Domino strachu - Karol Karłów

Domino strachu

0,0

Zbiór opowiadań z pogranicza horroru i grozy. Śmierć, strach, lęk, przyprawione szczyptą erotyki. Różni bohaterowie, różne sytuacje, ten sam cel — umrzeć, lub przeżyć.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Karol Karłów

Domino strachu





Spis treści

1. O co ten szum…

— I o co ten szum, Wacławie? — Amelia, wychyliła się w tył, ukazując wszem i wobec swe wdzięki.

Ten nieznaczny ruch spowodował cichy trzask włókien wiklinowego fotela, na którym siedziała, co zwróciło uwagę pozostałych gości kawiarenki przy Małaszowej numer cztery. Co najmniej dziesięć męskich głów natychmiast zwróciło się ku nim i dziesięć par oczu utkwiło swe spojrzenia w jej dekolcie, a tu i tam dało się słyszeć ciche westchnienie zachwytu.

Zmysły Amelii nie pozostały temu obojętne. Delikatny dreszcz podniecenia przeszył całe jej ciało. Uśmiechnęła się delikatnie, frywolnie, dyskretnie omiotła wzrokiem salę. Ruchem, jakby trochę wymuszonym, od niechcenia, poprawiła dekolt i ramiączka czarnej, atłasowej sukni. Wysunąwszy się nieco do przodu, założyła nogę na nogę i mocniej wcisnęła się w oparcie fotela, dobitniej eksponując swoje walory.

W kawiarence dał się słyszeć jeszcze wyraźniejszy szum westchnień.

Siedzący centralnie naprzeciwko niej Wacław, z dezaprobatą pokręcił głową. Cmoknął i nie spuszczając z niej wzroku, wyciągnął dłoń w stronę stojącego u wezgłowia jego fotela osiłka. Mężczyzna natychmiast wysunął ku niemu szkatułkę z cygarami. Wacław wybrał jedno, obwąchał i zwrócił się do Amelii.

— Musisz? — spytał krótko, odcinając końcówkę cygara zdobioną gilotynką.

Przeciągłe, ciche „ziut”, rozeszło się po sali.

Tryumfalny uśmieszek rozsiadł się pod orlim nosem Wacława, gdy dostrzegł odruchową reakcję mężczyzn, dotychczas zapatrzonych jedynie w Amelię. Jeden z gości, dysponujący bujniejszą wyobraźnią, wręcz zwinął się w kłębek na wyobrażenie zawoalowanej groźby.

— Czyżbyś był zazdrosny? — zaśmiała się Amelia, rozbawiona jego zachowaniem.

Wacław prychnął w odpowiedzi.

— Ależ moja droga. Skąd ci to w ogóle przyszło do głowy — odparł ze spokojem, dobywając z kabury srebrnego Kolta i kładąc go przed sobą na blacie stolika.

Gdy broń, z głuchym „stuk” dotknęła drewna, uniósł dłoń w górę i zawołał głośno.

— Garson! Proszę jeszcze jedną szklaneczkę Burbona.

— Już podaję proszę pana! — Natychmiast padła służalcza odpowiedź kelnera, wypowiadana drżącym głosem.

2. Lustereczko, powiedz Grecie…

— Lustereczko, powiedz Grecie… Która najpiękniejsza jest świecie? — zaszczebiotała urokliwie, śmiejąc się frywolnie do swojego odbicia w lustrze.

Lustro milczało, ale i tak bawiła się wyśmienicie ze swą wyobraźnią. W jej umyśle zwierciadło odparło melodyjnym głosem.

— Ty, Greto…

Nie przestawała więc się uśmiechać.

Była piękną blondynką. Nie za wysoką i nie za niską, nie nad zbyt pulchną, ale też i nie chorobliwie szczupłą, jak większość kobiet w jej branży. Twarz miała pociągłą, o rysach delikatnych, niczym puch, usta wiecznie roześmiane, oczy błękitne. Wydawać by się mogło, iż jej uroda pochodzi nie z tego świata.

Tak bardzo kochała tę chwilę dnia, gdy mogła na siebie patrzeć, gdy mogła pieścić swoje piękne ciało delikatnym dotykiem swych dłoni, upiększać je kosmetykami i muskać świadomością, jak ono działa na innych. Na mężczyzn. Biedni głupcy nie widzieli świata poza nią. Wszystko to, co osiągnęła i posiadała, było zasługą jej nieziemskiej urody.

Dziś jednak nie była w pokoju sama. Ktoś obserwował ją uważnie.

Przyglądając się swemu odbiciu w lustrze, dostrzegła nieznaczny ruch za swoimi plecami. W ciemnościach rogu pokoju coś się poruszyło.

— Długo tu jesteś? — spytała, nie przestając się uśmiechać, choć jej uśmiech tak jakby stracił blask.

— Wystarczająco — odparł niski, męski głos.

— I będziesz mi się tak po prostu przyglądał? — Podjęła próbę prowokacji, łowiąc jego twarz w mroku.

