Dziedzictwo Bourne'a - Robert Ludlum,Eric Van Lustbader

Dziedzictwo Bourne'a

0,0

 

David Webb, dawny agent o kryptonimie Jason Bourne wykonujący tajne misje dla rządu Stanów Zjednoczonych, wiedzie spokojny żywot jako profesor lingwistyki na Uniwersytecie Georgetown, jednak już niebawem upomni się o niego przeszłość. Gdy na terenie uniwersyteckiego campusu strzela do niego tajemniczy snajper, Webb jedzie do rezydencji przyjaciela i mentora z CIA, Alexa Conklina, licząc, że ten pomoże mu w rozwiązaniu zagadki. Za późno. Conklin oraz psycholog Morris Panov, który pomagał Bourne’owi odzyskać utraconą pamięć, nie żyją. Kilka minut później w domu Conklina zjawia się policja. Wrobiony w morderstwo, były agent musi uciekać nie tylko przed CIA i policją całego świata, ale również niebezpiecznym zabójcą imieniem Chan, który z nieznanego powodu chce go zlikwidować.

Podążając tropem znalezionej w domu Conklina kartki, na której przyjaciel zapisał tajemniczą nazwę „NX 20”, Bourne odkrywa, że śmierć mężczyzn ma związek ze zniknięciem doktora Schiffera prowadzącego tajne badania nad nową bronią biologiczną. Ślady prowadzą do Rejkiawiku, gdzie trwają przygotowania do konferencji poświęconej walce z terroryzmem. Ale nie tylko Bourne wybiera się do stolicy Islandii, na skalistą wyspę leci również Stiepan Spalko, węgierski milioner i prezes międzynarodowej organizacji humanitarnej Humanistas, zaraz za nim zaś grupa czeczeńskich rebeliantów, których szanowany filantrop zwerbował do tajnej operacji.

Dodaj komentarz


Bourne'a poznałem na małym ekranie. Typowy film rozrywkowy, ale na tyle ciekawy, że zachęcił mnie do przeczytania książki (w zasadzie książek, bo jest klika w „serii”). „Dziedzictwo Borne'a” to dobry kawałek niewymagającej refleksji sensacji. Nie ma tu wprawdzie jakiś szczególnych zaskoczeń, ale napięcie jest utrzymywane na właściwym poziomie. Pozycja idealna dla wszystkich miłośników „akcyjnych” sensacji gdzie dużo się dzieje, gdzie nie ma czasu na „oddech”.


Cykl Bourne'a jest bardziej znany z filmów, chociaż powstał na podstawie powieści Ludluma. Filmy jakoś szczególnie mnie nie zachwyciły, ale były przyjemną rozrywką. Niejako „kontrolnie” postanowiłam przeczytać książki (te, które uda mi się „dorwać”). Nie byłam jakoś szczególnie rozczarowana. Ot, dobry kawałek sensacji. Bez specjalnych zaskoczeń ale trzymający odpowiednio w napięciu. Nie trzeba się skupiać. W sam raz do podróży.


Książki z cyklu o Bourne’ie można rzec, iż omijałam szerokim łukiem, ze względu na mocno promowane filmy. Jednak w końcu sięgnęłam po lekturę i nie żałuję. Czyta się całość szybko, nie mogąc oderwać od kolejnych stron. Zawrotna akcja, tajemnice, spiski, to tylko część cech charakteryzujących tę powieść. Fani autora z pewnością się nie zawiodą, a Ci, którzy szukają dobrej sensacji niech śmiało czytają.


Zadziwiająco dobra książka. U Ludluma spotkamy się nie raz ze schematycznością, ale "Dziedzictwo Bourne'a" jest bardzo dobrą ksiażką, w której aż tak bardzo nie rzuca się to w oczy. Nie rzuca się w oczy, bo akcja pędzi na złamanie karku i wciąga czytelnika, więc nie ma on czasu za bardzo myśleć co się dzieje dookoła. Polecam najpierw przeczytać książkę, a później ewentualnie obejrzec film. Moim zdaniem ksiązka bije film na główę. Polecam


Naprawdę ciekawy thriller, który nieraz mrozi krew w żyłach. Bourne to geniusz, a autorzy którzy go stworzyli tym bardziej.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

1-1_jpg
1-2_jpg

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE BO­UR­NE LE­GA­CY

Co­py­ri­ght © The Es­ta­te of Ro­bert Lu­dlum 2004

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2012

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Zbi­gniew Ko­ściuk 2012

Re­dak­cja: Be­ata Kacz­mar­czyk

Ilu­stra­cja na okład­ce: JPa­ge­tR­Fpho­tos/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki i se­rii: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

Skład: La­gu­na

ISBN 978-83-7659-439-2

Wy­daw­ca

WY­DAW­NIC­TWO AL­BA­TROS A. KU­RY­ŁO­WICZ

Hlon­da 2a/25, 02-972 War­sza­wa

www.wy­daw­nic­two­al­ba­tros.com

1-3_jpg

2012. Wy­da­nie elek­tro­nicz­ne

Ni­niej­szy pro­dukt jest ob­ję­ty ochro­ną pra­wa au­tor­skie­go. Uzy­ska­ny do­stęp upo­waż­nia wy­łącz­nie do pry­wat­ne­go użyt­ku oso­bę, któ­ra wy­ku­pi­ła pra­wo do­stę­pu. Wy­daw­ca in­for­mu­je, że pu­blicz­ne udo­stęp­nia­nie oso­bom trze­cim, nie­okre­ślo­nym ad­re­sa­tom lub w ja­ki­kol­wiek inny spo­sób upo­wszech­nia­nie, ko­pio­wa­nie oraz prze­twa­rza­nie w tech­ni­kach cy­fro­wych lub po­dob­nych – jest nie­le­gal­ne i pod­le­ga wła­ści­wym sank­cjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Pa­mię­ci Boba

Pro­log

Przy­wód­ca cze­czeń­skich re­be­lian­tów Cha­lid Mu­rat sie­dział nie­ru­cho­mo jak głaz w środ­ko­wym po­jeź­dzie ko­lum­ny prze­dzie­ra­ją­cej się znisz­czo­ny­mi uli­ca­mi Gro­zne­go. Trans­por­ter opan­ce­rzo­ny BTR-60PB na­le­żał do stan­dar­do­we­go wy­po­sa­że­nia ro­syj­skiej ar­mii, więc gru­pa po­jaz­dów nie róż­ni­ła się ni­czym od in­nych, któ­re pa­tro­lo­wa­ły mia­sto. Uzbro­je­ni po zęby lu­dzie Mu­ra­ta je­cha­li dwo­ma po­zo­sta­ły­mi wo­za­mi z przo­du i tyłu kon­wo­ju. Zmie­rza­li do Szpi­ta­la Dzie­wią­te­go – jed­nej z sze­ściu lub sied­miu kry­jó­wek wy­ko­rzy­sty­wa­nych przez Mu­ra­ta, żeby wy­prze­dzać o trzy kro­ki tro­pią­cych go Ro­sjan.

Do­bie­ga­ją­cy pięć­dzie­siąt­ki Mu­rat miał ciem­ną bro­dę, po­sta­wę niedź­wie­dzia i pło­ną­ce oczy praw­dzi­we­go ze­lo­ty. Daw­no temu zro­zu­miał, że rzą­dzić moż­na je­dy­nie że­la­zną pię­ścią. Był świad­kiem, jak Dżo­char Du­da­jew da­rem­nie pró­bo­wał na­rzu­cić pra­wo is­lam­skie­go sza­ria­tu. Wi­dział rzeź, do któ­rej do­szło, gdy wszyst­ko się za­czę­ło – kie­dy za­gra­nicz­ni współ­pra­cow­ni­cy Osa­my bin La­de­na, ma­ją­cy bazę na te­re­nie Cze­cze­nii, na­je­cha­li Da­ge­stan, a na­stęp­nie prze­pro­wa­dzi­li sze­reg za­ma­chów bom­bo­wych w Mo­skwie i Woł­go­doń­sku, za­bi­ja­jąc bli­sko dwie­ście osób. Winą za dzia­ła­nia cu­dzo­ziem­ców obar­czo­no cze­czeń­skich ter­ro­ry­stów, a Ro­sja­nie roz­po­czę­li bom­bar­do­wa­nia Gro­zne­go, ob­ra­ca­jąc w perzy­nę więk­szą część mia­sta.

Za­snu­te tu­ma­na­mi pyłu i dymu nie­bo nad sto­li­cą Cze­cze­nii lśni­ło tak in­ten­syw­nie, że wy­da­wa­ło się ra­dio­ak­tyw­ne. Pło­ną­ce słu­py ropy naf­to­wej wy­strze­li­wa­ły ze­wsząd z po­kry­te­go gru­zem kra­jo­bra­zu.

Cha­lid Mu­rat spo­glą­dał przez przy­ciem­nio­ną szy­bę na mi­ja­ny przez kon­wój spa­lo­ny szkie­let bu­dyn­ku – ma­syw­ną, po­zba­wio­ną da­chu sko­ru­pę, w któ­rej wnę­trzu mi­go­ta­ły pło­mie­nie. Mruk­nął coś pod no­sem i od­wró­cił się do swo­je­go za­stęp­cy, Ha­sa­na Ar­se­no­wa.

– Kie­dyś Gro­zny był mia­stem za­ko­cha­nych. Za­drze­wio­ny­mi bul­wa­ra­mi spa­ce­ro­wa­li ko­chan­ko­wie, na zie­lo­nych skwe­rach mat­ki pcha­ły wóz­ki z dzieć­mi. Wiel­ki cyr­ko­wy na­miot był pe­łen ra­do­snych uśmiech­nię­tych twa­rzy, a ar­chi­tek­ci z ca­łe­go świa­ta piel­grzy­mo­wa­li, żeby obej­rzeć bu­dow­le, któ­re czy­ni­ły Gro­zny jed­nym z naj­pięk­niej­szych miast na zie­mi.

Po­krę­cił gło­wą ze smut­kiem i po przy­ja­ciel­sku klep­nął ko­la­no to­wa­rzy­sza.

– Na Al­la­ha, Ha­sa­nie! – wy­krzyk­nął. – Ro­sja­nie znisz­czy­li w tym mie­ście wszyst­ko, co do­bre i pięk­ne!

Ha­san Ar­se­now ski­nął gło­wą. Był ener­gicz­nym, peł­nym we­rwy męż­czy­zną, dzie­sięć lat młod­szym od Mu­ra­ta. Jak przy­sta­ło na daw­ne­go mi­strza bia­th­lo­nu, miał sze­ro­kie ra­mio­na i wą­skie bio­dra – ty­po­wą syl­wet­kę spor­tow­ca. Kie­dy Mu­rat zo­stał przy­wód­cą re­be­lian­tów, sta­nął u jego boku. Te­raz wska­zał Mu­ra­to­wi zwę­glo­ne szcząt­ki gma­chu z pra­wej stro­ny dro­gi.

– Przed woj­ną – wy­ja­śnił po­waż­nym to­nem – kie­dy Gro­zny był li­czą­cym się ośrod­kiem wy­do­by­cia ropy, mój oj­ciec pra­co­wał tu, w In­sty­tu­cie Naf­to­wym. Dziś za­miast zy­sków z od­wier­tów mamy łuny po­ża­rów za­nie­czysz­cza­ją­cych wodę i po­wie­trze.

Za­mil­kli, przy­glą­da­jąc się ru­inom zbom­bar­do­wa­nych do­mów, uli­com, na któ­rych nie było ni­ko­go prócz lu­dzi i zwie­rząt grze­bią­cych w od­pad­kach. Po kil­ku mi­nu­tach spoj­rze­li na sie­bie, za­smu­ce­ni cier­pie­niem swo­je­go na­ro­du. Mu­rat otwo­rzył usta, żeby coś po­wie­dzieć, ale za­marł, sły­sząc cha­rak­te­ry­stycz­ny dźwięk kul od­bi­ja­ją­cych się od pan­cer­nych płyt trans­por­te­ra. W mgnie­niu oka zro­zu­miał, że zo­sta­li tra­fie­ni po­ci­ska­mi z bro­ni ma­łe­go ka­li­bru, zbyt sła­by­mi, by zdo­ła­ły prze­nik­nąć gru­bą sko­ru­pę po­jaz­du. Jak za­wsze czuj­ny Ar­se­now się­gnął do ra­dio­sta­cji.

– Wy­dam roz­kaz, by ochro­na w pierw­szym i trze­cim wo­zie od­po­wie­dzia­ła ogniem.

Mu­rat po­krę­cił gło­wą.

– Nie, Ha­sa­nie. Za­sta­nów się. Mamy ro­syj­skie mun­du­ry, je­dzie­my ru­skim trans­por­te­rem opan­ce­rzo­nym. Ten, kto do nas strze­la, jest ra­czej przy­ja­cie­lem niż wro­giem. Mu­si­my się upew­nić, żeby nie mieć na rę­kach nie­win­nej krwi.

Prze­jął mi­kro­fon z rąk Ar­se­no­wa i po­le­cił, by kon­wój się za­trzy­mał.

– Po­rucz­ni­ku Go­cza­jew – po­wie­dział przez ra­dio – wy­ślij­cie paru lu­dzi na re­ko­ne­sans. Chcę się do­wie­dzieć, kto nas ostrze­lał, ale ich nie za­bi­jaj­cie.

Ja­dą­cy pierw­szym trans­por­te­rem Go­cza­jew ze­brał lu­dzi za ko­lum­ną po­jaz­dów i ka­zał im utwo­rzyć ty­ra­lie­rę. Ku­ląc się z prze­ni­kli­we­go zim­na, ru­szył po­kry­tą gru­zem uli­cą i pre­cy­zyj­ny­mi ge­sta­mi dło­ni po­słał swo­ich na lewo i pra­wo od miej­sca, z któ­re­go pa­dły strza­ły.

Bo­jow­ni­cy byli świet­nie wy­szko­le­ni – prze­miesz­cza­li się szyb­ko i bez­sze­lest­nie od ka­mie­nia do muru i da­lej do po­wy­gi­na­nych me­ta­lo­wych be­lek, po­chy­le­ni, żeby sta­no­wić jak naj­mniej­szy cel. Nie roz­le­gły się jed­nak żad­ne strza­ły. Sko­czy­li na­przód, by po­ko­nać ostat­ni od­ci­nek, pra­gnąc osa­czyć nie­przy­ja­cie­la i przy­gwoź­dzić go krzy­żo­wym ogniem.

Sie­dzą­cy w środ­ko­wym po­jeź­dzie Ha­san Ar­se­now ob­ser­wo­wał miej­sce, w któ­rym Go­cza­jew ze­brał lu­dzi. Cze­kał kil­ka se­kund na strza­ły, ale te nie pa­dły. Za­miast nich w od­da­li uka­za­ły się gło­wa i ra­mio­na po­rucz­ni­ka. Spoj­rzał w kie­run­ku trans­por­te­ra i po­ma­chał ręką, sy­gna­li­zu­jąc, że te­ren jest za­bez­pie­czo­ny. Cha­lid Mu­rat prze­ci­snął się obok Ar­se­no­wa, wy­siadł z wozu i bez wa­ha­nia ru­szył przez zmro­żo­ne gru­zo­wi­sko.

– Cha­li­dzie Mu­rat! – krzyk­nął ostrze­gaw­czo Ar­se­now, bie­gnąc za swo­im do­wód­cą.

Mu­rat pod­szedł bez prze­szkód do ni­skie­go, czę­ścio­wo zwa­lo­ne­go ka­mien­ne­go muru, zza któ­re­go pa­dły strza­ły. Jego oczom uka­za­ły się ster­ty śmie­ci. Na jed­nej z nich le­ża­ły wo­sko­wa­te zwło­ki, któ­re naj­wy­raź­niej ja­kiś czas temu odar­to z ubra­nia. Na­wet z du­żej od­le­gło­ści odór roz­kła­du był tak sil­ny, że nie­mal zwa­lił ich z nóg. Ar­se­now do­pę­dził to­wa­rzy­sza i wy­cią­gnął pi­sto­let.

Kie­dy Mu­rat do­tarł do muru, jego lu­dzie byli już po dru­giej stro­nie z bro­nią go­to­wą do strza­łu. Wiatr zry­wał się raz po raz, wy­jąc i ję­cząc w ru­inach. Po­nu­re me­ta­licz­ne nie­bo po­ciem­nia­ło jesz­cze bar­dziej i za­czął pa­dać śnieg. Ja­sny puch szyb­ko po­krył buty Mu­ra­ta, oplótł pa­ję­czy­ną jego buj­ną szorst­ką bro­dę.

– Po­rucz­ni­ku Go­cza­jew, zna­leź­li­ście na­past­ni­ków?

– Tak jest, do­wód­co!

– Al­lah pro­wa­dzi mnie we wszyst­kim, więc i te­raz po­kie­ru­je mo­imi kro­ka­mi. Co to za lu­dzie?

– Jest tyl­ko je­den – od­parł Go­cza­jew.

– Je­den?! – wy­krzyk­nął Ar­se­now. – Kto?! Nie wie­dział, że je­ste­śmy Cze­cze­na­mi?!

– Je­ste­ście Cze­cze­na­mi? – ode­zwał się sła­by głos. Zza muru wy­chy­li­ła się bla­da twarz dzie­się­cio­let­nie­go chłop­ca. Na gło­wie miał sta­rą weł­nia­ną czap­kę, na grzbie­cie po­dar­ty swe­ter wło­żo­ny na kil­ka warstw cien­kich kra­cia­stych ko­szul, a do tego po­ła­ta­ne spodnie i duże gu­mo­we ka­lo­sze, któ­re pew­nie zdjął z nóg tru­pa. Cho­ciaż był jesz­cze dziec­kiem, miał oczy do­ro­słe­go; spo­glą­da­ły na świat czuj­nie i po­dejrz­li­wie. Stał, osła­nia­jąc kor­pus ro­syj­skiej ra­kie­ty nie­wy­bu­chu. Za­pew­ne wy­grze­bał ją gdzieś, by wy­mie­nić na chleb. Mógł w ten spo­sób oca­lić ro­dzi­nę przed śmier­cią gło­do­wą. W le­wej ręce trzy­mał pi­sto­let, bo pra­wa koń­czy­ła się na wy­so­ko­ści nad­garst­ka.

Mu­rat na­tych­miast od­wró­cił wzrok, Ar­se­now przy­glą­dał się dzie­cia­ko­wi z uwa­gą.

– To przez minę – wy­ja­śnił ze wzru­sza­ją­cą rze­czo­wo­ścią chło­pak. – Pod­ło­ży­li ją ci dra­nie, ru­scy!

– Chwa­ła Al­la­ho­wi! Dziel­ny mały żoł­nierz! – wy­krzyk­nął Mu­rat, ob­da­rza­jąc go sze­ro­kim roz­bra­ja­ją­cym uśmie­chem. Uśmiech przy­cią­gał do nie­go lu­dzi ni­czym ma­gnes opił­ki że­la­za. – Po­dejdź do mnie! Śmia­ło! – Ski­nął w jego stro­nę, po­ka­zu­jąc pu­ste dło­nie. – Wi­dzisz prze­cież, że je­ste­śmy Cze­cze­na­mi. Jak ty.

– Sko­ro je­ste­ście Cze­cze­na­mi jak ja – spy­tał re­zo­lut­nie mały – cze­mu jeź­dzi­cie ru­ski­mi trans­por­te­ra­mi?

– Znasz lep­szy spo­sób, żeby się ukryć przed tymi wil­ka­mi?

– Mu­rat mru­gnął do nie­go po­ro­zu­mie­waw­czo i ro­ze­śmiał się, wi­dząc, że chło­pak ści­ska giu­rzę1. – No pro­szę, masz broń uży­wa­ną przez ro­syj­skie od­dzia­ły spe­cjal­ne. Trze­ba na­gro­dzić taką od­wa­gę, praw­da?

Mu­rat ukląkł obok chło­pa­ka i spy­tał go o imię. Kie­dy mały od­po­wie­dział, za­py­tał:

– Wiesz, kim je­stem, Aznor? Na­zy­wam się Cha­lid Mu­rat. Ja rów­nież chcę nas uwol­nić od ro­syj­skie­go jarz­ma. Ra­zem zdo­ła­my tego do­ko­nać, praw­da?

– Nie za­mie­rza­łem strze­lać do bra­ci Cze­cze­nów – oświad­czył Aznor. Wska­zał kon­wój oka­le­czo­ną dło­nią.

– My­śla­łem, że to za­czist­ka. – Tak na­zy­wa­no bru­tal­ne ak­cje pa­cy­fi­ka­cyj­ne prze­pro­wa­dza­ne przez ro­syj­skich żoł­nie­rzy w po­szu­ki­wa­niu lu­dzi po­dej­rze­wa­nych o sprzy­ja­nie re­be­lian­tom. Pod­czas ta­kich ope­ra­cji zgi­nę­ło po­nad dwa­na­ście ty­się­cy Cze­cze­nów, a dwa ty­sią­ce in­nych znik­nę­ło w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach. Ran­nych i tor­tu­ro­wa­nych, oka­le­czo­nych i zgwał­co­nych nikt na­wet nie li­czył. – Ro­sja­nie za­mor­do­wa­li mi ojca i wu­jów. Gdy­by­ście byli ru­ski­mi, za­bił­bym wszyst­kich.

– Jego twarz wy­krzy­wił gry­mas wście­kło­ści i fru­stra­cji.

– Wie­rzę ci – od­rzekł po­waż­nym to­nem Mu­rat. Wsu­nął rękę do kie­sze­ni w po­szu­ki­wa­niu bank­no­tów. Chło­pak we­tknął pi­sto­let za pa­sek, by wziąć pie­nią­dze. Mu­rat po­chy­lił się ku nie­mu i szep­nął kon­fi­den­cjo­nal­nie: – Po­słu­chaj uważ­nie, po­wiem ci, gdzie mo­żesz ku­pić wię­cej amu­ni­cji do swo­jej giu­rzy, że­byś był go­tów na na­stęp­ną za­czist­kę.

– Dzię­ku­ję. – Na twa­rzy Azno­ra uka­zał się sze­ro­ki uśmiech.

Cha­lid Mu­rat szep­nął mu kil­ka słów, a po­tem wy­pro­sto­wał się i zmierz­wił wło­sy ma­łe­go.

– Al­lah z tobą, mały bo­jow­ni­ku! We wszyst­kim, co czy­nisz!

Do­wód­ca Cze­cze­nów i jego za­stęp­ca pa­trzy­li, jak chło­pak gra­mo­li się po gru­zach z kor­pu­sem ra­kie­ty pod pa­chą. Chwi­lę póź­niej wró­ci­li do trans­por­te­ra. Ha­san z od­ra­zą za­trza­snął pan­cer­ne drzwi, od­gra­dza­jąc ich od ze­wnętrz­ne­go świa­ta. Od świa­ta, w któ­rym żył Aznor.

– Nie masz wy­rzu­tów su­mie­nia? Po­sy­łasz dziec­ko na pew­ną śmierć.

Mu­rat zmie­rzył go prze­ni­kli­wym wzro­kiem. Śnieg na jego bro­dzie stop­niał i za­mie­nił się w drżą­ce kro­ple, na­da­jąc mu wy­gląd ra­czej od­pra­wia­ją­ce­go mo­dły ima­ma niż woj­sko­we­go wa­taż­ki.

– Da­łem temu dziec­ku, któ­re musi wy­kar­mić i ubrać, a co waż­niej­sze, obro­nić resz­tę ro­dzi­ny, na­dzie­ję i kon­kret­ny cel. Krót­ko mó­wiąc, wska­za­łem mu po­wód, by żyć.

Roz­go­ry­cze­nie spra­wi­ło, że twarz Ar­se­no­wa na­bra­ła twar­do­ści i po­bla­dła. Jego oczy bły­snę­ły zło­wro­go.

– Ro­syj­skie kule ro­ze­rwą go na strzę­py.

– Na­praw­dę tak są­dzisz, Ha­sa­nie? My­ślisz, że Aznor jest głu­pi? Albo, co gor­sza, lek­ko­myśl­ny?

– Prze­cież to jesz­cze dziec­ko.

– Po­sia­ne ziar­no za­kieł­ku­je w naj­bar­dziej na­wet nie­przy­ja­znych wa­run­kach. Za­wsze tak było, przy­ja­cie­lu. Za­czy­na się od wia­ry i od­wa­gi jed­ne­go, ale wkrót­ce bę­dzie ich dzie­się­ciu i dwu­dzie­stu, set­ka i ty­siąc!

– A tym­cza­sem na­szych lu­dzi mor­du­ją, gwał­cą i biją, gło­dzą i za­my­ka­ją jak by­dło w za­gro­dzie! To nie wy­star­czy, Cha­li­dzie! Nie wy­star­czy na­wet w po­ło­wie!

– Wi­dzę, że nie wy­zby­łeś się jesz­cze mło­dzień­czej nie­cier­pli­wo­ści, Ha­sa­nie. – Chwy­cił to­wa­rzy­sza za ra­mię. – Nie po­win­no mnie to dzi­wić, praw­da?

Ar­se­now za­ci­snął zęby i od­wró­cił twarz, wi­dząc współ­czu­cie w oczach Mu­ra­ta. Płat­ki śnie­gu za­wi­ro­wa­ły wzdłuż uli­cy ni­czym cze­czeń­scy der­wi­sze w eks­ta­tycz­nym tań­cu. Mu­rat ode­brał to jako znak po­twier­dza­ją­cy słusz­ność tego, co zro­bił, i tego, co nie­ba­wem za­mie­rzał po­wie­dzieć.

– Nie trać wia­ry – szep­nął uro­czy­stym gło­sem. – Nie trać wia­ry w Al­la­ha i w tego chłop­ca.

• • •

Dzie­sięć mi­nut póź­niej kon­wój sta­nął przed wej­ściem do Szpi­ta­la Dzie­wią­te­go. Ar­se­now spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Nie­mal punk­tu­al­nie – po­wie­dział. Obaj je­cha­li tym sa­mym po­jaz­dem, wbrew stan­dar­do­wym pro­ce­du­rom bez­pie­czeń­stwa, z uwa­gi na ogrom­ne zna­cze­nie te­le­fo­nu, na któ­ry cze­ka­li.

Mu­rat po­chy­lił się i wci­snął przy­cisk, uru­cha­mia­jąc dźwię­kosz­czel­ną prze­gro­dę od­dzie­la­ją­cą ich od kie­row­cy i czte­rech ochro­nia­rzy sie­dzą­cych z przo­du. Świet­nie wy­szko­le­ni lu­dzie pa­trzy­li przed sie­bie przez ku­lo­od­por­ną szy­bę.

– Sko­ro na­de­szła chwi­la praw­dy, po­wiedz mi, ja­kie masz oba­wy, Cha­li­dzie?

Mu­rat uniósł brwi, jak­by nie poj­mo­wał cze­goś, co Ar­se­now uwa­żał za oczy­wi­ste.

– Oba­wy?

– Nie chcesz, że­by­śmy otrzy­ma­li to, co się nam na­le­ży? Co we­dług Al­la­ha po­win­ni­śmy mieć?

– Krew się w to­bie bu­rzy, przy­ja­cie­lu. Wiem o tym. Wie­lo­krot­nie wal­czy­li­śmy ra­mię w ra­mię. Ra­zem za­bi­ja­li­śmy. Za­wdzię­cza­my so­bie ży­cie, praw­da? Po­słu­chaj uważ­nie. Nie szczę­dzi­łem krwi dla mo­je­go na­ro­du. Jego cier­pie­nie na­peł­nia mnie gnie­wem, któ­ry le­d­wie mogę opa­no­wać. Wiesz o tym le­piej niż kto­kol­wiek inny. Hi­sto­ria uczy, że czło­wiek po­wi­nien się lę­kać tego, cze­go naj­bar­dziej pra­gnie. Kon­se­kwen­cje przed­sta­wio­nej pro­po­zy­cji…

– To nasz plan!

– Tak – zgo­dził się Cha­lid Mu­rat – ale nie wol­no nam za­po­mi­nać o kon­se­kwen­cjach.

– Ostroż­ność! – rzu­cił cierp­ko Ar­se­now. – Za­wsze ta prze­klę­ta ostroż­ność!

– Przy­ja­cie­lu. – Mu­rat się uśmiech­nął, ści­ska­jąc ra­mię to­wa­rzy­sza. – Nie chcę, by wy­pro­wa­dzi­li mnie w pole. Ła­two po­ko­nać lek­ko­myśl­ne­go prze­ciw­ni­ka. Mu­sisz się na­uczyć cno­ty cier­pli­wo­ści.

– Cier­pli­wość! – burk­nął Ar­se­now. – Tam­te­mu chło­pa­ko­wi nie ka­za­łeś być cier­pli­wym. Da­łeś mu pie­nią­dze i wy­tłu­ma­czy­łeś, gdzie ku­pić amu­ni­cję. Na­pu­ści­łeś go na Ro­sjan. Każ­dy dzień zwło­ki po­wo­du­je, że giną ko­lej­ni chłop­cy, tacy jak on. Ty­sią­ce. Od na­szej de­cy­zji za­le­ży przy­szłość Cze­cze­nii.

Mu­rat roz­ma­so­wał kciu­ka­mi po­wie­ki, wy­ko­nu­jąc okręż­ne ru­chy.

