Filary ziemi - Ken Follett

Filary ziemi

0,0

 

Walka o władzę, konflikty między monarchią, klerem i narodem, intrygi, seks, miłość, zdrada, mroczne tajemnice, krwawe zbrodnie, akty nienawiści i desperacji

 

FILARY ZIEMI, najsłynniejsza powieść Kena Folletta, to trzymająca w napięciu saga historyczno-przygodowa z fabułą osnutą wokół trwającej blisko czterdzieści lat budowy wielkiej katedry Kingsbridge. Dwunastowieczna Anglia pod rządami normańskich panów – w tle wojna domowa, konflikty na tle religijnym, spory o sukcesję na angielskim tronie. Na podstawie powieści w 2010 roku powstał serial telewizyjny wyprodukowany przez słynnego reżysera Ridleya Scotta. Główne role zagrali: Ian McShane, Matthew Macfadyen, Eddie Redmayne, Hayley Atwell, Rufus Sewell i Donald Sutherland.

Dodaj komentarz


To jedna z lepszych książek Folleta. Jednak nie jej popularność zwróciła moją uwagę na tą pozycję tylko tematyka. To powieść historyczna dziejąca się w średniowiecznej Anglii. Bardzo dobrze przedstawione realia historyczne są tłem dla pokazania życia w tamtejszej epoce. Autor bardzo sugestywnie opisuje ówczesny świat, a bohaterowie wydają się niemal namacalni. Fabuła jest bardzo wciągająca, ale czytelnicy nie przepadający za historią mogą mieć inne wrażenia.


Po książkę sięgnęłam w efekcie obejrzenia telewizyjnego serialu. To właśnie motywy z niego ma wspomniana już wyżej okładka. Wciągająca powieść historyczna, która zaczyna się na początku XII wieku w Anglii. Powieść napisana jest pięknym, bogatym językiem, który porywa czytelnika już od pierwszej strony. Autor zadbał o szczegółu, tak więc wkraczając w wykreowany przez niego świat nie wydaje się on sztuczny bądź niedorzeczny. Znajdziemy tu historię o miłości, przyjaźni, intrygach. Polecam.


Wprawdzie popularność danej książki niejako przyciąga, ale po "Filary ziemi" sięgnęłam tylko dlatego, bo to powieść historyczna. Do tego z akcją umiejscowioną w średniowiecznej Anglii. Tło historyczne (notabene bardzo ciekawie opisane) jest jednak tylko pretekstem do ukazania świata intryg i kalejdoskopu nieprzeciętnych ludzkich charakterów. Miłość, nienawiść, nadzieja, zwątpienie. Żywa opowieść, którą czyta się niemal jednym tchem. Polecam nie tylko miłośnikom historii.


Nie wiem o co chodzi z okładką w powyższych komentarzach. Książki nie ocenia się po okładce - nie ma ona żadnego znaczenia. Jest to najlepsza książka Kena Folleta jaką czytałam. Jest też prawdopodobnie jego najsłynniejszą książką, a to za sprawą serialu. Jak w powyższym opisie akcja rozgrywa się w XII wiecznej Anglii. Książka bardzo wciąga i właściwe po przeczytaniu jej czuje się niedosyt. Ciekawie opisana sceneria, barwne, wyraziste postacie. Dla tych, którzy mają mało polecam następne powieści Folleta: Zima Świata i Upadek Gigantów.


"Filary ziemi" ktoś pokarał okładką rodem z paranormal-romance'ów, jednak jest to jej jedyna wada. Samą książkę dobrze się czyta, historia wciąga a bohaterowie nie dają się nie lubić.


Powieść historyczna z akcją umiejscowioną w średniowiecznej Anglii. Dopracowani bohaterowie, bogaty język, miłość, nienawiść, nadzieja, zwątpienie. Czego więcej trzeba? Wciąga bezgranicznie.


Pomijając naprawdę słabą okładkę, książka jest ciekawa. Męczyłam się z nią chyba miesiąc z przerwami, jednak naprawdę warto.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

O książce

Walka o władzę, konflikty między monarchią, klerem i narodem, intrygi, seks, miłość, zdrada, mroczne tajemnice, krwawe zbrodnie, akty nienawiści i desperacji

FILARY ZIEMI, najsłynniejsza powieść Kena Folletta, to trzymająca w napięciu saga historyczno-przygodowa z fabułą osnutą wokół trwającej blisko czterdzieści lat budowy wielkiej katedry Kingsbridge. Dwunastowieczna Anglia pod rządami normańskich panów – w tle wojna domowa, konflikty na tle religijnym, spory o sukcesję na angielskim tronie.

Na podstawie powieści powstał serial telewizyjny wyprodukowany przez słynnego reżysera Ridleya Scotta. Główne role zagrali: Ian Mc-Shane, Matthew Macfadyen, Eddie Redmayne, Hayley Atwell, Rufus Sewell i Donald Sutherland.

KEN FOLLETT

Brytyjski pisarz, urodzony w Walii w 1949 r. Światową sławę przyniosła mu wydana w 1978 r. Igła. Kolejne tytuły, m.in. Trzeci bliźniak, Zabójcza pamięć, Zamieć, Upadek gigantów, Zima świata oraz Krawędź wieczności, utrwaliły jego pozycję jako autora bestsellerów. Choć książki odwołujące się do wydarzeń z okresu II wojny światowej dominują w jego twórczości, za swoje najważniejsze dzieło autor nadal uważa sagę Filary Ziemi – owoc jego zainteresowania średniowieczem. Na podstawie powieści Folletta nakręcono wiele filmów oraz seriali, m.in. Igłę, Klucz do Rebeki, Na skrzydłach orłówFilary Ziemi.

www.ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczne

UCIEKINIER
NIEBEZPIECZNA FORTUNA
CZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGA

Filary Ziemi
FILARY ZIEMI
ŚWIAT BEZ KOŃCA
SŁUP OGNIA

Stulecie
UPADEK GIGANTÓW
ZIMA ŚWIATA
KRAWĘDŹ WIECZNOŚCI

Thrillery wojenne

IGŁA
KRYPTONIM KAWKI
LOT ĆMY
KLUCZ DO REBEKI
NOC NAD OCEANEM

Thrillery

MŁOT EDENU
ZABÓJCZA PAMIĘĆ
TRÓJKA
ZAMIEĆ
SKANDAL Z MODIGLIANIM
TRZECI BLIŹNIAK
LWY PANSZIRU
PAPIEROWE PIENIĄDZE

Literatura faktu

NA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł oryginału:
THE PILLARS OF THE EARTH

Copyright © Ken Follett 1989
All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Grzegorz Sitek 1996, 2006

Redakcja: Barbara Nowak

Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-052-8

Wydawca
WYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.
(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)
Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa
www.wydawnictwoalbatros.com
Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Spis treści

PROLOG. 1123

CZĘŚĆ PIERWSZA. 1135–1136

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

CZĘŚĆ DRUGA. 1136–1137

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

CZĘŚĆ TRZECIA. 1140–1142

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

CZĘŚĆ CZWARTA. 1142–1145

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

CZĘŚĆ PIĄTA. 1152–1155

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

CZĘŚĆ SZÓSTA. 1170–1174

Rozdział 17

Rozdział 18

Przypisy

Marie-Claire,
źrenicy mojego serca

W nocy dwudziestego piątego listopada 1120 roku koło Barfelur zatonął w drodze do Anglii „Biały Korab”, a z ludzi znajdujących się na pokładzie uratował się tylko jeden człowiek… Żaglowiec ten był największym osiągnięciem ówczesnego szkutnictwa, doskonale wyposażonym… Wiadomość o dramatycznym wydarzeniu odbiła się głośnym echem, gdyż na pokładzie było wielu dostojników — oprócz królewskiego syna, następcy tronu, byli tam także dwaj królewscy bastardzi, kilku hrabiów i baronów oraz przedstawiciele królewskiego dworu… Historyczne znaczenie tej katastrofy polega na tym, że zginął w niej naturalny następca tronu… Ostatecznym zaś jej wynikiem był okres anarchii, jaki nastąpił po śmierci Henryka.

A. L. Poole, Od Księgi Praw do Wielkiej Karty

PROLOG
1123

Na egzekucję chłopcy wybrali się wcześnie.

Było jeszcze ciemno, kiedy pierwsi trzej czy czterej wysunęli się z szop; w filcowych łapciach stąpali cicho jak koty. Cienka warstwa śniegu pokryła miasteczko niczym świeża farba i ich ślady splamiły tę idealną biel. Przemykali między drewnianymi chatami po zamrożonym błocie w stronę cichego targowiska, gdzie już czekała szubienica.

Mieli w pogardzie wszystko, co cenili starsi. Odrzucali piękno i drwili z dobroci. Pokładali się ze śmiechu na widok kaleki, a kiedy dojrzeli ranne zwierzę, kamienowali je na śmierć. Przechwalali się ranami i bliznami, szczególnie zaś dumni byli z wszelkich okaleczeń — chłopiec bez palca mógłby zostać ich królem. Kochali przemoc i by obejrzeć walkę, przebywali całe mile, a już nigdy nie przepuścili uśmiercania przez powieszenie.

Jeden z wyrostków zakradł się pod rusztowanie, inny wspiął się po schodach, chwycił za gardło i zaciskał palce, wykrzywiając twarz w ponurej parodii duszenia, a pozostali zachłystywali się z podziwu. Przez targowisko, ujadając, przebiegły dwa psy. Młodszy chłopak wyjął jabłko i zaczął je jeść, ale starszy towarzysz walnął go pięścią w nos i zabrał owoc. Zaatakowany wyładował złość, rzucając ostrym kamieniem w psa, który skomląc, pobiegł do domu. Potem nie było nic do roboty, więc stłoczyli się na suchym bruku w przedsionku kościoła, czekając, aż coś zacznie się dziać.

Za okiennicami z grubych desek w otaczających targowisko drewnianych i kamiennych domach zamożnych rzemieślników i kupców zapalały się światła świec. To kuchenne dziewki i terminatorzy rozniecali ogień i grzali wodę na owsiankę. Kolor nieba z czarnego zmienił się w szary. Mieszkańcy zakutani w ciężkie opończe z surowej wełny wychodzili przez niskie drzwi i trzęsąc się z zimna, schodzili do rzeki po wodę.

Wkrótce na targowisko ściągnęła grupa młodych mężczyzn — parobków, wyrobników i terminatorów. Szturchańcami i kopniakami wyrzucili chłopców z kościelnego przedsionka, po czym zaczęli rozprawiać o śmierci przez powieszenie, przeciągając się, drapiąc i plując na podłogę z udawaną pewnością siebie. Jeden z nich stwierdził, że jeśli skazany będzie miał szczęście, to kark mu trzaśnie od razu, jak tylko zawiśnie, i umrze śmiercią szybką i bezbolesną. Jeśli jednak szczęście mu nie dopisze, to sczerwienieje na twarzy, a usta będą mu się otwierały i zamykały jak rybie wyjętej z wody, dopóki nie zadławi się na śmierć. Inny dodał, że takie umieranie zajmuje tyle czasu, ile przebycie mili, a trzeci rzekł, że może być jeszcze gorzej, bo on widział kiedyś powieszonego, którego szyja w chwili śmierci była długa na stopę.

Stare kobiety zgromadziły się po drugiej stronie targowiska, trzymając się jak najdalej od młodzieńców, którzy mieli zwyczaj wywrzaskiwać pod adresem swych babek wulgarne uwagi. Te stare kobiety zawsze wstawały wcześnie, nawet kiedy nie było już dzieci i niemowląt do pilnowania, rozpalały ogień, a serca miały otwarte, gotowe do wzruszeń. Ich znaną przywódczynią była muskularna wdowa piwowarka, która dołączyła do grupy, tocząc beczkę piwa z taką łatwością, z jaką dziecko toczy kółko. Zanim zdjęła pokrywę, chętni z dzbankami i kubkami już zdążyli skupić się wokół niej.

Strażnik otworzył główną bramę, dostrzegłszy chłopców mieszkających na podgrodziu, w domach przylepionych do muru miejskiego. Niektórzy przynieśli jajka, mleko i świeże masło na sprzedaż, inni przyszli, by kupić piwa lub chleba, a jeszcze inni stanęli na targowisku, czekając na egzekucję.

Co chwila ludziska zadzierali głowy, popatrując na górujący nad miastem zamek. Widzieli dym unoszący się równo z zamkowej kuchni i od czasu do czasu błysk pochodni w otworach strzelniczych kamiennej wieży. Kiedy słońce zaczęło wyglądać spoza grubej warstwy szarych chmur, otworzyły się potężne drewniane wrota i wyłonił się niewielki pochód ludzi. Otwierał go szeryf na czarnym rumaku, a za nim jechał wóz z więźniem zaprzężony w wołu. Za wozem postępowali trzej jeźdźcy i chociaż z daleka nie było widać ich twarzy, po szatach można było poznać, że to rycerz, ksiądz i mnich. Dwaj zbrojni mężowie zamykali pochód.

Wszyscy uczestniczyli w rozprawie, która odbyła się poprzedniego dnia w nawie kościoła. Ksiądz złapał złodzieja na gorącym uczynku, mnich rozpoznał srebrny kielich kościelny jako własność klasztoru, rycerz był panem złodzieja i wskazał go jako zbiega, a szeryf wydał wyrok śmierci.

Podczas gdy orszak wolno opuszczał wzgórze, koło szubienicy zgromadzili się mieszkańcy miasta. Najpóźniej przybyli czołowi obywatele miasta: masarz, piekarz, dwu grabarzy, dwu kowali, płatnerz i wytwórca strzał, wszyscy z żonami.

Nastrój panował osobliwy. Zazwyczaj ludzi cieszyło wykonywanie wyroku. Skazaniec zwykle był złodziejem, a oni złodziei nienawidzili tak, jak mogą nienawidzić ludzie pracujący w pocie czoła, aby dojść do jakiegoś majątku. Ten złodziej był jednak inny. Nikt go nie znał, nie wiedziano, kim jest i skąd pochodzi. Nie okradł nikogo z nich, ale klasztor odległy o dwadzieścia mil, a przedmiotem kradzieży okazał się zdobiony klejnotami kielich o wartości tak wielkiej, że nie udałoby się go sprzedać. To nie była szynka, nowy nóż ani dobry pas, nie była to rzecz, której strata mogłaby dotknąć kogoś boleśnie. Nie sposób nienawidzić człowieka za tak bezsensowną zbrodnię. Kiedy wóz z więźniem wjechał na targowisko, rozległo się kilka gwizdów i okrzyków, ale obelgi nie były wyrazem żywionych uczuć. Chłopcy po prostu drwili ze skazańca.

Większość mieszkańców miasta nie oglądała procesu, bo dni sądowe nie były dniami wolnymi od pracy i wszyscy musieli zarabiać na życie. Dopiero teraz widzieli złodzieja po raz pierwszy. Był całkiem młody, gdzieś tak między dwudziestką a trzydziestką, przeciętnej budowy i średniego wzrostu, lecz wyglądał jakoś obco. Skórę miał białą jak śnieg na dachach, jaskrawozielone przenikliwe oczy, a jego włosy były koloru obranej marchwi. Panny uznały, że jest brzydki, staruchy mu współczuły, chłopcy zaś na jego widok śmiali się tak, że aż tarzali się po ziemi.

Szeryf był postacią znaną, ale tych trzech mężczyzn, którzy doprowadzili do skazania złodzieja, mieszkańcy ujrzeli po raz pierwszy. Rycerz, potężny mąż o żółtych włosach, był najwidoczniej osobą ważną, bo jeździł na koniu bojowym, wielkim bydlęciu kosztującym tyle, ile wynosiły dziesięcioletnie zarobki cieśli. Mnich był znacznie starszy, miał lat pięćdziesiąt, a może więcej, wysoki, szczupły; kołysał się w siodle, jakby życie było zbyt nużącym dla niego ciężarem. Postać księdza przykuwała uwagę wszystkich. Był młodym mężczyzną o ostrym nosie, ulizanych czarnych włosach, odziany w czarne suknie. Jechał na kasztanowym ogierze. Miał czujny, groźny wygląd kota, który wywąchał gniazdo myszy.

Mały chłopak starannie wycelował i splunął na więźnia. Dobry strzał: dokładnie między oczy. Więzień wykrzyknął przekleństwo i pochylił się w stronę plującego, ale powstrzymały go liny przymocowane do boków wozu. Incydent ten nie byłby wart uwagi, gdyby nie to, że więzień wypowiedział swe słowa w normańskiej francuszczyźnie, języku panów. Czyżby zatem był wysoko urodzony? Czy tylko przebywał daleko od domu? Nikt nie wiedział.

Zaprzęg zatrzymał się pod szubienicą. Strażnik wspiął się na platformę wozu ze stryczkiem w ręku. Skazany próbował walczyć. Chłopcy wznieśli okrzyki — byliby rozczarowani, gdyby więzień zachował spokój. Jego ruchy krępowały linki przywiązane do kostek i przegubów, ale wykręcał głowę w różne strony, uchylając się przed pętlą. Po chwili strażnik, człek silny, odsunął się o krok i walnął skazańca pięścią w żołądek. Ten zgiął się wpół, a kiedy jął się prostować, strażnik zarzucił pętlę na jego szyję i zacisnął węzeł. Potem zeskoczył na ziemię, naciągnął linę i przywiązał jej drugi koniec do haka wbitego w belkę szubienicy.

Był to punkt zwrotny. Gdyby więzień teraz zaczął walczyć, tylko przyśpieszyłby swoją śmierć.

Uzbrojeni mężczyźni rozwiązali więźniowi nogi, ale ręce pozostawili skrępowane. Teraz skazaniec stał sam na platformie wozu. W tłumie zapadła cisza.

W takiej chwili często zdarzały się kłopoty: matka więźnia mogła zacząć krzyczeć, czasami żona podejmowała desperacką próbę ratowania męża. Nieraz więzień wzywał Boga, prosząc o wybaczenie win, albo obrzucał oprawców krwawymi klątwami. Zbrojni obstawili wóz ze wszystkich stron na wszelki wypadek, gotowi do działania.

I wtedy więzień zaczął śpiewać.

Miał wysoki tenor, bardzo czysty. Słowa były francuskie, ale nawet ci, którzy nie znali tego języka, mogli poznać po żałosnej melodii, że to smutna pieśń o rozstaniu…

W siatkę ptasznika złapany słowik

Śpiewa piękniej niż kiedykolwiek,

A kiedy piosenka zanika,

Rozluźnia się sidło ptasznika.

Śpiewał, patrząc na kogoś w tłumie. Stopniowo wokół tej osoby robiło się pusto i wszyscy mogli ją zobaczyć.

Była to piętnastoletnia dziewczyna. Widząc ją, ludzie zastanawiali się, dlaczego wcześniej jej nie zauważyli. Miała długie ciemnobrązowe włosy, obfite i gęste, zbiegające się u nasady szerokiego czoła, co mieszkańcy nazywali diabelskim pazurem. Rysy twarzy były regularne, usta pełne, o zmysłowym wyrazie. Staruchy dostrzegły grubą talię i ciężkie piersi, odgadły, że jest w ciąży, i domyśliły się, kto jest ojcem nienarodzonego jeszcze dziecka. Wszyscy natomiast zwrócili uwagę na jej oczy. Były głęboko osadzone, o intensywnym spojrzeniu i wstrząsającym kolorze złota, tak jasne i dociekliwe, że kiedy spojrzała na kogoś, to wydawało się, iż patrzy mu prosto w serce i obserwowany odwracał wzrok w obawie, iż pozna wszystkie jego tajemnice. Okrywały ją łachmany, a łzy strumieniami płynęły po policzkach.

Woźnica spoglądał wyczekująco na strażnika, ten zaś czekał, aż szeryf da mu znak gestem. Młody ponury ksiądz trącał szeryfa niecierpliwie łokciem, ale urzędnik nie zwracał na to uwagi. Pozwolił skazańcowi śpiewać dalej. W przerażającej ciszy pieśń brzydkiego człowieka płynęła w dal:

O zmierzchu ptasznik swoje wziął,

A słowik był w niewoli.

Ptakom i ludziom przychodzi kres,

Lecz piosenka się wyzwoli.

Kiedy skazaniec skończył, szeryf skinął głową. Strażnik krzyknął „hop!” i smagnął liną bok wołu. Woźnica w tej samej chwili uderzył zwierzę z drugiej strony. Wół szarpnął wóz i skazaniec zawisł w powietrzu. Lina się naprężyła, kark pękł z trzaskiem.

Rozległ się przeraźliwy jęk i wszyscy spojrzeli na dziewczynę.

Nie ona jednak jęknęła, lecz stojąca za nią żona płatnerza. Zrobiła to z powodu dziewczyny, która padła na kolana przed szubienicą i wyprostowała ręce w geście, który zebranym kojarzył się z klątwą. Ludzie odsuwali się w strachu; wszyscy wiedzieli, że klątwa rzucana przez niewinnie cierpiących bywa szczególnie skuteczna, a wszyscy podejrzewali, że z tym uśmierceniem nie całkiem było w porządku. Chłopcy stali jak sparaliżowani.

Dziewczyna zwróciła swe hipnotyczne oczy na trzech obcych: rycerza, mnicha i księdza. Potem dźwięcznym głosem wypowiedziała straszne słowa:

— Przeklinam was! Dotknięci będziecie chorobą i smutkiem, głodem i boleścią; wasze domy zostaną strawione przez ogień, a wasze dzieci pomrą na szubienicy; wasi wrogowie będą żyli w dostatku, a wy będziecie się starzeć w smutku i opuszczeniu, a umrzecie w głupocie i męczarniach… — Kiedy mówiła ostatnie słowa, sięgnęła po worek leżący za nią na ziemi i wyjęła z niego żywego koguta. W jej ręku nie wiadomo skąd pojawił się nóż, jednym pociągnięciem obcięła kogutowi łeb.

Ociekającego krwią bezgłowego ptaka dziewczyna cisnęła w czarnowłosego księdza. Rzut był za słaby, ale księdza, mnicha i rycerza, którzy stali obok siebie, spryskała jucha. Trzej mężczyźni odwrócili się z odrazą, krew jednak dosięgła każdego z nich, plamiąc twarze i szaty.

Dziewczyna odwróciła się i uciekła.

Tłum rozstąpił się przed nią, a potem zamknął. Na chwilę zapanowało wielkie zamieszanie. Wreszcie szeryfowi udało się przyciągnąć uwagę przybocznych i ze złością rozkazał ścigać dziewczynę. Jęli przedzierać się przez ciżbę, szorstko rozpychając mężczyzn, kobiety i dzieci, by zrobić sobie drogę, ale dziewczyny nie było już w zasięgu wzroku. Szeryf nakazał kontynuowanie pościgu, lecz wiedział, że jej nie znajdzie.

Odwrócił się poirytowany. Rycerz, mnich i ksiądz nie patrzyli na pościg. Utkwili wzrok w szubienicy. Martwy złodziej wisiał na stryczku, jego blada twarz zaczynała sinieć, podczas gdy pod lekko kołyszącym się ciałem rzucał się oszalały kogut, bez głowy, ale niepozbawiony życia, znacząc krwawe kółka na śniegu.

CZĘŚĆ PIERWSZA
1135–1136

Rozdział 1

I

W rozległej dolinie, u stóp wzgórza, obok wartko płynącego potoku Tom stawiał domostwo.

Ściany miały już trzy stopy wysokości i szybko rosły. W promieniach słońca dwu najętych murarzy pracowało statecznie, a kiedy ich kielnie robiły „nabierz-rzuć-klep-klep”, pomocnicy pocili się pod ciężarem wielkich kamiennych bloków. Syn Toma, Alfred, mieszał zaprawę. Głośno liczył szufle, sypiąc piasek do kastry. Cieśla, pracujący obok Toma przy warsztacie, uważnie ociosywał toporem kawał buczyny.

Alfred miał czternaście lat i prawie dorównywał wzrostem Tomowi, który przecież przewyższał o głowę większość mężczyzn. Chłopak był na razie o kilka cali niższy, ale wciąż jeszcze rósł. Byli do siebie bardzo podobni: obaj mieli jasnobrązowe włosy i zielonkawe oczy dające brązowe refleksy. Mówiono, że tworzą piękną parę. Różnica polegała między innymi na tym, że Tom nosił kędzierzawą kasztanową brodę, podczas gdy Alfredowi zaledwie kiełkował blond meszek. Kiedyś chłopak miał takie włosy na głowie, przypomniał sobie z uśmiechem Tom. Teraz, gdy stawał się mężczyzną, Tom życzyłby sobie, aby syn okazywał większe zainteresowanie pracą. Gdyby bowiem wzorem ojca miał zostać murarzem, powinien się jeszcze wiele nauczyć. Na razie Alfreda nudziły i odpychały nauki o zasadach stawiania budowli.

Dom, który budowali, powinien okazać się najbardziej luksusowym budynkiem w promieniu kilku mil. Łukowato sklepiony parter, odporny na ogień, stanowiłby przestronne pomieszczenie do przechowywania dóbr. Do położonej nad nim komnaty, gdzie zamieszkają ludzie, będzie się wchodziło zewnętrznymi schodami. Z tej wysokości łatwo się bronić w razie ataku. Pod ścianą wielkiej sali stanąłby komin wyciągający dym z paleniska, zwykle znajdującego się na środku. Była to prawdziwa innowacja. Tom do tej pory tylko raz widział domostwo z kominem, ale tak bardzo spodobał mu się ten pomysł, że postanowił zbudować go w tym domu. W następnej części, nad wielką salą, powinna znaleźć się mała komnata sypialna dla hrabiowskich córek, zbyt delikatnych, by spać, jak wszyscy, w wielkiej sali wraz z mężczyznami, służebnymi dziewkami i psami do polowania. Kuchnię zaś umieści oddzielnie, gdyż w każdej kuchni prędzej czy później wybucha pożar, a sposobu na to, poza oddaleniem jej od budynku głównego, nie znaleziono. Za bezpieczeństwo wszak płaciło się tylko letnimi potrawami.

Tom robił wejście do domu. Ościeżnice boczne miały być zaokrąglone, by uzyskać efekt kolumnowy — posmak wytworności dla tych, którzy tutaj mieli zamieszkać. Ukośnie przyłożył żelazne dłuto do kamienia i patrząc na drewniany szablon, lekko uderzał młotkiem. Deszczyk kamiennych odprysków spadł z powierzchni zaokrąglającej się powoli w pożądany kształt. Popukał jeszcze. Nadawałaby się nawet do katedry.

Budował już katedrę, to było w Exeter. Z początku traktował tę pracę jak każdą inną. Zezłościł się, kiedy mistrz budowniczy go ostrzegł, że nie wystarczy, by jego praca była taka jak zwykle. Tom wiedział, że jest bardziej staranny niż przeciętny murarz. Potem jednak zrozumiał, o co chodzi — ściany katedry nie mogą być po prostu dobre, to za mało. One muszą być doskonałe. A to dlatego, że katedrę stawia się Bogu, ale także dlatego, że najmniejsze odchylenie od pionu i poziomu może źle odbić się na konstrukcji tak wielkiego budynku. Niechęć Toma przekształciła się w zafascynowanie. Połączenie ogromu budowli z niesamowitą dbałością o najmniejszy nawet szczegół otwarło Tomowi oczy na cudowność tego rzemiosła. Od mistrza w Exeter dowiedział się, jak ważne są proporcje, nauczył się symboliki różnych liczb i niemal magicznych formuł do obliczenia wymiarów ścian czy kątów w spiralnych schodach. Pociągały go te sprawy… i wciągnęły. Nie rozumiał, dlaczego wielu murarzy uważało takie rzeczy za niezrozumiałe.

Po pewnym czasie Tom stał się prawą ręką mistrza budowniczego, gdy zaczął rozumieć stosowane przez niego terminy. Ten człowiek był wspaniałym rzemieślnikiem, lecz kiepskim organizatorem. Kiedy trzeba było zamówić właściwą ilość kamienia, w miarę postępowania prac murarskich, upewnić się co do odpowiedniej liczby narzędzi wytwarzanych przez kowali, wielkości dostawy i wypalania wapna, dostarczania piasku na zaprawę, przydzielania drewna cieślom, a także pobierania pieniędzy od kapituły na płace i opłaty — stawał się bezradny.

Jeśliby Tom został w Exeter do śmierci mistrza, mógłby zająć jego miejsce, ale kapituła wydała wszystkie pieniądze, częściowo wskutek złego zarządzania, więc rzemieślnicy musieli odejść i poszukać pracy gdzie indziej. Tomowi zaproponowano, by został budowniczym exeterskiego kasztelana. Jego praca polegałaby na doglądaniu napraw i powiększaniu fortyfikacji miejskich. Mógł to robić całe życie, o ile nic by się nie zdarzyło. Tom jednak odrzucił tę ofertę, gdyż pragnął budować drugą katedrę.

Jego żona Agnes nie potrafiła pogodzić się z tą decyzją. Mogli przecież mieć porządny kamienny dom i służbę. Mieliby dość pieniędzy i żywności i jedliby codziennie na obiad mięso. Agnes nigdy nie wybaczyła Tomowi odrzucenia tej szansy. Nie rozumiała, czym dla Toma było budowanie katedry. On zaś widział w tej pracy absorbujące zajęcie, pociągało go zmaganie się z obliczeniami, wielkością murów, a wreszcie podziwiał piękno zapierające dech w piersiach i ogrom ukończonego już budynku. Kiedy raz spróbował tego wina, nie mógł zaspokoić pragnienia niczym lichszym.

To było dziesięć lat temu. Od tej pory nigdzie nie zagrzali miejsca. Tom projektował nowy budynek dla kapituły klasztoru, przez rok czy dwa pracował na zamku, budował w mieście dom bogatemu kupcowi, a gdy zaoszczędził trochę pieniędzy, zabierał żonę i dzieci w drogę, udając się na poszukiwanie katedry w budowie.

Spojrzał ponad warsztatem na Agnes stojącą na skraju placu budowy. Trzymała koszyk z jedzeniem w jednej ręce, a drugą podtrzymywała oparty na biodrze dzbanek z piwem. Było południe. Tom czule patrzył na żonę. Nikt nie mógł nazwać jej śliczną, ale za to twarz zdradzała osobę silną: duże czoło, wielkie brązowe oczy, prosty nos i mocno zarysowana szczęka. Ciemne, wijące się włosy rozdzielała na środku głowy i wiązała z tyłu. Była jego duchową podporą.

Nalała piwa Tomowi i Alfredowi. Przez chwilę stali przy niej, popijając z drewnianych kubków, gdy nagle w podskokach wybiegł z pola pszenicy czwarty członek rodziny — siedmioletnia Martha, śliczna jak żonkil, ale z brakującym płatkiem, bo szczerby po dwu mlecznych zębach nie zdążyły się jeszcze wypełnić. Podbiegła do Toma, ucałowała jego zapyloną brodę i poprosiła o łyk piwa z jego kubka. Objął jej kościste ciałko i powiedział:

— Nie pij za dużo, bo wlecisz do rowu.

Martha zaczęła się kołysać i chwiać na nogach, obchodząc grupę w kółko, udając pijaną.

Usiedli na stosie drewna. Agnes podała Tomowi pajdę pszennego chleba, gruby płat gotowanego boczku i niedużą cebulę. Dała jedzenie dzieciom i wreszcie zaczęła jeść sama. Tom pomyślał, że może odrzucenie propozycji pracy w Exeter było nierozważne. „Przecież pomimo mojej lekkomyślności zawsze będę zobowiązany do wykarmienia ich wszystkich”.

Wyjął nożyk z przedniej kieszeni skórzanego fartucha, uciął plasterek cebuli i zjadł z kęsem chleba. Poczuł w ustach jednocześnie słodycz i szczypanie.

— Znów będę miała dziecko — odezwała się Agnes.

Tom przestał żuć i wpatrzył się w nią. Przeniknął go dreszcz zadowolenia. Nie wiedząc, co rzec, po prostu niemądrze się do niej uśmiechał.

— To nie jest aż taką niespodzianką — dodała po chwili, zarumieniona.

Uścisnął ją.

— No, no — odparł z wyrazem zadowolenia. — Malec, który będzie mnie ciągnąć za brodę. A już myślałem, że będzie to robić dzieciak Alfreda.

— Nie ciesz się jeszcze tak bardzo — ostrzegła go. — Mówienie o dziecku, zanim się urodzi, przynosi pecha.

Tom pokiwał głową. Agnes miała już kilka poronień, jedno dziecko zmarło w chwili urodzenia, a była także dziewczynka, Matilda, która umarła, mając zaledwie dwa lata.

— Chciałbym jednak chłopaka — stwierdził. — Bo teraz Alfred jest taki duży. Kiedy to ma być?

— Po Bożym Narodzeniu.

Tom zaczął liczyć. Kamienne mury dałoby się skończyć przed pierwszym przymrozkiem, potem trzeba będzie pokryć je słomą dla ochrony przed zimnem. W czasie chłodnych miesięcy murarze przygotowaliby kamienie na okna, sklepienia, odrzwia i paleniska, a cieśle deski na podłogi oraz wykonaliby drzwi i okiennice. On sam wzniósłby rusztowanie do robót na górze. Wiosną byłby czas na zrobienie sklepienia nad parterem, ułożenie podłogi w wielkiej komnacie i pokrycie budynku dachem. Dzięki tej pracy powinien wykarmić rodzinę do Wielkanocy, a tymczasem dziecko miałoby prawie pół roku. Wtedy mogliby ruszać dalej.

— Doskonale — mruknął. — Doskonale. — Zjadł następny plasterek cebuli.

— Jestem za stara na dzieci — oznajmiła Agnes. — To musi być ostatnie.

Tom myślał i o tym. Nie był pewny, ile właściwie lat ma Agnes, na pewno nie umiałby wyrazić tego w liczbach, ale sporo kobiet w jej wieku rodziło dzieci. Prawda, że im były starsze, tym bardziej cierpiały, a dzieci nie przychodziły na świat najsilniejsze. Bez wątpienia miała rację. Co jednak ma zamiar zrobić, by mieć pewność, że znów nie pocznie? — zastanawiał się. Nagle uświadomił sobie co i chmura zasnuła jego słoneczny nastrój.

— Może znajdę pracę w mieście — powiedział, próbując ją uspokoić. — Katedrę albo zamek. Potem będziemy mogli mieć wielki dom z drewnianymi podłogami, a także dziewczynę do pomocy przy dziecku.

— Możliwe — rzekła sceptycznie, a jej twarz przybrała surowy wyraz. Nie lubiła słuchać gadania o katedrach. Gdyby Tom nie zaczął pracować przy budowie katedry, mogłaby już mieszkać w miejskim domu i mieć zaoszczędzone pieniądze, bezpiecznie zakopane pod paleniskiem, i żyć bez żadnych zmartwień.

