół miliona dolarów to nawet dzisiaj nie byle co.

– Dlatego że nie chce się w to oficjalnie wplątywać. – Halliday odetchnął i zmarszczył brwi. – Wiem, brzmi to dziwacznie, ale to prawda. To wybitna postać i zwróciłem się do niej, bo sprawa mnie zaniepokoiła. Szczerze mówiąc, myślałem, że podniesie słuchawkę i zrobi to, co sugerowałeś. Mógłby zadzwonić do Białego Domu, wolał jednak załatwić to na swój sposób.

– Wolał mnie?

– Przykro mi, nawet o tobie nie słyszał. Powiedział coś dziwnego. Kazał mi znaleźć kogoś, kto zniszczy tych łotrów, nie wciągając w sprawę rządu, gdyż byłby to dla nich zbyt wielki zaszczyt. Z początku nie rozumiałem, o co chodzi, ale wreszcie się domyśliłem. Pasuje to do mojej teorii, że Delavane’ów tego świata najskuteczniej unieszkodliwia śmieszność.

– I eliminuje także przykrą wizję męczeństwa – dodał Converse. – Jakie są motywy twojego… wybitnego obywatela? Dlaczego chce na to wydać tyle pieniędzy?

– Gdybym ci powiedział, domyśliłbyś się jego tożsamości – odparł Kalifornijczyk. – Nie mogę tego zrobić. Zaaprobowałbyś go jako swojego mocodawcę, wierz mi na słowo.

– Kolejne pytanie – ciągnął Joel z ostrą nutą w głosie. – Co, u licha, powiedziałeś Talbotowi i Brooksowi, że zgodzili się dać mi urlop?

– Nie mieli wyboru – odparł Halliday. – Skorzystałem z pomocy pewnej osoby. Czy znasz sędziego Lucasa Anstetta?

– To sędzia Wyższego Trybunału Apelacyjnego. – Converse skinął głową. – Dawno temu powinien wejść do Sądu Najwyższego.

– Taka panuje opinia. Jest także przyjacielem mojego klienta i spotkał się z Lawrence’em Talbotem i Nathanem Simonem; Brooks wyjechał. Nie ujawniając nazwiska mego mocodawcy, powiedział im, że zaistniała sytuacja, która może się przerodzić w ogólnokrajowy kryzys polityczny, jeśli nie poczyni się natychmiast pewnych kroków prawnych. W sprawę zaangażowanych jest kilka amerykańskich kancelarii adwokackich, ale rzecz dotyczy głównie Europy i wymaga współpracy doświadczonego specjalisty od prawa międzynarodowego. Poprosił o udzielenie ci urlopu, abyś poprowadził wszystko w całkowitej tajemnicy, gdyby przyjęto twoją kandydaturę i gdybyś wyraził zgodę. Oczywiście bardzo się za tobą wstawiał.

– I oczywiście przekonał Talbota i Simona – powiedział Joel. – Sędzia Anstett to ktoś, komu się nie odmawia. Jest zbyt wymowny, nie wspominając nawet o potędze jego trybunału.

– Myślę, że nie posłużył się tym argumentem.

– Ale miał go w zanadrzu.

Halliday sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął podłużną kopertę z nadrukiem swojej kancelarii.

– Oto list streszczający wszystko, co powiedziałem. Jest tam także instrukcja postępowania na wyspie Mykonos. Kiedy załatwisz formalności w banku… musisz określić sposób wypłaty pieniędzy lub podać konto, na które mają zostać przelane… otrzymasz nazwisko mieszkańca wyspy. To starszy pan na emeryturze. Zadzwoń do niego; poda ci czas i miejsce spotkania. Otrzymasz od niego wszelkie niezbędne informacje. Nazwiska, prawdopodobne powiązania, działalność sprzeczna z prawem kilku krajów. Chodzi o nielegalny eksport broni, sprzętu oraz tajemnic technologicznych. Przygotuj jakieś oskarżenia, w których pojawia się nazwisko Delavane’a, choćby tylko marginesowo. To wystarczy. Ośmieszymy go. Wówczas przestanie być groźny.

– To po prostu bezczelność! – powiedział gniewnie Converse. – Na nic się nie zgodziłem! Nikt nie podejmuje za mnie decyzji, ani ty, ani Talbot i Simon, ani twój cholerny klient! Co wy sobie właściwie wyobrażacie! Najpierw oceniacie mnie jak kawał mięsa, a potem rozporządzacie mną za moimi plecami! Kim wy, u licha, jesteście?!

– Zaniepokojonymi ludźmi, którzy uważają, że znaleźli właściwego człowieka do wykonania ważnego zadania – odparł Halliday, kładąc kopertę przed Joelem. – Tyle że zostało bardzo niewiele czasu. Przeżyłeś to, co chce nam zafundować Delavane, więc wiesz, o co chodzi. – Kalifornijczyk wstał nagle. – Zastanów się nad tym. Pomówimy później. Ale, ale, Szwajcarzy wiedzą, żeśmy się dziś spotkali. Gdyby pytano, o czym rozmawialiśmy, powiedz, że przyjąłem ostatnią propozycję podziału akcji serii A. Jest dla nas korzystny, choć wy sądzicie inaczej. Dzięki za kawę. Za godzinę spotkamy się na konferencji… Miło cię będzie znowu widzieć, Joel.

Kalifornijczyk ruszył szybko między stolikami, przeszedł przez mosiężną bramkę Le Chat Botte i zniknął na zalanej słońcem Quai du Mont Blanc.

• • •

Na krańcu długiego mahoniowego stołu konferencyjnego znajdował się wbudowany aparat telefoniczny. Jego przytłumiony sygnał pasował do eleganckiego pomieszczenia. Telefon odebrał szwajcarski arbiter, radca prawny reprezentujący kanton Genewy. Rozmawiał chwilę cichym głosem, skinął dwukrotnie głową i odłożył słuchawkę na widełki. Następnie spojrzał na zebranych mężczyzn: siedmiu adwokatów zajęło miejsca w fotelach i rozmawiało półgłosem, a ósmy, Joel Converse, stał przy ogromnym oknie z zasłonami po bokach, które wychodziło na Quai Gustave Ador. W dole widać było gigantyczną Jet d’Eau z wodą zwiewaną na lewo przez północny wiatr. Niebo pokryły czarne chmury. Znad Alp nadciągała letnia burza.

– Messieurs – odezwał się arbiter. Rozmowy ucichły i twarze obecnych zwróciły się w stronę Szwajcara. – Dzwonił monsieur Halliday. Zatrzymały go ważne obowiązki, lecz prosi panów o rozpoczęcie konferencji. Skontaktował się ze swoim współpracownikiem, monsieur Rogeteau i, jak rozumiem, spotkał się dziś rano z monsieur Converse’em, by omówić ostatnie szczegóły. Czy to prawda, monsieur Converse?

Głowy obecnych zwróciły się w przeciwnym kierunku, ku postaci koło okna. Nie było odpowiedzi. Converse spoglądał wciąż na jezioro.

– Monsieur Converse!

– Słucham?

Joel się odwrócił. Miał zmarszczone brwi i był myślami daleko od Genewy.

– Czy to prawda, monsieur?

– O co chodzi?

– Czy widział się pan dziś rano z monsieur Hallidayem?

Converse milczał przez chwilę.

– Owszem – odparł.

– I…?

– Przyjął ostatnią propozycję podziału akcji serii A.

Amerykanie powitali jego słowa cichym, lecz słyszalnym westchnieniem ulgi, Szwajcarzy zaś milczeli z kamiennymi twarzami. Joel spostrzegł reakcje zebranych. W innych okolicznościach doszedłby zapewne do wniosku, że rzecz wymaga dalszego rozważenia. Halliday uznał podział za korzystny dla Szwajcarów, a ponadto zgodę uzyskano zbyt łatwo; Joel chętnie przesunąłby sprawę na późniejszy termin, by poświęcić jej godzinę studiów. W dziwny sposób nie miało to żadnego znaczenia. Niech go licho! – pomyślał.

– W takim razie rozpocznijmy konferencję, jak sugerował monsieur Halliday – odezwał się arbiter, zerkając na zegarek.

Minęła pierwsza, druga, wreszcie trzecia godzina obrad. Prawnicy dyskutowali ściszonymi głosami, przekazywali sobie kartki papieru, uściślali poszczególne punkty umowy, parafowali kolejne artykuły. Halliday się nie pojawiał. Zapalono lampy, gdyż niebo za ogromnymi oknami zasnuły czarne chmury. Wspominano o nadciągającej burzy.

Wtem, niczym grom z jasnego nieba, zza grubych dębowych drzwi sali konferencyjnej dobiegły przeciągłe krzyki, które narastały, aż zebranych ogarnęła zgroza. Niektórzy dali nura pod ogromny stół, inni zerwali się na równe nogi i stali bez ruchu jak sparaliżowani, a kilku, między innymi Converse, rzuciło się w stronę drzwi. Arbiter chwycił klamkę i szarpnął ją z taką siłą, że drzwi uderzyły w ścianę. Obraz, który ujrzeli, pozostał na zawsze w ich pamięci. Joel rozepchnął ludzi stojących przed nim i wbiegł do sekretariatu.

Avery Fowler wypuścił z kredowobiałych palców prążkowaną marynarkę. Jego biała koszula była czerwona, a pierś pokryta setkami maciupeńkich krwawiących otworków. Runął na podłogę, czepiając się biurka sekretarki. Wywinięty kołnierzyk pękł, a na szyi ukazała się plama krwi. Joel znał aż nazbyt dobrze chrapliwy oddech; w obozie jenieckim trzymał w rękach głowy chłopców, którzy łkali z gniewu i przedśmiertnego lęku. Podtrzymał teraz głowę Avery’ego Fowlera, kładąc go na podłodze.

– Boże, co się stało?! – zawołał, obejmując konającego mężczyznę.

– Wrócili… – wychrypiał kolega szkolny sprzed lat. – Winda… Zamknęli mnie w windzie…! Mówili, że to w imieniu Akwitanii, Akwitanii, słyszysz…?! O Boże…! Meg, dzieci…!

Głowa Avery’ego Fowlera opadła ciężko na prawe ramię i z zakrwawionego gardła uszło ostatnie tchnienie.

Preston Halliday nie żył.

• • •

Converse stał na deszczu w przemoczonym ubraniu, wpatrując się w niewidoczne miejsce na wodzie, gdzie zaledwie przed godziną tryskała fontanna stanowiąca symbol Genewy. Ze wzburzonego jeziora zniknęły wdzięczne białe żagle, zastąpione przez niekończące się rzędy krótkich, ostrych fal. Po słonecznych refleksach nie zostało ani śladu. Z północy, znad Alp, dobiegały odległe grzmoty.

Joel popadł w odrętwienie.

