Galicyanie - Stanisław Aleksander Nowak

Galicyanie

0,0

Fascynująca opowieść o świecie, którego już nie ma.

Zaborów, galicyjska wieś pod Rzeszowem, licząca około tysiąca dusz. Losy jej mieszkańców wyznacza historia. Jak sięga ludzka pamięć, co
i
rusz przemaszerowywały tamtędy obce wojska, austriackie, rosyjskie, francuskie, polskie oddziały powstańcze. A koniec XVIII i cały XIX wiek obfitują wszak w wojny i powstania…

W 1812 roku w niezwykłych okolicznościach przychodzi na świat Jan Hyndryk Kończyświat, zwany Hynkiem. Zarówno jego własne losy, jak i dzieje jego synów i wnuków w niespotykany sposób łączą się z wielkimi wydarzeniami epoki. Galicyanie to niezwykła opowieść, w której radość plecie się ze smutkiem, a życie nieustannie zmaga się ze śmiercią. Wyraziści bohaterowie, wierność historycznym realiom, a przede wszystkim żywy, plastyczny język pozwalają podczas lektury poczuć atmosferę dziewiętnastowiecznej Galicji.


Książka otrzymała Nagrodą Literacką m.st. Warszawy.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Archipelagi

Stanisław Aleksander Nowak

GALICYANIE

Agnieszce, Aleksandrowi i Stanisławowi – moim kochanym zaborowianom

Wstęp

Pamiętam wakacje w Zaborowie: mleko prosto od krowy, zapach wiatru w pierzynie, ważki nad Wisłokiem, spanie w sąsieku podczas ulewy, wiadukt w chmurach, gdy przejechał osobowy na Jasło, łoskot wiadra w studni na korbę, bójkę na łańcuchy w Strzyżowie... W świetle otwartego popielnika babcia opowiadała mi bajki. Gdy dorosłem, uznałem, że zaborowianie zasługują na powieść.

Pomysł tyleż oryginalny co śmiały: napisać sagę i epopeję zarazem obejmującą dzieje Galicji w zaborze austriackim. A to wszystko w czterech tomach, na tysiącu stron, nie tylko swoimi słowami, ale i swoim językiem, stworzonym na potrzeby powieści. Pracowałem z przerwami osiem lat. Przekopywałem biblioteki, ślęczałem w czytelniach. Na bibliografię tetralogii składa się ponad tysiąc pozycji: literatura pamiętnikarska, naukowa, beletrystyka, prasa. Do biblioteki na Szajnochy we Wrocławiu chodziłem jak na grzyby do lasu i przynosiłem ciekawe słówka do mojego „języka galicyjskiego”. Nagrywałem długie rozmowy ze stryjem i tatą. Tak powstali Galicyanie, którzy noszą nazwiska współczesnych mieszkańców Zaborowa, choć zbieżność osób i nazwisk jest przypadkowa.

W gwarze „zrobić coś sobą” znaczy samemu. Napisałem Galicyan sobą, całym sercem i umysłem, ale niezupełnie sam. Zbigniew Żakiewicz, autor znakomitej wileńskiej trylogii, wspierał mnie i służył fachową radą. Pisarskiego rzemiosła uczyli mnie wrocławscy dziennikarze: Maryla Dorywała, Jarosław Kałucki, Zdzisław Smektała, Iwona Zielińska. Profesor Romuald Gelles z Uniwersytetu Wrocławskiego wpoił mi naukową dociekliwość. Jarek Nowak, przyjaciel, wielki mecenas sztuki, pożyczał mi do pierwszego. Cząstkę talentu oddały Galicyanom redaktorki: Agnieszka Jeż, Agnieszka Trzeszkowska i Agata Kurkus-Soja, która zaproponowała tytuły dwóch rozdziałów. Im wszystkim z całego serca dziękuję.

Stanisław J. Nowak

Xięga Biała – Zabór. Woda

Wisłok

Wisłok – przejrzadło pradawni. Kiedyś, kiedyś miał rozmachliwe ogarnięcie. W przedhistorycznych czasach wypełniał cały rozdół, tak nazwane Wisłoczysko – dziś puste świadectwo młodzieńczych dążności. A potem skurczył się i obrósł łoziną.

W twardą zimę, gdy ściśnie mróz i upadną śniegi, Wisłok znika ledwie nie na całkowicie. Wtedy jego koryta można dorozumieć się tylko po łoźniakach i gładziźnie lodu przypodabniającej go na posypaną mąką stolnicę. Gdy ma się ku wiośnie, przeonacza się w swoją pierwocinę – maciupki potoczek, który facecyjnie biegnie środkiem łożyska, ślepiąc wiośnianymi wodobłyskami. Zdarza się, osobliwie po okresie jarkich mrozów, że rozdwaja się na dwa strumyczki: jeden płynie po lodowej błonie, drugi zaś pod nią, jakby podspodnim korytem. W roztop i po ulewniejszych deszczach Wisłok robi się coraz szerszy i szerszy, aż w końcu następuje wylew. I znów na krótko, jak w pradawności, Wisłoczysko staje się pełnowodne. Wisłok zalewa Błonie, często przerywa gościniec, zatrzymując poczty. Atoli po paru cieplejszych dniach wraca do koryta, zostawiając do ciorta trawska pouwieszanego na łozinach, sadzawki ze zdychającymi rybami i cuchnące zgnilizną błoto, w którym można zgubić sobie buta.

Woda we Wisłoku jest z brzegu przezroczysta, a dalej mętna. Wszystkie ludzie jednozgodnie opiniują, że jej lewa strona jest biała, podobna na nicę gumowych pantofli, ale co do farby samej wody zdania są podzielone. Powiadają, że zarywa ona do wojackiego szynela. Tymczasem Wisłok, jak każde stworzenie, przybiera barwy ochronne. Rozmaite. W dzień wichrzysty jest ziemisto-szklany i zbrużdżony jak spokładane pole, w robotny dzień – szary, a przy słonecznej niedzieli dlaczegoś niebieściuchny, pokryty złotą siatką, łagodnie falującą na burtach łódek i filarach mostów. Może też być rozbłyskany jak postaw złotogłowiu lub smużyć pomarańczowością, osobliwie o przedwieczerzu, gdy dogasa słonkowe żarlisko. Poza tym w różnych miejscach ma rozmaite odcienia. Na Budach lśni nieposzlakowaną bielą od białokorej brzeziny i łyd babów, które pierają hań kijankami, na Tamtym Zaborowiu jest sczerwieniony zarzeczną trzmieliną, pod mostem na Łopuszkę – czarny od cieniów przęseł, koło Kaczarnicy – żółty od kaczeńców. Inny jest w czasie przedwiosennym, inny latem, inny w słotną jesień, inny w posuchę – mówiąc krótko: zmienia obliczności.

W paru miejscach Wisłok nawiercają wiry. Poniektóre są tak świdrowate, jakby nie było pod nimi ferdamenckiego kamienia, co mełta wodę i robi machy wzorem koła żelaznej lokomobili, lecz przewiercone dno, przez które schodzi woda. Chyżo biegnie Wisłok też na płyciznach, czyli prądach. Tam jest wyboisty, lśniący jak liberyjny mundur i podobny do zaborowskich rzek lokajczyków w jego służbie zostających, co dudnią po kamiennych schodach. A znów w głębinach, tamach i bończolach woda prawie stoi.

Stąd pochodzi, iż tafla Wisłoka nie jest równa. Pełna mikroskopicznych kaskad i grobli przypomina zachodzące na siebie płyty albo powapnione ściany chłopskich chałup. Także wisłoczne fale nie są jednakie. Bywa, falują łagodnie, to znów wzbierzone pokazują białe paznoty, a nawet kły. Są długie i jedwabiste albo krótkie i wklęsłe, jakby strugane półokrągłym dłutem. Przy słabym wietrzyku Wisłok toczy wody niespiesznie, jakby podróżował do kąpiel. Jego tafla fałduje się jak zatępiony nóż, którym cięto gwoździe, a fale płyną jedna za drugą, rzec by można melodyjnie, niczym gama na fortepianie. Czas do czasu krzyżują się, tworząc kratkę podobną na szyję starowiny albo półkoszyk pleciony z wikliny. Są też miejsca matowe, jakby zabliźnione, które zgoła się nie fałdują. Znaczą one cieplejsze prądy. Wystarczy jednak, że wiater mocniej wionie, a Wisłok zamienia się w tarkę. Fale stają się większe i pieniste i zwiduje się, że wicher pierze na tej tarce swoje strzępiaste łachy.

Prócz tego, że się Wisłok zmienia, pewne jest i to, że się zestarzał. Bywa rześkim, ale najprzeważniej jest niemrawą. Płynie z wysileniami. Czasem safanduła leniwieje tak dalece, jakby wcale nie był sławnym Wisłokiem, ale jakimś portowym kanałem bez nazwania lub wręcz zastoiskiem. Jego wody są stare i brudne, pokryte pianą jakby śliną wyciekającą z gęby zniedołężniałego dziadygi. Zdają się szmatami, które gałganiarze zbierają na ręczne wózki.

Jak każdy wiekiem przyciśniony Wisłok słabuje na wzrok. Z rańsza i z wieczora jego zrzenice zawlekają się bielmem mgły, ale najsroższe jest krótkowidztwo. Dla tego właśnie krótkowidztwa zwierciedli lada jak. Na ten przykład nadbrzeżną topolę widzi jeszcze ostro. Bez ochyby odbija drzewny pień, ale już korony topól wyobraża jako stertę talerzów. Dalsze obrazy zwierciedli pod kształtem chybotliwych plamów albo pasów podobnych na ślady rozpisywanego pióra. I już bezkolorowo, niekiedy zaś mylnie. Drzewa szpilkowe odbija więc, filisztyn, jako liściaste, a lampy elektryczne na rzeszowskich bulewarach jako płonące żagwie, choć akurat w tym przypadku nie jest to chyba kwestia krótkowidzących ślepiów, ale raczej przywyczki i – mówiąc prosto – zdziwaczenia.

