Dzień Księżnej - Sarah MacLean

Dzień Księżnej

0,0

Kobieta, której on nigdy nie zapomni.
Mężczyzna, któremu ona nigdy nie wybaczy.


Malcolm Bevingstoke, książę Haven, przez trzy lata żył samotnie, płacąc za błąd, którego nie może naprawić, i wspominając miłość, którą stracił. Lecz obowiązek wobec rodu wymaga, by znalazł sobie żonę.
Problem w tym, że książę już ją ma…
Seraphina, księżna Haven, wraca do Londynu po trzech latach spędzonych w Ameryce. Pragnie tylko jednego – znaleźć szczęście z dala od mężczyzny, który złamał jej serce. Problem w tym, że on musi się na to zgodzić…
I oto Malcom składa Seraphinie propozycję: zwróci jej wolność, pod jednym wszakże warunkiem…

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Korekta

Renata Kuk

Barbara Cywińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© katalinks/Shutterstock

Tytuł oryginału

The Day of the Duchess

Copyright © 2017 by Sarah Trabucchi.

Published by arrangement with HarperCollins Publishers.

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6568-1

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

Bojowniczkom w halkach, wtedy i dzisiaj

1. Porzucony książę zdyskwalifikowany!

19 sierpnia 1836
Parlament, Izba Lordów

Porzuciła go dwa lata i siedem miesięcy temu.

Malcolm Marcus Bevingstoke, książę Haven, siedział w swoim prywatnym gabinecie nad Izbą Lordów i patrzył na maleńkie drewniane pokrętła kalendarza zamontowanego w leżącej na biurku suszce do atramentu.

Dziewiętnasty sierpnia 1836. Ostatni dzień posiedzeń parlamentu, pełen pompy i jałowości. I nieprzemijających wspomnień. Pokręcił kółko z wytłoczoną na nim szóstką. Pięć. Cztery. Wziął głęboki wdech.

„Wyjdź”. Usłyszał własne słowa, lodowate, przepełnione gniewem wywołanym zdradą, dźwięczące cichą groźbą. „I nigdy nie wracaj”.

Znów dotknął pokrętła. Sierpień zamienił się w lipiec. Maj. Marzec.

Dziewiętnasty stycznia 1834. Dzień, w którym odeszła.

Jego palce poruszały się bez zastanowienia, znajdując pocieszenie w znajomym klikaniu pokręteł.

Siedemnasty kwietnia 1833.

„To, co do ciebie czuję…” Teraz mówiła ona – ciepło, kusząco. „Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego”.

On też nie. Zupełnie jakby pokój zalały światło, powietrze i nadzieja i wypełniły wszystkie ciemne kąty. Wypełniły jego płuca i serce. A wszystko za jej przyczyną.

Dopóki nie odkrył prawdy. Prawdy, która znaczyła tak wiele, aż w końcu przestała znaczyć cokolwiek. Dokąd ona uciekła?

Zegar w rogu pokoju tykał, odliczał sekundy do momentu, w którym Haven miał zająć swoje miejsce w czcigodnej głównej sali obrad Izby Lordów. Mimo to jego palce nadal manipulowały pokrętłami kalendarza. Z wirtuozerią, jakby ten taniec tańczyły już setki razy. Tysiące.

Bo i tak było.

Pierwszy marca 1833. Dzień, w którym się poznali.

„A więc teraz pozwalają, żeby księciem zostawał byle kto, tak?” Najmniejszego szacunku. Drwiny, urok i czyste nieskazitelne piękno.

„Jeśli sądzisz, że książęta są źli, to wyobraź sobie, jakie muszą być księżne?”

Ten uśmiech. Jakby nigdy nie widziała żadnego innego mężczyzny. Jakby nigdy nie chciała widzieć. Zawojowała go tym uśmiechem do szczętu.

A potem wszystko się rozpadło. Stracił wszystko, łącznie z nią. A może było odwrotnie, stracił ją, a wraz z nią wszystko?

Czy był choć jeden moment, żeby o niej nie myślał? Czy była jakaś data, która by mu o niej nie przypominała? Która nie przypominałaby mu o czasie – o całej wieczności – jaki minął od jej odejścia?

Dokąd ona uciekła?

Zegar wybił jedenastą. W pokoju rozbrzmiały ciężkie kuranty powielone echem tuzina innych niosącym się po długim dębowym korytarzu. Kuranty wzywały szacownych mężów o rodowodowych nazwiskach do ich obowiązków nałożonych na nich, zanim jeszcze zaczerpnęli swój pierwszy oddech.

Haven podniósł się od biurka i ruszył do miejsca, w którym wisiała jego czerwona toga – jej grubość i waga miały oddawać reprezentowany przez nią ciężar odpowiedzialności. Zarzucił ją na siebie i z miejsca poczuł się przytłoczony mdlącym i duszącym gorącem czerwonego weluru. A to jeszcze zanim sięgnął po wypudrowaną perukę. Krzywiąc się na drapanie ostrych końskich włosów, z których była wykonana, mocno wcisnął ją na głowę, po czym, szarpnąwszy drzwi, wyszedł na korytarz i udał się do wejścia do głównej sali posiedzeń Izby Lordów.

Kiedy tam wszedł, wziął głęboki oddech i od razu tego pożałował. Był sierpień, gorący jak diabli, cały parlament przesiąknięty był odorem potu i perfum. Otwarte okna nie pomagały, bo wpływająca przez nie słaba bryza niosła ze sobą fetor Tamizy dokładający się do tego już obecnego w sali.

W domu było inaczej. W domu rzeka była chłodna i świeża, nieskażona brudami Londynu. W domu powietrze było czyste, przepełnione obietnicą letniej idylli, obietnicą na szczęśliwą przyszłość. A przynajmniej tak było kiedyś. Zanim został sam, bez niej. Żeby był dom, musi być ona. Dlatego też tego lata będzie robił to, co robił przez cały czas w ostatnich dwóch latach i siedmiu miesiącach. Będzie jej szukał.

Nie znalazł jej we Francji ani w Hiszpanii, gdzie spędził poprzednie lato, uganiając się za poszukującymi wrażeń angielskimi damami. Nie była żadną z tych słomianych wdówek, na które natknął się w Szkocji, ani żadną z guwernantek w imponującym dworze w Walii, ani nawet tą kobietą, którą śledził w Konstantynopolu, w miesiąc po jej odejściu, tą, która okazała się oszustką udającą arystokratkę. A potem była ta kobieta w Bostonie – był taki pewny, że to ona – ta, którą nazywali Gołębicą.

