Dzika krew - Sally Green

Dzika krew

0,0

Zdecyduj, kogo zabić, komu ufać, a kogo kochać.

Harry Potter to fikcja. Czarodzieje wcale nie są dobrzy. A osamotnionym chłopakiem obdarzonym niezwykłymi zdolnościami nikt nie ma zamiaru się opiekować, za to każdy chętnie wykorzysta go do własnych celów. Siedemnastoletni Natan, w którego żyłach płynie krew dwóch wrogich sobie frakcji angielskich czarodziejów, wie o tym doskonale. Teraz, gdy otrzymał w końcu swój wyjątkowy magiczny dar, wszyscy chcą go dopaść. On sam natomiast próbuje ocalić ukochaną Annalise, zmylić ścigających go łowców i NIE zabić najpotężniejszego  i najokrutniejszego czarownika świata, który, tak się składa, jest również jego ojcem. Choć jego śmierć wielu byłaby na rękę.

Trzymająca w napięciu do ostatniej strony opowieść o świecie, w którym wbrew pozorom nic nie jest takie, jakim się wydaje. Sally Green w najlepszym stylu tworzy rzeczywistość, w której za wielkimi hasłami o sprawiedliwości i dobru kryją się osobiste urazy, interesy i ambicje.

Czy próbujący zapanować nad swoją magiczną mocą i osaczony Natan znajdzie w sobie dość mądrości, by wybrać właściwą stronę tej brutalnej wojny? O ile właściwa strona w ogóle istnieje.

 

Nowa J. K. Rowling.

– „Daily Telegraph”

Sally Green mieszka w północnozachodniej Anglii ze swoim mężem i synem. Dopiero w 2010 roku rozpoczęła swoją przygodę z pisaniem. Uwielbia spacerować i robić domowe dżemy. Pije zdecydowanie za dużo kawy. Została wpisana do Księgi Rekordów Guinnessa jako autorka najczęściej tłumaczonego przed premierą debiutu książkowego. Dzika krew (2015) to druga część jej bestsellerowej trylogii. Pierwszy tom, Zła krew, ukazał się nakładem wydawnictwa Uroboros w 2014 roku.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Sally Green

DZIKA KREW

Przekład
Dorota Konowrocka-Sawa

Dla Indy’ego

Poczujesz na piersiach ciężar i chłód mego ducha,

Pnącego się do wstrząsanego szlochem gardła.

Wilfred Owen, Wild with All Regrets

Część pierwsza
Czerwień

Nowy dzień

Gwiżdże krzyżodziób.

Odpowiada jakiś inny ptak, nie krzyżodziób.

Pierwszy ptak znów przejmuje pałeczkę.

I znów.

Krzyżodziób…

Cholera, już ranek.

Zasnąłem.

Jest bardzo wcześnie rano.

Jasssna cholera.

Muszę się obudzić. Muszę się obudzić.

Nie mogę uwierzyć, że zasn…

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

CHOLERA!

Tu jest ten dźwięk. TU!

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

To natężenie dźwięku oznacza, jasna cholera, że bardzo blisko jest ktoś z telefonem komórkowym. Bardzo blisko. Nie mogę uwierzyć, że zasnąłem, mając łowców na ogonie. I ją. Szybką. Ostatniej nocy była bardzo blisko.

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

MYŚL! MYŚL!

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

To telefon komórkowy. To na pewno telefon komórkowy. Ten szum w mojej głowie, nie w uszach, lecz gdzieś z prawej strony, tuż pod czaszką, wewnętrzny, nieustanny, przypominający wyładowania elektrostatyczne, czysty syk, syk komórki, głośny, jakby od źródła dzieliły mnie nie więcej niż trzy, cztery metry.

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

No dobrze, wiele osób ma telefony komórkowe. Gdyby to była łowczyni, ta łowczyni, i gdyby mnie dostrzegła, już bym nie żył.

A jednak żyję.

A więc mnie nie widzi.

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZZZ…

Dźwięk nie przybiera na sile. Nie zbliża się, ale też nie oddala.

Czy coś mnie osłania?

