Dwanaście słów - Jan Jakub Kolski

Dwanaście słów

0,0

Nowa powieść wybitnego reżysera i pisarza, autora bestsellerowego "Egzaminu z oddychania" sprzedanego w 20 tys. egzemplarzy. Utrzymana w powściągliwym a jednocześnie intensywnym klimacie przypominającym film Jane Campion "Fortepian”.

Opowieść o miłości, ale niechcianej; pamięci, która jest zbyt natrętna; pokusach, które przerażają i o człowieku, który jest tajemnicą. Od dzikiej Afryki, po samotny dom ukryty w lesie. Od wielkich przemian w dziejach ludzkości, po skromną wiejską historię losu jednego dziecka. Kolejny raz Jan Jakub Kolski każe swoim czytelnikom odbyć podróż po świecie pełnym tak niesprawiedliwości jak i piękna. Ale także podróż po meandrach ludzkiej natury. Zderza ze sobą małość i wielkość człowieka, jego siłę i słabość, moralność i deprawację.

Marianna ma trzydzieści jeden lat, jest jedną z najładniejszych boromeuszek w klasztorze, ma niebieskie oczy, czarne włosy, zrośnięte brwi i jasną cerę. Opiekuje się chorymi w szpitalu, pielęgnuje ich, wysłuchuje losów… O świcie zachodzi do kościoła, aby uwielbić wiszący w transepcie wizerunek Jezusa – pięknego, smukłego, ciemnoskórego i… budzącego w niej nieprzyzwoite podniecenie. Kiedy postanawia uciec z klasztoru, wykrada święty obraz i zabiera ze sobą. Trzy miesiące później, w poszukiwaniu pracy, staje u drzwi Fryderyka, mieszkającego w leśnej chacie mężczyzny - ekscentrycznego samotnika, czarniawego, barczystego i nieprzyjemnego, z zapisaną w oczach mieszaniną mądrości i okrucieństwa. Nieliczni, którzy o nim wiedzą, nazywają go nauczycielem muzyki. Dwadzieścia lat temu przyjechał z Afryki. Co kazało mu uciekać z Kenii? Czy dwanaście słów, za pomocą których na co dzień się porozumiewają, wystarczy, by poznali swoje historie?

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Dwanaście słów

Spis treści

Okładka
Karta tytułowa
Dwanaście słów
Karta redakcyjna
titlepage
Dwanaście słów

Siostra Marianna obudziła się o godzinie trzeciej pięćdziesiąt. Według zapowiedzi z radia dzień miał być szary i nieprzyjemny. Mgły, drobny deszcz, wiatr od południowego zachodu. Coś mogło się zmienić pod wieczór, ale radio nie dawało głowy. Na razie świt nie napierał, a niebo wiszące nad klasztorem trzymało się dachu jak wrona. Zaczynał się 11 maja 1969 roku.

Marianna nie była brzydka. Miała trzydzieści jeden lat, niebieskie oczy, czarne włosy, zrośnięte brwi i jasną, klasztorną cerę. Prawdę mówiąc, była jedną z ładniejszych boromeuszek w klasztorze, ale o tym nie wiedziała. Opiekowała się chorymi w szpitalu, była pielęgniarką, więc nie miała zbyt wiele czasu na przeglądanie się w lustrze. Zresztą światła nie starczało o trzeciej pięćdziesiąt, ani o żadnej innej godzinie.

Wstawanie. Wilgotna cela z małym okienkiem, prycza, odrzucenie pierzyny, nogi na podłogę, czoło zroszone potem (Co się stało, skąd ten niepokój? Znów się z nim budzę. Czy jest tam? On, czy... jest?). Koszula nocna w dół, owłosione łono, owłosione łydki, zimna woda do miednicy. Mycie pośpieszne, płócienna ścierka, grzebień, gumka, włosy. Rozsypały się... (Czemu się tak śpieszę? Zdążę przed siostrami, spokojnie, nikt mi go nie zabierze). Grzebień raz jeszcze, gumka na nadgarstek, dwa zawoje, majtki, pończochy, stanik, koszula, habit, welon, kornet, trzewiki, spojrzenie w okno. Szaro (Czy jest, czy... będzie na miejscu?).