W rzeczywistości to była gra. Jego obecność poruszyła w niej nić strachu, lecz postanowiła tego nie okazać. Czego chciał, po co przyszedł? — Myśli kotłowały się w jej umyśle, szukając odpowiedzi.

Cień zrobił kilka kroków w przód, lecz nie opuścił bezpiecznego schronienia w mroku, pozostając niewidocznym. Zamiast tego, z ciemności wychynęła męska dłoń. Nie była to jednak dłoń ludzka. Skóra miała barwę spalonego drewna, przedramię było silne i mocno owłosione, ścięgna dłoni mocno zarysowane i pokryte grubą siatką żył, palce nienaturalnie długie i zakończone ostrymi, jak brzytwa pazurami.

Dłoń delikatnie legła na ramieniu Grety, palce zacisnęły się na ramiączku jej koszuli nocnej. Ostry szpon wbił się w miękkie ciało. Po bladej skórze spłynęła kropla krwi. Jęknęła z bólu, ale nie poruszyła się nawet o cal.

Chwilę później, gdy chłodny materiał satyny sunął wzdłuż jej ciała, drażniąc skórę, jej oddech nieznacznie przyśpieszył. Widząc swe nagie odbicie w lustrze, zadrżała. Dłoń opadła z jej ramienia, ku piersi i objęła ją delikatnie. Westchnęła czując narastające w niej podniecenie i lęk.

— Czy on cię przysłał? — zdołała wydusić z siebie pytanie?

— Wydajesz się być zaskoczoną — odparł, przesuwając dłoń z jej piersi, na płaski brzuch. — Choć doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że dług który zaciągnęłaś, należy spłacić.

Pojawił się w odbiciu lustra. W mroku nad jej głową zamajaczyła jego nieludzka, pomarszczona, prymitywna twarz. Stało się to dokładnie w chwili, gdy jego dłoń wpełzła pomiędzy jej uda.

Zaśmiał się ochryple, czując na palcach jej podniecenie, spośród hebanowych ust wychynęły długie, śnieżnobiałe kły.

— Proszę — wyszeptała błagalnie, walcząc ze strachem i oddając się podnieceniu, gdy jego palce torowały sobie drogę do jej spragnionego wnętrza.

Wyłowiła w zwierciadle blask jego źrenic, starając się przykuć ich uwagę choćby na ułamek sekundy. Gdy ich lustrzane spojrzenia wreszcie się spotkały, wiedziała już, że jej prośba jest płonna.

— Czas spłacić dług — usłyszała wyrok.

Śmierć spadła na nią zaraz potem.

3. Śmiertelna gra…

— Po co tu przyszłaś? — spytał, hardym głosem, skupiając swój wzrok na zielonych źrenicach jej oczu.

Przyszła nieproszona. Zaskoczyła go gdy zamierzał właśnie kłaść się spać, a on nie lubił być zaskakiwany. Poza tym, kilka dni wcześniej przecież z nią skończył. Jej ponowne pojawienie się pomieszało mu szyki, wzbudziło niepewność.

Czego chcesz? — Starał się zlustrować jej myśli, czując lekki niepokój. — Chyba nie zamierzasz wrócić do rozdziału, który jest już zamknięty?

Z jej spojrzenia nie wyczytał jednak niczego. Było chłodne, niczym bryła lodu.

Potrzebował szybko odzyskać utracony rezon. Znał na to tylko jeden sposób. Podniesiony, pewny głos, nieznoszące sprzeciwu spojrzenie, najeżona sylwetka. To zawsze przynosiło żądane rezultaty.

— Po co przyszłaś? — powtórzył, tym razem dobitniej akcentując zapytanie.

Nie odpowiedziała. Jedynie przyglądała mu się tym dziwnym, beznamiętnym, zimnym wzrokiem. Miała w sobie coś z wojowniczki. Czarny, skórzany komplet mocno opinał jej ciało, doskonale zarysowując jej szczupłą sylwetkę, włosy spięte w kok długą szpilą, przypominającą wąski sztylet, nie zasłaniały jej ślicznego oblicza, do tego ten makijaż, nieco mroczny, usta czarne, jak u diablicy.

Musiał przyznać sam przed sobą, że nawet w takiej chwili pociągała go szalenie. W pamięci wciąż skrywał ich pierwsze spotkanie. Tamtego dnia wyglądał zgoła odmiennie. Miała na sobie seksowną, czerwoną suknię, z głębokim wycięciem na plecach i dekoltem, który nie pozostawiał wiele wyobraźni. Czarne, długie włosy, spływały jej na pierś kaskadą gęstych loków, usta zdobiła krwistoczerwona szminka, zielone oczy tonęły w czerni nocnego makijażu.

Wspomnienie prysło w chwili, gdy dostrzegł jej ruch.

— Anastazjo! — zawył rozpaczliwie, nie mogąc już znieść tego jej spojrzenia.

