Dzieci Martwej Ziemi - Jan Waletow

Dzieci Martwej Ziemi

0,0

Wśród pól minowych, za kolczastym drutem znajdziesz dom

Niegdyś byli oddziałem uderzeniowym radzieckiego imperium…

Teraz ci, którzy pozostali przy życiu, to najemnicy, odszczepieńcy lub współpracownicy służb specjalnych. Dla nich spokojne życie to nieziszczalne marzenie. Oficjalnie nie istnieją, lecz światowa szachownica jak dawniej drży od operacyjnych gier, które prowadzą…

A są też tacy, którzy po prostu próbują pomóc przeżyć ludziom na ziemi zapomnianej przez wszystkich, dożyć do następnego lata.

Zwyczajnie dożyć…

Autor snując swoją opowieść od pierwszej strony chwyta czytelnika za gardło. I nie wypuszcza aż do końca. Bez bawienia się w powolne budowanie napięcia, akcja dzieje się szybko i nie pozostawia miejsca na wątpliwości. Ten, kto się zawaha zginie szybciej, niż zdąży o tym pomyśleć.

Zapach książek

Kto pamięta głośny film Psy Władysława Pasikowskiego? A Demony wojny wg Goi tegoż reżysera? Jeśliby połączyć te dwa obrazy i zamknąć je w konwencję powieści, to otrzymalibyśmy coś łudząco podobnego do książki Jana Waletowa

Paradoks

Cykl Ziemia niczyja zdobył kilka nagród i ukazał się w Rosji w łącznym nakładzie ponad 130000 egzemplarzy.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

 

Spis cyklu

Jan Waletow – Ziemia Niczyja

Jan Waletow – Dzieci Martwej Ziemi

Mówi się, że każdy człowiek posiada szósty zmysł. Siergiejew był o tym przekonany.

Jak by nie patrzeć, osobiste doświadczenie znacznie szybciej stanie się wyznacznikiem prawdy niż nawet najbardziej malowniczo opisane cudze. A wszystko dlatego, że owo doświadczenie zostało wycierpiane, wymęczone i sińce od niego nie schodzą całymi latami, wciąż żywo przypominając o popełnionych błędach i zrobionych głupstwach.

Czasami doświadczenie przyjść nie zdąży. W pewnych specyficznych profesjach człowiek umrze wcześniej, niż zmądrzeje. Zresztą bywa, że zawód nie ma z tym nic wspólnego. Po prostu tak się złożyło i tyle. Takich pechowców Siergiejew w swoim życiu widywał niemało.

Nie wiadomo, czy szczęście, przeczucie, nawyk zachowywania ostrożności, czy może ów osławiony „szósty zmysł” zmusił Michaiła, by zawrócił do drzwi i podstawił pod klamkę oparcie krzesła, ale właśnie to uratowało życie jemu i Blinowowi.

Kiedy klamka lekko opadła, cicho szczęknęła o metalową rurkę i powróciła do pierwotnego położenia, Siergiejew zastygł, nie zdążywszy dojść do łóżka. Zupełnie jak w dziecięcej zabawie „raz, dwa, trzy – Baba Jaga patrzy!”. Placek, z rękami i nogami na wyciągach, spał niespokojnym snem pod wpływem środków usypiających, pochrapując jak syty prosiak. Michaił, patrząc na sapiącego Blinowa, kolejny raz przypomniał sobie o Bogu i intuicji.

Jego pigułki jeszcze leżały w maleńkim plastikowym kieliszku na stoliku, obok szklanki z wodą. Pomyślał, że czasami śmierć ma bardzo niewinny i nieszkodliwy wygląd. Dwie żelatynowe kapsułki: jedna – zabójca bólu, druga – zabójca bezsenności. W tej sytuacji parę miligramów proszku, które w nich się znajdowało, było groźniejsze od kuli z pistoletu przystawionego do głowy.

Bezgłośnie i szybko, niczym wielki kot, dziwnym trafem poruszający się na tylnych łapach, Siergiejew rzucił się do drzwi i przykładając ucho do ościeżnicy, zamienił się w słuch.

Za drzwiami panowała cisza – krępy i wysoki byli fachowcami, jednak przyszli tutaj, by działać, a nie wyczekiwać. Tym bardziej że w korytarzu i na schodach leżały trupy i nie było już czasu, by się przyczaić i zadać cios nieoczekiwanie. Ani krępy, ani wysoki nie dopuścili się szczególnych błędów. Wszystko toczyło się po swojemu – po prostu za plecami każdego z nich stał Jego Wysokość Przypadek.

I tylko Siergiejewowi w porę szepnął on na ucho: „Uważaj!”.

Z sali nie było dokąd uciec.

Przestronny pokój, dwadzieścia pięć metrów kwadratowych. Okno wielkie na pół ściany i łazienka, pozbawiona z kolei okien. Kabina prysznicowa, muszla klozetowa, obok której przykręcono do ściany duży niklowany uchwyt, bidet, wielka wanna i szafka z lustrem nad umywalką – w łazience było wszystko, poza bardzo w tej chwili potrzebnym awaryjnym przejściem podziemnym. Można było z niej najwyżej spłynąć kanalizacją. A z sali – wyskoczyć przez okno. Obie możliwości Siergiejewowi się nie podobały.

Za grubymi (chwała Bogu!) drzwiami rozległy się szepty. Potem ktoś znów złapał za klamkę. Metaliczne szczęknięcie... Znów szept.

