Dzieci Szatana - Stanisław Przybyszewski

Dzieci Szatana

0,0

Gordon silnie pochylił się naprzód i zmierzył Ostapa ostrym, niespokojnym spojrzeniem. - Musisz to zrobić, Ostapie, nie możesz się cofnąć, skoro raz przyrzekłeś; teraz już za późno. Ostap spojrzał na niego bezrozumnie, pomyślał chwilę i rzekł: - Nie, nie mogę! Rozumiesz? nie mogę! Zbladł niezwykle, a twarz mu drgała. Gordon przechylił się na krześle. - Musisz! - wyrzekł po chwili. (Fragment)

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Dzieci szatana
(WERSJA DEMONSTRACYJNA)

* * *

Stanisław Przybyszewski

Strona redakcyjna

ISBN: 978-83-7991-378-7
Licencja: Domena publiczna
Źródło: Fundacja Nowoczesna Polska
Język i pisownia mogą być miejscami archaiczne.
Opracowanie tej wersji elektronicznej: © Masterlab 2015

MASTERLAB
Białobrzegi, Polska
Symbole
www.masterlab.pl

Stanisław Przybyszewski

Dzieci szatana

Powieść

 

 

Pierwszy rozdział. Król nowego Syjonu

I

Gordon silnie pochylił się naprzód i zmierzył Ostapa ostrym, niespokojnym spojrzeniem.

— Musisz to zrobić, Ostapie, nie możesz się cofnąć, skoro raz przyrzekłeś; teraz już za późno.

Ostap spojrzał na niego bezrozumnie, pomyślał chwilę i rzekł:

— Nie, nie mogę! Rozumiesz? nie mogę!

Zbladł niezwykle, a twarz mu drgała.

Gordon przechylił się na krześle.

— Musisz! — wyrzekł po chwili.

— Nie chcę! — krzyknął Ostap rozszalały. — Nie chcę! Wszak jesteś człowiekiem! Czyż nie pojmujesz, że tu idzie także o mego ojca? Czyż nie pojmujesz: skoro tylko wskaże mi sposób otwarcia szafy, stanie się współwinnym.

Gordon uśmiechnął się.

— Jeżeli nic nie przeszkadza prócz ojca…

— Co? Co chcesz przez to powiedzieć?

Gordon znowu się uśmiechnął.

— Dziwny z ciebie człowiek. Czasem jesteś ostry jak lancet, a potem sentymentalny, miękki i śmieszny jak dziewczynka. Co to właściwie jest — ojciec? Mnie nie omamisz takimi powodami. Masz zapewne na myśli takiego pana, który cię spłodził wbrew swojej własnej i twojej woli. Ha, ha, ha… Wszakże nie prosiłeś go o to, co? Życie przecież nie jest znowu tak nadmierną rozkoszą — he? Zresztą nie mam ochoty do dysput filozoficznych. Musisz to zrobić, i zrobisz! Ależ to śmieszne, ta historia z ojcem!… Co pijesz, herbatę czy grog?

Ostap usiadł i tępo spoglądał ku ziemi.

Milczeli długo.

Gordon palił papierosa i nieustannie patrzył na Ostapa.

— Nie, nie mogę! — Ostap zerwał się i gorączkowo zaczął chodzić po pokoju. — Nie mogę gubić siebie i ojca.

— Ależ o tym nikt się nie dowie. — Gordon zaczął się niecierpliwić. — Nikt się nie dowie, że w ogóle miałeś klucze w ręce, i nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że ojciec wskazał ci, w jaki sposób otwiera się szafę… Tak głupim nie jestem, a ty zanadto mi jesteś potrzebny, abym chciał gubić cię dla takiej błahostki… Szafę potem się rozbije…

— Boże, jakiś ty przebiegły! — Ostap stanął przed nim szyderczo, ale w tej samej chwili począł znowu chodzić zamyślony po pokoju.

— Zresztą nikomu przez myśl nie przejdzie, żeby szukać szafy.

— Co? co? — Ostap stanął zdumiony. — A co z nią zrobisz?

— To już moja rzecz; wiesz, że umiem sobie radzić z takimi drobnostkami.

Gordon wstał niecierpliwie, ale wkrótce znowu usiadł.

Ostap zaśmiał się złośliwie.

— A jeżeli mimo wszystko tego nie zrobię?

Zmierzyli się nienawistnym okiem.

— Pytasz się, co wtedy?

— Tak.

— Ano, następstwa znasz tak samo jak ja… Ot, napij się herbaty; nie, weź lepiej rumu… czy ci zimno? Ty drżysz.

— Tak, zaziębiłem się. Wszak nieustannie deszcz pada.

Ostap pił gorączkowo i długo tarł czoło.