Tom odwrócił wzrok i zajął się następnym plasterkiem cebuli. Mieli z czego się cieszyć, i nagle ta niezgoda. Ogarnęło go przygnębienie. Żuł jeszcze twarde mięso, gdy nagle usłyszał tętent końskich kopyt. Przez zagajnik, omijając wioskę, by skrócić sobie drogę od traktu, pędził jeździec.

W chwilę później młody człowiek przycwałował na górę i zsiadł. Wyglądał na giermka.

— Twój pan przybywa — oświadczył.

— Masz na myśli pana Percy’ego? — Tom wstał. Percy Hamleigh był jednym z najważniejszych ludzi w kraju, właścicielem tej doliny oraz wielu innych, poza tym płacił za budowę tego domu.

— Jego syna — wyjaśnił giermek.

— Młody lord William.

Syn Percy’ego miał zamieszkać w nowym domu po swych zaślubinach z lady Alieną, córką hrabiego Shiring. Był z nią zaręczony.

— We własnej osobie. Na dodatek wściekły.

Tomowi serce zamarło. Nawet w sprzyjających okolicznościach trudno było porozumieć się z właścicielem budowanego domu. Z wściekłym właścicielem to było niemożliwe.

— Czemu się złości?

— Narzeczona go zostawiła.

— Ta córka hrabiego? — spytał zaskoczony Tom. Targnął nim niepokój. Właśnie rozmyślał nad tym, jak się zabezpieczyć na przyszłość… — Sądziłem, że to już postanowione.

— Wszyscy tak myśleliśmy, z wyjątkiem lady Alieny — odpowiedział giermek. — Jak tylko go spotkała, oznajmiła, że nie wyjdzie za niego za skarby świata.

Zmartwiony Tom zmarszczył brwi. Nie chciał, by okazało się to prawdą.

— Ten chłopak wcale nie wygląda tak źle, o ile sobie przypominam.

— To nie ma znaczenia. Gdyby hrabiowskim córkom wolno było poślubiać tych, którzy im się spodobają, bylibyśmy rządzeni przez minstreli i ciemnookich banitów — stwierdziła Agnes.

— Dziewczyna może zmienić zdanie — powiedział Tom z nadzieją.

— Zmieni, jeśli jej matka użyje brzozowej rózgi — rzekła Agnes.

— Jej matka umarła — oświadczył giermek.

— To wyjaśnia — skinęła głową Agnes — dlaczego córka nie zna życia. Nie rozumiem jednak, dlaczego ojciec jej nie zmusi.

— Powiadają, że obiecał kiedyś nie wydać jej za mąż za kogoś, kto jej się nie spodoba — rzekł giermek.

— Co za głupie przyrzeczenie! — zezłościł się Tom. — Jak mógł potężny pan w taki sposób uzależnić się od dziewczęcego kaprysu? Jej małżeństwo może mieć wpływy na alianse militarne, na majątek… nawet na budowę tego domu.

— Ona ma brata, więc nie jest aż tak ważne, kogo poślubi — odparł giermek.

— Nawet w takim wypadku…

— A hrabia jest stanowczym człowiekiem — ciągnął giermek. — Mówią, że nie złamie raz danego przyrzeczenia, jeśli nawet złożył je dziecku. — Wzruszył ramionami.

Tom patrzył na zręby przyszłego domu. Nie zdołał jeszcze zaoszczędzić wystarczającej ilości pieniędzy, by rodzina mogła przetrwać zimę. Wstrząsnął nim dreszcz.

— A może młody lord znajdzie inną pannę, która zechce dzielić z nim ten dom. Może szukać w całym hrabstwie.

— Na Chrystusa, zdaje się, że to on! — zawołał Alfred załamującym się głosem dojrzewającego chłopca.

Idąc za jego spojrzeniem, popatrzyli na drogę. Przez wieś galopował koń, wzbijając wielką chmurę kurzu i grudek ziemi. To właśnie widok olbrzymiego pędzącego konia spowodował niepokój Alfreda. Tom widywał podobne bestie, ale Alfred prawdopodobnie nigdy nie widział bojowego rumaka. Takich koni nie hodowano w Anglii, lecz sprowadzano zza mórz i kosztowały niezwykle drogo.

Tom wrzucił resztę chleba do kieszeni fartucha, po czym mrużąc oczy, spojrzał pod słońce na pole. Koń miał stulone uszy, a chrapy rozdęte. Mocno uniesiona głowa zwierzęcia pozwalała przypuszczać, że koń nie poniósł. Kiedy się zbliżyli, jeździec ściągnął wodze, odchylając się do tyłu, a wierzchowiec zwolnił nieco. Teraz Tom poczuł drgania ziemi, w którą bębniły kopyta. Rozejrzał się za Marthą, chcąc ją zabrać z drogi, gdzie mogłaby zostać poturbowana. Agnes pomyślała o tym samym. Marthy jednak nie było w pobliżu.

— W pszenicy! — krzyknęła kobieta, ale Tom już podążał przez plac budowy na skraj pola. Zdjęty strachem, przebiegł wzrokiem kołyszący się łan, lecz nie zobaczył dziecka.

Jedyne, co mu zostało, to spróbować zatrzymać konia. Wkroczył więc na ścieżkę, rozłożył szeroko ramiona i jął zbliżać się do szarżującego rumaka. Koń uniósł łeb i wyraźnie zwolnił. Wtedy, ku przerażeniu Toma, jeździec spiął go ostrogami.

— Cholerny durniu! — ryknął Tom.

W tej samej chwili, kilka jardów przed nim, wyszła z pola Martha. Na moment obezwładnił go paniczny lęk. Potem rzucił się do przodu, krzycząc i wymachując rękami — bez skutku. Koń, wyćwiczony do atakowania wyjących hord, nie zwracał uwagi na przerażonego ojca. Martha stała na środku wąskiej ścieżki i jak zahipnotyzowana wpatrywała się w pędzącą na nią ogromną bestię. Tom uświadomił sobie z rozpaczą, że nie zdoła zapobiec nieszczęściu. Biegnąc, zboczył w pole. Niemal w ostatniej chwili koń skręcił w bok po przeciwnej stronie. Strzemię musnęło delikatne włosy Marthy, kopyto wybiło okrągłą dziurę w ziemi tuż obok jej bosej stopy. Rumak minął ich, obsypując oboje kurzem. Tom porwał córkę w ramiona i przycisnął mocno do łomoczącego serca.

Stał tak, nie czując rąk i nóg, słaby jak mucha, oddychając z ulgą. Nagle ogarnęła go złość na myśl o lekkomyślności tego głupiego młodzika na potężnym wierzchowcu. Spojrzał gniewnie w górę. Lord William właśnie powstrzymywał konia. Siedział w siodle odchylony do tyłu, zapierając się na wypchniętych do przodu strzemionach i z całej siły ciągnąc wodze. Koń skręcił w stronę budowy, rzucił głową, wierzgnął, ale William utrzymał się w siodle. Przeszedł w cwał, a potem idąc truchtem, zatoczył szerokie koło po placu.

Martha płakała. Tom podał dziewczynkę Agnes i czekał na Williama. Młody pan był wysokim, dobrze zbudowanym dwudziestolatkiem o żółtych włosach i wąskich oczach, które wyglądały tak, jakby wciąż patrzył w słońce. Miał na sobie krótką czarną tunikę i czarne pończochy, na nogach skórzane buty z paskami wiązanymi krzyżowo aż do kolan. Siedział wyprostowany i nie sprawiał wrażenia poruszonego tym, co zaszło. Ten głuptak nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co zrobił, pomyślał z goryczą Tom. Należałoby skręcić mu kark.

William zatrzymał konia przed stosem drewna i spojrzał w dół na budowniczych.

— Kto tu rządzi? — spytał.

Tom chciał powiedzieć: „Gdybyś zranił moją małą, zabiłbym cię”, ale stłumił złość i z trudem przełknął gorycz wypełniającą mu usta. Zbliżył się do konia i chwycił uzdę.

— Ja jestem mistrzem — powiedział, zaciskając zęby. — Nazywam się Tom Budowniczy.

— Ten dom nie będzie już potrzebny — oznajmił William. — Zwolnij swych ludzi.

Tego właśnie Tom obawiał się najbardziej, ale łudził się nadzieją, że William da się przekonać do zmiany zdania, kiedy ostygnie jego gniew. Starając się nadać przyjazny ton głosowi, odezwał się rozsądnie:

— Tyle pracy wykonano do tej pory, że szkoda marnować to, co już wydano na budowę. Kiedyś ten dom się przyda.

— Nie mów mi, jak mam się zajmować swoimi sprawami, Tomie Budowniczy. Wszyscy jesteście zwolnieni. — Szarpnął wodze, Tom jednak trzymał uzdę.

— Puść mego konia — rzucił groźnie jeździec.

Tom przełknął ślinę. Za chwilę William spróbuje poderwać wierzchowca. Wyjął z kieszeni fartucha kromkę chleba i podsunął ją koniowi, który wyciągnął łeb i ugryzł kawałek.

— Panie mój, są sprawy, o których trzeba porozmawiać, nim odjedziesz — powiedział łagodnie.

— Puść mego konia albo zetnę ci głowę — zagroził lord.

Tom patrzył mu prosto w oczy, próbując nie okazać tego, że się boi. Był większy od Williama, ale to nie będzie miało znaczenia, jeśli młody pan wyciągnie miecz.

— Och, mężu, zrób to, co nasz pan ci każe — lękliwie mruknęła Agnes.

Zapadła śmiertelna cisza. Robotnicy stali w milczeniu, nieruchomo jak posągi. Obserwowali. Tom wiedział, że powinien wykonać polecenie, ale William omal nie stratował jego córeczki. Ta myśl doprowadziła Toma do szaleństwa. Z bijącym sercem powiedział:

— Musi nam pan zapłacić.

William pociągnął silniej wodze, lecz Tom trzymał uzdę krótko, a koń, zdezorientowany, trącał nosem kieszeń fartucha w poszukiwaniu chleba.

— Po pieniądze zgłoś się do mego ojca! — ze złością prychnął William.

— Tak zrobimy, panie, i dziękujemy bardzo — przerażonym głosem odezwał się cieśla.

Nędzny tchórz, pomyślał Tom, ale sam zadrżał. Mimo to zmusił się do powiedzenia:

— Jeśli chcesz nas zwolnić, panie, to musisz nam zapłacić zgodnie ze zwyczajem. Dom twego ojca, panie, jest o dwa dni drogi stąd, a kiedy tam dojdziemy, możemy go nie zastać.

— Za mniejsze rzeczy ludzie ginęli! — krzyknął William, a policzki poczerwieniały mu z gniewu.

Kątem oka Tom dostrzegł, że giermek podniósł rękę do rękojeści swego miecza. Wiedział, że powinien się teraz poddać, upokorzyć, ale skręcała go wściekłość i był tak przestraszony, że nie potrafił zmusić się do puszczenia uzdy.

— Wpierw nam zapłać, a potem mnie zabij — oświadczył lekkomyślnie. — Możesz za to zawisnąć albo nie; umrzesz i tak, prędzej czy później, a wtedy ja będę w niebie, a ty w piekle.

Szyderstwo zamarło na twarzy Williama, zbladł. Tom był zaskoczony. Cóż mogło tak wystraszyć tego młodzieńca? Na pewno nie słowa o powieszeniu. Do czego to podobne, by mieli wieszać pana za zabójstwo rzemieślnika. Czyżby tak przeraził się piekła?

Patrzyli na siebie przez kilka chwil. Tom ze zdumieniem i ulgą obserwował, jak w twarzy Williama wyraz gniewu połączonego z pogardą ustępuje miejsca panicznemu lękowi. W końcu wyjął zza pasa skórzaną sakiewkę i rzucił giermkowi, mówiąc:

— Zapłać im.

W tym momencie Tom postanowił jeszcze raz spróbować szczęścia. Kiedy William znowu pociągnął wodze, a koń uniósł silną głowę, odstępując w bok, Tom ruszył wraz z nim i wciąż z ręką na uździe powiedział:

— Za zwolnienie płaci się pełną tygodniówkę, taki jest zwyczaj. — Tuż za sobą usłyszał ostry oddech Agnes i wiedział, że pomyślała, iż musiał zwariować, skoro przeciąga tę sprawę. Brnął jednak dalej: — To znaczy po sześć pensów dla robotnika, dwanaście dla cieśli i każdego murarza, a dwadzieścia cztery dla mnie. Razem sześćdziesiąt sześć pensów. — Potrafił dodawać pensy szybciej niż ktokolwiek spośród ludzi, których znał.

Giermek pytająco spoglądał na swego pana. William warknął ze złością:

— Bardzo dobrze.

Tom rozluźnił chwyt i puścił uzdę. Odsunął się.

Koń zawrócił i William spiął go mocno. Rumak pognał naprzód ścieżką przez pole pszenicy.

Tom usiadł na stosie drewna. Zastanawiał się, co go napadło, by tak wyzywająco przeciwstawić się lordowi Williamowi. Toż to szaleństwo. Czuł, że miał szczęście, iż jeszcze żyje.

Tętent kopyt cichł w oddali niczym odległy grzmot, a giermek wysypał zawartość sakiewki na ławę. Na widok srebrnych pensów lśniących w słońcu Tom uśmiechnął się triumfalnie. Oszalał, ale to poskutkowało. Zapewnił sobie i swym pracownikom zapłatę.

— Nawet panowie muszą się podporządkować zwyczajom — powiedział na pół do siebie.

— Teraz tylko miej nadzieję, że nigdy nie będziesz potrzebował prosić o pracę lorda Williama — odezwała się ponuro Agnes, która usłyszała jego słowa.

Tom się do niej uśmiechnął. Rozumiał, że jej szorstkość jest wynikiem strachu.

— Nie rób takiej kwaśnej miny, bo całe mleko w piersiach zsiądzie ci się i oseskowi dasz twaróg.

— I tak nie uda mi się nakarmić nas w zimie, jeśli nie znajdziesz pracy.

— Do zimy jeszcze daleko — odparł Tom.

II

Lato spędzili w wiosce. Później tę decyzję ocenili jako straszliwy błąd, na razie jednak wydawała się rozsądna, gdyż Tom, Agnes i Alfred mogli zarobić pensa dziennie, pracując w polu przy żniwach. Kiedy nadeszła jesień, musieli odejść, ale mieszek mieli ciężki, pełen srebrnych pensów, a oprócz tego prowadzili upasioną świnię.

Pierwszą noc spędzili na ganku wiejskiego kościoła, drugiego zaś dnia trafili do klasztoru i skorzystali z gościnności zakonników. Trzeciego dnia znaleźli się w sercu Chute Forest, rozległej przestrzeni pokrytej gęstwiną zarośli i dzikiego lasu, przez który prowadził trakt, nie szerszy niż woli zaprzęg, wysadzany po obu stronach starymi dębami.

Tom niósł mniejsze narzędzia w kalecie, a młotki zawiesił przy pasie. Ciasno zwiniętą opończę umieścił pod lewą pachą, łatę zaś trzymał w prawej ręce, wykorzystując ją jako podróżny kostur. Cieszył się, że znowu jest w drodze. Następną pracą może być budowa katedry, gdzie zostanie mistrzem i będzie miał robotę na resztę życia, a kościół, który zbuduje, okaże się tak piękny, że Tom z pewnością pójdzie do nieba.

Nieliczne przedmioty domowego użytku, jakie mieli, Agnes schowała do kociołka, który przywiązała na plecach. Alfred niósł parę narzędzi niezbędnych do prac budowlanych: siekierę, toporek ciesielski, piłę, mały młotek, szpikulec do robienia dziur w skórze i drewnie oraz łopatę. Martha była za mała, by nieść coś więcej niż swój kubek i nożyk, przytroczone do pasa, i zimowe okrycie przymocowane do pleców. Poza tym miała obowiązek prowadzenia na sznurku świni, dopóki jej nie sprzedadzą na targu.

Kiedy tak szli przez niekończące się lasy, Tom przyglądał się Agnes. Minęła już połowa okresu ciąży, więc to, co dźwigała z przodu, już dawało się porównać z tym, co miała na plecach. Nie wydawała się jednak zmęczona. Alfred też wyglądał dobrze; był w wieku, w którym chłopcy mają więcej energii niż wiedzy na temat tego, jak ją spożytkować. Męczyła się tylko Martha. Jej szczupłe nóżki nadawały się do wesołej gonitwy, a nie do długich marszów, dlatego nieustannie zostawała z tyłu, tak że reszta musiała zatrzymywać się i czekać, aż dziewczynka dogoni ich, ciągnąc świnię. Tom rozmyślał też o katedrze, którą kiedyś wybuduje. Szkicował w myślach arkady. To było łatwe: dwie proste połączone łukiem. Potem wyobraził sobie kilka następnych, by uformować jeden większy element. Później dodawał kolejne, aż miał ich cały rząd, wszystkie uporządkowane jedna za drugą, tworzące tunel. Oto istota jego budowli: chroniący od deszczu dach i dwie ściany podtrzymujące go. Kościół to po prostu udoskonalony korytarz.

Tunel był ciemny, więc pierwszym ulepszeniem powinny być okna. Jeśli ściany okażą się wystarczająco silne, to można robić w nich otwory. Będą one górą zaokrąglone, o prostych bokach i płaskich parapetach — kształt ten sam, co arkada. Ustalenie form okien i drzwi było pierwszą zasadą projektowania pięknej budowli. Drugą była ich powtarzalność: wyobraził sobie dwanaście jednakowych okien, równo rozmieszczonych wzdłuż obu ścian tunelu.

Tom spróbował wymyślić jeszcze wyprofilowanie otworów, ale nie mógł się skupić, czuł bowiem, że ktoś go obserwuje. To głupie — obruszył się na siebie, przecież stale był obserwowany przez ptaki, lisy, koty, myszy, łasice, wiewiórki, nornice i gronostaje, które żyły w lesie.

Po południu Martha opadła z sił. W pewnej chwili została ze sto jardów za nimi. Stojąc i czekając, aż dołączy, Tom przypomniał sobie, jaki był w jej wieku Alfred — ładny złotowłosy chłopiec, krzepki i śmiały. Zadowolenie mieszało się z irytacją, kiedy patrzył na Marthę strofującą świnię za zbyt wolny marsz. Raptem jakaś postać wyszła z krzaków tuż przed nią. Krzyk przerażenia rósł Tomowi w gardle. Wszystko stało się tak szybko, że trudno mu było w to uwierzyć. Człowiek, który nagle pojawił się na trakcie, uniósł maczugę. Zanim Tom zdołał wydać okrzyk, Martha, uderzona w bok główki, padła na ziemię jak porzucona szmaciana lalka. Usłyszał mdlący dźwięk.

Uświadomił sobie, że biegnie, a jego stopy walą w twardy grunt jak kopyta wierzchowca lorda Williama, i chciał, by nogi niosły go jeszcze szybciej. Czuł się tak, jakby oglądał obraz namalowany wysoko na ścianie kościoła — widział, co się dzieje, i nie mógł nic zrobić, aby cokolwiek zmienić. Atakujący bez wątpienia był banitą. Bosonogi, niski, krępy mężczyzna w brązowej tunice. Przez chwilę spoglądał prosto na Toma, który mógł dzięki temu przyjrzeć się jego twarzy. Miał odcięte wargi, co świadczyło o tym, że najprawdopodobniej został ukarany za kłamstwo. Jego usta otoczone ściągniętą bliznami skórą były odpychająco wykrzywione. Ten obrzydliwy widok powstrzymałby Toma, gdyby nie kruche ciałko Marthy leżące na ziemi.

Napastnik odwrócił wzrok od Toma i zatrzymał go na świni. W mgnieniu oka schylił się, porwał kwiczące zwierzę i błyskawicznie zaszył się w splątanym gąszczu, z którego wyskoczył. Zabrał ze sobą jedyną wartościową rzecz, jaką Tom i jego rodzina posiadali.

Tom padł na kolana obok Marthy. Położywszy szeroką dłoń na jej piersi, wyczuł, że serce bije równo i mocno, co odsunęło najgorsze podejrzenie. Oczy jednak miała zamknięte, a jasne włosy plamiła krew.

Chwilę później uklękła przy nim Agnes. Dotknęła piersi dziecka, przegubu ręki i czoła, po czym twardo spojrzała na męża.

— Będzie żyć. Sprowadź tę świnię z powrotem — powiedziała ze ściśniętym gardłem.

Tom szybko odwiązał kaletę z narzędziami i rzucił ją na ziemię. Lewą ręką wyciągnął zza pasa ciężki, żelazny młot. W prawej trzymał łatę. Widział stratowane krzaki, którędy złodziej wszedł na drogę i którędy uciekł, słyszał także świnię kwiczącą w lesie. Zanurkował w gąszczu.

Banita był mocno zbudowany, uciekał, trzymając pod pachą wyrywające się zwierzę, więc w leśnym poszyciu zostawiał szeroką ścieżkę podeptanych kwiatów, połamanych krzewów i młodych drzewek. Trop był wyraźny. Tom parł do przodu, pędzony żądzą zemsty. Przedarł się przez brzozowy zagajnik i zbiegł w dół po zboczu, aż plasnął w małe bagienko, skąd wychodziła wąziutka ścieżynka. Tam się zatrzymał. Złodziej mógł pójść w lewo lub w prawo, tutaj nie było już śladów w postaci zniszczonych roślin. Tom zaczął nasłuchiwać, z lewej strony dobiegł go kwik świni. Zdołał także usłyszeć, że ktoś podąża drogą, którą przebył — prawdopodobnie Alfred. Ruszył dalej.

Ścieżka prowadziła w dół, potem raptownie skręcała i zaczynała się wznosić. Teraz usłyszał wyraźnie kwiczenie świni. Wbiegł na wzgórze, oddychając z trudem. Lata wdychania kamiennego pyłu osłabiły mu płuca. Dróżka nagle się wyrównała i zobaczył złodzieja, zaledwie dwadzieścia, trzydzieści jardów dalej, zmykającego, jakby gonił go diabeł. Tom zerwał się do biegu, odległość między nimi wciąż malała. Z pewnością go dogoni, jeśli tylko zdoła utrzymać tempo, bo człowiek obciążony świnią nie może biec szybko. Teraz jednak czuł w piersiach ból. Od złodzieja dzieliło go piętnaście jardów, potem dwanaście. Tom podniósł łatę nad głowę, jakby to była włócznia. Jeszcze parę kroków i rzuci. Jedenaście jardów, dziesięć…

I wtedy kątem oka dostrzegł chudą twarz pod zieloną czapką, wyłaniającą się z krzaków obok ścieżki. Za późno na unik. Ciężki pal wylądował tuż przed nim i Tom potknął się i runął na ziemię.

Upuścił łatę, ale wciąż jeszcze trzymał młot. Przetoczył się i podniósł na kolano. Zobaczył, że jest ich dwóch — ten pierwszy w zielonym kapeluszu i drugi, łysy z potarganą białą brodą. Rzucili się na niego.

Zrobił krok w bok i zamachnął się w stronę zielonego kapelusza. Ten się uchylił, ale wielki, żelazny młot spadł ciężko na bark mężczyzny, który zaskrzeczał z bólu i upadł na ziemię, trzymając ramię, jakby było złamane. Tom nie miał czasu, by ponowić miażdżący cios, zanim zbliży się ten łysy, więc pchnął młot w twarz nadbiegającego i rozłupał mu szczęki.

Obaj napastnicy zaczęli się wycofywać. Tom widział, że żaden z nich nie pali się do dalszej walki. Rozejrzał się dookoła. Złodziej uciekał ścieżką. Lekceważąc ból w piersiach, pobiegł za nim. Przebył jednak zaledwie kilka jardów, kiedy usłyszał za sobą znajomy głos.

Alfred.

Zatrzymał się i obejrzał. Używając pięści i nóg, Alfred walczył z tymi dwoma. Uderzył mężczyznę w zielonym kapeluszu kilka razy w głowę, potem kopał po goleniach łysego. Ale napastnicy napierali na niego, biorąc go między siebie, tak że nie mógł się bronić. Tom nie wiedział, czy kontynuować pościg, czy pomóc synowi. Wtedy łysy podstawił Alfredowi nogę. Kiedy chłopiec padł na ziemię, skoczyli na niego, obsypując gradem uderzeń.

Zawrócił.

Zaatakowany ciałem, łysy runął w krzaki, a Tom wykonał obrót i zamierzył się młotem na mężczyznę w zielonym kapeluszu. Ten już poczuł ciężar niezwykłej broni i mógł posługiwać się tylko jedną ręką. Uchylił się więc od ciosu i zniknął w gąszczu, zanim Tom zdążył uderzyć drugi raz.

Odwróciwszy się, zobaczył, że łysy ucieka ścieżką w dół. Spojrzał w stronę przeciwną — złodzieja nie było widać. Wyrzucił z siebie gorzkie przekleństwo — ta świnia była równo wartością połowy zaoszczędzonych przez lato dochodów rodziny. Opadł na ziemię, oddychał ciężko.

— Pobiliśmy trzech! — zawołał podniecony Alfred.

— Ale uciekli z naszą świnią — rzekł Tom, patrząc na syna. Gniew palił go w żołądku niczym skwaśniały cydr. Kupili prosię na wiosnę, gdy tylko oszczędzili dość pieniędzy, potem przez całe lato ją tuczyli. Tłusta świnia była warta sześćdziesiąt pensów. Mając kapustę i worek ziarna, mogliby przez zimę całą rodziną z tych pieniędzy się wyżywić. Ze skóry można byłoby zrobić parę butów i sakwę lub nawet dwie. Strata świni to katastrofa.

Z zazdrością spoglądał na syna, który już otrząsnął się po pogoni i walce, a teraz stał, czekał i niecierpliwił się. Jak to już było dawno, gdy potrafiłem biec jak wiatr i wcale nie czułem przyśpieszonego bicia serca? Od czasu kiedy byłem w jego wieku, minęło… dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat! A wydaje się, że to było wczoraj.

Wstał.

Ruszyli z powrotem. Tom objął ramieniem szerokie plecy Alfreda. Chłopiec był jeszcze niższy od ojca o długość męskiej dłoni, ale wkrótce go dogoni, a może nawet przerośnie. Mam nadzieję, że bystrość jego rozumu także się wzmoże, pomyślał Tom.

— Każdy głupi umie wdać się w bójkę, ale mądry człowiek wie, jak ich unikać — powiedział, a Alfred popatrzył na niego bez wyrazu.

Zeszli ze ścieżki, przecięli bagnistą polankę i jęli się wspinać po pochyłości, idąc po wydeptanych śladach w odwrotną stronę. Kiedy przedzierali się przez brzózki, znowu poczuł pieczenie w żołądku. Myślał o córeczce. Ten banita nie musiał uderzyć dziecka, nie było ono dla niego żadnym zagrożeniem.

Tom przyśpieszył kroku i w chwilę później wyłonili się z Alfredem na trakcie. Martha nieporuszona leżała w tym samym miejscu. Oczy miała zamknięte, a krew schła na jej włosach. Agnes klęczała przy niej, a nad nimi stali nieznani ludzie. Zaskoczony Tom pomyślał, że nie dziwota, iż wcześniej czuł się obserwowany. Ten las bowiem wydawał się pełen ludzi. Nachylił się i położył rękę na piersi Marthy. Oddychała normalnie.

— Ocknie się wkrótce — pewnym siebie głosem powiedziała obca kobieta. — Potem zwymiotuje. Wkrótce będzie zdrowa.

Tom popatrzył na nią z ciekawością. Klęczała nad Marthą. Była całkiem młoda, może jakiś tuzin lat młodsza od niego. Krótka skórzana tunika odsłaniała smukłe, opalone nogi. Miała ładną twarz, ciemnobrązowe włosy zbiegające się nad czołem w diabelski pazur. Tom poczuł nagły przypływ pożądania. Kiedy spojrzała na niego, drgnął: jej osadzone głęboko oczy o wnikliwym wyrazie miały niezwykły kolor złotego miodu, co nadawało całej twarzy czarodziejski wygląd. Tom był pewny, że ta kobieta zna jego myśli.

Odwrócił od niej wzrok, by ukryć zakłopotanie, i pochwycił spojrzenie Agnes. Patrzyła z niechęcią.

— Gdzie świnia?

— W lesie było jeszcze dwóch banitów — zaczął Tom.

— Pobiliśmy ich, ale ten ze świnią uciekł — dokończył Alfred.

Agnes sposępniała, ale nie powiedziała nic więcej.

— Powinniśmy przenieść dziewczynkę w cień, byle delikatnie — odezwała się nieznajoma.

Wstała. Tom zauważył, że jest niewysoka, tak ze stopę niższa od niego. Pochylił się i ostrożnie podniósł Marthę. Dziecięce ciałko w jego rękach było niemal nieważkie. Przeniósł ją kilka jardów wzdłuż traktu i położył na spłachetku trawy w cieniu starego dębu. Dziewczynka wciąż była nieprzytomna.

Alfred zbierał narzędzia porozrzucane na drodze. Chłopak obcej kobiety popatrywał wytrzeszczonymi oczami, usta miał otwarte, ale nic nie mówił. Był ze trzy lata młodszy od Alfreda. Tom zwrócił uwagę na jego osobliwy wygląd, niemający nic wspólnego ze zmysłowym urokiem matki. Cera blada, pomarańczowoczerwone włosy i niebieskie, trochę jakby wyłupiaste, oczy. Wydawało się, że chłopak ma wygląd czujny i głupi jednocześnie, jak tępak; jak dziecko, które albo w dzieciństwie wcześnie umiera, albo dorasta, stając się wioskowym idiotą. Alfredowi spojrzenie chłopca wyraźnie przeszkadzało.

Kiedy Tom go obserwował, dzieciak wyrwał z rąk Alfreda piłkę i przyglądał się, jakby była to jakaś zdumiewająca rzecz. Urażony Alfred odebrał piłkę, którą chłopak obojętnie oddał. Nieznajoma zwróciła mu uwagę:

— Jack, zachowuj się! — Wydawała się zakłopotana.

Tom spojrzał na nią. Chłopiec nie był do niej podobny w najmniejszym stopniu.

— Jesteś jego matką?

— Tak. Na imię mi Ellen.

— Gdzie jest twój mąż?

— Nie żyje.

Zaskoczyło go to.

— Podróżujesz sama? — spytał niedowierzająco. Las był groźny nawet dla takiego mężczyzny jak on. Samotna kobieta nie mogła mieć nadziei na przetrwanie.

— Nie podróżujemy — odpowiedziała Ellen. — Mieszkamy w lesie.

To już nim wstrząsnęło.

— Chcesz powiedzieć, że… — przerwał, by jej nie urazić.

— Jesteśmy banitami, tak — dokończyła. — Czy myślisz, że wszyscy banici są podobni do Faramonda Otwartogębego, który ukradł waszą świnię?

— Tak — odparł Tom, chociaż chciał powiedzieć: „Nigdy nie przypuszczałem, że banita może być piękną kobietą”. Nie mogąc pohamować ciekawości, zapytał: — Jakie popełniłaś przestępstwo?

— Przeklęłam księdza. — Odwróciła wzrok.

Tomowi nie wydawało się to ciężką zbrodnią, ale może ten ksiądz był bardzo potężny albo bardzo drażliwy; albo też Ellen nie chciała powiedzieć prawdy.

Spojrzał na Marthę. Dziewczynka otwarła oczy, trochę oszołomiona i trochę zalękniona. Agnes uklękła przy niej.

— Jesteś bezpieczna. Już dobrze, wszystko w porządku.

Martha siadła wyprostowana i natychmiast zwymiotowała. Agnes przytrzymywała ją, póki nie minęły skurcze. Tom był pod wrażeniem: stało się tak, jak powiedziała Ellen. Stwierdziła też, że Martha wyzdrowieje, prawdopodobnie i to się spełni. Poczuł ulgę i zdziwił się sile własnych emocji. Nie wytrzymałbym straty mojej małej, pomyślał i musiał powstrzymać łzy. Pochwycił pełne współczucia spojrzenie Ellen i po raz kolejny miał wrażenie, że jej jasne złote oczy potrafią zajrzeć mu do serca.

Ułamał gałąź z dębu, oberwał liście i wytarł nimi Marcie twarz. Była blada.

— Potrzebuje wypoczynku — rzekła Ellen. — Pozwólcie jej poleżeć tak długo, jak długo mężczyzna przechodzi trzy mile.

Tom spojrzał na słońce. Przed nimi jeszcze kawał dnia. Usadowił się. Agnes łagodnie kołysała Marthę w ramionach. Jack zwrócił teraz uwagę na dziewczynkę i gapił się na nią z tą samą idiotyczną intensywnością. Tom pragnął dowiedzieć się czegoś więcej o Ellen. Zastanawiał się, jak ją namówić, aby opowiedziała o sobie. Nie chciał, by odeszła.

— Jak się to wszystko stało? — zapytał niejasno.

Patrzyła mu znowu w oczy. Potem zaczęła mówić.

Ojciec jej był rycerzem, wielkim, silnym i skłonnym do przemocy mężem. Pragnął mieć synów, z którymi mógłby jeździć na polowania i turnieje, którzy byliby kompanami do wypitki i nocnych hulanek. W tych sprawach jednak miał pecha tak wielkiego, jaki tylko może mężczyznę spotkać: żona urodziła mu Ellen, a następnie zmarła. Ożenił się po raz drugi, ale ta kobieta okazała się bezpłodna. Jął więc nią pogardzać, aż wreszcie odesłał do matki. Musiał być człowiekiem okrutnym, ale wobec Ellen tego nie okazywał, ta zaś uwielbiała go i dzieliła jego pogardę w stosunku do macochy. Po jej odejściu Ellen dorastała w otoczeniu pozbawionym kobiet. Włosy obcinała krótko i nosiła sztylet, nie nauczyła się bawić z kociętami ani opiekować starymi ślepymi psami. Kiedy miała tyle lat, ile obecnie ma Martha, pluła na podłogę, zjadała ogryzki jabłek i kopała konia w brzuch tak silnie, że wstrzymywał oddech, co pozwalało na porządne podciągnięcie popręgów — o dziurkę dalej. Wiedziała, że wszyscy mężczyźni, którzy nie należą do kompanii ojca, zwani są koniosysami, a wszystkie kobiety, które z nimi nie chadzają, zwie się knurojebkami, aczkolwiek nie była całkiem pewna — i nie interesowało jej to zbytnio — co te obelgi właściwie oznaczają.