Michaił, którego kiedyś intensywnie uczono, jak reagować w podobnych sytuacjach, obliczył, ile pozostało mu czasu na zastanowienie, i zrobiło mu się zimno. Wyglądało na to, że limit został wyczerpany. Gdyby drzwi otwierały się do wewnątrz, zostałyby wyważone już minutę temu.

Klamka znów się poruszyła.

Gdzie... gdzie się schować?

Siergiejew przebiegł wzrokiem po pokoju.

Pułapka! Jasne, że należy przyciągnąć czyjąś uwagę. Na przykład rozbić okno – hałas na całą Teofanię. Ale sami wtedy dokąd...? Jeszcze chwila i tamci po prostu odstrzelą zamek. Ilu ich tam jest? Dwóch? Rąbną naraz i wejdą łatwo, jak dzieci do szkoły. Nic prostszego. Broń mają z tłumikami. Drzwi rozniosą na szczapki, bo mimo że ciężkie, są drewniane. Potrzebne jest schronienie, którego tu nie ma. Myśl, Siergiejew, myśl! Nie ma sytuacji bez wyjścia, są tylko beznadziejni myśliciele!

Krzesło, dwa łóżka, dwie szafki, dwa stoliki.

Dobrze byłoby zastawić drzwi szafą, ale szafa jest wbudowana w ścianę. Wyciągi, na których wiszą kończyny Placka – śliczne, ale bezużyteczne. No i...? Co robimy?

Władimir Anatoliewicz chrapnął basem i wyraziście zacmokał. Zdaje się, że śnił o czymś przyjemnym.

Chociaż serce Siergiejewa łomotało w rytmie dawno już niemodnego disco, on sam zachowywał zimną krew. Raczej z przyzwyczajenia niż potrzeby – naprawdę się bał. Nie z powodu nieuchronnej śmierci. Jeszcze powalczymy, jeśli tu wejdą! Nikt tu nie będzie umierał na kolanach! Strach wzbudzała bezsilność. Właśnie ona przeraża silnych ludzi.

Szpitalne łóżka były masywnymi, trwałymi sprzętami na...

Na kółkach!

Siergiejew mimowolnie rozpłynął się w uśmiechu, co natychmiast upodobniło go do rozwścieczonego Kota z Cheshire. Spróbował się schylić, w rezultacie mało nie upadł na kolana. W bandażu elastycznym, ściskającym żebra nie gorzej od gorsetu, raczej trudno dokonać takiej sztuki.

Kółka były zablokowane metalowymi zatrzaskami. Znając ich rozmieszczenie, można by się i nie schylać – bez trudu ustępowały pod naciskiem stopy, jak hamulec w wózku dziecięcym. W ciągu kilku sekund Michaił odblokował kółka i potoczył łóżko Blinowa do łazienki. Pan poseł posapywał beztrosko i Siergiejew pomyślał, że Placka można by takim sposobem doturlać nawet do Moskwy, byle tylko nim nie potrząsać.

Rozmiary pomieszczenia pozwalały nawet zakręcić, co Michaił zrobił, ustawiając łóżko równolegle do stalowej wanny, obłożonej kosztownymi płytkami. Zaraz też wrócił do sali i szczęknąwszy blokadami, powlókł do łazienki własne łóżko. Mebel był lekki, lecz mięśnie i ścięgna zaprotestowały z nową siłą. Siergiejew już wtaszczył swój ciężar do umywalni, przeciskając się przez futrynę, kiedy na zewnątrz odezwały się automaty. Drzazgi bryznęły do środka niczym opiłki lecące spod piły tarczowej. Kule zadzwoniły o kaloryfer i rozniosły w drobiazgi szybę okienną. Okruchy lśniącym wodospadem runęły w dół, osypawszy szklanym deszczem kilka aut na parkingu pracowniczym. Jak na gust Siergiejewa, wyszło całkiem nieźle – na zewnątrz natychmiast przeraźliwie zaczęły wrzeszczeć alarmy samochodowe i niemal od razu zawtórowały im niespokojne okrzyki ludzi ze służby ochrony wewnętrznej.

Jednak to nie na wiele mogło się przydać Siergiejewowi. Ochrona nie miała czasu, żeby dotrzeć z dołu do ich sali. Jedna z kul trafiła w bębenek zamka i ten wyleciał jak korek z butelki szampana. W momencie, kiedy pękł rygiel, Siergiejew, z chrupaniem w stawach, uniósł jeden koniec łóżka nad głową, jak mógł najwyżej, i bosą stopą – sam się sobie dziwiąc, jak to mu lekko, po małpiemu poszło – zatrzasnął drzwi łazienki. I natychmiast wyskoczył spod swego brzemienia, z łomotem rzucając je na posadzkę.

– Co ty, Umka?! – zasyczał wyrwany ze snu Blinow i natychmiast zamilkł, widząc białą jak kreda twarz Siergiejewa i przyklejony do niej przerażający uśmieszek.

Dwa łóżka ustawione w literę T, rozpartą między wanną a drzwiami, stworzyły całkiem niezłą barykadę. Uchylić drzwi było można, ale wejście stanowiłoby problem nawet dla Terminatora.

Natomiast strzelanie przez drzwi do wnętrza łazienki już nie stanowiło problemu. Były cieńsze od wejściowych, dobrze chociaż, że nie z płyciny, która wyleciałaby od pierwszego wystrzału, a Blinow z Siergiejewem znaleźliby się w roli blaszanych zajączków na strzelnicy.