Rozdział 2

Converse minął długą marmurową recepcję hotelu Richemond i ruszył w stronę szerokich schodów po lewej. Uczynił to z przyzwyczajenia: jego apartament znajdował się na pierwszym piętrze, a staroświeckie mosiężne windy wyściełane czerwonym aksamitem odznaczały się urodą, lecz nie szybkością. Lubił także przechodzić koło rzęsiście oświetlonych, horrendalnie drogich klejnotów leżących w gablotach wzdłuż ścian eleganckich schodów – iskrzących się brylantów, krwistoczerwonych rubinów, ażurowych kolii ze złotego filigranu. W dziwny sposób przypominały mu o niespodziewanej odmianie losu. Spodziewał się gwałtownej śmierci tysiące kilometrów od kraju, w jednej z kilkunastu niemal identycznych zaszczurzonych cel, wśród przytłumionych dźwięków wystrzałów i dalekich krzyków dzieci w ciemności. Brylanty, rubiny i złoto symbolizowały coś nieosiągalnego i fantastycznego, a oto miał je przed sobą, patrzył na nie, uśmiechał się do nich… one zaś wpatrywały się weń lśniącymi oczyma o niezmierzonej głębi, potwierdzając swoje i jego istnienie. Odmiana losu.

Jednakże tym razem ich nie zauważył, a one nie odwzajemniły jego spojrzeń. Niczego nie widział ani nie czuł, jego umysł i ciało odrętwiały, zawieszone w pustce pozbawionej powietrza. Człowiek, którego znał w dzieciństwie, skonał niedawno w jego ramionach, a słowa wypowiedziane przezeń w chwili śmierci były niezrozumiałe i paraliżujące. „Mówili, że to w imieniu Akwitanii…”. Gdzie zdrowy rozsądek, gdzie sens? Co łączy Joela z nieuchwytnym znaczeniem owego zdania? Wplątał się w całą aferę za sprawą manipulacji, której przyczyną jest nazwisko, człowiek. George Marcus Delavane, władca Sajgonu.

– Monsieur!

Stłumiony okrzyk dobiegł z dołu; Joel odwrócił się na schodach i ujrzał elegancko ubranego dyrektora hotelu, który biegł w jego stronę przez hol. Miał na imię Henri i znał Converse’a od prawie pięciu lat. Ich znajomość nie ograniczała się do stosunków pracownika i gościa: często grywali razem w bakarata w Divonne we Francji, tuż nad granicą szwajcarską.

– Witaj, Henri!

– Mon Dieu, nic ci się nie stało, Joel?! Twoja kancelaria w Nowym Jorku bez przerwy do ciebie telefonuje! Słyszałem o wszystkim w radiu, mówi o tym cała Genewa! Narcotiques! Narkotyki, gangsterzy, pistolety maszynowe, zbrodnia! Zagrożona jest nawet reputacja naszego hotelu!

– Tak mówią?

– Pod koszulą twojego przyjaciela znaleziono paczuszki z kokainą! Szanowany avocat international okazał się przemytnikiem!

– To kłamstwo – przerwał Converse.

– Powtarzam tylko ich słowa. Wspomniano twoje nazwisko, podobno umarł na twoich rękach… Oczywiście nie padło na ciebie żadne podejrzenie, znalazłeś się tam po prostu razem z innymi. Usłyszałem twoje nazwisko i bardzo się zaniepokoiłem! Gdzie się podziewałeś?

– Byłem na policji. Odpowiadałem na dziesiątki pytań bez odpowiedzi.

Pytań, na które można odpowiedzieć, lecz nie na posterunku genewskiej policji. Avery Fowler vel Preston Halliday zasługuje na coś lepszego. Związała ich śmierć.

– Boże, jesteś cały przemoczony! – zawołał Henri, patrząc na Joela zatroskanym wzrokiem. – Chodziłeś po deszczu, prawda? Nie było taksówek?

– Nie szukałem. Wolałem iść pieszo.

– Oczywiście, rozumiem, jesteś w szoku. Poślę ci na górę trochę dobrego armaniaku. A może kolację? Przygotować ci stolik w Gentilshommes?

– Dzięki. Zamów mi rozmowę z Nowym Jorkiem za pół godziny, dobrze? Sam zawsze wykręcam zły numer.

– Joel?

– Co takiego?

– Czy mógłbym ci pomóc? Czy jest coś, co powinieneś mi powiedzieć? Przegraliśmy i wygraliśmy razem zbyt wiele butelek grand cru classe, żebym mógł zostawić cię samego. Znam Genewę, przyjacielu.

Converse spojrzał na szeroko rozstawione brązowe oczy i zaniepokojoną, napiętą twarz.

– Dlaczego mi to mówisz?

– Bo tak szybko zaprzeczyłeś informacji o kokainie. Obserwowałem cię. Nie powiedziałeś całej prawdy.

Joel mrugnął i zacisnął na chwilę powieki, czując ostry ból w środku czoła. Wciągnął głęboko oddech.

– Jeśli chcesz wyświadczyć mi przysługę, Henri, nie snuj żadnych domysłów. Po prostu zamów mi połączenie z Nowym Jorkiem za pół godziny, dobrze?

– Mais oui, monsieur – odparł Francuz, kiwając głową. – Le directeur du Richemond spełnia wszystkie życzenia swoich gości… Jeśli będziesz mnie potrzebował, przyjacielu, jestem w pobliżu.

– Wiem o tym. Dam ci znać, kiedy wyciągnę złą kartę.

– Daj mi znać, jeśli będziesz wyciągać karty na terenie Szwajcarii. Kolor zależy od gracza.

– Będę o tym pamiętał. Zamówisz mi rozmowę za pół godziny?

– Certainement, monsieur.

• • •

Prysznic był tak gorący, że prawie nie do wytrzymania. Płuca Joela wypełniła para, tamując oddech w piersiach. Po chwili odkręcił kurek z zimną wodą i zaczął wić się z bólu pod lodowatym strumieniem, szczękał zębami. Doszedł do wniosku, że kontrast między ciepłem a zimnem rozjaśni mu w głowie, a przynajmniej złagodzi poczucie odrętwienia. Musiał się zastanowić, podjąć decyzję, wsłuchać się w siebie.

Wyszedł z łazienki w grubym szlafroku, który wchłonął resztki wody, i wsunął stopy w pantofle stojące na podłodze koło łóżka. Wyjął z biurka papierosy i zapalniczkę, po czym przeszedł do bawialni. Zatroskany Henri dotrzymał słowa – na stoliku do kawy stała butelka drogiego armaniaku i dwa kieliszki, raczej dla ozdoby niż w określonym celu. Usiadł na miękkiej kanapie, nalał sobie i zapalił papierosa. Na dworze lał rzęsisty sierpniowy deszcz, bębniąc ostro i bezlitośnie o szyby. Joel spojrzał na zegarek: było kilka minut po szóstej, więc w Nowym Jorku minęło właśnie południe. Zastanawiał się, czy Henri zdołał zamówić połączenie przez ocean. Ocknął się w nim prawnik; pragnął usłyszeć kogoś w Nowym Jorku, kto potwierdziłby rewelacje zabitego lub im zaprzeczył. Od chwili gdy na schodach podszedł doń Henri, minęło dwadzieścia pięć minut; postanowił zaczekać jeszcze pięć i zatelefonować do recepcji.

Donośne brzęczenie telefonu wytrąciło Joela z równowagi. Sięgając po aparat stojący na stoliku koło kanapy, spostrzegł, że ma przyśpieszony oddech i drżące ręce.

– Tak, słucham?

– Nowy Jork do pana, monsieur – odezwała się hotelowa recepcjonistka. – Dzwoni pańska kancelaria. Czy mam odwołać rozmowę zamówioną na szóstą piętnaście?

– Tak, proszę. Bardzo dziękuję.

– Joel Converse?

Zatroskany, piskliwy głosik należał do sekretarki Lawrence’a Talbota.

– Jak się masz, Jane?

– Dobry Boże, próbujemy się do ciebie dodzwonić od dziesiątej rano! Właśnie wtedy dotarły do nas pierwsze wiadomości. To okropne!

– Nic mi nie jest, Jane. Miło, że się o mnie troszczycie.

– Pan Talbot wychodzi z siebie. Mówi, że to nie do wiary!

– Nie wierzcie w to, co mówią o Hallidayu. To nieprawda. Czy mógłbym porozmawiać z Larrym?

– Gdyby wiedział, że jeszcze cię nie połączyłam, wylałby mnie z pracy.

– Nie ma obawy. Kto pisałby mu listy?

Sekretarka zamilkła na chwilę.

– O Boże, Joel, ty to masz nerwy! – powiedziała spokojniejszym tonem. – Po tym wszystkim, co przeszedłeś, potrafisz jeszcze żartować!

– Poprawia mi to humor, Jane. Połącz mnie z Bubbą, dobrze?

– To już przechodzi ludzkie pojęcie!

Lawrence Talbot, współwłaściciel firmy Talbot, Brooks i Simon, był prawnikiem dobrze znającym swój zawód, jednakże zawdzięczał karierę nie tylko zdolnościom, lecz także temu, że jako student Uniwersytetu Yale wszedł w skład reprezentacji Stanów Zjednoczonych w futbolu amerykańskim. Był także przyzwoitym człowiekiem, bardziej ogólnym koordynatorem niż siłą napędową konserwatywnej, choć cenionej kancelarii adwokackiej. Odznaczał się też bezstronnością i uczciwością: zawsze dotrzymywał słowa. Była to jedna z przyczyn, która skłoniła Joela do rozpoczęcia pracy w firmie. Drugą stanowił Nathan Simon, wspaniały człowiek i adwokat. Converse nauczył się od Nate’a Simona więcej niż od jakiegokolwiek innego prawnika czy profesora. Uważał go za swojego najbliższego przyjaciela, choć trudno było się doń zbliżyć; ów niesłychanie zamknięty w sobie człowiek wywoływał zwykle w swoich znajomych mieszaninę sympatii i rezerwy.

– Wielki Boże, coś strasznego! – rozległ się w słuchawce podenerwowany głos Lawrence’a Talbota. – Czy możemy coś zrobić?!

– Przede wszystkim zaprzeczcie tym idiotyzmom o Hallidayu. To taki sam przemytnik narkotyków jak Nate Simon.

– Więc nie słyszałeś? Wszystko zdementowano. Obecna wersja to napad rabunkowy z bronią w ręku. Halliday bronił się, a mordercy wsunęli mu pod koszulę paczuszki z kokainą. Z San Francisco musiał zatelefonować John Halliday i zagrozić, że obali rząd szwajcarski… Grał w drużynie Uniwersytetu Stanforda, wiesz?

– Jesteś starym złośliwcem, Bubba.

– Nigdy nie przypuszczałem, że się ucieszę, słysząc ten przydomek z twoich ust, młody człowieku.

– Wcale nie taki młody, Larry… Czy mógłbym cię o coś spytać?

