Fałszywy książę - Jennifer Nielsen

Fałszywy książę

0,0

W pewnej dalekiej krainie zanosi się na wojnę domową. Aby zjednoczyć podzielone królestwo, arystokrata Conner postanawia osadzić na tronie mistyfikatora, udającego zaginionego przed laty księcia. Zmusza do zabiegania o tę rolę czterech chłopców – do niedawna mieszkańców sierocińca. Jeden z nich, sprytny czternastoletni Sage, nie wierzy w uczciwe intencje Connera, ale dobrze wie, że zostanie fałszywym księciem to jego jedyna szansa na przeżycie. Konkurenci również się nie poddają. Okazuje się jednak, że Sage zdobywa innych sprzymierzeńców…

Kolejne dni rywalizacji odsłaniają coraz to nowe oszustwa i tajemnice, aż w końcu na jaw wychodzi prawda, która okaże się bardziej niebezpieczna niż wszystkie kłamstwa razem wzięte. Kto wykaże się męstwem i wygra, a komu pisana jest porażka?

Fałsyzwy książę to opowieść o odwadze i odpowiedzialności, strachu i zdradzie. Książka weszła na listy bestsellerów roku 2012 opublikowane przez Amazon.pl i „Publishers Weekly”.

Dodaj komentarz


Fałszywy książę jest pierwszym tomem Trylogii Władzy. Przeczytałam ją zupełnym przypadkiem i mam mieszane odczucia względem tej książki. Z jednej strony mi się podobało, ponieważ czytało się szybko, pojawiło się tez parę ciekawych pomysłów. Z drugiej jednak strony pozycja ta niestety trochę mnie rozczarowała, gdyż spodziewałam się po prostu więcej. Niestety było dla mnie zbyt przewidywalnie. Może w następnym tomie będzie lepiej.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Falszywy_ksiaze_okl.jpg

Falszywy_ksiaze_tyt.jpg

Tytuł oryginału: The False Prince

Copyright © 2012 by Jennifer A. Nielsen

Map by Kayley LeFaiver

All rights reserved. Published by arrangement with Scholastic Inc., 557 Broadway, New York, NY 10012, USA.

© for the Polish edition by Egmont Polska Sp. z o.o.,

Warszawa 2013

Redakcja: Anna Jutta-Walenko

Korekta: Anna Sidorek, Joanna Egert-Romanowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Monika Klimowska

Zdjęcia wykorzystane na okładce: © Corbis/Fotochannels

oraz ©James Day/Getty Images/Flash Press Media

Koordynacja produkcji: Małgorzata Wnuk

Wydawca prowadzący: Natalia Sikora

Przygotowanie pliku e-booka: Anita Pilewska

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Wydanie pierwsze, Warszawa 2013

Egmont Polska Sp. z o.o.

ul. Dzielna 60, 01-029 Warszawa

tel. +48 22 838 41 00

www.egmont.pl/ksiazki

ISBN 978-83-237-7725-0

Skład i łamanie: KATKA, Warszawa

Dla Mamy.

Wszystkiego, co dobre, nauczyłaś mnie

własnym przykładem.

mapa.jpg

1

linia.jpg

Gdybym musiał zrobić to wszystko jeszcze raz, nie wybrałbym takiego życia. Z drugiej jednak strony chyba nigdy nie miałem wyboru.

Takie właśnie myśli chodziły mi po głowie, gdy uciekałem z targowiska ze skradzionym sporym kawałkiem mięsa pod pachą. Nigdy dotąd nie próbowałem kraść mięsa, a teraz, gdy już się na to odważyłem, natychmiast pożałowałem tej decyzji. Trudno utrzymać w biegu śliski kawał surowego mięsa. Przysiągłem sobie w duchu, że jeśli dziś nie dopadnie mnie rzeźnik i nie przetnie – dosłownie i w przenośni – swoim wielkim tasakiem moich planów na przyszłość, następnym razem poproszę, by zapakował mięso. Dopiero potem je ukradnę.