Placek patrzył na Siergiejewa oszalałym wzrokiem, jakim patrzy na swojego właściciela kot, który wpadł do wody. Nie wiedział, co się stało, ale rozumiał, że było to coś bardzo złego. Gdyby nie uspokajający efekt przyjętych leków, być może zacząłby przeraźliwie wrzeszczeć.

Za drzwiami rozległo się tupanie.

Siergiejew złapał Blinowa za piżamę z wprawą judoki, wyrwał go z medycznej uprzęży i razem z nim runął do wanny, nakrywając Władimira Anatoliewicza własnym ciałem. Gipsowe opatrunki zadzwoniły w emaliowany metal, Placek zaryczał jak ranny łoś. Musiało go naprawdę mocno zaboleć, ale Michaił nie miał czasu ani głowy na ceregiele.

Dziesiątki kul przeszyły drzwi, rykoszetując po łazience, krusząc kafelki i przebijając rury. Z trzaskiem cyrkowego bata rozleciał się klozet, pękł bidet. Zleciała ze ściany szafeczka, rozsiewając lustrzane odłamki. Z rur trysnęła gorąca woda, wypełniając pomieszczenie parą.

Wanna pod kulami huczała niczym dzwon. Blinow, przygnieciony przez Siergiejewa, przestał się ruszać, tylko potrząsał mimowolnie głową jak koń pociągowy.

Wyzywająco głośno zaszczękały zmieniane przez zabójców magazynki – chociaż nagrzane tłumiki już gorzej wygłuszały, przeładowanie było donośniejsze od samego strzału.

Ktoś mocno, całym ciężarem uderzył w drzwi. Barykada zatrzeszczała, lecz wytrzymała. Kolejny cios, znów bezskuteczny, i na łazienkę ponownie runął ołowiany szkwał.

Siergiejew wyobraził sobie, jak w tym samym czasie korytarzami biegnie ochrona, w większości bez broni (bo czy można nazwać załadowaną gumowymi kulami wiatrówkę bronią?), i zrobiło mu się żal tych ludzi. Chłopaki biegły w stronę hałasu, jak ćmy lecą do płomienia świecy, a czekał ich tu ostrzał dwóch zawodowców – dobrze wyposażonych, bezlitosnych i rozgniewanych niepowodzeniem.

Drzwi znów zadygotały, tym razem uderzone nogą. Postrzelane jak sito, popękały, ale się nie rozleciały.

Blinow zamyczał rozpaczliwie i zaczął się szarpać. Wanna napełniała się wodą z rozbitych rur i lider partii ryzykował utonięcie na głębokości kilku centymetrów. Siergiejew nie mógł się podnieść – zranienie w pośladek byłoby nie tylko poniżające, ale również bardzo bolesne. To tylko na filmach wygląda zabawnie. W rzeczywistości Michaił znał paru chłopaków, którzy o mało nie wykitowali po trafieniu w takie „pikantne” miejsce. A jeden z nich został inwalidą. Wanna była ciasna i mała na dwóch, a obracanie się w niej – skrajnie niebezpieczne, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że Blinow gabarytami bynajmniej nie przypominał primabaleriny, a i sam Siergiejew nie miał w sobie nic z kwietnej wróżki. Blinow bulgotał i pluł wodą niczym kipiący czajnik.

W myślach wzywając Fortunę na pomoc, Siergiejew się przekręcił, co zmusiło go do uniesienia pośladków nad skraj wanny, i chwyciwszy Blinowa nie tyle za resztki włosów, co za tłustą fałdę na potylicy, uniósł twarz nadziei nacjonal-demokracji nad wodę. Przemoczony Placek, zezujący na Siergiejewa, wyglądał jak przerażony koń.

Za drzwiami ktoś zaklął. Ponownie zatrzeszczał automat.

– Stać!!! – rozległ się czyjś okrzyk. Rzygając ołowiem, zakrztusił się ostatecznie zepsuty tłumik. Ciężko runęło ciało. Suche strzały z pistoletu. Jęk. Znów strzał. Krótki krzyk, który przeszedł w rzężenie. Sucho, już bez tłumika, zatrzeszczał pistolet automatyczny. Ktoś pobiegł korytarzem, łomocąc butami.

Na zewnątrz, pod budynkiem, zawyły syreny – któryś z wielu kijowskich oddziałów specjalnych pędził na pomoc. Za drzwiami nikt już nie hałasował. Tylko w korytarzu ktoś płakał. Po dziecięcemu, żałośnie, chlipiąc i wyjąc.

Michaił ostrożnie podniósł głowę. Niewiele było widać. W powietrzu unosiła się gęsta zawiesina pary i pyłu. W całym pomieszczeniu tryskały strugi zimnej i gorącej wody. Obaj z Plackiem byli przemoknięci do suchej nitki.

– Zdaje się, że już po wszystkim, Wowa – odezwał się Siergiejew, nie poznając własnego głosu. Z trudem wydobywał dźwięki z wyschniętego gardła, strasznie chciało mu się pić. – Wstanę i się rozejrzę. Ty na razie leż.

– Umka – powiedział Blinow, przekręcając głowę pod jakimś niewiarygodnym kątem, żeby popatrzeć na Michaiła. – Umka, znów mnie uratowałeś! Jestem twoim dłużnikiem do grobowej deski! Jesteś dla mnie bratem, Umka!