– O co tylko chcesz.

– Anstett, Lucas Anstett.

– Rozmawiał ze mną i Nathanem. Był niesłychanie przekonujący. Rozumiemy wszystko.

– Doprawdy?

– Naturalnie nie zdradził nam żadnych szczegółów. Ale uważamy cię za jednego z najlepszych specjalistów w tej dziedzinie i łatwo zgodziliśmy się na jego prośbę. Zatrudniamy samych najlepszych fachowców, a skoro potwierdza to ktoś taki jak Anstett, możemy tylko sobie pogratulować, prawda?

– Robicie to ze względu na jego wpływy?

– Chryste, nie! Powiedział nawet, że jeśli się zgodzimy, będzie traktował nasze apelacje surowiej. To prawdziwy potwór, jeśli czegoś chce. Uprzedza z góry, że nie wyjdzie to ofiarodawcy na dobre.

– Wierzycie mu?

– Cóż, Nathan wspomniał coś o tym, że kozioł zawsze pozostanie kozłem. Powinniśmy iść Anstettowi na rękę. Nathan często zaciemnia sprawy, ale, do diabła, Joel, zwykle trafia w dziesiątkę!

– Jeśli ma się trzy godziny, by wysłuchać pięciominutowego uzasadnienia – odparł Converse.

– Nate nigdy nie przestaje myśleć, młody człowieku.

– Wcale nie taki młody… Wszystko jest względne.

– Dzwoniła twoja żona… przepraszam, była żona.

– Ach tak?

– Słyszała twoje nazwisko w radiu albo telewizji i pytała, co się stało.

– Co jej powiedzieliście?

– Że próbujemy się z tobą skontaktować. Wiedzieliśmy tyle co ona. Robiła wrażenie bardzo zdenerwowanej.

– Zadzwońcie do niej i powiedzcie, że wszystko w porządku, dobrze? Zostawiła wam swój telefon?

– Ma go Jane.

– No cóż, w takim razie biorę urlop.

– Pełnopłatny – odparł Talbot.

– Nie ma potrzeby, Larry. Dostanę mnóstwo pieniędzy, więc nie zawracajcie sobie głowy rachunkami. Wrócę za trzy, cztery tygodnie.

– Mógłbym to zrobić, ale nie zamierzam – odparł współwłaściciel firmy. – Wiem, że jesteś znakomitym fachowcem, i chcę zatrzymać cię u siebie. Przelejemy ci pieniądze do banku. – Talbot umilkł, po czym odezwał się cichym, zatroskanym głosem: – Muszę cię o coś spytać, Joel. Czy to zabójstwo ma coś wspólnego z Anstettem?

Converse chwycił słuchawkę z taką siłą, że zabolały go palce i nadgarstek.

– Absolutnie nic, Larry – odpowiedział. – To dwie różne sprawy.

• • •

Mykonos, słoneczna biała wyspa w archipelagu Cyklady, w pobliżu sanktuariów Delos. Od czasów podboju przez cesarza Barbarossę gościła kolejnych rabusiów morskich, którzy żeglowali po wodach Morza Egejskiego: Turków, Rosjan, Cypryjczyków, wreszcie Greków. W ciągu stuleci zamieniali się oni miejscami, a skalista wyspa na przemian zyskiwała sławę lub popadała w niepamięć aż do pojawienia się wysmukłych jachtów i lśniących odrzutowców, symboli nowej epoki. Koło białych wiatraków i alabastrowych kościołów zaczęły sunąć teraz wąskimi drogami bezszelestne porsche, maserati i jaguary. Obok małomównych, konserwatywnych Greków, którzy parali się rybołówstwem i handlem, pojawili się ludzie innego pokroju. Beztroscy młodzieńcy w różnym wieku, odziani w rozchełstane koszulki lub obcisłe kostiumy, z opalenizną służącą za tło dla ciężkich złotych ozdób, znaleźli sobie nowe miejsce zabaw. Starożytna wyspa Mykonos, ongiś jeden z ważnych portów dumnych Fenicjan, stała się Saint-Tropez Morza Egejskiego.

Converse wyleciał z Genewy do Aten samolotem szwajcarskich linii lotniczych, a następnie przybył na wyspę grecką awionetką. Chociaż stracił godzinę wskutek zmiany stref czasu, dotarł do eleganckiej, białej bramy banku o czwartej po południu, przyjechawszy z lotniska taksówką. Bank znajdował się w pobliżu portu, a tłumy turystek w kwiaciastych koszulach i sukienkach oraz motorówki płynące po łagodnych falach w stronę głównego mola stanowiły dowód na to, iż ogromnymi statkami wycieczkowymi stojącymi na redzie kierują ludzie znający życie. Mykonos olśniewała i kusiła; na białej wyspie pozostanie mnóstwo pieniędzy, a tawerny i sklepiki będą pełne ludzi od wschodu słońca do północy. Popłyną strumienie wina i z półek znikną czapki greckich rybaków wkładane na głowy przez zażenowanych właścicieli podmiejskich willi w Grosse Pointe albo Short Hills. A kiedy zapadnie noc i przybysze wypowiedzą łamaną greczyzną ostatnie efharisto parakalo, zaczną się inne gry, zabawy dworzan i kurtyzan, pięknych, nieśmiertelnych, hedonistycznych dzieci Morza Egejskiego. Perlistemu śmiechowi będzie towarzyszyć liczenie i wydawanie drachm – zwłaszcza to drugie – w ilościach, które zdumiałyby posiadaczy najelegantszych kabin na najwyższych pokładach najbardziej luksusowych statków. Genewę cechowała pewna surowość, natomiast Mykonos wyróżniała się gościnnością, której mogliby pozazdrościć starożytni Turcy.

Converse zatelefonował z lotniska do banku. Nie znał godzin urzędowania, tylko nazwisko bankiera, z którym miał się skontaktować. Kostas Laskaris powitał go oględnie przez telefon i powiedział, że zamierza sprawdzić autentyczność paszportu Joela za pomocą spektrografu, a ponadto potrzebuje oryginalnego listu Prestona Hallidaya opatrzonego jego podpisem, który zostanie poddany komputerowemu badaniu na zgodność ze wzorem dostarczonym przez zmarłego.

– Podobno zastrzelono go w Genewie. To bardzo przykre.

– Przekażę jego żonie i dzieciom wyrazy pańskiego głębokiego żalu.

Converse zapłacił taksówkarzowi i wszedł po białych schodkach wiodących do wejścia. Niósł walizkę i teczkę, toteż odetchnął z ulgą, gdy drzwi otworzył przed nim umundurowany odźwierny przywodzący na myśl zapomnianą fotografię sułtana szaleńca, który chłostał swoje żony na dziedzińcu haremu, gdy nie zdołały go podniecić.

Kostas Laskaris wyglądał zupełnie inaczej, niż wyobrażał go sobie Joel na podstawie krótkiej, niepokojącej rozmowy przez telefon. Okazał się łysawym, blisko sześćdziesięcioletnim mężczyzną o miłej aparycji i ciepłych ciemnych oczach. Mówił płynnie po angielsku, choć najwyraźniej nie czuł się pewnie w tym języku. Wstał zza biurka i wskazał Converse’owi fotel naprzeciwko, a jego pierwsze słowa zatarły złe wrażenie.

– Proszę mi wybaczyć gruboskórność, z jaką mówiłem o panu Hallidayu. Sprawa jest rzeczywiście bardzo przykra i trudno mi to inaczej wyrazić. Niełatwo także czuć autentyczny żal po śmierci człowieka, którego się nigdy nie widziało.

– Byłem nie w sosie. Proszę o tym zapomnieć.

– Jest pan bardzo łaskaw, lecz obawiam się, że nie mogę zapomnieć o zleceniach pana Hallidaya i jego przyjaciela na Mykonos. Czy ma pan niezbędne dokumenty?

– Kto to? – spytał Joel, sięgając do kieszeni marynarki po portfel, w którym znajdowały się paszport i list. – Mam na myśli przyjaciela pana Hallidaya.

– Jako prawnik zdaje pan sobie z pewnością sprawę, że nie wolno mi udzielić panu tych informacji, dopóki… dopóki nie pokonamy pewnych przeszkód. Czy wyraziłem się poprawnie?

– W zasadzie tak. Chciałem pana tylko wypróbować.

Joel wyjął z portfela paszport oraz list i wręczył je bankierowi.

Laskaris podniósł słuchawkę telefonu i wcisnął guzik. Powiedział coś po grecku, najwyraźniej wzywając kogoś. Po kilku sekundach otworzyły się drzwi i do gabinetu weszła opalona ciemnowłosa piękność. Zbliżyła się z gracją do biurka i zerknęła spod spuszczonych powiek na Joela, który czuł na sobie uważny wzrok bankiera. Wystarczyłoby, żeby spojrzał znacząco w stronę Laskarisa, a ten natychmiast przedstawiłby go dziewczynie. Wtedy ona uśmiechnęłaby się promiennie do Converse’a, spotkaliby się i w sejfie bankiera pojawiłaby się teczka z ciekawymi informacjami. Jednakże Joel nie dał spodziewanego znaku, gdyż nie życzył sobie istnienia takiej teczki. Pół miliona dolarów to poważna suma. Nie oznacza dodatkowych przyjemności, lecz coś wręcz przeciwnego.

Następne dziesięć minut wypełniła banalna rozmowa o rozkładzie lotów, przepisach celnych i niewygodach podróży, po czym zwrócono Joelowi paszport i list. Tym razem jednak nie zrobiła tego kruczowłosa piękność, lecz młodziutki blondynek, który podszedł do biurka, kołysząc się lekko w biodrach. Uprzejmy Grek nie zamierzał rezygnować i gotów był spełnić wszelkie zachcianki bogatego klienta.

Converse spojrzał w ciepłe oczy bankiera i zaśmiał się cicho. Laskaris odwzajemnił uśmiech, wzruszył ramionami i odprawił plażowego adonisa.

– Jestem tylko dyrektorem tutejszej filii i nie odpowiadam za całościową politykę wobec klientów – rzekł, gdy zamknęły się drzwi. – W końcu jesteśmy na Mykonos.

– Przepływa tędy mnóstwo pieniędzy – dodał Joel. – Spodziewał się pan, że kogo wybiorę?

– Nikogo – odparł Laskaris, kręcąc głową. – Spodziewałem się dokładnie tego, co pan zrobił. Inaczej byłby pan głupcem, a nie uważam pana za głupca. Jestem nie tylko dyrektorem banku, lecz także znawcą ludzkich charakterów.

– Czy dlatego wybrano pana na pośrednika?

– Nie, nie dlatego. Jestem przyjacielem znajomego pana Hallidaya. Mieszka na wyspie i nazywa się Beale, doktor Edward Beale… Jak pan widzi, dokumenty są w porządku.