Był na miejscu. Wisiał tam (w lewym narożniku transeptu, schowany za połówką kolumienki podpierającej ołtarzyk z jakimś pośledniejszym świętym); malatura popękana, rysy głębokie, przechodzące przez grunt, aż do płóciennej osnowy. On – jej ukochany Jezus.

– Panie, otwórz wargi moje... a usta moje będą głosić twoją chwałę.

Milczał. Było w tym coś ujmującego, jakaś skromność w oczekiwaniu na światło (pośród pozłot i polichromii obywających się bez niego). Światło. Ono go stwarzało, przy nim rodził się wyjmowany z mroku jak z brzucha matki. Marianna nie potrafiła opisać tego inaczej. To był cud przeznaczony tylko dla jej oczu, bo żadna z sióstr nie schodziła na jutrznię tak wcześnie. Po porannej modlitwie i one szły do szpitala, do ciężkiej pracy, więc kradły każdą minutę snu. Spały jak wieprzki. Chrapały donośnie i bez wstydu, aż pył sypał się z murów klasztoru. Dopiero nawoływanie siostry Wenanty – nieprzyjemne, skrzypiące i bezlitosne – otwierało im oczy.

Kiedy doszła na miejsce (czterdzieści sześć kroków na wprost, dwanaście w lewo), ukochany okryty był jeszcze mrokiem. Czekał. Serce Marianny biło jak oszalałe, podniecenie zeszło w dół, prawie do wzgórka łonowego, potem wróciło w okolice żeber. To było nieprzyzwoite, więc kobieta z impetem upadła na kolana, żeby poczuć ból. Ale tym razem nie poczuła go wcale.

Światło pojawiło się na krawędzi okna, rozmazało witraż, pobiegło po posadzce, ławkach i filarach, przemknęło zakamarkami, aż na koniec... dotknęło czarnej ramy obrazu. Wtedy obudził się kołatek, chrząszcz Anobium, mieszkaniec modrzewiowej ramy, i od razu zabrał się do roboty. To wyrwało Jezusa z odrętwienia. Otworzył oczy, spojrzał na Mariannę, uśmiechnął się wyrozumiale.

– Jesteś – odezwał się cichutko.

– Jestem – odpowiedziała.

– Spałem, byłem zmęczony.

– Nie musisz się tłumaczyć. Jesteś panem świata.

– Jestem twoim sługą, Marianno.

– Nie, to ja, Panie, jestem twoją służką.

Był piękny; nagi, smukły i ciemnoskóry. Lśniące mięśnie, ścięgna i żyły, przyrodzenie ledwo przykryte, nad nim brzuch sklepiony jak kamień. Mężczyzna z obrazu trzydzieści na czterdzieści centymetrów patrzył jej w oczy. Marianna nie wytrzymała. Nie dała rady zatrzymać podniecenia wystarczająco wysoko. Zeszło w dół razem z dłonią, palce nie pobiegły do czoła, tylko między nogi. Same. Dwa, trzy ruchy prawie niewidoczne, oddech zatrzymany, potem drobny, piskliwy spazm. Ulga. Szczęście. Poczucie winy.

– A ti durna diwczinka, ti koli – nibud wyrostisz i staniesz żinkoju? – odezwał się z wysokości.

Poderwała się zawstydzona. Nie zrozumiała, co mówi.

– Nic nie rozumiem, Panie.

– Ne zaważaj meny. Uże smijatsa nadi mnoju. Nie łaź tak za mną...

Zamilkł, kiedy światło go odsłoniło.

– Uciekam z klasztoru – wyznała. Zakryła usta dłonią zdziwiona własną odwagą, a potem dodała cichutko: – Nie, nie sama. Z tobą. – To powiedziawszy, sięgnęła po święty obraz, zawinęła go w chustkę i ukryła pod habitem.

Równo w trzy miesiące od tego poranka, miała stanąć naprzeciwko drzwi człowieka nie mniej ukrzyżowanego, mieszkającego w leśnej chacie, z daleka od celów, które sobie niegdyś wyznaczył. Ci, którzy o nim wiedzieli, nazywali go nauczycielem muzyki.