Gdy zaczęła rozbierać się powoli, zdębiał. Nie tego się spodziewał. Wycofał się w głąb pokoju, lecz ruszyła za nim, zrzucając z siebie kolejne warstwy ubrania. Gdy stanęła przed nim zupełnie naga, dzieliła ich odległość kilku centymetrów. Wciągnął w nozdrza haust powietrza, przesączonego zapachem jej perfum.

— Anastazjo… — wyszeptał, oszołomiony.

Wciąż milczała. Jej dłoń ostrożnie wsunęła się pod materiał szlafroka, zrzucając go na ziemię. Stali tak chwilę patrząc na siebie, nadzy i spragnieni. Tak.. To, co teraz widział w jej oczach było czystym pożądaniem. Nie opierał się, gdy pchnęła go na łóżko. Jego zmysły zareagowały bardzo szybko, czyniąc go gotowym. Uśmiechnęła się obserwując rosnące w nim podniecenie. Dosiadła go niczym kotka.

Czując ciepło jej wnętrza, całkowicie odszedł od zmysłów.

Jak przez mgłę dostrzegł ruch jej dłoni. Anastazja sięgnęła długiej szpili spinającej włosy i wyszarpnęła ją jednym, pewnym ruchem. Gęste, czarne loki opadły na jej wąskie ramiona, zakrywając bujne piersi.

— Co robisz?! — Ledwie zdołał wykrzyczeć swoje zdumienie, gdy ostry metal wwiercił się w jego pierś.

— Ostrzegałam! — wysyczała Anastazja, napierając na ostrze całym ciałem. — Mnie nie można ot tak, po prostu, przelecieć i zostawić!

Zimnym wzrokiem obserwowała, jak z ciała byłego kochanka uchodzi życie, wiotczeją mięśnie lecz tam… Tam wciąż pozostał twardym sukinsynem.

4. Ostatni sowi śpiew…

— Myślałeś o mnie troszeczkę? — spytała figlarnie, prężąc przed nim swe kruche ciałko, niczym kotka.

Była drobną kobietką, ani ładną, ani brzydką. Gdy tak wygięła się w tył, pod cienką podkoszulką zarysowały się lekko jej niewielkie piesi. Zrobiła minę kokietki i zatrzepotała rzęsami. Prowokacyjnie założyła nogę na nogę, na ułamek sekundy rozchylając szczupłe uda opięte króciutką spódniczką, by mógł dostrzec, że nie ma na sobie bielizny. Zaśmiała się, gdy zimny kamień murku, na którym siedziała, dotknął jej nagiej skóry. Pragnęła jego pożądania.

On jednak zdawał się być nieobecny, wyraźnie miał głowę zaprzątniętą innymi myślami, jej gra nie robiła na nim żadnego wrażenia. W odpowiedzi na jej umizgi, zmierzył ją jedynie pustym wzrokiem, w którym ciężko by dostrzec choć cień pozytywnej emocji.

Zadrżała z obawy, lecz szybko zdusiła w sobie to uczucie. Nie zamierzała się poddać. Nie teraz. Nie, gdy była już tak blisko obranego celu. Była pewna, że gdy jej skosztuje, nie zapragnie już żadnej innej. Zdwoiła więc wysiłki i zmieniła taktykę.

Przesunęła się do przodu z zamiarem uwięzienia go w objęciach swoich ud. Oplotła nogami jego biodra, ręce zarzuciła na szyję. Jej ciało płonęło. Przywarła do niego z całą mocą.

— Nie odpowiedziałeś mi — wyszeptała zalotnie, wpatrując się w głębię jego pustych oczu. — Więc jak? Myślałeś troszeczkę o mnie?

— Tak — odparł, chłodno.

— I to wszystko, co masz mi do powiedzenia? — Zdziwiła się, odsuwając się o cal od jego twarzy.

Ich ciała przestały się stykać.

Zamiast odpowiedzieć, przekrzywił głowę lekko na bok, jakby zaskoczony jej reakcją.

Odebrała ten ruch jako zapowiedź końca tej, jakże krótkiej randki. Natychmiast obróciła swe zdziwienie w żart.

— Ja wiem, że cię onieśmielam — zaszczebiotała. — Ale nie musisz być taki spięty. Obje jesteśmy przecież dorośli.

— Tak — zgodził się.

Zaśmiała się nerwowo, słysząc kolejną zdawkową odpowiedź, otuloną tym jego zimnym spojrzeniem. Pierwszy raz poczuła się tak, jakby stała na niepewnym gruncie. Zdusiła to uczucie czym prędzej, gdyż rodziło w niej złe myśli.

— Jesteś nieśmiały. — Zagłuszyła je. — To jest nawet urocze, wiesz?

Skinął w odpowiedzi głową. Teraz to on przysunął się do niej. Ich ciała ponownie się spotkały.