– Doktor? – spytał Converse, pochylając się do przodu i biorąc paszport oraz list. – Czyżby lekarz?

– Nie, skądże znowu – zaprzeczył Laskaris. – To uczony, emerytowany profesor historii ze Stanów Zjednoczonych. Pobiera wysoką emeryturę i przeniósł się tu z Rodos kilka miesięcy temu. Wyjątkowo ciekawy człowiek, wszechstronnie wykształcony. Zajmuję się jego sprawami finansowymi, na których zna się trochę gorzej. Mimo to jest postacią interesującą.

Bankier znów się uśmiechnął i wzruszył ramionami.

– Spodziewam się – odezwał się Joel. – Mam z nim wiele do omówienia.

– To nie moja sprawa. Czy moglibyśmy się zająć kwestią pieniędzy? W jakiej formie chciałby pan je otrzymać?

– Część w gotówce. Kupiłem w Genewie specjalny elektroniczny pas do transportu banknotów. Baterie mają roczną gwarancję. Jeśli ktoś go ze mnie zerwie, zacznie wyć malutka syrena, od której pękają bębenki w uszach. Prosiłbym o wypłatę w dolarach amerykańskich, oczywiście z wyjątkiem paru tysięcy.

– Pas z czujnikami ma swoje zalety, pod warunkiem że jego właściciel nie jest nieprzytomny lub nie znajdzie się na odludziu. Wypłata w czekach podróżnych byłaby nieco bezpieczniejsza.

– Ma pan zapewne rację, ale wolę gotówkę. Może się zdarzyć, że nie zechcę składać podpisu.

– Jak pan sobie życzy. A nominały? – spytał Laskaris, biorąc do ręki ołówek i notatnik. – I gdzie chciałby pan przekazać pozostałą część kwoty?

– Czy mógłbym otworzyć sobie kilka anonimowych rachunków bankowych i swobodnie z nich korzystać? – spytał powoli Converse.

– Naturalnie. Szczerze mówiąc, to powszechnie stosowana praktyka na Mykonos, podobnie jak na Krecie, Rodos, w Atenach, Stambule i wielu krajach Europy. Należy dostarczyć do banku kilka słów napisanych pańskim charakterem pisma, jakieś nazwisko, liczby… Znałem kogoś, kto posługiwał się dziecinną rymowanką. Chcąc podjąć pieniądze, pisze pan te same słowa i porównuje się je z oryginałem. Naturalnie należy skorzystać z usług instytucji nowoczesnej.

– Oczywiście. Czy mógłby pan wymienić kilka?

– Gdzie?

– W Londynie, Paryżu, Bonn, może Tel Awiwie – odpowiedział Joel, przypominając sobie słowa Hallidaya.

– Bonn nastręcza pewnych trudności: Niemcy są tacy pedantyczni. Źle postawiona kreska i natychmiast wzywają grafologów. W Tel Awiwie da się to załatwić bez problemu, tamtejsi bankierzy są równie giętcy jak Kneset. W Londynie i Paryżu to codzienna praktyka, choć panuje tam niesłychana chciwość. Od każdej operacji pobiera się wysokie opłaty, gdyż z góry wiadomo, że nie chodzi o pieniądze z legalnego źródła. To rodzaj usankcjonowanego złodziejstwa.

– Zna się pan na rzeczy, prawda?

– Mam spore doświadczenie. Jak wobec tego chciałby pan otrzymać pieniądze?

– Sto tysięcy gotówką w banknotach nie większych niż pięćset dolarów. Resztę podzielimy na cztery części i ulokujemy na anonimowych rachunkach.

– To niezbyt trudne zlecenie. Chce się pan posłużyć nazwiskami, liczbami czy dziecinnymi rymowankami?

– Liczbami – odparł Converse. – Nazwiska i rymowanki należą do wymiaru, o którym wolę teraz nie myśleć.

– Jak pan sobie życzy – odparł Grek, sięgając po notatnik. – Oto telefon doktora Beale’a. Kiedy załatwimy formalności, może pan do niego zadzwonić. Albo nie, jeśli tak pan postanowi. To nie moja sprawa.

• • •

Doktor Edward Beale, mieszkaniec wyspy Mykonos, mówił powoli i z namysłem, jak rasowy naukowiec. Nie śpieszył się, a każde słowo miało swój sens i cel.

– Około siedmiu kilometrów od portu znajduje się kamienista plaża, mało uczęszczana po zmroku. Proszę się tam udać. Niech pan idzie na zachód drogą wzdłuż brzegu, aż zobaczy pan na morzu światła kilku boi. Proszę zejść nad wodę i czekać. Znajdę pana.

• • •

Wysoko na nocnym niebie pędziły chmury niesione przez prądy powietrzne. Od czasu do czasu wyglądał zza nich księżyc, oświetlając pustą plażę, gdzie miało nastąpić spotkanie. W dali podskakiwały na wodzie cztery czerwone boje. Joel przeszedł przez skały i ruszył po miękkim piasku w stronę brzegu. Widział i słyszał niewielkie pluskające fale. Zapalił papierosa, by zwrócić na siebie uwagę. Udało mu się to: z mroku za plecami dobiegł po chwili czyjś głos, lecz Joel nie spodziewał się, że emerytowany uczony zgotuje mu takie powitanie.

– Proszę stać w miejscu i nie ruszać się – padła pierwsza komenda wypowiedziana ze spokojną stanowczością. – Niech pan włoży papierosa do ust i zaciągnie się, a później uniesie ręce prosto przed siebie… Dobrze. Teraz proszę znów się zaciągnąć. Chcę zobaczyć dym.

– Chryste Panie, duszę się! – wykrzyknął Joel.

Szczypał go w oczy dym zwiewany przez morski wiatr. Raptem poczuł prędkie, ostre ruchy czyjejś ręki, którą obmacano mu ubranie, przejechano po piersiach i wzdłuż nóg.

– Co pan robi?! – zawołał, wypluwając odruchowo papierosa.

– Nie ma pan broni?

– Oczywiście, że nie!

– A ja tak. Może pan opuścić ręce i stanąć twarzą do mnie.

Converse wstrząsany kaszlem odwrócił się gwałtownie i potarł łzawiące oczy.

– Co to za idiotyzmy?!

– Palenie to okropny nałóg. Na pana miejscu rzuciłbym papierosy. Nie dość, że szkodzą, to jeszcze można ich użyć przeciwko panu na inne sposoby.

Joel zamrugał powiekami i spojrzał przed siebie. Dobrych rad udzielał mu szczupły, siwowłosy starzec średniego wzrostu, trzymający się prosto, jakby połknął kij. Był odziany w marynarkę i spodnie z białego płótna żaglowego, miał twarz pooraną zmarszczkami, a na wargach błąkał mu się lekki uśmieszek. W ręku trzymał pistolet wycelowany w głowę Converse’a.

– Nazywa się pan Beale? – spytał Joel. – Doktor Edward Beale?

– Owszem. Uspokoił się pan trochę?

– Tak mi się zdaje, choć nie otrząsnąłem się jeszcze z wrażenia.

– Dobrze. W takim razie schowam broń. – Uczony opuścił rękę i uklęknął na piasku koło płóciennego plecaka. Włożył pistolet do środka i znów wstał. – Przykro mi, ale musiałem mieć pewność.

– Jaką pewność? Że nie chodzę z dwoma pistoletami maszynowymi?

– Halliday nie żyje. Czy zamiast pana nie mógłby przyjechać ktoś, kto rozprawiłby się ze starcem z Mykonos? Ten człowiek byłby na pewno uzbrojony.

– Dlaczego?

– Bo nie wiedziałby, że jestem starcem. Mógłbym chodzić z dwoma pistoletami maszynowymi.

– A gdybym miał przypadkiem pistolet? Czy wtedy naszpikowałby mnie pan ołowiem?!

– Pistolet? Pan, szanowany adwokat, który odwiedza wyspę po raz pierwszy, przeszedłszy kontrolę na lotnisku w Genewie? Skąd by pan go wziął? Przecież nikogo pan tu nie zna.

– Można to jakoś załatwić – zaprotestował Converse bez przekonania, zdając sobie sprawę, że nie ma racji.

– Kazałem pana śledzić od chwili przyjazdu. Pojechał pan prosto do banku, a później do hotelu Kouneni, gdzie przed udaniem się do swojego pokoju wypił pan drinka w ogrodzie. Nie rozmawiał pan z nikim oprócz taksówkarza, mojego przyjaciela Kostasa, recepcjonisty w hotelu i kelnerów. Jeśli był pan naprawdę Joelem Converse’em, nic mi nie groziło.

– Rozumuje pan jak gangster z Detroit, a nie intelektualista zagrzebany w książkach.

– Nie pracowałem na uniwersytecie przez całe życie. Ale to prawda, jestem ostrożny. Myślę, że wszyscy musimy być ostrożni. To jedyna rozsądna taktyka wobec George’a Marcusa Delavane’a.

– Rozsądna taktyka?

– Podejście, jeśli pan woli. – Beale sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął złożoną kartkę papieru. – Oto nazwiska – rzekł, wręczając ją Joelowi. – Pięć kluczowych postaci w organizacji Delavane’a. Po jednej z Francji, Niemiec, Izraela, Afryki Południowej i Wielkiej Brytanii. Zidentyfikowaliśmy pierwszą czwórkę, ale nie znamy jeszcze tożsamości Anglika.

– Skąd pochodzą te informacje?

– Z notatek znalezionych przez Hallidaya między papierami Delavane’a, gdy generał był jego klientem.

– Czy to ten przypadek, o którym wspomniał? Twierdził, że dowiedział się wszystkiego przez przypadek, który więcej się nie powtórzy.

– Nie mam naturalnie pojęcia, co panu powiedział, ale z pewnością był to przypadek. Winne jest roztargnienie Delavane’a, przypadłość związana ze starością, o czym mogę pana osobiście zapewnić. Zapomniał po prostu, że ma się spotkać z Hallidayem, a kiedy Preston przybył, sekretarka wpuściła go do gabinetu, aby przygotował dokumenty dla generała, którego spodziewano się za jakieś pół godziny. Preston zobaczył na biurku teczkę z aktami; znał ją i wiedział, że wolno mu czytać znajdujące się w niej papiery. Niewiele myśląc, usiadł i zabrał się do pracy. Natknął się na listę nazwisk, a ponieważ znał trasę ostatnich podróży Delavane’a po Europie i Afryce, wszystkie elementy łamigłówki ułożyły się nagle w złowieszczą całość. W każdym człowieku znającym historię współczesną te cztery nazwiska wywołują dreszcz lęku i budzą przerażające wspomnienia.

– Czy Delavane dowiedział się kiedykolwiek, że Halliday je widział?

– Sądzę, że nie miał nigdy całkowitej pewności. Preston zapisał nazwiska i wyszedł przed nadejściem generała. Jednakże to, co się stało w Genewie, świadczy o czymś przeciwnym, prawda?