– Leż, bracie. – Siergiejew uśmiechnął się, wypełzając z wanny i starając się przy tym niezbyt mocno cisnąć kolanami na wymiętego Blinowa. – Dobrze choć, że nie powiedziałeś „bratello”[1], też mógłbyś.

– Mam u ciebie dług, Umka – trajkotał Władimir Anatoliewicz.

Zdaje się, że zaczynało się u niego typowe „rozładowanie” z histerią i słowotokiem, opisywane w podręcznikach psychologii. Gdyby Siergiejew miał czas na „rozpracowanie” Blinowa, ten pękłby jak włoski orzech i wygadałby wszystko, o cokolwiek by zapytać. Silny facet, stan takiej gadatliwości długo się nie utrzyma – zadziała podwzgórze i koniec, muszla małża się zamknie.

– Nie wypłacę się do końca życia. Co za szczęście, że cię spotkałem, Siergiejew! Moje szczęście!

Placek próbował się przekręcić i usiąść, ale nic z tego nie wyszło – utknął w wannie na amen, jak korek w butelce. W innej sytuacji widok byłby zabawny, ale Michaiłowi nie było do śmiechu. Ostrożnie stąpając bosymi stopami po śliskiej, zasłanej odłamkami szkła i fajansu podłodze, Siergiejew zbliżył się do drzwi, podziurawionych jak durszlak. Gdzieś daleko w budynku jeszcze klaskały strzały. Ranny w korytarzu nadal wył. W źle oświetlonym pokoju nie było widać żadnego ruchu, jednak Siergiejew nie mógł zaręczyć, że z ciemności nie wygarną do niego serii. Co znaczyło, że Placek, szczebiocący tymczasem jak kanarek, powinien dla bezpieczeństwa pozostać w swoim metalowym gnieździe. Tylko należałoby go inaczej ułożyć – niebawem się zachłyśnie, a wody nie ma jak zatrzymać.

– Trzymaj się, Wowa – poprosił Siergiejew i przygotował się, by szarpnięciem przewrócić Blinowa, lecz, o dziwo, nie wymagało to szczególnego wysiłku. Wody do wanny nalało się już tyle, że Placek zgodnie z prawem Archimedesa wypłynął na powierzchnię niczym kawałek korka i Michaił przekręcił go na plecy. Zagipsowane kończyny natychmiast zatonęły ponownie, a Blinow przyjął głupią i śmieszną pozę, w której zastygł, patrząc z dołu na Siergiejewa z oddaniem. Całkiem jak buldog oczekujący na kęs surowej wątróbki.

Taki stan był Michaiłowi znany. Po zupełnym nerwowym wyładowaniu zaczynała się faza odprężenia, w czymś przypominająca ten moment, który następuje po wypiciu stu gramów wódki na ciężkim kacu, kiedy na czarno-białym, niewyraźnym obrazku nagle pojawia się kolor. Uczucie cudem ocalonego życia upijało mocniej niż jakikolwiek alkohol. Słodkie zrozumienie, że tym razem przeszło bokiem, oddychasz, widzisz świat, napełniało taką radością, że nie można było utrzymać emocji pod kontrolą.

Woda, w której się taplali, na szczęście była zimna. Teofania miała własną kotłownię, nie żałowali gazu i rurami z gorącą wodą płynął prawie wrzątek.

– Nie otwieraj drzwi – wyszeptał Blinow, gorączkowo chwytając Siergiejewa za rękę. – Niech przyjdzie ktoś z naszych! Nie otwieraj, Umka! A jak oni tam jeszcze są?!

– Nikogo nie ma – powiedział Siergiejew. – Poszli. Tylko ten ranny krzyczy. Słyszysz, Placek?

Blinow szybko pokiwał głową, jak chińska figurynka.

– Słyszę. Nie otwieraj. Ja nikomu nie wierzę. Niech przyjadą nasi. Niech przyjedzie Wasiliewicz.

– A jak ja mam ich wezwać? – odrzekł Michaił z irytacją. – Pukając w kaloryfer? Komórki zostały w pokoju. Mamy tu siedzieć do rana?

– Przyjadą – oznajmił Władimir Anatoliewicz z przekonaniem. – Zobaczysz. Na pewno przyjadą. Dowiedzą się, ktoś do nich zadzwoni.

Nagle zaczął drżeć na całym ciele i dzwonić zębami. „Rozładowanie” postępowało. Pan Blinow zaczynał przychodzić do siebie.

Dalsze siedzenie w rozgromionej łazience było chowaniem głowy w piasek. Za jakieś pięć minut Placek zacznie normalnie kojarzyć i będzie go można przenieść do sali. Poza tym Siergiejew był przekonany, że ci, którzy do nich strzelali, dawno już opuścili budynek. Jeśli zdołali, oczywiście. Strzelanina na dole była poważna.

– Nie bój się, Wowa – powiedział i zaczął odciągać od drzwi zaimprowizowaną barykadę.

Wody na podłodze było po kostki.

