Dziewczyna, która igrała z ogniem

0,0

W kolejnej, po Mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet, części trylogii Millennium główną bohaterką jest Lisbeth Salander. Seria dramatycznych wypadków wywołuje u Lisbeth wspomnienia mrocznej przeszłości, z którą raz na zawsze postanawia się rozprawić. Dwoje dziennikarzy, Dag i Mia, docierają do niezwykłych informacji na temat rozległej siatki przemycającej z Europy Wschodniej do Szwecji ludzi wykorzystywanych w branży seksualnej. Wiele zamieszanych w to osób piastuje odpowiedzialne funkcje w społeczeństwie. Kiedy Dag i Mia zostają brutalnie zamordowani, a podejrzenia zostają skierowane na Lisbeth Salander, Blomkvist postanawia przeprowadzić własne śledztwo. Wkrótce odkrywa związek między morderstwami i sprawą przemytu. Straszliwego Zalę, którego nazwisko wciąż pojawia się w trakcie śledztwa, łączy też coś z niejaką Lisbeth Salander...

Dodaj komentarz


Całkiem niezła książka, jest w niej nieco mniej akcji niż w poprzedniej pozycji z tej serii, jednak pojawiają się za to nowe wątki, które przyciągają uwagę czytelnika. Mnie osobiście spodobało się, że tym razem główną bohaterką jest kobieta. Może nie jest to arcydzieło, ale mimo wszystko da się to przeczytać i chyba ta część jest nieco lepsza od pierwszej. W sumie nie wiem czy poleciłabym tę książkę swoim znajomym, każdy powinien sam zdecydować czy chce zagłębić się w tę lekturę.


Trochę nie rozumiem zachwytów nad „Mlillenium”. Wystarczy, że dobrze się sprzedaje? Historia jak historia (czytałem lepsze). Nie można jednak odmówić jej sugestywności. Drugi tom w postaci powyższej książki oczywiście potrafi wciągnąć, choć jest nieco odmienny od pierwszego. Jednak jako częsty czytelnik kryminałów i thrillerów nie odnalazłem tu żadnych „fajerwerków”. Ot, dobrze skonstruowany thriller do poczytania, ale żeby od razu robić z niego jakieś arcydzieło? To nadinterpretacja.


To druga część osławione trylogii „Millenium”. Tym razem autor skupia się na postaci kobiecej - Lisbeth Salander. Ta odsłona jest chyba nawet lepsza od pierwszej części. Larsson świetnie sobie radzi z bohaterami, których stworzył (są wiarygodni, złożeni, przekonujący), a portret psychologiczny Salander jest wręcz nienaganny. Nie będę streszczać tutaj historii, tą książkę trzeba przeczytać. Dla miłośników thrillerów to pozycja niemal obowiązkowa.


Drugi tom Trylogii Millenium, którego kluczową postacią jest Lisbeth Salander. Akcja powieści nie jest tu tak szybka, jak w poprzedniej części, jednakże nie ujmuje to książce uroku. Książka porywa już od pierwszych stron i nie pozwala na chwilę wytchnienia. Powieść czyta się błyskawicznie. Intrygująca fabuła, interesujące postacie, to tylko niektóre jej cechy. Polecam wszystkim fanom kryminałów. Naprawdę warto zapoznać się z tą serią.Drugi tom Trylogii Millenium, którego kluczową postacią jest Lisbeth Salander. Akcja powieści nie jest tu tak szybka, jak w poprzedniej części, jednakże nie ujmuje to książce uroku. Książka porywa już od pierwszych stron i nie pozwala na chwilę wytchnienia. Powieść czyta się błyskawicznie. Intrygująca fabuła, interesujące postacie, to tylko niektóre jej cechy. Polecam wszystkim fanom kryminałów. Naprawdę warto zapoznać się z tą serią.


Bardzo podobała mi się druga część Trylogii Milenium. Ta książka wciąga czytelnika już od pierwszych stron i nie pozwala się oderwać aż do samego końca. I nie wiem czy bardziej podobała mi się pierwsza, czy druga część - chyba obie są tak samo bardzo dobre. W czytanie można się tak wciągnąć, że zapomina się o o taczającym świecie. Nawet jeśli cała powieść to fikcja to i tak jestem zdumiona kompletnym fiaskiem jaki poniósł szwedzki wymiar sprawiedliwości i opieka społeczna, a opisy opieki psychiatrycznej są po prostu przerażające. Nie ma co czekać - trzeba sięgnąć po kolejną cześć.


Podobno najlepszy tom "Millenium". No nie wiem. W sumie jedyna interesującą rzeczą jest "wyciągnięcie" na plan pierwszy kobiecej postaci. Stworzonej wiarygodnie, z werwą. Grającą "pierwsze skrzypce". A tak same schematy podane tylko w inny sposób. Autor sprawnie radzi sobie z mnogością występujących w powieści postaci. I tyle. Do poczytania. Do zachwytu droga daleka.


Może nie najlepszy tom serii, ale bardzo dobra. Czyta się jak zawsze błyskawicznie, a zarówno fabuła, jak i tempo akcji zaskakuje i zadziwia. Może nie jest najoryginalniejsza, ale kreacje bohaterów to mistrzostwo.