Nauczyciel muzyki, Fryderyk Greszel, mężczyzna czarniawy, barczysty i nieprzyjemny, był coraz bliżej przyznania się do upadku. Przyjechał z Afryki do Polski niedługo po wojnie, wiosną 1949 roku. Zlekceważył wszystkie ostrzeżenia rozumu i... ludzi, którzy trochę orientowali się w polityce. To była wprawdzie banda uciekinierów, towarzystwo nieprzystosowane i histeryczne, ale przecież niepozbawione instynktu. Powołując się nań, odradzali wyjazd do kraju tak nieprzewidywalnego. Ale on nie posłuchał. Spakował dobytek w kilka skrzyń, wynajął ciężarówkę i udał się do portu Mombasa. Nie sam. Wraz z nim opuściła Afrykę jego starsza siostra Maria. Odebrał ją z więzienia w forcie Lamu i przewiózł motorówką na ląd. Nim wsiedli na pokład statku, jeszcze raz zrobili rachunek z życia. Chcieli mieć pewność, że każda perspektywa, nawet najmniej pewna, więcej jest warta niż pozostanie w tym kraju rozpaczy i porażek. Mieściło się w tym rachunku głównie rozmyślanie o rodzicach – parze egoistów, inżynierze kolejowym i lekarce, których w chwili wyjazdu Fryderyka i Marii nie było już na świecie. Jedno pożarł lew ludożerca, potomek bezgrzywych ludojadów z Tsavo, drugie zginęło od strzału z rewolweru w tył głowy, na tarasie własnego domu, nad rzeką Athi.

Ojciec, Franciszek Greszel-Kochanowski, inżynier kolejowy ze Lwowa, wdał się za namową Brytyjczyków w awanturę znaną pod nazwą „szalonej linii donikąd”, czyli budowę traktu kolejowego z Mombasy do Ugandy. Był myśliwym, od razu zwietrzył szansę przygody, więc zgodził się bez namysłu. Matka, Zofia Antonina Tęczyńska, pojechała za mężem. Odnalazła się w nowej sytuacji nieoczekiwanie szybko. Już po roku, umocowana w dobrym towarzystwie, leczyła najbogatszych i zbierała pieniądze na czarne sieroty.

Zamieszkali nieopodal kaskad na rzece Athi, wybudowali tam rozległy dom z tarasem dla siebie i dwa baraki dla służby. Przez pierwsze lata Franciszek rzadko bywał w domu. Wytyczał linię, dozorował transport budulca, doglądał hinduskich i afrykańskich robotników. Od czasu do czasu wyprawiał się też na polowania. Jego głównym celem były bestie z Tsavo, dwa lwy dziesiątkujące zastępy robotników kolejowych. W tej sprawie miał sprzymierzeńca w osobie Johna Henry’ego Pattersona, brytyjskiego inżyniera, człowieka podobnie jak on upartego. Po dziewięciu miesiącach zasadzek ludojada dosięgnęły wreszcie cztery kule. Trzy z nich wystrzelił ze swojego sztucera Franciszek Greszel-Kochanowski. Tej samej nocy w dalekim domu nad rzeką Athi przyszła na świat Maria, córka Franciszka i Zofii Antoniny.

Siedzieli na tarasie kawiarni z widokiem na port – Fryderyk i jego wyniszczona przez więzienie siostra. Nie byli pewni podjętej decyzji. Skrzynie z meblami, naczyniami kuchennymi, sprzętem domowym i pianinem okrywał już mrok ładowni, a oni ciągle jeszcze nie wiedzieli.

– Zabrałem kilka obrazów ojca, kolekcję kości słoniowej, książki, albumy ze zdjęciami – odezwał się Fryderyk, nie patrząc wcale na siostrę.

– Po co ci książki? Komuniści nie czytają książek. Kto je będzie czytał?

– Ja je będę czytał. Ja sam – odpowiedział.