— Byłem zaciekawiony twoim podnieceniem.

— Może tylko dla ciebie… — Gordon uśmiechnął się.

Ostap spojrzał na niego ponuro, nic jednak nie powiedział i popadł w tępe zamyślenie.

— Co zrobić z psem? — zapytał nagle.

Gordon spojrzał nań zdziwiony.

— Pies? No, cieszy mnie, że pamiętasz o szczegółach… Psa naturalnie się otruje. Kawałek ciasta z tłuszczem zatrutym za pomocą nux vomica… co?

— Doskonale się na tym znasz, jak się zdaje — zaśmiał się Ostap wrogo.

— Czyś jeszcze tego nie zauważył? Czy choć raz jeden byłeś narażony na niebezpieczeństwo przy naszej robocie? Zresztą postępowanie twoje bardzo mnie dziwi. Jeszcze przed dwoma dniami zupełnie się na to zgodziłeś…

— Czy może się boisz, że zdradzę plan? — zawył Ostap rozwścieczony.

— Nie, o to mi nie idzie. Ale sądzę, żeś ty chory. Mózg twój jest nieco nadpsuty… kobieta cię niszczy… Słaby z ciebie człowiek…

Gordon spoglądał nań bardzo długo i poważnie.

— Słaby z ciebie człowiek — powtórzył.

Ostap stanął i spojrzał na Gordona niezwykle smutnie.

— Nie, słuchaj… ja właściwie nie jestem słaby, jestem bardzo, bardzo znużony.

— Znużony?

— Tak, znużony! A w takich stanach znużenia ogarnia nas trwoga przed każdym czynem. Dotychczas nie lękałem się, ale teraz jestem znużony. Szuka się w takich chwilach wymówek, żeby tylko wykręcić się od działania. Ja przecież wiem, że tyś tę całą sprawę obmyślił… A prawda, kasa łączy się z budzikiem…

— W takim razie musisz przeciąć druty.

— Ja?

— Tak, ty!

— Niech i tak będzie… Ale, cóżem to miał powiedzieć? Aha, widzisz, jestem znużony. Zadałem sobie pytanie, po co my to wszystko robimy. Po co?

Spojrzał na Gordona i chory uśmiech przewijał mu się przez usta.

— Po co? Czy czekasz na odpowiedź?

— Odpowiedź? Hm, nie — właściwie nie. — Przecież główne warunki czynu muszą istnieć, wszak prawda? Nienawiść lub miłość. Tak, nienawiść lub miłość… ale do kogo?

— Powiedzmy do siebie samego.

— A jeżeli ktoś swoje ja utracił?

— W takim razie trzeba to zrobić po to, żeby je odzyskać.

— A jeżeli komuś zupełnie nie zależy na tym, aby swoje ja odzyskać?

— Nie można żyć bez tego ja. Człowiek musi w takim razie zginąć. A skoro już ma zginąć, to przecież obojętne, czy przedtem spełni taki czyn. Można go spełnić z różnych pobudek… ty wiesz.

— Ja nic nie wiem. Nie wiem, dlaczego mam ten czyn spełnić. Wszakże to obojętne, jeżeli go nawet nie spełnię.

— Rozumie się.

— A więc nie zrobię tego!

Gordon wzruszył ramionami.

— Jak uważasz! Jeżeli ci obojętne, czy zginiesz za kilka dni, czy za kilka lat…

Ostap długo patrzył na Gordona, jakby nieprzytomny.

— A więc istotnie sądzisz, że mnie usuną, jeżeli tego nie zrobię?

— Tak.

Ostap nie słyszał odpowiedzi. Trząsł się z zimna.

— Pewnie całkiem przemokłeś? — zapytał Gordon.

— Nie. Zagotuj tylko dobrze wodę… — skupił się… — Otóż, Gordonie, wszak ty wiesz, że ja wszystko mogę zrobić, tylko że od pewnego czasu źle ze mną. Rozumie się, że wszystko, co obiecałem, zrobię. Wszakże nie wątpiłeś o tym ani na chwilę… Nie mam teraz wiary, ale idę za tobą, bo ty ją masz… Ja właściwie nie wiem, dlaczego ty masz dla mnie tak wielkie znaczenie, i nie zastanawiałem się nad tym nigdy, ale, kiedy wówczas przed dwunastu laty wszedłeś do klasy i kiedy zmierzyliśmy się pierwszym ponurym spojrzeniem, od razu poczułem — tak, wiedziałem doskonale: ten oto, to twoje fatum! Właściwie nie stałeś się nim… Wszakże miałem te same myśli i te same zbrodnicze skłonności… ale twój mózg był silniejszy…

Zamilkł i spojrzał na Gordona. Gordon siedział z nieruchomą twarzą i patrzył niemal obojętnie przed siebie.

