Demony seksu - Krzysztof Tomasik

Demony seksu

0,0

Kolejna po Seksbombach PRL-u bogato ilustrowana opowieść Krzysztofa Tomasika o kinie, seksie i PRL-u snuta poprzez biografie gwiazd polskiego filmu. Tym razem bohaterki – Ewa Krzyżewska, Halina Kowalska, Anna Chodakowska, Marzena Trybała, Ewa Sałacka i Maria Probosz – reprezentują typ dużo odważniejszy seksualnie, bardziej demoniczny. Po części jest to związane z latami, na które przypadają ich największe sukcesy – w latach 70. i 80. możliwe było bowiem silniejsze akcentowanie seksualności w filmach.

Z opowieści wyłonią się różne modele symbolu seksu, ponieważ każda z opisywanych aktorek reprezentowała inny typ erotyzmu, począwszy od najbardziej tajemniczej femme fatale (Ewa Krzyżewska), przez atrakcyjną zalotną blondynkę, specjalistkę od komedii (Halina Kowalska), gwiazdę teatru Hanuszkiewicza i Grzegorzewskiego, która w filmie grała kobiety demoniczne i prostytutki (Anna Chodakowska), często obsadzaną w rolach kostiumowych aktorkę o kształtach klasycznej seksbomby (Marzena Trybała), aż do ekscentrycznej Ewy Sałackiej oraz Marii Probosz, odtwarzającej w latach 80. role współczesnych dziewczyn zatracających się w miłości, seksie i nałogach, która w życiu prywatnym powtórzyła tę drogę.

Trzy z bohaterek Tomasika już nie żyją, z trzema kolejnymi – M. Trybałą, A. Chodakowską i H. Kowalską – spotkał się i usłyszał sporo fascynujących zwierzeń. „Opisując ich karierę, próbowałem wskrzesić czas, kiedy często niewinna nawet nagość wywoływała tak wielkie emocje, że z jej powodu rezygnowano z ról, zrywano zdjęcia, kłócono się i rozwodzono” – pisze Krzysztof Tomasik.

W książce znalazły się liczne zdjęcia, m.in. autorstwa Zofii Nasierowskiej, a także fotografie publikowane w archiwalnych wydaniach „Kina”, „Magazynu Filmowego”, „Stolicy”, „Ekranu”, „Filmu”, „Kwartalnika Filmowego ILUZJON” i innych ówczesnych kolorowych magazynów.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
Demony seksu
Spis treści
Karta redakcyjna
 
WSTĘP. Momenty były
EWA KRZYŻEWSKA. Naga tajemnica
HALINA KOWALSKA. Niewinność grzesznicy
ANNA CHODAKOWSKA. Demonica
MARZENA TRYBAŁA. Suche stopy pod prysznicem
EWA SAŁACKA. Nawet psy się za nią oglądały
MARIA PROBOSZ. Udawane porno
 
Źródła cytatów
Bibliografia
Spis ilustracji
Podziękowania
Przypisy
 
Redaktor prowadzący: DOROTA KOMAN
Redakcja: DOROTA KOMAN
Korekta: DOROTA KRAJEWSKA, DOROTA KOMAN
Projekt okładki, opracowanie graficzne i typograficzne: ANNA POL
Łamanie: | manufaktu-ar.com
Zdjęcia na okładce: fot. JERZY TROSZCZYŃSKI / Filmoteka Narodowa, fot. ROMAN SUMIK / Filmoteka Narodowa kadr z filmu Nie lubię poniedziałku, reż. Tadeusz Chmielewski, rok prod. 1971 © Studio Filmowe KADR / mat. FN
 
Wydawnictwo Marginesy dołożyło należytej staranności w rozumieniu art. 335 par. 2 kodeksu cywilnego w celu odnalezienia aktualnych dysponentów autorskich praw majątkowych do zdjęć opublikowanych w książce.
Z uwagi na to, że przed oddaniem niniejszej książki do druku nie odnaleziono niektórych autorów zdjęć, Wydawnictwo Marginesy zobowiązuje się do wypłacenia stosownego wynagrodzenia z tytułu wykorzystania zdjęć aktualnym dysponentom autorskich praw majątkowych niezwłocznie po ich zgłoszeniu do Wydawnictwa Marginesy.
 
Copyright © by Krzysztof Tomasik
Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015
 
Warszawa 2015
Wydanie pierwsze
 
ISBN 978-83-65282-16-3
 
Wydawnictwo Marginesy
ul. Forteczna 1a
01-540 Warszawa
tel. (+48) 22 839 91 27
e-mail: redakcja@marginesy.com.pl
 
Konwersja: eLitera s.c.
F 5
 
 
 
 

Kiedy podczas kręcenia dość odważnych scen erotycznych zastanawialiśmy się z Jerzym Stuhrem, czy nie są one za ostre, pan Jerzy powiedział: Wiesz co, kiedyś nasi wnukowie będą oglądać ten film w „Starym kinie” i twój wnuk powie do mojego: „Zobacz, ale fajna ta moja babcia z tym panem, co już nie żyje”.

 

GRAŻYNA TRELA (1994)[1]

 
.

Trudno dziś przywołać atmosferę sprzed lat, gdy nagość i erotyzm wywoływały wielkie emocje. Wystarczyła pogłoska, że film zawiera „momenty”, a spragniona seksualnych ekscytacji publiczność waliła drzwiami i oknami. W latach sześćdziesiątych podziwiano nagie ciała w Faraonie Jerzego Kawalerowicza (1965, dziewięć i pół miliona widzów w kinach), w następnej dekadzie największe emocje wywoływały sceny erotyczne Kaliny Jędrusik i Daniela Olbrychskiego w Ziemi obiecanej Andrzeja Wajdy (1974, siedem milionów) oraz odważna ekranizacja Dziejów grzechu (1975, osiem milionów), zrobiona przez Waleriana Borowczyka, specjalistę od kina erotycznego, który dorobił się tej etykiety, pracując we Francji.

Lata osiemdziesiąte to już prawdziwy wysyp tytułów mniej lub bardziej erotyzujących. Reżyserzy zorientowali się, że nagość i seks to najlepszy sposób, by przyciągnąć tłumy. Nowy nurt zauważyli także publicyści. Zdzisław Pietrasik pisał w 1984 roku na łamach „Polityki”: „W ciągu ostatnich miesięcy weszło na ekrany parę naszych filmów wybitnie rozrywkowych, okazało się, że nasi potrafią je nieźle robić, że pojawiło się w tych trudnych czasach parę ładnych aktorek, które nie boją się wystąpić goło przed kamerą. Publiczność takie kino zaakceptowała, a nawet polubiła, o czym świadczy wielomilionowa frekwencja na Seksmisji, Widziadle, Karate po polsku[2]. Pisząc te słowa, Pietrasik nie mógł wiedzieć, że w następnych latach widzów do kin przyciągną kolejne tytuły: Och, Karol Romana Załuskiego (1985), C.K. Dezerterzy Janusza Majewskiego (1985), Łuk Erosa Jerzego Domaradzkiego (1987), Sztuka kochania Jacka Bromskiego (1989). Euforia publiczności nie szła w parze z docenieniem przez krytykę, zazwyczaj negatywnie oceniającą kino popularne: „Rzadko trafiają do rozpowszechniania filmy ambitne, trudne, tętniące współczesnymi konfliktami. Dominuje natomiast produkcja rozrywkowa, mająca przynieść dywidendy twórcom i zespołom. Coraz częściej w polskich filmach trup ściele się gęsto albo pojękuje z rozkoszy Maria Probosz”[3], ubolewała Barbara Hollender w 1988 roku.

Za tytuł symboliczny należy uznać Porno Marka Koterskiego (1989). Zrealizowany pod sam koniec PRL-u, wszedł na ekrany już w nowej rzeczywistości, w styczniu 1990 roku. Składająca się niemal wyłącznie ze scen erotycznych opowieść o życiu miłosnym Michała (Zbigniew Rola) okazała się największym przebojem kasowym roku, wyprzedzając takie amerykańskie hity, jak Kto wrobił królika Rogera? Roberta Zemeckisa (1988) czy Batman Tima Burtona (1989). To był fenomen, sale kinowe szczelnie wypełniali młodzi mężczyźni spragnieni „momentów”. Krytyczka filmowa Pat Dowell z „The Washington Post”, która jako obserwatorka odwiedziła wówczas Polskę, zdziwiona opisywała tę sytuację: „Porno widziałam w normalnym kinie. Wybrałam się z tłumaczem. Chcieliśmy usiąść z dala od publiczności, ale było to niemożliwe – kino pełne żołnierzy na przepustkach, milicjantów; sami mężczyźni, kilka kobiet”[4].

Nagość na ekranie – tak ekscytująca dla publiczności – była kwestią drażliwą dla aktorów, a przede wszystkim aktorek. Wiele wzbraniało się przed pokazywaniem ciała, co doprowadzało do humorystycznych sytuacji; pisała o tym Grażyna Trela: „Jeżeli aktor ma ochotę zagrać rolę i równocześnie czuje organiczny wstręt do takich scen, a reżyser nie chce od nich odstąpić, to rozpoczyna się wstydliwe chowanie nagości, jak się da i kiedy się uda, nawet w kluczowej scenie erotycznej. Skutek jest taki, że aktorka mająca zagrać wyuzdaną kobietę na ekranie wypada jak broniąca się przed seksem guwernantka”[5].

Funkcjonuje wiele opowieści aktorek o tym, jakim problemem było dla nich rozebranie się na planie. Iwonie Bielskiej taka historia przytrafiła się na samym początku kariery: „To było jeszcze na studiach, w 1976 albo 1977 roku. Grałam Martę w Na srebrnym globie u Andrzeja Żuławskiego. Wybrał mnie po zdjęciach próbnych. W pewnym momencie stwierdził: «Potrzebna nam scena rozbierana». Bo rozbitkowie na Księżycu postanawiają przedłużyć gatunek dla dobra ludzkości. Jedna kobieta i dwóch mężczyzn. To miało wyglądać tak: Wszystko dzieje się w olbrzymim namiocie. Jerzy Grałek i ja idziemy naprzeciwko okryci zwierzęcymi skórami. Kiedy jesteśmy już blisko, zrzucamy je z siebie. Koniec ujęcia. Zgodziłam się, ale postawiłam warunek: w namiocie oprócz Grałka i mnie nie będzie nikogo. Tuż przed rozpoczęciem nagrania charakteryzatorka mówi: «Pani Iwoneczko, to na odwagę, mam tutaj spirytusik». Wypiłam. Ktoś za chwilę znów: «Iwona, strzel sobie na odwagę». Wypiłam. Reżyser woła na plan, a ja ledwo stoję na nogach. Wszystko mi wiruje. Szałas widzę ogromny, wchodzę. Gdzieś w oddali Grałek, idę w jego kierunku, zrzucam skórę i nagle kątem oka widzę skulonego za jakąś belką operatora Andrzeja Jaroszewicza. Zaczęłam wrzeszczeć, pokazując na niego palcem: «Ktooo tooo jeest!? Oszukali mnie, skurwysyny!». Wrzeszcząc, wybiegłam goła z namiotu przed trzy tysiące statystów czekających na swoją scenę”[6].

Krępowali się także mężczyźni, rozbierani dużo rzadziej niż kobiety. Granie nago w Brzezinie Andrzeja Wajdy (1970) tak wspominał Olgierd Łukaszewicz: „Była scena mycia zwłok, bo już grałem własne zwłoki. Olbrychski, który kilka razy ten wynalazek praktykował, dawał mi rady, jak to «tutaj» trzeba się pozaklejać plastrami. Aby osłonić sprytnie męskie ozdoby. Ale przy ściąganiu piżamy z umarłego diabli wzięli te maskowania. Statystki zauważyły, że się krępuję. Zagadnęły, dlaczego się wstydzę. Że pewnie też jest mi przykro, że taki młody, a umieram”[7]. Trzy lata później, na planie Zazdrości i medycyny Janusza Majewskiego (1973), ten sam patent z zaklejaniem plastrami „wrażliwych” miejsc próbowała zastosować Ewa Krzyżewska. Z kolei Ewie Szykulskiej w przysłonięciu nieco nagości w Kim jest ten człowiek Ewy i Czesława Petelskich (1984) pomógł pewien mebel, co zresztą rozsierdziło jednego z widzów: „Siedziałam oglądając ten film na sali kinowej, jest tam taka scena, wiele nie zdradzę, kiedy leżałam sobie [nago] na podłodze. I pewne «niemoralne» części ciała zasłaniał mi estetycznie fotel. To było na ekranie. I nagle słychać taki głos z ciemnej sali kinowej: «Cholera jasna, zabierzcie ten fotel!». Bardzo byłam zadowolona”[8].

