Dwunasta warstwa - Olaf Tumski

Dwunasta warstwa

0,0

Świat za 160 lat, w 30 roku Ery Doskonałości. Poznań, którego już nie ma, bowiem w tym miejscu, na jego gruzach, wybudowano Nowy Londyn. Świat, który znamy, zwany dawnym światem, został niemal całkowicie wymazany ze zbiorowej świadomości. Pozostawiono szczątkowe fakty, wyłącznie negatywne. Ziemią rządzą Doskonali, daleko wyewoluowane istoty z odległych części Wszechświata, które uratowały ludzkość przed kosmiczną katastrofą.

Nie wszystkim podoba się taki świat. Nieliczni nie chcą okazywać wdzięczności Doskonałym.

Dzięki niezwykłym fotografiom z zamierzchłych czasów dawnego świata nasi bohaterowie wyruszają w wędrówkę po starym Poznaniu, którego ludzie już nie pamiętają, a nawet nie wiedzą o jego istnieniu. Nie jest to jednak podróż w czasie. Przynajmniej nie w dosłownym znaczeniu tego terminu. To raczej fragment czasu przychodzi do nas. Ten czas jest częścią miasta, a miasto częścią czasu.

No i jest jeszcze Ametyst...


Olaf Tumski (pseudonim) mieszka w Poznaniu i dobiega czterdziestki. Pracuje jako dziennikarz i pisze o codziennych, zwyczajnych, miejskich sprawach. O rzeczach niezwyczajnych pisze w swoich książkach, których dotąd ukazały się trzy. W jego książkach zjawiska tajemnicze i mistyczne kryją się w przyziemnej, szarej rzeczywistości oraz w pozornie banalnych przedmiotach. Wystarczy je tylko zauważyć, ale tylko nieliczni posiadają takie zdolności. W książce Wymyślony główni bohaterowie odkrywają zaskakujące możliwości swoich umysłów, a wszystko dzieje się w scenerii patologicznie skomercjalizowanego państwa. W Dwunastej warstwie stare fotografie wykraczają daleko poza swoje tradycyjne znaczenie. Nawet w zbiorze opowiadań dla dzieci – Tomkowe historie – pięcioletni chłopiec spostrzega, że może nawiązywać kontakt z niecodziennymi zjawiskami i obiektami. Nie inaczej jest w najnowszej powieści U Źródła.

Dodaj komentarz


Pomysł niezły, jak zauważyli czytelnicy - zbliżony do "451 stopni Fahrenheita". I jak dla mnie, autor poszedł zbyt mocno w tę stronę. Nie można odmówić tytułowi specyficznego klimatu, ale brakuje tu trochę akcji. Oczywiście fan postapokalipsy z pewnością znajdzie tu coś dla siebie. Brak porządnej korekty trochę obniża wartość całego tekstu. Mimo wszystko nie skreślałbym tej pozycji - kolejne spojrzenie na mroczną przyszłość ludzkości - takich nigdy za mało :)


Wynudziłam się – tak w skrócie. Prawie cała powieść wlecze się niemiłosiernie, tak że nieustanie wypatrywałam końca i liczyłam strony, które jeszcze mi zostały. Skończyłam te książkę tylko z powodu własnego uporu, brnęłam przez kolejne strony chyba tylko siłą woli. Jednak to nie brak akcji był największą wadą, a nieustanne literówki i błędy w tekście. Czy ktoś w ogóle raczył to sprawdzić przed opublikowaniem?


Opowieści z nurtu znanego jako postapokaliptyczny są różne. Lepsze, gorsze, oryginalnie i schematyczne. Historia Tumskiego zapowiadała się ciekawie – obcy ratujący ludzkość przed samozagładą i prowadzący ludzi ku doskonałości. Jednak nie jest tak jakby mogło się wydawać. Nośny i stwarzający wiele możliwości temat został jednak potraktowany mało oryginalnie. Powieść w pewnym momencie staje się po prostu nudna. Szkoda, bo potencjał był duży.


Postapokalipsy ci u nas dostatek. Krajowej oczywiście z prostej przyczyny mniej, jednak trudno do tego worka dorzucić coś oryginalnego i nowego. Co do tej powieści mam raczej mało pozytywne uczucia. Akcja, a raczej jej tempo pozostawia wiele do życzenia, na coś mocniejszego trzeba czekać niemal do samego końca. Język jest prosty i łatwo przystępny, lecz momentami jest zbyt ubogo. Poległa też warstwa korektorska, ale to przytyk do wydawcy. Pozycja dla wybitnie zainteresowanych tematem.