Wisłok jest przyjazny ludziom. Jest rybny, daje wiklinowe gałęzie na koszyki i szuter na szarwark. Dzieckom dozwala się okąpać, parobkom – pławić konie w ciepleńszej nad powietrze, przedwieczornej wodzie, a wozakowi Olkowi Nowokowi – przybiegać furmanką i moczyć wyschłe koła, dopokąd nie nabiorą wilgoci i nie przestaną skrzypieć. W zimie nie zaprzecza przejścia po tafli, w lato – przez płycizny. Tam jest dostępny. W Zaborowiu ma dwa brody. Prowadzą do nich dowodnie drożki. Jedna idzie od Dęba, przez gościniec i Błonie, a druga na Kaczarnicę popod most. W tych miejscach chłopy podwijają nogawice, a baby podkasowują się – i przechodzą na drugą stronę. Lodowata woda pieni się wokół łyd, trzeba tylko uważać na śliziutkie kamienie, ale przejść można. Bo i kamienie są łagodne. I te na brzegu – zmulone, śmierdzące gardzielą Wisłoka, i te we wodzie – omszone; wszystkie są obłe, podobne na karmelki trzymane długo w gębie.

Ale ten niby obłaskawiony kapcan, ten zgrzybialec bywa też oszukańczy. Z powodu, że ciągną z niego szuter, ma dużo dołów, i to tam, gdzie nikt by sobie nie liczył. Czasem można się pokapować, gdzie płycizna, a gdzie głąb. Topielisko jest ciche – płycizna najkrzykliwsza. W zielonej głębowinie cichość taka jak w zastoisku. Tu rozciaga się władztwo głębinnych straszydeł, tu na spodzie Wisłoka toplec się czatuje. Na głębinie wisłokowe wody odszczególniają się swoją nieruchawością, na płyciźnie Wisłok wpada w drugą ostateczność. Woda robi tu rozruch, tyrka się hałaśliwie po kamieniach, jak drzewniana obrączka, którą toczą po gościńcu smrodziarze. Woda gwołtuje, jakby krzykiem chciała odstraszyć coś albo kogoś. Może wodnice albo upiorzyce? Jak w przypowiadce: „Nie każdy kąsa, co wąsem trząsa” albo w tej, którą pewnikiem znał Olek Nowok: „Im gorsze koła, tym więcej skrzypią”.

Wisłok – fafuła – oszukuje, a kiedy niekiedy myli ludziom drogę. Jak praojcom Hynka Kończyświata.

Koniolud

Praojciec Jan Hyndryk Zenon Kończyświat był rodzony decembra 22-ego, w święty Zenon Żołmierz, roku Pańskiego tysiąc óśmset i coś we wsi Zaborów cyrkułu rzeszowskiego, z Kończyświatów małżonków, to jest z ojca Jana Józefata Bonawentury Kończyświata i matki Bożeny Margorzenty z domu Wasilewskich, której tatuś był Ładysław, siedział na czudeckim Przedmieściu, ale nie zapisywał się do przedmieszczan, ino pracował prace nadpastucha od baranów. Kończyświaty pozostawały w dworskiej służbie. Domowały w czworacznej chałpie.

Jan Hyndryk Zenon Kończyświat miał rodzicieli, ale w rokach wczesnomłodocianych chłopaki za oczy robiły sobie pośmiech, że był najduchem, znaczy nieprawego łoża, i przezywały go „patronem kobylarzy” albo „konioludem”. Rychtyg, Hynka powiła siwa świerzopa pod nazwiskiem Kara. Temu Kara, że była lipicanerem, a lipickie źrebce są zawdy kare i dopiero jak urosną w lata, przetwarzają się w siwe. Tu – nawiasowo mówiąc – nie stwierdza się przypowiadka: „Jak się bura kobyła ulągnie, to i bura zdechnie”.

Rzecz tak się miała:

W lato roku 1812 czernice obrodziły, a jesieni modrzewia chybko zeżółkniały, co zapowiadało zimę owalną – śnieżną i długą. Już na Aniołów Stróżów (2 X) upadł śnieg „ptaszy”, rozdelikacony jak kwiecie, którym osypują się jabłonie. Bezskazitelna jak nowicjat ponowa niby sędzielakiem przyokryła konarzące się drzewa, zawleczone ornice zmieniała w małogóry, a cały krajwidok w rytowany. Śniegu napadało ino, ino, tak stopniał. Niezadługo upadł śnieg „pastuszy, który słonko ruszy”, „parobczański”, „gospodarski” i wreszcie przed dniem chwalebnym świętych Szymona i Judy (28 tego miesiąca) spadł śnieg „xięży, co go nic nie zwycięży”.

W nocy napadał. Jutrzejszego dnia po ranu domowi od razu to poznali. Nie trzeba im było dźwigać się z wyrka i wsadzać głowy w okno. Świat zgłuchł i nastała cichość solenna niby w czas siejby maku albo w szkłowej kuli. We dworze mieli taką kulę. Było w niej malusie miasteczko: kamienice, kościółek, ratusz z magistratualną wieżą. Wszystko ono bajkowej architektoniki, ale takie rzeczywiste: czerwone dachówkowe dachy, czarne drzwi, żółte oknowe szyby. Gdy się zaruszało kulą albo gdy się ją wykopyrciło, na miasteczko leciał śnieg. Srebrny.

W dniu uroczystości Rafała Archanioła (oktobra 24go) roziglił się dwugradusowy mróz i niczym cerowaczka poszył kałuże i rzeki. Odtychczas ziąb trzymał, a na dobitkę złego hulajwiater duł. Zimna tak się nasrożyły, że wymarzła szałwia w ogródkach, a okostniałe jagniąteczka i kwiki trza było zabierać do izbów, coby nie skarkły. Zrobiła się zima zawiewna do niezniesienia. O laboga! Maryja! Kurniawy były tak nadzwyczajne, że zadęło wszystkie chałpy we wsi, a te, co stały na wydmuchu, zawiało na całkowicie – tak że ludziska wychodziły na pole przez dach, rozrywając żytnianą strzechę. Widnokrężnie było jasnobiało. Widziało się, że zima zabrała domy tylko chwilkowo, coby rozłożyć obrus przed zasiadką do świętogodniego pośnika, i zaraz na powrót poustawia je na swoich miejscach albo wypowie zaklęcie: „Obrus, rozłóż się!”. I prawdziwie. W wilią świętej Sabiny Męczenniczki (8bra 27-go) pogoda została powrócona – wiater się uśmierzył i nie prószył już z łopat odgarniających zaspy. Świeciło słonko. Ludzie odkopali domostwa. Na Szymona i Judy przedranek był cichy. Nad Zaborowiem wisiały powiewne chmury, ale że leżały śniegi, a mróz nie puszczał, dało się słyszeć tylko szeleszczącą krynolinę zimy, powietrze zaś było tak wyszpiglowane wiatrem, tak niepojęcie wykrystowane, że można było patrzeć na wylot beze góry, a nawet oglądać wszystkie kości w człowieku.

Jeszcze za ciemna młody koniuch Jan Józefat Kończyświat założył kumiśne portki, na nie wdział futrowe, „psiakami” zwane, oporządził starożytny wasążek na płozach, zaprzągł go Karą i powędrował w jarmark koński do Krosna miasta. Karą – beczkowatą fornalkę, mroziatej maści z taką więcej siwawszą strzałką na łbie, nadnaddziad dostali darunkiem jako źróbka, gdy wojska odbywały pochód.

Jak wzwyż wspomniono, dzień był rozsłoneczniony. Do Krosna praprarodzic dojechali bez nijakich wydarzeń. W powrocie odbili na Budy Zaborowskie do familiantów, skąd zabrali połowicę z synem, co przy piersiach. Wnet śnieg zachmurzył atmosferę, potem wiater się wywikłał i napadła zamieć biała jak oczy ciemnego. Teraz Józefat jechał noga z nogi niby fura frachtowa. I dziwne nieszczęście losu: ujechał może pół mili gościńca, gdy w tej białości pokazał się siwy koń. Kara zakwiczała i ruszyła trap za zniknionym ogrem. To wonczas zjechał na Błonie.

Kierunki mu się pokołowrociły. Marzyło mu się, że jedzie za traktem, ale ta pewność omylną była – saniował równinnymi rozłogami. Śniegi, mrozy, wiatry – brrr... A potem nocka zaszła, bezksiężycowa, nieprzejrzana, i lubo Józefat wyślepiał ślepia, niczego już nie był zdolen doślepnąć ni na niebie, ni na ziemi: ni gościńca, Mleczną Drogą zwanego, ni konstelacji Furmana, ni traktu obsadzonego brzeziną, ośnieżoną, zarywającą teraz do kościarni, ni nawet kobylego zadu. Widział tylko białą pustynność, biały świat lapoński, bo śnieg w nocy, nie wiedzieć czemu, jest jakby światłonośny, jakby ciemność się go nie tyczyła. Prapraojciec zgubili orientację, gdzie gościniec, gdzie Wisłok, przeto jechali omackiem, wśród tumanów śniegu i wichrowych gwizdów. Kluczowali w zamieci, jakby im namiot spadł na głowę, i szukali wyjścia albo jak potępieńcza dusza, której niebo uwaliło się na łeb i która przez to nie może ulecieć do wieczystości.

Z porankiem dnia następnego znaleziono Kończyświatów. Uślękli na amen. Nadnadrodzicielka siedziała w półkoszku z rozdziawioną gębą, Józefat stojał stojący u końca sań. Zsiniał, ale nie zarywał do kogoś, kto kawęczył aby do rana, lecz do spiżowego wojaka. Może nawet wszechzwycięskiego Zenona Żołmierza. Kobyła miała rozcięty żywot, a we środku leżał umazany od posoki Hynuś.

Po Godnich Świętach, przed Młodzianków (28/XII), gdy mróz zwolniał i pocieplało, chłopy wyspinały się na górę przezwaną Niebem i uwidziały, co się stało. Przeszłomiesięczne śniegi, te „pastusze”, „parobczańskie” i „gospodarskie”, oklapły jak piana w blaszance z piwem. Stały się przezroczyste, niby obleźnięte z białej farby, a potem roztajały do imentu, odsłaniając śnieg „xięży”. Na Błoniu pokazały się ślady płóz, kopyt i praprarodziców drypcących naobkoło wasążka. W bliskości wisłokowego mostu widać było koński pasternik, tak nazwaną Rajszulę, kędy stały zaprzężone w Karą sanice. Tu Błonie było połażone i stretowane jak bekowisko.