Kolejny "odkrywczy" bestseller, który dla czytelnika mającego na koncie setki przeczytanych książek jest tak odtwórczy, jak tylko można. A "zaskakującego zakończenia" domyśliłam się na samym początku.


W tej części akcja nieco zwalnia, ale w zmian za to autor odkrywa przed nami klika nowych wątków. To obiecujący prognostyk przed kolejnym tomem cyklu. Mimo, że bieg wydarzeń jest mniej dynamiczny książka nie pozwala się od niej oderwać.


W tej części Millenium- mniej kryminału a więcej polityki. Dużym plusem jest to że Larsson porusza ważne kwestie dot. praw kobiet.Jest zupełnie inna od pierwszej części, dzięki czemu równie mocno fascynuje.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

STIEG
LARS­SON

DZIEW­CZY­NA, KTÓRA
IGRAŁA Z OGNIEM

Przełożyła Pau­li­na Rosińska

Wy­daw­nic­two Czar­na Owca

War­sza­wa 2014

Prawolubni.jpg

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przysługują. Jej za­war­tość możesz udostępnić nie­odpłat­nie oso­bom bli­skim lub oso­biście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Jeśli cy­tu­jesz jej frag­men­ty, nie zmie­niaj ich treści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzieło. A ko­piując jej część, rób to je­dy­nie na użytek oso­bisty.

Sza­nuj­my cudzą własność i pra­wo.

Więcej na www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książki

Tytuł ory­gi­nału

FLIC­KAN SOM LEK­TE MED EL­DEN

Re­dak­cja

El­wi­ra Wy­szyńska

Skład i łama­nie

Mar­cin La­bus

Ko­rek­ta

Ma­ciej Kor­ba­siński

Co­py­ri­ght © Stieg Lars­son 2006

First pu­bli­shed by Nor­stedts, Swe­den, in 2006.

The text pu­bli­shed by agre­ement with Nor­stedts Agen­cy.

Co­py­ri­ght © for the co­ver il­lu­stra­tion by Nor­ma Com­mu­ni­ca­tion

Pho­to of Stieg Lars­son: Da­niel La­gerlöf

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, 2009

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Ni­niej­szy plik jest objęty ochroną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny dostęp upo­ważnia wyłącznie do pry­wat­ne­go użytku.
Roz­po­wszech­nia­nie całości lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy właści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-7554-263-9

Czarna Owca

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa
e-mail: wydawnictwo@czarnaowca.pl
Dział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51
Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:
www.czarnaowca.pl

 

Skład wersji elektronicznej:
Virtualo Sp. z o.o.

PRO­LOG

LEŻAŁA PRZY­PIĘTA pa­sa­mi na wąskiej pry­czy z har­to­wa­nej sta­li. Rze­mie­nie uwie­rały ją w klatkę pier­siową. Leżała na ple­cach. Ręce ułożone po bo­kach, unie­ru­cho­mio­ne na brze­gach łóżka.

Już daw­no za­nie­chała wszel­kich wysiłków, by się wy­do­stać. Nie spała, ale oczy miała za­mknięte. Gdy­by je otwo­rzyła, zna­lazłaby się w ciem­ności, a je­dy­nym źródłem światła byłaby wąska smu­ga sącząca się po­nad drzwia­mi. Czuła nie­smak w ustach i bar­dzo chciała umyć zęby.

Jakaś część jej świa­do­mości nasłuchi­wała odgłosu kroków, co ozna­czałoby, że on nad­cho­dzi. Nie miała pojęcia, czy to wieczór, czy noc, a je­dy­nie po­czu­cie, że za­czy­nało być zbyt późno na od­wie­dzi­ny. Nagłe drżenie łóżka spra­wiło, że otwo­rzyła oczy. Tak jak­by gdzieś w bu­dyn­ku włączyła się jakaś ma­szy­na. Po kil­ku se­kun­dach nie była już pew­na, czy tyl­ko jej się zda­wało, czy na­prawdę coś usłyszała.

Od­ha­czyła ko­lej­ny dzień w pamięci.

Czter­dzie­sty trze­ci dzień w tym więzie­niu.

Swędział ją nos, więc przekręciła głowę, by go po­dra­pać o po­duszkę. Pociła się. W po­ko­ju było dusz­no i gorąco. Miała na so­bie prostą ko­szulę nocną, która wciąż się pod­wi­jała. Gdy prze­su­wała bio­dro, pal­cem wska­zującym i środ­ko­wym uda­wało jej się dosięgnąć ko­szuli i obciągnąć ją za każdym ru­chem o je­den cen­ty­metr. Po­wta­rzała całą ope­rację drugą ręką. Ale ko­szula nadal fałdowała się pod kręgosłupem. Ma­te­rac był nierówny i nie­wy­god­ny. Całko­wi­te od­osob­nie­nie spra­wiało, iż wszyst­kie de­li­kat­ne bodźce, na które w in­nej sy­tu­acji w ogóle nie zwróciłaby uwa­gi, bar­dzo zy­ski­wały na sile. Pasy były na tyle luźne, że mogła zmie­nić po­zycję i położyć się na boku, lecz nie było to wy­god­ne, bo mu­siała wte­dy położyć rękę za ple­ca­mi, więc ramię cały czas drętwiało.