Nie zawsze było tak humorystycznie, przez problemy z ciałem kilka karier załamało się, kilka innych nigdy nie rozwinęło. Ewa Domańska, która znakomicie zadebiutowała rolą Asi w Austerii Jerzego Kawalerowicza (1982), później nie grała już w kinie, w jednym z wywiadów zdradziła dlaczego: „Zaczęłam otrzymywać dużo propozycji, ale role, jakie mi oferowano, były, delikatnie mówiąc, dziwne i nie widziałam powodu, by je przyjmować. Muszę o tym powiedzieć – wynikały one z mojego wizerunku zewnętrznego na ekranie. Choć nie przewidywał tego scenariusz, w Austerii sfotografowano mój biust. Nie umiałam się jeszcze wtedy temu przeciwstawić. I oferty, które mi później składano, dotyczyły ról częściowo «rozbieranych». Nie mogłam się na to zgodzić. Muszę przyznać, że imponuje mi, że ktoś potrafi rozebrać się przed kamerą, ale sądzę, że trzeba mieć ku temu specjalne predyspozycje – dla mnie jest to straszne! Profesor Bardini uczył nas, że zawód aktora polega na publicznym obnażaniu się, ale naturalnie bez strip-teasu. [...] Dziś płacę cenę za to, że pozwalałam sobie wybierać: nikt nie wie, kim jestem”[9]. Z tego samego powodu przystopowała prężnie rozwijająca się w latach osiemdziesiątych kariera Jolanty Piętek-Góreckiej. W rozmowie z „Filmem” w 1993 roku aktorka zdradzała, dlaczego nie gra: „Role, które mi ostatnio proponowano, sprowadzały się do defilowania nago przez ekran. Wiedziałam zawsze, że aktorstwo to diabelski zawód, który wymaga oddania duszy, ale gdy się okazało, że muszę jeszcze oddać ciało – zbuntowałam się”[10].

Niewielką przesadą będzie stwierdzenie, że historia najważniejszych ról kobiecych w polskim kinie potoczyłaby się inaczej, gdyby nie zdarzały się odmowy z powodu scen rozbieranych. Wystarczy przypomnieć, że najważniejsza kreacja Krystyny Jandy, Toni Dziwisz z Przesłuchania Ryszarda Bugajskiego (1982), za którą otrzymała nagrodę aktorską w Cannes, była przewidziana dla Joanny Szczepkowskiej. Nie kryła tego sama Janda: „To nie ja miałam grać w filmie Bugajskiego, lecz kto inny. Wcale nie byłam pewna, czy tę rolę dostanę. Od początku ogromnie chciałam. Po przeczytaniu scenariusza zdałam sobie sprawę, że stoję przed niezwykłą szansą, jaka aktorce zdarza się raz w życiu. Scenariusz przewidywał, że w jednej scenie Tonia musi się rozebrać. Aktorka, o której myślał Bugajski, nie chciała i rola była moja”[11]. To nie pierwsza tego typu historia, wcześniej w podobny sposób w Krajobrazie po bitwie Andrzeja Wajdy (1970), dzięki rezygnacji Marzeny Trybały, zadebiutowała Stanisława Celińska, stając od razu w szeregu aktorskiej ekstraklasy. Paradoks sprawił, że obu „dezerterkom” nie udała się ucieczka przed „przeznaczeniem”, prędzej czy później zaczęły być łączone z nagością, choć w różny sposób: Trybała jako jedna z czołowych seksbomb polskiego kina, a Szczepkowska jako autorka słynnego performance’u na premierze sztuki Persona. Ciało Simone Krystiana Lupy (2010), gdy obnażyła pośladki w ramach protestu przeciwko metodom pracy reżysera.

W tym – siłą rzeczy niepełnym i skrótowym – przeglądzie scen rozbieranych i erotyzmu w polskim filmie pojawiły się już nazwiska trzech bohaterek tej książki – Marii Probosz, Ewy Krzyżewskiej i Marzeny Trybały. Pozostałe to Halina Kowalska, Anna Chodakowska i Ewa Sałacka. Nazwałem je Demonami seksu, bo każda z nich wykreowała na ekranie typ odważny seksualnie, często właśnie demoniczny, ale ich osiągnięcia nie kończą się na tym. Bardzo się od siebie różnią, nie tylko wiekiem, kolorem włosów czy typem urody; stworzyły inne modele symbolu seksu, od najbardziej tajemniczej femme fatale polskiego kina (Ewa Krzyżewska), przez atrakcyjną i zalotną blondynkę, specjalistkę od komedii (Halina Kowalska), gwiazdę teatru Hanuszkiewicza i Grzegorzewskiego, która w filmie grała kobiety demoniczne i niszczące albo tandetne prostytutki (Anna Chodakowska), często obsadzaną w rolach kostiumowych aktorkę o kształtach klasycznej seksbomby (Marzena Trybała), ekscentryczną piękność – Ewę Sałacką, aż do wyjątkowo dramatycznej historii Marii Probosz, odtwarzającej w latach osiemdziesiątych role współczesnych dziewczyn zatracających się w miłości i nałogach, która w życiu prywatnym powtarzała tę drogę.

Demony seksu można odbierać zarówno jako swego rodzaju kontynuację Seksbomb PRL-u, jak i osobną całość. Znów kino i erotyka w PRL-u stały się pretekstem do biograficznej opowieści o aktorkach. W ich życiorysach nie brakuje zaskakujących wydarzeń i zwrotów akcji wręcz filmowych. Trzy z bohaterek nie żyją, odeszły przedwcześnie i tragicznie. Z kolejnymi trzema udało mi się spotkać, usłyszeć szereg fascynujących zwierzeń, zarówno o życiu prywatnym, jak i zawodowym. Zawodowe częściej dotyczyło teatru, bo to scena i bezpośredni kontakt z widzem są najważniejsze dla Marzeny Trybały, Anny Chodakowskiej i Haliny Kowalskiej, choć popularność przyniosły im przede wszystkim film i telewizja. Opisując ich karierę, próbowałem wskrzesić czas, kiedy często niewinna nawet nagość wywoływała tak wielkie emocje, że z jej powodu rezygnowano z ról, zrywano zdjęcia, kłócono się i rozwodzono. Dzisiaj jest już inaczej, przeważa podejście wyrażone kiedyś dobitnie przez Jana Nowickiego: „Pokazywanie gołego ciała jest błahostką wobec tego, co aktor obnaża za liche pieniądze, sprzedając swoją biedę, kompleksy, ten cały gnój, który jest w każdym z nas”[12].

F 73
 
 
 
 

Gdzie tylko się pojawia – istnieje przede wszystkim jako kobieta, jej kobiecość wysuwa się na plan pierwszy, a zawód, jaki wykonuje, funkcja, którą jej powierzono – to jakby rzecz drugorzędna. Chciałoby się powiedzieć, że „kobiecość” jest jej zawodem, ale, oczywiście, to byłoby nieprawdą, bowiem Kowalska kreowała wiele bohaterek zajmujących określone stanowiska. Nie da się jednak ukryć, że cokolwiek by nie robiła, zagrana przez nią młoda dama – swoim zachowaniem, kokieterią, aparycją zwraca przede wszystkim uwagę na to, że jest młoda, ładna, że zna uroki życia – i co jeszcze ważniejsze – wierzy, że życie przyniesie jej jeszcze niejedną miłą niespodziankę.

 

KONRAD EBERHARDT (1975)[1]

.

Przebieg kariery Haliny Kowalskiej należy do najbardziej zaskakujących w historii polskiego kina i najtrudniej wytłumaczalnych. Cieszyła się ogromną popularnością, ale szybko o tym zapomniano. Mało kto wie, że obok Wojciecha Hasa reprezentowała Polskę na festiwalu filmowym w Cannes. Jej udział w kultowych komediach z lat siedemdziesiątych (Nie lubię poniedziałku, Jak to się robi, Nie ma róży bez ognia) czy uznawanym za arcydzieło Sanatorium pod klepsydrą (1973) najczęściej jest pomijany w przeróżnych opracowaniach filmowych. Niejako przeciwko sobie miała nawet własne nazwisko, zazwyczaj utożsamiane z powszechnością, niewyróżniające z tłumu.

Na początku lat osiemdziesiątych powoli zaczęła znikać z kina i z mediów. Po pojedynczych bardzo udanych rolach w oglądanych masowo serialach (Alternatywy 4, W labiryncie) zaliczała dłuższe przerwy w graniu. Gdy po wielu latach przystąpiono do kręcenia kontynuacji Alternatyw 4, jej postać zagrał kto inny. Była jedną z ulubionych aktorek zarówno Stanisława Barei, jak i Edwarda Dziewońskiego, twórców cenionych i opisywanych, ale w książkach im poświęconych obecność Haliny Kowalskiej jest marginalizowana[4*]. Jak dotąd po raz ostatni pojawiła się na ekranie w serialu Samo życie, w pięciu odcinkach z 2009 roku. Po szesnastoletniej przerwie...

Ona sama mówi, że jest zupełnie inna niż większość granych przez nią kobiet. Ani tak ekspansywna, ani ekscentryczna. Brakowało jej przebojowości i determinacji, by angażować się w kolejne przedsięwzięcia i przypominać o swoim istnieniu. Niczym największe gwiazdy kina w rodzaju Grety Garbo zmieniała się diametralnie, gdy grała w teatrze i filmie: „Może rzeczywiście miał rację Dudek Dziewoński, który kiedyś powiedział mi: «Wiesz, Halina, ty naprawdę żyjesz tylko na scenie albo przed kamerą». Chyba coś w tym jest. Bo kiedy wchodziłam na scenę, następowało we mnie jakieś wyładowanie, stawałam się inną osobą. A potem schodziłam – i znowu zmieniałam się w szarą myszkę: dom, rodzina, obowiązki...”[2], mówiła w jedynym większym tekście podsumowującym jej karierę, który dla miesięcznika „Film” napisał w 1998 roku Maciej Maniewski.

Podobną dwoistość można odnaleźć w prezentowanym przez Kowalską erotyzmie. Jednocześnie odważnym i skromnym. Wydawało się, że jak na standardy pierwszej połowy lat siedemdziesiątych wyjątkowo często eksponowała bujne kształty, ale rzadko było to robione wprost, ostentacyjnie, często skryte pod przezroczystą koszulką. Nawet striptiz w Nie lubię poniedziałku (1971) odbywa się za wielką belą folii, przez którą tylko częściowo widoczny jest biust bohaterki. Z kolei w scenach erotycznych prawie zawsze towarzyszył jej Włodzimierz Nowak, prywatnie mąż aktorki.

Z Haliną Kowalską spotkałem się w kwietniu i maju 2015 roku. Zdziwiła się, że chcę jej poświęcić jeden z rozdziałów książki, bo jak zapewniła, nigdy nie uważała się za seksbombę, nie zajmowała się swoją urodą, nie lubiła grać w scenach miłosnych.

 

Halina Kowalska: Nigdy o sobie nie pomyślałam, że jestem ładną kobietą. Dzisiaj patrzę na zdjęcie sprzed lat i myślę sobie: Boże, to ja?! To ja tak wyglądałam?

F 77
F 78

INACZEJ NIŻ BRYLSKA

Halina Kowalska urodziła się 27 lipca 1941 roku w Brzezinach koło Łodzi. Warto na dłużej zatrzymać się przy tej dacie, bo w podobnym czasie, niespełna dwa miesiące wcześniej, także w okolicach Łodzi, na świat przyszła inna gwiazda – Barbara Brylska. Między tymi dwiema atrakcyjnymi blondynkami, do tego równolatkami, niewiele jest jednak podobieństw, chociaż ich drogi przecięły się podczas festiwalu filmowego w Moskwie w 1971 roku, co zostało uwiecznione przez fotoreportera. Jeśli jednak filmowa kariera Brylskiej rozpoczęła się bardzo szybko, zdobycie aktorskiego wykształcenia było wielokrotnie zakłócane, a teatr nigdy jej nie pociągał, droga zawodowa Kowalskiej przebiegała dokładnie odwrotnie. Ucieleśniały także inny typ seksbomby: o ile Brylską można określić słowem „chłodna”, to Kowalską – „gorąca”.

