Czerwony Hotel - Graham Masterton

Czerwony Hotel

0,0

Sissy Sawyer tym razem rozwiąże zagadkę straszliwej zbrodni

Sissy Sawyer potrafi przewidzieć przyszłość z kart i posiada zdolności parapsychiczne. Pewnego dnia odwiedza Sissy jej przyrodni bratanek Billy wraz ze swoją dziewczyną, T-Yon, którą nawiedzają potworne koszmary związane z jej bratem, Everettem. W tym samym czasie w należącym do Everetta Czerwonym Hotelu w Luizjanie, dzieją się bardzo dziwne rzeczy. Znika pokojówka, zostawiając po sobie jedynie kałużę krwi. Słychać dziwne, niepokojące dźwięki, których źródła nie da się zlokalizować, w wannie znajdują się poćwiartowane zwłoki policjanta. Powoli staje się jasne, że to miejsce jest nawiedzone przez duchy poprzednich właścicieli, które chcą dokonać zemsty. Nie wiadomo jednak, za co chcą się mścić ani - co gorsza - jak je powstrzymać...

Sissy Sawyer znana jest czytelnikom z wydanych przez REBIS Złej przepowiedni (2005) oraz Czerwonej maski (2008).

Graham Masterton urodził się w 1946 roku w Edynburgu. Pracował jako reporter i redaktor w czasopismach "Mayfair" i "Penthouse". W roku 1976 debiutował horrorem Manitou, który stał się światowym bestsellerem. Od tego czasu napisał ponad 100 książek, które przełożono na 18 języków i wydano w 27 milionach egzemplarzy. Jego powieści otrzymały wiele międzynarodowych nagród, m.in. Edgar Allan Poe Award, Prix Julia Verlanger i Srebrny Medal West Coast Review of Books. Oprócz horrorów Masterton pisze thrillery, powieści historyczne i romanse. Od lat zajmuje się również seksuologią.

Dodaj komentarz


Czytuję horrory, ale z twórczością Mastertona miałem sporadyczną styczność. Ta książka to opowieść o nawiedzonym hotelu. Jednak nie jest to historia standardowa, bo oprócz duchów spotkamy też zombie a i praktyki voodoo nie pozostaną nam obce. Powieść wywoła u niejednego czytelnika uczucie grozy, a nawet przerażenia. Lepiej nie czytać po zmroku, a tuz przed snem zupełnie odpada. No chyba, że ktoś chce mieć koszmary.


W zasadzie nie przepadam za horrorami. Są oczywiście wyjątki (choćby w postaci książek Kinga), ale nie zmienia to mego nastawienia. Jak już czytam to tylko za światła dnia. O Mastertonie wiele słyszałam, więc sięgnęłam po jego twórczość. W ten sposób poznałam „Czerwony hotel”. Muszę przyznać, że książka zrobiła na mnie wrażenie. Rozpadające się ciała, przenikające ściany duchy. Ciarki same przechodziły po plecach. To nie jest lektura dla osób o słabych nerwach. Musiałam czytać z przerwami.


Masterton to mój drugi ulubiony pisarz, zaraz po Stephenie Kingu. "Czerwony hotel" to opowieść o nawiedzonym hotelu, duchach, przewidywaniu przyszłości, voodoo i zombie. Lektura obowiązkowa dla wszystkich fanów książki z dreszczykiem. Nie można się od niej oderwać. Ksiązka klimatyczna i interesująca, na pewno nie zawiedzie zagorzałych fanów Grahama Mastertona, ale też czytelników, którzy po raz pierwszy spotkają się z tym autorem.


Ciekawy kryminał z interesująca fabuła i intrygującymi bohaterami. Przenosimy się do Luizjany i hotelu, w którym dzieją się tajemnicze i niewyjaśnione rzeczy, a wszystko to za sprawa żądnych zemsty duchów. Jednak wszyscy, którzy cierpią na hemofobię powinni zastanowić się, czy chcą narażać się na atak paniki. Gdyż jest krwawo. Może nie jest to kryminał najwyższego poziomu, ale sprawnie napisany i dobrze się go czyta.


Masterton lekkich i przyjemnych książek nie pisze. Według mnie jego powieści są straszniejsze od tych Kinga i Poego. Polecam.