Nie bała się. Czuła za to, że jej tłumio­ny gniew rośnie.

Jed­no­cześnie dręczyły ją własne myśli, które wciąż zmie­niały się w nie­przy­jem­ne fan­ta­zje o tym, co się z nią sta­nie. Nie­na­wi­dziła tej na­rzu­co­nej bez­sil­ności. Jak usil­nie by nie próbowała kon­cen­tro­wać się na czymś in­nym, by zabić czas i ode­pchnąć świa­do­mość swo­jej sy­tu­acji, i tak po­ja­wiał się lęk. Wi­siał nad nią ni­czym chmu­ra gazu, grożąc, że prze­nik­nie przez pory skóry i za­tru­je jej eg­zy­stencję. Od­kryła, że naj­lep­szy sposób na to, by trzy­mać lęk z dala, to wy­obrażać so­bie coś, co daje jej po­czu­cie siły. Za­my­kała oczy i przy­po­mi­nała so­bie za­pach ben­zy­ny.

Sie­dział w sa­mo­cho­dzie z opusz­czoną boczną szybą. Pod­biegła, wlała ben­zynę do środ­ka i pod­pa­liła zapałką. Wszyst­ko to trwało mo­ment. Od razu buchnęły płomie­nie. A on wił się w męczar­niach, słyszała jego krzy­ki prze­rażenia i bólu. Czuła woń spa­lo­ne­go mięsa i ostry za­pach pla­sti­ku i ta­pi­cer­ki ze zwęglo­ne­go sie­dze­nia.

PRAW­DO­PO­DOB­NIE PRZYSNĘŁA, bo nie słyszała kroków, ale obu­dziła się od razu, gdy tyl­ko otwo­rzyły się drzwi. Wpa­dające światło oślepiło ją.

To on, jed­nak przy­szedł.

Był wy­so­ki. Nie wie­działa, ile ma lat, w każdym ra­zie był do­rosły. Miał ru­dobrązowe, zmierz­wio­ne włosy, oku­la­ry w czar­nych opraw­kach i rzad­ki za­rost na bro­dzie. Pach­niał wodą po go­le­niu.

Nie­na­wi­dziła jego za­pa­chu.

Stał ci­cho w no­gach łóżka i przyglądał się jej dłuższą chwilę.

Nie­na­wi­dziła jego mil­cze­nia.

Jego twarz skry­wała się w cie­niu, wi­działa tyl­ko syl­wetkę. Na­gle się ode­zwał. Miał ni­ski, wyraźny głos i pe­dan­tycz­nie ak­cen­to­wał każde słowo.

Nie­na­wi­dziła jego głosu.

Po­wie­dział, że dziś są jej uro­dzi­ny i że chce złożyć życze­nia. Jego głos nie był wro­gi ani iro­nicz­ny. Był neu­tral­ny. Po­dej­rze­wała, że się uśmie­chał.

Nie­na­wi­dziła go.

Pod­szedł do wezgłowia pry­czy. Wierz­chem wil­got­nej dłoni do­tknął jej czoła i prze­sunął pal­ca­mi u na­sa­dy włosów. Gest ten za­pew­ne miał być przy­ja­zny. Pre­zent uro­dzi­no­wy dla niej.

Nie­na­wi­dziła jego do­ty­ku.

MÓWIŁ DO NIEJ. Wi­działa, jak po­ru­sza usta­mi, ale nie słyszała jego głosu. Nie chciała słuchać. Nie chciała od­po­wia­dać. Usłyszała, gdy zaczął mówić głośniej. W jego głosie brzmiało po­iry­to­wa­nie z po­wo­du bra­ku jej re­ak­cji. Mówił o wza­jem­nym za­ufa­niu. Po kil­ku mi­nu­tach za­milkł. Zi­gno­ro­wała jego spoj­rze­nie. Po­tem wzru­szył ra­mio­na­mi i zaczął po­pra­wiać pasy. Za­cisnął trochę bar­dziej rze­mie­nie na jej klat­ce pier­sio­wej i po­chy­lił się nad nią.

Odwróciła się na­tych­miast na lewy bok, tak da­le­ko od nie­go, jak mogła, na ile tyl­ko po­zwa­lały rze­mie­nie. Pod­ciągnęła ko­la­na pod brodę i spróbowała z całej siły kopnąć go w głowę. Ce­lo­wała w jabłko Ada­ma, ale tra­fiła czub­kiem pal­ca gdzieś poniżej szczęki, bo był na to przy­go­to­wa­ny i zro­bił unik, więc skończyło się na lek­kim, le­d­wie od­czu­wal­nym ude­rze­niu. Spróbowała kopnąć go jesz­cze raz, ale był już poza zasięgiem.

Opuściła nogi na pryczę.

Przeście­radło zwi­sało z łóżka na podłogę. Ko­szu­la noc­na pod­winęła się wy­so­ko nad bio­dra.