Leżę na boku, przyciśnięty twarzą do ziemi, kompletnie nieruchomy. Nie widzę nic poza ziemią. Muszę się odrobinę przesunąć, ale jeszcze nie teraz. Najpierw pomyślę.

Uspokój się i zastanów.

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

Nie ma wiatru ani słońca, tylko blada poświata. Jest wcześnie. Słońce musi być jeszcze za górami. Ziemia jest chłodna, ale sucha, nie ma rosy. Czuję zapach ziemi, sosen i… czegoś jeszcze.

Co to za zapach?

Jest też smak.

Zły smak.

Smakuje jak… o nie!

Nie myśl o tym.

Nie myśl o tym.

Nie myśl o tym.

Nie myśl o tym.

Pomyśl o czymś innym.

Pomyśl o tym, gdzie jesteś.

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

Leżysz na ziemi wczesnym rankiem, powietrze jest chłodne. Jest ci zimno. Jest ci zimno, bo… jesteś nagi. Jesteś nagi i górna połowa twojego ciała jest mokra. Twoje piersi, ramiona… twoja twarz… są mokre.

Poruszasz palcami lewej dłoni, bardzo, bardzo delikatnie. Kleją się. Są lepkie. Jakby pokrywał je zasychający słodki sok. Ale to nie sok…

Nie myśl o tym nie myśl o tym nie myśl o tym nie myśl o tym nie myśl o tym…

MYŚL O CZYMŚ INNYM!

MYŚL O TYM, JAK UJŚĆ Z TEGO Z ŻYCIEM!

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ… SZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

Musisz się ruszyć. Masz łowców na ogonie. Ta szybka była bardzo blisko. Ostatniej nocy była naprawdę blisko. Co się wydarzyło ostatniej nocy?

Co się wydarzyło?

NIE! ZAPOMNIJ O TYM!

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

MYŚL O TYM, JAK ZOSTAĆ PRZY ŻYCIU.

WYMYŚL, CO ZROBIĆ.

Możesz spojrzeć, poruszyć głową o milimetr, by zobaczyć więcej. Ziemię obok twojej twarzy zaścielają sosnowe igły. Brązowe sosnowe igły. Lecz ten brąz nie jest naturalnym kolorem. To kolor zaschniętej krwi. Lewe ramię masz wyciągnięte. I całe zbryzgane, pokryte zaschniętym brązem. Ale twoja ręka nie jest zbryzgana krwią – jest od niej lepka.

Czerwona.

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

Możesz znaleźć strumień i się umyć. Zmyć to wszystko z siebie.

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

Musisz iść. Dla własnego bezpieczeństwa musisz się stąd wydostać. Musisz ruszyć w drogę. Uciec.

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

Telefon komórkowy jest blisko, lecz nie ulega to zmianie. Nie zbliży się bardziej.

Ale musisz spojrzeć. Musisz sprawdzić.

Przekręć głowę na drugą stronę.

Możesz to zrobić.

Trochę przypomina to kłodę. Proszę, niech to będzie kłoda, niech to będzie kłoda.

To nie kłoda… Jest czarno-czerwona. Czarne, wysokie buty. Czarne spodnie. Jedna noga zgięta, druga wyprostowana. Czarna kurtka. Jej twarz jest odwrócona.

Ma krótkie, jasnobrązowe włosy.

Ociekają krwią.

Leży sztywno jak kłoda.

Jeszcze mokra.

Jeszcze brocząca krwią.

Już nie tak szybka.

Telefon należy do niej.

SZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZSZ…

Unosisz głowę i widzisz jedną wielką ranę, którą stało się jej gardło.

Poszarpaną. Zakrwawioną. Głęboką.

Czerwoną.

Oczekiwanie

Jestem z powrotem w Szwajcarii, wysoko, w odległej dolinie – nie w tej, w której znajduje się chatka Mercury, ale blisko, w odległości najwyżej pół dnia wspinaczki.