Uśmiechnęła się zaskoczona ta nagłą zmianą. Natychmiast przykleiła swoje usta do jego ust i zacieśniła uścisk rąk na jego szyi. Zadrżała, czując jego dłoń na swoim udzie. Zluzowała uścisk ud, by wpuścić go do środka. Tak mocno pragnęła jego dotyku. Z satysfakcją przyjęła fakt, że odgadł jej pragnienie. Odpłynęła w chwili, gdy jego dłoń dotknęła jej rozpalonej, wilgotnej, kobiecości.

Jęk rozkoszy wydobywający się z jej ust zagłuszył ciche kliknięcie wysuwającego się ostrza noża sprężynowego. Dopiero, gdy poczuła w podbrzuszu piekący ból rozdzieranego zimną stalą ciała, zrozumiała, że dzieje się źle. Chciała uciec, wyrwać się, lecz on trzymał ją mocno. Dopiero teraz w jego zimnych oczach dostrzegła emocje. Chorobliwe pożądanie i satysfakcję. Twarz jego jednak wciąż pozostała taka sama, bez wyrazu.

Gdy umierała, za jej plecami rozbrzmiało złowrogie pohukiwanie przyglądającej się im z gałęzi pobliskiego drzewa sowy.

5. Słodki kęs na finał…

Przychodziła do niego każdej nocy i trwało to już od wielu miesięcy. Pukanie do drzwi rozlegało się tuż po zmroku, wywołując niezmiennie przyjemny dreszcz w jego lędźwiach. Czuł się trochę nieswojo, gdy tak o tym wszystkim myślał, niczym zakochany małolat, ale i tak czekał na nią niecierpliwie przez resztę dnia, jakby od tego zależało jego życie. Chyba tak właśnie ją postrzegał. Od miesięcy bowiem żył tylko dla niej.

Znikała przed świtem, zostawiając go nagiego w chłodnej pościeli. Nigdy jej jeszcze nie odprowadził do drzwi, choć często zastanawiał się, dlaczego mu tego zabrania. Robił jednak wszystko, czego chciała i o co prosiła. Zaczynał tęsknić, gdy tylko nikła mu z oczu. By choć trochę zagłuszyć to uczucie, często wracał pamięcią do dnia ich pierwszego spotkania, kiedy to wszystko się zaczęło, lub do spędzonych wspólnie nocy. Stracił przez to pracę, gdyż nie mógł się skupić na swoich obowiązkach, ale to nie miało znaczenia. Znaczenie miała tylko ona.

Dziś też czekał na nią niecierpliwie. Miał już wszystko przygotowane. Zasunął ciężkie story wzbraniając dojścia światłu, rozpalił świece i kadzidełka. W wazonie na stoliku stał bukiet suszonych kwiatów. Było to dla niego zagadką, ale takie właśnie kochała. Mówiła, że w zasuszonych kwiatach czai się magia.

Niby jaka magia ma się kryć w kawałku zaschłego badyla? — Często się zastanawiał, ale nie śmiał pytać jej o coś tak mało znaczącego.

Gdy rozległo się długo oczekiwane pukanie, jak zwykle zareagował nerwowo. Zrzucił szlafrok i ruszył do drzwi starając się panować nad emocjami, których ucisk w klatce piersiowej odbierał mu oddech. Odezwało się też znane mu już i niezwykle przyjemne mrowienie w lędźwiach.

— Jesteś — przywitał ją, uśmiechając się szeroko na jej widok.

Nigdy dotąd nie spotkał piękniejszej istoty. Była wysoką kobietą, o sylwetce nie nazbyt szczupłej, czyli dokładnie takiej jak uwielbiał. Jej śliczną twarz, której delikatne rysy wydawały się być jak wyryte z marmuru, okalały bujnie opadające ku ramionom, włosy tak jasne, że aż prawie białe. Zawsze miała na sobie tę samą, śnieżnobiałą suknię, spod której w świetle świec prześwitywały jej piękne krągłości. Czasem miał wrażenie, że ma przed sobą ducha, ale to było tylko wrażenie. Może powodem było to, że jej skóra miała jasny, jakby nieco blady odcień.

Przekroczyła próg dostojnym krokiem, mierząc go swym elektryzującym spojrzeniem.

— Tak bardzo tęskniłem moja piękna — wyszeptał, chwytając ją w biodrach i przyciągając do siebie. Nie opierała się. Z cichym westchnieniem przylgnęła do jego gorącego, nagiego ciała.

— Czuję — odparła filuternie.

Zawstydziła go tym trochę, lecz szybko opanował to uczucie.

Nigdy nie tracili czasu. Ruszyli w stronę łóżka. W pełgającym blasku palących się świec, sięgnął ku jej ramionom i wsuwając dłonie pod miękki materiał ramiączek sukni, zsunął je delikatnie. Suknia opadła na podłogę wywołując dreszcz ciała, co okazała pożądliwym spojrzeniem. Stała teraz przed nim zupełnie naga, jej niewielkie piersi falowały rozkosznie, współgrając z oddechem.

