Imperium Akwitanii - Robert Ludlum

Imperium Akwitanii

0,0

Amerykański prawnik Joel Converse przyjeżdża do Genewy negocjować fuzję przedsiębiorstw. Nieoczekiwanie okazuje się, że interesy drugiej firmy reprezentuje jego dawny kolega z college'u, Avery Fowler, używający obecnie nazwiska Preston Halliday. Halliday proponuje Joelowi zlecenie za milion dolarów: ma zebrać materiały obciążające byłych wojskowych i wspierających ich przemysłowców z kilkunastu krajów – prawicowych fanatyków, którzy planują stworzenie „globalnej Trzeciej Rzeszy” i przejęcie dominacji nad światem.

Na czele spisku stoi generał George Marcus Delavane, były głównodowodzący wojsk amerykańskich w Wietnamie, szaleniec odpowiedzialny za bezsensowną śmierć tysięcy żołnierzy. Godzinę po rozmowie z Joelem Halliday ginie z ręki zamachowców; przed egzekucją mordercy mówią mu, że działają w imieniu Akwitanii. W tej sytuacji Converse decyduje się przyjąć zlecenie.

W Grecji spotyka się ze współpracownikiem Hallidaya, który przekazuje mu akta z informacjami o najważniejszych uczestnikach tajnej organizacji, nazwanej Akwitanią. Pod jej egidą w przeciągu najbliższych tygodni ma powstać nowe imperium, dyktatura wojskowa obejmująca terytoria Europy i Ameryki. Chcąc powstrzymać spiskowców, Joel musi szybko znaleźć twarde dowody przestępczej działalności Delavane'a i jego wspólników. Grozi mu śmierć: z tropiącego przekształcił się w zwierzynę łowną.

Ścigany przez nasłanych morderców z Akwitanii oraz (pod sfingowanym zarzutem zabójstwa) przez policję kilku europejskich krajów, przemieszcza się z miasta do miasta, zawsze o krok przed swoimi prześladowcami...

Dodaj komentarz


Można powiedzieć, że jak sensacja to Ludlum (i kilku innych autorów). Można też powiedzieć, że odwrotnie (i to zdanie byłoby bardziej właściwe). W odróżnieniu od innych powieści spod pióra autora nie ma tu jednak „nadprzyrodzonego” agenta tylko „zwykły” adwokat. Wbrew pozorom akcji nie brakuje, intryga wymyślona przez autora nie jest jakaś szczególna, ale nie przeszkadza to zbytnio w czytaniu. Lekka, łatwa i przyjemna sensacja „nie wyróżniająca się z tłumu”. W sam raz dla rozrywki.


Twórczość Ludluma kojarzę jednoznacznie. Jego powieści nie różnią się od siebie zbytnio, ale stanowią dobrą rozrywkę. W tej książce wprawdzie nie uświadczymy „wszechmocnego” agenta, tylko jest dzielny adwokat, ale niewiele w sumie to zmienia. Wymyślony spisek do przełknięcia, akcja o przyzwoitym tempie. Nie można w sumie narzekać. Trzeba być świadomym, że w tego typu literaturze nie znajdziemy głębszych treści. I dobrze.


Kolejna dobra powieść spod pióra Roberta Ludluma. Akcja wciąga, fabuła jest interesująca. Nie brak tu sensacji i napięcia. Wbrew pozorom nie jest to literatura jedynie dla facetów. Czyta się przyjemnie, całość satysfakcjonuje i spełnia pokładane nadzieje. „Imperium Akwitanii” to książka, którą śmiało można polecić wszystkim wielbicielom gatunku oraz osobom, które mają ochotę na porządną, dobrze skonstruowaną powieść. Czytajcie, nie zawiedziecie się.


Kolejny raz Robert Ludlum pozytywnie mnie zaskakuje. W "Imperium Akwitanii" znajdziemy wszytsko co powinien mieć dobry kryminał/thriller: spisek, groźni wrogowie, wartka (a właściwie szalona) akcja, suspens. Fabuła jest zawiła a akcja co jakiś czas skręca w zaskakującym kierunku. Akwitania to organizacja, ktora chce przejąć władzę nad światem (standard u Ludluma), a główny bohater Joel Converse ma się jej przeciwstawić. Bardzo dobra książka godna polecenia fanom gatunku

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

1-1_jpg
1-2_jpg

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE AQU­ITA­INE PRO­GRES­SION

Co­py­ri­ght © Ro­bert Lu­dlum 1984 / © The Es­ta­te of Ro­bert Lu­dlum 2001

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © To­masz Wy­żyń­ski 2013

Re­dak­cja: Bar­ba­ra No­wak

Ilu­stra­cja na okład­ce: Ser­gey Ka­li­ga­nov/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki i se­rii: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-029-8

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

1-3_jpg

2013. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych – jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Jef­frey­owi Mi­cha­elo­wi Lu­dlu­mo­wi
Wi­taj, przy­ja­cie­lu!
Prze­żyj wspa­nia­łe ży­cie…

CZĘŚĆ I

Roz­dział 1

Ge­ne­wa. Mia­sto sło­necz­nych re­flek­sów. Na je­zio­rze wi­dać wy­dę­te bia­łe ża­gle, a da­lej nie­re­gu­lar­ne rzę­dy so­lid­nych gma­chów, któ­re od­bi­ja­ją się w po­marsz­czo­nej wo­dzie. Wo­kół szma­rag­do­wo­zie­lo­nych fon­tann kwit­ną ty­sią­ce kwia­tów, two­rząc dwu­barw­ną fe­erię ko­lo­rów. Nad gład­ki­mi ta­fla­mi sztucz­nych sta­wów wzno­szą się łuki fan­ta­zyj­nych most­ków pro­wa­dzą­cych na nie­wiel­kie wy­sep­ki, gdzie spo­ty­ka­ją się ko­chan­ko­wie i przy­ja­cie­le oraz to­czą się po­uf­ne ne­go­cja­cje. Od­bi­cia.

Ge­ne­wa, sta­ra i mło­da. Mia­sto śre­dnio­wiecz­nych mu­rów obron­nych i lśnią­cych wie­żow­ców z dym­ne­go szkła, ka­tedr i in­sty­tu­cji ma­ją­cych nie­wie­le wspól­ne­go z re­li­gią. Ka­fej­ki na chod­ni­kach, po­ran­ki mu­zycz­ne nad je­zio­rem, ażu­ro­we mola i krzy­kli­wie po­ma­lo­wa­ne stat­ki wy­ciecz­ko­we pły­wa­ją­ce wzdłuż stro­mych brze­gów. Prze­wod­ni­cy wy­no­szą pod nie­bio­sa za­le­ty po­sia­dło­ści nad je­zio­rem, któ­re po­cho­dzą z cał­kiem in­nej epo­ki, choć współ­cze­śni tu­ry­ści in­te­re­su­ją się ich astro­no­micz­ny­mi ce­na­mi.

Ge­ne­wa. Mia­sto sku­pio­ne­go wy­sił­ku i sa­mo­za­par­cia. Żar­ty to­le­ru­je się tu tyl­ko wte­dy, gdy mają zwią­zek z po­rząd­kiem dzien­nym ob­rad albo za­wie­ra­ną trans­ak­cją. Przy­tłu­mio­ne­mu śmie­cho­wi to­wa­rzy­szą spoj­rze­nia wy­ra­ża­ją­ce po­chwa­łę umia­ru lub mil­czą­ce ostrze­że­nie, by nie prze­kra­czać wy­zna­czo­nych gra­nic. Kan­ton po­ło­żo­ny nad je­zio­rem wie o so­bie wszyst­ko. Pięk­no współ­ist­nie­je tu z przed­się­bior­czo­ścią, a ich wza­jem­na rów­no­wa­ga jest za­zdro­śnie strze­żo­nym pew­ni­kiem.

Ge­ne­wa. To tak­że mia­sto nie­spo­dzia­nek, prze­wi­dy­wal­nych kon­flik­tów przy­bie­ra­ją­cych nie­prze­wi­dy­wal­ny ob­rót, mia­sto gwał­tu na ludz­kiej psy­chi­ce, któ­ry pro­wa­dzi do za­dzi­wia­ją­cych od­kryć.

Roz­le­ga­ją się grzmo­ty: nie­bo po­wle­ka się ciem­ny­mi chmu­ra­mi i za­czy­na pa­dać deszcz. Ule­wa bije we wzbu­rzo­ną toń je­zio­ra, za­ma­zu­je kon­tu­ry i za­sła­nia Jet d’Eau, ogrom­ną fon­tan­nę sta­no­wią­cą chlu­bę mia­sta i ma­ją­cą olśnie­wać wi­dzów. Kie­dy nad­cho­dzi na­gły po­top, Jet d’Eau za­mie­ra. Za­mie­ra­ją tak­że mniej­sze fon­tan­ny i więd­ną kwia­ty po­zba­wio­ne słoń­ca. Zni­ka­ją świe­tli­ste re­flek­sy, a umysł po­pa­da w odrę­twie­nie. Ge­ne­wa. Mia­sto zdra­dziec­kie.

• • •

Me­ce­nas Joel Co­nver­se wy­szedł z ho­te­lu Ri­che­mond i ru­szył przez Jar­din Brun­swick. Ro­zej­rzaw­szy się na boki, skrę­cił w lewo, prze­kła­da­jąc tecz­kę do pra­wej ręki. Był świa­dom zna­cze­nia nie­sio­nych do­ku­men­tów, choć my­ślał przede wszyst­kim o czło­wie­ku, z któ­rym miał się spo­tkać w Le Chat Bot­te, nie­wiel­kiej ulicz­nej ka­fej­ce na­prze­ciw­ko je­zio­ra. Ści­śle mó­wiąc, spo­tkać się po­now­nie, po­my­ślał. Oczy­wi­ście je­śli go z kimś nie po­my­lo­no.

Ame­ry­ka­nin Pre­ston Hal­li­day był głów­nym ad­wer­sa­rzem Jo­ela w to­czą­cych się ro­ko­wa­niach w spra­wie fu­zji przed­się­biorstw szwaj­car­skie­go i ame­ry­kań­skie­go. Obaj praw­ni­cy przy­by­li do Ge­ne­wy na roz­mo­wy do­ty­czą­ce osta­tecz­nych szcze­gó­łów kon­trak­tu. Po­zo­sta­ło bar­dzo nie­wie­le pra­cy, w isto­cie same for­mal­no­ści, gdyż stwier­dzo­no już, że umo­wa jest zgod­na z pra­wem oby­dwu kra­jów i moż­li­wa do przy­ję­cia przez Try­bu­nał Mię­dzy­na­ro­do­wy w Ha­dze. Obec­ność Hal­li­daya wy­da­wa­ła się w związ­ku z tym nie­co dziw­na. Pier­wot­nie nie wcho­dził w skład ze­spo­łu praw­ni­ków ame­ry­kań­skich wy­na­ję­tych przez Szwaj­ca­rów do ro­ko­wań z fir­mą Jo­ela. Samo w so­bie nie wy­klu­cza­ło to oczy­wi­ście jego udzia­łu, gdyż świe­że spoj­rze­nie oka­zu­je się czę­sto cen­ną za­le­tą, jed­nak­że mia­no­wa­nie go głów­nym ne­go­cja­to­rem było co naj­mniej nie­zwy­kłe. A tak­że nie­po­ko­ją­ce.

Co­nver­se nie sty­kał się do­tąd z Hal­li­day­em, któ­ry miał opi­nię spe­cja­li­sty od wy­kry­wa­nia błę­dów praw­nych w za­wie­ra­nych kon­trak­tach. Po­cho­dził z San Fran­ci­sco i zda­rza­ło mu się już do­pro­wa­dzić do ze­rwa­nia wie­lo­mie­sięcz­nych ro­ko­wań, któ­re po­chło­nę­ły set­ki ty­się­cy do­la­rów. Co­nver­se nie wie­dział o Hal­li­dayu nic wię­cej, choć on sam twier­dził, że się zna­ją.

– Mówi Press Hal­li­day – roz­legł się głos w słu­chaw­ce ho­te­lo­we­go te­le­fo­nu. – Za­stę­pu­ję Ro­se­na jako głów­ny ne­go­cja­tor z ra­mie­nia gru­py Bern.

– Co się sta­ło? – spy­tał Joel, trzy­ma­jąc w ręku wi­bru­ją­cą ma­szyn­kę do go­le­nia i usi­łu­jąc przy­po­mnieć so­bie na­zwi­sko roz­mów­cy. Uda­ło mu się to, nim Hal­li­day od­po­wie­dział.

– Do­stał za­wa­łu, bie­da­czek, więc wspól­ni­cy po­sta­no­wi­li ścią­gnąć mnie. – Praw­nik umilkł. – Mu­siał pan być nie­złym skne­rą, me­ce­na­sie.

– Pra­wie się nie tar­go­wa­li­śmy. Mój Boże, przy­kro mi, lu­bię Aaro­na. Jak się czu­je?

– Wyj­dzie z tego. Po­ło­ży­li go do łóż­ka i kar­mią ro­soł­kiem. Ka­zał panu po­wtó­rzyć, że za­mie­rza wy­szu­kać w kontr­ak­cie wszyst­kie pań­skie krucz­ki praw­ne.

– To zna­czy, że pan za­mie­rza. Zresz­tą po pro­stu ich nie ma. To mał­żeń­stwo z czy­stej chci­wo­ści, wie pan o tym rów­nie do­brze jak ja, je­śli przej­rzał pan do­ku­men­ta­cję.

– Ra­bu­nek od­pi­sów in­we­sty­cyj­nych – zgo­dził się Hal­li­day – a do tego spo­ry pro­cent ryn­ku tech­no­lo­gicz­ne­go. Żad­nych krucz­ków. Ale po­nie­waż do­pie­ro co się do tego za­bra­łem, mam do pana kil­ka py­tań. Nie zjadł­by pan ze mną śnia­da­nia?

– Chęt­nie, wła­śnie mia­łem we­zwać po­ko­jów­kę.

– Taki ład­ny ra­nek, cze­mu nie ode­tchnąć świe­żym po­wie­trzem? Miesz­kam w ho­te­lu Pre­si­dent, więc spo­tkaj­my się w po­ło­wie dro­gi, co? Zna pan Le Chat Bot­te?

– Tak, to ka­fej­ka na Quai du Mont Blanc.

– Za dwa­dzie­ścia mi­nut?

– Le­piej pół go­dzi­ny, do­brze?

– W po­rząd­ku. – Hal­li­day za­wie­sił głos. – Miło cię zno­wu sły­szeć, Joel.

– Czyż­by­śmy się zna­li?

– Mo­żesz mnie nie pa­mię­tać. Tyle się zda­rzy­ło od tam­te­go cza­su… Zresz­tą prze­ży­łeś chy­ba wię­cej ode mnie.

– Nie bar­dzo ro­zu­miem.

– Cóż, Wiet­nam… Sie­dzia­łeś dłu­go w nie­wo­li.

– Nie o to mi cho­dzi, to daw­ne dzie­je. Gdzie­śmy się po­zna­li? Przy ja­kiej spra­wie?

– Przy żad­nej. Nic zwią­za­ne­go z in­te­re­sa­mi. Cho­dzi­li­śmy ra­zem do szko­ły.

– Do Duke’a? To bar­dzo duża szko­ła praw­ni­cza.

– Jesz­cze wcze­śniej. Może przy­po­mnisz so­bie, jak się zo­ba­czy­my. Je­śli nie, od­świe­żę ci pa­mięć.

– Mu­sisz uwiel­biać gry… Do­brze, spo­tkaj­my się za pół go­dzi­ny w Le Chat Bot­te.

Idąc w stro­nę Quai du Mont Blanc, ha­ła­śli­we­go bul­wa­ru nad brze­giem je­zio­ra, Co­nver­se usi­ło­wał przy­po­mnieć so­bie Hal­li­daya z cza­sów szkol­nych. Wy­obra­żał so­bie twa­rze ko­le­gów i sta­rał się po­łą­czyć jed­ną z nich z za­po­mnia­nym imie­niem. Nie uda­wa­ło się to jed­nak, choć Hal­li­day nie było wca­le na­zwi­skiem po­spo­li­tym, a zdrob­nie­nie Press sta­no­wi­ło wręcz rzad­kość. Nie wy­obra­żał so­bie, by mógł za­po­mnieć ko­goś na­zy­wa­ją­ce­go się Press Hal­li­day. A mimo to to­na­cja gło­su nie­zna­jo­me­go su­ge­ro­wa­ła bli­skość, nie­omal przy­jaźń.

„Miło cię zno­wu sły­szeć, Joel”. Wy­po­wie­dział te sło­wa cie­płym to­nem, po­dob­nie jak nie­po­trzeb­ną uwa­gę o po­by­cie Co­nver­se’a w nie­wo­li.

Lecz prze­cież za­wsze na­po­my­ka­no o tym ła­god­nie, z ukry­tym lub jaw­nym współ­czu­ciem. Joel do­my­ślał się po­nad­to, dla­cze­go Hal­li­day wspo­mniał prze­lot­nie o Wiet­na­mie. Nie­wta­jem­ni­cze­ni uwa­ża­li, że psy­chi­ka więź­niów ko­mu­ni­stycz­nych obo­zów je­niec­kich ule­gła bez­pow­rot­ne­mu za­bu­rze­niu, że strasz­li­we prze­ży­cia od­mie­ni­ły ich du­cho­wo i otu­ma­ni­ły. Czę­ścio­wo po­kry­wa­ło się to z praw­dą, lecz nie w od­nie­sie­niu do pa­mię­ci. Pa­mięć nie­zwy­kle się wy­ostrza­ła, gdyż pe­ne­tro­wa­no ją bru­tal­nie, bez­li­to­śnie. Mi­nio­ne lata, na­war­stwio­ne wspo­mnie­nia… Twa­rze, oczy, gło­sy, cia­ła ludz­kie, ob­ra­zy prze­la­tu­ją­ce przez umysł, pej­za­że, dźwię­ki, wy­obra­że­nia, za­pa­chy, do­tyk, pra­gnie­nie do­ty­ku – ża­den ele­ment prze­szło­ści nie był na tyle bła­hy, żeby zre­zy­gno­wać z wy­do­by­cia go na świa­tło dzien­ne. Nie­któ­rym jeń­com po­zo­sta­wa­ła tyl­ko pa­mięć, zwłasz­cza nocą, gdy cia­ło sztyw­nia­ło od prze­szy­wa­ją­ce­go chło­du, a nie­skoń­cze­nie zim­niej­szy lęk pa­ra­li­żo­wał my­śli o te­raź­niej­szo­ści. Pa­mięć sta­wa­ła się wów­czas wszyst­kim. Po­ma­ga­ła nie sły­szeć od­le­głych krzy­ków w ciem­no­ści, tłu­mi­ła trzask strza­łów re­wol­we­ro­wych, któ­re tłu­ma­czo­no ran­kiem (zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie!) jako nie­zbęd­ne eg­ze­ku­cje krnąbr­nych więź­niów. Po­zwa­la­ła tak­że za­po­mnieć o nie­szczę­śni­kach zmu­sza­nych przez żąd­nych roz­ryw­ki straż­ni­ków do za­baw zbyt ohyd­nych, by je opi­sać.

Po­dob­nie jak inni jeń­cy, trzy­ma­ni przez więk­szą część nie­wo­li w cał­ko­wi­tej izo­la­cji, Co­nver­se prze­żył na nowo całe swo­je ży­cie, pró­bu­jąc uło­żyć po­szcze­gól­ne fazy w sen­sow­ną ca­łość, coś zro­zu­mia­łe­go i da­ją­ce­go się lu­bić. Nie ro­zu­miał wie­lu rze­czy, za wie­lo­ma nie prze­pa­dał, ale wspo­mnie­nia po­zwa­la­ły żyć. Po­zwo­li­ły­by tak­że umrzeć w spo­ko­ju du­cha. Bez nich strach sta­wał się nie­zno­śny.

Po­nie­waż se­an­se au­to­ana­li­zy po­wta­rza­ły się noc po nocy i wy­ma­ga­ły dys­cy­pli­ny oraz do­kład­no­ści, pa­mięć Co­nver­se’a nie­zmier­nie się wy­ostrzy­ła. W jego mó­zgu dzia­łał ro­dzaj kur­so­ra bie­ga­ją­ce­go po ekra­nie kom­pu­te­ra; za­trzy­my­wał się przy do­wol­nie wy­bra­nej na­zwie lub oso­bie, po czym na­tych­miast uka­zy­wa­ły się skró­to­we dane na jej te­mat. Joel do­szedł w tym do wiel­kiej wpra­wy i zna­lazł się te­raz w krop­ce. Nie pa­mię­tał żad­ne­go Pres­sa Hal­li­daya, chy­ba że cho­dzi­ło o prze­lot­ną zna­jo­mość z wcze­sne­go dzie­ciń­stwa.

„Miło cię zno­wu sły­szeć, Joel”. Czyż­by sło­wa te były pod­stę­pem, for­te­lem praw­ni­ka?

Skrę­cił za róg, ku błysz­czą­cym mo­sięż­nym ba­rier­kom Le Chat Bot­te, w któ­rych od­bi­ja­ło się słoń­ce. Bul­wa­rem pę­dzi­ły lśnią­ce sa­mo­cho­dy i czy­ściut­kie au­to­bu­sy, a chod­ni­ka­mi wy­my­ty­mi przez deszcz po­dą­ża­li śpiesz­nie prze­chod­nie, za­cho­wu­jąc jed­nak po­rzą­dek. Ge­new­ski ra­nek ema­no­wał ła­god­ną ener­gią. Go­ście ulicz­nych ka­fe­jek nie gnie­tli czy­ta­nych ga­zet, lecz prze­glą­da­li je stro­na po stro­nie ze sta­ran­no­ścią i pre­cy­zją.

Po­jaz­dy i lu­dzie nie pro­wa­dzi­li woj­ny; wal­kę za­stą­pio­no spoj­rze­nia­mi i ukło­na­mi, przy­sta­wa­niem i uści­ska­mi dło­ni. Prze­kra­cza­jąc otwar­tą mo­sięż­ną bram­kę Le Chat Bot­te, Joel za­sta­na­wiał się przez chwi­lę, czy Ge­ne­wa nie mo­gła­by eks­por­to­wać swo­ich po­ran­ków do No­we­go Jor­ku. Do­szedł jed­nak do wnio­sku, że za­ka­za­ła­by tego rada miej­ska: no­wo­jor­czy­cy nie znie­śli­by szwaj­car­skiej uprzej­mo­ści.

Po le­wej stro­nie za­sze­le­ści­ła zło­żo­na sta­ran­nie ga­ze­ta (pre­cy­zja wy­da­wa­ła się tu czymś za­raź­li­wym) i uka­za­ła się twarz zna­na Co­nver­se’owi. W prze­ci­wień­stwie do ob­li­cza Jo­ela była… jak to po­wie­dzieć? Upo­rząd­ko­wa­na, ze wszyst­ki­mi czę­ścia­mi pa­su­ją­cy­mi do sie­bie i znaj­du­ją­cy­mi się na wła­ści­wych miej­scach. Pro­ste ciem­ne wło­sy ze schlud­nym prze­dział­kiem, ostry nos i wy­dat­ne war­gi. To twarz na­le­żą­ca do prze­szło­ści, po­my­ślał Joel, choć nie ko­ja­rzy­ło się z nią żad­ne za­pa­mię­ta­ne na­zwi­sko.

Zna­jo­ma po­stać unio­sła gło­wę; ich oczy się spo­tka­ły i Pre­ston Hal­li­day wstał. Pod ele­ganc­kim gar­ni­tu­rem moż­na się było do­my­ślić mu­sku­lar­ne­go, krę­pe­go cia­ła.

– Jak się masz, Joel? – spy­tał zna­jo­mym gło­sem i wy­cią­gnął rękę.

– Wi­taj, Ave­ry! – po­wie­dział Co­nver­se. Wy­ba­łu­szył oczy, prze­szedł nie­zgrab­nie kil­ka kro­ków i prze­ło­żył tecz­kę do le­wej ręki, by uści­snąć po­da­ną mu dłoń. – Ave­ry, praw­da? Ave­ry Fow­ler. Li­ceum Ta­fta, po­czą­tek lat sześć­dzie­sią­tych. Od­sze­dłeś przed kla­są ma­tu­ral­ną nie wia­do­mo dla­cze­go. Wszy­scy to ko­men­to­wa­li­śmy. Upra­wia­łeś za­pa­sy.

– Zdo­by­łem dwu­krot­nie mi­strzo­stwo No­wej An­glii – od­parł praw­nik ze śmie­chem, wska­zu­jąc krze­sło na­prze­ciw­ko. – Sia­daj. Za­raz ci wszyst­ko wy­tłu­ma­czę. Pew­nie się tro­chę dzi­wisz, co? Wła­śnie dla­te­go chcia­łem się z tobą zo­ba­czyć przed dzi­siej­szą kon­fe­ren­cją. Był­by nie­zły skan­dal, gdy­byś na mój wi­dok wstał na­gle i krzyk­nął: „Oszust!”.

– Jesz­cze nie wiem, czy cię tak nie na­zwę, ale nie krzyk­nę. – Co­nver­se za­jął miej­sce przy sto­li­ku, po­sta­wił tecz­kę na zie­mi i spoj­rzał na przed­sta­wi­cie­la kon­ku­ren­cyj­nej fir­my. – Dla­cze­go po­słu­gu­jesz się na­zwi­skiem Hal­li­day? Cze­mu nie po­wie­dzia­łeś nic przez te­le­fon?

– O, daj­że spo­kój! Co wła­ści­wie mia­łem po­wie­dzieć? Na­wia­sem mó­wiąc, sta­ry, zna­łeś mnie jako Tin­ker­bel­la Jo­ne­sa. Gdy­bym się przed­sta­wił jako Fow­ler, nie wie­dział­byś na­wet, o kogo cho­dzi.

– Praw­dzi­wy Fow­ler sie­dzi w wię­zie­niu?

– Sie­dział­by, gdy­by nie strze­lił so­bie w łeb – od­parł Hal­li­day po­waż­nie.

– Mó­wisz za­gad­ka­mi. Je­steś jego bliź­nia­kiem?

– Nie, mam na my­śli swo­je­go ojca.

Co­nver­se mil­czał przez chwi­lę.

– Chy­ba po­wi­nie­nem cię prze­pro­sić.

– Nie ma po­trze­by, nie mo­głeś o ni­czym wie­dzieć. Wła­śnie dla­te­go od­sze­dłem przed kla­są ma­tu­ral­ną, cho­ciaż, do li­cha, na­praw­dę chcia­łem zdo­być ten pu­char! Był­bym je­dy­nym za­pa­śni­kiem, któ­ry wy­wal­czył mi­strzo­stwo No­wej An­glii trzy razy z rzę­du!

– Przy­kro mi… Co się wła­ści­wie sta­ło? A może to in­for­ma­cje za­strze­żo­ne, me­ce­na­sie? Przyj­mę to za do­brą mo­ne­tę.

– Nie mam przed tobą ta­jem­nic. Pa­mię­tasz, jak bryk­nę­li­śmy ra­zem do New Ha­ven i po­de­rwa­li­śmy te dwie cipy na przy­stan­ku au­to­bu­so­wym?

– Mó­wi­li­śmy, że stu­diu­je­my na Yale.

– Dały się po­de­rwać, nie dały ze­rżnąć.

– Za bar­dzo się sta­ra­li­śmy.

– Smar­ka­cze z li­ceum – pod­su­mo­wał Hal­li­day. – Ktoś na­pi­sał o nas książ­kę. Czy na­praw­dę je­ste­śmy ta­ki­mi eu­nu­cha­mi?

– Tro­chę, ale jesz­cze się ode­gra­my. Je­ste­śmy ostat­nią mniej­szo­ścią na­ro­do­wą w Ame­ry­ce, więc w koń­cu za­czną nam współ­czuć… Co się wła­ści­wie sta­ło, Ave­ry?

Po­ja­wił się kel­ner. Na­strój prysł. Jak na­ka­zy­wa­ła uświę­co­na tra­dy­cja, obaj męż­czyź­ni za­mó­wi­li kawę i ro­ga­li­ki. Kel­ner zwi­nął dwie czer­wo­ne płó­cien­ne ser­wet­ki i po­sta­wił je na sto­li­ku.

– Co się sta­ło? – po­wtó­rzył ci­cho Hal­li­day po jego odej­ściu. – Coś fan­ta­stycz­ne­go! Mój ku­rew­ski oj­ciec zde­frau­do­wał czte­ry­sta ty­się­cy do­la­rów z ban­ku Cha­se Man­hat­tan, gdzie był skarb­ni­kiem, zła­pa­li go i pal­nął so­bie w łeb. Kto by przy­pusz­czał, że sza­no­wa­ny wła­ści­ciel pod­miej­skiej wil­li w Gre­en­wich, Con­nec­ti­cut, ma w mie­ście dwie ko­chan­ki, jed­ną w slum­sach East Side, a dru­gą na Bank Stre­et? Coś pięk­ne­go!

– Był czło­wie­kiem za­pra­co­wa­nym. Ale cią­gle nie ro­zu­miem, dla­cze­go na­zy­wasz się Hal­li­day.

– Kie­dy wszyst­ko wy­szło na jaw. po sa­mo­bój­stwie ojca spra­wę za­tu­szo­wa­no… mat­ka do­sta­ła sza­łu. Czym prę­dzej prze­pro­wa­dzi­ła się z po­wro­tem do San Fran­ci­sco. Po­cho­dzi­li­śmy z Ka­li­for­nii, wiesz? Po­tem zwa­rio­wa­ła jesz­cze bar­dziej i po­ślu­bi­ła mo­je­go oj­czy­ma, Joh­na Hal­li­daya. Po kil­ku mie­sią­cach nie zo­sta­ło ani śla­du po Fow­le­rze.

– Zmie­ni­łeś na­wet imię?

– Nie. W San Fran­ci­sco za­wsze na­zy­wa­no mnie Press. Ka­li­for­nij­czy­cy lu­bią dzi­wacz­ne imio­na: Tab, Troy, Crotch… Cho­ro­ba Be­ver­ly Hills z lat pięć­dzie­sią­tych… U Ta­fta fi­gu­ro­wa­łem w dzien­ni­ku jako Ave­ry Pre­ston Fow­ler, więc wo­ła­no na mnie Ave­ry albo Ave, cze­go zresz­tą nie zno­si­łem. Prze­nio­słem się z in­nej szko­ły, więc po­sta­no­wi­łem się nie sprze­ci­wiać. W Con­nec­ti­cut trze­ba po­stę­po­wać jak Hol­den Caul­field.

