Drużyna. Tom 1: Wyrzutki - John Flanagan

Drużyna. Tom 1: Wyrzutki

0,0

W Skandii ludzie znają tylko jeden sposób na to, by młody mężczyzna stał się wojownikiem. Nastoletni chłopcy są dzieleni na grupy i wysyłani na trzymiesięczną wyprawę. Uczą się żeglarstwa, walki, taktyki, sztuki przetrwania... Drużyna przeciwko drużynie, wyzwanie za wyzwaniem. Tylko jedna grupa odniesie zwycięstwo.

Hal Mikkelson, syn uznanego skandyjskiego wojownika i aralueńskiej matki, musi bardzo się postarać, by udowodnić swą wartość. Nie odziedziczył po ojcu potężnej postury i imponującej siły mięśni. Na tle współziomków wydaje się słaby, mały, niewart złamanego miedziaka... Kiedy Hal staje na czele jednej z drużyn złożonych z jemu podobnych, wyrzutków i odszczepieńców, wie, że walka o zwycięstwo będzie trudna. Zmierzy się z kwiatem skandyjskiej młodzieży, mając po swojej stronie tylko spryt, inteligencję, hart ducha oraz przyjaciół.

Dodaj komentarz


Flanagan jest głównie znany z cyklu „Zwiadowcy”. Napisał też cykl „Drużyna”, którego pierwszą częścią jest ta książka. Niestety jest to wyraźna kalka poprzedniego dzieła. Zbliżony świat. Podobni bohaterowie i niemal takie same problemy z jakimi się borykają. Obecność pewnej dozy humoru niewiele zmienia. Pozycja jest przeznaczona dla młodego czytelnika, ale jeśli ktoś czytał „Zwiadowców” będzie raczej rozczarowany, bo nie odnajdzie w tej powieści nic nowego.


Kolejna seria John'a Flanagan'a autora cyklu "Zwiadowcy". Zwiadowców czytało się bardzo szybko i lekko i tak też jest tym razem. Literatura tego typu nie jest wymagająca, ale z pewnością dostarcza wiele rozrywki. Książka jest wciągająca, czyta się ją szybko i przyjemnie. Książka opowiada o przygodach ośmioosobowej grupy chłopców, których autor bardzo dobrze kreuje, mimo tego, ze są dość podobni do bohaterów wcześniejszej serii. Polecam książkę, bo jest na prawdę dobrym czytadłęm


Nowa seria autorstwa cyklu „Zwiadowcy”. Z obawą sięgałam po tę książkę, mając w pamięci poziom ostatnich tomów Zwiadowców. No i niestety, albo ja już jestem za dojrzała na tego typy lektury, albo autor już całkiem popadł w schematy. Akcja powieści dzieje się w Skandii, gdzie spotykamy bohatera niemalże identycznego i z takimi samymi problemami, jak protagonista poprzedniej serii. Mało to niestety odkrywcze. Szkoda, liczyłam na coś świeżego.


Ciekawa propozycja dla młodego czytelnika. Świat zbliżony do świata Wikingów. Prosty język powieści zrozumiały niemal dla każdego odbiorcy. Pewno powtarzalność (biorąc pod uwagę choćby wcześniejszy cykl autora pt. "Zwiadowcy") specjalnie nie powinna przeszkadzać. Młodzi bohaterowie, z którymi łatwo można się utożsamić i mnóstwo przygód, choć akcja nie pędzi "na łeb, na szyję" (i bardzo dobrze). Do tego odrobina humoru. Książka jest dobrą rozrywką na kilka godzin. Dorosły czytelnik może być jednak rozczarowany.


Czyta się szybko. Niewymagająca myślenia lektura raczej tylko dla młodzieży. Nieskomplikowany język powieści. W stosunku do wcześniejszych dokonań pisarza jest nawet nieco lepiej, choć powtarzalność może irytować. Na plus wyważone postacie.


Pierwszy tom "Drużyny" jeszcze zapowiadał dobrą serię. Szkoda, że nie trzyma ona poziomu "Zwiadowców".


Kolejna po Zwiadowcach seria autora. Niestety trochę obniżone loty po (nie ukrywajmy dość długim cyklu, który mógł pochłonąć większość pomysłów). Jak na mój gust po prostu trzeba wybrać - albo Zwiadowców albo Drużynę. Jedno i drugie to stanowczo za wiele, jakby nie patrzeć, tego samego dania.


Według mnie jest to jedynie odcięcie kolejnego kuponu od sukcesu "Zwiadowców". Do tej pory ceniłam tego autora, jednak ta książka jest okropnie nudna.


Ta trzytomowa powieść osadzona jest w świecie zbliżonym do świata wikingów, dlatego postanowiłam ją przeczytać. Nie rozczarowałam się, choc książka nie jest pozycją zbyt ambitną. Wierzenie, zwyczaje i zachowania ludzi są dobrze wykreowane, stąd poczucie, że taka historia naprawdę mogła sie kiedyś wydarzyć.


Fabuła może i nie jest skomplikowana, a akcja nie gna do przodu na złamanie karku, ale czytanie „Wyrzutków” jest naprawdę świetną zabawą. Flanagan stworzył kolejną dobrą powieść młodzieżową, opowiadającą o przyjaźni i radzeniu sobie z przeciwnościami losu, a wplatając w to swoje niezawodne poczucie humoru, zapewnia czytelnikowi dosłownie kilka godzin dobrej zabawy we wspaniałym gronie, prowadząc go przez kolejne strony historii z uśmiechem na twarzy. Jeśli ktoś zna "Zwiadowców", "Wyrzutki" są dla niego właściwie pozycją obowiązkową.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Tytuł oryginału: Brotherband. The Outcasts

First published by Random House Australia in 2011

This edition published by arrangement with Random House Australia Pty Ltd

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2012

Copyright © John Flanagan 2011

All rights reserved.

Redakcja: Ewa Holewińska

Korekta: Katarzyna Czarnecka

Skład i łamanie: EKART

Typografia na okładce: Rafał Sadowski

Cover illustration © by Jeremy Reston

Cover design © by www.blacksheep-uk.com

Heron illustration © 2011 by Dawid Elliot

Copyright for the Polish edition © 2012 by Wydawnictwo Jaguar

ISBN 978-83-7686-147-0

Książka dla czytelników w wieku 11 +

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2012

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Mojej drużynie: Maxowi, Konanowi, Alexowi i Henry'emu

CZĘŚĆ 1

OBIETNICA

Rozdział 1

Dwanaście lat wcześniej

Wilczy Wicher” wychynął z porannej mgły niczym widmo, powoli przybierając coraz wyraźniejszy kształt.

Ze zwiniętym żaglem, napędzany siłą zaledwie czterech wioseł, sunął powoli w kierunku lądu. Wioślarze ostrożnie dzierżyli wiosła, za każdym pociągnięciem unosząc je zaledwie kilka centymetrów nad powierzchnię wody, by zminimalizować odgłos spadających kropel. Należeli do najbardziej doświadczonych z ludzi Eraka, doskonale wiedzieli, jak podpłynąć niepostrzeżenie do wrogich brzegów.

A w sezonie najazdów każdy brzeg był wrogi.

Dzięki ich umiejętnościom słychać było jedynie ciche „plusk, plusk” drobnych fal rozbijających się o drewnia ny kadłub. Na dziobie siedzieli w kucki Svengal i dwaj inni członkowie załogi w pełnym rynsztunku, czujnie wpatrzeni w zatartą linię, tam gdzie woda spotykała się z ziemią.

Svengal pomyślał, że brak wysokich fal z jednej strony ułatwia im sprawę, ale z drugiej – trochę hałasu by nie zaszkodziło. Poza tym było ciemno, a biała linia, tworzona przez wodę rozbijającą się o brzeg, wskazałaby im drogę. W tym momencie dojrzał linię lądu i uniósł zaciśniętą pięść.

Erak, stojący na rufie przy wiośle sterowym, patrzył, jak jego zastępca pokazuje pięć palców, potem cztery, trzy – mierząc odległość dzielącą ich od lądu.

– Do wioseł!

Erak wypowiedział te słowa zwyczajnym tonem, który w niczym nie przypominał ryku, jakim zwykle posługiwał się, wydając polecenia. Mikkel, bosman, który stał na śródpokładziu, przekazał rozkaz wioślarzom. Cztery wiosła uniosły się jednocześnie prędkim ruchem i obróciły piórami do pionu, tak by ściekająca z nich woda spłynęła na pokład, a nie do morza – znów po to, by nie robić niepotrzebnie hałasu. Kilka sekund później okręt miękko zarył dziobem w piach. Erak poczuł lekkie drżenie pod stopami.

Svengal i jego dwaj towarzysze zeskoczyli z dziobu i wylądowali na mokrym piasku miękko niczym koty. Svengal chwycił niewielką kotwicę w kształcie łopatki, przeszedł kilka kroków, naciągnął cumę i wetknął kotwicę w piasek.

„Wilczy Wicher” obrócił się lekko pod muśnięciem łagodnej bryzy.

Tymczasem dwaj pozostali mężczyźni ruszyli w głąb plaży i rozeszli się w przeciwnych kierunkach, wypatrując oznak ewentualnego zagrożenia.

– Lewa czysta!

– Prawa czysta! – krzyknęli.

Nie musieli już zachowywać ostrożności. Svengal sprawdził przypisany sobie obszar i dodał:

– Z przodu czysto!

Erak skinął głową z zadowoleniem. Nie spodziewał się wprawdzie komitetu powitalnego w formie uzbrojonych wojów, ale ostrożności nigdy za wiele. Właśnie dzięki takim działaniom jego wyprawy niemal zawsze kończyły się sukcesem, a straty w ludziach okazywały się niewielkie.

– W porządku – powiedział, zdejmując tarczę z nadburcia. – Ruszamy.

Prędkim krokiem przeszedł na dziób, gdzie już umieszczono drabinkę. Zawiesił topór bojowy na rzemieniu przy pasie i zszedł na plażę. Reszta załogi uformowała szereg i poszła w jego ślady. Nie potrzebowali rozkazów, robili to nie pierwszy raz.

Svengal dołączył do nich i oznajmił:

– Żywej duszy, kapitanie.

– Zgodnie z oczekiwaniami – burknął Erak. – Wszyscy powinni znajdować się w Alty Bosky.

Wypowiedział nazwę we właściwy sobie sposób, nie dbając o subtelności iberyjskiej wymowy. Miasto nazywało się tak naprawdę Alto Bosque, był to niewielki ośrodek handlowy, leżący dziesięć kilometrów na południe od miejsca, w którym się znajdowali, na wysokim zalesionym wzgórzu, od którego wziął nazwę.