Był zaledwie kilka kroków za mną i poruszał się znacznie szybciej, niż spodziewałbym się po człowieku jego tuszy. Wrzeszczał przeraźliwie w swoim ojczystym języku, którego nawet nie rozpoznawałem. Pochodził pewnie z jednego z tych odległych zachodnich krajów. Bez wątpienia z kraju, w którym prawo pozwala zabijać złodziei mięsa.

Tego rodzaju myśli skłoniły mnie do szybszego biegu. Skręciłem właśnie za róg, gdy tasak wbił się w drewniany słup tuż za mną. Choć miał trafić we mnie, a nie w słup, mimowolnie zachwyciłem się precyzją rzutu rzeźnika. Gdybym nie skręcił w tej właśnie chwili, topór dosięgnąłby celu.

Ale teraz już tylko kilkadziesiąt kroków dzieliło mnie od sierocińca pani Turbeldy dla pokrzywdzonych przez los chłopców. Wiedziałem, gdzie i jak tutaj zniknąć.

I pewnie by mi się udało, gdyby nie jakiś łysy mężczyzna, który siedział przed tawerną i w odpowiednim momencie wyciągnął przed siebie nogę. Potknąłem się o nią i runąłem jak długi. Na szczęście zdołałem utrzymać pieczeń, choć z pewnością nie przysłużyło się to mojemu prawemu ramieniu, którym uderzyłem z całą siłą o ziemię.

Rzeźnik pochylił się nade mną i zarechotał drwiąco.

– Czas, żebyś dostał, na co zasłużyłeś, parszywy żebraku.

Prawdę mówiąc, wcale nie żebrałem. To było poniżej mojej godności.

Nie przestając rechotać, wymierzył mi potężnego kopniaka w plecy, aż odebrało mi oddech. Zwinąłem się w kłębek, przygotowany na tęgie lanie, które mogło mnie pozbawić nie tylko oddechu, ale i chęci do życia. Rzeźnik kopnął mnie po raz drugi i przymierzał się do trzeciego kopnięcia, gdy jakiś inny mężczyzna krzyknął:

– Przestań!

Rzeźnik odwrócił się do niego.

– Nie wtrącaj się. Ukradł mi pieczeń.

– Całą pieczeń? Naprawdę? A ile to kosztuje?

– Trzydzieści garlinów.

Moje czujne ucho wychwyciło brzęk monet w sakiewce, a potem nieznajomy mężczyzna powiedział:

– Zapłacę ci pięćdziesiąt garlinów, jeśli oddasz mi tego chłopaka.

– Pięćdziesiąt? Chwileczkę. – Rzeźnik kopnął mnie jeszcze raz, tym razem w bok, a nie w plecy, po czym pochylił się nade mną. – Jeśli zobaczę cię jeszcze kiedyś przy moim straganie, potnę cię i sprzedam twoje mięso. Zrozumiałeś?

Wiadomość była prosta i jednoznaczna. Skinąłem głową.

Mężczyzna zapłacił rzeźnikowi i ten wreszcie zostawił mnie w spokoju. Chciałem się podnieść i zobaczyć, kto ocalił mnie przed dalszym biciem, ale tylko w tej pozycji, w której właśnie leżałem, nie czułem przeszywającego bólu w plecach, postanowiłem więc jej nie zmieniać.

Niestety, tajemniczy mężczyzna nie zamierzał się nade mną rozczulać; złapał mnie za kołnierz i poderwał na równe nogi.

Gdy stanąłem prosto, nasze spojrzenia się spotkały. Miał ciemnobrązowe, niezwykle skupione oczy. Patrzył na mnie uważnie, uśmiechając się lekko. Jego wąskie usta kryła częściowo starannie przystrzyżona broda. Wyglądał na czterdzieści kilka lat i nosił eleganckie ubranie typowe dla ludzi z wyższych klas, ale sądząc po tym, z jaką łatwością mnie podniósł, był znacznie silniejszy niż przeciętny arystokrata.

– Chciałbym zamienić z tobą słówko, chłopcze – powiedział. – Pójdziesz ze mną do sierocińca albo każę cię tam zanieść.