W pokoju ciemno, tylko z korytarza przez otwarte na oścież drzwi lało się mętne światło żarówek. Cuchnęło prochem, w powietrzu wisiał niebieskawy dymek. Siergiejew ostrożnie wyszedł z łazienki, mokra wykładzina cmokała pod stopami. W poprzek otworu drzwiowego, oparty o futrynę, półleżał jakiś człowiek. Michaił nie mógł go dokładnie obejrzeć pod światło, ale to właśnie on jęczał. Wokół rannego rozlewała się kałuża, która w cieniu wydawała się czarna, a na korytarzu ciemnoczerwona. Mężczyzna cały czas próbował się podnieść, przyciągał nogę do brzucha, a potem znów ją prostował, niczym przydeptany konik polny.

Ciało leżące nieruchomo pod ścianą Michaił zauważył nie od razu. Nikogo więcej w pokoju nie było. Powoli, z obawą przemieszczając się do wyjścia, Siergiejew nastąpił na gilzę i zasyczał z bólu. Napastnicy nie żałowali amunicji.

Siergiejew pochylił się nad rannym, który miał na sobie kamuflaż z naszywką „Ochrona” nad lewą piersią. Kilka kul trafiło go w brzuch, jedna ugodziła w udo, roztrzaskując kość i rwąc tętnicę. Ochroniarz podniósł oczy na Michaiła, zajęczał głucho, nie otwierając ust, a potem umarł.

Siergiejew wiele razy widział śmierć. Różną: i bezsensowną, i bohaterską, i przypadkową. Przyzwyczaił się do myśli, że śmierć w każdej swojej postaci jest tak naturalna, jak i życie.

„To dwie strony tej samej monety” – mawiał Kędzierzawy. „Jak orzeł i reszka. Moneta leci do góry, potem pada i zawsze wypada albo jedno, albo drugie. Szanse są równe. Z całą pewnością wiadomo, że nie stanie na krawędzi. Więc po co się martwić?”

Mówił to przed wyruszeniem z Noworosyjska, cztery dni później spłonął żywcem. A miał zaledwie dwadzieścia dziewięć lat.

Odchodząc w stan spoczynku, Michaił miał nadzieję, że jego życie zmieni się raz na zawsze. Że nie będzie już w nim niczego takiego, co w mroźne zimowe noce budziłoby niezbyt przyjemne wspomnienia. Minie kilka lat, a z głębin pamięci przestaną wypływać twarze tych, którzy dawno już odeszli z tego świata. Z winy Siergiejewa albo ku jego żalowi, ale odeszli. Poważnie na to liczył. Ale...

Człowiek ma nadzieję... I oto, jak wiele może zmienić jedno przypadkowe spotkanie. Czy nieprzypadkowe? Z początku prawdopodobnie był to najzwyklejszy przypadek. Ale potem...

Placek był zbyt bystrym, przewidującym i twardym politykiem. I jakże artystycznie pod maską zwykłej przyjaźni skrywał interesowność. Gdyby nie te słowa, które padły z ust Raszyda! Jednak nie da się ich cofnąć. Zresztą wszystko, co wydarzyło się później, aż do chwili obecnej, układało się aż za dobrze w wybite słowami Rasza łożysko. Ostatecznie czy nie zdarzało się w życiu tak, że upuszczona w decydującym momencie moneta, pęknięte sznurowadło, dzwoniący telefon puszczały w ruch cały szereg powiązanych ze sobą wydarzeń, czepiających się siebie z niezwykłym uporem? Czy nie bywało tak, że mimowolne spojrzenie, jakiś gest, słowo wypowiedziane niechcący włączały tajemniczy mechanizm powołujący do życia mnóstwo całkowicie niewytłumaczalnych z punktu widzenia banalnej logiki wypadków, postępków najróżniejszych ludzi?

Wszystko to pachniało mistyką, ale Michaił wiedział, że mistyki w tym nie było za grosz. Światem rządził przypadek. Można go nazywać wiarygodnością nastąpienia zdarzeń, losem, przeznaczeniem, prawem wielkich liczb – wszystko to było jednakowo prawidłowe, a nic nie było prawdą. Prawdy nie znał nikt.

Siergiejew nigdy nie wierzył w cuda i wiedział, że za maską jasnowidza zbyt często skrywa się czyjaś zimna kalkulacja. To bardzo wygodne miejsce do tego, by ukrywać złe zamiary. Jedna sprawa: zgiąć kark pod ciosem losu, a całkiem inna – podporządkować się woli człowieka. To, co działo się z nim po spotkaniu z Raszydem, nie wydawało się przypadkowe. Przypadkiem było to, że w kołowrocie zdarzeń ostatnich dni Michaił nie tylko pozostał wśród żywych, ale i wytaszczył Placka – osobistość ze wszech miar tajemniczą, ale jednak śmiertelną, jak każdy człowiek.

Przez ostatnie parę dni dokoła nich umarło tylu ludzi, że Michaiłowi wydawało się, iż uczestniczy w niewielkim konflikcie wojennym.

Ale wojny nie było. Za oknami drzemało spokojne miasto stołeczne. Nie jakiś Nowy Jork ze swoim Harlemem, nie Chicago i nie zadymione Detroit. Za oknami był Kijów, łagodny i nawet z lekka prowincjonalny, i wiosna Anno Domini 1999. Wiosna, której, z jakichś przyczyn ważnych dla Blinowa i całkowicie niezrozumiałych dla niego samego, Siergiejew mógł nie przeżyć.