Poprzedniego dnia siedmiu ludzi skirla popłynęło tam skifem i dokonało błyskawicznego najazdu, by zaraz wycofać się na nabrzeże. W Alto Bosque brakowało garnizonu, z miasta wysłano jeźdźca do Santa Sebilla, gdzie trzymano niewielki oddział żołnierzy. Erak liczył właśnie na to, że żołnierze zostaną wysłani do Alto Bosque, dzięki czemu oni bez przeszkód splądrują Santa Sebilla.

To również było niewielkie miasto, chyba nawet mniejsze od Alto Bosque, słynęło jednak z wysokiej jakości biżuterii. Przyciągało artystów i rzemieślników i szybko stało się centrum wyrobów artystycznych ze złota i drogich kamieni.

Erak, jak większość Skandian, nie dbał szczególnie o sztukę i rzemiosło, bardzo za to lubił złoto i wiedział, że w Santa Sebilla znajduje się go pod dostatkiem – znacznie więcej, niż można by się spodziewać po tak niewielkiej miejscowości. Artyści i rzemieślnicy stale potrzebowali nowych dostaw materiału do pracy – srebra, złota i szlachetnych kamieni. Erak był gorącym zwolennikiem redystrybucji dóbr – o ile redystrybucja odbywała się w jego kierunku – i planował tę wyprawę w szczegółach od kilku tygodni.

Obejrzał się. Czterech członków załogi zostało pilnować okrętu, reszta szła za nim w głąb lądu. Skinął głową, zadowolony, że wszystko przebiega jak należy.

– Poślij zwiadowców przodem – polecił Svengalowi, który ruchem dłoni nakazał dwóm mężczyznom wysunąć się przed resztę.

Pas plaży przeszedł w linię niskich krzewów i drzew. Zwiadowcy wbiegli między zarośla, zlustrowali wzrokiem okolicę, po czym skinieniem przywołali resztę załogi. Teren był płaski, ale jakieś dziesięć kilometrów dalej wyrastały niewysokie wzgórza. Pierwszy różany blask pojawił się nad szczytami. Erak stwierdził, że są nieco spóźnieni w stosunku do planu. Chciał dotrzeć do miasta przed wschodem słońca, by zaskoczyć mieszkańców jeszcze zaspanych, otulonych ciepłą pościelą i nieprzygotowanych na wyzwania nowego dnia.

– Pospieszmy się – rzucił i drużyna ruszyła truchtem, w dwóch kolumnach. Zwiadowcy zostali z przodu, jakieś pięćdziesiąt metrów przed nią. Wprawdzie przy takim ukształtowaniu terenu nie mógłby zaskoczyć ich oddział uzbrojonych ludzi, Erak wolał jednak zachować wszelkie środki ostrożności.

Na znak zwiadowców wspięli się na niewielkie wzniesienie. Miasto rozciągało się u ich stóp.

Budynki z glinianej cegły, bielone wapnem, później, w promieniach gorącego iberyjskiego słońca, miały zalśnić niemal oślepiającą bielą, lecz teraz, w łagodnym blasku świtu wyglądały na bezbarwne, szare i całkiem zwyczajne. Miasto zbudowano bez planu, domy po prostu wyrastały latami tam, gdzie ich właścicielom to odpowiadało. W rezultacie powstała chaotyczna mieszanina krętych alejek, porozrzucanych tu i ówdzie budowli i przedziwnie poprowadzonych ulic. Erak nie dbał jednak o to. Interesowała go wyłącznie składnica – duży budynek na skraju miasta, w którym trzymano klejnoty i złoto.

Odnalazł ją wzrokiem. Wyższa od reszty budynków, z solidnymi drzwiami o mosiężnych okuciach. Normalnie, jak Erak wiedział, powinny stać przy niej straże, lecz najwidoczniej jego plan się powiódł i w mieście nie było wojska. Jedyne zagrożenie mógł stanowić niewielki zamek, leżący na skale może kilometr od miasta. Zapewne znajdowali się tam uzbrojeni woje. Zamek należał jednak do jakiegoś iberyjskiego bogacza. Erak, na podstawie znajomości natury tutejszych możnych, wyniosłych snobów, miał prawo sądzić, że władca zamku i jego ludzie starają się mieć jak najmniej do czynienia z mieszkańcami Santa Sebilla. Zapewne handlowali z nimi, lecz z pewnością nie zamierzali mieszać się w ich sprawy ani narażać w ich obronie.

Skandianie przemierzali miasto, kierując się w stronę składnicy. Z jakiejś bocznej uliczki wychynął zaspany mieszkaniec, prowadząc osła, obładowanego do niemożliwości ciężkim drewnem na opał. Mężczyzna w pierwszej chwili nie zauważył grupy uzbrojonych wilków morskich o groźnych obliczach. Nagle jednak jego oczy rozwarły się szeroko, a szczęka opadła. Zamarł w miejscu, wpatrzony w oddział obcych. Erak dostrzegł kątem oka, że dwóch jego ludzi odłączyło od reszty. Ale sprzedawcy drewna na opał nie musieli się raczej obawiać.

– Zostawcie go – rozkazał i mężczyźni dołączyli do pozostałych.

Na dźwięk głosu Eraka mieszkaniec miasta puścił postronek i cofnął się w głąb uliczki. Słyszeli odgłos jego nagich stóp na ubitej ziemi, kiedy oddalał się pospiesznie.

– Otwórzcie drzwi – polecił Erak.

Mikkel i Thorn wystąpili przed resztę. Mikkel, którego ulubionym orężem był miecz, pożyczył topór od jednego z towarzyszy, i razem z Thornem zaatakowali ciężkie wrota. Ci dwaj byli najlepszymi z wojowników w drużynie Eraka. Jarl skinął głową z uznaniem, patrząc na ich wysiłki. Celnie wymierzali ciosy, każdy kolejny skutecznie powiększał szkody, spowodowane przez poprzednie, i już po chwili drzwi zamieniły się w stertę drzazg.

Mikkela i Thorna łączyła bliska przyjaźń. Zawsze walczyli ramię w ramię, wzajemnie osłaniali się z tyłu i z boków. Fizycznie bardzo się od siebie różnili, Mikkel był wyższy i smuklejszy od przeciętnego Skandianina, lecz silny i umięśniony. Poza tym zwinny jak kot. Thorn zaś, nieco niższy od przyjaciela, za to szerszy w piersi i barach, należał do najlepszych i najniebezpieczniejszych wojowników, jakich Erak kiedykolwiek spotkał. Często myślał sobie, że nie chciałby stanąć do walki z kimś takim. Nigdy nie widział, by przeciwnik Thorna uszedł z życiem. Mimo masywnej budowy ciała Thorn również potrafił poruszać się zaskakująco zwinnie i szybko.

Drzwi rozpadły się na dwie części. Erak otrząsnął się z zamyślenia.

– Bierzcie złoto – rozkazał i jego ludzie ruszyli do środka.

Aż pół godziny trwało pakowanie złota i srebra do worków. Wzięli, ile tylko mogli unieść, w składnicy pozostało pewnie drugie tyle.

„Może innym razem”, pomyślał Erak, choć wiedział, że kolejny najazd nie byłby tak prosty i bezkrwawy jak ten. Teraz żałował, że nie zabrali osła napotkanego sprzedawcy drzewa, na grzbiecie zwierzęcia mogliby przewieźć na okręt znacznie większe łupy.

Miasto już się zbudziło, z okien i zza rogów ulic spoglądały na nich zalęknione twarze. Mieszkańcy nie byli jednak wojownikami i nie zamierzali walczyć z groźnie wyglądającymi przybyszami z Północy. Erak skinął głową z zadowoleniem, kiedy ostatni z jego towarzyszy wynurzyli się z wnętrza składnicy, każdy obładowany dwoma workami, niewielkimi, lecz pełnymi kosztowności. Odetchnął, usatysfakcjonowany. To było łatwe. Łatwiejsze, niż przypuszczał.

Obciążeni łupem, nie mogli biec teraz tak szybko jak wcześniej. Co najmniej tuzin mieszkańców ruszył za nimi, jakby ludzie nie mogli tak po prostu rozstać się ze złotem i klejnotami, utrzymali jednak bezpieczny dystans od najeźdźców, patrząc w bezsilnej złości, jak wilki morskie znikają na ścieżce prowadzącej nad morze.

– Thorn, Mikkel, na tył. Dajcie znać, gdyby coś się działo – polecił Erak. Nie tracił czujności, nie zamierzał ignorować ewentualnego zagrożenia ze strony podążających ich śladem mieszkańców miasta.

Mężczyźni skinęli głowami i podali swe worki z łupami towarzyszom, po czym przeszli na tył i odczekali, aż odległość miedzy nimi a resztą załogi wyniesie około dwudziestu metrów. Szli, odwracając się co chwila. Raz Thorn udał, że atakuje kilku, którzy jego zdaniem podeszli zbyt blisko. To wystarczyło, by czmychnęli w pośpiechu.

– Biedne króliczki – stwierdził Mikkel wzgardliwie.

Thorn uśmiechnął się krzywo i już miał dodać coś od siebie, gdy nagle zauważył jakiś ruch na tyłach rozproszonej grupki.

– Niektóre króliczki jeżdżą konno – stwierdził. Zatrzymali się.

Ścieżką między zaroślami zbliżało się ku nim pięciu jeźdźców. Poranne słońce lśniło w ich zbrojach i grotach oszczepów. Nadal znajdowali się w pewnej odległości od grupy mieszkańców miasta, lecz prędko pokonywali dystans. Słychać już było słabe podzwanianie uprzęży i oręża.

Thorn skierował wzrok na towarzyszy. Właśnie wkraczali do wąskiego parowu, za którym rozciągała się plaża. Gwizdnął przeciągle. Erak zatrzymał się i spojrzał w jego stronę, podczas gdy pozostali kontynuowali marsz.

Thorn wskazał jeźdźców. Niepewny, czy Erak dostrzegł ich ze swego miejsca, uniósł prawą dłoń, rozczapierzając palce, po czym opuścił ją, zaciskając pięść, i przytknął do ramienia – co znaczyło „wróg”. Potem znów wskazał zbliżających się jeźdźców.

Erak machnął ręką na znak, że zrozumiał, po czym wskazał na wejście do parowu, w którym właśnie znikał ostatni z jego ludzi. Thorn i Mikkel mruknęli, zadowoleni.

– Dobry pomysł – stwierdził Mikkel. – Zatrzymamy ich przy wejściu do parowu.

Przejście było wąskie, wysokie skalne ściany tworzyły dobrą ochronę. Jeźdźcy nie mogliby ich otoczyć, pozostawał im tylko frontalny atak. Niezbyt zachęcająca perspektywa, lecz Mikkel i Thorn byli doświadczonymi i zaciekłymi wojownikami, pewnymi umiejętności własnych i swych towarzyszy.