We wsi wypowiadano przekonanie, że źrebna kobyła nie może ciągnąć wozu z umrzykiem, bo poroni. Z Karą stało się wprost naprzeciwnie – zdechnięta klacz ulągła żywe dziecko.

Nadzwykłe przyjścia na świat nie były zaborowiakom nowiną. Wiedziały, że takowe wydarzenia się wydarzyły, i to zgoła nie w zamierzchłości. Na ten przykład trzema rokami wprzód udało się, że jedna wietrznica z Białej Góry łajkę porodziła, a temu wiele?... ajnc, cwaj, jednora, drugora, dwójca... pędzior... półośma lat guwernera z Lutoryża za to, że była wyższego stanowiska społecznego i na dobitkę Francuzicą, oszczeniła się francuzkim piesem z różową kokardką. Kościelnice gadały, że małość wiary przed wywodem może skutkować powiciem węża, a nawet źrebca z czterema kopytami i dziewiętnastoma ziobrami (takowy przytrafunek stwierdzały faktami artykuły gazeciarskie zagranicznej koresponderii). A znów chłop może porodzić kamień, jak Wisłok, a nawet (jak się nad miarę spoci) cyckowe cielę, ale żeby człek był urodzony z klaczki? Boże obraniej!

Tak się działo w świtach życia Hynka. Po kobyle pozostały pamiątką kępki mroziatej sierści w zadziorach dyszla, który wyheblowała brzuchem; niby pukiel włosów dla lubownika chowany w medalionie.

Marsz-marsz

Dwór był typowym staroszlacheckim gniazdowiskiem: modrzewiowym, bielonym i pobitym gontem. Z przodu widniał przedwstępny czterofilarowy ganek, za nim sień, na prosto salon, drzwi szklanne parapetowe, wychód na werandę z wazonkami oleandrów i róż centyfolij do kwitnienia i gaj ogrodowy z klombami róż do zrywania. Intérieur typowy: na lewo czeladnice, na prawo pokoje paradne, także samo w typowym guście ubrane. Ściany wyklejone papierzanymi obiciami o ściśle określonych farbach: biała bawialnia, zielona sypialnia, gabinet czerwony, sala jadalna wybita żółtą tapetą.

Ogród wcale ładny, w dobrym porządku utrzymany – bliżej fruktowy, za nim spacerowy, kędy hrabiostwo nóg zażywało. Sad po większej części śliwkowo-jabłkowy (ze szczepami mirabelek, śliwek dymnych, kalwinek i papierówek), dalej sernik z krówskimi serami w brzozowych liściach na odstraszenie chrobaków. Za sernikiem lodownia grodzona żywym płotem z bukszpanu, grabu i dzikiej róży pomarszczonej, a pod nim ptaszkownica, w którą wkokoszały się nioski, perliczki i gdzie trzepały się wróble. Za lodownią warzywnik, park, altana obrośnięta dzikim winem, oficyna i zielony staw z pomostem, kędy nadkredensowy, zwany Podlizaczem, a z nazwiska Kucab Tymek, zatapiał beczki z ogórcami. W parku starodrzew: cisy, klony, morwy i daglezje, dalej biały, w łuk wygięty mostek, który z odbiciem w wodzie tworzył koło, i obrzeżone białymi kamieńmi gracowane alejki, jesieni zasypywane listowiem, po którym szurały dziecka.

Dworzyszcze rachowano pomiędzy najgustowniejszymi polskimi „białymi dworkami”. Według obowiązującej mody zbudowano go „na godzinę jedenastą”. Gdy więc zegar w salonie wybijał jedenaście razy, frontowe okna jaśniały od słonka i śnieżniały parapety, na których pyszniły się białe hortensje, mirty na „wodę anielską” robić i kamelie z medyckiej palmiarni Józefa Gwalberta Pawlikowskiego, dochodziły do źrałości pomidory i suszyły się frukta: bery, bergamoty i jabłka przebite gwoździami, coby miały więcej żelaza.

Jak piszą historykowie, jednego latowego dnia roku tysiąc siedmset siedmdziesiąt i dwa po narodzeniu Jezusa Chrystusa, z uderzeniem jedenastej wybielał nie tylko dworek – wszystek Zaborów wyśnieżnobielał do nicestwa. Zupełnie jakby w ten moment upadły pierwsze śniegi: ten płaciasty, „ptasi”, chybko topniejący, lub ten „pastuszy, który słonko ruszy”. Z nagła wieś przypodobniła się do powapnionego mogielnika. A wszystko z wielości białych austryackich mundurów, osobliwie od kurtek, lejbików i portków czechczerów, a może i od białych lipicanerów – najfaworytniejszych austryackich koni.

Spisowacze dziejów różnią się co do tego, jaki to był dzień, ale jednozgodnie utrzymują, że był on gorący. Cesarscy szli od Strzyżowa ku Rzeszowu i stanęli obozem w Zaborowiu. Gdy rozbili namioty na przywisłokowym Błoniu, za mgnienie oka tameczna Rajszula, krówskie pastwiska i łąki przeonaczyły się w blich. Z daleka namioty widziały się bieleńkimi burnusami, pacześnymi koszulami i chustami, które kobiety piorą na bieżącej wodzie i rozkładają na murawie, by je słonko ubieliło. Pozór był tym rzeczywistszy, że wnet obozowisko wybielało jeszcze więcej. Żołmierzowie rozodziali się bowiem na przyrzeczu i świecąc zadkami, białymi jak sarnowe podogonia, polecieli do Wisłoka.

Zaborów i Strzyżowszczyzna stanowiły niby sień i dla tego położenia; gdy tylko jeden pan cesarz wydawał wojnę drugiemu jaśniekrólowi i jechał w jego państwo – to na prostaki, przez wieś. Ledwie we świecie odezwał się kanon z Matką Bożą (wytopiony z kościelnego dzwonu), a z miejsca armie zaczynały wycieczki. Jak pamięć ludzka zasięgnie, co rusz przemaszerowywały tędy cudzoziemcze wojska. Chodziły bez końca w kierunku ku Rzeszowu i w kierunku ku Strzyżowu, tam i na wspak, niby huźdająca się hojdałka, nudzący się szyldwach albo pantera w menażerii. Tak rajzowały, że roznosiły na butach gościniec i trzeba było co rusz skrzykiwać ludzi do szarwarku. Między wielą targały się: Austryaki, Francuzy, sołdaty Rossyany, Madziarowie w białych sukmanach (Eljen Madiary!), Czechowie z szablami o trzech ostrzach, Serby z orderami „Takowy”, Cyrkiesy w burkach ze spisami, Hucuły, Bawary z Munich, Włoszyny i Wołoszyny, Kroaty, Cisalpiny, Litwinkowie, Niderlandy, Szkoty z Glasgowu i Angielczyki z Wysp Brytańskich z wymuskanymi wąsikami tak maciupkimi, że widziały się uczynionymi zakurzonym palcem przez frajtra za to, że nie opylili izby w kazernach.

W średniowiekowych czasach zapędzały się tu konno-mongolskie hordy najezdnicze. Tatary-psiawiary rżnęły piersi bożym służebnicom, z xięży skóry ołupiały i paliły kościoły coraz z dzieciami, które tam schroniono. Po wielekroć razy czambuły szturmowały zamek w pobliskim Czudcu – kiedysiejszą warownię Gryfitów, po której pozostały dziś ino rozwaliny. Podanie niosło, że za pierwszą razą obroniciele wypróżnili zapakowane rabszicami lochy, żeby wzmóc się w siłę, bo była obawa, że pogany pogromią ich liczebną siłą. Zbójcy pomogli, a jeden z nich nabił rusznicę grochowym nabojem, wraził pukawkę między policzki strzelnicy, paf! dmuchnął z niej i ustrzelił całego ich chana. Stał się cud! Za odejściem najezdników, w miejscu, gdzie padł Tatarzyn, postawiono figurkę świętego Rocha („świętego Grocha” – gadały wyśmiechowańce), grodzisko zaś, mające za sobą dłuższą przeszłość historyczną, przestało istnieć w starej nazwie Nowogródek i zostało ochrzczone Czudcem (od cudu).

W XVII wieku nad wisłokową doliną chwiały się chorągwie bisurmańskich wojsk liczących i po kilkadziesiątset oturbanionych głów. Widząc się o dużo mocniejszymi w sile, basze wygubiały wieś za wsią, a młódź jako brańców Turki gnały w jasyr, aby ją sturczyć. Potem napadały lutry z kraju Pruss, co na drzwiach świątyń bożych przybijały żyjące koty, niby tezy na wrotach kirchy, jakby zamiarowali przeprotestantyzować kościoły, i Kozaki, którymi Moskale gasiły bunty, a które katolikom drutowały mózgowie (wrażały drut w jedno ucho i wyjmowały drugim). W hajdamaki chodziły sotnie Kozaków dońskich, kaukazkich, amurskich, kubańskich, Kozaków-hajdamaków i ciort wie jaka kozaczyzna, ponoć najtęższa na tym planecie konnica. Można zacytować anegdotę, która się tu notuje:

Razu pewnego Szlachcinie zajęła się chałpa od konopi suszonych w piecu. Przyleciały gasiciele z pożarnymi narzędziami: ze szkopkami, bosakami i drugimi gasidłami, a jakiś ataman imieniem Iwanko skoknął na bachmata, hajda! hajda! okrążył chałpę, zrobił wir i gdy odjechał w pola... zabrał ogień z sobą.

Wojska chadzały jedno za traktem, bo do lasu, skórniki, bojały się wejść. Gdy więc droga była wąska, nikczemna i niesposobna, przez Zaborów przeciągały mało wielgie hufce. Kiedy trakt rozprzestrzeniono, elegancko ofosowano, wyszutrowano i zrobiono zeń bity lux gościniec, zaczął służyć za deptanię wielosetliczbowym armiom.