– Ist­nie­ją inne spo­so­by, Ha­sa­nie. Za­wsze. Może po­win­ni­śmy roz­wa­żyć…

– Nie ma cza­su. Przy­go­to­wa­no tekst oświad­cze­nia, wy­zna­czo­no datę. Szejk ma ra­cję.

– Tak, Szejk. – Cha­lid Mu­rat po­krę­cił gło­wą. – Cią­gle ten Szejk.

W tym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon. Cha­lid Mu­rat spoj­rzał na za­ufa­ne­go to­wa­rzy­sza i spo­koj­nie prze­łą­czył te­le­fon na tryb gło­śno­mó­wią­cy.

– Tak, Szej­ku – ode­zwał się z sza­cun­kiem. – Je­stem z Ha­sa­nem. Cze­ka­my na two­je roz­ka­zy.

• • •

Na pła­skim da­chu, wy­so­ko po­nad uli­cą, na któ­rej sta­nął kon­wój Mu­ra­ta, przy­cza­iła się nie­zna­jo­ma po­stać, opie­ra­jąc łok­cie o ni­ski gzyms. Wzdłuż ka­mien­nej pół­ki le­żał fiń­ski ka­ra­bin snaj­per­ski Sako TRG-41 z czte­ro­tak­to­wym zam­kiem suw­li­wo-ob­ro­to­wym, je­den z wie­lu, któ­re zmo­dy­fi­ko­wał dla wła­snych po­trzeb. Wy­ko­rzy­sta­ne w kon­struk­cji alu­mi­nium i po­li­ure­tan czy­ni­ły broń lek­ką i śmier­tel­nie sku­tecz­ną. Męż­czy­zna miał na so­bie ro­syj­ski ka­mu­flaż pa­su­ją­cy do azja­tyc­kich ry­sów jego twa­rzy. Na mun­dur na­ło­żył lek­ką uprząż z ke­vla­ru wy­po­sa­żo­ną w sta­lo­we kół­ko. W pra­wej dło­ni trzy­mał małe czar­ne pu­deł­ko wiel­ko­ści pacz­ki pa­pie­ro­sów: pi­lot wy­po­sa­żo­ny w dwa przy­ci­ski. Był w nie­zna­jo­mym ja­kiś spo­kój, ro­dzaj aury, któ­ra onie­śmie­la lub bu­dzi gro­zę. Jak­by ro­zu­miał ci­szę, po­tra­fił ją gro­ma­dzić, ma­ni­pu­lo­wać nią i po­słu­gi­wać się jak bro­nią.

W jego ciem­nych oczach cały świat, uli­ca i bu­dyn­ki, na któ­re spo­glą­dał, były ni­czym wię­cej jak sce­ną ak­cji. Li­czył cze­czeń­skich żoł­nie­rzy wy­cho­dzą­cych z trans­por­te­rów. Osiem­na­stu. Kie­row­cy nadal tkwi­li na swo­ich miej­scach, a w środ­ku znaj­do­wa­ło się co naj­mniej czte­rech ochro­nia­rzy z sze­fa­mi.

Kie­dy re­be­lian­ci do­tar­li bez­piecz­nie do drzwi szpi­ta­la, wci­snął gór­ny gu­zik zdal­ne­go de­to­na­to­ra i ma­te­riał wy­bu­cho­wy C4 eks­plo­do­wał. Wej­ście ru­nę­ło. Huk eks­plo­zji wstrzą­snął uli­cą, po­wo­du­jąc, że cięż­kie po­jaz­dy za­ko­ły­sa­ły się na po­tęż­nych amor­ty­za­to­rach. Re­be­lian­ci, któ­rzy byli w re­jo­nie wy­bu­chu, zo­sta­li ro­ze­rwa­ni na strzę­py lub zmiaż­dże­ni spa­da­ją­cym gru­zem. Za­bój­ca wie­dział, że ci, któ­rzy znaj­do­wa­li się głę­biej, w szpi­tal­nym holu, mo­gli oca­leć. Wziął to pod uwa­gę w swo­ich pla­nach.

Cho­ciaż huk pierw­szej eks­plo­zji jesz­cze nie ucichł, a pył nie opadł na zie­mię, męż­czy­zna spoj­rzał na de­to­na­tor i wci­snął dol­ny gu­zik. Roz­legł się ko­lej­ny ogłu­sza­ją­cy wy­buch, a zry­ta po­ci­ska­mi jezd­nia za­pa­dła się z obu stron ma­łe­go kon­wo­ju.

Gdy lu­dzie na dole pró­bo­wa­li za­pa­no­wać nad sy­tu­acją, któ­rą im zgo­to­wał, za­bój­ca się­gnął po sako. Po­ru­szał się ze spo­koj­ną me­to­dycz­ną pre­cy­zją. Ka­ra­bin wy­bo­ro­wy był za­ła­do­wa­ny spe­cjal­ny­mi bez­odłam­ko­wy­mi ku­la­mi naj­mniej­sze­go ka­li­bru, ja­kie moż­na było za­ła­do­wać do tego typu bro­ni. Przez lu­ne­tę z czuj­ni­kiem pod­czer­wie­ni do­strzegł trzech re­be­lian­tów, któ­rzy od­nie­śli je­dy­nie lek­kie ob­ra­że­nia. Wszy­scy bie­gli w kie­run­ku środ­ko­we­go po­jaz­du, krzy­cząc do znaj­du­ją­cych się w nim Cze­cze­nów, żeby wy­sie­dli, za­nim trans­por­ter zo­sta­nie znisz­czo­ny przez ko­lej­ny wy­buch. Za­ma­cho­wiec pa­trzył, jak otwie­ra­ją drzwi z pra­wej stro­ny, wy­pusz­cza­jąc Ha­sa­na Ar­se­no­wa i jed­ne­go z żoł­nie­rzy. W środ­ku zo­stał kie­row­ca i trzech ochro­nia­rzy Cha­li­da Mu­ra­ta. Kie­dy Ar­se­now się od­wró­cił, za­bój­ca uj­rzał jego oczy, do­strzegł twarz skrzy­wio­ną wy­krzy­cza­nym roz­ka­zem. Prze­su­nął lufę płyn­nym wy­ćwi­czo­nym ru­chem, na­pro­wa­dza­jąc ce­low­nik na udo męż­czy­zny. Na­ci­snął spust. Ar­se­now chwy­cił się za lewą nogę, krzyk­nął i padł na zie­mię. Je­den z ochro­nia­rzy pod­biegł do nie­go i od­cią­gnął go w bez­piecz­ne miej­sce. Dwaj po­zo­sta­li szyb­ko usta­li­li, skąd padł strzał. Prze­bie­gli uli­cę i wpa­dli do bu­dyn­ku, w któ­rym przy­cza­ił się za­bój­ca.

Kie­dy trzej ko­lej­ni wy­bie­gli ze szpi­ta­la bocz­nym wyj­ściem, za­ma­cho­wiec odło­żył sako. Ob­ser­wo­wał te­raz wy­co­fu­ją­cy się trans­por­ter z Cha­li­dem Mu­ra­tem. Za ple­ca­mi usły­szał tu­pot nóg bo­jow­ni­ków pę­dzą­cych scho­da­mi, zmie­rza­ją­cych do jego kry­jów­ki na da­chu. Nie spie­sząc się, przy­piął do bu­tów kol­ce z ty­ta­nu i ko­run­du. Na­stęp­nie się­gnął po ku­szę z kom­po­zy­tu i wy­strze­lił lin­kę, ce­lu­jąc w słup elek­trycz­ny za środ­ko­wym po­jaz­dem. Po­cią­gnął, żeby spraw­dzić, czy się pew­nie trzy­ma. Krzy­ki sta­wa­ły się co­raz gło­śniej­sze. Re­be­lian­ci byli pię­tro ni­żej.

Pierw­szy trans­por­ter skrę­cił w jego stro­nę, pró­bu­jąc ob­je­chać ogrom­ne bry­ły be­to­nu, gra­ni­tu i ma­ka­da­mu od­rzu­co­ne siłą wy­bu­chu. Za­bój­ca do­strzegł sła­by błysk dwóch płyt szkła two­rzą­cych przed­nią szy­bę. Był to je­den z pro­ble­mów, z któ­ry­mi Ro­sja­nie nie zdo­ła­li so­bie po­ra­dzić: ku­lo­od­por­na szy­ba była tak cięż­ka, że trze­ba było ją umie­ścić w dwóch ra­mach. Je­dy­nym czu­łym punk­tem trans­por­te­ra był cien­ki pa­sek me­ta­lu łą­czą­cy obie pły­ty.

Chwy­cił so­lid­ne me­ta­lo­we kół­ko uprzę­ży i przy­piął się do na­prę­żo­nej liny. Re­be­lian­ci wpa­dli na dach i sta­nę­li w od­le­gło­ści trzy­dzie­stu me­trów od nie­go. Do­strze­gł­szy za­bój­cę, od­wró­ci­li się, żeby otwo­rzyć ogień. Ru­szy­li w jego stro­nę, po­ty­ka­jąc się o cien­ką me­ta­lo­wą lin­kę roz­cią­gnię­tą ni­sko nad po­wierzch­nią da­chu. Po­wie­trzem wstrzą­snę­ła ko­lej­na eks­plo­zja ła­dun­ku C4, któ­ry umie­ścił tam po­przed­niej nocy.

Nie obej­rzaw­szy się, żeby oce­nić znisz­cze­nia, za­bój­ca jesz­cze raz spraw­dził lin­kę, a na­stęp­nie sko­czył z da­chu. Ze­śli­zgnął się w dół, uno­sząc nogi tak, by kol­ce na bu­tach tra­fi­ły w spo­je­nie mię­dzy pły­ta­mi przed­niej szy­by. Te­raz wszyst­ko za­le­ża­ło od pręd­ko­ści i kąta ude­rze­nia. Gdy­by choć nie­znacz­nie chy­bił, szy­ba by wy­trzy­ma­ła, a on sam zła­mał­by nogę.

Siła ude­rze­nia spra­wi­ła, że za­drża­ły mu ko­la­na. Po­czuł szarp­nię­cie krę­go­słu­pa, gdy kol­ce z ty­ta­nu i ko­run­du prze­bi­ły spo­je­nie ni­czym me­ta­lo­wą pusz­kę, a po­zba­wio­ne pod­par­cia szy­by wgię­ły się do we­wnątrz. Wpadł do trans­por­te­ra, wbi­ja­jąc do środ­ka ku­lo­od­por­ne szkło. Ka­wa­łek ude­rzył kie­row­cę w szy­ję, nie­mal od­ci­na­jąc mu gło­wę. Za­bój­ca sko­czył w lewo. Ochro­nia­rza na przed­nim sie­dze­niu obry­zga­ła krew kie­row­cy. Się­gał po broń, ale na­past­nik ujął jego gło­wę w po­tęż­ne dło­nie i zła­mał kark, za­nim tam­ten zdą­żył wy­strze­lić.

Dwaj po­zo­sta­li, sie­dzą­cy na od­chy­la­nych fo­te­lach za kie­row­cą, za­czę­li strze­lać na oślep, lecz za­ma­cho­wiec za­sło­nił się cia­łem kie­row­cy, któ­re przy­ję­ło kule. Zza pro­wi­zo­rycz­nej osło­ny od­dał dwa strza­ły bro­nią ochro­nia­rza, tra­fia­jąc w czo­ła obu jego ko­le­gów.

Po­zo­stał mu je­dy­nie Cha­lid Mu­rat. Przy­wód­ca Cze­cze­nów otwo­rzył drzwi kop­nia­kiem i wy­krzy­ki­wał coś wście­kle do swo­ich lu­dzi. Za­bój­ca rzu­cił się na nie­go, po­wa­la­jąc po­tęż­ne­go męż­czy­znę, jak­by był szczu­rem wod­nym. Mu­rat ugryzł go z ca­łej siły, nie­mal po­zba­wia­jąc ucha, lecz nie zro­bi­ło to na nim wra­że­nia. Spo­koj­nie i me­to­dycz­nie, nie­mal ra­do­śnie, oplótł szy­ję cze­czeń­skie­go wa­taż­ki i pa­trząc mu w oczy, we­pchnął kciuk w chrząst­kę pier­ście­nio­wa­tą dol­nej czę­ści krta­ni. Gar­dło Mu­ra­ta wy­peł­ni­ła krew, du­sząc go i po­zba­wia­jąc siły. Za­trze­po­tał rę­ka­mi, tłu­kąc za­bój­cę po twa­rzy i gło­wie. Na próż­no. To­nął we wła­snej krwi. Po chwi­li płyn wy­peł­nił jego płu­ca, a od­dech stał się cięż­ki i ury­wa­ny. W koń­cu zwy­mio­to­wał czer­wo­ną po­so­ką, a oczy prze­krę­ci­ły mu się w oczo­do­łach.

Opu­ściw­szy bez­wład­ne cia­ło, za­bój­ca prze­lazł na przed­nie sie­dze­nie, wy­rzu­ca­jąc drzwia­mi zwło­ki kie­row­cy. Włą­czył bieg i na­ci­snął pe­dał gazu, za­nim któ­ryś z oca­la­łych re­be­lian­tów zdą­żył za­re­ago­wać. Trans­por­ter ru­szył na­przód ni­czym wy­ści­go­wy koń wy­pusz­czo­ny z bram­ki, pod­ska­ku­jąc na gru­zie i as­fal­cie. Chwi­lę póź­niej znik­nął Cze­cze­nom z oczu, wjeż­dża­jąc w lej po eks­plo­zji.

Zna­la­zł­szy się pod zie­mią, za­bój­ca włą­czył wyż­szy bieg, kie­ru­jąc po­jazd w wą­ski ka­nał bu­rzo­wy po­sze­rzo­ny przez Ro­sjan, któ­rzy za­mie­rza­li go wy­ko­rzy­stać do prze­pro­wa­dze­nia za­ska­ku­ją­ce­go ata­ku na po­zy­cje re­be­lian­tów. Po­sy­pa­ły się iskry, gdy pan­cer­ne osło­ny otar­ły się o za­krzy­wio­ne be­to­no­we ścia­ny. Mimo to był bez­piecz­ny. Za­koń­czył re­ali­za­cję swo­je­go pla­nu, tak jak go roz­po­czął: z ze­gar­mi­strzow­ską pre­cy­zją.

• • •

Po pół­no­cy ciem­ne chmu­ry od­pły­nę­ły. Cięż­kie od pyłu po­wie­trze ustą­pi­ło miej­sca czer­wo­na­wej po­świa­cie, któ­rej peł­ga­ją­ce świa­tło raz po raz prze­ry­wa­ły tlą­ce się pło­mie­nie.

Po­środ­ku sta­lo­we­go mo­stu sta­li dwaj męż­czyź­ni. W dole, środ­kiem rze­ki, prze­su­wa­ły się zwę­glo­ne szcząt­ki tej nie­ma­ją­cej koń­ca woj­ny.

– Za­da­nie wy­ko­na­ne – po­wie­dział pierw­szy. – Cha­lid Mu­rat zo­stał usu­nię­ty w spo­sób, któ­ry od­bi­je się gło­śnym echem.

– Nie spo­dzie­wa­łem się ni­cze­go in­ne­go, Cha­nie – od­rzekł dru­gi. – Swo­ją do­sko­na­łą re­pu­ta­cję w du­żym stop­niu za­wdzię­czasz za­da­niom, któ­re ci zle­ci­łem. – Męż­czy­zna był wyż­szy od za­bój­cy o do­bre dzie­sięć cen­ty­me­trów. Sze­ro­ki w ra­mio­nach, o dłu­gich no­gach. Je­dy­ną rze­czą, któ­ra psu­ła jego wy­gląd, była dziw­nie szkli­sta i po­zba­wio­na wło­sów skó­ra z le­wej stro­ny twa­rzy i szyi. Wi­dać było, że jest uro­dzo­nym przy­wód­cą i że le­piej z nim nie za­dzie­rać. Spra­wiał wra­że­nie czło­wie­ka, któ­ry czu­je się rów­nie swo­bod­nie na wiel­kich sa­lo­nach wła­dzy i w świe­tle re­flek­to­rów, jak i w ciem­nych za­uł­kach ro­ją­cych się od ban­dy­tów.

Chan nadal my­ślał o tym, co zo­ba­czył w oczach ko­na­ją­ce­go Mu­ra­ta. Każ­dy umie­ra­ją­cy pa­trzył in­a­czej. Chan wie­dział, że tak musi być, bo ży­cie każ­dej ofia­ry było wy­jąt­ko­we, a cho­ciaż wszy­scy zgrze­szy­li, znisz­cze­nia wy­wo­ła­ne grze­chem spra­wia­ły, że róż­ni­li się je­den od dru­gie­go ni­czym nie­po­wta­rzal­ne płat­ki śnie­gu. Co kry­ło się w oczach umie­ra­ją­ce­go Mu­ra­ta? Nie był to lęk. Do­strzegł w nich ra­czej zdzi­wie­nie. Gniew i coś wię­cej, coś głęb­sze­go. Smu­tek, że nie zdo­łał do­pro­wa­dzić do koń­ca dzie­ła swo­je­go ży­cia. Po­my­ślał, że ana­li­za ostat­nie­go spoj­rze­nia za­wsze po­zo­sta­je nie­peł­na. Czy kry­ło się w nim prze­czu­cie zdra­dy? Czy Mu­rat wie­dział, kto zle­cił prze­pro­wa­dze­nie za­ma­chu?

Spoj­rzał na Stie­pa­na Spal­kę, któ­ry trzy­mał pę­ka­tą ko­per­tę z pie­niędz­mi.

– Two­ja za­pła­ta – po­wie­dział Spal­ko. – Plus pre­mia.

– Pre­mia? – Wzmian­ka o pie­nią­dzach przy­wró­ci­ła go do rze­czy­wi­sto­ści. – Nie było mowy o pre­mii.

Spal­ko wzru­szył ra­mio­na­mi. W czer­wo­na­wej po­świa­cie księ­ży­ca jego po­li­czek i szy­ja lśni­ły jak krwa­wa masa.

– Zli­kwi­do­wa­nie Cha­li­da Mu­ra­ta było dwu­dzie­stym pią­tym zle­ce­niem, któ­re dla mnie wy­ko­na­łeś. Je­śli chcesz, na­zwij to po­da­run­kiem z oka­zji okrą­głej rocz­ni­cy.

– Jest pan nie­zwy­kle szczo­dry, pa­nie Spal­ko. – Chan we­tknął ko­per­tę do kie­sze­ni, nie za­glą­da­jąc do środ­ka. Gdy­by to zro­bił, oka­zał­by złe ma­nie­ry.

– Pro­si­łem, że­byś mó­wił mi Stie­pan. Ja zwra­cam się do cie­bie Chan.

– To co in­ne­go.

– Jak to?

Chan stał w mil­cze­niu, chło­nąc ota­cza­ją­cą ich ci­szę. Ci­szę, któ­ra gro­ma­dzi­ła się w nim, czy­niąc go wyż­szym i szer­szym w ra­mio­nach.

– Nie mu­szę tego panu tłu­ma­czyć, pa­nie Spal­ko.

– Daj spo­kój. – Jego roz­mów­ca wy­ko­nał po­jed­naw­czy gest. – Nie je­ste­śmy ob­cy­mi ludź­mi. Mamy wspól­ne ta­jem­ni­ce bar­dzo in­tym­nej na­tu­ry.

Mil­cze­nie za­czę­ło na­ra­stać. Gdzieś na przed­mie­ściach Gro­zne­go wy­buch roz­świe­tlił noc. Do­le­cia­ła ich ka­no­na­da ręcz­nej bro­ni ma­szy­no­wej ni­czym dźwięk dzie­cin­nych pe­tard.

W koń­cu Chan się ode­zwał:

– W dżun­gli na­uczy­łem się dwóch rze­czy, od któ­rych za­le­ży ży­cie i śmierć. Po pierw­sze, na­le­ży po­le­gać wy­łącz­nie na so­bie. Po dru­gie, trze­ba prze­strze­gać naj­drob­niej­szych kon­we­nan­sów, bo zna­jo­mość wła­sne­go miej­sca w świe­cie jest je­dy­ną rze­czą, któ­ra od­róż­nia na­sze po­stę­po­wa­nie od anar­chii pa­nu­ją­cej w dzi­czy.

Spal­ko ob­ser­wo­wał go dłuż­szą chwi­lę. W oczach Cha­na od­bi­ja­ło się nie­spo­koj­ne mi­go­ta­nie po­ża­rów, na­da­jąc mu dzi­ki wy­gląd. Wy­obra­ził go so­bie w dżun­gli jako ofia­rę nie­do­stat­ku, chci­wo­ści i wy­uz­da­nej żą­dzy krwi. Azja Po­łu­dnio­wo-Wschod­nia była od­ręb­nym świa­tem. Bar­ba­rzyń­skim, mo­ro­wym ob­sza­rem, na któ­rym obo­wią­zy­wa­ły spe­cy­ficz­ne pra­wa. Chan nie tyl­ko prze­żył, ale tak­że świet­nie so­bie po­ra­dził, co Spal­kę za­wsze in­try­go­wa­ło.

– Wo­lał­bym, żeby łą­czy­ła nas re­la­cja przed­się­bior­ca–klient.

Chan po­krę­cił gło­wą.

– Śmierć ma cha­rak­te­ry­stycz­ną woń. Czu­ję ją od pana.

– A ja od cie­bie. – Na twarz Spal­ki wkradł się po­wol­ny uśmiech. – Za­tem zga­dzasz się, że łą­czy nas coś szcze­gól­ne­go.

– Je­ste­śmy ludź­mi wie­lu se­kre­tów, czyż nie? – skwi­to­wał Chan.

– I kul­tu śmier­ci. Obaj ro­zu­mie­my jej moc. – Spal­ko ski­nął po­ta­ku­ją­co gło­wą. – Mam to, o co pro­si­łeś. – Wy­cią­gnął czar­ną tecz­kę.

Chan spoj­rzał mu w oczy. Po­zor­na życz­li­wość Spal­ki za­bar­wio­na była pro­tek­cjo­nal­no­ścią, któ­rą Chan uwa­żał za nie­zno­śną. Z uśmie­chem przy­jął ob­ra­zę, ukry­wa­jąc wście­kłość za nie­prze­nik­nio­ną ma­ską twa­rzy. Na­uczył się tego daw­no temu. W dżun­gli ode­brał tak­że inną lek­cję: po­dej­mo­wa­nie dzia­łań pod wpły­wem chwi­li, a czę­sto sil­nych emo­cji, zwy­kle pro­wa­dzi­ło do błę­dów, któ­rych nie dało się na­pra­wić. Cier­pli­we ocze­ki­wa­nie, aż sil­ne emo­cje opad­ną, było klu­czem do sku­tecz­nej ze­msty. Wziął tecz­kę i otwo­rzył do­ssier. W środ­ku zna­lazł po­je­dyn­czą kart­kę cien­kie­go pa­pie­ru z trze­ma krót­ki­mi aka­pi­ta­mi wy­dru­ko­wa­ny­mi gę­stą czcion­ką oraz zdję­ciem przy­stoj­ne­go męż­czy­zny. Po­ni­żej fo­to­gra­fii wid­nia­ło na­zwi­sko: Da­vid Webb.

– To wszyst­ko?

– Dane ze­bra­no z wie­lu źró­deł. – Gład­ka od­po­wiedź Spal­ki upew­ni­ła Cha­na, że tam­ten wcze­śniej ją prze­ćwi­czył.

– To on?

Spal­ko ski­nął gło­wą.

– Nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści.

– Przy­najm­niej do tej pory.

Są­dząc po roz­bły­skach wy­bu­chów, wy­mia­na ognia po­now­nie się wzmo­gła. Do­le­cia­ły ich sal­wy moź­dzie­rzy, któ­re wy­wo­ła­ły deszcz ognia. Księ­życ przy­brał jesz­cze głęb­szą czer­wo­ną bar­wę.

Chan zmru­żył oczy, nie­na­wist­nie za­ci­ska­jąc dłoń w pięść.

– Nig­dy nie zdo­ła­łem wpaść na jego ślad. Są­dzi­łem, że nie żyje.

– W pew­nym sen­sie jest mar­twy – od­parł Spal­ko.

• • •

Pa­trzył, jak Chan prze­cho­dzi na dru­gą stro­nę mo­stu.

Wy­cią­gnął pa­pie­ro­sa i za­pa­lił, wcią­ga­jąc dym w płu­ca i nie­chęt­nie go wy­pusz­cza­jąc. Kie­dy męż­czy­zna o azja­tyc­kich ry­sach twa­rzy znik­nął w mro­ku, Spal­ko się­gnął po ko­mór­kę i wpro­wa­dził za­gra­nicz­ny nu­mer.

– Otrzy­mał do­ssier – rzu­cił do te­le­fo­nu, gdy tyl­ko usły­szał głos po dru­giej stro­nie li­nii. – Wszyst­ko go­to­we?

– Tak, pro­szę pana.

– Świet­nie. Roz­pocz­niesz ope­ra­cję o pół­no­cy two­je­go cza­su.

Księ­ga pierw­sza

Roz­dział 1

Da­vid Webb, pro­fe­sor lin­gwi­sty­ki Uni­wer­sy­te­tu Geo­r­ge­town, ugi­nał się pod ster­tą prac se­me­stral­nych, któ­re trze­ba było oce­nić. Szedł za­tę­chły­mi tyl­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi ogrom­ne­go Au­dy­to­rium He­aly’ego do ga­bi­ne­tu The­odo­re’a Bar­to­na, dzie­ka­na wy­dzia­łu. Był spóź­nio­ny, dla­te­go wy­brał skrót, któ­ry od­krył daw­no temu – wą­skie, sła­bo oświe­tlo­ne przej­ście, o któ­rym wie­dzia­ło nie­wie­lu i rów­nie nie­wie­lu z nie­go ko­rzy­sta­ło.

Re­gu­lar­ne od­pły­wy i przy­pły­wy ży­cia aka­de­mic­kie­go wy­wie­ra­ły na nie­go zba­wien­ny wpływ. Czas w Geo­r­ge­town od­mie­rza­ły ko­lej­ne se­sje. Su­ro­wa zima, któ­ra na­de­szła tego roku, nie­chęt­nie ustą­pi­ła miej­sca nie­śmia­łej wio­śnie, by za­koń­czyć się skwa­rem i wil­go­cią to­wa­rzy­szą­cym koń­co­wym ty­go­dniom dru­gie­go se­me­stru. Ja­kaś cząst­ka Web­ba sprze­ci­wia­ła się spo­koj­ne­mu by­to­wa­niu, po­wra­ca­jąc my­śla­mi do po­przed­nie­go ży­cia w taj­nej służ­bie rzą­du Sta­nów Zjed­no­czo­nych i ka­żąc pod­trzy­my­wać kon­takt z daw­nym sze­fem, Ale­xan­drem Con­kli­nem.

Webb miał za­miar skrę­cić za róg, gdy usły­szał ostre gło­sy i szy­der­czy śmiech. Na ścia­nie mi­gnę­ły zło­wro­gie cie­nie.

– Su­kin­sy­nu, do­sta­niesz taki wy­cisk, że ję­zyk ci wy­le­zie ty­łem gło­wy!

Bo­ur­ne rzu­cił trzy­ma­ne w ręku pa­pie­ry i sko­czył przed sie­bie. Za za­krę­tem uj­rzał trzech mło­dych Mu­rzy­nów z za­ka­sa­ny­mi rę­ka­wa­mi kur­tek, ota­cza­ją­cych groź­nym pół­ko­lem ja­kie­goś Azja­tę i przy­pie­ra­ją­cych go do ścia­ny. Czar­ni wy­glą­da­li agre­syw­nie: lek­ko ugi­na­jąc ko­la­na i roz­luź­nia­jąc ra­mio­na, przyj­mo­wa­li taką po­sta­wę, jak­by całe ich cia­ło za­mie­nia­ło się w zło­wro­gą broń od­bez­pie­czo­ną i go­to­wą do strza­łu. W mgnie­niu oka roz­po­znał, że ich ofia­rą jest Rong­sey Siv, jego ulu­bio­ny stu­dent.

– Do kur­wy nę­dzy! – wark­nął je­den z na­past­ni­ków o znisz­czo­nej twa­rzy i zu­chwa­łym, bun­tow­ni­czym spoj­rze­niu. – Przy­nie­śli­śmy to­war, żeby wy­mie­nić go na bły­skot­ki!

– Nig­dy nie mamy ich do­syć! – do­dał dru­gi z or­łem wy­ta­tu­owa­nym na po­licz­ku, ob­ra­ca­jąc na pal­cu ogrom­ny to­por­ny zło­ty sy­gnet. – Wiesz, o ja­kie bły­skot­ki nam cho­dzi, śmie­ciu?!

– Tak, śmie­ciu! – przy­tak­nął pierw­szy, spo­glą­da­jąc groź­nie na ofia­rę. – Wy­glą­dasz, jak­byś gów­no wie­dział!

– Chce nas po­wstrzy­mać – za­uwa­żył ten z wy­ta­tu­owa­nym po­licz­kiem, po­chy­la­jąc się nad Rong­sey­em. – No, gnoj­ku? Co chcesz zro­bić? Użyć pie­przo­ne­go kung-sru, żeby nas za­ła­twić?