Szybko przejęła inicjatywę. Pchnęła go na pościel pragnąć dosiąść. Zawsze tak zaczynali. Kochała tę pozycję bo dawała poczucie władzy. Czując jej miękkie ciało na swoim ciele, rozpłynął się w nieopisanej rozkoszy. Ich oddechy przyśpieszyły. Zakleszczył jej biodra w żelaznym uścisku swych silnych dłoni, napawając się ich miłosnym tańcem.

— Tak bardzo cię pragnę — wyszeptał, gdy przylgnęła do niego zmęczona.

— Wiem — odparła, wciąż jeszcze drżącym głosem.

— Doprowadzasz mnie do szaleństwa. — Wyrzucał z siebie koleje myśli. — Żyję tylko dla Ciebie.

Tym razem mu nie przerwała, jedynie słuchała.

— Wiesz, że chcę być tylko z Tobą. Jesteś całym moim istnieniem. — Kontynuował. — Moja dusza należy do ciebie, miłości moja.

— To też wiem. — Przykuła jego wzrok swoim spojrzeniem.

Przeszył go dreszcz, w jej ślicznych oczach dostrzegł bowiem złowrogi błysk, coś, czego nie widział dotychczas.

Przeszywający ból, w pierwszej kolejności pojawił się w piersi, by następnie rozpłynąć się po całym ciele. Szybko brał go w posiadanie. Wił się w opętańczym tańcu, starają cię ze wszystkich sił umknąć przeznaczeniu. Śmierć jednak sięgnęła już po niego, lodowate szpony kostuchy cięły go niczym sztylety. Coś mrocznego rwało jego duszę na strzępy.

Umierał mając świadomość obecności zimna przy sobie. Rozpłynęła się w powietrzu z chwilą, gdy wydawał ostatnie tchnienie.

6. Autsajder …

Czarny, niczym najciemniejsza z nocy, motocykl, toczył się nieśpiesznie szosą stanową, pokonując tego dnia już sześćset sześćdziesiąty kilometr. Gęstniejący zmrok zlał z maszyną przygarbioną postać Roba White’a. Autsajder kilka godzin wcześniej odłączył się od jednaj z grup motocyklowych, by samotnie wyruszyć na południe. Zrobił to, gdyż miał już dość tej bandy sukinsynów, którym wydawało się, że mogą nim pomiatać przy każdej okazji. Teraz, gdy był sam, natychmiast poczuł się znacznie lepiej. Po raz pierwszy od wielu miesięcy, uchwycił swój los jedynie we własne ręce.

Powinienem był zrobić to już dawno temu — pomyślał.

Teraz, gdy wreszcie podjął to ryzyko samotnej wędrówki, był przekonany, iż nigdy już więcej nie zwiąże się z żadną z grup.

Gdy minął kolejny już tego dnia znacznik kilometrowy, w świetle reflektora zamajaczyła tablica kierunkowa.

„Salem — 10 mil.”

Salem — zaśmiał się. — To Salem?

Znał z opowieści tylko jedno Salem. Jak się mógł spodziewać, nazwa poruszyła w nim nić wrodzonej ciekawości.

Czy w Salem wciąż mieszkają wiedźmy? — zaśmiał się

Nie zastanawiając się długo, skręcił w prowadzącą ku miastu drogę. Był w trasie już od wielu godzin, więc i tak potrzebował snu.


Miasto przywitało go ciszą. W ciemnościach dostrzegł jedynie kilka domów, rozrzuconych tu i tam, jakby przypadkowo. Tylko w jednym paliło się światło. Brzmienie silnika jego motocykla zmąciło panujący tu spokój. Zwolniwszy do minimalnej prędkości, czekał, czy przypadkiem jakiś narwany wieśniak nie wyskoczy zza płotu najbliższej z zagród, by za pomocą wideł rozprawić się ze sprawcą hałasu.

Na szczęście nic takiego się nie stało. Skierował zatem swój jednoślad ku jedynemu źródłu światła.

Wjeżdżając na podwórko spostrzegł, iż drzwi domu są uchylone.

— Dziwne — rzekł do samego siebie, zsiadając z motocykla.

Maszyna przechyliła się ciężko na jeden bok, po tym, jak rozłożył stopkę.

— Co najmniej, jakby ktoś mnie oczekiwał.

Rozglądając się uważnie, ruszył ku drzwiom.

— Halo! — zawołał raz, a potem drugi.

Odpowiedziała mu cisza. Ostrożnie przekroczył próg i wszedł do środka.

— Halo! — powtórzył zawołanie.

Ponownie nic. Zimny dreszcz przeszył jego zmęczone długą drogą ciało. Coś tu było wyraźnie nie tak.

— Jest tu kto! — Nie przestawał nawoływać.

Za każdym razem odpowiadało mu co najwyżej jego własne echo.

Powoli ruszył więc w głąb domu. Rozglądając się doszedł do wniosku, iż wnętrze nie wyróżnia się niczym specjalnym w porównaniu z tradycyjną amerykańską zabudową. Kuchnia po prawej, pokój gościnny po lewej, schody na górę i drzwi do kilku pokoi na piętrze.

