Król Kier - Aleksandra Polak

Król Kier

0,0

Nocni Łowcy, Supernatural, Caraval - brzmi znajomo?
Sięgnij po serię Circus Lumos i daj się oczarować!


Alicja jest w ostatniej klasie liceum, do tej pory jej życie przebiegało spokojnie, by nie powiedzieć, że nudno. Jednak los bywa przewrotny, a seria nieprzewidzianych zdarzeń rzuca ją na głęboką wodę magii i miłości. Kiedy poznaje Hadriana z Circus Lumos, wie, że nic nie będzie takie jak dawniej.

Demony atakują waszą duszę, niszczą was od wewnątrz. Budują w ludziach zło i tak zakorzeniają się w świecie. Im więcej w ludziach ciemności, tym ciemniejszy robi się świat. Im bardziej się im poddajecie, tym są silniejsze. Pokonać je można tylko swoją własną światłością. Sercem.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
5669.jpg

 

 

5790.jpg

 

 

Copyright © Aleksandra Polak, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

 

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Sylwia Ciuła

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Klaudia Kumala

Projekt graficzny okładki i stron tytułowych: FecitStudio

Fotografia na okładce: © Serge Aubert| fotolia.com

© aquariagirl1970 | fotolia.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2017

 

eISBN 978-83-7976-760-1

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

odłamałam gałąź miłości

umarłą pochowałam w ziemi

i spójrz

mój ogród rozkwitł

 

nie można zabić miłości

 

Halina Poświatowska,

Odłamałam gałąź miłości

 

 

 

Cud zdarza się tylko raz, a gdy się objawia, przemawia językiem tajemnic, które ujawniwszy się, giną na zawsze.

 

Carlos Ruiz Zafon,

Cień wiatru

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla każdego, kto dostrzega neony magii

wypełniające czarne kontury świata

 

5795.jpg

 

 

 

 

Chcę krzyczeć, ale każdy dźwięk utyka mi w gardle. Całe moje ciało pochłonęła pustka. Boli mnie bicie serca, bolą nawet myśli przelatujące w nieładzie po mojej głowie. Na świecie została tylko ciemność i pożarła wszystkie pytania i wszystkie odpowiedzi.

Gdzie jesteś? Te dwa słowa odbijają się w mojej duszy, a świat za oknem jest jedynie odbiciem świata, który jeszcze niedawno przemierzaliśmy razem. Nasze wspólne chwile rozpłynęły się w czasie jak cukier rozpuszcza się w herbacie, którą piję tylko po to, by zagłuszyć uporczywe kłucie w żołądku. Wcześniej, gdy czytałam piękne romanse albo oglądałam filmy o miłości, prawdziwej miłości, która pochłania cię całą, za którą jesteś w stanie oddać wszystko, byłam zauroczona. Ale prawdziwa miłość jest inna. Jest dzika, surowa, i choć ogólnie jest do bani, muszę przyznać, że rzeczywiście zaskoczyła mnie swoim wyjątkowym pięknem. Dlatego gdy wyszedłeś z mojego domu mahoniowymi drzwiami, tymi tylnymi, od kuchni, rzucając mi ostatnie spojrzenie, moje serce wyszło razem z tobą. Zabrałeś je w kieszeni swoich podziurawionych spodni, a leniwe promienie zachodzącego słońca tańczyły na twoich włosach. Jeszcze kilka tygodni wcześniej nadawałeś mi kształt swoim dotykiem, pokazałeś, że nie jestem abstrakcją. Rysowałeś moje policzki swoimi palcami, wyrzeźbiłeś moje oczy delikatnymi pocałunkami, a ja poczułam, że dusza ma kształt.

Teraz jestem tu sama, leżę w łóżku pod grubym kocem i słucham rockowych kawałków. Łudzę się, że chociaż trochę pobudzą mnie do życia. Szukam w sobie nadziei na to, że wrócisz. Wszystkie kolorowe czasopisma na półce obok krzyczą, że powinnam być silna, iść przez życie zdecydowanym krokiem, a jak jakiś facet mnie zrani, to doskonale poradzę sobie bez niego. Ale my byliśmy inni. Wiem, że ty też cierpisz. Dlatego wierzę. Bez tej wiary, bez ciebie, czuję, że jestem bezkształtna.