Jestem tu już od kilku tygodni i w tym czasie kilkakrotnie wróciłem do doliny Mercury. Za pierwszym razem poszedłem z powrotem po własnych śladach, szukając strumienia, w którym zgubiłem Fairborna, magiczny nóż ukradziony przez Rose łowcom. Całkiem szybko znalazłem strumień, bez trudu dostrzegłem ślady krwi i żółte plamy na ziemi, lecz po Fairbornie ani śladu. Krążyłem wokół tego punktu centralnego, zapuszczałem się dalej w górę i w dół strumienia, zaglądałem w krzaki i pod kamienie. Całe to zaglądanie pod kamienie robiło się już śmieszne! Po dwudniowych poszukiwaniach musiałem się poddać. Zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle kiedykolwiek miałem ten nóż w ręku. Może porwało go jakieś zwierzę? A może zniknął w magiczny sposób? Pogodziłem się z tym i już nie wracałem go szukać.

A zatem czekam tu teraz, w tej drugiej dolinie, przy jaskini. Tak się umówiłem z Gabrielem, więc siedzę tu i na niego czekam. Przyprowadził mnie tutaj któregoś dnia i w mojej obecności ukrył w jaskini swoją puszkę z listami. To listy miłosne, które wysyłali do siebie jego rodzice. Jego jedyna własność. Puszka spoczywa teraz w moim plecaku, a ja tkwię tutaj i powtarzam sobie, że przynajmniej mamy plan. A to już coś.

Chociaż właściwie co to za plan? „Jeśli sprawy przybiorą zły obrót, czekaj na mnie przy jaskini”.

A sprawy przybrały zły obrót. I to jak zły!

Nie sądziłem, że kiedykolwiek będziemy potrzebować planu. Nie sądziłem, że sprawy mogą potoczyć się aż tak źle, a ja nadal będę wśród żywych. Ale żyję, mam siedemnaście lat i jestem pełnoprawnym magiem, który otrzymał trzy dary. Nie wiem, kto przeżył oprócz mnie. Rose… Rose nie żyje. Tego jestem pewien. Zastrzelili ją łowcy. Annalise, pogrążona w śmiertelnym śnie, jest jeńcem Mercury, i wiem, że nie powinna pozostawać w tym stanie zbyt długo, bo wkrótce po prostu się nie obudzi. A Gabriel zaginął i nie pojawił się, choć od kradzieży Fairborna minęło już kilka tygodni – konkretnie cztery tygodnie i cztery dni. Gdyby żył, pojawiłby się już tutaj. A jeśli schwytali go łowcy, będą go torturować i…

To jedna z tych rzeczy, o których nie pozwalam sobie zbyt długo rozmyślać. To jedna z zasad regulujących moje oczekiwanie: nie myśl o rzeczach negatywnych, trzymaj się pozytywów. Kłopot polega na tym, że nie mam tu do roboty nic poza siedzeniem, czekaniem i rozmyślaniem. Każdego dnia robię więc przegląd wszystkich pozytywnych myśli i za każdym razem powtarzam sobie, że kiedy już skończę je sobie przepowiadać, Gabriel wróci. I muszę sobie ciągle powtarzać, że wciąż jest to możliwe. Nadal istnieje pewne prawdopodobieństwo, że przeżył i wróci. Muszę tylko mieć nadzieję.

No dobrze, zatem pozytywne myśli, jeszcze raz…

Przede wszystkim dostrzeganie tego, co mnie otacza. We wszystkim jest coś pozytywnego i każdego cholernego pozytywnego dnia dostrzegam te same pozytywy.

Drzewa. Drzewa są pozytywne. Większość jest wysoka, gruba i całkiem prosta, ale kilka jest przewróconych i porośniętych mchem. Większość tutejszych drzew ma igły, a nie liście, a zieleń przybiera odcienie od niemal czerni do seledynu, zależnie od ilości światła słonecznego i wieku igły. Znam tutejsze drzewa tak dobrze, że mógłbym opisać każde z nich z zamkniętymi oczami, ale staram się nie zamykać oczu zbyt często – łatwiej zachować pogodę ducha, gdy masz oczy otwarte.

Od drzew przechodzę do nieba, które też jest pozytywne, zazwyczaj jaskrawoniebieskie za dnia i czarne, lecz nie atramentowoczarne, nocą. Podoba mi się taki kolor nieba. Czasem pojawiają się chmury i są wielkie i białe, rzadko szare, i nie zwiastują deszczu. Głównie przepływają na wschód. Tutaj prawie nie wieje, a w każdym razie podmuchy nie schodzą na poziom leśnego runa.