Jeszcze jedna różnica między nimi to ich życie prywatne. Gwiazda Faraona nie miała szczęścia do długoletnich związków, dwukrotnie wychodziła za mąż i dwukrotnie się rozwodziła, nawiązywane na planach filmowych romanse nie przetrwały próby czasu. Mężem Haliny Kowalskiej od ponad pół wieku jest Włodzimierz Nowak, grała z nim wielokrotnie zarówno na scenie, jak i w kinie oraz telewizji. On, urodzony w Łodzi, pół roku młodszy, już jako czwartoklasista statystował w Uczcie Baltazara Jerzego Zarzyckiego (1954), a będąc w dziesiątej klasie, zagrał Romka w pierwszej noweli Kolorowych pończoch Janusza Nasfetera (1960).

 

Halina Kowalska: Do szkoły teatralnej zdawałam dwa razy, pierwszy raz się nie dostałam. Poszłam w mundurku marynarskim; szczuplutka, buzia mała, jasne warkocze. Zobaczyłam inne dziewczyny, pięknie uczesane, zadbane, a ja takie dziecko; pomyślałam: co ja tu robię? I z tego wszystkiego popłakałam się. Przesłuchali mnie i powiedzieli: „Dziecko, przyjdź za rok”. Między sobą wymieniali uwagi: „No, zdolna, ale co ona będzie grała?”. Ktoś powiedział: „Dzieci!”.

 

Mimo niepowodzenia na egzaminie, kandydatka na dyplomowaną aktorkę zaczęła grać w teatrze, na razie amatorskim.

 

Halina Kowalska: Jeden ze starych aktorów łódzkich organizował amatorski teatr w domu kultury, a ponieważ od dziecka chciałam być aktorką, pomyślałam, że tam pójdę. I rzeczywiście, zagrałam u niego pannę Maliczewską i inne role. On uczył nas, jak operować twarzą, głosem, taka stara szkoła. Tam poznałam mojego męża, który był już na pierwszym roku. Spojrzałam na niego, był bardzo przystojny, powiedziałam: „Ładny”. A on spojrzał na mnie i powiedział: „Kanarek, jakiś kanarek”.

DWÓJKA Z ULICY GDAŃSKIEJ

Halina Kowalska: Wszyscy, którzy byliśmy w tym amatorskim zespole, zdawaliśmy potem do szkoły teatralnej. Za drugim razem zjawiłam się na egzaminie dobrze przygotowana. Poprosili, żebym zaśpiewała, więc zaśpiewałam. Później była proza – nauczyłam się fragmentu z Nędzników, mąż twierdzi, że było to wstrząsające. A potem komisja powiedziała: „Dziecko, teraz coś na wyobraźnię, zagraj, że masz umyć włosy; pomyśl, co ci jest potrzebne, miednica, szampon”. Miałam bardzo długie włosy, gęste, blond, uważałam, że wyglądam za młodo w warkoczach, więc upięłam kok. Weszłam na scenę i zaczęłam wykonywać całą etiudę. To się przedłużało i w pewnym momencie ktoś mnie łapie z tyłu za ten kok i zaczyna ciągnąć, wyszarpuje kolejne kosmyki. Ja patrzę, a to Włodek, przeraziłam się, że mi wszystko zepsuje, mówiłam: „Idź stąd”, prawie się popłakałam. W końcu z tej złości zaczęłam go bić, zaatakowałam. I wtedy rozległy się brawa. W ten sposób dostałam się do szkoły. Byłam tak szczęśliwa! Pamiętam, jak szłam Piotrkowską, śmiałam się do siebie, nie mogłam w to uwierzyć. To był mój szczęśliwy dzień.

 

Halina Kowalska: Na studiach trzymałam się z rokiem mojego męża, on był rok wyżej, razem z Januszem Gajosem i Frankiem Trzeciakiem. Razem założyliśmy teatr studencki, jeździliśmy po Polsce i mieliśmy ogromne powodzenie. W ten sposób sobie dorabialiśmy.

 

Kabaret nazywał się Piątka z ulicy Gdańskiej, jego początki w swojej biografii wspominał Janusz Gajos: „My, to znaczy koledzy – Halina Kowalska, Franek Trzeciak, Włodek Nowak i ja – byliśmy bardzo niecierpliwi. Niestety, nie mieliśmy we własnym gronie osoby piszącej. Przygotowaliśmy więc składankę z najlepszych tekstów, które chodziły w radiu. I tak zaczęliśmy zabawę w kabaret. Trwała dwa lata, nawet w czasie wakacji jeździliśmy na tak zwane występy, żeby coś zarobić. [...] To był jedyny rok, który potrafił się uruchomić i złożyć samodzielne przedstawienie poza licznymi i trudnymi zajęciami”[3]. Po latach Halina Kowalska wiele razy spotka się z Gajosem na scenie.

POLSKIE SIOSTRY MAGDALENKI

Jak sama przyznaje, ucząc się w Szkole Filmowej, wcale nie dążyła do grania w kinie. Mimo to debiut miała niezwykle efektowny, po epizodziku sekretarki w komedii Kryptonim Nektar Leona Jeannota (1963) wystąpiła w dużej roli Celiny w dramacie Drewniany różaniec Ewy i Czesława Petelskich (1964). Była to adaptacja autobiograficznej powieści Natalii Rolleczek pod tym samym tytułem, opisującej koszmar dorastania w przedwojennym sierocińcu prowadzonym przez zakonnice. Film miał starannie dobraną obsadę, postacie sióstr przełożonych obsadzono cenionymi nazwiskami (Zofia Rysiówna, Jadwiga Chojnacka, Barbara Horawianka), a w rolach wychowanic debiutowało kilka aktorek, które z czasem zaznaczą swoją obecność w teatrze i filmie: Elżbieta Karkoszka, Jolanta Bohdal, Ewa Milde i właśnie Halina Kowalska. Chociaż w czasie zdjęć miała już dwadzieścia trzy lata, wygląda tam jak nastolatka, bardzo szczupła, z blond warkoczem. Grała chorą na gruźlicę dziewczynę zdemoralizowaną kościelnym wychowaniem, pozornie całkowicie podporządkowaną przełożonym, ale jednocześnie kradnącą jedzenie i bez skrupułów patrzącą na to, że posądzono o to inną osobę; w efekcie stała się ofiarą samosądu grupy.

F 81

Po latach Kowalska wspominała, że bez entuzjazmu przyjęła rolę Celiny: „Nie chciałam grać w tym filmie. Wtedy niechętnie zwalniano studentów ze szkoły. Zresztą, nie miałam w sobie żadnego pędu, że muszę już, zaraz, natychmiast. Ale praca z panem Czesławem Petelskim okazała się bardzo ciekawa. Był reżyserem wrażliwym i wnikliwym, potrafił zainspirować”[4]. Ostatecznie był to więc dobry początek zawodowej drogi, choć trudno powiedzieć, że Drewniany różaniec „ustawił” karierę aktorki. Odbiór dzieła dobrze oddaje recenzja Alicji Helman zamieszczona w „Ekranie”; krytyczka uznaje film za ważny, ale po nazwisku chwali tylko znane aktorki („znakomita Jadwiga Chojnacka!”, „wielka rola Barbary Horawianki”), w przypadku debiutantek posługuje się filmowymi imionami, pisząc o bohaterkach: „Są po prostu głodne, zmarznięte, zagonione. Marzą o szynce, wstążce do włosów, czyimś przywiązaniu – o szczęśliwej odmianie losu. Znajdują fortele i wybiegi tak wobec jednej, jak i drugiej metody wychowawczej, wybiegi, które niekiedy przybierają formy aspołeczne (Celina), ale na ogół konsolidują ich mały światek”[5].

Drewniany różaniec w chwili premiery podobał się, ale z czasem – uznany za propagandowo najbardziej antyklerykalny polski obraz – został skazany na zapomnienie. Nie był przypominany w prasie filmowej, nie emitowano go w telewizji. Polski odpowiednik Sióstr magdalenek Petera Mullana (2002) wciąż czeka na ponowne odkrycie.

KALISKI IDEAŁ

Przez kolejnych kilka lat Halina Kowalska zagrała parę filmowych epizodów: była dziewczyną w Beacie Anny Sokołowskiej (1964), sprzedawczynią w trzecim odcinku serialu Do przerwy 0:1 Stanisława Jędryki (1969), kioskarką w zrealizowanym dla telewizji żarcie filmowym Na dobranoc[5*] Janusza Zaorskiego (1970). Wszystkie te rólki nie mają większego znaczenia, ale są zapisem, jak zmieniała się aktorka, dojrzewając do wizerunku, który został zapamiętany – seksownej i pełnej temperamentu blondynki.

Najważniejsza była jednak wówczas scena. Kowalska jeszcze na studiach przeszła jeden z trudniejszych sprawdzianów aktorskich – zagrała w monodramie.

 

Halina Kowalska: Gdy byłam na trzecim roku w szkole teatralnej, zaproponowano mi monodram Podróż do zielonych cieni. To było życie kobiety od niemowlaka aż do śmierci. Pracowałam z reżyserką Natalią Szydłowską całe noce. Zagrałam, przyszli łódzcy aktorzy, niektórzy płakali. To było takie zadanie, że od razu poszłam po nim do teatru, do Kalisza. Po trzecim roku. Tylko dwa razy się tak zdarzyło: Baśka Wrzesińska w szkole warszawskiej i ja w łódzkiej.

 

W 1964 roku Halina Kowalska i jej mąż zostali zaangażowani do Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu. Spędzony tam czas aktorka zawsze oceniała wyjątkowo ciepło: „Był to najlepszy chyba okres pracy w moim życiu teatralnym. Pracy wytężonej, pełnej poświęcenia, a zarazem owocnej, bo przecież każda premiera oczekiwana była z niecierpliwością przez widzów wiernych swojemu teatrowi. Niejednokrotnie słyszy się, że na prowincji młodemu aktorowi grozi ześlizgnięcie się w szmirę. Zejście na pozycje łatwego przypodobywania się publiczności. To nieprawda. Na tzw. prowincji aktor otoczony jest niejednokrotnie dobrą opieką artystyczną. Nie rozprasza się na działalność w radio, TV i filmie, a koncentruje wyłącznie na teatrze. Poza tym do teatrów pozawarszawskich przyjeżdżają przecież świetni reżyserzy”[6], mówiła Wiesławie Czapińskiej zaledwie sześć lat po odejściu z Kalisza.

Teatralnie był to rzeczywiście świetny okres, bardzo intensywny. W ciągu dwóch sezonów zagrała szereg ról, w tym tak istotne, jak Helena w Troilusie i Kresydzie Szekspira (1966), Monika Stettler w Fizykach Dürrenmatta (1966), Zerzabella w Paradach Potockiego (1966), Polly w Operze za trzy grosze Brechta (1967). Najważniejsza była jednak Julia z dramatu Romeo i Julia Szekspira, zagrana u boku męża, nagrodzona na Koszalińskich Spotkaniach Teatralnych w 1967 roku. Teatrem im. Bogusławskiego kierowała wówczas Alina Obidniak; według aktorki dobra kondycja placówki była przede wszystkim zasługą dyrektorki: „Pozwalała młodym grać, puszczała na wielką wodę: albo się sprawdziłeś, albo nie. A przy tym była doskonałym reżyserem. Nauczyłam się od niej rzeczy, do jakich aktor dochodzi czasem po latach pracy. I bardzo dużo grałam”[7].

Pobyt w Kaliszu pozwolił Kowalskiej wyżyć się dramatycznie, by potem nie marzyć o repertuarze klasycznym, gdy przyszło jej grać przede wszystkim w komediach. Bardzo świadomie mówiła o tym w 1976 roku: „Już mam ten okres za sobą. Zaraz po studiach, gdy pracowałam w teatrze w Kaliszu, zagrałam wiele takich ról, między innymi szekspirowską Julię. Bardzo sobie cenię tamte doświadczenia, ale dziś nie tęsknię do Ofelii czy Lady Makbet. Wolałabym rolę współczesnej kobiety”[8].

SZUKAĆ I GRAĆ

Kowalska i Nowak nie spoczęli na laurach, chcieli się rozwijać, zmieniać teatry. Otrzymali kilka propozycji, w tym z Warszawy i Wrocławia.