Ale to nie była Sera. Żadna z nich nie była Serą. Sera zniknęła tak, jakby nigdy nie istniała, i to akurat w chwili, w której sobie uświadomił, jak bardzo jej pragnie. Ale kiedyś skończą się jej pieniądze i nie będzie miała wyboru, będzie musiała przestać uciekać. A wtedy on, ponieważ jest bogaty i uprzywilejowany, ponieważ ma władzę i ogromny majątek, znajdzie ją.

Pogrążony w tych rozmyślaniach, wśliznął się do jednej z długich ław otaczających podium mówcy. Lord Kanclerz już przemawiał.

– Milordowie, jeśli nie ma więcej spraw formalnych, proponuję, byśmy zamknęli tegoroczną sesję.

Po sali rozszedł się chór okrzyków aprobaty, łoskot pięści walących w oparcia kanap.

Haven westchnął, powstrzymując chęć podrapania się w perukę. Wiedział, że jeśli ulegnie pokusie, nigdy nie przestanie się drapać.

– Milordowie! – zawołał Lord Kanclerz. – Czy istotnie nie ma już więcej formalnych zagadnień dotyczących obecnej sesji?

Przez pomieszczenie przelało się chóralne tubalne: „Nie, nie ma”, jakby odpowiedzi udzielała banda sztubaków marzących o wakacjach, o wyrwaniu się na wolność, a nie blisko dwusetka pompatycznych arystokratów.

Lord Kanclerz uśmiechnął się, jego rumiana twarz mieniła się potem pod peruką, gdy szeroko rozpostarł ręce.

– No cóż, ogłaszam zatem, że z woli Jego Królewskiej Mości…

W tym momencie rozległ się głośny łoskot otwieranych gwałtownie olbrzymich podwoi prowadzących do Izby. Głowy wszystkich odwróciły się w tamtą stronę. Wszystkich, oprócz Havena, który tak bardzo chciał już pozostawić za sobą Londyn i drapiącą perukę, że mało co poza tym go obchodziło.

Lord Kanclerz zebrał się w sobie, odchrząknął i dokończył:

– … obrady tej sesji parlamentu zostają odroczone do czwartku, siódmego października następnej…

Kanclerz znów musiał przerwać, bo drzwi Izby ponownie walnęły przy zamykaniu, a po sali rozeszły się pełne dezaprobaty pomruki. Haven podążył już wtedy wzrokiem za spojrzeniami innych, nie dostrzegł jednak przy drzwiach niczego interesującego.

– Ekhem! – odchrząknął z naganą Lord Kanclerz, po czym ze zdwojoną żarliwością powrócił do zamykania obrad. – …do czwartku, siódmego października następnej…

– Zanim dokończysz, Lordzie Kanclerzu…

Haven zesztywniał.

Głos miał mocne brzmienie, ale zarazem był miękki, melodyjny, przecudownie kobiecy – tak ogromnie nie na miejscu w Izbie Lordów niedostępnej dla płci pięknej. I to pewnie tylko dlatego tak mu zaparło dech. Dlatego tak zabiło serce. Dlatego nagle poderwał się, otoczony chórem okrzyków oburzenia.

– Co to ma znaczyć? – zagrzmiał Lord Kanclerz.

Haven już wtedy dojrzał powód całego zamieszania. Kobieta. Wyższa od jakiejkolwiek mu znanej, w najpiękniejszej lawendowej sukni, jaką kiedykolwiek widział, idealnie opanowana, jakby regularnie wkraczała na sesję parlamentu, jakby była samym premierem. Jakby była kimś więcej niż to. Jakby była królową.

Jedyna kobieta, którą kiedykolwiek kochał. Jedyna, której kiedykolwiek nienawidził.

Ta sama, a zarazem zupełnie inna.

Havena zamurowało.

– Przyznaję – usłyszał, jak mówi takim tonem, jakby była u kogoś na herbatce, i zobaczył, że przechodzi w głąb sali. – Obawiałam się, że nie zdążę i przegapię tę sesję. Ale jednak udało mi się tu wśliznąć, złapać was, szanowni panowie, jeszcze zanim uciekliście do swoich… cokolwiek tam robicie, żeby uprzyjemnić sobie czas. – Uśmiechnęła się szeroko do sędziwego hrabiego, który pod jej gorącym spojrzeniem spłonął rumieńcem i odwrócił wzrok. – Jednakże powiedziano mi, że to, na czym mi zależy, wymaga ustawy parlamentu. A wy, panowie… jak sami dobrze wiecie… jesteście parlamentem.

Jej spojrzenie odnalazło go. Oczy miała dokładnie takie, jak je zapamiętał, błękitne jak morze w lecie, ale zarazem były jakieś inne. Już nie takie otwarte i szczere, tylko ostrożne, niedostępne.

Chryste. Ona tu jest.

Tutaj. Szukał jej prawie trzy lata, a ona jest tutaj, zupełnie jakby zniknęła zaledwie na kilka godzin. Szok walczył w jego sercu z wściekłością, ale obie te emocje były niczym w porównaniu z trzecim uczuciem, jakie go ogarnęło. Ogromną, trudną do zniesienia radością.

Ona tu jest.

Wreszcie.

Znowu.

Ledwie mógł się powstrzymać, żeby do niej nie pobiec. Nie porwać w ramiona i nie wynieść. Przytulić. Odzyskać. Zacząć od nowa.

Tyle że nie sprawiała wrażenia, że przyszła tu w tym celu.

Patrzyła na niego dłuższą chwilę, nie mrugając, zanim oznajmiła:

– Nazywam się Seraphina Bevingstoke. Jestem księżną Haven i chcę się rozwieść.

2. Księżna znika, książę jest załamany

Styczeń 1834
Dwa lata, siedem miesięcy wcześniej. Minus trzy dni.
Dwór Highley

Jeśli nie zapuka, umrze.

Nie powinna była przyjeżdżać. To było niewyobrażalnie nierozsądne z jej strony. Decyzję podejmowała w przypływie bolesnych emocji, chciała mieć jakiegoś rodzaju kontrolę w tym najmniej kontrolowanym okresie w jej życiu.