Wiedzieli, że Erak nie zostawi ich w niebezpieczeństwie. Kiedy złoto znajdzie się już bezpieczne na okręcie, wyśle pomoc. Oni dwaj mieli tylko powstrzymać napastników, a nie złożyć siebie samych w ofierze. Nie mieli wątpliwości co do tego, że potrafią powstrzymać atak kilku kmiotków na koniach.

Przyspieszyli kroku. Za ich plecami mieszkańcy miasta wznieśli okrzyki radości, widząc, jak barbarzyńcy uciekają przed jeźdźcami, którzy właśnie spięli konie do galopu, zdecydowani dogonić intruzów, nim ci schronią się w wąskim parowie.

Dwaj wojownicy nie zamierzali jednak uciekać. Dotarłszy do parowu, dobyli broni i na próbę zakręcili nią nad głowami.

Jak większość Skandian, Thorn preferował ciężki topór wojenny, Mikkel zaś był uzbrojony w długi miecz. Każdy z nich miał na głowie rogaty hełm, a na lewym ramieniu wielką drewnianą tarczę z metalowym umbo pośrodku, wzdłuż brzegu również wzmocnioną metalem. Zasłonili się tarczami przed napastnikami, tak że było widać tylko ich głowy i nogi – a także miecz i topór, którymi przez cały czas poruszali w ramach przygotowań do starcia, rozgrzewając mięśnie. Ostrza połyskiwały w słońcu.

Jeźdźcy spodziewali się, że Skandianie uciekną w panice, i teraz, widząc tarcze i broń, blokujące wejście do parowu, zdumieli się niezmiernie, szczególnie że dwaj wojownicy sprawiali wrażenie wyjątkowo pewnych siebie. Jeźdźcy wstrzymali konie w odległości jakichś trzydziestu metrów od nich i spoglądali na siebie, czekając, aż któryś podejmie decyzję.

Skandianie wyczuli niezdecydowanie ścigających, zauważyli, jak niezręcznie dzierżą swe włócznie i małe okrągłe tarcze. Brakowało im swobody, cechującej doświadczonych wojowników.

– Ci chłopcy chyba nadal mają mleko pod nosem – powiedział Mikkel z krzywym uśmiechem.

Thorn skinął głową.

– Wątpię, by w ogóle wiedzieli, jak wygląda porządna walka.

Mieli rację. Jeźdźcy, którzy przybyli z zamku na wezwanie posłańca z Santa Sebilla, byli młodzi i niewyćwiczeni w wojennym rzemiośle. Pochodzili z możnych rodzin, a rodzice zawsze spełniali wszelkie ich zachcianki: nowa kolczuga, miecz o rękojeści grawerowanej złotem, nowy rumak bojowy. Traktowali treningi w sztukach walki raczej jako towarzyską rozrywkę niż poważne zajęcie. Nigdy dotąd nie stawali twarzą w twarz z doświadczonymi wojownikami, jak tych dwóch tutaj. Nagle uświadomili sobie, że to, co początkowo wyglądało jak niewinna pogoń za grupką nieokrzesanych barbarzyńców, zwiewających przed nimi w panice, przybrało postać potencjalnie niebezpiecznej konfrontacji. Zdawali sobie sprawę, że może polać się krew. Wahali się więc, niepewni, jak postąpić.

W końcu jeden z nich, albo odważniejszy, albo bardziej lekkomyślny od reszty towarzyszy, wydał bojowy okrzyk, spiął konia i ruszył na Skandian, mierząc w nich ostrzem włóczni.

– Mój – oznajmił Thorn i zrobił kilka kroków do przodu, przyjmując wyzwanie. Mikkel nie protestował, topór Thorna bardziej nadawał się do walki z przeciwnikiem na koniu.

Thorn zmierzył jeźdźca wzrokiem, mrużąc oczy. Młodziak tłukł się w siodle jak worek kartofli, z trudem usiłując utrzymać włócznię nieruchomo pod prawym ramieniem i wymierzyć ją w przeciwnika. Thorn pomyślał, że bez trudu mógłby zabić napastnika, ale to zapewne tylko wznieciłoby gniew jego towarzyszy. Uznał, że lepiej będzie jedynie go upokorzyć.

Zaparł się nogami w ziemię, przyjął uderzenie włóczni na tarczę i odepchnął ją bez wysiłku. Potem rąbnął płazem topora w łopatkę konia, który zachwiał się, tracąc równowagę. Thorn natarł, uderzył zwierzę tarczą, aż zatoczyło się w bok, na twardą skalną ścianę u wejścia do parowu, potknęło się i z panicznym rżeniem runęło na ziemię. Jeździec w ostatniej chwili wyswobodził stopy ze strzemion, unikając zmiażdżenia pod ciałem rumaka. Niezgrabnie upadł na bok, przygniatając tarczę. Desperacko chwycił rękojeść miecza i zaczął wyciągać go z pochwy. Kiedy ostrze ukazało się do połowy, Thorn kopnął młodzieńca w ramię, wytrącając mu oręż i tym samym kończąc całą akcję.

Chłopak utkwił w Thornie przerażone spojrzenie. Wzdrygnął się mimowolnie, widząc ostrze topora nad swoją głową. Zawisło na chwilę, by w kolejnej sekundzie uderzyć w ziemię, kilka cali od jego twarzy. Nie mógł odwrócić wzroku pod spojrzeniem zimnych, bezlitosnych oczu Skandianina. Z ust Thorna padło tylko jedno słowo:

– Zmykaj.

Młody Iber podniósł się niezgrabnie i odwrócił się, gotów do ucieczki. W tym samym momencie poczuł silne uderzenie – Thorn pomógł mu celnym kopniakiem. Potykając się i krzycząc ze strachu, wrócił do towarzyszy, których konie, wyczuwając przerażenie jeźdźców, przebierały niespokojnie nogami.

Chłopak usłyszał jeszcze śmiech Skandian za plecami.

Przewidywania Thorna sprawdziły się. Słusznie postąpił, puszczając młodzieńca żywego, choć z taką łatwością go pokonał. To odniosło znacznie lepszy skutek. W ten sposób pokazał, co on i jego towarzysze sądzą o niedorobionych wojownikach z Santa Sebilla. Taka zniewaga skutecznie osłabiła i tak nikłe morale Iberów.

– Chyba trochę ich zdenerwowałeś – stwierdził Mikkel z szerokim uśmiechem.

Thorn wzruszył ramionami.

– I dobrze. Nie powinni biegać z tymi kijkami, sami dla siebie stanowią zagrożenie.

– Skończmy to. Strasznie mnie wkurzają.

I dwaj Skandianie bez ostrzeżenia ruszyli na jeźdźców, potrząsając bronią i wznosząc okrzyki bojowe.

Okazało się, że to zbyt wiele dla dzielnych obrońców miasta. Każdy z nich, widząc pędzących na nich przerażających wojów, był przekonany, że właśnie on jest celem ataku. Jeden z młodzieńców skręcił gwałtownie koniem i spiął jego boki ostrogami, a kiedy wierzchowiec nagle skoczył przed siebie, niechcący wypuścił włócznię z dłoni. Pozostali szybko poszli za jego przykładem. Po kilku sekundach wszyscy czterej pędzili już przed siebie, koń bez jeźdźca razem z towarzyszami, a nieszczęsny młodzian, wysadzony z siodła, truchtał za nimi niezgrabnie, bo wysokie buty jeździeckie, włócznia i pusta pochwa, majtająca mu się u pasa, bynajmniej nie sprzyjały szybkiemu poruszaniu się.

Na ten widok Mikkel i Thorn przystanęli i wybuchnęli śmiechem, wspierając się na – odpowiednio – mieczu i toporze.

– Mam nadzieję, że bezpiecznie wrócą do domku – powiedział Mikkel, a Thorn zaśmiał się jeszcze głośniej.

– Przyłączycie się do nas, panienki? – zapytał Svengal, który powrócił wraz z czterema wojami, by wesprzeć ariergardę. – Chyba nie potrzebujecie pomocy?

Wciąż skręcając się ze śmiechu, Thorn i Mikkel schowali broń i ruszyli w głąb parowu.

– Szkoda, że tego nie widziałeś – zaczął Mikkel. – Nie musieliśmy nic robić, na widok paskudnej gęby Thorna uciekli, gdzie pieprz rośnie, a jeden koń przewrócił się z wrażenia.

Svengal zaśmiał się krótko. Zdążył obejrzeć sobie potyczkę Thorna z młodziakiem. Był pod wrażeniem. Wiedział, że on sam nie zdołałby odeprzeć konnego natarcia. Tak, nie znał nikogo poza Thornem, kto potrafił dokonać podobnego czynu.

– Nie bądź taki skromny, twoja obecność też się na coś przydała – odparował Thorn. – Chociaż muszę przyznać, że byłem świetny.

– Nie jestem pewien, czy użyłbym… – Mikkel właśnie uniósł rękę, by poklepać przyjaciela po ramieniu, kiedy dosięgła go włócznia.

Pojawiła się dosłownie znikąd. Zastanawiając się później nad przebiegiem wydarzeń, Thorn stwierdził, że musiała to być włócznia, którą zgubił tamten jeździec. Przypuszczał, że jeden z mieszkańców miasta, wiedziony furią i rozpaczą, podniósł ją z ziemi, cisnął w ich stronę, a potem uciekł między krzaki i skały, nie spojrzawszy nawet, jakie były skutki tego czynu.

A nie mogły być bardziej poważne. Żelazo utkwiło głęboko w ciele Mikkela, który wydał stłumiony okrzyk i osunął się na kolana, a potem legł na ziemi. Thorn rzucił się ku niemu, z przerażeniem patrząc, jak twarz przyjaciela pokrywa się bladością, a życie ucieka z jego ciała.

– Miecz… – stęknął Mikkel z wysiłkiem.

Wilk morski musiał umrzeć z mieczem w dłoni, inaczej jego dusza zostałaby skazana na wieczną tułaczkę. Svengal wyszarpnął z pochwy własny miecz i włożył go w wyciągnięte dłonie Mikkela, który spojrzał na niego z wdzięcznością, po czym zwrócił wzrok na przyjaciela.

– Thorn.

Nawet wypowiedzenie tego jednego słowa niemal przekraczało jego siły. Thorn pochylił się ku rannemu.

– Wytrzymaj jeszcze trochę. Zaniesiemy cię na okręt.

Okręt oznaczał ratunek i bezpieczeństwo – tak jakby coś mogło się zmienić, kiedy Mikkel znajdzie się na pokładzie, jakby śmiertelna rana nagle miała zniknąć. Ale Mikkel wiedział, że to nieprawda. Potrząsnął głową.

– Moja żona… i syn… Opiekuj się nimi.

Ze wzrokiem zamglonym łzami Thorn chwycił dłoń przyjaciela, upewniając się, że mocno obejmuje nią rękojeść miecza.