Co dalej? Ach, tak, ptaki. Ptaki są pozytywne, chciwe i hałaśliwe – ciągle się przekrzykują albo coś jedzą. Niektóre jedzą nasiona, a inne owady. Kruki latają wysoko nad lasem i nie sfruwają na dół, w każdym razie nie na mój poziom. Są czarne, lśniąco czarne, jakby wycięto je nożyczkami z kawałka czarnego papieru. Wypatruję orła, choć nigdy żadnego tu nie widziałem, i rozmyślam o moim ojcu, zastanawiając się, czy naprawdę potrafi przybrać postać orła i mnie śledzić. To wszystko wydaje się tak odległe w czasie…

Przestań!

Nie ma tu miejsca na rozmyślania o moim ojcu. Muszę być ostrożny, kiedy o nim myślę. Nie mogę sobie folgować. Ponure myśli dopadają mnie zbyt łatwo tak czy inaczej.

A zatem… wracając do tego, co mnie otacza. Na czym to ja skończyłem? Mówiłem już o drzewach, niebie, chmurach, ptakach. Ach, tak, więc mamy ciszę… Mnóstwo ciszy. Ogromne pokłady ciszy. Cisza zalegająca nocą mogłaby wypełnić Pacyfik. Cisza, którą kocham. Nie ma tu bzyczenia ani żadnych zakłóceń elektrostatycznych. Nic. Umysł mam jasny. Chyba powinienem być w stanie usłyszeć rzekę płynącą dnem doliny, ale nie mogę. Drzewa głuszą dźwięk.

A zatem ciszę mamy już omówioną, kolej na ruch. Wśród obiektów, które poruszały się do tej pory, należy wymienić małe jelenie. Widziałem ich kilka. Są ciche, brązowe, dość nerwowe i delikatne. Poza tym króliki – ciche i szarobrązowe. Są jeszcze szarobrązowe nornice i ciche, szare świstaki. Są czarne i ciche pająki, czarne muchy, które są ciche, dopóki się nie zbliżą, a potem stają się niewiarygodnie, komicznie głośne. Jakiś zagubiony motyl w kolorze chabrowym, bardzo cichy. Opadające brązowe igły sosnowe, wcale nie takie ciche, lecz wydające na dnie lasu delikatny dźwięk „pu”. Igły sosnowe spadające tak cicho jak śnieg.

Oto więc pozytywy: motyle, drzewa i tak dalej.

Siebie też dostrzegam. Mam na sobie swoje stare buty. Ciężkie podeszwy, bardzo elastyczne, bo już znoszone. Brązowa skóra się wytarła, a do prawego buta przez pęknięty szew wdziera się woda. Dżinsy są obszerne, wygodne, wyświechtane, przetarte na lewym kolanie, wystrzępione, niegdyś niebieskie, teraz szare, upstrzone ziemią i zielonymi plamami od wspinania się po drzewach. Pasek: gruba, czarna skóra, mosiężna sprzączka. To dobry pasek. T-shirt: kiedyś biały, teraz szary, dziura na prawym boku, małe dziurki na rękawach wyglądające tak, jakby wyjadły je pchły. Nie mam pcheł. Chyba. Nic mnie nie swędzi. Jestem tylko trochę brudny. Ale co któryś dzień się kąpię, a już zawsze wtedy, gdy obudzę się we krwi. Moje ubrania nie są poplamione krwią, a to już coś. Zawsze budzę się nagi, kiedy…

Wracaj do myślenia o ubraniach!

Przy czym to ja byłem? Na T-shirt zakładam bluzę, która jest gruba i ciepła, wełniana… Na zielono-czarno-brązowej tkaninie wciąż wyraźny jest splot. Po lewej stronie są trzy czarne guziki. Po prawej stronie dziura. Rozdarcie na lewym rękawie. Nie mam majtek ani skarpetek. Kiedyś miałem skarpetki, ale nie wiem, co się z nimi stało. No i miałem rękawiczki. Myślę, że w plecaku mam też szalik. Nie zaglądałem tam od wieków. Powinienem to zrobić. To coś do zrobienia. Myślę, że mogą tam być moje rękawiczki.

