Hexa - Wojciech Pietrzak

Hexa

0,0

„Hexa” przeznaczona jest dla czytelników lubiących zagadki, tajemnice i zaskakujące wydarzenia. Jest to powieść kryminalna, w której przeplatają się wątki o różnej tematyce. Rok 1987. W Krakowie powieszony zostaje Michał Karpiński, młody żołnierz oskarżony o zamordowanie rok wcześniej w Nowej Rudzie 20-letniej Cyntii Łuskowskiej. Czy słusznie? Niemal ćwierć wieku później Andrzej Karpiński, ojciec Michała, wygrywa znaczną sumę na loterii i postanawia wynająć detektywa, który oczyści pamięć jego syna. Dardiusz Wicher początkowo wcale nie chce podjąć się tego zadania. Zmienia jednak zdanie i próbuje poskładać w całość strzępy informacji. Musi zmierzyć się nie tylko z fatalnie napisanym artykułem prasowym i jeszcze gorszym listem miłosnym, ale także z córką i matką zamordowanej, dwiema kobietami o niesłychanie silnej osobowości. Patriarchalny konserwatyzm Dardiusza zostaje wystawiony na bolesną próbę, a Andrzej Karpiński domaga się wyników, podważając przy tym zasadność kary śmierci, której Wicher usiłuje bronić. Oprócz tego Czytelnik jest świadkiem politycznego sporu wolnorynkowca Wichra z socjalistą Karpińskim, enigmatycznych rozmów telefonicznych dwóch tajemniczych mężczyzn, a także wątku romantycznego, którego zakończenie okazuje się równie zaskakujące, co rozwiązanie zagadki kryminalnej.

Dodaj komentarz


To książka, przy której niejeden czytelnik poczuje się dość dziwnie. Niby kryminał ale wątki BDSM będą dla niektórych odbiorców nie do przyjęcia. Książka w ciekawy sposób porusza problematyczne (w naszym społeczeństwie) tematy pod płaszczykiem dość udanej i ciekawej historii kryminalnej. Czy jednak powieść wywoła jakąś szerszą dyskusję na poruszane w niej problemy? Śmiem w to wątpić. Poczytać jednak warto, bo kryminał jest niczego sobie.


Wiem, że nie powinno oceniać się książki po okładce, ale ta jest okropna. Może jedynym jej plusem jest to, iż w jakiś sposób nawiązuje do treści powieści. Czytelnik dostaje do ręki książkę, która wydawać by się mogło porusza dość kontrowersyjne tematy. I cóż można rzec. Na pewno jest intrygująco, pomysł na wątek kryminalny nie najgorszy, wykonanie również dobre. Jak na debiut, nie było źle.


Debiut pisarski Wojciecha Pietrzaka Jak przedmówczyni wspomniała powieść łącząca konserwatyzm, wątki liberalne i... BDSM. Przede wszystkim jest to jednak kryminał. Bardzo oryginalny kryminał. Barwne postacie, trochę humoru, a niekonserwatywny romans, w który wdaje się bohater przyczynia się do wykrycia mordercy. Miłośnicy kryminałów będą z pewnością zadowoleni. Polecam też tą książkę wszelkiej maści dyskutantom, bo kontrowersyjnych tematów w tej powieści nie brakuje.


Poczatkujący pisarz Wojciech Pietrzak daje czytelnikom ciekawą ksiażką z nie mniej ciekawą okładką. Dość intrygujące. W zamyśle ma to być połączenie konserwatyzmy i BDSM. Brzmi ciekawie i też ciekawie się czyta ( z uśmiechem). Wbrew pozorom jest to też powieśc kryminalna, która wciąga i zaskakuje czytelnika. Postacie sa rewelacyjne napisane i zapadają w pamięć, tak samo jak dialogi. Polecam, bo możecie być nieźle zaskoczeni

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Rozdział 1

 

Mężczyzny siedzącego w rogu szczecińskiej kawiarni trudno było nie zauważyć, choć on sam wolałby, aby było inaczej. Łatwo za to dało się obserwować wszystkie detale jego twarzy, która tkwiła w bezruchu z oczyma wpatrzonymi w wyimaginowany punkt odległy o kilka parseków. Ta twarz, zdradzająca niejakie podobieństwo do Gérarda Depardieu, niegdyś wyglądała, jakby stworzono ją do zjednywania sobie ludzi. Ale to dawne czasy, pamiętające goszczący na niej uśmiech. Obecnie lekko obwisła, rzadko poruszana mięśniami skóra na policzkach, podkrążone, smutne oczy i kilka bruzd na czole zdradzały pełną beznadziei rezygnację. Na pierwszy rzut oka mógł mieć równie dobrze trzydzieści, co sześćdziesiąt lat.

Dwa stoliki dalej siedziała brunetka, która niemal od kwadransa bez entuzjazmu przyglądała się temu mężczyźnie, sącząc powoli świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Kobieta miała aparycję rzutkiej, bezwzględnej businesswoman. Trudno powiedzieć, czy wrażenie takie wynikało bardziej z jej arystokratycznych, niemal patrycjuszowskich rysów twarzy, czy też wywoływało je harmonijne połączenie kremowej bluzki, beżowego żakietu, cielistych pończoch i dyskretnego makijażu. Jednakże nawet na jej twarzy dało się dostrzec coś na kształt współczucia, jakby słyszała krzyk rozpaczy wydobywający się z wnętrza tego mężczyzny. 

Lokalne kółko warcabistów właśnie kończyło cotygodniowe spotkanie. 

– Zapraszam państwa w najbliższą niedzielę do Domu Kultury „Słowianin” przy ulicy Korzeniowskiego na godzinę dziesiątą rano. Z chętnymi pogra najpiękniejsza arcymistrzyni w Polsce, Katarzyna Markowska-Nowacka – zapowiedział prowadzący kółko.

Dla brunetki w beżowym żakiecie było tego już za wiele. Takie towarzystwo działało jej na nerwy. Z jej twarzy zniknęły ślady jakiegokolwiek współczucia, jeśli takowe w ogóle kiedykolwiek się tam pojawiło. Być może to tylko kąt padania promieni słonecznych wywołał takie wrażenie. Ruchem ręki wezwała kelnera, uregulowała rachunek i wyszła krokiem człowieka, który ma nieczyste sumienie, co zresztą odpowiadało prawdzie.Mężczyzna siedzący w rogu nawet jej nie zauważył. Usłyszał za to słowa prowadzącego warcabowe kółko i pomyślał, że wyjątkowo frustrująco jest usłyszeć słowo „najpiękniejsza” w zestawieniu z tożsamością składającą się z dwóch nazwisk. Po chwili zreflektował się.

W kawiarni siedziało kilkadziesiąt osób, ale mógł się założyć o milion złotych, że żadnej z nich samotność nie doskwierała tak, jak jemu.

Mężczyzna przybliżył wzrok o kilka parseków i zatrzymał go na nietkniętej jeszcze porcji tiramisu. Machinalnie nabrał łyżeczką niewielki kęs, który szybkim ruchem powędrował do ust. Bez zachwytu. Jeszcze dziś zrobiłby o niebo lepszy deser, gdyby chciało mu się po kilkunastu latach przerwy znowu zająć cukierniczą sztuką. Do jego wyrobów pasowało wyłącznie słowo „sztuka”, w żadnym wypadku zaś „rzemiosło”. Kelner pojawił się przy nim w następnej sekundzie; mężczyzna mógłby przysiąc, że wyrósł on spod ziemi.