Nie dodał, że będzie to czynił w przerwach między koncertami. Że granie będzie jego głównym zajęciem. Wykształcił się pod okiem angielskich i rosyjskich wirtuozów, potomków uciekinierów z Moskwy i Petersburga. Odebrał edukację gruntowną, pełną najsubtelniejszych dedykacji umocowanych w niej przez nauczycieli – ich tęsknoty i niespełnienia. Nie zamierzał tego zmarnować. Ostatecznie każda Polska doceni jego wirtuozerię – myślał prawie na głos – nawet Polska czerwona, ogłupiała i zmaltretowana. Ale Maria nie słyszała jego myśli, tylko swoje, nieco mniej krzyczące, ogłuszone przez dwanaście lat pobytu w śmierdzącym więzieniu na wyspie Lamu.

Od tamtego popołudnia spędzonego na tarasie kawiarni portowej w Mombasie minęło dwadzieścia lat. Sprawy nie poszły tak, jak planował. Prawdę mówiąc, poszły zupełnie inaczej.

Tego ranka, 11 maja 1969 roku, klęczał na podłodze swojej lichej leśnej chatki, z uchem przystawionym do nogi pianina Bechstein i... nasłuchiwał. Był przygotowany jak na wojnę; pudełko po paście do butów, w nim żółtawy płyn, zapewne terpentyna, obok szklana strzykawka, lampka bateryjna i kilka igieł. Do tego flanelowa szmatka. Wszystkie rzeczy leżały na wypastowanej podłodze jak na katafalku. Czekały.

Chrząszcz Anobium, podobnie jak jego krewniak z kaplicy klasztoru boromeuszek, odezwał się około czwartej nad ranem. Mężczyzna odstawił ucho od pianina, zaświecił lampkę, sięgnął po strzykawkę, zatopił igłę w terpentynie, naciągnął truciznę, odnalazł w drewnie otwór, wpuścił płyn. Dawka była śmiertelna. Kołatek przestał chrobotać prawie od razu. Przez okno napłynęła pierwsza szarość. Nie było jej wiele, ale mężczyzna i tak zgasił światło. Musiał oszczędzać. Kiedyś żył szeroko, z gestem; twarz nosiła ślady nieprzespanych wówczas nocy, wypalonych papierosów, wypitej wódki i decyzji odkładanych na później. Ale „później”, które przyszło po wytrzeźwieniu, okazało się szare i nijakie. Beznadziejne.

Oparł się o krzesło, żeby wstać. Dłonie i twarz wjechały w światło. Nareszcie można było im się przyjrzeć. Dłonie... Były jak rzeźby; duże, mocarne, wypracowane w każdym detalu. I wypielęgnowane. Żadnego śladu pracy fizycznej (drewno rąbał w rękawiczkach, zakładał je za każdym razem, kiedy dotykał czegoś mniej gładkiego niż klawiatura jego bechsteina). Twarz. Dość zużyta i nieprzezierna. Ani ładna, ani brzydka. Mroczna. Spojrzenie trochę matowe, ale uważne; z zapisaną w oczach kombinacją mądrości i okrucieństwa – znakiem ludzi traktujących siebie surowo, bez wyrozumiałości. Stał przez chwilę przy oknie, patrzył na ścianę lasu i wrastające w nią prześwity leśnych dróg. Nie był pewien, czy to, na co patrzy, podoba mu się, czy może raczej czuje litość dla pejzażu tak niepełnego. I tak bardzo uzależnionego od światła. Uśmiechnął się pobłażliwie.

– Afryka... – odezwał się niedorzecznie, jakby mu się wszystko pomyliło.

Zabrał się za śniadanie. Najpierw naostrzył nóż. Użył do tego dwóch osełek różnej gęstości i – na koniec – kawałka dębowego drewna. Kiedy to już uczynił, odwinął z płóciennej szmatki chleb, odkroił niezwykle równą kromkę, zebrał okruszki, zjadł, nasmarował kromkę cieniutką warstwą masła, sięgnął po pomidora i obszedł się z nim podobnie jak z chlebem. Plasterki, które wyszły z tej obróbki, wyglądały jak namalowane przez holenderskich malarzy. Jeszcze herbata, równie starannie parzona, serwetka na kolana, spojrzenie na stół, chrząknięcie będące wyrazem pierwszej tego dnia aprobaty dla samego siebie. Ruszyło śniadanie.