Tom słuchał z zamkniętymi oczyma, poddając się ciszy łagodnego jesiennego popołudnia. Wyobraził sobie Ellen jako dziewczynkę o płaskiej piersi i brudnej twarzyczce, siedzącą przy długim stole wśród zbirowatej kompanii ojca, pijącą mocne piwo, słuchającą i śpiewającą piosenki o bitwach, grabieżach, gwałtach, koniach, zamkach i dziewicach, dopóki nie zasnęła, położywszy ostrzyżoną główkę na twardym blacie.

Gdyby jej pierś pozostała na zawsze płaska, miałaby życie szczęśliwe. Przyszedł jednak czas, kiedy mężczyźni zaczęli patrzeć na nią inaczej. Już nie zarykiwali się ze śmiechu, gdy mówiła: „Zejdź mi z drogi, bo obetnę ci jaja i nakarmię nimi świnie!”.

Niektórzy gapili się na nią, kiedy zdejmowała wełnianą tunikę i w długiej płóciennej koszuli kładła się spać. Gdy w lesie robili odpoczynek, chętnie się o nią opierali, jak nigdy dotąd.

Któregoś dnia zobaczyła ojca rozmawiającego z proboszczem ich parafii — co było nader rzadkim wypadkiem — przy czym obaj patrzyli na nią tak, jak gdyby mówili właśnie o niej. Następnego poranka ojciec rzekł: „Idź z Henrym i Everardem i zrób, co ci każą”. I pocałował ją w czoło. Zastanawiała się, co go naszło — może miękł na stare lata? Wsiadła na swego siwka, dzielnego rumaka — nie chciała jeździć na koniu stosownym dla kobiety ani na kucyku — i wyjechała z dwoma zbrojnymi mężami.

Zawieźli ją do żeńskiego klasztoru i tam zostawili.

Cały klasztor rozbrzmiewał jej wulgarnymi przekleństwami, aż ściany drżały, kiedy mężczyźni odjeżdżali bez niej. Pchnęła ksienię sztyletem i pieszo przeszła całą drogę do domu ojca. Ten zaś odesłał ją z powrotem. Skrępował jej ręce i nogi i przywiązał do osiodłanego osła. Mniszki zamknęły ją do karnej celi i trzymały tam, dopóki nie zagoiła się rana ksieni. W pomieszczeniu było zimno, wilgotno i ciemno jak w nocy. Poza tym podawano jej tylko wodę, nie dostawała nic do jedzenia. Kiedy ją wypuszczono, znowu uciekła do domu. Ojciec ponownie ją odesłał, tym razem jednak zanim trafiła do celi, ukarano ją chłostą.

W końcu ją złamali. Otrzymała habit nowicjuszki, podporządkowała się regule i nauczyła modlitw. Głęboko w sercu skryła nienawiść do mniszek, pogardę dla świętych i brak wiary w Boga. Nauczyła się jednak czytać i pisać, opanowała liczby oraz pobierała naukę rysunku i muzyki, a do francuskiego i angielskiego, którymi mówiła w domu ojca, doszła łacina.

Zresztą życie w konwencie nie było aż takie złe. Ta jednopłciowa wspólnota miała własne dziwne reguły i rytuały, a do czegoś takiego przecież przywykła. Wszystkie mniszki musiały wykonywać jakieś roboty fizyczne, a Ellen przydzielono do koni. Wkrótce zaczęła sprawować pieczę nad stajniami.

Ubóstwo nigdy jej nie doskwierało. Posłuszeństwo przychodziło niełatwo, ale i tego się nauczyła. Trzecia reguła, czystość, nie kłopotała jej zbytnio, aczkolwiek od czasu do czasu, tylko po to, by zrobić na złość ksieni, wprowadzała którąś z nowicjuszek w przyjemności…

W tym momencie podniosła się Agnes, by wraz z Marthą udać się na poszukiwanie strumienia, w którym można by było umyć twarz i oczyścić tunikę. Zabrała ze sobą Alfreda dla bezpieczeństwa, choć mówiła, że nie odejdą dalej niż na odległość głosu. Jack wstał, by pójść z nimi, ale Agnes sucho kazała mu zostać i chyba zrozumiał, bo znowu usiadł. Tom zauważył, że żonie udało się zabrać dzieci tam, gdzie nie mogły usłyszeć bezbożnej i nieprzyzwoitej opowieści. Dla towarzystwa zostawiła Toma.

Któregoś dnia — podjęła Ellen — kiedy były w drodze, okulał koń ksieni. W pobliżu znajdował się klasztor, więc matka przełożona pożyczyła konia od przeora. Po powrocie poleciła Ellen odprowadzić zwierzę i zabrać okulałego wierzchowca.

Tam, w stajni klasztornej stojącej opodal rozpadającej się katedry Kingsbridge, Ellen spotkała młodego człowieka wyglądającego jak zbity psiak. Przypominał szczeniaka o plączących się nogach i zabawnej czujności, lecz jednocześnie był zalękniony i zastraszony, jak gdyby ta jego zabawność została w nim stłumiona. Kiedy odezwała się do niego, nie rozumiał jej słów. Spróbowała łaciny, ale nie był mnichem. W końcu powiedziała coś po francusku, a jego oblicze przepełniła radość i odezwał się w tym samym języku.

Ellen nie wróciła do klasztoru.

Zamieszkała odtąd w lesie, najpierw w skleconym naprędce szałasie z gałęzi i liści, potem w suchej jaskini. Nie zapomniała żadnej z męskich umiejętności nabytych w domu ojca; potrafiła zapolować na jelenia, schwytać w sidła królika i ustrzelić łabędzia z łuku. Umiała patroszyć dziczyznę oraz oczyścić i ugotować mięso. Wiedziała nawet, jak ściągać skórę i wyprawić ją, by uszyć odzienie. Podobnie jak dziką zwierzyną, umiała żywić się dzikimi owocami, orzechami i korzeniami. Inne rzeczy niezbędne do życia — wełnianą odzież, siekierę czy nowy nóż — musiała ukraść.

Najciężej było wtedy, kiedy urodził się Jack…

Tom chciał zapytać o Francuza. Czy był ojcem Jacka? Kiedy umarł? Jak to się stało? Poznał jednak po wyrazie jej twarzy, że nie ma zamiaru mówić o tej części swego życia. Ponieważ wyglądała na osobę, której nie można przekonać, jeśli sama tego nie zechce, więc swoje pytania zachował dla siebie.

W tym mniej więcej czasie zmarł jej ojciec i jego kompania się rozproszyła. Nie miała na świecie żadnych krewnych czy znajomych. Kiedy Jack miał przyjść na świat, przygotowała zapas drewna na całą noc i rozpaliła ogień przy wejściu do swej jaskini. W zasięgu ręki ułożyła przygotowaną żywność i wodę, a także łuk, strzały i nóż do obrony przed wilkami. Miała nawet, ukradzioną biskupowi, ciężką czerwoną pelerynę, w którą zamierzała owinąć dziecko. Nie była jednak przygotowana na ból i lęk związany z porodem i przez długi czas myślała, że umrze. Mimo wszystko dziecko urodziło się silne i zdrowe, a ona przeżyła.

Ellen z Jackiem wiedli proste i skromne życie przez następne jedenaście lat. Las dawał im wszystko, czego potrzebowali, jeśli tylko byli dość przezorni, by na zimowe miesiące robić zapasy jabłek, orzechów i solonej lub wędzonej dziczyzny. Ellen często myślała, że jeśliby nie było królów, panów, biskupów i szeryfów, to wtedy każdy mógłby żyć w ten sposób i być zupełnie szczęśliwy.

Tom spytał, jak dawała sobie radę z banitami, ludźmi pokroju Faramonda Otwartogębego. Co by się stało, gdyby podkradli się nocą i spróbowali ją zgwałcić? — zastanawiał się i na samą myśl o tym poczuł podniecenie, aczkolwiek nigdy w życiu nie posiadał kobiety wbrew jej woli, nawet własnej żony.

Inni banici bali się jej, wyjaśniła Tomowi, patrząc na niego świetlistymi jasnymi oczyma, a on już wiedział dlaczego: myśleli, że jest wiedźmą. A ludzi żyjących w zgodzie z prawem, podróżujących przez las, ludzi, którzy wiedzieli, że mogą rabować, gwałcić i bezkarnie mordować banitów, po prostu unikała. Dlaczegóż tedy nie skryła się przed Tomem? Bo widziała ranne dziecko i chciała pomóc. Sama przecież ma dziecko.

Nauczyła Jacka wszystkiego, czego w ojcowskim gospodarstwie nauczyła się o broni i polowaniu. Potem uczyła go tego, co wyniosła z klasztoru: czytania i pisania, muzyki i liczb, francuskiego i łaciny, a nawet historii biblijnych. Wreszcie, w czasie długich zimowych wieczorów, przekazała mu spadek po Francuzie, który znał więcej poematów, wierszy i pieśni, niż ktokolwiek na świecie…

Tom nie wierzył, że ten chłopak, Jack, umie czytać i pisać. Sam Tom potrafił napisać swoje imię i kilka słów, takich jak „pens”, „jard” czy „buszel”; Agnes zaś, będąca córką księdza, potrafiła więcej, chociaż pisała powoli i mozolnie, wysuwając język w kąciku ust. Alfred nie umiał napisać ani słowa i zaledwie rozpoznawał swoje imię, a Martha nie potrafiła nawet tego. Czy to możliwe, by taki niedorozwinięty umysłowo dzieciak był bardziej wykształcony niż jego rodzina?

Ellen kazała Jackowi coś napisać, a on wygładził kawałek ziemi i wydrapał na niej zdanie. Tom rozpoznał tylko pierwsze słowo „Alfred”, i poczuł się jak dureń; Ellen wybawiła go z zakłopotania, czytając głośno całość: „Alfred jest większy niż Jack”. Chłopak szybko narysował dwie postacie, jedną większą niż drugą i, chociaż były tylko z grubsza zaznaczone, jedna miała szerokie ramiona i ociężały raczej wygląd, a druga była mniejsza i uśmiechała się. Tom, który sam miał trochę talentu do szkicowania, był zdziwiony prostotą i siłą wyrazu rysunku wydrapanego na piasku.

A przecież ten dzieciak wyglądał jak idiota.

Ellen, domyśliwszy się wątpliwości Toma, wyznała, że z czasem zaczęła sobie z tego zdawać sprawę. Jack nigdy nie miał towarzystwa innych dzieci albo raczej innych istot ludzkich poza matką i w rezultacie rósł jak dzikie zwierzątko. Nie wiedział, jak zachować się między ludźmi. To z tego powodu milczał, gapił się i wyrywał przedmioty.

Kiedy to mówiła, po raz pierwszy było widać, że łatwo ją zranić. Aura niedostępności i samowystarczalności znikła i Tom ujrzał kobietę zatroskaną, prawie zrozpaczoną. Ze względu na Jacka powinna ponownie włączyć się w życie społeczności, ale jak? Gdyby była mężczyzną, mogłaby przekonywająco wytłumaczyć jakiemuś panu, by dał jej rolę do uprawiania, czy gospodarstwo do prowadzenia, zwłaszcza gdyby zdołała skłamać, że wróciła z pielgrzymki do Jerozolimy czy Santiago de Compostela. Co prawda spotkała kilka samotnych kobiet, uprawiających ziemię, ale na ogół były one wdowami mającymi dorosłych synów. Żaden pan nie wydzierżawi gospodarstwa samotnej kobiecie z małym dzieckiem. Nikt też nie weźmie jej na służbę ani w mieście, ani na wsi; a poza tym nie ma gdzie mieszkać, a praca dorywcza rzadko wiąże się z zapewnieniem dachu nad głową. Nie miała wyjścia.

Tom współczuł jej. Dała dziecku wszystko, co potrafiła, lecz to nie wystarczało. Nie mógł jednak znaleźć rozwiązania jej problemu. Jakkolwiek piękna, rozumna i silna, skazana była na krycie się przez resztę życia w lesie wraz ze swym niezwykłym synem.

Agnes, Martha i Alfred wrócili. Tom z niepokojem przyjrzał się dziewczynce, ale wyglądało na to, że wszystko, czego jej było potrzeba, ograniczało się do obmycia twarzy. Przez pewien czas zaabsorbowały go sprawy Ellen, lecz teraz przypomniał sobie, w jakich tarapatach sam się znalazł: nie miał pracy, a świnię mu ukradziono. Dzień się kończył. Zaczął zbierać pozostałe części dobytku.

— Gdzie się wybieracie? — spytała Ellen.

— Do Winchesteru — odpowiedział jej Tom. — Jest tam zamek, kilka klasztorów i, co najważniejsze, katedra.

— Salisbury jest bliżej — stwierdziła Ellen. — A kiedy ostatnio tam byłam, przebudowywali katedrę, powiększali ją.

Tomowi zabiło serce. Właśnie czegoś takiego szukał. Jeśli tylko dostałby pracę przy rozbudowie katedry, wierzył, że w końcu zostałby mistrzem budowniczym.

— Jak tam iść? — zapytał z ożywieniem.

— Musicie cofnąć się jakieś trzy czy cztery mile. Czy pamiętasz to rozwidlenie dróg, na którym skręciłeś w lewo?

— Tak… przy stawie pełnym cuchnącej wody.

— Właśnie tam. Prawa odnoga prowadzi do Salisbury.

Zaczęli zbierać się do odejścia. Agnes nie polubiła Ellen, ale umiała jednak powiedzieć z wdzięcznością:

— Dziękuję za pomoc przy Marcie.

Ellen uśmiechnęła się, a gdy odchodzili, spoglądała ze smutkiem. Po kilku minutach marszu Tom obejrzał się. Ellen wciąż za nimi patrzyła, stała na rozstawionych nogach, osłaniając oczy od słońca. Osobliwy chłopiec stał obok niej. Tom jej pomachał, a ona zrobiła to samo.

— Interesująca kobieta — powiedział.

Agnes milczała.

— Ten chłopiec był dziwny — rzekł Alfred.

Szli prosto w niskie jesienne słońce. Tom zastanawiał się, jakie jest to Salisbury, nigdy tam nie był. Czuł podniecenie. Oczywiście marzył o tym, by budować nową katedrę, od fundamentów po dach, ale zdarzało się to niezwykle rzadko. Bardziej powszechne było ulepszanie lub powiększanie starej świątyni, czyli częściowa przebudowa. Nawet to by mu wystarczyło, o ile w końcu mógłby budować według własnych projektów.

— Dlaczego ten człowiek mnie uderzył? — spytała Martha.

— Bo chciał ukraść naszą świnię — odpowiedziała jej Agnes.

— Powinien mieć swoją własną świnię — orzekła Martha z oburzeniem, jakby dopiero teraz zauważyła, że banita zrobił coś złego.

Problem Ellen byłby rozwiązany, gdyby umiała wykonywać jakieś rzemiosło, rozmyślał Tom. Murarz, cieśla, tkacz czy garbarz nigdy nie znalazłby się w jej sytuacji. Zawsze mógłby pójść do miasta i poszukać pracy. Bywały niekiedy jakieś kobiety trudniące się rzemiosłem, zwykle jednak wdowy lub żony rzemieślników.

— Ona potrzebuje jednego — powiedział Tom głośno — męża.

— Cóż, nie może mieć mojego — rzekła sucho Agnes.

III

Dzień, w którym stracili świnię, był ostatnim dniem ładnej pogody. Po nocy spędzonej w jakiejś stodole wyszli na poranek. Niebo miało kolor ołowianego dachu, a zimne uderzenia wiatru — siłę zacinającego deszczu. Rozwinęli zapakowane peleryny z grubej, spilśnionej tkaniny i włożyli je, zapinając ciasno pod szyją i głęboko naciągając kaptury, by uchronić twarze przed deszczem. Wyruszyli w ponurym nastroju, cztery posępne postacie jak duchy w nawałnicy, a ich drewniaki grzęzły w mlaskającej, rozmiękłej błotnistej ziemi.

Tom znowu rozmyślał o tym, jak też wygląda katedra w Salisbury. W zasadzie katedra to kościół, jak każdy inny, tyle że biskup miał tam swój tron i to stanowiło różnicę. A jednak kościoły katedralne rzadko okazywały się prostymi korytarzami zaopatrzonymi w okna, były natomiast największe, najbogatsze, najwspanialsze i najpiękniej zdobione. Większość składała się jakby z trzech tuneli: wielkiego i dwu mniejszych w kształcie głowy i ramion, tworzących nawę główną i dwie boczne. Ściany głównej nawy sprowadzały się do dwu ciągów filarów połączonych łukami tworzącymi arkady. Boczne nawy, gdzie odbywały się procesje — w kościołach katedralnych bardzo wystawne — mogły także być wykorzystywane do urządzania kapliczek poświęconych poszczególnym świętym. Dawało to możliwość ściągnięcia dodatkowych datków. Katedry to najkosztowniejsze budowle świata, są dużo droższe od zamków.

Do Salisbury było bliżej, niż się spodziewał. Wkrótce wspięli się na wzniesienie i zobaczyli drogę opadającą długim łagodnym łukiem. Wśród pól smaganych deszczem wyrastało niczym łódź na niwie warowne wzgórze miasta Salisbury. Choć widok przesłaniał welon deszczu, Tom zdołał dojrzeć kilka wież, cztery czy pięć, wznoszących się wysoko ponad murami grodu. Perspektywy roboty murarskiej rozradowały go ogromnie.

Zimny wiatr śmigał przez równinę, mroził twarze i ręce, kiedy szli traktem w stronę wschodniej bramy. U stóp wzgórza schodziły się cztery drogi, a między porozrzucanymi domostwami, wypchniętymi z ciasnego miasta, napotkali innych podróżnych. Z pochylonymi ramionami i opuszczonymi głowami zmagali się z wichurą, by jak najszybciej znaleźć schronienie wśród murów.

Pokonując pochyłość prowadzącą do bramy, szli obok wozu zaprzężonego w woły, załadowanego kamieniem — nader obiecujący widok dla murarza. Woźnica zgięty wpół wspomagał dwa woły, pchając ciężar, a i tak posuwali się w górę cal po calu. Tom dojrzał szansę pozyskania przyjaciela. Skinął na Alfreda i obaj podeszli do wozu i pomogli go pchać.

Ogromne drewniane koła zaturkotały na belkowym moście, łączącym brzegi głębokiej suchej fosy. Roboty ziemne były potężne. Wykopanie fosy i wyrzucenie urobku tak, by uformować wały obronne, wymagało pracy setek ludzi, pomyślał Tom. Znacznie większa robota niż przy kopaniu fundamentów pod katedrę. Most, po którym jechali, skrzypiał i trzeszczał pod ciężarem wozu i dwu potężnych zwierząt, które go ciągnęły.

Pochyłość się skończyła i wóz potoczył się dużo lżej, gdy docierali do bramy. Woźnica się wyprostował. Tom i Alfred uczynili to samo.

— Uprzejmie wam dziękuję — rzekł.

— Po co ten kamień? — zapytał Tom.

— Na nową katedrę.

— Nową? Słyszałem, że tylko powiększają starą?

— Tak mówili — skinął głową woźnica — dziesięć lat temu. Teraz jest więcej nowego niż starego.

To kolejna dobra wiadomość.

— A kto jest mistrzem budowniczym?

— John z Shaftesbury, chociaż biskup Roger także ma wiele wspólnego ze sporządzaniem planów.

Normalne. Biskupi rzadko pozwalali projektantom robić swoje. Jednym z problemów, z jakim mistrz budowniczy się stykał na co dzień, było studzenie rozpalonej wyobraźni duchownych i wyznaczanie praktycznych granic dla ich wybujałych fantazji. No, ale to John z Shaftesbury będzie tym, który przyjmuje ludzi do pracy.

Woźnica kiwnął głową w stronę kalety, w której Tom miał narzędzia.

— Murarz?

— Tak. Poszukujący pracy.

— Możesz ją znaleźć — powiedział woźnica obojętnie. — Jeśli nie przy katedrze, to może na zamku.

— A kto zarządza zamkiem?

— Także Roger. Jest jednocześnie biskupem i kasztelanem.

Zgadza się, pomyślał Tom. Słyszał przecież o potężnym Rogerze z Salisbury. Był blisko króla od tak dawna, że chyba od zawsze.

Przeszli przez bramę. Plac był przepełniony budynkami, ludźmi i zwierzętami. Wydawało się, iż za chwilę pękną otaczające go obwałowania i wszystko wpadnie do fosy. Drewniane domostwa tłoczyły się jedno przy drugim, rozpychając się jak gapie podczas wykonywania wyroku śmierci przez powieszenie. Najmniejszy nawet kawałek ziemi był do czegoś wykorzystany. Jeśli między dwoma domami pozostawał jakiś odstęp, to zabudowano go w połowie na mieszkanie, które nie miało nawet okien, bo drzwi zajmowały prawie cały front. Jeśli miejsca było za mało na pomieszczenie mieszkalne, to postawiono kram, gdzie sprzedawano piwo, chleb czy jabłka, a jeśli nawet na to było go za mało, przeznaczano je na stajnię, chlew czy beczkę wody albo robiono gnojowisko.

No i ten zgiełk. Nawet deszcz nie był w stanie przytłumić dźwięków dochodzących z warsztatów rzemieślniczych, okrzyków straganiarzy zachwalających swe towary, ludzi pozdrawiających się nawzajem, targujących czy kłócących, jak również głosów wydawanych przez zwierzęta.

— Co tak śmierdzi? — zapytała Martha.

— To zapach ludzi — uśmiechnął się Tom. Mała już dawno nie była w mieście.

Chociaż ulica okazała się niewiele szersza od zaprzęgu, woźnica nie zamierzał zatrzymywać zwierząt. Bał się, że nie zechcą ruszyć ponownie, a on nie zdoła ich zmusić. Pogonił je więc, nie patrząc na przeszkody, a woły ruszyły na oślep, spychając na bok rycerza na bojowym koniu, myśliwego z łukiem, tłustego mnicha na kucyku, dziewki czy gospodynie domowe.

Wóz mijał starego pasterza, który starał się utrzymać swe niewielkie stadko w kupie. To zapewne dzień targowy, uświadomił sobie Tom. W tym momencie jedna z owiec wpadła przez otwarte drzwi do piwiarni, a po chwili było tam już całe stadko. Becząc w popłochu, przewracały stoły, stołki i kufle.

Grunt pod stopami był morzem śmieci i błota. Tom spojrzał na dachy. Deszczowa woda zbierała się w rynnach i stamtąd ściekała do rynsztoka. Jego uwagę zwróciła szerokość kanału zbiorczego. Cały opad w tej części miasta spływał właśnie tą ulicą. W czasie potężnej ulewy trzeba chyba łódki, by dostać się na drugą stronę, pomyślał.

Kiedy zbliżyli się do zamku wzniesionego na szczycie wzgórza, ulice się poszerzyły. Stojące przy nich kamienne domy należały do rzemieślników i kupców, którzy swoje sklepy i składy towarów umieścili na parterze i w piwnicach, a sami mieszkali na piętrach. Spoglądając doświadczonym okiem na budynki, Tom stwierdził, że miasto rozwija się pomyślnie, sądząc przynajmniej po tym, czym handlowano. Każdy musiał mieć noże i garnki, ale tylko ci, którym dobrze się powodziło, kupowali haftowane szale, zdobione pasy i srebrne zapinki.

Przed zamkiem woźnica skierował zaprzęg w prawo, a Tom z rodziną podążyli za nim. Ulica wiodła łukiem u podnóża wałów zamkowych. Przeszedłszy przez następną bramę, zostawili za sobą miejski harmider, lecz dostali się w inny rodzaj zamieszania — gorączkowy, acz uporządkowany ruch wielkiego placu budowy.

Znajdowali się na otoczonym murami dziedzińcu katedralnym, zajmującym północno-zachodni kwartał miasta. Tom przystanął na chwilę, chłonąc ruch. Samo patrzenie, nasłuchiwanie i wąchanie przyprawiało go o wzruszenie. Właśnie odjeżdżały dwa opróżnione wozy. W dobudowanych wzdłuż ścian kościoła szopach murarze obrabiali bloki kamienia, by uzyskać cokoły, kolumny, trzony, przypory, łuki, okna, kapitele, parapety, progi… Pośrodku dziedzińca stała kuźnia. Przez otwarte drzwi widać było blask ognia. Brzęk młota o kowadło niósł się po dziedzińcu, oznajmiając, że kowal przygotowuje nowe narzędzia, które zastąpią zużyte. Dla większości ludzi wszystko to byłoby obrazem zupełnego chaosu, ale Tom dostrzegał w tym wielki, złożony mechanizm. Wiedział, co tu robi każdy człowiek, i potrafił ocenić, jak postępuje praca. Właśnie budowali część wschodnią.

Rusztowania, wysokie na dwadzieścia pięć do trzydziestu stóp, biegły wzdłuż wschodniej ściany kościoła. Murarze schronili się w kruchcie, by przeczekać deszcz, ale pomocnicy śpieszyli na górę, nosząc na barkach kamienie. Wyżej, na belkowaniu przyszłego dachu, krzątali się dekarze, którzy, niczym pająki, wspinali się po olbrzymiej drewnianej kratownicy, by mocować ołowiane płachty blach, instalować rury odpływowe i rynny.

Tom z żalem spostrzegł, że budynek jest już niemal na ukończeniu. Gdyby nawet przyjęto go do pracy, mógłby tu zatrzymać się najwyżej kilka lat, a to zbyt krótki okres, nie tylko na osiągnięcie pozycji mistrza budowniczego, ale nawet na zdobycie stanowiska mistrza murarzy. A jednak powinien postarać się o tę robotę, przyjąć, co mu dadzą, bo nadchodziła zima i stracili świnię.

Zatrzymali się na dziedzińcu do składu kamienia. Woły z wdzięcznością zanurzyły głowy w wodzie.

— Gdzie jest mistrz budowniczy? — zawołał woźnica do przechodzącego murarza.

— Na zamku! — odkrzyknął tamten.

Woźnica skinął głową i odwrócił się do Toma.

— Znajdziesz go u biskupa, jak sądzę.

— Dziękuję.

— Ja tobie również.

Tom opuścił dziedziniec, a Agnes i dzieci podążyły za nim. Znaną już sobie drogą szli zatłoczonymi wąskimi ulicami prowadzącymi na zamek. Tu także była sucha fosa i drugi wał ziemny otaczający wewnętrzne umocnienia. Przeszli przez zwodzony most. W strażnicy usytuowanej po jednej stronie bramy siedział na stołku przysadzisty mężczyzna w skórzanej tunice i patrzył na deszcz. Do pasa miał przytroczony miecz. Tom zwrócił się do niego:

— Dzień dobry! Nazywają mnie Tom Budowniczy. Chcę się widzieć z Johnem z Shaftesbury.

— Jest u biskupa — odrzekł strażnik obojętnie.

Weszli do środka. Podobnie jak w większości zamków, za obwałowaniami mieściła się zbieranina różnorodnych budynków. Naprzeciw bramy, wystając wysoko ponad wały, stała masywna twierdza, ostatnie umocnienie w razie ataku. Po lewej stronie tłoczyły się bezładnie niskie budynki, głównie drewniane: długie stajnie, kuchnia, piekarnia i kilka składów. Studnię wykopano na środku. Po prawej stronie twierdzy, od północy, stał obszerny kamienny zamek. Zbudowany w tym samym stylu co katedra, miał dwie kondygnacje, a także zaokrąglone ościeża drzwi i okien. Z pewnością był nowy — murarze wciąż jeszcze pracowali w jednym z jego rogów, najwidoczniej stawiając wieżę. Pomimo deszczu na dziedzińcu znajdowało się wielu ludzi, wchodzących i wychodzących, starających się jak najprędzej pokonać odległość między budynkami. Byli to zbrojni mężowie, księża, kupcy, robotnicy budowlani i zamkowi słudzy.

Tom dostrzegł kilka wejść, wszystkie otwarte mimo ulewy. Nie za bardzo się orientował, co robić dalej. Jeśli mistrz budowniczy przebywał z biskupem, to może nie należało mu przeszkadzać. Ale przecież biskup to nie król; Tom jest wolnym człowiekiem i murarzem z uprawnieniami do wykonywania zawodu, a nie jakimś uniżonym sługą przychodzącym na skargę. Postanowił być odważny. Nakazał czekać Agnes i Marcie, i wraz z Alfredem przeszedł błotnisty dziedziniec i wszedł w najbliższe drzwi.

Znaleźli się w małej kapliczce o sklepionym stropie i oknie nad ołtarzem. Przy wejściu siedział ksiądz za wysokim stolikiem i szybko coś pisał na welinie. Spojrzał na nich.

— Gdzie jest mistrz John? — żywo zapytał Tom.

— W zakrystii — odrzekł ksiądz, wskazując głową w stronę drzwi w bocznej ścianie.

Tom nie poprosił o spotkanie z mistrzem. Założył, że działając tak, jakby był oczekiwany, straci mniej czasu. Przeciął kapliczkę kilkoma dużymi krokami i wszedł do zakrystii.

Był to niewielki kwadratowy pokój oświetlony świecami. Prawie całą powierzchnię podłogi zajmowała płaska piaskownica. Drobny piasek był doskonale wyrównany przymiarem. W pokoju znajdowali się dwaj mężczyźni. Obaj przelotnie spojrzeli na Toma, po czym ponownie swą uwagę zwrócili ku piaskowi. Biskup, pomarszczony starzec o błyszczących czarnych oczach, zaostrzonym kijkiem rysował coś na piasku. Mistrz budowniczy w skórzanym fartuchu przyglądał się cierpliwie i nieco sceptycznie.

Tom czekał w milczeniu. Niepokoił się. Musi zrobić dobre wrażenie, powinien być uprzejmy, ale nie służalczy, musi wykazać się wiedzą i umiejętnościami, lecz nie może to wyglądać na samochwalstwo. Szef rzemieślników chce, by jego pracownicy byli posłuszni i przygotowani do zawodu, o tym Tom wiedział z własnego doświadczenia.

Biskup Roger szkicował dwukondygnacyjny budynek o dużych oknach z trzech stron. Kreślił proste linie i prawidłowe kąty. Narysował plan i rzut boczny budynku. Tom, przyjrzawszy się uważnie, pomyślał, że takiego budynku postawić nie można.

— Otóż i to — powiedział biskup, skończywszy.

— No i co? — spytał John, odwróciwszy się do Toma.

— Nie można zrobić takich wielkich okien w tej krypcie. — Tom udawał, że uwagę mistrza potraktował jako pytanie o swoją opinię.

— To nie krypta, lecz skryptorium. — Biskup spojrzał z irytacją.

— I tak się zawali.

— On ma rację — rzekł John. — Ale tam musi być światło, żeby można było przepisywać. — Wzruszył ramionami i zwrócił się do Toma: — Kim jesteś?

— Na imię mi Tom, jestem murarzem.

— Tego się domyśliłem. Co cię tu sprowadza?

— Poszukuję pracy. — Tom wstrzymał oddech.

— Nie mogę cię przyjąć. — John pokręcił głową.

Tomowi ścisnęło się serce. Miał ochotę odwrócić się na pięcie, ale poczekał na wyjaśnienie.

— Budujemy już od dziesięciu lat — ciągnął John. — Większość murarzy ma domy w mieście. Zbliżamy się do końca i teraz mam na placu więcej murarzy, niż naprawdę potrzebuję.

— A na zamku? — Tom wiedział, że to beznadziejne.

— Podobnie — odrzekł John. — Gdyby nie inne zamki biskupa Rogera, już bym zwalniał murarzy.

Tom skinął głową i obojętnym głosem, starając się, by nie zadźwięczała w nim rozpacz, powiedział:

— Czy słyszałeś o jakiejś pracy? Gdziekolwiek?

— W Shaftesbury na początku roku budowali coś w klasztorze. Może budują w dalszym ciągu. To o dzień drogi stąd.

— Dzięki. — Tom odwrócił się, by odejść.

— Przykro mi — zawołał za nim John. — Wydajesz się dobrym człowiekiem.

Tom wyszedł bez odpowiedzi. Był przybity. Za wcześnie pozwolił sobie na wybuch nadziei, bo w tym, że nie dostał pracy, nie było nic zaskakującego. Lecz rozochocił się na myśl o możliwości budowania katedry. Przecież mogło się zdarzyć, że będzie musiał pracować przy nudnej budowie wału miejskiego albo przy stawianiu brzydkiego domu dla złotnika. I to robiącego w srebrze.

Wyprostował ramiona i przeszedł przez dziedziniec zamkowy do Agnes i Marthy. Nigdy nie okazywał żonie swego rozczarowania. Starał się zawsze robić wrażenie panującego nad sytuacją, a to, że tutaj nie ma dla niego pracy, to nic, bo pewne jest, że w następnym mieście znajdzie zajęcie, a jak nie, to znajdzie je w kolejnym. Wiedział, że jeśli ujawni poczucie klęski, to Agnes zacznie nalegać na osiedlenie się w najbliższym możliwym miejscu, a to mu się nie uśmiechało, chyba że chciałaby się osiedlić w mieście, w którym miałby do zbudowania katedrę.

— Dla mnie nic tutaj nie ma — powiedział do Agnes. — Ruszajmy.

— Nie uważasz, że tam, gdzie jest w budowie katedra oraz zamek, powinno być miejsce dla murarza? — Była przygnębiona, prawie załamana.

— Oba budynki są już prawie na ukończeniu. Mają więcej ludzi, niż im potrzeba.

Rodzina przeszła przez zwodzony most, wtapiając się ponownie w uliczny tłok miasta. Weszli do Salisbury przez bramę wschodnią, powinni zaś wyjść przez zachodnią, bo tamtędy prowadziła droga do Shaftesbury. Tom skręcił w prawo, w nieznaną im część miasta.

Zatrzymał się przed kamiennym domem, gwałtownie domagającym się reperacji. Zaprawa, jakiej użyto do jego budowy, była za słaba i budynek kruszał i chylił się ku upadkowi. Zamróz wsączył się w szczeliny, powodując pękanie kamieni. Pozostawienie domu w takim stanie przez następną zimę spowodowałoby jeszcze gorsze szkody. Postanowił powiedzieć o tym właścicielowi.

Parterowe wejście tworzył szeroki łuk. Za wrotami z drewna znajdował się przedsionek, w którym siedział rzemieślnik trzymający w prawej ręce młotek, a w lewej przecinak. Rzeźbił wzór na drewnianym siodle. Tom zauważył na zapleczu zapasy drewna i skóry. Chłopiec z miotłą sprzątał ścinki.

— Dzień dobry, mistrzu rymarzu.

Siodlarz popatrzył na Toma i pojął, że należy on do tego rodzaju ludzi, którzy, gdy im będzie to potrzebne, zrobią sobie siodło własnymi rękoma. Powitał go krótkim skinieniem.

— Jestem budowniczym — przedstawił się Tom. — Widzę, że potrzebujecie moich usług.

— Dlaczegóż to?