Nie jest to powieść dla czytelników wrażliwych i o słabych nerwach. Ciała rozpadających się zombi, duchy, makabryczne zbrodnie. Trzeba przyznać, ze ciarki przechodzą po plecach. Wydarzenia następują na tyle powoli aby zachować aurę tajemnicy. Całkiem udany horror.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Okładka

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: The Red Hotel

Copyright © by Graham Masterton 2011

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2012

Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Elżbieta Bandel

Projekt i opracowanie graficzne okładki oraz ilustracja na okładce: Zbigniew Mielnik

Wydanie I e-book
 (opracowane na podstawie wydania książkowego:
Czerwony Hotel, wyd. I, Poznań 2012)

ISBN 978-83-7818-054-8

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań
tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74
e-mail: rebis@rebis.com.pl
www.rebis.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink

www.woblink.com

Karta tytułowa

Graham Masterton

Czerwony Hotel

Przełożył
Piotr Kuś

Dom Wydawniczy REBIS

Teatr cieni

Niektórzy mówią, że gdy opuszczamy ten świat, pozostawiamy po sobie tylko rzeczy osobiste i nasze cienie. Powstają one za każdym razem, gdy wędrujemy pomiędzy słońcem a ziemią, są jak negatywy, które po nas pozostaną, szczególnie jeżeli umieramy, nie zrealizowawszy wszystkich naszych ambicji, albo pozostawiamy nierozstrzygnięte problemy. Jeszcze długo po naszej śmierci cienie odgrywają drobne dramaty naszego życia – mimo że my sami od dawna leżymy pod ziemią, gdzie nie możemy już rzucać cieni, albo została z nas jedynie garstka popiołu.

Pewnego popołudnia, przed niespełna rokiem, cienie zaczęły migotać na korytarzach Czerwonego Hotelu, położonego przy Convention Street w Baton Rouge w stanie Luizjana. Zarówno goście, jak i pracownicy hotelu usłyszeli dziwne tupanie i nieprzyjemne zgrzytanie. Twierdzili, że wszyscy dostawali gęsiej skórki – tak bardzo przenikliwe i przeszywające były to odgłosy.

Niektórzy uważali, że to powróciła Vanessa Slider ze swoim synem Shemem. Starsi mieszkańcy nadbrzeżnej dzielnicy miasta wciąż żywili silne podejrzenia co do czynu, jakiego dopuściło się tych dwoje, wykonywali więc znak krzyża i szeptali modlitwy, prosząc Najwyższego o opiekę.

Chłopak za drzwiami

Deszcz padał przez całe popołudnie, dlatego Sissy i Pan Boots siedzieli na pomalowanej na zielono werandzie, wpatrując się w krople rozbryzgujące się wśród liści drzew i w strugi wody płynące krętą ścieżką prowadzącą do drogi. Sissy siedziała na werandzie również dlatego, że chciała palić papierosy, a pies dotrzymywał jej towarzystwa, ponieważ był mokry i śmierdział, a w takim stanie Sissy nie wpuszczała go do domu.

– Co za lato – westchnęła Sissy, jednak Pan Boots nie zareagował.

Nie odwrócił głowy i nie pokiwał nią na znak, że zgadza się ze swoją panią, co przecież robił dość często.

– Przepraszam, głucholu! – powiedziała Sissy, tym razem wprost do psa i znacznie głośniej. – Mówiłam, że mamy cholernie marne lato. A co ty o tym sądzisz?

Pan Boots ponuro zawył.

– Jezu – znowu westchnęła Sissy. – Gdzieś ty się nauczył takiego języka? Czyżbyś się zakumplował z tym starym, parszywym pręgowanym kocurem od sąsiadów?

Z głębokiej kieszeni szarego, robionego na drutach kardiganu wyciągnęła paczkę marlboro, jednak w kartoniku pozostał już tylko jeden papieros, i to złamany.

– Cholera ciężka – mruknęła i z wysiłkiem podniosła się z fotela na biegunach.

Weszła do domu i zaczęła szukać nowej paczki, chociaż poważnie wątpiła, czy uda jej się ją znaleźć. Ostatnio znów próbowała rzucić palenie, ale dziś musiała zmierzyć się z mokrym, ponurym dniem i chmurami, które niemal ocierały się o czubki drzew. Nie miała nawet ochoty pojechać po zakupy na rynek do Boardman's Bridge. Miała natomiast wielką ochotę na papierosa.

Sissy często powtarzała, że gdyby Bóg nie chciał, żeby ludzie palili papierosy, nie pozwoliłby im odkryć Ameryki.

Otwierała właśnie zewnętrzne siatkowe drzwi chroniące przed owadami, gdy usłyszała zgrzyt opon na żwirowym podjeździe. Odwróciła się i zobaczyła escalade w kolorze czerwony metalic; samochód należał do jej przyrodniego siostrzeńca, Billy'ego. Młodzieniec wysiadł z auta, postawił kołnierz czarnej wiatrówki, po czym obszedł maskę pojazdu i otworzył drzwi po stronie pasażera. Po chwili na podjeździe stanęła dziewczyna w lśniącym czerwonym płaszczu przeciwdeszczowym i takim samym kapelusiku. Postępując za Billym, ruszyła stromymi schodami prowadzącymi na werandę.

– Hej, ciociu Sissy! – zawołał Billy.