– Bar­dzo do­brze – po­wie­dział Co­nver­se – ale co się dzie­je, gdy spo­ty­kasz ko­goś ta­kie­go jak ja? Musi się to zda­rzać.

– Zdzi­wił­byś się, jak rzad­ko. W koń­cu mi­nę­ło wie­le lat, a w Ka­li­for­nii to nic no­we­go. Tam­tej­sze dzie­cia­ki zmie­nia­ją na­zwi­ska po każ­dym mał­żeń­stwie ro­dzi­ców, a ja by­łem na Wschod­nim Wy­brze­żu tyl­ko w czwar­tej i pią­tej kla­sie. Nie zna­łem w Gre­en­wich pra­wie ni­ko­go i nie na­le­ża­łem do szkol­nej pacz­ki.

– Mia­łeś kil­ku przy­ja­ciół. Na przy­kład mnie.

– Nie­licz­nych. Spójrz­my praw­dzie w oczy: sta­łem z boku, a ty nie by­łeś wy­bred­ny. Nie­zbyt zwra­ca­łem na sie­bie uwa­gę.

– Ale nie na ma­cie.

Hal­li­day się ro­ze­śmiał.

– Nie­wie­lu za­pa­śni­ków koń­czy pra­wo, za czę­sto do­sta­ją w gło­wę… Cóż, sko­ro chcesz wie­dzieć, przez ostat­nie dzie­sięć lat za­le­d­wie pięć czy sześć razy usły­sza­łem py­ta­nie: „Ejże, czy nie na­zy­wasz się Fow­ler, a nie Hal­li­day?”. Kie­dy to się zda­rza, mó­wię praw­dę. Moja mat­ka wy­szła po­now­nie za mąż, jak mia­łem szes­na­ście lat. To wszyst­ko.

Po­ja­wi­ła się kawa i ro­ga­li­ki. Joel prze­ła­mał swój na pół.

– I my­śla­łeś, że spy­tam cię o to w nie­sto­sow­nej chwi­li, na przy­kład pod­czas kon­fe­ren­cji?

– Je­stem tyl­ko za­wo­do­wo uprzej­my. Nie chcę, że­byś się zaj­mo­wał moim na­zwi­skiem, za­miast my­śleć o swo­im klien­cie. W koń­cu pew­ne­go wie­czo­ru pró­bo­wa­li­śmy stra­cić ra­zem cno­tę w New Ha­ven.

– Mów tyl­ko za sie­bie. – Joel się uśmiech­nął.

Hal­li­day wy­szcze­rzył zęby.

– Schla­li­śmy się obaj, nie pa­mię­tasz? Na­wia­sem mó­wiąc, kie­dy rzy­ga­li­śmy do ku­bła, przy­się­ga­li­śmy so­bie za­cho­wać wszyst­ko w se­kre­cie.

– Chcia­łem cię tyl­ko spraw­dzić. Pa­mię­tam. Więc po­rzu­ci­łeś sza­rą szko­łę dla po­ma­rań­czo­wych ko­szu­lek i zło­tych me­da­li?

– Wła­śnie. Naj­pierw stu­dio­wa­łem w Ber­ke­ley, a po­tem w Stan­for­dzie, po dru­giej stro­nie uli­cy.

– Do­bry uni­wer­sy­tet… A skąd mię­dzy­na­ro­do­we pra­wo han­dlo­we?

– Lu­bi­łem po­dró­żo­wać i do­sze­dłem do wnio­sku, że to naj­tań­szy spo­sób. I tak to się za­czę­ło… A ty? Zda­je się, że speł­ni­łeś wszyst­kie moje ma­rze­nia o po­dró­żach.

– W mło­do­ści chcia­łem pra­co­wać jako rad­ca praw­ny w służ­bie za­gra­nicz­nej. I tak to się za­czę­ło…

– Po Wiet­na­mie?

Co­nver­se spoj­rzał na Hal­li­daya bla­do­błę­kit­ny­mi oczy­ma, świa­dom ich chłod­ne­go wy­ra­zu. Było to nie­unik­nio­ne, choć jak zwy­kle nie­po­trzeb­ne.

– Owszem, po Wiet­na­mie. Okła­my­wa­no nas i za póź­no się o tym do­wie­dzie­li­śmy. By­li­śmy ma­ni­pu­lo­wa­ni. Nie po­win­no do tego dojść.

Hal­li­day po­chy­lił się do przo­du z łok­cia­mi opar­ty­mi na sto­le i sple­cio­ny­mi dłoń­mi, pa­trząc Jo­elo­wi pro­sto w oczy.

– Nie mo­głem tego zro­zu­mieć – ode­zwał się ci­cho. – Kie­dy prze­czy­ta­łem two­je na­zwi­sko w ga­ze­cie i zo­ba­czy­łem cię w te­le­wi­zji, mia­łem strasz­ne­go kaca. Nie zna­łem cię do­brze, lecz prze­cież lu­bi­łem.

– To na­tu­ral­na re­ak­cja. Na two­im miej­scu czuł­bym to samo.

– Nie je­stem tego taki pe­wien. Wiesz, by­łem jed­nym z przy­wód­ców ru­chu pa­cy­fi­stycz­ne­go.

– Spa­li­łeś swo­ją kar­tę po­wo­ła­nia i uda­wa­łeś hi­pi­sa – rzekł mięk­ko Co­nver­se, któ­re­go spoj­rze­nie zła­god­nia­ło. – Nie mia­łem w so­bie tyle od­wa­gi.

– Ja też. Była to sta­ra kar­ta bi­blio­tecz­na.

– Spra­wiasz mi za­wód.

– Sam też się na so­bie za­wio­dłem. Ale sta­łem się zna­ny. – Hal­li­day od­chy­lił się do tyłu i się­gnął po kawę. – A co spo­wo­do­wa­ło, że ty też sta­łeś się zna­ny, Joel? Nie wy­glą­da­łeś na ko­goś ta­kie­go.

– Nie mia­łem wy­bo­ru.

– Zda­je się, że wspo­mnia­łeś coś o ma­ni­pu­la­cji.

– To było póź­niej.

Co­nver­se uniósł fi­li­żan­kę i wy­pił łyk czar­nej kawy, za­nie­po­ko­jo­ny zmia­ną te­ma­tu roz­mo­wy. Nie lu­bił wspo­mi­nać woj­ny i zbyt czę­sto go do tego zmu­sza­no. Ucho­dził za ko­goś in­ne­go niż w rze­czy­wi­sto­ści.

– Stu­dio­wa­łem w Am­herst i uczy­łem się dość kiep­sko. Kiep­sko jak dia­bli. Le­d­wo prze­sze­dłem na dru­gi rok i nie mia­łem szans na od­ro­cze­nie służ­by woj­sko­wej. Ale la­ta­łem od czter­na­ste­go roku ży­cia.

– Nie wie­dzia­łem o tym – prze­rwał Hal­li­day.

– Mój oj­ciec pro­wa­dził spo­koj­ne ży­cie, lecz był pi­lo­tem w lot­nic­twie cy­wil­nym, a póź­niej urzęd­ni­kiem Pan Ame­ri­can. W ro­dzi­nie Co­nver­se’ów uczo­no się pi­lo­ta­żu przed uzy­ska­niem pra­wa jaz­dy.

– Bra­cia i sio­stry tak samo?

– Mam młod­szą sio­strę. Od­fru­nę­ła przede mną i nig­dy nie po­zwo­li­ła mi o tym za­po­mnieć.

– Pa­mię­tam. Ro­bio­no z nią wy­wia­dy w te­le­wi­zji.

– Tyl­ko dwa – prze­rwał Joel z uśmie­chem. – Była prze­ciw­ko woj­nie i wca­le się z tym nie kry­ła. Chłop­cy z Bia­łe­go Domu ka­za­li trzy­mać się od niej z da­le­ka. Nie po­zwól­cie szar­gać ide­ałów i prze­glą­daj­cie jej ko­re­spon­den­cję.

– Wła­śnie dla­te­go ją za­pa­mię­ta­łem – rzekł Hal­li­day. – Więc kiep­ski stu­dent opu­ścił uni­wer­sy­tet i ma­ry­nar­ka zy­ska­ła pi­lo­ta za­pa­leń­ca?

– Żad­ne­go za­pa­leń­ca. Nie by­li­śmy za­pa­leń­ca­mi. Prze­waż­nie po pro­stu się pa­li­li­śmy.

– Mu­sia­łeś nie­na­wi­dzić ta­kich jak ja, sie­dzą­cych w Sta­nach.

Oczy­wi­ście z wy­jąt­kiem swo­jej sio­stry.

– Jej też nie­na­wi­dzi­łem – spro­sto­wał Co­nver­se. – Nie­na­wi­dzi­łem jej, czu­łem do niej od­ra­zę, gar­dzi­łem nią, by­łem wście­kły… Ale tyl­ko wte­dy, gdy ktoś po­legł albo zwa­rio­wał w obo­zie. Nie z po­wo­du wa­szych po­glą­dów. wszy­scy zna­li­śmy Saj­gon… lecz dla­te­go, że nie mie­li­ście po­ję­cia o praw­dzi­wym stra­chu. By­li­ście bez­piecz­ni i czu­li­śmy się przez was jak idio­ci. Tępi, prze­ra­że­ni idio­ci.

– Ro­zu­miem cię.

– To bar­dzo miło z two­jej stro­ny.

– Prze­pra­szam, chy­ba po­wie­dzia­łem to nie­wła­ści­wym to­nem.

– Ja­kim to­nem, me­ce­na­sie?

Hal­li­day zmarsz­czył brwi.

– Tro­chę pro­tek­cjo­nal­nym.

– Wca­le nie tro­chę – od­parł Joel. – Cał­ko­wi­cie.

– Da­lej je­steś wście­kły.

– Nie na cie­bie, tyl­ko na prze­szłość. Nie­na­wi­dzę jej i sta­le mu­szę do niej wra­cać.

– Ob­wi­niaj o to rzecz­ni­ka pra­so­we­go Pen­ta­go­nu. By­łeś przez pe­wien czas bo­ha­te­rem dzien­ni­ków te­le­wi­zyj­nych. Trzy uciecz­ki z obo­zu! Dwu­krot­nie schwy­ta­ny i osa­dzo­ny w kar­ce­rze, a wresz­cie ostat­nia, sa­mot­na pró­ba uwień­czo­na po­wo­dze­niem. Nim do­tar­łeś do na­szych li­nii, prze­by­łeś trzy­sta ki­lo­me­trów dżun­gli opa­no­wa­nej przez nie­przy­ja­cie­la.

– Tyl­ko sto ki­lo­me­trów. Mia­łem pie­kiel­ne szczę­ście. W trak­cie dwóch pierw­szych ucie­czek przy­czy­ni­łem się do śmier­ci ośmiu lu­dzi. Nie je­stem z tego szcze­gól­nie dum­ny. Czy mo­gli­by­śmy się wresz­cie za­jąć spra­wą Comm Tech-Bern?

– Pro­szę, daj mi jesz­cze kil­ka mi­nut – rzekł Hal­li­day, od­su­wa­jąc ro­ga­lik na bok. – Nie cho­dzi mi tyl­ko o prze­szłość. Mam coś szcze­gól­ne­go na my­śli, oczy­wi­ście, je­śli uwa­żasz mnie za zdol­ne­go do my­śle­nia.

– Wieść nie­sie, że Pre­ston Hal­li­day ma łeb na kar­ku. O ile moi ko­le­dzy mó­wią praw­dę, je­steś praw­dzi­wym re­ki­nem. Ale ja zna­łem ko­goś o imie­niu Ave­ry, nie Press.

– Mogę wy­stę­po­wać jako Fow­ler, sko­ro czu­jesz się le­piej w jego to­wa­rzy­stwie.

– O co ci wła­ści­wie cho­dzi?

– Naj­pierw kil­ka py­tań. Wiesz, wolę być do­kład­ny, bo ty tak­że masz pew­ną opi­nię wśród ko­le­gów. Sły­sza­łem, że je­steś jed­nym z naj­lep­szych spe­cja­li­stów od mię­dzy­na­ro­do­we­go pra­wa han­dlo­we­go, ale moi roz­mów­cy nie są w sta­nie po­jąć, dla­cze­go pra­cu­jesz w sto­sun­ko­wo ma­łej, choć uzna­nej fir­mie, sko­ro mógł­byś zro­bić bły­sko­tli­wą ka­rie­rę. A na­wet za­ło­żyć wła­sną kan­ce­la­rię.

– Chcesz mnie zwer­bo­wać?

– Nie, nie wcho­dzę w spół­ki. Na­uczy­łem się tego dzię­ki me­ce­na­so­wi Joh­no­wi Hal­li­day­owi z San Fran­ci­sco.

Co­nver­se spoj­rzał na dru­gą po­ło­wę ro­ga­li­ka i po­sta­no­wił z niej zre­zy­gno­wać.

– O co chciał­byś mnie spy­tać, me­ce­na­sie?

– Dla­cze­go pra­cu­jesz tam, gdzie pra­cu­jesz?

– Mam wy­so­kie po­bo­ry i sa­mo­dziel­nie kie­ru­ję swo­im wy­dzia­łem: nikt nie za­glą­da mi przez ra­mię. I wolę nie ry­zy­ko­wać. Mu­szę pła­cić żo­nie ali­men­ty, a to kosz­tow­na przy­jem­ność.

– Dzie­ciom też?

– Nie, chwa­ła Bogu!

– Jak się po­to­czy­ło two­je ży­cie po zwol­nie­niu ze służ­by w ma­ry­nar­ce? Jak się czu­łeś?

Hal­li­day znów po­chy­lił się do przo­du, z łok­cia­mi na sto­li­ku i bro­dą pod­par­tą dłoń­mi. Spra­wiał wra­że­nie do­cie­kli­we­go stu­den­ta. Albo ko­goś znacz­nie groź­niej­sze­go.

– Z kim o mnie roz­ma­wia­łeś? – spy­tał Co­nver­se.

– To na ra­zie in­for­ma­cja po­uf­na, me­ce­na­sie. Przyj­miesz to za do­brą mo­ne­tę?

Joel się uśmiech­nął.

– Na­praw­dę je­steś re­ki­nem… W po­rząd­ku, oto moje dzie­je. Kie­dy wró­ci­łem po woj­nie do kra­ju, chcia­łem żyć na ca­łe­go. By­łem wście­kły, ale po­sta­no­wi­łem się wy­bić. Kiep­ski stu­dent zmie­nił się w ku­jo­na. Skła­mał­bym, gdy­bym nie przy­znał, że mia­łem pew­ne fory. Wró­ci­łem do Am­herst i przez trzy se­me­stry i lato od­wa­li­łem dwa i pół roku stu­diów. Póź­niej otrzy­ma­łem pro­po­zy­cję in­dy­wi­du­al­ne­go toku na­uki u Duke’a. Po­je­cha­łem tam, a po­tem spe­cja­li­zo­wa­łem się w Geo­r­ge­town, od­by­wa­jąc jed­no­cze­śnie apli­ka­cję.

– Apli­ko­wa­łeś w Wa­szyng­to­nie?

Co­nver­se ski­nął gło­wą.

– Tak.

– Gdzie?

– W kan­ce­la­rii Clif­for­da.

Hal­li­day gwizd­nął ci­cho, pro­stu­jąc się na krze­śle.

– To prze­cież zie­mia obie­ca­na, pasz­port do raju Black­sto­ne’a i świa­ta mię­dzy­na­ro­do­wych kon­cer­nów!

– Mó­wi­łem ci, że mia­łem fory.

– Czy to wte­dy po­sta­no­wi­łeś wstą­pić do dy­plo­ma­cji? W Geo­r­ge­town? W Wa­szyng­to­nie?

Joel znów ski­nął gło­wą i zmru­żył oczy ośle­pio­ny bły­skiem słoń­ca na ma­sce sa­mo­cho­du par­ku­ją­ce­go na bul­wa­rze nad je­zio­rem.

– Tak – od­parł ci­cho.

– Mo­gło ci się udać – rzekł Hal­li­day.

– Bra­li mnie za ko­goś in­ne­go. Kie­dy się zo­rien­to­wa­li, że wy­zna­ję inną mo­ral­ność, nie chcie­li ze mną roz­ma­wiać.

– A kan­ce­la­ria Clif­for­da? Na­wet im mu­sia­łeś im­po­no­wać. – Ka­li­for­nij­czyk uniósł dło­nie nad sto­łem. – Wiem, wiem. Bra­li cię za ko­goś in­ne­go.

– Było ich zbyt wie­lu – po­wie­dział z na­ci­skiem Co­nver­se. – Mają oko­ło czter­dzie­stu sław­nych ad­wo­ka­tów i dwu­stu wy­rob­ni­ków na li­ście płac. Mi­nę­ło­by dzie­sięć lat, nim zna­la­zł­bym mę­ską ubi­ka­cję, i ko­lej­ne dzie­sięć, nim zdo­był­bym klucz. Nie tego szu­ka­łem.

– A cze­go?

– Mniej wię­cej tego, co osią­gną­łem. Mó­wi­łem ci już: do­brze za­ra­biam i kie­ru­ję wy­dzia­łem za­gra­nicz­nym. To dru­gie jest dla mnie rów­nie waż­ne.

– Nie mo­głeś tego prze­wi­dzieć, za­czy­na­jąc pra­cę – sprze­ci­wił się Hal­li­day.

– Wręcz prze­ciw­nie. Obie­ca­no mi to. Kie­dy Tal­bot, Bro­oks i Si­mon za­pro­po­no­wa­li mi po­sa­dę, za­war­li­śmy dżen­tel­meń­ską umo­wę. Je­śli spraw­dzę się w cią­gu czte­rech czy pię­ciu lat, przej­mę obo­wiąz­ki Bro­ok­sa. Zaj­mo­wał się spra­wa­mi za­gra­nicz­ny­mi i mę­czy­ły go nie­ustan­ne zmia­ny cza­su. – Co­nver­se znów za­wie­sił głos. – Wy­glą­da na to, że się spraw­dzi­łem.

– A po dro­dze zna­la­złeś so­bie żonę?

Joel wy­pro­sto­wał się na krze­śle.

– Czy na­praw­dę mu­si­my o tym mó­wić?

– To nie ma związ­ku ze spra­wą, ale nie­sły­cha­nie mnie in­te­re­su­je.

– Dla­cze­go?

– Zwy­kła cie­ka­wość – od­parł Hal­li­day z uśmie­chem w oczach. – Pew­nie czuł­byś to samo na moim miej­scu, gdy­bym prze­szedł to co ty.

– Cho­ler­ny re­kin! – wy­mam­ro­tał Co­nver­se.

– Na­tu­ral­nie nie musi pan od­po­wia­dać, me­ce­na­sie.

– Wiem. Naj­dziw­niej­sze, że nie robi mi to żad­nej róż­ni­cy. Pa­dła ofia­rą mo­ich prze­żyć wo­jen­nych. – Joel prze­ła­mał swój ro­ga­lik, ale nie pod­niósł go z ta­le­rza. – Kom­fort, wy­go­da i mała sta­bi­li­za­cja – do­dał.

– Słu­cham?

– Po­wta­rzam tyl­ko jej sło­wa – cią­gnął Joel. – Mó­wi­ła, że się z nią oże­ni­łem, żeby mieć dom, ku­char­kę, pracz­kę i nie mar­no­wać cza­su na iry­tu­ją­ce po­szu­ki­wa­nia part­ne­rek do łóż­ka. „Mój Boże, czy mu­sia­łam to być ja?!”. To tak­że jej wła­sne sło­wa.

– Mó­wi­ła praw­dę?

– Już ci po­wie­dzia­łem, po po­wro­cie do kra­ju chcia­łem żyć na ca­łe­go. Sta­ła się jed­nym z ele­men­tów tego ży­cia. Tak, mó­wi­ła praw­dę. Ku­char­ka, słu­żą­ca, pracz­ka, ko­chan­ka i ozdo­ba przy­jęć to­wa­rzy­skich. Twier­dzi­ła, że nie ma po­ję­cia, co jest naj­waż­niej­sze.

– Mu­sia­ła być świet­ną dziew­czy­ną.

– Była nią. Jest.

– Czy to zna­czy, że mo­gli­by­ście się po­go­dzić?

– Wy­klu­czo­ne. – Co­nver­se po­krę­cił gło­wą z uśmie­chem na war­gach, lecz z po­wa­gą w oczach. – Ona tak­że była ma­ni­pu­lo­wa­na. Nie po­win­ni­śmy się po­bie­rać. Zresz­tą na­praw­dę lu­bię swój sta­tus roz­wod­ni­ka. Nie wszy­scy je­ste­śmy stwo­rze­ni do do­mo­we­go cie­peł­ka, na­wet je­śli o nim ma­rzy­my.

– To wca­le nie­zły spo­sób na ży­cie.

– Też w to wdep­ną­łeś? – spy­tał po­śpiesz­nie Joel, by zmie­nić te­mat roz­mo­wy.

– Aż do wi­zyt u or­to­don­ty i psy­cho­lo­ga. Mam pię­cio­ro dzie­ci i jed­ną żonę. Do­brze mi z tym.

– Ale prze­cież dużo po­dró­żu­jesz, praw­da?

– Za to po­wro­ty do domu są wspa­nia­łe. – Hal­li­day znów po­chy­lił się do przo­du, jak­by wy­py­ty­wał świad­ka. – Więc nie je­steś z ni­kim szcze­gól­nie zwią­za­ny, nie masz wo­bec ni­ko­go zo­bo­wią­zań?

– Tal­bot, Bro­oks i Si­mon po­czu­li­by się ura­że­ni, gdy­by to usły­sze­li. Po­dob­nie jak mój oj­ciec. Od śmier­ci mat­ki jemy ra­zem obiad raz w ty­go­dniu, chy­ba że po­dró­żu­je po ca­łym świe­cie jako po­sia­dacz kil­ku bez­płat­nych bi­le­tów lot­ni­czych.

– Jest cią­gle ak­tyw­ny?

– Naj­pierw leci do Ko­pen­ha­gi, a za­raz po­tem do Hong­kon­gu. Do­brze się bawi: sta­le zmie­nia miej­sce po­by­tu. Ma sześć­dzie­siąt osiem lat i jest ze­psu­ty do szpi­ku ko­ści.

– Chy­ba­bym go lu­bił.

Co­nver­se wzru­szył ra­mio­na­mi i znów się uśmiech­nął.

– Nie je­stem pe­wien. Uwa­ża wszyst­kich praw­ni­ków za gów­nia­rzy, ze mną włącz­nie. To ostat­ni pi­lot sta­rej daty.

– Je­stem pe­wien, że bym go lu­bił. Ale poza pra­co­daw­ca­mi i oj­cem nie masz ni­ko­go?

– Cho­dzi ci o ko­bie­ty? Spo­ty­kam się z kil­ko­ma i je­ste­śmy do­bry­mi przy­ja­ciół­mi, lecz wo­lał­bym o tym nie roz­ma­wiać.

– Mam dla cie­bie pew­ną ofer­tę.

– Wo­bec tego do rze­czy, me­ce­na­sie. Prze­słu­cha­nie skoń­czo­ne.

Ka­li­for­nij­czyk ski­nął gło­wą.

– W po­rząd­ku, do rze­czy. Lu­dzie, z któ­ry­mi roz­ma­wia­łem, chcą wie­dzieć, czy mo­żesz swo­bod­nie po­dró­żo­wać.

– Nie mogę. Mam pra­cę i mnó­stwo obo­wiąz­ków. Dziś jest śro­da; sfi­na­li­zu­je­my trans­ak­cję do piąt­ku. Póź­niej we­zmę wol­ny week­end, a w po­nie­dzia­łek… po­ja­dę tam, gdzie mnie ocze­ku­ją.

– Przy­pu­ść­my, że Tal­bot, Bro­oks i Si­mon wy­ra­zi­li­by zgo­dę…

– Trud­no to so­bie wy­obra­zić.

– A ty otrzy­mał­byś ofer­tę nie do od­rzu­ce­nia.

– Nie mie­ści mi się to w gło­wie.

– Sam to roz­strzy­gnij – cią­gnął Hal­li­day. – Pół mi­lio­na do­la­rów nie­za­leż­nie od wy­ni­ku, mi­lion, je­śli ci się po­wie­dzie.

– Chy­ba zwa­rio­wa­łeś! – Co­nver­se’a ośle­pił ko­lej­ny błysk słoń­ca, a pod po­wie­ka­mi wi­ro­wa­ły mu przez chwi­lę czer­wo­ne krę­gi. Uniósł lewą rękę do oczu i spoj­rzał na męż­czy­znę zna­ne­go on­giś jako Ave­ry Fow­ler. – Wy­bra­łeś dziw­ny mo­ment, że już nie wspo­mnę o ety­ce, bo prze­cież nie mo­żesz ni­cze­go zy­skać pod­czas dzi­siej­szej kon­fe­ren­cji. Nie lu­bię otrzy­my­wać ofert od praw­ni­ków, z któ­ry­mi mam się spo­tkać przy sto­le ro­ko­wań. Na­wet je­śli są to pro­po­zy­cje wa­riac­kie.

– To nic zwią­za­ne­go z fu­zją. Ra­cja, nie mam dziś nic do stra­ce­nia ani do wy­gra­nia. Za­ła­twi­li­ście spra­wę z Aaro­nem, więc nie na­ru­szam ety­ki za­wo­do­wej. Szwaj­ca­rzy pła­cą tyl­ko mi­ni­mal­ną staw­kę za stra­co­ny czas, bo nie po­trze­ba tu żad­nych spe­cjal­nych umie­jęt­no­ści. Dziś rano za­pro­po­nu­ję przy­ję­cie kon­trak­tu w uzgod­nio­nej for­mie, bez żad­nych zmian. Gdzie tu kon­flikt su­mie­nia?

– A gdzie zdro­wy roz­są­dek? – spy­tał Joel. – Nie wspo­mi­na­jąc już o zgo­dzie Tal­bo­ta, Bro­ok­sa i Si­mo­na. Pro­po­nu­jesz mi ho­no­ra­rium w wy­so­ko­ści dwu­ipół­rocz­nej gaży wraz z pre­mia­mi i ka­żesz mi kiw­nąć gło­wą.

– Zrób to – po­wie­dział Hal­li­day. – Po­trze­bu­je­my cię.

– My? O, to coś no­we­go! Zda­je mi się, że po­przed­nio mó­wi­łeś „oni”. „Oni”, czy­li lu­dzie, z któ­ry­mi roz­ma­wia­łeś. Wy­tłu­macz mi wszyst­ko, Press.

Pre­ston Hal­li­day spoj­rzał Jo­elo­wi pro­sto w oczy.

– Je­stem jed­nym z nich i dzie­je się coś złe­go. Chce­my, że­byś znisz­czył pew­ną spół­kę. To spra­wa nie­przy­jem­na i nie­bez­piecz­na. Do­star­czy­my ci od­po­wied­nich ma­te­ria­łów.

– Jaką spół­kę?

– Na­zwa nic ci nie po­wie, to fir­ma nie­za­re­je­stro­wa­na. Na­zwij­my ją rzą­dem na wy­gna­niu.

– Czym?!

– Gru­pą prze­ję­tych jed­ną ideą lu­dzi, któ­rzy ze­bra­li tak ogrom­ne środ­ki, że uzy­ska­ją wpływ na coś, na co nie po­win­ni mieć wpły­wu, i zdo­bę­dą wła­dzę tam, gdzie nie po­win­ni jej mieć.

– To zna­czy gdzie?

– W ta­kich miej­scach, że ten bied­ny, głu­pi świat nie może so­bie na to po­zwo­lić. Zdo­ła­ją tego do­ko­nać, bo będą dzia­łać z za­sko­cze­nia.

– Mó­wisz sa­my­mi za­gad­ka­mi.

– Boję się. Znam ich.

– Ale dys­po­nu­jesz ma­te­ria­ła­mi mo­gą­cy­mi ich po­wstrzy­mać – rzekł Co­nver­se. – Wo­bec tego mają na pew­no sła­be punk­ty.

Hal­li­day ski­nął gło­wą.

– Tak nam się zda­je. Zdo­by­li­śmy kil­ka po­szlak, ale po­trze­ba jesz­cze dużo no­wych in­for­ma­cji, by zre­kon­stru­ować peł­ny ob­raz ich dzia­łal­no­ści. Ist­nie­je uza­sad­nio­ne po­dej­rze­nie, że pro­wa­dzą ope­ra­cje han­dlo­we za­bro­nio­ne przez swo­je rzą­dy.

Joel mil­czał przez chwi­lę, przy­glą­da­jąc się bacz­nie Ka­li­for­nij­czy­ko­wi.

– Rzą­dy? – spy­tał. – W licz­bie mno­giej?

– Owszem. – Hal­li­day zni­żył głos. – Są róż­nych na­ro­do­wo­ści.

– Ale two­rzą jed­ną spół­kę? – spy­tał Co­nver­se. – Jed­ną fir­mę?

– W pew­nym sen­sie tak.

– Tyl­ko w pew­nym sen­sie?

– To nie ta­kie pro­ste.

– Wo­bec tego ja po­wiem ci coś pro­ste­go – prze­rwał Joel. – Ma­cie po­szla­ki, więc po­luj­cie na swój gang prze­stęp­ców. Ja je­stem w tej chwi­li za­ję­ty pra­cą w fir­mie.

– Nie, nie je­steś za­ję­ty – ode­zwał się Hal­li­day po chwi­li mil­cze­nia.

Znów za­pa­dła ci­sza. Oby­dwaj męż­czyź­ni mie­rzy­li się wzro­kiem.

– Co po­wie­dzia­łeś? – spy­tał Co­nver­se, pa­trząc lo­do­wa­to na Hal­li­daya.

– Two­ja fir­ma wy­ra­zi­ła zgo­dę. Mo­żesz wziąć urlop.

– Ty za­ro­zu­mia­ły skur­wy­sy­nu! Kto ci po­zwo­lił się do nich zwra­cać?