– Zaopiekuję się. Masz moje słowo.

Mikkel skinął głową. Jeszcze raz zebrał siły.

– Nie… będzie… mu łatwo. Będzie potrzebował…

Ból okazał się zbyt wielki. Nie dokończył zdania. Lecz w jego oczach nadal płonęło światło. Thorn mocniej ścisnął rękę przyjaciela. Bardzo chciał usłyszeć jego ostatnie życzenie. Chciał wiedzieć, czego Mikkel od niego oczekuje.

– Czego będzie potrzebował, Mikkelu?

Wargi umierającego poruszyły się bezgłośnie. Z drżeniem zaczerpnął powietrza, wystawiając swe ciało na jeszcze większe cierpienie. Z wysiłkiem wypowiedział ostatnie słowo:

– Ciebie.

A potem umarł.

Rozdział 2

Sześć lat później

Pewnego zimowego poranka Karina, wdowa po Mikkelu, znalazła Thorna leżącego nieprzytomnie na ziemi obok prowadzonej przez nią gospody. Miał na sobie jakieś stare szmaty i zżarte przez mole futro, śnieg, padający przez całą noc przyprószył je bielą, podobnie jak włosy. Twarz za to i ręce były sine z zimna, z nosa mu ciekło.

Thorn tak się spił poprzedniego dnia, że nie trafił do szopy na łodzie, służącej mu za mieszkanie. Schronił się więc przed wiatrem pod ścianą gospody i tam zasnął, zapewne z nadzieją, że więcej się nie obudzi.

Co też niechybnie by nastąpiło, gdyby nie Karina. Próbowała go obudzić, szarpiąc za ramię i wołając po imieniu, lecz on tylko odepchnął jej rękę, zamruczał coś niezrozumiale i odwrócił się plecami, nie otwierając oczu. Jego umysł nadal przebywał gdzieś daleko.

Znów nim potrząsnęła, tym razem mocniej, a on ponownie odepchnął jej rękę i wyzwał ją od najgorszych. Oczy Kariny błysnęły lodowato.

– Hal! – krzyknęła na swego dziesięcioletniego syna, który właśnie zmywał w kuchni naczynia z poprzedniego dnia.

– Tak, mamo?

– Przynieś mi tu wiadro wody! Tylko szybko!

Mały zjawił się kilka minut później. Sztywno wyciągał w bok rękę, w której niósł wiadro, by nie wylała się na niego zimna zawartość. Na widok mężczyzny leżącego pod ścianą otworzył usta ze zdumienia.

– Stary stuknięty Thorn – stwierdził, stawiając wiadro na ziemi. – A co on tu robi?

Oczy Kariny znów zwęziły się niebezpiecznie. Najwidoczniej takim właśnie mianem chłopcy określali byłego wojownika. „Jaka szkoda”, pomyślała na wspomnienie, jakim wspaniałym mężczyzną był Thorn, zanim stracił rękę.

Wyprawa, podczas której zginął mąż Kariny, okazała się jednym wielkim pasmem nieszczęść. W drodze powrotnej „Wilczy Wicher” stracił maszt podczas sztormu. W zamieszaniu, kiedy wszyscy rzucili się usuwać połamany maszt i ratować okręt przed zatonięciem, prawe ramię Thorna zaplątało się w liny i połamane kawałki drewna.

Thorn całkowicie się załamał z powodu utraty ręki. Nie mógł posługiwać się toporem ani mieczem, ani wiosłować. Nie mógł też służyć w drużynie jako nawiga tor, po prostu nie posiadał potrzebnej wiedzy. W swoim czasie był doskonałym sternikiem, lecz przy ostrzejszym wietrze również wiosło sterowe wymagało użycia obu rąk. Nie miał nic do roboty na wilczym okręcie, został skazany na życie na lądzie, bez szans na powrót do dawnego życia, które tak bardzo kochał. Poza tym utracił przecież najlepszego przyjaciela.

Pogrążył się w ciężkiej depresji, pociechy zaś szukał w piwie i brandy. Za wiele jej nie znalazł, ale zapomnienie – owszem. Mocne trunki pomagały zapomnieć o stracie, przynajmniej na chwilę.

A także złagodzić ból, który czasami, zupełnie niespodziewanie, przenikał kikut jego prawej ręki. Wrażenie było takie, jakby bolała ta utracona część. Na szczęście nie zdarzało się to zbyt często, a z czasem coraz rzadziej. Ale służyło Thornowi jako doskonałe usprawiedliwienie dla nałogu.

Jego broda i włosy rosły swobodnie, matowe, nigdy nie czesane. I posiwiałe przedwcześnie. Thorn nie mył się za często i w ogóle nie dbał o wygląd. Zmienił się we wrak człowieka, pogrążonego w żalu z powodu utraty ręki – wraz z którą, jak się zdawało, utracił poczucie własnej wartości. Żaden z przyjaciół czy byłych towarzyszy wypraw nie potrafił wyrwać go z tego wiru samozniszczenia. Nawet Erak, który był jego skirlem – kapitanem statku – nim został oberjarlem Skandii, nie potrafił w żaden sposób do niego dotrzeć.

– Nie jest taki stary – upomniała chłopca Karina.

Hal uniósł brwi i przyjrzał się uważnie wciąż nieprzytomnemu Thornowi.

– Naprawdę? Wygląda na jakieś sto lat.

– Czyżby? – Karina wiedziała, że dla chłopca w tym wieku każdy, kto ukończył dwudziesty piąty rok życia, wydaje się wiekowym starcem. Przekrzywiła głowę na bok i zapytała, choć zdawała sobie sprawę, że w tym wypadku lepiej byłoby zwalczyć ciekawość: – A ja na ile wyglądam?

Hal machnął ręką i uśmiechnął się do matki.

– Oj, mamo, ty nie jesteś aż taka stara – zapewnił. – Na pewno masz nie więcej niż sześćdziesiąt parę.

Cóż, tak naprawdę Karina miała trzydzieści osiem lat. W porównaniu z okazałymi Skandiankami była dość drobna, lecz miała niezwykle piękne rysy. A do tego wewnętrzny spokój i pewność siebie, już wtedy, kiedy przybyła do Hallasholm jako niewolnica, schwytana przez Skandian podczas wyprawy do Araluenu. Od razu wpadła w oko Mikkelowi, jednemu z największych skandyjskich wojowników. Mikkel odkupił Karinę od człowieka, który ją przywiózł, i natychmiast zwrócił jej wolność. Właściciel Kariny szybko zauważył determinację w jego oczach i podwyższył cenę o jedną trzecią. Mikkel zapłacił bez mrugnięcia okiem. Nawet teraz, ponad dziesięć lat później, Karinę wciąż uważano za piękność, tylko w ciągu poprzedniego roku odrzuciła czterech zalotników.

Popatrzyła zimno na syna, on zaś przestąpił niespokojnie z nogi na nogę. Domyślał się, że czymś ją uraził, ale nie miał zielonego pojęcia, co to mogło być.

Prawdopodobnie to właśnie jego brak taktu przypieczętował los Thorna, niszcząc resztki współczucia, jakie być może nadal żywiła dla niego Karina. Pokazała kciukiem wiadro pełne lodowatej wody.

– Polej – poleciła.

Hal zawahał się, powiódł wzrokiem od Kariny do Thorna, a potem zatrzymał go na wiadrze.

– Ale… co? – zapytał dla pewności.

Karina oparła dłonie na biodrach. „Sześćdziesiąt parę, jasne”, pomyślała.

– Wodą. Jego. Chluśnij mu… w twarz.

Pochyliła się i odsunęła połę zniszczonego futra z twarzy Thorna, który znów usiłował ją odepchnąć.

– Mamo… – zaprotestował słabo Hal.

Owszem, Thorn był stary, brudny i zaniedbany, był cieniem człowieka, krążącym po wsi, stracił prawe ramię do łokcia. Jednocześnie był jednak potężnym mężczyzną znanym z krewkiego temperamentu. Może to niezbyt dobry pomysł, żeby drobna sześćdziesięcioletnia kobieta i dziesięcioletni chłopiec oblewali wodą kogoś takiego – a może przynajmniej powinni najpierw ustalić trasę ewentualnej ucieczki.

Karina zaczęła postukiwać stopą o pokrytą śniegiem ziemię. Hal wiedział, że to zły znak. Znów pokazała mu wiadro.

– Lej.

Hal wzruszył ramionami i podniósł wiadro.

– Teraz.

I tak zrobił.

Thorn od razu odzyskał przytomność i wydał z siebie przeraźliwy wrzask, łudząco podobny, zdaniem Hala, do ryku wściekłego morsa, którego słyszał latem – tyle że mors nie mógł dorównać Thornowi pod względem siły dźwięku. Thorn podniósł się z trudem do pozycji siedzącej, machając rękami dla odzyskania równowagi.

Karina spostrzegła, że w wiadrze nadal jest sporo wody.

– Teraz reszta – rozkazała.

Hal posłusznie wylał zawartość wiadra na wrzeszczącego, wymachującego rękami mężczyznę. Kiedy ktoś ryczy jak ranny samiec morsa, to, rzecz jasna, jego usta są przy tym szeroko otwarte. W każdym razie usta Thorna były na pewno, kiedy Hal wylał na niego cztery litry wody.

Kiedy woda dostała się do gardła, ryk przeszedł w odgłosy dławienia i desperackiego chwytania powietrza. Thorn kaszlał i pluł wodą, odsunąwszy się przy tym nieco, zapewne ze strachu przed kolejnym prysznicem. Jednakże wiadro było puste i po chwili Thorn zdał sobie sprawę, że niebezpieczeństwo minęło. Otworzył oczy, mętne i przekrwione, zmrużył je, porażony ostrym porannym światłem odbitym od śniegu. Wreszcie dojrzał stojące obok dwie drobne figurki.

Hal nadal trzymał w ręku puste wiadro. Kiedy padło nań spojrzenie Thorna, usiłował schować je za plecami.

– Oblałeś mnie wodą – powiedział Thorn oskarżycielsko. – Dlaczego?

– Bo ja mu kazałam – odparła Karina. Ton jej głosu nie zachęcał do dalszych dyskusji. Thorn postanowił więc wywołać w niej współczucie i wydał z siebie żałosny jęk, który miał na celu poruszyć jej zimne serce:

– Mogłem się utopić! Jestem przemoczony do suchej nitki. Pewnie przeziębiłem się i teraz umrę. Jak mogłaś być tak… okrutna?

Serce Kariny okazało się jednak nieczułe. Była wściekła – niewypowiedzianie wściekła na Thorna, że doprowadził się do takiego stanu, zmienił się w cień samego siebie.

– Wstawaj, Thorn! – zarządziła energicznie.

Zamachał rękami, próbując znaleźć punkt oparcia w śliskim śniegu.