Jedna z wielu postapokaliptycznych wizji. Zaczyna się całkiem interesująco (przed całkowita zagładą ludzkość ratują obcy, którzy pomagają w uzyskaniu Doskonałości. Tylko, że ta Doskonałość nie jest tym czym mogłaby się wydawać. Niestety dobrze zapowiadająca się fantastyczna opowieść zamienia się w przydługi i nużący „odczyt” o zniewolonym społeczeństwie na kształt „451 Fahrenheita” czy tez filmu „Equilibrium” (nie dorastając pierwowzorom w żaden sposób). Szkoda, że autor nie wykorzystał szansy.


Antyutopia jedna z wielu. Podczas lektury przychodzi na myśl "451 Fahrenheita", bo świat wykreowany w "Dwunastej warstwie" jest łudząco zbliżony klimatem. Niestety cała fabuła wlecze się niemiłosiernie. Nie oczekujmy dynamicznej akcji, bo jej tu po prostu nie ma. Przesłanie? Najłatwiej rządzi się szarym społeczeństwem.


Dziwna książka. Bardzo specyficzna, odrobinę oniryczna i przede wszystkim - niezwykle ciekawa.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Wydawnictwo e-bookowo.pl

© Copyright by Olaf Tumski & e-bookowo

Grafika i projekt okładki: Olaf Tumski

ISBN 978-83-63080-51-8   

 

Wydawca:
Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:
wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Wydawnictwo e-bookowo.pl