 

8152.jpg

 

1

 

 

Piątek, dwudziesty stycznia. To była jedna z najważniejszych dat w moim kalendarzu, dzień, którego wyczekiwałam od samego początku roku szkolnego. W głowie już dawno ułożyłam perfekcyjny plan tego wieczoru i nic nie mogło mnie zaskoczyć. Przewidziałam nawet interwencję policji, jeśli sprawy wymkną się spod kontroli. „Panie władzo, to wyjątkowy dzień! Zdarza się raz w życiu! Może pan dołączyć, zapraszamy wszystkich!”

Studniówka. Musiało być wystrzałowo. Nie przewidywałam innej opcji.

Tę magiczną historię, która zaskoczyła mnie swoim blaskiem wśród ciemnych barw codzienności, opowiem, zaczynając od szesnastego dnia stycznia, kiedy do studniówki zostały cztery dni. To właśnie wtedy moje życie zaczęło przypominać jazdę rozpędzonym rollercoasterem. Przez osiemnaście lat wjeżdżałam na szczyt kolejki wolnym, wręcz leniwym tempem. Siedziałam wygodnie i obserwowałam widoki, aż w końcu mój wagonik potoczył się w dół, przybierając zabójczą prędkość.

W poniedziałek lekcje ciągnęły się w nieskończoność, ale gdy do końca szkolnego dnia pozostało już tylko czterdzieści pięć minut fizyki, od razu poprawił mi się humor. Podczas przerwy zaplatałam warkocz w szkolnej toalecie i kiedy uśmiechnęłam się do lustra, dziewczyna przy drugiej umywalce rzuciła mi miażdżące spojrzenie. Dobrze, że do siebie nie gadałam. Zaraz rozniosłaby się plotka, że Alicja Heber z trzeciej klasy w toalecie zachowuje się jak świrnięta.

Tak, szkoła była istną dżunglą. Ale po dwóch burzliwych latach w końcu opanowałam licealny survival i znalazłam swoje miejsce na szerokich korytarzach niczym malutkie zwierzątko, które bez słowa sprzeciwu musi zaakceptować bezlitosną hierarchię życia w dżungli.

Wyszłam z łazienki, otrzepując ręce z wody, i złapałam spojrzenie kilku chłopaków z kółka informatycznego. Siedzieli na końcu korytarza, żywo o czymś dyskutując. Spuściłam wzrok i szybko przeszłam dalej. Nic do nich nie miałam, ale nie byli, jakby to ująć… najlepszymi ciachami. Średnio towarzyscy, trzymali się razem i dzielnie podtrzymywali stereotyp informatyka ubranego w sweterek w romby. Nosili okulary grubsze od kuloodpornej szyby i to oni zajmowali najniższą pozycję w licealnej dżungli. Kiedy inne dzieciaki im dokuczały, nie odpowiadali. Gdy ktoś ich popychał, uciekali w grupce do męskiej łazienki i nie wychodzili z niej przez kilka lekcji. Na WF-ie często zamieniali się w worki treningowe szkolnych mięśniaków, z kolei na imprezach… Ach, racja, na imprezach raczej nie bywali.

Kolejne miejsce w licealnej piramidzie zajmowały te zwykłe dzieciaki w trampkach, rozciągniętych bluzach, z wytartymi plecakami pełnymi zeszytów i głowami ciężkimi od nastoletnich zmartwień. Podczas przerw przedstawiciele tej licznej grupy przesiadywali w bufecie, odrabiali razem lekcje i wymieniali się licealnymi plotkami. Należałam do nich również ja.

W szkolnym korytarzu oślepił mnie blask złotej biżuterii. Gwiazda naszego liceum, Maja, oraz grupa jej wiernych naśladowczyń, wszystkie w tlenionych włosach, obcisłych bluzkach, krótkich spódniczkach, błyszczących naszyjnikach, z przesadnie długimi paznokciami, kroczyły po korytarzu jak po wybiegu. Maja pełniła funkcję ich przywódczyni oraz guru z niezłym tupetem jak na osiemnastolatkę. Uwikłana w niejeden szkolny skandal, miała na koncie romanse nawet z nauczycielami. Codziennie narzekała na swój ciężki los – kurs prawa jazdy był za trudny, a w garażu już czekał na nią nowiutki różowy mercedes. Ponadto jej garderoba (większa niż cały mój pokój) tonęła w ciuchach z poprzedniego sezonu.