– Polewać wodą biednego schorowanego człowieka – mruczał. – Jaka kobieta jest zdolna do czegoś takiego? Jak można być tak pozbawionym serca? Jestem chory. Znikąd pomocy. Teraz umrę na zapalenie płuc, przemoczony, na mrozie. Ale czy kogoś to obchodzi? Nie. Na pewno nie tę wiedźmę, przez którą o mało się nie utopiłem…

– Jak na tonącego to strasznie dużo gadasz – wtrąciła Karina, po czym zwróciła się do Hala: – Pomóż mu wstać.

Hal zbliżył się ostrożnie, nadal nie do końca pewien, czy przebywanie w pobliżu Thorna jest bezpieczne. Ale w końcu chwycił mężczyznę za lewą rękę, położył ją sobie na ramionach, ugiął kolana, by nabrać siły, i pomógł mu się podnieść. Gdy poczuł w nozdrzach mocny odór, odwrócił głowę. Próbował oddychać przez usta.

– Łoa! – wykrzyknął, walcząc z mdłościami. – Mamo, on naprawdę cuchnie!

Thorn stanął wreszcie, chwiejąc się niepewnie, i chwycił ramię chłopca, by nie stracić równowagi, przez co Hal znalazł się w samym środku mdlącego oparu, który tworzyło niemyte od ponad pół roku ciało. Odskoczył, lecz Thorn wczepił się w niego desperacko. Stali tak obaj, kołysząc się w przód i w tył i szukając oparcia dla stóp w śliskim śniegu.

– Na nozdrza i pazury Gorloga, mamo! On śmierdzi! Naprawdę śmierdzi! Gorzej niż stary cap Skarlsona! -skarżył się Hal.

Karina, choć wściekła, nie mogła powstrzymać uśmiechu. W konkurencji paskudnych odorów cap Skarlsona wydawał się nie do pobicia. Karina już miała pospieszyć im z pomocą, lecz po namyśle zmieniła zdanie.

– Nie klnij – powiedziała z roztargnieniem. Gorlog był skandyjskim bogiem drugiej kategorii, podobnie jak Ullr Myśliwy i Loki Łgarz, lecz w odróżnieniu od nich nie posiadał żadnych szczególnych zdolności. Karina nie była pewna, czy przywoływanie jego nozdrzy i pazurów można uznać za przekleństwo, lecz wiedziała, że takie wyrażenia stanowczo nie powinny znaleźć się w słowniku dziesięciolatka.

– Zaprowadź go do kuchni.

Hal powoli powiódł mężczyznę krętą ścieżką prowadzącą do tylnych drzwi gospody. Z trudem wspięli się po trzech stopniach i weszli do środka. Znalazłszy się w ciepłym pomieszczeniu, Thorn uniósł głowę z wyrazem wdzięczności na twarzy. Hal pomógł mężczyźnie dojść do paleniska, na którym buzował ogień, i usadowić się na szerokim drewnianym krześle, po czym cofnął się pospiesznie.

Ciepło panujące w kuchni z pewnością przypadło Thornowi do gustu, wywołało jednak dodatkowy skutek – zdwoiło moc otaczających go gęstych wyziewów.

Karina, która weszła do kuchni tuż za nimi, pobladła i na chwilę odwróciła głowę w drugą stronę. Zaraz jednak zebrała w sobie siły i podeszła do żałosnej postaci skulonej na jej ulubionym krześle.

– Możesz iść, Hal – powiedziała i chłopiec z ulgą czmychnął do części mieszkalnej, znajdującej się obok sali jadalnej.

Karina usłyszała pluskanie wody i domyśliła się, że Hal usiłuje zmyć z siebie ohydny smród. Podeszła bliżej do Thorna, stanęła nad nim, walcząc z chęcią ucieczki przed skoncentrowanym w niespotykanym stopniu odorem.

– Thorn, jesteś obrzydliwy – powiedziała. Jej głos był cichy, lecz ciął niczym uderzenie bicza. Stary wilk morski drgnął, na sekundę jego oczy zabłysły gniewnie, lecz płomień niemal momentalnie zgasł i mężczyzna wrócił do swej bezpiecznej roli – kaleki użalającego się nad własnym losem.

– Wszyscy tak twierdzą – odparł. – Niby czemu ty miałabyś mieć inne odczucia?

– Nie obchodzą mnie wszyscy. Kiedyś ludzie cię podziwiali, dzisiaj się z ciebie śmieją. Nawet chłopcy mówią na ciebie „stary stuknięty Thorn”. To straszne patrzeć, co robisz ze swoim życiem.

Teraz Thorn naprawdę się rozgniewał.

– Co robię? Co robię? – Podniósł okaleczone ramię i odsunął porwany rękaw. – Myślisz, że to ja zrobiłem? Myślisz, że sam wybrałem los kaleki?

– Myślę, że z własnego wyboru niszczysz swe ciało, umysł i poczucie wartości – odparła. – Ramię to tylko usprawiedliwienie, wymówka, by zniszczyć całą resztę. Całe życie.

– To moje życie. Mam prawo je zniszczyć, jeśli tak mi się podoba – odparował. – A jakim prawem ty mnie krytykujesz?

– Takim, że obiecałeś Mikkelowi opiekować się mną i Halem. Przysięgałeś, że dopilnujesz, by niczego nam nie brakowało. Zawiodłeś nas. Zawodzisz nas każdego dnia, kiedy niszczysz samego siebie!

Thorn odwrócił wzrok.

– Przecież dobrze sobie radzisz – mruknął, lecz ona tylko się zaśmiała.

– Ale nie dzięki tobie. Nie dzięki złożonej przez ciebie obietnicy, którą złamałeś i którą łamiesz od nowa każdego dnia!

– To nie moja wina – powiedział tak cicho, że ledwo go słyszała. – Zostaw mnie, kobieto. Nic nie mogę dla ciebie zrobić.

– Obiecałeś.

Uniósł potargany łeb. Teraz był naprawdę wściekły.

– Obiecałem, zanim straciłem rękę! To nie moja wina, że tak się stało!

– Może i nie. Ale ze swojej własnej winy straciłeś całą resztę! Zabijasz się, Thorn! Zabijasz dobrego, wartościowego mężczyznę. Dla mnie to zbrodnia! Nie mam zamiaru dłużej się temu przyglądać.

– Nie zauważyłaś? – powiedział sarkastycznym tonem.

– Ja już nie jestem mężczyzną, jestem kaleką. Do niczego nieprzydatnym, nikomu niepotrzebnym kaleką!

– Nie słyszałam nigdy, żeby wyznacznikiem czyjejś wartości była liczba nóg czy rąk. Wartość mężczyzny stanowi hart ducha i siła woli. A przede wszystkim zdolność do radzenia sobie z nieszczęściem.

– Co ty wiesz o nieszczęściach? – warknął.

Wpatrywała się w niego, aż odwrócił wzrok.

– Ty straciłeś rękę – powiedziała w końcu – a ja całego mężczyznę. Wspaniałego mężczyznę.

Nie podnosząc wzroku, kiwnął głową.

– Przepraszam – odezwał się. – Gdybym tylko mógł wrócić mu życie, chętnie bym to zrobił.

– Cóż, nie możesz. Ale możesz zrobić coś dla mnie.

Thorn zaśmiał się gorzko i potrząsnął głową z powątpiewaniem.

– Ja? Na cóż ja jeszcze mogę się przydać?

W tym momencie Karina doznała olśnienia. Już wiedziała, co powinien usłyszeć Thorn.

– Możesz mi pomóc. Potrzebuję cię.

Spojrzał jej prosto w oczy, szukając oznak fałszu.

– On cię potrzebuje – ciągnęła. – Potrzebuje męskiego autorytetu. Są rzeczy, których ja go nie nauczę: co to znaczy być wojownikiem, co znaczą więzi między członkami drużyny. – Umilkła, by dać Thornowi czas na przyswojenie tych słów. Widziała, że do niego dotarły. – Dorasta i nie jest mu łatwo. Różni się od pozostałych chłopców, jest w połowie Aralueńczykiem. Ludzie, którzy czymś się wyróżniają, nie mają łatwo. Ktoś musi mu pokazać, jak sobie radzić i stać się niezależnym od innych. Ja tego nie potrafię. – Urwała na chwilę i w końcu dodała: – Ale ty mógłbyś to zrobić.

– Może… – zaczął Thorn.

Karina widziała, że zastanawia się nad jej słowami. Pomysł, że mógłby zrobić coś ze sobą, zamiast pogrążać się w pijaństwie, nie wydawał mu się już tak nierealny jak na początku.

– Oczywiście, możesz nadal użalać się nad sobą i marnować życie – dodała.

Przez chwilę milczał, a potem zapytał:

– Skąd wiedziałaś o tej przysiędze?

– Ty mi powiedziałeś. Którejś nocy, kiedy się schlałeś.

Zmarszczył brwi z namysłem.

– Kiedy? Nic nie pamiętam.

Uśmiechnęła się smutno i potrząsnęła głową.

– Ja też nie pamiętam kiedy. Było wiele takich nocy.

– To prawda – zgodził się.

Karina widziała jego wahanie.

– Posłuchaj, przydałaby mi się tu pomoc. Gospoda to zyskowny interes i szybko się rozwija. Przestaję sobie z tym wszystkim radzić. Potrzebuję pomocnika do rąbania drewna i różnych cięższych robót – sprzątania, napraw, malowania. Wszystkie te czynności spokojnie da się wykonać jedną ręką. Przy okazji miałbyś oko na Hala. Nauczyłbyś go wszystkiego, co przyda mu się w dorosłym życiu. Mógłbyś się tu wprowadzić, miałbyś ciepły kąt do spania.

Thorn potrząsnął głową.

– Nie, nie mogę zamieszkać z tobą pod jednym dachem. To nieodpowiednie. Ludzie zaczęliby gadać. Popsułbym ci reputację.

Uśmiechnęła się.

– Chyba jakoś to zniosę. Ale jeśli to dla ciebie krępujące, możesz naprawić przybudówkę na tyłach domu. Wtedy ludzie nie będą gadać.

Przez chwilę przetrawiał w myślach jej propozycję, po czym kilka razy skinął głową.

– Tak. To dobry pomysł.

– Zapłacę ci, rzecz jasna – dodała Karina.

Znów podniósł na nią wzrok. Dostrzegła w nim cień dumy – coś, czego brakowało w jego oczach od wielu lat.

– Nie chcę jałmużny – oznajmił.

– A ja nie zamierzam ci jej dać! Dopilnuję, żeby każda korona, którą ode mnie dostaniesz, była uczciwie zarobiona.