– Smakuje? – spytał jowialnym tonem łysy jak kolano pracownik kawiarni i zaczął nerwowo przestępować z nogi na nogę. Gość nie miał złudzeń, że należy to do standardowej procedury lokalu. Nie chodziło im o zdanie klienta, który przypadkowo znalazł się w kawiarni, lecz o opinię akurat tego człowieka, który zbił majątek, zapewniając rajskie rozkosze podniebieniom nie tylko szczecinian. Człowieka, który od kilkunastu lat sam jadł wszystko, co przyrządził, a mimo to jeśli nazywał coś „smacznym”, to smakowało to wielu ludziom, a gdy wyrażał dezaprobatę, nie chciały tego jeść nawet skamlące z głodu psy.

– Tak, jest wyśmienite – skłamał, łamiąc tym samym jedną ze swoich podstawowych zasad. Dałby wiele, żeby ludzie przestali go rozpoznawać i dali mu żyć tak, jak zwykłemu, szaremu obywatelowi. Co za ironia losu! Jako brzdąc marzył, że będzie sławny i bogaty. Dziś pierwszego chętnie by się pozbył, a drugie nie przysparzało mu szczęścia. Uważaj, czego pragniesz, bo możesz to otrzymać. Czyż nie tak mawiał któryś ze wschodnich mędrców?

– Bardzo się cieszę – uśmiech na twarzy łysego był równie szczery, co zapewnienie gościa o walorach deseru. Jednak niektórych regułek ze szkoleń dla pracowników nie warto się trzymać – nomen omen – sztywno.

Ostatni warcabiści opuszczali już salę. O ile pamięć nie myliła mężczyzny siedzącego w rogu (a zwykle na nią nie narzekał), we wtorki nie spotykały się tu żadne inne grupy zainteresowań, więc zakładając pięćdziesięcio-, może sześćdziesięcioprocentowe obłożenie lokalu powinien panować tu względny spokój. Niczego więcej nie pragnął.

Nie wiedział, na jak długo się zamyślił. Kiedy wyrwał się z odrętwienia, przy ladzie niecałe dwadzieścia metrów od niego stał starszy człowiek i rozmawiał o czymś z łysym. Gdy oczy siedzącego w rogu napotkały spojrzenie kelnera i rękę wyciągniętą w jego kierunku, stracił resztki nadziei na samotne popołudnie. Mniej niż minutę później, starszy mężczyzna był już przy nim. Wyglądał na jakieś siedemdziesiąt lat.

– Przepraszam bardzo, czy pan Dariusz Wicher?

Przynajmniej tyle dobrego, że nieznajomy nie tylko nie był pewien, z kim miał do czynienia, ale nawet lekko przekręcił jego tożsamość. Marna pociecha, ale zawsze…

– Dardiusz – poprawił mężczyzna – Nazywam się Dardiusz Wicher, panie…

– Andrzej Karpiński – przedstawił się nieznajomy. Wichrowi nic to nie mówiło; zarejestrował jedynie, że przybyły, mimo niewątpliwych krzyżyków na karku, miał włosy, paznokcie i zęby w świetnym stanie. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.

Nie wyciągnęli do siebie dłoni.

– Mam do pana interes.

– Nie jestem zainteresowany.

– Nawet pan nie usłyszał… – zaczął nieco urażony Karpiński, lecz Wicher przerwał mu obcesowo.

– I nie chcę usłyszeć.

– Podobno jest pan prywatnym detektywem?

Dardiusz Wicher nigdy nie mógł zrozumieć, w jaki sposób przypięto mu tę łatę. Gdy w najtragiczniejszej chwili swojego życia rzucił cukiernictwo, chwytał się czego popadnie, aby nie zwariować. Głównie dużo czytał, cokolwiek wpadło mu w ręce. Pewnego wieczoru trafiło akurat na kilka numerów „Detektywa”. O trzeciej nad ranem skończył reportaż z cyklu „Sprawy Nierozwiązane”, zanim padł kamiennym snem, zbyt zmęczony nawet na płacz do poduszki. Gdy jedenaście godzin później obudził się z gotowym, wydedukowanym – a może wyśnionym? – rozwiązaniem, udał się na najbliższy posterunek policji, gdzie wpierw został wyśmiany przez jakiegoś żółtodzioba, potem wysłuchany przez komendanta, a trzy miesiące później zbrodniarz był za kratkami, tydzień przed upływem okresu przedawnienia.

Okazało się, że miał naturalne zdolności detektywistyczne, którym nigdy wcześniej nie pozwolił się rozwinąć. Człowiek rozlicznych talentów, gdyż mistrzostwa cukierniczego można mu było pozazdrościć. Kilka razy pomógł policji rozwiązać jakąś trudniejszą sprawę, gdy jego analityczny umysł i wrodzona, rozwijana przez lata prowadzenia biznesu intuicja, podpowiedziały mu rozwiązanie. Nigdy jednak nie uczynił z tego sposobu na życie. Nigdy wcześniej nie działał też na zlecenie osoby prywatnej. Kimkolwiek zaś był przybysz, nie wyglądał na przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości.

– Nie wiem, o czym pan mówi.

Mężczyzna wyciągnął kopertę.

– Tu jest tysiąc złotych. Jest pański, jeśli poświęci mi pan kwadrans. Dla pana to niewiele, dla mnie to niezwykle ważne.

Wicher spojrzał na kopertę udając, że nie może się zdecydować. W końcu odsunął ją. Przyjrzał się też dokładniej nieznajomemu. Był to niewysoki, lekko korpulentny, elegancki, starszy mężczyzna. Miał owalną twarz i kasztanowe oczy. Jego włosy i krótko przystrzyżone, zadbane wąsy przyprószyła siwizna w kolorze garnituru, który nosił. Gdyby Wicher miał wybrać jedno słowo najlepiej opisujące wygląd tego człowieka, zdecydowałby się na „godność”. Jedyne, co mu nie pasowało, to zadarty nos starszego mężczyzny. Orli byłby bardziej na miejscu.

– Ma pan rację – odrzekł w końcu – To niewiele. Skoro tyle pan o mnie wie, to musi pan wiedzieć, że forsy mam jak lodu, i że ani ona, ani nikt i nic nie są w stanie zapewnić mi szczęścia. Powiem panu, co zrobimy. Pan zatrzyma tysiąc złotych, a ja pana wysłucham. Jestem bardzo ciekawy, czym też może pan próbować mnie skłonić, żebym zajął się sprawą, z którą najwyraźniej pan do mnie przyszedł.

Karpiński nawet nie tknął zwróconych mu pieniędzy.

– Tym, jak bardzo jesteśmy do siebie podobni.

_________________________________________________________

 

– Jak pan widzi, od niedawna też nie narzekam na materialne niedostatki, mimo to nie miewam już powodów do radości. Podobnie jak pan, straciłem żonę i syna w tragicznych okolicznościach. Nie dziwi mnie, że nie chce pan pieniędzy. Świetnie to rozumiem i czuję. Wiem też, że to, o co proszę, będzie kosztowne. Jestem na to przygotowany. Nie chce pan pieniędzy, ale może zechce pan pomóc komuś takiemu, jak pan.

– Bzdura – odrzekł spokojnie Wicher, gdy starzec skończył swoją historię – Pana bliscy nie zginęli jako niewinne ofiary wypadku. Pana syn został skazany na karę śmierci, bo zabił człowieka, a pana żona zaćpała się na śmierć na myśl, kogo zrodziła – z premedytacją dobierał słowa tak, by Karpiński jak najszybciej opuścił lokal, ale ten najwyraźniej nie miał takiego zamiaru – Nie ma pan prawa porównywać się ze mną.