– Że Delavane wie – rzekł ponuro Converse.

– Albo że nie zamierza ryzykować, zwłaszcza jeśli ustalono ostateczny termin operacji, a jesteśmy o tym przekonani. Zbliża się rozstrzygnięcie.

– Co to oznacza?

– Schemat działalności Delavane’a, o ile zdołaliśmy ją odtworzyć, sugeruje, że zamierza on wywołać serię krwawych konfliktów, które wymkną się spod kontroli i doprowadzą do destabilizacji kilku krajów.

– Ambitne zadanie. W jaki sposób?

– To tylko domysły – odparł uczony, marszcząc czoło. – Prawdopodobnie chodzi o falę aktów przemocy, których dokonają organizacje terrorystyczne zaopatrywane w broń przez Delavane’a i jego wspólników. Kiedy zapanuje anarchia, uzyskają pretekst do wprowadzenia stanu wojennego i przejęcia władzy.

– Takie rzeczy już się zdarzały – odezwał się Joel. – Należy uzbroić rzekomego wroga, następnie wysłać prowokatorów.

– Dysponujących ogromnymi sumami pieniędzy i znakomitym sprzętem – wtrącił Beale.

– A kiedy wybuchnie powstanie, zgnieść je i przejąć władzę – dokończył Converse. – Obywatele szlochają z wdzięczności, nazywają żołnierzy swoimi zbawcami i zaczynają maszerować w takt werbli. Ale jak zamierza to rozegrać Delavane?

– To podstawowe pytanie. Co lub kto będzie celem ataku? Gdzie się znajduje? Nie mamy pojęcia. Gdybyśmy się czegokolwiek domyślali, moglibyśmy przeciwdziałać, ale nic nie wiemy i nie możemy tracić czasu na pogoń za widmem. Musimy trzymać się czegoś uchwytnego.

– I znów powstaje problem czasu – przerwał Joel. – Dlaczego jest pan taki pewien, że zbliża się rozstrzygnięcie?

– Wśród terrorystów zapanowała wzmożona aktywność, w wielu wypadkach wręcz gorączkowa. Magazyny Anglii, Irlandii, Francji i Niemiec opuszcza amerykańska broń, która trafia w ręce rebeliantów w ogniskach zapalnych globu. W Monachium, krajach basenu Morza Śródziemnego i państwach arabskich krążą najdziwniejsze pogłoski. Wspomina się o ostatecznych przygotowaniach, choć nikt nie wie dokładnie do czego. Organizacje terrorystyczne, takie jak grupa Baader-Meinhof, Czerwone Brygady, Organizacja Wyzwolenia Palestyny czy czerwone podziemia Paryża i Madrytu, szykują się do bliżej nieokreślonych działań, znając tylko termin rozpoczęcia akcji.

– Jaki?

– Nasze raporty podają różne daty, lecz wskazują ten sam przedział czasowy. To kwestia trzech do pięciu tygodni.

– Mój Boże! – Joel poczuł nagły przypływ gniewu i strachu. Wtem coś sobie przypomniał. – Avery, to znaczy Halliday, szepnął mi coś tuż przed śmiercią. Słowa wypowiedziane przez swoich zabójców. „Akwitania… Mówili, że to w imieniu Akwitanii”. Co to znaczy, panie doktorze?

Stary historyk zamilkł, a jego oczy błyszczały w świetle księżyca. Odwrócił powoli głowę i spojrzał w zadumie na morze.

– To szaleństwo – wyszeptał.

– Nic mi to nie mówi.

– Nie, skądże znowu – odparł przepraszająco Beale, zwracając się prędko w stronę Converse’a. – Po prostu jeszcze raz uświadomiłem sobie ogrom całego planu… To nie do wiary.

– Nie bardzo rozumiem.

– Akwitania, nazwana tak przez Juliusza Cezara, leży na południu Francji. W pierwszych wiekach naszej ery rozciągała się jakoby od Atlantyku do Morza Śródziemnego, od Pirenejów aż do ujścia Sekwany na zachód od Paryża…

– Zdaję sobie z tego sprawę – wtrącił zniecierpliwiony Joel, który nie miał ochoty słuchać akademickiego wykładu.

– Skoro tak, zasługuje pan na pochwałę. Większość ludzi zna tylko późniejsze dzieje Akwitanii, powiedzmy od początków ósmego wieku, gdy podbił ją Karol Wielki i stworzył królestwo odziedziczone następnie przez jego syna Ludwika oraz Pepinów Pierwszego i Drugiego. W istocie rzeczy rozpoczyna się wówczas najważniejszy okres, trwający około trzystu lat.

– Co pan ma na myśli?

– Legendę Akwitanii, panie Converse. Wzorem wielu ambitnych generałów Delavane uważa się za miłośnika historii, podobnie jak Cezar, Napoleon, Clausewitz, a nawet Patton. Ja, słusznie lub nie, uchodziłem ongiś za naukowca, a Delavane jest tylko amatorem. Naukowcy nie mogą sobie pozwolić na interpretacje nieoparte na faktach, ale amatorzy mają do tego pełne prawo.

– Do czego pan zmierza?

– Delavane stworzył swoistą legendę Akwitanii, zastępując rzeczywistość abstrakcyjnymi założeniami. Widzi pan, dzieje tego kraju składają się z powtarzających się okresów gwałtownej ekspansji terytorialnej, która zawsze ulegała nagłemu przerwaniu. Mówiąc prościej, obdarzony wyobraźnią miłośnik historii mógłby dojść do wniosku, że gdyby Karol Wielki, jego syn, obaj Pepinowie, a później Ludwik Siódmy, król Francji, i Henryk Siódmy, król Anglii, nie popełnili licznych błędów politycznych, małżeńskich i wojskowych, królestwo Akwitanii zajmowałoby dziś większość, jeśli nie całość Europy. – Beale umilkł. – Czy zaczyna pan pojmować?

– Tak – odparł Joel. – Wielki Boże, tak…!

– To nie wszystko – ciągnął historyk. – Ponieważ Akwitanię uważano niegdyś za prawną własność korony angielskiej, mogłyby do niej należeć wszystkie kolonie Wielkiej Brytanii, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi… Oczywiście, błędy czy nie, nigdy nie mogło do tego dojść, gdyż przeczyłoby to jednemu z podstawowych praw cywilizacji zachodniej, funkcjonującemu od obalenia Romulusa Augustulusa i upadku cesarstwa rzymskiego. Nikt nie jest w stanie podbić ludów o różnej kulturze, zjednoczyć ich siłą, a następnie rządzić nimi przez dłuższy czas.

– A obecnie ktoś próbuje tego dokonać – powiedział Converse. – George Marcus Delavane.

– Owszem. W jego umyśle zrodziła się wizja Akwitanii, która nigdy nie istniała ani nie mogła istnieć. To przerażające.

– Dlaczego? Sam pan twierdzi, że Akwitania to urojenie.

– Tylko z punktu widzenia dawnych praw, pozostających w mocy od upadku Rzymu. Ale niech pan pamięta, że żyjemy w zupełnie nowej epoce. Nigdy nie było takiej broni, takiego lęku. Delavane i jego wspólnicy dobrze o tym wiedzą i spróbują to wykorzystać. To właśnie ci ludzie. – Starzec wskazał arkusz trzymany przez Joela. – Niech pan zapali zapałkę i spojrzy na ich nazwiska.

Converse rozłożył kartkę i sięgnął do kieszeni po zapalniczkę. Pstryknął nią i zaczął czytać przy chybotliwym płomyku.

– Mój Boże! – powiedział, mrużąc oczy w świetle. – Pasują do Delavane’a. Sami zwariowani fanatycy, jeśli to rzeczywiście ludzie, o których myślę.

Zgasił zapalniczkę.

– To oni – odparł Beale. – Pierwszy to generał Jacques Louis Bertholdier z Paryża, człowiek doprawdy niezwykły. Podczas wojny walczył w ruchu oporu i przed ukończeniem dwudziestego roku życia otrzymał stopień majora. Później stał się jednym z głównych przywódców OAS Salana. Stał za nieudanym zamachem na de Gaulle’a w sierpniu sześćdziesiątego drugiego roku, uważając się za prawdziwego wodza narodu. Prawie mu się udało. Sądził wówczas. zresztą podobnie jak teraz… że zbuntowani generałowie algierscy to zbawcy osłabionej Francji. Ocalał nie tylko dzięki swojej legendzie, lecz także dlatego, że nie był jedynym człowiekiem o takich poglądach, choć z pewnością odznaczał się szczególną siłą przekonywania. Ma duże wpływy w kręgach dowódców wywodzących się z elitarnej szkoły wojskowej Saint-Cyr. Mówiąc po prostu, to faszysta, fanatyk noszący maskę szanowanego bojownika o wolność.

– Drugi to generał Abrahms – powiedział Converse. – Jastrząb izraelski, który paraduje w stroju safari i wysokich butach, prawda? Urządza wrzaskliwe demonstracje przed Knesetem i na stadionach sportowych, ostrzegając przed krwawą łaźnią w Judei i Samarii, jeśli potomkowie Abrahama nie otrzymają tego, co im się należy. Nie mogą go uciszyć nawet sami Żydzi.

– Wielu się go boi. Stał się elektryzującym symbolem. Przy Chaimie Abrahmsie i jego zwolennikach rząd Begina wydaje się grupką cichych, skromnych pacyfistów. To Sabra, tolerowany przez Żydów z Europy jako świetny żołnierz, sprawdzony w dwóch wojnach. Od czasów młodości Goldy Meir cieszy się szacunkiem, jeśli nie sympatią każdego izraelskiego ministra obrony. Nigdy nie wiadomo, kiedy okaże się potrzebny na polu bitwy.

– Następny to van Headmer z Afryki Południowej, prawda? – spytał Joel, znów pstrykając zapalniczką. – „Kat w mundurze” czy coś w tym rodzaju.

– Jan van Headmer, „rzeźnik z Soweto”, jak nazywają go czarni. Zarządza egzekucje przestępców z niepokojącą częstotliwością i za przyzwoleniem rządu. Pochodzi ze starej afrykanerskiej rodziny, a wszyscy jego przodkowie to generałowie, poczynając od wojny burskiej. Nie widzi żadnego powodu, by RPA wkroczyła w wiek dwudziesty. Tak się składa, że jest bliskim przyjacielem Abrahmsa i często odwiedza Tel Awiw. Jest także jednym z najbardziej oczytanych i czarujących generałów, jacy uczestniczyli kiedykolwiek w konferencjach dyplomatycznych. Jego maniery pozostają w zupełnej sprzeczności z morderczymi skłonnościami.

– Ostatni to Leifhelm – rzucił Converse, gasząc zapalniczkę. – Trochę tajemnicza postać, o ile się nie mylę. Jest ponoć znakomitym żołnierzem, który służył zbyt wielu reżimom, a mimo to cieszy się szacunkiem. Wiem o nim stosunkowo niewiele.