Stał chwilę w bez­ru­chu, nic nie mówiąc. Ob­szedł pryczę i roz­piął pasy do krępo­wa­nia nóg. Usiłowała je pod­kur­czyć, ale chwy­cił ją za kostkę, przy­gniótł ko­la­no i za­cisnął rze­mień. Znów ob­szedł pryczę i przy­piął drugą nogę.

Te­raz była już kom­plet­nie bez­rad­na.

Pod­niósł przeście­radło z podłogi i okrył ją. Pa­trzył na nią w ci­szy przez ja­kieś dwie mi­nu­ty. Wy­czu­wała w ciem­ności jego pod­nie­ce­nie, cho­ciaż go nie oka­zy­wał, uda­wał obojętność. Na pew­no miał erekcję. Wie­działa, że chce jej do­tknąć.

Po­tem odwrócił się i wy­szedł, za­my­kając za sobą drzwi. Słyszała, że je za­ry­glo­wał, zupełnie nie­po­trzeb­nie, bo nie miała szans wy­swo­bo­dzić się z więzów.

Leżała tak kil­ka mi­nut i pa­trzyła na wąską smugę światła znad drzwi. Po­tem po­ru­szyła się, spraw­dzając, jak cia­sno są zapięte pasy. Mogła trochę pod­ciągnąć nogi, ale rze­mie­nie na pier­siach i wokół ko­stek na­tych­miast się na­pi­nały. Roz­luźniła się. Leżała w całko­wi­tym bez­ru­chu i pa­trzyła w nicość.

Cze­kała. Ma­rzyła o ka­ni­strze z ben­zyną i zapałce.

Wi­działa go prze­siąkniętego ben­zyną. Wy­czu­wała w dłoni pudełko zapałek. Potrząsnęła nim. Za­grze­cho­tało. Wyjęła zapałkę. Słyszała, że on coś mówi, ale była głucha na jego słowa. Wi­działa wy­raz jego twa­rzy, gdy przyłożyła zapałkę do pudełka. Słyszała trzask siar­ki w ze­tknięciu z draską. Brzmiało to jak spo­wol­nio­ny grzmot pio­ru­na. Wi­działa, jak bu­cha płomień.

Uśmiechnęła się z za­wziętością, na­brała wewnętrznej siły.

Tej nocy skończyła trzy­naście lat.

Równa­nia otrzy­mują na­zwy według potęgi, do ja­kiej pod­nie­sio­na jest nie­wia­do­ma (według war­tości wykład­ni­ka). Jeśli ta war­tość to 1, mówimy o równa­niu pierw­sze­go stop­nia, jeśli jest to 2, dru­gie­go stop­nia itd. Równa­nie wyższe­go stop­nia niż pierw­szy jest spełnio­ne dla wie­lu nie­wia­do­mych. War­tości te na­zy­wa­my pier­wiast­ka­mi.

Równa­nie pierw­sze­go stop­nia (równa­nie li­nio­we): 3x – 9 = 0 (pier­wia­stek: x = 3)

Część 1

Równa­nia
nie­re­gu­lar­ne

16–20 grud­nia

Roz­dział 1

Czwar­tek 16 grud­nia – piątek 17 grud­nia

LIS­BETH SA­LAN­DER zsunęła oku­la­ry prze­ciwsłonecz­ne na czu­bek nosa i spoglądała spod ron­da ka­pe­lu­sza. Wi­działa, jak ko­bie­ta z po­ko­ju 32 wy­cho­dzi bocz­nym wyjściem z ho­te­lu i spa­ce­ro­wym kro­kiem zbliża się do jed­ne­go z biało-zie­lo­nych leżaków przy ba­se­nie. W sku­pie­niu wbi­jała wzrok w zie­mię i zda­wało się, że idzie na nie­pew­nych no­gach.

Sa­lan­der wi­działa ją wcześniej je­dy­nie z da­le­ka. Wiek ko­bie­ty osza­co­wała na ja­kieś trzy­dzieści pięć lat, lecz mogła być równie do­brze dwu­dzie­sto­pięcio-, jak i pięćdzie­sięcio­latką. Miała brązowe włosy do ra­mion, pociągłą twarz i doj­rzałe ciało, jak­by wyjęte z ka­ta­lo­gu bie­li­zny domu wysyłko­we­go. Miała na so­bie san­dały, czar­ne bi­ki­ni i oku­la­ry prze­ciwsłonecz­ne o fio­le­to­wym za­bar­wie­niu. Była Ame­ry­kanką i mówiła z południo­wym ak­cen­tem. Żółty ka­pe­lusz upuściła na zie­mię obok leżaka i dała znak bar­ma­no­wi z baru Elli Car­mi­cha­el.