Różowa Armia, bo tak je nazywaliśmy, znajdowała się na szczycie naszej uczniowskiej hierarchii. Samozwańcze miss, to one decydowały, co jest fajne, kto jest cool, a kto skończy na słynnej liście szkolnych nieudaczników w zeszycie do angielskiego Mai. Pewnego razu Patryk, chłopak należący do kółka informatyków, szaleńczo zakochał się w przyjaciółce Mai, Klaudii. Stworzył dla niej stronę internetową i udekorował ją serduszkami oraz posklejanymi obrazkami, na których umieścił ich razem w bardzo nieprzyzwoitych sytuacjach.

– Moja miłość do ciebie jest tak wielka jak cały język komend HTML! – wyznał i przez następne pół roku nie mógł spokojnie wejść do szkoły.

Udało mi się wyminąć różową elitę naszego liceum, jednak kilka kroków dalej prawie upadłam na zimne kafelki. Moja noga zaplątała się w plecak rzucony na sam środek korytarza. Należał do Krystiana, chłopaka z drugiej klasy, który kilka kroków dalej obściskiwał się z gimnazjalistką. Byli do siebie wręcz przyssani, ich szeroko otwarte usta agresywnie się atakowały, a do moich uszu dochodziło tylko obleśne mlaskanie. Codziennie spotykałam zakochane parki ukrywające się po kątach i za każdym razem niezmiernie mnie irytowały. Do nich nie przyzwyczaiłabym się nawet po dziesięciu latach w murach liceum.

Wzdrygnęłam się na myśl o dziesięciu latach w liceum i popędziłam kamiennymi schodami w dół do szatni. Maks, mój chłopak, czekał na mnie przy szafkach. Chodziliśmy ze sobą już od dziesięciu miesięcy, po tym jak Maks w końcu odważył się zagadać do mnie na grillu zorganizowanym z okazji trzydziestolecia naszej szkoły. Słońce i beztroska atmosfera, oczywiście pod okiem dyrekcji (by przypadkiem nie zrobiła się zbyt beztroska), pomogły mu zebrać się na odwagę. Wyznał, że bardzo mu się spodobałam. Spytał też, czy nie chciałabym wybrać się z nim do kina. Wokół ust rozmazał mu się ketchup i wyglądał przekomicznie. Długo patrzyłam na niego w szoku, bez słowa odpowiedzi. Gdy Maks zaczął się lekko trząść z nerwów, a na jego policzki wstąpił bordowy rumieniec, wystrzeliłam pierwszą rzecz, która przyszła mi na myśl:

– Jesteś brudny!

Głośno się roześmiałam, a Maks wytarł brodę rękawem. To pomogło nam przełamać pierwsze lody. Przegadaliśmy całą imprezę, a miesiąc później chodziliśmy już za rękę. Czterdzieści trzy dni po wyznaniu przy grillu w końcu mnie pocałował i był to mój pierwszy pocałunek. Siedzieliśmy na ławce w parku i Maks spisywał pracę domową z matmy, jednak zamiast wyliczyć, jaką wartość w równaniu przyjmuje niewiadoma, poczuł ogromną chęć sprawdzenia, jaki smak ma błyszczyk na moich ustach.

W szkolnej hierarchii Maks zajmował bezpieczną pozycję. Grał w drużynie koszykarskiej, był wysportowany i inteligentny, ale przygotowywanie się do sprawdzianów czy odrabianie prac domowych nie leżały w kręgu spraw, którymi zawracał sobie głowę. Miał brązowe włosy, był wysoki i choć nie ubierał się jak model prezentujący męską kolekcję Calvina Kleina, to przynajmniej nie nosił sweterków w romby. Ceniłam w nim to, że zawsze mogłam na niego liczyć i lubił mnie bez żadnego „ale”. Niestety tylko przez te dziesięć miesięcy.