– No, może to by się nawet udało. – Thorn zacisnął usta. Podobał mu się pomysł, że będzie pracował dla Kariny. A jeszcze bardziej to, że będzie mógł prowadzić chłopca i czuwać nad nim, kiedy zacznie wkraczać w wiek dojrzewania. Sam nigdy nie wybrałby dla siebie takiego losu, ale na pewno była to propozycja warta rozważenia. Skoro już nie może korzystać ze swoich umiejętności, przynajmniej przekaże je komuś innemu. Na coś się jeszcze przydadzą. A Thorn bardzo chciał być przydatny. Stanowczo zbyt długo czuł się zupełnie niepotrzebny.

– Jedna sprawa – powiedziała Karina. – Musisz przestać pić.

Ton jej głosu wskazywał, że nie ma szans na kompromis. Thorn zawahał się.

– Czasami ramię mnie boli.

Karina była jednak nieugięta.

– Bardzo mi przykro z tego powodu, ale jestem pewna, że przed utratą ręki również zdarzało ci się odczuwać ból i jakoś sobie z tym radziłeś.

– To prawda – przyznał.

– W takim razie i teraz sobie poradzisz, nie uciekając się do pomocy alkoholu.

Wziął głęboki oddech.

– Chyba powinno mi się udać – stwierdził.

– Jestem pewna, że tak. Karina uśmiechnęła się.

– To może obejrzę dziś tę przybudówkę. Pięknie ją wyszykuję i od razu się wprowadzę. Możesz przygotować dla mnie listę rzeczy do zrobienia.

– Jest jedna sprawa niecierpiąca zwłoki – odparła, a kiedy spojrzał na nią pytająco, dokończyła głosem nieznoszącym sprzeciwu: – Kąpiel. I to długa.

Od tamtych wydarzeń minęło sześć lat, od nieszczęsnej wyprawy, podczas której zginął ojciec Hala, dwanaście. Hal miał wkrótce skończyć szesnaście lat. Przez ten czas Thorn na stałe wpisał się w życie toczące się dokoła gospody Kariny. Wprowadził się do przybudówki, choć obietnica „pięknie ją wyszykuję” zdaniem Kariny nigdy nie została do końca spełniona. Thorn uszczelnił dach i kilka większych dziur w ścianach, lecz przybudówka pozostała ciemną posępną norą. W środku walały się nieporządnie ubrania i inne rzeczy, należące do Thorna. A jego higiena osobista, choć owszem, poprawiła się, nadal pozostawiała sporo do życzenia.

– Jestem dwanaście razy bardziej czysty niż poprzednio – mawiał z dumą.

Jak zauważyła Karina, oznaczało to tylko tyle, że częstotliwość branych przez niego kąpieli wzrosła z raz na rok do raz na miesiąc, co raczej nie stanowiło powodu do szczególnego zadowolenia. Thorn tylko mruknął w odpowiedzi:

– Ja się tak nie brudzę. Kąpiele są dla tych, co się brudzą.

Od czasu do czasu odzywała się w nim tęsknota za beczułką brandy, szczególnie w te noce, kiedy w utraconej ręce pulsował ból. Thorn potrafił jednak zwalczyć te pragnienia. Wiedział, że dzięki Karinie dostał drugą szansę, i że kolejnej na pewno nie będzie. Po jakimś czasie, kiedy nowa praca stała się dla niego rutyną, uświadomił sobie, że nie chce ryzykować powrotu do dawnego życia.

Praca była satysfakcjonująca – szczególnie dla kogoś takiego jak on, kto przez wiele lat wierzył, że już nigdy na nic nikomu się nie przyda. Rąbał drwa na opał, machając lewą ręką z ciężkim toporem, jakby to była zabawka. Na bieżąco naprawiał wszystko, co wymagało naprawy, i pod koniec każdego dnia czuł zadowolenie z dobrze wykonanego obowiązku. Wreszcie był komuś potrzebny.

Być może ta rutynowa praca nie mogła zapewnić takiego spełnienia jak zamorskie wyprawy, lecz na pewno była lepsza od pogrążania się w pijaństwie.

Najbardziej jednak cieszył się z tego, że stał się częścią życia Hala. Czerpał radość z jego energii i zapału, niezliczonych pomysłów i nieograniczonej wyobraźni. Chłopiec dobrze radził sobie z narzędziami i lubił pracę w drewnie. Thorn sam był kiedyś niezłym cieślą. Oczywiście teraz, z jedną ręką, nie mógł już wykonywać skomplikowanych i precyzyjnych prac. Odnalazł jednak zestaw narzędzi Eraka: ciosło, dłuta, noże, wiertła, heble i małe toporki. Dał je chłopcu i cierpliwie uczył, jak się używa każdego z nich. Dzięki temu zestawowi i nauce Thorna Hal mógł rozwinąć swe upodobania i przekształcić je w prawdziwe umiejętności.

I w ten sposób dawny wilk morski przyczynił się do rozkwitu talentu chłopca. Hal był nie tylko zręcznym rzemieślnikiem, miał również umysł wynalazcy, w oczach Thorna graniczący z geniuszem.

– Jakiś pomysł przychodzi mu do głowy, jakieś ciekawe rozwiązanie – powtarzał przy różnych okazjach.

– I po prostu to robi, ot tak!

Rozdział 3

Podaj następne – poprosił Hal.

Sterczał na drabinie w kuchni swojej mamy i, balansując na boki, wlewał wiadra wody do ogromnej beczki.

Stęknął pod ciężarem kolejnego wiadra, unosząc je na wysokość ramienia. Zauważył, że Thorn, mimo kalectwa, wykonuje swoją pracę bez najmniejszego wysiłku.

Kiedy zbiornik napełnił się do połowy, nagle rozległ się złowieszczy trzask.

Thorn zmarszczył brwi.

– Co to było? – zapytał niespokojnie.

Hal podał mu puste wiadro i machnął ręką.

– Nic takiego. Po prostu klepki trzeszczą pod ciężarem wody.

– Chyba wiem, co czują – powiedział Stig, wnosząc do kuchni kolejne dwa wiadra, które napełnił przy studni na podwórzu. – Ile jeszcze potrzebujesz?

Stig był najlepszym przyjacielem Hala. Tak naprawdę, nie licząc Thorna, jego jedynym przyjacielem. Inni chłopcy ignorowali Hala, dokuczali mu z powodu mieszanego pochodzenia i wypominali, że jego matka była kiedyś niewolnicą. Nigdy jednak nie odważyliby się na takie uwagi w obecności Stiga, który był wysoki i umięśniony i słynął z nieobliczalnego temperamentu. Chłopcy woleli mu się nie narażać.

Znów rozległo się groźne trzeszczenie.

– Jesteś pewien, że to nic poważnego? – zapytał niepewnie Thorn.

Hal rzucił mu zniecierpliwione spojrzenie.

– Beczka jest stara, długo stała pusta. To normalne. Drewno pracuje, klepki ocierają się o siebie i skrzypią.

– Wierzę ci – stwierdził Thorn. – Mam większe doświadczenie z pełnymi beczkami.

– No, ale w końcu miałeś też spore zasługi w ich opróżnianiu – zauważył Stig i wyszczerzył się, w razie gdyby Thorn odczytał te słowa jako krytykę, a nie żart.

Thorn przyjął jednak komplement z iście filozoficznym spokojem.

– To prawda – powiedział, potrząsając głową z żalu nad zmarnowanymi latami.

Zbiornik był najnowszym wynalazkiem Hala, który postanowił, że jego mama będzie miała w kuchni bieżącą wodę. Z beczki wyrastała zygzakowata rura, biegnąca w dół aż do blatu kuchennego. Przepływ regulowało się za pomocą kranika zamontowanego na spodzie beczki.

– Już nie będziesz musiała nosić wody ze studni. Thorn napełni beczkę co rano – oznajmił, nie zwracając uwagi na sceptyczną minę matki.

Skonstruował wszystkie elementy systemu w swoim warsztacie i czekał na dzień, kiedy Karina wyruszy na targ, znajdujący się dziesięć kilometrów od wsi. Zawołał Thorna i Stiga na pomoc i razem zabrali się do instalowania wynalazku.

Najpierw umieścili beczkę wysoko na ścianie, na wcześniej wbitym wsporniku, potem przyczepili rurę i wreszcie zaczęli napełniać beczkę wodą ze studni.

Teraz zbiornik był już napełniony do połowy. Nie mogli się doczekać, kiedy zobaczą końcowy rezultat.

– Może wypróbujemy? – zaproponował Thorn, ciekaw działania nowego urządzenia.

Jakby w odpowiedzi beczka znów zatrzeszczała złowieszczo. Thorn spojrzał na Hala, który potrząsnął głową ze zniecierpliwieniem.

– Drewno pracuje – powiedział. – Nic więcej.

Podszedł do blatu i umieścił pod wylotem rury dużą miskę. Potem pociągnął za sznurek przywiązany do kranika. Szło to nieco opornie, drewniany kołek zapiszczał, jakby w proteście.

Usłyszeli gulgotanie wody, która pociekła z beczki zygzakowatą rurą i po chwili do miski wpadł srebrzysty strumień.

Stig i Thorn zaklaskali w ręce, a Hal uśmiechnął się promiennie.

– Działa! – stwierdził triumfalnie, po czym, uświadomiwszy sobie, że taka reakcja mogłaby sugerować wcześniejsze wątpliwości, skinął głową i dodał bardziej rzeczowym tonem: – Taak. Doskonale. Świetna robota. Zresztą, tak jak przypuszczałem.

Miska była już prawie pełna i Hal pociągnął za sznurek przyczepiony do kranika, by odciąć dopływ wody.

Bez rezultatu. Kranik nie chciał się przekręcić.

Woda przelała się i zaczęła ściekać na blat. Znów pociągnął za sznurek, tym razem mocniej. Znów bez rezultatu. Woda nadal płynęła. Teraz również na podłogę.

Pociągnął jeszcze mocniej.

I znów rozległ się tajemniczy trzask.

Thorn zmarszczył brwi.

– Dziwne, klepki nadal pracują?

Przebieg wydarzeń wyglądał następująco: wiercąc dziury w ścianie, Hal w pośpiechu jedną z nich wywiercił trochę krzywo i na skutek tego jeden z gwoździ, na których wisiała beczka, nie wszedł odpowiednio w ścianę i trzymał się jedynie na cienkiej warstwie tynku. Pod wpływem rosnącego ciężaru beczki stopniowo tracił również i to niepewne oparcie. Beczka coraz mocniej przechylała się w bok, wydając przy tym ów tajemniczy dźwięk, który tak ich zastanawiał.

Hal znów pociągnął za sznurek – tym razem udało mu się przekręcić kranik, lecz tego już niestabilna konstrukcja nie wytrzymała.

– Uwaga! – wrzasnął Thorn, chwycił Hala za koszulę i pociągnął mocno, ratując go od zderzenia ze spadającą beczką. Stig, który siedział na stole, wydał okrzyk przerażenia i zanurkował pod blat.