Skoro dom jest pusty, to skąd światło?

Cóż, nie zamierzał dłużej nad tym debatować. Dopiero teraz, gdy zsiadł wreszcie z motocykla doszło do niego, jak bardzo jest zmęczony. Potrzebował snu i to jak najszybciej. Z dużą łatwością przekonał sam siebie, że tym co się wydarzy, gdy zjawi się właściciel domu, martwić się będzie kiedy to nastąpi. Wspiął się po schodach na piętro, kierując kroki ku najbliższej sypialni.


Dotyk ciała ocierającego się o jego ciało, wraz z rozbudzeniem, przyniósł mu niebotyczną rozkosz.

— Czy to sen? — wyszeptał, będąc przekonanym, iż pytanie to zadał jedynie jego zaspany umysł.

— Nie, to nie sen, przystojniaku… — Odpowiedzi udzielił mu dźwięczny, kobiecy głos.

— Jakiż on słodki! — Kolejny zaszczebiotał po lewej, a po prawej rozległ się burleskowy śmiech trzeciej z panien.

Otwarł oczy zaskoczony.

Kobieta, której ciężar czuł na sobie, zachichotała rozbawiona, przybliżając swoją twarz do jego twarzy. Jej rude loki opadły mu na policzki, powodując łaskotanie, podczas gdy jej usta wpiły się w niego z całą mocą pożądania.

— Witamy w Salem!

7. Dom luster …

— Krew… — Natknąwszy się na rdzawe ślady zaschniętej posoki, oblepiające gęstą siecią rozbryzgów ściany i podłogę tego starego domu, Sabina poczuła przyjemny dreszcz.

— Wszędzie krew. Jest jej tu tak wiele… — Ekscytowała się coraz bardziej.

Wydawało jej się nawet, że czuje unoszący się w powietrzu zapach posoki. Odebrała to jako czyste wrażenie, wywołane klimatem tego miejsca.

To zapewne zapach stęchlizny drewna — zaśmiała się z własnej wyobraźni.

Skrzypienie zbutwiałych desek pod jej stopami, dodatkowo pobudziło jej spragnione zmysły. Pojawiło się nawet to przyjemne mrowienie w podbrzuszu, którego już tak dawno nie czuła. Bezwiednie przykryła je dłonią. Przybierało na sile wraz z kolejnym krokiem, zbliżającym ją do serca domu. W pewnej chwili fala podniecenia stała się tak silna, że musiała oprzeć się o ścianę, by nie upaść. Zsunęła się do pozycji kucznej i wsunąwszy dłoń między uda, zacisnęła je mocno.

Z jej ust dobył się cichy jęk rozkoszy.

Kochała makabrę. Niewiele rzeczy potrafiło ją aż tak poruszyć. Gdy usłyszała o ów upiornym domu, szybko podjęła decyzję, iż musi tu przyjechać. Wybrała ku temu najlepszą swoim zdaniem porę. Zegar z wierzy kościelnej, niespełna kwadrans wcześniej wybił północ.

Dom, jak go opisywano, stał na odludziu, oddalony od najbliższych siedzib o około kilometr. Dwukondygnacyjna budowla stworzona była w całości z drewna. Wedle podań stał tu już od prawie trzystu lat. Grube, drewniane bele zostały mocno naruszone przez czas, efektem czego dom przechylił się lekko na bok, rysując się w ciemnościach sylwetką starca. Okna dawno pozbawione szyb straszyły mroczną pustką. Wiatr, nawet najmniejszy, rozbudzał monstrum, którego pełne protestu trzeszczenie niosło się po polach upiornym krzykiem.

We wnętrzu panowały niemalże grobowe ciemności, rozpraszane jedynie nikłym światłem gwiazd i księżyca w pełni, które lękliwie wlewało się szczelinami w balach i otworami okien. Drewniane ściany zdawały się trwać w ciągłym ruchu, nie przestając zgrzytać i pojękiwać. Do tego te lustra, których było tu tak wiele. Przed jednym z nich zatrzymała się Sabina. Olbrzymie zwierciadło tuż przed nią, drżącym odbiciem księżycowego blasku, niezdarnie rysowało skuloną postać.

Przyjrzała się sobie uważnie. Nie uważała siebie za piękność. Znała wiele piękniejszych od siebie kobiet. W zasadzie, jakby tak na to spojrzeć, nie znała żadnej brzydszej. Nie była jednak względem siebie nadmiernie krytyczna. Uważała jedynie, że mogłaby być nieco chudsza i wyższa. Pod obcisłym strojem wyraźnie rysowały się wałeczki tłuszczu, zarówno na brzuchu, jak i na żebrach, efekt niezdrowej diety i nadmiaru alkoholu.

Tak… piła i to wiele. Ślady nałogu kładły się cieniem na jej twarzy. Podkrążone oczy i ziemista skóra, mogły być w odbiorze innych odpychającymi. Uczucia zawodu i winy wyparła z siebie już dawno temu. Teraz wręcz zakochała się w sobie.