– Ge­ne­rał Geo­r­ge Mar­cus De­la­va­ne – od­parł Hal­li­day le­d­wo sły­szal­nym szep­tem.

Joel miał wra­że­nie, że z roz­ja­rzo­ne­go słoń­cem nie­ba strze­lił na­gle pio­run, pa­ląc mu oczy i zmie­nia­jąc lód w ogień. Póź­niej w jego gło­wie roz­le­gły się grzmo­ty.

• • •

Pi­lo­ci sie­dzie­li wo­kół dłu­gie­go pro­sto­kąt­ne­go sto­łu w me­sie, po­pi­ja­jąc kawę i ga­piąc się na brą­zo­wy płyn lub sza­re ścia­ny. Nikt nie miał ocho­ty prze­ry­wać mil­cze­nia. Przed go­dzi­ną bom­bar­do­wa­li na­pal­mem Pak Song, po­wstrzy­mu­jąc na­cie­ra­ją­ce ba­ta­lio­ny Wiet­kon­gu, by dać czas na prze­gru­po­wa­nie się od­dzia­łom po­łu­dnio­wo­wiet­nam­skim i ame­ry­kań­skim, któ­re mia­ły nie­ba­wem sta­wić czo­ło bru­tal­ne­mu ata­ko­wi. Pi­lo­ci wy­ko­na­li za­da­nie i wró­ci­li, z wy­jąt­kiem jed­ne­go, na po­kład lot­ni­skow­ca. Stra­ci­li do­wód­cę. Po­rucz­ni­ka Gor­do­na Ram­seya ze­strze­li­ła za­błą­ka­na ra­kie­ta, któ­ra zmie­ni­ła tra­jek­to­rię nad wy­brze­żem i tra­fi­ła w ka­dłub sa­mo­lo­tu.

Wy­buch zde­to­no­wał zbior­ni­ki pa­li­wa: śmierć przy szyb­ko­ści ty­sią­ca ki­lo­me­trów na go­dzi­nę trwa­ła mgnie­nie oka. Eska­drę ści­gał groź­ny front bu­rzo­wy: w cią­gu na­stęp­nych kil­ku dni loty nie wcho­dzi­ły w ra­chu­bę. Bę­dzie dość cza­su na my­śle­nie, co nie sta­no­wi­ło przy­jem­nej per­spek­ty­wy.

– Po­rucz­ni­ku Co­nver­se! – ode­zwał się ma­ry­narz sto­ją­cy koło otwar­tych drzwi mesy.

– Tak?

– Ka­pi­tan pro­si pana ła­ska­wie na mo­stek.

Co za wer­sal, po­my­ślał Joel, wsta­jąc z krze­sła, za­uwa­żyw­szy wcze­śniej po­nu­re miny pi­lo­tów wo­kół sto­łu. Za­pro­sze­nie było ocze­ki­wa­ne, choć nie­przy­jem­ne. Chęt­nie zre­zy­gno­wał­by z awan­su. Nie był star­szy wie­kiem ani ran­gą od ko­le­gów, spę­dził po pro­stu wię­cej go­dzin w po­wie­trzu, co da­wa­ło mu do­świad­cze­nie nie­zbęd­ne do do­wo­dze­nia eska­drą.

Wspi­na­jąc się wą­ski­mi scho­da­mi na mo­stek, spo­strzegł na tle nie­ba syl­wet­kę ogrom­ne­go woj­sko­we­go he­li­kop­te­ra typu Co­bra, któ­ry zbli­żał się do lot­ni­skow­ca. Za pięć mi­nut za­wi­śnie nad stat­kiem, a póź­niej usią­dzie na po­kła­dzie. Ma­ry­na­rzom skła­dał wi­zy­tę ktoś z lądu.

– To wiel­ka stra­ta, Co­nver­se – rzekł do­wód­ca, krę­cąc z ża­lem gło­wą nad sto­łem na­wi­ga­cyj­nym. – Nie­do­brze mi się robi na myśl o pi­sa­niu li­stu do domu. Bóg wie, że za­wsze dużo mnie one kosz­tu­ją, ale ten bę­dzie gor­szy od in­nych.

– Wszy­scy czu­je­my to samo, pa­nie ka­pi­ta­nie.

– Nie wąt­pię. – Do­wód­ca ski­nął gło­wą. – Nie wąt­pię tak­że, że wie pan, dla­cze­go pana we­zwa­łem.

– Nie­spe­cjal­nie, pa­nie ka­pi­ta­nie.

– Ram­sey uwa­żał pana za naj­lep­sze­go i dla­te­go obej­mie pan ko­men­dę nad jed­ną z eskadr sztur­mo­wych na Mo­rzu Po­łu­dnio­wo­chiń­skim. – Roz­legł się dzwo­nek te­le­fo­nu. Ka­pi­tan umilkł i pod­niósł słu­chaw­kę. – Tak?

Dal­szy bieg wy­pad­ków za­sko­czył Jo­ela. Do­wód­ca zmarsz­czył brwi, rysy jego twa­rzy stę­ża­ły, a w oczach po­ja­wił się nie­po­kój i gniew.

– Co ta­kie­go?! – krzyk­nął, pod­no­sząc gło­wę. – Czy nikt nas nie uprze­dzał? Nie na­de­szła wia­do­mość przez ra­dio?! – Za­pa­dła ci­sza, po czym ka­pi­tan ci­snął słu­chaw­kę na wi­deł­ki i za­wo­łał: – Jezu Chry­ste! – Po­pa­trzył na Co­nver­se’a. – Wy­glą­da na to, że spo­tka nas wąt­pli­wy za­szczyt gosz­cze­nia na­czel­ne­go do­wód­cy. Po­ja­wił się jak wid­mo, nie wia­do­mo skąd!

– Wró­cę pod po­kład, pa­nie ka­pi­ta­nie – rzekł Joel, sa­lu­tu­jąc.

– Jesz­cze nie, po­rucz­ni­ku – od­parł ka­pi­tan spo­koj­nym, lecz zde­cy­do­wa­nym to­nem. – Przej­mu­je pan do­wódz­two eska­dry, a po­nie­waż ma to zwią­zek z go­to­wo­ścią bo­jo­wą lot­ni­skow­ca, po­win­ni­śmy do­peł­nić for­mal­no­ści. Przy­najm­niej damy Zwa­rio­wa­ne­mu Mar­cu­so­wi do zro­zu­mie­nia, że bu­rzy nor­mal­ny tok służ­by na okrę­cie.

Na­stęp­ne pół mi­nu­ty za­jął ry­tu­ał mia­no­wa­nia na wyż­sze sta­no­wi­sko służ­bo­we: do­wód­ca na­kła­dał na pod­wład­ne­go nowe obo­wiąz­ki. Rap­tem roz­le­gło się gło­śne pu­ka­nie do drzwi i do ka­bi­ny wszedł ge­ne­rał ar­mii Geo­r­ge Mar­cus De­la­va­ne. Jego bar­czy­sta po­stać try­ska­ła siłą i pew­no­ścią sie­bie.

– Wi­tam pana, ka­pi­ta­nie – rzekł z kur­tu­azją, sa­lu­tu­jąc jako pierw­szy po­mi­mo wyż­szej ran­gi. Jego nie­co pi­skli­wy głos brzmiał uprzej­mie, lecz w świ­dru­ją­cych oczach na­tych­miast za­bły­sła wro­gość.

– Miło mi pana wi­dzieć, ge­ne­ra­le – od­rzekł do­wód­ca stat­ku, sa­lu­tu­jąc wraz z Co­nver­se’em. – Czy przy­by­wa pan na nie­za­po­wie­dzia­ną in­spek­cję?

– Przy­by­wam jako głów­no­do­wo­dzą­cy na pil­ną na­ra­dę z pa­nem, swo­im pod­wład­nym.

– Ro­zu­miem – od­parł ka­pi­tan z uda­wa­nym spo­ko­jem, przez któ­ry prze­bi­jał gniew. – W tej chwi­li wy­da­ję pil­ne roz­ka­zy jed­ne­mu ze swo­ich ofi­ce­rów.

– Ale moje roz­ka­zy pan od­wo­łał! – prze­rwał gwał­tow­nie De­la­va­ne.

– Prze­ży­li­śmy smut­ny i mę­czą­cy dzień, pa­nie ge­ne­ra­le – rzekł do­wód­ca. – Za­le­d­wie go­dzi­nę temu stra­ci­li­śmy jed­ne­go z na­szych naj­lep­szych pi­lo­tów.

– Dał dra­pa­ka? – znów prze­rwał De­la­va­ne, no­so­wym gło­sem pod­kre­śla­jąc jesz­cze nie­smacz­ny cha­rak­ter uwa­gi. – Pod­wi­nął swój pie­przo­ny ogon, aż mu go od­strze­li­li?!

– Nie po­zwo­lę tak o nim mó­wić! – krzyk­nął Co­nver­se, nie mo­gąc nad sobą za­pa­no­wać. – Przej­mu­ję po nim do­wódz­two i nie po­zwo­lę tak o nim mó­wić, ge­ne­ra­le!

– Pan?! A kim pan, u li­cha, jest?!

– Spo­koj­nie, po­rucz­ni­ku. Mo­że­cie odejść.

– Bar­dzo pro­szę o po­zwo­le­nie udzie­le­nia ge­ne­ra­ło­wi od­po­wie­dzi! – wy­pa­lił wście­kły Joel.

– CO TA­KIE­GO?! Ty szcze­nia­ku!…

– Na­zy­wam się…

– Mil­czeć! Nie in­te­re­su­je mnie two­je na­zwi­sko! – De­la­va­ne ob­ró­cił gwał­tow­nie gło­wę w kie­run­ku ka­pi­ta­na. – Chcę wie­dzieć, dla­cze­go nie wy­ko­nu­je pan mo­ich roz­ka­zów, roz­ka­zów na­czel­ne­go do­wód­cy! Za­rzą­dzi­łem bom­bar­do­wa­nie na go­dzi­nę pięt­na­stą zero zero! Od­mó­wił pan wy­ko­na­nia roz­ka­zu!

– Nad­cią­gnął front bu­rzo­wy. Po­wi­nien pan o tym wie­dzieć rów­nie do­brze jak ja.

– Moi me­te­oro­lo­go­wie twier­dzą, że po­go­da na­da­je się do la­ta­nia!

– Po­dej­rze­wam, że twier­dzi­li­by to samo pod­czas mon­su­nu w Bir­mie, gdy­by za­się­gnął pan ich opi­nii.

– To cięż­kie na­ru­sze­nie dys­cy­pli­ny!

– To mój sta­tek. Re­gu­la­min mówi wy­raź­nie, kto tu do­wo­dzi.

– Czy mam się po­łą­czyć z pań­ski­mi ra­diow­ca­mi?! Za­te­le­fo­nu­ję do Bia­łe­go Domu i prze­ko­na­my się, jak dłu­go bę­dzie to pań­ski sta­tek!

– Z pew­no­ścią nie ze­chce pan nada­wać otwar­tym tek­stem. Le­piej po­słu­żyć się ma­szy­ną szy­fru­ją­cą. Za­pro­wa­dzę pana ge­ne­ra­ła do ka­bi­ny łącz­no­ści.

– Niech to li­cho! W sek­to­rze pią­tym ata­ku­je czte­ry ty­sią­ce mo­ich żoł­nie­rzy i tyl­ko dwa­dzie­ścia pro­cent z nich wą­cha­ło do­tąd proch! Po­trze­bu­je­my po­łą­czo­ne­go wspar­cia lot­ni­cze­go na ni­skiej wy­so­ko­ści, z zie­mi i mo­rza. Wy­ko­na pan roz­kaz albo w cią­gu go­dzi­ny weź­mie pan dupę w tro­ki i opu­ści ten okręt! Mogę to zro­bić, ka­pi­ta­nie! Przy­by­li­śmy do Wiet­na­mu, żeby zwy­cię­żać, zwy­cię­żać i jesz­cze raz zwy­cię­żać! Nie po­trze­bu­je­my tu słod­kich mię­cza­ków, któ­rzy się ase­ku­ru­ją na wszyst­kie stro­ny! Woj­na to ry­zy­ko, nie wie pan?! Kto nie ry­zy­ku­je, nie wy­gry­wa, ka­pi­ta­nie!

– Je­stem prag­ma­ty­kiem, pa­nie ge­ne­ra­le. Zdro­wy roz­są­dek każe ogra­ni­czyć stra­ty do mi­ni­mum. Je­śli to zro­bi­my, wy­gra­my na­stęp­ną bi­twę.

– Za­mie­rzam wy­grać wła­śnie tę, z tobą lub bez cie­bie, ty wil­ku mor­ski od sied­miu bo­le­ści!

– Z ca­łym sza­cun­kiem, ra­dzę panu ge­ne­ra­ło­wi wy­ra­żać się mniej or­dy­nar­nie.

– CO TA­KIE­GO?! – Twarz De­la­va­ne’a wy­krzy­wi­ła się zło­ścią. Miał oczy wście­kłe­go zwie­rzę­cia. – Ra­dzisz mi?! Ra­dzisz swo­je­mu prze­ło­żo­ne­mu?! A rób so­bie, co chcesz, ty sta­ra babo! Za­czął się atak na do­li­nę Tho!

– Tho? – prze­rwał Co­nver­se. – To pierw­szy etap dro­gi do Pak Song. Bom­bar­do­wa­li­śmy ją czte­ry razy. Znam te te­re­ny.

– Znasz je?! – wrza­snął De­la­va­ne.

– Tak, ale wy­ko­nu­ję roz­ka­zy ka­pi­ta­na tego stat­ku, pa­nie ge­ne­ra­le.

– Wy­ko­nu­jesz roz­ka­zy pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, bez­czel­ny gów­nia­rzu! To twój do­wód­ca! A ja zdo­bę­dę te roz­ka­zy!

Ma­niac­ko wy­krzy­wio­na twarz De­la­va­ne’a zna­la­zła się tuż przy twa­rzy Jo­ela, któ­ry trząsł się z gnie­wu, prze­ję­ty od­ra­zą i nie­na­wi­ścią.

– Ja tak­że ra­dzę panu ge­ne­ra­ło­wi zwra­cać uwa­gę na ję­zyk – ode­zwał się, pra­wie nie zda­jąc so­bie spra­wy z wła­snych słów.

– Dla­cze­go, gów­nia­rzu?! Czyż­by­ście mie­li tu pod­słuch?

– Spo­koj­nie, po­rucz­ni­ku! Mo­że­cie odejść, po­wie­dzia­łem!

– Ka­żesz mi uwa­żać na ję­zyk, waż­nia­ku z jed­ną gwiazd­ką?! Nie, sy­necz­ku, le­piej sam uwa­żaj na to, co mó­wię, i do­brze się za­sta­nów! Je­śli two­ja eska­dra nie znaj­dzie się w po­wie­trzu o pięt­na­stej zero zero, za­ło­ga tego lot­ni­skow­ca bę­dzie mieć opi­nię naj­więk­szych tchó­rzy w Azji Po­łu­dnio­wo-Wschod­niej! Zro­zu­mia­łeś, mię­cza­ku?!

Joel znów się ode­zwał, dzi­wiąc się w du­chu wła­snej od­wa­dze.

– Nie znam pana, ge­ne­ra­le, ale mam szcze­rą na­dzie­ję, że spo­tka­my się kie­dyś w in­nych oko­licz­no­ściach. Uwa­żam pana za świ­nię.

– Znie­wa­żasz prze­ło­żo­ne­go?! Znisz­czę cię!

– Mo­że­cie odejść, po­rucz­ni­ku!

– Nie, ka­pi­ta­nie! – wrza­snął ge­ne­rał. – Mimo wszyst­ko to on po­wi­nien do­wo­dzić ata­kiem! No, wy­bie­raj­cie, ma­ry­na­rzy­ki: bom­bar­do­wa­nie, pre­zy­dent czy opi­nia tchó­rzy?

O pięt­na­stej dwa­dzie­ścia Co­nver­se wy­star­to­wał wraz z eska­drą z po­kła­du lot­ni­skow­ca. O pięt­na­stej trzy­dzie­ści bom­bow­ce we­szły na ni­skiej wy­so­ko­ści w chmu­ry bu­rzo­we. Nad wy­brze­żem eska­dra po­nio­sła pierw­sze stra­ty: ze­strze­lo­no dwa skraj­ne sa­mo­lo­ty, któ­rych pi­lo­ci zgi­nę­li w ogniu przy szyb­ko­ści ty­sią­ca ki­lo­me­trów na go­dzi­nę. O pięt­na­stej czter­dzie­ści sześć eks­plo­do­wał pra­wy sil­nik sa­mo­lo­tu Jo­ela; na tak ni­skim pu­ła­pie bez­po­śred­nie tra­fie­nie nie przed­sta­wia­ło żad­nych trud­no­ści. Pół mi­nu­ty póź­niej, nie bę­dąc w sta­nie opa­no­wać ma­szy­ny, Co­nver­se ka­ta­pul­to­wał się w chmu­ry, a jego spa­do­chro­nem za­czę­ły tar­gać wiry po­wietrz­ne. Kie­dy spa­dał, ko­ły­sząc się gwał­tow­nie na szel­kach wpi­ja­ją­cych się w cia­ło przy każ­dym po­dmu­chu wia­tru, przed oczy­ma sta­nę­ła mu wy­krzy­wio­na twarz ge­ne­ra­ła Geo­r­ge’a Mar­cu­sa De­la­va­ne’a. To dzię­ki temu sza­leń­co­wi miał spę­dzić nie­okre­ślo­ny czas w pie­kle. Jak się póź­niej do­wie­dział, na zie­mi stra­ty były nie­skoń­cze­nie więk­sze.

• • •

De­la­va­ne! Rzeź­nik spod Da­nang i Ple­iku. Spraw­ca bez­sen­sow­nej śmier­ci ty­się­cy żoł­nie­rzy, ci­ska­ją­cy w dżun­gle i mię­dzy wzgó­rza ba­ta­lion po ba­ta­lio­nie bez do­sta­tecz­ne­go wy­szko­le­nia i siły ognio­wej. Do obo­zów je­niec­kich pro­wa­dzo­no ko­lum­ny ran­nych, prze­ra­żo­nych, oszo­ło­mio­nych „dzie­ci”, któ­re, usi­łu­jąc po­wstrzy­mać łzy, łka­ły spa­zma­tycz­nie, zro­zu­miaw­szy praw­dę. Żoł­nie­rze opo­wia­da­li w kół­ko tę samą hi­sto­rię. Przy­pra­wia­ła o mdło­ści. Nie­do­świad­czo­ne, nie­wy­pró­bo­wa­ne od­dzia­ły po­sy­ła­no do wal­ki kil­ka dni po zej­ściu na ląd, w na­dziei, że nie­wi­dzial­ne­go wro­ga po­ko­na sama prze­wa­ga li­czeb­na. Kie­dy prze­wa­ga li­czeb­na nie skut­ko­wa­ła, rzu­ca­no w ogień nowe jed­nost­ki. Sztab po­zo­sta­wał przez trzy lata pod wpły­wem ma­nia­ka. De­la­va­ne! Wład­ca Saj­go­nu, któ­ry fał­szo­wał li­sty po­le­głych, za­prze­czał do­nie­sie­niom o krwa­wych ma­sa­krach, łgał i opie­wał bez­sen­sow­ną śmierć! Czło­wiek, któ­ry oka­zał się zbyt groź­ny na­wet dla ja­strzę­bi z Pen­ta­go­nu; ja­strząb, któ­ry prze­ści­gnął swo­ich po­bra­tym­ców. W koń­cu zbun­to­wa­li się prze­ciw­ko nie­mu, we­zwa­li go do kra­ju, prze­nie­śli w stan spo­czyn­ku i po­zwo­li­li pi­sać pa­mięt­ni­ki, któ­re czy­ta­li fa­na­ty­cy opę­ta­ni przez fu­rie.

„Nie wol­no po­zwo­lić, żeby po­ja­wi­li się zno­wu tacy lu­dzie, ro­zu­mie­cie?! To on był na­szym śmier­tel­nym wro­giem!”. Roz­wście­czo­ny Co­nver­se wy­krzyk­nął owe sło­wa przed ko­mi­sją woj­sko­wą. Jej człon­ko­wie spoj­rze­li po so­bie, nie pa­trząc na Jo­ela i uni­ka­jąc bez­po­śred­niej od­po­wie­dzi. Po­dzię­ko­wa­li mu zdaw­ko­wo, oświad­czy­li, że oj­czy­zna ma wo­bec nie­go i ty­się­cy jego ko­le­gów ogrom­ny dług wdzięcz­no­ści, a co do ostat­nich uwag, po­wi­nien zro­zu­mieć, że spra­wa jest nie­sły­cha­nie skom­pli­ko­wa­na, gdyż zło­żo­ny pro­ces do­wo­dze­nia wy­glą­da czę­sto na coś in­ne­go niż w rze­czy­wi­sto­ści. Tak czy owak, pre­zy­dent ape­lo­wał do na­ro­du o spo­koj­ne le­cze­nie ran za­da­nych przez woj­nę; czy ma sens roz­pa­la­nie na nowo sta­rych spo­rów? Póź­niej w ich sło­wach za­brzmia­ła groź­ba.

– Sam wziął pan na swo­je bar­ki strasz­li­wą od­po­wie­dzial­ność zwią­za­ną z do­wódz­twem, po­rucz­ni­ku – ode­zwał się bla­do­li­cy praw­nik woj­sko­wy, pra­wie nie pa­trząc na Jo­ela i stu­diu­jąc za­war­tość tecz­ki z ak­ta­mi. – Za­nim zdo­łał pan w koń­cu uciec sa­mot­nie z obo­zu, po­pro­wa­dził pan dwie wcze­śniej­sze uciecz­ki, w któ­rych uczest­ni­czy­ło w su­mie sie­dem­na­stu jeń­ców. Szczę­śli­wie zdo­łał pan prze­żyć, cze­go nie moż­na po­wie­dzieć o pana ośmiu ko­le­gach. Z pew­no­ścią jako do­wód­ca i stra­teg nie spo­dzie­wał się pan bli­sko pięć­dzie­się­cio­pro­cen­to­wych strat w lu­dziach. Do­wo­dze­nie to strasz­na rzecz, po­rucz­ni­ku. To zna­na praw­da, lecz może nie po­wta­rza­na dość czę­sto.

Wol­ny prze­kład: Nie przy­łą­czaj się do pa­cy­fi­stów, żoł­nie­rzu. Prze­ży­łeś, ale zgi­nę­ło ośmiu lu­dzi. Czyż­by w grę wcho­dzi­ły oko­licz­no­ści, o któ­rych nic nam nie wia­do­mo? A może wy­bra­łeś tak­ty­kę chro­nią­cą jed­nych bar­dziej od in­nych, jed­ne­go bar­dziej od in­nych? Jak to się sta­ło, że zdo­ła­łeś uciec sa­mot­nie, nie­zau­wa­żo­ny przez straż­ni­ków, któ­rzy nocą strze­la­li bez ostrze­że­nia do wszyst­kich jeń­ców po­ru­sza­ją­cych się bez eskor­ty? Samo po­sta­wie­nie tego py­ta­nia na­pięt­nu­je cię na całe ży­cie. Daj spo­kój, żoł­nie­rzu. Mamy na cie­bie ha­czyk. Wy­star­czy za­dać py­ta­nie, o któ­rym wszy­scy wie­my, że nie po­win­no być za­da­ne, ale zro­bi­my to, bo zna­leź­li­śmy się pod ostrza­łem. Mu­si­my się bro­nić. Ciesz się, że prze­ży­łeś. A te­raz wyjdź.

W owej chwi­li nie­wie­le bra­ko­wa­ło, żeby Co­nver­se świa­do­mie za­prze­pa­ścił całe swo­je ży­cie. Nig­dy by nie przy­pusz­czał, że może mu przyjść do gło­wy taka myśl. Jed­nak­że przyj­rzał się uważ­nie twa­rzom woj­sko­wych za sto­łem, do­strze­ga­jąc ką­tem oka rzę­dy ba­re­tek i od­znak bi­tew­nych. Póź­niej zda­rzy­ła się dziw­na rzecz: ogar­nął go nie­smak, od­ra­za i… współ­czu­cie. Lu­dzie ci mie­li w oczach lęk. Po­świę­ci­li swo­je ży­cie woj­nom pro­wa­dzo­nym przez wła­sny kraj i pa­dli ofia­rą ma­ni­pu­la­cji, po­dob­nie jak on sam. Sko­ro obro­na tego, co szla­chet­ne, wy­ma­ga obro­ny tego, co łaj­dac­kie, czyż moż­na od­mó­wić im ra­cji? Kto jest świę­tym? Kto grzesz­ni­kiem? Czy mogą ist­nieć świę­ci i grzesz­ni­cy, sko­ro wszy­scy są ofia­ra­mi?

W koń­cu zwy­cię­żył nie­smak. Joel Co­nver­se, po­rucz­nik re­zer­wy Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych, nie zdo­był się na to, by po raz ostat­ni za­sa­lu­to­wać swo­im prze­ło­żo­nym. Od­wró­cił się w mil­cze­niu bez cie­nia woj­sko­wej sprę­ży­sto­ści i wy­szedł z sali, jak­by splu­nął osten­ta­cyj­nie na pod­ło­gę.

• • •

Na bul­wa­rze znów coś bły­snę­ło – ośle­pia­ją­ce od­bi­cie słoń­ca na Quai du Mont Blanc. Był w Ge­ne­wie, nie w pół­noc­no­wiet­nam­skim obo­zie je­niec­kim peł­nym dzie­ciu­chów, któ­rzy wy­mio­to­wa­li, opo­wia­da­jąc o swo­ich prze­ży­ciach, ani w San Die­go, z dala od ma­ry­nar­ki wo­jen­nej. Był w Ge­ne­wie… a czło­wiek sie­dzą­cy po prze­ciw­nej stro­nie sto­li­ka znał wszyst­kie jego my­śli i uczu­cia.

– Dla­cze­go wy­bra­li­ście wła­śnie mnie? – spy­tał Joel.

– Dla­cze­go? – ode­zwał się Hal­li­day. – Od­po­wiedź jest pro­sta. Masz wła­ści­wą mo­ty­wa­cję. To zna­na hi­sto­ria. Ka­pi­tan lot­ni­skow­ca od­mó­wił wy­sła­nia eska­dry bom­bow­ców, by prze­pro­wa­dzi­ła na­lot, któ­re­go żą­dał De­la­va­ne. Roz­pę­ta­ła się bu­rza; ka­pi­tan twier­dził, że to sa­mo­bój­stwo. Jed­nak­że uległ pre­sji De­la­va­ne’a, któ­ry za­gro­ził, że za­te­le­fo­nu­je do Bia­łe­go Domu i od­bie­rze mu okręt. Do­wo­dzi­łeś tym ata­kiem. To wszyst­ko.

– Żyję – od­po­wie­dział la­ko­nicz­nie Co­nver­se. – Ty­siąc dwu­stu chłop­ców nie do­ży­ło na­stęp­ne­go ran­ka, a pra­wie dru­gie tyle gorz­ko tego po­ża­ło­wa­ło.

– By­łeś w ka­bi­nie do­wód­cy, gdy Zwa­rio­wa­ny Mar­cus gro­ził ka­pi­ta­no­wi i wy­dał roz­kaz ata­ku.

– To praw­da – po­twier­dził Joel bez­barw­nym to­nem. Póź­niej po­krę­cił ze zdzi­wie­niem gło­wą. – Wie­dzia­łeś z góry wszyst­ko, co ci mó­wi­łem, zga­dza się?

– Czy­ta­łem o tym – uści­ślił ad­wo­kat z Ka­li­for­nii. – Po­dob­nie jak ty… a uwa­żam cię za jed­ne­go z naj­lep­szych praw­ni­ków po­ni­żej pięć­dzie­siąt­ki… nie­zbyt ufam sło­wu pi­sa­ne­mu. Mu­szę usły­szeć głos czło­wie­ka, zo­ba­czyć jego twarz.

– Nie udzie­li­łem od­po­wie­dzi na two­ją ofer­tę.

– Nie mu­sia­łeś.

– Naj­pierw od­po­wiedz mi na kil­ka py­tań. A więc… nie przy­je­cha­łeś tu­taj, by zaj­mo­wać się fu­zją kon­cer­nu Comm Tech z gru­pą Bern?

– Nie, to czę­ścio­wo praw­da – od­parł Hal­li­day. – Tyle że nie Szwaj­ca­rzy zwró­ci­li się do mnie, ale ja do nich. Ob­ser­wo­wa­łem cię, cze­ka­jąc na wła­ści­wy mo­ment. Po­wi­nien być zu­peł­nie na­tu­ral­ny, a tak­że lo­gicz­ny pod wzglę­dem geo­gra­ficz­nym.

– Dla­cze­go? Co masz na my­śli?

– Po­nie­waż je­stem śle­dzo­ny. Ro­sen do­stał za­wa­łu. Do­wie­dzia­łem się o tym, skon­tak­to­wa­łem się z gru­pą Bern i uza­sad­ni­łem prze­ko­nu­ją­co, że po­wi­nie­nem po­pro­wa­dzić ne­go­cja­cje.

– Wy­star­czy­ła­by two­ja opi­nia.

– Oka­za­ła się po­moc­na, lecz po­trze­bo­wa­łem jesz­cze lep­sze­go ali­bi. Po­wie­dzia­łem, zresz­tą zgod­nie z praw­dą, że zna­my się od nie­pa­mięt­nych cza­sów, że je­steś nie­sły­cha­nie twar­dy w ostat­niej fa­zie ro­ko­wań i że znam two­je me­to­dy. Za­żą­da­łem tak­że hor­ren­dal­ne­go ho­no­ra­rium.

– Szwaj­ca­rzy mu­sie­li po­łknąć ha­czyk.

– Cie­szę się, że to apro­bu­jesz.

– Skąd­że zno­wu! – sprze­ci­wił się Joel. – Ni­cze­go nie apro­bu­ję, a zwłasz­cza two­ich me­tod. W dal­szym cią­gu nic nie wiem, ura­czy­łeś mnie tyl­ko kil­ko­ma ta­jem­ni­czy­mi uwa­ga­mi o bli­żej nie­okre­ślo­nej gru­pie lu­dzi, któ­rzy są ja­ko­by nie­bez­piecz­ni, a na­stęp­nie wy­po­wie­dzia­łeś na­zwi­sko czło­wie­ka bu­dzą­ce­go we mnie emo­cjo­nal­ne sko­ja­rze­nia. Może mimo wszyst­ko je­steś szur­nię­ty i upra­wiasz nie­groź­ną za­ba­wę w hi­pi­sa?