W legiońskich czasach przebiegał tędy 5. pułk strzelców konnych z majorem Xawerym Krasińskim, który w Sanoku obraniał się węgierskim huzarom w onegdajszym zamku królowej Bony, zabytkiem dawnej świetności miasta będącym, a potem uchodząc, spuścił się na koniu ze zamkowej stromizny, o dużo stromszej od sanockiej Góry Aptekarki, zwanej też Stróżnią. Działo się to w 809, gdy wojska xięcia Józefa Poniatowskiego weszły były w Galicyę, gdy po cyrkułach wieszano białe orły miasto czarnych dwułbiastych, a w Tarnopolu – jak pisze późniejszy kapitan adiutant-major rzeczonego pułku i równoczasowo syn ziemi rzeszowskiej, Aleksander Fredro – jeden pensjonowany major nazwiskiem Szumlański zaskalował, że przytoczę cytację: „wykroić z tarcic konia i na grzbiet dwucalowy wsadzał urzędników cyrkularnych, a Żydzi zbiegali się ze sianem «dla kobyłki Kreiskomisera, aby pan Kreiskomiser zdrów jechał»”.

W 812, po wybuchu na Rossyę, przez Zaborów dążyły pochody wojsk Francji Rzeczpospolitej, taliański korpus 2-gi Ramoriny z kapitanem Lucjanem Weyssenhoffem – malarzem, i korpus polski piąty dowodzony przez xięcia Pepiego, który składały trzy dywizje (óśm pułków infanterii i siedm jazdy). Przebiegały tędy legie pod znakami narodowymi, z tych Legia Naddunajska i Legia Nadwiślańska galicyjska, pułk lansjerów polskich z oznaką liczbową nr 7, pułki chevaux-légerów, gwardii walczących hiszpańskich hidalgów i gerylasówki w pirenejskich górach, regiment uformowan kosztem Małachowskiego Aleksandra, kolejny numer 14-ty kirasjerów noszący tudzież 11. pułk ułanów z drugą kompanią tak nazwanych ptaszników, czyli spieszonych, bosonogich niedorostków, po największej części lwowskich latarniarzy.

Wojska maszerowały Węgierską Drogą, którą na krótko nazwano Napoleońską Chaussé lub Bonaparcką Chausą, a potem znów Węgierską Drogą, gdy po wcierze de la Moscova przejechał nią uciekający się do Babilonu, to jest Paryża, Napoleon Empereur. W karecie na saniach, dla niepoznaki bez ukokardowanego kapelusza, dla zachowania incognita w kobieckim sarafanie, dla bezpieczeństwa z asystencją drabantów i ampułką trucizny z belladonny.

Gdy Polska była pozbawiona samoistności, we wszystkie rewolucje i zaburzenia krajowe przez Zaborów przechodziły powstańce z rozmaitego dowództwa. Dużo ochotnika w czamarkach z pętlicami i czapkach otoczonych siwym barankiem naznaczało sobie miejsce zboru Pod Dębem lub pod drzewem polnym, w Żarnowej zwanym Werbownym Bukiem. Stąd szli przewalić się przez Wisłę i ogniwić z Królewiakami i tymi z prowincji pod Prussami w zamiarze wspólnego ścierania się z narodobójcami. Traktem przebiegała polerowana kawalerka mająca sobie za obowiązek zaciągnąć się pod sztandary wojsk narodowych ochotnych. Może pod ten strzelców i pawiopiórych kossynierów, haftowany przez „dziewice polskie”, z białym orłem, pogonią i napisami: BEZPARDONNI ZA WOLNOŚĆ, RÓWNOŚĆ i NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI? A może pod ten biały z czerwonym krzyżem i napisem na jednej stronie w mowie rusińskiej, na drugiej w polskiej: W JMIE BOGA ZA NASZĄ I WASZĄ WOLNOŚĆ? Także chłopy kuły kosy na prost, ubierały się w konfederatki i występowały orężnie przeciw Trój-Katowi.

We wszystkie polskie wojny ciągnęły przez Zaborów armie zaklętych w kamień rycerzów na teraz zbudzonych i odgranitowanych oraz partie Winkelriedów w białych siermięgach i na białych koniach. Ciągnęły bohatyry Ojczyzny, onegdajsi garibaldczycy, legioniści, wpośród więcej znajomszych bracia Kality rodem z Brzozowa. I było jako w rzeszowskiej gadce o 3-ch synach, co szli na królewską wojnę, a każdy z nich miał czarnoksięską rózgę, ucinał nią w drzewo i stawał mu się koń: srebrny, złoty lub dyjamentowy. Atoli braterstwo Kalitowie widziało się więcej czarowne: toci panów braciów było sześcich, a z tych Karol – duży żołmierz, zagończyk, dawniejszy podkomendny reemigranta Wysockiego i oficer austryacki, pozyskał wojenną sławę jako Pułk. Rębajło, dowódca pułku stopnickiego, walczący potem w II korpusie jenerała Bosaka-Haukego, naczelnika wojennego województw sendomierskiego i krakowskiego, naczelnikującego tam z ramienia dyktatora Romualda Traugutta.

Zaborów nawiedzali oraz bezsławni i wiarołomcy, którzy zrazu przyłączyli się do słynnych Żuawów Śmierci pod Rochebrunem – Francuzem, który znał tylko trzy polskie słowa, tak wydawał zawdy jedną komendę: „Psiakhrew! Któhra godzina?”. Wyżej wspomniani Żuawi przyoblekli kostiumy z białymi krzyżami na piersiach, a potem ulegli buntacji albo dernęli z szeregu.

Przechodziły przez Zaborów siły główne, posiłkujące i odwodne. W zaraniu wojen przed oknami chałup migały się młodziaki wyelegantowane na ostatni guzik. Potem pokazywały się wojaki różnych lat, atoli im dłużej trwały wojny, tym żołmierzowie byli coraz więcej młodzinieńkie, młodzinienieniuszkie, i coraz starsze, i coraz większą przedstawiały nędzotę. Szli stopami obutymi w buty połatane przyszczypkami i z podwiązanymi podeszwami, przeczłapywali w chodakach bez nijakich naprawek, a nawet podszycia, wykręconych ku rufowi niby buty sztylpy na koniu chowanego kawalerzysty, i bez butów – boso.

Napozierały się zaborowiaki na niejedną formację. Robiła tędy marsz infanteria: fizyliery z długaśnymi karabinami na flintpasach, woltyżery i grenadiery Gwardii Narodowej Warszawskiej (woltyżery w kwadratowych kaszkietach, grenadierowie w wielgich bermicach z niedźwiedniego futra), austryacka landszturminfanteria i austryackie marszbataliony, sławne tyrolskie kajzerjegry (cesarscy strzelcy), pospolite jegry w kapeluszach z kogucimi piórami i włoskie bersaliery w kapeluszach z takimż kogutem. Kopyto za kopytem przejeżdżała konnica: francuzkie kirasjery w ślepiących od blasku kirysach, kaskach z końskimi kitkami i długimi, ledwie nie metrowymi pałaszami, i rusińskie pułki kirasjerskie pod xięciem Konstantym, polscy ułani w czakach na prawym uchu, z białym orłem posadowionym na słońcu i dwójkolorowymi praporcami na lansach niby nutami piosenek o „chłopcach malowanych”, wojsko szwoleżerów z regimentami eklererów składających forpoczty, lansjery, szasery, dragonia w czarnych mundurach, z pałaszami, w kaskach, madziarskie huzary w szamerowanych mantykach ze złotymi zioberkami i niemieckie Huzary Śmierci, lejbgwardia, strzelcy konni, baterie kanonierskie.

Widziały zaborowskie wojenników rozmaitych broni. Były pomiędzy tymi kompanie wyborcze: drobne woltyżery i niedźwiedziowate grenadiery używane do puszczania granatów. Były musowo brodate sapery przybrane w długie po kolana fartuchy z białej łosiowej skóry, były huzary z wypikowanymi wąsiskami, kolumny konnych z kończysto przystrzyżonymi hiszpankami i kolumny wygolonych windischgrätzdragonów. W nieszczęśliwym wypadku wojny europejskiej przeciągały tędy deutschmajstry z zatkanymi za dajczerskie czapki liściami dębu (symbolem zwycięskiej c.k. armii) i polskie wojsko w papierzanych bluzach, ślepe od gazu, idące wolno, jeden za drugim niby uchwycone za ogony szczury na kalenicy albo cyrkowe elefanty.

Widywały mieszkańce różnisty rynsztunek. Widziały tkwiące nad przestworzem aerostaty – te z przemyskiej 3. Kompanii Balonowej nadporucznika aeronauty Juliusa Nimmerichtera. Widziały zmierzający się do Przemyśla sterowiec „Liegnitz” i jeżdżące po niebie aeroplany, przed którymi ludzie i kury pierzchały niby myszy w spichrzu, gdy podnieść worek ze zbożem. Widziały samoloty „Ilja Muromiec” – twory rusińskich dzindzinierów, natenczas największe we świecie, niebotycznego wprost ogromu i dziwnie zarywające do smoka – godowskiej poczwary na sześć głów, długopłetwej, z wyrąbkowanym ogonem, która przechowywała się w tamecznej górze pod nazwaniem Góra Smokówka. Atoli „Muromce” były straszniejsze od tego potwora, tej pomany, bo na przemyską twierdzę zrzucały za jedną razą półczwartej tony bombów, a czasem... próżne, zdziurawione kulami beczki, które tak potworny świst czyniły, że pierzchały nie tylko myszy, kury i ludzie, ale nawet umarci z grobów. Widziały zaborowskie drugie aeroplany: austryackie, startujące z pól-wzlotów we Lwowie, Przemyślu, Bochni i Krakowie. Widziały automobile z automoblistami oraz motocykiel i motocyklującego na nim wojaka w okularach podróżnych, a gdy wytrasowano Cesarsko-Królewską Uprzywilejowną Kolej Galicyjską Karola Ludwika (równo z gościńcem, jak w kajecie linijkowym), gdy w Czudcu stanął budynek kolejnictwa z nadpisem CZUDEC, widziały zaborowiaki przebiegające tą liniją pociągi żołmierskie: pancerki swoje i nieprzyjaciela, wagony z napisami Acht Pferde oder achtundzwanzig Mann („Óśm koni lub dwadzieścia i ośmiu ludzi”) i transporta z materyałem wojennym, pociągi ciężarowe idące do Gorlic i z powrotem, lary z pokrępowanymi i schowanymi pod brezentowymi plandekami „Grubymi Bertami”, grubszego kalibru od kremlińskich moździerzy, w których ponoć spały napoleońskie szerokoplecne grenadiery. W bermycach i z całym swoim pobrzękadłem (sic!).