Lis­beth Sa­lan­der odłożyła książkę na ko­la­na, upiła łyk kawy i wyciągnęła rękę po pa­pie­ro­sy. Nie od­wra­cając głowy, prze­niosła wzrok na ho­ry­zont. Ze swo­je­go miej­sca na ta­ra­sie przy ba­se­nie, między ro­do­den­dro­nem a pal­ma­mi, rosnącymi pod ho­te­lo­wym mu­rem, wi­działa w od­da­li Mo­rze Ka­ra­ib­skie. Kawałek od brze­gu płynęła z wia­trem żaglówka, na północ, ku Sa­int Lu­cia albo Do­mi­ni­ce. Da­lej na mo­rzu za­uważyła szarą syl­wetkę ma­sow­ca w dro­dze na południe, do Gu­ja­ny lub któregoś z sąsied­nich krajów. De­li­kat­na bry­za wal­czyła z przed­południo­wym upałem, jed­nak Lis­beth Sa­lan­der czuła, jak kro­pla potu po­wo­li spływa jej na brew. Nie lubiła smażyć się na słońcu. Każdy dzień spędzała, o ile to było możliwe, w cie­niu, dla­te­go wciąż prze­sia­dy­wała pod mar­kizą. Mimo to jej skóra zro­biła się brązowa jak orzech. Nosiła szor­ty w ko­lo­rze kha­ki i czarną ko­szulkę.

Słuchała dźwięków ste­el pan płynących z głośnika przy ba­rze. Nig­dy, na­wet w naj­mniej­szym stop­niu, nie in­te­re­so­wała się mu­zyką i nie po­tra­fiła odróżnić szwedz­kiej ka­pe­li Sven In­gvars od Nic­ka Cave’a, ale mu­zyka ste­el pan fa­scy­no­wała ją. Nie­praw­do­po­dob­ne wy­da­wało się, że ktoś mógł na­stroić beczkę po ro­pie, a jesz­cze bar­dziej to, iż można było z niej wy­do­być kon­tro­lo­wa­ne dźwięki, nie­po­dob­ne do ni­cze­go in­ne­go. Miała wrażenie, że to ma­gicz­ne dźwięki.

Po­czuła na­gle iry­tację i prze­niosła wzrok z po­wro­tem na ko­bietę, która właśnie do­stała drin­ka w ko­lo­rze po­ma­rańczy.

Nie był to pro­blem Lis­beth Sa­lan­der. Nie po­tra­fiła po pro­stu pojąć, dla­cze­go ko­bie­ta nie wy­je­chała. Przez czte­ry noce, odkąd tyl­ko para przy­je­chała do ho­te­lu, Lis­beth słuchała odgłosów prze­mo­cy do­chodzących z sąsied­nie­go po­ko­ju. Do­bie­gały ją ci­che, ale wzbu­rzo­ne głosy, płacz, a cza­sem echo wy­mie­rza­nych razów. Mężczy­zna, który za­da­wał owe cio­sy – Lis­beth po­dej­rze­wała, iż to mąż ko­bie­ty – miał około czter­dziest­ki. Ciem­ne, pro­ste włosy sta­ro­mod­nym spo­so­bem cze­sał w prze­działek na środ­ku i zda­wało się, że prze­by­wa na Gre­na­dzie w ce­lach za­wo­do­wych. Jaki był jego zawód, Lis­beth Sa­lan­der nie miała pojęcia, jed­nak każdego ran­ka mężczy­zna w ele­ganc­kiej ma­ry­nar­ce i pod kra­wa­tem pił kawę w ho­te­lo­wym ba­rze, po czym z aktówką w ręce wsia­dał do taksówki.

Wra­cał do ho­te­lu późnym wie­czo­rem, kąpał się i sie­dział z żoną przy ba­se­nie. Mie­li w zwy­cza­ju jadać ra­zem ko­lację, spra­wiając wrażenie ci­che­go i czułego małżeństwa. Ko­bie­ta cza­sem wy­pi­jała kie­li­szek lub dwa za dużo, ale jej stan ni­ko­mu nie prze­szka­dzał ani nie zwra­cał ni­czy­jej uwa­gi.

Awan­tu­ry w sąsied­nim po­ko­ju za­czy­nały się zwy­kle między dzie­siątą a je­de­nastą wie­czo­rem, mniej więcej w tym sa­mym cza­sie, kie­dy Lis­beth kładła się do łóżka z książką o ta­jem­ni­cach ma­te­ma­ty­ki. Nie było tu mowy o bru­tal­nym mal­tre­to­wa­niu. Na ile dało się to oce­nić przez ścianę, obok to­czyła się nie­prze­rwa­na, jed­no­staj­na kłótnia. Po­przed­niej nocy Lis­beth nie mogła opa­no­wać cie­ka­wości i wyszła na bal­kon – mie­li otwar­te drzwi – aby posłuchać, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Po­nad go­dzinę mężczy­zna spa­ce­ro­wał tam i z po­wro­tem po po­ko­ju, wy­znając, że jest łaj­da­kiem i na nią nie zasługu­je. Raz za ra­zem po­wta­rzał, iż w jej opi­nii za­pew­ne jest fałszy­wym człowie­kiem. Ona po każdym ta­kim stwier­dze­niu od­po­wia­dała, że wca­le tak nie uważa, i próbowała go uspo­koić. Jed­nak on był co­raz bar­dziej gwałtow­ny, aż w końcu zaczął nią tar­mo­sić. Wresz­cie od­po­wie­działa, jak chciał… tak, je­steś fałszy­wy. On po­trak­to­wał wy­mu­szo­ne wy­zna­nie ko­bie­ty jako pre­tekst, by na­tych­miast za­ata­ko­wać jej pro­wa­dze­nie się, cha­rak­ter. Na­zwał ją kurwą. Lis­beth Sa­lan­der bez wa­ha­nia podjęłaby działanie, gdy­by cho­dziło o nią, jed­nak tak nie było i ogólnie rzecz biorąc, to nie jej pro­blem, nie mogła więc roz­strzygnąć, czy po­win­na w jakiś sposób za­re­ago­wać.