Beczka z ogłuszającym hukiem walnęła o brzeg stołu i rozpadła się na kawałki. Klepki i żelazne obręcze poleciały na wszystkie strony, woda – jakieś trzydzieści wiader – potężnym strumieniem zalała kuchnię. Stig, przygnieciony masą wody, wydał z siebie stłumione gulgotanie.

Zaraz za beczką poleciały rury i reszta konstrukcji, rozbiły się o stół i podłogę i z okropnym hałasem rozsypały się na wszystkie strony.

Hal, którego Thorn cały czas mocno trzymał za kołnierz, patrzył przerażony, jak jego wspaniały wynalazek, cudowna konstrukcja, nad którą tak pieczołowicie pracował przez kilka wieczorów, w ciągu paru sekund obraca się w nicość. Klepki, metalowe obręcze, kawałki rur i drewna kłębiły się w wodzie, a w ścianie, w miejscu, gdzie oderwał się nieszczęsny gwóźdź, zdzierając tynk, ziała teraz dziura, ukazując gołe belki pod spodem.

Jedna z obręczy, wprawiona w ruch przez masy wody, obracała się na podłodze, brzęcząc przenikliwie – był to jedyny dźwięk, jaki rozlegał się w zrujnowanej kuchni.

Spod stołu wychynęła przerażona twarz Stiga. Włosy miał przyklejone do czaszki, koszulę całkowicie przemoczoną.

– Teraz klepki na pewno już się ułożyły – stwierdził Thorn.

Oczywiście, dokładnie ten moment musiała wybrać Karina na powrót do domu.

– Nie powinieneś go zachęcać – stwierdziła Karina, zajęta zagniataniem ciasta na chleb.

Thorn, który na kolanach układał przy piecu zapas drewna na opał, potrząsnął głową ze słabym uśmiechem.

– Nic nie mogę na to poradzić. Chłopak ma tysiące pomysłów, wkłada w nie tyle zapału i energii.

– Za dużo – odparła Karina surowo. – W następnym tygodniu rozpoczyna trening. Nie będzie miał czasu na te wszystkie głupoty.

Przy tych słowach machnęła ręką oblepioną mąką. Jedynym śladem katastrofy, która wydarzyła się poprzedniego dnia, była plama świeżego tynku na ścianie.

Hal spędził całe popołudnie na wycieraniu podłogi, wylewaniu wody szuflą, zrobioną z płaskiego kawałka drewna, przywiązanego do kija od miotły, zbieraniu obręczy, połamanych kawałków klepek i innych części swego wynalazku. Położył też tynk na ścianie, miał go jeszcze pokryć farbą, kiedy wyschnie.

– Ani czasu, ani energii – dodał Thorn. – Będzie zajęty od rana do wieczora.

– I bardzo dobrze – mruknęła Karina pod nosem.

Thorn wyprostował się, przyciskając rękę do krzyża, i jęknął cicho.

– Za stary jestem na takie akrobacje – stwierdził.

Karina w milczeniu ugniatała ciasto pięściami i bokiem dłoni.

– To miał być prezent, który ułatwi ci życie. Hal chciał ci zrobić niespodziankę – powiedział, by ją udobruchać.

– O, to mu się z pewnością udało – zauważyła. Włożywszy ciasto do miski i nakrywszy je lnianą ściereczką, dodała: – Zastanawiam się tylko, jak akt wandalizmu w mojej kuchni ma się do ułatwiania mi życia.

Karina zabrała się do wyrabiania kolejnego bochenka. Wysypała porcję mąki na stół i zrobiła dołek w środku kopczyka.

– Sam pomysł był bardzo dobry – zaprotestował łagodnie Thorn. – Tylko wykonanie nie całkiem się udało. Zawinił jeden szczegół.

Karina przerwała pracę i spojrzała na niego.

– Zawsze tak mówi, kiedy coś mu się nie udaje.

– Ale czasem się udaje. Niektóre pomysły są zaskakująco dobre. System grzewczy do sali jadalnej jest doskonały.

Karina niechętnie skinęła głową.

– Pewnie masz rację. Po prostu ja zapamiętuję same katastrofy. Szczególnie, jeśli skutkują potopem w mojej kuchni.

Wlała do dołka mleko z wodą, zepchnęła do środka kopczyk z mąki i zaczęła mieszać składniki.

– To dobry chłopak – podjął Thorn. – Posprzątał wczoraj cały bałagan, a potem pomagał przez całą noc w sali jadalnej, nie oczekując zapłaty, żeby jakoś ci to wynagrodzić. Ma serce we właściwym miejscu i dobre intencje.

Karina zabrała się do ugniatania ciasta.

– Wiem. Tylko martwię się o niego. Gdzie on się dzisiaj podziewa, nie wiesz?

Thorn otworzył drzwiczki pieca i wrzucił do środka kilka szczap. Wiedział, że do pieczenia chleba piec musi być porządnie rozgrzany.

– Chyba wspominał, że wybierają się ze Stigiem nad Niedźwiedzi Strumień pracować nad łodzią.

Karina znów westchnęła, tym razem głośniej.

– Tylko łódź i łódź. Ostatnio nic innego go nie obchodzi. Myślisz, że ten pomysł uda mu się zrealizować?

– Czemu miałoby się nie udać? Widziałem już łodzie z podobnym typem ożaglowania – na Morzu Spokojnym.

– Wyszczerzył się. – Na pewno wszystko będzie dobrze, o ile Hal nie zapomni o jakimś drobnym szczególe.

– W przypadku łodzi problem polega na tym – zauważyła Karina – że jeśli zapomni się o jakimś drobnym szczególe, łódź idzie na dno.

Zaatakowała ciasto energicznie. Thorn przez chwilę przyglądał się jej zręcznym ruchom, po czym spojrzał z namysłem na swoją dłoń.

– Mógłbym spróbować?

Karina podniosła na niego wzrok. Wiedziała, że Thorn wciąż szuka zajęć, które mógłby wykonywać za pomocą swojej jedynej ręki. Kiwanęła głową i odsunęła się na bok, wycierając ręce w fartuch. Potem spojrzała na dłoń Thorna, zmarszczyła brwi i poleciła:

– Najpierw umyj ręce.

I natychmiast zdała sobie sprawę, że użyła liczby mnogiej. Thorn jednak chyba nie zwrócił na to uwagi. Nalał wody do miski, zanurzył dłoń i zaczął wykonywać nią koliste ruchy, rozczapierzał palce i szorował je kikutem prawej ręki tak długo, aż Karina z aprobatą skinęła głową. Potem zabrał się za ciasto, obracał je i tłukł, grzmocił i ubijał na płasko bokiem dłoni, po czym silnymi palcami zwijał z powrotem w kulę. Z początku szło mu trochę niezgrabnie, lecz szybko chwycił odpowiedni rytm.

Karina znów przygotowała kopczyk z mąki, wody i drożdży i zaczęła mieszać ciasto na trzeci bochenek. Pracowali tak w milczeniu przez kilka minut. W końcu Thorn zrobił z ciasta wielką kulę i umieścił ją w misce. Przyjrzał się swemu dziełu i z zadowoleniem kiwnął głową. Odkrył kolejną czynność, którą potrafił wykonać mimo kalectwa.

– Hal sobie poradzi, Karino. Nie musisz się o niego martwić.

Podniosła na niego wzrok. Kosmyk włosów wpadł jej do oczu. Spojrzała na swe upaćkane ciastem dłonie, po czym dmuchnęła do góry, by go odgonić.

– Jestem matką. Muszę się martwić. Dobrze, że Stig z nim jest – dodała. – Przynajmniej jeden przyjaciel.

Rozdział 4

Mieszkańcy Hallasholm nie byli szczególnie zaskoczeni, że Hal i Stig nawiązali przyjaźń. W końcu chłopców łączyły podobne losy, obaj w młodym wieku stracili ojców i wkroczyli w wiek dojrzewania pozbawieni opieki mężczyzny. Logiczne, że szukali swego towarzystwa. Z początku jednak ich przyjaźń nie miała nic wspólnego z logiką czy zdrowym rozsądkiem.

Mimo wszystko istniały między nimi spore różnice. Ojciec Hala zginął honorową śmiercią, w potyczce z nieprzyjaciółmi na wybrzeżach Iberii, ojciec Stiga natomiast żył – po prostu zniknął kilka lat wcześniej. Był świetnym wojownikiem, lecz również nałogowym hazardzistą i narobił strasznych długów. Nie mógł ich spłacić i chcąc uniknąć hańby, pewnej ciemnej nocy uciekł z Hallasholm. Stało się to tuż po powrocie z wyprawy, łupy jeszcze nie zostały rozdzielone. Olaf, który tej nocy trzymał przy nich straż, zabrał najlepszą część – głównie pieniądze i klejnoty, po czym zwiał, zostawiając wściekłych towarzyszy wyprawy, a także żonę i syna.

Matka Hala miała środki do życia, kupiła nawet niewielką gospodę, która dzięki jej wyśmienitemu gotowaniu stała się jedną z najpopularniejszych jadłodajni w Hallasholm, matka Stiga zaś musiała zarabiać na życie jako praczka. Zajęcie dość upokarzające, szczególnie dla żony wojownika. Matka Stiga miała jednak wielką siłę woli, wierzyła, że ciężka praca nie hańbi i trzymała głowę wysoko. Stig za to bardzo przejął się postępkiem ojca, wstydził się za niego i jednocześnie cierpiał z powodu jego zniknięcia.

Stał się humorzasty i podejrzliwy, posądzał wszystkich kolegów, że obgadują go za plecami i naśmiewają się z niego. Przy pierwszej lepszej okazji tracił panowanie nad sobą, czy prowokacja była zamierzona, czy nie, i często wdawał się w bójki, niejednokrotnie z kilkoma przeciwnikami jednocześnie.

Czasami dostawał w skórę, ale potrafił też sam porządnie dołożyć. W rezultacie chłopcy zaczęli go unikać. Nigdy nie wiedzieli, czy jakaś niewinna uwaga nie zostanie źle odebrana.

Oczywiście, niektórzy robili uwagi, które do niewinnych nie należały, drażnili się ze Stigiem, zachowując odpowiednią odległość, bezpieczni w grupie.

W społeczeństwach wojowników, takich jak skandyjskie, chłopcy z reguły tworzyli różne grupy i kliki. Przywódcą jednej z grup był Tursgud. Wysoki, dobrze zbudowany, przystojny atleta. Cechowała go również wyjątkowa arogancja, uwielbiał drażnić takich samotników jak Stig i Hal. Stig zwykle udzielał mu odpowiedzi w podobnym stylu, atakował go wściekle pięściami i kończyło się bójką. Tursgud nigdy nie zaczepiał adwersarza, czynił tak tylko wówczas, gdy miał do pomocy trzech czy czterech kompanów.