Gdyby nie była taka zziębnięta, roześmiałaby się z tego szalonego pomysłu, że mogłaby mieć jakąkolwiek kontrolę nad swoim światem, kiedykolwiek jeszcze.

Teraz jednak jedyne, co Seraphina Bevingstoke, księżna Haven, mogła zrobić, to tylko przekląć własną idiotyczną decyzję, pod wpływem której wynajęła dorożkę i zapłaciła woźnicy fortunę za to, żeby zabrał ją w długą przerażającą podróż nocą w mroźnym styczniowym deszczu i dowiózł tutaj, do Highley, dworku, którego – przynajmniej z nazwiska – była panią. Nazwisko jednak nie daje żadnych praw. Nie kobietom. W rzeczywistości była tu zaledwie gościem. A nawet i nie tym. I bardzo możliwe, że tak pozostanie.

Dorożka odjechała, znikając w strugach deszczu, który wkrótce prawdopodobnie zamieni się w ciężki mokry śnieg. Sera podniosła wzrok na masywne drzwi pogrążonego w ciemności domu, zastanawiając się nad następnym krokiem. Był środek nocy, służba pewnie już dawno spała, nie miała jednak wyboru, musiała kogoś obudzić. Nie mogła zostać na dworze. Jeśliby to zrobiła, nie przeżyłaby do rana.

Przelała się przez nią fala straszliwego bólu. Przyłożyła dłoń do brzucha.

Oni by nie przeżyli.

Ból minął, znów mogła złapać oddech. Podniosła kunsztowną kołatkę i opuściła ją na drzwi. Łoskot, jaki się rozległ, był mroczny i złowieszczy jak trzask topora kata opadającego na powódź obaw. Co będzie, jeśli nikt jej nie otworzy? A nawet gorzej – co, jeśli przejechała taką drogę wbrew rozsądkowi, a okaże się, że w domu nikogo nie ma?

Te obawy okazały się jednak bezpodstawne. Highley to główna siedziba księcia Haven, służby było tu zawsze aż nadto. Drzwi się otworzyły i pojawił się w nich młody zaspany lokaj w liberii. Jego ciekawość natychmiast ustąpiła miejsca zaszokowaniu, gdy zobaczył, jak przez Serę ponownie przelewa się fala bólu.

Zanim lokaj zdążył się odezwać, zanim zdążyłby zamknąć przed nią drzwi, szybko dała krok za próg, jedną ręką trzymając się za brzuch, drugą zaciskając na ościeżnicy.

– Haven. – Tylko tyle zdołała wydusić, zanim zgięła się wpół.

– Ha… – Lokaj przerwał. – Jego Wysokość, to znaczy… jego tu nie ma.

Jakoś zdołała spojrzeć w górę, w przyćmionym świetle odnalazła oczy chłopaka.

– Znasz mnie?

Jego spojrzenie przeskoczyło do jej powiększonego obwodu. I z powrotem.

Rozłożyła szeroko palce dłoni spoczywającej na dziecku w jej łonie.

– Dziedzic.

Kiwnął głową, a ją zalała ulga, potem fala ciepła. Zachwiała się, a oczy młodego służącego, szeroko rozwarte, przeniosły się na posadzkę pod ich stopami.

To nie ulga. To krew.

– Och… – zaczął i nie skończył, resztę zdania pochłonął szok.

Sera chwiała się w drzwiach, sięgając do lokaja, jeszcze tak naprawdę dziecka, które miało to nieszczęście, że stało dzisiaj na straży. Wziął ją za rękę.

– On jest na górze – szepnął.

A więc jest w domu. Potężny aż tak, że potrafił nawet słońce nagiąć do swojej woli.

To mogłaby być wdzięczność, gdyby nie ból. To mogłaby być radość, gdyby nie strach. I to mogłoby być życie, gdyby nie to, co nagle zrozumiała, że nastąpi.

„Wyjdź”, usłyszała w głowie. Oczami wyobraźni zobaczyła jego lodowaty wzrok, kiedy ją przepędzał sprzed swoich oczu przed miesiącami. A potem, w jakiś sposób…

„Chodź tu”. Znowu to spojrzenie, tym razem spod półprzymkniętych powiek. Zdesperowane. Gorące jak słońce. A potem jego szept, miękki i piękny, do jej ucha. „Jesteś dla mnie stworzona. Jesteśmy stworzeni dla siebie”.

Do teraźniejszości przywołał ją kolejny atak bólu, ostrego, kłującego, oznaczającego, że dzieje się coś bardzo złego. Jakby krew na jej sukni i na marmurowej posadzce nie była wystarczającym heroldem. Krzyknęła. Głośniej niż mogłaby się spodziewać. Bo nagle zobaczyła, że w przedsionku jest ktoś jeszcze. Jakaś kobieta.

Ona i lokaj rozmawiali, ale Sera nie słyszała słów. Potem kobieta zniknęła, Sera została w ciemności sama ze swoimi błędami i z tym chłopcem, drogim, słodkim chłopcem, który do niej przywarł. Albo ona do niego.

– Poszła po niego.

Oczywiście było już za późno. Pod tak wieloma względami.

Nie powinna była przyjeżdżać.

Sapiąc z bólu, osunęła się na kolana. Bezbrzeżny żal. Nigdy nie pozna ich dziecka. Ciemnowłosego, z szerokim uśmiechem, tak bystrego jak jego ojciec. I tak jak on osamotnionego.

Gdyby tylko dane jej było przeżyć, kochałaby ich. Może to by wystarczyło.

Ale ona umrze, tutaj, w tym miejscu. Zaledwie kilka kroków od jedynego mężczyzny, którego kochała. Nie powiedziawszy mu tego. Przez głowę przeleciało jej pytanie, czy on się przejmie jej śmiercią. Odpowiedź, jaką usłyszała, przeraziła ją bardziej niż cała reszta. Wiedziała, bez cienia wątpliwości, że odpowiedź podąży za nią w zaświaty.

Chwyciła dłoń chłopaka.

– Powiedz mi, jak masz na imię.

– Wasza Miłość?

Jeszcze mocniej wczepiła się w dłoń służącego.