Za­re­cho­ta­li ha­ła­śli­wie, pa­ro­diu­jąc cio­sy wschod­nich sztuk wal­ki i mie­rząc w Rong­seya, któ­ry sku­lił się jesz­cze bar­dziej przy ścia­nie.

Trze­ci Mu­rzyn o po­kaź­nych mię­śniach, naj­ro­ślej­szy z na­past­ni­ków, wy­cią­gnął kij ba­se­bal­lo­wy zza ob­szer­nej poły dłu­gie­go płasz­cza.

– No, da­waj! Wy­cią­gnij ręce, gnoj­ku! Po­ła­mie­my ci wszyst­kie knyk­cie! – Ude­rzył ki­jem zło­żo­ną w ku­bek dłoń. – Chcesz, że­by­śmy to zro­bi­li za jed­nym za­ma­chem czy kost­ka po ko­st­ce?

– Daj spo­kój! – prze­rwał mu kom­pan o znisz­czo­nej twa­rzy. – Gość nie ma wy­bo­ru! – Się­gnął po wła­sny kij i ru­szył groź­nie w stro­nę Rong­seya.

Webb wkro­czył do ak­cji, gdy na­past­nik przy­mie­rzał się do cio­su. Po­ja­wił się tak bez­sze­lest­nie, a tam­ci byli tak po­chło­nię­ci my­ślą o ska­to­wa­niu Rong­seya, że za­uwa­ży­li jego obec­ność do­pie­ro wów­czas, gdy ich do­padł.

Chwy­cił kij Mu­rzy­na o wy­mi­ze­ro­wa­nej gę­bie, za­nim spadł na gło­wę Rong­seya. Fa­cet z wy­ta­tu­owa­nym po­licz­kiem, sto­ją­cy z pra­wej stro­ny Web­ba, blu­znął prze­kleń­stwa­mi i za­mach­nął się pię­ścią, któ­ra bły­snę­ła sy­gne­ta­mi o ostrych kra­wę­dziach, mie­rząc w że­bra prze­ciw­ni­ka.

W mgnie­niu oka z ukry­te­go mrocz­ne­go miej­sca w gło­wie Web­ba wy­ło­nił się Bo­ur­ne, przej­mu­jąc nad nim kon­tro­lę. Od­pa­ro­wał bi­cep­sem cios, jed­no­cze­śnie ro­biąc krok do przo­du i ude­rza­jąc łok­ciem w mo­stek na­past­ni­ka. Męż­czy­zna upadł, chwy­ta­jąc się za klat­kę pier­sio­wą.

Trze­ci zbir, więk­szy od swo­ich kom­pa­nów, za­klął pod no­sem, od­rzu­cił kij i wy­cią­gnął nóż sprę­ży­no­wy. Rzu­cił się na Web­ba, któ­ry ru­szył do ata­ku, wy­mie­rza­jąc krót­kie, moc­ne ude­rze­nie w we­wnętrz­ną stro­nę nad­garst­ka na­past­ni­ka. Nóż upadł na po­sadz­kę i od­le­ciał. Webb wsu­nął lewą nogę pod kost­kę tam­te­go i uniósł ją w górę. Ro­sły zbir ru­nął na ple­cy, prze­krę­cił się na brzuch i za­czął co­fać.

Bo­ur­ne wy­rwał kij ba­se­bal­lo­wy z łap­ska tego ze znisz­czo­ną twa­rzą.

– Pie­przo­ny gli­na! – jęk­nął zbir. Nie­na­tu­ral­nie roz­sze­rzo­ne i roz­bie­ga­ne źre­ni­ce su­ge­ro­wa­ły, że jest na ja­kichś pro­chach. Wy­cią­gnął broń – ta­nią splu­wę, bo­ha­ter­kę so­bot­nich nocy – i wy­ce­lo­wał w Web­ba.

Webb za­mie­rzył się ki­jem ze śmier­tel­ną pre­cy­zją i ude­rzył ło­tra mię­dzy oczy. Fa­cet za­to­czył się do tyłu i stęk­nął, a splu­wa wy­ko­na­ła sze­ro­ki łuk w po­wie­trzu.

W tym mo­men­cie zza rogu wy­pa­dła dwój­ka uni­wer­sy­tec­kich ochro­nia­rzy za­alar­mo­wa­nych od­gło­sa­mi bój­ki. Prze­bie­gli obok Web­ba, na­cie­ra­jąc na oprysz­ków, któ­rzy rzu­ci­li się do uciecz­ki, nie pa­trząc za sie­bie. Dwóch mniej po­szko­do­wa­nych wle­kło kum­pla o znisz­czo­nej twa­rzy. Wy­pa­dli tyl­ny­mi drzwia­mi na ja­sne po­po­łu­dnio­we słoń­ce, czu­jąc na ple­cach od­dech ochro­nia­rzy.

Mimo in­ter­wen­cji ochro­ny Webb był go­tów ulec pra­gnie­niu Bo­ur­ne’a i rzu­cić się w po­ścig za na­past­ni­ka­mi. Jak­że ła­two Bo­ur­ne bu­dził się z psy­chicz­nej drzem­ki, jak ła­two przej­mo­wał nad nim kon­tro­lę. Może dla­te­go, że tego pra­gnął? Webb wziął głę­bo­ki od­dech, za­pa­no­wał nad sobą i spoj­rzał na Rong­seya Siva.

– Pro­fe­sor Webb! – krzyk­nął chło­pak, pró­bu­jąc od­zy­skać głos. – Nie wie­dzia­łem… – Na­gle zo­rien­to­wał się, że nie wie, co po­wie­dzieć. Wy­trzesz­czył duże ciem­ne oczy za szkła­mi oku­la­rów. Na jego twa­rzy ma­lo­wał się jak zwy­kle spo­kój, ale w oczach chło­pa­ka Webb do­strzegł cały lęk tego świa­ta.

– Już do­brze – mruk­nął, ota­cza­jąc Rong­seya ra­mie­niem. Nad pro­fe­sor­skim dy­stan­sem wzię­ła górę sym­pa­tia do uchodź­cy z Kam­bo­dży. Nie mógł na to nic po­ra­dzić. Rong­sey mu­siał sta­wić czo­ło wie­lu prze­ciw­no­ściom – pod­czas woj­ny stra­cił nie­mal całą ro­dzi­nę. Rong­sey i Webb prze­by­wa­li w tej sa­mej dżun­gli po­łu­dnio­wo-wschod­niej Azji i choć Webb pró­bo­wał, jak mógł, nie zdo­łał się uwol­nić od wspo­mnień tam­te­go skwar­ne­go i wil­got­ne­go świa­ta. Od wspo­mnień, któ­re do­ku­cza­ły mu jak po­wra­ca­ją­ca go­rącz­ka. Prze­szedł go dreszcz, jak­by przy­śnił mu się sen na ja­wie.

– Loak sok­sap­ba­ee chea tay? Wszyst­ko w po­rząd­ku? – spy­tał w ję­zy­ku Khme­rów.

– Nic mi nie jest, pro­fe­so­rze – od­po­wie­dział Rong­sey w tym sa­mym na­rze­czu. – Nie wie­dzia­łem… To zna­czy, skąd pan…?

– Wyjdź­my na ze­wnątrz – za­pro­po­no­wał Webb. Wie­dział, że spóź­ni się na spo­tka­nie z Bar­to­nem, lecz było mu to obo­jęt­ne. Pod­niósł nóż sprę­ży­no­wy i pi­sto­let. Kie­dy spraw­dzał me­cha­nizm bro­ni, odła­ma­ła się igli­ca. Ci­snął bez­u­ży­tecz­ną splu­wę do śmiet­nicz­ki, ale nóż wsu­nął do kie­sze­ni.

Za za­krę­tem ko­ry­ta­rza Rong­sey po­mógł mu ze­brać roz­rzu­co­ne pra­ce stu­den­tów. Kie­dy skoń­czy­li, ru­szy­li w mil­cze­niu bocz­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi, któ­re sta­wa­ły się co­raz bar­dziej za­tło­czo­ne, w mia­rę jak zbli­ża­li się do fron­to­wej czę­ści bu­dyn­ku. Webb znał ten spe­cy­ficz­ny ro­dzaj mil­cze­nia. Po bru­tal­nym zaj­ściu mu­siał mi­nąć pe­wien wy­peł­nio­ny na­pię­ciem czas, by czło­wiek zdo­łał po­wró­cić do rów­no­wa­gi. Naj­bar­dziej dziw­ne i nie­po­ko­ją­ce było to, że do in­cy­den­tu do­szło na te­re­nie gwar­ne­go kam­pu­su w środ­ku mia­sta.

Wy­szli z ko­ry­ta­rza i wmie­sza­li się w tłum stu­den­tów tło­czą­cych się w drzwiach Au­dy­to­rium He­aly’ego. Na po­sadz­ce w cen­tral­nej czę­ści holu lśnił ota­cza­ny czcią herb Uni­wer­sy­te­tu Geo­r­ge­town. Więk­szość stu­den­tów omi­ja­ła go sze­ro­kim łu­kiem, bo le­gen­da gło­si­ła, że ten, kto na nie­go na­dep­nie, nig­dy nie ukoń­czy stu­diów. Rong­sey za­cho­wał się tak, jak­by rów­nież wie­rzył w ten prze­sąd, ale Webb bez naj­mniej­sze­go wa­ha­nia prze­szedł po go­dle uczel­ni.

Wy­szli na ze­wnątrz i sta­nę­li w ja­snym wio­sen­nym słoń­cu, przy­glą­da­jąc się drze­wom i Old Qu­an­dran­gle, sta­re­mu czwo­ro­kąt­ne­mu dzie­dziń­co­wi, wdy­cha­jąc woń świe­żych kwia­tów. Z tyłu wzno­si­ło się ogrom­ne Au­dy­to­rium He­aly’ego z im­po­nu­ją­cą gre­go­riań­ską fa­sa­dą z czer­wo­nej ce­gły, dzie­więt­na­sto­wiecz­ny­mi man­sar­do­wy­mi okna­mi, da­chem kry­tym łup­kiem i cen­tral­ną wie­żą ze­ga­ro­wą zwień­czo­ną igli­cą.

Khmer zwró­cił się do Web­ba.

– Dzię­ku­ję, pa­nie pro­fe­so­rze. Gdy­by nie pan…

– Chcesz o tym po­ga­dać, Rong­sey? – spy­tał de­li­kat­nie Webb.

Oczy stu­den­ta były mrocz­ne i nie­prze­nik­nio­ne.

– O czym tu ga­dać?

– To za­le­ży od cie­bie.

Rong­sey wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Dam so­bie radę, pro­fe­so­rze Webb. Na­praw­dę. Nie pierw­szy raz mnie zwy­my­śla­li.

Webb przy­glą­dał mu się chwi­lę. Na­gle ogar­nę­ła go fala emo­cji, nie­mal wy­ci­ska­jąc łzy z oczu. Pra­gnął ob­jąć ra­mie­niem i przy­tu­lić tego chło­pa­ka, obie­cać, że już nig­dy nie spo­tka go nic złe­go. Zda­wał so­bie jed­nak spra­wę, że bud­dyj­skie wy­cho­wa­nie Khme­ra nie po­zwo­li mu przy­jąć ta­kie­go ge­stu. Kto wie, co się dzia­ło za tą przy­po­mi­na­ją­cą twier­dzę fa­sa­dą? Webb spo­tkał wie­lu ta­kich jak Rong­sey, zmu­szo­nych przez woj­nę i kul­tu­ro­wo uwa­run­ko­wa­ną nie­na­wiść do tego, by byli świad­ka­mi śmier­ci, upad­ku cy­wi­li­za­cji i tra­ge­dii z ro­dza­ju tych, któ­rych więk­szość Ame­ry­ka­nów nig­dy nie zdo­ła po­jąć. Czuł sil­ne po­kre­wień­stwo z Rong­sey­em, emo­cjo­nal­ną więź za­bar­wio­ną ogrom­nym smut­kiem, świa­do­mo­ścią, że rany, któ­re nosi w swo­im wnę­trzu, nig­dy do koń­ca się nie za­go­ją.

Obaj mie­li świa­do­mość tych nie­na­zwa­nych, mil­czą­co za­ak­cep­to­wa­nych uczuć. Z lek­kim, nie­mal smut­nym uśmie­chem Rong­sey jesz­cze raz ofi­cjal­nie po­dzię­ko­wał Web­bo­wi i tak się roz­sta­li.

• • •

Webb stał sa­mot­nie w tłu­mie mi­ja­ją­cych go w po­śpie­chu stu­den­tów i pro­fe­so­rów, wie­dząc, że tak na­praw­dę nig­dy nie bę­dzie sam. Mimo szcze­rych wy­sił­ków agre­syw­na oso­bo­wość Ja­so­na Bo­ur­ne’a po­now­nie dała o so­bie znać. Od­dy­chał wol­no i głę­bo­ko, pró­bu­jąc się skon­cen­tro­wać przy uży­ciu tech­nik, któ­rych na­uczył go za­przy­jaź­nio­ny psy­chia­tra, Mo Pa­nov, by stłu­mić sta­rą toż­sa­mość Bo­ur­ne’a. Naj­pierw sku­pił uwa­gę na bez­po­śred­nim oto­cze­niu – błę­kit­nych i zło­ci­stych od­cie­niach wio­sen­ne­go po­po­łu­dnia, sza­rych ka­mie­niach i czer­wo­nej ce­gle, z któ­rej wznie­sio­no bu­dyn­ki wo­kół czwo­ro­kąt­ne­go pla­cu, na prze­cho­dzą­cych obok stu­den­tach, we­so­łych twa­rzach dziew­cząt, śmie­chu chłop­ców i po­waż­nych roz­mo­wach pro­fe­so­rów. Chło­nął każ­dy szcze­gół, za­ko­twi­cza­jąc się w cza­sie i prze­strze­ni. Do­pie­ro gdy mu się to uda­ło, skon­cen­tro­wał się na swo­im wnę­trzu.

Wie­le lat temu pra­co­wał w służ­bie za­gra­nicz­nej w Phnom Penh. Jego żoną była wów­czas nie Ma­rie, ale Taj­ka o imie­niu Dao. Mie­li dwo­je dzie­ci, Jo­shuę i Alys­sę. Miesz­ka­li w domu nad brze­giem rze­ki. Ame­ry­ka pro­wa­dzi­ła wte­dy woj­nę z Wiet­na­mem Pół­noc­nym, ale dzia­ła­nia prze­nio­sły się tak­że na te­ren Kam­bo­dży. Pew­ne­go po­po­łu­dnia, kie­dy był w pra­cy, a jego ro­dzi­na ką­pa­ła się w rze­ce, ostrze­lał ich sa­mo­lot, za­bi­ja­jąc wszyst­kich.

Webb nie­mal osza­lał z bólu. Uciekł ze swo­je­go domu i Phnom Penh, prze­no­sząc się do Saj­go­nu jako męż­czy­zna bez prze­szło­ści i przy­szło­ści. Alex Con­klin zna­lazł przy­bi­te­go, nie­mal obłą­ka­ne­go Da­vi­da Web­ba na uli­cach Saj­go­nu i uczy­nił pierw­szo­rzęd­nym agen­tem spe­cjal­nym. W Saj­go­nie Webb na­uczył się za­bi­jać, ukie­run­ko­wu­jąc swo­ją wście­kłość na in­nych. Kie­dy oka­za­ło się, że je­den z człon­ków siat­ki Con­kli­na – wy­bu­cho­wy wiecz­ny włó­czę­ga Ja­son Bo­ur­ne – jest ob­cym szpie­giem, to Webb wy­ko­nał eg­ze­ku­cję. Cho­ciaż póź­niej znie­na­wi­dził tę toż­sa­mość, czę­sto się z nią iden­ty­fi­ko­wał. Ja­son Bo­ur­ne oca­lił ży­cie Web­bo­wi wię­cej razy, niż ten po­tra­fił zli­czyć. Za­baw­na myśl, gdy­by nie na­le­ża­ło jej ro­zu­mieć tak do­słow­nie.

Wie­le lat póź­niej, kie­dy obaj wró­ci­li do Wa­szyng­to­nu, Con­klin zle­cił mu dłu­go­fa­lo­we za­da­nie. Zo­stał uśpio­nym agen­tem, przyj­mu­jąc na­zwi­sko Ja­so­na Bo­ur­ne’a, czło­wie­ka, któ­ry od daw­na nie żył, o któ­rym wszy­scy za­po­mnie­li. Przez trzy lata, gdy Webb od­gry­wał rolę Bo­ur­ne’a, stał się zna­nym mię­dzy­na­ro­do­wym za­bój­cą, żeby wy­tro­pić nie­uchwyt­ne­go ter­ro­ry­stę.

Nie­ste­ty, w Mar­sy­lii sy­tu­acja przy­bra­ła zły ob­rót. Zo­stał po­strze­lo­ny i wrzu­co­ny w ciem­ne od­mę­ty Mo­rza Śród­ziem­ne­go, gdy jego wro­go­wie uzna­li, że nie żyje. Jed­nak nie umarł, bo wy­cią­gnę­ła go z wody za­ło­ga ku­tra ry­bac­kie­go. Wy­ku­ro­wał go le­karz pi­jak, prak­ty­ku­ją­cy w por­to­wym mie­ście, gdzie wy­sa­dzi­li go na ląd. Je­dy­ny pro­blem po­le­gał na tym, że w sta­nie sil­ne­go szo­ku, ba­lan­su­jąc na gra­ni­cy ży­cia i śmier­ci, utra­cił pa­mięć. A gdy za­czął ją od­zy­ski­wać, wró­ci­ły wspo­mnie­nia Bo­ur­ne’a. Do­pie­ro póź­niej od­krył praw­dę, z po­mo­cą Ma­rie, swo­jej przy­szłej żony. Przy­po­mniał so­bie, że na­zy­wał się Da­vid Webb. Jed­nak w tym cza­sie toż­sa­mość Ja­so­na Bo­ur­ne’a za­pu­ści­ła już głę­bo­kie ko­rze­nie, sta­ła się zbyt po­tęż­na i prze­bie­gła, by umrzeć.

W ten spo­sób był jed­no­cze­śnie dwie­ma oso­ba­mi: Da­vi­dem Web­bem, pro­fe­so­rem lin­gwi­sty­ki z nową żoną i dwój­ką dzie­ci, oraz Ja­so­nem Bo­ur­ne’em, nie­zwy­kle sku­tecz­nym szpie­giem wy­szko­lo­nym przez Ale­xa Con­kli­na. Cza­sa­mi, w sy­tu­acjach kry­zy­so­wych, Con­klin ko­rzy­stał z umie­jęt­no­ści Bo­ur­ne’a, choć Webb nie­chęt­nie zgła­szał się na służ­bę. Praw­da była jed­nak taka, że Webb miał nie­wiel­ką kon­tro­lę nad toż­sa­mo­ścią Bo­ur­ne’a. Naj­lep­szym do­wo­dem to, co sta­ło się przed chwi­lą z Rong­sey­em i trze­ma zbi­ra­mi, któ­rzy na nie­go na­pa­dli. Bo­ur­ne umiał dać znać o swo­im ist­nie­niu w spo­sób, na któ­ry Webb nie miał naj­mniej­sze­go wpły­wu, mimo pra­cy, któ­rą wy­ko­na­li ra­zem z Pa­no­vem.

• • •

Chan ob­ser­wo­wał Da­vi­da Web­ba i kam­bo­dżań­skie­go stu­den­ta roz­ma­wia­ją­cych po dru­giej stro­nie dzie­dziń­ca. Wszedł do bu­dyn­ku znaj­du­ją­ce­go się po prze­kąt­nej Au­dy­to­rium He­aly’ego i do­stał się scho­da­mi na trze­cie pię­tro. Był ubra­ny jak inni stu­den­ci. Nie wy­glą­dał na swo­je dwa­dzie­ścia sie­dem lat, więc nie zwró­cił ni­czy­jej uwa­gi. Wło­żył spodnie kha­ki i dżin­so­wą kurt­kę, a na ra­mię za­rzu­cił przy­du­ży ple­cak. Jego te­ni­sów­ki nie wy­da­wa­ły żad­ne­go dźwię­ku, gdy szedł ko­ry­ta­rzem, mi­ja­jąc ko­lej­ne sale wy­kła­do­we. Przed ocza­mi miał wy­raź­ny ob­raz tego, co uj­rzał na dzie­dziń­cu. Od­mie­rzał kąty, ana­li­zo­wał układ drzew, któ­re mo­gły mu przy­sło­nić cel.

Sta­nął przed szó­sty­mi drzwia­mi, na­słu­chu­jąc do­la­tu­ją­ce­go ze środ­ka gło­su pro­fe­so­ra. Wy­kład z ety­ki wy­wo­łał iro­nicz­ny uśmiech na jego twa­rzy. Do­świad­cze­nie na­uczy­ło go, że ety­ka była rów­nie mar­twa jak ła­ci­na. Pod­szedł do ko­lej­nych drzwi, a gdy oka­za­ło się, że sala jest pu­sta, wszedł do środ­ka.

Szyb­ko za­mknął za sobą drzwi i prze­su­nął za­su­wę, a na­stęp­nie pod­szedł do rzę­du okien wy­cho­dzą­cych na dzie­dzi­niec. Otwo­rzył jed­no z nich i przy­stą­pił do pra­cy. Z ple­ca­ka wy­cią­gnął ka­ra­bin wy­bo­ro­wy Dra­gu­no­wa SWD 7,62 mi­li­me­tra z roz­kła­da­ną kol­bą. Za­ło­żył ce­low­nik optycz­ny i oparł broń na pa­ra­pe­cie. Spo­glą­da­jąc przez lu­ne­tę, wy­szu­kał Da­vi­da Web­ba. Tym ra­zem stał sa­mot­nie przed Au­dy­to­rium He­aly’ego. Na lewo znaj­do­wa­ły się drze­wa. Co chwi­la wi­dok za­sła­niał mu prze­cho­dzą­cy stu­dent. Chan wziął głę­bo­ki od­dech i wol­no wy­pu­ścił po­wie­trze, ce­lu­jąc w gło­wę Web­ba.

• • •

Webb po­ru­szył gło­wą, wciąż pró­bu­jąc strzą­snąć z sie­bie na­tręt­ne wspo­mnie­nia prze­szło­ści i sku­pić uwa­gę na bez­po­śred­nim oto­cze­niu. Ze­rwał się wiatr, li­ście drzew za­szu­mia­ły, ich czub­ki bły­snę­ły w pro­mie­niach słoń­ca. Sto­ją­ca w po­bli­żu dziew­czy­na przy­ci­snę­ła książ­ki do pier­si i ro­ze­śmia­ła się z usły­sza­ne­go dow­ci­pu. Z otwar­te­go okna do­la­ty­wa­ły dźwię­ki mu­zy­ki pop. Webb, któ­ry nadal za­sta­na­wiał się nad tym, co chciał­by po­wie­dzieć Rong­sey­owi, od­wró­cił się, żeby wejść na scho­dy Au­dy­to­rium He­aly’ego, gdy na­gle usły­szał stłu­mio­ny od­głos strza­łu. Za­re­ago­wał in­stynk­tow­nie, kry­jąc się w cęt­ko­wa­nym cie­niu drzew.

Ktoś do cie­bie strze­la! – krzyk­nął zna­jo­my głos Bo­ur­ne’a, wy­nu­rza­jąc się z głę­bin pod­świa­do­mo­ści. Ru­szaj! Cia­ło Web­ba drgnę­ło, gdy ko­lej­na wy­ci­szo­na tłu­mi­kiem kula odłu­pa­ła korę z pnia drze­wa obok jego twa­rzy.

Strze­lec wy­bo­ro­wy. Za­czął my­śleć jak Bo­ur­ne, kie­dy jego cia­ło sta­ło się ce­lem ata­ku.

Przed ocza­mi Webb miał sza­rą co­dzien­ność, ale tuż obok ist­nia­ła al­ter­na­tyw­na i jak­że od­mien­na rze­czy­wi­stość. W jego gło­wie ni­czym na­palm eks­plo­do­wał świat Ja­so­na Bo­ur­ne’a – świat pe­łen ta­jem­nic i se­kre­tów, spe­cjal­nych upraw­nień i śmier­tel­nych za­gro­żeń. W cią­gu jed­ne­go ude­rze­nia ser­ca zo­stał wy­dar­ty ze zwy­kłe­go by­to­wa­nia Da­vi­da Web­ba, od­dzie­lo­ny od wszyst­kie­go i wszyst­kich, któ­rych ko­chał. Na­wet przy­pad­ko­we spo­tka­nie z Rong­sey­em na­le­ża­ło te­raz do in­ne­go ży­cia. Cho­wa­jąc się za pniem, tak by snaj­per go nie do­strzegł, na­ma­cał pal­cem wska­zu­ją­cym ślad po kuli. Spoj­rzał w górę. Ja­son Bo­ur­ne prze­śle­dził tra­jek­to­rię lotu kuli, za­trzy­mu­jąc wzrok na jed­nym z okien trze­cie­go pię­tra w bu­dyn­ku po prze­kąt­nej dzie­dziń­ca.

Obok prze­cho­dzi­li stu­den­ci Geo­r­ge­town, roz­ma­wia­jąc, kłó­cąc się i pro­wa­dząc oży­wio­ne dys­ku­sje. Oczy­wi­ście, ni­cze­go nie za­uwa­ży­li, a gdy­by na­wet przy­pad­kiem coś usły­sze­li, obce dźwię­ki nie mia­ły­by dla nich żad­ne­go sen­su i zo­sta­ły­by szyb­ko za­po­mnia­ne. Wy­szedł zza osło­ny drzew i bły­ska­wicz­nie wmie­szał się w tłum stu­den­tów. Parł przed sie­bie, sta­ra­jąc się po­ru­szać w tem­pie prze­chod­niów. Byli te­raz jego tar­czą, osła­nia­jąc Web­ba przed wzro­kiem snaj­pe­ra.

Spra­wiał wra­że­nie na pół przy­tom­ne­go. Był jak lu­na­tyk, któ­ry mimo swo­je­go sta­nu wi­dzi i wy­czu­wa wszyst­ko z naj­wyż­szą in­ten­syw­no­ścią. Jego świa­do­mość prze­sy­ca­ła po­gar­da dla cy­wi­lów za­miesz­ku­ją­cych zwy­czaj­ny świat, tak­że dla Da­vi­da Web­ba.

• • •

Od­daw­szy dru­gi strzał, zi­ry­to­wa­ny Chan się­gnął po ple­cak. Taki stan du­cha był mu do tej pory nie­mal cał­ko­wi­cie obcy. Go­rącz­ko­wo my­ślał, oce­nia­jąc to, co się przed chwi­lą wy­da­rzy­ło. Za­miast spa­ni­ko­wać i ru­szyć jak prze­ra­żo­na owca do Au­dy­to­rium He­aly’ego, Webb ukrył się spo­koj­nie za drze­wa­mi, któ­re za­sła­nia­ły go przed wzro­kiem za­bój­cy. Już to było zu­peł­nie nie­praw­do­po­dob­ne, nie­pa­su­ją­ce do po­sta­ci opi­sa­nej w la­ko­nicz­nym do­ssier do­star­czo­nym przez Spal­kę. A na do­da­tek, wy­ko­rzy­stu­jąc ślad po kuli, Webb okre­ślił tra­jek­to­rię lotu. Te­raz, kry­jąc się za stu­den­ta­mi, zmie­rzał pro­sto do bu­dyn­ku, z któ­re­go strze­la­no. To nie­praw­do­po­dob­ne. Fa­cet ata­ko­wał, za­miast rzu­cić się do uciecz­ki.

Lek­ko zde­ner­wo­wa­ny nie­ocze­ki­wa­nym ob­ro­tem spraw, Chan po­spiesz­nie zło­żył ka­ra­bin i wsu­nął go do ple­ca­ka. Webb do­padł scho­dów. Bę­dzie na miej­scu w cią­gu kil­ku mi­nut.

• • •

Bo­ur­ne wy­nu­rzył się ze stru­mie­nia prze­chod­niów i wbiegł do bu­dyn­ku. Zna­la­zł­szy się w środ­ku, ru­szył scho­da­mi na trze­cie pię­tro. Skrę­cił w lewo. Siód­me drzwi z le­wej: sala wy­kła­do­wa. Ko­ry­tarz wy­peł­niał gwar stu­den­tów z ca­łe­go świa­ta – Afry­ka­nów, Azja­tów, La­ty­no­sów i Eu­ro­pej­czy­ków. Każ­da twarz, któ­ra mi­gnę­ła mu prze­lot­nie przed ocza­mi, zo­sta­ła za­re­je­stro­wa­na w pa­mię­ci Ja­so­na Bo­ur­ne’a.

Ci­chy szmer roz­mów prze­ry­wa­ły wy­bu­chy śmie­chu, jak­by chcia­ły za­dać kłam temu, że w po­bli­żu czai się śmier­tel­ne za­gro­że­nie. Zbli­żyw­szy się do drzwi, Bo­ur­ne wy­cią­gnął nie­daw­no skon­fi­sko­wa­ny nóż sprę­ży­no­wy, opla­ta­jąc go dło­nią tak, by ostrze wy­sta­wa­ło mię­dzy dru­gim i trze­cim pal­cem ni­czym szpi­ku­lec. Jed­nym płyn­nym ru­chem otwo­rzył drzwi, zwi­nął się jak kula i wto­czył do środ­ka. Za­trzy­mał się za cięż­kim dę­bo­wym biur­kiem w od­le­gło­ści trzech me­trów od drzwi. Uniósł ostrze, go­to­wy na wszyst­ko.