– To zrozumiałe – odparł Beale, kiwając głową w świetle księżyca. – Jego dzieje są pod pewnym względem najdziwniejsze, a w sumie najbardziej wynaturzone, ponieważ nieustannie tuszowano prawdę, aby móc się nim posługiwać i oszczędzić mu wstydu. Feldmarszałek Erich Leifhelm to najmłodszy generał mianowany przez Adolfa Hitlera. Przewidział klęskę Niemiec i zmienił nagle front. Z brutalnego mordercy i fanatycznego nadczłowieka czystej krwi aryjskiej zmienił się w skruszonego zawodowego wojskowego, którego napełniały zgrozą zbrodnie nazistów, gdy się o nich rzekomo dowiadywał. Oszukał wszystkich i oczyszczono go z winy. Nigdy nie trafił na salę sądową w Norymberdze. W okresie zimnej wojny Amerykanie korzystali często z jego usług, dopuszczając go do najściślej strzeżonych tajemnic, a kiedy stworzono nową armię niemiecką mającą wejść w skład NATO, Leifhelma mianowano głównodowodzącym.

– Czy kilka lat temu nie pisano o nim w prasie? Miał jakieś konflikty z Helmutem Schmidtem, prawda?

– Owszem – potwierdził emerytowany historyk. – Jednakże artykuły prasowe były cenzurowane i zawierały tylko połowę prawdy. Leifhelm twierdził jakoby, że przyszłe pokolenia Niemców nie mogą być wiecznie obarczane winą za przeszłość. Należy zwrócić się ku przyszłości. Duma narodowa znów powinna stać się częścią wspólnego dziedzictwa. Było także pobrzękiwanie szabelką pod adresem Sowietów, ale to w zasadzie wszystko.

– A druga połowa prawdy? – spytał Converse.

– Żądał całkowitego zniesienia restrykcji Bundestagu wobec sił zbrojnych, rozbudowy służb wywiadowczych opartych na wzorach Abwehry oraz sądowej rehabilitacji ludzi skazanych za głoszenie poglądów nazistowskich. Domagał się także usunięcia pewnych fragmentów z podręczników szkolnych używanych w niemieckim systemie oświatowym. „Musimy znów poczuć się dumni”, powtarzał, okraszając wszystko gwałtowną antykomunistyczną retoryką.

– Podobnie jak Hitler, gdy przejął władzę w Niemczech.

– Ma pan całkowitą rację. Schmidt przejrzał go i zrozumiał, że realizacja owych postulatów doprowadzi do chaosu. Leifhelm był ponadto człowiekiem wpływowym. Bonn nie mogło sobie pozwolić na wskrzeszenie upiorów przeszłości. Schmidt zmusił Leifhelma do przejścia w stan spoczynku i pozbawił wszelkiego wpływu na działanie rządu.

– Mimo to wciąż zabiera głos.

– Niepublicznie. Ale jest bogaty i ma wielu przyjaciół.

– A wśród nich Delavane’a i jego współpracowników?

– Obecnie zadaje się głównie z nimi.

Joel znów pstryknął zapalniczką, jakby coś sobie przypomniał. Przyjrzał się dolnej części kartki. Znajdowały się tam dwie kolumny nazwisk, prawa zatytułowana „Departament Stanu”, lewa „Pentagon”. Wymieniono w sumie około dwudziestu pięciu ludzi.

– Kto to? – spytał, gasząc zapalniczkę i chowając ją do kieszeni. – Te nazwiska nic mi nie mówią.

– Niektóre powinny, ale to nieważne – odparł wymijająco Beale. – Chodzi o to, że są wśród nich zwolennicy Delavane’a. Wykonują jego rozkazy. Trudno powiedzieć, ilu ich jest, ale co najmniej kilku w każdej grupie. Widzi pan, podejmują decyzje… lub też nie sprzeciwiają się decyzjom… bez których Delavane i jego wspólnicy nie mogliby działać.

– To znaczy?

– Lewa kolumna zawiera nazwiska kluczowych postaci Biura Kontroli Zbrojeń Departamentu Stanu. Udzielają oni koncesji eksportowych: decydują, kto pod pozorem „interesu narodowego” otrzymuje broń i technologie niedostępne dla innych. Ci po prawej to wysocy rangą urzędnicy Pentagonu, wydający setki milionów dolarów na zakup sprzętu wojskowego. Kilka ich decyzji zakwestionowano w kręgach dyplomatycznych i wojskowych, niektóre otwarcie, inne po cichu. Dowiedzieliśmy się o tym.

– Dlaczego? – przerwał Converse.

– Pojawiły się pogłoski, iż udzielono niewłaściwych koncesji eksportowych na duże dostawy broni. Ponadto pewne nadwyżki sprzętu wojskowego zniknęły podczas transportu z tymczasowych magazynów i składów amunicji na odludziu. Takie nadwyżki łatwo rozpływają się w powietrzu, są czymś wstydliwym w epoce ogromnych deficytów budżetowych. Należy się ich czym prędzej pozbyć. Dlatego jeśli pojawi się Akwitańczyk, który chce je zakupić i ma dokumenty w porządku, traktuje się to jako szczęśliwe zrządzenie losu. W niepowołane ręce trafiają całe magazyny wojskowe.

– Do Libii!

– Nie ma co do tego wątpliwości. Do wielu różnych miejsc.

– Wspominał o tym Halliday. Nielegalne transakcje, broń, wyposażenie i dane technologiczne docierające do ludzi, którzy nie powinni mieć do tego dostępu. Na dany znak wkroczą do akcji i dojdzie do fali krwawych konfliktów i ataków terrorystycznych…

– Co da pretekst do użycia wojsk – wtrącił Beale. – To część planu Delavane’a. Władzę przejmie armia, a bezradni cywile będą musieli słuchać rozkazów.

– Ale przed chwilą wspomniał pan, że zaczęto coś kwestionować.

– Dociekliwych powstrzymano frazesami w rodzaju „bezpieczeństwo narodowe” czy „dezinformacja przeciwnika”.

– To działalność sprzeczna z prawem. Czy nie można tego dowieść?

– Kto mógłby dowieść? W jaki sposób?

– Do diabła, przecież popełniono przestępstwo! Nielegalne koncesje eksportowe, zagubione transporty broni, ginący sprzęt…

– Czy mogą tego dowieść ludzie niedopuszczeni do tajemnic wojskowych, pozbawieni wiedzy o skomplikowanych mechanizmach handlu bronią?

– To nie ma sensu! – rzucił Joel. – Sam pan powiedział, że sprawą zainteresowali się ludzie z kręgów dyplomatycznych i wojskowych, z pewnością dopuszczeni do tajemnic i mający wymaganą wiedzę.

– Nagle, jak za sprawą czarów, przestali się interesować. Wielu przekonano, że wykraczają poza zakres swoich kompetencji; inni bali się w to wplątywać; jeszcze innych uciszono zwykłymi groźbami. Zawsze stoją za tym konkretni ludzie i ich liczba stale się powiększa.

– Boże, to przecież organizacja! – wyszeptał Converse.

Naukowiec spojrzał nań twardo w świetle księżyca.

– Owszem, panie Converse, organizacja. Słowem tym posłużył się pewien człowiek, który uważał mnie za jednego z nich. „Zajmie się tym organizacja”, powiedział. Miał na myśli Delavane’a i jego ludzi.

– Dlaczego uważał pana za jednego z nich?

Starzec zamilkł na chwilę. Popatrzył na lśniące Morze Egejskie, a później znów na Joela.

– Wydawało mu się to logiczne. Przed trzydziestu laty porzuciłem mundur wojskowy, zamieniając go na wyświechtaną marynarkę i rozczochraną brodę profesora uniwersytetu. Wielu moich kolegów nie mogło tego pojąć, bo należałem do elity korpusu oficerskiego i byłem poniekąd amerykańskim odpowiednikiem Ericha Leifhelma. W wieku trzydziestu ośmiu lat mianowano mnie generałem brygady; w przyszłości wszedłbym zapewne do Kolegium Szefów Sztabów. Upadek Berlina i śmierć Hitlera nie zrobiły na Leifhelmie żadnego wrażenia, ale ja ciężko przeżyłem ewakuację Korei i rozejm w Panmundżom. Zamiast szlachetnej sprawy widziałem tylko straty, zamiast rozsądku bezsens. Widziałem śmierć, panie Converse, nie bohaterską śmierć w walce przeciwko hordom bestialskich najeźdźców, nawet nie popołudniową śmierć w Hiszpanii przy akompaniamencie okrzyków „ole!”, tylko zwykłą śmierć. Śmierć ohydną, rozszarpującą ciało, i zrozumiałem, że nie mogę dalej pracować w instytucji, która się nią posługuje… Gdybym był człowiekiem wierzącym, zostałbym pewnie księdzem.

– Ale pańscy koledzy, którzy nie mogli tego pojąć, myśleli, że chodzi o coś innego? – spytał Joel, zafascynowany słowami Beale’a, które tak wiele dla niego znaczyły.

– Oczywiście. W raportach o ewakuacji chwalił mnie sam święty MacArthur. Nazywano mnie Rudym Lisem z Inczhon. Miałem wówczas rude włosy. Byłem dobrym dowódcą, umiejącym działać sprawnie i w sposób przemyślany. Aż pewnego dnia otrzymałem rozkaz zdobycia trzech sąsiadujących wzgórz na południe od Czunczon. Nie miały żadnego znaczenia strategicznego. Wysłałem do sztabu iskrówkę, że są nikomu niepotrzebne i niewarte życia ani jednego naszego żołnierza. Poprosiłem o uzasadnienie rozkazu, co w języku wojskowym oznacza: „Zwariowaliście?! Po co mam to robić?!”. Za niespełna piętnaście minut nadeszła odpowiedź: „Bo te wzgórza tam są, generale”. To wszystko. „Bo te wzgórza tam są”. Symboliczne zwycięstwo, żeby ktoś mógł się nim pochwalić na konferencji prasowej w Seulu… Zdobyłem te wzgórza, tracąc przy tym trzystu żołnierzy, i otrzymałem kolejny medal za odwagę.

– Czy wtedy wystąpił pan z wojska?

– Skądże znowu, nie! Miałem zbyt wielki mętlik w głowie, ale wszystko we mnie kipiało. Nadszedł koniec wojny, byłem w Panmundżom, a później odesłano mnie do kraju. Wróżono mi wspaniałą karierę. Jednakże odmówiono drobnego awansu: nie pojechałem na ważną placówkę zagraniczną, gdyż nie znałem języka. W owym czasie miałem już dość wojska. Przeszedłem po cichu w stan spoczynku i zostałem naukowcem.

Tym razem to Joel milczał przez chwilę i przyglądał się starszemu człowiekowi w świetle księżyca.