 

Halina Kowalska: Zaraz po szkole, w Kaliszu, zagraliśmy Romea i Julię. Zaczynałam od Szekspira. Po nagrodzie na Kaliskich Spotkaniach Teatralnych pojawiły się propozycje. Jedna była od pana Dejmka z Narodowego, przyjechaliśmy nawet na rozmowę. Zapytał, czy mamy meldunek w Warszawie, powiedzieliśmy, że nie. A mieszkanie? Nie mamy. Rozłożył ręce: „Ja dopiero zaangażowałem Voita i Horawiankę, mieszkają w garderobie, chciałbym mieć taką parę jak wy, śpiewacie, panią widziałem jako Julię, ale w tym względzie nic nie poradzę, musicie sobie załatwić meldunek”. Tego problemu nie było we Wrocławiu, przekonał nas pan Andrzej Witkowski ze Współczesnego. Od raz zaczęłam dużo grać, główne role, między innymi u Jarockiego Pannę Młodą w Pluskwie. Zespół nie był przychylny, nie polubiliśmy się. Źle się tam czułam; to także sprawa klimatu, we Wrocławiu wiele osób się skarży na złe samopoczucie, ja byłam w tak depresyjnym stanie, że po powrocie z teatru płakałam, i tak pół roku.

Na szczęście wkrótce nadarzyła się okazja na kolejną zmianę, tym razem angaż do warszawskiego teatru Komedia, który uznawano wówczas za placówkę drugoligową, niezbyt liczącą się na teatralnej mapie miasta, choć chętnie odwiedzaną przez publiczność. Dyrektorem Komedii był wówczas od niedawna Wojciech Siemion.

 

Halina Kowalska: Z Siemionem była zaprzyjaźniona pani Jitka Stokalska, świetna reżyserka czeska. Była bardzo miła, zapytała, czy chcielibyśmy iść do Komedii, bo Łazuka gdzieś wyjeżdża, a Alina Janowska jest w kolejnej ciąży i trzeba ich zastąpić w Jadzi wdowie. Siemion się z nami skontaktował. To człowiek, któremu bardzo dużo zawdzięczam. On pomagał, brał za rękę, szedł do rządzących i mówił: „Przyjdźcie na spektakl, zobaczcie i dajcie jej meldunek”. Dzięki niemu zdobyłam mieszkanie, zameldowanie, dzięki niemu grałam w Warszawie. Początkowo byliśmy zresztą w trudnej sytuacji, bo gdy zadzwoniłam do Jarockiego, tłumaczyłam, że wchodzę w próby, to on powiedział: „Panienko – bo tak do mnie mówił – panienko, musi pani przyjeżdżać”. I przez pół roku jeździłam do Wrocławia grać. To była męka, kończyłam próbę w Warszawie i na wieczorny spektakl musiałam dojechać do Wrocławia.

BEZ ZDEJMOWANIA BLUZKI

Dla pary młodych aktorów przyjazd do stolicy był awansem i początkiem nowej drogi. Od razu zostali rzuceni na głęboką wodę, grając parę nieszczęśliwych kochanków w Historii Manon Lescaut i... opracowanej przez Macieja Z. Bordowicza (1968). Wcześniej Kowalska przejęła tytułową rolę w przedwojennym wodewilu Jadzia wdowa Ryszarda Ruszkowskiego (1967), w którym przez pięćdziesiąt przedstawień triumfy święciła Alina Janowska. Na szczęście nowa odtwórczyni także się spodobała i spektakl był grany jeszcze dwieście pięćdziesiąt razy.

Teatr Komedia dał Kowalskiej szansę pokazania się jako aktorce dobrze czującej lekką muzę, potrafiącej śpiewać i tańczyć. Tutaj nie tylko miała znów okazję zagrać u Aliny Obidniak, reżyserującej na żoliborskiej scenie Wieczór Trzech Króli Szekspira (1971), ale także poznać Edwarda Dziewońskiego, który zatrudnił ją do Bulwy Marcela Acharda (1969); ta znajomość będzie mieć bardzo owocny ciąg dalszy. Dużo grała także u boku męża; ich wspólnym sukcesem stał się udział w widowisku muzycznym opartym na tekstach Stanisława Grzesiuka Boso, ale w ostrogach (1971). Znów byli zakochaną parą, która musi pokonać typowe w takiej historii przeszkody: „Kowalska gra Hanię – nieśmiałą liryczną panienkę, zakochaną po uszy w Stachu – zawadiace, żartownisiu, jednym słowem chlibie czerniakowskiego podwórka. Hania nie zna sposobów zdobywania ukochanego mężczyzny, tajemnic uwodzenia, jest bardzo młoda i nieśmiała. Stach początkowo skłania się ku innej, ale prawdziwa miłość zwycięża...”[9].

F 87

Pierwsze wspólne kroki w Warszawie

Przeprowadzka do Warszawy to zysk nie tylko teatralny: „Oczywiście, iż z moimi przenosinami do stolicy wiąże się także sprawa nowych propozycji telewizyjnych i filmowych. Tu już nikt nie może mnie «odkrywać». Nikt nie przyjeżdża specjalnie, by «szukać» aktora do roli. Tu, w stolicy na ogół wszyscy stajemy się bardziej znani”[10]. Po kilku epizodach i zagraniu w Teatrze Telewizji w spektaklu Horoskop w reżyserii Henryka Drygalskiego (1968) przyszedł czas na pierwszą próbę wykorzystania na ekranie jej potencjału erotycznego. Próbę nieudaną.

 

Halina Kowalska: Odmówiłam Jerzemu Kawalerowiczowi, grałam wtedy w Komedii, byłam bardzo szczuplutka, miałam długie jasne włosy, nosiłam kolor ecru. Przyszłam na rozmowę, a on mówi: „Co za jasna kobieta!”. Chciał, żebym zagrała u niego kochankę w Grze, poprosiłam o scenariusz, patrzę, a bohaterka pół filmu chodzi naga. Powiedziałam, że nigdy w życiu, ja się wtedy wstydziłam zdjąć bluzkę. Drugim reżyserem był Mieczysław Waśkowski, nachodził mnie w teatrze, namawiał, straszył.

2 × ZAŁUSKI

Dwa debiuty Romana Załuskiego przyjęto z ogromnym zainteresowaniem. Najpierw był telewizyjny Dom (1970), a potem kinowy Kardiogram (1971), w obu Halina Kowalska zagrała znaczące role, na oba krytyka zwróciła uwagę. Poświęcono im niemal połowę majowego numeru „Kina” z 1971 roku; cztery miesiące wcześniej odnotowano powstanie Domu, który Barbara Kaźmierczak uznała za „ostatnie odkrycie reżyserskie i artystyczne”, po czym opisała fabułę koncentrującą się wokół tytułowego „domu stojącego w Bogatyni, w którym znalazł swego czasu nową siedzibę Polak zza Buga, niedawny więzień obozowy (gra tę rolę znakomicie Bolesław Płotnicki). Oglądamy opowieść o mieszkańcach jednej kamienicy i ich losach w ostatnim dwudziestopięcioleciu, opowieść z konieczności przedstawiającą te losy wyrywkowo-ilustracyjnie, jednak wynagradzającą owe ułomności przenikliwością spojrzenia, ostrością rysunku, werwą narracji”[11]. Kowalska grała Jadzię, jedyną znaczącą postać kobiecą: „Była naturalna, bardzo opanowana, nie nadużywała słowa ani gestu, przekazując «małe dramaty» młodej kobiety przybywającej z człowiekiem, którego nie przyzwyczaiła się jeszcze nazywać mężem, w nieznane miejsce na Ziemiach Odzyskanych”[12]. Aktorka pokazywała przemianę kobiety, która początkowo powtarza mężowi: „Po coś mnie tu przywiózł”, ale z czasem akceptuje swoje nowe życie.

Dom nie jest dziś przypominany, ale po pierwszej emisji bardzo się podobał, wkrótce otrzymał Nagrodę Przewodniczącego Komitetu d/s Radia i Telewizji, następnie przywiózł z telewizyjnego festiwalu w Pradze wyróżnienie za scenariusz. Załuski szybko przystąpił do realizacji debiutu kinowego i zaprezentował Kardiogram. Głównym bohaterem jest tu warszawski lekarz (Tadeusz Borowski) trafiający do małego miasteczka na wschodzie Polski. Kowalskiej przypadła rola wyjątkowo nietypowa – zaszczutej przez miejscową opinię Wilińskiej, którą podejrzewa się o zabójstwo swego nieślubnego dziecka. Była tu dramatyczna i pod każdym względem nieefektowna: „źle uczesana, źle ubrana, zrozpaczona kobieta, której się nie powiodło i która wie, że nic już nie zmieni jej sytuacji”[13]. Na Kardiogram zwrócono uwagę także ze względu na odważne jak na ówczesne standardy sceny erotyczne z udziałem Borowskiego i Anny Seniuk, odtwarzającej postać kochanki lekarza.

F 89

Kardiogramie jako kobieta podejrzana o dzieciobójstwo

Właśnie charakterystyczną rolę Wilińskiej Kowalska do dziś wspomina jako najważniejszą: „Postać w Kardiogramie najbardziej lubię i cenię spośród moich filmowych ról – chociaż była niełatwa, skomplikowana psychologicznie. Ale jaki fascynujący materiał do zagrania! Bardzo dobrze czułam się w stworzonym przez Romana Załuskiego klimacie. Wydawało mi się, że powstała między nami jakaś więź i jeszcze nieraz będziemy wspólnie pracować. Jednak rozeszliśmy się. Dlaczego? – nie wiem. A potem podobne propozycje były coraz rzadsze”[14].

Roman Załuski nie spełnił nadziei pokładanych w nim przez krytyków filmowych. Jerzy Płażewski tekst podsumowujący jego pierwsze dokonania kończył słowami: „W powodzi tylu polskich filmów obojętnych, nudnych, zrobionych byle jak i nie wiadomo po co, Kardiogram wypływa na wierzch swą szczerością i autentyzmem, który każe wiele spodziewać się po jego twórcy”[15]. Reżyser wybierze realizację kina rozrywkowego i na podobne ciepłe słowa w kolejnych latach nie będzie mógł liczyć; wkrótce zaprezentuje Anatomię miłości (1972) z Barbarą Brylską.

Z KOBRY DO MOSKWY

Dobra passa zapoczątkowana współpracą z Załuskim trwała przez cały rok 1970, Kowalska otrzymała wówczas prestiżowe zaproszenie do występu w Divertimentach, kontynuacji Kabaretu Starszych Panów. Gościnnie pojawiła się jako mało zainteresowana klientem sprzedawczyni w mięsnym, która zmienia się pod wpływem muzyki i porywa Jeremiego Przyborę do walca, śpiewając balladę Przyjdź, przyjdź.

 

Halina Kowalska: Przybora dał mi piękną piosenkę. Wiele lat później zaproszono mnie do jakiejś audycji w radiu, była tam też pani Irena Kwiatkowska. Nagle słyszę, że puszczono Przyjdź, przyjdź. Nie mogłam sobie przypomnieć, skąd to znam, pytam: „Kto to śpiewa?” A ona mówi: „Ty, to ty!”.

 

Angaż przez Przyborę to zresztą cała historia.

 

Halina Kowalska: Irma Czaykowska zrobiła w teatrze Komedia spektakl Nasza jest noc ze starymi przedwojennymi przebojami, grałam tam taką kretynkę Bubę. To szło w tym samym czasie co Jadzia wdowa. Przyszła na ten spektakl pani Kwiatkowska, siadła blisko. Peszyła mnie, bo bardzo się przyglądała. I ona poleciła mnie Przyborze. On z kolei przyszedł obejrzeć mnie w Jadzi wdowie i napisał do mnie piękny list z propozycją występu w Divertimentach. Najpierw Garden party, czyli bankiet w krzakach, a potem Skrzypek z kwartetu im. Czastuszkiewicza. Jeszcze napisał dla mnie i Mariana Kociniaka jednoaktówkę, w której grałam alkoholiczkę; zrobiliśmy to w telewizji. Przybora był dla mnie bardzo życzliwy, niedawno w czasie przeprowadzki bezskutecznie szukałam tego listu od niego, gdzieś się zawieruszył wśród zdjęć i papierów.