– Sło­wo „szur­nię­ty” wy­ra­ża pań­skie oso­bi­ste uprze­dze­nia, me­ce­na­sie, i jako ta­kie po­win­no zo­stać wy­kre­ślo­ne z pro­to­ko­łu.

– A jed­nak sę­dzio­wie przy­się­gli je za­pa­mię­ta­li – od­po­wie­dział Co­nver­se z tłu­mio­nym gnie­wem. – Wła­śnie to ci za­rzu­cam.

– Nie prze­ce­niaj mo­je­go bez­pie­czeń­stwa – od­pa­ro­wał Hal­li­day z rów­ną otwar­to­ścią. – Nie je­stem bez­piecz­ny. Mam pew­ną skłon­ność do tchó­rzo­stwa, a po­nad­to cze­ka na mnie w San Fran­ci­sco żona i pię­cio­ro dzie­ci, któ­re bar­dzo ko­cham.

– Więc zwró­ci­łeś się do mnie, bo nie mam żad­nych zo­bo­wią­zań oso­bi­stych, tak?

– Zwró­ci­łem się do cie­bie, bo nie rzu­casz się w oczy, nie je­steś wplą­ta­ny w całą tę afe­rę, je­steś świet­nym praw­ni­kiem i mo­żesz od­nieść suk­ces! Ja nie mam pra­wa zaj­mo­wać się tą spra­wą, a na­le­ży ją prze­pro­wa­dzić zgod­nie z pra­wem!

– Dla­cze­go nie po­wiesz otwar­cie, o co cho­dzi? – spy­tał ostro Co­nver­se. – Je­śli da­lej bę­dziesz krę­cił, idę so­bie i zo­ba­czy­my się do­pie­ro na kon­fe­ren­cji.

– De­la­va­ne to mój były klient – od­po­wie­dział szyb­ko Hal­li­day. – Bóg mi świad­kiem, że nie wie­dzia­łem, co ro­bię, i pra­wie nikt tego nie apro­bo­wał, ale po­słu­ży­łem się kla­sycz­nym ar­gu­men­tem, że lu­dzie nie­cie­szą­cy się po­pu­lar­no­ścią tak­że po­trze­bu­ją po­mo­cy praw­nej.

– Trud­no temu za­prze­czyć.

– Nie wiesz, o co cho­dzi. Ja tak. Od­kry­łem to.

– Co ta­kie­go?

Hal­li­day po­chy­lił się do przo­du.

– Ge­ne­ra­ło­wie szy­ku­ją się do po­wro­tu – rzekł le­d­wo sły­szal­nym szep­tem.

Joel przyj­rzał się bacz­nie Ka­li­for­nij­czy­ko­wi.

– Wra­ca­ją? Skąd? Nie wie­dzia­łem, że gdzieś wy­jeż­dża­li.

– Z prze­szło­ści – od­parł Hal­li­day. – Z daw­nych lat.

Roz­ba­wio­ny Co­nver­se od­chy­lił się do tyłu.

– Do­bry Boże, my­śla­łem, że tacy jak ty już wy­mar­li! Czyż­byś miał na my­śli „mi­li­ta­ry­stycz­nie na­sta­wio­ne krę­gi Pen­ta­go­nu”, Press? Wo­ła­ją na cie­bie Press, praw­da? Zdrob­nie­nie ro­dem z San Fran­ci­sco, a może z Ha­ight-Ash­bu­ry albo Be­ver­ly Hills? Spóź­ni­łeś się tro­chę: twoi ko­le­dzy już sztur­mo­wa­li Ba­sty­lię.

– Pro­szę, nie żar­tuj. Ja nie żar­tu­ję.

– Oczy­wi­ście, że nie. Po pro­stu pi­szesz po­wieść pod ty­tu­łem Sie­dem dni w maju albo Pięć dni w sierp­niu. Mamy aku­rat sier­pień, więc po­wiedz­my Sierp­nio­we sal­wy w maju. Do­brze brzmi, praw­da?

– Prze­stań! – wy­szep­tał Hal­li­day. – Nie ma w tym nic śmiesz­ne­go, a gdy­by było, sam bym to za­uwa­żył.

– Czy to zło­śli­wy ko­men­tarz pod moim ad­re­sem? – spy­tał Joel.

– Masz cho­ler­ną ra­cję, bo nie prze­sze­dłem przez to co ty! Nie wal­czy­łem na woj­nie, nie by­łem ma­ni­pu­lo­wa­ny i mogę się śmiać z fa­na­ty­ków, bo nig­dy mnie nie zra­ni­li. Uwa­żam to za naj­lep­szą broń prze­ciw­ko nim. Ale nie te­raz. W tej chwi­li nie ma tu nic do śmie­chu!

– Po­zwól mi jed­nak za­chi­cho­tać – ode­zwał się Co­nver­se po­waż­nie.

– Na­wet w swo­ich naj­bar­dziej pa­ra­no­idal­nych mo­men­tach nie wie­rzy­łem w spi­sko­wą teo­ryj­kę, że Wa­szyng­to­nem rzą­dzą woj­sko­wi. To nie­moż­li­we.

– Może rzu­ca się to w oczy mniej niż w in­nych kra­jach, ale za­pew­niam cię, że to praw­da.

– Co masz na my­śli?

– Nie­wąt­pli­wie wi­dać to wy­raź­niej w Izra­elu, z pew­no­ścią w Jo­han­nes­bur­gu, może tak­że we Fran­cji, Niem­czech i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Po­zo­ry trak­tu­je się tam mniej po­waż­nie. Ale masz chy­ba tro­chę ra­cji. Wa­szyng­ton bę­dzie się stro­ił w de­mo­kra­tycz­ne sza­ty, póki się nie ze­drą i nie opad­ną, od­sła­nia­jąc woj­sko­wy mun­dur.

Joel wpa­try­wał się w twarz męż­czy­zny po prze­ciw­nej stro­nie sto­łu i usły­szał swój ci­chy, na­pię­ty głos:

– Nie żar­tu­jesz, praw­da? Je­steś zbyt in­te­li­gent­ny, by mnie na­bie­rać.

– Albo tobą ma­ni­pu­lo­wać – do­koń­czył Hal­li­day. – Nie po swo­im pa­cy­fi­stycz­nym epi­zo­dzie, gdy wi­dzia­łem cię wy­stę­pu­ją­ce­go w pi­ża­mie w te­le­wi­zji. Nie je­stem do tego zdol­ny.

– Chy­ba ci wie­rzę… Wy­mie­ni­łeś na­zwy kil­ku kra­jów. Nie­któ­re z nich nie ko­ja­rzą się z mi­li­ta­ry­zmem, inne tro­chę, a kil­ka bu­dzi złe wspo­mnie­nia. Czy to do­bór ce­lo­wy?

– Tak. – Ka­li­for­nij­czyk ski­nął gło­wą. – Nie ma zresz­tą żad­nej róż­ni­cy, po­nie­waż lu­dzie, o któ­rych mó­wię, uwa­ża­ją, że je w koń­cu zjed­no­czą. I za­czną rzą­dzić nimi na swój spo­sób.

– Ge­ne­ra­ło­wie?

– A tak­że ad­mi­ra­ło­wie, bry­ga­die­rzy, feld­mar­szał­ko­wie… We­te­ra­ni, któ­rzy od­na­leź­li wresz­cie sens ży­cia. To naj­bar­dziej pra­wi­co­wa gru­pa od cza­sów Re­ich­sta­gu.

– Daj­że spo­kój, Ave­ry! Kil­ku sta­rych, zmę­czo­nych żoł­nie­rzy…

– Któ­rzy wer­bu­ją i in­dok­try­nu­ją mło­dych, zdol­nych do­wód­ców – prze­rwał Hal­li­day.

– Ra­czej le­czą reu­ma­tyzm i lum­ba­go – do­koń­czył Joel. – Masz na to do­wo­dy? – spy­tał po­wo­li.

– Nie­wy­star­cza­ją­ce… ale może by wy­star­czy­ły, gdy­by tro­chę po­szpe­rać…

– Do dia­bła, prze­stań wresz­cie krą­żyć do­ko­ła te­ma­tu!

– Wśród lu­dzi, któ­rych mo­gli zwer­bo­wać, jest oko­ło dwu­dzie­stu pra­cow­ni­ków De­par­ta­men­tu Sta­nu i Pen­ta­go­nu – rzekł Hal­li­day. – De­cy­du­ją o przy­zna­wa­niu kon­ce­sji eks­por­to­wych i wy­da­ją set­ki mi­lio­nów do­la­rów, co na­tu­ral­nie po­sze­rza ich krąg przy­ja­ciół.

– I wpły­wy – do­dał Co­nver­se. – A Lon­dyn, Pa­ryż, Bonn, Jo­han­nes­burg i Tel Awiw?

– Inne na­zwi­ska.

– Je­steś ich pe­wien?

– Wi­dzia­łem je na wła­sne oczy. Zda­rzy­ło się to przez przy­pa­dek. Nie wiem, ilu zło­ży­ło przy­się­gę, ale ist­nie­ją i ich dys­tynk­cje pa­su­ją do ca­ło­ści.

– Re­ich­stag?

– Po­trze­bu­ją tyl­ko Hi­tle­ra.

– A De­la­va­ne? Na czym po­le­ga jego rola?

– Może mia­no­wać przy­wód­cę. Wy­zna­czyć Füh­re­ra.

– To śmie­chu war­te. Kto wziął­by go po­waż­nie?

– Bra­no go już na se­rio. Wi­dzia­łeś re­zul­ta­ty na wła­sne oczy.

– To było kie­dyś, a nie te­raz. Nie od­po­wie­dzia­łeś na moje py­ta­nie. Kto?

– Lu­dzie prze­ko­na­ni, że ma ra­cję. Nie łudź się, są ich ty­sią­ce. Co naj­dziw­niej­sze, jest tak­że kil­ku­dzie­się­ciu mi­lio­ne­rów, któ­rych stać na fi­nan­so­wa­nie ro­jeń De­la­va­ne’a i jego zwo­len­ni­ków. Nie uwa­ża­ją ich oczy­wi­ście za ro­je­nia, lecz za je­dy­nie słusz­ną dro­gę roz­wo­ju współ­cze­sne­go świa­ta po cał­ko­wi­tej klę­sce in­nych ide­olo­gii.

Joel za­czął mó­wić, lecz umilkł, gdyż przy­szła mu do gło­wy pew­na myśl.

– Dla­cze­go nie zwró­ci­łeś się do ko­goś, kto mógł­by ich po­wstrzy­mać? Po­wstrzy­mać De­la­va­ne’a.

– Do kogo?

– Nie mu­szę ci tego mó­wić. Do ko­goś ze sfer rzą­do­wych, po­cho­dzą­ce­go z wy­bo­ru albo z no­mi­na­cji, lub do któ­re­goś z mi­ni­sterstw. Na przy­kład do De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wo­ści.

– Stał­bym się po­śmie­wi­skiem Wa­szyng­to­nu – od­parł Hal­li­day. – Jak już wspo­mnia­łem, nie mamy żad­nych do­wo­dów, a poza tym nie za­po­mi­naj, że ucho­dzi­łem kie­dyś za hi­pi­sa. Okrzyk­nię­to by mnie nim zno­wu i ka­za­no pa­ko­wać ma­nat­ki.

– By­łeś peł­no­moc­ni­kiem De­la­va­ne’a.

– To tyl­ko kom­pli­ku­je spra­wę od stro­ny praw­nej, nie mu­szę ci tego mó­wić.

– Tak, masz pro­blem zwią­za­ny z ety­ką za­wo­do­wą – do­koń­czył Co­nver­se. – Je­steś w bar­dzo dwu­znacz­nej sy­tu­acji, bo nie wol­no ci wy­su­nąć oskar­że­nia wo­bec wła­sne­go klien­ta. Chy­ba że masz nie­zbi­te do­wo­dy, iż za­mie­rza po­peł­nić nowe prze­stęp­stwo, i do­pu­ścisz się współ­udzia­łu, je­śli za­cho­wasz mil­cze­nie.

– Nie mam ta­kich do­wo­dów – prze­rwał Ka­li­for­nij­czyk.

– W ta­kim ra­zie nikt nie bę­dzie cię słu­chać – rzekł Joel. – Zwłasz­cza am­bit­ni praw­ni­cy z De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wo­ści, któ­rzy nie chcą za­my­kać so­bie moż­li­wo­ści ka­rie­ry po odej­ściu ze służ­by pań­stwo­wej. Jak sam po­wie­dzia­łeś, lu­dzie po­kro­ju De­la­va­ne’a tak­że mają swo­ich zwo­len­ni­ków.

– Wła­śnie tak – zgo­dził się Hal­li­day. – Kie­dy za­czą­łem za­da­wać py­ta­nia i pró­bo­wa­łem zo­ba­czyć się z De­la­va­ne’em, nie chciał się ze mną wi­dzieć. Za­miast tego otrzy­ma­łem list, w któ­rym cof­nął mi peł­no­moc­nic­two. Pi­sał, że nig­dy by mnie nie za­an­ga­żo­wał, gdy­by wie­dział, kim by­łem. „Pa­lić traw­kę i wy­krzy­ki­wać ha­nieb­ne ha­sła, gdy tym­cza­sem dziel­ni mło­dzi lu­dzie wy­peł­nia­ją swój pa­trio­tycz­ny obo­wią­zek…!”.

Co­nver­se gwizd­nął ci­cho.

– I mó­wisz, że nie by­łeś ma­ni­pu­lo­wa­ny? Pra­cu­jesz dla fir­my, któ­rą De­la­va­ne po­słu­gu­je się w ma­je­sta­cie pra­wa, a gdy coś za­czy­na śmier­dzieć, je­steś ostat­nią oso­bą mo­gą­cą ostrzec in­nych. De­la­va­ne stroi się w mun­dur we­te­ra­na i na­zy­wa cię zwa­rio­wa­nym hi­pi­sem.

Hal­li­day ski­nął gło­wą.

– Na­pi­sał znacz­nie wię­cej. Nic groź­ne­go, gdy­bym prze­stał się tym zaj­mo­wać, ale nie­sły­cha­nie bru­tal­ne­go.

– Nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści. – Co­nver­se wy­jął pacz­kę pa­pie­ro­sów i wy­cią­gnął ją w stro­nę Hal­li­daya, któ­ry po­krę­cił gło­wą.

– W ja­kim cha­rak­te­rze go re­pre­zen­to­wa­łeś?

– Za­ło­żył spół­kę, nie­wiel­ką fir­mę kon­sul­tin­go­wą za­re­je­stro­wa­ną wPa­lo Alto i spe­cja­li­zu­ją­cą się w trans­ak­cjach im­por­to­wo-eks­por­to­wych. Co wol­no, cze­go nie wol­no, ja­kie są kon­tyn­gen­ty, jak do­trzeć le­gal­nie do wpły­wo­wych urzęd­ni­ków w Wa­szyng­to­nie… Było to w isto­cie przed­się­bior­stwo zaj­mu­ją­ce się do­radz­twem han­dlo­wym i opie­ra­ją­ce się na na­zwi­sku De­la­va­ne’a, je­śli ktoś je jesz­cze pa­mię­tał. Uzna­łem to wów­czas za coś ża­ło­sne­go.

– Wspo­mnia­łeś, że to fir­ma nie­za­re­je­stro­wa­na – za­uwa­żył Co­nver­se, za­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa.

– To nie ta. Tu­taj tra­ci­li­by­śmy tyl­ko czas.

– Ale zdo­by­łeś w niej pierw­sze in­for­ma­cje, praw­da? Te po­szla­ki?

– Był to przy­pa­dek, któ­ry wię­cej się nie po­wtó­rzy. To zu­peł­nie nor­mal­na spół­ka, nie­ska­zi­tel­na pod wzglę­dem praw­nym.

– Lecz jest tyl­ko pa­ra­wa­nem – cią­gnął Joel. – Je­śli to, co mó­wisz, za­wie­ra choć cząst­kę praw­dy, nie może być ni­czym in­nym.

– Owszem. Ale nie ma ni­cze­go na pi­śmie. To pre­tekst do cią­głych po­dró­ży, po­zwa­la­ją­cy De­la­va­ne’owi i ota­cza­ją­cym go lu­dziom prze­no­sić się z miej­sca na miej­sce pod po­zo­rem pro­wa­dze­nia uczci­wych in­te­re­sów. Zna­la­zł­szy się w da­nym re­jo­nie, zaj­mu­ją się swo­imi spra­wa­mi.

– Wer­bo­wa­niem ge­ne­ra­łów i feld­mar­szał­ków? – spy­tał Co­nver­se.

– Uwa­ża­my to za szcze­gól­ny ro­dzaj dzia­łal­no­ści mi­syj­nej. Pro­wa­dzo­nej w ści­słej ta­jem­ni­cy i w bar­dzo ak­tyw­ny spo­sób.

– Jak się na­zy­wa fir­ma De­la­va­ne’a?

– Palo Alto In­ter­na­tio­nal.

Joel roz­gniótł pa­pie­ro­sa w po­piel­nicz­ce.

– Kogo masz na my­śli, mó­wiąc „my”, Ave­ry? Kto chce mi za­pła­cić taką ba­joń­ską sumę, sko­ro jest naj­wy­raź­niej na tyle bo­ga­ty, żeby do­trzeć do każ­de­go po­li­ty­ka w Wa­szyng­to­nie?

– Przyj­mu­jesz moją ofer­tę?

– Nie chcę pra­co­wać dla ko­goś, kogo nie znam ani nie apro­bu­ję. Nie, nie przyj­mu­ję two­jej ofer­ty.

– Czy apro­bu­jesz cele, któ­re na­szki­co­wa­łem?

– Na­tu­ral­nie, o ile mó­wisz praw­dę. Zresz­tą nie po­dej­rze­wam cię o kłam­stwo. Zda­jesz so­bie świet­nie spra­wę, że je apro­bu­ję. Ale mi nie od­po­wie­dzia­łeś.

– Przy­pu­ść­my – cią­gnął po­śpiesz­nie Hal­li­day – że otrzy­mał­byś ode mnie list upraw­nia­ją­cy do pod­ję­cia kwo­ty pię­ciu­set ty­się­cy do­la­rów z ano­ni­mo­we­go kon­ta ban­ko­we­go na wy­spie My­ko­nos. List za­wie­rał­by wy­ja­śnie­nie, że pie­nią­dze sta­no­wią wła­sność mo­je­go klien­ta, cie­szą­ce­go się nie­po­szla­ko­wa­ną opi­nią. Jego…

– Jed­ną chwi­lę, Press! – prze­rwał szorst­ko Co­nver­se.

– Nie prze­ry­waj mi, pro­szę! – Hal­li­day wbił w Jo­ela upo­rczy­we spoj­rze­nie. – W tym mo­men­cie nie ma in­ne­go spo­so­bu. Gwa­ran­tu­ję wszyst­ko swo­im na­zwi­skiem i całą swo­ją ka­rie­rą. Zna­na mi oso­ba, wy­bit­ny oby­wa­tel, któ­ry chce za­cho­wać ano­ni­mo­wość, wy­naj­mu­je cię do wy­ko­na­nia po­uf­ne­go zle­ce­nia. Rę­czę za nie­go i daję sło­wo ho­no­ru, że jego cele są zgod­ne z pra­wem i że twój suk­ces przy­nie­sie spo­łe­czeń­stwu ogrom­ne ko­rzy­ści. Je­steś kry­ty, do­sta­jesz pół mi­lio­na do­la­rów i, co naj­waż­niej­sze, masz szan­sę po­wstrzy­ma­nia gru­py ma­nia­ków przed wcie­le­niem w ży­cie po­twor­ne­go pla­nu. W naj­lep­szym ra­zie do­pro­wa­dzą do fali krwa­wych kon­flik­tów, któ­re przy­spo­rzą strasz­li­wych cier­pień jed­nost­kom i na­ro­dom. W naj­gor­szym zaś mogą zmie­nić bieg hi­sto­rii do tego stop­nia, że hi­sto­ria prze­sta­nie ist­nieć.

Co­nver­se sie­dział sztyw­no wy­pro­sto­wa­ny na krze­śle, nie spusz­cza­jąc oczu z Ka­li­for­nij­czy­ka.

– Bar­dzo pięk­na mowa. Dłu­go ją ćwi­czy­łeś?

– Nie, ty dra­niu! Nie po­trze­bo­wa­łem ni­cze­go ćwi­czyć. Tak samo jak ty nie mu­sia­łeś ćwi­czyć swo­je­go wy­bu­chu w San Die­go przed dwu­na­stu laty: „Nie wol­no po­zwo­lić, żeby po­ja­wi­li się zno­wu tacy lu­dzie, ro­zu­mie­cie?! To on był na­szym śmier­tel­nym wro­giem!”. To two­je wła­sne sło­wa, praw­da?

– O, wi­dzę, że od­ro­bił pan pra­cę do­mo­wą, me­ce­na­sie – po­wie­dział Joel, tłu­miąc gniew. – Dla­cze­go twój klient chce za­cho­wać ano­ni­mo­wość? Dla­cze­go nie prze­zna­czy pie­nię­dzy fun­du­szu ja­kiejś par­tii i nie zwró­ci się do CIA, Rady Bez­pie­czeń­stwa Na­ro­do­we­go albo Bia­łe­go Domu? Mógł­by to zro­bić bez żad­nych trud­no­ści. Pół mi­lio­na do­la­rów to na­wet dzi­siaj nie byle co.

– Dla­te­go że nie chce się w to ofi­cjal­nie wplą­ty­wać. – Hal­li­day ode­tchnął i zmarsz­czył brwi. – Wiem, brzmi to dzi­wacz­nie, ale to praw­da. To wy­bit­na po­stać i zwró­ci­łem się do niej, bo spra­wa mnie za­nie­po­ko­iła. Szcze­rze mó­wiąc, my­śla­łem, że pod­nie­sie słu­chaw­kę i zro­bi to, co su­ge­ro­wa­łeś. Mógł­by za­dzwo­nić do Bia­łe­go Domu, wo­lał jed­nak za­ła­twić to na swój spo­sób.

– Wo­lał mnie?

– Przy­kro mi, na­wet o to­bie nie sły­szał. Po­wie­dział coś dziw­ne­go. Ka­zał mi zna­leźć ko­goś, kto znisz­czy tych ło­trów, nie wcią­ga­jąc w spra­wę rzą­du, gdyż był­by to dla nich zbyt wiel­ki za­szczyt. Z po­cząt­ku nie ro­zu­mia­łem, o co cho­dzi, ale wresz­cie się do­my­śli­łem. Pa­su­je to do mo­jej teo­rii, że De­la­va­ne’ów tego świa­ta naj­sku­tecz­niej uniesz­ko­dli­wia śmiesz­ność.

– I eli­mi­nu­je tak­że przy­krą wi­zję mę­czeń­stwa – do­dał Co­nver­se. – Ja­kie są mo­ty­wy two­je­go… wy­bit­ne­go oby­wa­te­la? Dla­cze­go chce na to wy­dać tyle pie­nię­dzy?

– Gdy­bym ci po­wie­dział, do­my­ślił­byś się jego toż­sa­mo­ści – od­parł Ka­li­for­nij­czyk. – Nie mogę tego zro­bić. Za­apro­bo­wał­byś go jako swo­je­go mo­co­daw­cę, wierz mi na sło­wo.

– Ko­lej­ne py­ta­nie – cią­gnął Joel z ostrą nutą w gło­sie. – Co, u li­cha, po­wie­dzia­łeś Tal­bo­to­wi i Bro­ok­so­wi, że zgo­dzi­li się dać mi urlop?

– Nie mie­li wy­bo­ru – od­parł Hal­li­day. – Sko­rzy­sta­łem z po­mo­cy pew­nej oso­by. Czy znasz sę­dzie­go Lu­ca­sa An­stet­ta?

– To sę­dzia Wyż­sze­go Try­bu­na­łu Ape­la­cyj­ne­go. – Co­nver­se ski­nął gło­wą. – Daw­no temu po­wi­nien wejść do Sądu Naj­wyż­sze­go.

– Taka pa­nu­je opi­nia. Jest tak­że przy­ja­cie­lem mo­je­go klien­ta i spo­tkał się z Law­ren­ce’em Tal­bo­tem i Na­tha­nem Si­mo­nem; Bro­oks wy­je­chał. Nie ujaw­nia­jąc na­zwi­ska mego mo­co­daw­cy, po­wie­dział im, że za­ist­nia­ła sy­tu­acja, któ­ra może się prze­ro­dzić w ogól­no­kra­jo­wy kry­zys po­li­tycz­ny, je­śli nie po­czy­ni się na­tych­miast pew­nych kro­ków praw­nych. W spra­wę za­an­ga­żo­wa­nych jest kil­ka ame­ry­kań­skich kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kich, ale rzecz do­ty­czy głów­nie Eu­ro­py i wy­ma­ga współ­pra­cy do­świad­czo­ne­go spe­cja­li­sty od pra­wa mię­dzy­na­ro­do­we­go. Po­pro­sił o udzie­le­nie ci urlo­pu, abyś po­pro­wa­dził wszyst­ko w cał­ko­wi­tej ta­jem­ni­cy, gdy­by przy­ję­to two­ją kan­dy­da­tu­rę i gdy­byś wy­ra­ził zgo­dę. Oczy­wi­ście bar­dzo się za tobą wsta­wiał.

– I oczy­wi­ście prze­ko­nał Tal­bo­ta i Si­mo­na – po­wie­dział Joel. – Sę­dzia An­stett to ktoś, komu się nie od­ma­wia. Jest zbyt wy­mow­ny, nie wspo­mi­na­jąc na­wet o po­tę­dze jego try­bu­na­łu.

– My­ślę, że nie po­słu­żył się tym ar­gu­men­tem.

– Ale miał go w za­na­drzu.

Hal­li­day się­gnął do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki i wy­cią­gnął po­dłuż­ną ko­per­tę z na­dru­kiem swo­jej kan­ce­la­rii.

– Oto list stresz­cza­ją­cy wszyst­ko, co po­wie­dzia­łem. Jest tam tak­że in­struk­cja po­stę­po­wa­nia na wy­spie My­ko­nos. Kie­dy za­ła­twisz for­mal­no­ści w ban­ku… mu­sisz okre­ślić spo­sób wy­pła­ty pie­nię­dzy lub po­dać kon­to, na któ­re mają zo­stać prze­la­ne… otrzy­masz na­zwi­sko miesz­kań­ca wy­spy. To star­szy pan na eme­ry­tu­rze. Za­dzwoń do nie­go; poda ci czas i miej­sce spo­tka­nia. Otrzy­masz od nie­go wszel­kie nie­zbęd­ne in­for­ma­cje. Na­zwi­ska, praw­do­po­dob­ne po­wią­za­nia, dzia­łal­ność sprzecz­na z pra­wem kil­ku kra­jów. Cho­dzi o nie­le­gal­ny eks­port bro­ni, sprzę­tu oraz ta­jem­nic tech­no­lo­gicz­nych. Przy­go­tuj ja­kieś oskar­że­nia, w któ­rych po­ja­wia się na­zwi­sko De­la­va­ne’a, choć­by tyl­ko mar­gi­ne­so­wo. To wy­star­czy. Ośmie­szy­my go. Wów­czas prze­sta­nie być groź­ny.

– To po pro­stu bez­czel­ność! – po­wie­dział gniew­nie Co­nver­se. – Na nic się nie zgo­dzi­łem! Nikt nie po­dej­mu­je za mnie de­cy­zji, ani ty, ani Tal­bot i Si­mon, ani twój cho­ler­ny klient! Co wy so­bie wła­ści­wie wy­obra­ża­cie! Naj­pierw oce­nia­cie mnie jak ka­wał mię­sa, a po­tem roz­po­rzą­dza­cie mną za mo­imi ple­ca­mi! Kim wy, u li­cha, je­ste­ście?!

– Za­nie­po­ko­jo­ny­mi ludź­mi, któ­rzy uwa­ża­ją, że zna­leź­li wła­ści­we­go czło­wie­ka do wy­ko­na­nia waż­ne­go za­da­nia – od­parł Hal­li­day, kła­dąc ko­per­tę przed Jo­elem. – Tyle że zo­sta­ło bar­dzo nie­wie­le cza­su. Prze­ży­łeś to, co chce nam za­fun­do­wać De­la­va­ne, więc wiesz, o co cho­dzi. – Ka­li­for­nij­czyk wstał na­gle. – Za­sta­nów się nad tym. Po­mó­wi­my póź­niej. Ale, ale, Szwaj­ca­rzy wie­dzą, że­śmy się dziś spo­tka­li. Gdy­by py­ta­no, o czym roz­ma­wia­li­śmy, po­wiedz, że przy­ją­łem ostat­nią pro­po­zy­cję po­dzia­łu ak­cji se­rii A. Jest dla nas ko­rzyst­ny, choć wy są­dzi­cie in­a­czej. Dzię­ki za kawę. Za go­dzi­nę spo­tka­my się na kon­fe­ren­cji… Miło cię bę­dzie zno­wu wi­dzieć, Joel.

Ka­li­for­nij­czyk ru­szył szyb­ko mię­dzy sto­li­ka­mi, prze­szedł przez mo­sięż­ną bram­kę Le Chat Bot­te i znik­nął na za­la­nej słoń­cem Quai du Mont Blanc.