A jaka byłam wtedy ja? Powiedziałabym, że całkiem przeciętna. Miałam długie włosy pofarbowane na perłowy blond, który mocno kontrastował z moimi piwnymi oczami. W drugiej klasie liceum przestałam rosnąć i zatrzymałam się na solidnym metrze sześćdziesiąt dziewięć. Moje ciało przybrało przeciętną dla osiemnastolatki wagę i, w mojej skromnej opinii, wyglądałam jak najzwyczajniejsza licealistka pod słońcem.

Lubiłam wygodne ubrania, ale od czasu do czasu chętnie się stroiłam i malowałam paznokcie najbardziej różowym lakierem, jaki tylko dostałam w drogerii. Miewałam również takie dni, gdy najlepiej czułam się w czarnych spodniach, pasku nabijanym ćwiekami i luźnej koszulce z portretem Kurta Cobaina.

– Jaką masz teraz lekcję? – spytał Maks, opierając się o szafki.

– Fizykę. Muszę już lecieć, widzimy się po lekcjach?

Pokiwał głową, a ja biegłam schodami na górę, oglądając się przez ramię. Na usta wszedł mi szeroki uśmiech. Maks – sportowiec, fantastyczny chłopak. Mój chłopak.

Do studniówki sprawy w szkole układały się naprawdę dobrze. Miałam świetnego chłopaka, trochę mniej świetne oceny, ale dokładałam wszelkich starań, żeby do matury zmienić się w osiemnastoletniego geniusza. Póki nie groziło mi miejsce na liście nieudaczników Różowej Armii nic nie było w stanie zepsuć mi humoru.

Wleciałam do klasy niczym tornado i stanęłam w drzwiach jak wryta. Nasz nauczyciel fizyki, pan Epstein (nazywaliśmy go Einsteinem) chyba pierwszy raz w swojej karierze nie przyszedł do klasy na minutę przed dzwonkiem, by czekać na spóźnialskich i zaznaczać im minusy w dzienniku. Nieważne jaką miałeś wymówkę – złamałeś sobie nogę czy zaatakowali cię terroryści – nawet jednosekundowe spóźnienie oznaczało wielki, czerwony minus.

Łapczywie łapiąc oddech, podeszłam do ławki, którą dzieliłam z moją najlepszą przyjaciółką. Julię poznałam w wieku trzech lat na osiedlowym placu zabaw. Każdego dnia po przedszkolu dzieliłyśmy plastikowe wiaderka w piaskownicy i szybko się zaprzyjaźniłyśmy. Byłyśmy w tym samym wieku, jednak podstawówkę i gimnazjum spędziłyśmy w osobnych szkołach i dopiero do liceum poszłyśmy razem.

Zawsze zazdrościłam Julii pogody ducha i wiecznego optymizmu – niczym się nie przejmowała, z jej ust nie schodził uśmiech. Zazdrościłam jej też gęstych, czarnych włosów i urody godnej gwiazdy Hollywood. Julia potrafiła zauroczyć praktycznie każdego i jej czar podziałał chyba również na mnie te kilkanaście lat wcześniej. Była dla mnie jak siostra i zawsze trzymałyśmy się razem, złączone nierozerwalną nicią.

– Einstein się spóźnia? Koniec świata… – powiedziałam, rzucając plecak na ławkę.

– Może mózg mu się przegrzał albo dowiedział się, że nie wszyscy zdajemy maturę z fizyki.

– O tak, pewnie myślał, że cały świat zdaje maturę z fizyki.

– Przecież to takie banalne! – powiedziała Julia, naśladując naszego nauczyciela, który akurat wmaszerował do klasy dziarskim krokiem. – Ups… – szepnęła, kiedy rzucił jej karcące spojrzenie.

– Jestem zmuszony wam przypomnieć, że już za niecałe cztery miesiące przystąpicie do egzaminu dojrzałości z fizyki. Powinniście być dumni, że jesteście częścią tej elitarnej grupy, która dostąpi zaszczytu wgłębienia się w największe tajniki nauki rządzącej całym światem…

– Chyba jednak nikt mu jeszcze nie powiedział – szepnęła Julia i wymieniłyśmy porozumiewawcze uśmiechy.