Kuchnia była wyposażona po wiejsku. Trochę prostych sprzętów, pośród nich kredens z karbowanymi szybkami, kuchenny stół, krzesła, wodniarka, wiadro z wodą, emaliowany garnuszek w kwiatki, łyżka wazowa, miednica wciśnięta w marmurowy blat. Nic szczególnego. Ale już główna izba wyglądała inaczej. Tu wszystko oddane było na służbę pianina. Orzechowy bechstein stał sobie pod oknem, w połowie opisany przez światło, w połowie zgaszony cieniem. Otaczały go meble skromne, ale użyteczne; serwantka z afrykańskimi drobiazgami (dwa rzeźbione kły słoniowe, oprawiona w srebro busola, nóż myśliwski ojca, porcelanowy komplet do herbaty), etażerka, szafa z owalnym lustrem, skórzany fotel, ciemny dębowy stół, kilka krzeseł ze skórzanymi siedziskami, stojaki na kwiaty. Na ścianach, na wyblakłych tkaninach wisiało kilka obrazów przywiezionych ze świata: jakiś pejzaż afrykański, sawanna, samotna akacja, kula słońca wielka jak plażowa piłka, przy tym portret kobiety, parę zdjęć (ojciec, matka, chłopiec w marynarskim ubranku). Nic ważnego.

Po śniadaniu starannie wymył dłonie i twarz, potem przebrał się w czarny, niemodny garnitur z szarą koszulą bez krawata. Usiadł w fotelu. Był gotów do pierwszej lekcji.

Zmarła nie wyglądała na więcej niż trzydzieści pięć, czterdzieści lat. Twarz jasna, szczupła, włosy ciemne, przetkane srebrem, dłonie delikatne, z mapą bladoniebieskich żyłek. Jak ujścia rzek. Nie chorowała długo (udar mózgu, apoplexia cerebri, uprzedzony migotaniem przedsionków), więc szpital nie wyciągał z niej życia po trochu. Na szczęście zdążyła porozmawiać. Miała o czym. Wzywała siostrę Mariannę wiele razy, szeptała coś do ucha, wręczała karteczki zapisane drobnym pismem. Domagała się przysiąg, więc Marianna nieraz kładła dłoń na sercu lub na książeczce do nabożeństwa. Rozumiały się jak siostry, chociaż pochodziły z innych światów; jedna z ukraińskiej wsi, oddana do klasztoru z biedy, druga z miasta, z kawiarni, z rozkrzyczanej ulicy. Marianna i Agnieszka. Życie i śmierć.

Długo siedziała przy jej łóżku. Dłużej niż u czarnego Jezusa na jutrzni. Ale tak chciała. Była wdzięczna za ten tydzień bliskości. I za tajemnice powierzone przez zmarłą. Kiedy nasyciła się smutkiem, zaciągnęła prześcieradło na twarz przyjaciółki. Rozejrzała się po sali jak ktoś, kto bada nowe miejsce, próbując ustalić, ile w nim jego własnej obecności; okna zamalowane na olejno, wysokie, półkoliste, puste łóżka, między nimi staroświeckie przegrody z płótna rozpiętego na ramach. Chłód.

Z korytarza wszedł lekarz. Westchnął tak, jak się wzdycha wobec śmierci.

– Biedactwo... – odezwał się w powietrze.

Głos odbił się od sklepień i wrócił powtórzony.

– Czy miała jakąś rodzinę? – zapytał po chwili.

– Nie, nie miała nikogo – skłamała Marianna.

Obiad zjadła w refektarzu razem z resztą sióstr (chichotały poruszone jakąś wiadomością z gazet), potem poszła do celi. Chciała przejrzeć dokumenty zmarłej, żeby jeszcze raz upewnić się w podobieństwie. Kilka fotografii, dowód osobisty ze zdjęciem, książeczka ubezpieczeniowa, legitymacja z czasów studiów: Agnieszka Pilawska, Wydział Konserwacji Malarstwa, Akademia Sztuk Pięknych. Ta na zdjęciu była do niej podobna. Bardziej czarnowłosa, bardziej niebieskooka, bardziej uśmiechnięta – ale podobna. Marianna sięgnęła po lusterko, zdjęła kornet, ściągnęła gumkę, rozsypała włosy. Nie przyglądała się sobie długo.