Widziały wreszcie zaborowskie niewąsko zrekrutowanych bydlątek: woły w jarzmach, muły objuczone kulomiotami i osiełki, a na nich wojaków huśtających nogami, którzy – jak to było w zagadce – i szli, i jechali; widzieli sobaki, które Austryaki zabierali w pieseckie abtajlungi i zakładali nimi ręczne wózki (lubo gadane też było, że zrobią z nich wściekłe piesy i wypuszczą je na wroga); widzieli też świnie, które Francuzy gnały poprzód, by miny wybuchowe wynajdywały i rozrywały się na nich.

Przez Zaborów ciągnęły wojska zdobywcze i zwyciężone, wydyscyplinowane i wcale nie. Karne armie maszerowały w przepisowym porządku. Wojsko tworzyło regulaminowy pociąg. Na przodzie artyleria konna ciągnąca dwunastofuntowe działobitnie i jaszczyki, na których przysiadali czasem kanoniery piesze i na których przewożono skrzynie z harmatowymi kulami różnego wagomiaru. Potem szła kawaleria, za nimi wojsko piechotne. Na ostatku wlokły się parki, połączone dyszlami wozy taborowe, okute blachą wozy amunicyjne i prochowe, białe ambulanse saniteckich oddziałów we wojnę unoszące ranionych do lazaretów, podwody, stada wołów na żywienie armii przeznaczone i prowiantura, kuchnie, piekarzowie, ciury i cywiliści – markietanki, kantynierki i żony oficerów, trudy mężów swoich dzielić gotowe, oderwańcy i chmara traîneurów, znaczy włóczęgów. W tylnej straży szły kompanie grenadierskie. Siły główne poprzedzone były pieszymi czujkami flankierów i widetami konnych eklererów posyłanych na przeziery. Od ataku niespodziewanego prezerwatywą były wojska woltyżerów postępujących flankierką, równolegle do Węgierskiej Drogi, górami nad Wisłoczną doliną. Ich pilności powierzono boki maszerującej kolumny. Ci czaty utrzymywali i zostawiali podglądaczy.

Czasem przechody miały urok popisów. Wojska szły poeszelonowane na korpusa, dywizje, brygady, pułki, bataliony, kompanie, sierżanctwa, pojedyńczych żołmierzów, na lewą nogę i nogę prawą. Kiedy niekiedy postępowały jak na paradę – na przedzie muzyka pułkowa, za tymi trąbiści i dobosze, dla paradności obowiązkowo na białych koniach albo pieszo z pałeczkami w ręce, udami podrzucający bębny, za tymi cieślowie-saperowie w niedźwiedzich grenadierkach, przy białych fartuchach, z toporami na ramieniu, za tymi szwadrony na jednomastnych koniach, infanteria i bajtle – szkuny z kijami i pokrywkami od baniaków. Wygalowane pięknie wojaki dumnie prezentowały pułkowe barwy i różnokołnierzowe uniformy, a przed bitwą, skoro przychodziło im stawić się śmierci w oczy, przestrajały się jeszcze więcej hesko. Jak to było w zwyczaju napoleońskich gwardiów, na śmierć szli w chędogim odzieniu niby umrzyki w godowych odzieżach. Kiedy niekiedy dawało się widzieć ukaranych, biegających dookoła idącej kolumny z gwerem nad głową, a nawet całe kompanie, których żołmierzowie szli w mundurach wywróconych na lewą stronę. Tak niechlubnie odróżniały się oddziały ukarane na przykład za nieudaną rewię.

Wcale inaczej wyglądało to wojsko, kiedy tył podawało. Gdy wykonywało tak nazwaną ucieczkę obronną, usuwało się w dobrym porządku. Jednakowoż gdy zostało zniesione i wojaki się rejterowały, nie było już nijakiego ładu – wszyscy umykali kupą albo samopas, niby rozpierzchłe kury albo owce, gdy je jakowyś rozproszyciel rozproszył. Do niczego to nie było podobne. Konnica pomięszana coraz z infanterią, ta z artylerią. Jezdni nie byli już konnicą. Zabiedzone konięta, którym nie pozwolono wypocząć, obtarte pod siodłami, z ogniłymi ranami, które wydawały cuch. Z kopytami niekutymi podkowami albo ze schełtanymi podkowami lub bez haceli ślizgały się te zdychy na drodze, łamały nogi, były ubijane strzałem w ucho albo przekłuwane i zjadane. Nędznie wyglądała piechota. Infanteria nie była już nijaką infanerią. Nie było już tyralierów, woltyżerów, grandierów, ino zdrożona do ostatka zganianina. Miało się złudę, że piechociarze nie szli nijakim porządkowym marszem, wojackim krokiem (podwójnym albo pospiesznym), w ogóle nawet nie szli normalnym krokiem chodziwym, ale drepcili jakoś inaczej, jakby nie mieli siły w żywocie.

Mundury były teraz wcale insze. Bywało, żołmierz miał obszyte skórą rejtuzy jeźdźca, kamizelkę artylerzysty, czapkę grenadierkę albo furażerkę piechocińca od stajennego ubioru, dolman huzara albo zielony kubrak artylerzysty od ubioru wielgiego. Było tak jak w powiedzeniu: „Koń Turek, chłop Mazurek, czapka magierka, szabla węgierka”. A jakie szarże miał: kurta brygadiera, czako grossmajora, znaczy pułkownika en second, zakapturzone rusińskim baszłykiem, szarawary sierżanta starszego, onuce pospolitaka. Ale nie koniec na tym. Te wszystkie ubiory były z rozmaitych armii. Pantaliony były zakroju francuzkiego (szare), dolman – rusiński, kepi – francuzkie, wytłuszczone od jadła, ziemniaków albo legumin (służyło jako menażka), kamizola – niderlandzka. Nie można było po mundurze wyznać się, do której armii wojak przynależy. Widziało się, że żołmierzowie tej armii mają nie tylko rozmaite mundury, ale też rozmaite członki: głowę francuzką, rękę Fińczyka, nogę niemiecką, albańską albo dardanelską.

W istocie, nie było to już zwykłe wojsko, ino Wielga Armia Maruderów, a właściwie nie jedna armia, ino ogromnie dużo jednoosobowych armii zbiegaczy bijących się pomiędzy sobą około strawy, zmarzniętego konia, zwodzących batalie o drewno na opał, siepaczów strzelających do kolegi broni, iżby dostać się do ognia, miejsca do spania. To była armia łapserdaków, która spółżołmierzy obdzierała z garderoby i zostawiała na mrozie, na śmierć ich skazując. To była armia ogłodzonych, która rozniecała ognie z kolbów karabinów, jadła zupę z prochem, mięso z prochem, armia kawalerzystów, którzy pożerali zbiedzone koniska i puszczali się piechotą. Ta armia liczyła się do najgorszych, bo była z prawem życia i śmierci, acz nie miała nijakiego naczelnictwa i nijakich ziandarów, którymi każde wojsko porządku strzeże.

Wszyscy żołmierzowie szli niepomni na dumne pułkowe barwy, za które jeszcze niedawno gotowi byli oddać życie. Widziało się, że każdy ma mundur wywrócony lewą stroną na wierzch, niby za karę za przegraną wojnę. Atoli część znaczna o opłakanym wyglądzie złachała wojackie uniformy albo z rozmysłem już się ich wyzbyła. Szła na śmierć w jakich bądź gałganach, do tego jako ludzie cywilni, oberwusy i takie mizeraki, że biedę aż było czuć od nich.

Wśród zimy pomieszanie w ubraniu było największe. Chroniąc się od mrozu, żołmierzowie opatulali się chłopowymi kożuchami, szlacheckimi bekieszami, kierejami, kaftanikami z flaneli, małomieszczańskimi strojami. Gdzie niektórzy, jako legiony napoleończyków spod Moskwy, wracali obłóczeni w mężczyznom nieprzystojne ubrania damskie: czesuczowe i perkalikowe spódnice, staniki, kacabajki, lustrynowe kaftany, salopki, algierki, mufki, czepce wygarnirowane, nawet w kokoszniki i ciepłe peruki. Kiedy niekiedy, niby dla kirchparady, kładli na się cerkiewne stroje, ubrania ojczynków i zakrystian. Widziano spieszony półszwadron archirejów, komendy diaków i psalmistów i jakisi niejednowierny półpluton w okrywkach z cerkiewnych płaszczenic i – może ani wyobrażenia o tym nie mieli – żałobnych sztandarów oraz w pluszowych kapeluszach i czapkach lisich, jakie noszą Żydy. Nie było to już wojsko, ale pospolite ludzie zbrojne – cywilbanda to była, tałatajstwo. Nijakie tam kirasjery, dojczmajstery, woltyżery, windischgrätzdragony, co najwyżej sztachetery, kłonicery, popierdyliery, kamieńjegry, bukopalicdragony.

Rozmaite wojska chodziły w kierunku ku Rzeszowu i w kierunku ku Strzyżowu. Kiedy niekiedy biwakowały. A gdy było już kawałek z wieczora i rozskomliły się piesy we wsi, na Błoniu strzelały białe ogniska, bo ogień zawdy jest biały, ma tylko różnofarbne obwódki, jak wióry po zatemperowanej kredce. I robiło się jak w czas kupalnocki, gdy zakwita paproć, gdy tak rzeczony „opad świętojański” obznajmia, że dojrzeją wszystkie owoce, które utrzymały się na drzewach do wilii świętego Jana, i kiedy pastusi ciorgają gałęzie z modrzewi na sobótkowe ognie palić. Płomienie strzelały wysoko i miało się złudę, że przeskakują ognisko na wzór popisujących się świętowników. A przy tym skry się migały niby ogniki świętojajskich chrobaczków, które ludzie uważają za dusze jeometrów. Atoli nie tych uczciwych, proszonych na wesela, by sprawiedliwie dopełnili pomiaru i podzielenia weselnego kołacza, lecz tych niesumiennych, skazanych na życie zagrobowe, co na rośnych miedzach mają pomieszkanie i tylko po nich chodzują.