— Kruszy się wasza zaprawa, a kamienie pękają i dom może nie wytrzymać najbliższej zimy.

— W tym mieście jest wielu murarzy — siodlarz potrząsnął głową. — Czemu miałbym zatrudniać obcego?

— Bardzo słusznie. Bóg z wami.

— Mam nadzieję — odrzekł siodlarz.

— Gbur — mruknęła Agnes do Toma, gdy odchodzili.

Ulica zaprowadziła ich na plac targowy, gdzie na półakrowym morzu błota chłopi z okolicznych wsi wymieniali niewielkie nadwyżki mięsa, ziarna, mleka i jajek na rzeczy, których nie mogli sami zrobić, głównie garnki, lemiesze, sznury i sól. Targi były zazwyczaj kolorowe i hałaśliwe; udawano rywalizację między kramarzami i przylegającymi kramami, sprzedawano tanio ciasteczka dla dzieci. Czasami minstrel albo grupa linoskoczków pokazywali swoje umiejętności. Przewijało się tam mnóstwo wymalowanych wyzywająco ulicznic, a niekiedy żołnierz kaleka opowiadał historie o wschodnich pustyniach i hordach Saracenów. Ci, którzy dobili dobrego targu, często nie mogli się oprzeć pokusie świętowania z powodu zrobienia dobrego interesu i wydawali zarobione pensy na mocne piwo. Dlatego zawsze około południa panował tu hałaśliwy i trochę awanturniczy nastrój. Inni tracili pensy podczas gry w kości, a to często kończyło się bójkami. Teraz jednak, gdy tegoroczne zbiory zostały już sprzedane albo złożone w spichrzach, a poranek był wilgotny, targ sprawiał wrażenie przytłumionego. Ociekający deszczem chłopi załatwiali szybko swoje sprawy z trzęsącymi się z zimna kramarzami, a każdy patrzył tylko, by jak najszybciej pójść do domu i zasiąść przy płonącym palenisku.

Tom z rodziną przepychali się przez tłum, nie zwracając najmniejszej uwagi na sprzedawcę kiełbasek i ostrzyciela noży, którzy bez przekonania zachwalali swój towar. Prawie dotarli do przeciwległego końca placu, gdy Tom spostrzegł swoją świnię.

Zaskoczyło go to tak bardzo, że w pierwszej chwili nie chciał wierzyć własnym oczom. I właśnie wtedy Agnes zawołała:

— Tom! Popatrz! — Wiedział już, że ona też ją poznała.

Nie było wątpliwości. Znał swoją świnię, równie dobrze jak Alfreda i Marthę. Teraz trzymał ją mocno rumiany i zażywny mężczyzna, ktoś, kto zjada tyle mięsa, ile mu trzeba, a często i więcej; niewątpliwie rzeźnik. Oboje, Tom i Agnes, stali i wpatrywali się w niego, a kiedy zastąpili mu drogę, nie mógł już ich nie zauważyć.

— No? — spytał, zdezorientowany ich spojrzeniami, pragnąc oddalić się w swoją stronę.

Martha odezwała się pierwsza.

— To nasza świnia!

— Zgadza się — rzekł Tom, spokojnie patrząc na rzeźnika.

Przez moment na twarzy mężczyzny pojawiło się ukradkowe spojrzenie. Tom zdołał je dostrzec i zrozumiał, że rzeźnik też zdaje sobie sprawę z tego, że świnia była kradziona. Mimo to powiedział:

— Właśnie zapłaciłem za nią pięćdziesiąt pensów, jest moja!

— Nieważne, komu dałeś te pieniądze, ta świnia nie była na sprzedaż. Bez wątpienia właśnie dlatego dostałeś ją tak tanio. Od kogo ją kupiłeś?

— Od chłopa.

— Znałeś go?

— Nie. Jestem rzeźnikiem grodowej załogi. Nie mogę żądać od każdego chłopa, który mi sprzedaje świnię albo krowę, by mi sprowadził tuzin świadków potwierdzających, że to jego zwierzę.

Odwrócił się, jakby chciał odejść, ale Tom złapał go za ramię i zatrzymał. Przez chwilę rzeźnik wyglądał na zagniewanego, lecz uświadomił sobie, że jeśli wda się w szarpaninę, to upuści świnię, a jeżeli ktoś z Toma rodziny ją pochwyci, to jego pozycja osłabnie i on sam stanie przed koniecznością udowodnienia, że świnia jest jego. Pohamował się więc i powiedział:

— Jak chcecie złożyć skargę, idźcie do szeryfa.

Tom szybko odrzucił pomysł. Nie miał żadnego dowodu. Zapytał więc:

— Jak wyglądał ten człowiek? Ten, który sprzedał ci moją świnię.

Rzeźnik odpowiedział przebiegle:

— Jak każdy.

— Czy zasłaniał usta?

— Teraz, jak o tym myślę, to wydaje mi się, że tak.

— To był banita, ukrywał okaleczenie — rzekł Tom z goryczą. — Przypuszczam, że o tym nie pomyślałeś.

— Przecież leje jak z cebra — zaprotestował rzeźnik. — Każdy się osłania jak może!

— No to powiedz mi, jak dawno temu z nim się rozstałeś.

— Przed chwilą.

— A gdzie poszedł?

— Myślę, że do piwiarni.

— Wydać moje pieniądze — powiedział oburzony Tom. — Dobra, idź już sobie. Może któregoś dnia i ciebie ktoś obrabuje, a wtedy zapragniesz, by nie było tak wielu pełnych zapału kupców do dobicia targu bez zadawania pytań.

Rzeźnik wyglądał na rozzłoszczonego, zawahał się, jakby chciał jakoś odparować, ale zastanowił się i po chwili umknął.

— Czemu go puściłeś? — spytała Agnes.

— Bo jego tu znają, a mnie nie. Jeślibym zaczął się z nim bić, to ja zostałbym obwiniony, a nie on. Świnia nie ma na tyłku wypisanego mego imienia, więc nikt nie może potwierdzić, czy jest moja.

— Ale nasze wszystkie oszczędności…

— Jeszcze możemy odzyskać pieniądze za świnię. Zamknij się i pozwól mi myśleć. — Starcie z rzeźnikiem zeźliło Toma, a ostre odezwanie się do Agnes przyniosło pewną ulgę. — Gdzieś w tym mieście jest człowiek bez warg, z pięćdziesięcioma srebrnymi pensami w kieszeni. Musimy go znaleźć i odebrać mu pieniądze.

— Racja — rzekła stanowczo Agnes.

— Ty wrócisz drogą, którą tu przyszliśmy. Na dziedzińcu katedry na mnie zaczekasz. Ja dojdę do świątyni inną drogą. Potem wrócimy tutaj jeszcze inną uliczką i ponownie przepatrzymy teren. Jeśli go nie ma na zewnątrz, jest w piwiarni. Jak go gdzieś zobaczysz, to pozostań tam, a Marthę przyślij po mnie. Ja pójdę z Alfredem. Postaraj się, żeby banita cię nie spostrzegł.

— Nie bój się — ponuro powiedziała Agnes. — Potrzebuję tych pieniędzy, by wykarmić dzieci.

Tom dotknął jej ramienia.

— Jesteś lwicą, Agnes.

Popatrzyła mu w oczy przez chwilę, potem niespodziewanie stanęła na palcach i pocałowała go w usta, krótko, lecz mocno. Odwróciła się i, ciągnąc za sobą Marthę, ruszyła przez targowisko. Tom zaniepokojony jej odwagą patrzył za nią, póki nie znalazła się poza zasięgiem jego wzroku, i ruszył w przeciwną stronę, zabierając Alfreda.

Złodziej zapewne myślał, że jest zupełnie bezpieczny. To oczywiste, bo kiedy kradł świnię, Tom zmierzał do Winchesteru. Udał się więc w kierunku przeciwnym, do Salisbury, by tam świnię sprzedać. Gdy banitka Ellen powiedziała o przebudowie katedry w Salisbury i Tom zmienił plany, przypadkiem natknął się na złodzieja, który nie przypuszczał, że kiedykolwiek w życiu jeszcze się spotkają.

Tom szedł powoli grząskimi ulicami, obojętnie przyglądając się drzwiom budynków. Pragnął prezentować się skromnie i przyzwoicie, epizod bowiem mógł skończyć się użyciem siły. Nie chciał więc, by mieszkańcy zapamiętali wysokiego murarza przeszukującego miasto. Większość domów stanowiły proste szopy z drewna, gliny i trzciny, ze słomą na podłodze, paleniskiem pośrodku i kilkoma meblami własnej roboty. Beczka i parę stołów tworzyły piwiarnię, łóżko w kącie za zasłoną było miejscem dziwki, zgiełkliwy tłumek przy pojedynczym stole wskazywał na grę w kości.

Kobieta o czerwono pomalowanych ustach obnażyła przed Tomem piersi, lecz on potrząsnął głową i pośpiesznie ją minął. Sekretnie myślał, jak by to było z zupełnie obcą kobietą, i do tego za pieniądze, ale przez całe życie nawet nie spróbował.

Znów przypomniał sobie Ellen. Coś go w niej pociągało. Wyglądała przyjemnie, lecz te głęboko osadzone, intensywnie patrzące oczy onieśmielały. Zapraszający gest dziwki na chwilę rozstroił Toma. Urok Ellen jeszcze z niego nie wyparował, więc nagle zapragnął wrócić biegiem do lasu, znaleźć ją i lec na niej.

Doszedł do klasztornego dziedzińca, nie dostrzegłszy banity. Popatrzył na dekarzy pokrywających ołowianą blachą drewnianą konstrukcję trójkątnego dachu nad główną nawą. Jeszcze nie zaczęli kryć dachów nad nawami bocznymi i można było oglądać półłuki łączące ścianę zewnętrzną budowli ze ścianą nawy głównej. Pokazał je Alfredowi.

— Bez tych podpór ściana nawy odchyliłaby się na zewnątrz i wykrzywiła, a to z powodu ciężaru kamiennych sklepień wewnątrz — tłumaczył. — Widzisz, jak w nawach bocznych półłuki i przypory ścian łączą się w szereg? Identyczny szereg tworzą arkady wewnątrz nawy. Kształt okien zaś jest taki sam jak łuki arkad. Silne równa się z silnym, a słabe ze słabym.

Alfred wyglądał na zaskoczonego i dotkniętego. Tom westchnął. Wtedy ujrzał Agnes nadchodzącą z przeciwnej strony, skierował więc myśli ku zasadniczemu problemowi. Kaptur zasłaniał jej twarz, ale rozpoznał ją po chodzie — szła z podaną do przodu głową, pewnym krokiem. Pracujący mężczyźni o szerokich barkach odstępowali o krok, by zrobić dla niej przejście. Pomyślał z zawziętością, że jeśliby Agnes natknęła się na złodzieja i wywiązała się walka, to szanse byłyby całkiem wyrównane.

— Widziałeś go?

— Nie. Ty oczywiście też nie. — Tom miał nadzieję, że złodziej nie zdążył jeszcze opuścić miasta. Bez wydania przynajmniej części pieniędzy z całą pewnością nie powinien tego uczynić. W lesie z nich niewiele pożytku.

— On gdzieś tutaj jest. Szukajmy dalej. — Agnes myślała podobnie.

— Wróćmy innymi ulicami i spotkajmy się na targowisku.

Tom i Alfred ponownie przeszli przez dziedziniec i wyszli bramą. Deszcz przemoczył im odzież i Tom poczuł przelotną chęć na garniec piwa i michę rosołu przy ogniu w piwiarni. Potem pomyślał, jak ciężko pracowali na tę świnię, przed oczyma ujrzał obraz człowieka bez warg, walącego pałą w głowę Marthy, w małą niewinną główkę. Rozgorzał w nim gniew, który sprawił, że zrobiło mu się cieplej.

Poszukiwania były utrudnione ze względu na gmatwaninę ulic. Wędrowali tu i tam, natykali się na ostre zakręty i ślepe zaułki. Jedyną prostą ulicą była ta od bramy wschodniej do zwodzonego mostu wiodącego na zamek. Przedtem Tom trzymał się blisko murów, teraz sprawdzał przyległości, chodząc tam i z powrotem. Znajdujące się tu domostwa były biedniejsze, większość chyliła się ku upadkowi, piwiarnie bardziej hałaśliwe, a dziwki starsze. Przedmieście leżało niżej niż centrum, więc odpadki z bogatszej części spływały ulicami i zbierały się pod murami. W kwartałach ulicznych mieszkało dużo więcej kalek i żebraków, głodnych dzieci, posiniaczonych kobiet i bezradnych pijaków.

Człowieka bez warg nigdzie nie było widać.

Dwukrotnie Tom wypatrzył mężczyznę o podobnej posturze, ale przyjrzawszy się bliżej, przekonywał się, że ma normalną twarz.

Poszukiwania zakończył na targowisku, gdzie oczekiwała już Agnes. Była spięta, a jej oczy lśniły.

— Znalazłam go.

— Gdzie? — Toma ogarnęło podniecenie zmieszane z niepokojem.

— Wszedł do jadłodajni, niedaleko wschodniej bramy.

— Prowadź mnie tam.

Obeszli zamek i od mostu zwodzonego ruszyli ulicą do bramy wschodniej, a potem skręcili w plątaninę uliczek w pobliżu murów. Jadłodajnię dostrzegł w chwilę później. To nawet nie był dom, po prostu spadzisty dach wsparty na czterech słupach, przylegający do muru. W głębi znajdowało się palenisko, nad którym obracał się na rożnie baran, a obok bulgotał kocioł. Było południe, więc siedziało tam dużo ludzi, głównie mężczyzn. Zapach mięsa wywołał u Toma burczenie w brzuchu. Przeczesał wzrokiem tłumek, obawiając się, że w ciągu krótkiego czasu, nim tu dotarli, banita mógł sobie pójść, ale dostrzegł go niemal natychmiast. Siedział na stołku trochę z boku, jadł z miski łyżką jakąś gotowaną potrawę, zasłaniając twarz szalem, by ukryć usta.

Tom odwrócił się szybko. Teraz musiał zdecydować, co począć dalej. Był dostatecznie wściekły, żeby walnąć banitą o ziemię i zabrać mu sakiewkę. Tłum jednak nie pozwoliłby mu odejść. Musiałby się tłumaczyć, nie wobec zebranych, ale przed szeryfem. Miał prawo to zrobić, a fakt, że złodziej jest banitą, oznaczał, że nie mógłby powołać nikogo na świadka swej uczciwości, podczas gdy Tom był człowiekiem godnym szacunku i murarzem. Wszelako ustalenie tego wszystkiego wymagałoby dużo czasu, być może ciągnęłoby się tygodniami, gdyby się okazało, że szeryf wyjechał do innej części hrabstwa; poza tym mogłoby paść oskarżenie o pogwałcenie prawa królewskiego, gdyby doszło do bójki.

Nie. Mądrzej będzie rozprawić się ze złodziejem bez świadków.

Ten człowiek nie może zostać w mieście na noc, bo nie ma domu, a nie dostanie noclegu bez okazania, że jest uczciwym człowiekiem. Dlatego będzie musiał opuścić miasto, zanim zamkną bramy przed zmrokiem.

A bramy były tylko dwie.

— Prawdopodobnie wróci tą drogą, którą my przyszliśmy — powiedział Tom do Agnes. — Zaczekam na zewnątrz wschodniej bramy. Alfred niech pilnuje zachodniej. Ty zostań w mieście i obserwuj. Dobrze pilnuj, by banita nie zauważył Marthy. Gdybyś chciała przekazać nam jakąś wiadomość, wyślij dziewczynkę.

— W porządku — rzekła krótko.

— Co ja mam zrobić, gdyby się okazało, że wychodzi zachodnią bramą? — spytał podekscytowany Alfred.

— Nic — odrzekł Tom stanowczo. — Popatrz, którą wybiera drogę, potem razem go dogonimy. — Alfred wyglądał na rozczarowanego, więc Tom dodał: — Zrobisz, jak ci mówię. Nie chcę stracić syna, tak jak straciłem świnię.

Alfred niechętnie kiwnął głową.

— No to rozdzielmy się, zanim zobaczy nas razem. W drogę.

Tom odszedł natychmiast, nie obejrzawszy się nawet. Na Agnes mógł polegać, że podporządkuje się jego planowi. Pośpieszył do bramy wschodniej i opuścił miasto, przechodząc po klekoczącym moście. Prosto przed nim, jak strzelił, biegła droga do Winchesteru, na wschód. Wyglądała jak długi dywanik rozwinięty na wzgórzach i dolinach. Na lewo prowadziła droga zwana Portway, którą Tom — i prawdopodobnie także banita — przybył do Salisbury. Złodziej prawie na pewno skieruje się właśnie tędy.

Tom zszedł ze wzgórza, mijając zabudowania na skrzyżowaniu traktów, potem skręcił w Portway. Potrzebna mu była kryjówka. Maszerował wzdłuż drogi, szukając odpowiedniego miejsca, lecz uszedł ze dwieście jardów i nie znalazł nic odpowiedniego. Obejrzawszy się, stwierdził, że jest za daleko: nie mógł rozróżnić twarzy ludzi na rozdrożu, nie potrafiłby więc dostrzec, czy człowiek bez warg już opuścił miasto i czy nie skierował się do Winchesteru. Jeszcze raz przyjrzał się krajobrazowi. Wzdłuż drogi biegły rowy, w których można by się ukryć, gdyby było sucho, ale teraz wypełniała je wartko płynąca woda. Za każdym z rowów był nasyp. Na polu od południowej strony drogi pasło się na rżysku kilka krów. Zauważył, że jedna z nich położyła się na miedzy. Częściowo zakrywał ją nasyp, więc można było jej nie zauważyć. Tom westchnął, potem ruszył z powrotem, przeskoczył przez rów i kopnął krowę. Wstała i poszła sobie. Położył się na suchym, wygrzanym miejscu. Naciągnął kaptur i usadowił się do czekania żałując, iż nie pomyślał, by wziąć ze sobą trochę chleba.

Był niespokojny i odczuwał lekki strach. Banita był od niego niższy, ale ruszał się szybko i zwinnie. Tom nieco obawiał się, że może narazić się na szwank, bardziej jednak martwiło go, że mógłby nie odzyskać pieniędzy.

Miał nadzieję, że Marcie i Agnes nic nie zagraża. Agnes potrafiła się o siebie zatroszczyć, o tym wiedział, a jeśli nawet banita ją rozpozna, to co? Najwyżej będzie bardziej czujny.

Ze swego stanowiska Tom mógł widzieć wieże katedry. Chciałby na chwilę móc zajrzeć do środka. Ciekawił go sposób zamocowania trzonów arkad. Zwykle stanowiły je grube filary, a z ich szczytów wychodziły łuki: na północ i na południe po jednym, łączącym filary sąsiednie, i jeden łuk na zachód lub na wschód, w poprzek nawy bocznej. Dawało to brzydki efekt, bo w łuku strzelającym ze szczytu okrągłej kolumny coś było nie tak. Gdyby Tom budował, to każdy filar byłby zestawem trzonów, z których wyrastałyby łuki. Układ logiczny i piękny.

Zaczął wyobrażać sobie zdobienia łuków. Najprostsze były formy geometryczne. Wykonanie zygzaków i rombów nie wymagało specjalnych umiejętności. Tom jednak wolał liścianki, użyczające twardemu kamieniowi miękkości natury.

Wyimaginowana katedra zajmowała mu myśli prawie przez całe popołudnie aż do chwili, gdy spostrzegł niewielką sylwetkę i blond główkę Marthy przebiegającej w podskokach po moście i między domami na rozstajach. Na skrzyżowaniu zawahała się, po czym skierowała się we właściwą stronę. Tom przyglądał się, jak idzie w jego kierunku, widział, jak się marszczy i zastanawia, gdzie też może być tata.

— Martho! — zawołał stłumionym głosem, kiedy go mijała.

Pisnęła cichutko, potem go zauważyła i podbiegła, przeskakując rów.

— Mama ci to przysyła — wyjęła coś spod peleryny.

Był to gorący pasztecik.

— Na Boga, twoja matka jest dobrą kobietą! — zawołał Tom i ugryzł duży kęs. Pasztecik z wołowiny z cebulą smakował niebiańsko.

Martha skuliła się na trawie obok Toma.

— Powiem ci, co się działo z człowiekiem, który ukradł nam świnię. — Zadarła głowę i skupiła się na tym, co kazano jej powiedzieć. Wyglądała tak słodko, że Tomowi aż zapierało dech w piersiach. — Wyszedł z jadłodajni i spotkał panią, co miała wymalowaną twarz, i poszedł do niej do domu. My czekałyśmy na zewnątrz.

A banita tracił nasze pieniądze na dziwkę, pomyślał Tom.

— Mów dalej — nakazał.

— W domu tej pani nie siedział długo, a kiedy wyszedł, to udał się do piwiarni. Jest tam teraz. Nie pije dużo, ale gra w kości.

— Mam nadzieję, że wygrywa — ponuro mruknął Tom. — To wszystko?

— To wszystko.

— Jesteś głodna?

— Zjadłam słodką bułeczkę z rodzynkami.

— Powiedziałaś już Alfredowi?

— Jeszcze nie. Teraz mam do niego iść.

— Powiedz mu, żeby się starał trzymać sucho.

— Starać się trzymać sucho1 — powtórzyła. — Mam mu to powiedzieć przed czy po tym, jak będę mówić o złodzieju?

To nie miało oczywiście znaczenia.

— Po — rzekł Tom, bo Martha potrzebowała jednoznacznej odpowiedzi. Uśmiechnął się do niej. — Jesteś mądrą dziewczynką. Idź już.

— Podoba mi się ta zabawa — powiedziała.

Gdy odchodziła, pomachał jej ręką. Dziewczęce nóżki zamigotały, kiedy przeskakiwała zgrabnie rów i pobiegła z powrotem do miasta. Tom z miłością patrzył na córkę, a w jego sercu wrzał gniew. On i Agnes tak ciężko pracowali na wyżywienie dzieci. Teraz był gotów zabić, by odzyskać pieniądze, które im ukradziono.

Banita także może zabić. Banici to ludzie wyjęci spod prawa, prowadzili życie wolne od jego ograniczeń. Bardzo możliwe, że dla Faramonda Otwartogębego nie będzie to pierwsze spotkanie z własną ofiarą. Z pewnością to człowiek niebezpieczny.

Światło dnia przygasło niespodziewanie wcześnie, jak to się często dzieje w wilgotne jesienne popołudnia. Tom zaczynał się martwić, czy w deszczu zdoła rozpoznać złodzieja. W miarę jak zbliżała się noc, ruch na trakcie słabł, większość bowiem przybyłych do miasta ludzi wychodziła wcześniej, by przed zmrokiem znaleźć się w swych rodzinnych wioskach. W wysokich miejskich domach, a także w szopach podmiejskich zapalały się światła świec i latarni. Tom pełen złych przeczuć zastanawiał się, czy złodziej nie zostanie jednak w mieście na noc. Może mieć tu znajomych przestępców, a oni, nawet wiedząc, że jest banitą, mogą go przez noc przechować. Chyba że…

Zobaczył mężczyznę w szaliku osłaniającym twarz.

Szedł przez drewniany most, parę kroków za dwoma innymi mężczyznami. Tomowi wydało się nagle, że są to pomocnicy złodzieja — łysy i człowiek w zielonym kapeluszu. Mogli przecież przyjść razem z nim do Salisbury. Co prawda w mieście Tom żadnego z nich nie widział, ale przecież mogli się rozdzielić i spotkać dopiero przed wyjściem. Zaklął pod nosem. Nie sądził, by udało mu się pokonać trzech mężczyzn naraz. Im bliżej jednak podchodzili, tym bardziej grupa się rozdzielała i z ulgą dostrzegł, że nie byli razem.

Idący z przodu, prawdopodobnie ojciec z synem, byli chłopami o ciemnych, głęboko osadzonych oczach i haczykowatych nosach. Skierowali się w Portway, a człowiek z szalikiem za nimi.

Tom obserwował złodzieja. Wydawał się trzeźwy. Szkoda.

Spoglądając za siebie, w stronę miasta, dostrzegł kobietę i dziewczynkę, wyłaniające się na moście. Agnes i Martha. Przestraszył się. Nie przewidział obecności kobiet podczas spotkania oko w oko ze złodziejem. Skądinąd uświadomił sobie, iż nie polecił im, by się nie pojawiały.

Zebrał się w sobie, gdy mężczyźni zbliżali się do niego. Tom był mocno zbudowany. Zazwyczaj podczas jakichś starć z nim przeciwnicy się poddawali, ale banici to desperaci i nie dawało się przewidzieć, co się może zdarzyć w trakcie walki.

Obaj chłopi przeszli, dosyć rozbawieni, mówili o koniach. Tom wyjął młot zza pasa i ścisnął go w prawej ręce. Nienawidził złodziei, bo nie pracowali, lecz zabierali chleb porządnym ludziom. Nie powinien mieć skrupułów, kiedy uderzy młotem tego tam.

Miał wrażenie, że złodziej zwalnia, jakby przeczuwał niebezpieczeństwo. Tom zaczekał, dopóki nie podejdzie na cztery, pięć jardów — za blisko, by mógł uciec, za daleko, by przyśpieszyć i minąć. Przetoczył się przez nasyp, skoczył przez rów i stanął mu na drodze.

Mężczyzna zamarł.

— Czego? — spytał nerwowo.

Tom pomyślał, że nie został rozpoznany.

— Wczoraj ukradłeś mi świnię i sprzedałeś ją dzisiaj rzeźnikowi.

— Ja nigdy…

— Nie zaprzeczaj. Po prostu oddaj mi pieniądze, które za nią dostałeś, a nie zrobię ci nic złego.

Przez chwilę wydawało mu się, że złodziej właśnie tak postąpi. Tom wyczuwał jego wahanie i rozczarowanie. Nagle złodziej obrócił się na pięcie i ruszył… prosto na Agnes.

Nie rozpędził się dostatecznie, by ją przewrócić — trzeba było wiele, by tego dokonać — i oboje przepychali się, przez chwilę trwając w niezgrabnym tańcu. Złodziej zauważył, że celowo zagradza mu drogę, i odepchnął ją. Wystawiła nogę, kiedy chciał ją minąć; jej stopa trafiła między jego kolana i przewrócili się oboje.

Tom pędził do nich z sercem w gardle. Złodziej podnosił się, opierając kolano o plecy Agnes. Tom złapał go za kołnierz i poderwał do góry. Zaciągnął na skraj traktu i zanim zaatakowany odzyskał równowagę, wrzucił go do rowu.

Agnes wstała. Martha podbiegła do niej.

— W porządku? — spytał szybko Tom.

— Tak.

Dwaj chłopi przystanęli i odwróciwszy się, obserwowali rozgrywającą się scenę. Złodziej klęczał w rowie.

— To banita! — krzyknęła do nich Agnes, aby zniechęcić ich do ewentualnego mieszania się. — Ukradł naszą świnię.

Chłopi nie odpowiedzieli, dalej patrzyli, czekając, co będzie się działo.

— Daj mi moje pieniądze i idź sobie — przemówił Tom do złodzieja.

Mężczyzna wylazł z rowu z nożem w ręku. Jak szczur rzucił się Tomowi do gardła. Agnes krzyknęła. Tom zrobił unik. Nóż musnął jego twarz i poczuł pieczenie wzdłuż szczęki.

Odstąpił o krok i, kiedy nóż błysnął ponownie, machnął młotem. Złodziej odskoczył. I nóż, i młot przecięły wilgotne powietrze, nie dosięgając celu.

Przez chwilę obaj mężczyźni stali nieruchomo naprzeciw siebie, oddychając ciężko. Toma palił policzek. Uświadomił sobie, że teraz szanse się wyrównały, bo jakkolwiek Tom był większy, to złodziej miał nóż, a to była bardziej śmiercionośna broń niż młot murarza. Tom poczuł zimny uścisk lęku na myśl o tym, że minął się ze śmiercią o włos. Nagle zaparło mu oddech.

Kątem oka pochwycił nagły ruch. Złodziej też to spostrzegł i rzucił okiem na Agnes, po czym pochylił głowę, by uniknąć ciśniętego przez nią kamienia.

Tom zareagował z szybkością człowieka walczącego o życie. Machnął młotem w chwili, gdy złodziej podnosił głowę. Żelazny obuch uderzył w czoło u nasady włosów. Cios był zbyt pośpieszny i Tom nie użył całej swojej siły. Złodziej się zachwiał, ale nie upadł.

Tom zamachnął się po raz drugi.

To uderzenie było lepiej wymierzone. Tom miał czas, by staranniej wycelować, kiedy oszołomiony złodziej próbował się otrząsnąć. Opuszczając młot, pomyślał o Marcie. Rąbnął z całej siły i przeciwnik padł na ziemię.

Tom był zbyt napięty, by odczuć jakąś ulgę. Ukląkł przy złodzieju, przeszukiwał go.

— Gdzie sakiewka? Gdzie, do diabła, jest jego sakiewka?

Bezwładne ciało niełatwo dawało się przekręcić. Wreszcie położył je płasko na plecach i rozsunął opończę. Wielka skórzana sakwa była przytroczona do pasa. Rozwiązał ją. Wewnątrz znalazł miękki wełniany mieszek ściągnięty sznurkiem. Wyszarpnął go. Był lekki.

— Pusty! Musi mieć jakiś inny.

Wyciągnął opończę spod ciała mężczyzny i uważnie ją obmacał. Nigdzie żadnych ukrytych kieszeni, żadnych twardych miejsc. Ściągnął buty. Puste. Wyciągnął swój nożyk i przeciął podeszwy… nic.

Wsadził niecierpliwie nożyk pod tunikę złodzieja i rozciął ją od szyi aż do dołu. Nie było żadnego ukrytego pasa.

Złodziej leżał na środku błotnistej drogi, nie mając na sobie nic oprócz pończoch. Obaj chłopi patrzyli na Toma, jakby zwariował. Rozwścieczony rzekł do Agnes:

— On nie ma żadnych pieniędzy!

— Musiał przegrać wszystko w kości — odparła gorzko.

— Mam nadzieję, że pójdzie za to do piekła! — zawołał Tom.

Agnes uklękła i przez chwilę obserwowała złodzieja.

— Właśnie tam jest. Zabiłeś go.

IV

Zaczęli głodować przed Bożym Narodzeniem.

Zima nadeszła wcześnie, twarda i nieustępliwa jak dłuto kamieniarza. Kiedy zaczął brać pierwszy przymrozek, jabłka nie opadły jeszcze z drzew. Ludzie mówili, że to mroźny klaps, że taki chłód długo nie potrwa, lecz tak się nie stało. Wieśniacy, którzy opóźnili trochę jesienne orki, łamali teraz lemiesze na skamieniałej nagle ziemi. Chłopi śpieszyli ze świniobiciami i solili mięso na zimę, a panowie rozpoczęli rzeź swych trzód, bo zimowa pasza nie mogła wykarmić tej samej liczby zwierząt co letnia. Niekończące się podmuchy wiatru wysuszyły trawy, więc wiele zwierząt padłoby i tak. Wilki szalały z głodu, zakradały się o zmierzchu do wiosek i porywały wychudłe kurczęta i osłabłe dzieci.

Na placach budów w całym kraju, jak tylko pokazał się pierwszy zamróz, mury wzniesione latem czym prędzej pokrywano słomą i nawozem, aby ochronić je przed większym mrozem, zaprawa bowiem nie wszędzie zdążyła dokładnie wyschnąć, a gdyby woda użyta do zaprawy zamarzła, zaczęłoby się pękanie. Aż do wiosny nie mogły być prowadzone żadne prace z użyciem zaprawy. Niektórzy murarze, wynajęci tylko na lato, wrócili do swych rodzinnych wiosek, gdzie znano raczej mistrzów niż zwykłych murarzy, i zimą robili pługi lub sochy, siodła czy uprzęże, wozy, szopy, drzwi i w ogóle wszystko, co wymaga ręki doświadczonej w używaniu młota, dłuta i piły. Inni murarze pracowali w szopach na swych budowach, gdzie przycinali kamienie w skomplikowane kształty, wykorzystując każdy promyk dziennego światła.

Tom i jego rodzina wędrowali z Salisbury do Shaftesbury. Potem odwiedzili: Sherborne, Wells, Bath, Bristol, Gloucester, Oksford, Wallingford i Windsor. Wszędzie płonęły ognie wewnątrz szop, gdzie trwały prace, a dziedzińce kościelne i zamkowe rozbrzmiewały pieśnią żelaza i kamienia. Mistrzowie budowniczy z wielkim kunsztem rzeźbili wzory na łukach i sklepieniach dzięki swym wprawnym dłoniom okrytym rękawicami bez palców. Niektórzy z nich bywali niecierpliwi, szorstcy czy nieuprzejmi, inni spoglądali na Toma ze smutkiem, widząc jego chude dzieciaki i ciężarną żonę, rozmawiali z nimi uprzejmie i okazywali współczucie, wszyscy jednak powtarzali to samo: „Nie, nie ma dla ciebie tutaj pracy”.

Gdzie mogli, korzystali z gościnności klasztorów. Tam podróżujący zawsze dostali jakiś posiłek i nocleg, lecz tylko na jedną noc. Kiedy w zaroślach jeżynowych dojrzewały owoce, żywili się jagodami, niczym ptaki. W lesie Agnes mogła rozpalić ogień pod kociołkiem i zagotować owsiankę. Najczęściej jednak byli zmuszeni kupować chleb od piekarzy i marynowane śledzie od kupców albo jadać w piwiarniach i jadłodajniach, co było znacznie droższe niż przyrządzanie posiłków własnymi rękami. W ten sposób pieniądze topniały za każdym wydatkiem.

Martha od urodzenia była szczupła, lecz teraz sprawiała wrażenie bardzo chudej. Alfred rósł wciąż, jak zielsko na ugorze, i stał się kościsty. Agnes jadła oszczędnie, ale rosnące w niej dziecko było żarłoczne i Tom często dostrzegał, że jest głodna. Czasami nakazywał jej jeść więcej, a wtedy żelazna wola Agnes podporządkowywała się autorytetowi męża i nienarodzonego jeszcze dzieciaka. Tak tedy nie stawała się rumiana i pulchna, jak w poprzednich ciążach. Wyglądała natomiast na wycieńczoną i pomimo wydętego brzucha przypominała zabiedzone dziecko w czasie klęski ogólnego głodu.