Przez kilka następnych minut pakowała walizkę. Najpierw ułożyła dobytek na pryczy, równiutko, w rządkach. Nie było tego wiele jak na całe życie: niemodne ubrania, bielizna, przybory toaletowe, kilka książek obłożonych szarym papierem, notatnik opasany gumką, chustki, chusteczki, małe płócienne zawiniątka niewiadomego przeznaczenia, dwie srebrne łyżki, dwie łyżeczki i nóż, książeczka do nabożeństwa, a także inne dewocjonalia – pośród nich mosiężny krucyfiks, cztery różańce różnej wielkości, zestaw obrazków świętej rodziny, no i oczywiście – On, zawinięty w płótno ukochany Jezus z kaplicy. Potem wytarła metalowe rzeczy do połysku i starannie, bez pośpiechu ułożyła je w walizce między ubraniami.

Nie pożegnała się z nikim. Wróciła do szpitala, pokręciła się trochę po korytarzu, weszła do łazienki, rozebrała się. Długo stała nago, przyglądając się własnemu ciału. W łazience nie brakowało światła, więc zobaczyła siebie jak na dłoni; białe piersi ze sterczącymi sutkami, wokół nich duże, ciemne obwódki, brzuch płaski, wyrobiony od ciągłego podnoszenia chorych, uda różowe, mocne, skóra napięta, chociaż zbyt jasna i nadmiernie nakropiona piegami. Dużo brązowych, zawstydzających kropek. Marianna poczerwieniała, ale nie odwróciła wzroku od lustra. Patrzyła dalej, wmawiając sobie, że teraz patrzy na Agnieszkę, że to jej odkryte łono wystawione jest na widok.

Przebrała się w rzeczy zmarłej: garsonkę z satynowym kołnierzem, pończochy (zrezygnowała z koronkowego pasa z zapinkami, wstydziła się), jasny płaszcz. Błyszcząca torebka i szpilki onieśmieliły ją. Przez chwilę mocowała się z myślą, żeby to wszystko nowe porzucić, ubrać się w bury komplet z walizki i tak uciekać. Ale została przy ubraniu Agnieszki. Z torebki wyjęła karminową pomadkę. Pomalowała usta.

Kiedy wychodziła ze szpitala, nikt na nią nie zwrócił uwagi. Padał deszcz, ulicą przejechał tramwaj, jakiś mężczyzna spojrzał zza szyby, coś pomyślał, uśmiechnął się, ale ona nie odwzajemniła się podobnie serdeczną myślą. Na przystanku wsiadła do autobusu. Jeszcze raz sprawdziła na karteczce adres: Maria Greszel-Kochanowska, ulica Jana Ewangelisty Purkyniego, brama 27 mieszkania 3.

Na miejsce dotarła koło drugiej po południu. Ulica, brama i klatka schodowa nie przestraszyły jej. Znała takie miejsca z wizyt pielęgniarskich, przywykła do kamienic z dziurami po kulach, wrośniętymi w tynk niemieckimi napisami i wonią uryny zawieszoną w powietrzu. Z podwórka wybiegły dzieci, ktoś rzucił za nimi przekleństwo. Roześmiały się w głos.

Starsza pani mieszkała na parterze; podwójne drzwi z szybkami, spłowiałe zasłonki, oprawiona mosiądzem szczelina na listy, bakelitowy dzwonek. Czarny z białym guzikiem. Marianna postawiła walizkę, poprawiła płaszcz i beret. Nacisnęła guzik. Nie czekała długo. Zamek szczęknął po kilkunastu sekundach. W szczelinie rozwartej na długość łańcuszka pojawiła się twarz – jasna jak papier, pocięta siecią cienkich zmarszczek. Odległa. Oczy w kartce papieru nie świeciły żadnym blaskiem, nawet echem blasków najdalszych. Były zgaszone.

– Tak? – odezwała się. – Czym mogę służyć?

Marianna wyjęła z torebki kopertę. Podała. Starsza pani spojrzała na miękkie, wywinięte litery.

– Znam to pismo – uśmiechnęła się krzywo. – Proszę, niech pani wejdzie.

Usiadły przy herbacie – jedna naprzeciw drugiej. Staruszka założyła okulary. Przez następne dziesięć minut nie padło żadne słowo. Kiedy przeczytała, złożyła kartkę i na powrót wsunęła do koperty.