Opowiesz mi wszystko, tajemniczy panie Blinow, pomyślał Michaił, czując, jak narasta w nim złość. Niezła opoka nowej państwowości, jeśli za samo znajdowanie się obok ciebie można udać się do krainy przodków. Dojdziesz do siebie, złociutki, i od razu mi opowiesz. Nie zechcesz, to pójdę sobie w cholerę, niech cię dostrzelą – będziesz tego żałował do końca życia, ile ci tam go jeszcze zostało. A sądząc z tego, jak tamci cisną, żałować będziesz niedługo. Od biedy najwyżej dobę.

Przeszedł nad martwym ciałem, starając się nie wejść w gęstą czerwoną kałużę, wyjrzał na korytarz – jasno oświetlony i pusty. Długie przejście z czerwonym przekrzywionym chodnikiem było przesłonięte dymem prochowym jak woalem.

Kolejne nieruchome ciało.

I następne.

Łuski rozsypane po całym korytarzu. Na ścianie zamaszysty czerwony rozmaz, z bryzgami i dwoma niewyraźnymi odciskami dłoni, przypominającymi rozgniecione owady.

Dalej Siergiejew nie poszedł. Nie bał się. Rozumiał, że bać się już nie było kogo. Lada chwila pojawią się tu specnazowcy, a za nimi Wasiliewicz. A jeśli szef służby bezpieczeństwa u Titarienki był rozumny, to najpierw Wasiliewicz, a potem specnaz. Zacznie się zwyczajne w takich wypadkach diabli–wiedzą–co: pomiary, zamiary, fotografie, przesłuchania... Cała ta gliniarska kotłowanina, skrajnie obrzydliwa i tak naprawdę niezbędna.

Problem w tym, pomyślał Siergiejew, wracając do łazienki, że nikt szczególnie nie będzie się w to wszystko wgłębiał. Podejrzewam, że dosłownie wszyscy, poza mną, znają mordercę. Albo przynajmniej przypuszczają, gdzie w tej historii jest pies pogrzebany. Tylko ja jeden, jak Rycerz Smętnego Oblicza, rozmyślam nad dziwną istotą wiatraków, plus usiłuję wzbogacić organizm o parę gramów ołowiu. Pytanie: po kie licho to robię? Pytanie numer dwa: dlaczego nikt mi do tej pory niczego nie wyjaśnił?

Placek już pół leżał, pół siedział w wannie, kręcąc niecierpliwie głową. Mocny facet, histeria już mu minęła.

Ciekawe, jaką rolę odegrała w tym zimna woda? – zastanowił się Siergiejew złośliwie.

– No? – zapytał Władimir Anatoliewicz z ciekawością. – Co jest?

Michaił zapalił światło, wpierw w pokoju, potem w łazience. Nadzieja, że będzie mógł zadzwonić z komórki, wyparowała, jak tylko zobaczył, w co przekształcił się stoliczek, na którym leżały telefony. Ładowarki ocalały, ale to mała pociecha. Przy drzwiach do łazienki samotnie leżała bateria od jego nokii, ale reszty nie było nigdzie widać.

– No? – powtórzył Blinow niecierpliwie.

Siergiejew pomilczał chwilę i poszukał w zrujnowanej sali swoich ulubionych domowych kapci, przyniesionych przez troskliwą Płotnikową. Wytrzepał z nich wodę i jakieś nierozpoznawalne plastikowe okruchy, włożył na mokre stopy.

– Co tam, Misza? – zapytał Placek, któremu od milczenia Siergiejewa zrobiło się nieswojo. – Jest tam ktoś? Co tak milczysz? Nikogo?

– Ależ czemu nikogo...? – odezwał się Siergiejew spokojnie.

Gdzieś na dole, na schodach, zatupały ciężkie buty. Pomoc gnała co sił. Szczęknęła ruszająca winda. Siergiejewowi na pytania pozostało zaledwie kilka minut. I to tylko wtedy, jeśli komandosi nie runą korytarzem jak spłoszone pożarem stado bawołów, ale wykażą rozsądną ostrożność.

– Jest tam ktoś – powiedział, nie podnosząc głosu. – Tylko już martwy. Twoja ochrona. Chłopcy Sidorczuka, czyli Wasiliewicza, na którego tak czekasz. Wszyscy tam leżą. Szpitalnych załatwili. Widzisz, Wowa, podejrzewam, że podjąłeś grę, z której wyjście jest tylko jedno: w dobrym garniturze i drogiej trumnie. To, że w nią grasz, to twoja sprawa. Jak mówił pewien mój przyjaciel, którego nie znałeś i na twoje oraz jego szczęście już nie poznasz: „Taki jesteś mądry, że z przyjemnością będzie nam ciebie brakowało”. Ale powiedz: co ja tu robię? Ratuję? Kogo? I przed czym? Widzisz, ile pytań? Blinow, ja jestem gotów zrobić bardzo wiele dla starej przyjaźni, ale jednakowoż umrzeć za ciebie to już przesada. Nie jestem gotów paść bohaterską śmiercią tylko dlatego, że my obaj kiedyś, wiele lat temu, spaliśmy na sąsiednich łóżkach w internacie i razem chodziliśmy do kibla.

– Co chcesz wiedzieć, Misza?

– Od ciebie? Zupełnie nic. Mimo wszystko ryzykowałem dla starego przyjaciela. Po co stawiać go w nieprzyjemnym położeniu? Ale teraz chcę odejść. Po prostu odejść. Póki ten hałas na schodach nie zrobił się głośniejszy. I nie stało się ze mną coś jeszcze. Mam na myśli coś fatalnego.