Po opuszczeniu Salisbury wędrowali, zataczając wielkie koło, i przeszli trzy czwarte tej trasy, a pod koniec roku znaleźli się z powrotem w rozległym lesie, ciągnącym się od Windsoru do Southampton. Kierowali się do Winchesteru. Tom sprzedał narzędzia murarskie, lecz mimo to zostało im zaledwie kilka pensów. Gdyby znalazł teraz jakąś pracę, będzie zmuszony pożyczyć narzędzia albo pieniądze na ich nabycie. Nie wiedział, co począć, jeśli w Winchesterze nie dostanie roboty. W rodzinnym mieście miał braci, ale to było na północy, droga zabrałaby kilka tygodni i rodzina musiałaby głodować, zanim dotarliby na miejsce. Agnes była jedynaczką, lecz jej rodzice umarli. W środku zimy żadnych prac rolnych nie było. Może Agnes udałoby się zarobić kilka pensów jako pomywaczce w jakimś bogatym domu w Winchesterze. Z pewnością nie mogła dłużej błąkać się po traktach, jej czas nadchodził.

Do Winchesteru pozostało jeszcze ze trzy dni marszu. Byli głodni. Jagody się skończyły, a w najbliższej okolicy nie było żadnego klasztoru. Agnes nie miała już ani ziarenka owsa w kociołku dźwiganym na plecach. Poprzedniej nocy sprzedali nóż, by kupić bochen żytniego chleba, cztery miski rosołu bez mięsa i miejsce do spania przy ogniu w chłopskiej szopie. Do tej pory nie napotkali żadnej wioski. Późnym popołudniem Tom dojrzał jednak słup dymu unoszący się nad drzewami i znaleźli dom samotnego gajowego, jednego z królewskich strażników leśnych. Dał im worek rzepy w zamian za siekierkę.

Zdołali przejść zaledwie trzy mile, gdy Agnes powiedziała, że jest za bardzo zmęczona, by wędrować dalej. Jej słowa zaskoczyły Toma. Przez wszystkie te lata, kiedy byli razem, nie słyszał nigdy, żeby kiedykolwiek była za bardzo zmęczona.

Usiadła obok wielkiego kasztana. Tom wykopał płaski dołek wysłużoną drewnianą szuflą — jednym z niewielu narzędzi, jakie mu się ostały, bo nikt nie chciał ich kupić. Dzieci nazbierały gałęzi i Tom rozpalił ognisko, a potem poszedł poszukać strumienia. Wrócił z kociołkiem pełnym lodowatej wody i postawił go przy ogniu. Agnes pokroiła parę rzep. Martha znalazła trochę kasztanów i matka pokazała jej, jak je obierać i utrzeć miąższ na grubą mąkę, by zagęścić zupę z rzepy. Tom posłał Alfreda po więcej drewna, podczas gdy sam chodził dookoła, dźgając kijem opadłe liście w leśnym poszyciu z nadzieją, że natknie się na zimującego jeża lub wiewiórkę, by wrzucić je do wrzątku. Nie powiodło mu się.

Usiadł przy Agnes, kiedy zapadła już noc.

— Zostało nam jeszcze trochę soli?

— Jadłeś owsiankę bez soli już od tygodni — potrząsnęła głową. — Nie zauważyłeś?

— Nie.

— Głód jest najlepszą przyprawą.

— No, tego mamy mnóstwo. — Tom nagle poczuł się strasznie zmęczony. Przygniatał go miażdżący ciężar nawarstwiających się napięć i rozczarowań, narastający od czterech ostatnich miesięcy, i nie potrafił już dłużej tego znieść. — Co poszło źle, Agnes? Gdzie tkwił błąd? — zapytał z porażką w głosie.

— Wszystko było nie tak — odpowiedziała. — Ostatniej zimy nie miałeś pracy. Dostałeś ją na wiosnę, a potem córka hrabiego odwołała ślub, a lord William odwołał budowę domu. Potem zdecydowaliśmy się zostać i pracować przy żniwach… i to był błąd.

— Z pewnością łatwiej byłoby mi znaleźć pracę na budowie w lecie aniżeli jesienią.

— A zima przyszła wcześnie. Mimo wszystko jednak dalibyśmy sobie radę, ale złodziej zabrał nam świnię.

Tom ze znużeniem pokiwał głową.

— Jedynym moim pocieszeniem jest pewność, że on, nawet w tej chwili, cierpi piekielne męki.

— Mam nadzieję.

— Wątpisz?

— Księża nie wiedzą tak wiele, jak mówią i udają. Pamiętaj, że mój ojciec był jednym z nich.

Tom pamiętał o tym bardzo dobrze. Jedna ze ścian parafialnego kościoła jej ojca skruszyła się i wynajęto go do odbudowy. Księżom nie pozwalano się żenić, ale ten ksiądz miał gospodynię, a gospodyni miała córkę i było publiczną tajemnicą we wsi, że ojcem jest ksiądz. Agnes nie była pięknością, ale jej cera lśniła młodością, a ona sama wydawała się buchać energią. Rozmawiała z Tomem podczas jego pracy, a czasami wiatr przyciskał jej sukienkę tak, że Tom mógł oglądać kształt jej ciała, nawet jej pępek, całkiem jakby była naga. Pewnej nocy przyszła do małej chaty, gdzie sypiał, położyła mu rękę na ustach, by się nie odzywał, i zdjęła sukienkę. W świetle księżyca ujrzał ją nagą, a potem wziął ją w silne ramiona.

— Oboje byliśmy niewinni — powiedział na głos.

Wiedziała, o czym mówi. Uśmiechnęła się, potem twarz jej posmutniała znowu i szepnęła:

— To się wydaje tak dawno temu.

— Możemy już jeść? — spytała Martha.

Zapach zupy spowodował, że Tomowi zaburczało w brzuchu. Zanurzył swoją miskę w bulgoczący kociołek i wyciągnął kilka skrawków rzepy w cienkim kleiku. Tępą stroną nożyka sprawdził rzepę. Nie była jeszcze do końca ugotowana, ale zdecydował, że nie pozwoli im czekać. Dał po pełnej misce każdemu dziecku, a potem podał miskę Agnes.

Wyglądała na zamyśloną, była wymizerowana. Podmuchała na zupę, by ją ochłodzić, potem podniosła miskę do ust.

Dzieci szybko wypiły swoje porcje i chciały więcej. Tom odciągnął kociołek od ognia, chwytając go przez materiał opończy, by uniknąć poparzenia, po czym wylał wszystko do naczyń dzieci.

— A ty co? — spytała Agnes, gdy odwrócił się do niej.

— Zjem jutro — odrzekł.

Wyglądała na zbyt zmęczoną, aby się kłócić.

Tom i Alfred dołożyli do ognia, by palił się dużym płomieniem, i nazbierali drewna na całą noc. Potem wszyscy zawinęli się w swe opończe i ułożyli do snu na ściółce z liści.

Tom spał lekko i kiedy Agnes jęknęła, natychmiast się obudził.

— Co jest? — spytał szeptem.

Jęknęła znowu. Twarz miała bladą, a oczy zamknięte. Po chwili powiedziała:

— Dziecko idzie.

Serce Toma na chwilę przestało bić. Nie tutaj, pomyślał, nie tu, na zamarzniętej ziemi w głębi lasu.

— Ale to jeszcze nie pora — rzekł bezradnie.

— To wcześniak.

— Wody odeszły? — Tom starał się mówić spokojnie.

— Jak tylko opuściliśmy chatę leśniczego — odparła Agnes z wysiłkiem, nie otwierając oczu.

Tom przypomniał sobie, że Agnes nagle skoczyła w krzaki, jakby musiała pilnie załatwić naturalną potrzebę.

— A bóle?

— Od tamtej pory.

To było do niej podobne… cierpieć w milczeniu. Alfred i Martha obudzili się.

— Co się dzieje? — spytał Alfred.

— Dziecko idzie — wyjaśnił Tom.

Martha wybuchnęła płaczem. Tom zmarszczył brwi.

— Czy zdołałabyś dojść z powrotem do chaty leśniczego? — zapytał Agnes. Tam przynajmniej znalazłby się dach i słoma, na której można byłoby się położyć, i ktoś, do kogo można by się zwrócić o pomoc.

— Dziecko już właśnie wychodzi — potrząsnęła głową.

— No to już niedługo.

Znajdowali się w głuchym lesie. Nie widzieli żadnej wioski od wczorajszego rana, gajowy zaś mówił, że nie zobaczą wsi jeszcze przez następny dzień. Oznaczało to, że nie znajdą kobiety, która mogłaby być akuszerką. Tom musiał tedy przyjąć dziecko sam, na zimnie, mając do pomocy jedynie dzieci, a gdyby coś poszło źle, nie miał ani lekarstw, ani wiedzy…

To moja wina, pomyślał, wziąłem ją z dzieckiem i doprowadziłem do skrajnej nędzy. Zaufała mi, że ją będę utrzymywać i zadbam o jej życie, a teraz musi rodzić pod gołym niebem w środku zimy. Zawsze pogardzał mężczyznami, którzy narobili dzieci, a potem zostawiali je na głód i poniewierkę. Teraz nie był lepszy od nich. Wstydził się.

— Taka jestem zmęczona. Nie wierzę, że uda mi się wydać dziecko na świat. Chcę odpocząć. — Jej twarz lśniła w świetle ognia, powleczona mgiełką potu.

Tom uświadomił sobie, że musi się wziąć w garść. Musi wesprzeć Agnes.

— Pomogę ci — zadecydował.

W tym, co miało się dziać, nie było nic nadzwyczajnego. Przyglądał się porodom swoich dzieci. W połogu pomagały zwykle kobiety, bo wiedziały, jak się czuje w takiej chwili położnica, i to sprawiało, że były bardziej pomocne, ale nie istniał powód, dla którego mężczyzna, skoro zaszła taka konieczność, nie mógł być równie przydatny. Najpierw musi coś zrobić, żeby jej było wygodnie, potem zorientować się, jak rozwija się poród, poczynić właściwe przygotowania, wreszcie zapewnić jej spokój i opiekę w trakcie oczekiwania.

— Jak się czujesz? — spytał.

— Zimno mi.

— Przysuń się bliżej ognia. — Zdjął opończę i rozścielił na ziemi, o jard od ognia. Agnes próbowała się dźwignąć, ale Tom podniósł ją lekko i usadowił delikatnie na opończy.

Ukląkł obok. Wełniana tunika, jaka okrywała Agnes, miała z przodu guziki od góry do dołu. Odpiął dwa z nich i wsadził rękę do środka. Agnes zaparło dech.

— To boli? — odezwał się zaskoczony i zatroskany.

— Nie — powiedziała z nieznacznym uśmiechem. — Masz zimne ręce.

Wyczuwał kształt jej brzucha. Obrzmienie się powiększyło i wyostrzyło w porównaniu z nocą poprzednią, kiedy spali we dwójkę na słomie w chłopskiej szopie. Tom nacisnął troszkę mocniej, wyczuwając nienarodzone jeszcze dziecko. Odszukał wyraźną wypukłość tuż pod pępkiem, ale nie potrafił odnaleźć drugiej.

— Czuję jego pupę, ale nie wiem, gdzie jest głowa.

— To dlatego, że szykuje się do wyjścia.

Okrył ją peleryną. Powinien szybciej zabrać się do tych przygotowań. Spojrzał na dzieci. Martha pociągała noskiem. Alfred wyglądał na przestraszonego. Dobrze byłoby dać im coś do roboty.

— Alfred, weź kociołek i biegnij do strumienia. Wymyj go i przynieś świeżej wody. Martha, zbierz trochę źdźbeł trawy i zrób mi dwa kawałki sznurka, długości mniej więcej naszyjnika. Tylko szybko. Do świtu będziecie mieć braciszka albo siostrzyczkę.

Odeszli. Wziął mały twardy kamień i zaczął ostrzyć swój nożyk. Agnes jęknęła znowu. Tom odłożył nóż i wziął ją za rękę.

Siedział tak przy niej także wtedy, kiedy rodziły się inne dzieci: Alfred, potem Matilda, która zmarła po dwu latach, Martha, i to dziecko, które urodziło się martwe, chłopiec, którego chciał nazwać Haroldem. Za każdym razem był ktoś, kto się nią opiekował podczas porodu — matka Agnes przy Alfredzie, wioskowa akuszerka przy Matildzie i Haroldzie, a przy Marcie ni mniej, ni więcej jak pewna lady. Tym razem musi zrobić to sam. Nie wolno mu jednak okazać niepewności. Agnes powinna czuć zaufanie i radość.

Kiedy minął skurcz, rozluźniła się.

— Pamiętasz, kiedy rodziła się Martha, akuszerką była lady Isabella — powiedział Tom.

Agnes się uśmiechnęła.

— Budowałeś kaplicę dla lorda i poprosiłeś panią, by wysłała służącą po wioskową akuszerkę…

— A ona oświadczyła: „Tę starą pijaną wiedźmę? Nie pozwoliłabym jej przyjmować pomiotu wilczura!”. I wzięła nas do własnej komnaty, a lord Robert nie mógł pójść do swojego łoża, dopóki Martha się nie urodziła.

— To była dobra kobieta.

— Nie ma wielu takich jak ona.

Alfred wrócił z pełnym kociołkiem. Tom ustawił go przy ogniu, nie za blisko, by woda nie kipiała, lecz się ogrzewała. Agnes sięgnęła po opończę i wyjęła mały płócienny worek, w którym miała przygotowane szarpie.

Martha przyniosła pełne garście trawy, usiadła i zaczęła splatać źdźbła.

— Na co ci te sznurki?

— Zobaczysz, to bardzo ważne — odrzekł Tom. — Zrób je starannie.

Alfred wyglądał na niespokojnego i zakłopotanego.

— Idź i zbieraj drewno. Zrobimy większe ognisko.

Chłopiec odszedł rad, że ma się czym zająć.

Twarz Agnes wykrzywiła się z wysiłku. Znowu zaczynała przeć. Wypychając dziecko z macicy, wydawała dźwięki jak pękające drzewo podczas wichru. Tom wiedział, że ten wysiłek kosztuje jego kobietę bardzo wiele, pochłania ostatnie resztki sił. Z całego serca chciałby ją zastąpić, nawet sam się napinał, pragnąc jej ulżyć. W końcu ból wydawał się ustępować i Tom wreszcie znów złapał oddech. Zdało się, że Agnes pogrąża się w omdleniu.

Chłopak wrócił z naręczem patyków.

— Tak mi zimno — wyszeptała, odzyskując przytomność.

— Alfred, dołóż więcej do ognia. Martha, połóż się obok mamy i ogrzewaj ją — polecił Tom.

Oboje, trwożliwie spoglądając, posłuchali. Agnes objęła córkę i przytuliła, drżąc z zimna.

Tom był chory ze zmartwienia. Ognisko huczało, ale powietrze stawało się coraz chłodniejsze. Może się zrobić tak bardzo zimno, iż mróz zabije dziecko przy jego pierwszym oddechu. Zdarzało się dzieciom przychodzić na świat pod gołym niebem, było to częste podczas żniw, kiedy wszyscy mieli bardzo dużo roboty i kobiety czekały do ostatniej minuty. W czasie żniw jednak ziemia była sucha, trawa miękka, a powietrze ciepłe. Nigdy nie słyszał o kobiecie rodzącej pod gołym niebem zimą.

Agnes uniosła się na łokciach i rozłożyła szerzej nogi.

— Co jest? — spytał przerażonym głosem Tom.

Parła za mocno, by odpowiedzieć.

— Alfred, klęknij za matką, aby mogła się o ciebie oprzeć — nakazał Tom.

Kiedy Alfred zajął pozycję, Tom rozsunął opończę Agnes i rozpiął jej suknię. Klęknąwszy między jej nogami, widział, że otwór rodny trochę się powiększył.

— Już niedługo, kochanie — mruknął, walcząc, by jego głos nie łamał się od lęku.

Rozluźniła się znów, zamknęła oczy i oparła się całym ciężarem o Alfreda. Otwór jakby nieco się skurczył. Las stał cichy, tylko ogień trzaskał. Nagle Tom pomyślał o kobiecie banitce, o Ellen, która rodziła w lesie sama. To musiało być potworne. Mówiła, że bała się, iż wilki przyjdą, kiedy ona będzie bezradna, i porwą nowo narodzone dziecko. W tym roku wilki były bardziej agresywne niż zazwyczaj, ale chyba nie zaatakują czworga ludzi.

Agnes napięła się znowu, świeże krople potu pojawiły się na jej zastygłej w skurczu twarzy. To jest to, pomyślał Tom. Bał się. Obserwował otwór — znowu się powiększał — i tym razem w blasku ogniska dostrzegł wilgotne włosy na główce dziecka wypychanego na zewnątrz. Pomyślał o modlitwie, ale nie było na nią czasu. Agnes łapała powietrze krótkimi, szybkimi haustami. Otwór rozciągnął się niemożliwie szeroko i główka zaczęła przechodzić, twarzą do dołu. Chwilę później Tom dostrzegł pomarszczone uszy, przytulone do boków dziecięcej główki, potem zobaczył pofałdowaną skórę karczku. Do tej pory jeszcze nie potrafił dojrzeć, czy dziecko jest normalne.

— Głowa wyszła — oznajmił, ale Agnes już o tym wiedziała. Oczywiście poczuła to i teraz odpoczywała. Dziecko powoli obróciło się, Tom mógł już zobaczyć zamknięte oczy i usta, mokre od krwi i lepkich płynów macicznych.

— Och, popatrzcie, jaką ma maleńką buzię! — krzyknęła Martha.

Agnes usłyszała ją i przez chwilę na jej twarzy pojawił się uśmiech, ale zaraz znowu się napięła. Tom pochylił się do przodu, między jej uda i podtrzymywał lewą ręką główkę, kiedy wychodziły ramiona, wpierw jedno, potem drugie. Nagle wysunęła się reszta ciałka, a Tom podłożył prawą rękę pod bioderka dziecka i przytrzymał, kiedy szczuplutkie nóżki wyślizgnęły się na ten zimny świat.

Otwór Agnes zaczął szybko zamykać się wokół pulsującego niebieskiego sznura, biegnącego do pępka noworodka.

Tom podniósł dziecko i obejrzał je z niepokojem. Całe było we krwi i w pierwszej chwili obawiał się, że coś mu jest, ale gdy się przyjrzał bliżej, nie dostrzegł żadnego uszkodzenia. Popatrzył między nogi — chłopak.

— Wygląda okropnie! — powiedziała Martha.

— Jest wspaniały — stwierdził i poczuł, że słabnie z ulgi. — Wspaniały chłopak.

Dziecko otwarło usta i krzyknęło.

Tom popatrzył na Agnes. Ich oczy się spotkały, oboje się uśmiechnęli. Tom przytulił dziecko do swej piersi.

— Martha, przynieś mi miskę wody z kociołka.

Dziewczynka poderwała się, by wykonać polecenie.

— Gdzie są te szarpie, Agnes?

Wskazała płócienną torbę leżącą przy jej ramieniu. Alfred przesunął ją w stronę Toma. Twarz chłopca była zalana łzami. Po raz pierwszy widział, jak rodzi się dziecko.

Tom zanurzył szmatkę w misce z ciepłą wodą i delikatnie zmył krew i śluz z twarzy maleństwa. Agnes odpięła górę sukni i Tom ułożył dziecko w jej ramiona. Ciągle popiskiwało. Popatrzył teraz na niebieski sznur biegnący od pępka dziecka do łona Agnes — przestał pulsować i zadrżał, zaczął szybko bieleć.

— Daj mi te sznurki, które zrobiłaś. Teraz zobaczysz, do czego się przydadzą — powiedział do Marthy.

Podała mu dwa kawałki splecionych źdźbeł. Zawiązał je na pępowinie w dwu miejscach, ciasno zaciskając węzły, a potem nożem przeciął pępowinę między węzłami.

Usiadł ciężko na ziemi. Udało się. Najgorsze za nimi, a dziecko jest zdrowe. Rozpierała go duma.

Agnes przesunęła dziecko tak, że główka dotykała jej piersi. Usteczka znalazły powiększoną sutkę, a maleństwo przestało płakać i zaczęło ssać.

— Skąd on wie, że ma to zrobić? — zdziwiła się Martha.

— To tajemnica — oświadczył Tom. Podał miskę Marcie i rzekł: — Idź i przynieś mamie świeżej wody do picia.

— O tak — odezwała się Agnes z wdzięcznością, jakby właśnie teraz zauważyła, że jest okropnie spragniona. Martha przyniosła wodę, a Agnes osuszyła miskę. — To było cudowne. Dziękuję ci.

Popatrzyła na ssące dziecko, potem na Toma.

— Jesteś dobrym człowiekiem — powiedziała spokojnie. — Kocham cię.

Tom poczuł, że łzy napływają mu do oczu. Uśmiechnął się do niej, potem opuścił wzrok. Zobaczył, że żona strasznie krwawi. Sznur pępowiny powoli wychodził na zewnątrz i leżał poskręcany w kałuży krwi na pelerynie Toma, między nogami Agnes.

Znowu podniósł wzrok. Dziecko przestało ssać i zasnęło. Agnes naciągnęła na nie swoją opończę, potem jej oczy się zamknęły.

Po chwili Martha zapytała ojca:

— Czekasz na coś?

— Na łożysko — odpowiedział jej.

— Co to takiego?

— Zobaczysz.

Matka i dziecko drzemali niedługo. Agnes otwarła oczy i mięśnie napięły się znowu, a otwór nieco się rozszerzył. Pojawiło się łożysko. Tom podniósł je i obejrzał. Wyglądało jak pokrojone przez rzeźnika. Przyglądając się bliżej, spostrzegł, że zostało jakby rozdarte, jakby brakowało jakiejś części. Nigdy jednak wcześniej nie widział go z bliska i przypuszczał, iż wszystkie są takie jak to, bo zawsze muszą oderwać się od macicy. Wrzucił je w ognisko. Płonąc, wydzieliło nieprzyjemny zapach, ale gdyby Tom zostawił je gdzieś w pobliżu, to mogłoby przyciągnąć lisy, a nawet wilka.

Agnes krwawiła. Tom pamiętał, że przy wydalaniu łożyska zawsze było sporo krwi, ale nie przypominał sobie, żeby aż tyle. Pomyślał, że to jeszcze nie koniec kłopotów. Na chwilę poczuł się słabo z powodu napięcia i głodu, lecz zdołał się jakoś wziąć w garść.

— Ciągle trochę krwawisz — rzekł do Agnes, starając się nie okazywać zmartwienia.

— Powinno wreszcie przestać — powiedziała. — Okryj mnie.

Tom zapiął spódnicę, potem owinął pelerynę dokoła jej nóg.

— Czy teraz mogę odpocząć? — zapytał Alfred.

Wciąż klęczał za Agnes, podpierając ją. Musiał zesztywnieć od utrzymywania tej samej pozycji przez tak długi czas.

— Zajmę twoje miejsce — stwierdził Tom. Agnes będzie wygodniej z dzieckiem, gdy będzie miała głowę wyżej, pomyślał. Poza tym zasłoni ją swym ciałem od wiatru i ogrzeje. Objął ramionami żonę i dziecko.

— Jak się czujesz?

— Po prostu zmęczona.

Dziecko zapłakało. Agnes poruszyła się, nim znalazło sutkę. Kiedy zaczęło ssać, wydawało się, że matka, zmęczona porodem, znowu zasnęła.

Tom był niespokojny. To normalne, że jest zmęczona, ale w jej śnie było coś letargicznego, dręczyło go to. Jest zbyt zmęczona.

Dziecko zasnęło, a po chwili sen zmorzył starsze dzieci. Martha skuliła się przy matce, Alfred wyciągnął się po przeciwnej stronie ognia. Tom trzymał Agnes w ramionach, głaszcząc ją lekko. Całował ją w czubek głowy co jakiś czas i czuł, jak jej ciało odpręża się, w miarę jak zasypia głębiej. Prawdopodobnie to dla niej najlepsze, zdecydował. Dotknął jej policzka. Skórę twarzy miała wilgotną i zimną, pomimo jego wysiłków, by ją ogrzać. Sięgnął pod opończę i dotknął piersi niemowlaka. Był ciepły, a serce biło mu mocno. Tom uśmiechnął się.

Twardy dzieciak, pomyślał, przeżyje.

— Tom? — przez ciało Agnes przebiegł dreszcz.

— Tak.

— Czy pamiętasz tę noc, kiedy przyszłam do ciebie, do szopy, gdy pracowałeś u mego ojca?

— Oczywiście — odrzekł i poklepał ją lekko. — Jak mógłbym zapomnieć?

— Nigdy nie żałowałam tego, co się wtedy stało. Nigdy, ani przez chwilę. Kiedy tylko myślałam o tej nocy, czułam się bardzo rada.

Uśmiechnął się. Dobrze było wiedzieć coś takiego.

— Ja też. Cieszę się, że tak uważasz.

Drzemała przez chwilę, potem odezwała się znów.

— Mam nadzieję, że zbudujesz tę swoją katedrę.

Zaskoczyło go to.

— Myślałem, że jesteś temu przeciwna.

— Byłam, ale myliłam się. Zasłużyłeś na coś naprawdę pięknego. — Nie wiedział, o co jej chodzi. — Zbuduj dla mnie piękną katedrę — powiedziała.

Te słowa nie miały sensu. Kiedy zasnęła, poczuł się zadowolony. Tym razem jej ciało stało się zupełnie bezwładne, a głowa odchyliła się na bok. Tom musiał podtrzymać dziecko, żeby nie spadło z jej piersi.

Leżeli w ten sposób przez dłuższy czas. W końcu dziecko przebudziło się i zapłakało. Agnes nie zareagowała. Płacz obudził Alfreda, który przetoczył się zza ogniska i spojrzał na brata noworodka.

Tom łagodnie potrząsnął żoną.

— Obudź się, dziecko chce jeść.

— Ojcze! — zawołał Alfred przestraszonym głosem. — Popatrz na jej twarz!

Toma ogarnęło złe przeczucie. Krwawiła tak bardzo.

— Agnes! Obudź się!

Nie doczekał się odpowiedzi. Była nieprzytomna. Wstał, łagodnie opuszczając jej plecy, dopóki nie spoczęła płasko na ziemi. Jej twarz zbladła upiornie.

Śmiertelnie bojąc się tego, co zobaczy, odwinął fałdy opończy z jej ud. Krew była wszędzie.

Alfred zachłysnął się i odwrócił.

— Jezu Chryste, ratuj nas — wyszeptał Tom.

Płacz dziecka obudził Marthę. Ujrzała krew i zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Tom podniósł ją i spoliczkował. Ucichła.

— Nie krzycz — powiedział uspokajającym tonem i postawił z powrotem.

— Czy matka umiera? — spytał Alfred.

Tom położył rękę tuż pod lewą piersią Agnes. Nie czuł żadnego uderzenia serca.

Serce Agnes przestało bić.

Nacisnął mocniej. Jej ciało było ciepłe, lecz nie oddychała i nie mógł wyczuć pulsu.

Chłodne odrętwienie ogarnęło go jak mgła. Odeszła. Wpatrywał się w jej twarz. Jak to może być, że jej nie ma? Chciał, by się poruszyła, otwarła oczy, wzięła oddech. Trzymał rękę na jej piersi. Czasami się zdarza, że serce zaczyna znowu bić, ludzie mówili… ale straciła tyle krwi…

Popatrzył na Alfreda.

— Matka nie żyje — wyszeptał.

Chłopak wpatrywał się w niego osłupiały. Martha zaczęła płakać. Maleństwo płakało także. Muszę się nimi zająć, myślał Tom. Muszę być silny dla nich.

A jednak pragnął zapłakać, objąć jej ciało i trzymać w ramionach, póki nie ostygnie, i zapamiętać ją jako dziewczynę, ich wspólny śmiech i kochanie się. Chciał załkać z wściekłości i pogrozić pięścią bezlitosnym niebiosom. Zebrał się w sobie. Powinien się opanować, powinien być silny dla dzieci.

Oczy miał suche.

Co mam zrobić najpierw?

Wykopać grób.

Muszę wykopać głęboki dół, położyć ją w nim, żeby uchronić przed wilkami, i zachować kości na dzień sądu. A potem trzeba zmówić modlitwę za jej duszę.

Och, Agnes, dlaczego zostawiłaś mnie samego?

Niemowlę wciąż płakało. Oczka miało zaciśnięte mocno, a buzia rytmicznie otwierała się i zamykała, jakby pragnęła zaczerpnąć pożywienia z powietrza. Należało je nakarmić. Piersi Agnes wypełniało ciepłe mleko. Dlaczego nie? — pomyślał Tom. Przysunął dziecko do jej piersi. Znalazło sutkę i ssało. Owinął ciaśniej opończę Agnes wokół maleństwa.

Martha przyglądała się szeroko otwartymi oczami, ssała kciuk. Tom zwrócił się do niej:

— Mogłabyś przytrzymać je tak, by nie spadło?

Pokiwała głową i uklękła przy dziecku.

Tom podniósł łopatę. Agnes wybrała to właśnie miejsce na odpoczynek, pierwsza usiadła pod gałęziami kasztanowca. Niech więc to będzie miejsce jej ostatniego spoczynku. Przełknął z trudem ślinę, walcząc z ogarniającym go pragnieniem, by siąść i płakać. Zaznaczył prostokąt kilka jardów od pnia, gdzie nie powinno być korzeni tuż pod powierzchnią ziemi, następnie zaczął kopać.

Stwierdził, że to pomaga. Kiedy skupiał się na wbijaniu łopaty w twardą ziemię i wyrzucaniu jej na zewnątrz, wszystkie myśli odpływały i odzyskiwał panowanie nad sobą. Zmieniali się z Alfredem, by on także mógł się pozbierać w trakcie pracy. Kopali szybko, nie oszczędzając się, i pomimo ostrego powietrza obaj spocili się, jakby to było w południe.

Nadszedł czas, kiedy Alfred zapytał:

— Czy to wystarczy?

Tom uświadomił sobie, że stoi w dole głębokim niemal na jego wysokość. Nie chciał wcale, by ta praca się skończyła. Niechętnie pokiwał głową.

— Powinno. — Wygramolił się na górę.

Mijała północ, kiedy kopali. Martha wzięła dziecko i usiadła przy ognisku, kołysząc je w ramionach. Tom podszedł do Agnes i ukląkł. Owinął ją ciasno w opończę, pozostawiając odkrytą twarz, potem wziął na ręce. Przeszedł z nią do grobu i złożył obok. Sam zsunął się do dołu.

Uniósł nieznacznie ciało i delikatnie ułożył na ziemi. Długą chwilę wpatrywał się w twarz Agnes, klęcząc obok niej w zimnym grobie. Pocałował w usta jeden raz. Potem zamknął jej oczy.

Wydostał się na górę.

— Chodźcie tutaj, dzieci. — Alfred i Martha podeszli, stanęli każde obok niego. Martha trzymała dziecko. Tom objął ich ramionami. Zajrzeli do grobu. — Powiedzcie: „Boże, błogosław matkę”.

— Boże, błogosław matkę — powtórzyli oboje.

Martha pociągnęła nosem, a w oczach Alfreda pojawiły się łzy. Tom przygarnął dzieci do siebie i stłumił szloch.

Puścił je i wziął do rąk łopatę. Kiedy rzucał pierwsze grudy ziemi, Martha zaniosła się płaczem. Alfred objął siostrę. Tom zasypywał grób. Nie mógł zdobyć się na to, by rzucać ziemię na jej twarz, więc przykrył najpierw jej stopy, potem nogi i tułów, a w końcu powstał kopiec tak wysoki, że każda następna szufla ziemi ześlizgiwała się w dół i w końcu ziemia pojawiła się na szyi, potem przykryła usta, które całował, wreszcie twarz Agnes znikła na zawsze.

Szybko uporał się z resztą ziemi. Wyprostował się i popatrzył na mogiłę.

— Żegnaj, najdroższa — wyszeptał. — Byłaś dobrą żoną, kocham cię.

Odwrócił się z wysiłkiem.

Jego opończa leżała na ziemi tam, gdzie spoczywała na niej Agnes podczas porodu. Cały dół był przesiąknięty krzepnącą krwią. Wziął nożyk i z grubsza przeciął pelerynę na pół. Skrwawioną część wrzucił do ogniska.

Martha ciągle trzymała dziecko.

— Daj mi je.

Spojrzała na niego z lękiem w oczach. Owinął płaczącego synka w czystą połowę peleryny i położył na grobie.

Odwrócił się do dzieci. Wpatrywały się w niego tępo.

— Nie mamy mleka, by utrzymać go przy życiu, musi więc zostać tutaj, z matką.

— Ale on umrze! — krzyknęła Martha.

— Tak — odrzekł Tom, panując nad swym głosem. — Cokolwiek zrobimy, umrze.

A maleństwo płakało.

Zebrał wszystkie rzeczy i włożył do kociołka, po czym przypiął go do pleców, jak to robiła Agnes.

— Chodźmy — oznajmił.

Martha zaczęła szlochać. Alfred zbielał na twarzy. Wyszli na drogę w szarym brzasku zimnego poranka. Płacz dziecka w końcu zamilkł.

Pozostanie przy grobie nie byłoby dobre, dzieci nie mogłyby przy nim spać, a czuwanie nie przyniosłoby niczego dobrego. Poza tym ruch im wszystkim dobrze zrobi.

Tom narzucił szybkie tempo, ale myśli krążyły bezustannie i nie mógł nad nimi zapanować. Poza marszem nie miał nic do roboty i nic do oglądania oprócz posępnego lasu i niespokojnych cieni rzucanych przez pochodnie. Chciał rozmyślać o Agnes, podążać szlakiem wspomnień, uśmiechnąć się do siebie, potem odwrócić do niej i opowiedzieć, co mu przyszło do głowy, kiedy nagle wstrząsnęła nim świadomość śmierci Agnes, powodując niemal fizyczny ból. Był oszołomiony, jakby zdarzyło się coś całkowicie niepojętego, choć oczywiście była to zwyczajna sprawa: kobieta w wieku Agnes, umierająca w połogu, i mężczyzna w jego wieku, stający się wdowcem. Poczucie straty było jednak bardzo bolesne. Słyszał, że ludzie z obciętymi palcami u jednej stopy nie potrafili utrzymać się w pozycji stojącej, lecz stale się przewracali, dopóki nie nauczyli się chodzić na nowo. Tak właśnie się czuł, nie mógł przywyknąć do myśli, że Agnes odeszła na zawsze.

Próbował nie rozpamiętywać, ale bez przerwy widział ją tuż przed śmiercią. Wydawało się niewiarygodne, że jeszcze parę godzin temu żyła. Przywoływał na pamięć obraz jej napiętej twarzy, gdy dawała życie, a potem dumny uśmiech, kiedy patrzyła na dopiero co wydanego na świat chłopczyka. Przypomniał sobie jej ostatnie słowa: „Mam nadzieję, że zbudujesz swoją katedrę”, a potem: „Zbuduj dla mnie piękną katedrę”. Mówiła, jakby wiedziała, że umiera.