– A do tego – dodał po chwili niezręcznej ciszy – ja swoje pieniądze zarobiłem ciężką pracą, a pan po prostu trafił szóstkę w totka.

Przybyły wziął kilka głębokich wdechów. Życie nauczyło go z godnością przyjmować nie takie ciosy, również te poniżej pasa. Właśnie taką godnością emanował teraz Andrzej Karpiński. Nawet jego zadarty nos w jakiś przedziwny sposób dopasował się.

– Wiem, że mój Michał nie zabił tej dziewczyny, i proszę, żeby pan to udowodnił. Jeśli się panu uda, być może zmieni pan zdanie i użyje innych słów, opowiadając tę historię komuś innemu. Jeśli się panu nie uda, będzie pan przynajmniej wiedział, że nie zrobił pan nic, co poprawiłoby mi nastrój. Ale wiem, że panu się uda, bo pan jest najlepszy.

– Nie uda mi się, a to dlatego, że nie podejmę się tego zadania.

Karpiński wstał i położył na stoliku wizytówkę.

– Jeśli zmieni pan zdanie, bardzo pana proszę o kontakt. O dowolnej porze dnia i nocy.

Minutę później już go nie było w kawiarni. Dardiusz Wicher pro forma sprawdził zawartość koperty. Dziesięć nieużywanych stuzłotówek leżało równiutko. Wicher nie mógł powstrzymać się przed sprawdzeniem, czy są jeszcze ciepłe. Nie były, ale zauważył, że miały kolejne numery serii. Formalnie należały już do niego, choćby za wysłuchanie starca. Czuł jednak, że przyjęcie ich oznaczać będzie moralne zobowiązanie do przyjęcia całej sprawy. Z ociąganiem schował kopertę do kieszeni wiedząc, że alternatywą byłoby nagrodzenie kiepskiego tiramisu i zbyt gadatliwego kelnera niezasłużenie wysokim napiwkiem. Uregulował rachunek wyjętą z zupełnie innej kieszeni dwudziestozłotówką i wyszedł.

Żebrząca trzy przecznice dalej Cyganka z dzieckiem na ręku kwadrans później stała się bogatsza o tysiąc złotych. Zapewne despotyczny mąż wysłał ją tam na ciężką harówę, samemu zbijając bąki. Jeśli bydlak zapije się za to na śmierć, też będzie to dla niej jakiś zysk.

_________________________________________________________

 

 

Dochodziła trzecia w nocy. Mały Karolek darł się wniebogłosy. Nie pomagało noszenie, kładzenie na brzuszku, ani masowanie. Kolka złapała dziewięciomiesięczne niemowlę za jelita z siłą imadła i Dardiusz nosił dziecko już od godziny, uspokajając na przemian je i siebie. Wziął na siebie tę noc, ale Edyta nie spała. Łkając do poduszki ze zmęczenia błagała, żeby koszmar Karolka i ich wszystkich szybko się skończył. Uczucia macierzyńskie brały górę jeszcze dziesięć minut wcześniej, wołając „niech cię przestanie boleć, kochanie”. Teraz miała ochotę już tylko krzyczeć „zamknij się, cholero, i daj pospać”. Zanosiło się na szóstą z rzędu noc, po której będą chodzili jak zombie, podminowani i wkurzeni na cały Wszechświat.

– Błagam, bądź cicho, Karolku – spokojnie, ale z coraz większą determinacją w głosie szeptał Dardiusz.

Nagle Karolek zamilkł i usnął. Wicher ponosił syna jeszcze przez moment dla pewności, po czym odłożył do łóżeczka i przykrył kocykiem. Pocałował żonę i położył się spać. Coś się jednak nie zgadzało. Edyta przed chwilą płakała, a mimo to jej ciało było zimne, a twarz sucha. Przyjrzał się jej bliżej by odkryć, że nie oddycha. Coś kazało mu zajrzeć również do łóżeczka. Karolek patrzył na tatusia zastygły w trupim uśmiechu.

– Płacz, Karolku! Rozpłacz się, błagam! – krzyknął mężczyzna i sam popadł w szloch.

Dardiusza obudziły jego własne spazmy. Zegarek pokazywał drugą piętnaście. Wiedział, że to był tylko sen, przez tych parę pięknych minut, kiedy dziecko się darło, nie dając spać, a żona, której nerwy nie wytrzymały, podsycała niezdrową atmosferę. Dziś oddałby wiele, by każdej nocy nie przesypiać w ten sposób.

Uspokoił się dopiero przed czwartą nad ranem. Nie chciał jednak ryzykować ponownego zasypiania. Najchętniej nie ryzykowałby też dalszego życia, ale nie miał odwagi skończyć ze sobą. „O dowolnej porze dnia i nocy”, tak powiedział Karpiński? Na pewno tak. Dardiusz byłby w stanie przytoczyć dzisiejszą rozmowę słowo w słowo.

Wstał, zapalił światło, podszedł do krzesła i wyjął z kieszeni marynarki otrzymaną wizytówkę, a następnie zaczął mechanicznie wystukiwać cyfry na klawiaturze telefonu komórkowego. Karpiński odebrał po pierwszym sygnale.

– Mówi Wicher. Spotkajmy się pod tą samą kawiarnią, gdzie poprzednio. Za godzinę.

Rozdział 2

 

Czytanie „Detektywa”, pitawala, kryminału, czy też notatki policyjnej miało tę cechę, że fakty stały czarno na białym, czasem granatowo na brudnoszarym, zwykle niekompletne, ale zawsze podane za darmo. Czytelnikowi pozostawało zagłębienie się w lekturę, podążanie śladem częściej negatywnych, niż pozytywnych bohaterów, ewentualnie wnioskowanie i dedukcja, jeśli ktoś to lubił. Zawsze też można było cofnąć się o parę akapitów, aby upewnić się, czy mężczyzna w czarnym garniturze wsiadł do bordowego hyundaia o dziesiątej pięć, czy może to kobieta w bordowej garsonce wysiadła z czarnego camaro o piątej dziesięć. Ktoś inny wykonał już robotę polegającą na uwiecznieniu na papierze tego czy innego faktu.

Do tej pory Dardiusz Wicher miał do czynienia wyłącznie z tego typu sprawami. Nierozwiązane zagadki, niezłapani mordercy, podpalacze, gwałciciele i złodzieje bułki tartej z supermarketów, poubierani w słowa, zdania, dokumenty, reportaże, i koniec końców podetknięci pod nos. Oni zawsze tam byli, na tyle dobrze zamaskowani między wierszami, że całe hordy śledczych nie potrafiły ich wytropić, ale byli. Wicher nie wierzył w przestępstwo doskonałe. Nie był, rzecz jasna, jakąś fikcyjną postacią pokroju Sherlocka Holmesa czy Herkulesa Poirot. Jak każdemu człowiekowi z krwi i kości, również jemu zdarzało się ponosić porażki i zapewne nie za wszystkie z nich zwykł odpowiadać nierzetelny reporter. Z pewnością dałoby się zdemaskować jeszcze niejednego człowieka, który umknął wymiarowi sprawiedliwości. Z tego powodu Dardiusz Wicher miał w zwyczaju wracać niekiedy do starych spraw, które odłożył, nie umiejąc znaleźć właściwych wskazówek.