Bolała mnie cała prawa część ciała, więc kiedy ruszyliśmy w drogę, starałem się obciążać bardziej drugą stronę.

– Wyprostuj się – polecił mężczyzna.

Zignorowałem go. Był pewnie jakimś bogatym ziemianinem, który chciał tanio kupić sługę. Choć bardzo chętnie opuściłbym nieprzyjazne ulice Carcharu, nie zamierzałem nikomu służyć, co oznaczało, że mogłem iść tak krzywo, jak tylko miałem na to ochotę. Poza tym naprawdę bolała mnie prawa noga.

Sierociniec pani Turbeldy był jedyną tego rodzaju placówką dla chłopców na północnym krańcu Carthyi. W sumie mieszkało nas tam dziewiętnastu, najmłodszy miał trzy lata, a najstarszy piętnaście. Ja także miałem już wkrótce skończyć piętnaście lat i spodziewałem się, że lada dzień pani Turbeldy każe mi opuścić sierociniec. Nie chciałem jednak jeszcze odchodzić, a już na pewno nie jako sługa tego człowieka.

Pani Turbeldy siedziała w swoim gabinecie, gdy wszedłem tam wraz z nieznajomym mężczyzną. Była zbyt gruba, by utrzymywać, że głoduje razem z nami, ale dość silna, by zbić każdego, kto ośmielił się na to narzekać. W ostatnich miesiącach ledwie się znosiliśmy. Musiała widzieć, co zaszło na zewnątrz, bo pokręciła głową i powiedziała:

– Pieczeń? Co ci przyszło do głowy?

– Że mamy tu mnóstwo głodnych chłopców – odparłem. – Nie możesz nas ciągle karmić tylko chlebem z fasolą i oczekiwać, że spokojnie będziemy to znosić.

– W takim razie oddaj mi tę pieczeń – rozkazała, wyciągając pulchne ręce.

Najpierw interesy. Przygarnąłem pieczeń mocniej do siebie i wskazałem głową mężczyznę.

– Kim on jest?

Mężczyzna postąpił krok do przodu.

– Nazywam się Bevin Conner. A ty, chłopcze?

Nie odpowiedziałem mu, więc pani Turbeldy uznała za słuszne grzmotnąć mnie miotłą w tył głowy.

– Nazywa się Sage – wyjaśniła. – I miałby pan pewnie większy pożytek ze wściekłego bobra niż z niego.

Conner uniósł brwi i przyglądał mi się przez chwilę, jakby go to bawiło, co mnie z kolei irytowało, bo nie chciałem mu dostarczać rozrywki. Odgarnąłem więc wolną ręką włosy z oczu i powiedziałem:

– Ona ma rację. Mogę już iść?

Conner zmarszczył brwi i pokręcił głową. Najwyraźniej już go nie bawiłem.

– Co potrafisz robić, chłopcze?

– Skoro zachciało ci się pytać o moje imię, to możesz go teraz użyć.

– Masz jakiś konkretny fach? – kontynuował, jakby mnie nie słyszał, co też było irytujące.

– Nie, nie ma żadnego – opowiedziała mu ponownie pani Turbeldy. – A już na pewno żadnego, który przydałby się takiemu dżentelmenowi jak pan.

– Czym zajmował się twój ojciec? – pytał dalej Conner.

– Był muzykiem, ale beznadziejnym – odparłem. – Jeśli kiedykolwiek coś zarobił na muzykowaniu, to nie pochwalił się tym przed moją rodziną.

– Pewnie był pijakiem. – Pani Turbeldy trzepnęła mnie w ucho. – A ten darmozjad żyje tylko dzięki kłamstwom i kradzieży.

– Jakim kłamstwom?

Nie wiedziałem, czy to pytanie skierowane było do mnie, czy też do pani Turbeldy. Conner patrzył jednak na moją opiekunkę, więc pozwoliłem jej mówić.

Pani Turbeldy wzięła go pod ramię i zaciągnęła w kąt pokoju, co było zupełnie bezsensowne, bo po pierwsze, stałem tuż obok i wszystko słyszałem, a po drugie, historia ta dotyczyła właśnie mnie, więc znałem ją aż za dobrze.