Blinow zmienił się na twarzy. Światło z jedynej ocalałej w pomieszczeniu lampy padało na niego z góry, odbijało się od wody i rzucało bliki na kłębiącą się parę, dodając całej scenie nieco demonicznego charakteru, czemu zresztą Siergiejew nie miał nic przeciwko. Hałasu i tupotu Władimir Anatoliewicz nie mógł słyszeć poprzez szum wody bijącej z rur. Jednak sytuacja była taka, że w słowa Siergiejewa uwierzył od razu i bezwarunkowo. Zresztą Siergiejew nie miał zamiaru kłamać – z dołu rzeczywiście ktoś biegł. Pytanie tylko kto.

Placek pojął wszystko tak, jak tego chciał Siergiejew – może zadziałało świeże przerażenie, a może umiejętność Siergiejewa „podawania” informacji, jednak twarz lidera nacjonal-demokratów świadczyła, że zmartwiał.

– A kiedy odejdę – Siergiejew starannie wymawiał słowa, jakby ciskał nimi w Blinowa – i zostaniesz sam na sam z tymi, którzy tu wpadną, pomyśl, proszę, o tym, że prosiłem cię o wyjaśnienia, a ty postanowiłeś rozegrać to ze mną w ciemno.

– Nie rozgrywałem cię w ciemno, Umka – powiedział szybko Blinow drżącym głosem. – Nie rozgrywałem cię, nawet mi to przez myśl nie przeszło!

– Tak? – rzekł Siergiejew, unosząc ironicznie brew. – Poważnie?

– Nie żartuję.

– Czym w rzeczywistości zajmuje się Rasz?

– Umka, a co ma z tym wspólnego Rasz? – zapytał Blinow z lękiem. – Co ty wrzucasz wszystko do jednego worka?

– Idę – powiedział Siergiejew. – Mam dość. Ja z tobą jak z człowiekiem, a ty... Dupa z ciebie, Blinow! Dupą byłeś i dupą umrzesz!

Widząc, że Siergiejew odwraca się plecami, żeby wyjść, Blinow szarpnął się w wannie jak wilk w potrzasku, woda chlusnęła na wszystkie strony, jakby tłustego posła upuszczono do niej z wysokości paru metrów.

– Umka! – wrzasnął. – Nie idź! Mnie przecież tu zastrzelą jak psa! Proszę cię!

– Rasz...? – rzucił Siergiejew przez ramię.

– Kurwa! – zaklął Blinow od serca. – Broń. Podstawowy biznes Rasza to broń. No i co, lżej ci?

– Aha. Dokąd?

– Co dokąd?

– Broń dokąd?

– Chuj go wie, Umka! Co ja mam z tym wspólnego?

– Mam iść?

– Nie. Nie wiem dokładnie, Misza.

– To powiedz niedokładnie.

– O ile wiem, do Azerbejdżanu.

– To każdy głupi wie. Co jeszcze?

Siergiejew nasłuchiwał. Kroki rozbrzmiewały piętro niżej. Windy już stały na poziomie westybulu, ale tych, którzy powinni z nich wyjść, nie było słychać. Oznaczało to, że zobaczyli zwłoki i odczekują.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.


1 Bratello – kompan, kamrat, członek grupy kryminalnej (ros. slang więzienny).



Wołali na niego Garsteczka, był ochroniarzem i potrafił dać sobie radę w życiu; teraz jednak leżał bezwładnie jak szmaciana lalka, rozciągnięty na podłodze długiego korytarza. Jego serce waliło i rzucało się dziko, w głowie słyszał obce głosy, wsączające mu w mózg dziwne, mroczne myśli. Z nosa leciała krew.

Uniósł się z karbowanych, stalowych płyt i zgrzytnął zębami, gdy w potylicy odezwał się ból. Wytarł krew z czoła rękawem kurtki mundurowej, potem podniósł się na kolana.

Lampa oświetlenia zapasowego migała i gasła, w jej świetle korytarz o niskim sklepieniu przypominał raczej pulsującą rozbłyskami, długą rurę prowadzącą prosto do piekła. Nieopodal leżał człowiek w identycznym jak Garsteczka mundurze. Witia, niech to diabli! Witia... Co się z nim stało? Przekrwione oczy patrzyły nieruchomo w sufit, pod głową rozlewała się kałuża krwi.

Garsteczka spróbował wstać, ale nie dał rady, znów upadł na kolana.

– Wićka! – zawołał ochrypłym głosem.

Co się stało? Atak? Ale kto napadł, na kogo? Drżącą ręką wyciągnął z kabury pistolet, usiadł pod ścianą. Przesunął lufą z prawa na lewo.

Gdyby doszło do ataku, to coś by się działo. Hałas, zamieszanie! A tutaj nic, tylko martwa cisza.

Odkaszlnął, splunął. Niedowierzająco popatrzył na czerwoną plwocinę na podłodze, potem znów spojrzał na leżącego nieruchomo Witię. Znów zawołał:

– Ej! Odezwij się...!

Strasznie kręciło mu się w głowie, ale pamięć powoli wracała, nadpływając leniwymi falami. Był... był w jakimś obiekcie wojskowym, w... KZ-1. Tak, Kompleks Zamknięty nr 1. Był tutaj członkiem ochrony... ale dlaczego? Przecież służył w piechocie morskiej. Miał na koncie dwie... nie, trzy operacje bojowe! I medal za odwagę. Więc dlaczego...?