Im dalej szedł, tym więcej myślał o porzuconym dziecku, zawiniętym w skrawki opończy, leżącym na świeżym grobie. Prawdopodobnie wciąż żyło, o ile nie zwęszył go jakiś lis. Przed wschodem słońca zapewne umrze i tak. Popłacze chwilę, potem zamknie oczka, a życie pomału wyślizgnie się z niego podczas snu na mrozie.

Chyba że wyczuje go lis.

Tom nie mógł nic zrobić dla synka. Potrzebował mleka, którego nie miał, a w okolicy nie było żadnej wsi, gdzie mógłby znaleźć mamkę, ani żadnej owcy, kozy czy krowy, które mogłyby ją zastąpić. Musiałby go nakarmić jedynie rzepą, a ta zabiłaby dziecko tak samo skutecznie, jak mogą je zabić lisy.

W miarę jak nastawał dzień, porzucenie dziecka przerażało go coraz bardziej. Wiedział, że w gruncie rzeczy było to zjawisko dość pospolite: chłopi mający duże rodziny i małe pola często porzucali nowo narodzone dzieci, by umarły, a księża czasami przymykali na to oczy. Tom jednak nie należał do tego rodzaju ludzi. Powinien nieść je w ramionach, dopóki by nie umarło, a potem pochować. Nie było w tym oczywiście sensu, jednakże właśnie tak należało postąpić.

Zorientował się, że to już dzień.

Zatrzymał się nagle.

Dzieci stały nieporuszone i patrzyły na niego wyczekująco. Gotowe były na wszystko. Teraz już nic nie było normalne.

— Nie powinienem zostawiać dziecka.

— Nie potrafimy go wyżywić. Musi umrzeć — odezwał się Alfred.

— Mimo to nie powinienem go zostawiać — odpowiedział Tom.

— Wracajmy, tato — rzekła Martha.

Tom nie mógł się zdecydować. Powrót był przyznaniem się do tego, że źle postąpił, zostawiając dziecko.

A jednak taka była prawda. Źle postąpił.

Odwrócił się.

— Wracamy — oświadczył.

I nagle wszystkie niebezpieczeństwa, które wcześniej próbował pomniejszać, wydały się bardziej prawdopodobne. Z pewnością właśnie w tej chwili lis wyniuchał dziecko i ciągnie do swego legowiska. Albo nawet wilk. Dziki też były niebezpieczne, mimo że nie żywiły się mięsem. A sowy? Sowa nie da rady podnieść dziecka, ale może wydziobać mu oczy…

Szedł coraz szybciej, chociaż czuł zawroty głowy z wyczerpania i głodu. Martha musiała biec, by za nim nadążyć, ale się nie skarżyła.

Przerażała go myśl o tym, co może zastać po przybyciu na miejsce. Drapieżniki potrafią być bezlitosne, kiedy żywa istota jest bezradna.

Nie był pewny, jak długo szli; stracił poczucie czasu. Las po obu stronach wyglądał nieznajomo, choć chwilę temu przechodzili tędy. Z niepokojem rozglądał się za miejscem, gdzie był grób. Ognisko z pewnością jeszcze się tliło, dołożyli przecież tyle chrustu… Przebiegał wzrokiem drzewa, szukając liści kasztanowca. Minęli zakręt, którego nie mógł sobie przypomnieć, i w przypływie szaleństwa już zaczął się zastanawiać, czy czasami nie przeszli obok grobu, nie zauważywszy go. Wtem dostrzegł przed sobą pomarańczowe światło.

Zdało mu się, że jego serce straciło rytm. Przyśpieszył kroku i przymrużył oczy. Tak, to było ognisko. Zaczął biec. Słyszał płacz Marthy, więc zawołał przez ramię:

— Jesteśmy na miejscu!

Dotarło do niego, że dzieci biegną za nim.

Na wysokości kasztanowca zwolnił, serce waliło mu młotem. Ognisko paliło się wesoło, obok leżał stos drewna. Dojrzał plamę krwi w miejscu, gdzie Agnes wykrwawiła się na śmierć. Grób — kopczyk świeżo kopanej ziemi, pod którym leżała. Lecz na mogile nie było dziecka.

Tom rozglądał się, czując w głowie zamęt. Po dziecku ani śladu. Łzy napłynęły mu do oczu. Nie było nawet peleryny, w którą owinął maleństwo. Grób zaś pozostał nienaruszony. Nie dostrzegł żadnych śladów zwierząt na miękkiej ziemi, żadnej krwi ani znaków, które mogłyby wskazać, że dziecko ciągnięto…

W oczach mu pociemniało. Zrozumiał, że popełnił coś strasznego, porzucając żywe dziecko. Gdyby było martwe, to pochowałby je. Mógłby wtedy odpocząć. Ono jednak mogło być wciąż żywe, gdzieś niedaleko. Musi je odszukać.

— Gdzie idziesz? — spytał Alfred.

— Musimy odnaleźć dziecko — odpowiedział, nie oglądając się.

Obszedł skraj niewielkiej polany, zaglądał pod krzaki. Ciągle czuł się trochę oszołomiony i słaby. Nie dostrzegł niczego, nawet wskazówki, w jakim kierunku wilk mógłby powlec dziecko. Nabrał przekonania, że to na pewno był wilk. Legowisko tego zwierza musiało znajdować się w pobliżu.

— Trzeba zataczać większe kręgi — powiedział do dzieci.

Poprowadził je znowu dookoła ogniska, poruszając się w większym oddaleniu, rozgarniając krzaki i poszycie. Chwilami tracił orientację, ale udawało mu się utrzymać myśli skupione na jednej sprawie, na potrzebie znalezienia dziecka. Nie czuł teraz żadnego żalu, lecz palącą, wściekłą determinację, ale w głębi jego myśli kryła się pewność, że to wszystko jest jego winą. Przedzierał się przez las, przeszukując ziemię oczami, co kilka kroków zatrzymywał się, nasłuchując kwilenia noworodka. Ale las pozostawał cichy.

Zatracił poczucie czasu. Zataczane kręgi prowadziły go na trakt. Później uświadamiał sobie, że ten trakt przecinali strasznie dawno. W jakimś momencie zastanowił się, dlaczego jeszcze nie natknęli się na chatę leśniczego. Zaczęło mu świtać, że się zgubił i wcale nie krążą wokół grobu, lecz błądzą po lesie. To jednak nie miało znaczenia, póki szukali.

— Ojcze — odezwał się Alfred.

Tom spojrzał na syna. Był zirytowany, gdyż chłopak przerwał mu próbę skupienia się na tym, co właśnie robili. Alfred niósł Marthę, a ta, jak się okazało, zasnęła mu na plecach.

— Co?

— Możemy odpocząć?

Tom zastanowił się. Nie chciał się zatrzymywać, ale Alfred wyglądał tak, jakby miał zaraz paść.

— Niech tak będzie — rzekł niechętnie. — Ale nie za długo.

Stanęli na zboczu pagórka. U podnóża mógł być strumień. Tomowi chciało się pić. Wziął Marthę z pleców Alfreda i począł schodzić, tuląc dziewczynkę w ramionach. Tak jak się spodziewał, znaleźli mały czysty strumyk. Położył Marthę na brzegu. Nie obudziła się. Tom i Alfred uklękli, by nabrać lodowatej wody.

Alfred położył się obok Marthy i zamknął oczy. Tom rozejrzał się wokół siebie. Byli na polanie pokrytej opadłymi liśćmi. Dookoła rosły stare, mocne przysadziste dęby, których nagie konary plątały się ponad jego głową. Tom obchodził polankę, szukając dziecka, ale poczuł dziwną słabość w nogach i musiał nagle usiąść.

Mglisty dzień nie wydawał się wcale cieplejszy od nocy. Tomem wstrząsały dreszcze. Zauważył, że cały czas chodzi odziany jedynie w tunikę. Zastanawiał się, co się stało z jego opończą, ale nie mógł sobie przypomnieć. Czy coś dziwnego przydarzyło się jego oczom, czy też zgęstniała mgła? Nie mógł dojrzeć dzieci po przeciwnej stronie polany. Chciał wstać i iść do nich, lecz z jego nogami było coś nie w porządku.

Po pewnym czasie słońce przedarło się przez chmurę, a w chwilę potem pojawiła się anielska postać.

Szła przez polanę od wschodu, w długiej zimowej pelerynie z blanszowanej wełny, prawie białej. Obserwował jej zbliżanie się bez zdziwienia i zainteresowania. Ciekawość i lęk opuściły go całkowicie. Wpatrywał się w tę postać tępym, pustym i pozbawionym uczuć wzrokiem, takim jakim obdarzał masywne pnie otaczających go dębów. Owalną twarz otaczały bujne ciemne włosy, a peleryna kryła stopy, możliwe więc, że przepływała ponad opadłymi liśćmi. Zatrzymała się dokładnie naprzeciw niego. Bladozłote oczy zaglądały w głąb jego duszy, jakby rozumiały ból. Wydawała się znajoma, może z wizerunku anioła w jakimś kościele, który niedawno odwiedził. Odchyliła pelerynę. Pod nią była naga. Miała ciało ziemskiej kobiety między dwudziestką i trzydziestką, jasną skórę i różowe sutki. Tom sądził, że ciała anielskie nie mają włosów, lecz to miało.

Postać przyklękła przed nim, kiedy tak siedział ze skrzyżowanymi nogami, pod dębem. Pochyliwszy się nad nim, pocałowała go w usta. Zbyt oszołomiony po przeżytych wstrząsach, nie zdziwił się i tym. Popychała go łagodnie, dopóki nie położył się płasko na ziemi. Potem rozchyliła pelerynę i położyła się na nim, przyciskając nagie ciało do niego. Przez tunikę czuł ciepło jej ciała. Po kilku chwilach przestał się trząść.

Wzięła jego brodatą twarz w dłonie i znowu go pocałowała, jak ktoś, kto po długim upalnym dniu pije zimną wodę. Po chwili przesunęła rękami po ramionach, znalazła jego przeguby i dłonie, podniosła je do piersi. Były miękkie i jędrne. Odruchowo chwycił sutki, które nabrzmiewały pod jego dotykiem.

Gdzieś w głębi mózgu rodziła się myśl, że nie żyje. Wiedział, iż o niebie nie mówiono, by miało wyglądać właśnie tak, ale wcale go to nie obchodziło. Jego zdolność krytycznej oceny od wielu godzin jakby nie istniała, a reszta racjonalnego rozumowania, jaka mu jeszcze została, też znikła; pozwolił, by dowodzeniem zajęło się ciało. Naprężył się i podniósł, przyciskając się do niej, z jej ciepła i nagości czerpiąc siłę. Otwarła usta i wcisnęła język w usta Toma, poszukując jego języka, a on odpowiedział z zapałem.

Uniosła się trochę nad nim. Oszołomiony patrzył, jak podciąga i zwija na biodrach dół jego tuniki. Przenikliwym spojrzeniem zajrzała mu w oczy i opadła na niego. Drażliwy moment zetknięcia się ciał, chwila zawahania i nagle poczuł, że jest w niej. Wrażenie było tak przejmujące, jakby zaraz miał spłonąć z rozkoszy. Poruszyła biodrami, uśmiechając się do niego i całując go.

Zamknęła oczy i zaczęła dyszeć. Tom zrozumiał, że traci opanowanie. Obserwował ją z rosnącą fascynacją. Wydawała ciche rytmiczne okrzyki, poruszając się coraz szybciej, a jej ekstaza sięgała w głąb poranionej duszy Toma, tak że nie wiedział, czy chce płakać z rozpaczy, czy krzyczeć z radości, czy też śmiać się histerycznie. Wtem wybuch rozkoszy wstrząsnął obojgiem jak zamieć drzewami, znów i znów, dopóki w końcu ich namiętność nie opadła. Osunęła się na jego pierś.

Leżeli tak długo. Ciepło jej ciała rozgrzało go na wskroś. Zapadli w dziwny sen. Wydawało się, że trwa krótko i że to raczej rodzaj snu na jawie, kiedy jednak otworzył oczy, umysł miał już jasny.

Patrzył na leżącą na nim piękną młodą kobietę. Od razu zrozumiał, że to nie anioł, ale Ellen, kobieta banitka, którą spotkał w tej części lasu, kiedy ukradziono mu świnię. Poczuła jego poruszenia i uniosła powieki, przyglądając mu się z mieszaniną wzruszenia i pożądania. Nagle pomyślał o swych dzieciach. Zsunął delikatnie Ellen z siebie i usiadł. Alfred i Martha leżeli na liściach owinięci w peleryny, a słońce oświecało ich śpiące twarze. Stopniowo wydarzenia tej nocy wróciły i w napadzie przerażenia przypomniał sobie, że Agnes umarła, a dziecko, jego syn, zniknęło; ukrył twarz w rękach.

Usłyszał, jak Ellen wydaje dziwny, dwutonowy gwizd. Podniósł wzrok. Z lasu wyłoniła się mała postać, Tom rozpoznał w niej dziwacznie wyglądającego syna Ellen, Jacka, bladoskórego i pomarańczowowłosego, o oczach błękitnych i okrągłych jak u ptaka. Wstał, doprowadził ubranie do porządku, Ellen także się podniosła, owijając peleryną.

Chłopiec niósł zawiniątko — tak, to była połowa opończy, którą owinął dziecko, zanim położył je na grobie Agnes.

Nie pojmując nic, Tom wpatrywał się w chłopca, potem w Ellen. Wzięła jego ręce w swoje i, spojrzawszy mu w oczy, rzekła:

— Twój syn żyje.

Nie wierzył. To byłoby zbyt cudowne, za dużo szczęścia jak na ten świat.

— Niemożliwe.

— Żyje.

— Naprawdę? Naprawdę? — W sercu Toma poczęła rodzić się nadzieja.

— Naprawdę. Zabiorę cię do niego. — Pokiwała głową.

Zrozumiał, że mówi to poważnie. Nagły napływ ulgi zmył z niego cierpienie, robiąc miejsce na uczucie szczęścia. Padł na kolana i wstrząsnął nim długo tłumiony szloch.

V

— Jack usłyszał płacz dziecka — opowiadała Ellen. — Szedł do rzeki, na północ stąd, gdzie można kamieniami zabić kaczkę, jeśli się trafi. Nie wiedział, co począć, więc przybiegł po mnie. Kiedy udaliśmy się razem do tego miejsca, zobaczyliśmy księdza na wierzchowcu, trzymającego na rękach dziecko.

— Muszę go znaleźć… — zaczął mówić Tom, ale mu przerwała.

— Nie bój się. Wiem, gdzie jest. Ksiądz skręcił niedaleko grobu. Tam jest ścieżka wiodąca do malutkiego klasztoru ukrytego w lesie.

— Dziecko potrzebuje mleka.

— Mnisi mają kozy.

— Dzięki Bogu! — powiedział żarliwie Tom.

— Zaprowadzę cię tam, jak tylko coś zjecie — obiecała. — Ale… — zmarszczyła brwi — nie mów jeszcze dzieciom o klasztorze.

Tom spojrzał na drugą stronę polany. Alfred i Martha wciąż spali. Jack stał nad leżącymi i po swojemu gapił się na nich.

— Dlaczego nie?

— Nie jestem pewna… Myślę, że mądrzej będzie poczekać.

— Ale twój syn im powie.

Potrząsnęła głową.

— Widział księdza, ale nie sądzę, żeby orientował się w całości sprawy.

— W porządku — powiedział Tom z namaszczeniem. — Jeślibym wiedział, że jesteś w pobliżu, to może mogłabyś pomóc uratować Agnes.

Ellen potrząsnęła głową, ciemne włosy zatańczyły wokół jej twarzy.

— Nic nie można było zrobić poza tym, by trzymać ją w cieple, a to uczyniłeś. Kiedy kobieta krwawi wewnętrznie, to albo krwawienie ustaje i ona czuje się lepiej, albo nie ustaje i umiera.

Tomowi łzy napłynęły do oczu.

— Przykro mi — rzekła Ellen.

Tępo skinął głową.

— Żyjący muszą zająć się żyjącymi, a ty potrzebujesz żywności i nowej opończy — stwierdziła, wstając.

Obudzili dzieci. Tom powiedział im, że niemowlę żyje, że Ellen i Jack widzieli, jak niósł je jakiś duchowny. Pójdzie wraz z Ellen poszukać tego księdza, ale najpierw coś zjedzą. Te zaskakujące wieści dzieci przyjęły spokojnie, nic teraz nie było w stanie nimi wstrząsnąć. Tom zresztą też był otumaniony. Życie biegło dla niego zbyt szybko, by mógł się połapać w tych wszystkich wydarzeniach. Przypominało to jazdę na koniu, który poniósł. Wypadki następują po sobie tak błyskawicznie, że nie ma kiedy się nad nimi zastanowić. Trzeba tylko trzymać się mocno, by nie oszaleć. Agnes rodzi dziecko w zimową noc pod gołym niebem; cudownym zrządzeniem losu maleństwo jest zdrowe; wszystko wydaje się w porządku, a wtem Agnes, bratnia dusza Toma, w jego ramionach wykrwawia się na śmierć, a on traci rozum; dziecko skazane na zagładę najpierw porzuca w lesie, a potem próbuje odnaleźć je i to mu się nie udaje; później pojawia się Ellen, a on sądzi, że to anioł, i kochają się, jakby we śnie; wreszcie od banitki dowiaduje się, że noworodek żyje i ma się dobrze. Czy życie wreszcie kiedyś zwolni choć w takim stopniu, by Tom mógł przemyśleć te okropne zdarzenia?

Wyruszyli. Zawsze sądził, że banici żyją w brudzie i nędzy, lecz w Ellen nie było nic plugawego i zaczął się zastanawiać, jak też wygląda jej dom. Prowadziła ich zygzakowatym szlakiem przez las i mimo że Tom nie widział żadnych znaków, nie było też ścieżki, ona nigdy się nie wahała przy wyborze drogi, kiedy przekraczała strumienie, schylała się pod gałęziami, pokonywała zamarznięte mokradła, gęste krzaki czy ogromny pień zwalonego dębu. W końcu skierowała się w stronę gąszczu jeżyn i wydawało się, że w nim znikła. Idąc za nią, zobaczył, że wbrew pierwszemu wrażeniu w zaroślach było wąskie przejście. Podążał dalej. Jeżyny zamknęły się nad jego głową i znalazł się w półmroku. Stanął bez ruchu, czekając, aż oczy przyzwyczają się do skąpej ilości światła. Stopniowo uświadomił sobie, że jest w jaskini. Powietrze wydawało się ciepłe. Przed sobą, w obudowie z kamienia, zobaczył żarzący się ogień. Dym się unosił — gdzieś musiał być naturalny komin. Dookoła wisiały wilcze i jelenie skóry, przymocowane do ścian drewnianymi kołkami. Wędzona ćwiartka sarniny zwisała z pułapu. Dostrzegł skrzynię pełną dzikich jabłek, na występach skalnych świeczki o knotach z sitowia, a na podłodze suchą trzcinę. Na skraju paleniska stał kociołek. Tak samo stałby w każdym zwykłym gospodarstwie i, sądząc po zapachu, była w nim podobna polewka, jaką jadali wszyscy inni — jarzyny gotowane z mięsem i ziołami. Zdumiało go to. Ten dom był wygodniejszy od wielu innych.

Za paleniskiem leżały dwa materace z jeleniej skóry, najprawdopodobniej wypchane trzciną; na skraju każdego z nich zauważył porządnie zwinięte wilcze skóry. Tam spali Ellen i Jack, mając ogień między posłaniami a wyjściem z jaskini. W głębi mieścił się ogromny zbiór broni i przyborów łowieckich: łuk, trochę strzał, siatki, pułapki na króliki, kilka strasznych sztyletów, starannie wykonana drewniana dzida z ostrzem opalonym w ogniu, a pośród tych prymitywnych narzędzi leżały trzy księgi. To go oszołomiło: nigdy nie widział ksiąg w żadnym domu, nie mówiąc o jaskini; miejsce ksiąg było w kościele.

Jack wziął drewnianą miskę, napełnił ją polewką z kociołka i zaczął pić. Alfred i Martha patrzyli na niego głodnymi oczyma. Ellen spojrzała na Toma przepraszająco i powiedziała:

— Jack, kiedy mamy u siebie gości, jedzenie podajemy najpierw im.

— Dlaczego? — chłopiec spojrzał na nią, nie rozumiejąc, o co jej chodzi.

— Bo tak trzeba. Daj dzieciom polewki.

Jack nie był przekonany, ale posłuchał matki. Ellen podała trochę zupy Tomowi. Usiadł na podłodze i wypił ją. Pachniała mięsem i rozgrzała go od środka. Kiedy wypił rzadkie, palcami wyjmował jarzyny i mięso. Tygodnie minęły, od kiedy jadł coś takiego. Prawdopodobnie była to kaczka ustrzelona przez Jacka kamieniem z procy.

Jedli, dopóki nie opróżnili kociołka, potem Alfred i Martha położyli się na trzcinie. Zanim zasnęli, Tom oznajmił im, że idą poszukać księdza, a Ellen dodała, że Jack zostanie tutaj i zaopiekuje się nimi. Wyczerpane dzieci pokiwały tylko głowami potakująco i zamknęły oczy.

Tom i Ellen wyszli. Skoro tylko znaleźli się poza plątaniną jeżynowych zarośli, Ellen zatrzymała się, stanęła twarzą do Toma, przyciągnęła jego głowę do swojej i pocałowała w usta.

— Kocham cię — powiedziała żarliwie. — Pokochałam cię w czasie naszego pierwszego spotkania. Zawsze chciałam mężczyzny, który byłby silny i łagodny, i myślałam już, że taki nie istnieje. Potem zobaczyłam ciebie. Pragnęłam cię. Widziałam jednak, że kochasz żonę. Mój Boże, jak ja jej zazdrościłam. Przykro mi, że umarła, naprawdę przykro, bo dostrzegam w twoich oczach żal i wstrzymywane łzy, które czekają, byś mógł je wylać, i boli mnie serce, gdy widzę, jak ci smutno. Ale ona już odeszła i teraz pragnę mieć cię dla siebie.

Tom nie wiedział, co powiedzieć. Trudno było uwierzyć, że taka piękna, mądra i niezależna kobieta mogłaby się zakochać w nim od pierwszego wejrzenia, a jeszcze trudniej było mu rozeznać się we własnych uczuciach. Był przybity utratą Agnes — Ellen miała rację mówiąc o niewylanych łzach, czuł ich ciężar pod powiekami — a jednocześnie pożądał tej kobiety, pociągało go jej cudowne gorące ciało, podziwiał złote oczy. Czuł się straszliwie winny z tego powodu, bo przecież Agnes dopiero od kilku godzin spoczywała w grobie.

Patrzył na Ellen, jej oczy zajrzały znów w głąb jego serca i powiedziała:

— Nie mów nic. Nie musisz się wstydzić. Wiem, że ją kochałeś. Jestem pewna, że ona wiedziała o tym. Ty ciągle ją kochasz, oczywiście, że tak. Zawsze będziesz ją kochał.

Kazała mu nic nie mówić, a on nie miał nic do powiedzenia. Ta nadzwyczajna kobieta po prostu ogłupiła go. Zdawała się robić doskonale wszystko, czego dotknęła. Fakt, że jawiła mu się jako osoba dobrze wyczuwająca to, co się dzieje w jego sercu, w jakiś sposób dodawał mu ducha, jakby już nie miał się czego wstydzić. Westchnął.

— Tak już lepiej — orzekła.

Wzięła go za rękę i razem oddalili się od jaskini. Przedzierali się przez dziewiczy las ponad milę, potem weszli na trakt. Tom nie przestawał popatrywać na twarz Ellen idącej obok niego. Przypomniał sobie, że kiedy po raz pierwszy ją ujrzał, to pomyślał, że z powodu tych dziwnych oczu czegoś brakuje tej twarzy do bycia piękną. Teraz nie rozumiał, jak mógł tak uważać. Widział, że te zadziwiające oczy są absolutnie doskonałym wyrazem jej niepowtarzalnej duszy. Cała wydawała mu się absolutnie doskonała, jedynie zdumiewało go to, że jest z nim.

Przeszli ze trzy mile. Tom wciąż był zmęczony, mimo że polewka dodała mu sił. Chociaż całkowicie wierzył Ellen, dręczyło go pragnienie zobaczenia syna na własne oczy.

Kiedy zza drzew już mogli dostrzec klasztor, Ellen stwierdziła:

— Nie pokazujmy się mnichom od razu.

— Dlaczego? — zdziwił się.

— Porzuciłeś dziecko. To liczy się jako morderstwo. Przyjrzyjmy się najpierw z ukrycia, by się zorientować, co to za ludzie.

Tom, ze względu na okoliczności, w jakich się wszystko działo, nie pomyślał, że może mieć kłopoty, ale ostrożność nie zaszkodzi, kiwnął więc potakująco głową i podążył za Ellen. Kilka chwil później leżeli na skraju polany.

Klasztor był bardzo mały. Tomowi zdarzało się budować domy zakonne, domyślił się więc, że ten mógł być tylko filią wielkiego klasztoru lub opactwa. Dostrzegł dwa kamienne budynki — kaplicę i dormitorium. Inne były z drewna i plecionki obrzuconej gliną: kuchnia, stajnia, stodoła i kilka mniejszych pomieszczeń gospodarczych. Miejsce było czyste, wyglądało na zadbane. Prawdopodobnie mnisi tyle samo uwagi poświęcali gospodarzeniu, co modlitwom.

W obejściu nie było wielu ludzi.

— Większość mnichów poszła do pracy — poinformowała Ellen. — Budują stodołę na szczycie wzgórza. — Popatrzyła w niebo. — Przyjdą około południa na obiad.

Tom przyjrzał się polanie. Nieopodal, po prawej stronie, zobaczył dwie postacie, częściowo zasłonięte małym stadkiem kóz.

— Spójrz — zwrócił się do Ellen. A kiedy przypatrywali się im, spostrzegł jeszcze coś. — Ten człowiek, który siedzi, to ksiądz. On…

— Trzyma coś w objęciu.

— Podejdźmy bliżej.

Przeszli skrajem polany, kryjąc się między drzewami, by dotrzeć na tę stronę, gdzie pasły się kozy. Tomowi serce podchodziło do gardła, kiedy patrzył na księdza siedzącego na stołku. Trzymał on na rękach dziecko. To było Toma dziecko. Poczuł skurcz wzruszenia. Naprawdę tam było, naprawdę! Żyło. Pragnął rzucić się do księdza z wyciągniętymi ramionami, uściskać i jego, i maleństwo.

Obok księdza stał młody mnich. Przyjrzawszy się dokładniej, Tom zauważył, że młodzieniec zanurza szmatkę w skopku z mlekiem — najpewniej kozim — po czym jej nasączony róg wtyka w usta dziecka. To było wspaniałe.

— No cóż — rzekł Tom z pewną obawą. — Pójdę i przyznam się do tego, co zrobiłem, i zabiorę dziecko z powrotem.

Ellen spokojnie popatrzyła na niego.

— Pomyśl przez chwilę. Co zrobisz potem?

Nie rozumiał, do czego ona zmierza.

— Poproszę mnichów o mleko. Potrafią dostrzec, że jestem biedny. Dadzą jałmużnę.

— A potem?

— No, mam nadzieję, że dadzą mi dość mleka na trzy dni, póki nie dojdę do Winchesteru.

— A potem? — upierała się. — Jak potem wykarmisz dziecko?

— No, poszukam pracy…

— Szukasz pracy od czasu, kiedy cię ostatnio widziałam, a było to pod koniec lata. — Wyglądała, jakby się trochę na niego złościła, a on nie rozumiał, z jakiego powodu. — Nie masz pieniędzy ani narzędzi. Co będzie z dzieckiem, jeśli nie dostaniesz pracy w Winchesterze?

— Nie wiem. — Tom poczuł się dotknięty szorstkim potraktowaniem. — A co mam robić? Żyć jak ty? Nie umiem trafiać do kaczek kamieniami, jestem murarzem.

— Możesz zostawić dziecko tutaj.

W Toma jakby grom uderzył.

— Zostawić je? — zawołał. — Właśnie teraz, kiedy je odnalazłem?

— Będziesz miał świadomość, że zapewnią mu ciepło i jedzenie. Nie będziesz musiał go nosić, szukając pracy. A jak ją znajdziesz, zawsze możesz wrócić tutaj i zabrać dziecko.

Tom wewnętrznie buntował się przeciw takiemu rozwiązaniu.

— Nie wiem — rzekł. — Co mnisi pomyślą o porzuceniu dziecka?

— Już wiedzą, że to uczyniłeś — odpowiedziała niecierpliwie. — Pytanie tylko, czy wyznasz to teraz, czy później.

— A mnisi umieją opiekować się dzieckiem?

— Wiedzą tyle samo, co ty.

— Wątpię.

— No, ale mają sposób na karmienie noworodka, który potrafi tylko ssać.

Powoli docierało do niego, że to ona ma rację. Chociaż tak chciał owo małe zawiniątko trzymać w ramionach, nabierał przekonania, że mnisi są bardziej niż on zdolni do opieki nad dzieckiem.

— Znów go zostawić — odezwał się ze smutkiem. — Chyba muszę. — Stał i wpatrywał się w malutką figurkę na rękach księdza. Dziecko miało czarne włosy, podobne do włosów Agnes. Tom podjął decyzję, ale nie potrafił ruszyć się z tego miejsca.

Nagle na drugiej stronie polany wyłoniła się spora grupa mnichów, było ich piętnastu czy dwudziestu, nieśli siekiery i piły. Tom i Ellen weszli głębiej w zarośla, aby nikt nie odkrył ich obecności. Teraz Tom nie mógł już widzieć dziecka. Przemykali pośpiesznie przez krzaki. Kiedy doszli do drogi, puścili się biegiem. Pokonali tak ze trzysta jardów, potem Tom się zmęczył. Gdy wreszcie znaleźli się w bezpiecznej odległości, zeszli z traktu i poszukali zacisznego miejsca na odpoczynek.

Usiedli na porośniętym trawą zboczu oświetlonym promykami słońca. Tom popatrzył na Ellen, która leżała wyciągnięta na plecach, głęboko oddychając. Miała zaróżowione policzki, a jej wargi uśmiechały się do niego. Spojrzał na obnażoną szyję i wypukłą pierś. Nagle zapragnął zobaczyć jej nagość raz jeszcze, a pożądanie to było znacznie silniejsze niż poczucie winy. Pochylił się nad nią, by ją pocałować, ale powstrzymał się, bo tak pięknie wyglądała… Kiedy przemówił bez zastanowienia, zaskoczyły go własne słowa:

— Ellen, czy zostaniesz moją żoną?

Rozdział 2

I

Peter z Wareham był urodzonym intrygantem. Przeniesiono go do tej małej wspólnoty w lesie z macierzystego domu zakonnego w Kingsbridge. Nietrudno było dociec, dlaczego przeor Kingsbridge tak bardzo chciał się go pozbyć. Peter był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną pod trzydziestkę. Silna osobowość i pogardliwe maniery doprowadziły do tego, że żył w poczuciu oburzenia na wszystko i na wszystkich. Kiedy pojawił się tu i zaczął pracować w polu, nadawał wściekłe tempo, a potem oskarżał mnichów o lenistwo i obijanie się. Ku jego zaskoczeniu, większość braciszków przyznała mu rację i okazali się zdolni dotrzymać mu kroku, a w końcu młodsi nawet go wyprzedzili. Znalazł sobie wówczas inną wadę mnichów. Wybór padł na obżarstwo.

Zaczął jeść połowę swego przydziału chleba i nie spożywał wcale mięsa. W ciągu dnia pił tylko wodę ze strumienia, piwo rozcieńczał i odmawiał wina. Nakrzyczał na młodego, zdrowego braciszka, kiedy poprosił o repetę owsianki, i doprowadził do łez innego, który dla żartu wypił wino z cudzego kubka.

Mnisi wcale nie dawali żadnych dowodów obżarstwa — myślał przeor Philip, kiedy schodzili ze wzgórza, śpiesząc na obiad. Młodzi byli szczupli i muskularni, a starsi krzepcy i opaleni. Żaden z nich nie miał tej bladej krągłości, pojawiającej się wówczas, gdy się za dużo je i niewiele, albo nic, nie robi. Jego zdaniem mnisi powinni być szczupli. Otyli braciszkowie wyzywali zawiść i niechęć zwracające się przeciwko sługom bożym. Peter, co charakterystyczne, swe oskarżenia przedstawiał w formie wyznania. „Popełniłem dzisiaj grzech obżarstwa — powiedział rano, gdy odpoczywali na pniach drzew, które sami ścięli, posilając się żytnim chlebem i pijąc piwo. — Sprzeniewierzyłem się Regule świętego Benedykta, która mówi, że mnichom nie wolno jeść mięsa i pić wina. — Obrzucił spojrzeniem pozostałych braci; głowę zadzierał wysoko, a ciemne oczy błyszczały dumą, w końcu zatrzymał wzrok na Philipie. — I wszyscy tutaj mają na sumieniu to samo przewinienie” — zakończył. To bardzo smutne, że Peter zachowuje się w ten sposób, pomyślał przeor. Ten człowiek poświęcił się służbie bożej, ma Bogu wiele do zaoferowania. Wygląda jednak na to, że bardzo chce poczuć się kimś wyjątkowym i zwracać na siebie uwagę innych. Stąd te ciągłe sceny. A przecież Philip kochał go tak samo jak innych. Wiedział, że pod arogancją i pogardą kryje się zbolała dusza, niedowierzająca, że ktokolwiek mógłby się nią naprawdę zająć.

— A jak brzmią słowa świętego Benedykta? Czy możesz je zacytować, Peterze? — poprosił przeor.

— Powiada tak: „Wszyscy poza chorymi winni powstrzymywać się od mięsa”, a potem: „Wino w ogóle nie jest napojem dla mnichów” — odparł Peter.

Philip skinął głową. Zgodnie z oczekiwaniami, Peter nie znał reguły tak dobrze jak on.

— Z małą poprawką — rzekł. — Święty nie mówi o mięsie, ale o „ciele czworonożnych zwierząt”, i czyni wyjątki, nie tylko, jak powiedziałeś, dla chorych, lecz również dla słabych. A cóż rozumie przez pojęcie „słabi”? Tutaj, w naszej małej wspólnocie, przyjmujemy, że ludzie wykonujący pracę wymagającą wysiłku są osłabieni i z tego powodu mogą posilać się mięsem, by odzyskać utracone siły.

Peter słuchał. Jego czoło zmarszczyło się w wyrazie dezaprobaty, czarne krucze brwi ściągnęły się u nasady wielkiego, zakrzywionego nosa, twarz zdradzała tłumiony opór.