Gdy ucisk w podbrzuszu zelżał, zaśmiała się, rozbawiona całą tą sytuacją.

— Jakież to prymitywne … — skarciła się.

— Jakież to prymitywne! — Upiorny szept powtórzył jej słowa.

Zadrżała, zaskoczona. Zimny dreszcz przeszył jej ciało. Poczuła się dziwnie, gdyż nagły strach pobudził w niej również inne zmysły. Ta część jej, której żywiołem był lęk, odwzajemniała się nagłym nawrotem podniecenia. Wrażenie to okazało się nad wyraz silne, silniejsze niż to poprzednie. Opadła na kolana zaskoczona własną reakcją. Przerażony umysł ponownie rozpalił ciało piekącym pożądaniem. Narastające pulsowanie między udami stało się wręcz nieznośne. Czuła jak traci nad sobą panowanie.

Lustrzane odbicie, wijące się w spazmach rozkoszy, przyglądało jej się z nieskrywanym pragnieniem w zlęknionych źrenicach.

— To tylko wyobraźnia — Podjęła rozpaczliwą próbę opanowania emocji.

Odpowiedział jej śmiech.

— Po co tu przyszłaś? — Ponownie rozległ się złowrogi szept.

— Kim jesteś? — spytała drżącym głosem.

— Zginiesz! — Groźba narosła w jej umyśle falą przerażenia. — Zginiesz! — Upiorny wrzask poruszył całym domem.

Przeraźliwy zgrzyt maltretowanego drewna poniósł się w mrok.

Dźwięk ten ocucił jej zamroczony umysł. Prymitywne przerażenie zwyciężyło batalię z chorobliwą fascynacją tym co obecnie miało miejsce. Rozsądek przebił się przez pożądanie, zmuszając ją do jednej, słusznej czynności. Zerwała się z podłogi i ruszyła biegiem ku wyjściu, czując, że to ostatnia szansa, by wydostać się z domu żywą. Starała się biec tak szybko, jak tylko mogła, lecz korytarz wydawał się nie mieć końca. Mijała kolejne lustra, pokoje.

Kręcę się w kółko — Zauważyła zrozpaczona w chwili, gdy po raz kolejny mijała to samo zwierciadło, przed którym klęczała.

Ścigający ją szept powtórzył śmiertelną groźbę.

— Zginiesz!

Odpowiedziała mu przeraźliwym piskiem, zrodzonym z paniki. Choć ta starała się ją pochłonąć, zatrzymać, nie zwolniła kroku.

Skręciła w korytarz, który wydawał jej się znajomy.

— Wyjście! — Dostrzegła ratunek i natychmiast przyspieszyła.

— Tak długo czekałem! — otaczający ją mrok zgęstniał nagle, przywdziewając widmową postać. — Nie pozwolę ci odejść!

Była już tak blisko, gdy zastąpił jej drogę.

— Nie!

Przeraźliwy wrzask paniki poniósł się po muskanych wiatrem łąkach, niknąc pośród drzew pobliskiego lasu.

Świeża krew zbrukała spragnione ściany starego domostwa.

8. Klaun

Gdyby przyjrzeć mu się uważniej, miało się wrażenie, iż jego oczy są jak dwa wielkie spodki. Czarne i bezdenne. Efekt ten był zasługą makijażu, którego gruba warstwa pokrywała całą jego twarz. Biel, czerń i czerwień splecione ze sobą pajęczyną wzorów, tworzyły upiorną maskę.

Klaun wirował wraz z grupką kilkorga rozbawionych dzieci, człapiąc zabawnie, jak kaczka. Uchwycił za obie ręce małą dziewczynkę i stroił do niej głupkowate miny. Czapka na jego głowie, zdobiona wielkim czerwonym pomponem i dzwoneczkami, podzwaniała radośnie przy każdym pląsie trefnisia. Mała dusiła się ze śmiechu, a wtórowała jej reszta ferajny.

Małgorzata przyglądała im się podekscytowana, Katarzyna natomiast uciekała wzrokiem w bok, czując na plecach niemiły dreszcz lęku. Od dziecka klauni wywoływali w niej ten nieprzyjemny stan, coś na pograniczu strachu i fascynacji. Piekielna mieszanka, która poruszała nici jej emocji w sposób, za którym nie szczególnie tęskniła. Jakby tego było mało, to jeszcze to upiorne miejsce. Miasto strachu.

Kto mógł wpaść na tak okropną nazwę? — zastanawiała się.

Cały park zbudowany był z myślą o ludziach, dla których groza była elementem rozrywki. Wzdłuż szutrowej ulicy postawiono tuzin chylących się ku ziemi domostw, nawiedzonych przez rzekome duchy, w których działy się dziwne i szokujące rzeczy. Tu i tam rozstawiono stanowiska z narzędziami tortur, o których można było sobie poczytać, a nawet niektóre wypróbować na sobie, była tez grota strachu i gabinety luster. Mnóstwo atrakcji i wśród nich tysiące przerażonych turystów. Jedną z głównym atrakcji był cyrk.