Lis­beth ze zdzi­wie­niem słuchała jed­no­staj­ne­go ga­da­nia mężczy­zny, zakończo­ne­go na­gle odgłosem brzmiącym jak ude­rze­nie w twarz. Już po­sta­no­wiła wyjść na ko­ry­tarz i kop­nia­kiem otwo­rzyć sąsied­nie drzwi, gdy w po­ko­ju zro­biło się ci­cho.

Przyglądała się te­raz uważnie ko­bie­cie przy ba­se­nie i za­uważyła bla­dy si­niak na ra­mie­niu oraz za­dra­pa­nie na bio­drze, słowem, żad­nych poważniej­szych obrażeń.

DZIE­WIĘĆ MIE­SIĘCY wcześniej prze­czy­tała pe­wien ar­ty­kuł w ma­ga­zy­nie „Po­pu­lar Scien­ce”, po­zo­sta­wio­nym przez kogoś na rzym­skim lot­ni­sku Le­onar­da da Vin­ci, i na­gle zro­dziła się w niej nie­wy­jaśnio­na fa­scy­na­cja ta­jem­niczą dzie­dziną, jaką jest astro­no­mia sfe­rycz­na. Pod wpływem im­pul­su wstąpiła do księgar­ni uni­wer­sy­tec­kiej w Rzy­mie i kupiła kil­ka naj­ważniej­szych roz­praw na ten te­mat. Jed­nak aby pojąć astro­no­mię sfe­ryczną, mu­siała zgłębić ar­ka­na mate­matyki. Podróżując przez kil­ka ostat­nich mie­sięcy, zaglądała do księgarń na­uko­wych, by kupić ko­lej­ne po­zy­cje z tej dzie­dziny.

Książki za­zwy­czaj leżały spa­ko­wa­ne w wa­liz­ce, a stu­dia były nie­sys­te­ma­tycz­ne i właści­wie bez określo­ne­go celu, póki nie zaj­rzała do księgar­ni w Mia­mi, skąd wyszła z książką dok­to­ra L.C. Par­nault Di­men­sions in Ma­the­ma­tics (Ha­rvard Uni­ver­si­ty, 1999). Zna­lazła ją tuż przed podróżą na ar­chi­pe­lag Flo­ri­da Keys, skąd miała zacząć zwie­dza­nie wysp ka­ra­ib­skich.

Za­li­czyła już Gwa­de­lupę (dwa dni w nie­wy­obrażal­nej dziu­rze) i Do­mi­nikę (przy­jem­nie, pełny re­laks, pięć dni), Bar­ba­dos (doba w ame­ry­kańskim ho­te­lu, gdzie czuła się bar­dzo nie­mi­le wi­dzia­nym gościem) i Sa­int Lu­cia (dzie­więć dni). Na tej ostat­niej mogłaby na­wet zo­stać dłużej, gdy­by nie za­darła z ciężko myślącym miej­sco­wym chu­li­ga­nem, stałym by­wal­cem baru w jej położonym na ubo­czu ho­te­lu. W końcu stra­ciła cier­pli­wość i walnęła go cegłą w głowę, wy­mel­do­wała się z ho­te­lu i popłynęła pro­mem zmie­rzającym do Sa­int Geo­r­ge’s, sto­li­cy Gre­na­dy, kra­ju, o którego ist­nie­niu nie wie­działa, póki nie wsiadła na pokład stat­ku.

Zeszła na ląd na Gre­na­dzie w tro­pi­kal­nej ule­wie o go­dzi­nie dzie­siątej pew­ne­go li­sto­pa­do­we­go po­ran­ka. W „The Ca­rib­be­an Tra­vel­ler” zna­lazła in­for­mację, że Gre­nadę na­zy­wa­no „Spi­ce Is­land”, wyspą przy­praw, oraz że jest naj­większym pro­du­cen­tem gałki musz­ka­tołowej na świe­cie. Wy­spa ma 120 tysięcy miesz­kańców, ale po­nad 200 tysięcy oby­wa­te­li tego kra­ju miesz­ka w USA, Ka­na­dzie albo An­glii, co dawało pew­ne pojęcie o tu­tej­szym ryn­ku pra­cy. Wokół wy­gasłego wul­ka­nu Grand Etang roz­ciągał się górzy­sty kra­jo­braz.