— W kwestii wina święty mówi: „Czytamy, że wino nie jest napojem mnichów” — ciągnął Philip. — Użycie słowa „czytamy” implikuje, że święty nie w pełni aprobuje zakaz. Powiada przecież także, że pół kwarty wina powinno wystarczyć każdemu na cały dzień. I ostrzega, byśmy nie gasili pragnienia całkowicie. Czy jest tedy jasne, czy też nie, że święty Benedykt nie oczekuje od mnichów zupełnego wyrzeczenia się wina?

— Ale rzecze też, że we wszystkim powinno być zachowywane umiarkowanie.

— Czy chcesz przez to powiedzieć, że my tutaj jemy bez umiaru?

— Tak — oznajmił dźwięcznym głosem.

— „Niech ci, których Bóg obdarzył abstynencją, wiedzą, że otrzymają właściwą nagrodę” — zacytował Philip. — Jeśli uważasz, że nasze posiłki są dla ciebie zbyt obfite, możesz jeść mniej. Lecz pamiętaj, co jeszcze mówi święty. Cytuje Pierwszy list do Koryntian, w którym święty Paweł oznajmił: „Istnieje różnorodność darów łaski, lecz jeden i ten sam Duch… Jednemu bywa dany dar mądrości, innemu zaś dar umiejętności” i tak dalej. I dlatego powiada święty Benedykt, nie można bez wahania określić ilości jedzenia potrzebnego innym. Proszę, pamiętaj o tym, kiedy pościsz i medytujesz nad grzechem obżarstwa.

Potem wrócili do pracy. Peter roztaczał aurę męczeństwa. Można go było bez trudu uciszyć, doszedł do wniosku Philip. Z trzech ślubów zakonnych, takich jak ubóstwo, czystość i posłuszeństwo, tym, który sprawiał Peterowi trudności, był ślub posłuszeństwa.

Oczywiście istniały sposoby postępowania z nieposłusznymi mnichami: izolacja, chleb i woda, chłosta, a w końcu ekskomunika i wyrzucenie z klasztoru. Zazwyczaj nie wahał się przed użyciem takich kar, szczególnie wówczas, gdy mnich starał się nadszarpnąć jego autorytet. Dlatego sądzono, że utrzymuje rygor. W rzeczywistości jednak nienawidził stosowania kar — powodowały one dysharmonię w zakonnej wspólnocie i unieszczęśliwiały wszystkich. Jeśli chodzi o Petera, to kara i tak byłaby nieskuteczna, z pewnością uczyniłaby tego człowieka jeszcze bardziej próżnym i nieustępliwym. Philip musiał znaleźć sposób na to, by jednocześnie zapanować nad Peterem i ułagodzić go. Nie będzie to łatwe. Ale, pomyślał, gdyby wszystko było proste, człowiek nie potrzebowałby Bożego wsparcia.

Dotarli do zabudowań klasztornych. Kiedy wyszli na otwartą przestrzeń, Philip zauważył, że z zagrody dla kóz macha do nich energicznie brat John. Zwano go Johnny Osiem Pensów, bo był trochę ograniczony umysłowo. Zastanawiał się, co też go mogło tak podniecić. Razem z Johnnym był jeszcze mężczyzna w szatach księdza. Wyglądał jakoś znajomo i Philip przyśpieszył kroku.

Ksiądz był niskim, krępym mężczyzną w wieku około dwudziestu pięciu lat, miał krótko przycięte czarne włosy i jasne niebieskie oczy, iskrzące się żywą inteligencją. Patrzenie na niego było dla Philipa jakby spoglądaniem w lustro. Ten ksiądz, uprzytomnił sobie z lekkim wstrząsem, to jego młodszy brat, Francis.

Francis trzymał noworodka.

Philip nie wiedział, kto stanowi większą niespodziankę, Francis czy dziecko. Mnisi stłoczyli się dookoła. Francis wstał, podał dziecko Johnny’emu. Philip objął brata.

— Co tutaj robisz? — rzekł z radością. — I skąd masz to dziecko?

— O tym, dlaczego tutaj jestem, powiem ci później — odrzekł Francis. — Jeśli chodzi o dziecko, to znalazłem je w lesie, leżało samo niedaleko żarzącego się ogniska.

— I… — przynaglił go Philip.

— Nie potrafię więcej powiedzieć. — Francis wzruszył ramionami. — To wszystko, co wiem. Miałem nadzieję, że dotrę do was wczoraj wieczorem, ale musiałem zanocować w chacie strażnika królewskich lasów. Wyruszyłem dzisiaj o świcie. Jechałem traktem, kiedy usłyszałem płacz dziecka. W chwilę później je dostrzegłem, zabrałem ze sobą i przyniosłem tutaj. I to cała opowieść.

Philip patrzył z niedowierzaniem na zawiniątko w objęciach Johnny’ego. Niepewnie wyciągnął rękę i podniósł róg koca. Miał przed sobą pomarszczoną różową twarzyczkę, otwarte bezzębne usteczka i małą głowinę — miniaturę starego mnicha. Zajrzał głębiej i zobaczył małe delikatne barki, wymachujące ramionka i zaciśnięte piąstki. Przyjrzał się z bliska kawałkowi pępowiny dyndającej przy brzuszku dziecka. To wzbudzało niesmak. Czy to coś normalnego? — zastanawiał się. Wyglądało na to, że rana goi się dobrze i najlepiej będzie nie ruszać tego. Odsunął koc jeszcze bardziej.

— Chłopiec — powiedział z zakłopotanym kaszlnięciem.

Jeden z nowicjuszy zachichotał.

Nagle Philip poczuł się bezradny. Cóż, u licha, mam z nim zrobić? Nakarmić?

Dziecko zapłakało, a dźwięk ten poruszył go jak bliska sercu pieśń.

— Jest głodne. — Gdzieś w zakątku myśli jawiło się pytanie: Skąd ja to wiem?

— Nie potrafimy go nakarmić — odezwał się jakiś mnich.

Przeor już miał powiedzieć: „Dlaczego nie?” — ale uświadomił sobie, że przecież w promieniu wielu mil nie ma kobiet.

Jednakże Johnny już rozwiązał ten problem. Siadł na stołku, trzymając dziecko. W ręku miał chustę z jednym końcem skręconym. Zanurzył go w skopku mleka i pozwolił, by nasiąknął dobrze płynem, a potem wsadził namoczony róg w usta noworodka. Dziecko zaczęło ssać.

Philip miał ochotę krzyknąć z radości.

— To sprytne, Johnny — pochwalił go.

Brat John uśmiechnął się.

— Robiłem to już, kiedy karmiąca koza zdechła, zanim odstawiła swoje małe — oświadczył z dumą.

Wszyscy mnisi patrzyli z zainteresowaniem, a Johnny powtarzał proste czynności, po czym dziecko zaczynało ssać. Gdy dotykał usteczek noworodka, niektórzy bracia zakonni otwierali własne usta, z rozbawieniem zauważył Philip. Takie karmienie było powolne, ale przecież dzieci karmi się wolno.

Peter z Wareham, który nie mógł się oprzeć powszechnemu zachwytowi i w konsekwencji zapomniał, że ma być zawsze krytycznie do wszystkiego nastawiony, teraz się pozbierał i rzekł:

— Mniejszym kłopotem byłoby znaleźć dziecku matkę. Najlepiej jego własną.

— Wątpię, czy to możliwe — stwierdził Francis. — Matka jest prawdopodobnie niezamężna i obciążona moralnym występkiem. Podejrzewam, że to młoda kobieta. Może udało się jej utrzymać ciążę w tajemnicy, a kiedy zbliżył się jej czas, poszła do lasu, rozpaliła ognisko, urodziła bez pomocy i potem porzuciła dziecko na łaskę wilków, by wrócić tam, skąd przyszła. Upewniła się, że nie zostanie zdradzona.

Dziecko zasnęło. Philip odruchowo wziął je od Johnny’ego i przycisnął do piersi.

— Biedactwo, biedactwo — szeptał — nieszczęsna mizerotka. — Odczuł nagłą potrzebę zaopiekowania się maleństwem. Zauważył, że mnisi wpatrują się w niego, zdumieni okazywaniem czułości. Nigdy nie widzieli u niego ukazywania uczuć; coś takiego było w klasztorze surowo zabronione. Najwidoczniej uważali go za niezdolnego do czułości. No cóż, pomyślał, wobec tego znają prawdę.

— Będziemy musieli zawieźć dziecko do Winchesteru i tam znaleźć mu zastępczą matkę — przemówił znów Peter z Wareham.

Gdyby powiedział to ktokolwiek inny, Philip nie śpieszyłby się tak bardzo z przeciwstawieniem się temu pomysłowi, ale że to właśnie Peter zgłaszał sprzeciw, przeor szybko zaprotestował… Ta chwila miała w decydujący sposób zmienić jego życie.

— Nie oddamy go do żadnej zastępczej matki. To dziecko jest darem od Boga. — Popatrzył po wszystkich. Szeroko otwarte oczy mnichów śledziły jego usta. — Zajmiemy się dzieckiem sami. Będziemy je karmić, uczyć i wskażemy drogę do Boga. Potem, kiedy wyrośnie na mężczyznę, sam zostanie mnichem. Tym sposobem zwrócimy go Panu.

Zapadła martwa cisza.

Peter przerwał ją, mówiąc ze złością:

— To niemożliwe! Dziecko nie może być wychowywane przez mnichów!

Philip pochwycił spojrzenie swego brata i uśmiechnęli się obaj do wspólnych wspomnień. Kiedy znów przemówił, jego głos był przytłumiony ciężarem przeszłości.

— Niemożliwe? Mylisz się, Peterze. Przeciwnie. Jestem tak samo jak mój brat całkowicie przekonany, że mnisi to potrafią. Znamy to z własnego doświadczenia. Nieprawdaż, Francis?

Pamiętał tamten dzień, jakby to było wczoraj. Jego ojciec wrócił do domu ranny. Philip pierwszy dostrzegł, jak wijącą się ścieżką wspinał się na koniu do położonej na wzniesieniu niewielkiej osady w górzystej Walii Północnej. Sześcioletni Philip wybiegł mu na spotkanie, jak zwykle, tym razem jednak tatko nie dźwignął swego malucha, by posadzić go przed sobą na koniu. Jechał powoli, to zsuwając się z siodła, to poprawiając, wodze trzymał w prawej ręce, lewa zaś zwisała bezwładnie. Twarz miał bladą, a odzież poplamioną krwią. Dzieciak był zarówno zaciekawiony, jak i przestraszony, bo dotychczas nigdy nie widział ojca słabego.

— Idź po matkę — rzekł tatko.

Kiedy wprowadzili go do domu, mama rozcięła ojcu koszulę. Philip przeraził się — widok matki, zawsze tak oszczędnej, a teraz niszczącej odzież, był bardziej wstrząsający niż krew.

— Nie martw się o mnie — powiedział tatko. Jego zwykły mocny bas osłabł do pomruku. Nikt nie zwrócił uwagi na to kolejne wstrząsające spostrzeżenie; słowo ojca było prawem. — Zostawcie mnie i zabierajcie się wszyscy do klasztoru na górze — powiedział. — Ci przeklęci Anglicy wkrótce się tu zjawią.

Na wzgórzu stał kościół i klasztor, ale Philip nie pojmował, dlaczego mają tam iść, skoro nie była to niedziela.

— Jeśli stracisz jeszcze trochę krwi, nie będziesz w stanie nigdy i nigdzie pójść — odparła mama, a ciotka Gwen powiedziała, że podniesie alarm, i wyszła.

Wiele lat później, kiedy myślał o wydarzeniach, jakie potem nastąpiły, uświadomił sobie, że wszyscy zapomnieli wtedy o nim i o jego czteroletnim bracie Francisie i nikomu nie przyszło do głowy, by zabrać ich do bezpiecznego klasztoru. Zapewne rodzice myśleli o dzieciach i spodziewali się, że nic im się nie stanie, bo są z nimi, ale tatko wykrwawiał się na śmierć, a mama próbowała go ratować i w ten sposób Anglicy przyłapali ich czwórkę razem.

Nic w dotychczasowym krótkim życiu Philipa nie przygotowało go na pojawienie się dwu zbrojnych mężów, którzy kopniakami otwarli drzwi i wpadli do jednoizbowego domu. W innych warunkach nie daliby się zastraszyć, bo przecież napastnicy byli tylko wielkimi niezgrabnymi podrostkami, którzy kpili ze starych kobiet i wymyślali Żydom, a o północy w piwiarniach wszczynali bójki na pięści. Teraz jednak (Philip zrozumiał to wiele lat później, kiedy wreszcie zdołał myśleć o tym dniu obiektywnie) tych dwu młodych opanowała żądza krwi. Byli w bitwie, słyszeli rycerzy wyjących w agonii i widzieli przyjaciół padających trupem. Lecz bitwę wygrali i udało im się nie polec, a teraz ogarnęła ich gorączka pościgu za wrogami i nic nie mogło ich nasycić. Pragnęli więcej krwi, więcej wrzasku, więcej ran i śmierci… Mieli to wypisane na powykrzywianych twarzach, kiedy wdarli się do izby jak lisy do kurnika.

Poruszali się szybko, lecz Philip zapamiętał na zawsze każdy szczegół, jakby wszystko trwało bardzo długo. Obaj nosili lekkie zbroje, kolczugi zrobione z metalowych oczek, i skórzane hełmy, wzmocnione żelaznymi taśmami. Trzymali w rękach wyciągnięte miecze. Jeden, brzydki, zezowaty i z wielkim złamanym nosem, obnażył zęby w małpim przerażającym grymasie. Drugi miał lśniącą brodę, posklejaną kroplami krwi, prawdopodobnie cudzej, bo sam nie wyglądał na rannego. Omietli wzrokiem izbę, nie zatrzymując go na niczym. Ich bezlitosne, chytre oczy nie zatrzymały się na Philipie i Francisie, zauważyły mamę i skierowały się na tatka. Natarli na niego, zanim ktokolwiek zdołał się poruszyć.

Mama pochylała się nad tatkiem, wiążąc bandaż na jego lewym ramieniu. Wyprostowała się i odwróciła ku intruzom, w jej oczach płonęła odwaga i determinacja. Tatko zerwał się na nogi, sięgnął po miecz. Philip wydał okrzyk strachu.

Ten brzydki podniósł miecz nad głowę i uderzył rękojeścią w głowę mamy, po czym odepchnął ją, ale nie wykonał pchnięcia, pewnie z tego powodu, że nie chciał, by miecz utkwił w jej ciele, podczas gdy tatko jeszcze żył. Philip odtworzył to wiele lat później: biegł wtedy do mamy, nie rozumiejąc, że ona już nie może go obronić. Mama potknęła się, ogłuszona, a ten brzydki minął ją, wznosząc miecz ponownie. Philip pochwycił jej spódnicę, gdy się zatoczyła w oszołomieniu, nie potrafił jednak przestać patrzeć na ojca.

Tatko dobył miecza i uniósł w pozycji obronnej. Brzydki uderzył z góry i ostrza brzęknęły przy zetknięciu. Niczym dzwonek. Tak jak wszyscy mali chłopcy, Philip uważał, że ojciec jest niezwyciężony, a tu nagle okazało się, że prawda jest inna. Tatko osłabł wskutek utraty krwi. Kiedy ostrza się spotkały, ojcowski miecz opadł; atakujący szybko uniósł swoją broń i uderzył ponownie. Cios trafił w miejsce, w którym wielkie mięśnie szyi łączą się z barkami. Philip zaczął przeraźliwie krzyczeć na ten widok. Brzydki cofnął rękę, złożył się do pchnięcia i wbił miecz w brzuch tatka.

Sparaliżowany przerażeniem Philip patrzył na matkę. Ich oczy spotkały się w momencie, kiedy ten drugi, brodaty, powalił ją ciosem z góry. Padła na podłogę. Krew płynęła strumieniem z rany na głowie. Brodaty obrócił swój miecz sztychem w dół i, trzymając oburącz, podniósł go jak najwyżej, niemal jakby chciał się sam przebić, i opuścił gwałtownie. Rozległ się mdlący trzask pękających kości, kiedy sztych wdzierał się w pierś mamy. Wszedł głęboko, tak głęboko (zauważył Philip, mimo że znajdował się w kleszczach ślepego histerycznego strachu), iż musiał przejść na zewnątrz przez plecy i wbić się w ziemię, przybijając mamę do podłogi, tak jak gwóźdź.

Philip dziko wpatrywał się w ojca. Zobaczył, jak pada pod ciosem miecza, a z ust chlusta mu krew. Jego zabójca odstąpił i szarpnął, chcąc uwolnić swoją broń. Tatko potknął się, robiąc krok w stronę mordercy. Brzydki krzyknął i obrócił miecz w brzuchu ojca. Udało mu się go wyszarpnąć. Tatko padł na podłogę, a jego ręce powędrowały do otwartych wnętrzności, jakby chciał zakryć ranę. Philip zawsze wyobrażał sobie, że ludzkie wnętrze jest jednolite, widok tego, co wypadło z ojca, zaskoczył go i przyprawił o mdłości. Napastnik podniósł swój miecz wysoko, ponad ciałem tatka, jak brodaty nad ciałem mamy, i zadał ostatni cios.

Obaj Anglicy spojrzeli na siebie i zupełnie nieoczekiwanie Philip wyczytał w ich twarzach ulgę. Odwrócili się razem, popatrzyli na przerażone dzieci. Jeden skinął głową, drugi wzruszył ramionami i Philip pomyślał, że oni chcą zabić jego i brata cięciami tych swoich ostrych mieczy, a kiedy jeszcze uświadomił sobie, jak bardzo będzie to boleć, zdrętwiał ze strachu.

Ten z krwią na brodzie schylił się lekko i chwyciwszy Francisa za kostkę u nogi, podniósł go. Trzymał chłopca do góry nogami, a on wołał mamę, nie rozumiejąc, że jest martwa. Brzydal wyciągnął miecz z ciała tatka i cofnął ramię. Zamierzył się na Francisa.

Cios nie padł. Rozległ się rozkazujący głos i obaj mężczyźni zamarli w bezruchu. Zapadła cisza. Philip uświadomił sobie, że przestał krzyczeć. Spojrzał na drzwi i zobaczył opata Petera z drewnianym krzyżem w ręku, jakby to był miecz. Jego oczy wyrażały oburzenie.

Kiedy Philip przeżywał w koszmarach sennych ten dzień i budził się spocony, krzycząc w ciemności, to zawsze przywoływał obraz człowieka z krzyżem, bez broni. Wtedy uspokajał się i w końcu zasypiał.

Opat przemówił. Philip nie rozumiał jego słów, bo mnich mówił po angielsku, pojął jednak ich znaczenie, gdyż obaj napastnicy zawstydzili się, a brodaty położył Francisa na ziemię. Nie przestając mówić, mnich wkroczył pewnie do chaty. Zbrojni cofnęli się o krok. Opat odwrócił się lekceważąco i kucnął, by porozmawiać z Philipem. Głos brzmiał rzeczowo:

— Jak cię zwą?

— Philip.

— Aha, pamiętam. A twój brat to…?

— Francis.

— Właśnie. — Opat popatrzył na krwawiące ciała na podłodze. — To jest twoja mama, tak?

— Tak — powiedział Philip. Zaczęła go ogarniać panika, kiedy wskazywał okaleczone ciało ojca, mówiąc: — A to jest mój tatko!

— Wiem — uspokajająco rzekł mnich. — Przestań płakać i odpowiedz na moje pytania. Czy rozumiesz, że oni nie żyją?

— Nie — odrzekł Philip żałośnie. Widział zdychające zwierzęta, ale żeby coś takiego przydarzyło się mamie i tatkowi?

— To tak, jak pójść spać — wyjaśnił opat.

— Ale mają otwarte oczy! — krzyknął Philip.

— Ciii… Lepiej więc je zamknijmy.

— Tak — zgodził się Philip. Poczuł, że to może coś rozwiązać.

Mnich wstał, wziął Philipa i Francisa za ręce i poprowadził przez izbę do ciała ich ojca. Ukląkł przy nim i ujął w swoją dłoń prawą rękę Philipa.

— Pokażę ci jak. — Pociągnął rękę Philipa, przesunął ją nad twarz ojca, ale nagle Philip zaczął odczuwać lęk, bo ciało tatka wyglądało obco i było ohydnie poranione. Wyrwał więc rękę i z niepokojem spojrzał na opata Petera, którego wszyscy słuchali, lecz on nie wydawał się rozgniewany. — Chodź — powiedział łagodnie i wziął ponownie rękę chłopca. Tym razem Philip się nie opierał. Trzymając palec Philipa między swym kciukiem i palcem wskazującym, mnich spowodował dotknięcie przez chłopca powieki ojca i przesunięcie jej w dół, aż zakryła przerażająco wytrzeszczoną gałkę oczną. Wtedy opat puścił rękę Philipa i rzekł: — Zamknij drugie oko.

Tym razem bez pomocy Philip sięgnął, dotknął powieki ojca i zamknął ją. Poczuł się lepiej.

— To samo zrobimy z oczami mamy, dobrze? — zaproponował opat.

— Tak.

Uklękli przy jej ciele. Opat wytarł z jej twarzy krew swoim rękawem. Philip zapytał:

— A Francis?

— Może on też mógłby pomóc.

— Zrób to, co ja, Francis — zwrócił się Philip do brata. — Zamknij mamie oczy, tak jak ja tatkowi, żeby mogła spać.

— A oni śpią? — spytał Francis.

— No, nie, ale to jest jak spanie — odparł autorytatywnym tonem — więc ona musi mieć zamknięte oczy.

— No to dobrze — zgodził się Francis i bez wahania wyciągnął pulchną dłoń, i uważnie zamknął oczy matki.

Potem opat wziął ich obu na ręce i, bez jednego spojrzenia na żołnierzy, wyniósł małych z domu i zaniósł stromą ścieżką na górę, do klasztoru.

Nakarmił ich w klasztornej kuchni; później zaś, by nie zostawiać ich sam na sam z myślami, bezczynnie, polecił im pomóc kucharzowi w przygotowywaniu kolacji dla mnichów. Następnego dnia pokazał dzieciom ciała rodziców, umyte i ubrane, z ranami oczyszczonymi, zaszytymi i częściowo ukrytymi. Leżały w trumnach obok siebie w nawie kościoła. Przyszło jedynie kilkoro spośród ich krewnych, bo nie wszyscy ze wsi schronili się w klasztorze przed armią najeźdźców. Opat Peter zabrał chłopców na pogrzeb i dopilnował, aby byli obecni przy złożeniu dwu trumien do jednego grobu. Kiedy Philip zapłakał, Francis zapłakał także. Ktoś zaczął ich uciszać, ale opat Peter powiedział:

— Pozwól im szlochać.

A kiedy oswoili się z myślą, że rodzice odeszli i nigdy już nie wrócą, zaczął mówić o przyszłości.

Wśród ich krewnych nie było ani jednej rodziny, która by kogoś nie straciła — w każdej albo matka, albo ojciec zostali zabici. Nie było też nikogo, kto mógłby zająć się chłopcami. Pozostawały dwie możliwości. Można było oddać lub sprzedać braci jakiemuś kmieciowi, który mógłby ich wykorzystywać do niewolniczej pracy, póki nie dorośliby na tyle, by uciec. Albo mogli zostać oddani Bogu.

Umieszczanie małych chłopców w klasztorach nie było niczym nowym. Zazwyczaj oddawano ich w wieku jedenastu lat, a dolna granica wynosiła lat pięć, bo mnisi nie byli po to, by dzieci niańczyć. Do klasztoru trafiały sieroty, bywało, że przebywający tam chłopcy nie mieli jednego z rodziców, a czasem ich rodzice mieli za dużo synów. Zazwyczaj rodzina wraz z dzieckiem przekazywała jakiś wartościowy dar, wiano, gospodarstwo, kościół, a czasami całą wioskę. W razie skrajnej nędzy dar nie był wymagany. Ponieważ ojciec Philipa zostawił skromne gospodarstwo na wzgórzu, więc chłopcy nie musieli korzystać z miłosierdzia. Opat Peter zaproponował, że klasztor weźmie chłopców i przejmie gospodarstwo, na co ci krewni, którzy przetrwali, zgodzili się; umowa została zatwierdzona przez księcia Gwynedd, Gruffyda ap Cynana. Został on wprawdzie pobity, ale nie obalony przez żołnierzy króla Henryka, tych, którzy zabili ojca Philipa.

Opat wiedział wiele o smutku, ale mimo całej swej wiedzy nie był przygotowany na to, co spotkało Philipa. Mniej więcej po roku, kiedy wydawało się, że żal już przeminął, a obaj chłopcy okrzepli w klasztornym życiu, Philip popadł w jakiś rodzaj nieuzasadnionej złości. Warunki życia wspólnoty na szczycie wzgórza nie były aż tak złe, by jego gniew usprawiedliwić: mieli jedzenie, odzież, zimą w dormitorium płonął ogień, a nawet było trochę miłości i przywiązania. Ostra dyscyplina i pieczołowicie dopełniane rytuały w końcu miały służyć utrzymaniu porządku i równowagi. Philip jednak zaczął zachowywać się, jakby zamknięto go w więzieniu, i to niesprawiedliwie. Nie słuchał poleceń, przy każdej okazji podważał autorytet przełożonych, kradł żywność, tłukł jaja, spuszczał konie, przedrzeźniał słabszych i obrażał starszych. Ale w końcu wyrósł z tego. W Boże Narodzenie rozmyślał o minionych dwunastu miesiącach i uświadomił sobie, że nawet jednej nocy w tym roku nic spędził w celi pokutnej.

Trudno powiedzieć, co sprawiło, że powrócił do normalności. Prawdopodobnie pomogło to, że interesował się przedmiotami, których się uczył. Matematyczna teoria muzyki zafascynowała go, a nawet sposób koniugowania łacińskich czasowników miał pewną satysfakcjonującą logikę. Został skierowany do pomocy klucznikowi klasztornemu, mnichowi, którego pieczy powierzono wszystkie zapasy i całe zaopatrzenie, od sandałów do ziarna na siew, i to także wzbudziło zainteresowanie Philipa. Rozwinęło się w nim uczucie uwielbienia dla brata Johna, przystojnego, krzepkiego mnicha, który wydawał się chłopcu wcieleniem uczoności, świątobliwości, mądrości i uprzejmości. Czy to przez naśladownictwo Johna, czy z powodu własnych skłonności, czy też z obu powodów naraz, zaczął znajdować pociechę w codziennej modlitwie i nabożeństwach. I tak wkroczył w dorastanie, z umysłem naszpikowanym wiedzą o organizacyjnych sprawach klasztoru i sercem pełnym religijnego natchnienia.

W nauce bracia wyprzedzali znacznie swych rówieśników. Myśleli, że to dlatego, iż mieszkając w klasztorze, mają lepsze możliwości zdobywania wiedzy. Wówczas nie uświadamiali sobie jeszcze, że są wyjątkowi. Nawet wtedy, kiedy zaczęli nauczać w małej klasztornej szkółce — a sami, zamiast od pedantycznego starca, mistrza nowicjatu, brali lekcje od opata — przypuszczali, że to wyprzedzanie bierze się z ich wcześniejszego startu.

Gdy tak zastanawiał się nad swoją młodością, wydawało mu się, że właśnie wtedy przeżywał swój krótki złoty wiek, rok, a może mniej, między zakończeniem buntu a zaciekłym atakiem cielesnej żądzy. Nadszedł wówczas pełen męczarni okres myśli nieczystych, zmaz nocnych, przerażająco kłopotliwych sesji ze spowiednikiem (był nim opat), niekończących się pokut i umartwień przez samobiczowanie.

Żądza nigdy całkowicie go nie opuściła, ale w końcu stała się mniej ważna, dokuczała mu z rzadka, gdy jego umysł i ciało pozostawały bezczynne, podobna do starej rany, która odzywa się przy złej pogodzie.

Francis toczył swą walkę nieco później. Jakkolwiek nie zwierzał się na jej temat Philipowi, ten odnosił wrażenie, że jego brat walczył ze zmysłowym pożądaniem nieco mniej dzielnie, a porażki przyjmował trochę zbyt radośnie. Najważniejsze, że sprawa została ostatecznie rozstrzygnięta: obaj po bitwie z namiętnościami, tym największym wrogiem życia klasztornego, osiągnęli pokój.

Kiedy Philip współpracował z klucznikiem, Francis pracował dla przeora, zastępcy opata Petera. Po śmierci klucznika Philip miał dwadzieścia jeden lat i mimo młodego wieku przejął jego obowiązki. Kiedy zaś Francis ukończył dwadzieścia jeden lat, opat zaproponował utworzenie specjalnie dla niego nowego urzędu subprzeora. Propozycja ta jednak przyśpieszyła kryzys. Francis błagał, by go zwolnić z odpowiedzialności. A skoro nadarzyła się taka okazja, poprosił także o zgodę na opuszczenie klasztoru. Pragnął bowiem przyjąć święcenia kapłańskie i służyć Bogu po drugiej stronie klasztornych murów.

Philip zdumiał się tym i przeraził. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że któryś z nich może chcieć opuścić klasztor, więc wiadomość ta wprawiła go w takie zakłopotanie, jakby się dowiedział, że jest następcą tronu. Jednakże stało się. Mimo próśb i gróźb Francis pożegnał mnichów, a niedługo potem został kapelanem hrabiego Gloucesteru.

Zanim wydarzyło się to wszystko, Philip widział swą przyszłość bardzo zwyczajnie. Będzie wiódł pokorne i posłuszne życie mnicha, a na starość, być może wzorem ojca Petera, zostanie opatem. Teraz zastanawiał się, czy też Bóg nie przewidział dla niego innego losu. Przypomniał sobie przypowieść o talentach: Bóg nie chce jedynie zachowania bogactwa, ale jego powiększenia. Podzielił się swymi myślami z opatem Peterem, gotowy na reprymendę za uleganie grzechowi pychy.

Ku jego zaskoczeniu opat powiedział:

— Zastanawiałem się już, jak wiele czasu zajmie ci zauważenie tego. Oczywiście, że jesteś przeznaczony do czegoś innego. Urodzony w pobliżu klasztoru, stałeś się sierotą w wieku sześciu lat, wychowany przez mnichów, zostałeś klucznikiem, mając dwadzieścia jeden lat. Bóg nie zadawałby sobie tyle trudu, by ukształtować człowieka, który ma spędzić resztę życia w małym klasztorze na ponurym szczycie wzgórza w zapadłym księstwie. Nie masz tu pola do popisu. Musisz opuścić to miejsce.

Philip osłupiał. Zanim jednak opuścił opata, przyszło mu do głowy pytanie, które musiał zadać:

— Jeśli ten klasztor jest tak nieistotny, dlaczego Bóg postawił tutaj ciebie?

Mnich uśmiechnął się.

— Być może, bym się tobą zajął.

W tymże roku opat pojechał do Canterbury, by złożyć wyrazy szacunku arcybiskupowi, a kiedy wrócił, powiedział Philipowi:

— Oddałem cię przeorowi Kingsbridge.

Philip poczuł się przytłoczony. Kingsbridge to jeden z największych i najbogatszych domów zakonnych w kraju. Jego kościół był katedrą, siedzibą biskupa, a biskup pełnił funkcję opata klasztoru, aczkolwiek w praktyce klasztorem zarządzał przeor.

— Brat James jest moim starym przyjacielem. W ciągu ostatnich paru lat zaczął upadać na duchu, choć nie wiem dlaczego. Kingsbridge potrzebuje nowej, świeżej krwi. Przeor James w szczególności ma kłopoty z małą wspólnotą w lesie i rozpaczliwie potrzebuje kogoś, na kim mógłby całkowicie polegać, kto by przejął ten mały klasztor i ponownie wprowadził na drogę do Boga.

— Miałbym tedy zostać przeorem? — spytał zaskoczony Philip.

Opat skinął głową.

— Jeśli mamy rację, myśląc, że Bóg ma dla ciebie wiele pracy, możemy się spodziewać, że pomoże ci rozwiązać wszystkie problemy tej wspólnoty.

— A jeśli się mylimy, ojcze?

— Zawsze możesz tutaj wrócić i być moim klucznikiem. Ale my się nie mylimy, mój synu. Zobaczysz.

Pożegnania były pełne łez. Spędził tutaj siedemnaście lat, a mnisi byli jego rodziną. Znaczyli dla niego więcej niż rodzice, tak barbarzyńsko mu odebrani. Prawdopodobnie nigdy więcej tych mnichów nie zobaczy. Ogarnął go wielki smutek.

Kingsbridge w pierwszej chwili onieśmieliło go. Otoczony murem klasztor wydawał się większy niż jedna wieś, katedralny kościół stanowił rozległą, mroczną jaskinię, a dom przeora był małym zamkiem. Kiedy jednak oswoił się z tym rozległym miejscem, zaczął dostrzegać to, o czym wspominał opat Peter — zwątpienie przeora Jamesa i osłabienie moralne mnichów. Modlitwy klepano pośpiesznie, regułę milczenia stale łamano, zbyt wiele było sług, więcej niż samych mnichów, a kościół wyraźnie potrzebował poważnych napraw. Philip szybko przestał czuć onieśmielenie, natomiast ogarnął go gniew. Najchętniej złapałby przeora za gardło i potrząsnął nim, mówiąc: „Jak śmiałeś do tego dopuścić? Jak śmiesz dawać Bogu te trajkotane modlitwy? Jak śmiesz pozwalać nowicjuszom grać w kości, a mnichom trzymać pokojowe psy? Jak śmiesz mieszkać w zamku, otoczony przez sługi, kiedy dom Boży popada w ruinę?”.

Nic z tego oczywiście nic powiedział. Odbył krótką, formalną rozmowę z ojcem Jamesem, wysokim, szczupłym, przygarbionym mężczyzną, który wydawał się trzymać na swych pochylonych plecach ciężar zmartwień całego świata. Potem rozmawiał z subprzeorem ojcem Remigiusem. Powiedział mu, że niezbędne są pewne zmiany w klasztorze, i oczekiwał, że Remigius zgodzi się z nim z całego serca, lecz ten popatrzył na Philipa przeciągle, jakby chciał rzec: „A ty kim jesteś?” i zmienił temat.