• • •

Na krań­cu dłu­gie­go ma­ho­nio­we­go sto­łu kon­fe­ren­cyj­ne­go znaj­do­wał się wbu­do­wa­ny apa­rat te­le­fo­nicz­ny. Jego przy­tłu­mio­ny sy­gnał pa­so­wał do ele­ganc­kie­go po­miesz­cze­nia. Te­le­fon ode­brał szwaj­car­ski ar­bi­ter, rad­ca praw­ny re­pre­zen­tu­ją­cy kan­ton Ge­ne­wy. Roz­ma­wiał chwi­lę ci­chym gło­sem, ski­nął dwu­krot­nie gło­wą i odło­żył słu­chaw­kę na wi­deł­ki. Na­stęp­nie spoj­rzał na ze­bra­nych męż­czyzn: sied­miu ad­wo­ka­tów za­ję­ło miej­sca w fo­te­lach i roz­ma­wia­ło pół­gło­sem, a ósmy, Joel Co­nver­se, stał przy ogrom­nym oknie z za­sło­na­mi po bo­kach, któ­re wy­cho­dzi­ło na Quai Gu­sta­ve Ador. W dole wi­dać było gi­gan­tycz­ną Jet d’Eau z wodą zwie­wa­ną na lewo przez pół­noc­ny wiatr. Nie­bo po­kry­ły czar­ne chmu­ry. Znad Alp nad­cią­ga­ła let­nia bu­rza.

– Mes­sieurs – ode­zwał się ar­bi­ter. Roz­mo­wy uci­chły i twa­rze obec­nych zwró­ci­ły się w stro­nę Szwaj­ca­ra. – Dzwo­nił mon­sieur Hal­li­day. Za­trzy­ma­ły go waż­ne obo­wiąz­ki, lecz pro­si pa­nów o roz­po­czę­cie kon­fe­ren­cji. Skon­tak­to­wał się ze swo­im współ­pra­cow­ni­kiem, mon­sieur Ro­ge­te­au i, jak ro­zu­miem, spo­tkał się dziś rano z mon­sieur Co­nver­se’em, by omó­wić ostat­nie szcze­gó­ły. Czy to praw­da, mon­sieur Co­nver­se?

Gło­wy obec­nych zwró­ci­ły się w prze­ciw­nym kie­run­ku, ku po­sta­ci koło okna. Nie było od­po­wie­dzi. Co­nver­se spo­glą­dał wciąż na je­zio­ro.

– Mon­sieur Co­nver­se!

– Słu­cham?

Joel się od­wró­cił. Miał zmarsz­czo­ne brwi i był my­śla­mi da­le­ko od Ge­ne­wy.

– Czy to praw­da, mon­sieur?

– O co cho­dzi?

– Czy wi­dział się pan dziś rano z mon­sieur Hal­li­day­em?

Co­nver­se mil­czał przez chwi­lę.

– Owszem – od­parł.

– I…?

– Przy­jął ostat­nią pro­po­zy­cję po­dzia­łu ak­cji se­rii A.

Ame­ry­ka­nie po­wi­ta­li jego sło­wa ci­chym, lecz sły­szal­nym wes­tchnie­niem ulgi, Szwaj­ca­rzy zaś mil­cze­li z ka­mien­ny­mi twa­rza­mi. Joel spo­strzegł re­ak­cje ze­bra­nych. W in­nych oko­licz­no­ściach do­szedł­by za­pew­ne do wnio­sku, że rzecz wy­ma­ga dal­sze­go roz­wa­że­nia. Hal­li­day uznał po­dział za ko­rzyst­ny dla Szwaj­ca­rów, a po­nad­to zgo­dę uzy­ska­no zbyt ła­two; Joel chęt­nie prze­su­nął­by spra­wę na póź­niej­szy ter­min, by po­świę­cić jej go­dzi­nę stu­diów. W dziw­ny spo­sób nie mia­ło to żad­ne­go zna­cze­nia. Niech go li­cho! – po­my­ślał.

– W ta­kim ra­zie roz­pocz­nij­my kon­fe­ren­cję, jak su­ge­ro­wał mon­sieur Hal­li­day – ode­zwał się ar­bi­ter, zer­ka­jąc na ze­ga­rek.

Mi­nę­ła pierw­sza, dru­ga, wresz­cie trze­cia go­dzi­na ob­rad. Praw­ni­cy dys­ku­to­wa­li ści­szo­ny­mi gło­sa­mi, prze­ka­zy­wa­li so­bie kart­ki pa­pie­ru, uści­śla­li po­szcze­gól­ne punk­ty umo­wy, pa­ra­fo­wa­li ko­lej­ne ar­ty­ku­ły. Hal­li­day się nie po­ja­wiał. Za­pa­lo­no lam­py, gdyż nie­bo za ogrom­ny­mi okna­mi za­snu­ły czar­ne chmu­ry. Wspo­mi­na­no o nad­cią­ga­ją­cej bu­rzy.

Wtem, ni­czym grom z ja­sne­go nie­ba, zza gru­bych dę­bo­wych drzwi sali kon­fe­ren­cyj­nej do­bie­gły prze­cią­głe krzy­ki, któ­re na­ra­sta­ły, aż ze­bra­nych ogar­nę­ła zgro­za. Nie­któ­rzy dali nura pod ogrom­ny stół, inni ze­rwa­li się na rów­ne nogi i sta­li bez ru­chu jak spa­ra­li­żo­wa­ni, a kil­ku, mię­dzy in­ny­mi Co­nver­se, rzu­ci­ło się w stro­nę drzwi. Ar­bi­ter chwy­cił klam­kę i szarp­nął ją z taką siłą, że drzwi ude­rzy­ły w ścia­nę. Ob­raz, któ­ry uj­rze­li, po­zo­stał na za­wsze w ich pa­mię­ci. Joel ro­ze­pchnął lu­dzi sto­ją­cych przed nim i wbiegł do se­kre­ta­ria­tu.

Ave­ry Fow­ler wy­pu­ścił z kre­do­wo­bia­łych pal­ców prąż­ko­wa­ną ma­ry­nar­kę. Jego bia­ła ko­szu­la była czer­wo­na, a pierś po­kry­ta set­ka­mi ma­ciu­peń­kich krwa­wią­cych otwor­ków. Ru­nął na pod­ło­gę, cze­pia­jąc się biur­ka se­kre­tar­ki. Wy­wi­nię­ty koł­nie­rzyk pękł, a na szyi uka­za­ła się pla­ma krwi. Joel znał aż na­zbyt do­brze chra­pli­wy od­dech; w obo­zie je­niec­kim trzy­mał w rę­kach gło­wy chłop­ców, któ­rzy łka­li z gnie­wu i przed­śmiert­ne­go lęku. Pod­trzy­mał te­raz gło­wę Ave­ry’ego Fow­le­ra, kła­dąc go na pod­ło­dze.

– Boże, co się sta­ło?! – za­wo­łał, obej­mu­jąc ko­na­ją­ce­go męż­czy­znę.

– Wró­ci­li… – wy­chry­piał ko­le­ga szkol­ny sprzed lat. – Win­da… Za­mknę­li mnie w win­dzie…! Mó­wi­li, że to w imie­niu Akwi­ta­nii, Akwi­ta­nii, sły­szysz…?! O Boże…! Meg, dzie­ci…!

Gło­wa Ave­ry’ego Fow­le­ra opa­dła cięż­ko na pra­we ra­mię i z za­krwa­wio­ne­go gar­dła uszło ostat­nie tchnie­nie.

Pre­ston Hal­li­day nie żył.

• • •

Co­nver­se stał na desz­czu w prze­mo­czo­nym ubra­niu, wpa­tru­jąc się w nie­wi­docz­ne miej­sce na wo­dzie, gdzie za­le­d­wie przed go­dzi­ną try­ska­ła fon­tan­na sta­no­wią­ca sym­bol Ge­ne­wy. Ze wzbu­rzo­ne­go je­zio­ra znik­nę­ły wdzięcz­ne bia­łe ża­gle, za­stą­pio­ne przez nie­koń­czą­ce się rzę­dy krót­kich, ostrych fal. Po sło­necz­nych re­flek­sach nie zo­sta­ło ani śla­du. Z pół­no­cy, znad Alp, do­bie­ga­ły od­le­głe grzmo­ty.

Joel po­padł w odrę­twie­nie.

Roz­dział 2

Co­nver­se mi­nął dłu­gą mar­mu­ro­wą re­cep­cję ho­te­lu Ri­che­mond i ru­szył w stro­nę sze­ro­kich scho­dów po le­wej. Uczy­nił to z przy­zwy­cza­je­nia: jego apar­ta­ment znaj­do­wał się na pierw­szym pię­trze, a sta­ro­świec­kie mo­sięż­ne win­dy wy­ście­ła­ne czer­wo­nym ak­sa­mi­tem od­zna­cza­ły się uro­dą, lecz nie szyb­ko­ścią. Lu­bił tak­że prze­cho­dzić koło rzę­si­ście oświe­tlo­nych, hor­ren­dal­nie dro­gich klej­no­tów le­żą­cych w ga­blo­tach wzdłuż ścian ele­ganc­kich scho­dów – iskrzą­cych się bry­lan­tów, krwi­sto­czer­wo­nych ru­bi­nów, ażu­ro­wych ko­lii ze zło­te­go fi­li­gra­nu. W dziw­ny spo­sób przy­po­mi­na­ły mu o nie­spo­dzie­wa­nej od­mia­nie losu. Spo­dzie­wał się gwał­tow­nej śmier­ci ty­sią­ce ki­lo­me­trów od kra­ju, w jed­nej z kil­ku­na­stu nie­mal iden­tycz­nych za­szczu­rzo­nych cel, wśród przy­tłu­mio­nych dźwię­ków wy­strza­łów i da­le­kich krzy­ków dzie­ci w ciem­no­ści. Bry­lan­ty, ru­bi­ny i zło­to sym­bo­li­zo­wa­ły coś nie­osią­gal­ne­go i fan­ta­stycz­ne­go, a oto miał je przed sobą, pa­trzył na nie, uśmie­chał się do nich… one zaś wpa­try­wa­ły się weń lśnią­cy­mi oczy­ma o nie­zmie­rzo­nej głę­bi, po­twier­dza­jąc swo­je i jego ist­nie­nie. Od­mia­na losu.

Jed­nak­że tym ra­zem ich nie za­uwa­żył, a one nie od­wza­jem­ni­ły jego spoj­rzeń. Ni­cze­go nie wi­dział ani nie czuł, jego umysł i cia­ło odrę­twia­ły, za­wie­szo­ne w pu­st­ce po­zba­wio­nej po­wie­trza. Czło­wiek, któ­re­go znał w dzie­ciń­stwie, sko­nał nie­daw­no w jego ra­mio­nach, a sło­wa wy­po­wie­dzia­ne prze­zeń w chwi­li śmier­ci były nie­zro­zu­mia­łe i pa­ra­li­żu­ją­ce. „Mó­wi­li, że to w imie­niu Akwi­ta­nii…”. Gdzie zdro­wy roz­są­dek, gdzie sens? Co łą­czy Jo­ela z nie­uchwyt­nym zna­cze­niem owe­go zda­nia? Wplą­tał się w całą afe­rę za spra­wą ma­ni­pu­la­cji, któ­rej przy­czy­ną jest na­zwi­sko, czło­wiek. Geo­r­ge Mar­cus De­la­va­ne, wład­ca Saj­go­nu.

– Mon­sieur!

Stłu­mio­ny okrzyk do­biegł z dołu; Joel od­wró­cił się na scho­dach i uj­rzał ele­ganc­ko ubra­ne­go dy­rek­to­ra ho­te­lu, któ­ry biegł w jego stro­nę przez hol. Miał na imię Hen­ri i znał Co­nver­se’a od pra­wie pię­ciu lat. Ich zna­jo­mość nie ogra­ni­cza­ła się do sto­sun­ków pra­cow­ni­ka i go­ścia: czę­sto gry­wa­li ra­zem w ba­ka­ra­ta w Di­von­ne we Fran­cji, tuż nad gra­ni­cą szwaj­car­ską.

– Wi­taj, Hen­ri!

– Mon Dieu, nic ci się nie sta­ło, Joel?! Two­ja kan­ce­la­ria w No­wym Jor­ku bez prze­rwy do cie­bie te­le­fo­nu­je! Sły­sza­łem o wszyst­kim w ra­diu, mówi o tym cała Ge­ne­wa! Nar­co­ti­qu­es! Nar­ko­ty­ki, gang­ste­rzy, pi­sto­le­ty ma­szy­no­we, zbrod­nia! Za­gro­żo­na jest na­wet re­pu­ta­cja na­sze­go ho­te­lu!

– Tak mó­wią?

– Pod ko­szu­lą two­je­go przy­ja­cie­la zna­le­zio­no pa­czusz­ki z ko­ka­iną! Sza­no­wa­ny avo­cat in­ter­na­tio­nal oka­zał się prze­myt­ni­kiem!

– To kłam­stwo – prze­rwał Co­nver­se.

– Po­wta­rzam tyl­ko ich sło­wa. Wspo­mnia­no two­je na­zwi­sko, po­dob­no umarł na two­ich rę­kach… Oczy­wi­ście nie pa­dło na cie­bie żad­ne po­dej­rze­nie, zna­la­złeś się tam po pro­stu ra­zem z in­ny­mi. Usły­sza­łem two­je na­zwi­sko i bar­dzo się za­nie­po­ko­iłem! Gdzie się po­dzie­wa­łeś?

– By­łem na po­li­cji. Od­po­wia­da­łem na dzie­siąt­ki py­tań bez od­po­wie­dzi.

Py­tań, na któ­re moż­na od­po­wie­dzieć, lecz nie na po­ste­run­ku ge­new­skiej po­li­cji. Ave­ry Fow­ler vel Pre­ston Hal­li­day za­słu­gu­je na coś lep­sze­go. Zwią­za­ła ich śmierć.

– Boże, je­steś cały prze­mo­czo­ny! – za­wo­łał Hen­ri, pa­trząc na Jo­ela za­tro­ska­nym wzro­kiem. – Cho­dzi­łeś po desz­czu, praw­da? Nie było tak­só­wek?

– Nie szu­ka­łem. Wo­la­łem iść pie­szo.

– Oczy­wi­ście, ro­zu­miem, je­steś w szo­ku. Po­ślę ci na górę tro­chę do­bre­go ar­ma­nia­ku. A może ko­la­cję? Przy­go­to­wać ci sto­lik w Gen­til­shom­mes?

– Dzię­ki. Za­mów mi roz­mo­wę z No­wym Jor­kiem za pół go­dzi­ny, do­brze? Sam za­wsze wy­krę­cam zły nu­mer.

– Joel?

– Co ta­kie­go?

– Czy mógł­bym ci po­móc? Czy jest coś, co po­wi­nie­neś mi po­wie­dzieć? Prze­gra­li­śmy i wy­gra­li­śmy ra­zem zbyt wie­le bu­te­lek grand cru clas­se, że­bym mógł zo­sta­wić cię sa­me­go. Znam Ge­ne­wę, przy­ja­cie­lu.

Co­nver­se spoj­rzał na sze­ro­ko roz­sta­wio­ne brą­zo­we oczy i za­nie­po­ko­jo­ną, na­pię­tą twarz.

– Dla­cze­go mi to mó­wisz?

– Bo tak szyb­ko za­prze­czy­łeś in­for­ma­cji o ko­ka­inie. Ob­ser­wo­wa­łem cię. Nie po­wie­dzia­łeś ca­łej praw­dy.

Joel mru­gnął i za­ci­snął na chwi­lę po­wie­ki, czu­jąc ostry ból w środ­ku czo­ła. Wcią­gnął głę­bo­ko od­dech.

– Je­śli chcesz wy­świad­czyć mi przy­słu­gę, Hen­ri, nie snuj żad­nych do­my­słów. Po pro­stu za­mów mi po­łą­cze­nie z No­wym Jor­kiem za pół go­dzi­ny, do­brze?

– Mais oui, mon­sieur – od­parł Fran­cuz, ki­wa­jąc gło­wą. – Le di­rec­teur du Ri­che­mond speł­nia wszyst­kie ży­cze­nia swo­ich go­ści… Je­śli bę­dziesz mnie po­trze­bo­wał, przy­ja­cie­lu, je­stem w po­bli­żu.

– Wiem o tym. Dam ci znać, kie­dy wy­cią­gnę złą kar­tę.

– Daj mi znać, je­śli bę­dziesz wy­cią­gać kar­ty na te­re­nie Szwaj­ca­rii. Ko­lor za­le­ży od gra­cza.

– Będę o tym pa­mię­tał. Za­mó­wisz mi roz­mo­wę za pół go­dzi­ny?

– Cer­ta­ine­ment, mon­sieur.

• • •

Prysz­nic był tak go­rą­cy, że pra­wie nie do wy­trzy­ma­nia. Płu­ca Jo­ela wy­peł­ni­ła para, ta­mu­jąc od­dech w pier­siach. Po chwi­li od­krę­cił ku­rek z zim­ną wodą i za­czął wić się z bólu pod lo­do­wa­tym stru­mie­niem, szczę­kał zę­ba­mi. Do­szedł do wnio­sku, że kon­trast mię­dzy cie­płem a zim­nem roz­ja­śni mu w gło­wie, a przy­najm­niej zła­go­dzi po­czu­cie odrę­twie­nia. Mu­siał się za­sta­no­wić, pod­jąć de­cy­zję, wsłu­chać się w sie­bie.

Wy­szedł z ła­zien­ki w gru­bym szla­fro­ku, któ­ry wchło­nął reszt­ki wody, i wsu­nął sto­py w pan­to­fle sto­ją­ce na pod­ło­dze koło łóż­ka. Wy­jął z biur­ka pa­pie­ro­sy i za­pal­nicz­kę, po czym prze­szedł do ba­wial­ni. Za­tro­ska­ny Hen­ri do­trzy­mał sło­wa – na sto­li­ku do kawy sta­ła bu­tel­ka dro­gie­go ar­ma­nia­ku i dwa kie­lisz­ki, ra­czej dla ozdo­by niż w okre­ślo­nym celu. Usiadł na mięk­kiej ka­na­pie, na­lał so­bie i za­pa­lił pa­pie­ro­sa. Na dwo­rze lał rzę­si­sty sierp­nio­wy deszcz, bęb­niąc ostro i bez­li­to­śnie o szy­by. Joel spoj­rzał na ze­ga­rek: było kil­ka mi­nut po szó­stej, więc w No­wym Jor­ku mi­nę­ło wła­śnie po­łu­dnie. Za­sta­na­wiał się, czy Hen­ri zdo­łał za­mó­wić po­łą­cze­nie przez oce­an. Ock­nął się w nim praw­nik; pra­gnął usły­szeć ko­goś w No­wym Jor­ku, kto po­twier­dził­by re­we­la­cje za­bi­te­go lub im za­prze­czył. Od chwi­li gdy na scho­dach pod­szedł doń Hen­ri, mi­nę­ło dwa­dzie­ścia pięć mi­nut; po­sta­no­wił za­cze­kać jesz­cze pięć i za­te­le­fo­no­wać do re­cep­cji.

Do­no­śne brzę­cze­nie te­le­fo­nu wy­trą­ci­ło Jo­ela z rów­no­wa­gi. Się­ga­jąc po apa­rat sto­ją­cy na sto­li­ku koło ka­na­py, spo­strzegł, że ma przy­śpie­szo­ny od­dech i drżą­ce ręce.

– Tak, słu­cham?

– Nowy Jork do pana, mon­sieur – ode­zwa­ła się ho­te­lo­wa re­cep­cjo­nist­ka. – Dzwo­ni pań­ska kan­ce­la­ria. Czy mam od­wo­łać roz­mo­wę za­mó­wio­ną na szó­stą pięt­na­ście?

– Tak, pro­szę. Bar­dzo dzię­ku­ję.

– Joel Co­nver­se?

Za­tro­ska­ny, pi­skli­wy gło­sik na­le­żał do se­kre­tar­ki Law­ren­ce’a Tal­bo­ta.

– Jak się masz, Jane?

– Do­bry Boże, pró­bu­je­my się do cie­bie do­dzwo­nić od dzie­sią­tej rano! Wła­śnie wte­dy do­tar­ły do nas pierw­sze wia­do­mo­ści. To okrop­ne!

– Nic mi nie jest, Jane. Miło, że się o mnie trosz­czy­cie.

– Pan Tal­bot wy­cho­dzi z sie­bie. Mówi, że to nie do wia­ry!

– Nie wierz­cie w to, co mó­wią o Hal­li­dayu. To nie­praw­da. Czy mógł­bym po­roz­ma­wiać z Lar­rym?

– Gdy­by wie­dział, że jesz­cze cię nie po­łą­czy­łam, wy­lał­by mnie z pra­cy.

– Nie ma oba­wy. Kto pi­sał­by mu li­sty?

Se­kre­tar­ka za­mil­kła na chwi­lę.

– O Boże, Joel, ty to masz ner­wy! – po­wie­dzia­ła spo­koj­niej­szym to­nem. – Po tym wszyst­kim, co prze­sze­dłeś, po­tra­fisz jesz­cze żar­to­wać!

– Po­pra­wia mi to hu­mor, Jane. Po­łącz mnie z Bub­bą, do­brze?

– To już prze­cho­dzi ludz­kie po­ję­cie!

Law­ren­ce Tal­bot, współ­wła­ści­ciel fir­my Tal­bot, Bro­oks i Si­mon, był praw­ni­kiem do­brze zna­ją­cym swój za­wód, jed­nak­że za­wdzię­czał ka­rie­rę nie tyl­ko zdol­no­ściom, lecz tak­że temu, że jako stu­dent Uni­wer­sy­te­tu Yale wszedł w skład re­pre­zen­ta­cji Sta­nów Zjed­no­czo­nych w fut­bo­lu ame­ry­kań­skim. Był tak­że przy­zwo­itym czło­wie­kiem, bar­dziej ogól­nym ko­or­dy­na­to­rem niż siłą na­pę­do­wą kon­ser­wa­tyw­nej, choć ce­nio­nej kan­ce­la­rii ad­wo­kac­kiej. Od­zna­czał się też bez­stron­no­ścią i uczci­wo­ścią: za­wsze do­trzy­my­wał sło­wa. Była to jed­na z przy­czyn, któ­ra skło­ni­ła Jo­ela do roz­po­czę­cia pra­cy w fir­mie. Dru­gą sta­no­wił Na­than Si­mon, wspa­nia­ły czło­wiek i ad­wo­kat. Co­nver­se na­uczył się od Nate’a Si­mo­na wię­cej niż od ja­kie­go­kol­wiek in­ne­go praw­ni­ka czy pro­fe­so­ra. Uwa­żał go za swo­je­go naj­bliż­sze­go przy­ja­cie­la, choć trud­no było się doń zbli­żyć; ów nie­sły­cha­nie za­mknię­ty w so­bie czło­wiek wy­wo­ły­wał zwy­kle w swo­ich zna­jo­mych mie­sza­ni­nę sym­pa­tii i re­zer­wy.

– Wiel­ki Boże, coś strasz­ne­go! – roz­legł się w słu­chaw­ce po­de­ner­wo­wa­ny głos Law­ren­ce’a Tal­bo­ta. – Czy mo­że­my coś zro­bić?!

– Przede wszyst­kim za­przecz­cie tym idio­ty­zmom o Hal­li­dayu. To taki sam prze­myt­nik nar­ko­ty­ków jak Nate Si­mon.

– Więc nie sły­sza­łeś? Wszyst­ko zde­men­to­wa­no. Obec­na wer­sja to na­pad ra­bun­ko­wy z bro­nią w ręku. Hal­li­day bro­nił się, a mor­der­cy wsu­nę­li mu pod ko­szu­lę pa­czusz­ki z ko­ka­iną. Z San Fran­ci­sco mu­siał za­te­le­fo­no­wać John Hal­li­day i za­gro­zić, że oba­li rząd szwaj­car­ski… Grał w dru­ży­nie Uni­wer­sy­te­tu Stan­for­da, wiesz?

– Je­steś sta­rym zło­śliw­cem, Bub­ba.

– Nig­dy nie przy­pusz­cza­łem, że się ucie­szę, sły­sząc ten przy­do­mek z two­ich ust, mło­dy czło­wie­ku.

– Wca­le nie taki mło­dy, Lar­ry… Czy mógł­bym cię o coś spy­tać?

– O co tyl­ko chcesz.

– An­stett, Lu­cas An­stett.

– Roz­ma­wiał ze mną i Na­tha­nem. Był nie­sły­cha­nie prze­ko­nu­ją­cy. Ro­zu­mie­my wszyst­ko.

– Do­praw­dy?

– Na­tu­ral­nie nie zdra­dził nam żad­nych szcze­gó­łów. Ale uwa­ża­my cię za jed­ne­go z naj­lep­szych spe­cja­li­stów w tej dzie­dzi­nie i ła­two zgo­dzi­li­śmy się na jego proś­bę. Za­trud­nia­my sa­mych naj­lep­szych fa­chow­ców, a sko­ro po­twier­dza to ktoś taki jak An­stett, mo­że­my tyl­ko so­bie po­gra­tu­lo­wać, praw­da?

– Ro­bi­cie to ze wzglę­du na jego wpły­wy?

– Chry­ste, nie! Po­wie­dział na­wet, że je­śli się zgo­dzi­my, bę­dzie trak­to­wał na­sze ape­la­cje su­ro­wiej. To praw­dzi­wy po­twór, je­śli cze­goś chce. Uprze­dza z góry, że nie wyj­dzie to ofia­ro­daw­cy na do­bre.

– Wie­rzy­cie mu?

– Cóż, Na­than wspo­mniał coś o tym, że ko­zioł za­wsze po­zo­sta­nie ko­złem. Po­win­ni­śmy iść An­stet­to­wi na rękę. Na­than czę­sto za­ciem­nia spra­wy, ale, do dia­bła, Joel, zwy­kle tra­fia w dzie­siąt­kę!

– Je­śli ma się trzy go­dzi­ny, by wy­słu­chać pię­cio­mi­nu­to­we­go uza­sad­nie­nia – od­parł Co­nver­se.

– Nate nig­dy nie prze­sta­je my­śleć, mło­dy czło­wie­ku.

– Wca­le nie taki mło­dy… Wszyst­ko jest względ­ne.

– Dzwo­ni­ła two­ja żona… prze­pra­szam, była żona.

– Ach tak?

– Sły­sza­ła two­je na­zwi­sko w ra­diu albo te­le­wi­zji i py­ta­ła, co się sta­ło.

– Co jej po­wie­dzie­li­ście?

– Że pró­bu­je­my się z tobą skon­tak­to­wać. Wie­dzie­li­śmy tyle co ona. Ro­bi­ła wra­że­nie bar­dzo zde­ner­wo­wa­nej.

– Za­dzwoń­cie do niej i po­wiedz­cie, że wszyst­ko w po­rząd­ku, do­brze? Zo­sta­wi­ła wam swój te­le­fon?

– Ma go Jane.

– No cóż, w ta­kim ra­zie bio­rę urlop.

– Peł­no­płat­ny – od­parł Tal­bot.

– Nie ma po­trze­by, Lar­ry. Do­sta­nę mnó­stwo pie­nię­dzy, więc nie za­wra­caj­cie so­bie gło­wy ra­chun­ka­mi. Wró­cę za trzy, czte­ry ty­go­dnie.

– Mógł­bym to zro­bić, ale nie za­mie­rzam – od­parł współ­wła­ści­ciel fir­my. – Wiem, że je­steś zna­ko­mi­tym fa­chow­cem, i chcę za­trzy­mać cię u sie­bie. Prze­le­je­my ci pie­nią­dze do ban­ku. – Tal­bot umilkł, po czym ode­zwał się ci­chym, za­tro­ska­nym gło­sem: – Mu­szę cię o coś spy­tać, Joel. Czy to za­bój­stwo ma coś wspól­ne­go z An­stet­tem?

Co­nver­se chwy­cił słu­chaw­kę z taką siłą, że za­bo­la­ły go pal­ce i nad­gar­stek.

– Ab­so­lut­nie nic, Lar­ry – od­po­wie­dział. – To dwie róż­ne spra­wy.

• • •

My­ko­nos, sło­necz­na bia­ła wy­spa w ar­chi­pe­la­gu Cy­kla­dy, w po­bli­żu sank­tu­ariów De­los. Od cza­sów pod­bo­ju przez ce­sa­rza Bar­ba­ros­sę go­ści­ła ko­lej­nych ra­bu­siów mor­skich, któ­rzy że­glo­wa­li po wo­dach Mo­rza Egej­skie­go: Tur­ków, Ro­sjan, Cy­pryj­czy­ków, wresz­cie Gre­ków. W cią­gu stu­le­ci za­mie­nia­li się oni miej­sca­mi, a ska­li­sta wy­spa na prze­mian zy­ski­wa­ła sła­wę lub po­pa­da­ła w nie­pa­mięć aż do po­ja­wie­nia się wy­smu­kłych jach­tów i lśnią­cych od­rzu­tow­ców, sym­bo­li no­wej epo­ki. Koło bia­łych wia­tra­ków i ala­ba­stro­wych ko­ścio­łów za­czę­ły su­nąć te­raz wą­ski­mi dro­ga­mi bez­sze­lest­ne po­rsche, ma­se­ra­ti i ja­gu­ary. Obok ma­ło­mów­nych, kon­ser­wa­tyw­nych Gre­ków, któ­rzy pa­ra­li się ry­bo­łów­stwem i han­dlem, po­ja­wi­li się lu­dzie in­ne­go po­kro­ju. Bez­tro­scy mło­dzień­cy w róż­nym wie­ku, odzia­ni w roz­cheł­sta­ne ko­szul­ki lub ob­ci­słe ko­stiu­my, z opa­le­ni­zną słu­żą­cą za tło dla cięż­kich zło­tych ozdób, zna­leź­li so­bie nowe miej­sce za­baw. Sta­ro­żyt­na wy­spa My­ko­nos, on­giś je­den z waż­nych por­tów dum­nych Fe­ni­cjan, sta­ła się Sa­int-Tro­pez Mo­rza Egej­skie­go.