Roztasowani na Błoniu wojacy myli we Wisłoku manierki, boty i nogi, czyścili gwery. Z rańsza zaprawiali się w ćwiczeniach cielesnych: ganiali, uderzając piętami w półdupki, robili „żabki” i „bociany” za karę, a chłopy rechtały:

– Żabki i bociany trzeba im robić na Żabowisku, a nie na Błoniu.

Czas od czasu na łącznych równiach, gdzie teren otwartszy, wojsko stawało w ordynku i musztrowało się.

Widziała się zaborowiakom musztra kawalerii. Patrzyli na obroty konne i jak konie same na trąbkę lub gwizdek-siurgawkę chodziły. Musztrowanie piechocińców też było dużo ciekawe. Wiarusy formowali czworoboki niby korowale z bochenków, wprawiali się oraz w robieniu bronią, repetowaniu i obrotach. Wydyscyplinowani jak kurek na wieży wykonywali zwrot i czekali do dalszych rozkazów. Na tych – jak to gadali – sztandowych (stałych, nie z poboru) wartało popatrzeć, ale mecyje były, gdy feldfeble musztrowały rekruta.

Nowozaciężni nie wiedzieli infanteryjnych obrotów, błąkali się, chodzowali wbrew pragmatyce – lewa noga i lewa ręka, to znów nie potrafili odróźnić strony lewej od prawej. Temu, dla zapamiętania, która noga jest lewa, a która prawa, firer zaskalował im szlusować kopyta, położyć na lewym bucie trawę, na prawym kłos, i komenderował:

– Trawa, kłos, trawa, kłos. – Spośród komend ta wybijała się najgłośniej: – Ein, zwei, drei, trawa, trawa. Gut. Ein, zwei, drei, trawa, kłos, trawa, kłos...”.

Dla zaborowiaków było to w skutkach nader poważne. Odtychczas bowiem ludzie we wsi na lewą stronę gadali „trawa”, na prawą „kłos”. Stąd pochodziło też wiele bardzo myłek, bo poniektórzy uważali za lewy bok każde miejsce, gdzie rosła się trawa, a za prawy każde miejsce, gdzie znachodziło się wykłoszone zboże. Były przytrafunki, że chłop się zagubił, gdy wycelowywał na lewo. Głupł naród i rozumienie kierunków tracił na pastwisku, gdzie była ino jedna strona – lewa, i w łanach zboża, gdzie była tylko strona prawa, osobliwie wpośród zboża przekwieconego i na zradlonym polu. Głupli pozamiejscowe, którym zaborowskie drogę objaśniały, pouczając, że mają skręcić w stronę murawki albo łanu. Nadto i miejscowe, i obce w zimie nie miały żadnych wskazań, bo nie było ni trawy, ni kłosów. Być to może, że stąd brały się zbłądzenia i może temu zagubił się tatuś Hynka. We wsi zima przedstawiała się taką porą roku, kiedy nie było ani lewej strony, ani prawej.

Ludzie ponauczyły się zdziebko obcokrajowej mowy. Ale najprzeważniej wojackich komend. Bezpożytecznych, bo na co chłopowi wiedzieć, jak zakomenderować żołmierzów? Na co mu znać mowę ludzi wojennych? Czy w takiej gwarze można się z kimkolwiek rozmówić? Chleb kupić? To mowa na złość uczona.

Ludziom nic nie przyszło z wojackich komend, marszów i obrotów. Bajduła Jasiek z przezwiska Bluj (niewiadomego nazwiska – sam nie wiedział, jak się nazywa) fanzolił ino, że ongi, w przedwiekowych czasach, jeden świniarz w Zaborowiu wymustrował wieprzaki, i to tak, że defilowały uszykowane w czworościan, odróżniały trawę od słomy, maszerowały langsamem i krokiem szturmowym, a gdy ciągnęły wojska Gościńcem, wieprzaki stawały na tylnych nogach i w sposób przepisany salutirowały szarże. Bajczarz lał jeszcze boże niewidy, że kiedyś, kiedyś z tego mustrowania piechocińców drzewa gruszkowe dostały jakowejś zarazy. Musi od zapatrzenia na infanterzystów, bo pod liściami miały bordowe kropki uszykowane w marszowe kolumny czy w wojackie guziki (nie wie – nie zna się). A znów ze zbożowymi łanami było całkiem odwrotnie: to kossynierzy zapatrzyli się na nie i ustawiali jak one w czworoboki.

Dla zaborowskich ani ćwiczenia, ani pochody wojsk wielce ciekawymi nie były. Uzwyczaiły się do nich i pozierały na nie kapkę z politowaniem, jak na chorość, co to sama wlazła w ciało i z niego wylezie. Stary Kucab Władek – filozof, któremu na wojnie odjęli nogę i który pensję inwalidzką brał z tej nogi – gadał, że prężą się te wojska, napinają, ciekają po światach, spieszą dokądś. I co im to przyjdzie z tego chodzenia? Dziś przyszli ci, jutrzejszego dnia przyjdą drudzy, pozajutro jeszcze inni, a Wisłok jak płynął, tak płynie. Ech!

Pozamiejscowość, pozaczasowość

W czas przechodów oficyjerstwo lokowało się we dworze, a manszaft, znaczy prości, kwaterunek mieli w chałpach, utasowywali się w szopach i pod namiotami. W historycznie pamiętnym roku 1772 pomiędzy szarżami był młody oberlejtnant od dragonii, Rupert Willibald German hrabia Nitsche. Stary Jasiek Wunderbar (owoczasowy Jasiek Moskwa), fornal od koni, który spał w stajni na wyrtaku, mówił, że nadporucznik wstał wczas rano, „jeszcze przed śpiewaniem ptaków”, bo wróble, które masami przylatywały na rosnące koło stajni Pierzaste Drzewo, jeszcze się nie obudziły. Jasiek niósł koniczynę dla koni; doślepnął oficera, jak szedł od czworaków. Hrabia lewą ręką trzymał na plecach mundur, a prawą wkładał koszulę w pantalony.

– Szczęść Boże! – krzykł do Jaśka.

– Na wieki wieków – odparł Jasiek i skłonił się.

Kapelusza słomianego nie zdjął, bo ręce miał zajęte.

Potem w austerii ilekroć sobie Jasiek podchmielił, opowiadał, jak to pryncypał go powitał. Chłopy znały tę gadkę na pamięć, atoli słuchały jej, bo ją Jasiek ześmieszniał przez to, że za każdą razą powieść była inna. Raz Jasiek szedł z naręczem białej koniczyny, drugą razą dreptał zadać żywinie siana. Raz hrabia dzierżył mundur, kiedy indziej nie miał nijakiego uniformu, ino białą koszulę. Jedną razą Jasiek pomagał hrabi oblec się w mundur, za co dziedzic miał go klepnąć w plecy i powiedzieć: „Gut”, a raz spity Jasiek prawił, że to graf wrzucał chlanie za drabinki, a on, Jasiek, poszedł se na szpacer. W tych gadkach mieściło się ino tyle prawdy, że hrabia prawdziwie spotkał się Jaśkowi i że wylazł na Niebo.

Najwięcej wyniosłym bardem na szeroką okolicę jest Niebo. Powiadają, że to góra ponadchmurna, nadsłoneczna, najwyższa nad najwyższe wysokości. W istocie, jest wysoka (jakkolwiek nie szybista) i niebieska jak Korpus Inwalidów lub bezobłoczne niebo. Na wzgórzu modrzeje Las Zamkowy, w którym to lesie domuje król wężowy, któremu złota korona owieńcza skroń i który dawa ludziom logogryfy, a gdy kto nie umie onej sfinksowej zagadki, to mu łeb urywa. Nad lasem kłosi się żyto, bo żyto zawdy sieją najwyżej. I jest to żyto gęsto przekwiecone chabrami, niby obławatnione, bo w życie wielga ich urodzajność. Bławaty przydają Niebu takiej fantastyczności, że ciężko odróżnić, co jest istotne, a co fabulistyczne. Kto zapuści wzrok na dział, nie wie, nieboli jest zwierciedlone poprzez chabry czy na odwrót – chabry są zbłękitnione piórowiecznym atramentem nieba? Nie rozezna nieba-sklepienia od Nieba-ziemi. Gadane było, a nawet potwierdzały to archiwowe dokumenta, że dużo lat wstecz xiądz proboszcz skarżył dwór z powodu, że się fornale worywały w niezaprzeczalnie Pana Jezusowe niebo, i sądował się, i nawet był termin o ustąpienie się z kościołowych dóbr. Potem się jakoś uzgodnili. Rzekomo, że rozstrzygnienie było takie, iż wytyczono międzuszkę, zakopując do ziemi próżnego „buteliona”.

Gdy wiater wionie i zbujają się kłosia, Niebo podnosi się i opada jak pierś śpiącego, igra sobie jak morze. Widzi się, że to jeden wielgi otchłań wody, jedna wielga oceaniczność, wszechogarniająca modrość, lazur, w którym jest i szafirowość, i zieleń morska, i w ogóle wszystkie koloryty, i odcienia, bo błękitnawa jest i najbielsza białość, i najczarniejsza czarność. A gdy człowiek wychodzi na Niebo, to głaska żyto, jakby oswajał wodę.

I jest taka niezwykłość na Niebie, że zawdy się niebieszczy, lubo żyto jest tam ino przez sześć niedziel, bo każde żyto dwie niedziele kwitnie, dwie rośnie i dwie dojrzewa. Nawet gdy posieją łubin pod żyto, Niebo się niebieskuje. I zimą, gdy upadną śniegi, też Niebo się lapislazulni.

A to żyto na Niebie jest połażone i wyleżane, jak żytniany siennik. Bo na Niebo niby w podróż przedślubną wspinają się związki zakochane. Przychodzą tam, żeby ucieszyć się we dwoje. Na święty Stanisław (8-o maja), gdy pokazuje się kłósko, lubowniki zrywają dźbła, zamykają je w dłoniach, chuchają i cudują się, że w ich oczach żyto wypuszcza białawozielony pęd. Albo głaszczą łany, szukając za dubeltowym kłosem przynoszącym szczęście. A potem miłują się, a ich lubienie jest nierozerwalne, bo w zbożu nic się nie psuje, i jak się w żyto lub pszenicę wrazi chleb, to nie zakwitnie.