– Zmarła kochanka mojego brata prosi w tym liście, żeby przyjąć panią do pracy. Ale ja nie mam pracy dla służącej. Poza tym... nic o pani nie wiem. Nic a nic. Rekomendacja tej... kobiety nie jest dla mnie szczególnie wartościowa. Nie szanuję... nie szanowałam jej.

Sięgnęła po papierosa, zaczęła go obracać w palcach. Jej nienagannie wykrojone dłonie nie mogły znaleźć sobie miejsca. Wsunęła papierosa do szklanej cygarniczki, zapaliła.

– Przecież to była dziwka! – wybuchnęła nagle, wyrzucając z ust obłok śliny. – Dziwka! – powtórzyła. – Kurwa z zatęchłej kawiarni! Zabrała Fryderykowi całe światło. Jak pani może pojawiać się tu z listem od niej i oczekiwać?...

Marianna zesztywniała ze zdumienia. Na jej twarz wypłynęła czerwień tak intensywna, że zatarł się przy niej rysunek ust. Poderwała się z krzesła.

– Niczego od pani nie oczekuję! Przyszłam tu, bo... Agnieszka wskazała mi to miejsce. Powiedziała o pani tyle dobrych rzeczy... Niczego, niczego nie chcę! A w ogóle... jak pani śmie tak mówić o zmarłej?! Czy to się godzi? A o mnie, co pani może wiedzieć o mnie?

Opadła na krzesło. Przez chwilę kręciła głową na znak protestu przeciwko tak jawnej niesprawiedliwości, potem znieruchomiała. Rozpłakała się. Dopiero to przywróciło staruszce rozum.

– Przyjmę panią na trzy miesiące. Sprzątanie, pranie, gotowanie. Osiemset złotych, nie mogę zapłacić więcej.

Nadchodzili od lasu: kobieta i chłopiec. Wyłonili się z prześwitu między drzewami, z prawie czarnej zieleni. Ich ruchliwość drażniła, bo wszystko wokół tkwiło w bezruchu. Niebo było ciężkie i powolne. Chmury wprawdzie rozsnuły się na chwilę, słońce doczepiło do ludzkich figurek cień, ale przepadł zaraz. Kobieta śpieszyła się. Była ubrana nieodpowiednio, w buty na słupkach i wąską spódnicę, więc szła dość komicznie. Podobnie nieodpowiednio ubrany był jej dziesięcioletni syn. Miał na sobie czarny garniturek, białą koszulę i lakierki. Nie pasowali do niczego – ani do lasu, ani do wolnej przestrzeni między nim a domem nauczyciela. Akurat patrzył na nich zza firanek. Miał ich na linii łączącej fotel, okno i drogę wpadającą między świerki. Nie musiał wstawać. Zresztą nie chciało mu się. Postanowił siedzieć tak długo, jak się da, potem wstać, otworzyć drzwi i bez politowania w oczach spojrzeć na ucznia. Nim skończył o tym myśleć, już wiedział, że to niemożliwe.

Chrząszcz Anobium odezwał się na chwilę przed lekcją. Fryderyk od razu rzucił się na podłogę. Nie mógł uwierzyć w tę obecność. Przyłożył ucho do nogi pianina, zszedł w dół, oparł policzek o podłogę, ale dźwięk się nie powtórzył.

– Wariuję – odezwał się po cichu.

Spojrzał w kąt pokoju. Zobaczył nogi siedzącej w fotelu Ireny Rudzińskiej, matki Andrzejka, żony Stanisława, powiatowego sekretarza partii. Andrzejek zajęty był akurat wciskaniem świec do lichtarzy przymocowanych do pianina. Lubił to bardziej niż granie. Lekcje muzyki doprowadzały go do rozpaczy. Nienawidził tych wszystkich gam i pasaży, drażniło go czytanie nut. Nie rozumiał, w jaki sposób powtarzanie piskliwych, szklanych dźwięków miało wzbogacić jego życie.