Z PER­SPEK­TY­WY HI­STO­RII Gre­na­da to jed­na z wie­lu nie­wiel­kich byłych ko­lo­nii bry­tyj­skich. W 1795 roku wywołała po­ru­sze­nie wśród po­li­tyków, gdy pe­wien wy­zwo­le­niec o na­zwi­sku Ju­lian Fe­don, za­in­spi­ro­wa­ny re­wo­lucją fran­cuską, wznie­cił po­wsta­nie, co zmu­siło Ko­ronę do wysłania tam wojsk, by ćwiar­to­wały, roz­strze­li­wały, wie­szały i oka­le­czały zastępy re­be­liantów. Tym, co obu­rzyło ko­lo­nial­ny reżim, był fakt, że do po­wsta­nia Fe­dona przyłączyła się na­wet gru­pa białych bie­daków, nie licząc się w naj­mniej­szym stop­niu z ety­kietą czy względami ra­so­wy­mi. Re­be­lię stłumio­no, jed­nak sam Fe­don nig­dy nie zo­stał ujęty, za­szył się w ma­sy­wie Grand Etang, a jego wy­czy­ny ob­rosły le­gendą na miarę Ro­bin Ho­oda.

Trochę po­nad dwieście lat później, w 1979 roku, ad­wo­kat Mau­ri­ce Bi­shop wznie­cił nową re­wo­lucję, za­in­spi­ro­waną – według prze­wod­ni­ka – przez the com­mu­nist dic­ta­tor­ships in Cuba and Ni­ca­ra­gua. Jed­nak Lis­beth uj­rzała tam­te wy­da­rze­nia w zupełnie in­nym świe­tle, kie­dy spo­tkała Phi­li­pa Cam­bel­la, na­uczy­cie­la, bi­blio­te­ka­rza i ka­zno­dzieję w koście­le bap­tystów, u którego wy­najęła pokój na pierw­szych kil­ka dni. Całą hi­sto­rię można by streścić następująco: Bi­shop to lu­do­wy przywódca o au­ten­tycz­nej po­pu­lar­ności, który oba­lił sza­lo­ne­go dyk­ta­to­ra i en­tu­zjastę UFO w jed­nej oso­bie, poświęcającego część skrom­ne­go budżetu na­ro­do­we­go na to, by po­lo­wać na la­tające spodki. Bi­shop agi­to­wał za de­mo­kracją eko­no­miczną oraz wpro­wa­dził pierw­sze w tym kra­ju usta­wo­daw­stwo do­tyczące równości płci, nim zo­stał za­mor­do­wa­ny w 1983 roku.

Po za­ma­chu – ma­sa­krze, w której zginęło sto dwa­dzieścia osób, w tym mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych, mi­ni­ster do spraw ko­biet oraz kil­ku ważnych przywódców związków za­wo­do­wych – Sta­ny Zjed­no­czo­ne na­je­chały kraj i wpro­wa­dziły de­mo­krację. Dla Gre­na­dy ozna­czało to wzrost bez­ro­bo­cia z po­nad sześciu pro­cent do nie­mal pięćdzie­sięciu, co spo­wo­do­wało, iż han­del ko­ka­iną stał się znów naj­ważniej­szym źródłem do­chodów. Phi­lip Cam­bell po­ki­wał tyl­ko głową, czy­tając opis z prze­wod­ni­ka Lis­beth, i udzie­lił jej kil­ku do­brych rad, ja­kich lu­dzi i dziel­nic po­win­na uni­kać po zmro­ku.

W przy­pad­ku Lis­beth Sa­lan­der ta­kie rady właści­wie na nic by się zdały. Jed­nak udało jej się całko­wi­cie uniknąć kon­taktów ze świa­tem przestępczym Gre­na­dy, a to dzięki temu, że za­ko­chała się w Grand Anse Be­ach, położonej na południe od Sa­int Geo­r­ge’s od­lud­nej, ciągnącej się przez wie­le mil plaży, na której mogła go­dzi­na­mi spa­ce­ro­wać, nie będąc zmu­szo­na roz­ma­wiać ani spo­ty­kać się z kim­kol­wiek. Prze­niosła się do Keys, jed­ne­go z nie­licz­nych ame­ry­kańskich ho­te­li przy Grand Anse, gdzie spędziła sie­dem ty­go­dni, nie zaj­mując się ni­czym in­nym oprócz wędrówek po plaży i za­ja­da­nia się miej­sco­wym owo­cem chi­nups, który w sma­ku przy­po­mi­nał gorz­ki szwedz­ki agrest i nie­zmier­nie przy­padł jej do gu­stu.

Nie był to szczyt se­zo­nu, więc Keys Ho­tel wy­naj­mo­wał le­d­wie jedną trze­cią po­koi. Je­dy­ny pro­blem po­le­gał na tym, że zarówno spokój Lis­beth Sa­lan­der, jak i jej wy­ryw­ko­we stu­dia ma­te­ma­tycz­ne zakłócił na­gle ci­chy dra­mat roz­gry­wający się w sąsied­nim po­ko­ju.