Równie ważny był udział w „Kobrze na wesoło”, czyli Alicja prowadzi śledztwo Roberta Thomasa w reżyserii Edwarda Dziewońskiego (1970). To drugie spotkanie w pracy z Dziewońskim, ale pierwsze w Teatrze Telewizji. Spektakl był przede wszystkim aktorskim popisem Ireny Kwiatkowskiej, która jako tytułowa Alicja znajdowała trupa mecenasa Rocher (Igor Śmiałowski), za to Kowalskiej przypadła rola najbardziej amancka. Zagrała pracownicę kancelarii adwokackiej; maszynistka Wirginia nie przykłada się specjalnie do pracy, czyta „Elle” albo poprawia makijaż, żując gumę i robiąc spore wrażenie na mężczyznach oraz błędy ortograficzne w przepisywanych pismach. Przez starszą koleżankę (Stanisława Stępniówna) nazywana jest „głupim kociakiem”; na uwagę, że nosi zbyt krótkie spódniczki, odpowiada: „Kolana zakrywają tylko te, które nie mogą ich pokazać, bo mają brzydkie nogi”. Informację o śmierci szefa kwituje śmiechem i słowami: „Jutro mamy wolne!”. Zaprezentowana w postaci Wirginii przesada będzie charakterystyczna także dla filmowych bohaterek Haliny Kowalskiej.

F 92

W spektaklu Boso, ale w ostrogach na deskach teatru Komedia.

F 93a
F 93b

Z Barbarą Brylską na festiwalu w Moskwie. Po prawej stoją Emilia Krakowska i Janusz Nasfeter

Rok 1970 był udany, ale prawdziwie przełomowy okazał się następny. Wtedy premierę miały aż cztery filmy z jej udziałem (Kardiogram, Milion za Laurę, Nie lubię poniedziałku, Kłopotliwy gość); ze względu na liczne obowiązki nie miała nawet czasu oglądać ich na bieżąco, sporo występowała w Komedii. W wywiadzie z 1971 roku mówiła: „W teatrze gram w Jadzi wdowie, w Miotełkach warszawskich i w Boso, ale w ostrogach. Nie lubię poniedziałku, przyznam się, jeszcze nie widziałam”[16]. Efektem wzmożonego zainteresowania jej osobą była pierwsza okładka kolorowego magazynu, na którą dopiero wtedy trafiła, za to w niespełna rok zaliczyła ich aż pięć – najpierw w „Stolicy”, potem w „Magazynie Filmowym”, „Przyjaźni”, „Kinie” i „WIK-u”. Przypieczętowaniem sukcesu było znalezienie się wśród największych gwiazd na festiwalu filmowym w Moskwie, gdzie pokazywano Kardiogram[6*]; wysłannik „Magazynu Filmowego” relacjonował: „W bardzo licznych spotkaniach z widownią przed wyświetlaniem polskich filmów brały udział nasze aktorki: Barbara Brylska, Halina Kowalska, Emilia Krakowska oraz aktorzy: Olgierd Łukaszewicz i Daniel Olbrychski”[17].

F 94

WYSYP KOMEDII

Rok 1971 był wyjątkowo ważny, bo kariera Kowalskiej uległa przyśpieszeniu, podobnie jak rozwój polskiej komedii współczesnej. Choć nie pojawiło się wówczas arcydzieło na miarę wcześniejszego o rok Rejsu Marka Piwowskiego, to wrażenie mogła robić liczba nowych tytułów, bo na ekrany kin weszły: Dzięcioł Jerzego Gruzy (1970), Kłopotliwy gość Jerzego Ziarnika (1971), Milion za Laurę Hieronima Przybyła (1971), Motodrama Andrzeja Konica (1971) i Nie lubię poniedziałku Tadeusza Chmielewskiego (1971). Bogata oferta prezentowana w krótkim czasie skłaniała do traktowania całej piątki en bloc, więc „Magazyn Filmowy” rozpoczął akcję „Komedie na start!”: „Postanowiliśmy porównać opinie widzów o tych filmach wyrażające się we frekwencji na nich w kinach premierowych całej Polski. Począwszy od tego numeru będziemy śledzić liczby frekwencji w kolejnych tygodniach eksploatacji”[18]. Pod koniec października podsumowano zabawę i okazało się, że największym powodzeniem cieszyło się Nie lubię poniedziałku, nieznacznie wyprzedzające Dzięcioła. Fenomenem zajął się też miesięcznik „Kino”, publikując tekst Macieja Karpińskiego Wesoły jak Polak, czyli polski gag we wrześniowym numerze, na którego okładce znalazło się zdjęcie Haliny Kowalskiej. Ze względu na udział w trzech z tych filmów stała się niejako twarzą całego nurtu, o którym Karpiński nie miał nic dobrego do powiedzenia, a stan polskiej komedii uznał za zatrważający.

Czas znacznie zróżnicował odbierane wówczas wspólnie filmy. Wykorzystujący sukces zespołów bigbitowych Milion za Laurę jest dziś zapomniany, Kłopotliwy gość broni się tylko kilkoma scenami, a statusu kultowego i regularnie powracającego w telewizyjnych powtórkach dorobił się jedynie film Nie lubię poniedziałku. Inne zadania w każdym z nich miała także Halina Kowalska. W zwariowanej komedii muzycznej Milion za Laurę pojawia się dopiero w ostatnich dwudziestu minutach filmu; gra Zosię, osiemnastoletnią piękność z małego miasteczka, której powodzeniem wśród mężczyzn bardzo niepokoi się ojciec – komendant milicji (Włodzimierz Skoczylas). Ojciec nie wie, że córkę zajmuje zupełnie co innego niż flirty. Dziewczyna nie tylko organizuje festiwal muzyczny, ale też sama na nim występuje, śpiewając piosenkę Dlaczego z banalnymi słowami Jana Stanisławskiego, której refren brzmi: „Jaki piękny świat, popatrz rośnie kwiat, a ja nie wiem wciąż – dlaczego. Nad sklepieniem łąk, lata sobie bąk, a ja nie wiem wciąż dlaczego...”[7*]. Powszechnie wyśmiewany w chwili premiery Milion za Laurę utrwalił szereg zjawisk muzycznych przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a także wykonawców, którzy dopiero mieli zaistnieć; w epizodzie pojawia się tam między innymi młodziutka Anna Jantar z zespołem Waganci, śpiewająca Czujną straż.

Jedną z głównych ról w Milionie za Laurę grał Włodzimierz Nowak. Kowalska nie miała z mężem wielu wspólnych scen, ale już w Kłopotliwym gościu wystąpili razem. W komedii piętnującej absurdy biurokracji pojawili się jako para aktorów grających w filmie oglądanym w telewizji przez państwa Piotrowskich (Barbara Krafftówna i Bronisław Pawlik). Emitowany obraz jest francuski, do tego z pieprzykiem, więc bohaterowie nieco roznegliżowani głównie znajdują się w łóżku, w pewnym momencie ona nawet wyznaje mu, że marzy o odrobinie brutalności. Nic dziwnego, że pan domu wyobraża sobie, że to on leży obok pięknej aktorki.

UWIEŚĆ WłOCHA I WIDZÓW

Wszystkie komedie z udziałem Haliny Kowalskiej z 1971 roku cieszyły się sporą popularnością, ale najważniejsze było Nie lubię poniedziałku Tadeusza Chmielewskiego, które zostało najchętniej oglądanym polskim filmem roku, przyciągając do kin blisko milion dziewięćset tysięcy osób. Jak się okazało, wielość wątków i bohaterów przeszkadzała głównie krytyce filmowej. Aleksander Jackiewicz recenzję w „Życiu Literackim” zatytułował: Śmietnik Chmielewskiego. Także Bożena Janicka z „Filmu” była przekonana, że widzowie zwyczajnie nie połapią się w tak wielu historiach, więc radziła: „Jedyną formą samoobrony przed lawiną uciesznych zmyłek jest zamykanie co pewien czas oczu. Można też wybrać sobie jakiś jeden wątek i śledzić jego przebieg, wyłączając się z innych. Oba sposoby chronią przed reakcjami błędnikowymi”[19]. Te ostrzeżenia okazały się zbyteczne, a widzowie świetnie odnaleźli się w absurdalnej opowieści o jednym dniu z życia Warszawy.

Wśród bohaterek znalazła się pracująca w drogerii ekspedientka Marianna (Kowalska), którą przebywanie wśród zapachu perfum Sex pobudza na tyle, że pragnie pilnie zaspokoić potrzeby seksualne z gorącym Hiszpanem, ale ostatecznie zadowoli się Włochem (Kazimierz Witkiewicz), przed którym wykonana nawet striptiz w zamkniętym na tę chwilę sklepie. Historia polsko-włoskiego uwodzenia została bodaj najlepiej zapamiętana z całego filmu i trafiła nie tylko na plakat reklamowy; zdjęcie z Kowalską i Witkiewiczem znalazło się także na wielu wydaniach komedii na DVD.

F 98

Rola Marianny w dużej mierze stworzyła (utrwalony kolejnymi filmami) wizerunek Kowalskiej jako kobiety zdecydowanej, świadomej swoich wdzięków i nastawionej na wykorzystywanie ich w kontaktach z mężczyznami. Okazało się, że w komediowym wygrywaniu tego tematu nie ma sobie równych; widać to zarówno wtedy, gdy w biurze matrymonialnym opisuje poszukiwany przez siebie typ kochanka, jak i wówczas, gdy dorożką jedzie z Włochem w ustronne miejsce, każdy gest z jego strony biorąc za niecierpliwość i kwitując zalotnym śmiechem. W późniejszych rolach nie zawsze będzie tak ostro dążyć do celu, ale erotyczna aura już prawie zawsze towarzyszy jej bohaterkom. Stało się jasne, że bez problemu podoła nawet roli kojarzonej z Marilyn Monroe.

F 99

SYMBOLE

Sukces w Nie lubię poniedziałku musiał zaowocować kolejnymi propozycjami. Najszybciej zareagował Teatr Telewizji. Kowalska zagrała najpierw Claudię w kryminalnym Czternastego maja – o północy Andrzeja Wydrzyńskiego (1972), którym jako reżyser debiutował w telewizji znany aktor Stanisław Zaczyk. Wkrótce przyszło jeszcze większe wyzwanie, czyli rola Cheri w sztuce Przystanek autobusowy Williama M. Inge (1973). Nie sama fabuła o kilkorgu szukających szczęścia życiowych rozbitkach z przydrożnej knajpki była tu najważniejsza, ale skojarzenia z adaptacją filmową Joshui Logana z 1956 roku, uznaną za kluczową na drodze Marilyn Monroe do zaprezentowania umiejętności dramatycznych, co zostało potwierdzone pierwszą w jej karierze nominacją do Złotego Globu (ostatecznie przegrała z Deborah Kerr).

F 100

W spektaklu Teatru Telewizji Przystanek autobusowy

W Polsce Przystanek autobusowy wszedł na ekrany kin dopiero w 1968 roku, tym większym wyzwaniem i zachętą do porównań była inscenizacja telewizyjna Stanisława Wohla pokazana telewidzom 4 czerwca 1973 roku. Kowalska wyszła z tej próby zwycięsko; tuż po premierze recenzująca spektakl w „Ekranie” Janina Szymańska wymieniła ją jako jedyną z obsady przy charakteryzacji postaci: „Mała szansonistka (bardzo dobra rola Haliny Kowalskiej) o bujnych kształtach i kurzym móżdżku, ale szlachetnym sercu, spotyka swojego kowboja o manierach z rodeo, zarozumiałości godnej młodego byczka, ale także przecież o czułym sercu”[20].

W grudniu 1973 roku światło dzienne ujrzała kolejna kluczowa rola w dorobku Haliny Kowalskiej – Adela w Sanatorium pod klepsydrą Wojciecha J. Hasa (1973). To zaproszenie do zagrania erotycznego symbolu było niejako summą jej wcześniejszych kreacji, a jednocześnie przeniesieniem stworzonego typu bohaterki na inny poziom. Has świadomie nawiązywał do istniejącego już wizerunku, ale nie w sposób dosłowny. Bardzo znaczące, że aktorka została pozbawiona jednego ze swoich największych atutów – blond włosów (gra w rudej peruce). Samą postać Adeli także zmieniono w stosunku do pierwowzoru literackiego; zwrócił na to uwagę Konrad Eberhardt: „W opowiadaniach Brunona Schulza Adela jest uosobieniem prozy życia, realizmu, płaskiej codzienności. Uzbrojona w szczotkę niby w miecz – wojuje nie tylko z kurzem i pajęczynami, ale także z fantastycznymi ptakami, jakimi otacza się pan domu. Wojciech Has cokolwiek zmienił charakter tej postaci. Adela jest w jego filmie przede wszystkim ponętną młodą kobietą (to, że jest służącą, nie rzuca się w oczy), obleganą przez spragnionych miłości subiektów i strażaków. Halina Kowalska zagrała tę rolę brawurowo; fascynuje bujnością kształtów, dojrzałą kobiecością, natarczywym wdziękiem. Stwarza wokół siebie klimat erotyczny, nastrój zmysłowej przygody. Dzięki niej ów zaginiony świat wydarty śmierci staje się osobliwie realny, jakby na przekór swej naturze”[21].