— Gordon, czy ty wierzysz w to, co robisz?

— Dlaczego się pytasz?

— Chcę wiedzieć! Nie chcę, ażebyś mnie wodził na pasku.

— Ależ nie krzycz tak! Ogromnie egzaltowany z ciebie pan… Nie trzeba nigdy badać, czy się wierzy czy nie. Wiara jest, to wystarczy. Wiary się wcale nie traci. Nie wierzę, żeby można ją stracić. Albo cały byt, cała dusza i wszystkie jej instynkty tak są przesycone pewnymi zasadami, a każdy nerw tak zrośnięty z pewnym dogmatem, że musi się coś robić, we śnie, z konieczności, mimowolnie, wbrew wszelkiemu przeciwnemu rozumowaniu, albo też nie… W pierwszym razie mamy do czynienia z wiarą, w drugim… no tak, drugi wypadek wcale nie istnieje. Miliony ludzi wyzbyło się teoretycznie wiary w dobro, a jednak postępują dobrze, bo mają wiarę w instynkcie, bo dobro jest wiarą… A tak, wcale nie jestem usposobiony do filozofowania. Ja zresztą wcale nie chcę wodzić cię na pasku. Chcę niszczyć nie na to, żeby odbudować ruiny, ale na to, żeby niszczyć. Bo zniszczenie jest moim dogmatem, moją wiarą, moim ubóstwieniem. Może się mylę, może pragnę nieświadomie dobra, może przecież w tym wszystkim tkwi myśl o ludzkości, ale to jest mi obojętne. Chcę tylko zniszczenia. Zresztą nie mam wcale ochoty powtarzać ci jeszcze raz, co już tysiąc razy ci powiedziałem… Szukasz zastrzeżeń, zarzutów, bo jesteś zakochany… a miłość wszak jest absolutną rzeczywistością… Jest pragnieniem szczęścia, życia, rozkoszy, wszystkiego tego, czym gardziłeś jeszcze przed pół rokiem (mówię: przed pół rokiem)… He, he, dlaczegóż byś i ty nie miał być szczęśliwym? Tylko nie powinieneś kłamać i szukać gdzie indziej przyczyn twego stanu… Ale tyś taki blady… Czy może zmienisz ubranie?

— Nie, dziękuję, odchodzę zaraz…

Ostap opuścił głowę, potem spojrzał na Gordona z idiotycznym uśmiechem.

— Słuchaj, nieprawdaż… Wszak ona mnie nie kocha?

— Kto?

— Hela.

— Nie!

— Czy jesteś tego pewny?

— Zdaje mi się, że tak.

Ostap rozśmiał się ochryple.

— Czy ona ciągle jeszcze jest twoją kochanką?

Gordon zaniepokoił się, oczy mu błyszczały.

— Czy tak?

Gordon nie odpowiedział, ale lekki uśmiech przebiegł po jego twarzy.

— Dlaczego się śmiejesz? — krzyknął Ostap.

— Nie śmieję się. Nie, nie… ale to takie dziwne, że wszyscy ludzie zadają w tej samej chwili to samo pytanie w tej samej formie… Tak, znam tę wściekłość, która chce skalać najbrutalniejszymi myślami kobietę, upadłą kobietę…

— Tak, tak… czy i ty to znasz? Ha, ha, ha… tyś bardzo doświadczony!…

— Nie ma żadnego bólu, którego bym ja nie był doznał — rzekł Gordon cicho i bardzo smutnie, jak gdyby mówił do siebie samego.

Ostap bardzo spoważniał.

— Słuchaj, Gordonie, zrobię wszystko, co zechcesz, ale czy odpowiesz mi na kilka pytań?

— Pytaj!

— Kiedy wówczas pojechała do Londynu do przyjaciółki, pojechała przecież do ciebie, chociaż krążyła pogłoska, że tyś wyjechał do Ameryki — wszak prawda?

— Tak, była u mnie.

— Czy chciałeś ją poślubić?

— Tak.

— I dlaczegoś jej nie poślubił?

— Bo przedtem posiadł ją inny.

— I miałeś na tyle siły, żeby się wyrwać z jej objęcia?

— Tak.

— Skąd wziąłeś tę potęgę?

— Z siebie, z wiary, której się nie rozbiera, ale która jest faktem — obcą mocą, która wykonywa wszelkie czynności, nie troszcząc się o mój rozsądek.

Ostap pił nieustannie, spoglądał od czasu do czasu na Gordona z chciwą ciekawością, potem opuścił głowę.

Milczeli długo.