Conner nie próbował jej się sprzeciwiać, zauważyłem jednak, że słuchając pani Turbeldy, patrzył jednocześnie na mnie.

– Kiedy się tutaj pojawił, ściskał w ręce lśniącą srebrną monetę. Powiedział, że jest zbiegiem, synem jakiegoś nieżyjącego już księcia z Avenii, i że on wcale nie chce być księciem. Mówił też, że jeśli go przygarnę, zapewnię kryjówkę i będę traktować na specjalnych warunkach, będzie mi wypłacał po jednej monecie na tydzień. Nabierał mnie tak przez dwa tygodnie i śmiał się ze mnie w kułak, kiedy dawałam mu dodatkowe porcje na kolację i dokładałam koce na noc.

Conner zerknął na mnie z uznaniem, a ja tylko przewróciłem oczami. Wiedziałem, że zmieni zdanie, gdy usłyszy tę historię do końca.

– Potem pewnego wieczoru zachorował i dostał gorączki. Zaczął majaczyć w środku nocy, bił innych, wrzeszczał i tak dalej. Byłam przy nim, kiedy do wszystkiego się przyznał. Nie był synem nikogo ważnego. Monety należały do księcia, owszem, ale on je ukradł i próbował mnie oszukać. Wtrąciłam go do piwnicy, bo już mnie nie obchodziło, czy wyzdrowieje, czy nie. Kiedy jakiś czas później zajrzałam do niego, gorączka mu spadła i był znacznie pokorniejszy.

Conner ponownie na mnie spojrzał.

– Teraz wcale nie wygląda na pokornego.

– To też mi przeszło – mruknąłem.

– Więc dlaczego pozwoliła mu pani zostać? – spytał.

Pani Turbeldy zawahała się na moment. Nie chciała mu powiedzieć, że nie pozbyła się mnie, bo czasem kradnę dla niej jakieś drobiazgi, wstążeczkę do kapelusza albo czekoladki. Dlatego właśnie tylko udawała, że tak bardzo mnie nienawidzi. A może nie udawała. Ją też okradałem.

Conner podszedł do mnie.

– Złodziej i kłamca, tak? Umiesz walczyć mieczem?

– Jasne, jeśli mój przeciwnik jest bezbronny.

Uśmiechnął się.

– A uprawiać ziemię?

– Nie. – Odebrałem to jako obelgę.

– Polować?

– Nie.

– A może umiesz czytać?

Spojrzałem na niego spod niesfornej grzywki.

– Czego ode mnie chcesz, Conner?

– Będziesz mówił do mnie „proszę pana” albo „panie Conner”.

– Czego ode mnie chcesz, proszę pana panie Conner?

– O tym porozmawiamy kiedy indziej. Zbieraj swoje rzeczy. Poczekam tu na ciebie.

Pokręciłem głową.

– Przykro mi, ale jeśli opuszczę ten przytulny przybytek pani Turbeldy, zrobię to sam.

– Pójdziesz z nim – oświadczyła pani Turbeldy. – Pan Conner cię kupił i zapłacił za ciebie, a ja nie mogę się już doczekać, kiedy się ciebie pozbędę.

– Zyskasz wolność, jeśli będziesz robił, co ci każę, i będziesz robił to dobrze – dorzucił Conner. – A jeśli się nie postarasz, będziesz służył mi do końca życia.

– Nie będę służył nikomu nawet przez godzinę – odparłem.

Conner ruszył w moją stronę, wyciągając ręce. Rzuciłem w niego pieczenią, a on odskoczył do tyłu, by się przed nią uchylić. Wykorzystałem ten moment, przecisnąłem się obok pani Turbeldy i wybiegłem na ulicę. Z pewnością poszłoby mi lepiej, gdybym wiedział, że Conner zostawił przy drzwiach swoich ludzi. Jeden z nich chwycił mnie za rękę, a drugi uderzył w tył głowy. Nie zdążyłem nawet przekląć grobów ich matek, gdy osunąłem się na ziemię.