Kowalska w jednym z wywiadów mówiła, że wielkim zaskoczeniem była dla niej ta propozycja: „Materiał aktorski, jaki znajdował się w scenariuszu, był zupełnie inny od tego, z jakim się dotychczas stykałam. Gdyby nie Has, nie wiem, czy zdecydowałabym się zagrać Adelę. Ale to on przekonał mnie o tym, że powinnam i mogę zagrać tę rolę”[22]. W samych superlatywach mówiła też o reżyserze: „Współpracę z Wojciechem Hasem uważam za wyróżnienie. Jest on bardzo wymagający, ale zarazem umie współpracować z aktorami. Wskazać im właściwy kierunek działania. W sposób dyskretny skierować uwagę na błędy i potknięcia. W roli Adeli zawarłam właściwie wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia aktorskie”[23].

Po Sanatorium pod klepsydrą chciano nadal kreować ją na symbol demonicznego seksu.

 

Halina Kowalska: Dostałam półoficjalną propozycję od Andrzeja Wajdy zagrania w Ziemi obiecanej. Rolę tę zagrała ostatecznie Kalina Jędrusik. Byłam bardzo szczęśliwa, że jej nie przyjęłam. Sceny erotyczne były tak śmiałe... Ja bym tego nie zagrała, nie cierpię scen miłosnych.

F 203
 
 
 
 

„Pozostając w cieniu” umiała rozbudzić fascynację dużej części męskiej widowni. I nic dziwnego, w oczach wielu widzów jest uosobieniem zmysłowości. O zaletach jej figury pisał Krzysztof Mętrak z adoracyjną przesadą: „tylko ona podobnie jak Jayne Mansfield stojąc pod prysznicem nie moczy sobie stóp”.

 

KRZYSZTOF DEMIDOWICZ (1996)[1]

 
.

Filmowy wizerunek Marzeny Trybały kojarzy się z kostiumem i erotyzmem. Od czasu największych sukcesów Beaty Tyszkiewicz żadna polska aktorka nie była tak często ubierana w stylowe suknie z głębokim dekoltem, obsadzana w rolach pięknych uwodzicielek z różnych epok historycznych. Nie zagrała roli, która przyćmiłaby całą resztę, na jej obraz pracowało wiele tytułów, takich jak Widziadło (1983), Przeznaczenie (1983), C.K. Dezerterzy (1985) czy NRD-owska Hrabina Cosel (1987), powstała w cyklu Blask Saksonii i chwała Prus. Inaczej niż większość reżyserów widział ją Krzysztof Kieślowski, u którego w Przypadku (1981) i Bez końca (1984) grała współczesne młode kobiety, pozornie bardzo zwyczajne, ale z wewnętrznym blaskiem i tajemnicą.

Po drodze wiele się wydarzyło, między innymi aktorka opóźniła rozwój swojej kariery o dobre kilka lat, uciekając z planu od samego Andrzeja Wajdy. Poszło o scenę rozbieraną, której początkująca studentka nie chciała zagrać. To paradoks, bo po latach stała się dla wielu symbolem erotyzmu w polskim kinie. Zaakceptowała to, ale nie pozwoliła się zredukować do jednego typu ról. Dzięki zaangażowaniu, talentowi, wszechstronności nie miała przerw w graniu, i to mimo zmian, jakie zaszły we wszystkich dziedzinach sztuki. Sposobem Marzeny Trybały na zawodową aktywność nie było pójście w celebryctwo, tylko wielokrotnie potwierdzany profesjonalizm. Aktorka nie czeka jedynie na główne role, nie boi się charakterystyczności; obecnie częściej występuje w telewizji niż w filmach. Najważniejszy dla niej był jednak teatr, z którego nigdy nie zrezygnowała. Od 1997 roku jej przystanią jest warszawskie Ateneum, gdzie przyszła za dyrekcji Gustawa Holoubka. Tu gra w jednym z największych przebojów tej sceny – komedii Kolacja dla głupca Francisa Vebera w reżyserii Wojciecha Adamczyka (2001), wystawionej już ponad osiemset (!) razy. Właśnie w Ateneum spotykamy się, żeby porozmawiać o dotychczasowej drodze aktorki. Niedawno skończyła zdjęcia do filmu Kolekcja sukienek Marzeny Więcek, w międzyczasie otrzymała też propozycję interesującej roli w krótkometrażówce studenta szkoły filmowej.

 

Marzena Trybała: Nie lubię opowiadać o pracy, o konstruowaniu ról. To jest dla mnie dość intymne. Role mówią za siebie; albo i nie. Pracę wspominam raczej jako kontakty z konkretnymi ludźmi, atmosferę na planie lub przez pryzmat jakichś wydarzeń, najczęściej zabawnych. Jako aktorka miałam dużo szczęścia. Nie pomogłam temu szczęściu dwa razy. Rolom u wybitnych reżyserów, Andrzeja Wajdy i Krzysztofa Kieślowskiego, pozwoliłam przejść koło nosa. Ale ten rozdział zamknęłam, koniec kropka. Wszystko jest po coś, widocznie taka miała być moja droga; trochę bardziej wyboista. Uważam się za człowieka sukcesu. Pracuję do dzisiaj w zawodzie, który sobie wybrałam, i ciągle jestem potrzebna.

JEDYNACZKA POD KLOSZEM

Marzena Trybała przyszła na świat 16 listopada 1950 roku. „Urodziłam się w Krakowie, mieście pięknym, które niewątpliwie wyciska na jego mieszkańcach specyficzny ślad. Tato z pochodzenia był góralem. Ale w Krakowie mieszkał od dzieciństwa. Charakterny gość, skończył dwa fakultety. Śmieję się, że mam kilka cech po nim. Nie wszystkie są piękne. Na przykład, jak ktoś zaczyna mną rządzić, natychmiast staję okoniem. Dopiero po chwili mówię: «Trybała, uspokój się, jesteś już dorosła!». Jestem jedynaczką i pewnie z tego powodu rodzice chuchali na mnie i dmuchali. Pamiętam, jak kiedyś przyszła do mnie koleżanka. Moja mama, wychodząc z domu, zwróciła się do niej i... poprosiła, by pokroiła chleb na kanapki. Dlaczego ona nie ja? Bo ja mogłabym się skaleczyć”[2]. W tym samym tekście opisała też ówczesną sytuację materialną: „W domu nie przelewało się. Torebka, buty, gdy chciałam kupić nowe, zawsze musiały być czarne. Dlaczego? Bo czarny do wszystkiego pasuje. Może po latach właśnie dlatego za pierwszą pensję kupiłam sobie kilka par butów z zielonymi na czele”[3].

Marzena Trybała: Byłam jedynaczką, miałam wspaniały, ciepły dom rodzinny. Tata mi zawsze mówił, żeby korzystać z życia, bo życie płynie tak szybko. Miałam może ze dwadzieścia pięć lat, gdy chwycił moją skórę na ręce, pociągnął, puścił i mówi: „Widzisz, wraca. Ale teraz już będzie wracać coraz wolniej. Ani się obejrzysz”.

 

W jednym z wywiadów Marzena Trybała mówiła, że jako dziecko miała niezwykle dużo energii i lubiła być w centrum zainteresowania. Pomysły na dorosłość były różne: „Snując plany życiowe marzyłam o intensywności przeżyć, o tych «10 cm nad ziemią». Wyobrażałam sobie na przykład: ja – dziennikarka gdzieś na dalekich kontynentach w wirze ekscytujących wydarzeń”[4]. Decyzję o zostaniu aktorką podjęła w liceum, w czasie występu w teatrze międzyszkolnym. Do PWST w Krakowie dostała się za pierwszym razem. Tam największym autorytetem była dla niej wielka tragiczka Zofia Jaroszewska.

 

Marzena Trybała: Mój rok w krakowskiej PWST: Tadeusz Kijański – reżyser, Krysia Tkacz, Małgosia Ząbkowska, Waldek Kotas, Andrzej Malec, Zbyszek Mich, Janusz Rewiński. Stefan Socha od lat już nie żyje. Zmarł na skutek ran odniesionych w wypadku samochodowym, w zderzeniu z tirem. Nie żyje też Piotruś Mitka, był aktorem naturalistą. Grał Stawrogina, w scenie „wieszania się” coś poszło nie tak, stracił przytomność. Osłabił serce, zmarł wkrótce potem. Ewa Smolińska dołączyła w trakcie nauki, przeniosła się z Warszawy. Teresa Sawicka była rok wyżej, ale wzięła urlop dziekański i kończyła już z nami; teraz pracuje we Wrocławiu. Doszedł też Stasiu Berny, podobnie Janek Prochyra i Krzyś Materna. Starostą roku był Jaś Hencz. Zmarł niedawno. Pamiętam, że odpalał jednego papierosa od drugiego. Zaczynała z nami Ania Dymna, wtedy Dziadyk. Dzięki niej zdawaliśmy teoretyczne egzaminy, bo jako jedyna miała wszystkie notatki. Razem latałyśmy do spowiedzi, żeby było raźniej. Na początku była z nami też Ewa Dałkowska, po roku odeszła do Warszawy, bo wyszła za mąż. Zaprosiła nas na ślub, na który pojechaliśmy stopem.

PIERWSZA BITWA

Trybała była na pierwszym roku studiów, gdy wzięła udział w zdjęciach próbnych do Krajobrazu po bitwie (1970). Andrzej Wajda przenosił na ekran opowiadanie Tadeusza Borowskiego i szukał partnerki dla Daniela Olbrychskiego – do roli Żydówki Niny. „Magazyn Filmowy” opisywał te poszukiwania w sierpniu 1969 roku: „Na zapleczu WFD, wśród wyschłej od upału trawy, w otoczeniu rupieci i bud niewiadomego przeznaczenia, w cieniu dwóch starych armat pozostałych po realizacji nie wiadomo już jakiego filmu odbywały się próbne zdjęcia dla ustalenia odtwórczyni trzeciej głównej roli – dziewczyny. Od rana – w tropikalnym żarze sierpniowego słońca – Olbrychski w wyszarzałym, podartym swetrze powtarzał te same fragmenty dialogu z kolejnymi kandydatkami...”[5].

F 208

Po raz pierwszy na łamach prasy – podczas zdjęć próbnych do Krajobrazu po bitwie

Młodziutka Trybała, z czarnymi włosami i oryginalną urodą, idealnie pasowała do roli Niny. Nic dziwnego, że zdjęcia próbne wygrała, pokonując szereg znamienitych koleżanek, w tym Stanisławę Celińską i Gołdę Tencer. Jeszcze przed zdjęciami miała miejsce sytuacja, która sprawiła, że piękna debiutantka stała się wyjątkowo czujna.

 

Marzena Trybała: Rodzicom nie mówiłam, jakie sytuacje spotykały mnie na planie filmowym. Czułam, że by nie zrozumieli. Nie opowiadałam na przykład, jak pierwszy raz spotkałam Dudka Damięckiego, kolegę, z którym później grałam w Teatrze Polskim (dziś szalenie go lubię i cenię). Weszłam wtedy z Danielem Olbrychskim do kawiarni Klaps, która mieściła się w wytwórni. Damięcki siedział z nogami wyciągniętymi przed siebie i na cały głos krzyknął: „Daniel, co to jest za dupa, która z tobą przyszła?”. Jakiś czas potem powiedziałabym: „Spadaj” albo coś w tym stylu, ale wtedy zamarłam i pomyślałam sobie: No nieźle, do niezłego środowiska trafiłam.

 

Produkcja Krajobrazu po bitwie ruszyła, ale po kilku dniach debiutantka postawiła się mistrzowi.