– Sera – szepnęła. Umierała i chciała, żeby ktoś wymówił jej imię, a nie jej tytuł. Chciała czegoś prawdziwego. Czegoś, co by ją połączyło z normalnością. – Ja mam na imię Seraphina.

Drogi chłopak przywarł do niej. Kiwnął głową. Grdyka na jego zbyt chudej szyi podskakiwała z nerwów.

– Daniel – powiedział. – Co mam zrobić?

– Moje dziecko – szepnęła. – Jego dziecko.

Chłopak kiwnął głową. Nagle wydał się Serze o wiele doroślejszy.

– Czy jest coś, czego pani pragnie?

– Malcolma – odparła, bo już dłużej nie potrafiła ukrywać prawdy. Nie chciała jej już dłużej w sobie zatrzymywać, bała się, że ją pochłonie. Jeszcze tylko ten jeden raz. Tylko na tak długo, żeby zdążyła wszystko naprawić. – Pragnę Malcolma.

Książę Haven szarpnięciem otworzył drzwi pokoju, w którym leżała Sera – milcząca, nieruchoma i blada. Młoda pokojówka krzyknęła cicho z zaskoczenia, gospodyni, która trzymała szmatkę na czole Sery, spojrzała w górę.

Ale księcia nie interesował nikt poza żoną. Wbił wzrok w stojącego przy jej łóżku felczera.

– Ona ma żyć – warknął głosem przepełnionym emocjami, których nigdy wcześniej nie doświadczał. Z drugiej strony, przez Serę zawsze coś czuł. Nawet wtedy, kiedy bardzo tego nie chciał.

Felczer skinął głową.

– Żyje, wasza łaskawość, ale ledwie. Do zmierzchu zapewne umrze.

Te słowa go zmroziły. Zesztywniał, był bliski rozpadnięcia się. Niespełna godzinę temu trzymał w rękach swoje stracone dziecko, tak małe, że ledwie zajmowało mu całe dłonie, tak mu drogie, że nie chciał oddać córeczki pokojówce, która mu ją przyniosła.

Odesłał więc pokojówkę i siedział w ciszy, tuląc prawie nic nieważące ciałko córki, opłakując jej śmierć. A także jej życie. I wszystko, czym mogła być.

Rozpaczał, wiedząc, że pomimo jego praktycznie bezgranicznego bogactwa, władzy i pozycji nie mógł sprowadzić córki z powrotem. A gdy znów był w stanie myśleć o czymś innym niż rozpacz, pocieszenie odnalazł w furii.

Nie straci ich obu.

Popatrzył na felczera przez przymrużone oczy.

– Nie zrozumiałeś mnie pan. – Nie potrafiąc się powstrzymać, złapał mężczyznę za klapy surduta i zaczął grzmieć na tego starszego, mniejszego i słabszego człowieka: – Słyszysz pan? Ona ma żyć. – Felczer zaczął coś jąkać. Malcolma zalała fala wściekłości. Znowu potrząsnął lekarzem. – Moja żona ma żyć.

– Ja… ja nie mogę jej uratować, jeśli nie jest jej to pisane.

Puścił lekarza i nie zważając na to, że człowiek prawie zwalił się na ziemię, ruszył do Sery, uklęknął przy jej łóżku, wziął jej dłoń w swoją i nie mogą znieść tego, że jest taka zimna, mocno ją uścisnął, siłą woli pragnąc sprawić, żeby się rozgrzała. Przez chwilę przyglądał się żonie, zauważając to, czego wcześniej nigdy nie miał czasu zauważyć.

Jak to możliwe, że dopiero teraz, kiedy była taka blada i nieruchoma, na granicy śmierci, zdał sobie sprawę, jaka jest piękna? Te jej wysoko osadzone kości policzkowe, pełne wargi i te smoliste czarne rzęsy, niewiarygodnie długie, spoczywające na porcelanowej cerze.

Czego by nie oddał, żeby te rzęsy znowu zamrugały? Żeby żona popatrzyła na niego tymi oczami, których spojrzenie niezmiennie zapierało mu dech w piersiach, błękitnymi jak letnie niebo. Przyjąłby je ze wszystkim – wypełnione szczęściem, smutkiem, nienawiścią.

Tak wiele już stracił. I ona też. Czy coś mu jeszcze zostało? Czy ma coś jeszcze, co mógłby poświęcić? Nie, nie ma. Nie ma już nic. Zamknął oczy i przycisnął usta do zimnych palców, wiotkich, bezwładnych.

– Będziesz żyła, Sera. Nawet jeśli miałbym cię ściągnąć z samych niebios. Będziesz żyła.

– Wasza Książęca Mość.

Znieruchomiał na te słowa, wyraźne, wyprane z emocji, wypowiedziane od drzwi pokoju. Nie odwrócił twarzy do kobiety, która tam stała; nie potrafił znaleźć w sobie na to cierpliwości.

Suknia jego matki szeleściła, gdy matka się zbliżała.

– Haven.

Na dźwięk tytułu – tutaj, w tym momencie – ogarnęła go furia. Zawsze książę, nigdy człowiek. Ileż to razy przypominała mu jego miejsce? Jego pozycję? To, ile poświęciła, żeby mu ją zapewnić? Co zrobiło z niej jedną z najgroźniejszych kobiet w całej Anglii. Niechęć księżnej Haven mogła zrujnować każdą dziewczynę, zanim nawet jeszcze zdążyłaby mieć jakiekolwiek szanse.

Nie księżnej. Księżnej wdowy.

Malcolm wstał i odwrócił się do matki, zasłaniając jej widok Seraphiny. Nagle z całą żarliwością zapragnął, aby matka opuściła pokój. Żeby znalazła się jak najdalej od jego żony.

Wyminął starszą kobietę oraz felczera i wyszedł na korytarz, rozpędzając stojące tam ze spuszczonymi głowami, szepczące do siebie pokojówki. Przełknął chęć ryknięcia na nie. Chęć postąpienia wbrew dekadom treningu odpowiedniego dla tytułu i pozycji zachowania.

– Dramatyzujesz! – zawołała za nim matka. Największy ze wszystkich grzechów.

Serce zaczęło mu walić jak młotem.