Teraz co?

Coś więcej o mnie.

Ręce mam zniszczone. Strasznie zniszczone: opalone, pomarszczone i szorstkie. Blizny na prawym nadgarstku są naprawdę obrzydliwe, skóra wygląda jak stopiona. Paznokcie mam czarne i poobgryzane do krwi. No i są jeszcze tatuaże. Trzy tatuaże na prawym małym palcu i duży tatuaż na grzbiecie lewej dłoni. C 0,5. Tatuaż półkoda. Żeby wszyscy wiedzieli, kim jestem – półczarownikiem. A gdyby przeoczyli te tatuaże, to jest jeszcze jeden na kostce i jeden na szyi (mój ulubiony).

To coś więcej niż tatuaże, coś więcej niż etykiety – to jakaś forma magii. Jeśli łowcy mnie dopadną, jeśli dopadnie mnie pan Wallander, odetną mi palec i umieszczą go w butelce czarownicy, a wtedy zyskają nade mną władzę. Mogą ją wykorzystać, by mnie torturować lub zabić w dowolnym momencie, rzucając butelkę w płomienie. Myślę, że to właśnie zrobią. Tatuaże są ich metodą sprawowania nade mną kontroli. Posłużyliby się nimi, by zmusić mnie do zabicia mojego ojca.

Tylko że nigdy go nie zabiję. Nie mógłbym, nawet gdybym chciał, bo mój ojciec jest nadal najpotężniejszym czarownikiem, o jakim kiedykolwiek słyszałem, i w porównaniu z nim jestem nikim. To znaczy całkiem nieźle walczę i biegam, ale nigdy nie mógłbym się mierzyć z Marcusem.

Cholera! No i znów o nim myślę.

Powinienem wrócić do myślenia o własnym ciele.

Czasem moje ciało robi dziwne rzeczy. Zmienia się. Muszę to głębiej przemyśleć. Muszę zrozumieć, w jaki sposób się zmienia, dlaczego się zmienia i w co, do kurwy nędzy.

Nie pamiętam tego nawet, ale wiem, że się zdarza, bo budzę się nagi i trochę mniej głodny. Czasem robi mi się niedobrze i zwracam cały wieczorny posiłek, a potem targają mną mdłości, chociaż nie mam już czym wymiotować. Nie wiem, czy to dlatego, że moje ciało nie jest w stanie przyjąć tego, co zjadłem. Zjadam głównie małe zwierzęta, chociaż nie pamiętam, żebym je chwytał. Wiem jednak, że to się dzieje, bo w wymiocinach znajduję maleńkie kości, skrawki owłosionej skóry i krew. Kiedyś był ogon. Chyba szczurzy. Wiem, że zmieniam się w jakieś zwierzę. To jedyne wyjaśnienie. Mam ten sam Dar co mój ojciec. W ogóle tego jednak nie pamiętam: ani przeobrażania, ani bycia zwierzęciem, ani przeobrażania się z powrotem. Nic – gdy się budzę, już po wszystkim. Zawsze śpię, więc pewnie jest to dla mnie wyczerpujące.

Ostatniej nocy dopadłem jelonka. Obudziłem się obok jego na wpół pożartego ścierwa. Nie zwymiotowałem. Myślę, że mój żołądek zaczyna się przyzwyczajać. Byłem głodny, koszmarnie głodny, a już nie jestem. Pokazuje to chyba wyraźnie, że do wszystkiego można się przyzwyczaić, nawet do surowego mięsa. Mimo wszystko chętnie zamordowałbym jakieś przyzwoite jedzenie. Hamburgera, chipsy, rosół, tłuczone ziemniaki, pieczeń wołową albo Yorkshire pudding. Coś ludzkiego. Placek. Ciasto z kremem budyniowym!

Ostrożnie!

Lepiej nie myśleć o tym, czego nie można mieć. To równia pochyła. Muszę obchodzić się ostrożnie z moimi myślami. Nie mogę się staczać ku negatywom. Dziś dobrze mi szło zachowanie pogody ducha, więc mogę się nagrodzić myśleniem o innych ludziach, a nawet o moim ojcu, ale myśląc o nim, muszę zachować daleko posuniętą ostrożność.