Na dole, w debrzach i wilgotnych paryjach zgorszenie boskie się dzieje. Niewstydnice gżą się z jurnymi łajdusami. A na Niebie miłują się. I zawdy jest tak, że gdy chłop tam wylezie, zadycha się, stanie, to zawdy zdejmuje czapkę, jakby w próg chałpy wstępował. I miętoli tę czapicę obiedwiema rękami, miętoli, miętoli, i paszczękę rozdziawia z podziwowidła, i poziera zachwycono na tę nadzwyczajność, i nie może się jego dusza naradować tej prześliczności. Długo nie może słowa przemówić, aż w końcu mówi jedno, bo tylko jedno słowo można wyrzec, gdy się za pierwszą razą wejdzie na Niebo: „O, kurwa!”.

Kto wejść na Niebo umiał, to i żyć potrafił. Młodziki wbiegały na szczyt, jakby to była ściganka. Wbiegały, schylały się dwornie, podpierały ręce na kolanach i pozierały się na swoje stopy albo padały na kolana lub na ziemię, gdy z wysilenia zawrotu głowy dostawały. I nie mogły złapać powietrza ni przemówić ani słowa. Takie zadychane były. Ślina stawała się ciągliwa i nie szło jej wypluć, i bledziuchne się robiły, jakby ich krew odeszła. Omawiane było we wsi o tym, jak to wbiegł kiedyś na Niebo Sylwek od Bosków. Prawie siedział hań filozof Kucab Władek, co to gadał, że wiedzę czerpie się z cudzej głowy, a mądrości z własnej. Kucab mówi do Sylwka:

– Sylwek, przypatrz się, tam na Strzyżów.

– Zaraz, dycha mnie chwyciła – mówi Boszczyk i poziera się w ziemię między nogami swoimi.

– Spojrzyj, Sylwuś, Rzeszów widać.

– Zaraz, tylko kapkę odsapnę. – Sylwek poziera się w ziemię.

– Sylwuś, przypatrz się, jak kwieci się zachód nad Pstrągową.

– Nic nie widzę, plamki latają mi przed oczami.

No i postał tak Sylwek, i zszedł. Nic nie widział. A ciężej mu się spuszczało z góry, niż wchodziło. Na dupie zjeżdżał. Ciężko było iść. Nogi jakby się w kolanach wyłamywały. Wiadomo, że trudniej zejść. Zejście to żadna chluba. Kto wchodzi, wchodzi sławnie jako ten, który na Niebo się wspina. Ten, co schodzi, po prostu schodzi z Nieba. Co to za niezwykłość? Ale nie każdy potrafi zejść. Zejść z Nieba to też sztuka. Najlepiej wchodzili starzy. Powoli, cieszyli się każdą zdobytą wysokością. Pozierali się, rozpatrywali wkoło, a gdy weszli na Niebo, nie byli zadychani. Stali i pozierali się. Tak żyć trzeba. Cieszyć się wszystkim, z wolna, pomaleńku.

Po przebyciu na Niebie jakichś dwóch godzin (już się rozwidniło) hrabia wracał przez gumno. Zoczył starego Jaśka Wunderbara (wtedy jeszcze Moskwę). Stanął przed nim radośny. Wyglądał, jakby cud doznał. Długą chwilę szukał słowa, w końcu podniósł rękę do ust, ukochał palce i powiedział temu chłopu Jaśkowi:

– Wunderbar!!! – I odszedł ucieszony ku dworowi.

Tak było – przywierdzały to świadki – i natrącały, że snadź graf umie żyć. Jasiek urósł w ich oczach jako ten, z którym oficer znalazł czas porozmawiać. Trzy miesiące po temu hrabia kupił Zaborów. To znaczy się mówili, że kupił, ale gadane też było, że to ziemiożerca, że wyfrymarczył wieś, a nawet, że dużo niezacnymi sposoby w jej posiadanie wszedł.

Nikomu dziwnym nie było to, że graf w admirację wpadł, bo Zaborów z okolami jest płodny w piękne położenie i wabi oko.

Niebo ma szeroki horyzont, tak można stąd podziwiać cudowność krajobrazowych widoków. Gadane jest, że z jego hełmu odkrywa się przedaleka panorama. Nawet bez perspektywy widać stąd karpackie wielgogóry. I lubo Zaborów stoi jedno na sto stóp nad morzem, to przy dobrej pogodzie z Nieba można dojźreć miasta krajowe: te nie bardzo wielgie i takie trzeciego rzędu jak Lwów, najokrzyczańszy „Mały Wiedeń”, a nawet lwowski gmach Namiestnictwa Stanów Królestwa Galicyi i Lodomerii, przezywany pałacem „Pod kawkami”. A kto by miał ostrowidzowe oczy albo wziął powiększające szkło i lornetował, uwidziałby Warszawę, Moskwę, San Domingo, zapuściłby wzrok na koniec świata i jeszcze het, het dalej – aż za Białe Morze.

Gdyby kto wstał do dnia i wgramolił się na Niebo, zoczyłby ino białawą niewidoczność. Gdyby poczkał, aż ruszy się wiater przedświtaniowy, opiskli się ranek i wyprzejrzyścieje omroczone powietrze, uwidziałby omgloną dolinę, białą jak łąka pełna lampek skisłego lata albo misa nalana zawiesistym żurem. A gdyby miał cierpliwość jeszcze kapkę poczkać, ujźrałby, jak żółte jaje słonka omaszcza tenże barszcz, rozbarwia i roztajemnicza dolinę.

Uwidziałby, że rozdół ciągnie się z północy ku południu: od góry Wielga Bania w Nowywsi do góry w Żarnowej przed Strzyżowem. Ma więcej półwtóra mili długości i jest wąski – jego zbocza są na dwa pacierze od siebie oddalone.

Na dnie doliny leży sierpiec Wisłoka. Dokumentnie sierp, który ktoś cisnął w trawę i zabył o nim, bo naobkoło wierzbiną wyżej chłopa zarósł. Ten sierp srebrzy się nocą, a za dnia ślepi faliście złotoblaskiem. Gdy woda czysta, szkli się niby trzewce pod glanc przyszykowane, i to przez jakiegoś pucera jenerała, a gdy woda brudna, jest wybłyszczony niby szlifibruk – uliczny wycieruch, ścieżka wysłana kamieniami albo chałat Żyda Rosenfelda, co trzyma w pachcie karczmę.

Korytem doliny leci bity gościniec nazywany Węgierskim Traktem, Hrabską Drogą lub Cesarskim Gościńcem. Dąży on w stronę drzewnianego mostu rzeki Wisłoka i po paruset krokach, w Nowywsi, krzyżuje się z dwiema ulicami rozchodzącymi się przeciwnym kierunkiem (jedna dąży na Pstrągową, druga na Czudec i Rzeszów).

Od mostu do rzeszowskiej rogatki jest na trzy mile daleko. Trzeba czterech, pięciu godzin, żeby dojść piechotą. Do Strzyżowa, 1 1/2 mili odległego, wprawiony dreptacz w godzinę zajdzie. Musi tylko pójść na krótszą drogę: przez Wisłok, Łopuszkę, Glinik.

Właśnie tutaj, poniż Nieba, na podwzgórzu, przeciw Zokręgu rozpostarł się Zaborów – wieś o ludności tysiąca dusz. Nie wiadomo, ile mil czworogrannych wynosi jej rozległość. Wiadomo jedno, że ciągnie się trzy czwarte mili na wzdłuż gościńca – od wisłokowego mostu do Glinika.

Na froncie wsi, dwasta kroków od gościńca, stoi dąb – szopiaty, rozparty jak proboszcz na kazalnicy i wielowieczny. Jest olbrzymi, a jeszcze wyogromnia go ludzka wiara, że lekuje. Gdy kogoś bierze ból zęba, a nie pomaga kurzenie parzoków, czyli pokrzyw, żucie tataraku i obwarzanek święcony na święty Błażej, idzie do dębu. Okrąża go i wyrzeka: „Dymbie, dymbie, spraw, by mnie nie rwały zymby w gymbie”.

Od dębu do gościńca i dalej przez Błonie do Wisłoka biegnie drożka. Kostropata, obrosła wypróchniałymi wierzbami. We wsi mówią, że pod tymi wierzbami chciwcy zakopują uszparowane grajcary, a w jednej z tylolicznych dziupli przechowuje się diabeł-kulawiec, wygnany z piekła podobnoć za to, że dał się wybić babie.

Dąb rozpoławia wieś na „Przed dębem” i „Za dębem” tudzież na Pozamiejscowość i Miejscowość. To ostatnie dwuświecie pochodzi stąd, że w zaprzeszłości chłopy rozpatrzyły się w wojackiej mapie. Był w niej tylko Zaborów „Za dębem”. Zaborowia „Przed dębem” nie było, a może był, ale wypadł prawie na zgięciu mapy, dokumentnie tam, gdzie mapa się przerwała i zgałganiła w biały meszek.

Przed dębem, w ćwierćkilometrowej odległości od mostu, wyżej drogi, stoi dwór. Wiedzie doń usypana szutrem ulica z białych akacji. Dwa staja od dworu jest oddalony kościół i dom plebański. Jakieś trzysta kroków od plebanii leży karczma, dalej ugory. Biją się tam wypite chłopy, temu pole nazwano zrazu Racławice, a potem Austerlitz.

Na lewym boku od dębu („trawa”) biegnie droga na Pchlą Górkę – prosta, brzeżona krzewami głogu i jarzębinami. Górka pokryta jest leszczyną, którą we wsi używają do odpchlewających zabiegów. Przed świtaniem, gdy rosa napada, ludzie łamią leszczynowe gałęzie i zanoszą do dom. Chałpiane pchły obsiadają liście, wtedy trzeba wyciepnąć gałązkę na pole i po kłopocie.

Za Górką ciągną się morgi ziemi próżnej: okryte murawą grudziaste calizny i kwietne łąki. Dalej są Mogielnice. Jest w nich wszystkiego może piętnaście zagród. Większość po prawej stronie drogi („kłos”). Po lewej („trawa”) jest bezludniej, dwa, trzy domy i pustota – ugorujące grunty i Smentarz Cholerny. Z Mogielnic na przez pola, ukośnie na kościół, idzie „blankiet” – jednoosobowa ścieżyna. Co roku fornale ścieżkę orają, ale nic tam nie rodzi.