Ach... No tak. Było też tamto. Wysłali go, w zasadzie zesłali tutaj, do tej nory. Już od czterech miesięcy gnił na służbie wartowniczej, łażąc w tę i we w tę po korytarzach. Teraz natomiast był – tak, na piętrze we wschodnim skrzydle budowli. Właśnie tym, które przylegało bezpośrednio do Sektora.

Służba jak co dzień. Rutyna. Nic szczególnego. I... I CO TU SIĘ, DO CHOLERY, DZIEJE?!

– Hej! – zawołał. – Ludzie! Jest tu kto?!

Garsteczka wsunął pistolet do kabury, po czym podczołgał się na czworakach do przyjaciela. Zajrzał mu w twarz, naczynia krwionośne w oczach Witii popękały tak potwornie, że strach było patrzeć. Krew sączyła się z nosa, z uszu... To jest, nie sączyła się już – zastygła w czerwonych skrzepach.

– Witia... – wymamrotał Garsteczka, przeciągając ręką po twarzy. – Ale jak... co...?

Odsunął się od trupa i znów popatrzył w obie strony korytarza, oddzielającego od siebie wschodnie i zachodnie skrzydło kompleksu. Po jednej stronie błyszczały stalowe drzwi prowadzące do pomieszczeń skrzydła wschodniego i na klatkę schodową. Na drugim końcu tkwiła ślepa betonowa ściana, poza małym przejściem do przedsionka. Tamtędy można było dostać się do części zachodniej i na zewnątrz.

Ale gdzie byli wszyscy inni ludzie? Cała załoga Kompleksu?

Garsteczka oblizał popękane usta, wyprostował się. Lampa oświetlenia awaryjnego paliła się nadal matowym, przygaszonym światłem, pogrążając dalekie kąty korytarza w cieniach.

– Jak w kostnicy – zachrypiał, opierając się o ścianę, żeby nie upaść.

Na wszelki wypadek zabrał jeszcze pistolet Witii. Tamtemu już się nie przyda... Chciał szczęknąć bezpiecznikiem, ale o mało nie upuścił broni na ziemię.

– Eheeeej! Niech się ktoś odezwie! Ej, no! – wrzasnął raz jeszcze, próbując nie poddać się panice. Przecież to niemożliwe, to się nie może dziać! Raptem minutę wcześniej szedł sobie korytarzem, a tu nagle – bach! Leży, krwawi z nosa jak świnia, Witia nie żyje, migają lampy awaryjne... Przecież to jakaś pieprzona apokalipsa!

Kiedy Garsteczka ruszył ku bliższym drzwiom, świat wokół niego zawirował jak na karuzeli. Odczekał, kilka razy przełknął ślinę i popchnął drzwi, wchodząc do stołówki.

Nieduża sala ze stołami i ławkami była pusta, kolacja już się skończyła. Która w ogóle była godzina...? Zerknął na zegarek, ale elektronika wyświetlała tylko cztery ósemki. Nawet on wysiadł? Przecież to wojskowy zegarek, zabezpieczony, wodoodporny, z „wiecznym” akumulatorkiem! Powinien chodzić minimum dziesięć lat – tak przynajmniej mu tłumaczył magazynier wydający sprzęt i sort mundurowy, gdy Garsteczkę przyjmowano do KZ.

Potrząsnął głową, w potylicy znów odezwał się tępy ból. Przeszedł przez pustą stołówkę, kierując się do kuchni.

Martwy kucharz leżał na posadzce, cuchnęło przypalonym żarciem, na patelni powoli zwęglały się kawałki kurczaka. Garsteczka odruchowo odsunął naczynie z rozgrzanej płyty i nachylił się nad kucharzem. Krew z nosa, krew z uszu, czerwone oczy... Niemalże czarne w półmroku.

Zatoczył się, dopadł do kranu. Odkręcił kurek i zaczął chciwie chłeptać ciepławą wodę.

Potem odważył się jeszcze raz popatrzeć na ciało.

– No nie rozumiem – wyszeptał. – Ni cholery nie rozumiem! Muszę... wyjaśnić...

Złapał się rękoma za głowę, ścisnął. Chryste, jak to było? Wieczorna zmiana zaczęła się o szóstej: Witia stał przy schodach, on na korytarzu. Co pół godziny zamieniali się miejscami, co jakiś czas zaglądali do stołówki i sprawdzali kwatery mieszkalne.

Copyright © Jan Waletow
Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., lublin 2017
Copyright © for translation by
Ewa Białołęcka, 2017

Tytuł oryginału: Дети Капища

Wydanie i

ISBN 978-83-7964-235-9

Wszelkie prawa zastrzeżone
All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

Ilustracja na okładce Ivan Khivrenko

Projekt okładki Dark Crayon, black gear Paweł Zaręba

Redakcja Dorota Pacyńska

Korekta Maria Brzyska, Magdalena Byrska

Skład oraz opracowanie okładki „Grafficon” Konrad Kućmiński

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa


Zamówienia hurtowe
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j.
05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91
tel./faks: 22 721 30 00
www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl


Wydawnictwo
Fabryka Słów sp. z o.o.
20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a
tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91
www.fabrykaslow.com.pl
e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
www.facebook.com/fabryka

Spis treści
Karta tytułowa
Spis cyklu
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Fabryczna Zona
Andriej Lewicki – Wstęga
Karta redakcyjna
Okładka