Subprzeor oznajmił, że małą wspólnotę Świętego Jana z Lasu ustanowiono trzy lata temu. Otrzymała trochę ziemi i ruchomości, i powinna już być samowystarczalna, a w rzeczywistości wciąż zależała od dostaw z macierzystego klasztoru. Były i inne problemy: diakon, który pewnego razu tam nocował, miał zastrzeżenia do sposobu prowadzenia nabożeństw; podróżni, którym zdarzyło się tamtędy przechodzić lub przejeżdżać, twierdzili, że zostali obrabowani przez mnichów; mówiono także o nieczystości… Fakt, że subprzeor nie chciał lub nie potrafił podać szczegółów, stanowił po prostu kolejną oznakę gnuśności, która ogarnęła wszystkie dziedziny klasztornego życia w tej wspólnocie. Philip wyjechał, w napadzie furii. Klasztor winien głosić chwałę Boga, a jeśli tego nie czyni, jest niczym. Kingsbridge lekceważył Boga wskutek gnuśności mnichów. Cóż Philip mógł na to poradzić? Mógł jedynie poświęcić się zreformowaniu filii, którą miał kierować.

Podczas podróży do klasztoru Świętego Jana z Lasu zastanawiał się nad skąpymi informacjami, jakie udało mu się otrzymać, i pobożnie rozważał charakter swojej posługi. Doszedł do wniosku, że powinien zaprowadzać porządek w sposób łagodny. Zazwyczaj przeor był wybierany przez mnichów tworzących dane zgromadzenie, ale w takich okolicznościach, jakie nastąpiły, mógł go po prostu naznaczyć przeor klasztoru macierzystego. Philip tedy nie musiał poddać swej kandydatury pod głosowanie, a to oznaczało, że w swojej posłudze nie będzie mógł liczyć na dobrą wolę mnichów. Powinien ostrożnie obrać drogę, a przede wszystkim dowiedzieć się więcej o miejscowych problemach, zanim się zabierze do ich rozwiązywania. Najważniejsze jest jednak zdobycie zaufania i szacunku mnichów, specjalnie zaś tych, którzy byli od niego starsi i mogli się spodziewać, że spośród nich zostanie wybrany przeor. Potem, kiedy już zbierze niezbędne informacje i zaakceptują go bracia, nadejdzie czas na rozpoczęcie właściwej pracy.

Nie wyszło w ten sposób.

Słońce już gasło, gdy drugiego dnia skierował kucyka na skraj polany i przyjrzał się swemu nowemu domowi. W owych czasach stał tam tylko jeden kamienny budynek, kaplica. (Philip zbudował nowe kamienne dormitorium w następnym roku). Pozostałe zabudowania były drewniane: wyglądały jak rudery. Philipowi od razu się to nie spodobało; wszystko, co mnisi budowali, miało przetrwać lata, zarówno chlewy, jak i katedry. Kiedy tak się rozglądał, dowody niedbalstwa, podobnie jak w Kingsbridge, mnożyły się: brak było płotów, siano wypadało ze stodoły, a gnojowisko wykopano obok stawu rybnego. Twarz mu tężała w tłumionym gniewie. Mówił do siebie: „Spokojnie, tylko spokojnie”.

Z początku nikogo nie zauważył. Nie dziwiło go to, był to bowiem czas nieszporów i większość mnichów powinna modlić się w kaplicy. Dotknął trzcinką boku kuca i skierował się przez polanę do budynku wyglądającego na stajnię. Młodzik o nieobecnym spojrzeniu, ze słomą we włosach, wytknął głowę znad drzwi i wytrzeszczonymi oczami patrzył zdziwiony na Philipa.

— Jak cię zwą… mój synu?

— Wołają mnie Johnny Osiem Pensów — odrzekł młodzik.

Philip zsiadł i podał mu wodze.

— Dobrze, Johnny Osiem Pensów, możesz rozsiodłać konia.

— Tak, ojcze. — Wziął wodze, okręcił je wokół kołka i skierował się do wyjścia.

— Gdzie idziesz? — ostro spytał Philip.

— Powiedzieć braciom, że przybył obcy.

— Musisz ćwiczyć posłuszeństwo, Johnny. Rozsiodłaj mego konia. Sam powiem braciom, że przybyłem.

— Tak, ojcze — niepewnie odparł chłopak i wziął się do roboty.

Philip rozejrzał się. Pośrodku polany znajdował się długi budynek, prawdopodobnie mieszczący główną salę. Obok stał mały budyneczek, okrągły, w jego dachu była dziura, przez którą unosił się dym. Pewnie kuchnia. Postanowił zobaczyć, co będzie na kolację. W klasztorach o ścisłej regule podawano tylko jeden posiłek dziennie, obiad w południe, tu jednak nie stosowano sztywnych przepisów i podawano także lekką kolację po nieszporach, zapewne chleb z serem lub soloną rybą, a może miskę krupniku z ziołami. Jednakże w miarę zbliżania się do kuchni rozpoznał nieomylnie zapach pieczeni, tak apetyczny, że aż ślina napłynęła mu do ust. Zatrzymał się, zmarszczywszy brwi, i po chwili wszedł do pomieszczenia.

Dwu mnichów i chłopiec siedziało wokół centralnie zbudowanego paleniska. Philip dostrzegł, jak jeden z braci podał dzbanek drugiemu, a ten się napił. Chłopiec trzymał rożen, na którym rumieniło się prosię.

Kiedy Philip wstąpił w krąg światła, popatrzyli na niego zaskoczeni. Nic nie mówiąc, wziął dzbanek z rąk mnicha i powąchał.

— Dlaczego pijecie wino? — zapytał.

— Bo sprawia, że jestem kontent, przybyszu — powiedział mnich. — Masz, pociągnij sobie.

Jasne, nie byli uprzedzeni, że mają się spodziewać nowego przeora. Równie jasne było, iż nie obawiali się konsekwencji, w razie gdyby przejeżdżający mnich opowiedział w Kingsbridge o ich zachowaniu. Philip poczuł przemożną chęć rozbicia dzbana z winem na głowie tego człowieka, ale wziąwszy głęboki wdech, odezwał się łagodnie:

— Dzieci biedaków głodują, abyśmy byli zaopatrzeni w mięso i napoje. Czynią to na chwałę Boga, nie po to, by cieszyć nasze serca. Koniec z winem na dzisiaj. — Odwrócił się, zabierając dzban.

Kiedy wychodził, usłyszał mnicha mówiącego:

— Myślisz, że kim ty jesteś?

Nic nie odpowiedział. Dowiedzą się niedługo.

Postawił dzbanek na ziemi obok kuchni i skierował się ku kaplicy: po drodze próbując opanować gniew, ściskał i rozwierał pięści. Nakazywał sobie, by nie przyśpieszać, być uprzejmym, zyskiwać na czasie.

Tuż przed drzwiami kaplicy na chwilę przystanął, nabrał powietrza i delikatnie popchnął wielkie dębowe drzwi. Wszedł cicho.

Może tuzin mnichów i kilku nowicjuszy stało plecami do niego w nierównych rzędach, a zakrystian, zwrócony do nich twarzą, czytał z otwartej księgi. Odmawiał nabożeństwo pośpiesznie, a mnisi niedbale mruczeli coś w odpowiedzi. Na ołtarzu trzy różnej długości świeczki kapały na brudny obrus.

W głębi dwu młodych mnichów dyskutowało z ożywieniem, zupełnie ignorując nabożeństwo. Kiedy rozgniewany Philip starał się opanować, jeden z nich powiedział coś zabawnego, a drugi wybuchnął śmiechem zagłuszającym bełkotliwe słowa zakrystiana. Dla Philipa była to ostatnia kropla przepełniająca czarę goryczy i wszystkie myśli o łagodnym traktowaniu uleciały mu z pamięci. Otwarł usta i wrzasnął z całej siły:

— UCISZCIE SIĘ!

Śmiech się urwał. Zakrystian przestał czytać. W kaplicy zapadła cisza, a mnisi odwrócili się i szeroko otwartymi oczyma patrzyli na przybysza.

Philip podszedł do mnicha, który się śmiał, i złapał go za ucho. Byli w podobnym wieku. Mnich, choć wyższy, okazał się zbyt zaskoczony, by stawić opór, gdy Philip ciągnął jego głowę w dół.

— Na kolana! — zawołał. Przez chwilę wyglądało na to, że mnich się wyrwie, lecz zapewne zdawał sobie sprawę, że popełnił błąd, bo, zgodnie z przewidywaniem Philipa, opór jego został zniweczony poczuciem winy. Kiedy Philip mocniej pociągnął za ucho, mnich ukląkł. — I wy, wszyscy! — rozkazał Philip. — Na kolana!

Mnisi składali kiedyś śluby posłuszeństwa, a haniebny brak dyscypliny nie był aż na tyle silny, by wymazać wieloletnie przyzwyczajenie; połowa mnichów i nowicjuszy uklękła.

— Złamaliście wasze śluby — oświadczył Philip, pozwalając, by jego wzgarda wyszła na jaw. — Jesteście bluźniercami, każdy z was. — Patrzył wokoło, nie unikając ich spojrzeń. — Wasza skrucha i żal za grzechy rozpoczyna się natychmiast — zakończył.

Powoli jeden za drugim klękali, z wyjątkiem zakrystiana, mężczyzny o zaspanych oczach, wysokiego. Mógł być ze dwadzieścia lat starszy od Philipa. Ten zbliżył się do niego, omijając klęczących braci.

— Daj mi księgę.

Zakrystian popatrzył wyzywająco i nic nie powiedział.

Philip sięgnął i delikatnie ujął wielkie tomisko. Zakrystian wzmocnił swój chwyt. Philip zawahał się. Dwa dni stracił na przekonanie siebie, że powinien postępować ostrożnie i spokojnie, a teraz, kiedy tu przybył, jeszcze okryty pyłem drogi, ryzykował wszystko w starciu z człowiekiem, o którym nic nie wiedział.

— Daj mi księgę i klękaj — powtórzył.

Cień szyderstwa przemknął przez twarz zakrystiana.

— Kim jesteś? — zapytał.

Philip znowu się zawahał. Oczywiste było, że jest mnichem — po habicie i ostrzyżonej głowie łatwo to poznać. Po zachowaniu wszyscy musieli się domyślić, że jest zwierzchnikiem; nie wiedzieli tylko, czy stoi wyżej od zakrystiana. Wystarczyłoby, gdyby rzekł: „Jestem nowym przeorem”, ale tego nie chciał. Nagle wydało mu się niezwykle ważne, by zwyciężył siłą autorytetu moralnego.

Zakrystian wyczuł jego niepewność i wykorzystał swą przewagę.

— Powiedz, proszę — rzekł z udawaną uprzejmością — kim jest ten, który każe nam klęczeć w swej obecności?

Wszystkie wahania nagle opuściły Philipa, pomyślał: Bóg jest ze mną, więc czego mam się bać? Wziął głęboki wdech, a słowa jego zagrzmiały, rozlegając się echem po kamiennym wnętrzu.

— To Bóg wam każe klęczeć w jego obecności! — ryknął.

Zakrystian jakby nieco stracił na pewności siebie. Philip wykorzystał okazję i pochwycił księgę. W tej chwili zakrystiana opuściła pycha i wreszcie, niechętnie, ukląkł.

Ukrywając ulgę, Philip popatrzył po wszystkich i powiedział:

— Jestem waszym nowym przeorem.

Klęczeli przez cały czas, kiedy odprawiał nabożeństwo. Trwało to bardzo długo, ponieważ kazał im powtarzać odpowiedzi dopóty, dopóki nie mówili zgodnym chórem. Potem w ciszy wyprowadził ich z kaplicy przez polanę do refektarza. Nakazał zanieść prosię do kuchni, a przynieść chleb i słabe piwo i wskazał mnicha, który miał głośno czytać, kiedy jedli. Skoro tylko skończyli, powiódł ich bez słowa do dormitorium.

Polecił przenieść łoże przeora do dormitorium; będzie spał w tym samym pomieszczeniu, co mnisi. To był najprostszy i najskuteczniejszy sposób zapobiegania grzechom nieczystości.

Przez całą pierwszą noc nie spał w ogóle, lecz siedział przy świecy, cicho się modląc, aż nadeszła pora budzenia mnichów na jutrznię. Starał się nie przedłużać modlitwy, by im uświadomić, że nie jest tak zupełnie bezlitosny. Wrócili do łóżek, ale Philip nie mógł zasnąć.

Wyszedł o świcie, zanim się obudzili. Rozglądając się dookoła, myślał o nadchodzącym dniu. Jego uwagę przyciągnął masywny pień, który musiał być kiedyś potężnym dębem. To mu nasunęło pomysł.

Po prymarii i śniadaniu polecił wziąć liny i siekiery i wyruszyli na pole. Spędzili tam cały ranek na karczowaniu ogromnego kloca. Jedni pracowali siekierami, inni ciągnęli liny, wszyscy pomagali sobie krzycząc: „Heej — rup! Heej — rup!”. Kiedy pień w końcu wydobyli z ziemi, Philip dał wszystkim chleba, piwa i po kawałku wieprzowiny, którą zabronił jeść na kolację.

Nie był to koniec problemów, ale początek rozwiązań. Poinformował, że nie będą jeść innego mięsa niż to, które wyhodują lub upolują. Zmusiło to mnichów do skrupulatnego i oszczędnego gospodarowania trzodą i zastawiania sideł na ptaki. Dawniej udział w nabożeństwie był ucieczką od pracy fizycznej, teraz cieszyli się, że Philip skrócił nabożeństwa, by mieli więcej czasu na pracę w polu.

Po dwu latach stali się samowystarczalni, a przez kolejne dwa słali do opactwa Kingsbridge mięso, dziczyznę i ser z koziego mleka, który stał się przysmakiem. Klasztor prosperował, nabożeństwa odprawiano bez zarzutu, braciszkowie byli zdrowi i szczęśliwi.

Philip mógłby być zadowolony, gdyby nie to, że macierzysty dom, Kingsbridge, coraz bardziej podupadał moralnie.

Powinien stanowić jeden z wiodących ośrodków religijnych królestwa, prowadzić ożywioną działalność, przyjmować gości w swej wspaniałej bibliotece, a przeor winien być doradcą baronów. Trzeba, żeby relikwie ściągały pielgrzymów z całego kraju, trzeba, żeby wieść o klasztornej gościnności niosła się pośród szlachty, a wśród biednych znane było klasztorne miłosierdzie. Klasztor jednak popadał w ruinę, połowa budynków ziała pustką, a przeor zadłużył się u lichwiarzy. Philip bywał w Kingsbridge co najmniej raz na rok i zawsze podczas powrotu kipiał gniewem na wspomnienie tego, jak majątek zdobyty dzięki hojności pobożnych wiernych i pomnażany przez pełnych poświęcenia mnichów, był beztrosko trwoniony, na podobieństwo postępowania marnotrawnego syna.

Część problemów wynikała z lokalizacji opactwa. Kingsbridge było małą wioską położoną przy bocznej drodze prowadzącej donikąd. Od czasu pierwszego króla Wilhelma, zwanego przez jednych Zdobywcą, przez innych Bastardem — zależnie od tego, kto się wypowiadał — prawie wszystkie katedry lokalizowano w większych miastach. Kingsbridge uniknęło takiego wstrząsu. To jednak, według Philipa, nie musiało doprowadzić do upadku — przedsiębiorczy klasztor z kościołem katedralnym mógł stanowić miasto sam w sobie.

Prawdziwym zmartwieniem był letarg starego przeora Jamesa. Statek prowadzony przez słabego sternika jest zdany na przypadek. Dryfuje, póki się nie rozbije. Albo dopóki ktoś rozważny nie ujmie steru.

Bez względu na gorzkie ubolewanie Philipa, dopóki żył przeor James, klasztor Kingsbridge był skazany na stopniowy upadek.

Owinęli dziecko w czyste płótno i położyli w wielkim koszu do chleba, jak w kołysce. Maleństwo z brzuszkiem pełnym koziego mleka zasnęło. Do opieki nad nim przeor wyznaczył Johnny’ego Osiem Pensów, bo mimo że umysł miał ograniczony, potrafił sobie radzić z różnymi stworzeniami, szczególnie tymi małymi i kruchymi.

Philip niecierpliwie czekał na rozmowę z Francisem i wyjaśnienie przyczyn niespodziewanej wizyty. W czasie obiadu czynił aluzje, ale brat nie reagował i Philip musiał stłumić ciekawość.

Po obiedzie następowała godzina studiów. Ponieważ nie mieli odpowiednich pomieszczeń, jedni siadywali na ganku przed wejściem do kaplicy i tam czytali, inni przechadzali się po polanie, studiując teksty. Dozwolone było wchodzenie co jakiś czas do kuchni, by się ogrzać. Philip i Francis spacerowali na skraju polany, idąc obok siebie, tak samo, jak czynili to na krużganku klasztoru w Walii. Francis zaczął mówić.

— Król Henryk traktował Kościół zawsze tak, jakby stanowił część jego królestwa. Wydawał biskupom rozkazy, nakładał podatki i przeciwstawiał się temu, co stanowiło bezpośrednie konsekwencje władzy papieża.

— Wiem. I co z tego?

— Król Henryk umarł.

Philip stanął jak wryty.

Francis ciągnął:

— Umarł w domku myśliwskim w Normandii, w Lyons-la-Forêt, po posiłku z krewetek, które bardzo lubił, aczkolwiek zawsze po nich chorował.

— Kiedy?

— Dziś jest pierwszy dzień nowego roku, a więc dokładnie miesiąc temu.

Philipem wstrząsnęła ta wiadomość. Śmierć króla zazwyczaj oznacza kłopoty, a bywa, że wojnę.

— Co się teraz stanie? — spytał z niepokojem.

Zatrzymali się. Francis rzekł:

— Problem polega na tym, że następca tronu wiele lat temu zginął na morzu. Ty możesz to pamiętać.

— Tak.

Philip miał wtedy dwanaście lat. Było to pierwsze wydarzenie o znaczeniu państwowym, które dotarło do jego chłopięcej wyobraźni i sprawiło, że zaczął myśleć o świecie istniejącym za murami klasztoru. Następca tronu zginął w katastrofie morskiej statku zwanego Białym Korabiem, tuż po wypłynięciu z Cherbourga. Opat Peter, który opowiadał o tym młodemu Philipowi, martwił się, że wojna i anarchia nastąpią po śmierci następcy. Jednakże król Henryk utrzymał władzę.

— Król oczywiście miał wiele dzieci — mówił dalej Francis. — W sumie dwadzieścioro, licząc mego pana, hrabiego Roberta z Gloucesteru, ale, jak wiesz, wszystkie są bastardami. Pomimo swej zdolności do płodzenia potomstwa, zdołał zostać ojcem tylko jednego syna z prawego łoża. Jest jeszcze córka, ale pozostawienie tronu kobiecie nie wróży nic dobrego, a potomkowie z nieprawego łoża nie mają prawa do dziedziczności tronu.

— Czy król Henryk wyznaczył następcę? — zapytał Philip.

— Tak. Wybrał Matyldę, swoją córkę. Ona ma syna, także Henryka. Było najserdeczniejszym życzeniem starego króla, by jego wnuk zasiadł na tronie, lecz chłopak ma dopiero trzy lata. Nakazał więc baronom złożyć przysięgę Matyldzie.

Philip nic nie rozumiał.

— Skoro król wyznaczył Matyldę, a baronowie przysięgali jej wierność… no to o co chodzi?

— Życie dworskie nie jest takie proste — powiedział Francis. — Matylda poślubiła Geoffreya z Anjou. Anjou i Normandia rywalizowały ze sobą od całych pokoleń. Normańscy suzerenowie nienawidzą Andegawenów. Szczerze mówiąc, stary król zbyt optymistycznie liczył na to, że podadzą oni rękę Andegawenom. Złożyć przysięgę nie jest jednoznaczne z jej dotrzymaniem.

Philip czuł się nieco oszołomiony. Zaskoczyło go to, że jego młodszy brat zna tajniki życia dworu i nie ma szacunku dla najważniejszych ludzi w państwie.

— Skąd ty to wszystko wiesz?

— Baronowie zebrali się w Le Neoburg, żeby zdecydować o dalszym postępowaniu. Mój pan był wśród nich, a ja pojechałem z nim jako pisarz.

Philip spojrzał na brata kpiąco, myśląc, jak bardzo różne pędzą życie. Potem przypomniał sobie coś.

— Hrabia Robert jest najstarszym synem króla, nieprawdaż?

— Tak. I chociaż to człowiek bardzo ambitny, akceptuje ogólny pogląd, że bastardzi powinni zdobywać swoje królestwa, a nie dziedziczyć.

— Kto jeszcze był na tym zjeździe?

— Król Henryk miał trzech siostrzeńców. Najstarszym jest Teobald z Blois, potem Stefan, najbardziej kochany przez zmarłego króla i obdarzony rozległymi posiadłościami w Anglii, a wreszcie najmłodszy z rodziny, Henryk, którego znasz jako biskupa Winchesteru. Baronowie wybrali Teobalda, najstarszego, zgodnie z tradycją, którą prawdopodobnie uznasz za całkiem rozsądną.

Francis patrzył na Philipa z uśmiechem.

— Zupełnie rozsądną. — Philip też się uśmiechnął. — Więc to Teobald jest naszym nowym królem?

Francis potrząsnął głową.

— On tak myślał, ale my, młodsi synowie, mamy sposoby, żeby pchać się do przodu. — Dotarli do krańca polany i zawrócili. — Kiedy Teobald wdzięcznie przyjmował hołdy baronów, Stefan przepłynął kanał i pognał do Winchesteru, gdzie z pomocą ukochanego braciszka, biskupa Henryka, zajął tamtejszy zamek królewski i, co ważniejsze, królewski skarbiec.

Philip miał na końcu języka konstatację: „Czyli Stefan jest naszym nowym władcą”. Powstrzymał się jednak. Powiedział już tak o Matyldzie i o Teobaldzie i za każdym razem się mylił.

— Stefan — ciągnął Francis — potrzebował tylko jednej rzeczy, by zapewnić sobie zwycięstwo: uzyskać poparcie Kościoła. Dopóki bowiem nie zostanie uhonorowany przez arcybiskupa, dopóty nie będzie faktycznie królem.

— Nic prostszego — rzekł Philip. — Jego brat jest jednym z najważniejszych dostojników. Biskup Winchesteru, opat Glastonbury, bogaty jak Salomon i niemal równie potężny jak arcybiskup Canterbury. Jeśli jednak biskup Henryk nie życzy sobie pomagać Stefanowi, to dlaczego ułatwił mu zajęcie Winchesteru?

Francis pokiwał głową.

— Muszę przyznać, że posunięcia biskupa w trakcie kryzysu były olśniewające. Rozumiesz, jego pomoc nie wynikała z miłości braterskiej.

— Cóż więc było motywacją?

— Zaczynając rozmowę, przypomniałem ci, jak król Henryk traktował Kościół. Biskup Winchesteru pragnie się upewnić, że nasz nowy król, ktokolwiek nim zostanie, będzie miał życzliwy stosunek do Kościoła. Zanim więc zagwarantuje poparcie, zmusi Stefana do złożenia uroczystej przysięgi, że zachowa wszystkie przywileje i prawa Kościoła.

Philip był pod wrażeniem. Stosunki Stefana z Kościołem zostałyby ustanowione zaraz na początku jego panowania, i to na warunkach Kościoła. Najważniejsze było stworzenie precedensu. Kościół musiał koronować królów, chociaż nie miał prawa do stawiania warunków. Mógł nadejść taki czas, że przejęcie władzy będzie zależało od dobicia targu z Kościołem.

— To dla nas znaczy bardzo wiele — stwierdził.

— Stefan może złamać swe obietnice, to oczywiste — rzekł Francis. — Ale masz rację. Nie zdoła nigdy być tak bezwzględny wobec Kościoła jak król Henryk. Jest jednak inne niebezpieczeństwo. Dwu baronów poczuło się bardzo dotkniętych postępkiem Stefana. Jednym z nich jest Bartholomew, hrabia Shiring.

— Znam go. Shiring jest tylko o dzień drogi stąd. Mówi się, że Bartholomew to pobożny człowiek.

— Może i tak. Wiem jednak, że jest obłudny i nieustępliwy i nie odwoła swej przysięgi lennej wobec Matyldy pomimo obietnicy wybaczenia.

— A ten drugi niezadowolony baron?

— Mój pan, Robert z Gloucesteru. Mówiłem ci, że jest ambitny. Duszę jego torturuje myśl, że jeśli byłby prawowitym synem, zostałby królem. Chce osadzić swą przyrodnią siostrę na tronie, wierząc, że ona mocno oprze się na nim, działać będzie pod jego przewodnictwem i za jego radami i w ten sposób, choć bez tytułu, on będzie sprawować władzę.

— Sądzisz, że zdecyduje się na działanie?

— Obawiam się, że tak. — Francis zniżył głos, mimo że nikogo w pobliżu nie było. — Robert i Bartholomew, wraz z Matyldą i jej mężem, chcą wzniecić bunt, by zapewnić tron Matyldzie.

— Ależ to zniweczy wszystko, co osiągnął biskup Henryk! — Philip aż się zatrzymał, chwycił brata za ramię. — Francis…

— Wiem, o czym myślisz. — Nagle cała buńczuczność opuściła Francisa, wyglądał na zaniepokojonego i przestraszonego. — Jeśli hrabia Robert dowiedziałby się, że ci powiedziałem choć słowo o tym, powiesiłby mnie. Ufa mi całkowicie. Lecz w pierwszym rzędzie pragnę zachować lojalność wobec Kościoła, tak musi być.

— Co w tej sytuacji możesz zrobić?

— Zamierzałem starać się o audiencję u nowego króla i powiedzieć mu wszystko. Obaj zbuntowani hrabiowie by się wyparli, mnie powieszono by za zdradę, ale nie doszłoby do buntu, a ja poszedłbym do nieba.

Philip potrząsnął głową.

— Uczono nas, że poszukiwanie męczeństwa to próżność.

— Myślę jednak, że Bóg przeznaczył mi znacznie więcej pracy na ziemi. Cieszę się zaufaniem w otoczeniu Roberta. Jeśli więc tam pozostanę i będę ciężko pracował, to wysunę się na czoło, a tym samym będę miał więcej możliwości do popierania racji Kościoła i zapewniania rządów prawa.

— Czy jest jakiś inny sposób?

Francis popatrzył na Philipa. Spojrzał mu prosto w oczy.

— Dlaczego tutaj jestem?

Philip zadrżał. Francis chce go prosić, by się przyłączył do jego planu. Nie było wszak innego powodu, dla którego zdradzałby ten przerażający sekret.

— Ja nie mogę zdradzić buntu, ale ty możesz — wyjaśnił Francis.

— Jezu Chryste i wszyscy święci, ratujcie mnie!

— Jeśli tutaj, na południu, spisek zostanie odkryty, to żadne podejrzenie nie padnie na Gloucester. Nikt nie wie, że tutaj jestem, nikt nie wie nawet, że jesteś moim bratem. Ty możesz wymyślić jakieś prawdopodobne wytłumaczenie, skąd dowiedziałeś się o wszystkim. Mogłeś widzieć zbierających się zbrojnych mężów albo mogło tak się zdarzyć, że ktoś z dworu hrabiego wyznał tajemnicę spisku księdzu, którego znasz.

Philip ciaśniej owinął się peleryną, drżał. Wydało mu się, że nagle się bardzo ochłodziło. To było niebezpieczne, bardzo niebezpieczne. Rozmawiali o mieszaniu się do królewskiej polityki, a ta regularnie zabijała nawet doświadczonych praktyków. Ludzie tacy jak Philip musieliby chyba zwariować, by się w to mieszać.

A przecież nie mógł stać z boku i przyglądać się, jak wybucha bunt przeciwko królowi wybranemu przez Kościół, nie wtedy, gdy miał okazję temu zapobiec. Dla Philipa było to niebezpieczne, dla Francisa byłoby samobójcze.

— Jaki jest plan buntu? — spytał.

— Hrabia Bartholomew właśnie wraca do Shiring. Stąd ma wysłać wieści do swych stronników w południowej Anglii. Hrabia Robert przybędzie do Gloucesteru za dzień lub dwa i zacznie musztrować swe wojska w Kraju Zachodnim. Na koniec Brian Fitzcount, trzymający zamek walingfordzki, zamknie bramy, a cała południowo-zachodnia Anglia będzie należeć do buntowników, i to bez walki.

— Wydaje się, że już za późno!

— Niezupełnie. Mamy jakiś tydzień. Ale musisz działać szybko.

Philip z zamierającym sercem zauważył, że tak czy owak podjął już decyzję. Trzeba coś zrobić.

— Nie wiem, komu powiedzieć. Z takimi sprawami zwyczaj każe zwracać się do hrabiego, ale akurat on jest oskarżony. Szeryf jest pewnie po jego stronie. Musimy znaleźć kogoś, kto z całą pewnością będzie po naszej.

— Przeor Kingsbridge?

— Mój przeor jest stary i zmęczony. Najprawdopodobniej nic nie zrobi.

— Musi być ktoś!

— Może biskup. — Tak naprawdę to Philip nigdy nie rozmawiał z biskupem Kingsbridge, ale był pewien, że go przyjmie i wysłucha; powinien wziąć stronę Stefana, bo ten został wybrany przez Kościół; był wreszcie dość potężny, by coś z tą sprawą zrobić.

— Gdzie mieszka biskup? — spytał Francis.

— Półtora dnia drogi stąd.

— No to będzie najlepiej, jeśli wybierzesz się w podróż jeszcze dzisiaj.

— Tak.

Francis wyglądał na skruszonego.

— Wolałbym, by był to ktoś inny — westchnął.

— Ja też — wyznał szczerze Philip. — Ja też.

Zwołał mnichów do kapliczki i oznajmił im, że król umarł.

— Musimy się modlić o pokojowy wybór następcy tronu i o nowego króla kochającego Kościół bardziej niż ostatni król Henryk — tłumaczył. Nie zdradził im jednak, że klucz do pokojowej sukcesji dziwnym trafem znalazł się w jego rękach. Powiedział natomiast: — Są jeszcze inne wieści, które zmuszają mnie do odwiedzenia naszych przełożonych w Kingsbridge. Muszę wyjechać natychmiast.

Polecił swemu zastępcy odprawiać nabożeństwa, a nad gospodarstwem nakazał czuwać klucznikowi. Wiedział jednak, że żaden nie jest w stanie poradzić sobie z Peterem, i dlatego obawiał się, że jeśli jego podróż się przedłuży, to Peter może narobić takich kłopotów, że nie zostanie nawet ślad po klasztorze. Nie zdołał jednak wymyślić nic, co pozwoliłoby kontrolować Petera bez naruszenia jego miłości własnej. Ponieważ nie miał już czasu, więc zdecydował się zrobić to, co wydało mu się najlepsze.

— Rankiem rozmawialiśmy o obżarstwie — przypomniał. — Brat Peter zasłużył na wdzięczność, iż zwrócił naszą uwagę na to, że skoro Bóg błogosławi naszemu gospodarstwu i daje nam dostatek, to nie powinniśmy ani obrastać w tłuszcz, ani wygodnie żyć, ale głosić jego chwałę. Częścią naszych świętych obowiązków jest dzielenie się bogactwem z biednymi. Aż do tej pory nie spełnialiśmy tej powinności, głównie dlatego, że tutaj, w lesie, nie ma nikogo, z kim możemy się podzielić. Brat Peter przypomniał nam, że trzeba szukać potrzebujących, aby ich wspomóc.

Mnisi byli zaskoczeni, gdyż wydawało im się, że temat obżarstwa został zamknięty. Sam Peter wyglądał niepewnie. Pochlebiało jego próżności to, że znowu jest w centrum uwagi, ale zastanawiał się, co też przeor wyciągnie z rękawa — zupełnie zresztą słusznie.

— Postanowiłem — ciągnął Philip — że co tydzień każdy mnich z naszej wspólnoty ofiaruje pensa na biednych. Jeśli z tego powodu będziemy mniej jedli, poradzimy sobie z tym, bo mamy nadzieję, że w przyszłości Bóg nam to wynagrodzi. Ważniejsze jest jednak, byśmy byli pewni, że nasze pensy są wydawane prawidłowo. Kiedy daje się pensa biednemu, by kupił chleb dla swej rodziny, on może wydać go na piwo, upić się, a potem wrócić do domu i zbić żonę, która w takich okolicznościach wolałaby nie zaznać żadnego miłosierdzia. Lepiej dać mu chleb, a jeszcze lepiej będzie, jak chleb otrzymają jego dzieci. Dawanie jałmużny jest świętą pracą, która musi być wykonywana z takim oddaniem i tak przykładnie, jak leczenie chorego czy nauczanie młodzianka. Z tych to powodów wiele domów klasztornych wyznacza jałmużnika, mnicha odpowiedzialnego za rozdzielanie jałmużny. I my tak uczynimy.

Philip rozejrzał się dokoła. Wszyscy byli czujni i zaciekawieni. Peter wyglądał na zadowolonego, najwidoczniej uważając, że ta decyzja jest jego zwycięstwem. Nikt nie wiedział, czego się ma spodziewać.

— Sprawowanie czynności jałmużnika to ciężka służba. Musi on chodzić od wsi do wsi, odwiedzać okoliczne miasta, być może trzeba będzie pójść aż do Winchesteru, by przebywać wśród najnędzniejszych, najbrudniejszych, najwstrętniejszych i najbardziej upośledzonych ludzi, bo tacy właśnie potrzebują najwięcej. Musi się za nich modlić, gdy oni będą bluźnić, odwiedzać ich, gdy będą chorzy, i wybaczać im, kiedy będą chcieli oszukać go lub obrabować. Będzie potrzebować siły, pokory i nieskończonej cierpliwości. I zacznie tęsknić za wygodami klasztoru, gdyż częściej niż tutaj będzie daleko stąd.

Jeszcze raz się rozejrzał. Teraz wszyscy patrzyli z obawą, bo zapewne nikt nie chciał tej pracy. Pozwolił swemu spojrzeniu zatrzymać się na Peterze z Wareham. Ten zorientował się, co go czeka, i twarz mu się wydłużyła.

— To Peter zwrócił naszą uwagę na zaniedbania w tej dziedzinie — Philip wolno dobierał słowa. — Zdecydowałem tedy, że on właśnie zostanie naszym jałmużnikiem. — Uśmiechnął się. — Peterze, możesz zaczynać od dzisiaj.

Twarz brata Petera pociemniała z wściekłości.

Będziesz daleko przez długi czas, nie sprawisz kłopotów, myślał Philip. Bliski zaś kontakt z podłymi, plugawymi i śmierdzącymi biedakami w Winchesterze utemperuje twą pogardę dla lżejszego życia.

Jednakże Peter z Wareham odbierał swą nominację jako zwyczajną karę i patrzył na przeora z wyrazem takiej nienawiści, że Philipa obleciał strach.

Oderwał wzrok od niego i spojrzał na innych.

— Po śmierci króla zawsze jest niebezpiecznie i niepewnie — kończył swą przemowę. — Módlcie się za mnie, kiedy mnie nie będzie.