Hal zapewne chętnie nawiązałby kontakt ze Stigiem, ale tak jak pozostali, wolał trzymać się na dystans. Poza tym dzięki niemu przynajmniej czasami miał spokój z Tursgudem, a wiedział, że gdyby stanął po stronie Stiga, tylko niepotrzebnie zwróciłby na siebie uwagę. Gorzkie doświadczenia z przeszłości nauczyły go, że nie jest to najmądrzejszy pomysł.

I tak by pewnie zostało, gdyby nie incydent z pułapką na homary.

Był rześki jesienny dzień, jeden z ostatnich, kiedy mieszkańcy Hallasholm mogli cieszyć się czystym niebem i słońcem. Wkrótce – zbyt wcześnie – ciężkie ciemne chmury zimowe na długie miesiące miały zasnuć niebo, przynosząc ostre wichry i śnieg.

Hal zabrał wędkę i wyruszył nad morze z zamiarem złapania kilku tłustych dorszy. By dotrzeć do swego ulubionego miejsca, musiał przejść przez wieś.

Na błoniach kilka grup grało w piłkę. Chodziło o to, by trafić nadmuchanym pęcherzem w bramkę, zasady gry były jednak dość płynne. Czasami któryś z chłopców chwytał piłkę i biegł z nią, co stanowiło sygnał dla pozostałych, którzy rzucali się na niego i powalali na ziemię. Niekiedy robili to członkowie jego własnej drużyny.

Hal przyglądał się przez kilka minut. Jak zwykle poczuł ukłucie żalu, że nie może uczestniczyć w zabawie, i że brakuje mu śmiałości, by zapytać, czy może się przyłączyć. Nagle rozległ się głos Tursguda, który głośno wykrzykiwał własną interpretację zasad gry. Hal wzruszył ramionami i poszedł dalej.

Miejsce, w którym najczęściej wędkował, znajdowało się na zachód od Hallasholm, tam gdzie klify wyrastały ostro z oceanu, a fale roztrzaskiwały się groźnie u ich podnóża. Była to niewielka zatoczka odgrodzona od szalejących fal pierścieniem potężnych skał. Stroma ścieżka wiodła w dół, ku płaskiej skale, która stanowiła wyśmienite stanowisko wędkarskie. Nie tak łatwo było się tam dostać, ale Hal wiedział z doświadczenia, że ryby unikają łatwo dostępnych miejsc.

Gdy raźno zmierzał przed siebie ścieżką na szczycie klifu, jakieś pięćdziesiąt metrów przed nim pojawił się ktoś jeszcze. Po kilku sekundach rozpoznał Stiga i zmarszczył czoło. Ścieżka, prowadząca do miejsca, w którym zwykł łowić, była dobrze ukryta i zupełnie nie miał ochoty nikomu jej pokazywać. Takie doskonałe miejsce należy trzymać w tajemnicy. Postanowił, że poczeka cierpliwie, aż Stig znajdzie się w bezpiecznej odległości.

Potem ruszył, utrzymując stały dystans, ostrożnie przemykając między skałami, by Stig go nie zauważył. Nie wiedział, jak mógłby zareagować, gdyby zorientował się, że ktoś za nim idzie. Hal poczuł ulgę, kiedy Stig minął miejsce, w którym należało skręcić na ścieżkę prowadzącą w dół. Stig najwyraźniej zmierzał w stronę kolejnej zatoczki, znajdującej się za następną skałą.

Niósł kij wierzbowy długi na jakieś trzy metry i duży drewniany skopek ze ściśle przylegającą pokrywą, a na ramieniu zwój liny. A więc zamierzał kłusować.

Zawodowi rybacy z Hallasholm mieli swoje ulubione miejsca, w których zastawiali pułapki na kraby i homary. Wnosili specjalną opłatę, by zarezerwować te miejsca na swój wyłączny użytek. Inny rybacy i wędkarze nie mieli prawa zbliżać się do nich, ale chłopcy nieraz zakradali się i wybierali z pułapek smakowite skorupiaki. Hal sam robił tak parę razy. Było to ryzykowne. Jeśli rybacy złapali kogoś na gorącym uczynku, czekało go ostre lanie. Być może właśnie ów element ryzyka czynił te wyprawy tak ekscytującymi.

W zatoczce, do której kierował się Stig, zastawiał pułapki stary spryciarz Dorak. Było to odsłonięte miejsce, lecz głęboka woda i liczne podwodne skałki stanowiły idealne środowisko życia dla homarów. Dorak trzymał tam kilka pułapek, zaznaczonych kolorowymi bojami. Zawsze czekał na spokojniejszą pogodę i wtedy wypływał łodzią po łupy. Stig pewnie zamierzał zejść po skale nad wodę i przyciągnąć najbliższą pułapkę za pomocą drąga, a potem włożyć homary do skopka.

Hal patrzył, jak Stig odwija linę, przywiązuje do pieńka na skraju wzniesienia, potem puszcza ją w dół. Chwycił linę i ostrożnie zaczął schodzić tyłem po skalnej ścianie, z kijem na plecach i skopkiem przewieszonym przez ramię.

Hal odczekał kilka minut, po czym zbliżył się do skraju wzniesienia i spojrzał w dół. Stig stał już u podnóża, na skalnej półce, i wychylony do przodu, próbował chwycić żółtą boję, pływającą kilka metrów od brzegu.

Wciąż od nowa usiłował pochwycić ją hakiem na końcu drąga, lecz bezskutecznie. Drąg był długi i nieporęczny, Stig trzymał go za sam koniec, lecz i tak nie mógł dosięgnąć boi, która kołysała się mocno na falach. Za każdym razem chybiał celu.

Fale rozbijały się o skalną półkę, na której przycupnął chłopak, ochlapując go potężnymi rozbryzgami. Ze złością wytarł oczy z zimnej słonej wody i jeszcze raz sięgnął kijem po boję. Brakowało tak niewiele. Dorak nieraz został okradziony i teraz zastawiał pułapki w pewnej odległości od brzegu – na tyle blisko, by znalazły się koło żerowisk homarów, ale też na tyle daleko, by żaden chłopiec nie dosięgnął ich nawet z pomocą długiego kija z hakiem na końcu.

Kolejna fala uderzyła o skałę, potem cofnęła się, odsłaniając półkę poniżej miejsca, gdzie stał Stig. Znajdowała się ona jakiś metr bliżej boi, lecz stale zalewały ją fale. Hal zauważył, że porastają ją też wodorosty – a więc musiała być śliska.

Ale Stig już siedział na samym brzegu, sięgając stopą występu poniżej. Kolejna fala rozbiła się o skałę ze zduszonym „łump” i zaraz cofnęła, na chwilę odsłaniając śliski występ. Stig zsunął się po skale, szukając stopami oparcia.

– Ostrożnie – mruknął pod nosem Hal. Potrafił dobrze pływać. Matka, która wychowała się na moczarach Araluenu, nauczyła go, kiedy był mały. Wiedział jednak, że większość Skandian tego nie potrafi – prawdziwy paradoks, przecież tak wielu z nich spędzało całe życie na pokładzie okrętu. Jak tłumaczył mu Thorn, uważali, że w razie katastrofy umiejętność pływania tylko przedłużyłaby ich agonię. Nie mówiąc już o tym, że zimne wody Morza Białych Sztormów nie zachęcały do kąpieli.

Stopa Stiga pośliznęła się na porośniętej wodorostami skale, kiedy uderzyła kolejna fala, zalewając go aż po pas. Cofająca się woda zaczęła ciągnąć go ze sobą. Stig prędko sięgnął do tyłu i chwycił się szorstkiej skały. Przez chwilę wyglądało to bardzo nieciekawie, ale zaraz odzyskał równowagę.

Nagle Hal zdał sobie sprawę, że wstrzymuje oddech. Teraz wypuścił go z westchnieniem.

Stig, znów bezpieczny, jeszcze raz wyciągnął kij. Boja znajdowała się teraz niedaleko, lecz nadal podskakiwała na falach. Stig zdołał zaczepić hak o pętlę na czubku boi, lecz wraz z kolejną falą boja zanurzyła się i uwolniła z haka. Stig wykonał jeszcze jedną próbę, znów nieudaną. I znów fala uderzyła o skałę, rozbryznęła się wysoko w powietrzu i cofnęła się. A następna uniosła boję jeszcze wyżej. Na chwilę boja zamarła nieruchomo.

Stig puścił skałę i wychylił się, ujmując kij obiema rękami. Wymierzył uważnie i zaczepił hak o mokrą pętlę. Niespodziewanie boja znów zanurzyła się i pociągnęła go za sobą. Stig, nieprzygotowany, zachwiał się. Kolejna fala walnęła o występ, masy wody przelały się przez skałę i opadły do oceanu. Stig, który i tak stał już niepewnie, stracił równowagę. Z krzykiem zsunął się ze skały.

Hal patrzył z przerażeniem, jak Stig znika w odmętach. Słyszał krzyk, który urwał się gwałtownie, kiedy woda za mknęła się nad głową chłopaka. Wynurzył się po chwili, kilka metrów dalej, unoszony prądem powrotnym. Przez chwilę miotał się w wodzie, potem znów zniknął pod jej powierzchnią, znowu się wynurzył.

Hal zdał sobie sprawę, że kamizela Stiga, która złapała powietrze i wydęła się, przez jakiś czas pomoże mu unosić się na powierzchni, ale wkrótce nasiąknie wodą i pociągnie go na dno. Nie było czasu do stracenia. Zerwał się i pobiegł do miejsca, w którym Stig przyczepił linę. Rozebrał się do bielizny, zostawiając pas z nożem. Po namyśle owinął ręce koszulą, chwycił linę i spuścił się po niej, odpychając się stopami od ściany.

Tkanina zaczęła dymić pod wpływem tarcia, lecz na szczęście chroniła jego dłonie przed poparzeniem. W ciągu kilku sekund znalazł się na dole. Kolana ugięły się pod nim i upadł niezgrabnie, uderzając się w biodro. Zaraz jednak podniósł się i ruszył biegiem w kierunku Stiga.

Po drodze chwycił skopek. Wieko było z jednej strony przytwierdzone na zawiasie, z drugiej zamknięte metalowym haczykiem. Przerzucił sznurowy uchwyt przez ramię, podbiegł na sam brzeg skalnej półki i przystanął. Stig znajdował się jakieś siedem-osiem metrów od brzegu, miotał się w wodzie rozpaczliwie. Jego kamizela już zaczęła nasiąkać wodą. Stig szeroko otworzył usta do krzyku, potem zakrztusił się, kiedy uderzyła następna fala, wypełniając jego usta słoną wodą. Hal widział, że Stig jest bliski poddania się i zdawał sobie sprawę, że ma tylko kilka sekund.