Pod­niósł się ostroż­nie. Spo­glą­da­ła na nie­go pu­sta sala wy­peł­nio­na je­dy­nie kre­do­wym py­łem i pla­ma­mi słoń­ca. Chwi­lę roz­glą­dał się wo­kół z roz­sze­rzo­ny­mi noz­drza­mi, jak­by wdy­chał woń snaj­pe­ra, re­kon­stru­ował jego po­stać z po­wie­trza. Pod­szedł do okien. Jed­no z nich było otwar­te. Czwar­te z le­wej. Sta­nął w nim, spo­glą­da­jąc w miej­sce mię­dzy drze­wa­mi, gdzie jesz­cze przed chwi­lą roz­ma­wiał z Rong­sey­em. Strze­lec przy­cza­ił się tu­taj. Bo­ur­ne wy­obra­ził so­bie, jak tam­ten opie­ra lufę o pa­ra­pet i zbli­ża oko do po­tęż­ne­go ce­low­ni­ka, mie­rząc w kie­run­ku prze­ciw­le­głe­go koń­ca dzie­dziń­ca. Gra świa­teł i cie­ni, na­gły wy­buch śmie­chu, wy­mia­na słów. Opie­ra pa­lec na spu­ście i na­ci­ska spo­koj­nym ru­chem. Paf! Paf! Je­den strzał, a po nim dru­gi.

Bo­ur­ne przyj­rzał się uważ­nie pa­ra­pe­to­wi, a na­stęp­nie pod­szedł do me­ta­lo­wej ryn­ny bie­gną­cej po­ni­żej ścia­ny z ta­bli­ca­mi i wziął w pal­ce szczyp­tę kre­do­we­go pyłu. Wró­ciw­szy do okna, de­li­kat­nie zdmuch­nął pro­szek na pa­ra­pet. Nie uka­zał się ani je­den od­cisk li­nii pa­pi­lar­nych. Ktoś wy­tarł całą po­wierzch­nię. Ukląkł i obej­rzał pod­ło­gę pod oknem. Nie zna­lazł ni­cze­go – żad­ne­go nie­do­pał­ka, wło­sa ani łu­ski po po­ci­sku. Skru­pu­lat­ny za­bój­ca znik­nął rów­nie spryt­nie, jak się po­ja­wił. Ser­ce Web­ba wa­li­ło, my­śli go­rącz­ko­wo wi­ro­wa­ły mu w gło­wie. Kto chciał go za­bić? Z pew­no­ścią nikt z jego obec­ne­go ży­cia. Naj­gor­szą rze­czą, jaka mu się ostat­nio przy­da­rzy­ła, była sprzecz­ka z Bo­bem Dra­kiem, dzie­ka­nem wy­dzia­łu ety­ki, któ­re­go upodo­ba­nie do roz­mów na te­mat wspo­mnia­nej dys­cy­pli­ny było ty­leż le­gen­dar­ne, co iry­tu­ją­ce. Nie, za­gro­że­nie po­cho­dzi­ło ze świa­ta Ja­so­na Bo­ur­ne’a. Jego prze­szłość kry­ła w so­bie wie­lu kan­dy­da­tów na za­bój­ców, tyl­ko ilu z nich zdo­ła­ło­by wy­śle­dzić Ja­so­na Bo­ur­ne’a prze­isto­czo­ne­go w Da­vi­da Web­ba? Wła­śnie to py­ta­nie naj­bar­dziej go mar­twi­ło. Cho­ciaż pra­gnął wró­cić do domu i po­roz­ma­wiać z Ma­rie, wie­dział, że je­dy­ną oso­bą, któ­ra po­sia­da wy­star­cza­ją­cą wie­dzę o mrocz­nym ży­ciu Bo­ur­ne’a i może mu po­móc, jest Alex Con­klin, czło­wiek, któ­ry ni­czym ilu­zjo­ni­sta stwo­rzył Bo­ur­ne’a, nie wie­dzieć skąd.

Pod­szedł do wi­szą­ce­go na ścia­nie te­le­fo­nu, pod­niósł słu­chaw­kę i wpro­wa­dził swój kod do­stę­pu. Kie­dy po­łą­czył się z mia­stem, wy­brał pry­wat­ny nu­mer Ale­xa Con­kli­na. Con­klin, któ­ry pra­co­wał obec­nie na pół eta­tu dla CIA, po­wi­nien być w domu. Nie­ste­ty, li­nia była za­ję­ta.

Mógł po­cze­kać, aż Alex skoń­czy roz­mo­wę – choć znał go i miał świa­do­mość, że po­trwa to co naj­mniej pół go­dzi­ny – albo po­je­chać do jego domu. Otwar­te okno jak­by z nie­go szy­dzi­ło. Wie­dzia­ło wię­cej niż on o tym, co tu za­szło.

Wy­szedł z sali i ru­szył w stro­nę scho­dów. Mi­mo­wol­nie lu­stro­wał twa­rze mi­ja­nych osób, pró­bu­jąc od­na­leźć ko­goś, kogo wi­dział, idąc do po­ko­ju.

Prze­biegł dzie­dzi­niec i do­tarł do sa­mo­cho­du sto­ją­ce­go na par­kin­gu. Miał za­miar otwo­rzyć drzwi, gdy na­gle się za­wa­hał. Prze­pro­wa­dził szyb­kie, lecz skru­pu­lat­ne oglę­dzi­ny i uznał, że nikt przy nim nie maj­stro­wał. Za­do­wo­lo­ny, usiadł za kół­kiem, uru­cho­mił sil­nik i wy­je­chał z kam­pu­su.

• • •

Alex Con­klin miesz­kał w wiej­skiej po­sia­dło­ści w Ma­nas­sas, w sta­nie Wir­gi­nia. Kie­dy Webb do­tarł do przed­mieść Geo­r­ge­town, nie­bo na­bra­ło głęb­szej bar­wy. Wo­kół pa­no­wał upior­ny spo­kój, jak­by mi­ja­na oko­li­ca wstrzy­ma­ła od­dech.

Tak jak wów­czas, gdy prze­ista­czał się w Bo­ur­ne’a, Webb jed­no­cze­śnie ko­chał i nie­na­wi­dził Con­kli­na. To on trzy­mał w ręku klu­cze do prze­szło­ści Bo­ur­ne’a. Mu­siał z nim po­mó­wić, bo Alex był je­dy­ną oso­bą, któ­ra mo­gła się do­my­ślić, jak ktoś tro­pią­cy Ja­so­na Bo­ur­ne’a zdo­łał do­trzeć do Da­vi­da Web­ba z Uni­wer­sy­te­tu Geo­r­ge­town.

Gdy wy­je­chał z mia­sta i zna­lazł się na te­re­nach wiej­skich, naj­pięk­niej­sza część dnia już mi­nę­ła. Nie­bo prze­sło­ni­ły gę­ste chmu­ry, a wiatr hu­lał po zie­lo­nych wzgó­rzach Wir­gi­nii. Do­dał gazu. Po­tęż­ny sil­nik ryk­nął i sa­mo­chód przy­spie­szył.

Ja­dąc krę­tą au­to­stra­dą, na­gle uświa­do­mił so­bie, że od mie­sią­ca nie wi­dział Mo Pa­no­va. Mor­ris był psy­cho­lo­giem pra­cu­ją­cym dla Agen­cji, po­le­co­nym mu przez Con­kli­na, któ­ry sta­rał się ule­czyć po­kie­re­szo­wa­ną psy­chi­kę Da­vi­da, raz na za­wsze stłu­mić toż­sa­mość Bo­ur­ne’a i po­móc mu od­zy­skać utra­co­ne wspo­mnie­nia. Dzię­ki tech­ni­kom Mo bu­dzi­ła się w nim pa­mięć wy­da­rzeń, któ­re uwa­żał za bez­pow­rot­nie stra­co­ne w stru­mie­niu świa­do­mo­ści. Była to jed­nak żmud­na i wy­czer­pu­ją­ca pra­ca. Prze­ry­wa­nie spo­tkań pod­czas eg­za­mi­nów se­me­stral­nych, gdy jego ży­cie na­bie­ra­ło sza­lo­ne­go tem­pa, uwa­żał za uspra­wie­dli­wio­ne.

Zje­chał z au­to­stra­dy i ru­szył na pół­noc­ny wschód dwu­pa­smo­wą as­fal­to­wą dro­gą. Cze­mu po­my­ślał o Pa­no­vie wła­śnie w tej chwi­li? Bo­ur­ne na­uczył się ufać swo­im zmy­słom i in­tu­icji. Po­ja­wia­ją­cy się ni stąd, ni zo­wąd Mo był swe­go ro­dza­ju dro­go­wska­zem. Z czym Pa­nov mu się obec­nie sko­ja­rzył? Ze wspo­mnie­nia­mi? Tak, ale z czym jesz­cze? Bo­ur­ne po­now­nie do­szedł do gło­su. Ostat­nim ra­zem on i Pa­nov roz­ma­wia­li o ci­szy. Mo wy­ja­śnił mu, że ci­sza jest uży­tecz­nym na­rzę­dziem w pra­cy nad pa­mię­cią. Umysł musi być sta­le czymś za­ję­ty, więc nie lubi ci­szy. Gdy­by uda­ło się uci­szyć świa­do­my umysł, utra­co­ne wspo­mnie­nia mo­gły­by się wy­nu­rzyć i wy­peł­nić wol­ną prze­strzeń. W po­rząd­ku, po­my­ślał Bo­ur­ne, ale cze­mu miał­bym my­śleć o ci­szy wła­śnie w tej chwi­li?

Od­krył to do­pie­ro wów­czas, gdy skrę­cił w dłu­gi ład­ny pod­jazd pro­wa­dzą­cy do domu Con­kli­na. Snaj­per zde­cy­do­wał się na tłu­mik, bo nie chciał, by ktoś go za­uwa­żył. Tłu­mik miał jed­nak pew­ne wady. W przy­pad­ku bro­ni da­le­kie­go za­się­gu jak ta, któ­rej użył za­bój­ca, w znacz­nym stop­niu ob­ni­żał cel­ność strza­łu. Fa­cet po­wi­nien był mie­rzyć w tu­łów Bo­ur­ne’a – więk­szy, a za­tem ła­twiej­szy do tra­fie­nia – ale wy­brał gło­wę. Nie była to ro­zum­na de­cy­zja, je­śli chciał go za­bić. Co in­ne­go, je­śli za­mie­rzał go je­dy­nie na­stra­szyć lub ostrzec. Nie­zna­ny strze­lec miał sil­ne ego, nie był jed­nak szpa­ne­rem. Nie po­zo­sta­wił żad­nych do­wo­dów swo­jej zręcz­no­ści. Mimo to re­ali­zo­wał kon­kret­ny cel, nie było co do tego wąt­pli­wo­ści.

Bo­ur­ne mi­nął dużą sta­rą sto­do­łę i kil­ka za­bu­do­wań go­spo­dar­czych, ma­ga­zy­nów i skła­dzi­ków. Jego oczom uka­za­ła się re­zy­den­cja. Wzno­si­ła się po­środ­ku wy­so­kich so­sen, brzóz i ce­drów – sta­rych drzew li­czą­cych oko­ło sześć­dzie­się­ciu lat, wy­prze­dza­ją­cych ka­mien­ny dom o bli­sko de­ka­dę. Po­sia­dłość na­le­ża­ła do nie­ży­ją­ce­go ge­ne­ra­ła za­an­ga­żo­wa­ne­go w taj­ne i ra­czej mało chwa­leb­ne ope­ra­cje. W re­zul­ta­cie re­zy­den­cja – a wła­ści­wie cała po­sia­dłość – była po­łą­czo­na sie­cią pod­ziem­nych tu­ne­li, wejść i wyjść. Bo­ur­ne do­my­ślał się, że Con­kli­na mu­sia­ło ba­wić miesz­ka­nie w miej­scu kry­ją­cym w so­bie tyle ta­jem­nic.

Kie­dy pod­je­chał do drzwi, uj­rzał nie tyl­ko bmw se­rii 7 Con­kli­na, ale tak­że sto­ją­ce­go obok ja­gu­ara Mo Pa­no­va. Stą­pa­jąc po wy­sy­pa­nej żwi­rem ścież­ce, na­gle po­czuł, że ulży­ło mu na ser­cu. W środ­ku było dwóch naj­lep­szych przy­ja­ciół, ja­kich miał, a na do­da­tek obaj byli w pew­nym sen­sie straż­ni­ka­mi jego prze­szło­ści. Wspól­nie roz­wią­żą tę za­gad­kę, jak roz­wią­za­li wcze­śniej inne. Ru­szył fron­to­wy­mi scho­da­mi i na­ci­snął dzwo­nek. Żad­nej od­po­wie­dzi. Przy­ło­żył ucho do po­le­ro­wa­nych te­ko­wych drzwi i usły­szał do­cho­dzą­ce z wnę­trza gło­sy. Po­ru­szył klam­ką i stwier­dził, że drzwi są otwar­te.

W jego gło­wie za­dźwię­czał alarm. Przez chwi­lę stał w pół­otwar­tych drzwiach, na­słu­chu­jąc dźwię­ków do­bie­ga­ją­cych z wnę­trza domu. To nic, że w tej oko­li­cy pra­wie nie sły­sza­no o prze­stęp­czo­ści. Daw­ne na­wy­ki nie umie­ra­ją. Nad­mier­nie wy­czu­lo­ne po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa na­ka­za­ło­by Con­kli­no­wi za­mknię­cie fron­to­wych drzwi, na­wet je­śli był w domu. Otwo­rzyw­szy sprę­ży­no­wiec, Bo­ur­ne wszedł do środ­ka, świa­do­my, że w domu może cza­ić się wróg – je­den z człon­ków ze­spo­łu wy­sła­ne­go z mi­sją jego li­kwi­da­cji.

Oświe­tlo­ny kan­de­la­bra­mi hol pro­wa­dził do sze­ro­kich drew­nia­nych scho­dów, a te – do otwar­tej ga­le­rii bie­gną­cej na ca­łej sze­ro­ko­ści foy­er. Z pra­wej stro­ny znaj­do­wał się sa­lon, z le­wej – sala te­le­wi­zyj­na z bar­kiem i głę­bo­ki­mi skó­rza­ny­mi ka­na­pa­mi w mę­skim sty­lu. Za nią było mniej­sze po­miesz­cze­nie, któ­re Alex prze­ro­bił na ga­bi­net.

Bo­ur­ne po­dą­żył za dźwię­ka­mi do­cho­dzą­cy­mi z sali te­le­wi­zyj­nej. Na du­żym ekra­nie uj­rzał te­le­ge­nicz­ne­go ko­men­ta­to­ra CNN sto­ją­ce­go przed wej­ściem do ho­te­lu Oskjuh­lid. Na­pis na pa­sku in­for­mo­wał, że dzien­ni­karz na­da­je swo­ją re­la­cję z Rey­kja­vi­ku na Is­lan­dii.

– …nie­pew­ność zwią­za­na z nad­cho­dzą­cym szczy­tem w spra­wie ter­ro­ry­zmu ab­sor­bu­je uwa­gę wszyst­kich miesz­kań­ców.

W po­ko­ju nie było ni­ko­go, ale na sto­li­ku sta­ły dwie sta­ro­mod­ne szklan­ki. Bo­ur­ne pod­niósł jed­ną z nich i po­wą­chał. Wy­czuł za­pach whi­sky sin­gle malt ze Spey­si­de, któ­ra doj­rze­wa­ła w becz­kach po sher­ry. Bo­ga­ty aro­mat ulu­bio­nej whi­sky Con­kli­na zdez­o­rien­to­wał go, przy­wo­dząc wspo­mnie­nie uli­cy Pa­ry­ża. Była je­sień, na Champs-Ely­se­es spa­da­ły ogni­ste li­ście kasz­ta­nów. Stał w oknie biu­ra. Webb za­czął się zma­gać z tym ob­ra­zem. Wspo­mnie­nie było bar­dzo sil­ne, miał wra­że­nie, jak­by go w sie­bie wcią­ga­ło, jak­by fak­tycz­nie prze­by­wał w Pa­ry­żu. Z tru­dem przy­po­mniał so­bie, że jest w Ma­nas­sas, w sta­nie Wir­gi­nia, w domu Ale­xa Con­kli­na. Sy­tu­acja nie przed­sta­wia­ła się zbyt do­brze. Ze­brał się w so­bie, pró­bu­jąc za­cho­wać czuj­ność, ale wspo­mnie­nie wy­wo­ła­ne za­pa­chem whi­sky było sil­niej­sze. Tak bar­dzo pra­gnął się do­wie­dzieć. Wy­peł­nić luki w pa­mię­ci. Po­now­nie zna­lazł się w pa­ry­skim biu­rze. Czy­im biu­rze? Z pew­no­ścią nie Con­kli­na, bo Alex nig­dy nie miał biu­ra w Pa­ry­żu. Od­wró­cił się i w ułam­ku se­kun­dy uj­rzał twarz, któ­ra wy­da­ła mu się zna­jo­ma.

Od­pę­dził na­tręt­ne ob­ra­zy. Okru­chy wspo­mnień po­wra­ca­ją­ce zmien­ny­mi przy­pły­wa­mi mo­gły go do­pro­wa­dzić do obłę­du. Sy­tu­acja wy­da­wa­ła się lek­ko po­dej­rza­na, więc nie mógł po­zwo­lić, by co­kol­wiek roz­pro­szy­ło jego uwa­gę. Co Mo po­wie­dział o bodź­cach przy­wo­łu­ją­cych wspo­mnie­nia? Że mo­gły być ob­ra­zem, dźwię­kiem lub za­pa­chem. Na­wet do­tknię­ciem. Gdy ja­kieś wspo­mnie­nie zo­sta­nie przy­wo­ła­ne, bę­dzie mógł po­now­nie do nie­go do­trzeć, wy­ko­rzy­stu­jąc bo­dziec, któ­ry je wy­zwo­lił. Te­raz jed­nak mu­siał od­na­leźć Ale­xa i Mo.

Spoj­rzał na mały no­tat­nik le­żą­cy na sto­le i wziął go do ręki. Wy­da­wał się pu­sty, ale ktoś wy­rwał pierw­szą kart­kę. Gdy po­pa­trzył na pa­pier pod nie­co in­nym ką­tem, do­strzegł lek­kie wgłę­bie­nia. Ktoś – przy­pusz­czal­nie Con­klin – na­pi­sał „NX 20”. Wsu­nął no­tes do kie­sze­ni.

– Od­li­cza­nie się za­czę­ło. Za pięć dni usły­szy­my, czy na­sta­nie nowy świat, czy pra­wo­rząd­ni oby­wa­te­le będą po­tra­fi­li żyć ze sobą w po­ko­ju i har­mo­nii. – Pre­zen­ter glę­dził da­lej, by po chwi­li za­milk­nąć i ustą­pić miej­sca re­kla­mie.

Bo­ur­ne wy­łą­czył te­le­wi­zor pi­lo­tem i w domu za­pa­no­wa­ła ci­sza. Być może Con­klin i Mo po­szli na spa­cer. Była to ulu­bio­na me­to­da re­lak­sa­cyj­na Pa­no­va – spa­ce­ro­wa­nie i jed­no­cze­sne pro­wa­dze­nie roz­mo­wy. Mo bez wąt­pie­nia chciał­by, żeby star­szy pan otrzy­mał swo­ją co­dzien­ną por­cję ćwi­czeń. Tyl­ko cze­mu nie za­mknę­li drzwi?

Bo­ur­ne wró­cił po swo­ich śla­dach do foy­er i ru­szył scho­da­mi, sa­dząc po dwa stop­nie. Oba po­ko­je go­ścin­ne były pu­ste, po­zba­wio­ne śla­dów wska­zu­ją­cych, że ktoś nie­daw­no w nich miesz­kał, po­dob­nie jak przy­le­ga­ją­ce do nich ła­zien­ki. Ru­szył ko­ry­ta­rzem i zaj­rzał do sy­pial­ni Con­kli­na – po spar­tań­sku urzą­dzo­ne­go po­ko­ju pa­su­ją­ce­go do woj­sko­we­go. Łóż­ko było małe i twar­de, nie­wie­le więk­sze od pry­czy. Nie zo­sta­ło po­ście­lo­ne, co wska­zy­wa­ło, że Alex spę­dził w nim ostat­nią noc. Jak przy­sta­ło na mi­strza ta­jem­nic, po­miesz­cze­nie zdra­dza­ło bar­dzo nie­wie­le in­for­ma­cji o go­spo­da­rzu. Bo­ur­ne pod­niósł fo­to­gra­fię w srebr­nej ram­ce przed­sta­wia­ją­cą ko­bie­tę o dłu­gich krę­co­nych wło­sach, ja­snych oczach i lek­ko iro­nicz­nym uśmie­chu. W tle roz­po­znał kró­lew­skie ka­mien­ne lwy zdo­bią­ce fon­tan­nę przed ko­ścio­łem Świę­te­go Sul­pi­cju­sza. Pa­ryż. Odło­żył zdję­cie i zaj­rzał do ła­zien­ki. Tak­że tu nie zna­lazł ni­cze­go in­te­re­su­ją­ce­go.

Z dołu do­le­cia­ły dwa ude­rze­nia ze­ga­ra w ga­bi­ne­cie Con­kli­na ob­wiesz­cza­ją­ce peł­ną go­dzi­nę. Był to sta­ry ze­gar okrę­to­wy o me­lo­dyj­nym dźwię­ku przy­po­mi­na­ją­cym dzwon. Dla Bo­ur­ne’a jego ton miał jed­nak zło­wiesz­czą wy­mo­wę. Od­niósł wra­że­nie, jak­by dźwięk dzwo­nu su­nął ku nie­mu przez cały dom ni­czym czar­na fala. Ser­ce za­bi­ło mu moc­niej.

Ru­szył ko­ry­ta­rzem, mi­ja­jąc kuch­nię i wty­ka­jąc gło­wę do środ­ka. Na ku­chen­ce stał czaj­nik, ale bla­ty z nie­rdzew­nej sta­li były nie­ska­zi­tel­nie czy­ste. W lo­dów­ce chrzę­ści­ła ma­szy­na, kro­jąc lód na kost­ki. Wte­dy ją za­uwa­żył. La­skę Con­kli­na z po­le­ro­wa­ne­go je­sio­nu ze srebr­ną gał­ką. Alex po­włó­czył nogą od cza­su nie­przy­jem­ne­go in­cy­den­tu za gra­ni­cą. Nig­dy nie wy­brał­by się bez niej na spa­cer.

Ga­bi­net Con­kli­na był z le­wej stro­ny – wy­god­ny obi­ty drew­nia­ny­mi pa­ne­la­mi po­kój w na­roż­nej czę­ści domu, z okna­mi wy­cho­dzą­cy­mi na traw­nik i drze­wa. Po­środ­ku wy­bru­ko­wa­ne­go ka­mie­nia­mi ta­ra­su znaj­do­wał się mały ba­sen, za któ­rym roz­cią­gał się mie­sza­ny las z prze­wa­gą so­sen, zaj­mu­ją­cy więk­szą część po­sia­dło­ści. Bo­ur­ne ru­szył w kie­run­ku ga­bi­ne­tu, czu­jąc, jak na­ra­sta w nim na­pię­cie. Prze­stą­pił próg po­ko­ju i znie­ru­cho­miał.

Jesz­cze nig­dy nie do­świad­czył rów­nie sil­ne­go we­wnętrz­ne­go roz­dar­cia – ja­kaś cząst­ka jego jaź­ni od­dzie­li­ła się od po­zo­sta­łej, przyj­mu­jąc rolę obiek­tyw­ne­go ob­ser­wa­to­ra. Czy­sto ana­li­tycz­na część jego umy­słu od­no­to­wa­ła, że Alex Con­klin i Mo Pa­nov leżą na ja­skra­wym per­skim dy­wa­nie. Krew z ran po­strza­ło­wych na ich gło­wach spły­wa­ła na dy­wan, na­są­cza­jąc go i two­rząc ka­łu­że na drew­nia­nej pod­ło­dze. Lśni­ła, więc była jesz­cze świe­ża. Con­klin wpa­try­wał się w su­fit ocza­mi za­snu­ty­mi mgłą. Na za­czer­wie­nio­nej twa­rzy ma­lo­wał się gry­mas gnie­wu, jak­by głę­bo­ko skry­wa­na żółć wy­do­sta­ła się na po­wierzch­nię. Gło­wa Mo była od­wró­co­na. Może pró­bo­wał się od­wró­cić, gdy pa­dał? Jego twarz wy­krzy­wiał cha­rak­te­ry­stycz­ny gry­mas stra­chu. W ostat­niej chwi­li uj­rzał nad­cho­dzą­cą śmierć.

Alex! Mo! Do­bry Jezu! Emo­cjo­nal­na tama w jed­nej chwi­li ru­nę­ła. Bo­ur­ne osu­nął się na ko­la­na ogar­nię­ty prze­ra­że­niem i szo­kiem. Cały świat za­drżał w po­sa­dach. Alex i Mo nie żyli – nie mógł w to uwie­rzyć, cho­ciaż miał przed sobą ma­ka­brycz­ny do­wód. Już nig­dy z nimi nie po­mó­wi, nie bę­dzie mógł sko­rzy­stać z ich bo­ga­tej wie­dzy. Przed ocza­mi prze­su­nął mu się sze­reg ob­ra­zów, wspo­mnień Ale­xa i Mo, dra­ma­tycz­nych mo­men­tów, któ­re ra­zem prze­ży­li, wy­peł­nio­nych prze­mo­cą i śmier­cią, a tak­że chwil spo­ko­ju, bez­tro­ski i po­cie­sze­nia wy­pły­wa­ją­cych z bli­sko­ści, jaka łą­czy lu­dzi, któ­rzy do­świad­cza­li tych sa­mych nie­bez­pie­czeństw. Dwa ży­cia wy­dar­te prze­mo­cą, prze­mo­cą po­zo­sta­wia­ją­cą po so­bie je­dy­nie gniew i strach. Drzwi do jego prze­szło­ści za­trza­snę­ły się z bru­tal­ną osta­tecz­no­ścią. Bo­ur­ne i Webb po­grą­ży­li się w ża­ło­bie. Bo­ur­ne pró­bo­wał wziąć się w garść, od­su­nąć na bok hi­ste­rycz­nie emo­cjo­nal­ną re­ak­cję Web­ba. Nie bę­dzie pła­kał. Opła­ki­wa­nie zmar­łych było luk­su­sem, na któ­ry nie mógł so­bie obec­nie po­zwo­lić. Mu­siał trzeź­wo my­śleć.

Za­jął się ana­li­zo­wa­niem miej­sca zbrod­ni, ko­ja­rząc fak­ty, pró­bu­jąc od­two­rzyć to, co się sta­ło. Pod­szedł bli­żej, sta­ra­jąc się nie na­stą­pić na krew ani w ża­den inny spo­sób nie za­trzeć śla­dów. Alex i Mo zo­sta­li śmier­tel­nie po­strze­le­ni, naj­wy­raź­niej z bro­ni, któ­ra le­ża­ła na dy­wa­nie mię­dzy nimi. Każ­dy do­stał jed­ną kul­kę. Ro­bo­ta za­wo­dow­ca, a nie in­tru­za, któ­ry wła­mał się do domu. Bo­ur­ne do­strzegł błysk ko­mór­ki w dło­ni Ale­xa. Wy­glą­da­ło to, jak­by z kimś roz­ma­wiał, gdy zo­stał za­mor­do­wa­ny. Czy sta­ło się to wów­czas, kie­dy Bo­ur­ne pró­bo­wał się do nie­go do­dzwo­nić? Cał­kiem moż­li­we. Wy­gląd krwi, zsi­nie­nie ciał i brak po­śmiert­ne­go stę­że­nia pal­ców wska­zy­wa­ły, że zgi­nę­li nie wię­cej niż go­dzi­nę temu.

Do­la­tu­ją­cy z od­da­li dźwięk prze­rwał jego my­śli. Sy­re­ny! Bo­ur­ne wy­biegł z ga­bi­ne­tu i sko­czył do fron­to­we­go okna. Pod­jaz­dem mknę­ła ka­wal­ka­da ra­dio­wo­zów po­li­cji sta­nu Wir­gi­nia z mi­ga­ją­cy­mi ko­gu­ta­mi. Znaj­do­wał się w domu, w któ­rym były zwło­ki dwóch osób, i nie miał żad­ne­go sen­sow­ne­go ali­bi. Zo­stał wro­bio­ny. Na­gle po­czuł, że za­ci­ska się wo­kół nie­go pę­tla spryt­nie za­sta­wio­nej pu­łap­ki.