Kobieta poruszyła stopą. Była pewna, że Fryderyk ogląda jej buty, potem łydki i uda opięte pończochami. Nie myliła się. Rozchyliła nogi. W przesmyku pokazały się cieliste majtki, nakryte pasem z różowymi zapinkami; kompozycja perwersyjna, okraszona odrobiną bieli świecącej u spojenia ud. Skóra odkleiła się od skóry, na drobnych włoskach zalśniły kropelki potu. Fryderyk przyjął wydarzenie ze spokojem. Znał kobiety, więc niewiele mogło go już zaskoczyć. Wstał, usiadł przy pianinie, dał uczniowi znak do zapalenia świec. Malec ucieszył się, że nie będzie musiał grać jako pierwszy. Że może w ogóle nie będzie musiał grać. Sięgnął po zapalniczkę, przyciągnął lichtarz, posadził płomień na knocie. Nagły przypływ radości odebrał mu rozum i staranność. Cofając dłoń, zaczepił zapalniczką o ramię lichtarza, zapalona świeca przechyliła się, kropla stearyny popłynęła po mosiądzu i nim zdążyła zastygnąć – spadła na klawiaturę. Fryderyk zareagował gwałtownie. Podniósł rękę tak szybko, że w powietrzu rozległ się świst rozgarnianego powietrza. Wyhamował tuż przed policzkiem zbrodniarza, zatrzymał się centymetry przed nim. Nie wiedząc, co zrobić, wydął usta, chrząknął, potem wstał, chwycił malca za kołnierz i posadził przy pianinie.

– Nie uderzyłbym cię – odezwał się. – Nie uderzyłbym dziecka – powtórzył.

Nie zbliżyły się do siebie – Maria i Marianna. Przez trzy miesiące żyły obok, wymieniając po kilka zdań dziennie. Starsza pani nie miała potrzeby opowiadania o sobie. Nie komentowała też życia swojego kraju, miasta, ulicy i nie udzielała się w rozpowszechnianiu plotek. Spotykały się rano, ustalały przebieg dnia, potem Maria udawała się do pokoju i oddawała lekturze tygodników oraz książek. Taki stan trwał do obiadu, przy którym znów nie padało wiele zdań. Jeżeli już, to składały się na nie te same słowa: słone, kwaśne, słodkie, ciepłe, chłodne, zimne, świeże, nieświeże. Po południu staruszka udawała się na spacer do parku. To była godzina wolności, którą Marianna przeznaczała na leżenie w wannie pełnej wody. Nie miała takiej możliwości w klasztorze, tam musiał wystarczać prysznic we wspólnej łazience lub miednica w celi. Przez tę godzinę sprawdzała też stan powziętych postanowień. Ciągle żyły w jej głowie, niczego nie ubywało. Szykowała się do podróży bardzo dyskretnie, by nie wzbudzić podejrzeń. Chodziło o to, by starsza pani sama wpadła któregoś dnia na pomysł odesłania jej do Fryderyka. „Będziesz służącą u mojego brata. Potrzebny mu taki ktoś jak ty” – tak mogłoby brzmieć to zdanie otwierające drogę. Marianna była pewna, że w końcu je usłyszy. Na razie prała, gotowała, odkurzała, zmywała podłogi, podawała kawę, herbatę, wynosiła śmieci. Czekała, od czasu do czasu naprowadzając starszą panią na temat.

– Przepraszam, że pytam – odzywała się z trwogą – czy pan Fryderyk nie powinien dowiedzieć się o śmierci swojej żony?

– Żony? Nie mieli ślubu, żyli na kocią łapę. Nie, nie powinien się teraz dowiedzieć. Przyjdzie czas, to mu napiszę. Piszę do niego długie listy.

Któregoś popołudnia zamiast do wanny poszła do pokoju Marii. Klucz leżał na komodzie pod serwetką – starsza pani nie była dobrą konspiratorką. Marianna znała już ten pokój, przychodziła tu po nocnik, przynosiła herbatę, zabierała naczynia – wszystko pod czujnym baczeniem gospodyni. Była ciekawa zawartości szafki stojącej przy łóżku. Nieraz zdarzyło się, że staruszka zasuwała szufladę w ostatniej chwili, chowała tajemnicę, ale ta świeciła jeszcze przez sekundę w jej źrenicach. To były nieliczne chwile, w których oczy Marii nieco ożywały.

Ciąg dalszy w wersji pełnej