Co­nver­se wy­le­ciał z Ge­ne­wy do Aten sa­mo­lo­tem szwaj­car­skich li­nii lot­ni­czych, a na­stęp­nie przy­był na wy­spę grec­ką awio­net­ką. Cho­ciaż stra­cił go­dzi­nę wsku­tek zmia­ny stref cza­su, do­tarł do ele­ganc­kiej, bia­łej bra­my ban­ku o czwar­tej po po­łu­dniu, przy­je­chaw­szy z lot­ni­ska tak­sów­ką. Bank znaj­do­wał się w po­bli­żu por­tu, a tłu­my tu­ry­stek w kwia­cia­stych ko­szu­lach i su­kien­kach oraz mo­to­rów­ki pły­ną­ce po ła­god­nych fa­lach w stro­nę głów­ne­go mola sta­no­wi­ły do­wód na to, iż ogrom­ny­mi stat­ka­mi wy­ciecz­ko­wy­mi sto­ją­cy­mi na re­dzie kie­ru­ją lu­dzie zna­ją­cy ży­cie. My­ko­nos olśnie­wa­ła i ku­si­ła; na bia­łej wy­spie po­zo­sta­nie mnó­stwo pie­nię­dzy, a ta­wer­ny i skle­pi­ki będą peł­ne lu­dzi od wscho­du słoń­ca do pół­no­cy. Po­pły­ną stru­mie­nie wina i z pół­ek znik­ną czap­ki grec­kich ry­ba­ków wkła­da­ne na gło­wy przez za­że­no­wa­nych wła­ści­cie­li pod­miej­skich wil­li w Gros­se Po­in­te albo Short Hills. A kie­dy za­pad­nie noc i przy­by­sze wy­po­wie­dzą ła­ma­ną gre­czy­zną ostat­nie efha­ri­stopa­ra­ka­lo, za­czną się inne gry, za­ba­wy dwo­rzan i kur­ty­zan, pięk­nych, nie­śmier­tel­nych, he­do­ni­stycz­nych dzie­ci Mo­rza Egej­skie­go. Per­li­ste­mu śmie­cho­wi bę­dzie to­wa­rzy­szyć li­cze­nie i wy­da­wa­nie drachm – zwłasz­cza to dru­gie – w ilo­ściach, któ­re zdu­mia­ły­by po­sia­da­czy na­je­le­gant­szych ka­bin na naj­wyż­szych po­kła­dach naj­bar­dziej luk­su­so­wych stat­ków. Ge­ne­wę ce­cho­wa­ła pew­na su­ro­wość, na­to­miast My­ko­nos wy­róż­nia­ła się go­ścin­no­ścią, któ­rej mo­gli­by po­zaz­dro­ścić sta­ro­żyt­ni Tur­cy.

Co­nver­se za­te­le­fo­no­wał z lot­ni­ska do ban­ku. Nie znał go­dzin urzę­do­wa­nia, tyl­ko na­zwi­sko ban­kie­ra, z któ­rym miał się skon­tak­to­wać. Ko­stas La­ska­ris po­wi­tał go oględ­nie przez te­le­fon i po­wie­dział, że za­mie­rza spraw­dzić au­ten­tycz­ność pasz­por­tu Jo­ela za po­mo­cą spek­tro­gra­fu, a po­nad­to po­trze­bu­je ory­gi­nal­ne­go li­stu Pre­sto­na Hal­li­daya opa­trzo­ne­go jego pod­pi­sem, któ­ry zo­sta­nie pod­da­ny kom­pu­te­ro­we­mu ba­da­niu na zgod­ność ze wzo­rem do­star­czo­nym przez zmar­łe­go.

– Po­dob­no za­strze­lo­no go w Ge­ne­wie. To bar­dzo przy­kre.

– Prze­ka­żę jego żo­nie i dzie­ciom wy­ra­zy pań­skie­go głę­bo­kie­go żalu.

Co­nver­se za­pła­cił tak­sów­ka­rzo­wi i wszedł po bia­łych schod­kach wio­dą­cych do wej­ścia. Niósł wa­liz­kę i tecz­kę, to­też ode­tchnął z ulgą, gdy drzwi otwo­rzył przed nim umun­du­ro­wa­ny odźwier­ny przy­wo­dzą­cy na myśl za­po­mnia­ną fo­to­gra­fię suł­ta­na sza­leń­ca, któ­ry chło­stał swo­je żony na dzie­dziń­cu ha­re­mu, gdy nie zdo­ła­ły go pod­nie­cić.

Ko­stas La­ska­ris wy­glą­dał zu­peł­nie in­a­czej, niż wy­obra­żał go so­bie Joel na pod­sta­wie krót­kiej, nie­po­ko­ją­cej roz­mo­wy przez te­le­fon. Oka­zał się ły­sa­wym, bli­sko sześć­dzie­się­cio­let­nim męż­czy­zną o mi­łej apa­ry­cji i cie­płych ciem­nych oczach. Mó­wił płyn­nie po an­giel­sku, choć naj­wy­raź­niej nie czuł się pew­nie w tym ję­zy­ku. Wstał zza biur­ka i wska­zał Co­nver­se’owi fo­tel na­prze­ciw­ko, a jego pierw­sze sło­wa za­tar­ły złe wra­że­nie.

– Pro­szę mi wy­ba­czyć gru­bo­skór­ność, z jaką mó­wi­łem o panu Hal­li­dayu. Spra­wa jest rze­czy­wi­ście bar­dzo przy­kra i trud­no mi to in­a­czej wy­ra­zić. Nie­ła­two tak­że czuć au­ten­tycz­ny żal po śmier­ci czło­wie­ka, któ­re­go się nig­dy nie wi­dzia­ło.

– By­łem nie w so­sie. Pro­szę o tym za­po­mnieć.

– Jest pan bar­dzo ła­skaw, lecz oba­wiam się, że nie mogę za­po­mnieć o zle­ce­niach pana Hal­li­daya i jego przy­ja­cie­la na My­ko­nos. Czy ma pan nie­zbęd­ne do­ku­men­ty?

– Kto to? – spy­tał Joel, się­ga­jąc do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki po port­fel, w któ­rym znaj­do­wa­ły się pasz­port i list. – Mam na my­śli przy­ja­cie­la pana Hal­li­daya.

– Jako praw­nik zda­je pan so­bie z pew­no­ścią spra­wę, że nie wol­no mi udzie­lić panu tych in­for­ma­cji, do­pó­ki… do­pó­ki nie po­ko­na­my pew­nych prze­szkód. Czy wy­ra­zi­łem się po­praw­nie?

– W za­sa­dzie tak. Chcia­łem pana tyl­ko wy­pró­bo­wać.

Joel wy­jął z port­fe­la pasz­port oraz list i wrę­czył je ban­kie­ro­wi.

La­ska­ris pod­niósł słu­chaw­kę te­le­fo­nu i wci­snął gu­zik. Po­wie­dział coś po grec­ku, naj­wy­raź­niej wzy­wa­jąc ko­goś. Po kil­ku se­kun­dach otwo­rzy­ły się drzwi i do ga­bi­ne­tu we­szła opa­lo­na ciem­no­wło­sa pięk­ność. Zbli­ży­ła się z gra­cją do biur­ka i zer­k­nę­ła spod spusz­czo­nych po­wiek na Jo­ela, któ­ry czuł na so­bie uważ­ny wzrok ban­kie­ra. Wy­star­czy­ło­by, żeby spoj­rzał zna­czą­co w stro­nę La­ska­ri­sa, a ten na­tych­miast przed­sta­wił­by go dziew­czy­nie. Wte­dy ona uśmiech­nę­ła­by się pro­mien­nie do Co­nver­se’a, spo­tka­li­by się i w sej­fie ban­kie­ra po­ja­wi­ła­by się tecz­ka z cie­ka­wy­mi in­for­ma­cja­mi. Jed­nak­że Joel nie dał spo­dzie­wa­ne­go zna­ku, gdyż nie ży­czył so­bie ist­nie­nia ta­kiej tecz­ki. Pół mi­lio­na do­la­rów to po­waż­na suma. Nie ozna­cza do­dat­ko­wych przy­jem­no­ści, lecz coś wręcz prze­ciw­ne­go.

Na­stęp­ne dzie­sięć mi­nut wy­peł­ni­ła ba­nal­na roz­mo­wa o roz­kła­dzie lo­tów, prze­pi­sach cel­nych i nie­wy­go­dach po­dró­ży, po czym zwró­co­no Jo­elo­wi pasz­port i list. Tym ra­zem jed­nak nie zro­bi­ła tego kru­czo­wło­sa pięk­ność, lecz mło­dziut­ki blon­dy­nek, któ­ry pod­szedł do biur­ka, ko­ły­sząc się lek­ko w bio­drach. Uprzej­my Grek nie za­mie­rzał re­zy­gno­wać i go­tów był speł­nić wszel­kie za­chcian­ki bo­ga­te­go klien­ta.

Co­nver­se spoj­rzał w cie­płe oczy ban­kie­ra i za­śmiał się ci­cho. La­ska­ris od­wza­jem­nił uśmiech, wzru­szył ra­mio­na­mi i od­pra­wił pla­żo­we­go ado­ni­sa.

– Je­stem tyl­ko dy­rek­to­rem tu­tej­szej fi­lii i nie od­po­wia­dam za ca­ło­ścio­wą po­li­ty­kę wo­bec klien­tów – rzekł, gdy za­mknę­ły się drzwi. – W koń­cu je­ste­śmy na My­ko­nos.

– Prze­pły­wa tędy mnó­stwo pie­nię­dzy – do­dał Joel. – Spo­dzie­wał się pan, że kogo wy­bio­rę?

– Ni­ko­go – od­parł La­ska­ris, krę­cąc gło­wą. – Spo­dzie­wa­łem się do­kład­nie tego, co pan zro­bił. In­a­czej był­by pan głup­cem, a nie uwa­żam pana za głup­ca. Je­stem nie tyl­ko dy­rek­to­rem ban­ku, lecz tak­że znaw­cą ludz­kich cha­rak­te­rów.

– Czy dla­te­go wy­bra­no pana na po­śred­ni­ka?

– Nie, nie dla­te­go. Je­stem przy­ja­cie­lem zna­jo­me­go pana Hal­li­daya. Miesz­ka na wy­spie i na­zy­wa się Be­ale, dok­tor Edward Be­ale… Jak pan wi­dzi, do­ku­men­ty są w po­rząd­ku.

– Dok­tor? – spy­tał Co­nver­se, po­chy­la­jąc się do przo­du i bio­rąc pasz­port oraz list. – Czyż­by le­karz?

– Nie, skąd­że zno­wu – za­prze­czył La­ska­ris. – To uczo­ny, eme­ry­to­wa­ny pro­fe­sor hi­sto­rii ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Po­bie­ra wy­so­ką eme­ry­tu­rę i prze­niósł się tu z Ro­dos kil­ka mie­się­cy temu. Wy­jąt­ko­wo cie­ka­wy czło­wiek, wszech­stron­nie wy­kształ­co­ny. Zaj­mu­ję się jego spra­wa­mi fi­nan­so­wy­mi, na któ­rych zna się tro­chę go­rzej. Mimo to jest po­sta­cią in­te­re­su­ją­cą.

Ban­kier znów się uśmiech­nął i wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Spo­dzie­wam się – ode­zwał się Joel. – Mam z nim wie­le do omó­wie­nia.

– To nie moja spra­wa. Czy mo­gli­by­śmy się za­jąć kwe­stią pie­nię­dzy? W ja­kiej for­mie chciał­by pan je otrzy­mać?

– Część w go­tów­ce. Ku­pi­łem w Ge­ne­wie spe­cjal­ny elek­tro­nicz­ny pas do trans­por­tu bank­no­tów. Ba­te­rie mają rocz­ną gwa­ran­cję. Je­śli ktoś go ze mnie ze­rwie, za­cznie wyć ma­lut­ka sy­re­na, od któ­rej pę­ka­ją bę­ben­ki w uszach. Pro­sił­bym o wy­pła­tę w do­la­rach ame­ry­kań­skich, oczy­wi­ście z wy­jąt­kiem paru ty­się­cy.

– Pas z czuj­ni­ka­mi ma swo­je za­le­ty, pod wa­run­kiem że jego wła­ści­ciel nie jest nie­przy­tom­ny lub nie znaj­dzie się na od­lu­dziu. Wy­pła­ta w cze­kach po­dróż­nych by­ła­by nie­co bez­piecz­niej­sza.

– Ma pan za­pew­ne ra­cję, ale wolę go­tów­kę. Może się zda­rzyć, że nie ze­chcę skła­dać pod­pi­su.

– Jak pan so­bie ży­czy. A no­mi­na­ły? – spy­tał La­ska­ris, bio­rąc do ręki ołó­wek i no­tat­nik. – I gdzie chciał­by pan prze­ka­zać po­zo­sta­łą część kwo­ty?

– Czy mógł­bym otwo­rzyć so­bie kil­ka ano­ni­mo­wych ra­chun­ków ban­ko­wych i swo­bod­nie z nich ko­rzy­stać? – spy­tał po­wo­li Co­nver­se.

– Na­tu­ral­nie. Szcze­rze mó­wiąc, to po­wszech­nie sto­so­wa­na prak­ty­ka na My­ko­nos, po­dob­nie jak na Kre­cie, Ro­dos, w Ate­nach, Stam­bu­le i wie­lu kra­jach Eu­ro­py. Na­le­ży do­star­czyć do ban­ku kil­ka słów na­pi­sa­nych pań­skim cha­rak­te­rem pi­sma, ja­kieś na­zwi­sko, licz­by… Zna­łem ko­goś, kto po­słu­gi­wał się dzie­cin­ną ry­mo­wan­ką. Chcąc pod­jąć pie­nią­dze, pi­sze pan te same sło­wa i po­rów­nu­je się je z ory­gi­na­łem. Na­tu­ral­nie na­le­ży sko­rzy­stać z usług in­sty­tu­cji no­wo­cze­snej.

– Oczy­wi­ście. Czy mógł­by pan wy­mie­nić kil­ka?

– Gdzie?

– W Lon­dy­nie, Pa­ry­żu, Bonn, może Tel Awi­wie – od­po­wie­dział Joel, przy­po­mi­na­jąc so­bie sło­wa Hal­li­daya.

– Bonn na­strę­cza pew­nych trud­no­ści: Niem­cy są tacy pe­dan­tycz­ni. Źle po­sta­wio­na kre­ska i na­tych­miast wzy­wa­ją gra­fo­lo­gów. W Tel Awi­wie da się to za­ła­twić bez pro­ble­mu, tam­tej­si ban­kie­rzy są rów­nie gięt­cy jak Kne­set. W Lon­dy­nie i Pa­ry­żu to co­dzien­na prak­ty­ka, choć pa­nu­je tam nie­sły­cha­na chci­wość. Od każ­dej ope­ra­cji po­bie­ra się wy­so­kie opła­ty, gdyż z góry wia­do­mo, że nie cho­dzi o pie­nią­dze z le­gal­ne­go źró­dła. To ro­dzaj usank­cjo­no­wa­ne­go zło­dziej­stwa.

– Zna się pan na rze­czy, praw­da?

– Mam spo­re do­świad­cze­nie. Jak wo­bec tego chciał­by pan otrzy­mać pie­nią­dze?

– Sto ty­się­cy go­tów­ką w bank­no­tach nie więk­szych niż pięć­set do­la­rów. Resz­tę po­dzie­li­my na czte­ry czę­ści i ulo­ku­je­my na ano­ni­mo­wych ra­chun­kach.

– To nie­zbyt trud­ne zle­ce­nie. Chce się pan po­słu­żyć na­zwi­ska­mi, licz­ba­mi czy dzie­cin­ny­mi ry­mo­wan­ka­mi?

– Licz­ba­mi – od­parł Co­nver­se. – Na­zwi­ska i ry­mo­wan­ki na­le­żą do wy­mia­ru, o któ­rym wolę te­raz nie my­śleć.

– Jak pan so­bie ży­czy – od­parł Grek, się­ga­jąc po no­tat­nik. – Oto te­le­fon dok­to­ra Be­ale’a. Kie­dy za­ła­twi­my for­mal­no­ści, może pan do nie­go za­dzwo­nić. Albo nie, je­śli tak pan po­sta­no­wi. To nie moja spra­wa.

• • •

Dok­tor Edward Be­ale, miesz­ka­niec wy­spy My­ko­nos, mó­wił po­wo­li i z na­my­słem, jak ra­so­wy na­uko­wiec. Nie śpie­szył się, a każ­de sło­wo mia­ło swój sens i cel.

– Oko­ło sied­miu ki­lo­me­trów od por­tu znaj­du­je się ka­mie­ni­sta pla­ża, mało uczęsz­cza­na po zmro­ku. Pro­szę się tam udać. Niech pan idzie na za­chód dro­gą wzdłuż brze­gu, aż zo­ba­czy pan na mo­rzu świa­tła kil­ku boi. Pro­szę zejść nad wodę i cze­kać. Znaj­dę pana.

• • •

Wy­so­ko na noc­nym nie­bie pę­dzi­ły chmu­ry nie­sio­ne przez prą­dy po­wietrz­ne. Od cza­su do cza­su wy­glą­dał zza nich księ­życ, oświe­tla­jąc pu­stą pla­żę, gdzie mia­ło na­stą­pić spo­tka­nie. W dali pod­ska­ki­wa­ły na wo­dzie czte­ry czer­wo­ne boje. Joel prze­szedł przez ska­ły i ru­szył po mięk­kim pia­sku w stro­nę brze­gu. Wi­dział i sły­szał nie­wiel­kie plu­ska­ją­ce fale. Za­pa­lił pa­pie­ro­sa, by zwró­cić na sie­bie uwa­gę. Uda­ło mu się to: z mro­ku za ple­ca­mi do­biegł po chwi­li czyjś głos, lecz Joel nie spo­dzie­wał się, że eme­ry­to­wa­ny uczo­ny zgo­tu­je mu ta­kie po­wi­ta­nie.

– Pro­szę stać w miej­scu i nie ru­szać się – pa­dła pierw­sza ko­men­da wy­po­wie­dzia­na ze spo­koj­ną sta­now­czo­ścią. – Niech pan wło­ży pa­pie­ro­sa do ust i za­cią­gnie się, a póź­niej unie­sie ręce pro­sto przed sie­bie… Do­brze. Te­raz pro­szę znów się za­cią­gnąć. Chcę zo­ba­czyć dym.

– Chry­ste Pa­nie, du­szę się! – wy­krzyk­nął Joel.

Szczy­pał go w oczy dym zwie­wa­ny przez mor­ski wiatr. Rap­tem po­czuł pręd­kie, ostre ru­chy czy­jejś ręki, któ­rą ob­ma­ca­no mu ubra­nie, prze­je­cha­no po pier­siach i wzdłuż nóg.

– Co pan robi?! – za­wo­łał, wy­plu­wa­jąc od­ru­cho­wo pa­pie­ro­sa.

– Nie ma pan bro­ni?

– Oczy­wi­ście, że nie!

– A ja tak. Może pan opu­ścić ręce i sta­nąć twa­rzą do mnie.

Co­nver­se wstrzą­sa­ny kasz­lem od­wró­cił się gwał­tow­nie i po­tarł łza­wią­ce oczy.

– Co to za idio­ty­zmy?!

– Pa­le­nie to okrop­ny na­łóg. Na pana miej­scu rzu­cił­bym pa­pie­ro­sy. Nie dość, że szko­dzą, to jesz­cze moż­na ich użyć prze­ciw­ko panu na inne spo­so­by.

Joel za­mru­gał po­wie­ka­mi i spoj­rzał przed sie­bie. Do­brych rad udzie­lał mu szczu­pły, si­wo­wło­sy sta­rzec śred­nie­go wzro­stu, trzy­ma­ją­cy się pro­sto, jak­by po­łknął kij. Był odzia­ny w ma­ry­nar­kę i spodnie z bia­łe­go płót­na ża­glo­we­go, miał twarz po­ora­ną zmarszcz­ka­mi, a na war­gach błą­kał mu się lek­ki uśmie­szek. W ręku trzy­mał pi­sto­let wy­ce­lo­wa­ny w gło­wę Co­nver­se’a.

– Na­zy­wa się pan Be­ale? – spy­tał Joel. – Dok­tor Edward Be­ale?

– Owszem. Uspo­ko­ił się pan tro­chę?

– Tak mi się zda­je, choć nie otrzą­sną­łem się jesz­cze z wra­że­nia.

– Do­brze. W ta­kim ra­zie scho­wam broń. – Uczo­ny opu­ścił rękę i uklęk­nął na pia­sku koło płó­cien­ne­go ple­ca­ka. Wło­żył pi­sto­let do środ­ka i znów wstał. – Przy­kro mi, ale mu­sia­łem mieć pew­ność.

– Jaką pew­ność? Że nie cho­dzę z dwo­ma pi­sto­le­ta­mi ma­szy­no­wy­mi?

– Hal­li­day nie żyje. Czy za­miast pana nie mógł­by przy­je­chać ktoś, kto roz­pra­wił­by się ze star­cem z My­ko­nos? Ten czło­wiek był­by na pew­no uzbro­jo­ny.

– Dla­cze­go?

– Bo nie wie­dział­by, że je­stem star­cem. Mógł­bym cho­dzić z dwo­ma pi­sto­le­ta­mi ma­szy­no­wy­mi.

– A gdy­bym miał przy­pad­kiem pi­sto­let? Czy wte­dy na­szpi­ko­wał­by mnie pan oło­wiem?!

– Pi­sto­let? Pan, sza­no­wa­ny ad­wo­kat, któ­ry od­wie­dza wy­spę po raz pierw­szy, prze­szedł­szy kon­tro­lę na lot­ni­sku w Ge­ne­wie? Skąd by pan go wziął? Prze­cież ni­ko­go pan tu nie zna.

– Moż­na to ja­koś za­ła­twić – za­pro­te­sto­wał Co­nver­se bez prze­ko­na­nia, zda­jąc so­bie spra­wę, że nie ma ra­cji.

– Ka­za­łem pana śle­dzić od chwi­li przy­jaz­du. Po­je­chał pan pro­sto do ban­ku, a póź­niej do ho­te­lu Ko­une­ni, gdzie przed uda­niem się do swo­je­go po­ko­ju wy­pił pan drin­ka w ogro­dzie. Nie roz­ma­wiał pan z ni­kim oprócz tak­sów­ka­rza, mo­je­go przy­ja­cie­la Ko­sta­sa, re­cep­cjo­ni­sty w ho­te­lu i kel­ne­rów. Je­śli był pan na­praw­dę Jo­elem Co­nver­se’em, nic mi nie gro­zi­ło.

– Ro­zu­mu­je pan jak gang­ster z De­tro­it, a nie in­te­lek­tu­ali­sta za­grze­ba­ny w książ­kach.

– Nie pra­co­wa­łem na uni­wer­sy­te­cie przez całe ży­cie. Ale to praw­da, je­stem ostroż­ny. My­ślę, że wszy­scy mu­si­my być ostroż­ni. To je­dy­na roz­sąd­na tak­ty­ka wo­bec Geo­r­ge’a Mar­cu­sa De­la­va­ne’a.

– Roz­sąd­na tak­ty­ka?

– Po­dej­ście, je­śli pan woli. – Be­ale się­gnął do we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki i wy­jął zło­żo­ną kart­kę pa­pie­ru. – Oto na­zwi­ska – rzekł, wrę­cza­jąc ją Jo­elo­wi. – Pięć klu­czo­wych po­sta­ci w or­ga­ni­za­cji De­la­va­ne’a. Po jed­nej z Fran­cji, Nie­miec, Izra­ela, Afry­ki Po­łu­dnio­wej i Wiel­kiej Bry­ta­nii. Zi­den­ty­fi­ko­wa­li­śmy pierw­szą czwór­kę, ale nie zna­my jesz­cze toż­sa­mo­ści An­gli­ka.

– Skąd po­cho­dzą te in­for­ma­cje?

– Z no­ta­tek zna­le­zio­nych przez Hal­li­daya mię­dzy pa­pie­ra­mi De­la­va­ne’a, gdy ge­ne­rał był jego klien­tem.

– Czy to ten przy­pa­dek, o któ­rym wspo­mniał? Twier­dził, że do­wie­dział się wszyst­kie­go przez przy­pa­dek, któ­ry wię­cej się nie po­wtó­rzy.

– Nie mam na­tu­ral­nie po­ję­cia, co panu po­wie­dział, ale z pew­no­ścią był to przy­pa­dek. Win­ne jest roz­tar­gnie­nie De­la­va­ne’a, przy­pa­dłość zwią­za­na ze sta­ro­ścią, o czym mogę pana oso­bi­ście za­pew­nić. Za­po­mniał po pro­stu, że ma się spo­tkać z Hal­li­day­em, a kie­dy Pre­ston przy­był, se­kre­tar­ka wpu­ści­ła go do ga­bi­ne­tu, aby przy­go­to­wał do­ku­men­ty dla ge­ne­ra­ła, któ­re­go spo­dzie­wa­no się za ja­kieś pół go­dzi­ny. Pre­ston zo­ba­czył na biur­ku tecz­kę z ak­ta­mi; znał ją i wie­dział, że wol­no mu czy­tać znaj­du­ją­ce się w niej pa­pie­ry. Nie­wie­le my­śląc, usiadł i za­brał się do pra­cy. Na­tknął się na li­stę na­zwisk, a po­nie­waż znał tra­sę ostat­nich po­dró­ży De­la­va­ne’a po Eu­ro­pie i Afry­ce, wszyst­kie ele­men­ty ła­mi­głów­ki uło­ży­ły się na­gle w zło­wiesz­czą ca­łość. W każ­dym czło­wie­ku zna­ją­cym hi­sto­rię współ­cze­sną te czte­ry na­zwi­ska wy­wo­łu­ją dreszcz lęku i bu­dzą prze­ra­ża­ją­ce wspo­mnie­nia.

– Czy De­la­va­ne do­wie­dział się kie­dy­kol­wiek, że Hal­li­day je wi­dział?

– Są­dzę, że nie miał nig­dy cał­ko­wi­tej pew­no­ści. Pre­ston za­pi­sał na­zwi­ska i wy­szedł przed na­dej­ściem ge­ne­ra­ła. Jed­nak­że to, co się sta­ło w Ge­ne­wie, świad­czy o czymś prze­ciw­nym, praw­da?

– Że De­la­va­ne wie – rzekł po­nu­ro Co­nver­se.

– Albo że nie za­mie­rza ry­zy­ko­wać, zwłasz­cza je­śli usta­lo­no osta­tecz­ny ter­min ope­ra­cji, a je­ste­śmy o tym prze­ko­na­ni. Zbli­ża się roz­strzy­gnię­cie.

– Co to ozna­cza?

– Sche­mat dzia­łal­no­ści De­la­va­ne’a, o ile zdo­ła­li­śmy ją od­two­rzyć, su­ge­ru­je, że za­mie­rza on wy­wo­łać se­rię krwa­wych kon­flik­tów, któ­re wy­mkną się spod kon­tro­li i do­pro­wa­dzą do de­sta­bi­li­za­cji kil­ku kra­jów.

– Am­bit­ne za­da­nie. W jaki spo­sób?

– To tyl­ko do­my­sły – od­parł uczo­ny, marsz­cząc czo­ło. – Praw­do­po­dob­nie cho­dzi o falę ak­tów prze­mo­cy, któ­rych do­ko­na­ją or­ga­ni­za­cje ter­ro­ry­stycz­ne za­opa­try­wa­ne w broń przez De­la­va­ne’a i jego wspól­ni­ków. Kie­dy za­pa­nu­je anar­chia, uzy­ska­ją pre­tekst do wpro­wa­dze­nia sta­nu wo­jen­ne­go i prze­ję­cia wła­dzy.

– Ta­kie rze­czy już się zda­rza­ły – ode­zwał się Joel. – Na­le­ży uzbro­ić rze­ko­me­go wro­ga, na­stęp­nie wy­słać pro­wo­ka­to­rów.

– Dys­po­nu­ją­cych ogrom­ny­mi su­ma­mi pie­nię­dzy i zna­ko­mi­tym sprzę­tem – wtrą­cił Be­ale.

– A kie­dy wy­buch­nie po­wsta­nie, zgnieść je i prze­jąć wła­dzę – do­koń­czył Co­nver­se. – Oby­wa­te­le szlo­cha­ją z wdzięcz­no­ści, na­zy­wa­ją żoł­nie­rzy swo­imi zbaw­ca­mi i za­czy­na­ją ma­sze­ro­wać w takt wer­bli. Ale jak za­mie­rza to ro­ze­grać De­la­va­ne?

– To pod­sta­wo­we py­ta­nie. Co lub kto bę­dzie ce­lem ata­ku? Gdzie się znaj­du­je? Nie mamy po­ję­cia. Gdy­by­śmy się cze­go­kol­wiek do­my­śla­li, mo­gli­by­śmy prze­ciw­dzia­łać, ale nic nie wie­my i nie mo­że­my tra­cić cza­su na po­goń za wid­mem. Mu­si­my trzy­mać się cze­goś uchwyt­ne­go.

– I znów po­wsta­je pro­blem cza­su – prze­rwał Joel. – Dla­cze­go jest pan taki pe­wien, że zbli­ża się roz­strzy­gnię­cie?

– Wśród ter­ro­ry­stów za­pa­no­wa­ła wzmo­żo­na ak­tyw­ność, w wie­lu wy­pad­kach wręcz go­rącz­ko­wa. Ma­ga­zy­ny An­glii, Ir­lan­dii, Fran­cji i Nie­miec opusz­cza ame­ry­kań­ska broń, któ­ra tra­fia w ręce re­be­lian­tów w ogni­skach za­pal­nych glo­bu. W Mo­na­chium, kra­jach ba­se­nu Mo­rza Śród­ziem­ne­go i pań­stwach arab­skich krą­żą naj­dziw­niej­sze po­gło­ski. Wspo­mi­na się o osta­tecz­nych przy­go­to­wa­niach, choć nikt nie wie do­kład­nie do cze­go. Or­ga­ni­za­cje ter­ro­ry­stycz­ne, ta­kie jak gru­pa Ba­ader-Me­in­hof, Czer­wo­ne Bry­ga­dy, Or­ga­ni­za­cja Wy­zwo­le­nia Pa­le­sty­ny czy czer­wo­ne pod­zie­mia Pa­ry­ża i Ma­dry­tu, szy­ku­ją się do bli­żej nie­okre­ślo­nych dzia­łań, zna­jąc tyl­ko ter­min roz­po­czę­cia ak­cji.

– Jaki?

– Na­sze ra­por­ty po­da­ją róż­ne daty, lecz wska­zu­ją ten sam prze­dział cza­so­wy. To kwe­stia trzech do pię­ciu ty­go­dni.