Ta sprawa była inna. Andrzej Karpiński nie przyniósł mu żadnej gazety. Zażądał od Wichra pracy detektywistycznej. Dardiusz Wicher musiał tym razem sam postarać się o zdobycie wszystkich informacji. Nigdy wcześniej nie znalazł się w takiej sytuacji i nie bardzo wiedział, od czego zacząć. Długa rozmowa z Karpińskim kołatała się w głowie Dardiusza jak kulki w maszynie losującej totolotka. Mógł pozwolić temu układowi poruszać się samopas; w efekcie prędzej czy później zobaczyłby sześć z czterdziestu dziewięciu kul bardzo wyraźnie. Byłby to konkretny obraz, ale z uwagi na przypadkowość kul bardzo trudny do zastosowania jako punkt wyjścia. Nie. Stanowczo musiał pierwiastkiem ludzkiej inteligencji zaingerować w ten chaos, przejąć nad nim kontrolę, zanim chaos zawładnie nim. Ale nie teraz. I nie tutaj.

„Oczyścić umysł”. To przede wszystkim. Karpińskiemu udało się bardzo wiele. Udało mu się zaprzątnąć głowę Wichra czymś innym, niż śmierć żony i syna, co było dużo bardziej znośne. Przyrównując swój umysł do biurka Dardiusz uznał, że przykry śmietnik został przysypany znacznie przyjemniej wyglądającymi szpargałami, przy czym pozorna zmiana na lepsze z pewnością nie przyczyniła się do usunięcia panującego na biurku bezładu. Należało je uporządkować.

Wicher rzucił okiem za okno kawiarni (innej, niż poprzedniego dnia), w której raczył się herbatą (a nie kawą) i znakomitą (a nie taką sobie) karpatką (a nie tiramisu), a blond-kelnerka (a nie łysy kelner) ani nie siliła się na sztuczną uprzejmość, ani nie wykazywała się brakiem dyskrecji. Ciemnoszare chmury zawisły tak nisko, że ich dotknięcie wydawało się nie przekraczać możliwości wysokiego człowieka; mimo swoich stu dziewięćdziesięciu dwóch centymetrów wzrostu Wicher postanowił powstrzymać się od próby. Spojrzał tylko na nie. Sprawiały wrażenie terrorystów, którzy wolą przez kilka godzin grozić użyciem deszczu, gradobicia i piorunów, niż na kilka minut spełnić którąkolwiek z tych gróźb. Mężczyzna nie wiedział, jakiego rodzaju okupu mogłyby żądać chmury, i nie miał najmniejszej ochoty tego wiedzieć. Mało kto życzyłby sobie takiej pogody. Między innymi dzięki temu aura była teraz idealna na potrzeby Wichra.

„Plaża”. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie się tam teraz szwendał. Dardiusz Wicher będzie miał całą tylko dla siebie. Trudno byłoby wymarzyć sobie lepsze warunki.

Ruchem ręki zawołał kelnerkę i poprosił o rachunek. Mógłby się założyć, że chciała ukryć przed nim szybkie spojrzenie na zewnątrz, które wychwycił.

– Już przynoszę – powiedziała uprzejmie z kiepsko ukrywanym niezrozumieniem.

Wróciła po paru minutach i położyła przed nim świstek papieru ukryty w eleganckim, skórzanym etui z logo kawiarni.

– Jeśli wolno mi zasugerować, pogoda nie jest najlepsza. Pan pozwoli, że zaproponuję panu jeszcze jedną karpatkę, na koszt firmy.

Zatrzymał wzrok na niemającej jeszcze dwudziestu pięciu lat dziewczynie o ułamek sekundy dłużej, niż było to przyjęte. Zastanawiał się, na ile była to jej własna inicjatywa, a na ile została skonsultowana z właścicielem. A może to ona była właścicielką? On sam kilkanaście lat temu raczej pochwaliłby pracownika za tego typu samowolkę, oczywiście w rozsądnych granicach. Kelnerka świetnie nadawałaby się do zdefiniowania zwyczajności kobiecej urody. Jej ciepłe i bezchmurne oblicze bardzo wymownie kontrastowało z obecnym stanem natury, emanując spokojem. Jednak nie tego rodzaju spokoju pragnął teraz Dardiusz Wicher.

– Dziękuję, ale lepiej już pójdę. Reszty nie trzeba – odpowiedział uprzejmie, zostawiając na ladzie dwadzieścia pięć złotych. Kelnerka była podwójnie zdziwiona, bowiem rachunek opiewał na trzynaście złotych, jednak Wicher nie zamierzał jej się tłumaczyć.

Ruszył w kierunku najbliższego postoju taksówek. Chmury nie robiły na nim wrażenia i nie wyglądały na uszczęśliwione tym stanem rzeczy. Osiem potencjalnych miejsc parkingowych marnowało się, a tylko jedno zajęte było przez taksówkę i Dardiusz Wicher pod wpływem irracjonalnego impulsu przeszedł w trucht, choć w taką pogodę nikt się z nim nie ścigał. Kierowca, zaczytany w najnowszym numerze „Najwyższego Czas”-u (za co od razu zdobył sympatię Wichra), też najwyraźniej nie spodziewał się klienteli, bo na otwarcie drzwi zareagował, jakby go ktoś szpilą ukłuł.

– Na najbliższą plażę nad Bałtyk – rzucił Dardiusz. Taksówkarz spojrzał na niego spode łba. Wicher nie przypadł mu do gustu. Po pierwsze, odwrotnie niż większość klientów, usiadł z tyłu. Po drugie, zamawiał wyjątkowo długi kurs. Po trzecie, sam nie był zdecydowany dokąd chce jechać. Po czwarte zaś, normalny człowiek zwykle unika plaży w taką pogodę.

– Kamień Pomorski, może być? – bardziej mruknął, niż spytał.

Była to bezczelna próba przerzucenia na klienta odpowiedzialności za wybór najkrótszej trasy i w normalnych warunkach Wicher zdenerwowałby się i wygarnął, co o tym myśli, a następnie dałby zarobić konkurencji, gdyby jakaś łaskawie czekała w zasięgu oczu. Jednak nie tym razem. Gotów był zgodzić się i na Świnoujście, byleby jak najszybciej ruszyli, a przede wszystkim jak najszybciej dotarli do celu. Miał nadzieję, że i tam sięgały groźby chmurnych terrorystów.

– Może być. Proszę, aby zechciał pan wyłączyć radio. I nie chcę żadnych rozmów – dodał. Taksówkarz chciał zaprotestować, ale Wicher nie dopuścił go do głosu – Ja płacę, ja wymagam. Dwadzieścia procent ekstra za tę fanaberię.

Jeśli chodzi o ścisłość, to płacił Karpiński, ale ani on, ani taksiarz nie musieli o tym wiedzieć. Dardiusz Wicher wręczył zaliczkę w wysokości dwustu złotych (w pomiętych banknotach). Nie uspokoiło to kierowcy. Jednak postanowił spełnić życzenie klienta. W końcu żądania nie były jakoś szczególnie wydumane. Z pewnością również zdarzało mu się wozić znacznie dziwniejszych ludzi, choć nigdy w taką pogodę. Starannie schował okulary do plastikowego opakowania, z drugiego (takiego samego) wyjął drugą parę (inną) i ruszył.

Wicher melancholijnie spojrzał przez szybę. Zegarek pokazywał piątą po południu. Równie dobrze mogła to być trzecia w nocy. Maszyna losująca została na powrót uruchomiona. Zanim zdołał ją powstrzymać, szczęśliwy numerek zatrzymał się na z góry upatrzonej pozycji.