Roz­dział 2

Ka­wał­ki ukła­dan­ki za­czę­ły two­rzyć lo­gicz­ny ob­raz w jego gło­wie. Strza­ły snaj­pe­ra, któ­re od­da­no na te­re­nie kam­pu­su, nie mia­ły go za­bić, lecz je­dy­nie zwa­bić w to miej­sce, skło­nić, żeby przy­je­chał do Con­kli­na. Tyle że Con­klin i Mo zo­sta­li wcze­śniej za­bi­ci. Ktoś nadal tu był, ob­ser­wu­jąc i cze­ka­jąc na nie­go, by we­zwać po­li­cję, kie­dy tyl­ko się zja­wi. Czy był to ten sam czło­wiek, któ­ry strze­lał do nie­go na dzie­dziń­cu Uni­wer­sy­te­tu Geo­r­ge­town?

Po chwi­li na­my­słu chwy­cił ko­mór­kę Ale­xa i po­biegł do kuch­ni. Otwo­rzył wą­skie drzwi i spoj­rzał na po­grą­żo­ne w mro­ku scho­dy pro­wa­dzą­ce do piw­ni­cy. Sły­szał trzask po­li­cyj­nych ra­dio­sta­cji, zgrzyt żwi­ru na pod­jeź­dzie i wa­le­nie do drzwi. Do­le­cia­ły go go­rącz­ko­we gło­sy.

Pod­szedł do ku­chen­nych sza­fek i po chwi­li zna­lazł la­tar­kę Con­kli­na. Po­now­nie sko­czył w stro­nę scho­dów i za­mknął za sobą drzwi. Ogar­nę­ły go nie­prze­nik­nio­ne ciem­no­ści. Sku­pio­ne świa­tło la­tar­ki od­sło­ni­ło stop­nie, któ­ry­mi za­czął scho­dzić szyb­ko i bez­sze­lest­nie. Czuł za­pach be­to­nu, sta­re­go drew­na i far­by, a tak­że ole­ju opa­ło­we­go, któ­rym ogrze­wa­no dom. Od­szu­kał właz pod scho­da­mi. Któ­re­goś chłod­ne­go śnież­ne­go po­po­łu­dnia Con­klin po­ka­zał mu pod­ziem­ny tu­nel, któ­rym ge­ne­rał do­sta­wał się do pry­wat­ne­go he­li­kop­te­ra ma­ją­ce­go lą­do­wi­sko obok staj­ni. Bo­ur­ne sły­szał de­ski skrzy­pią­ce mu nad gło­wą. Gli­nia­rze we­szli do domu. Być może już zna­leź­li cia­ła. Trzy sa­mo­cho­dy, dwóch za­bi­tych. Nie­ba­wem zi­den­ty­fi­ku­ją ta­bli­ce re­je­stra­cyj­ne jego wozu.

Po­chy­lił się i wszedł do ni­skie­go ko­ry­ta­rza, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Po­nie­wcza­sie po­my­ślał o sta­ro­mod­nej szklan­ce z whi­sky, któ­rą pod­niósł. Lu­dzie z ze­spo­łu kry­mi­na­li­stycz­ne­go znaj­dą jego od­ci­ski pal­ców. Od­ci­ski pal­ców i sa­mo­chód za­par­ko­wa­ny na pod­jeź­dzie…

My­śle­nie o tym te­raz nie mia­ło naj­mniej­sze­go sen­su. Mu­siał ucie­kać. Po­chy­lo­ny, prze­ci­skał się cia­snym tu­ne­lem. Po trzech me­trach ko­ry­tarz się po­sze­rzył tak, że mógł iść nor­mal­nie. Wy­czuł w po­wie­trzu wil­goć. Nie­da­le­ko sły­chać było wol­ne ka­pa­nie wody. Mu­siał wyjść poza fun­da­men­ty domu. Przy­spie­szył kro­ku i nie­ca­łe trzy mi­nu­ty póź­niej do­tarł do ko­lej­nych scho­dów. Były me­ta­lo­we, po­dob­ne do uży­wa­nych przez woj­sko. Wspiął się po nich i na­parł ra­mie­niem na ko­lej­ny właz. Po­czuł po­dmuch świe­że­go po­wie­trza, stłu­mio­ne, spo­koj­ne świa­tło wie­czo­ru i szum owa­dów. Był na skra­ju lą­do­wi­ska.

Pas star­to­wy po­kry­wa­ły ga­łę­zie – nie­któ­re uschłe, inne jesz­cze z li­ść­mi. Ro­dzi­na szo­pów czmych­nę­ła w stro­nę ma­łej roz­pa­da­ją­cej się wia­ty na skra­ju pasa. Miej­sce spra­wia­ło wra­że­nie po­rzu­co­ne­go. Nie cho­dzi­ło mu jed­nak o he­li­kop­ter. Od­wró­cił się i sko­czył w gę­sty so­sno­wy las.

Za­mie­rzał obejść po­sia­dłość sze­ro­kim łu­kiem i do­trzeć do au­to­stra­dy w wy­star­cza­ją­cej od­le­gło­ści od po­li­cyj­ne­go kor­do­nu, któ­rym z pew­no­ścią oto­czo­no re­zy­den­cję Con­kli­na. Naj­bliż­szym ce­lem był jed­nak stru­mień prze­pły­wa­ją­cy uko­śnie przez po­sia­dłość. Wie­dział, że gli­nia­rze nie­ba­wem spro­wa­dzą psy. Na su­chej zie­mi po­zo­sta­wi za­pach, to oczy­wi­ste, ale w wart­kiej wo­dzie na­wet psy stra­cą trop.

Prze­dzie­ra­jąc się przez gę­stwi­nę ostrych krza­ków, do­tarł do ma­łe­go wzgó­rza i sta­nął mię­dzy dwo­ma ce­dra­mi, bacz­nie na­słu­chu­jąc. Sta­rał się za­pa­mię­tać nor­mal­ne dźwię­ki oto­cze­nia, by na­tych­miast wy­czuć od­głos in­tru­za. Wie­dział, że wróg czai się gdzieś w po­bli­żu. Czło­wiek, któ­ry za­mor­do­wał jego przy­ja­ciół, ze­rwał cumy daw­ne­go ży­cia. Pra­gnie­nie wy­tro­pie­nia za­bój­cy zma­ga­ło się z ko­niecz­no­ścią wy­mknię­cia się po­li­cji. Cho­ciaż ma­rzył tyl­ko o tym, by do­paść tam­te­go, wie­dział, że musi się zna­leźć poza kor­do­nem po­li­cji, za­nim pier­ścień cał­ko­wi­cie się za­ci­śnie.

• • •

Chan wszedł mię­dzy so­sny ro­sną­ce na te­re­nie po­sia­dło­ści Ale­xan­dra Con­kli­na i po­czuł się tak, jak­by wró­cił do domu. Za­mknę­ło się nad nim głę­bo­kie zie­lo­ne skle­pie­nie, ota­cza­jąc go przed­wcze­snym zmierz­chem. Nad gło­wą wi­dział pro­mie­nie słoń­ca prze­ni­ka­ją­ce przez gór­ne ko­na­ry, ale na dole pa­no­wał głę­bo­ki mrok, w któ­rym bę­dzie mógł sku­tecz­nie wy­tro­pić ofia­rę. Śle­dził Web­ba, gdy ten je­chał z uni­wer­sy­tec­kie­go kam­pu­su do domu Con­kli­na. Sły­szał już wcze­śniej to na­zwi­sko, wie­dział, że Alex Con­klin był le­gen­dar­nym szpie­giem. Za­sko­czy­ło go jed­nak, że Da­vid Webb wła­śnie do nie­go po­sta­no­wił się zwró­cić. Skąd taki fa­cet miał­by znać Con­kli­na? I cze­mu tyle ra­dio­wo­zów za­je­cha­ło przed re­zy­den­cję kil­ka mi­nut po Web­bie?

Z od­da­li do­bie­ga­ło uja­da­nie, więc do­my­ślił się, że po­li­cjan­ci spu­ści­li psy. Przed sobą wi­dział Web­ba prze­dzie­ra­ją­ce­go się przez las, jak­by do­sko­na­le go znał. Ko­lej­ne py­ta­nie bez oczy­wi­stej od­po­wie­dzi. Chan ru­szył w ślad za nim, za­sta­na­wia­jąc się, do­kąd zmie­rza. Chwi­lę póź­niej usły­szał szum stru­my­ka i bły­ska­wicz­nie skon­sta­to­wał, o co cho­dzi jego zdo­by­czy.

Przy­spie­szył kro­ku i do­tarł do stru­mie­nia przed Web­bem. Wie­dział, że tam­ten pój­dzie w dół, z nur­tem, od­da­la­jąc się od miej­sca, z któ­re­go do­la­ty­wa­ło szcze­ka­nie psów. Wła­śnie wte­dy uj­rzał ogrom­ną wierz­bę i na jego twa­rzy po­ja­wił się uśmiech. Moc­ne drze­wo z roz­ło­ży­stą sie­cią ga­łę­zi było do­kład­nie tym, cze­go po­trze­bo­wał.

• • •

Czer­wo­na­we świa­tło wcze­sne­go wie­czo­ru mi­go­ta­ło mię­dzy ga­łę­zia­mi drzew ni­czym ogni­ste igły. Bo­ur­ne do­strzegł kar­ma­zy­no­we pla­my, któ­re za­pło­nę­ły na kra­wę­dziach li­ści.

Zbo­cze po dru­giej stro­nie wzgó­rza było stro­me, a te­ren sta­wał się bar­dziej ka­mie­ni­sty. Usły­szał ci­chy szmer prze­pły­wa­ją­ce­go nie­opo­dal stru­mie­nia i ru­szył ku nie­mu ile sił w no­gach. Top­nie­ją­cy śnieg w po­łą­cze­niu z wcze­sny­mi wio­sen­ny­mi desz­cza­mi spo­wo­do­wał, że woda wez­bra­ła. Bez wa­ha­nia wszedł do lo­do­wa­tej toni, bro­dząc w dół stru­mie­nia. Im dłu­żej bę­dzie szedł ko­ry­tem, tym le­piej. Psy stra­cą trop i się zgu­bią. Im da­lej wyj­dzie na brzeg, tym trud­niej im bę­dzie po­now­nie pod­jąć jego za­pach.

Czu­jąc się przez chwi­lę bez­piecz­ny, po­my­ślał o swo­jej żo­nie, Ma­rie. Po­wi­nien się z nią skon­tak­to­wać. W obec­nych oko­licz­no­ściach nie mógł wró­cić do domu. Gdy­by to zro­bił, na­ra­ził­by ro­dzi­nę na nie­bez­pie­czeń­stwo. Ale mu­siał za­dzwo­nić do Ma­rie, żeby ją ostrzec. Agen­ci CIA z pew­no­ścią po­ja­dą do jego domu, a gdy ni­cze­go nie znaj­dą, za­trzy­ma­ją Ma­rie, żeby ją prze­słu­chać, za­kła­da­jąc, że wie, gdzie prze­by­wa mąż. Ist­nia­ła jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­ją­ca moż­li­wość, że czło­wiek, któ­ry go wro­bił, bę­dzie chciał się po­słu­żyć jego ro­dzi­ną. Czu­jąc na­gły przy­pływ nie­po­ko­ju, wy­cią­gnął ko­mór­kę Con­kli­na i wpro­wa­dził nu­mer Ma­rie. Wy­brał wia­do­mość tek­sto­wą i na­pi­sał jed­no sło­wo: „Dia­ment”. Ta­kie ha­sło usta­li­li, uma­wia­jąc się, że uży­ją go je­dy­nie w sy­tu­acji naj­wyż­sze­go za­gro­że­nia. Ha­sło było dla Ma­rie sy­gna­łem, że ma za­brać dzie­ci i nie­zwłocz­nie wy­je­chać do ich kry­jów­ki. Mie­li w niej po­zo­stać, nie po­dej­mu­jąc żad­nych prób kon­tak­tu, do­pó­ki Bo­ur­ne nie prze­śle sy­gna­łu „nie­bez­pie­czeń­stwo mi­nę­ło”. Te­le­fon Ale­xa brzęk­nął krót­kim sy­gna­łem. Na ekra­nie uka­za­ła się wia­do­mość od Ma­rie: „Pro­szę o po­wtó­rze­nie”. Nie tak mia­ła za­re­ago­wać. Wte­dy zro­zu­miał, cze­mu żona ma wąt­pli­wo­ści. Prze­słał SMS z ko­mór­ki Ale­xa, a nie wła­snej. Po­now­nie wy­stu­kał ko­mu­ni­kat.

DIA­MENT. Tym ra­zem du­ży­mi li­te­ra­mi. Cze­kał, nie mo­gąc zła­pać tchu. Chwi­lę póź­niej na­de­szła od­po­wiedź. KLEP­SY­DRA. Bo­ur­ne ode­tchnął z ulgą. Ma­rie zro­zu­mia­ła. Wie­dział, że wia­do­mość była praw­dzi­wa. Za chwi­lę za­wo­ła dzie­ci, wsa­dzi je do kom­bi i od­je­dzie, zo­sta­wia­jąc wszyst­ko za sobą.

Mimo to nie mógł się uwol­nić od nie­po­ko­ju. Czuł­by się znacz­nie le­piej, gdy­by usły­szał jej głos, gdy­by mógł wy­ja­śnić, co się sta­ło. Po­wie­dzieć, że nic mu nie jest. Męż­czy­zna, któ­re­go zna­ła – Da­vid Webb – stał się po­now­nie Bo­ur­ne’em. Ma­rie nie­na­wi­dzi­ła i lę­ka­ła się Ja­so­na Bo­ur­ne’a. Cze­mu mia­ło­by być in­a­czej? Pew­ne­go dnia Bo­ur­ne mógł stać się je­dy­ną oso­bą, któ­ra po­zo­sta­nie w cie­le Da­vi­da Web­ba. Czy­ja by­ła­by to ro­bo­ta? Ale­xan­dra Con­kli­na!

Nig­dy nie prze­sta­wa­ło go zdu­mie­wać i dzi­wić, że po­tra­fił da­rzyć mi­ło­ścią i nie­na­wi­ścią tego sa­me­go czło­wie­ka. Ludz­ki umysł w ta­jem­ni­czy spo­sób umiał po­mie­ścić w so­bie skraj­nie prze­ciw­staw­ne emo­cje – za­ak­cep­to­wać złe ce­chy, o któ­rych ist­nie­niu wie­dział, i ob­da­rzyć dru­gą oso­bę ser­decz­ny­mi uczu­cia­mi. Nie­mniej Bo­ur­ne był prze­ko­na­ny, że po­trze­ba ko­cha­nia i by­cia ko­cha­nym jest dla każ­de­go czło­wie­ka spra­wą nad­rzęd­ną.

My­ślał o tym wszyst­kim, po­su­wa­jąc się ko­ry­tem stru­mie­nia, któ­ry mimo wart­kie­go nur­tu był kry­sta­licz­nie czy­sty. Mała ryb­ka ucie­kła w po­pło­chu, prze­ra­żo­na jego wi­do­kiem. Raz lub dwa do­strzegł sre­brzy­sty tu­łów pstrą­ga o otwar­tym ko­ści­stym pyszcz­ku, jak­by cze­goś szu­kał. Chwi­lę póź­niej do­tarł do za­ko­la, nad któ­rym zwi­sa­ły ga­łę­zie ogrom­nej wierz­by, o ko­rze­niach chci­wie szu­ka­ją­cych wody. Nad­sta­wił uszu, usi­łu­jąc wy­ło­wić naj­słab­szy szmer, naj­mniej­szy znak nad­cią­ga­ją­ce­go po­ści­gu, ale od­no­to­wał je­dy­nie szum stru­mie­nia.

Atak nad­szedł z góry. Ni­cze­go nie usły­szał, do­strzegł jed­nak na­głe po­ru­sze­nie świa­tła. Spa­da­ją­cy na nie­go cię­żar spra­wił, że po­grą­żył się w wo­dzie. Po­czuł miaż­dżą­cy na­cisk na tu­łów i klat­kę pier­sio­wą. Kie­dy pró­bo­wał za­czerp­nąć od­de­chu, na­past­nik ude­rzył jego gło­wą o gład­kie ka­mie­nie na dnie stru­mie­nia. Ko­lej­ny cios w ner­ki wy­ci­snął mu z płuc całe po­wie­trze.

Za­miast się na­prę­żyć i od­po­wie­dzieć na atak, Bo­ur­ne cał­ko­wi­cie się roz­luź­nił. Przy­cią­gnął do sie­bie łok­cie i w chwi­li gdy jego cia­ło było naj­bar­dziej bez­wład­ne, prze­krę­cił się i wy­giął tu­łów. Nie­mal jed­no­cze­śnie jego ręka wy­strze­li­ła do przo­du, by zdać cios kra­wę­dzią dło­ni. Na­cisk ze­lżał, po­zwa­la­jąc Bo­ur­ne’owi wy­nu­rzyć się i zła­pać od­dech. Woda spły­wa­ła mu na oczy, za­ma­zu­jąc ob­raz, więc do­strzegł tyl­ko kon­tur na­past­ni­ka. Ude­rzył po­now­nie, ale tra­fił w po­wie­trze.

Wróg znik­nął rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wił.

• • •

Chan wlókł się w dół stru­mie­nia, rzę­żąc i cięż­ko dy­sząc. Pró­bo­wał wy­pchnąć po­wie­trze przez skur­czo­ne mię­śnie i po­si­nia­czo­ne chrząst­ki krta­ni. Oszo­ło­mio­ny i wście­kły, do­tarł do za­ro­śli i znik­nął w gę­stym le­sie. Sta­rał się nor­mal­nie od­dy­chać, de­li­kat­nie ma­su­jąc obo­la­łe miej­sce, w któ­re ude­rzył Webb. Nie był to przy­pad­ko­wy uda­ny cios, ale skal­ku­lo­wa­ne, fa­cho­we ude­rze­nie za­wo­dow­ca. Zdez­o­rien­to­wa­ny Chan po­czuł dreszcz lęku. Webb był nie­bez­piecz­nym czło­wie­kiem – groź­niej­szym od zwy­czaj­ne­go pro­fe­so­ra uni­wer­sy­te­tu. Kie­dy do nie­go strze­la­no, po­tra­fił wy­śle­dzić tra­jek­to­rię lotu kuli, umiał się też po­ru­szać w le­sie i znał na wal­ce wręcz. Na pierw­szy sy­gnał zbli­ża­ją­ce­go się nie­bez­pie­czeń­stwa po­je­chał do Ale­xan­dra Con­kli­na. Kim jest ten czło­wiek? – za­da­wał so­bie w du­chu py­ta­nie. Jed­no było pew­ne – nie mógł go wię­cej lek­ce­wa­żyć. Wy­śle­dzi go po­now­nie, od­zy­ska psy­cho­lo­gicz­ną prze­wa­gę. Chciał, żeby przed nie­unik­nio­nym koń­cem Webb się go bał.

• • •

Mar­tin Lin­dros, za­stęp­ca dy­rek­to­ra CIA, przy­je­chał do po­sia­dło­ści Ale­xan­dra Con­kli­na w Ma­nas­sas do­kład­nie sześć mi­nut po szó­stej. Po­wi­tał go naj­wyż­szy ran­gą de­tek­tyw po­li­cji sta­no­wej Wir­gi­nii, ły­sie­ją­cy fa­cet na­zwi­skiem Har­ris, pró­bu­ją­cy za­że­gnać spór kom­pe­ten­cyj­ny, do ja­kie­go do­szło mię­dzy po­li­cją sta­no­wą, ludź­mi z okrę­go­we­go biu­ra sze­ry­fa i FBI. Gdy usta­lo­no toż­sa­mość ofiar, wszy­scy za­czę­li ry­wa­li­zo­wać o pra­wo do pro­wa­dze­nia spra­wy. Kie­dy Lin­dros wy­siadł z sa­mo­cho­du, na­li­czył kil­ka­na­ście ra­dio­wo­zów oraz trzy razy wię­cej lu­dzi. Uznał, że naj­wyż­szy czas przy­wró­cić tu ład i po­rzą­dek.

Uści­snąw­szy dłoń Har­ri­sa, spoj­rzał mu pro­sto w oczy i po­wie­dział:

– De­tek­ty­wie Har­ris, FBI wy­pa­da z gry. Tyl­ko pan i ja bę­dzie­my pro­wa­dzi­li spra­wę tego po­dwój­ne­go mor­der­stwa.

– Tak jest, pro­szę pana – od­rzekł rze­czo­wo Har­ris. Był wy­so­ki i jak­by chcąc to skom­pen­so­wać, lek­ko się gar­bił, co w po­łą­cze­niu z du­ży­mi wod­ni­sty­mi ocza­mi i smęt­ną miną spra­wia­ło, że wy­glą­dał, jak­by daw­no opadł z sił. – Dzię­ku­ję, mam pew­ne…

– Niech pan nie dzię­ku­je, de­tek­ty­wie. Gwa­ran­tu­ję panu, że cze­ka nas pa­skud­na ro­bo­ta. – Wy­słał swo­je­go asy­sten­ta, żeby za­ła­twił spra­wę z FBI i ludź­mi sze­ry­fa. – Na­tra­fi­li­ście na ja­kiś ślad Da­vi­da Web­ba? – W dro­dze na miej­sce otrzy­mał wia­do­mość od FBI, że na pod­jeź­dzie Con­kli­na zna­le­zio­no sa­mo­chód Web­ba. Wła­ści­wie nie Web­ba, ale Ja­so­na Bo­ur­ne’a. Wła­śnie dla­te­go dy­rek­tor Cen­tral­nej Agen­cji Wy­wia­dow­czej wy­słał go na miej­sce, by oso­bi­ście po­pro­wa­dził śledz­two.

– Jesz­cze nie – od­parł Har­ris – ale przed chwi­lą spu­ści­li­śmy psy.

– Do­brze. Oto­czy­li­ście te­ren kor­do­nem?

– Chcia­łem roz­sta­wić lu­dzi, jed­nak FBI… – Har­ris po­krę­cił prze­czą­co gło­wą. – Tłu­ma­czy­łem im, że czas od­gry­wa tu klu­czo­wą rolę…

Lin­dros spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Kor­don w pro­mie­niu jed­ne­go ki­lo­me­tra. Mo­ich lu­dzi roz­staw­cie w pro­mie­niu pię­ciu­set me­trów. Mogą zna­leźć coś in­te­re­su­ją­ce­go. Je­śli uzna pan to za ko­niecz­ne, pro­szę we­zwać po­sił­ki.

Kie­dy Har­ris roz­ma­wiał przez krót­ko­fa­lów­kę, Lin­dros spoj­rzał na nie­go ba­daw­czo.

– Jak ma­cie na imię? – za­py­tał, kie­dy de­tek­tyw skoń­czył wy­da­wać po­le­ce­nia.

Har­ris po­pa­trzył na nie­go spe­szo­nym wzro­kiem.

– Har­ry.

– Har­ry Har­ris. Żar­tu­je pan, co?

– Nie, pro­szę pana. Oba­wiam się, że nie.

– O co cho­dzi­ło pań­skim ro­dzi­com?

– Nie są­dzę, by mie­li na my­śli coś kon­kret­ne­go, pro­szę pana.

– W po­rząd­ku, Har­ry. Zo­bacz­my, co tu mamy.

Ja­sno­wło­sy Lin­dros do­bie­gał czter­dziest­ki. Był by­strym ab­sol­wen­tem jed­ne­go z eli­tar­nych uni­wer­sy­te­tów Ivy Le­ague. Zwer­bo­wa­no go, gdy stu­dio­wał na Uni­wer­sy­te­cie Geo­r­ge­town. Sta­ry Lin­dro­sa był upar­tym dra­niem, któ­ry mó­wił to, co my­ślał, i wie­dział, jak po­stę­po­wać. Za­szcze­pił mło­de­mu Mar­ti­no­wi eks­cen­trycz­ne po­czu­cie nie­za­leż­no­ści i obo­wiąz­ku wo­bec oj­czy­zny. Lin­dros są­dził, że to wła­śnie te ce­chy spra­wi­ły, iż zwró­cił na nie­go uwa­gę dy­rek­tor CIA.

Har­ris za­pro­wa­dził go do ga­bi­ne­tu, ale wcze­śniej Lin­dros za­uwa­żył dwie sta­ro­mod­ne szklan­ki do whi­sky sto­ją­ce na ła­wie w po­ko­ju te­le­wi­zyj­nym.

– Ktoś ich do­ty­kał, Har­ry?

– O ile wiem, nie, pro­szę pana.

– Mów mi Mar­tin. Mu­si­my się szyb­ko za­zna­jo­mić. – Pod­niósł gło­wę i spoj­rzał na nie­go z uśmie­chem, żeby roz­luź­nić at­mos­fe­rę. Po­tra­fił zręcz­nie wy­ko­rzy­stać wpły­wy CIA. Wy­klu­cza­jąc z gry inne agen­cje sto­ją­ce na stra­ży po­rząd­ku, wcią­gnął Har­ri­sa w or­bi­tę swo­je­go od­dzia­ły­wa­nia. Coś mu pod­po­wia­da­ło, że bę­dzie po­trze­bo­wał ule­głe­go de­tek­ty­wa. – Ka­za­łeś tym z ze­spo­łu kry­mi­na­li­stycz­ne­go po­brać od­ci­ski pal­ców?

– Tak, za­raz po przy­by­ciu.

– Wo­bec tego po­roz­ma­wiaj­my z ko­ro­ne­rem.

• • •

Krę­py męż­czy­zna sto­ją­cy na szczy­cie dro­gi wi­ją­cej się zbo­czem wzgó­rza gra­ni­czą­ce­go z po­sia­dło­ścią Con­kli­na ob­ser­wo­wał Bo­ur­ne’a przez sil­ną lor­net­kę. Sze­ro­ka, przy­po­mi­na­ją­ca me­lon twarz zdra­dza­ła jego sło­wiań­skie po­cho­dze­nie. Ko­niusz­ki pal­ców le­wej dło­ni po­żół­kły od usta­wicz­ne­go kom­pul­syw­ne­go pa­le­nia pa­pie­ro­sów. Za nim stał duży czar­ny SUV za­par­ko­wa­ny na ma­low­ni­czym za­krę­cie. Prze­jeż­dża­ją­cy obok lu­dzie wzię­li­by go za tu­ry­stę. Prze­su­nął nie­co lor­net­kę i do­strzegł Cha­na prze­dzie­ra­ją­ce­go się przez za­ro­śla śla­dem Bo­ur­ne’a. Nie spusz­cza­jąc go z oczu, wy­cią­gnął trzy­za­kre­so­wą ko­mór­kę i wpro­wa­dził za­gra­nicz­ny nu­mer.

Stie­pan Spal­ko ode­brał na­tych­miast.

– Pu­łap­ka za­sta­wio­na – za­ko­mu­ni­ko­wał ro­sły Sło­wia­nin. – Obiekt ucie­ka. Do tej pory zdo­łał unik­nąć po­li­cji i Cha­na.

– Cho­le­ra! – wark­nął Spal­ko. – Co za­mie­rza Chan?

– Mam się do­wie­dzieć? – spy­tał jego roz­mów­ca chłod­nym rze­czo­wym to­nem.

– Trzy­maj się od nie­go z da­le­ka – po­le­cił Spal­ko. – Na­tych­miast się stam­tąd za­bie­raj!

• • •

Bo­ur­ne do­wlókł się na chwiej­nych no­gach na brzeg stru­mie­nia i usiadł, od­gar­nia­jąc mo­kre wło­sy z twa­rzy. Bo­la­ło go całe cia­ło, a płu­ca pie­kły tak, jak­by pa­lił je ogień. Gwiaz­dy w oczach po­wo­do­wa­ły, że wró­cił my­śla­mi do dżun­gli Tam Quan. Da­vid Webb wy­ko­ny­wał tam mi­sje na roz­kaz Ale­xa Con­kli­na. Mi­sje apro­bo­wa­ne przez na­czel­ne do­wódz­two w Saj­go­nie, któ­re ofi­cjal­nie wszyst­kie­mu za­prze­cza­ło. Ak­cje tak nie­bez­piecz­ne i tak za­bój­cze, że ża­den ame­ry­kań­ski do­wód­ca nie chciał­by mieć z nimi nic wspól­ne­go.

Ob­la­ny słab­ną­cym świa­tłem wio­sen­ne­go wie­czo­ru Bo­ur­ne wie­dział, że zna­lazł się te­raz w po­dob­nej sy­tu­acji. Był w czer­wo­nej stre­fie – na ob­sza­rze kon­tro­lo­wa­nym przez wro­ga. Kło­pot w tym, że nie miał po­ję­cia, kim jest nie­przy­ja­ciel ani ja­kie ma za­mia­ry. Czy te­raz też pró­bo­wa­no ste­ro­wać jego po­su­nię­cia­mi, jak wów­czas, gdy strze­la­no do nie­go na te­re­nie kam­pu­su Uni­wer­sy­te­tu Geo­r­ge­town? Czy wróg prze­szedł do ko­lej­nej fazy swo­je­go pla­nu?