– Moje dziecko nie żyje. Moja żona już prawie też. – Jej spojrzenie nie złagodniało. Nie powinien być zaskoczony tym faktem, a jednak był bliski wpadnięcia w szał. Tylko że książęta nie wpadają w szał. Zamiast tego popatrzył w zimne niebieskie oczy i rzekł: – Twój wnuk nie żyje.

– Dziewczynka.

Oblało go gorąco.

– Córka.

– Ale nie dziedzic – przypomniała mu z lodowatą dezaprobatą. – A teraz, jeśli ci się poszczęści, będziesz mógł zacząć od nowa.

Gorąco zamieniło się w pożar. Szalał w nim, czepiał się pazurami jego gardła. Dusił go.

– Jeśli mi się poszczęści?

– Jeśli dziewczyna Talbotów umrze. Lekarz mówi, że nawet jeśli przeżyje, będzie bezpłodna, a więc już na nic się nie przyda. Możesz znaleźć sobie następną. Spłodzisz dziedzica. Z lepszym pochodzeniem.

Przymrużył oczy. Z powodu łomotu w uszach ledwie co rozumiał.

– To Sera jest księżną Haven.

– Tytuł nie ma znaczenia, jeśli nie może urodzić następnego księcia. Po to się z nią ożeniłeś, czyż nie? Ona i jej matka zastawiły na ciebie pułapkę. Złapały cię w nią. Trzymały cię w niej obietnicą dziedzica. Ale teraz to już przeszłość. Cóż by ze mnie była za matka, gdybym nie życzyła ci uwolnienia się od tej taniej kobiety?

Dobierał słowa starannie.

– W tej chwili nie jesteś żadną matką, tylko zimną, bezduszną suką. I kiedy wrócę, nie chcę cię widzieć w tym domu.

Uniosła w górę jedną elegancką brew.

– Taka emocjonalność ci nie przystoi.

Zostawił wtedy matkę, bo sobie nie ufał, bo bał się, że puszczą mu nerwy, że wszystkie wyładuje na niej.

Zostawił matkę i poszedł pochować córkę. W zimnej styczniowej ziemi. I cały czas się modlił, żeby jego żona przeżyła.

Kiedy się obudziła, była sama w pokoju zalanym oślepiającym światłem dnia. Bolało ją wszystko – kości, mięśnie i miejsca, których nie potrafiła nazwać. Łącznie z tym, które jeszcze niedawno tak cudownie wypełniało coś więcej niż nadzieja, a które teraz było druzgocąco puste.

Przeciągnęła dłonią po narzucie, palce po miękkiej czyściutkiej poszwie kołdry przesunęły się na brzuch – obolały, spuchnięty, opuszczony. Uroniła łzę, a ta, wyznaczając szlak osamotnienia, po skroni stoczyła się we włosy i zniknęła. A wraz z nią ostatnie okruchy jej szczęścia.

Za oknem, nieprzysłonięte niczym poza grubym szkłem szyb, niebo mieniło się jaskrawym błękitem. Naga gałąź drzewa w oddali wyglądała na zdeformowaną, pokrywały ją duże czarne plamy.

To żadna deformacja. To wrony.

Jedna na smutek. Dwie na radość.

Oddech uwiązł jej w gardle.

– Płacz go nie przywróci.

Sera szybko odwróciła głowę w stronę głosu. Ale to nie był jej mąż, tylko teściowa, zdająca się wprawiać w nawyku pojawiania się tam, gdzie jej nie chciano. Bo i zaiste było tak, że owdowiała księżna Haven regularnie objawiała się w najgorszych miejscach. W takich, które niszczyły marzenia. Ta kobieta to zwiastunka nieszczęścia. Nawet jeśli Sera nie wiedziałaby jeszcze w głębi duszy, że jej dziecko umarło, to powiedziałaby jej o tym obecność wdowy.

Odwróciła twarz z powrotem do okna, do nieba za nim, jasnego, wypełnionego ukradzionymi obietnicami. Do wron.

Trzy na ślub. Cztery na narodziny.

Nie odezwała się. Nie potrafiła znaleźć słów, a nawet gdyby potrafiła, nie chciała dzielić się nimi z tą kobietą.

Ale wdowa znalazła słowa za nie obie. Zbliżała się i paplała, jakby opowiadała o pogodzie.

– Możesz mnie nie lubić, Seraphino, ale mnie wysłuchasz.

Sera się nie poruszyła.

– Wcale się aż tak nie różnimy, ty i ja – ciągnęła starsza kobieta. – Obie popełniłyśmy błąd i podstępem zmusiłyśmy mężczyznę do małżeństwa. Różnica między nami jest taka, że moje dziecko przeżyło. – Urwała, a Sera, nagle straszliwie wyczerpana samą obecnością wdowy, zapragnęła, żeby ta wyszła. – Gdyby było inaczej, uciekłabym.

Ucieczka to wspaniały pomysł.

Czy mogłaby przed tym uciec? Prześcignąć smutek? Prześcignąć ból? Prześcignąć jego?

– Miłość w naszym małżeństwie nie ucierpiałaby, bo jej nie było. Tak zresztą jak i w twoim.

Oczywiście myliła się. Jej całe małżeństwo było zaprzepaszczoną miłością. A teraz, gdy tak leżała sama, w tym oślepiająco białym łożu, w oślepiająco białym pokoju tego straszliwie przygnębiającego domu, wiedziała, że już jej nie wskrzesi.

Już nigdy nie będzie miłości. Ani dla Malcolma. Ani dla ich dziecka. Ani dla niej. Jest sama, w pokoju, w życiu.

Gdyby tylko mogła uciec. Ale on wykradł jej wolność, tak samo jak skradł jej serce. I szczęście. I przyszłość.

– Jesteś bezpłodna.

Nie poczuła nic, bo w tej chwili te słowa nie miały dla niej żadnego znaczenia. Nie obchodziła jej przyszłość, fantazje o dzieciach, myślami była wyłącznie przy tym, które straciła. Przy tym, które oni stracili.

– On będzie potrzebował dziedzica.

Nie życzył sobie dziedzica. Czyż nie wyraził się jasno w tej kwestii?

Jego matka albo o tym nie wiedziała, albo na to nie zważała.

– Ty nie możesz mu go dać. Będzie musiał zrobić to ktoś inny.

Odwróciła wzrok.

– Jeśli chcesz, mogę ci pomóc.