Marzena Trybała: Po zdjęciach próbnych pojechałam pracować nad rolą; próbowaliśmy z Andrzejem Wajdą. Od początku wiedziałam, że będę miała problem, bo tam jest długa scena, w której martwa Nina leży naga, a Tadeusz rozpacza przy jej ciele. Paradoksalnie pewnie byłoby mi łatwiej, gdyby to była scena erotyczna albo jakaś inna, w ruchu, gdzie mogłabym się skupić na zadaniu aktorskim, a nie na myśleniu, ile osób widzi mnie nagą. Poza tym miałam niespełna dziewiętnaście lat, nie przypominałam dzisiejszych nastolatek. Tymczasem znalazłam się w obcym dla mnie środowisku, daleko od domu, pierwszy raz na planie. To były inne czasy, taśma droga, więc cały czas presja, żeby nie robić dubla. Przyjechałam na zdjęcia i zagrałam scenę, w której Nina przyjmuje komunię świętą; podobno wyszło pięknie. Potem była przerwa obiadowa, siedziałam z ludźmi z ekipy, nagle przychodzi ktoś z planu i mówi: „No, gołe dupy już biegają”. Zamarłam, nic nie mówię, a on: „Co pani się tak dziwi, panią to też czeka”. Poszłam do kierowniczki produkcji z postanowieniem odejścia. Pani Pec-Ślesicka zawołała pana Andrzeja. Zaskoczony powiedział, że tak się zachowują dojrzałe aktorki, kiedy chcą dostać więcej pieniędzy. Zaprzeczyłam, ale nie umiałam wytłumaczyć, o co mi chodzi. Chciałam tylko wrócić do domu. Myślałam: Co za problem, przyjdzie inna aktorka i zagra.

Już po rezygnacji z roli Niny byłam jeszcze jakiś czas na planie. Jedni przychodzili i mówili: „Dobrze mała, tak trzymaj!”, a drudzy: „Ty mała idiotko, główna rola u Wajdy. Będziesz w Cannes, czy ty tego nie rozumiesz?”.

F 277
 
 
 
 

Ewa wyróżniała się. Miała znakomity gust. Do tego była zawsze opalona, jakby dopiero co wróciła z Hawajów. Wchodziła do pomieszczenia i momentalnie wszyscy patrzyli na Nią. Była w fajny sposób wyzywająca. Chodziła na przykład bez stanika. Dwadzieścia lat temu! Wtedy żadna z nas by się na to nie odważyła, bo to tak, jakbyś wyszła goła.

 

DOROTA STALIŃSKA (2006)[1]

 
.

Minęło prawie dziesięć lat od jej przedwczesnej śmierci, ale Ewa Sałacka wciąż jest pamiętana. Nie tylko jako atrakcyjna kobieta, ale też fascynujące zjawisko polskiego kina. Burza rudych włosów, smukła sylwetka, ekstrawagancki styl ubierania były nie do podrobienia. W jej karierze nie brakowało paradoksów – najbardziej kojarzona jest z komercyjnymi produkcjami w rodzaju Klątwy doliny węży (1987) czy Sztuki kochania (1989), ale zagrała sporo dramatycznych ról w spektaklach Teatru Telewizji i filmach przygotowanych na mały ekran, niestety często dziś niemal zupełnie zapomnianych i niedostępnych dla widzów.

Podobnie jak w przypadku wielu aktorek jej kariera po przemianie ustrojowej wyraźnie zwolniła; najpierw grała na Węgrzech, a potem zaangażowała się w inne przedsięwzięcia: pracowała w firmie dystrybuującej filmy, prowadziła program telewizyjny, próbowała sił w dziennikarstwie. Dzięki swej otwartości wciąż była interesująca dla mediów; chętnie występowała z mężem, opowiadała o swoich pasjach, zamiłowaniu do szybkich samochodów, uwielbieniu dla kina, miłości do zwierząt. Posągowe ciało wciąż było atutem; mając niemal czterdzieści lat, już po urodzeniu dziecka, pozowała dla „Playboya”.

Śmierć Sałackiej odbiła się szerokim echem nie tylko ze względu na samą tragedię, ale także nietypowe okoliczności. Był lipiec 2006 roku, w domu letniskowym swoich rodziców uczulona na jad aktorka, sprzątając ze stołu, wypiła łyk soku ze szklanki, w której pływała osa. Reakcja organizmu była natychmiastowa; mimo podania odpowiednich leków i przeprowadzenia akcji ratunkowej Ewa Sałacka zmarła w karetce, w drodze do szpitala. Jej córka miała wtedy dwanaście lat; po latach została ambasadorką kampanii edukacyjnej „Przygotuj się na wstrząs”, uświadamiającej, że wstrząs anafilaktyczny to realne niebezpieczeństwo.

PRZEDSZKOLE W TELEWIZJI,

WAGARY W ZOO

Pochodziła z zamożnego domu. Urodzona w Warszawie 3 maja 1957 roku, po latach oceniała, że miała szczęśliwe dzieciństwo: „Dzięki babci Lili, czyli Leokadii, i sąsiedztwu warszawskiego zoo, gdzie spędzałam wagary”[2]. Innym razem zdradzała, że bardzo wcześnie pokochała oglądanie filmów i to do kina urywała się z lekcji: „W szkole zawsze wagary spędzałam w kinie i to nie dlatego, że w teatrach nie ma poranków. Nie potrafię wyjść z kina, nawet z najgorszego filmu, zawsze zostaję do końca”[3]. Zawodowe wybory rodziców miały ogromne znaczenie. Ojciec – Roman Sałacki (1920–2010) – był inżynierem z branży samochodowej, po nim odziedziczyła zamiłowanie do czterech kółek. Mama – Barbara Sałacka – ponad czterdzieści lat przepracowała w telewizji.

Właśnie pani Barbara wydaje się najlepszą osobą do rozmowy o Ewie Sałackiej, nie tylko jako matka, ale też realizatorka i reżyserka, która wielokrotnie spotkała się z córką na planie. Sama ma zresztą w życiorysie epizod aktorski; jako nastolatka dorabiała, grając niewielkie rólki w Teatrze Domu Wojska Polskiego, pod okiem wielkiej Stanisławy Perzanowskiej, przedwojennej aktorki i reżyserki, najbliższej współpracownicy Stefana Jaracza. Potem przez kilka miesięcy Barbara Sałacka była spikerką Telewizji Polskiej, razem z Ireną Dziedzic, Janem Suzinem i Eugeniuszem Pachem. Ta przygoda zakończyła się, gdy po dłuższym oczekiwaniu dostała paszport i wyjechała za granicę; gdy wróciła, jej miejsce było już zajęte przez Edytę Wojtczak, którą odkryła Irena Dziedzic.

Małej Ewie bardzo szybko zaproponowano pierwszą rolę. Zagrała dziecko jednej z par w spektaklu Teatru Telewizji Dom pod Oświęcimiem Tadeusza Hołuja w reżyserii Tadeusza Byrskiego (1962). O dziwo, Barbara Sałacka wcale nie była zachwycona takim obrotem wypadków.

Barbara Sałacka: Z tego spektaklu mam same złe wspomnienia! Ewa miała wtedy cztery lata, strasznie mnie naciskano, że potrzebne dziecko, więc się zgodziłam. Najpierw przywiozłam ją na próbę, wszystko poszło dobrze. Jednak w dniu emisji dostała gorączki, a spektakl szedł na żywo. Nie było rady, trzeba było ją przywieźć, w końcu tylko siedziała na kanapie z Ryszardem Bacciarellim i Ewą Krasnodębską, to była cała jej rola. W czasie przedstawienia, patrząc z reżyserki, denerwowałam się ze względu na jej gorączkę. Chciałam przyjechać swoim samochodem, ale uparli się, że pod domem będzie na nas czekać kierowca. Wychodzimy po przedstawieniu, a samochodu już nie ma, musiałam dzwonić po męża, żeby po nas przyjechał. Powiedziałam: nigdy więcej!

Złe wspomnienia związane z pierwszym doświadczeniem aktorskim córki sprawiły, że Ewa nie mogła liczyć na kolejne propozycje, szczególnie od matki.

 

Barbara Sałacka: Jedną z moich pierwszych prac reżyserskich w telewizji był Teatr Młodego Widza. Angażowałam dzieci z Ewy klasy, ale jej nie. Kiedyś nawet przyszła do mnie i mówi: „Pani wychowawczyni się pytała, dlaczego wszyscy grają w twoich przedstawieniach, a ja nie?”. Odpowiedziałam: „A po co ci to? Żadna przyjemność”. Przyjęła to wyjaśnienie. Tylko raz potrzebne mi było dziecko wsiadające do tramwaju, więc wzięłam ją i nakręciłam.

TYLKO JEDNA PRÓBA

Pomysł, żeby dostać aktorką, musiał kiełkować w głowie młodej dziewczyny, która dorastała w środowisku artystycznym, a wśród znajomych mamy stykała się z takimi osobowościami, jak Kalina Jędrusik.

 

Barbara Sałacka: Kiedyś w Chałupach Kalina opowiadała mi, że w sanatorium odchudzającym w Szwajcarii jej dieta składała się tylko z ryżu i szampana. Nic więcej. Przysłuchiwała się temu nastoletnia Ewa i potem powiedziała do mnie: „Mama, daj mi ryżu i szampana”.

 

Barbara Sałacka mówi, że nie chciała, by córka została aktorką, wiedziała bowiem, jak trudny to zawód, szczególnie dla kobiety: „Cieszyłam się, że w końcu porzuciła myśl o aktorstwie i przygotowywała się do egzaminów na ASP, chciała projektować kostiumy[16*]. I nagle, w ostatniej chwili przed egzaminami, dowiedziałam się w tajemnicy, od babci, że jednak złożyła dokumenty do szkoły filmowej w Łodzi. Byłam przerażona, ale nie ingerowałam w jej decyzję. Wymogłam na niej jedynie przyrzeczenie, że jeśli nie zda za pierwszym razem, zrezygnuje. Ale zdała”[4]. Egzamin nie mógł obejść się bez żartobliwego wydarzenia.

 

Barbara Sałacka: Weszła na egzamin i była tak zdenerwowana, że gdy Janek Machulski spytał, czy ma coś wspólnego z Barbarą Sałacką, odpowiedziała: „Nie wiem”. Dopiero po dłuższej chwili dodała: „To znaczy, przepraszam, mamusia”. Jeszcze tego samego dnia miałam telefon od Janka, że córka się mnie wyrzekła.

 

Ewa Sałacka mówiła, że od początku wiązała swoją przyszłość z kinem, dlatego zdawała do Łodzi, samej szkoły nie wspominała jednak szczególnie ciepło: „Ja nie byłam zdolną studentką. Ciągle był dylemat, czy już Sałacką wyrzucić, czy może jeszcze nie. No i jakoś dotrwałam do końca”[5]. Początek nauki był wyjątkowo pechowy.

 

Barbara Sałacka: Krótko po rozpoczęciu pierwszego roku, w czasie zajęć gimnastycznych, Ewa dwa razy robiła salto, upadła, nie było materaca i poważnie uszkodziła kręgosłup. Straciła rok przez ten wypadek. Pamiętam telefon od jej koleżanki z informacją, że Ewę odwieziono do szpitala. Przestraszyłam się, co się stało, a ona, żeby mnie uspokoić, powiedziała: „Proszę się nie martwić, nic się nie stało, Ewa tylko złamała kręgosłup”.

W tamtym czasie zaczęto mówić na nią „Sałata”. Okres studiów w różnych kontekstach dość często wracał w wywiadach, w jednym mówiła: „Nawet podczas studiów miałam w akademiku psa, królika i dwie kaczki”[6]. Wtedy zaczęło się tworzenie domowego zwierzyńca.

 

Barbara Sałacka: W wakacje Ewa pojechała zarabiać do Londynu, pracowała jako kelnerka w kawiarni. Przywiozła pieniądze i oświadczyła, że musi sobie kupić psa, koniecznie jamnika. Próbowałam ją powstrzymać, jeden pies w domu zupełnie wystarczy. Trwały jeszcze wakacje, któregoś dnia Ewa wchodzi do mieszkania, a za nią mały jamnik. Na moje pretensje oświadczyła, że został kupiony za własne pieniądze i zabiera go do Łodzi, do akademika. To była Kluska, dwa lata chodziła na wykłady, nawet miała swój udział w przedstawieniu dyplomowym. Reżyserowała Dziunia Chojnacka, chyba coś Fredry, siedziała komisja. Ewa wchodzi na scenę, a za nią Kluska. Dziunia się wściekła: „Kto wpuścił tego psa? To niedopuszczalne! Proszę go zabrać!”. Zupełnie jakby widziała Kluskę po raz pierwszy, a przecież ona regularnie studiowała, dyplom jej powinni dać.

 

Na studiach zaczęła się przyjaźń z Małgorzatą Potocką, która nazywała Sałacką najpiękniejszą dziewczyną w szkole, a po śmierci przyjaciółki tak wspominała tamten czas: „Byłyśmy na jednym roku, na Wydziale Aktorskim Szkoły Filmowej. Kiedy spotkałyśmy się na parkingu, stając obok siebie identycznymi samochodami, od razu nas to złączyło, bo w tamtych czasach dwie renówki «czwórki» to było coś niesamowitego. Szalałyśmy tymi samochodami, gadałyśmy o klockach hamulcowych, o wale korbowym itd.”[7].