– Jak można dziecku dać na imię „Dardiusz”? Przecież to unieszczęśliwienie dziecka. Myli się wszystkim, rówieśnicy mają zabawę jego kosztem… Ja bym takim rodzicom odebrał prawa rodzicielskie…

W tym momencie Wicher miał ochotę strzelić Karpińskiego w pysk. Od małego uwielbiał swoje imię „Dardiusz” między innymi za oryginalność, ale, oczywiście, ten kretyn wiedział lepiej, że to „unieszczęśliwienie dziecka”. Czego chcieć od tego imienia? Nie zawierało pułapek fonetycznych. Dobrze się zdrabniało: Dardo, Dardek, czy Darduś, w zależności od tego, czy zdrabniał człowiek starszy o zero, jedno, czy dwa pokolenia. A że nie nosił go nikt inny w Polsce? Jeśli wierzyć Biblii, Adam i Ewa też nie mieli w raju swoich imienników. Matka i ojciec Dardiusza zapewnili mu dom, w którym nie brakowało ani chleba, ani zabawek, ani miłości, ani rodzicielskiego zainteresowania. Dopiero odebranie im dziecka unieszczęśliwiłoby to dziecko naprawdę.

Karpiński święcie wierzył, że państwu wolno wtrącać się w relacje między rodzicami i dziećmi. Gdyby przyjąć, że taka interwencja ratuje setkę dzieci rocznie, to i tak drugie tyle nie uniknie tragedii, przy czym należałoby uwzględnić jeszcze te, które odebrane omyłkowo wracają do rodzin z bagażem traumatycznych doświadczeń. A wszystko dlatego, że jakiś durny urzędnik nie potrafi zauważyć różnicy między „hartowaniem” a „znęcaniem się”. Nie wspominając o kosztach społecznych tego, że z obawy przed takimi urzędnikami milion rodziców wychowuje cherlaków, a drugi milion po prostu nie decyduje się na kolejne dzieci.

Może to i lepiej, że takiemu idiocie państwo jednak (nieco okrężną drogą) zabrało dziecko?

Łukiem skojarzeniowym Wicher przeszedł do Cyganki, której poprzedniego dnia wręczył pieniądze. Spojrzała na niego z wdzięcznością, ale on stawiał dziesięć do jednego, że na kasie łapę położy jej leniwy mąż czy konkubent i miał tylko nadzieję, że zapije się za to na śmierć. Gdyby chciał postępować zgodnie z prawem, dałby jej jedynie jakieś osiemset złotych. Resztę wcześniej odprowadziłby w postaci podatku do kasy państwa, które „dla dobra obywateli” przeznaczyłoby je na ratowanie życia tego bydlaka. Cóż, Wicher nie od dziś wiedział, że w państwie opiekuńczym człowiek nie może postępować jednocześnie moralnie i praworządnie.

Ależ oczywiście, że mógł się mylić! Mąż tej Cyganki mógł na kolanach błagać o kilka groszy ludzi zmierzających kilometr dalej w kierunku innych kin, sklepów i mieszkań. Ale nawet wtedy (zwłaszcza wtedy!) znacznie lepiej było przeznaczyć na tę dobroczynność tysiąc, niż osiemset złotych.

Dość, Dardo! W tego typu zacietrzewieniu był w stanie dowolnie daleko posunąć się z krytyką obecnego ustroju, napinając przy okazji nerwy jak postronki, a przecież chodziło o coś wręcz przeciwnego. Teraz musiał uspokoić swój umysł, by zająć się sprawą pochodzącą jeszcze z poprzedniej epoki politycznej. Jeszcze bardziej odległej od ideału, niż obecna, ale przynajmniej przewidującej karę śmierci dla morderców. Zawsze to jakiś plus.

Terroryści przeszli od gróźb do czynów. Wielkie jak śliwki krople deszczu ogłuszająco bębniły o dach hondy prelude podążającej w stronę Kamienia Pomorskiego. Wicher zamknął oczy i z każdym stuknięciem wyobrażał sobie, że przełamuje na pół ciasteczko z wróżbą.

 

Spokój.

Czystość.

Pustka.

Spokój.

Opanowanie.

Walka.

Logika.

Spokój.

Morderstwo.

Praca.

Gra.

Dedukcja.

Spokój.

Morderstwo.

Błogość.

Morderstwo.

Zwycięstwo.

 

Najwyraźniej kluczowymi pojęciami, które powinny w najbliższym czasie zaprzątać jego głowę, były spokój i morderstwo. Pierwsze pojawiło się cztery, drugie trzy razy, zanim deszcz osiągnął intensywność, przy której Dardiusz Wicher przestał nadążać z rozłupywaniem ciastek. Ostatnią rzeczą, na jaką zwrócił uwagę, zanim zasnął, było zwycięstwo na samym końcu.

_________________________________________

 

 

– Jesteśmy na miejscu, proszę pana – niezbyt głośno wypowiedziane przez taksówkarza zdanie bez trudu obudziło Wichra – Bez wykorzystania kursu powrotnego to będzie…

Wicher nie pozwolił kierowcy dokończyć niezbyt skomplikowanych obliczeń. Wyciągnął w jego stronę dziesięć pięćdziesięciozłotówek.

– Wykorzystam kurs powrotny. Proszę tu na mnie poczekać tyle czasu, na ile postoju starczy nadpłata – rzekł. 

Zanim wyszedł z auta, oszacował, że będą to trzy lub cztery godziny. Pięćset złotych w zupełności wystarczy. Zrekompensuje nawet stratę czasu spowodowaną fatalnymi warunkami do jazdy. Chwilę później Dardiusza już nie było. W panujących ciemnościach taksówkarz po dziesięciu sekundach przestał widzieć swojego klienta. Wyłączył silnik i oddał się lekturze „Najwyższego Czas”-u.

Tymczasem Dardiusz spokojnym krokiem poszedł w kierunku znacznie mniej spokojnego morza. Terroryści spełnili wszystkie groźby poza gradobiciem, lecz Wichrowi to nie przeszkadzało. Odkąd przestał cenić swoje życie, przestał również bać się śmierci, a w gruncie rzeczy nic gorszego nie mogło go na plaży spotkać.

Była ósma wieczorem, co nie miało najmniejszego znaczenia. W taką pogodę plaża tonęła w ciemnościach nocy bez względu na godzinę. Dardiusz rzucił wyzwanie Naturze. Wicher z Wichrem (obaj zasłużenie przez wielkie „W”) toczyli pojedynek, podczas którego jeden starał się powalić drugiego, drugi zaś próbował nie dać się pierwszemu. Dardiusz wsłuchał się w przyrodę i poczuł to, na co czekał. Potężne akordy mrocznego nokturnu waliły w morską toń w doskonale improwizowanych odstępach czasu. Akompaniator szumiał silnie, zmieniając co chwila tony, a jednak ani na moment nie zbaczając z linii wyznaczonej przez rzęsiście spadające z nieba, dyskretne nuty. Perkusista w równych odstępach, w tempie mniej więcej moderato, uderzał spienionymi pałeczkami w mokre, piaszczysto-kamieniste talerze.

Dardiusz zamknął oczy. Dwa akordy fortissimo, odegrane strzelistymi, świetlistymi palcami i doskonale harmonizujące z całą resztą utworu, wlały się przez jego uszy, wypełniając umysł.