Na szczycie szkolnej piramidy siedzieli ściśnięci w biurkach nauczyciele. Rządzili nami, pomiatali na wszystkie strony i dręczyli pięćdziesięcioma zadaniami domowymi dziennie. Na słowo matura reagowaliśmy już jak byki na czerwoną płachtę i każdy tylko odliczał dni do końca tej udręki. Ale byłam pewna, że gdy już odbiorę dyplom i usiądę w pokoju, wolna od cierpień, zrobi mi się trochę smutno. Zatęsknię za szkolną atmosferą i za wszystkimi uczniami. Jednym słowem za młodzieńczą beztroską. Szczególnie, że nie miałam zielonego pojęcia, którą drogą pójść dalej, gdy licealny szlak dobiegnie końca.

Julia przysunęła się bliżej mnie. Nachyliła się i dała mi znać, żebym też zniżyła głowę. Był tylko jeden taki temat, który nie mógł poczekać do przerwy. Chłopcy.

– Kojarzysz tego nowego ucznia na profilu ekonomicznym? Przeprowadził się do nas z Indii.

– Tak, tak, Maks się z nim kumpluje.

– Nazywa się Amir! Mieszkał tutaj od urodzenia i na kilka lat wyprowadził się do Indii, żeby dokładnie poznać swój rodzinny kraj. Teraz wrócił już na stałe i zostaje w naszym liceum. Jest taki miły… I przystojny!

– A ty skąd już tyle o nim wiesz?

– Wczoraj go poznałam! Tylko tak się dziwnie roześmiał, kiedy gadaliśmy…

– A o czym rozmawialiście?

– Zapytałam, jak mu się żyło w Indiach, a potem powiedziałam, że zawsze uwielbiałam kulturę Indian. Te polowania i pióropusze. Ekscytujące!

Zachichotałam pod nosem, a Julia pokręciła głową z niedowierzaniem i przez całą fizykę gryzmoliła w zeszycie. Dopiero na przerwie, po czterdziestu pięciu minutach najnudniejszego na świecie rozprawiania o sile sprężystości, mogłam wyjaśnić jej różnicę między Indianami a Hindusami i zadowolona popędziła do Amira. Wyszli ze szkoły pod rękę, wesoło rozmawiając. Pomachałam im na pożegnanie i zaczęłam rozglądać się za moim Romeo.

To była trzecia, ostatnia klasa liceum. Uczyłam się z Julią na profilu matematyczno-fizycznym, natomiast Maks wybrał profil ekonomiczny. Przyszły pan ekonom bardziej interesował się jednak koszykówką niż giełdą lub gospodarką i często żartowałam, że po ukończeniu liceum zamieni się w LeBrona Jamesa, tylko po meczu z Miami Heat wskoczy w elegancki garnitur i popędzi na Wall Street.

– Jestem! – W końcu pojawił się w szatni i pocałował mnie w policzek. – Przetrzymali nas trochę na matmie. Możemy jechać.

Maks zawsze odwoził mnie do domu i czasami nawet pozwalał mi prowadzić. Akurat miesiąc wcześniej uporałam się z egzaminem na prawo jazdy, co cała moja rodzina przyjęła zgodnym okrzykiem przerażenia. Zupełnie nie rozumiałam ich obaw. Na jazdach próbnych szło mi całkiem nieźle, pomijając jedną stłuczkę, ale nie zdarzyła się z mojej winy, przysięgam. Tata powtarzał, że skoro potrafię wejść w kałużę na suchej drodze, to aż boi się pomyśleć, co mogę zrobić za kółkiem. Ja jednak byłam dużo bardziej optymistycznie nastawiona do prowadzenia auta i z nowiutkim prawkiem w ręku czułam się jak najlepszy kierowca rajdowy. Od czasu do czasu wjeżdżałam na zły pas, niekiedy trąbiły na mnie wszystkie samochody na drodze, ale któremu początkującemu kierowcy się to nie zdarzyło?

Na szczęście Maks też tak uważał i ze stoickim spokojem oddawał mi kluczyki do swojego opla. Czasami w aucie zacinała się skrzynia biegów, a linka od hamulca ręcznego urywała się średnio pięć razy w miesiącu (Maks prowadził specjalny wykres na telefonie), ale nie mogłam narzekać. Podczas gdy reszta klasy tłukła się w autobusie, my rozsiadaliśmy się w fotelach i włączaliśmy radio na sto procent głośności.