Z od­da­li do­le­cia­ło go szcze­ka­nie psów. Póź­niej, za­ska­ku­ją­co bli­sko, usły­szał trzask pę­ka­ją­cej ga­łąz­ki. Zwie­rzę czy wróg? Jego bez­po­śred­ni cel uległ zmia­nie. Wciąż mu­siał się wy­mknąć z po­li­cyj­ne­go kor­do­nu, ale jed­no­cze­śnie ob­my­ślić spo­sób, by za­mie­nić się ro­la­mi z na­past­ni­kiem. Sęk w tym, że na­le­ża­ło go od­na­leźć, za­nim za­ata­ku­je po­now­nie. Je­śli to ten sam czło­wiek co wcze­śniej, był nie tyl­ko strzel­cem wy­bo­ro­wym, ale tak­że spe­cja­li­stą od wal­ki w dżun­gli. W pew­nym sen­sie ta wie­dza o nie­przy­ja­cie­lu do­da­wa­ła Bo­ur­ne’owi otu­chy. Za­czy­nał po­zna­wać prze­ciw­ni­ka. Te­raz mu­siał je­dy­nie unik­nąć śmier­ci, nim zdo­ła po­znać fa­ce­ta na tyle, by go za­sko­czyć…

Słoń­ce scho­wa­ło się za ho­ry­zon­tem, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie nie­bo bar­wy ogni­stej czer­wie­ni. Po­wiew chłod­ne­go wia­tru spra­wił, że Bo­ur­ne za­drżał w prze­mo­czo­nym ubra­niu. Wstał i za­czął iść, by roz­ru­szać mię­śnie i się roz­grzać. Las przy­brał ko­lor in­dy­go. Mimo to czuł się tak od­sło­nię­ty, jak­by znaj­do­wał się na bez­drzew­nej prze­strze­ni pod ko­pu­łą bez­chmur­ne­go nie­ba.

Wie­dział­by, co zro­bić, gdy­by znaj­do­wał się w Tam Quan. Zna­la­zł­by kry­jów­kę, żeby ze­brać siły i prze­my­śleć sy­tu­ację. Jed­nak zna­le­zie­nie kry­jów­ki w czer­wo­nej stre­fie było trud­ne. Bar­dzo ła­two moż­na było wpa­ko­wać się w pu­łap­kę. Prze­dzie­rał się przez las wol­no i z na­my­słem, prze­su­wa­jąc wzro­kiem po pniach na­po­ty­ka­nych drzew, do­pó­ki nie zna­lazł tego, cze­go szu­kał: wi­no­blusz­czu pię­cio­list­ko­we­go. Było za wcze­śnie na kwia­ty, ale lśnią­ce li­ście mia­ły cha­rak­te­ry­stycz­ny kształt. Za po­mo­cą noża sprę­ży­no­we­go sta­ran­nie na­ciął przy­po­mi­na­ją­ce lia­ny dłu­gie pną­cze wi­no­ro­śli.

Kie­dy skoń­czył, nad­sta­wił uszu. Po­dą­ża­jąc za sła­bym dźwię­kiem, do­tarł na małą po­la­nę. Tu­taj jest. Jego oczom uka­zał się je­leń, śred­niej wiel­ko­ści sa­miec. Zwie­rzę pod­nio­sło łeb i wdy­cha­ło po­wie­trze roz­sze­rzo­ny­mi noz­drza­mi. Czyż­by go wy­czu­ło? Nie. Sta­ra­ło się okre­ślić…

Je­leń za­czął biec, a Bo­ur­ne ru­szył za nim. Pę­dził lek­ko i bez­sze­lest­nie przez las rów­no­le­gle do byka. Kie­ru­nek wia­tru uległ zmia­nie, więc mu­siał zmie­nić kurs, by je­leń nie wy­czuł jego za­pa­chu. Kie­dy prze­bie­gli oko­ło pół ki­lo­me­tra, byk zwol­nił. Te­ren za­czął się wzno­sić, stał się trud­niej­szy i bar­dziej zbi­ty. Znaj­do­wa­li się już w spo­rej od­le­gło­ści od stru­mie­nia. Zwie­rzę bez tru­du prze­sa­dzi­ło ka­mien­ny mur wy­zna­cza­ją­cy pół­noc­no-za­chod­nią gra­ni­cę po­sia­dło­ści. Bo­ur­ne wspiął się na prze­szko­dę w samą porę, by spo­strzec, że je­leń do­pro­wa­dził go do li­zaw­ki. Li­zaw­ka ozna­cza­ła ska­ły, a ska­ły – ja­ski­nie. Przy­po­mniał so­bie, że Con­klin wspo­mi­nał kie­dyś, iż od pół­noc­ne­go za­cho­du jego po­sia­dłość gra­ni­czy z kil­ko­ma po­łą­czo­ny­mi ja­ski­nia­mi ma­ją­cy­mi ko­mi­ny – na­tu­ral­ne pio­no­we tu­ne­le. In­dia­nie od­pro­wa­dza­li nimi dym z ognisk, na któ­rych go­to­wa­li stra­wę. Cze­goś ta­kie­go szu­kał – bez­piecz­nej tym­cza­so­wej kry­jów­ki, któ­ra dzię­ki dwóm wyj­ściom nie za­mie­ni się w pu­łap­kę.

• • •

Mam cię, po­my­ślał Chan. Webb po­peł­nił fa­tal­ny błąd – wszedł do nie­wła­ści­wej ja­ski­ni, jed­nej z nie­wie­lu po­zba­wio­nych dru­gie­go wyj­ścia. Chan wy­pełzł ze swo­jej kry­jów­ki, ci­cho prze­szedł małą po­la­nę i znik­nął w mrocz­nym otwo­rze gro­ty.

Skra­da­jąc się, wy­czuł w ciem­no­ści obec­ność Web­ba. Po za­pa­chu wie­dział, że ja­ski­nia jest płyt­ka. Była po­zba­wio­na ostrej wil­got­nej woni na­gro­ma­dzo­nej ma­te­rii or­ga­nicz­nej ty­po­wej dla głę­bo­kiej pie­cza­ry. W od­da­li do­strzegł świa­tło la­tar­ki włą­czo­nej przez Web­ba. Za chwi­lę zo­rien­tu­je się, że pie­cza­ra nie ma ko­mi­na i jest po­zba­wio­na dru­gie­go wyj­ścia. To naj­lep­szy mo­ment do ata­ku! Chan rzu­cił się na prze­ciw­ni­ka, za­da­jąc mu cios w twarz.

• • •

Bo­ur­ne upadł. La­tar­ka ude­rzy­ła o ka­mie­ni­ste pod­ło­że, snop świa­tła za­tań­czył sza­leń­czo na ska­łach. W tym sa­mym cza­sie po­czuł pęd po­wie­trza wy­wo­ła­ny przez pięść su­ną­cą w jego stro­nę. Po­zwo­lił, żeby go ude­rzy­ła, a gdy ra­mię wy­cią­gnę­ło się na całą dłu­gość, wy­mie­rzył sil­ny raz w od­sło­nię­te, wraż­li­we bi­cep­sy.

Sko­czył na­przód, tra­fia­jąc ra­mie­niem w mo­stek tam­te­go. Na­past­nik uniósł ko­la­no, ce­lu­jąc w we­wnętrz­ną część uda Bo­ur­ne’a. Tra­fił w nerw, po­wo­du­jąc, że prze­szedł go dreszcz. Chwy­cił na­past­ni­ka za ubra­nie i rzu­cił o skal­ną ścia­nę. Tam­ten od­bił się i za­ata­ko­wał gło­wą, po­wa­la­jąc Bo­ur­ne’a na zie­mię. Po­to­czy­li się, mo­cu­jąc się ze sobą. Sły­szał od­dech tam­te­go, oso­bli­wie zna­jo­my dźwięk, jak­by na­słu­chi­wał od­de­chu śpią­ce­go obok dziec­ka.

Zwar­ty w śmier­tel­nym uści­sku z na­past­ni­kiem Bo­ur­ne był wy­star­cza­ją­co bli­sko, by wy­czuć jego za­pach – in­try­gu­ją­cy za­pach przy­po­mi­na­ją­cy woń pary z mo­kra­deł dżun­gli Tam Quan. W tej sa­mej chwi­li po­czuł pręt na gar­dle. Tam­ten szarp­nął go do tyłu.

– Nie za­bi­ję cię – szep­nął mu do ucha. – Przy­najm­niej nie tym ra­zem.

Dźgnął za sie­bie łok­ciem i zo­stał na­gro­dzo­ny kop­nia­kiem w obo­la­łe ner­ki. Pró­bo­wał zgiąć się wpół, ale pręt przy­ci­śnię­ty do tcha­wi­cy spra­wił, że z bó­lem się wy­pro­sto­wał.

– Mógł­bym cię za­bić, ale tego nie zro­bię – po­wtó­rzył na­past­nik. – Nie zro­bię tego, do­pó­ki nie bę­dzie dość świa­tła, bym mógł spoj­rzeć ci w oczy, gdy bę­dziesz umie­rał.

– Mu­sia­łeś za­mor­do­wać dwóch nie­win­nych lu­dzi, żeby mnie do­paść? – wy­char­czał Bo­ur­ne.

– Kogo?

– Tych dwóch, któ­rych za­strze­li­łeś w domu.

– Nie za­bi­łem ich. Nig­dy nie za­bi­jam nie­win­nych. – Za­chi­cho­tał. – Cho­ciaż nie wiem, czy moż­na na­zwać nie­win­nym czło­wie­ka zwią­za­ne­go z Ale­xan­drem Con­kli­nem.

– Ale to na mnie za­sta­wi­łeś pu­łap­kę – wy­sa­pał Bo­ur­ne. – Strze­la­łeś, bo chcia­łeś, że­bym po­je­chał do Con­kli­na, a wte­dy mógł­byś…

– Ple­ciesz bzdu­ry – prze­rwał mu głos. – Po pro­stu cię śle­dzi­łem.

– W ta­kim ra­zie, kto we­zwał gli­ny? – spy­tał Bo­ur­ne.

– Cze­mu miał­bym dzwo­nić na po­li­cję? – szep­nął chra­pli­wie głos.

Cho­ciaż sło­wa tam­te­go go zdu­mia­ły, słu­chał tyl­ko jed­nym uchem. Roz­luź­nił się pod­czas roz­mo­wy i lek­ko od­chy­lił do tyłu. W ten spo­sób mię­dzy tcha­wi­cą i prę­tem po­wsta­ła nie­wiel­ka prze­strzeń. Bo­ur­ne od­wró­cił się na pię­cie, po­chy­la­jąc jed­no ra­mię, by prze­ciw­nik mu­siał sku­pić uwa­gę na prę­cie. Bły­ska­wicz­nie użył dło­ni i za­dał prze­ciw­ni­ko­wi cios po­ni­żej ucha. Cia­ło osu­nę­ło się na zie­mię, a pręt upadł z brzę­kiem nie­opo­dal.

Bo­ur­ne za­czerp­nął kil­ka głę­bo­kich od­de­chów, żeby od­zy­skać przy­tom­ność, ale nadal czuł się za­mro­czo­ny od utra­ty tle­nu. Kie­dy pod­niósł la­tar­kę i ją za­pa­lił, tam­te­go już nie było. Usły­szał sła­by szmer, a gdy prze­su­nął snop świa­tła, uj­rzał po­stać ry­su­ją­cą się na tle wej­ścia do ja­ski­ni. Na­past­nik od­wró­cił się i przed ocza­mi Bo­ur­ne’a mi­gnę­ła jego twarz, by po chwi­li znik­nąć mię­dzy drze­wa­mi.

Po­pę­dził za nim. Po chwi­li do­biegł go cha­rak­te­ry­stycz­ny trzask i świst! Usły­szał ruch i przedarł się przez za­ro­śla do miej­sca, gdzie za­sta­wił pu­łap­kę – sple­cio­ną z pę­dów wi­no­blusz­czu sieć przy­wią­za­ną do ugię­te­go mło­de­go drzew­ka. Na­past­nik wpadł w si­dła. My­śli­wy stał się zdo­by­czą. Bo­ur­ne przedarł się do drze­wa, go­to­wy sta­wić czo­ło na­past­ni­ko­wi i prze­ciąć sieć z pną­czy, ale oka­za­ło się, że ta jest pu­sta.

Pu­sta! Pod­niósł gło­wę i uj­rzał otwór, któ­ry ści­ga­ny wy­ciął w jej gór­nej czę­ści. Był szyb­ki, spryt­ny i od­po­wied­nio przy­go­to­wa­ny. Jesz­cze trud­niej bę­dzie go po­now­nie za­sko­czyć.

Bo­ur­ne spoj­rzał w górę, prze­su­wa­jąc snop świa­tła po plą­ta­ni­nie ko­na­rów. Wbrew so­bie po­czuł prze­lot­ny po­dziw dla po­my­sło­we­go prze­ciw­ni­ka. Wy­łą­czył la­tar­kę i po­grą­żył się w ciem­no­ści. Co ja­kiś czas roz­le­ga­ło się na­wo­ły­wa­nie lel­ka i dziw­nie ża­ło­sne po­hu­ki­wa­nie sowy od­bi­ja­ją­ce się echem od po­ro­śnię­tych so­sna­mi wzgórz.

Prze­chy­lił gło­wę do tyłu i wziął głę­bo­ki od­dech. Przy­wo­łał w pa­mię­ci ob­raz gład­kiej twa­rzy i ciem­nych oczu. Był pew­ny, że pa­so­wa­ły do wy­glą­du jed­ne­go ze stu­den­tów mi­ja­nych w dro­dze do sali wy­kła­do­wej, z któ­rej strze­lał snaj­per.

Jego prze­ciw­nik zy­skał twarz i głos.

„Mógł­bym cię za­bić, ale tego nie zro­bię. Nie zro­bię tego, do­pó­ki nie bę­dzie dość świa­tła, bym mógł spoj­rzeć ci w oczy, gdy bę­dziesz umie­rał”.

Roz­dział 3

Zna­na mię­dzy­na­ro­do­wa or­ga­ni­za­cja hu­ma­ni­tar­na Hu­ma­ni­stas Ltd. mia­ła swo­ją cen­tra­lę w Bu­da­pesz­cie, na za­chod­nim zbo­czu zie­lo­ne­go Wzgó­rza Gel­ler­ta, z któ­re­go roz­cią­gał się pięk­ny wi­dok na sto­li­cę. Stie­pan Spal­ko spo­glą­dał przez ogrom­ne pa­no­ra­micz­ne okno, wy­obra­ża­jąc so­bie, że Du­naj i całe mia­sto leżą u jego stóp.

Ob­szedł ma­syw­ne biur­ko i usiadł w obi­tym ta­pi­cer­ką fo­te­lu na­prze­ciw pre­zy­den­ta Ke­nii o twa­rzy czar­nej jak wę­giel. Po obu stro­nach drzwi sta­li ke­nij­scy ochro­nia­rze z rę­ka­mi sple­cio­ny­mi na ple­cach i pu­stym wy­ra­zem twa­rzy ty­po­wym dla pra­cow­ni­ków rzą­do­wych wy­ko­nu­ją­cych wspo­mnia­ną funk­cję. Po­nad nimi na ścia­nie wid­niał pła­ski re­lief przed­sta­wia­ją­cy zie­lo­ny krzyż na otwar­tej dło­ni, po­wszech­nie zna­ne logo Hu­ma­ni­stas. Pre­zy­dent na­zy­wał się Jomo i na­le­żał do Ki­ku­ju – naj­więk­sze­go ple­mie­nia swo­je­go kra­ju. Był też bez­po­śred­nim po­tom­kiem Joma Ke­ny­at­ty, pierw­sze­go pre­zy­den­ta re­pu­bli­ki. Po­dob­nie jak jego sław­ny przo­dek, no­sił mia­no Mzee, jak w ję­zy­ku su­ahi­li okre­śla­no po­wszech­nie sza­no­wa­ne­go star­sze­go. Na sto­li­ku mię­dzy nimi stał bo­ga­to zdo­bio­ny osiem­na­sto­wiecz­ny srebr­ny ser­wis do her­ba­ty. Do fi­li­ża­nek na­la­no czar­ny na­par, a na owal­nej gra­we­ro­wa­nej tacy sta­ran­nie uło­żo­no kru­che cia­stecz­ka i małe ka­nap­ki. Męż­czyź­ni roz­ma­wia­li ze sobą spo­koj­ny­mi przy­ci­szo­ny­mi gło­sa­mi.

– Nie wiem, jak po­dzię­ko­wać za szczo­drość, któ­rą pan i pań­ska or­ga­ni­za­cja nam oka­za­li – po­wie­dział Jomo. Sie­dział wy­pro­sto­wa­ny i sztyw­ny, jak­by kij po­łknął, lek­ko od­su­nię­ty od wy­god­ne­go plu­szo­we­go opar­cia fo­te­la. Upływ cza­su i prze­ciw­no­ści losu po­zba­wi­ły jego twarz wi­tal­no­ści, któ­rą od­zna­cza­ła się za mło­du. Jego lśnią­ca skó­ra przy­bra­ła sza­ry od­cień. Rysy miał na­pię­te, stward­nia­łe od tru­dów i nie­złom­ne­go upo­ru. Krót­ko mó­wiąc, przy­po­mi­nał wo­jow­ni­ka, któ­ry zbyt dłu­go wal­czył w ob­lę­żo­nym mie­ście. Nogi miał złą­czo­ne, a ko­la­na ugię­te do­kład­nie pod ką­tem dzie­więć­dzie­się­ciu stop­ni. Trzy­mał na nich dłu­gie lśnią­ce pu­deł­ko z drew­na bu­bin­ga o nie­re­gu­lar­nym fa­li­stym usło­je­niu. Nie­mal nie­śmia­ło wrę­czył ka­set­kę Spal­ce.

– To dla pana. Ze szcze­rym bło­go­sła­wień­stwem ludu ke­nij­skie­go.

– Dzię­ku­ję, pa­nie pre­zy­den­cie. Jest pan dla nas zbyt ła­ska­wy – od­rzekł wspa­nia­ło­myśl­nie go­spo­darz.

– To ra­czej pan oka­zał ła­ska­wość – za­opo­no­wał Jomo, z na­pię­ciem ob­ser­wu­jąc, jak Spal­ko otwie­ra pu­deł­ko. W środ­ku znaj­do­wa­ły się spłasz­czo­ny owal­ny ka­mień i nóż.

– Do­bry Boże, czy to ka­mień gi­tha­thi?

– Tak, pro­szę pana – przy­tak­nął z wy­raź­nym za­do­wo­le­niem Jomo. – Po­cho­dzi z wio­ski, w któ­rej się uro­dzi­łem. Z kia­my, do któ­rej nadal na­le­żę.

Spal­ko wie­dział, że Jomo ma na my­śli radę star­szych. Gi­tha­thi miał ogrom­ną war­tość dla człon­ków ple­mie­nia. Kie­dy do­cho­dzi­ło do spo­ru, któ­re­go rada nie po­tra­fi­ła roz­strzy­gnąć, skła­da­no przy­się­gę na ka­mień gi­tha­thi. Spal­ko ujął rę­ko­jeść noża wy­rzeź­bio­ną z kar­ne­olu. On tak­że speł­niał ry­tu­al­ne funk­cje. W przy­pad­ku spo­rów na śmierć i ży­cie ostrze roz­pa­la­no do czer­wo­no­ści, a na­stęp­nie kła­dzio­no na ję­zy­kach ad­wer­sa­rzy.

O wi­nie lub nie­win­no­ści roz­strzy­ga­no na pod­sta­wie stop­nia, w ja­kim po­kry­ły się bą­bla­mi.

– Je­stem cie­kaw, pa­nie pre­zy­den­cie – pod­jął Spal­ko z lek­ko szel­mow­skim uśmie­chem – czy to gi­tha­thi po­cho­dzi z pań­skiej kia­my czy nja­my?

Jomo się ro­ze­śmiał. Po­mruk do­cho­dzą­cy z głę­bi krta­ni spra­wił, że jego małe uszy za­drża­ły. Ostat­nio rzad­ko się śmiał. Wła­ści­wie nie pa­mię­tał, kie­dy mu się to zda­rzy­ło.

– Wi­dzę, że sły­szał pan o taj­nych ra­dach. Świet­nie zna pan na­szą tra­dy­cję i oby­cza­je.

– Hi­sto­ria Ke­nii jest dłu­ga i krwa­wa, pa­nie pre­zy­den­cie. Je­stem prze­ko­na­ny, że mo­że­my z niej wy­cią­gnąć wie­le cen­nych nauk.

Jomo ski­nął gło­wą.

– Zga­dzam się z pa­nem. Pra­gnę po­wtó­rzyć, że nie wy­obra­żam so­bie, w ja­kim sta­nie znaj­do­wa­ła­by się na­sza re­pu­bli­ka, gdy­by nie pań­scy le­ka­rze i ich szcze­pion­ki.

– Nie ma szcze­pion­ki na AIDS. – Głos Spal­ki był ci­chy, ale sta­now­czy. – Współ­cze­sna me­dy­cy­na może ogra­ni­czyć cier­pie­nia i licz­bę zgo­nów za po­mo­cą od­po­wied­nich le­karstw, ale roz­prze­strze­nia­nie się cho­ro­by może sku­tecz­nie ogra­ni­czyć je­dy­nie kon­se­kwent­ne sto­so­wa­nie pre­zer­wa­tyw lub wstrze­mięź­li­wość.

– Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście. – Jomo pe­dan­tycz­nie wy­tarł usta. Nie­na­wi­dził tego, że ko­lej­ny raz musi ko­ła­tać o po­moc do czło­wie­ka, któ­ry oka­zał już taką szczo­drość wszyst­kim Ke­nij­czy­kom. Nie miał jed­nak wy­bo­ru. Epi­de­mia AIDS dzie­siąt­ko­wa­ła lud­ność jego kra­ju. Ro­da­cy cier­pie­li i umie­ra­li. – Po­trze­ba nam wię­cej le­karstw. Uczy­nił pan bar­dzo wie­le, by ulżyć cier­pie­niom mo­je­go kra­ju, ale ty­sią­ce lu­dzi nadal cze­ka­ją na pań­ską po­moc.

– Pa­nie pre­zy­den­cie – za­czął Spal­ko, po­chy­la­jąc się w stro­nę Ke­nij­czy­ka. Jego gło­wę oto­czy­ły wpa­da­ją­ce przez wy­so­kie okna pro­mie­nie słoń­ca, na­da­jąc jej nie­mal nad­na­tu­ral­ny blask. Świa­tło od­sło­ni­ło rów­nież lśnią­cą, po­zba­wio­ną po­rów skó­rę z le­wej stro­ny twa­rzy. Ta jaw­na de­mon­stra­cja ka­lec­twa za­szo­ko­wa­ła Joma. – Hu­ma­ni­stas jest go­to­wa wró­cić do Ke­nii z dwu­krot­nie więk­szą licz­bą le­ka­rzy i le­karstw. pod wa­run­kiem że pan… rząd… zro­bi swo­je.

Jomo zro­zu­miał, że Spal­ko nie pro­si o or­ga­ni­zo­wa­nie wy­kła­dów na te­mat bez­piecz­ne­go sek­su i roz­pro­wa­dza­nie pre­zer­wa­tyw. Od­wró­cił się gwał­tow­nie i wy­pro­sił z po­ko­ju dwóch ochro­nia­rzy. Kie­dy za­mknę­li za sobą drzwi, po­wie­dział:

– To przy­kra ko­niecz­ność w na­szych nie­spo­koj­nych cza­sach. Nie­kie­dy jed­nak czu­ję się zmę­czo­ny tym, że nig­dy nie je­stem sam.

Spal­ko od­po­wie­dział uśmie­chem. Zna­jo­mość hi­sto­rii Ke­nii i tam­tej­szych oby­cza­jów ple­mien­nych uchro­ni­ła go przed po­ku­są zlek­ce­wa­że­nia pre­zy­den­ta, co mo­gło­by się przy­da­rzyć ko­muś in­ne­mu. Oj­czy­zna Joma mia­ła ogrom­ne po­trze­by, ale on sam z pew­no­ścią nie po­zwo­li się wy­ko­rzy­stać. Ki­ku­ju byli dum­nym lu­dem, a duma była dla nich tym waż­niej­sza, że prócz niej nie mie­li nic in­ne­go.

Spal­ko otwo­rzył po­jem­nik na cy­ga­ra. Po­czę­sto­wał Joma ku­bań­ską co­hi­bą i wziął dru­gie cy­ga­ro dla sie­bie. Wsta­li, za­pa­li­li i prze­szli do okna po dy­wa­nie.

– Pięk­ny wi­dok – pod­jął Spal­ko, spo­glą­da­jąc na spo­koj­ną toń Du­na­ju lśnią­cą w pro­mie­niach słoń­ca.

– To praw­da – przy­tak­nął Jomo.

– Nie­zwy­kle spo­koj­ny. – Spal­ko wy­pu­ścił z ust siny ob­łok aro­ma­tycz­ne­go dymu. – Trud­no się po­go­dzić z roz­mia­ra­mi cier­pie­nia w in­nych czę­ściach świa­ta. – Po­wie­dziaw­szy to, od­wró­cił się do Joma. – Pa­nie pre­zy­den­cie, wy­świad­czył­by mi pan wiel­ką przy­słu­gę, gdy­by na sie­dem dni dał pan moim lu­dziom nie­ogra­ni­czo­ny do­stęp do prze­strze­ni po­wietrz­nej swo­je­go kra­ju.

– Nie­ogra­ni­czo­ny?

– Że­by­śmy mo­gli swo­bod­nie przy­la­ty­wać i od­la­ty­wać, lą­do­wać bez żad­nych od­praw cel­nych. Bez pro­ce­dur imi­gra­cyj­nych ani kon­tro­li. Żeby nic nas nie spo­wal­nia­ło.

Jomo udał, że się za­sta­na­wia. Wy­dmuch­nął dym co­hi­by, ale Spal­ko wie­dział, że pa­le­nie nie spra­wia mu przy­jem­no­ści.

– Mogę dać panu tyl­ko trzy – od­parł w koń­cu. – Gdy­bym się zgo­dził na wię­cej, lu­dzie za­czę­li­by ga­dać.

– Bę­dzie mu­sia­ło nam to wy­star­czyć, pa­nie pre­zy­den­cie.

– W rze­czy­wi­sto­ści cho­dzi­ło mu o trzy dni. Mógł się upie­rać przy sied­miu, lecz w ten spo­sób po­zba­wił­by Joma jego dumy. Był­by to głu­pi i kosz­tow­ny błąd, zwa­żyw­szy na to, co się mia­ło wy­da­rzyć. W każ­dym ra­zie, dzia­łał w bran­ży pro­mu­ją­cej wza­jem­ną życz­li­wość, a nie nie­chęć. Wy­cią­gnął rękę na znak zgo­dy, a Jomo po­dał mu swo­ją su­chą, zgru­bia­łą od od­ci­sków. Spal­ko lu­bił jej do­tyk. Do­tyk dło­ni ro­bot­ni­ka, czło­wie­ka, któ­ry nie boi się jej po­bru­dzić.

• • •

Kie­dy Jomo i jego świ­ta ode­szli, przy­szła pora na opro­wa­dze­nie po fir­mie Etha­na He­ar­na, jego no­we­go pra­cow­ni­ka. Spal­ko mógł zle­cić to za­da­nie któ­re­muś ze swo­ich asy­sten­tów, ale chlu­bił się tym, że oso­bi­ście trosz­czył się o to, by wszy­scy nowi mo­gli się po­czuć w sie­dzi­bie Hu­ma­ni­stas jak w domu. He­arn był in­te­li­gent­nym i ener­gicz­nym mło­dzień­cem, któ­ry pra­co­wał wcze­śniej dla Eu­ro­cen­ter Bio-I Cli­nic, po dru­giej stro­nie mia­sta. Zaj­mo­wał się z po­wo­dze­niem zbie­ra­niem fun­du­szy i miał licz­ne ko­nek­sje w krę­gach eu­ro­pej­skiej eli­ty i fi­nan­sje­ry. Spal­ko uznał go za czło­wie­ka elo­kwent­ne­go, uj­mu­ją­ce­go i zdol­ne­go do em­pa­tii – krót­ko mó­wiąc, uro­dzo­ne­go pra­cow­ni­ka or­ga­ni­za­cji hu­ma­ni­tar­nej, do­kład­nie ta­kie­go, ja­kie­go po­trze­bo­wał do tego, by Hu­ma­ni­stas Ltd. cie­szy­ła się do­sko­na­łą re­pu­ta­cją. Prócz tego na­praw­dę po­lu­bił He­ar­na. Przy­po­mi­nał mu jego sa­me­go z cza­sów, gdy był mło­dy, przed wy­pad­kiem, któ­ry spo­wo­do­wał po­pa­rze­nie po­ło­wy twa­rzy.

Opro­wa­dził He­ar­na po sied­miu pię­trach biu­ra, na któ­rych ulo­ko­wa­ły się la­bo­ra­to­ria i dzia­ły zaj­mu­ją­ce się gro­ma­dze­niem da­nych sta­ty­stycz­nych po­trzeb­nych do zbie­ra­nia fun­du­szy, co sta­no­wi­ło siłę na­pę­do­wą ta­kich or­ga­ni­za­cji jak Hu­ma­ni­stas Ltd. Po­ka­zał mu tak­że dział księ­go­wo­ści, za­opa­trze­nia, za­so­bów ludz­kich, or­ga­ni­za­cji po­dró­ży i utrzy­ma­nia fir­mo­wej flo­ty pry­wat­nych od­rzu­tow­ców i sa­mo­lo­tów trans­por­to­wych, stat­ków i he­li­kop­te­rów. Ostat­nim punk­tem pro­gra­mu był de­par­ta­ment roz­wo­ju, gdzie na He­ar­na cze­kał jego nowy ga­bi­net. Po­miesz­cze­nie było pu­ste z wy­jąt­kiem biur­ka, fo­te­la ob­ro­to­we­go, kom­pu­te­ra i kon­so­li te­le­fo­nicz­nej.