Uczestniczył w akcie stworzenia i jednocześnie jedynego wykonania niepowtarzalnego przecież dzieła sztuki. Nie wahał się klasyfikować go do nokturnów, choć tak zwani eksperci pisali, że ta forma muzyczna musi cechować się spokojem. A niby dlaczego? Nokturn, jak sama nazwa wskazywała, miał wprowadzać w nocny nastrój; a co jeśli noc miałaby być burzliwa? Ci sami eksperci uznawali Szopena za mistrza gatunku, i zapewne mieli rację, jeśli chodziło o dobranocki dla grzecznych dzieci, posłusznie zamknięte w pięciolinii. Dzieło Matki Natury bardziej kojarzyło się jednak Wichrowi z nutami Rachmaninowa, w dodatku takimi, które nie zawsze są bezkrytycznie posłuszne swojemu własnemu autorowi, co parę taktów krnąbrnie realizując własne koncepcje.

Około północy burza ucichła. Przemoczony do suchej nitki Dardiusz Wicher poczuł, że jego upragnione katharsis (a może khatarsis? nigdy nie pamiętał, jak to się pisze) dopełniło się. Ukłonił się Morzu i Niebu, dziękując za tę fantastyczną uwerturę. Miał silne poczucie, że nigdy jeszcze nie czuł się równie gotowy do stworzenia dalszego ciągu tej opery. W didaskaliach dowiedział się, że w 1986 roku zamordowano Cyntię Łuskowską, a w roku następnym przy ulicy Montelupich w Krakowie powieszono za to Michała Karpińskiego. Pytanie, na które miał odpowiedzieć, nim przyjdzie czas na codę, brzmiało: kto był faktycznym winowajcą tej zbrodni? – a on, Dardiusz Wicher, wracał z plaży z poczuciem pewności, że zadanie wykona.

Taksówkarz spał, nieświadomy doniosłości tego, co go ominęło.

Rozdział 3

 

Niezakłócony jak rzadko kiedy sen odszedł nie wiadomo dokąd równie nagle, jak się pojawił. Dardiusz Wicher przysiągłby, że ten pozbawiony był marzeń, choć gdzieś kiedyś czytał, że nie jest to możliwe, a „nic mi się nie śniło” to skrót myślowy od „nie pamiętam, co mi się śniło”. Nie widział jednak najmniejszego powodu, by wierzyć, że jakiś ekspert lepiej od niego wie, co jemu się śni. Miał też wrażenie, że sen ten był długi, niczym puste drogi łączące większe miasta w Australii. To porównanie wydało mu się szczególnie trafne. Mając przez kilka godzin jazdy prostą drogę do wyłącznej dyspozycji trudno się oprzeć wrażeniu, że podróż nigdy się nie skończy, lub zgoła takiemu, że jest się cały czas w tym samym miejscu. Co więcej, gdy podróż wreszcie się kończy, skołowany umysł nie jest w stanie choćby zgrubnie oszacować, ile trwała.

Czas trwania podróży do Krainy Braku Marzeń stał się nagle sprawą wymagającą pilnego wyjaśnienia i oczy Dardiusza rozbiegły się po pokoju w pożądliwym poszukiwaniu jakiegokolwiek zegarka. Nie zajęło im to wiele czasu. Student powiedziałby, że była piętnasta rano. Przespał nieco ponad pół doby. Nieźle! Zegarek nie pokazywał daty, mogło to być półtorej doby, ale Dardiusza nagle przestało to obchodzić. W gruncie rzeczy w jego życiu czas nie odgrywał zbyt istotnej roli. Wicher dość powoli i niechętnie usiadł, a następnie zmusił się do wstania. Oddał się przy tym rozważaniu pozornie akademickiego problemu, kiedy jakiś idiota wpadnie na pomysł opodatkowania „niesprawiedliwie społecznie długiego” spania. Przecież tylu ludzi wstaje rano nie dla przyjemności, a z przymusu ekonomicznego…

Niezależnie od godziny wskazywanej przez zegarek, żołądek domagał się śniadania. Toteż Dardiusz Wicher posadził sobie dwa jajka na bekonie i przyrumienił do pary dwa tosty. Picie kawy innej niż zbożowa o tej porze mogło kompletnie rozwalić mu dobę, po krótkim namyśle doszedł jednak do wniosku, że w niczym mu to nie przeszkadza. Wyjął losowy kubek z szafki, zasypał na oko ulubioną Nescafé all’Italiana (nigdy nie używał łyżeczki do odmierzania ilości kawy rozpuszczalnej w filiżance) i wstawił czajnik z wodą. Zmusił się do pogwizdywania melodyjki, której tytuł wyleciał mu z głowy. Chciał od razu rozpocząć mentalną pracę nad sprawą Cyntii Łuskowskiej, ale groziło to przypaleniem jajek i tostów na dobry początek, a mieszkania w dalszej kolejności.

Trzy minuty później śniadanie stało już przed nim gotowe do spożycia, a kawa szczodrze zabielona specjalnym mlekiem i nieskażona choćby ziarnkiem cukru uwalniała do atmosfery kojący, pyszny aromat. Pogwizdywanie natychmiast umilkło. Nadszedł najwyższy czas zrobić jakiś konkretny krok naprzód w sprawie.

Wicher postanowił wykorzystać fakt, że pamięć miał wprawdzie krótką, ale fenomenalną. Po tygodniu nie powtórzy większości wczorajszej (przedwczorajszej?) rozmowy z Karpińskim, teraz był w stanie cytować ją słowo w słowo. Pierwsze punkty zaczepienia musiał wziąć właśnie stamtąd. Nie było łatwym zadaniem wyłuskać potrzebne, a przede wszystkim obiektywnie prawdziwe informacje, spośród steku zupełnie nieistotnych dla sprawy dygresji, a także przekonań starego Karpińskiego. On, co prawda, oburzyłby się na te słowa. „Ja nie wierzę, że mój syn jest niewinny. Ja to wiem!” – powiedział mocno zacietrzewionym tonem wczoraj (przedwczoraj?) trzy razy – słowo w słowo tak samo to sformułował! – a za każdym razem twarz mu tężała w sposób właściwy ludziom, którzy łatwiej znoszą kwestionowanie tego, co wiedzą, niż tego, w co w istocie wierzą.

Mimo wszystko, parę informacji można było przyjąć jako pewniki. Pierwszymi były tożsamości Michała Karpińskiego i Cyntii Łuskowskiej. Niemożliwe, żeby Andrzej Karpiński pomylił nazwisko swojego syna, mało prawdopodobne również, żeby podał nazwisko tej dziewczyny, jeśli nie był go pewien. Z drugiej strony, przy ich pierwszym spotkaniu wydawał się pewien imienia „Dariusz”… Nieważne.Tożsamość ofiary to coś, co najłatwiej sprawdzić. Nie ma co zawracać sobie tym teraz głowy.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa można było przyjąć za fakty rok 1986 jako czas popełnienia zbrodni oraz 1987 jako moment egzekucji. Dokładniejszych danych Wicher nie dostał. Swoją drogą miał pecha ten młody Karpiński. Poczekałby jeszcze trochę i miałby duże szanse na nieusłyszenie wyroku śmierci, a jeszcze większe na jego niewykonanie.

Pozostawało jeszcze miejsce. Nowa Ruda. Tam mieszkała Łuskowska i tam widziano ją po raz ostatni, chociaż znaleziono jej ciało po jakimś czasie od zaginięcia w lesie odległym o jakieś trzydzieści kilometrów od tej miejscowości. Dardiusz Wicher ugryzł wyśmienicie przyrządzonego tosta i zanotował sobie Nową Rudę jako jedyny pewnik. Co do reszty szczegółów, ktoś taki jak Andrzej Karpiński mógł się mylić, więc na wszelki wypadek trzeba będzie samemu to sprawdzić.