– Nigdy o panu nie słyszałem – rzekł w końcu. – Dlaczego?

– Nie słyszał pan także o ludziach z dwóch list u dołu strony, prawda? „Kto to?”, spytał pan. „Te nazwiska nic mi nie mówią”. To pańskie słowa, panie Converse.

– Nie byli nigdy młodymi generałami i bohaterami wojennymi.

– Wręcz przeciwnie! – odparł prędko Beale. – To bohaterowie kilku wojen. Każdy z nich zabłysnął na chwilę jak meteor, a później popadł w zapomnienie. Teraz nieustannie wspominają dni swojej chwały i przeżywają je na nowo.

– Brzmi to tak, jakby ich pan usprawiedliwiał.

– Naturalnie! Myśli pan, że im nie współczuję? Że nie współczuję Chaimowi Abrahmsowi, Bertholdierowi, nawet Leifhelmowi? Wzywamy ich, gdy wybucha wojna, chwalimy za czyny przekraczające nasze własne możliwości…

– Ale nie pańskie możliwości. Był pan jednym z nich.

– Ma pan rację. Właśnie dlatego ich rozumiem. Kiedy nastaje pokój, skazujemy ich na nudną wegetację w zapomnieniu. Co gorsza, zmuszamy do tego, by patrzyli na nieudolnych cywilów, których piramidalne brednie przygotowują nową wojnę. A kiedy wreszcie do niej dochodzi, wzywamy naszych bohaterów na pole walki.

– Boże, po czyjej stronie pan właściwie stoi?!

Beale przymknął oczy, zaciskając powieki tak samo jak Joel, gdy nawiedzały go pewne wspomnienia.

– Po twojej, głupcze! – odparł cicho historyk. – Ponieważ wiem, do czego są zdolni. Mówiłem poważnie. Jeszcze nigdy nie było epoki takiej jak ta. Niekompetentni, przerażeni cywile, którzy ciągle o czymś gadają i czegoś szukają, są znacznie lepsi niż jeden z nas. Przepraszam, jeden z nich.

Od strony morza nadleciał podmuch wiatru i wokół stóp Beale’a i Converse’a zawirował piasek.

– A człowiek, który powiedział, że zajmie się tym organizacja? – spytał Joel. – O co mu chodziło?

– Uważali, że mogą mnie wykorzystać. Walczyliśmy razem w Korei, był wówczas bratnią duszą. Nie wiem, dlaczego przyjechał na wyspę. Może na wakacje, a może mnie szukał, kto wie? Spotkaliśmy się w porcie. Szykowałem się właśnie do wypłynięcia łodzią z zatoki Plati, gdy pojawił się nagle w porannym słońcu, wysoki, wyprostowany i bardzo wojskowy. „Musimy porozmawiać…”, odezwał się tym samym rozkazującym tonem, jakim przemawiał zawsze na polu bitwy. Zaprosiłem go do łodzi i wypłynęliśmy powoli z zatoki. Kiedy znaleźliśmy się daleko od Plati, przedstawił mi plany Delavane’a.

– I co dalej?

Historyk umilkł dokładnie na dwie sekundy.

– Zabiłem go – odparł po prostu. – Dźgnąłem go nożem do skrobania ryb i rzuciłem ciało na pożarcie rekinom na mieliźnie Stephanos.

Zdumiony Joel spojrzał na starca w przyćmionym świetle, które podkreślało jeszcze makabryczny charakter wyznania.

– Tak po prostu? – spytał półgłosem.

– Mam w tym wprawę, panie Converse. Nazywano mnie Rudym Lisem z Inczhon. Kiedy należało posunąć się do przodu albo wyeliminować groźbę ze strony przeciwnika, nie wahałem się ani chwili.

– Zabił go pan?!

– Nie zrobiłem tego lekkomyślnie. Nie miałem wyboru. Był werbownikiem i zobaczył w moich oczach milczącą nienawiść. Zobaczył, a ja zrozumiałem, że nie mogę żyć po tym, co usłyszałem. Jeden z nas musiał umrzeć. Zareagowałem po prostu szybciej od niego.

– Rozumował pan bardzo chłodno.

– Jako prawnik rozważa pan nieustannie różne możliwości. Czy miałem inne wyjście?

Joel potrząsnął ze zdziwieniem głową.

– Jak poznał pan Hallidaya?

– Znałem go tylko ze słyszenia. Nigdy go nie spotkałem ani z nim nie rozmawiałem, ale mieliśmy wspólnego przyjaciela.

– W San Francisco?

– Często tam przebywa.

– Kto to?

– Przykro mi, nie zamierzam o nim mówić.

– Dlaczego? Skąd ta tajemniczość?

– Prosił mnie o dyskrecję. W obecnych okolicznościach uważam to życzenie za rozsądne.

– Rozsądne?! Co w tym, u licha, rozsądnego?! Halliday zwraca się do człowieka z San Francisco, który przypadkiem zna pana, generała w stanie spoczynku, żyjącego tysiące kilometrów od kraju na greckiej wyspie. Z panem kontaktuje się z kolei jeden z ludzi Delavane’a. To nieprawdopodobny zbieg okoliczności, ale rozsądku nie ma w tym ani za grosz!

– Niech pan się nad tym nie zastanawia. Proszę to przyjąć na wiarę.

– Zrobiłby pan to na moim miejscu?

– W obecnej sytuacji, owszem. Nie mamy już wyboru.

– Ja mam. Mogę odejść bogatszy o pół miliona dolarów otrzymanych od anonimowego dobroczyńcy. Gdyby zechciał się o nie upomnieć, musiałby ujawnić swoją tożsamość.

– Nie zrobi pan tego. Wybrano pana bardzo starannie.

– Bo mam właściwą motywację? Tak to określił Halliday.

– Szczerze mówiąc, tak.

– Jesteście świnie, wszyscy!

– Jeden z nas nie żyje. Jest pan ostatnim człowiekiem, który z nim rozmawiał.

Joel znów poczuł przypływ gniewu, widząc w wyobraźni oczy konającego człowieka.

– Akwitania… – powiedział cicho. – Delavane… W porządku, wybrano mnie starannie. Co powinienem zrobić na początek?

– A jak pan sądzi? Jest pan adwokatem, a wszystko należy przeprowadzić zgodnie z prawem.

– Właśnie o to mi chodzi. Jestem adwokatem, a nie policjantem ani prywatnym detektywem.

– Wszyscy policjanci krajów, w których żyją ci czterej ludzie, nie mogliby zrobić tego co pan, nawet gdyby chcieli. A na dodatek ostrzegliby Delavane’a.

– W porządku, spróbuję – powiedział Converse, składając kartkę z nazwiskami i chowając do wewnętrznej kieszeni marynarki. – Zacznę od samej góry. Od Paryża. Od Bertholdiera.

– Jacques’a Louisa Bertholdiera – dodał starzec, sięgając do płóciennego plecaka i wyjmując grubą szarą kopertę. – To ostatnia rzecz, jaką możemy panu dać. Wszystko, czego zdołaliśmy się dowiedzieć o tych czterech osobach. Może się to panu przydać. Ich adresy, samochody, wspólnicy, ulubione kawiarnie i restauracje, upodobania w sferze seksualnej, wszystko, co może dać jakiś punkt zaczepienia… Niech pan wykorzysta te informacje. Powinien pan zdobyć kompromitujące materiały na ich temat, dowody przestępstw, a przede wszystkim wykazać, że nie są solidnymi, godnymi szacunku obywatelami, za jakich uchodzą. Coś wstydliwego, panie Converse, wstydliwego. To podstawa śmieszności. Preston Halliday miał w tej kwestii całkowitą rację. Przede wszystkim należy ich ośmieszyć.

Joel już zamierzał przytaknąć, lecz urwał nagle i spojrzał badawczo na Beale’a.

– Nie wspomniałem panu o tym, że Halliday mówił o śmieszności.

– Doprawdy? – zaskoczony historyk zamrugał powiekami w przyćmionym świetle, tracąc na chwilę pewność siebie. – Omawialiśmy oczywiście…

– Nigdy go pan nie spotkał, nigdy z nim nie rozmawiał – wpadł mu w słowo Joel.

– Omawiałem różne taktyki działania z naszym wspólnym przyjacielem – dokończył starzec, odzyskując spokój i patrząc na Joela. – Podstawowa sprawa to śmieszność. Oczywiście, że o tym dyskutowaliśmy.

– Zawahał się pan na moment.

– Zbił mnie pan z tropu zdaniem nie na temat. Moje reakcje są wolniejsze niż dawniej.

– Nie były takie w łodzi koło Stephanos – odciął się Joel.

– To zupełnie inna sytuacja, panie Converse. Tylko jeden z nas mógł opuścić tę łódź. Tym razem obaj wrócimy do domu.

– Dobrze, może trochę przesadzam. Na moim miejscu zachowywałby się pan tak samo. – Converse wyjął z kieszeni paczkę papierosów, podniósł jednego nerwowo do ust i wyciągnął zapalniczkę. – Człowiek, którego znałem w dzieciństwie pod innym nazwiskiem, zwraca się do mnie po latach z niezwykłą ofertą. – Zapalił papierosa i zaciągnął się dymem. – Opowiada zwariowaną historyjkę, która jest akurat na tyle prawdopodobna, że nie mogę jej odrzucić. Najbardziej wiarygodny aspekt całej sprawy to maniak o nazwisku Delavane. Mój przyjaciel twierdzi, że mogę pomóc go unieszkodliwić i jeśli wyrażę zgodę, otrzymam mnóstwo pieniędzy od anonimowego człowieka z San Francisco, które przekaże mi dymisjonowany generał z modnego kurortu na Morzu Egejskim. Później mój przyjaciel zostaje zamordowany w biały dzień w windzie, przeszyty kilkunastoma kulami, i umiera na moich rękach, szepcząc słowo „Akwitania”, a drugi mężczyzna, były wojskowy i profesor uniwersytetu, opowiada historyjkę o werbowniku i twierdzi, że zadźgał go nożem do skrobania ryb, a później rzucił na pożarcie rekinom koło Stephanos czy czegoś w tym rodzaju.

– Aghios Stephanos – powiedział starzec. – Piękna plaża, znacznie popularniejsza od tej.

– Do licha, może przesadzam, panie Beale! A może powinienem mówić profesorze albo generale?! To za wiele jak na dwa zwariowane dni! Nagle straciłem całą wiarę w siebie. Nic z tego wszystkiego nie rozumiem, czuję się przytłoczony, zagubiony i, spójrzmy prawdzie w oczy, cholernie przestraszony!

– Niech pan nie komplikuje – ostrzegł Beale. – Powtarzałem to w kółko swoim studentom. Sugerowałem, aby nie patrzyli na całość zagadnienia, lecz raczej na poszczególne ogniwa łańcucha, podążając za nimi, dopóki nie zobaczą pełnego obrazu sprawy. Jeśli im się to nie udawało, winni byli nie oni, tylko ja. Należy działać krok po kroku, panie Converse.