– Mój Boże! – Joel po­czuł na­gły przy­pływ gnie­wu i stra­chu. Wtem coś so­bie przy­po­mniał. – Ave­ry, to zna­czy Hal­li­day, szep­nął mi coś tuż przed śmier­cią. Sło­wa wy­po­wie­dzia­ne przez swo­ich za­bój­ców. „Akwi­ta­nia… Mó­wi­li, że to w imie­niu Akwi­ta­nii”. Co to zna­czy, pa­nie dok­to­rze?

Sta­ry hi­sto­ryk za­milkł, a jego oczy błysz­cza­ły w świe­tle księ­ży­ca. Od­wró­cił po­wo­li gło­wę i spoj­rzał w za­du­mie na mo­rze.

– To sza­leń­stwo – wy­szep­tał.

– Nic mi to nie mówi.

– Nie, skąd­że zno­wu – od­parł prze­pra­sza­ją­co Be­ale, zwra­ca­jąc się pręd­ko w stro­nę Co­nver­se’a. – Po pro­stu jesz­cze raz uświa­do­mi­łem so­bie ogrom ca­łe­go pla­nu… To nie do wia­ry.

– Nie bar­dzo ro­zu­miem.

– Akwi­ta­nia, na­zwa­na tak przez Ju­liu­sza Ce­za­ra, leży na po­łu­dniu Fran­cji. W pierw­szych wie­kach na­szej ery roz­cią­ga­ła się ja­ko­by od Atlan­ty­ku do Mo­rza Śród­ziem­ne­go, od Pi­re­ne­jów aż do uj­ścia Se­kwa­ny na za­chód od Pa­ry­ża…

– Zda­ję so­bie z tego spra­wę – wtrą­cił znie­cier­pli­wio­ny Joel, któ­ry nie miał ocho­ty słu­chać aka­de­mic­kie­go wy­kła­du.

– Sko­ro tak, za­słu­gu­je pan na po­chwa­łę. Więk­szość lu­dzi zna tyl­ko póź­niej­sze dzie­je Akwi­ta­nii, po­wiedz­my od po­cząt­ków ósme­go wie­ku, gdy pod­bił ją Ka­rol Wiel­ki i stwo­rzył kró­le­stwo odzie­dzi­czo­ne na­stęp­nie przez jego syna Lu­dwi­ka oraz Pe­pi­nów Pierw­sze­go i Dru­gie­go. W isto­cie rze­czy roz­po­czy­na się wów­czas naj­waż­niej­szy okres, trwa­ją­cy oko­ło trzy­stu lat.

– Co pan ma na my­śli?

– Le­gen­dę Akwi­ta­nii, pa­nie Co­nver­se. Wzo­rem wie­lu am­bit­nych ge­ne­ra­łów De­la­va­ne uwa­ża się za mi­ło­śni­ka hi­sto­rii, po­dob­nie jak Ce­zar, Na­po­le­on, Clau­se­witz, a na­wet Pat­ton. Ja, słusz­nie lub nie, ucho­dzi­łem on­giś za na­ukow­ca, a De­la­va­ne jest tyl­ko ama­to­rem. Na­ukow­cy nie mogą so­bie po­zwo­lić na in­ter­pre­ta­cje nie­opar­te na fak­tach, ale ama­to­rzy mają do tego peł­ne pra­wo.

– Do cze­go pan zmie­rza?

– De­la­va­ne stwo­rzył swo­istą le­gen­dę Akwi­ta­nii, za­stę­pu­jąc rze­czy­wi­stość abs­trak­cyj­ny­mi za­ło­że­nia­mi. Wi­dzi pan, dzie­je tego kra­ju skła­da­ją się z po­wta­rza­ją­cych się okre­sów gwał­tow­nej eks­pan­sji te­ry­to­rial­nej, któ­ra za­wsze ule­ga­ła na­głe­mu prze­rwa­niu. Mó­wiąc pro­ściej, ob­da­rzo­ny wy­obraź­nią mi­ło­śnik hi­sto­rii mógł­by dojść do wnio­sku, że gdy­by Ka­rol Wiel­ki, jego syn, obaj Pe­pi­no­wie, a póź­niej Lu­dwik Siód­my, król Fran­cji, i Hen­ryk Siód­my, król An­glii, nie po­peł­ni­li licz­nych błę­dów po­li­tycz­nych, mał­żeń­skich i woj­sko­wych, kró­le­stwo Akwi­ta­nii zaj­mo­wa­ło­by dziś więk­szość, je­śli nie ca­łość Eu­ro­py. – Be­ale umilkł. – Czy za­czy­na pan poj­mo­wać?

– Tak – od­parł Joel. – Wiel­ki Boże, tak…!

– To nie wszyst­ko – cią­gnął hi­sto­ryk. – Po­nie­waż Akwi­ta­nię uwa­ża­no nie­gdyś za praw­ną wła­sność ko­ro­ny an­giel­skiej, mo­gły­by do niej na­le­żeć wszyst­kie ko­lo­nie Wiel­kiej Bry­ta­nii, łącz­nie ze Sta­na­mi Zjed­no­czo­ny­mi… Oczy­wi­ście, błę­dy czy nie, nig­dy nie mo­gło do tego dojść, gdyż prze­czy­ło­by to jed­ne­mu z pod­sta­wo­wych praw cy­wi­li­za­cji za­chod­niej, funk­cjo­nu­ją­ce­mu od oba­le­nia Ro­mu­lu­sa Au­gu­stu­lu­sa i upad­ku ce­sar­stwa rzym­skie­go. Nikt nie jest w sta­nie pod­bić lu­dów o róż­nej kul­tu­rze, zjed­no­czyć ich siłą, a na­stęp­nie rzą­dzić nimi przez dłuż­szy czas.

– A obec­nie ktoś pró­bu­je tego do­ko­nać – po­wie­dział Co­nver­se. – Geo­r­ge Mar­cus De­la­va­ne.

– Owszem. W jego umy­śle zro­dzi­ła się wi­zja Akwi­ta­nii, któ­ra nig­dy nie ist­nia­ła ani nie mo­gła ist­nieć. To prze­ra­ża­ją­ce.

– Dla­cze­go? Sam pan twier­dzi, że Akwi­ta­nia to uro­je­nie.

– Tyl­ko z punk­tu wi­dze­nia daw­nych praw, po­zo­sta­ją­cych w mocy od upad­ku Rzy­mu. Ale niech pan pa­mię­ta, że ży­je­my w zu­peł­nie no­wej epo­ce. Nig­dy nie było ta­kiej bro­ni, ta­kie­go lęku. De­la­va­ne i jego wspól­ni­cy do­brze o tym wie­dzą i spró­bu­ją to wy­ko­rzy­stać. To wła­śnie ci lu­dzie. – Sta­rzec wska­zał ar­kusz trzy­ma­ny przez Jo­ela. – Niech pan za­pa­li za­pał­kę i spoj­rzy na ich na­zwi­ska.

Co­nver­se roz­ło­żył kart­kę i się­gnął do kie­sze­ni po za­pal­nicz­kę. Pstryk­nął nią i za­czął czy­tać przy chy­bo­tli­wym pło­my­ku.

– Mój Boże! – po­wie­dział, mru­żąc oczy w świe­tle. – Pa­su­ją do De­la­va­ne’a. Sami zwa­rio­wa­ni fa­na­ty­cy, je­śli to rze­czy­wi­ście lu­dzie, o któ­rych my­ślę.

Zga­sił za­pal­nicz­kę.

– To oni – od­parł Be­ale. – Pierw­szy to ge­ne­rał Ja­cqu­es Lo­uis Ber­thol­dier z Pa­ry­ża, czło­wiek do­praw­dy nie­zwy­kły. Pod­czas woj­ny wal­czył w ru­chu opo­ru i przed ukoń­cze­niem dwu­dzie­ste­go roku ży­cia otrzy­mał sto­pień ma­jo­ra. Póź­niej stał się jed­nym z głów­nych przy­wód­ców OAS Sa­la­na. Stał za nie­uda­nym za­ma­chem na de Gaul­le’a w sierp­niu sześć­dzie­sią­te­go dru­gie­go roku, uwa­ża­jąc się za praw­dzi­we­go wo­dza na­ro­du. Pra­wie mu się uda­ło. Są­dził wów­czas. zresz­tą po­dob­nie jak te­raz… że zbun­to­wa­ni ge­ne­ra­ło­wie al­gier­scy to zbaw­cy osła­bio­nej Fran­cji. Oca­lał nie tyl­ko dzię­ki swo­jej le­gen­dzie, lecz tak­że dla­te­go, że nie był je­dy­nym czło­wie­kiem o ta­kich po­glą­dach, choć z pew­no­ścią od­zna­czał się szcze­gól­ną siłą prze­ko­ny­wa­nia. Ma duże wpły­wy w krę­gach do­wód­ców wy­wo­dzą­cych się z eli­tar­nej szko­ły woj­sko­wej Sa­int-Cyr. Mó­wiąc po pro­stu, to fa­szy­sta, fa­na­tyk no­szą­cy ma­skę sza­no­wa­ne­go bo­jow­ni­ka o wol­ność.

– Dru­gi to ge­ne­rał Abrahms – po­wie­dział Co­nver­se. – Ja­strząb izra­el­ski, któ­ry pa­ra­du­je w stro­ju sa­fa­ri i wy­so­kich bu­tach, praw­da? Urzą­dza wrza­skli­we de­mon­stra­cje przed Kne­se­tem i na sta­dio­nach spor­to­wych, ostrze­ga­jąc przed krwa­wą łaź­nią w Ju­dei i Sa­ma­rii, je­śli po­tom­ko­wie Abra­ha­ma nie otrzy­ma­ją tego, co im się na­le­ży. Nie mogą go uci­szyć na­wet sami Ży­dzi.

– Wie­lu się go boi. Stał się elek­try­zu­ją­cym sym­bo­lem. Przy Cha­imie Abrahm­sie i jego zwo­len­ni­kach rząd Be­gi­na wy­da­je się grup­ką ci­chych, skrom­nych pa­cy­fi­stów. To Sa­bra, to­le­ro­wa­ny przez Ży­dów z Eu­ro­py jako świet­ny żoł­nierz, spraw­dzo­ny w dwóch woj­nach. Od cza­sów mło­do­ści Gol­dy Meir cie­szy się sza­cun­kiem, je­śli nie sym­pa­tią każ­de­go izra­el­skie­go mi­ni­stra obro­ny. Nig­dy nie wia­do­mo, kie­dy oka­że się po­trzeb­ny na polu bi­twy.

– Na­stęp­ny to van He­ad­mer z Afry­ki Po­łu­dnio­wej, praw­da? – spy­tał Joel, znów pstry­ka­jąc za­pal­nicz­ką. – „Kat w mun­du­rze” czy coś w tym ro­dza­ju.

– Jan van He­ad­mer, „rzeź­nik z So­we­to”, jak na­zy­wa­ją go czar­ni. Za­rzą­dza eg­ze­ku­cje prze­stęp­ców z nie­po­ko­ją­cą czę­sto­tli­wo­ścią i za przy­zwo­le­niem rzą­du. Po­cho­dzi ze sta­rej afry­ka­ner­skiej ro­dzi­ny, a wszy­scy jego przod­ko­wie to ge­ne­ra­ło­wie, po­czy­na­jąc od woj­ny bur­skiej. Nie wi­dzi żad­ne­go po­wo­du, by RPA wkro­czy­ła w wiek dwu­dzie­sty. Tak się skła­da, że jest bli­skim przy­ja­cie­lem Abrahm­sa i czę­sto od­wie­dza Tel Awiw. Jest tak­że jed­nym z naj­bar­dziej oczy­ta­nych i cza­ru­ją­cych ge­ne­ra­łów, jacy uczest­ni­czy­li kie­dy­kol­wiek w kon­fe­ren­cjach dy­plo­ma­tycz­nych. Jego ma­nie­ry po­zo­sta­ją w zu­peł­nej sprzecz­no­ści z mor­der­czy­mi skłon­no­ścia­mi.

– Ostat­ni to Le­ifhelm – rzu­cił Co­nver­se, ga­sząc za­pal­nicz­kę. – Tro­chę ta­jem­ni­cza po­stać, o ile się nie mylę. Jest po­noć zna­ko­mi­tym żoł­nie­rzem, któ­ry słu­żył zbyt wie­lu re­żi­mom, a mimo to cie­szy się sza­cun­kiem. Wiem o nim sto­sun­ko­wo nie­wie­le.

– To zro­zu­mia­łe – od­parł Be­ale, ki­wa­jąc gło­wą w świe­tle księ­ży­ca. – Jego dzie­je są pod pew­nym wzglę­dem naj­dziw­niej­sze, a w su­mie naj­bar­dziej wy­na­tu­rzo­ne, po­nie­waż nie­ustan­nie tu­szo­wa­no praw­dę, aby móc się nim po­słu­gi­wać i oszczę­dzić mu wsty­du. Feld­mar­sza­łek Erich Le­ifhelm to naj­młod­szy ge­ne­rał mia­no­wa­ny przez Adol­fa Hi­tle­ra. Prze­wi­dział klę­skę Nie­miec i zmie­nił na­gle front. Z bru­tal­ne­go mor­der­cy i fa­na­tycz­ne­go nad­czło­wie­ka czy­stej krwi aryj­skiej zmie­nił się w skru­szo­ne­go za­wo­do­we­go woj­sko­we­go, któ­re­go na­peł­nia­ły zgro­zą zbrod­nie na­zi­stów, gdy się o nich rze­ko­mo do­wia­dy­wał. Oszu­kał wszyst­kich i oczysz­czo­no go z winy. Nig­dy nie tra­fił na salę są­do­wą w No­rym­ber­dze. W okre­sie zim­nej woj­ny Ame­ry­ka­nie ko­rzy­sta­li czę­sto z jego usług, do­pusz­cza­jąc go do naj­ści­ślej strze­żo­nych ta­jem­nic, a kie­dy stwo­rzo­no nową ar­mię nie­miec­ką ma­ją­cą wejść w skład NATO, Le­ifhel­ma mia­no­wa­no głów­no­do­wo­dzą­cym.

– Czy kil­ka lat temu nie pi­sa­no o nim w pra­sie? Miał ja­kieś kon­flik­ty z Hel­mu­tem Schmid­tem, praw­da?

– Owszem – po­twier­dził eme­ry­to­wa­ny hi­sto­ryk. – Jed­nak­że ar­ty­ku­ły pra­so­we były cen­zu­ro­wa­ne i za­wie­ra­ły tyl­ko po­ło­wę praw­dy. Le­ifhelm twier­dził ja­ko­by, że przy­szłe po­ko­le­nia Niem­ców nie mogą być wiecz­nie obar­cza­ne winą za prze­szłość. Na­le­ży zwró­cić się ku przy­szło­ści. Duma na­ro­do­wa znów po­win­na stać się czę­ścią wspól­ne­go dzie­dzic­twa. Było tak­że po­brzę­ki­wa­nie sza­bel­ką pod ad­re­sem So­wie­tów, ale to w za­sa­dzie wszyst­ko.

– A dru­ga po­ło­wa praw­dy? – spy­tał Co­nver­se.

– Żą­dał cał­ko­wi­te­go znie­sie­nia re­stryk­cji Bun­de­sta­gu wo­bec sił zbroj­nych, roz­bu­do­wy służb wy­wia­dow­czych opar­tych na wzo­rach Abweh­ry oraz są­do­wej re­ha­bi­li­ta­cji lu­dzi ska­za­nych za gło­sze­nie po­glą­dów na­zi­stow­skich. Do­ma­gał się tak­że usu­nię­cia pew­nych frag­men­tów z pod­ręcz­ni­ków szkol­nych uży­wa­nych w nie­miec­kim sys­te­mie oświa­to­wym. „Mu­si­my znów po­czuć się dum­ni”, po­wta­rzał, okra­sza­jąc wszyst­ko gwał­tow­ną an­ty­ko­mu­ni­stycz­ną re­to­ry­ką.

– Po­dob­nie jak Hi­tler, gdy prze­jął wła­dzę w Niem­czech.

– Ma pan cał­ko­wi­tą ra­cję. Schmidt przej­rzał go i zro­zu­miał, że re­ali­za­cja owych po­stu­la­tów do­pro­wa­dzi do cha­osu. Le­ifhelm był po­nad­to czło­wie­kiem wpły­wo­wym. Bonn nie mo­gło so­bie po­zwo­lić na wskrze­sze­nie upio­rów prze­szło­ści. Schmidt zmu­sił Le­ifhel­ma do przej­ścia w stan spo­czyn­ku i po­zba­wił wszel­kie­go wpły­wu na dzia­ła­nie rzą­du.

– Mimo to wciąż za­bie­ra głos.

– Nie­pu­blicz­nie. Ale jest bo­ga­ty i ma wie­lu przy­ja­ciół.

– A wśród nich De­la­va­ne’a i jego współ­pra­cow­ni­ków?

– Obec­nie za­da­je się głów­nie z nimi.

Joel znów pstryk­nął za­pal­nicz­ką, jak­by coś so­bie przy­po­mniał. Przyj­rzał się dol­nej czę­ści kart­ki. Znaj­do­wa­ły się tam dwie ko­lum­ny na­zwisk, pra­wa za­ty­tu­ło­wa­na „De­par­ta­ment Sta­nu”, lewa „Pen­ta­gon”. Wy­mie­nio­no w su­mie oko­ło dwu­dzie­stu pię­ciu lu­dzi.

– Kto to? – spy­tał, ga­sząc za­pal­nicz­kę i cho­wa­jąc ją do kie­sze­ni. – Te na­zwi­ska nic mi nie mó­wią.

– Nie­któ­re po­win­ny, ale to nie­waż­ne – od­parł wy­mi­ja­ją­co Be­ale. – Cho­dzi o to, że są wśród nich zwo­len­ni­cy De­la­va­ne’a. Wy­ko­nu­ją jego roz­ka­zy. Trud­no po­wie­dzieć, ilu ich jest, ale co naj­mniej kil­ku w każ­dej gru­pie. Wi­dzi pan, po­dej­mu­ją de­cy­zje… lub też nie sprze­ci­wia­ją się de­cy­zjom… bez któ­rych De­la­va­ne i jego wspól­ni­cy nie mo­gli­by dzia­łać.

– To zna­czy?

– Lewa ko­lum­na za­wie­ra na­zwi­ska klu­czo­wych po­sta­ci Biu­ra Kon­tro­li Zbro­jeń De­par­ta­men­tu Sta­nu. Udzie­la­ją oni kon­ce­sji eks­por­to­wych: de­cy­du­ją, kto pod po­zo­rem „in­te­re­su na­ro­do­we­go” otrzy­mu­je broń i tech­no­lo­gie nie­do­stęp­ne dla in­nych. Ci po pra­wej to wy­so­cy ran­gą urzęd­ni­cy Pen­ta­go­nu, wy­da­ją­cy set­ki mi­lio­nów do­la­rów na za­kup sprzę­tu woj­sko­we­go. Kil­ka ich de­cy­zji za­kwe­stio­no­wa­no w krę­gach dy­plo­ma­tycz­nych i woj­sko­wych, nie­któ­re otwar­cie, inne po ci­chu. Do­wie­dzie­li­śmy się o tym.

– Dla­cze­go? – prze­rwał Co­nver­se.

– Po­ja­wi­ły się po­gło­ski, iż udzie­lo­no nie­wła­ści­wych kon­ce­sji eks­por­to­wych na duże do­sta­wy bro­ni. Po­nad­to pew­ne nad­wyż­ki sprzę­tu woj­sko­we­go znik­nę­ły pod­czas trans­por­tu z tym­cza­so­wych ma­ga­zy­nów i skła­dów amu­ni­cji na od­lu­dziu. Ta­kie nad­wyż­ki ła­two roz­pły­wa­ją się w po­wie­trzu, są czymś wsty­dli­wym w epo­ce ogrom­nych de­fi­cy­tów bu­dże­to­wych. Na­le­ży się ich czym prę­dzej po­zbyć. Dla­te­go je­śli po­ja­wi się Akwi­tań­czyk, któ­ry chce je za­ku­pić i ma do­ku­men­ty w po­rząd­ku, trak­tu­je się to jako szczę­śli­we zrzą­dze­nie losu. W nie­po­wo­ła­ne ręce tra­fia­ją całe ma­ga­zy­ny woj­sko­we.

– Do Li­bii!

– Nie ma co do tego wąt­pli­wo­ści. Do wie­lu róż­nych miejsc.

– Wspo­mi­nał o tym Hal­li­day. Nie­le­gal­ne trans­ak­cje, broń, wy­po­sa­że­nie i dane tech­no­lo­gicz­ne do­cie­ra­ją­ce do lu­dzi, któ­rzy nie po­win­ni mieć do tego do­stę­pu. Na dany znak wkro­czą do ak­cji i doj­dzie do fali krwa­wych kon­flik­tów i ata­ków ter­ro­ry­stycz­nych…

– Co da pre­tekst do uży­cia wojsk – wtrą­cił Be­ale. – To część pla­nu De­la­va­ne’a. Wła­dzę przej­mie ar­mia, a bez­rad­ni cy­wi­le będą mu­sie­li słu­chać roz­ka­zów.

– Ale przed chwi­lą wspo­mniał pan, że za­czę­to coś kwe­stio­no­wać.

– Do­cie­kli­wych po­wstrzy­ma­no fra­ze­sa­mi w ro­dza­ju „bez­pie­czeń­stwo na­ro­do­we” czy „dez­in­for­ma­cja prze­ciw­ni­ka”.

– To dzia­łal­ność sprzecz­na z pra­wem. Czy nie moż­na tego do­wieść?

– Kto mógł­by do­wieść? W jaki spo­sób?

– Do dia­bła, prze­cież po­peł­nio­no prze­stęp­stwo! Nie­le­gal­ne kon­ce­sje eks­por­to­we, za­gu­bio­ne trans­por­ty bro­ni, gi­ną­cy sprzęt…

– Czy mogą tego do­wieść lu­dzie nie­do­pusz­cze­ni do ta­jem­nic woj­sko­wych, po­zba­wie­ni wie­dzy o skom­pli­ko­wa­nych me­cha­ni­zmach han­dlu bro­nią?

– To nie ma sen­su! – rzu­cił Joel. – Sam pan po­wie­dział, że spra­wą za­in­te­re­so­wa­li się lu­dzie z krę­gów dy­plo­ma­tycz­nych i woj­sko­wych, z pew­no­ścią do­pusz­cze­ni do ta­jem­nic i ma­ją­cy wy­ma­ga­ną wie­dzę.

– Na­gle, jak za spra­wą cza­rów, prze­sta­li się in­te­re­so­wać. Wie­lu prze­ko­na­no, że wy­kra­cza­ją poza za­kres swo­ich kom­pe­ten­cji; inni bali się w to wplą­ty­wać; jesz­cze in­nych uci­szo­no zwy­kły­mi groź­ba­mi. Za­wsze sto­ją za tym kon­kret­ni lu­dzie i ich licz­ba sta­le się po­więk­sza.

– Boże, to prze­cież or­ga­ni­za­cja! – wy­szep­tał Co­nver­se.

Na­uko­wiec spoj­rzał nań twar­do w świe­tle księ­ży­ca.

– Owszem, pa­nie Co­nver­se, or­ga­ni­za­cja. Sło­wem tym po­słu­żył się pe­wien czło­wiek, któ­ry uwa­żał mnie za jed­ne­go z nich. „Zaj­mie się tym or­ga­ni­za­cja”, po­wie­dział. Miał na my­śli De­la­va­ne’a i jego lu­dzi.

– Dla­cze­go uwa­żał pana za jed­ne­go z nich?

Sta­rzec za­milkł na chwi­lę. Po­pa­trzył na lśnią­ce Mo­rze Egej­skie, a póź­niej znów na Jo­ela.

– Wy­da­wa­ło mu się to lo­gicz­ne. Przed trzy­dzie­stu laty po­rzu­ci­łem mun­dur woj­sko­wy, za­mie­nia­jąc go na wy­świech­ta­ną ma­ry­nar­kę i roz­czo­chra­ną bro­dę pro­fe­so­ra uni­wer­sy­te­tu. Wie­lu mo­ich ko­le­gów nie mo­gło tego po­jąć, bo na­le­ża­łem do eli­ty kor­pu­su ofi­cer­skie­go i by­łem po­nie­kąd ame­ry­kań­skim od­po­wied­ni­kiem Eri­cha Le­ifhel­ma. W wie­ku trzy­dzie­stu ośmiu lat mia­no­wa­no mnie ge­ne­ra­łem bry­ga­dy; w przy­szło­ści wszedł­bym za­pew­ne do Ko­le­gium Sze­fów Szta­bów. Upa­dek Ber­li­na i śmierć Hi­tle­ra nie zro­bi­ły na Le­ifhel­mie żad­ne­go wra­że­nia, ale ja cięż­ko prze­ży­łem ewa­ku­ację Ko­rei i ro­zejm w Pan­mun­dżom. Za­miast szla­chet­nej spra­wy wi­dzia­łem tyl­ko stra­ty, za­miast roz­sąd­ku bez­sens. Wi­dzia­łem śmierć, pa­nie Co­nver­se, nie bo­ha­ter­ską śmierć w wal­ce prze­ciw­ko hor­dom be­stial­skich na­jeźdź­ców, na­wet nie po­po­łu­dnio­wą śmierć w Hisz­pa­nii przy akom­pa­nia­men­cie okrzy­ków „ole!”, tyl­ko zwy­kłą śmierć. Śmierć ohyd­ną, roz­szar­pu­ją­cą cia­ło, i zro­zu­mia­łem, że nie mogę da­lej pra­co­wać w in­sty­tu­cji, któ­ra się nią po­słu­gu­je… Gdy­bym był czło­wie­kiem wie­rzą­cym, zo­stał­bym pew­nie księ­dzem.

– Ale pań­scy ko­le­dzy, któ­rzy nie mo­gli tego po­jąć, my­śle­li, że cho­dzi o coś in­ne­go? – spy­tał Joel, za­fa­scy­no­wa­ny sło­wa­mi Be­ale’a, któ­re tak wie­le dla nie­go zna­czy­ły.

– Oczy­wi­ście. W ra­por­tach o ewa­ku­acji chwa­lił mnie sam świę­ty Ma­cAr­thur. Na­zy­wa­no mnie Ru­dym Li­sem z In­czhon. Mia­łem wów­czas rude wło­sy. By­łem do­brym do­wód­cą, umie­ją­cym dzia­łać spraw­nie i w spo­sób prze­my­śla­ny. Aż pew­ne­go dnia otrzy­ma­łem roz­kaz zdo­by­cia trzech są­sia­du­ją­cych wzgórz na po­łu­dnie od Czun­czon. Nie mia­ły żad­ne­go zna­cze­nia stra­te­gicz­ne­go. Wy­sła­łem do szta­bu iskrów­kę, że są ni­ko­mu nie­po­trzeb­ne i nie­war­te ży­cia ani jed­ne­go na­sze­go żoł­nie­rza. Po­pro­si­łem o uza­sad­nie­nie roz­ka­zu, co w ję­zy­ku woj­sko­wym ozna­cza: „Zwa­rio­wa­li­ście?! Po co mam to ro­bić?!”. Za nie­speł­na pięt­na­ście mi­nut na­de­szła od­po­wiedź: „Bo te wzgó­rza tam są, ge­ne­ra­le”. To wszyst­ko. „Bo te wzgó­rza tam są”. Sym­bo­licz­ne zwy­cię­stwo, żeby ktoś mógł się nim po­chwa­lić na kon­fe­ren­cji pra­so­wej w Seu­lu… Zdo­by­łem te wzgó­rza, tra­cąc przy tym trzy­stu żoł­nie­rzy, i otrzy­ma­łem ko­lej­ny me­dal za od­wa­gę.

– Czy wte­dy wy­stą­pił pan z woj­ska?

– Skąd­że zno­wu, nie! Mia­łem zbyt wiel­ki mę­tlik w gło­wie, ale wszyst­ko we mnie ki­pia­ło. Nad­szedł ko­niec woj­ny, by­łem w Pan­mun­dżom, a póź­niej ode­sła­no mnie do kra­ju. Wró­żo­no mi wspa­nia­łą ka­rie­rę. Jed­nak­że od­mó­wio­no drob­ne­go awan­su: nie po­je­cha­łem na waż­ną pla­ców­kę za­gra­nicz­ną, gdyż nie zna­łem ję­zy­ka. W owym cza­sie mia­łem już dość woj­ska. Prze­sze­dłem po ci­chu w stan spo­czyn­ku i zo­sta­łem na­ukow­cem.

Tym ra­zem to Joel mil­czał przez chwi­lę i przy­glą­dał się star­sze­mu czło­wie­ko­wi w świe­tle księ­ży­ca.

– Nig­dy o panu nie sły­sza­łem – rzekł w koń­cu. – Dla­cze­go?

– Nie sły­szał pan tak­że o lu­dziach z dwóch list u dołu stro­ny, praw­da? „Kto to?”, spy­tał pan. „Te na­zwi­ska nic mi nie mó­wią”. To pań­skie sło­wa, pa­nie Co­nver­se.

– Nie byli nig­dy mło­dy­mi ge­ne­ra­ła­mi i bo­ha­te­ra­mi wo­jen­ny­mi.

– Wręcz prze­ciw­nie! – od­parł pręd­ko Be­ale. – To bo­ha­te­ro­wie kil­ku wo­jen. Każ­dy z nich za­bły­snął na chwi­lę jak me­te­or, a póź­niej po­padł w za­po­mnie­nie. Te­raz nie­ustan­nie wspo­mi­na­ją dni swo­jej chwa­ły i prze­ży­wa­ją je na nowo.

– Brzmi to tak, jak­by ich pan uspra­wie­dli­wiał.

– Na­tu­ral­nie! My­śli pan, że im nie współ­czu­ję? Że nie współ­czu­ję Cha­imo­wi Abrahm­so­wi, Ber­thol­die­ro­wi, na­wet Le­ifhel­mo­wi? Wzy­wa­my ich, gdy wy­bu­cha woj­na, chwa­li­my za czy­ny prze­kra­cza­ją­ce na­sze wła­sne moż­li­wo­ści…

– Ale nie pań­skie moż­li­wo­ści. Był pan jed­nym z nich.