Wynotowawszy wszystko, co uznał za istotne, Wicher szybko skończył zimne już śniadanie i zaczął zastanawiać się nad następnym krokiem. Będzie musiał pojechać na Śląsk, to oczywiste. Wcześniej jednak postanowił załatwić jedną kwestię. Przez wiele lat znakomitej dedukcji wyrobił marce „Dardiusz Wicher” znakomitą renomę. Kojarzył go każdy śledczy z wydziału, z którego kiedykolwiek poproszono go o pomoc. W przypadku kolejnej zagadki okazywało się, że i policjanci z zupełnie mu wcześniej nieznanych miejsc dysponują jego pełnymi danymi adresowymi i wiedzą, w jakim celu ich używać. Nie miał jednak pewności, czy będzie równie rozpoznawalny na komendzie w Nowej Rudzie, zwłaszcza w sytuacji, gdy to on będzie chciał od nich wydobyć informacje, a nie odwrotnie. Nie zaszkodzi wystarać się o jakiś rodzaj listu uwierzytelniającego. Nie miał wątpliwości, że tu, w Szczecinie, bez problemu go dostanie, o ile, rzecz jasna, jakieś biurokratyczne głupoty tego nie uniemożliwią. Nie miał pojęcia, czy go tutaj lubiano, i prawdę mówiąc nie dbał o to. Z pewnością jednak znano go tu i ceniono.

Telefon komórkowy upewnił mężczyznę, że jego sen trwał tylko pół doby, jeśli to nadal kwalifikowało się do użycia słowa „tylko”. Nieco uspokojony tą myślą spojrzał w lustro, po czym stwierdziwszy, że może spokojnie pokazać się ludziom – być może okazał nadmierną łaskawość wobec siebie ferując taki wyrok – wyszedł.

Dzisiejsza pogoda wydawała się antytezą wczorajszej. Terrorystów ktoś przepędził na cztery wiatry (kto wie, czy nie dosłownie). Komisariat, na który Wicher zamierzał się udać, oddalony był od jego mieszkania o jakieś cztery kilometry. Idealna odległość, aby mieć dylemat, czy iść pieszo, czy też zaprząc konie mechaniczne do roboty. Zdecydował się na to pierwsze, co pozwoliło mu zajrzeć do jednej z ulubionych lodziarni. Tuż po przekroczeniu jej progu pożałował swojej decyzji, gdy jego uszu doszedł jazgot trójki dzieci niemających jeszcze dziesięciu lat.

– Ja chcę truskawkowo-czekoladowe!

– To ja chcę truskawkowo-czekoladowo-pistacjowe!

– Ej, to niesprawiedliwe, zawsze chcesz więcej niż ja!

– Bo jesteś głupszy!

– A ja śmietankowe z posypką!

– Cisza!!! – krzyk kobiety nie uspokoił dzieci. Jedno uderzyło w ryk, a pozostałe rozjazgotały się w stopniu uniemożliwiającym rozróżnienie poszczególnych słów. W sumie zrobiło się jeszcze głośniej 

– Edek, zrób coś z nimi, bo ja nie mam siły! – kobieta zbolałym głosem zrzuciła z siebie odpowiedzialność.

Mężczyzna, do którego się zwróciła, powtórzył życzenia wszystkich swoich dzieci, a upewniwszy się, że wszystkie dobrze spamiętał, ze smutną miną powlókł się do lady. Zapewne jeden z wielu, którzy cały rok harują ponad siły po to, żeby na dwa lub trzy tygodnie udać się z rodziną na urlop wymęczynkowy. Któregoś weekendu wróci, skądkolwiek przybył, nie mogąc się doczekać, by w poniedziałek pójść do pracy. Po miesiącu będzie miał jej dość i zacznie nerwowo odliczać czas do następnego wymęczynku. I tak aż do emerytury, jeśli wcześniej rozwrzeszczane potomstwo nie przyprawi go o zawał. Albo i dłużej, jeśli latorośle, zamiast palpitacji serca, sprezentują mu wnuczęta.

Nie to, żeby Dardiuszowi Wichrowi było żal nieznajomego. Wręcz przeciwnie: zazdrościł mu. Stracił ochotę na loda, zwłaszcza w towarzystwie mającej siebie chwilowo serdecznie dość, ale jednak rodziny. On sam nie miał takiego luksusu. Bardzo cierpiał z tego powodu. Bardzo chciał umieć przejść nad tym do porządku dziennego.

Niestety nie potrafił.

Wrócił po samochód z postanowieniem, że w drodze do komendy nie będzie się nigdzie zatrzymywał.


_________________________________________

 

– Dardo, przyjacielu! Dawno cię nie widziałem – uśmiechnął się inspektor Piątkowicz. Wicher nigdy nie zapominał, by uścisnąć mu dłoń na powitanie. Jedną z rzeczy łączących obu mężczyzn było przywiązywanie wagi do tego wielowiekowego rytuału. Mimo swoich pięćdziesięciu pięciu lat i siwizny znaczącej tu i ówdzie jego zacną głowę mężczyzna trzymał wyśmienitą formę, a jego powitanie nie straciło nic ze swojej siły i witalności – Cóż cię do nas sprowadza? Nie pamiętam, aby w ostatnich „Detektywach” pisali coś o sprawach nierozwiązanych…

To szybkie przejście do konkretów bynajmniej nie świadczyło o pejoratywnej interesowności inspektora. Wręcz przeciwnie: wyrazem wielkiego taktu było niezadawanie Wichrowi stereotypowego pytania „Co słychać?”. Gwoli ścisłości, umysł oficera policji nie był aż tak wyczulony na towarzyskie subtelności. Pięć lat wcześniej ich rozmowa zaczęła się następująco:

– Kopę lat, bracie! Co słychać?

– Dziękuję przyjacielu, po staremu. Żona i syn nadal nie żyją. A co u ciebie? – odparł Dardiusz bez mrugnięcia lodowatymi oczyma.

Bodajże w dziewięćdziesiątym drugim Piątkowicz gonił rabusia w jakiejś zakazanej dzielnicy. Uciekinier schował się za koszem na śmieci, a gdy oficer go minął, tamten wymierzył mu cios łomem w tył potylicy. Podobno cudem z tego wyszedł, do dzisiaj czuł ból przy zbyt gwałtownym zaprzeczaniu. Znacznie bardziej ogłuszony czuł się jednak po ripoście Wichra. Postanowił sobie nigdy więcej nie pytać, co u niego, i bez większego trudu dotrzymywał danego sobie słowa.

– Czyżbyście rozwiązali już wszystko? – uśmiechnął się łobuzersko Dardiusz.

– No, nie. Nie pamiętam jednak, abyśmy do ciebie ostatnio dzwonili, no i czytam prasę. Wszystko jest na dobrej drodze do zakończenia, nie mamy nic, czym warto byłoby zawracać ci głowę. Ani żadnego trudnego śledztwa, którego szczegóły powinieneś skądkolwiek znać – policjant spojrzał Wichrowi głęboko w oczy.

– Tym razem to ja mam interes do was.