Spotkałem go. Spotkałem Marcusa. Nie zabił mnie i w gruncie rzeczy zawsze byłem przekonany, że tego nie zrobi, ale biorąc pod uwagę jego reputację, różnie się to mogło skończyć.

Przez większą część dzieciństwa byłem głęboko przekonany, że zupełnie nie obchodzę Marcusa, ale okazuje się, iż przez cały czas o mnie myślał, podobnie jak ja o nim. I zawsze zamierzał mi pomóc. Odszukał mnie. Zatrzymał dla mnie czas, a to chyba nie jest wcale taka prosta sprawa, nawet dla niego. Odprawił moją ceremonię Obdarowania: pozwolił mi napić się swojej krwi i wręczył mi trzy dary. I złoty pierścień, który mi dał, jego pierścień, znajduje się teraz na moim palcu, a ja go obracam, podnoszę do ust, czuję jego ciężar i jego metaliczny posmak. Kula, którą ojciec ze mnie wyjął, magiczna kula łowców, spoczywa w mojej kieszeni. Czasem też ją czuję, chociaż nie jestem pewien, czy cieszy mnie jej posiadanie, bo to w końcu kula łowców. Trzeci prezent, który mi dał – moje życie – nadal jest ze mną. Nie wiem, czy to się naprawdę liczy, bo nigdy wcześniej nie słyszałem o darze, który nie byłby przedmiotem, ale to on jest Marcusem i myślę, że wie, co robi.

Żyję dzięki swojemu ojcu. Dzięki niemu otrzymałem Dar, który jest taki sam jak jego. Większość magów z trudem odkrywa swój Dar, rok albo dłużej zabiera im zorientowanie się w jego naturze, ale ja nie muszę nawet szukać. To on mnie znalazł. I wcale nie wiem, czy to dobrze. Lepiej pomyśleć o czymś innym…

Moja rodzina to coś, o czym można myśleć pozytywnie. Myśląc o niej, rzadko wpadam w przygnębienie. Wciąż tęsknię za Arranem, choć zdecydowanie nie tak mocno jak wówczas, gdy byłem więźniem Celii. Przez te pierwsze tygodnie w klatce tak bardzo tęskniłem za bratem… Ale to było całe lata temu. Chyba jakieś dwa lata temu. Rada zabrała mnie tuż przed moimi piętnastymi urodzinami, tuż przed Obdarowaniem Arrana. Tak, od tamtego czasu minęły już ponad dwa lata, ale wiem, że wszystko u niego w porządku i u Debory też. Ellen, moja przyjaciółka półkrwi, skontaktowała się z Arranem, pokazała mu moje zdjęcie, a ja zobaczyłem go nagranego na wideo i wysłuchałem jego wiadomości dla mnie. Przy tym wszystkim wiem, że lepiej im beze mnie. Nigdy więcej ich nie zobaczę, ale to nic. Wiedzą, że żyję, uciekłem i jestem wolny. Staram się myśleć pozytywnie i to dobrze, bo im dalej jestem od ludzi, którzy coś dla mnie znaczą, tym lepiej dla nich.

Czasem siadam u wejścia do jaskini, czasem się kładę i przysypiam na chwilę, ale generalnie nie śpię zbyt dobrze i zasadniczo czuję się lepiej, gdy czekam sobie na tym drzewie, z którego rozciąga się taki doskonały widok. Górskie zbocze jest tutaj strome. Nikt tu nie przyjdzie sobie spacerkiem ot tak, dla kaprysu, chociaż nigdy nic nie wiadomo. Łowcy są dobrzy w swoim fachu. Staram się nie rozmyślać zbyt dużo o łowcach, chociaż udawanie, że nie istnieją, nie jest rozsądne. W każdym razie tak czy siak siadam na swoim drzewie i kiedy jest ciemno jak teraz, pozwalam sobie na wspominanie dawnych dni. Zanim zostałem zabrany przez Radę. Zanim nadzór nade mną przejęła Celia. Zanim zostałem zamknięty w klatce.