– Po­zo­sta­łe me­ble zo­sta­ną do­star­czo­ne za kil­ka dni – wy­ja­śnił Spal­ko.

– Nie ma pro­ble­mu, pro­szę pana. Po­trze­bu­ję je­dy­nie kom­pu­te­ra i te­le­fo­nów.

– Po­wi­nie­nem pana ostrzec – do­dał Spal­ko – że cza­sa­mi pra­cu­je­my do póź­na. Nie je­ste­śmy jed­nak po­two­ra­mi. Do­star­czo­ną ka­na­pę bę­dzie moż­na roz­ło­żyć i za­mie­nić w wy­god­ne miej­sce do spa­nia.

He­arn uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Pro­szę się nie mar­twić, pa­nie Spal­ko. Je­stem do tego przy­zwy­cza­jo­ny.

– Mów mi Stie­pan. – Uści­snął dłoń mło­de­go męż­czy­zny. – Wszy­scy tu­taj tak się do mnie zwra­ca­ją.

• • •

Kie­dy za­dzwo­nił te­le­fon, dy­rek­tor Cen­tral­nej Agen­cji Wy­wia­dow­czej przy­lu­to­wy­wał ra­mię ma­lo­wa­ne­go cy­no­we­go żoł­nie­rzy­ka – bry­tyj­skie­go pie­chu­ra z okre­su ame­ry­kań­skiej woj­ny o nie­pod­le­głość. W pierw­szej chwi­li chciał go zi­gno­ro­wać, po­zwa­la­jąc, by dzwo­nił bez koń­ca. Wie­dział, kto do nie­go te­le­fo­nu­je, ale wca­le nie miał ocho­ty usły­szeć, co ma mu do po­wie­dze­nia jego za­stęp­ca. Lin­dros był prze­ko­na­ny, że szef wy­słał go na miej­sce zbrod­ni, bo ofia­ry były waż­ny­mi pra­cow­ni­ka­mi Agen­cji. Czę­ścio­wo miał ra­cję. Praw­dzi­wym po­wo­dem było jed­nak to, że dy­rek­tor nie po­tra­fił się do tego zmu­sić. Myśl o tym, że uj­rzy twarz mar­twe­go Ale­xa Con­kli­na, była zbyt trud­na do znie­sie­nia.

Sie­dział na stoł­ku w swo­im warsz­ta­cie w piw­ni­cy – ma­łym, ide­al­nie zor­ga­ni­zo­wa­nym po­miesz­cze­niu peł­nym szu­flad i schow­ków – za­mknię­tym świe­cie, do któ­re­go nie mie­li wstę­pu żona i dzie­ci, gdy u nie­go no­co­wa­ły.

Jego żona, Ma­de­le­ine, we­tknę­ła gło­wę przez otwar­te drzwi piw­ni­cy.

– Kurt, te­le­fon – po­wie­dzia­ła zu­peł­nie nie­po­trzeb­nie.

Wy­jął ko­lej­ne cy­no­we ra­mię z drew­nia­ne­go pu­deł­ka z czę­ścia­mi fi­gu­rek i przyj­rzał mu się uważ­nie. Grzy­wa si­wych wło­sów za­cze­sa­nych na bok sze­ro­kie­go, wy­pu­kłe­go czo­ła nada­wa­ła mu wy­gląd mę­dr­ca, je­śli nie pro­ro­ka. Chłod­ne błę­kit­ne oczy po­zo­sta­ły czuj­ne i wy­ra­cho­wa­ne, ale ką­ci­ki ust ule­gły po­głę­bie­niu, ukła­da­jąc się w gry­mas wiecz­ne­go na­dą­sa­nia.

– Sły­szysz mnie, Kurt?

– Nie je­stem głu­chy! – Pal­ce fi­gur­ki były lek­ko ugię­te, jak­by dłoń wy­cią­ga­ła się po coś nie­zna­ne­go i nie­okre­ślo­ne­go.

– Od­bie­rzesz czy nie?! – za­wo­ła­ła w dół.

– Nie twój pie­przo­ny in­te­res! – od­krzyk­nął gwał­tow­nie. – Idź do łóż­ka! – Chwi­lę póź­niej usły­szał ci­chy od­głos za­my­ka­nych drzwi. Cze­mu w ta­kich chwi­lach nie zo­sta­wi go w spo­ko­ju? – po­my­ślał z gnie­wem. Byli mał­żeń­stwem od trzy­dzie­stu lat, więc po­win­na wie­dzieć.

Wró­cił do pra­cy, przy­mie­rza­jąc ra­mię do tu­ło­wia, łą­cząc czer­wień z czer­wie­nią i wy­bie­ra­jąc osta­tecz­ną po­zy­cję. W ten spo­sób dy­rek­tor CIA ra­dził so­bie z sy­tu­acja­mi, nad któ­ry­mi nie miał kon­tro­li. Ba­wił się w Boga ze swo­imi mi­nia­tu­ro­wy­mi żoł­nie­rzy­ka­mi, ku­pu­jąc ich i tnąc na ka­wał­ki, by póź­niej od­two­rzyć po­now­nie w po­zy­cjach, któ­re mu naj­le­piej od­po­wia­da­ły. Tu­taj, w za­mknię­tym świe­cie piw­ni­cy, któ­ry sam stwo­rzył, spra­wo­wał kon­tro­lę nad wszyst­ki­mi i wszyst­kim.

Te­le­fon nie prze­sta­wał dzwo­nić me­cha­nicz­nym mo­no­ton­nym sy­gna­łem. Dy­rek­tor zgrzyt­nął zę­ba­mi, jak­by ten dźwięk był nie­wy­mow­nie do­kucz­li­wy. Do­ko­na­li nie­zwy­kłych rze­czy w cza­sach, gdy on i Alex byli mło­dzi! Pod­czas ope­ra­cji w Ro­sji nie­mal skoń­czy­li na Łu­bian­ce. Ucie­ka­li przez mur ber­liń­ski, wy­kra­da­li se­kre­ty Sta­si, prze­świe­tli­li zbie­ga z KGB w kry­jów­ce CIA w Wied­niu i od­kry­li, że jest po­dwój­nym agen­tem.

Przy­po­mniał so­bie śmierć Bern­da, któ­ry przez wie­le lat był ich kon­tak­tem, i współ­czu­cie, z ja­kim po­in­for­mo­wa­li żonę, że za­opie­ku­ją się jego sy­nem, Die­te­rem. Że za­bio­rą go do Ame­ry­ki i sfi­nan­su­ją na­ukę w col­le­ge’u. Zro­bi­li, jak obie­ca­li, i zo­sta­li na­gro­dze­ni za swo­ją hoj­ność. Die­ter nig­dy nie wró­cił do mat­ki. Za­miast tego za­czął pra­co­wać dla Agen­cji. Wie­le lat był sze­fem Dy­rek­to­ria­tu Na­uki i Tech­no­lo­gii, do­pó­ki nie zgi­nął w wy­pad­ku mo­to­cy­klo­wym.

Co się sta­ło z ich daw­nym ży­ciem? Ode­szło wraz z Bern­dem i Die­te­rem, a te­raz tak­że z Ale­xem. Jak mo­gło się tak szyb­ko prze­ro­dzić w prze­lot­ne wspo­mnie­nie? Bez wąt­pie­nia spa­ra­li­żo­wał go upływ cza­su i cię­żar od­po­wie­dzial­no­ści. Był sta­rym czło­wie­kiem. Tak, pod pew­ny­mi wzglę­da­mi miał wię­cej wła­dzy, ale daw­ne śmia­łe przed­się­wzię­cia i we­rwa, z jaką on i Alex po­ru­sza­li się w świe­cie ta­jem­nic, zmie­nia­jąc losy państw, ob­ró­ci­ły się w po­piół i zo­sta­ły roz­sy­pa­ne przez wiatr.

Za­ci­snął pięść, ro­biąc ka­le­kę z cy­no­we­go żoł­nie­rzy­ka. Do­pie­ro wów­czas zde­cy­do­wał się pod­nieść słu­chaw­kę.

– Słu­cham, Mar­tin.

Lin­dros od razu wy­czuł znu­że­nie w gło­sie sze­fa.

– Czy do­brze się pan czu­je, pro­szę pana?

– Nie, do cho­le­ry! Nie! – Dy­rek­tor służb wy­wia­dow­czych wła­śnie tego pra­gnął. Ko­lej­nej oka­zji do wy­ła­do­wa­nia gnie­wu i fru­stra­cji. – Jak mogę się czuć w ta­kich oko­licz­no­ściach?!

– Przy­kro mi, pro­szę pana.

– Wca­le nie – od­parł uszczy­pli­wie. – Nie może być ci przy­kro. O ni­czym nie masz po­ję­cia. – Spoj­rzał na zgnie­cio­ną fi­gur­kę żoł­nie­rzy­ka, my­śląc o mi­nio­nej chwa­le. – Cze­go chcesz?

– Pro­sił pan, żeby go na bie­żą­co in­for­mo­wać.

– Na­praw­dę? – Szef oparł gło­wę na dło­ni. – No tak, chy­ba masz ra­cję. Cze­go się do­wie­dzia­łeś?

– Trze­ci wóz na pod­jeź­dzie Con­kli­na na­le­ży do Da­vi­da Web­ba.

Czu­łe ucho dy­rek­to­ra za­re­je­stro­wa­ło ton gło­su Lin­dro­sa.

– Ale?

– Ale on sam ulot­nił się jak kam­fo­ra.

– Oczy­wi­ście, jak mo­gło­by być in­a­czej.

– Nie­wąt­pli­wie tam był. Psy pod­ję­ły trop, po­dą­ża­jąc za za­pa­chem z wnę­trza jego sa­mo­cho­du. Ślad urwał się nad stru­mie­niem.

Dy­rek­tor Cen­tra­li Wy­wia­du za­mknął oczy. Ale­xan­der Con­klin i Mor­ris Pa­nov zo­sta­li za­strze­le­ni, a Ja­son Bo­ur­ne roz­pły­nął się w po­wie­trzu kil­ka dni przed glo­bal­nym szczy­tem po­świę­co­nym ter­ro­ry­zmo­wi, któ­ry już te­raz na­zy­wa­no mię­dzy­na­ro­do­wym spo­tka­niem stu­le­cia. Za­drżał. Nie zno­sił par­tac­twa, ale Ro­ber­ta Alon­zo-Or­tiz, sze­fo­wa Rady Bez­pie­czeń­stwa Na­ro­do­we­go, była pod tym wzglę­dem jesz­cze gor­sza, a to wła­śnie ona or­ga­ni­zo­wa­ła ten show.

– Ja­kieś dane ba­li­stycz­ne? Eks­per­ty­zy kry­mi­na­li­stycz­ne?

– Będą ju­tro rano – od­rzekł Lin­dros. – Bar­dziej nie dało się ich przy­ci­snąć.

– FBI i inne agen­cje…

– Już ich od­su­ną­łem. Mamy czy­ste pole.

Dy­rek­tor wes­tchnął głę­bo­ko. Do­ce­niał ini­cja­ty­wę swo­je­go za­stęp­cy, lecz nie zno­sił, gdy mu prze­ry­wa­no.

– Wra­caj do pra­cy – burk­nął szorst­ko i ci­snął słu­chaw­kę na wi­deł­ki.

Dłu­go pa­trzył na drew­nia­ne pu­deł­ko z czę­ścia­mi fi­gu­rek, wsłu­chu­jąc się w od­dech domu. Od­dech przy­po­mi­na­ją­cy sta­re­go czło­wie­ka. De­ski trzesz­cza­ły zna­jo­mo, jak głos do­bre­go przy­ja­cie­la. Ma­de­le­ine za­pew­ne przy­go­to­wy­wa­ła so­bie fi­li­żan­kę go­rą­cej cze­ko­la­dy, któ­ra po­ma­ga­ła jej za­snąć. Do­le­cia­ło go szcze­ka­nie cor­gi są­sia­dów. Z ja­kie­goś po­wo­du, któ­re­go nie po­tra­fił­by na­zwać, wy­da­ło mu się bar­dziej ża­ło­sne, bo­le­sne i peł­ne za­wie­dzio­nej na­dziei niż za­zwy­czaj. W koń­cu się­gnął do pu­deł­ka i wy­cią­gnął sza­ry kor­pus żoł­nie­rza z okre­su woj­ny se­ce­syj­nej.

Roz­dział 4

– Są­dząc po pana wy­glą­dzie, mu­sia­ło dojść do wy­pad­ku – po­wie­dział Jack Ker­ry.

– Skąd­że, zła­pa­łem gumę – skła­mał jak z nut Bo­ur­ne. – Nie mia­łem za­pa­so­we­go koła. Póź­niej się o coś po­tkną­łem… pew­nie o ko­rzeń drze­wa, i wpa­dłem do po­to­ku. – Mach­nął lek­ce­wa­żą­co ręką. – Mam kiep­ską ko­or­dy­na­cję ru­cho­wą, zwłasz­cza gdy się za­my­ślę.

– Wi­tam w klu­bie – od­parł z uśmie­chem Ker­ry. Był ro­słym męż­czy­zną z po­dwój­nym pod­bród­kiem i nad­mier­ną ilo­ścią tkan­ki tłusz­czo­wej w środ­ko­wej czę­ści cia­ła. Za­brał Bo­ur­ne’a dwa ki­lo­me­try wcze­śniej. – Kie­dyś żona po­pro­si­ła mnie, że­bym zmył na­czy­nia w zmy­war­ce. Na­la­łem do cho­ler­stwa pły­nu do pra­nia. Do­bry Jezu, po­wi­nie­neś zo­ba­czyć, jaki był ba­ła­gan! – Ro­ze­śmiał się do­bro­dusz­nie.

Noc była ciem­na, na nie­bie nie było wi­dać księ­ży­ca ani gwiazd. Za­czął sią­pić sła­by desz­czyk i Ker­ry włą­czył wy­cie­racz­ki. Bo­ur­ne z lek­ka dy­go­tał w mo­krym ubra­niu. Wie­dział, że musi się skon­cen­tro­wać, ale za każ­dym ra­zem, gdy za­mknął oczy, wi­dział Ale­xa i Mo, lśnią­cą krew oraz frag­men­ty czasz­ki i mó­zgu. Za­ci­snął pię­ści.

– Czym się pan zaj­mu­je, pa­nie Lit­tle?

Kie­dy Ker­ry się przed­sta­wił, Bo­ur­ne po­wie­dział, że na­zy­wa się Dan Lit­tle. Fa­cet wy­glą­dał na dżen­tel­me­na w sta­rym sty­lu, nie­szczę­dzą­ce­go kon­wen­cjo­nal­nych uprzej­mo­ści.

– Je­stem księ­go­wym.

– Ja pro­jek­tu­ję za­kła­dy uty­li­za­cji od­pa­dów nu­kle­ar­nych. Dużo po­dró­żu­ję, dro­gi pa­nie. – Spoj­rzał na nie­go z uko­sa, lek­ko opusz­cza­jąc oku­la­ry. – Do li­cha! Pro­szę wy­ba­czyć, ale nie wy­glą­da mi pan na księ­go­we­go.

Bo­ur­ne wy­buch­nął sztucz­nym śmie­chem.

– Wszy­scy tak mó­wią. W col­le­ge’u gra­łem w pił­kę noż­ną.

– Nie za­pu­ścił się pan, jak wie­lu by­łych spor­tow­ców – za­uwa­żył Ker­ry, kle­piąc się po okrą­głym brzu­chu. – Nie mogę tego po­wie­dzieć o so­bie. Poza tym nig­dy nie by­łem spor­tow­cem. Raz pró­bo­wa­łem, ale nie wie­dzia­łem, w któ­rą stro­nę biec. Tre­ner na mnie na­krzy­czał. Póź­niej za­blo­ko­wa­li mnie na do­bre. – Po­krę­cił gło­wą. – To mi wy­star­czy­ło. Je­stem ty­pem ko­chan­ka, nie wo­jow­ni­ka. – Zer­k­nął po­now­nie na Bo­ur­ne’a. – Ma pan ro­dzi­nę, pa­nie Lit­tle?

Bo­ur­ne za­wa­hał się chwi­lę.

– Żonę i dwój­kę dzie­ci.

– Szczę­śli­wy czło­wiek, co?

Obok sa­mo­cho­du prze­su­nął się ciem­ny rząd drzew. Słup te­le­fo­nicz­ny za­dy­go­tał na wie­trze, po­rzu­co­na szo­pa ople­cio­na cier­ni­sty­mi pną­cza­mi po­wra­ca­ła do sta­nu pier­wot­nej dzi­ko­ści. Bo­ur­ne za­mknął oczy.

– Bar­dzo szczę­śli­wy.

Ker­ry wje­chał w ostry za­kręt. Moż­na było po­wie­dzieć o nim jed­no – świet­nie ra­dził so­bie za kół­kiem.

– Ja się roz­wio­dłem. Mał­żeń­stwo mi nie wy­szło. Żona ode­szła z trzy­let­nim sy­nem. Dzie­sięć lat temu. – Zmarsz­czył brwi. – A może je­de­na­ście? W każ­dym ra­zie od tego cza­su nie mia­łem z nimi kon­tak­tu.

Bo­ur­ne bły­ska­wicz­nie otwo­rzył oczy.

– Nie ma pan kon­tak­tu z sy­nem?

– Pró­bo­wa­łem. – W gło­sie Ker­ry’ego za­brzmia­ły ostrzej­sze nuty, jak­by uznał, że musi się bro­nić. – Przy­najm­niej przez ja­kiś czas. Dzwo­ni­łem co ty­dzień. Pi­sa­łem li­sty. Prze­sy­ła­łem pie­nią­dze. Ku­po­wa­łem pre­zen­ty. Wie pan, ro­wer, rze­czy w tym ro­dza­ju. Nie od­po­wie­dział ani sło­wem.

– Cze­mu pan do nie­go nie po­je­chał?

Ker­ry wzru­szył ra­mio­na­mi.

– W koń­cu od­pi­sał. Nie chciał mnie wi­dzieć.

– List na­pi­sa­ła pań­ska żona – za­uwa­żył Bo­ur­ne. – Chło­pak był jesz­cze dziec­kiem. Nie wie­dział, cze­go chce. Skąd miał­by wie­dzieć. Prze­cież pra­wie pana nie znał.

– Ła­two panu mó­wić, pa­nie Lit­tle – mruk­nął Ker­ry. – Ma pan cie­płe do­mo­we ogni­sko i szczę­śli­wą ro­dzi­nę, do któ­rej może wra­cać co noc.

– Mam dzie­ci, dla­te­go wiem, ja­kie są waż­ne – od­rzekł Bo­ur­ne. – Gdy­by cho­dzi­ło o mo­je­go syna, wal­czył­bym zę­ba­mi i pa­zu­ra­mi, sta­rał się za wszel­ką cenę za­pro­sić go po­now­nie do swo­je­go ży­cia.

Wje­cha­li w gę­ściej za­miesz­ka­ną oko­li­cę. Bo­ur­ne za­uwa­żył mo­tel i rząd za­mknię­tych skle­pów. W od­da­li do­strzegł jed­no, a póź­niej dru­gie czer­wo­ne świa­tło. Na dro­dze była blo­ka­da, są­dząc po wy­glą­dzie, cał­kiem spo­ra. Do­li­czył się ośmiu ra­dio­wo­zów, w dwóch rzę­dach po czte­ry. Sta­ły za­par­ko­wa­ne pod ką­tem czter­dzie­stu pię­ciu stop­ni do au­to­stra­dy. W celu za­pew­nie­nia więk­szej ochro­ny, a jed­no­cze­śnie umoż­li­wie­nia szyb­kie­go za­mknię­cia dro­gi, gdy­by za­szła taka po­trze­ba. Bo­ur­ne wie­dział, że nie może pod żad­nym po­zo­rem zbli­żyć się do blo­ka­dy, a co do­pie­ro sie­dząc tak na wi­do­ku. Mu­siał zna­leźć inny spo­sób wy­do­sta­nia się z po­trza­sku.

Na­gle zza za­sło­ny ciem­no­ści wy­ło­nił się neon ca­ło­do­bo­we­go skle­pu ogól­no­spo­żyw­cze­go.

– Wy­sią­dę tu­taj.

– Jest pan pe­wien, pa­nie Lit­tle? To ist­ne pust­ko­wie.

– Pro­szę się mną nie mar­twić. Za­dzwo­nię do żony. Przy­je­dzie i mnie stąd za­bie­rze. Miesz­ka­my nie­da­le­ko.

– Może w ta­kim ra­zie po­wi­nie­nem od­wieźć pana do domu?

– Tak bę­dzie do­brze. Na­praw­dę.

Ker­ry zje­chał na po­bo­cze i zwol­nił, za­trzy­mu­jąc się przed skle­pem.

– Dzię­ki za pod­wie­zie­nie.

– Do usług – od­parł z uśmie­chem męż­czy­zna. – A ja dzię­ku­ję za radę, pa­nie Lit­tle. Prze­my­ślę to, co mi pan po­wie­dział.

Bo­ur­ne pa­trzył, jak Ker­ry od­jeż­dża, a na­stęp­nie wszedł do skle­pu. Ja­skra­we flu­ore­scen­cyj­ne świa­tła spra­wi­ły, że roz­bo­la­ły go oczy. Sprze­daw­ca, mło­dy męż­czy­zna o prysz­cza­tej twa­rzy, dłu­gich wło­sach i prze­krwio­nych oczach pa­lił pa­pie­ro­sa i czy­tał książ­kę w wy­da­niu bro­szu­ro­wym. Na chwi­lę pod­niósł gło­wę, gdy Bo­ur­ne wszedł do środ­ka, ale tyl­ko ski­nął mu obo­jęt­nie i wró­cił do czy­ta­nia. Z od­da­li do­la­ty­wał dźwięk ra­dia. Ja­kaś pio­sen­kar­ka za­wo­dzi­ła Yestar­day’s Gone me­lan­cho­lij­nym zmę­czo­nym gło­sem. Rów­nie do­brze bab­ka mo­gła­by śpie­wać dla Bo­ur­ne’a.

Jed­no spoj­rze­nie na pół­ki wy­star­czy­ło, by przy­po­mniał so­bie, że nie jadł ni­cze­go od lun­chu. Się­gnął po pla­sti­ko­wy sło­ik z ma­słem orze­cho­wym, pu­deł­ko kra­ker­sów, pacz­kę su­szo­nej wo­ło­wi­ny, sok po­ma­rań­czo­wy i wodę. Po­trze­bo­wał wi­ta­min i biał­ka. Ku­pił rów­nież T-shirt, ko­szu­lę w pa­ski z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi, ma­szyn­kę do go­le­nia i pian­kę oraz parę in­nych rze­czy, któ­re będą mu po­trzeb­ne.

Kie­dy pod­szedł do lady, sprze­daw­ca odło­żył sfa­ty­go­wa­ną książ­kę. Dhal­gre­na Sa­mu­ela R. De­la­ny’ego. Bo­ur­ne przy­po­mniał so­bie, że prze­czy­tał ją za­raz po po­wro­cie z Wiet­na­mu. Była rów­nie fan­ta­sma­go­rycz­na jak woj­na. Po­wró­ci­ły okru­chy wspo­mnień daw­ne­go ży­cia – krew, śmierć, wście­kłość, bez­myśl­ne za­bi­ja­nie, wszyst­ko, by stłu­mić pa­ra­li­żu­ją­cy, nie­prze­rwa­ny ból wy­wo­ła­ny tym, co wy­da­rzy­ło się przy jego domu, nad rze­ką w Phnom Penh. „Ła­two panu mó­wić, pa­nie Lit­tle. Ma pan cie­płe do­mo­we ogni­sko i szczę­śli­wą ro­dzi­nę, do któ­rej może wra­cać co noc”, po­wie­dział Ker­ry. Gdy­by wie­dział, co się sta­ło.

– Ży­czy pan coś jesz­cze? – spy­tał chło­pak o prysz­cza­tej twa­rzy.

Bo­ur­ne za­mru­gał ocza­mi i wró­cił do chwi­li obec­nej.

– Do­sta­nę ła­do­war­kę do ko­mór­ki?

– Przy­kro mi. Wła­śnie się skoń­czy­ły.

Bo­ur­ne za­pła­cił go­tów­ką, spa­ko­wał za­ku­py do brą­zo­wej pa­pie­ro­wej tor­by i wy­szedł. Dzie­sięć mi­nut póź­niej do­tarł do mo­te­lu. Na par­kin­gu sta­ło kil­ka sa­mo­cho­dów. Na koń­cu do­strzegł cią­gnik sio­dło­wy z na­cze­pą. Chłod­nia, są­dząc po kom­pre­so­rze, któ­ry przy­cup­nął na da­chu. W re­cep­cji w tyl­nej czę­ści holu sie­dział pa­ty­ko­wa­ty czło­wie­czek o po­sza­rza­łej twa­rzy przed­się­bior­cy po­grze­bo­we­go. Oglą­dał pro­gram te­le­wi­zyj­ny na ekra­nie wie­ko­we­go prze­no­śne­go czar­no-bia­łe­go od­bior­ni­ka. Bo­ur­ne za­mel­do­wał się pod fik­cyj­nym na­zwi­skiem, pła­cąc za po­kój go­tów­ką. Zo­sta­ło mu do­kład­nie sześć­dzie­siąt sie­dem do­la­rów.

– Dziw­na ta pie­przo­na noc – wy­chry­piał pa­ty­ko­wa­ty je­go­mość.

– Cze­mu?

Oczy re­cep­cjo­ni­sty za­bły­sły.

– Nie mów pan, że nie sły­sza­łeś o mor­der­stwach?

Bo­ur­ne po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– Nie­ca­łe trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów stąd. – Re­cep­cjo­ni­sta po­chy­lił się nad kon­tu­arem. Jego od­dech cuch­nął czar­ną kawą i żół­cią. – Sprząt­nę­li dwóch fa­ce­tów, agen­tów rzą­do­wych, więc na­bra­li wody w usta. Wie pan, co to ozna­cza: ci­cho sza, ano­ni­mo­we źró­dło in­for­ma­cji, taj­ne służ­by. Do li­cha, kto wie, co pla­no­wa­li? Włącz pan CNN w po­ko­ju, a wszyst­kie­go się do­wiesz z ka­blów­ki. – Wrę­czył Bo­ur­ne’owi klucz. – Umie­ści­łem pana w po­ko­ju na dru­gim koń­cu ko­ry­ta­rza, da­le­ko od Guya. Fa­cet jest kie­row­cą cię­ża­rów­ki. Pew­nie wi­dzia­łeś pan jego wóz z na­cze­pą. Re­gu­lar­nie kur­su­je mię­dzy Flo­ry­dą i Wa­szyng­to­nem. Wy­je­dzie ju­tro o pią­tej rano. Nie bę­dzie­my mu za­kłó­cać snu, nie?

• • •

Sfa­ty­go­wa­ny po­kój miał sza­ro­brą­zo­we ścia­ny. Na­wet woń sil­ne­go środ­ka czy­sto­ści nie zdo­ła­ła stłu­mić smro­du stę­chli­zny. Bo­ur­ne włą­czył te­le­wi­zor i po­szu­kał ka­na­łu in­for­ma­cyj­ne­go. Się­gnął po ma­sło orze­cho­we i kra­ker­sy i za­czął jeść.

– Nie ma wąt­pli­wo­ści, że śmia­ła, wi­zjo­ner­ska ini­cja­ty­wa pre­zy­den­ta może zbu­do­wać most do spo­koj­niej­szej przy­szło­ści – mó­wi­ła pre­zen­ter­ka CNN. U góry ekra­nu, sub­tel­nie jak na pierw­szej stro­nie lon­dyń­skie­go bru­kow­ca, wid­niał czer­wo­ny na­pis: „Kon­fe­ren­cja na szczy­cie po­świę­co­na ter­ro­ry­zmo­wi”. – W ob­ra­dach oprócz pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych weź­mie udział pre­zy­dent Ro­sji i przy­wód­cy naj­więk­szych państw arab­skich. W nad­cho­dzą­cym ty­go­dniu bę­dzie­my się łą­czy­li z Wol­fem Blit­ze­rem, któ­ry przed­sta­wi nam sta­no­wi­sko pre­zy­den­ta, oraz z Chri­stia­ne Aman­po­ur, któ­ra prze­pro­wa­dzi wy­wia­dy z przy­wód­ca­mi Ro­sji i kra­jów arab­skich. Szczyt za­po­wia­da się na sen­sa­cję roku. A te­raz naj­now­sze do­nie­sie­nia ze sto­li­cy Is­lan­dii Rey­kja­vi­ku…

Na ekra­nie po­ja­wił się front ho­te­lu Oskjuh­lid, w któ­rym za pięć dni mia­ła się roz­po­cząć kon­fe­ren­cja. Nad­mier­nie pod­eks­cy­to­wa­ny re­por­ter CNN prze­pro­wa­dzał wy­wiad z sze­fem ame­ry­kań­skie­go ze­spo­łu ochro­ny, Ja­miem Hul­lem. Bo­ur­ne spoj­rzał na wy­dat­ną szczę­kę Hul­la, krót­kie wło­sy i rude wąsy. Fa­cet miał zim­ne błę­kit­ne oczy. W jego gło­wie roz­legł się sy­gnał alar­mo­wy. Hull pra­co­wał dla Agen­cji, zaj­mo­wał wy­so­kie sta­no­wi­sko w Ośrod­ku An­ty­ter­ro­ry­stycz­nym CIA. Kil­ka razy po­padł w kon­flikt z Con­kli­nem. Hull był spryt­nym po­li­tycz­nym zwie­rzę­ciem, wła­ził w ty­łek każ­de­mu, kto się li­czył. Na do­da­tek sztyw­no trzy­mał się pro­ce­dur, na­wet gdy sy­tu­acja za­chę­ca­ła do przy­ję­cia bar­dziej ela­stycz­ne­go sta­no­wi­ska. Con­klin do­stał­by ata­ku apo­plek­sji na myśl, że fa­cet zo­stał sze­fem ame­ry­kań­skiej ochro­ny na nad­cho­dzą­cym szczy­cie.