Zdziwienie, wynikające z niespodziewanego pojawienia się samorodnego detektywa, ustąpiło znacznie większemu, powodowanemu faktem, że ten bodaj po raz pierwszy szukał czegoś na własną rękę. Piątkowicz zachęcił Wichra do mówienia, zaznaczając, że tajemnice śledztw będzie musiał przed nim ukryć.

– Michał Karpiński? Ciekawe, że akurat nim sobie zawracasz głowę.

– Tylko to, co i tak mógłbym przeczytać w prasie, gdybym do jakiejś z tamtego okresu miał dostęp. Nie chce mi się grzebać po czytelniach, a ponieważ i tak będę musiał sprawdzić na miejscu, nie zaszkodzi jeszcze parę ciepłych słów na mój temat.

– Na to możesz liczyć – uśmiechnął się inspektor. Naturalnie nie pofatygował się sam do archiwów, tylko zrzucił to zadanie na jakiegoś świeżaka, nienauczonego jeszcze wiele więcej ponad to, że poleceń przełożonego się nie kwestionuje niezależnie od tego, jak dziwnie brzmią. Samego inspektora zżerała ciekawość, dlaczego Wicher odgrzebywał akurat sprawę Karpińskiego.

– Dużo ciekawsze były w tamtym okresie procesy Marchwickiego, czy choćby Morusia. O Karpińskim prawie nikt nie słyszał. Jedna ofiara, czysta sprawa…

– Czysta sprawa? – uniósł brwi Wicher.

– Znaleźli dowody, skazali go, powiesili i tyle. Żadnej filozofii.

– Przyznał się?

– Chyba nie. Nie przypominam sobie. Czy to ważne?

– Zapewne nie… – Dardo zamyśliłby się, gdyby Piątkowicz mu pozwolił.

– Większość się nie przyznaje. To żaden dowód.

Wicher upił łyk kawy, którą zaproponowano mu już na początku rozmowy, a przyniesiono właśnie w tej chwili. Okropna! Co prawda kupiona za pieniądze podatników, jednakże na czym jak na czym, ale na policji jego zdaniem absolutnie oszczędzać nie należało.

– Wiem o tym – westchnął – inaczej byście mnie tyle razy nie potrzebowali. Ale mówiłeś, że sprawa jest czysta. A do mnie parę dni temu przyszedł ojciec tego całego Karpińskiego. Płaci niemałe pieniądze, żebym go przekonał, że jego syna powieszono przez pomyłkę.

Inspektor zamilkł przez chwilę. Niewątpliwie nad czymś rozmyślał.

– Wiesz, przyjacielu – odezwał się po chwili – Twoje dedukcje niejeden raz naprowadzały nas na trop. Ale praca śledcza, zdobywanie dowodów, przewód sądowy, to nasza rola. Nie wiem, czy potrzebujesz tych pieniędzy, radzę ci jednak, zaniechaj tego.

– Czemuż to? – Wicher zdziwił się i nawet nie próbował tego ukryć.

– Cokolwiek odkryjesz, nie będziesz w stanie tego udowodnić. Połączysz logicznie fakty, odtworzysz rozumowanie… i nic z tym nie zrobisz. Ani ty, ani Karpiński, ani ktokolwiek inny. W sądzie trzeba mieć dowód – Piątkowicz brzmiał wyraźnie chłodniej, niż jeszcze kilka minut temu. Wicher wyjrzał za okno. Na zewnątrz też jakby się ochłodziło.

– Ależ ja nie chcę iść do sądu! Karpińskiemu wystarczą dedukcje, pod warunkiem, że przekonają jego. Moja w tym głowa. Chciałem ci jednak zwrócić uwagę na jeden szczegół – celowo zawiesił głos, ale nie doczekał się narzucającego się pytania. Inspektor był na to za starym wygą – Jeśli odkryję, kto naprawdę to zrobił, to macie jedną z ostatnich okazji przyskrzynić zabójcę przed przedawnieniem się zbrodni. Trzydzieści lat, o ile mnie pamięć nie myli, upływa w dwa tysiące szesnastym, o ile umiem liczyć. Chyba nie macie nic przeciwko temu, żebym podał wam zabójcę na tacy, co?

Do inspektora przyszedł młodzieniec z plikiem pożółkłych, zakurzonych papierów. Piątkowicz nawet nie rzucił na nie okiem, tylko podał Dardiuszowi.

– Tu masz wszystko, o co prosiłeś.

Oznaczało to koniec spotkania.

 

_________________________________________

 

 

Wicher wrócił nieco okrężną drogą, zaparkował auto przed domem i po raz drugi tego samego dnia zaryzykował wyjście do tej samej lodziarni. W środku panowała przyjemna pustka i cisza. Cóż, o dziewiątej wieczorem mało kto ma chęć na lody. Zamówił „Specjalność Zakładu”. Zwykle bawiło go zgadywanie, co kryje się pod tą nazwą, poza dodatkowym, kilkunastoprocentowym narzutem ponad standardową marżę. Tym razem jednak zatopiony był w myślach.

Nie przeglądał jeszcze notatek. Zrobi to w łóżku. Zastanawiało go zachowanie inspektora. W chwili, w której jego usta zetknęły się z pierwszym, dużym kęsem lodowego deseru, zadał sobie pytanie, dlaczego oficer policji, który nazywał go „przyjacielem” (a niekiedy „bratem”), sprawiał wrażenie, jakby zależało mu, żeby nie wyjaśniać zbrodni sprzed lat, której winowajca – jeśli żył – mógł jeszcze być postawiony przed wymiarem sprawiedliwości. Dardiusz Wicher poczuł, przeszywające go od wewnątrz zimno.

Epilog

 

– Dobrze się postarałeś. Wyrażam zadowolenie – pokręciła z uznaniem głową Cyntia Łuskowska.

– Cieszy mnie to niezmiernie – odparł uniżenie Dardiusz Wicher.

– Słusznie. Powinno. Teraz ucałuj mnie jeszcze w stopy i będziemy kwita.

Dardiusz obudził się. Usiadł na łóżku, na którym niedawno umarła kobieta, którą kochał. Spojrzał za okno.

Tego wieczoru, gdy wszyscy zebrali się w tym mieszkaniu, przyszło mu do głowy porównanie całej historii do książki. Byłaby to dziwna książka. Nie można byłoby jej na pewno odmówić jednego: wyrazistych bohaterów.

Tatiana Łuskowska.

Nikola Łuskowska.

On sam, czemu nie.

W pewien sposób nawet Andrzej Karpiński.

Również na drugim planie znalazłoby się miejsce choćby dla sympatycznego pana Ziutka.

A jednak Dardiusz Wicher nie miał wątpliwości, że była tylko jedna postać absolutnie główna. Mistrzyni pierwszego planu, która jako jedyna mogłaby rościć sobie prawa do tego, aby zdominować wszystkie inne. Może nawet stałaby się postacią tytułową.

Tylko ona się do tego nadawała.

Hexa.

Wojciech Pietrzak

 

 

 

 

Hexa

 

 

 

 

 

 

Wydawnictwo Psychoskok 2012


 

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2012

Copyright © by Wojciech Pietrzak, 2012

 

 

 

 

 

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana,

powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie

bez pisemnej zgody wydawcy.

 

 

 

 

 

 

 

Skład: Wydawnictwo Psychoskok

Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok

 

 

 

 

ISBN: 978-83-63548-21-6

 

 

 

 

Wydawnictwo Psychoskok

ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

 

http://wydawnictwo.psychoskok.pl

e-mail: wydawnictwo@psychoskok.pl

 

 

Konwersja e-book: witanet@wp.pl

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Epilog