PIĘKNA PARA

Już wtedy Sałacka wyróżniała się atrakcyjnym wyglądem. Wysoka (173 centymetry wzrostu), zgrabna, ubrana z fantazją, przyciągała uwagę. „Ewa była wtedy zjawiskowa, kiedy szła ulicą, zatrzymywali się wszyscy. Faceci wariowali na jej puncie, ale ona nie była łamaczką męskich serc, w miłości była bardzo oddana”[8] – przyznawała Potocka. Najpierw związała się z Dariuszem Wolskim, studentem wydziału operatorskiego, który jednak przerwał naukę i wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie po latach zaczął odnosić ogromne sukcesy, realizując zdjęcia do takich przebojów, jak Karmazynowy przypływ (1995) czy cykl Piraci z Karaibów (2003, 2006, 2007, 2011). Wtedy Sałacka poznała starszego o cztery lata początkującego reżysera Krzysztofa Krauzego, także absolwenta łódzkiej Filmówki. Jeszcze zanim ukończyła studia, pobrali się. Był rok 1979, dla niego było to drugie małżeństwo, dla niej – pierwsze. Tworzyli piękną parę. Wydawało się, że są skazani na sukces. Dwa lata później on miał na swoim koncie pierwsze osiągnięcia jako reżyser filmów animowanych i krótkometrażowych, a ona ukończone studia oraz parę niewielkich ról w kinie i telewizji. Kilkumiesięczny wyjazd wakacyjny zamienił się w blisko dwuletnią emigrację.

 

Barbara Sałacka: Stan wojenny był w grudniu, a oni wyjechali na wakacje bodajże w sierpniu, do mamy Krzysia, która mieszkała w Wiedniu. Ewa po szkole została zaangażowana do Teatru Rozmaitości u Andrzeja Jareckiego. Mieli wrócić we wrześniu, bo zaczynał się sezon. Ale Jarecki zadzwonił do mnie, że jest jakiś konflikt, nie można się dogadać w sprawie nowego repertuaru, więc Ewa, jeśli chce, może przedłużyć pobyt o miesiąc czy dwa. Kolejny telefon od Jareckiego miałam na początku grudnia, żeby wracała po Nowym Roku, a święta, jeśli chce, może jeszcze spędzić w Wiedniu. Powiedziałam, żeby zostali z Krystyną, mamą Krzysia, będzie jej miło.

F 286

Tragarzu puchu z filmowym mężem Krzysztofem Gosztyłą

Po powrocie Sałacka wspominała ten czas jako wyjątkowo dramatyczny: „Był to bardzo nerwowy okres w moim życiu. Stan wojenny w Polsce, brak łączności telefonicznej. Nie wiedziałam, co dzieje się z rodzicami. Stewardesa przekazała mi wiadomość o śmierci ukochanej babci. Papieros dawał mi chwilowe ukojenie. W torbie zawsze nosiłam aż dwie paczki, żeby mi nie zabrakło. Miałam brzydką cerę, słabą kondycję, czułam się przemęczona”[9].

Chciała pracować w swoim zawodzie, a próba zaistnienia na innym rynku była na tyle niezwykła i tak dobrze korespondowała z wizerunkiem przebojowej Sałackiej, że pytano ją w wywiadach o tamten pobyt: „Wyjechałam za granicę i tam został mnie stan wojenny. Pewna austriacka aktorka pomogła mi dostać się do Volksteather w Wiedniu. Miałam tam normalny etat z prawem do urlopu, ubezpieczeniem; zagrałam niewielkie role w dwóch przedstawieniach i chyba przewróciło mi się w głowie. Moją pasją i marzeniem zawsze było kino, więc pomyślałam sobie, że skoro tak łatwo poszło mi w Wiedniu, to dlaczego nie miałabym pojechać do Paryża i grać w filmach. Pojechałam. I okazało się, że to już nie jest takie proste. W kilku produkcjach złożyłam oferty ze zdjęciami i dossier, aż wreszcie w którymś filmie spotkałam producentkę, która powiedziała mi: «Proszę pani, we Francji jest dziesięć tysięcy bezrobotnych aktorów. Wszyscy oni pokończyli nasze kursy aktorskie, są chronieni przez związki zawodowe, mają francuskie obywatelstwo, pozwolenie na pracę i dobry akcent. Proszę mi więc wytłumaczyć, dlaczego mielibyśmy zatrudniać Panią?». Oczywiście, miała rację”[10].

 

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

 
 

ŹRÓDŁA CYTATÓW

WSTĘP

[1] G. Trela, Takie sceny, „Film” 1994, nr 12.

[2] Z. Pietrasik, Kino bez sumienia, „Polityka”, 1984, nr 39.

[3] B. Hollender, Żeby było nie tylko śmiesznie, „Ekran” 1988, nr 41.

[4] M. Pawlicki, T. Sobolewski, dlaczego płaczę na Człowieku z żelaza? Rozmowa z Pat Dowell – krytykiem filmowym „The Washington Post”, „Kino” 1990, nr 7.

[5] G. Trela, Takie sceny, dz. cyt.

[6] A. Kuźniak, Bielska tu gdzieś jest? Z Iwoną Bielską rozmawia..., „Wysokie Obcasy” 2014, nr 5.

[7] D. Zaborek, Dialog, nie posłannictwo. Rozmowa z Olgierdem Łukaszewiczem, „Gazeta Telewizyjna”, 5–11.03.2004.

[8] Wypowiedź w telewizji Kino Polska, program Gwiazda na horyzoncie. Ewa Szykulska.

[9] B. Strzelecka, Ewa Domańska, „Ekran” 1989, nr 50.

[10] K. Demidowicz, Demonem byłam krótko. Rozmowa z Jolantą Piętek, „Film” 1993, nr 34.

[11] K. Janda, B. Janicka, Tylko się nie pchaj. Krystyna Janda opowiada o sobie Bożenie Janickiej, Warszawa 1992, s. 51.

[12] Za: G. Trela, Takie sceny, dz. cyt.

HALINA KOWALSKA

[1] K. Eberhardt, Halina Kowalska, w: tegoż, Album aktorów polskiego filmu i telewizji, Warszawa 1975, s. 78.

[2] M. Maniewski, Królewna sierotka. Nasze okładki, „Film” 1998, nr 8.

[3] E. Baniewicz, Gajos, Warszawa 2013, s. 51.

[4] M. Maniewski, Królewna sierotka, dz. cyt.

[5] A. Helman, Między obowiązkiem i ofiarką, „Ekran” 1965, nr 2.

[6] W. Czapińska, Halina Kowalska. Spotkanie z aktorką, „Ekran” 1973, nr 26.

[7] M. Maniewski, Królewna sierotka, dz. cyt.

[8] E. Dolińska, Może zdarzyć się wszystko. Rozmowa z Haliną Kowalską, „Film” 1976, nr 22.

[9] zm [Z. Majewska], Halina Kowalska. Włodzimierz Nowak. Poznajmy się, „Magazyn Filmowy” 1971, nr 23.

[10] W. Czapińska, Halina Kowalska, dz. cyt.

[11] B. Kaźmierczak, Film współczesny w telewizji, „Kino” 1971, nr 1.

[12] zm [Z. Majewska], Halina Kowalska. Włodzimierz Nowak, dz. cyt.

[13] Tamże.

[14] M. Maniewski, Królewna sierotka, dz. cyt.

[15] J. Płażewski, Judym na stażu, „Kino” 1971, nr 5.

[16] M.P., Poznajmy się: Halina Kowalska, „Przyjaźń. Tygodnik Ilustrowany” 1971, nr 42.

[17] J. Wittek, Moskiewskie wspomnienia, „Magazyn Filmowy” 1971, nr 35.

[18] sob, Komedie na start!, „Magazyn Filmowy” 1971, nr 38.

[19] B. Janicka, Komedia dla Mamonia, „Film” 1971, nr 37.

[20] J. Szymańska, Zagubieni w środku świata, „Ekran” 1973, nr 24.

[21] K. Eberhardt, Halina Kowalska, dz. cyt., s. 78.

[22] W. Czapińska, Halina Kowalska, dz. cyt.

[23] Tamże.

MARZENA TRYBAŁA

[1] K. Demidowicz, Albo ciało, albo dusza?, „Film” 1996, nr 7.

[2] www.se.pl/​rozrywka/​gwiazdy/​rodzice-trzymali-mnie-krotko_111127.html

[3] Tamże.

[4] K. Demidowicz, Często schodziłam z planu z płaczem. Rozmowa z Marzeną Trybałą, „Film” 1990, nr 11.

[5] wa, Andrzej Wajda próbuje aktorów. Na zapleczu WFD, „Magazyn Filmowy” 1969, nr 33.

EWA SAŁACKA

[1] A. Bimer, Wszystko o Ewie, „Gala” 2006, b. d.

[2] L. Śnieg-Czaplewska, Dwie panie S., „Twój Styl” 1997, nr 12.

[3] M. Pawlicki, Nie potrafię wyjść z kina. Spotkanie z Ewą Sałacką, „Film” 1988, nr 14.

[4] M. Puczyłowska, To nieprawda, że czas goi rany..., w: tejże, Być dzieckiem legendy, [Warszawa] 2012, s. 215.

[5] M. Pawlicki, Nie potrafię wyjść z kina, dz. cyt.

[6] L. Śnieg-Czaplewska, Dwie panie S., dz. cyt.

[7] A. Bimer, Wszystko o Ewie, dz. cyt.

[8] M. Puczyłowska, To nieprawda, że czas goi rany..., dz. cyt., s. 208.

[9] E. Sałacka, Już nie jestem egoistką, „Twój Styl” 1996, nr 8.

[10] B. Hollender, Ewa Sałacka. Po debiucie, „Ekran” 1988, nr 17.

 

SPIS ILUSTRACJI

strona

 

77

„Zwierciadło” 1974, nr 1

78

„Film” 1973, nr 22

81

„Ekran” 1964, nr 16

87

PO LEWEJ „Magazyn Filmowy” 1971, nr 23

87

PO PRAWEJ Z archiwum Haliny Kowalskiej

87

NA NA ŚRODKU „WIK” 1969, nr 7

89

PO LEWEJ „Ekran” 1972, nr 11

89

PO PRAWEJ Album aktorów polskiego filmu i telewizji, Warszawa 1975

92

„Stolica” 1971, nr 8

93

„Przyjaźń” 1971, nr 42

93

„Magazyn Filmowy” 1971, nr 35

94

„Magazyn Filmowy” 1971, nr 20

98

PO LEWEJ ulotka reklamowa Nie lubię poniedziałku. Z archiwum Ewy Szczepanik

98

PO PRAWEJ „Film” 1998, nr 8

99

„Magazyn Filmowy” 1971, nr 36

100

„Ekran” 1973, nr 20. Z archiwum Ewy Szczepanik

208

„Magazyn Filmowy” 1969, nr 33

286

„Ekran” 1988, nr 6

 

PRZYPISY

[4*] W książce Macieja Replewicza Stanisław Bareja. Król krzywego zwierciadła Halina Kowalska została pomylona z Jolantą Bohdal, błędnie przypisano jej zagranie roli żony adiunkta Rochowicza (Wojciech Pokora) w filmie Poszukiwany poszukiwana (1972) [Poznań 2009, s. 148].

[5*] Częścią zastosowanego w tym filmie humoru była zabawa nazwiskami bohaterów i aktorów. W postać Władysława Kowalskiego wcielił się Józef Nowak, a Józefa Nowaka – Władysław Kowalski. Poza nimi w Na dobranoc grały osoby noszące nazwisko „Kowalski” lub „Nowak”. W napisach końcowych aktorka zamyka obsadę, podpisana jako Kowalska-Nowak, wcześniej wymieniony jest jej mąż, który zagrał sąsiada głównych bohaterów.

[6*] Wkrótce publiczność Związku Radzieckiego miała okazję poznać inne filmy z udziałem Haliny Kowalskiej: w 1973 roku na ekrany kin wprowadzono tam Kłopotliwego gościa, a w 1977 roku – Milion za Laurę.

[7*] Halina Kowalska nie zaśpiewała tej piosenki, wykonała ją piosenkarka Jolanta Kubicka.

[16*] Sama Ewa mówiła w jednym z wywiadów, że gdyby nie została aktorka, poszłaby na weterynarię.