Tego dnia to Maks prowadził. Mocno nacisnął gaz i po chwili byliśmy już na głównej drodze, zmierzając prosto do mojego domu. Mijaliśmy malownicze kamieniczki i małe sklepiki ukryte pod baldachimem pięknych ornamentów na starych fasadach. Z kominów buchał szary dym, zlewając się kolorem z ołowianymi chmurami. Ludzie przedzierali się przez wysokie zaspy, a bezpańskie koty świeciły oczami zza śmietników.

Uwielbiałam moje miasto. Gdańsk miał niepowtarzalny klimat urokliwego miasteczka wyrwanego prosto ze starych opowieści i legend. Latem miasto zamieniało się w najwspanialszy turystyczny kurort, jednak gdy na niebie pojawiały się gęste, jesienne obłoki, kamienne gobliny otulały miejskie kamienice gotyckim cieniem. Tamtej zimy, spacerując malowniczymi uliczkami, często nachodziło mnie uczucie, że tuż za rogiem, w następnym zaułku wyłożonym kostką brukową, ukrywa się jakieś mityczne stworzenie lub tajemniczy przybysz z dalekich krain, ktoś, kto pod osłoną zmierzchu zabierze mnie do królestwa baśni. I rzeczywiście tak było, jednak droga do jego świata była tak wyboista jak te brukowane uliczki.

– Chcesz wejść? – zapytałam, gdy Maks zaparkował pod moją bramą. – Mamy dziś pieczeń na obiad.

– Nie, nie, jadę do siebie. Obiecałem mamie, że pomogę jej naprawić pralkę. Może wpadnę wieczorem na telewizję?

– Super! Będę czekać! – powiedziałam i wysiadłam z samochodu, wpadając po kolana w wielką zaspę śniegu. Przedarłam się przez zaśnieżoną ulicę i podwórko, a gdy tylko postawiłam pierwszy krok w przedpokoju, z kuchni dotarł do mnie zdenerwowany głos mamy.

– Tyle razy ci powtarzam, przestań się wtrącać do mojego gotowania! Czy ja ci się wtrącam pod maskę samochodu? Albo do rachunków w pracy? No właśnie!

Odkąd pamiętam, moja rodzina była dość osobliwa. Mama i tata zawsze bardzo lubili sobie dopiekać i podejrzewałam, że przekomarzanie się jest ich hobby. Rodzinne kłótnie bardziej mnie śmieszyły, niż martwiły, i nawet pomimo codziennych, małych problemów (bo kto ich nie ma?) naprawdę lubiłam mój dom. Z mamą mogłam o wszystkim porozmawiać i zawsze wychodziła z zaskakująco prostą i genialną poradą, a gdy tylko robiło mi się smutno, tata czekał w pełnej gotowości do rozegrania rozweselającej rundy domino.

Przywitałam się z rodzicami i pobiegłam na pierwsze piętro, gdzie znajdował się mój pokój. To był mój azyl i moja forteca, która oddzielała mnie od wszystkich życiowych problemów. Codziennie po szkole rzucałam się na wielkie łóżko i leżałam bez ruchu przez kilka minut, regenerując siły po kolejnym dniu walki o bezpieczną pozycję w szkolnej dżungli. Ten poniedziałek nie był wyjątkiem. Oczy lekko mroczył mi sen, jednak w przypływie supernaturalnej mocy, zwanej również wilczym apetytem, zebrałam siły, by zejść do salonu.

Mama zamaszystym ruchem zaserwowała pieczeń. Lubiła udawać szefa kuchni, wyobrażając sobie, że bierze udział w kulinarnym programie telewizyjnym. Gotowanie było jej pasją, pracowała jako psycholog w miejskim szpitalu. Codziennie serwowała nam prezydencki obiad i królewski podwieczorek, a ja nie mogłam wyjść z podziwu, że ma siłę przyrządzać takie dania po dziesięciu godzinach wysłuchiwania pacjentów.

– Zostaw coś dla innych – powiedziała, kiedy sięgnęłam po dokładkę.

– Ale wy już zjedliście!

– Będziemy mieli gości – oznajmił tata.

Rodziców często odwiedzali goście, więc niespecjalnie zdziwiła mnie ta informacja. To mama była szczególnie rozrywkowa, tata mniej, ale po tylu latach razem zdążył się już przyzwyczaić do jej bardzo towarzyskiego trybu życia.