— Ty tęskniłeś za pięknością — rzekł wreszcie Ostap, grzebiąc w myślach. — Rozumiem cię. I ja także tęskniłem za tym szczęściem, za szczęściem stopienia się dwóch dusz. Ale to możliwe tylko u kobiety czystej, która nigdy przedtem nie kochała, której nigdy nikt nie posiadł, wszak prawda?

— Tak jest.

— A każda inna miłość, miłość ku kobiecie, która już przedtem była kochanką innego, to tylko surogat?

— Tak.

— Dlaczego?

— Bo to pierwsze szczęście jest równocześnie jedyną chwilą, w której chuć jest piękna — piękna, czy pojmujesz?

— Jedyną?

— Tak. Kobieta zawsze należy do pierwszego, świadomie czy nieświadomie, ognista plama pierwszej miłości wżera się na zawsze w jej duszę, a posiąść kobietę, w której duszy jest pierwszy — to wstyd.

— Wstyd? — Ostap utkwił w nim wzrok pełen niewymownego bólu.

— Tak. — głos Gordona był bezdźwięczny i ochrypły.

— Ona cię nienawidzi! — rzekł Ostap mimowolnie i jakby nieprzytomny.

Gordon uśmiechał się.

— Czyś ty ją w sobie pokonał? — zapytał Ostap po długiej pauzie.

Gordon nie odpowiadał. Wychylił szklankę do dna. Znowu milczeli.

— Ale ty nie zachorujesz, Ostapie? Co? Tyś bardzo blady. W ostatnim roku pewnie bardzo źle ci się wiodło?

Ostap wzdrygnął się i patrzył nań bezmyślnie.

— Śmierć twego dziecka pewnie bardzo cię wzruszyła?

Ostap pokrył się trupią bladością, ręce zaczęły mu drżeć, a oczy rozwarły się nadmiernie.

Gordon spojrzał nań zdumiony.

— Lękasz się — rzekł — ja zawsze uważałem, że ty się czegoś lękasz.

— Czy ja się lękam?

— Tak. — Gordon uśmiechnął się.

— Dlaczego się śmiejesz?

— Nie śmieję się. Kocham ludzi, którzy zawsze się czegoś lękają. To dobrze, bardzo dobrze.

— Dlaczego?

— Bo tacy ludzie… — Gordon urwał nagle i uśmiechnął się.

Przez chwilę ostro spojrzeli sobie w oczy.

Gordon spuścił oczy.

— Bo tacy ludzie do mnie należą — rzekł po chwili.

— Do ciebie?

— Tak. Do mnie.

— Jam nie twój człowiek! Nie chcę jąć się twojej sprawy. Nie chcę być twoim narzędziem.

W kącikach ust Gordona zadrżało coś lekko.

— Nie zrozumiałeś mnie. Nie tak to rozumiałem. Myślę tylko, że wszyscy my jesteśmy spojeni. My… tak, my, którzy mamy czegoś żałować, krwawo żałować — którzy lękamy się czegoś, wszystko jedno: żandarma czy sumienia, własnego instynktu czy więzienia…

Ostap powstał.

— Czy odchodzisz?

— Tak.

— Może wypijesz jeszcze szklankę herbaty?

— Nie. Idę do domu. Chory jestem. Zresztą zrobię wszystko, co zechcesz. Idzie tylko o mojego ojca. Zapewne wiesz, że stanowisko kasjera miejskiego jest bardzo odpowiedzialne.

— Już się o to nie troszcz.

Gordon zastanowił się.

— A prawda — jeżeli się spotkasz z Helą, powiedz, że przesyłam jej ukłony.

— Załatwię to — zachichotał stary.

II

Gordon siedział długo pogrążony w myślach.

Od czasu do czasu wstawał, chodził po pokoju jakby nieprzytomny, chłodził czoło o szybę, potem usiadł znowu i — usnął.

Nagle zerwał się, wziął płaszcz gumowy i wyszedł.

Na drodze zdziwiła go ciemność. Deszcz padał. Zdało mu się, że krople deszczu szpilkami śnieżnymi zastygają mu na twarzy. Widział światła migające od przedmieścia; przez jakiś czas zajął go taniec świateł, rozpływających się ciągle w ciemnościach, ale znowu zapomniał o wszystkim.

Kiedy zaszedł do miasta, czuł, że zupełnie przemókł. Trząsł się, drżał jak w febrze. Gdyby tylko znaleźć dorożkę. Spojrzał dookoła i uśmiechnął się. Oczywiście nie znajdzie teraz dorożki. Począł iść prędko, przeszedł kilka ulic, zboczył w jakąś uliczkę i doszedł wreszcie do małego domku, który stał w odosobnieniu, prawie na otwartym polu.

Wyszedł na górę i zapukał.

(...)


Koniec wersji demonstracyjnej