Najbardziej lubię wspominać, jak razem z Arranem bawiliśmy się kiedyś w lasach niedaleko domu babci. Ukryłem się na drzewie i kiedy w końcu Arran mnie dostrzegł, wspiął się na nie, by usiąść obok mnie, ja jednak posuwałem się coraz dalej i dalej od pnia po cienkiej gałęzi. Błagał mnie, żebym się zatrzymał, więc cofnąłem się i usiadłem obok niego, mniej więcej tak, jak siedzę teraz. Siedzieliśmy okrakiem na gałęzi, oparci o siebie. Dużo bym dał, żeby móc znów tak koło niego usiąść, poczuć ciepło jego ciała, na którym mogłem się oprzeć. Wywnioskować z ruchu jego piersi, że się uśmiecha, poczuć jego oddech i otaczające mnie ramię.

Lepiej jednak zbyt dużo o tym nie myśleć. Lepiej nie myśleć o tym, czego nie można mieć.

Pamiętam też babcię, z jej pszczołami, wysokimi butami i kurczakami, i zadeptaną kuchenną podłogę. Ostatni raz widziałem babcię, kiedy mnie zabierali. Byłem w budynku Rady i oznajmiono mi, że moją opiekunką i nauczycielką zostanie Celia. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Celię i po raz pierwszy usłyszałem dźwięk, którym potrafiła mnie ogłuszyć i obezwładnić – jej Dar. Mam wrażenie, jakby to wszystko działo się w jakimś poprzednim życiu. Celia powaliła mnie tym łoskotem i wynieśli mnie. Wtedy właśnie po raz ostatni widziałem babcię, która wyglądała na starą i przestraszoną, gdy tak stała na środku pomieszczenia, w którym przeprowadzano moją Ocenę. Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że babcia wiedziała, iż nigdy więcej mnie nie zobaczy. Celia powiedziała mi, że babcia zmarła, i wiem, że to oni ją zmusili, by się zabiła. Tak jak zmusili moją matkę.

Wiem już…

Co to?

Kroki! Nocą!

Adrenalina mi skacze.

Panuj nad sobą! Słuchaj!

Lekkie kroki. Na tyle lekkie, że mogą należeć do łowcy.

Powoli obracam głowę. Nic nie widzę. Chmury zasnuwają niebo grubą warstwą i promienie księżyca nie docierają do lasu.

Kolejne kroki. Kolejny wyrzut adrenaliny.

Cholera! To coś więcej niż adrenalina… To czające się we mnie zwierzę.

I wtedy go dostrzegam. Małego jelonka. Przestraszonego.

Zwierzęca adrenalina gotowa jest zalać mi krwiobieg, a czające się we mnie zwierzę zawładnąć mną.

Spokojnie! Spokojnie! Oddychaj powoli. Licz wdechy.

Raz. Powolny wdech. Powolny wydech.

Dwa. Powolny wdech. Zatrzymaj powietrze. Powolny wydech.

Trzy. Powolny wdech. Czuję, jak krew zaczyna się we mnie burzyć i kipieć. Powolny wydech.

Cztery. Powolny wdech i zwierzę jest już we mnie, choć nie wiem, czym jest to, co każe mi się zmieniać.

Jelonek odchodzi i szybko znika w mroku. Proszę, udało mi się pozostać człowiekiem, a jelonkowi ocalić życie. Potrafię kontrolować swój Dar, a w każdym razie go powstrzymać. A jeśli potrafię go powstrzymać, to może i potrafię go wyzwolić?

Uśmiecham się szeroko. Pierwszy raz od wielu tygodni coś autentycznie podnosi mnie na duchu.

Dobrze się dziś spisałem. Trzymałem się listy i nie zatopiłem się zanadto w ponurych rozmyślaniach. Mogę się nagrodzić dobrymi myślami – takimi, które rezerwuję na specjalne okazje. Moje ulubione myśli dotyczą Annalise. A oto, co pamiętam…

Przekład: Dorota Konowrocka-Sawa

Redakcja: Małgorzata Grygierowska-Augustynowicz

Korekta: Magdalena Marciniak, Tatiana Hardej

Cover based on an original design by Tim Green, Faceout Studio

Illustration by Triggerfish at Début Art

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-3242-2

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.
i Marcin Kapusta / Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.