– Przyjeżdżają dziś do nas wujek i ciocia z Adamem i Oskarem.

Prawie zakrztusiłam się kawałkiem mięsa. Adam i Oskar. Moi kuzyni, bliźniacy. To nie były dzieci, to były diabły, które bez najmniejszych wyrzutów sumienia wciskały mi gumę do żucia w warkocze. Ich największym popisem było związanie moich butów sznurówkami podczas kolacji bożonarodzeniowej. Wstając, straciłam równowagę i zanurkowałam twarzą w miskę pełną pierogów. W oczach wujka i cioci zachowywali się jak dwa małe aniołki. Moim zdaniem okropny charakter odziedziczyli po swojej matce, dalekiej kuzynce mojego taty. Podnoszenie głosu było jej hobby, uznawała się też za koneserkę nalewek, co przy każdych odwiedzinach kończyło się potłuczoną zastawą.

– Przecież oni mieszkają we Francji!

– Zostaną u nas przez parę dni. Chłopcy mają ferie i chcieliby wypocząć nad morzem.

Bam. Ta tragedia spadła na mnie jak grom z jasnego nieba, zupełnie nagle i bez uprzedzenia. Runęłam zrezygnowana na fotel, a na moje kolana wskoczyła nasza kotka, Panna Nina. Przewróciła się na grzbiet, domagając się pieszczot, i niskim mruknięciem rozkazała, żebym podrapała ją po brzuchu. Panna Nina była dachowcem o brązowej sierści w szare paski, a jej oczy okalały urocze, czarne obwódki. Mieszkała z nami dopiero od dwóch lat, co oznaczało, że Adam i Oskar jeszcze nie mieli okazji jej zobaczyć. Stanowiła dla nich idealny obiekt szalonych eksperymentów, więc ukryłam ją w małym pokoju obok salonu.

Napisałam do Maksa esemesa, szukając wsparcia przed rodzinną wizytą z piekła rodem.

– Tylko nie mówcie bliźniakom o Pannie Ninie, zamęczą ją – powiedziałam, rozstawiając stołową zastawę.

Mama pokiwała głową z aprobatą. Doskonale mnie rozumiała. Tata wzruszył tylko ramionami i dalej czytał gazetę.

Obracałam nerwowo telefon w dłoniach i co chwilę sprawdzałam skrzynkę odbiorczą. Nic. Zero. Null. Nada. Chwilę później do naszego domu dotarli goście, a gwar powitań wypełnił przedpokój.

– Alicja! – Ciotka Joanna mocno mnie przytuliła, a ja nie mogłam pozbyć się wrażenia, że znów przytyła. – Ależ wyrosłaś! Z ciebie to już porządna pannica! Jak tam ten twój kawaler, Marek?

– Maks.

– Mam nadzieję, że zaprosicie ciotkę na wesele! W końcu ile ty już masz lat?

– Osiemnaście.

– O tak, gdy ja miałam osiemnaście lat, to już dobrze wiedziałam, że Robert to ten jedyny – zaśmiała się, a jej mąż, wujek Robert, który cisnął się pomiędzy walizkami a wieszakiem na płaszcze, pomachał mi na przywitanie. – No, a moi kawalerowie mają już po trzynaście. To młodzi mężczyźni!

Kawalerowie stali w drzwiach, a na ich ustach malowały się diabelskie uśmiechy. Skrywali się za kwiecistą sukienką swojej matki, jeszcze zawstydzeni nową sytuacją. Oby jak najdłużej, pomyślałam.

– Ach, chłopcy! – powiedział tata. – Mamy kotkę, możecie się z nią pobawić!

Przeszedł mnie zimny dreszcz przerażenia. Adam i Oskar wymienili porozumiewawcze spojrzenia i dobrze wiedziałam, że tej nocy nie zmrużę oka, pilnując Panny Niny.

Przez cały wieczór mój telefon dalej milczał jak zaklęty. Wtedy Maks pierwszy raz wystawił mnie do wiatru, a czekała mnie jeszcze długa droga rozczarowań.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

8372.jpg

 

 

8400.jpg

 

 

8170.jpg

 

SPIS TREŚCI

 

 

* * *

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

 

Polecamy

00010.jpeg