Spojrzała na teściową, w jej szaroniebieskie oczy, lodowate zupełnie jak jej dusza. Nie udawała, że nie zrozumiała. Wiedziała, że ta nienawistna kobieta od zawsze marzy o tym, żeby się jej pozbyć. Wdowa nienawidziła jej od samego początku – nie akceptowała jej pochodzenia, ojca plebejusza, który w grono arystokracji wkupił się majątkiem, matki, która dla uzyskania wyższego statusu zrobiłaby wszystko, która każdemu, kto chciał słuchać, przechwalała się, że jej najstarsza córka usidliła księcia.

Sera też tak myślała. Sądziła, że go usidliła, że Malcolm jest jej. Pragnęła tego całym sercem.

Ale ta kobieta – ta zimna starzejąca się kobieta – dopilnowała, żeby tak się nigdy nie stało. Pomimo ciąży. Z powodu ciąży.

Aż do tej chwili Sera planowała zostać. Zamierzała błagać męża o wybaczenie. Zamierzała walczyć z wrogością wdowy. Ale to było przedtem. Tak było, kiedy jeszcze jej się wydawało, że któregoś dnia mogą stać się rodziną.

Kiedy jeszcze wciąż żywiła nadzieje na szczęście.

Teraz już wiedziała lepiej.

Gruba materia jej sukni zaszeleściła, kiedy wdowa podeszła bliżej.

– Mogłabyś uciec. Zacząć od nowa. Pozwolić jemu na to samo.

To było szaleństwo. A mimo to nie potrafiła się powstrzymać i spytała:

– A co z naszym małżeństwem?

W kąciku warg wdowy drgnął mięsień. Wyczuwała zwycięstwo.

– Za pieniądze da się kupić wszystko. Także unieważnienie.

Sera popatrzyła w stronę wron za oknem. Pięć na srebro. Sześć na złoto.

Wdowa ciągnęła.

– Brak potomstwa ułatwi sprawę.

Te słowa były lodowatą cichą torturą.

Brak ich dziecka nigdy nie będzie niczym łatwym.

– Wymień swoją cenę – szepnęła wdowa.

Sera milczała. Patrzyła na drzwi za plecami starszej kobiety. Chciała, żeby się otworzyły. Chciała, żeby jej mąż wrócił. Żeby był tak samo zrozpaczony jak ona. Żeby chciał opłakiwać śmierć ich dziecka. Ich przeszłość. Ich przyszłość.

Żeby chciał jej przebaczyć.

I prosić o przebaczenie ją.

Ale mahoniowe drzwi pozostały zamknięte.

On tego nie chciał, więc dlaczego ona miałaby chcieć? Dlaczego ona miałaby nie zamknąć za sobą drzwi? Dlaczego miałaby nie wybrać nowej drogi?

Ile to ma kosztować? Jaka jest cena za przyszłość? Jaka za ucieczkę? Jaka za życie, samotne, blade w porównaniu z tym, które jej obiecywano?

Samotne, ale własne.

Wymieniła szeptem horrendalną sumę. Wystarczająco dużą, żeby mogła odejść. Zawsze zbyt małą, żeby mogła zapomnieć.

Siedem na tajemnicę, której nigdy nie wolno wyjawić.

3. Uciążliwa księżna żąda rozwodu!

19 sierpnia 1836
Parlament, Izba Lordów

Był tak przystojny jak zawsze. Nie wiedziała, dlaczego oczekiwała, że będzie inaczej – minęły trzy lata, a nie trzydzieści – ale tak było. A może nie oczekiwała, tylko miała nadzieję. Żywiła maleńką sekretną nadzieję, że będzie mniej idealny. Mniej przystojny. Mniej, kropka.

Ale on nie był „mniej”. Jeśli już, był „bardziej”.

Twarz bardziej kanciasta, spojrzenie bardziej pochłaniające, był jeszcze wyższy, niż zapamiętała. I taki przystojny, nawet gdy do niej podszedł w tych starodawnych parlamentarnych szatach i w tej idiotycznej wypudrowanej peruce, w której powinien wyglądać jak dziecko na balu przebierańców, a wyglądał jak ktoś ważny, zdeterminowany.

Zdeterminowany, żeby usunąć ją z sali posiedzeń Izby Lordów.

Zachęcany ich buczeniem i gwizdami, rozdzielił równie krzykliwie wystrojonych członków parlamentu. Tych arystokratów, których pogardę znała aż nadto dobrze z wcześniejszego życia. Mężczyzn, którzy potrafili zrujnować kobietę w czasie jednego uderzenia serca. Którzy potrafili zniszczyć rodzinę i przyszłość. I to wszystko bez chwili zastanowienia.

Nie cierpiała ich, a jego najbardziej.

Ale już niedługo.

Teraz, kiedy wróciła, planowała zostawić nienawiść za sobą, gotowa była mu wybaczyć. Wyobrażała sobie ten moment miesiącami, jeszcze zanim wróciła do Anglii. Jej plan miał na celu doprowadzić go do takiej wściekłości, że ostatecznie zgodzi się na rozwiązanie ich małżeństwa. Haven bowiem niczego nie nienawidził bardziej, niż gdy robiło się z niego głupca.

Czyż nie to właśnie było powodem ich porażki od samego początku?

Podszedł do niej, patrząc na nią groźnie tymi oczami, które nie były ani brązowe, ani zielone, nie złote i nie szare, tylko w jakiś dziwny sposób wszystko to naraz. Fascynujące i tajemnicze. Oczy z rodzaju tych, przez które kobieta może stracić głowę, jeśli nie będzie uważała.

Ale ona teraz uważała.

Uważała i była mądra. Powstrzymała impuls każący się jej odsunąć, jednocześnie jednak obawiała się, co się może stać, jeśli on jej dotknie. Niemniej była zdecydowana nie dać mu się zastraszyć. Już nigdy więcej nie będzie przed nim uciekać.

Bo już nie była tą samą kobietą, jaką była, gdy odchodziła. Wróciła z jedną daną samej sobie obietnicą; kiedy tym razem od niego odejdzie, zrobi to z podniesioną głową, dumnie. Z determinacją. Z nadzieją na przyszłość.

Miała na nią swoje plany i nie zamierzała pozwolić, żeby ten mężczyzna je pokrzyżował.