Kie­dy nad tym du­mał, uka­za­ły się ko­lej­ne in­for­ma­cje. Na prze­su­wa­ją­cym się pa­sku moż­na było prze­czy­tać o śmier­ci Ale­xan­dra Con­kli­na i dok­to­ra Mor­ri­sa Pa­no­va, urzęd­ni­ków pań­stwo­wych wy­so­kie­go szcze­bla. Na­gle ob­raz uległ zmia­nie i po­ja­wił się na­pis: „Naj­now­sze wia­do­mo­ści”, a po nim ko­lej­ny: „Mor­der­stwa w Ma­nas­sas”, na­ło­żo­ny na zdję­cie Da­vi­da Web­ba zaj­mu­ją­ce nie­mal cały ekran. Pre­zen­ter­ka za­czę­ła prze­ka­zy­wać naj­śwież­sze in­for­ma­cje na te­mat bru­tal­ne­go za­bój­stwa Ale­xa Con­kli­na i dok­to­ra Mor­ri­sa Pa­no­va.

– Każ­dy otrzy­mał śmier­tel­ny strzał w gło­wę – oznaj­mi­ła z po­nu­rym za­do­wo­le­niem ty­po­wym dla lu­dzi jej pro­fe­sji – co wska­zu­je, że była to ro­bo­ta za­wo­dow­ca. Głów­nym po­dej­rza­nym jest ten męż­czy­zna, Da­vid Webb, któ­ry może po­słu­gi­wać się tak­że na­zwi­skiem Ja­son Bo­ur­ne. Zda­niem wy­so­ko po­sta­wio­nych źró­deł zbli­żo­nych do krę­gów rzą­do­wych Webb alias Bo­ur­ne cier­pi na uro­je­nia i jest uwa­ża­ny za nie­bez­piecz­ne­go. Je­śli go pań­stwo za­uwa­żą, pro­szę się do nie­go nie zbli­żać. Na­le­ży za­dzwo­nić pod nu­mer te­le­fo­nu wi­docz­ny u dołu ekra­nu…

Bo­ur­ne wy­łą­czył dźwięk. Chry­ste, tym ra­zem w wen­ty­la­tor wpa­dło nie­złe gów­no. Nic dziw­ne­go, że blo­ka­da dro­go­wa była tak do­brze zor­ga­ni­zo­wa­na – urzą­dzi­li ją pra­cow­ni­cy Agen­cji, a nie lo­kal­ne gli­ny.

Wie­dział, że po­wi­nien za­brać się do pra­cy. Strzą­snął okru­chy z ko­lan i wy­cią­gnął ko­mór­kę Con­kli­na. Czas się do­wie­dzieć, z kim roz­ma­wiał Alex, w chwi­li gdy zo­stał za­strze­lo­ny. Wci­snął od­po­wied­ni przy­cisk, na­słu­chu­jąc gło­su z dru­giej stro­ny. Włą­czył się au­to­mat zgło­sze­nio­wy. Nie był to pry­wat­ny nu­mer, tyl­ko fir­mo­wy. Lin­coln Fine Ta­ilors. Myśl o tym, że Con­klin w ostat­niej chwi­li ży­cia roz­ma­wiał ze swo­im kraw­cem, wy­da­wa­ła się pa­skud­nie przy­gnę­bia­ją­ca. Szpieg wiel­kie­go for­ma­tu po­wi­nien odejść w lep­szym sty­lu.

Spraw­dził ostat­nią roz­mo­wę przy­cho­dzą­cą. Po­przed­nie­go wie­czo­ru do Con­kli­na za­dzwo­nił dy­rek­tor CIA. Śle­pa ulicz­ka, po­my­ślał. Pod­niósł się z krze­sła. W dro­dze do ła­zien­ki zdjął ubra­nie, a po­tem dłu­gi czas stał pod stru­ga­mi go­rą­cej wody. Ce­lo­wo opróż­nił umysł, zmy­wa­jąc ze skó­ry brud i pot. Do­brze czuć się po­now­nie czy­stym i roz­grza­nym. Szko­da, że nie miał kom­ple­tu świe­żych ubrań. Na­gle go olśni­ło. Otarł wodę z oczu.

Ser­ce ży­wiej mu za­bi­ło, a umysł za­czął po­now­nie funk­cjo­no­wać na wy­so­kich ob­ro­tach. Con­klin szył ubra­nia w fir­mie Old World Ta­ilors przy M Stre­et. Alex ko­rzy­stał z ich usług od lat. Raz lub dwa w roku za­pra­szał na­wet na obiad jej wła­ści­cie­la, ro­syj­skie­go imi­gran­ta.

Bo­ur­ne wy­tarł się po­spiesz­nie, po­now­nie się­gnął po te­le­fon Con­kli­na i za­dzwo­nił na in­for­ma­cję. Lin­coln Fine Ta­ilors mia­ła sie­dzi­bę w Ale­xan­drii. Usiadł na łóż­ku i spoj­rzał w pust­kę. Cie­ka­we, czym zaj­mo­wa­no się w tej fir­mie oprócz kro­je­nia ma­te­ria­łu i ob­szy­wa­nia dziu­rek od gu­zi­ków.

• • •

Ha­san Ar­se­now lu­bił Bu­da­peszt w spo­sób, któ­ry Cha­li­do­wi Mu­ra­to­wi wy­dał­by się cał­kiem obcy. Tak przy­najm­niej po­wie­dział Zi­nie Ha­si­je­wej, gdy prze­cho­dzi­li przez od­pra­wę imi­gra­cyj­ną.

– Bied­ny Mu­rat – wes­tchnę­ła. – Był dziel­nym czło­wie­kiem, od­waż­nym bo­jow­ni­kiem o wol­ność, ale my­śla­mi po­zo­stał w dzie­więt­na­stym wie­ku. – Zina, za­ufa­na po­moc­nicz­ka i ko­chan­ka Ar­se­no­wa, była ni­ska i krę­pa i rów­nie wy­spor­to­wa­na jak on. Mia­ła dłu­gie, krę­co­ne, czar­ne jak noc wło­sy, któ­re ota­cza­ły jej gło­wę ni­czym ko­ro­na. Sze­ro­kie usta i ciem­ne lśnią­ce oczy nada­wa­ły jej cy­gań­ski wy­gląd, ale umysł Ziny po­tra­fił być tak chłod­ny i wy­ra­cho­wa­ny jak u do­świad­czo­ne­go praw­ni­ka. Na do­da­tek była bez­względ­na i nie­ustra­szo­na.

Ar­se­now jęk­nął z bólu, gdy sa­do­wi­li się na tyl­nej ka­na­pie ocze­ku­ją­cej ich li­mu­zy­ny. Strzał snaj­pe­ra był ide­al­ny. Kula uszko­dzi­ła je­dy­nie mię­sień, wy­cho­dząc rów­nie czy­sto, jak we­szła. Bo­la­ło jak dia­bli, ale ból był tego wart, po­my­ślał Ar­se­now, sia­da­jąc obok swo­jej po­moc­nicz­ki. O nic go nie po­dej­rze­wa­no. Na­wet Zina nie mia­ła po­ję­cia, że ma­czał pal­ce w za­bój­stwie Mu­ra­ta. Czy miał inny wy­bór? Do­wód­ca co­raz bar­dziej nie­po­ko­ił się kon­se­kwen­cja­mi pla­nu Szej­ka. Nie miał wi­zji Ar­se­no­wa ani jego mo­nu­men­tal­ne­go po­czu­cia spo­łecz­nej spra­wie­dli­wo­ści. Był­by rad, gdy­by uda­ło się uwol­nić Cze­cze­nię od Ro­sjan, choć resz­ta świa­ta z po­gar­dą od­wró­ci­ła­by się do nie­go ple­ca­mi.

W od­róż­nie­niu od Cha­li­da, gdy Szejk przed­sta­wił swój prze­bo­jo­wy, śmia­ły plan, Ar­se­now do­znał olśnie­nia. Uj­rzał wspa­nia­łą przy­szłość, któ­rą Szejk pra­gnął im ofia­ro­wać ni­czym doj­rza­ły owoc. Unie­sio­ny nad­przy­ro­dzo­ną ilu­mi­na­cją, szu­kał u Cha­li­da Mu­ra­ta po­twier­dze­nia, ale za­miast nie­go otrzy­mał peł­ną go­ry­czy praw­dę. Cha­lid nie po­tra­fił się­gnąć wzro­kiem poza gra­ni­ce wła­sne­go kra­ju, nie był zdol­ny po­jąć, że od­zy­ska­nie oj­czy­zny mia­ło w pew­nym sen­sie dru­go­rzęd­ne zna­cze­nie. Ar­se­now zda­wał so­bie spra­wę, że Cze­cze­ni mu­szą od­zy­skać wła­dzę nie tyl­ko po to, by zrzu­cić jarz­mo nie­wier­nych, ale tak­że by za­jąć na­leż­ne im miej­sce w mu­zuł­mań­skim świe­cie, zy­skać sza­cu­nek in­nych is­lam­skich kra­jów. Cze­cze­ni byli sun­ni­ta­mi, któ­rzy przy­ję­li na­ukę su­fic­kich mi­sty­ków. Jej ją­drem był zikr, roz­my­śla­nie o Bogu – ry­tu­ał po­le­ga­ją­cy na nu­ce­niu mo­dłów i ryt­micz­nym tań­cu, za po­mo­cą któ­re­go wpra­wia­li się w ro­dzaj transu pro­wa­dzą­ce­go do oglą­da­nia oka Boga. Re­li­gia sun­nic­ka, rów­nie mo­no­li­tycz­na jak inne wie­rze­nia, nie­na­wi­dzi­ła i pięt­no­wa­ła, a jed­no­cze­śnie lę­ka­ła się tych, któ­rzy choć­by w naj­mniej­szym stop­niu ode­szli od jej su­ro­wej dok­try­ny. Nad­przy­ro­dzo­ny mi­sty­cyzm lub na­uka in­ne­go ro­dza­ju była uwa­ża­na za wy­klę­tą. Dzie­więt­na­sto­wiecz­ny spo­sób my­śle­nia, skon­sta­to­wał z go­ry­czą Ar­se­now.

Od dnia za­ma­chu, gdy na­de­szła dłu­go ocze­ki­wa­na chwi­la i stał się no­wym przy­wód­cą cze­czeń­skich bo­jow­ni­ków, Ar­se­now żył w roz­go­rącz­ko­wa­nym, nie­mal fan­ta­sma­go­rycz­nym sta­nie. Spał twar­dym snem, ale bu­dził się zmę­czo­ny, udrę­czo­ny noc­ny­mi kosz­ma­ra­mi, w któ­rych na próż­no usi­ło­wał zna­leźć coś lub ko­goś w la­bi­ryn­cie zgliszcz. W kon­se­kwen­cji stał się draż­li­wy i oschły w kon­tak­tach z pod­wład­ny­mi. Nie to­le­ro­wał żad­nych wy­mó­wek. Tyl­ko Zina po­tra­fi­ła go uspo­ko­ić. Jej nie­mal cza­ro­dziej­ski do­tyk spra­wiał, że wy­do­stał się ze sta­nu oso­bli­we­go za­wie­sze­nia, w któ­rym się po­grą­żył.

Rwą­cy ból w no­dze spo­wo­do­wał, że wró­cił do te­raź­niej­szo­ści. Wyj­rzał przez okno na sta­re uli­ce, z za­wi­ścią ob­ser­wu­jąc lu­dzi, któ­rzy bez naj­mniej­szych prze­szkód i stra­chu zaj­mo­wa­li się swy­mi co­dzien­ny­mi spra­wa­mi. Nie­na­wi­dził ich, bo w swo­im wol­nym i ła­twym ży­ciu nie po­świę­ci­li na­wet jed­nej my­śli roz­pacz­li­wym zma­ga­niom to­czo­nym przez jego na­ród od osiem­na­ste­go wie­ku.

– Co się sta­ło, ko­cha­ny? – Na twa­rzy Ziny po­ja­wił się wy­raz za­tro­ska­nia.

– Noga mnie boli. Zmę­czy­łem się sie­dze­niem. To wszyst­ko.

– Prze­cież cię znam. Mimo ze­msty nie otrzą­sną­łeś się z tra­ge­dii, jaką było za­mor­do­wa­nie Mu­ra­ta. Za jego śmierć wy­sła­li­śmy do gro­bu trzy­dzie­stu pię­ciu ro­syj­skich żoł­nie­rzy.

– Nie cho­dzi mi wy­łącz­nie o Mu­ra­ta – od­parł Ar­se­now. – My­śla­łem o na­szych. Z po­wo­du zdra­dy stra­ci­li­śmy sie­dem­na­stu lu­dzi.

– Prze­cież wy­tro­pi­łeś zdraj­cę. Za­strze­li­łeś go oso­bi­ście na oczach swo­ich za­stęp­ców.

– Chcia­łem im po­ka­zać, jaki ko­niec cze­ka każ­de­go, kto zdra­dzi spra­wę. Sąd był szyb­ki, a kara su­ro­wa. Taki już nasz los, Zino. Jak­by­śmy prze­la­li za mało łez za nasz lud. Tyl­ko spójrz na nas. Za­gu­bie­ni i roz­pro­sze­ni, ukry­wa­my się w gó­rach Kau­ka­zu. Po­nad sto pięć­dzie­siąt ty­się­cy Cze­cze­nów ucie­kło z kra­ju.

Nie prze­rwa­ła mu, gdy za­czął po­now­nie wspo­mi­nać bo­le­sne dzie­je, bo na­le­ża­ło je po­wta­rzać tak czę­sto, jak to moż­li­we. Były pod­ręcz­ni­ka­mi hi­sto­rii Cze­cze­nów.

Pię­ści Ar­se­no­wa zbie­la­ły, a pa­znok­cie od­ci­snę­ły krwa­we śla­dy na skó­rze dło­ni.

– Gdy­by tak mieć broń po­tęż­niej­szą niż AK-czter­dzie­ści sie­dem! Bar­dziej śmier­tel­ną od pacz­ki C czte­ry!

– Już nie­dłu­go! Nie­dłu­go, mój ko­cha­ny! – za­kwi­li­ła Zina głę­bo­kim mu­zy­kal­nym gło­sem. – Szejk oka­zał się na­szym wiel­kim przy­ja­cie­lem. Po­myśl, ja­kiej po­mo­cy jego or­ga­ni­za­cja udzie­li­ła nam w cią­gu ostat­nie­go roku. Ile ar­ty­ku­łów na nasz te­mat jego lu­dzie z me­diów za­mie­ści­li w mię­dzy­na­ro­do­wych cza­so­pi­smach i ga­ze­tach.

– Mimo to nadal zgi­na­my grzbie­ty w ro­syj­skim jarz­mie – wark­nął Ar­se­now. – Nadal giną set­ki na­szych.

– Szejk obie­cał nam broń, któ­ra to zmie­ni.

– Obie­cał nam cały świat. – Ar­se­now usu­nął py­łek z oka. – Czas obiet­nic się skoń­czył. Nie­ba­wem się prze­ko­na­my, ile są war­te jego sło­wa.

• • •

Li­mu­zy­na, któ­rą Szejk wy­słał po Cze­cze­nów, skrę­ci­ła z au­to­stra­dy na bul­war Kal­ma­na, któ­rym do­tar­li do mo­stu Ar­pa­da. Po Du­na­ju su­nę­ły cięż­kie bar­ki i barw­ne ło­dzie wy­ciecz­ko­we lśnią­ce w pro­mie­niach słoń­ca. Zina spoj­rza­ła w dół. Z jed­nej stro­ny wzno­si­ły się im­po­nu­ją­ce ka­mien­ne ko­pu­ły i igli­ce neo­go­tyc­kie­go par­la­men­tu, z dru­giej była gę­sto za­le­sio­na Wy­spa Mał­go­rza­ty z luk­su­so­wym ho­te­lem Da­nu­bius Grand, w któ­rym cze­ka­ły na nich świe­żo wy­pra­so­wa­ne bia­łe prze­ście­ra­dła i gru­be koł­dry. Zina, za dnia twar­da ni­czym pan­cerz, upa­ja­ła się no­ca­mi w Bu­da­pesz­cie, a zwłasz­cza luk­su­so­wym ho­te­lo­wym ło­żem. Nie uwa­ża­ła tej uczty roz­ko­szy za zdra­dę asce­tycz­ne­go sty­lu ży­cia, lecz za prze­lot­ne wy­tchnie­nie od bie­dy i prze­ciw­no­ści, za ro­dzaj na­gro­dy ni­czym ka­wa­łek bel­gij­skiej cze­ko­la­dy pod ję­zy­kiem, gdzie mógł się po­ta­jem­nie roz­to­pić w ob­ło­ku eks­ta­zy.

Wóz wje­chał do pod­ziem­ne­go ga­ra­żu pod bu­dyn­kiem Hu­ma­ni­stas Ltd. Kie­dy wy­sie­dli, Zina ode­bra­ła duże pro­sto­kąt­ne pu­deł­ko z rąk kie­row­cy. Straż­ni­cy w uni­for­mach jesz­cze raz spraw­dzi­li ich pasz­por­ty, po­rów­nu­jąc zdję­cia z kom­pu­te­ro­wą bazą da­nych, dali im la­mi­no­wa­ne iden­ty­fi­ka­to­ry i wpro­wa­dzi­li do im­po­nu­ją­cej ka­bi­ny win­dy wy­ko­na­nej z brą­zu i szkła.

Spal­ko przy­jął ich w swo­im ga­bi­ne­cie. Słoń­ce sta­ło wy­so­ko na nie­bie, a jego pro­mie­nie za­mie­ni­ły rzecz­ną toń w stru­mień roz­to­pio­ne­go mo­sią­dzu. Ob­jął ich obo­je i spy­tał, czy mie­li wy­god­ny lot. Jak upły­nę­ła im dro­ga z lot­ni­ska Fe­ri­he­gy? Jak tam rana Ar­se­no­wa? Kie­dy wy­mie­ni­li uprzej­mo­ści, za­pro­wa­dził ich do są­sied­nie­go po­ko­ju obi­te­go mio­do­wy­mi pa­ne­la­mi z drew­na pe­ka­no­we­go, ze sto­łem na­kry­tym nie­ska­zi­tel­nie bia­łym lnia­nym ob­ru­sem, na któ­rym lśni­ła za­sta­wa obia­do­wa. Spal­ko ka­zał po­dać po­si­łek, za­chod­nie je­dze­nie. Stek, ho­ma­ry i trzy ro­dza­je wa­rzyw – wszyst­ko przy­sma­ki Cze­cze­nów. I żad­nych ziem­nia­ków. Zbyt czę­sto die­ta Ar­se­no­wa i Ha­si­je­wej skła­da­ła się wy­łącz­nie z ziem­nia­ków. Cze­czen­ka po­ło­ży­ła pu­deł­ko na pu­stym krze­śle i za­sie­dli do sto­łu.

– Szej­ku – za­czął Ar­se­now – czu­je­my się wręcz onie­śmie­le­ni two­ją go­ścin­no­ścią.

Spal­ko ski­nął gło­wą. Był rad z imie­nia, któ­re so­bie nadał w ich świe­cie. Z imie­nia ozna­cza­ją­ce­go świę­te­go, przy­ja­cie­la Boga. Imie­nia, któ­re bu­dzi­ło głę­bo­ką bo­jaźń i cześć, przy­wo­ły­wa­ło ob­raz czci­god­ne­go pa­ste­rza trzo­dy.

Wstał i otwo­rzył bu­tel­kę moc­nej pol­skiej wód­ki, na­peł­nia­jąc trzy kie­lisz­ki. Uniósł swój, a oni po­szli za jego przy­kła­dem.

– Za Cha­li­da Mu­ra­ta, wiel­kie­go przy­wód­cę i męż­ne­go bo­jow­ni­ka – wzniósł uro­czy­sty to­ast w cze­czeń­skim sty­lu. – Nie­chaj Al­lah przyj­mie go do chwa­ły, na któ­rą za­słu­żył so­bie krwią i dziel­no­ścią. Nie­chaj opo­wie­ści o jego przy­mio­tach do­wód­cy i czło­wie­ka będą bez koń­ca wspo­mi­na­ne przez świę­tych! – Wy­pi­li ogni­sty tru­nek jed­nym hau­stem.

Ar­se­now pod­niósł się i po­now­nie na­peł­nił kie­lisz­ki. Uniósł swój, a oni po­szli jego śla­dem.

– Za Szej­ka! Przy­ja­cie­la Cze­cze­nów, dzię­ki któ­re­mu zaj­mie­my na­leż­ne nam miej­sce w no­wym świe­cie! – Wy­pi­li wód­kę.

Zina wsta­ła, chcąc wy­gło­sić wła­sny to­ast, ale Ar­se­now po­ło­żył jej dłoń na ra­mie­niu. Jego gest nie umknął uwa­dze Spal­ki. Bar­dziej cie­ka­wi­ła go jed­nak re­ak­cja ko­bie­ty. Przez ma­skę twa­rzy prze­nik­nął do jej skłę­bio­ne­go, nie­spo­koj­ne­go wnę­trza. Wie­dział, że na świe­cie jest wie­le nie­spra­wie­dli­wo­ści, na wszel­ką wy­obra­żal­ną ska­lę. Wy­da­wa­ło mu się oso­bli­we, w pew­nym sen­sie na­wet per­wer­syj­ne, że lu­dzie po­tra­fią się obu­rzać na wi­dok wiel­kich nie­spra­wie­dli­wo­ści, jed­no­cze­śnie nie do­strze­ga­jąc drob­nych nie­go­dzi­wo­ści, któ­re co­dzien­nie po­peł­nia­ją wo­bec bliź­nich. Zina wal­czy­ła ra­mię w ra­mię z męż­czy­zna­mi. Cze­mu nie mia­ła pra­wa wznieść to­a­stu? Za­ki­pia­ła w niej wście­kłość. Spal­ce się to spodo­ba­ło, bo umiał wy­ko­rzy­sty­wać gniew in­nych.

– Moi współ­to­wa­rzy­sze! Przy­ja­cie­le! – za­wo­łał z pro­mien­nym wzro­kiem. – Wy­pij­my za smut­ną prze­szłość, roz­pacz­li­wą te­raź­niej­szość i chwa­leb­ną przy­szłość! Sto­imy na pro­gu ju­tra!

Za­czę­li jeść, roz­ma­wia­jąc o bła­host­kach, jak­by byli na ofi­cjal­nym obie­dzie. A mimo to do po­ko­ju wkra­dła się at­mos­fe­ra ocze­ki­wa­nia, aura nad­cho­dzą­cej zmia­ny. Spo­glą­da­li na ta­le­rze i swo­je ob­li­cza, jak­by byli jej tak bli­scy, że mo­gli zi­gno­ro­wać gro­ma­dzą­ce się wo­kół bu­rzo­we chmu­ry. W koń­cu po­si­łek do­biegł koń­ca.

– Już czas – oznaj­mił Szejk. Ar­se­now i Zina sta­nę­li przed nim.

Ar­se­now skło­nił gło­wę.

– Czło­wiek, któ­ry gi­nie z po­wo­du umi­ło­wa­nia do­cze­sne­go świa­ta, od­cho­dzi jako ob­łud­nik. Ten, któ­ry umie­ra z umi­ło­wa­nia ży­cia przy­szłe­go, od­cho­dzi jako asce­ta. Ten jed­nak, kto umie­ra z umi­ło­wa­nia praw­dy, od­cho­dzi jako sufi.

Od­wró­cił się do Ziny, któ­ra otwo­rzy­ła przy­wie­zio­ny z Gro­zne­go pa­ku­nek. W środ­ku znaj­do­wa­ły się trzy sza­ty. Wrę­czy­ła jed­ną Ar­se­no­wo­wi, któ­ry wło­żył ją na sie­bie. Wte­dy przy­wdzia­ła wła­sną. Trze­cią Ar­se­now ujął w dło­nie i zwró­cił się do Szej­ka.

– Khe­rqeh to za­szczyt­na sza­ta der­wi­sza – za­in­to­no­wał. – Sym­bo­li­zu­je bo­ską na­tu­rę i jej atry­bu­ty.

– Sza­ta zo­sta­ła uszy­ta igłą po­boż­no­ści, nit­ką czy­ste­go roz­my­śla­nia o Bogu – włą­czy­ła się Zina.

Szejk skło­nił gło­wę i za­in­to­no­wał:

– La il­la­ha ill Al­lah. Nie ma Boga prócz Je­dy­ne­go.

Ar­se­now i Zina po­wtó­rzy­li:

– La il­la­ha ill Al­lah. – Po tych sło­wach przy­wód­ca cze­czeń­skich re­be­lian­tów umie­ścił khe­rqeh na ra­mio­nach Szej­ka. – Więk­szo­ści lu­dzi wy­star­czy ży­cie w zgo­dzie z sza­ria­tem, is­lam­skim pra­wem. Pod­da­ją się woli bo­żej, a po chwa­leb­nej śmier­ci tra­fia­ją do raju – po­wie­dział. – Są jed­nak tacy, któ­rzy za­słu­ży­li so­bie na bo­skość tu­taj i te­raz, któ­rych mi­łość Boga przy­na­gla do po­szu­ki­wa­nia we­wnętrz­nej ścież­ki. Tacy są su­fi­ta­mi.

Spal­ko po­czuł na ra­mio­nach wagę sza­ty der­wi­szów i po­wie­dział:

– O ty, du­szo uspo­ko­jo­na, po­wróć do twe­go Pana, za­do­wo­lo­na i z upodo­ba­niem przy­ję­ta! Wejdź więc mię­dzy Moje słu­gi! Wejdź do Mo­je­go Ogro­du!2.

Ar­se­now, wzru­szo­ny cy­ta­tem z Ko­ra­nu, ujął dłoń Ziny i ra­zem uklę­kli przed Szej­kiem. Za­da­jąc py­ta­nia i od­po­wia­da­jąc zgod­nie z trzy­wie­ko­wą tra­dy­cją, wy­re­cy­to­wa­li uro­czy­stą przy­się­gę po­słu­szeń­stwa. Spal­ko do­był noża i wrę­czył go­ściom. Obo­je na­cię­li głę­bo­ko skó­rę i po­da­li mu swo­ją krew w kie­lisz­ku na nóż­ce. W ten spo­sób sta­li się mu­ri­da­mi, ucznia­mi Szej­ka, zwią­za­ny­mi z nim sło­wem i czy­nem.

Póź­niej usie­dli po tu­rec­ku, choć było to bo­le­sne dla Ar­se­no­wa, zwró­ce­ni twa­rza­mi ku so­bie, w spo­sób ty­po­wy dla su­fi­tów ob­rząd­ku na­kszban­dij­ja, do­ko­nu­jąc zi­kru, eks­ta­tycz­ne­go zjed­no­cze­nia z Bo­giem. Każ­de z nich opar­ło pra­wą dłoń na le­wym udzie, a lewą na pra­wym nad­garst­ku. Ar­se­now za­czął po­ru­szać gło­wą i szy­ją w pra­wo, wy­ko­nu­jąc pół­okrąg. Zina i Spal­ko za­in­to­no­wa­li wraz z nim ci­chy i zmy­sło­wo mo­no­ton­ny za­śpiew.

– Ocal mnie, Pa­nie, przed złym okiem za­wi­ści i za­zdro­ści, któ­re pada na two­je hoj­ne dary. – Uczy­ni­li zgod­ny ruch w lewo. – Uchroń mnie, Pa­nie, przed do­sta­niem się w ręce swa­wol­nych dzie­ci tego świa­ta, bo mo­gły­by mnie wy­ko­rzy­stać do swo­ich kno­wań, mo­gły­by się mną ba­wić, by w koń­cu od­rzu­cić, jak dzie­ci swo­je za­baw­ki. – Za­ko­ły­sa­li się w jed­ną i dru­gą stro­nę. – Ocal mnie, Pa­nie, przed nie­na­wist­nym wro­giem i przy­ja­cie­lem po­grą­żo­nym w nie­wie­dzy…

Śpie­wa­ne mo­dły i ru­chy zla­ły się ze sobą, sto­pi­ły w eks­ta­tycz­ną świa­do­mość obec­no­ści Bo­żej…