– Ma pan ra­cję. Wła­śnie dla­te­go ich ro­zu­miem. Kie­dy na­sta­je po­kój, ska­zu­je­my ich na nud­ną we­ge­ta­cję w za­po­mnie­niu. Co gor­sza, zmu­sza­my do tego, by pa­trzy­li na nie­udol­nych cy­wi­lów, któ­rych pi­ra­mi­dal­ne bred­nie przy­go­to­wu­ją nową woj­nę. A kie­dy wresz­cie do niej do­cho­dzi, wzy­wa­my na­szych bo­ha­te­rów na pole wal­ki.

– Boże, po czy­jej stro­nie pan wła­ści­wie stoi?!

Be­ale przy­mknął oczy, za­ci­ska­jąc po­wie­ki tak samo jak Joel, gdy na­wie­dza­ły go pew­ne wspo­mnie­nia.

– Po two­jej, głup­cze! – od­parł ci­cho hi­sto­ryk. – Po­nie­waż wiem, do cze­go są zdol­ni. Mó­wi­łem po­waż­nie. Jesz­cze nig­dy nie było epo­ki ta­kiej jak ta. Nie­kom­pe­tent­ni, prze­ra­że­ni cy­wi­le, któ­rzy cią­gle o czymś ga­da­ją i cze­goś szu­ka­ją, są znacz­nie lep­si niż je­den z nas. Prze­pra­szam, je­den z nich.

Od stro­ny mo­rza nad­le­ciał po­dmuch wia­tru i wo­kół stóp Be­ale’a i Co­nver­se’a za­wi­ro­wał pia­sek.

– A czło­wiek, któ­ry po­wie­dział, że zaj­mie się tym or­ga­ni­za­cja? – spy­tał Joel. – O co mu cho­dzi­ło?

– Uwa­ża­li, że mogą mnie wy­ko­rzy­stać. Wal­czy­li­śmy ra­zem w Ko­rei, był wów­czas brat­nią du­szą. Nie wiem, dla­cze­go przy­je­chał na wy­spę. Może na wa­ka­cje, a może mnie szu­kał, kto wie? Spo­tka­li­śmy się w por­cie. Szy­ko­wa­łem się wła­śnie do wy­pły­nię­cia ło­dzią z za­to­ki Pla­ti, gdy po­ja­wił się na­gle w po­ran­nym słoń­cu, wy­so­ki, wy­pro­sto­wa­ny i bar­dzo woj­sko­wy. „Mu­si­my po­roz­ma­wiać…”, ode­zwał się tym sa­mym roz­ka­zu­ją­cym to­nem, ja­kim prze­ma­wiał za­wsze na polu bi­twy. Za­pro­si­łem go do ło­dzi i wy­pły­nę­li­śmy po­wo­li z za­to­ki. Kie­dy zna­leź­li­śmy się da­le­ko od Pla­ti, przed­sta­wił mi pla­ny De­la­va­ne’a.

– I co da­lej?

Hi­sto­ryk umilkł do­kład­nie na dwie se­kun­dy.

– Za­bi­łem go – od­parł po pro­stu. – Dźgną­łem go no­żem do skro­ba­nia ryb i rzu­ci­łem cia­ło na po­żar­cie re­ki­nom na mie­liź­nie Ste­pha­nos.

Zdu­mio­ny Joel spoj­rzał na star­ca w przy­ćmio­nym świe­tle, któ­re pod­kre­śla­ło jesz­cze ma­ka­brycz­ny cha­rak­ter wy­zna­nia.

– Tak po pro­stu? – spy­tał pół­gło­sem.

– Mam w tym wpra­wę, pa­nie Co­nver­se. Na­zy­wa­no mnie Ru­dym Li­sem z In­czhon. Kie­dy na­le­ża­ło po­su­nąć się do przo­du albo wy­eli­mi­no­wać groź­bę ze stro­ny prze­ciw­ni­ka, nie wa­ha­łem się ani chwi­li.

– Za­bił go pan?!

– Nie zro­bi­łem tego lek­ko­myśl­nie. Nie mia­łem wy­bo­ru. Był wer­bow­ni­kiem i zo­ba­czył w mo­ich oczach mil­czą­cą nie­na­wiść. Zo­ba­czył, a ja zro­zu­mia­łem, że nie mogę żyć po tym, co usły­sza­łem. Je­den z nas mu­siał umrzeć. Za­re­ago­wa­łem po pro­stu szyb­ciej od nie­go.

– Ro­zu­mo­wał pan bar­dzo chłod­no.

– Jako praw­nik roz­wa­ża pan nie­ustan­nie róż­ne moż­li­wo­ści. Czy mia­łem inne wyj­ście?

Joel po­trzą­snął ze zdzi­wie­niem gło­wą.

– Jak po­znał pan Hal­li­daya?

– Zna­łem go tyl­ko ze sły­sze­nia. Nig­dy go nie spo­tka­łem ani z nim nie roz­ma­wia­łem, ale mie­li­śmy wspól­ne­go przy­ja­cie­la.

– W San Fran­ci­sco?

– Czę­sto tam prze­by­wa.

– Kto to?

– Przy­kro mi, nie za­mie­rzam o nim mó­wić.

– Dla­cze­go? Skąd ta ta­jem­ni­czość?

– Pro­sił mnie o dys­kre­cję. W obec­nych oko­licz­no­ściach uwa­żam to ży­cze­nie za roz­sąd­ne.

– Roz­sąd­ne?! Co w tym, u li­cha, roz­sąd­ne­go?! Hal­li­day zwra­ca się do czło­wie­ka z San Fran­ci­sco, któ­ry przy­pad­kiem zna pana, ge­ne­ra­ła w sta­nie spo­czyn­ku, ży­ją­ce­go ty­sią­ce ki­lo­me­trów od kra­ju na grec­kiej wy­spie. Z pa­nem kon­tak­tu­je się z ko­lei je­den z lu­dzi De­la­va­ne’a. To nie­praw­do­po­dob­ny zbieg oko­licz­no­ści, ale roz­sąd­ku nie ma w tym ani za grosz!

– Niech pan się nad tym nie za­sta­na­wia. Pro­szę to przy­jąć na wia­rę.

– Zro­bił­by pan to na moim miej­scu?

– W obec­nej sy­tu­acji, owszem. Nie mamy już wy­bo­ru.

– Ja mam. Mogę odejść bo­gat­szy o pół mi­lio­na do­la­rów otrzy­ma­nych od ano­ni­mo­we­go do­bro­czyń­cy. Gdy­by ze­chciał się o nie upo­mnieć, mu­siał­by ujaw­nić swo­ją toż­sa­mość.

– Nie zro­bi pan tego. Wy­bra­no pana bar­dzo sta­ran­nie.

– Bo mam wła­ści­wą mo­ty­wa­cję? Tak to okre­ślił Hal­li­day.

– Szcze­rze mó­wiąc, tak.

– Je­ste­ście świ­nie, wszy­scy!

– Je­den z nas nie żyje. Jest pan ostat­nim czło­wie­kiem, któ­ry z nim roz­ma­wiał.

Joel znów po­czuł przy­pływ gnie­wu, wi­dząc w wy­obraź­ni oczy ko­na­ją­ce­go czło­wie­ka.

– Akwi­ta­nia… – po­wie­dział ci­cho. – De­la­va­ne… W po­rząd­ku, wy­bra­no mnie sta­ran­nie. Co po­wi­nie­nem zro­bić na po­czą­tek?

– A jak pan są­dzi? Jest pan ad­wo­ka­tem, a wszyst­ko na­le­ży prze­pro­wa­dzić zgod­nie z pra­wem.

– Wła­śnie o to mi cho­dzi. Je­stem ad­wo­ka­tem, a nie po­li­cjan­tem ani pry­wat­nym de­tek­ty­wem.

– Wszy­scy po­li­cjan­ci kra­jów, w któ­rych żyją ci czte­rej lu­dzie, nie mo­gli­by zro­bić tego co pan, na­wet gdy­by chcie­li. A na do­da­tek ostrze­gli­by De­la­va­ne’a.

– W po­rząd­ku, spró­bu­ję – po­wie­dział Co­nver­se, skła­da­jąc kart­kę z na­zwi­ska­mi i cho­wa­jąc do we­wnętrz­nej kie­sze­ni ma­ry­nar­ki. – Za­cznę od sa­mej góry. Od Pa­ry­ża. Od Ber­thol­die­ra.

– Ja­cqu­es’a Lo­uisa Ber­thol­die­ra – do­dał sta­rzec, się­ga­jąc do płó­cien­ne­go ple­ca­ka i wyj­mu­jąc gru­bą sza­rą ko­per­tę. – To ostat­nia rzecz, jaką mo­że­my panu dać. Wszyst­ko, cze­go zdo­ła­li­śmy się do­wie­dzieć o tych czte­rech oso­bach. Może się to panu przy­dać. Ich ad­re­sy, sa­mo­cho­dy, wspól­ni­cy, ulu­bio­ne ka­wiar­nie i re­stau­ra­cje, upodo­ba­nia w sfe­rze sek­su­al­nej, wszyst­ko, co może dać ja­kiś punkt za­cze­pie­nia… Niech pan wy­ko­rzy­sta te in­for­ma­cje. Po­wi­nien pan zdo­być kom­pro­mi­tu­ją­ce ma­te­ria­ły na ich te­mat, do­wo­dy prze­stępstw, a przede wszyst­kim wy­ka­zać, że nie są so­lid­ny­mi, god­ny­mi sza­cun­ku oby­wa­te­la­mi, za ja­kich ucho­dzą. Coś wsty­dli­we­go, pa­nie Co­nver­se, wsty­dli­we­go. To pod­sta­wa śmiesz­no­ści. Pre­ston Hal­li­day miał w tej kwe­stii cał­ko­wi­tą ra­cję. Przede wszyst­kim na­le­ży ich ośmie­szyć.

Joel już za­mie­rzał przy­tak­nąć, lecz urwał na­gle i spoj­rzał ba­daw­czo na Be­ale’a.

– Nie wspo­mnia­łem panu o tym, że Hal­li­day mó­wił o śmiesz­no­ści.

– Do­praw­dy? – za­sko­czo­ny hi­sto­ryk za­mru­gał po­wie­ka­mi w przy­ćmio­nym świe­tle, tra­cąc na chwi­lę pew­ność sie­bie. – Oma­wia­li­śmy oczy­wi­ście…

– Nig­dy go pan nie spo­tkał, nig­dy z nim nie roz­ma­wiał – wpadł mu w sło­wo Joel.

– Oma­wia­łem róż­ne tak­ty­ki dzia­ła­nia z na­szym wspól­nym przy­ja­cie­lem – do­koń­czył sta­rzec, od­zy­sku­jąc spo­kój i pa­trząc na Jo­ela. – Pod­sta­wo­wa spra­wa to śmiesz­ność. Oczy­wi­ście, że o tym dys­ku­to­wa­li­śmy.

– Za­wa­hał się pan na mo­ment.

– Zbił mnie pan z tro­pu zda­niem nie na te­mat. Moje re­ak­cje są wol­niej­sze niż daw­niej.

– Nie były ta­kie w ło­dzi koło Ste­pha­nos – od­ciął się Joel.

– To zu­peł­nie inna sy­tu­acja, pa­nie Co­nver­se. Tyl­ko je­den z nas mógł opu­ścić tę łódź. Tym ra­zem obaj wró­ci­my do domu.

– Do­brze, może tro­chę prze­sa­dzam. Na moim miej­scu za­cho­wy­wał­by się pan tak samo. – Co­nver­se wy­jął z kie­sze­ni pacz­kę pa­pie­ro­sów, pod­niósł jed­ne­go ner­wo­wo do ust i wy­cią­gnął za­pal­nicz­kę. – Czło­wiek, któ­re­go zna­łem w dzie­ciń­stwie pod in­nym na­zwi­skiem, zwra­ca się do mnie po la­tach z nie­zwy­kłą ofer­tą. – Za­pa­lił pa­pie­ro­sa i za­cią­gnął się dy­mem. – Opo­wia­da zwa­rio­wa­ną hi­sto­ryj­kę, któ­ra jest aku­rat na tyle praw­do­po­dob­na, że nie mogę jej od­rzu­cić. Naj­bar­dziej wia­ry­god­ny aspekt ca­łej spra­wy to ma­niak o na­zwi­sku De­la­va­ne. Mój przy­ja­ciel twier­dzi, że mogę po­móc go uniesz­ko­dli­wić i je­śli wy­ra­żę zgo­dę, otrzy­mam mnó­stwo pie­nię­dzy od ano­ni­mo­we­go czło­wie­ka z San Fran­ci­sco, któ­re prze­ka­że mi dy­mi­sjo­no­wa­ny ge­ne­rał z mod­ne­go ku­ror­tu na Mo­rzu Egej­skim. Póź­niej mój przy­ja­ciel zo­sta­je za­mor­do­wa­ny w bia­ły dzień w win­dzie, prze­szy­ty kil­ku­na­sto­ma ku­la­mi, i umie­ra na mo­ich rę­kach, szep­cząc sło­wo „Akwi­ta­nia”, a dru­gi męż­czy­zna, były woj­sko­wy i pro­fe­sor uni­wer­sy­te­tu, opo­wia­da hi­sto­ryj­kę o wer­bow­ni­ku i twier­dzi, że za­dźgał go no­żem do skro­ba­nia ryb, a póź­niej rzu­cił na po­żar­cie re­ki­nom koło Ste­pha­nos czy cze­goś w tym ro­dza­ju.

– Aghios Ste­pha­nos – po­wie­dział sta­rzec. – Pięk­na pla­ża, znacz­nie po­pu­lar­niej­sza od tej.

– Do li­cha, może prze­sa­dzam, pa­nie Be­ale! A może po­wi­nie­nem mó­wić pro­fe­so­rze albo ge­ne­ra­le?! To za wie­le jak na dwa zwa­rio­wa­ne dni! Na­gle stra­ci­łem całą wia­rę w sie­bie. Nic z tego wszyst­kie­go nie ro­zu­miem, czu­ję się przy­tło­czo­ny, za­gu­bio­ny i, spójrz­my praw­dzie w oczy, cho­ler­nie prze­stra­szo­ny!

– Niech pan nie kom­pli­ku­je – ostrzegł Be­ale. – Po­wta­rza­łem to w kół­ko swo­im stu­den­tom. Su­ge­ro­wa­łem, aby nie pa­trzy­li na ca­łość za­gad­nie­nia, lecz ra­czej na po­szcze­gól­ne ogni­wa łań­cu­cha, po­dą­ża­jąc za nimi, do­pó­ki nie zo­ba­czą peł­ne­go ob­ra­zu spra­wy. Je­śli im się to nie uda­wa­ło, win­ni byli nie oni, tyl­ko ja. Na­le­ży dzia­łać krok po kro­ku, pa­nie Co­nver­se.

– Jest pan strasz­li­wie wy­ma­ga­ją­cy. Pew­nie prze­stał­bym cho­dzić na pań­skie za­ję­cia.

– Nie wy­ra­zi­łem tego ład­nie. Kie­dyś ro­bi­łem to le­piej. W ba­da­niach hi­sto­rycz­nych po­szla­ki są sza­le­nie waż­ne.

– Dla praw­ni­ka czę­sto sta­no­wią isto­tę spra­wy.

– Wo­bec tego niech się pan sku­pi na po­szla­kach. Nie je­stem praw­ni­kiem, ale czy nie mógł­by pan wejść w rolę ad­wo­ka­ta, któ­re­go klien­to­wi za­gra­ża­ją siły mo­gą­ce po­gwał­cić jego pra­wa, zbu­rzyć do­tych­cza­so­wy tryb ży­cia, unie­moż­li­wić spo­koj­ną eg­zy­sten­cję, jed­nym sło­wem, znisz­czyć go?

– To nie ta­kie pro­ste – od­parł Joel. – Mój klient nie chce ze mną roz­ma­wiać, nie chce mnie wi­dzieć, nie chce mi na­wet po­wie­dzieć, kim jest.

– Nie jego mam na my­śli.

– W ta­kim ra­zie kogo? Pie­nią­dze na­le­żą do nie­go.

– To tyl­ko re­pre­zen­tant pań­skie­go praw­dzi­we­go klien­ta.

– A któż to taki?

– Może to, co po­zo­sta­ło jesz­cze z cy­wi­li­zo­wa­ne­go świa­ta?

Joel przyj­rzał się hi­sto­ry­ko­wi w sre­brzy­stym świe­tle.

– Wspo­mniał pan przed chwi­lą, że nie na­le­ży pa­trzeć na ca­łość, tyl­ko na po­szcze­gól­ne ogni­wa łań­cu­cha. Prze­ra­ża mnie pan.

Be­ale się uśmiech­nął.

– Mógł­bym panu za­rzu­cić błęd­ną kon­kre­ty­za­cję, ale tego nie zro­bię.

– To dość wy­szu­ka­ny zwrot. Je­śli uwa­ża pan, że wy­ry­wam wszyst­ko z kon­tek­stu, pro­szę to po­wie­dzieć, a ja za­kwe­stio­nu­ję. Po­padł pan w sprzecz­ność, pa­nie pro­fe­so­rze.

– Wiel­kie nie­ba, rze­czy­wi­ście sta­ran­nie pana wy­bra­no! Nie po­zwa­la mi pan na­wet po­czę­sto­wać się aka­de­mic­kim środ­kiem uspo­ka­ja­ją­cym…

Co­nver­se od­wza­jem­nił uśmiech hi­sto­ry­ka.

– Sym­pa­tycz­ny z pana je­go­mość, nie ma co mó­wić, pa­nie dok­to­rze! Gdy­by był pan praw­ni­kiem, wo­lał­bym nie sie­dzieć na­prze­ciw­ko pana przy sto­le ro­ko­wań.

– Z pew­no­ścią prze­ce­nia pan moje zdol­no­ści – od­parł Edward Be­ale, prze­staw­szy się uśmie­chać. – Do­pie­ro za­czy­na pan pra­cę.

– Ale wiem już, cze­go szu­kać. Mu­szę ba­dać ogni­wo po ogni­wie, aż utwo­rzą łań­cuch i wy­ło­ni się ca­łość. Skon­cen­tru­ję się na kon­ce­sjach eks­por­to­wych i lu­dziach, któ­rzy je wy­da­ją, a póź­niej po­wią­żę kil­ka na­zwisk z in­te­re­sa­mi De­la­va­ne’a w Palo Alto. Wów­czas znisz­czy­my go zgod­nie z pra­wem. Żad­nych mę­czen­ni­ków, szla­chet­nych spraw ani zdra­dzo­nych bo­ha­te­rów wo­jen­nych, tyl­ko zwy­kli nik­czem­ni spe­ku­lan­ci, któ­rzy uda­ją wiel­kich pa­trio­tów, by na­bi­jać so­bie kie­sze­nie w zu­peł­nie nie­pa­trio­tycz­ny spo­sób. Czyż mogą mieć inne mo­ty­wy? Ośmie­szy ich to, dok­to­rze Be­ale, bo nie będą w sta­nie udzie­lić praw­dzi­wej od­po­wie­dzi.

Oszo­ło­mio­ny sta­rzec zmarsz­czył czo­ło i po­ki­wał gło­wą.

– Cóż, pro­fe­sor zo­stał z po­wro­tem stu­den­tem – po­wie­dział z wa­ha­niem. – Jak chce pan tego do­ko­nać?

– Tak jak dzie­siąt­ki razy w trak­cie ne­go­cja­cji han­dlo­wych… tyle że za­mie­rzam po­su­nąć się krok da­lej. Pod­czas ro­ko­wań po­stę­pu­ję jak każ­dy inny praw­nik: pró­bu­ję od­gad­nąć, co chcą osią­gnąć moi prze­ciw­ni­cy po dru­giej stro­nie sto­łu i dla­cze­go. Nie in­te­re­su­je mnie, co chce osią­gnąć moja stro­na, tyl­ko moi ad­wer­sa­rze. O czym my­ślą? Wi­dzi pan, pa­nie dok­to­rze, pró­bu­ję się w nich wczuć, sta­wiam się na ich miej­scu, ani na se­kun­dę nie po­zwa­la­jąc im o tym za­po­mnieć. To nie­sły­cha­nie de­ner­wu­ją­ce. Kie­dy mój opo­nent coś mówi, ro­bię no­tat­ki na mar­gi­ne­sach, czy to coś waż­ne­go, czy nie… Ale tym ra­zem będę po­stę­po­wać in­a­czej. Nie za­mie­rzam szu­kać prze­ciw­ni­ków, tyl­ko so­jusz­ni­ków. Zwo­len­ni­ków pew­nej idei, idei De­la­va­ne’a. Za­cznę od Pa­ry­ża, póź­niej prze­nio­sę się do Bonn albo Tel Awi­wu, wresz­cie za­pew­ne do Jo­han­nes­bur­ga. A kie­dy do­trę do Akwi­tań­czy­ków, nie będę pró­bo­wał się w nich wczu­wać. Sta­nę się jed­nym z nich.

– Bar­dzo od­waż­na tak­ty­ka. Gra­tu­lu­ję panu.

– Je­dy­na moż­li­wa, sko­ro za­sta­na­wia­my się nad tym, co ro­bić. Mam po­nad­to mnó­stwo pie­nię­dzy, któ­re mogę wy­da­wać, nie roz­rzut­nie, ale efek­tyw­nie, jak ży­czył­by so­bie mój ano­ni­mo­wy klient. Nie­zna­ny, sto­ją­cy w cie­niu, ale za­wsze obec­ny. – Joel umilkł, gdyż ude­rzy­ła go pew­na myśl. – Wie pan, dok­to­rze? Co­fam wszyst­ko, co po­wie­dzia­łem. Nie chcę znać toż­sa­mo­ści swo­je­go klien­ta z San Fran­ci­sco. Za­mie­rzam wy­my­ślić wła­sne­go mo­co­daw­cę, a zna­jo­mość praw­dy mo­gła­by znie­kształ­cić ob­raz, jaki no­szę w gło­wie. Na­wia­sem mó­wiąc, pro­szę mu prze­ka­zać, że roz­li­czę się szcze­gó­ło­wo ze wszyst­kich wy­dat­ków i zwró­cę resz­tę pie­nię­dzy tą samą dro­gą, jaką je otrzy­ma­łem. Przy po­mo­cy pań­skie­go przy­ja­cie­la La­ska­ri­sa z ban­ku na My­ko­nos.

– Ale prze­cież przy­jął pan pie­nią­dze – za­pro­te­sto­wał Be­ale. – Nie ma po­wo­du…

– Chcia­łem się prze­ko­nać, czy są rze­czy­wi­ste. Czy rze­czy­wi­sty jest mój klient. Będę po­trze­bo­wał mnó­stwa pie­nię­dzy, bo za­mie­rzam stać się kimś, kim nie je­stem, a pie­nią­dze to naj­bar­dziej wia­ry­god­ny spo­sób… Nie, pa­nie dok­to­rze, nie we­zmę ni­cze­go od pań­skie­go przy­ja­cie­la… Chcę do­stać De­la­va­ne’a. Chcę do­stać wład­cę Saj­go­nu… Ale po­słu­żę się tymi pie­niędz­mi, po­dob­nie jak wi­ze­run­kiem swo­je­go klien­ta. Wszyst­ko po to, by prze­nik­nąć do or­ga­ni­za­cji.

– Sko­ro naj­pierw za­mie­rza pan po­je­chać do Pa­ry­ża i skon­tak­to­wać się z Ber­thol­die­rem, po­wi­nien pan wie­dzieć, że praw­do­po­dob­nie jest on bez­po­śred­nio zwią­za­ny ze znik­nię­ciem pew­ne­go trans­por­tu bro­ni. Może war­to od tego za­cząć. Je­śli się nie my­li­my, ilu­stru­je to w po­mniej­szo­nej ska­li wszyst­ko, co za­mie­rza­ją nam zgo­to­wać.

– Czy są tu dane na ten te­mat? – spy­tał Co­nver­se, pu­ka­jąc pal­cem w gru­bą sza­rą ko­per­tę za­wie­ra­ją­cą in­for­ma­cje o ge­ne­ra­łach.

– Nie, spra­wa wy­szła na jaw do­pie­ro dziś wcze­snym ran­kiem. Pew­nie nie słu­chał pan dzien­ni­ka, praw­da?

– Znam tyl­ko an­giel­ski. Gdy­bym usły­szał dzien­nik, na­wet bym się nie zo­rien­to­wał. Co się sta­ło?

– Pło­nie cała Ir­lan­dia Pół­noc­na. Do­szło do naj­więk­szych za­mie­szek od pięt­na­stu lat. Leje się krew. Gru­py zbroj­nych ochot­ni­ków, któ­re opa­no­wa­ły Bel­fast, Bal­lyc­la­re, Dro­mo­rę i góry Mo­ur­ne, włó­czą się po uli­cach i w te­re­nie, strze­la­jąc do wszyst­kie­go, co się ru­sza, i za­bi­ja­jąc z wście­kło­ści każ­de­go, kto sta­nie im na dro­dze. Za­pa­no­wa­ła kom­plet­na anar­chia. Rząd Ul­ste­ru ogar­nę­ła pa­ni­ka, par­la­ment jest bez­sil­ny i zde­spe­ro­wa­ny. Wszy­scy go­rącz­ko­wo szu­ka­ją ja­kie­goś roz­wią­za­nia. Bę­dzie ono po­le­gać na ma­so­wym uży­ciu woj­ska.

– Co to ma wspól­ne­go z Ber­thol­die­rem?

– Pro­szę po­słu­chać uważ­nie – rzekł hi­sto­ryk, ro­biąc krok do przo­du. – Osiem dni temu z Be­lo­it w sta­nie Wi­scon­sin wy­eks­pe­dio­wa­no dro­gą po­wietrz­ną trans­port amu­ni­cji zło­żo­ny z trzy­stu skrzyń bomb kul­ko­wych i dwóch ty­się­cy kar­to­nów ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych. Miał on po­le­cieć do Tel Awi­wu przez Mont­re­al, Pa­ryż i Mar­sy­lię. Nig­dy nie do­tarł do miej­sca prze­zna­cze­nia, a agen­ci Mos­sa­du usta­li­li, że do Mar­sy­lii prze­sła­no tyl­ko fak­tu­ry han­dlo­we. Broń znik­nę­ła w Mont­re­alu albo Pa­ry­żu i je­ste­śmy prze­ko­na­ni, że prze­ka­za­no ją or­ga­ni­za­cjom ter­ro­ry­stycz­nym w Ir­lan­dii Pół­noc­nej, za­rów­no tym­cza­so­we­mu skrzy­dłu IRA, jak i pro­te­stan­tom.

– Dla­cze­go tak są­dzi­cie?

– Pierw­si za­bi­ci i ran­ni, prze­szło trzy­stu męż­czyzn, ko­biet i dzie­ci, pa­dli ofia­rą bomb kul­ko­wych. To nie­zbyt przy­jem­na śmierć, a zra­nie­nie jest jesz­cze gor­sze, gdyż roz­ry­wa­ją cia­ło na strzę­py. Do­szło do ogól­nej hi­ste­rii, któ­ra za­czy­na się roz­sze­rzać. Ul­ster wy­mknął się spod kon­tro­li, rząd jest kom­plet­nie spa­ra­li­żo­wa­ny. A wszyst­ko w cią­gu jed­ne­go dnia, jed­ne­go je­dy­ne­go dnia, pa­nie Co­nver­se!

– Spraw­dza­ją, czy są w sta­nie urze­czy­wist­nić swój plan – rzekł ci­cho Joel ze ści­śnię­tym gar­dłem.

– Owszem – zgo­dził się Be­ale. – To spraw­dzian, po­mniej­szo­na ilu­stra­cja hor­ro­ru, do ja­kie­go za­mie­rza­ją do­pro­wa­dzić.

Co­nver­se zmarsz­czył brwi.

– Co łą­czy Ber­thol­die­ra ze znik­nię­ciem trans­por­tu?

– Kie­dy sa­mo­lot z ła­dun­kiem zna­lazł się nad te­ry­to­rium Fran­cji, opie­kę nad nim prze­ję­ło to­wa­rzy­stwo ase­ku­ra­cyj­ne, w któ­re­go ra­dzie nad­zor­czej za­sia­da Ber­thol­dier. Któż jest mniej po­dej­rza­ny od fir­my zmu­szo­nej do po­kry­cia strat i ma­ją­cej do­stęp do ła­dun­ku? Fir­ma ubez­pie­cze­nio­wa wy­pła­ci­ła prze­szło czte­ry mi­lio­ny fran­ków od­szko­do­wa­nia, nie na tyle dużo, by pi­sa­ła o tym pra­sa, lecz wy­star­cza­ją­co wie­le, by roz­wiać wszel­kie po­dej­rze­nia. A póź­niej prze­ka­za­no broń ter­ro­ry­stom, co do­pro­wa­dzi­ło do ma­so­wej rze­zi.

– Jak się na­zy­wa to to­wa­rzy­stwo ase­ku­ra­cyj­ne?

– Com­pa­gnie So­li­da­ire. So­li­da­ire to jed­no z waż­niej­szych ogniw, po­dob­nie jak Be­lo­it oraz Bel­fast.

– Miej­my na­dzie­ję, że zdo­łam spy­tać o to Ber­thol­die­ra. Ale mu­szę to zro­bić we wła­ści­wym mo­men­cie. Spró­bu­ję zła­pać rano sa­mo­lot z Aten do Pa­ry­ża.

– Nie­chaj to­wa­rzy­szą panu naj­lep­sze ży­cze­nia sta­re­go czło­wie­ka, pa­nie Co­nver­se. Spra­wa jest pil­na. Po­zo­sta­ło nam trzy do pię­ciu ty­go­dni. Póź­niej doj­dzie do wy­bu­chu. Co­kol­wiek się sta­nie, cze­ka nas po­wtó­rze­nie sce­na­riu­sza z Ir­lan­dii Pół­noc­nej w dzie­sięć ty­się­cy razy więk­szej ska­li. Groź­ba jest rze­czy­wi­sta i mamy co­raz mniej cza­su.

• • •

Va­le­rie Char­pen­tier obu­dzi­ła się na­gle z roz­sze­rzo­ny­mi oczy­ma i na­pię­tą twa­rzą, wsłu­chu­jąc się w da­le­kie dźwię­ki, któ­re za­głu­szy­ły ci­chy plusk fal. Spo­dzie­wa­ła się, że lada chwi­la za­wy­ją sy­re­ny alar­mo­we pod­łą­czo­ne do wszyst­kich drzwi i okien wil­li.