– Mężu – rzuciła z pewnym siebie uśmiechem, kiedy się przed nią zatrzymał.

Inna kobieta mogłaby nie zwrócić uwagi na nieznaczne przymrużenie oczu, leciutkie falowanie płatków nosa, prawie niedostrzegalne zaciśnięcie się kwadratowej szczęki. Ale nie Sera. Sera dobrze znała tego dumnego i opanowanego mężczyznę, doskonale wiedziała, że prawdziwe emocje zdradza ledwie widocznymi gestami. Był zły. I bardzo dobrze.

– A więc mnie pamiętasz. – Słowa były ciche, ostre. Oczywiście, że pamiętała. Nieważne, jak bardzo się starała, wydawało się, że nie jest w stanie zapomnieć.

A starała się.

Doskonale świadoma przysłuchującej się im publiczności, uniosła hardo brodę i wypuściła własną strzałę.

– Nie obawiaj się, małżonku. Przewiduję, że już niedługo będziemy musieli oglądać się wzajemnie.

– Robisz z siebie widowisko.

Pozwoliła, by jej uśmiech stał się promienniejszy.

– Mówisz tak, jakby to było coś złego.

Jedna brew powędrowała w górę, wyniośle jak zawsze.

– Robisz widowisko ze mnie.

Nie dała się zbić z tropu.

– Mówisz tak, jakbyś na to nie zasługiwał.

Nie sądziła, że do niej sięgnie, inaczej przygotowałaby się na to, co się stało, gdy jego palce zamknęły się na jej łokciu, stanowcze, ciepłe i o dziwo zaskakująco delikatne. Przygotowałaby się na atak wspomnień ze zbyt odległej przeszłości.

Nigdy czegoś takiego nie czułam.

Oparła się tym wspomnieniom i zabrała rękę z jego uścisku, z gracją, ale stanowczo. Nie miał wyboru, musiał ją puścić, choć zarazem, zniżając głos do ledwie słyszalnego szeptu, zapytał:

– Kim ty jesteś?

Tym razem to jej brew poszybowała w górę.

– Nie rozpoznajesz mnie?

– Tej inkarnacji, nie.

Inkarnacja. Niezłe określenie, bo rzeczywiście się odrodziła. Tak się dzieje z tymi, którzy umarli i powrócili.

– Wcześniej nie znałam jeszcze smaku wolności.

Jego wargi rozciągnęły się i zacisnęły. Zanim zdążył odpowiedzieć, jakiś mężczyzna z tyłu zawołał:

– Ej! Haven! Tej dzierlatki nie powinno tu być!

Sera odwróciła się w stronę wołającego mężczyzny.

– Hrabio, milordzie, domyślam się, że miałeś zamiar nazwać mnie księżną.

Zebrani mężowie zaczęli buczeć i sarkać, hrabia, do którego zwróciła się Sera – teraz z uszami czerwonymi jak piwonia – znów krzyknął do Havena:

– Zapanuj nad swoją kobietą, chłopie!

Sera powróciła uwagą do męża, nie ściszyła jednak głosu.

– To imponujące, że jemu się wydaje, iż jesteś w stanie to zrobić.

Zobaczyła, że oczy męża się zwężają, serce zabiło jej mocniej. Rozpoznawała to spojrzenie. Spojrzenie zwierzęcia, zaatakowanego.

Niech się na nią rzuci, proszę bardzo. Ona też ma kły.

– Mój gabinet. Natychmiast.

– A jeśli odmówię? – Chyba zdał sobie sprawę z jej siły. Widziała to w jego oczach. No bo jakie inne żony potrafiłyby tak stać, przed Bogiem i całą Izbą Lordów, nie tracąc opanowania, nie przejmując się reperkusjami?

Ale w tym właśnie tkwiła cała tajemnica. Jeśli ktoś nie obawia się ruiny, takiemu komuś nie można nią grozić. A ponieważ Sera doświadczyła zniszczenia w każdej postaci, zmierzyła się z nią i przeżyła, nie bała się jej, a on nie mógł jej nic zrobić. Zniknęła z Londynu na prawie trzy lata, jej reputacja legła w gruzach na długo, zanim postawiła stopę w powozie, który wywiózł ją z posiadłości Havena tamtego dawno minionego zimowego dnia. To zadziwiające, jaką się ma władzę, gdy nie ma się już nic do stracenia.

A przynajmniej kiedy wszystkim innym się wydaje, że się nie ma.

Tak więc stała teraz przed tym najpotężniejszym zgromadzeniem w Wielkiej Brytanii, twarzą w twarz ze swoim mężem, który zawsze władał nią, jej sercem, jej ciałem i tożsamością, i wreszcie mu równa, czekała na jego reakcję.

Nie spodziewała się, że się uśmiechnie.

– Nie odmówisz.

– A skąd ta pewność? – spytała, nagle zaniepokojona, chociaż wolałaby sczeznąć niż to po sobie pokazać.

– Bo jeśli chcesz rozwodu, to żeby go otrzymać, będziesz potrzebowała mojej asysty.

Serce zaczęło jej walić jak młotem. Zgodzi się? Da jej rozwód? Uwolni ją? Czy to może być aż tak łatwe? Zalała ją ekscytacja. I poczucie zwycięstwa. I coś jeszcze, coś, w co nie chciała się zagłębiać. Zamiast tego więc z przesadną fantazją machnęła dłonią.

– Ależ jak najbardziej, Wasza Książęca Mość. Proszę prowadzić.

Przy wtórze kakofonii pomruków zgorszenia i prychnięć niesmaku opuścili salę obrad i wyszli na spowity w ciszy korytarz na zewnątrz. Tam Haven wyrównał z nią krok i spytał miękko:

– I co? Naprawdę warte to było tego całego wstydu? Tego skandalu?

– Błędnie mnie oceniasz, jeśli uważasz, że mogę się czuć skrępowana opiniami tych ludzi – odparła. – Doświadczyłam ich krytyki w przeszłości i spotkam się z nią w przyszłości.

– I to zapewne nie raz, jeśli uda ci się uzyskać to, czego chcesz.

Miał na myśli rozwód. I to, że już nigdy nie odzyska aprobaty socjety. Cóż, nie wiedział, że jej na niej nie zależało.

– Chciałeś powiedzieć, kiedy mi się uda.