MI­KA­EL BLOM­KVIST na­cisnął dzwo­nek do drzwi miesz­ka­nia Lis­beth Sa­lan­der przy Lun­da­ga­tan. Nie ocze­ki­wał, że otwo­rzy, jed­nak na­brał zwy­cza­ju prze­jeżdżania obok jej domu mniej więcej raz w mie­siącu, aby spraw­dzić, czy coś się zmie­niło. Kie­dy pod­niósł klapkę w drzwiach i zaj­rzał przez otwór na li­sty, do­strzegł stos ulo­tek. Było tuż po dzie­siątej wie­czo­rem, zbyt ciem­no, by mógł stwier­dzić, jak bar­dzo ów stos urósł od ostat­nie­go razu.

Chwilę stał nie­zde­cy­do­wa­ny na ko­ry­ta­rzu, po czym nie­za­do­wo­lo­ny odwrócił się i wy­szedł z bu­dyn­ku. Bez pośpie­chu do­tarł do domu na Bel­l­mans­ga­tan, włączył eks­pres do kawy i rozłożył wie­czor­ne wy­da­nia ga­zet, oglądając jed­no­cześnie późne wy­da­nie wia­do­mości, „Rap­port”. Był w po­nu­rym na­stro­ju i za­sta­na­wiał się, gdzie prze­by­wa Lis­beth Sa­lan­der. Czuł lek­ki nie­pokój i po raz tysięczny za­da­wał so­bie py­ta­nie, co tak właści­wie się stało.

Na po­przed­nie Boże Na­ro­dze­nie za­pro­sił Lis­beth do dom­ku w San­dhamn. Cho­dzi­li ra­zem na długie spa­ce­ry i dys­ku­to­wa­li półgłosem o następstwach dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń, ja­kie stały się ich udziałem w trak­cie mi­nio­ne­go roku, kie­dy Mi­ka­el prze­cho­dził coś, co z per­spek­ty­wy cza­su oce­niał jako życio­wy kry­zys. Zo­stał ska­za­ny za zniesławie­nie i spędził kil­ka mie­sięcy w więzie­niu, jego dzien­ni­kar­ska ka­rie­ra utknęła w mar­twym punk­cie, a on sam, ucie­kając z pod­ku­lo­nym ogo­nem, zre­zy­gno­wał ze sta­no­wi­ska wy­daw­cy od­po­wie­dzial­ne­go1 w cza­so­piśmie „Mil­len­nium”. Lecz na­gle wszyst­ko się zmie­niło. Zle­ce­nie na­pi­sa­nia bio­gra­fii po­ten­ta­ta prze­mysłowe­go Hen­ri­ka Van­ge­ra, które wy­da­wało mu się nie­do­rzecz­nie zy­skow­nym ro­dza­jem te­ra­pii, nie­ocze­ki­wa­nie stało się de­spe­rac­kim pości­giem za nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym, prze­biegłym se­ryj­nym mor­dercą.

W trak­cie tego pościgu spo­tkał Lis­beth Sa­lan­der. Mi­ka­el z roz­tar­gnie­niem do­tknął le­d­wie wy­czu­wal­nej bli­zny, jaką po­zo­sta­wiła pętla tuż pod jego le­wym uchem. Lis­beth nie tyl­ko po­mogła mu od­na­leźć mor­dercę – dosłownie ura­to­wała mu życie.

Raz za ra­zem wpra­wiała go w zdu­mie­nie swo­imi za­dzi­wiającymi zdol­nościa­mi – fo­to­gra­ficzną pamięcią i fe­no­me­nal­ny­mi umiejętnościa­mi w dzie­dzi­nie in­for­ma­ty­ki. Mi­ka­el Blom­kvist uważał się za obe­zna­ne­go z obsługą kom­pu­te­ra, ale Lis­beth Sa­lan­der ra­dziła so­bie ze sprzętem, jak­by weszła w kon­szach­ty z diabłem. Z cza­sem zro­zu­miał, że jest ha­kerką świa­to­wej kla­sy, a w eks­klu­zyw­nym między­na­ro­do­wym kręgu zaj­mującym się włama­nia­mi do sys­temów na naj­wyższym po­zio­mie jest la­gen­darną po­sta­cią, znaną je­dy­nie pod pseu­do­ni­mem Wasp.

To właśnie jej umiejętność włamy­wa­nia się do cu­dzych kom­pu­terów dała mu ma­te­riał po­trzeb­ny do obróce­nia własnej dzien­ni­kar­skiej klęski w tak zwaną aferę Wen­nerströma – gorący te­mat, który po upływie dwu­na­stu mie­sięcy nadal był przed­mio­tem między­na­ro­do­wych śledztw do­tyczących przestępczości go­spo­dar­czej, a Mi­ka­elo­wi dał okazję do re­gu­lar­ne­go prze­sia­dy­wa­nia w stu­diach te­le­wi­zyj­nych.


1 W Szwe­cji wszyst­kie re­gu­lar­nie uka­zujące się ga­ze­ty i cza­so­pi­sma muszą wy­zna­czyć tzw. wy­dawcę od­po­wie­dzial­ne­go (szw. an­sva­rig utgi­va­re) i to on, a nie kon­kret­ni dzien­ni­ka­rze, od­po­wia­da praw­nie za treść ar­ty­kułów. Jest to związane z gwa­ran­to­wa­nym w kon­sty­tu­cji pra­wem do wol­ności wy­po­wie­dzi i dru­ku (przyp. tłum.).