Stary cyrkowy namiot górował nad miasteczkiem, rzucając na ulicę swój cień. Wokół niego stało rozbitych kilka mniejszych namiotów, a nieco na uboczu ustawiono tuzin, równie starych jak całe to miejsce, powozów ekipy.

Pośród nich tańczył klaun.

— Jest okropny — wyszeptała, zlękniona Katarzyna. — Spójrz na te jego oczy.

Magda zaśmiała się rozbawiona.

— Weź, przestań! — Objęła ją uspakajającym gestem. — Jest słodki! — zaszczebiotała. — Spójrz na te jego śmieszne buty!

— Jest okropny — zaprzeczyła przyjaciółka.

Katarzynie nie było do śmiechu. Im dłużej znajdowała się w pobliżu klauna, tym bardziej narastał w niej strach.

— Chodźmy stąd — poprosiła, odwracając się plecami do placu z wozami.

— Wiesz… — Magda kontynuowała, nieoczekiwanie odkrywając przed przyjaciółką swoje frywolne fantazje. — Zawsze chciałam zrobić to z klaunem. Wyobraź sobie… Te jego wielkie buty i ten czerwony nos. Ma takie seksowne policzki i wielkie usta. Aż mnie swędzi między udami, jak tak sobie to wyobrażę. Zdarłabym z niego te kolorowe ciuszki, a potem mógłby mnie wziąć na stole magika, albo na magicznej skrzyni, albo…

— Nawet nie chcę tego słuchać! — Katarzyna drżała na całym ciele, czując potęgujący się lęk.

Nie musiała nawet patrzeć na trefnisia, gdyż jego wyobrażenie stało przed jej oczyma, niczym żywa postać

— Możemy już iść!? — ponagliła przyjaciółkę.

Ta jednak niespodzianie obróciła się na pięcie, ruszając nie do wyjścia, lecz w zupełnie przeciwnym kierunku.

— A gdzie jest nasz wesoły przyjaciel!? — zawołała zdziwiona.

— Słucham? — Zdziwienie udzieliło się także Katarzynie, która przemogła strach, by spojrzeć za siebie przez ramię.

Uświadomiła sobie nagle, że nie słyszy dźwięków dzwoneczków już od pewnego czasu. Rzeczywiście. Zarówno klaun, jak i gromada dzieci, wydawałoby się, wyparowali. Nim do końca połapała się w sytuacji, także przyjaciółka zniknęła jej z oczu, wbiegając pomiędzy rozstawione powozy.


Magdalena, pchana jakąś bliżej nieokreśloną, wewnętrzną siłą, zostawiwszy przyjaciółkę daleko w tyle, ruszyła wąskim szpalerem utworzonym z kabin i kół powozów ekipy cyrku, w poszukiwaniu swej upragnionej zdobyczy. Postanowiła zrealizować swoje skryte pragnienie, tu i teraz. Jej ciało płonęło z pożądania.

— Gdzie jesteś mój piękny?! — zawołała, lecz odpowiedziała jej jedynie cisza.

Jak to możliwe? — naszła ją niepokojąca myśl. — Jak można zniknąć tak nagle. Przecież nie mógł ot tak rozpłynąć się w powietrzu.

I nie rozpłynął się… — Uśmiechnęła się szczęśliwa, widząc go przed sobą, w odległości może stu kroków.

Kierował się ku wejściu do dużego, czerwonego namiotu, którego płótno poznaczone było wielkimi, brązowymi łatami. Gdy go zawołała, zatrzymał się i zerknął w jej kierunku. Dzwoneczki przy jego czapce zadzwoniły radośnie. Odniosła wrażenie, że się uśmiechnął, po czym zniknął za płótnem wejścia.

Przyśpieszyła kroku.

— Zaczekaj! — wołała, lecz bez rezultatu.

Oddychając ciężko, dopadła story i weszła do namiotu. Gdy spowił ja mrok, poczuła dreszcz leku, ale i pożądania.


Musiała przywyknąć do ciemności. Stała sama na środku namiotu, a serce waliło w jej piersi niczym młotem w kowadło.

— Gdzie się schowałeś!? — zakrzyknęła drżącym od emocji głosem.

Zagracone wnętrze namiotu przywodziło na myśl scenerię z horroru. Wypełniały je skrzynie, stoły, rozwieszone tu i ówdzie płachty materiału, a najgorszymi były gipsowe figury, których sylwetki upiornie majaczyły w ciemnościach. Na ich widok Magdzie przeszedł dreszcz po plecach.

— Przestań proszę! — nie przestawała nawoływać. — Chcesz mnie przestraszyć!?

Zza jej pleców doszedł ją szmer, a następnie…

— Bu!

Koniec darmowego fragmentu książki.

Zachęcamy do zakupu pełnej wersji.