Za Mogielnicami droga biegnie przez najmokrzejsze przysiółki: Słocinę („kłos”) i Barycz ( „trawa”). Pełno tam bełków – zakisłych bajor i grzęzawisk, w których nogi toną. Na Żabowisku jest nawet staw. Niezgłębiony. Nazywają go Bezdeń lub Bezdno. Chodzi gadka, że ni ma dna.

Na Słocinie droga rozwidla się. Jedna drożka wykręca „na kłos” (na hetta) i wycelowuje na Wyżne, druga idzie prosto w Rzeki. Ta wyżniańska jest wyrżnięta przez Wysraniec – zapomniane od wszystkich zakącie. Dalej bieży przez Porębę aż do krzyżowych dróg na Podlasku. Jest tutaj stroma skarpa. Osypuje się niby piaskowa babka. Wyszpulniesz kamienia, a już po spadzistości katulają się gruzły (czasem potrafią się turnąć same z siebie). Smarki przychodzą tu szukać za gilzami i kulkami (kiedy niekiedy jeszcze niewychłódłymi), urośli zaś okrążają urwisko, a kiedy je mijają, żegnają się znakiem krzyża świętego, jak przed figurą. Tu bowiem wszystkie armie ćwiczą się w strzelaniu i tu karzą karą śmierci: swoich za zbiegostwo, nieprzyjaciół za to, że nieprzyjacioły, hersztów band rozbójniczych za to, że są niczyi. Zastrzeliwują ich, a na rozstrzał pędzą w gaciach albo nago, tak że skazani wyglądają na bieleńkie duszyczki. Nawet egzekutorowie nie sprzeczają się z tym obrazem, bo skazańcy, niosąc gwery tak jak wodniarki koromysło, mają pozór ukrzyżowanych cierpiętników.

Niedaleko urwiska droga spotyka się z traktem idącym z Maćka, koło Studzienek na Zawisłocze, gdzie jest przewóz przez Wisłok. Droga w Rzeki z prostej przeonacza się w wężowatą i pnie się na Las Zamkowy.

Po prawym ręku dębu leci ścieżka na Sztambruch (gadają też „Sztajbruch”; w pańskiej mowie kamieniołom), nad którym góruje wielgi ostaniec z krośnieńskiego piaskowca. O onej skale ludzie powiadają, że to kamień, który bies, igraszkę odprawując, na zaborowski kościół cisnąć zamiarował. Kusy niósł go powietrzem, ale nie zdążył przed świtaniem i gdy kur zapiał, diabeł głaz upuścił.

Dalej droga idzie do Maćka – czteromorgowego zagaja. Biegnie popod modrzewiami, przez szpaler sarniny, gdzie pełzają się źmije. Za lasem idzie równo z gościńcem, do Sośniny, w której chojary ledwie nie takie co katedry. Gdy spojrzeć do góry, sośnie pochylają się nad człowiekiem niby święte obrazy, zawdy kapkę odchylone od ściany. Przed Sośniną stoi Boża Męka. Grzebią tam samobójców i wyrzucają ucięte kołduny. W maju, gdy się przymracza, pod figurą zgromadzają się dziewki i śpiewają pieśni maryjne:

„Chwalcie łąki umajone,

Góry, doliny zielone (...)

Wdzięcznym strumyki mruczeniem,

Ptaszęta słodkim kwileniem,

I co czuje, i co żyje

Niech z nami sławi Maryję”.

Wyżej Sośniny jest Podlas, poniż Olszyny, a jeszcze niżej, nad gościńcem, Źmigród i Arka. Dalej droga przechodzi pod Buczyną, mija Budy Zaborowskie, Sołtysie, Gierlakową Górkę i garnie się ku wsi Gliniku.

Dokładnie nie wiem, jaki to był dzień. Wtorkowy czy śródniejszy, ani nawet czy wydarzyło się to w maju miesiącu czy też ku środkowi miesiąca czerwcowego? Nie było w Zaborowiu jednego czasu. Nie było jednej pory dnia. Gdy na Podlasiu trwał jeszcze odwieczerz, na Tamtej Stronie nocka już zaszła. A znów najwcześniej rozwidniało się na zawisłocznej Łopuszce, potem w Mogielnicach, Baryczy, a najdawniej czekali ranka w Rzekach.

Pory roku też nie były jednakie. Gdy w Sośninie pokazywały się przedwiosenne obwisłouche przebiśniegi, na Wysrańcu leżał jeszcze śnieg, a w osłoniętym od wiatru Słonym Dole było na pół zimy i na pół łońskiej jesieni. Z jednej strony zaspy nawiane, a z drugiej jesień, przeszłoroczne liście wiszą na drzewach.

Wreszcie lata też się różniły od siebie. Jednego roku we wsi było tak jak w kościelnym kalendarzu: z dniem 20 lutego poczynała się wiosna (Reminiscere), (22/5) – lato (Trinitatis), (14.IX) – jesień (Crucis), a 13 dec – zima (Luciae). Inną razą była zima, wiosna i od razu jesień, bo dla nieszczęścia gradu nic w polu nie zarodziło.

Jeszcze innego czasu była zima, wiosna, znowu zima, znowu wiosna. Bez lata, bez jesieni. Bywały roki z trzema wiosnami bez zimy. Rozmaicie.

Dla każdego dni szły inaczej. Młodzi żyli chyżo, starsze ludzie najchyźniej. Dajmy na to wiekowego Matijasa Felixa. Widzi się Matijas, uchylą kapelusza, coby się przywitać, a już dwa roki dochodzą. Siedzą w chałpie, obiadują. Stary Matijas wychodzą z izby piesowi chlać wynieść. Wracają, a tu przy stole nie ma Fianusia.

– A gdzie Fianuś? – pytają dziadek Matijas i lustrują izbę.

– A wzion i pomarł. Z wodnej puchliny.

– Bardzeńko dawno?

– A na uroczystość Zaśnięcia Maryi Panny (2ga niedziela w sierpniu) będzie dwa roki, jakeśmy go pogrzebali.

– Patrzajta, jak ten czas leci – dziwują się Matijas.

Wyszli Matijas żywiznę obrządzić i ponakarmiać. Zwalili siana, włożyli za drabinkę, uwinęli się w try miga, zachodzą do izby, a tu nie ma Tobiaszka.

– A gdzie Tobek? – pytają.

– A kukułka go wykukała. Chorzał na epidemię febry tyfoidalnej, no i febra tyfoidalna go zamordowała.

– A dawno?

– A w suche dni będzie lat pięć.

– Patrzajta, jak ten czas leci.

Wzięli Matijas opałkę na obrok koniowi nasypać. Wracają, na stole z sosnowych tarcic naładowane jeść, naporozkładane statki, pomiędzy tymi największy krzynów z gruszczanką, pobok leży jaworowa jego warząchwa (ta zrychtowana przez łyżkarza z Tamtego Zaborowia), ale nie ma dlań zydla do usięścia, jak wtedy, gdy ktoś zemrze i kładą łyżkę ino na pamiątkę.

– A gdzie dla mnie pokrzepa? – pytają domowych.

– A wyście już zgaśli, dziadku. Popadliście w chorobę tyfusu głodowego i straciliśwa was bez ten tyfus.

– A dawno?

– A na Siedmiu Braci Śpiących (lipca dnia 10-go) będzie półtrzecia roku z okładem.

– Patrzajta, jak ten czas...

Ludzie we wsi miały wspólny kalendarz. Mówiły „o świętym Janie”, „na świętego Jegora”, „przed wylewem wody”, „gdy owsy się kłosiły”, „gdy jęczmienie z kłosa spadały”, „gdy jabłonie okwitły”, ale poza tym każdy miał własny czasoliczb. Dla jednego sześć lat to było tyle, ile w ziemi leżakuje gruszkowe drzewo na cymbały, dla drugiego to o rok mniej od czasu, ile trwa wychodzenie ze ziemi kamienia uraźnego albo zaowocowanie buczyny. Gdyby ludzie chciały podać dzień, powiedziałyby: „To było, zanim się locha oprosiła”, „gdy zawiązały się jabłka na szczepach”, „kiedy owsy zawiązały się w drugie kolanka”, „po tym, jak Wiśniewskim wilcy owcę porwali” i t d.

Nie wiada, kiedy dokumentnie to wydarzenie się wydarzyło także dlatego, że wszystkie Kończyświaty miały we zwyku podawać daty jak historykowie, koresponderia czy słabujące na pamięci starowiny. Tylko jedno: za każdą razą podawały daty na inszy sposób. Ponoć temu, że każda jedna chwila jest niepowtarzalna i nie można jej także samo nazywać. Kiedyś, kiedyś, w zamierzchłych czasach (lubo określenie „czasach” nie bardzo się tu stosuje) Kończyświaty zaczęły one daty mówić doczytelnie, a potem, potem, kiedy się kapkę wyedukowały i stały abecadłowe, zaczęły je pisać dowymownie. Ale rozmaicie. Na ten przykład: 1 sierpnia zapisywały jako 1/8, VIII.1, okt[obra] pierwszego, okt. 1go, na dniu 1-ego 8bra i t p. Głupotka pierwszoklaśna. I żaden nauczyciel nie był w mocy odmienić onej przywyczki. Choć każden jeden tłumaczył im, że prosto zakompromitowują się, że tak mogą pisać ino postacie książkowe, nierzeczywiste, hołdujące pozaczasowości. Kończyświaty słuchały, słuchały i robiły swoje.

W Zaborowiu dni każdy miał inne, ale godzinę jedną. A więc zanim się locha oprosiła, gdy zawiązały się jabłka na szczepach, kiedy kogoś tam chwyciło bolenie, po tym, jak komuś tam wilcy owcę porwali, na jedenaste numero wybite przez zegar we dworze, wieś wybielała i pojawił się nowy dziedzic – Rupert Willibald German hrabia Nitsche.

Redakcja: Agata Kurkus-Soja

Korekta: Agnieszka Jędrzejczak-Sprycha, Małgorzata Lach

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcie wykorzystane na okładce: Fotografia ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Rzeszowie

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-2340-6

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.
i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.