Zatrzymał się przed masywnymi drzwiami i je otworzył, odsłaniając mieszczący się za nimi imponujący pokój, jeden z tych zarezerwowanych dla książąt, którzy chcieli mieć w Izbie własne gabinety. Pokój był przestronny i onieśmielający, mahoń, skóra i złocenia, każda powierzchnia wygrawerowana uprzywilejowaniem i władzą.

Sera weszła do środka, wbrew sobie zmuszona lekko otrzeć się w drzwiach o męża, co z miejsca podziałało na nią elektryzująco. A to było, jeszcze zanim przypłynęły wspomnienia.

Bo ona już tu kiedyś była. Zakradła się do tego pokoju potajemnie, żeby spotkać się z Havenem. Żeby go zaskoczyć. Tak jak zaskoczyła go dzisiaj.

Nie, to nieprawda. Tamten dzień zupełnie nie przypominał dzisiejszego. Był jego przeciwieństwem.

Tamtego dnia przyszła po miłość.

Zignorowała tę myśl i odwróciła się do męża, lekko skrępowana, gdy drzwi za nią zamknęły się z cichym kliknięciem. Haven zdarł z głowy perukę i lekceważącym gestem, zadającym kłam jego zewnętrznemu spokojowi, rzucił ją na najbliższe krzesło, po czym zabrał się do rozpinania togi. Ona zaś przekonała się, że nie potrafi odwrócić oczu i nie patrzeć na tę dużą i pewną dłoń, opaloną, silną, kuszącą. Kiedy już odwiesił togę na miejsce, przeszedł w głąb pokoju.

– Gdzie byłaś?

Podeszła do dużego okna wychodzącego na wschód, tam, gdzie w oddali polśniewała kopuła katedry Świętego Pawła. Krzyżując ręce na piersi z afektowaną nonszalancją, odparła:

– A czy to istotne?

– Skoro uciekłaś i pół Londynu myśli, że popełniłem jakiś nikczemny czyn, to i owszem, istotne.

– Myślą, że nie żyję?

– Nie mówią tego, ale wyobrażam sobie, że tak właśnie myślą. Twoje siostry też nie pomagają, bombardując mnie nienawistnymi spojrzeniami wszędzie, gdzie się spotkamy.

Ostro wciągnęła powietrze, zła na to, że jej serce zacisnęło się mocno na wzmiankę o czterech młodszych siostrach. Kolejne stracone miłości.

– A pozostała połowa Londynu? Co ona myśli?

– Pewnie podobnie, tylko nie obwiniają mnie.

– Uważają, że sobie zasłużyłam. No, oczywiście. – Nie odpowiedział, ale ona domyślała się, co mówiono. Zasłużyła sobie na swój los, bo biednego szacownego księcia podstępem zmusiła do małżeństwa i jeszcze nie była na tyle przyzwoita, żeby obdarzyć go dziedzicem. Ignorując ukłucie bólu na niesprawiedliwość takiego oglądu, powiedziała:

– A ja tu jednak jestem, i to jak najbardziej żywa. Wyobrażam sobie, że dopiero teraz języki naprawdę pójdą w ruch.

– Gdzie byłaś? – Pytanie było wypowiedziane ciepło i gdyby go nie znała, pomyślałaby, że w jego tonie pobrzmiewa coś innego niż frustracja.

Jej uwagę przyciągnął rządek czarnych wron, które przysiadły na dachu przeciwległego skrzydła budynku. Pióra ptaków migotały w sierpniowym słońcu. Zanim odpowiedziała, policzyła wrony. Siedem.

– Daleko.

– I to cała odpowiedź, jaką otrzymam? Ja…

Zastanowiło ją, że się zawahał. Odwróciła się.

– Ty?

Przez chwilę wyglądał, jakby zamierzał coś dodać, ale ostatecznie pokręcił głową.

– A więc wróciłaś.

– I jestem jeszcze większym kłopotem, czyż nie?

Oparł się o wielkie dębowe biurko, w palcach dłoni trzymał kryształową szklaneczkę.

– Nie zaproponujesz żonie drinka?

Przechylił lekko głowę, jedyny dowód jego zaskoczenia, potem się wyprostował i podszedł do pobliskiego stolika, na którym stała karafka i trzy kryształowe szklaneczki. Nalał do jednej odrobinę bursztynowego płynu i podał jej szklaneczkę – ruchy miał takie jak zawsze, wyniosłe i pełne gracji.

Odebrała szklaneczkę, upiła z niej łyk, a potem stali w milczeniu do momentu, aż dłużej nie mogła tego znieść.

– Mój powrót powinien cię cieszyć – oznajmiła.

– Doprawdy?

Oddałaby wszystko, żeby wiedzieć, o czym myśli.

– Dzięki rozwodowi będziesz miał wszystko, czego zawsze chciałeś.

Pociągnął ze szklaneczki.

– Jak na to wpadłaś, że zawsze marzyłem o tym, żeby pisały o mnie wszystkie londyńskie gazety?

– Ożeniłeś się z jedną z sióstr Talbot, Wasza Książęca Mość. – Pięć dziewcząt, okrytych złą sławą, które brukowce nazywały Smoluchami, córki hrabiego Wighta, niegdyś handlarza węglem, z talentem do wynajdowania drogocennych złóż. Handlarza na tyle utalentowanego, że kupił sobie tytuł. Hrabia czy nie hrabia, reszta arystokracji nie mogła strawić rodziny, nienawidząc jej za imponującą umiejętność wspinania się po szczeblach drabiny towarzyskiej, przypinając jej łatkę ludzi goniących za blichtrem. Ironia oczywiście tkwiła w tym, że ich ojciec dorobił się majątku pracą, a nie odziedziczył go po przodkach.

Jakże ten świat potrafi być postawiony na głowie.

– Zatem moje przeznaczenie to Niebezpieczna Córka.

Powstrzymała grymas odrazy na dźwięk tego przezwiska. Przezwiska, którego się dorobiła w imieniu wszystkich sióstr.

„Zastawiłaś na mnie pułapkę”.

„Tak”.

„Wyjdź”.

– Ale nie jakaś byle jaka – zakpiła, nie zamierzając się poddać. – Tylko ta najgroźniejsza ze wszystkich.

Koniec wersji demonstracyjnej.