Olaf Tumski

Dwunasta warstwa

JEDEN

 
E. D. 30
15 kwietnia
 
Po raz drugi wyciągnął z kieszeni swojej kurtki kartę papieru. Podobnie jak w poprzednim przypadku nie miał pojęcia, kiedy i w jaki sposób znalazł się w jej posiadaniu. Po pierwszej kartce był szczególnie wyczulony i rozglądał się uważnie w każdym miejscu, w którym się znajdował – w naziemnym promie, na przystanku, na ruchomych chodnikach, mijając stanowiska sterowania poszczególnymi segmentami montażu, wreszcie na swoim własnym stanowisku. Wszędzie wyglądał podejrzanych osób i sytuacji, co chwilę klepał się po kieszeniach, ale nikogo nie przyłapał. Znalazł za to drugą kartkę. Gdy już zamknął za sobą drzwi mieszkania, włączył przyciemnienie okien i usiadł na fotelu, rozwinął ją. Tak jak poprzednia była złożona na czworo. Znowu wielkie litery, napisane odręcznie. Znikały miej więcej po minucie. Papier ulegał ekspresowemu rozkładowi. W mgnieniu oka na jego dłoni zmienił się w białe granulki, potem w jeszcze drobniejszy proszek, aż wreszcie zniknął, pozostając jedynie porozrzucanym zbiorem atomów niewidocznych gołym okiem. Bardzo dokładnie umył ręce, wychodząc z założenia, że nigdy niewiadomo, czy papier nie został nasączony jakimś świństwem. Mydląc obficie dłonie zastanawiał się, czy to już koniec dziwnych liścików, i przypominał sobie poprzedni. W czasach, kiedy treść zapisana na papierze praktycznie nie występowała, a w szkołach nie uczono odręcznego stawiania liter, sam widok takiego zjawiska musiał budzić zdziwienie, a co dopiero ich treść. Zdanie z pierwszej kartki było dla niego całkowicie niezrozumiałe. Nie miał pojęcia, o co w nim chodzi i kogo dotyczy. Drugi napis to już jawna profanacja. No, może nie zupełnie jawna, ponieważ wiedział o niej tylko on. Przynajmniej taką miał nadzieję. Oczywiście treść kartek znał jeszcze ich autor, tajemniczy kartkopisarz. Zakładając, że ktoś taki istniał. Biorąc pod uwagę, że kartki zwyczajnie pojawiały się w jego ubraniu, mogła to być robota jakiegoś ducha. Chyba, że napis wywoływany był na odległość.
Intuicja podpowiadała mu, że nie jest przypadkowym adresatem tych słów, a to nie nastrajało optymistycznie. Ich treść oznaczała koszmarne kłopoty. Poważnie brał pod uwagę, że wiadomość, o którą nie prosił, podrzucili mu Doskonali, aby sprawdzić jego reakcje. Gdyby tylko wiedział, jakiej reakcji oczekują. 
Formalnie, jako sumienny obywatel, Falun Mortensen powinien teraz poinformować o wszystkim SOPD, czyli Służby Ochrony Procesu Doskonalenia albo SNRP − Służby Nadzoru Reszty Populacji. Ale nie zrobił tego. Po pierwsze nie był całkowicie sumiennym obywatelem. Po drugie − co miał im powiedzieć? Napisy zniknęły, papier stał się częścią atmosfery. Nie miałby, więc niczego na potwierdzenie swoich słów. Służby mogły równie dobrze przyjąć obywatelskie zawiadomienie, jak i uznać go za wariata albo, co gorsza, dojść do wniosku, że ton on jest twórcą tych haseł.
Druga możliwość to poinformowanie stowarzyszenia, równie fatalna jak poprzednia. Gotów był założyć się o cokolwiek, że Vaduz Polder, przewodniczący Stowarzyszenia na rzecz Zachowania Odrębności Natury Ludzkiej wpadnie w panikę i zostawi go samego z tym problemem albo doniesie Doskonałym. 
Falun pamiętał, jak zachował się Vaduz, kiedy na początku stycznia próbował przekonać go, aby przyjąć do organizacji trójkę stażystów podzielających jego program i bardzo pragnących do niej wstąpić. Członkowie Reszty Populacji nie mieli dostępu do pełnego wyższego wykształcenia i tytułów magisterskich. Mogli być przyjmowani na uczelnie jedynie w ramach kursów licencjackich. Dla odróżnienia od NiemalDoskonałych i WPołowieDoskonałych studentów, nazywano ich stażystami. Po zakończeniu edukacji mogli pracować najwyżej jako asystenci wyższych kast bez szans na awans.
− Powinniśmy ich przyjąć, to ożywi nasze stowarzyszenie – przekonywał Falun.
− Co masz na myśli? – Polder popatrzył na niego z podejrzliwością i niepokojem. 
Falun już pożałował, że zaczął tę rozmowę, ale postanowił kontynuować.
− Pomyśl Vaduz . – Starał się, aby ton głosu podkreślał szacunek dla Poldera. – Od ilu lat już działamy, a na spotkaniach ciągle te same twarze. Dlaczego nie przyciągamy nowych ludzi?
− To nie jest dobry pomysł, nasza działalność poddawana jest stałej ocenie Doskonałych. – Polder nerwowo dłubał w paznokciach. – Doskonali dali nam margines niezależności pod warunkiem, że nie będziemy zagrażać stworzonemu przez nich porządkowi.
− Czy przyjęcie trójki nowych członków raz na parę lat zagraża ich porządkowi? – dziwił się Falun.
− Dzisiaj trójka, jutro następni.
− Dużo opowiadałem im o naszym stowarzyszeniu, zapewniałem, że z pewnością zostaną przyjęci.
− Twój problem, trzeba to było wcześniej ze mną uzgodnić.
Ostatecznie Polder zgodził się spotkać ze stażystami, ale jak zaznaczył,  bez obecności Faluna. Ten w dobrej wierze przystał na to, sądząc, że Vaduz chce w ten sposób podkreślić swoje przywództwo i samodzielność, aby nie sprawiać przed nową trójką wrażenia, że uległ namowom Faluna, ale sam podjął decyzję. Falunowi było wszystko jedno, na kogo spadnie zasługa powiększenia organizacji. 
Niestety, Polder spotkał się z trójką tylko po to, aby przepędzić ich na cztery wiatry, skrytykować za zbytni radykalizm i ostrzec, że lepiej zrobią trzymając się z daleka od jego organizacji. Falun był wściekły i bezsilny. 
Vaduz postępował według woli Doskonałych, zadowalając się nikłym marginesem swobody i złudzeniem, że może coś robić poza ich kontrolą. Dla Doskonałych był świetnym alibi, że tolerują inny punkt widzenia. W rzeczywistości ich organizacja od dawna była martwa, spotykali się co najwyżej przy okazji grzecznych dyskusji o roli i przyszłości gatunku ludzkiego i o tym, czy Doskonali ingerują w sztuczny sposób w ewolucję człowieka, czy też jest to jej kolejny, naturalny etap. 
Falun złościł się na Vaduza z jeszcze jednego powodu. W tej trójce była atrakcyjna dziewczyna – Florencja Conti. To ją przede wszystkim chciał wprowadzić do stowarzyszenia. Bardzo mu na tym zależało. Tamtej dwójki nawet nie znał. Przyjaciółka Florencji ze swoim kuzynem. Wiedział tylko, że razem z Florencją organizowali klub dyskusyjny na uczelni. Florencja wspominała mu, jak się nazywają, ale nie wysilił się, aby zapamiętać ich nazwiska. Nie była pewna, czy powinna zabierać ich na pierwszą rozmowę, ale oboje już wcześniej mówili, że myślą o wstąpieniu do stowarzyszenia. 
− Nie ma problemu Florencjo – zapewniał Falun. – To nawet lepiej. Będzie ci raźniej podczas spotkania z Polderem. Ja, niestety, nie mogę przy tym być. Wyraźnie zażyczył sobie tego. Chce pokazać, że to on o wszystkim decyduje. 
− Przedstawię ci ich przed spotkaniem, zanim zaanonsujesz nas Polderowi – zaproponowała Florencja.
− Nie trzeba Florencjo, powiedziałem Vaduzowi, że odwiedzi go trójka stażystów. Kiedy już was przyjmie, poznam ich i wyskoczymy gdzieś na piwo we czwórkę – ekscytował się Falun, a Florencja podzieliła ten entuzjazm. 
Wypad w czwórkę nie doszedł do skutku.
 