– Jest pan straszliwie wymagający. Pewnie przestałbym chodzić na pańskie zajęcia.

– Nie wyraziłem tego ładnie. Kiedyś robiłem to lepiej. W badaniach historycznych poszlaki są szalenie ważne.

– Dla prawnika często stanowią istotę sprawy.

– Wobec tego niech się pan skupi na poszlakach. Nie jestem prawnikiem, ale czy nie mógłby pan wejść w rolę adwokata, którego klientowi zagrażają siły mogące pogwałcić jego prawa, zburzyć dotychczasowy tryb życia, uniemożliwić spokojną egzystencję, jednym słowem, zniszczyć go?

– To nie takie proste – odparł Joel. – Mój klient nie chce ze mną rozmawiać, nie chce mnie widzieć, nie chce mi nawet powiedzieć, kim jest.

– Nie jego mam na myśli.

– W takim razie kogo? Pieniądze należą do niego.

– To tylko reprezentant pańskiego prawdziwego klienta.

– A któż to taki?

– Może to, co pozostało jeszcze z cywilizowanego świata?

Joel przyjrzał się historykowi w srebrzystym świetle.

– Wspomniał pan przed chwilą, że nie należy patrzeć na całość, tylko na poszczególne ogniwa łańcucha. Przeraża mnie pan.

Beale się uśmiechnął.

– Mógłbym panu zarzucić błędną konkretyzację, ale tego nie zrobię.

– To dość wyszukany zwrot. Jeśli uważa pan, że wyrywam wszystko z kontekstu, proszę to powiedzieć, a ja zakwestionuję. Popadł pan w sprzeczność, panie profesorze.

– Wielkie nieba, rzeczywiście starannie pana wybrano! Nie pozwala mi pan nawet poczęstować się akademickim środkiem uspokajającym…

Converse odwzajemnił uśmiech historyka.

– Sympatyczny z pana jegomość, nie ma co mówić, panie doktorze! Gdyby był pan prawnikiem, wolałbym nie siedzieć naprzeciwko pana przy stole rokowań.

– Z pewnością przecenia pan moje zdolności – odparł Edward Beale, przestawszy się uśmiechać. – Dopiero zaczyna pan pracę.

– Ale wiem już, czego szukać. Muszę badać ogniwo po ogniwie, aż utworzą łańcuch i wyłoni się całość. Skoncentruję się na koncesjach eksportowych i ludziach, którzy je wydają, a później powiążę kilka nazwisk z interesami Delavane’a w Palo Alto. Wówczas zniszczymy go zgodnie z prawem. Żadnych męczenników, szlachetnych spraw ani zdradzonych bohaterów wojennych, tylko zwykli nikczemni spekulanci, którzy udają wielkich patriotów, by nabijać sobie kieszenie w zupełnie niepatriotyczny sposób. Czyż mogą mieć inne motywy? Ośmieszy ich to, doktorze Beale, bo nie będą w stanie udzielić prawdziwej odpowiedzi.

Oszołomiony starzec zmarszczył czoło i pokiwał głową.

– Cóż, profesor został z powrotem studentem – powiedział z wahaniem. – Jak chce pan tego dokonać?

– Tak jak dziesiątki razy w trakcie negocjacji handlowych… tyle że zamierzam posunąć się krok dalej. Podczas rokowań postępuję jak każdy inny prawnik: próbuję odgadnąć, co chcą osiągnąć moi przeciwnicy po drugiej stronie stołu i dlaczego. Nie interesuje mnie, co chce osiągnąć moja strona, tylko moi adwersarze. O czym myślą? Widzi pan, panie doktorze, próbuję się w nich wczuć, stawiam się na ich miejscu, ani na sekundę nie pozwalając im o tym zapomnieć. To niesłychanie denerwujące. Kiedy mój oponent coś mówi, robię notatki na marginesach, czy to coś ważnego, czy nie… Ale tym razem będę postępować inaczej. Nie zamierzam szukać przeciwników, tylko sojuszników. Zwolenników pewnej idei, idei Delavane’a. Zacznę od Paryża, później przeniosę się do Bonn albo Tel Awiwu, wreszcie zapewne do Johannesburga. A kiedy dotrę do Akwitańczyków, nie będę próbował się w nich wczuwać. Stanę się jednym z nich.

– Bardzo odważna taktyka. Gratuluję panu.

– Jedyna możliwa, skoro zastanawiamy się nad tym, co robić. Mam ponadto mnóstwo pieniędzy, które mogę wydawać, nie rozrzutnie, ale efektywnie, jak życzyłby sobie mój anonimowy klient. Nieznany, stojący w cieniu, ale zawsze obecny. – Joel umilkł, gdyż uderzyła go pewna myśl. – Wie pan, doktorze? Cofam wszystko, co powiedziałem. Nie chcę znać tożsamości swojego klienta z San Francisco. Zamierzam wymyślić własnego mocodawcę, a znajomość prawdy mogłaby zniekształcić obraz, jaki noszę w głowie. Nawiasem mówiąc, proszę mu przekazać, że rozliczę się szczegółowo ze wszystkich wydatków i zwrócę resztę pieniędzy tą samą drogą, jaką je otrzymałem. Przy pomocy pańskiego przyjaciela Laskarisa z banku na Mykonos.

– Ale przecież przyjął pan pieniądze – zaprotestował Beale. – Nie ma powodu…

– Chciałem się przekonać, czy są rzeczywiste. Czy rzeczywisty jest mój klient. Będę potrzebował mnóstwa pieniędzy, bo zamierzam stać się kimś, kim nie jestem, a pieniądze to najbardziej wiarygodny sposób… Nie, panie doktorze, nie wezmę niczego od pańskiego przyjaciela… Chcę dostać Delavane’a. Chcę dostać władcę Sajgonu… Ale posłużę się tymi pieniędzmi, podobnie jak wizerunkiem swojego klienta. Wszystko po to, by przeniknąć do organizacji.

– Skoro najpierw zamierza pan pojechać do Paryża i skontaktować się z Bertholdierem, powinien pan wiedzieć, że prawdopodobnie jest on bezpośrednio związany ze zniknięciem pewnego transportu broni. Może warto od tego zacząć. Jeśli się nie mylimy, ilustruje to w pomniejszonej skali wszystko, co zamierzają nam zgotować.

– Czy są tu dane na ten temat? – spytał Converse, pukając palcem w grubą szarą kopertę zawierającą informacje o generałach.

– Nie, sprawa wyszła na jaw dopiero dziś wczesnym rankiem. Pewnie nie słuchał pan dziennika, prawda?

– Znam tylko angielski. Gdybym usłyszał dziennik, nawet bym się nie zorientował. Co się stało?

– Płonie cała Irlandia Północna. Doszło do największych zamieszek od piętnastu lat. Leje się krew. Grupy zbrojnych ochotników, które opanowały Belfast, Ballyclare, Dromorę i góry Mourne, włóczą się po ulicach i w terenie, strzelając do wszystkiego, co się rusza, i zabijając z wściekłości każdego, kto stanie im na drodze. Zapanowała kompletna anarchia. Rząd Ulsteru ogarnęła panika, parlament jest bezsilny i zdesperowany. Wszyscy gorączkowo szukają jakiegoś rozwiązania. Będzie ono polegać na masowym użyciu wojska.

– Co to ma wspólnego z Bertholdierem?

– Proszę posłuchać uważnie – rzekł historyk, robiąc krok do przodu. – Osiem dni temu z Beloit w stanie Wisconsin wyekspediowano drogą powietrzną transport amunicji złożony z trzystu skrzyń bomb kulkowych i dwóch tysięcy kartonów materiałów wybuchowych. Miał on polecieć do Tel Awiwu przez Montreal, Paryż i Marsylię. Nigdy nie dotarł do miejsca przeznaczenia, a agenci Mossadu ustalili, że do Marsylii przesłano tylko faktury handlowe. Broń zniknęła w Montrealu albo Paryżu i jesteśmy przekonani, że przekazano ją organizacjom terrorystycznym w Irlandii Północnej, zarówno tymczasowemu skrzydłu IRA, jak i protestantom.

– Dlaczego tak sądzicie?

– Pierwsi zabici i ranni, przeszło trzystu mężczyzn, kobiet i dzieci, padli ofiarą bomb kulkowych. To niezbyt przyjemna śmierć, a zranienie jest jeszcze gorsze, gdyż rozrywają ciało na strzępy. Doszło do ogólnej histerii, która zaczyna się rozszerzać. Ulster wymknął się spod kontroli, rząd jest kompletnie sparaliżowany. A wszystko w ciągu jednego dnia, jednego jedynego dnia, panie Converse!

– Sprawdzają, czy są w stanie urzeczywistnić swój plan – rzekł cicho Joel ze ściśniętym gardłem.

– Owszem – zgodził się Beale. – To sprawdzian, pomniejszona ilustracja horroru, do jakiego zamierzają doprowadzić.

Converse zmarszczył brwi.

– Co łączy Bertholdiera ze zniknięciem transportu?

– Kiedy samolot z ładunkiem znalazł się nad terytorium Francji, opiekę nad nim przejęło towarzystwo asekuracyjne, w którego radzie nadzorczej zasiada Bertholdier. Któż jest mniej podejrzany od firmy zmuszonej do pokrycia strat i mającej dostęp do ładunku? Firma ubezpieczeniowa wypłaciła przeszło cztery miliony franków odszkodowania, nie na tyle dużo, by pisała o tym prasa, lecz wystarczająco wiele, by rozwiać wszelkie podejrzenia. A później przekazano broń terrorystom, co doprowadziło do masowej rzezi.

– Jak się nazywa to towarzystwo asekuracyjne?

– Compagnie Solidaire. Solidaire to jedno z ważniejszych ogniw, podobnie jak Beloit oraz Belfast.

– Miejmy nadzieję, że zdołam spytać o to Bertholdiera. Ale muszę to zrobić we właściwym momencie. Spróbuję złapać rano samolot z Aten do Paryża.

– Niechaj towarzyszą panu najlepsze życzenia starego człowieka, panie Converse. Sprawa jest pilna. Pozostało nam trzy do pięciu tygodni. Później dojdzie do wybuchu. Cokolwiek się stanie, czeka nas powtórzenie scenariusza z Irlandii Północnej w dziesięć tysięcy razy większej skali. Groźba jest rzeczywista i mamy coraz mniej czasu.

• • •

Valerie Charpentier obudziła się nagle z rozszerzonymi oczyma i napiętą twarzą, wsłuchując się w dalekie dźwięki, które zagłuszyły cichy plusk fal. Spodziewała się, że lada chwila zawyją syreny alarmowe podłączone do wszystkich drzwi i okien willi.