PROLOG

 
E. D. 1
3 września
 
Siedząc przy łóżku, patrzył na żonę i synka. Spali twardo i smacznie. Zasłużyli sobie na taki sen. Przez ostatnią dobę porządnie się napracowali i wykonali kawał dobrej roboty. Mały musiał opuścić przytulną i bezpieczną macicę, przecisnąć się przez ciasny kanał rodny, aby wydostać się na wielki, przytłaczający świat, gdzie natychmiast oślepiło go silne światło. Być może, słyszał podniecone głosy, nie mając pojęcia, że należą one do dorosłych przedstawicieli jego gatunku. Uspokoił się nieco, kiedy poczuł znajome ciepło matki. Ona również przeszła męczarnię. Nie próbował nawet wczuć się w jej ból i strach, wiedząc, że to niemożliwe, a wszelkiego rodzaju opowieści i sprawozdania medyczne nie oddadzą tego, co czuje wtedy kobieta. Na szczęście, było już po wszystkim. 
Rozejrzał się po szpitalnej sali. Razem z jego żoną umieszczono w niej cztery kobiety. Wszystkie miały przy sobie swoje świeże pociechy i ich ojców, prawdziwych lub domniemanych. Wykorzystywali godziny odwiedzin. Zastanawiał się, ilu jeszcze parom zachciało się seksu w schronach, jako sposobu na stres, strach, zapomnienie o tym, co może ich czekać. Niektórzy zapewne potraktowali to jako ostatnie życzenie. 
Godzinę temu była tu delegacja z Najwyższego Urzędu. Gratulowali Pierwszoroczniakom i ich rodzicom. Mówili, że dzieci przejdą do historii jako rówieśnicy Ery Doskonałości. Wręczyli po skromnym upominku, małej paczce jednorazowych pieluch. Tłumaczyli, że chcieliby dać więcej, ale sytuacja związana z koniecznością zorganizowania całego porządku w skali światowej i tej lokalnej wymaga wyrzeczeń. Pierwszoroczniaki NiemalDoskonałych i WpołowieDoskonałych, być może, dostały więcej niż ci z Reszty Populacji. To oczywiste. Nie można się obrażać. Trzeba się przyzwyczaić i cieszyć, że jest się wśród ocalonych. Niewiele brakowało, a nie byłoby ich tutaj. Już na samą myśl dostawał drgawek i szumów w uszach, więc postanowił, że nie będzie już o tym rozmyślał. 
Spojrzał znowu na swojego syna, długiego i chudego jak kij od szczotki. Jego dziadek, kiedy tylko zobaczył małego, nazwał go Szczudło. Starego Limericka zawsze trzymały się żarty. Zapewne konsekwentnie będzie teraz zwracał się do swojego wnuka per Szczudło, niezależnie od imienia nadanego przez rodziców. Tak czy owak, junior zaczynał nowe życie. W pewnym sensie wszyscy zaczynali nowe życie. W nowym świecie.