Pan Boots warknął, zerwał się na cztery łapy, po czym zaczął sapać i bić ogonem o barierki werandy. Billy był chudym, bladym, ale przystojnym młodzieńcem w wieku dwudziestu sześciu lat. Gęste, czarne włosy miał zaczesane na żel, a w pociągłej, trochę lisiej twarzy niebieskie, zawsze szeroko otwarte oczy, które sprawiały wrażenie wiecznie zdziwionych, jakby życie bezustannie go zaskakiwało. Był synem Ralpha, drugiego męża siostry Sissy, i właściwie w ogóle nie był z Sissy spokrewniony, jednak z niewiadomych powodów byli sobie bardzo bliscy.

Kiedy był dzieckiem, Sissy uczyła go skomplikowanych sztuczek karcianych oraz przepowiadania pogody na podstawie zachowania ślimaków ogrodowych. „Uważaj, nigdy nie stój nad żadnym ślimakiem zbyt długo… one być może wyglądają zupełnie niewinnie, jednak według ludowych podań potrafią wysysać z ludzi ich cienie".

W taki deszczowy dzień jak ten dookoła było pełno ślimaków, które zostawiały na drewnie werandy srebrzyste, krzyżujące się ślady.

Billy i dziewczyna w płaszczu przeciwdeszczowym weszli na werandę. Chłopak strzepnął krople deszczu z kurtki, po czym uściskał Sissy.

– Co słychać? – zapytał. Skinął ku pełnej popielniczce ustawionej obok fotela na biegunach. – Widzę, że ciągle dymisz jak Góra Świętej Heleny. A zdaje się, że miałaś to rzucić.

Sissy zakaszlała i pokręciła głową.

– To twoja mama mówiła, że rzucam palenie. A ja mam zasadę: nigdy nie robię tego, co mi każe twoja mama. Nigdy nie robiłam, odkąd byłyśmy dziećmi, i nigdy nie zrobię. Gdybym słuchała twojej mamy, wyszłabym za Normana, agenta ubezpieczeniowego. I wciąż bym była zamężna.

Popatrzyła na dziewczynę, które okazała się ładną blondynką o jasnej cerze. Miała wysokie kości policzkowe, odrobinę zadarty nos i zielone kocie oczy.

– Kim jest osoba, którą zamierzasz mi przedstawić? – zapytała Billy'ego Sissy.

– To moja dziewczyna, Lilian. Ale wszyscy mówią na nią T-Yon.

– T-Yon?

Billy objął dziewczynę.

– Jako dziecko Lilian wychowywała się w Lafayette, w Luizjanie. T-Yon w języku Cajunów znaczy „Mała Lilian".

– T-Yon, coś takiego – powiedziała Sissy. – Cóż, miło cię poznać, T-Yon.

Podała dłoń dziewczynie, a kiedy nią potrząsnęła, zadzwoniły bransoletki na jej przegubie. Sissy była zatwardziałą hipiską. Ku rozpaczy swej rodziny wciąż nosiła kolorowe zwiewne suknie i długie kolczyki. W młodości była bardzo ładna; była jednym z tych ślicznych dzieci kwiatów, które podskakiwały na golasa w Woodstock. Teraz, kiedy patrzyła w lustro, widziała tylko cień tego dziecka tańczący w jej oczach.

– Billy dużo mi o tobie opowiadał – powiedziała T-Yon nieśmiało. – W końcu zmusiłam go, żeby mnie tutaj przywiózł. Po prostu chciałam się przekonać, czy w ogóle istniejesz.

Sissy uniosła rękę i poruszyła nią kilkakrotnie, jakby sama chciała to sprawdzić.

– No cóż – odezwała się. – Chyba jednak jestem prawdziwa. Przynajmniej przez większość czasu. Muszę przyznać, że bywają dni, kiedy w to wątpię i niemal wierzę, że jestem duchem. To dziwne, jak czyjeś życie może się zmienić z dnia na dzień, czyż nie? I właściwie nie wiesz, czy zmienia się cały świat dookoła czy po prostu jeden człowiek.

T-Yon zamrugała. Najwyraźniej nie zrozumiała, o co Sissy chodzi. W sumie jednak ona sama też nie do końca i nie zawsze rozumiała własne słowa.

– No, dajmy temu spokój – powiedziała Sissy. – Napijemy się herbaty? Albo kawy, jeśli wolicie? A może Doktora Peppera? Albo kieliszeczek zinfandela?

Billy pokręcił głową.

– Ja prowadzę, więc wystarczy mi herbata. Jeśli nie będzie smakowała jak siano.

– Och, masz na myśli moją mate de coca? Bardzo dobrze by ci zrobiła. Jest stymulująca. Zawiera zero cztery procent kokainy.

– Nie obchodzi mnie to. Niech sobie nawet zawiera czterdziestoczteroprocentowego kopa, i tak zawsze będzie smakować jak świeże siano.

– Skoro nie chcesz nic wypić, mógłbyś pojechać do Trading Post i przywieźć mi dziesięć paczek marlboro.

– Chcesz, żebym ci ułatwił zejście z tego świata na raka płuc?

– Mów sobie, co chcesz, tylko jedź i kup mi trochę papierosów. W końcu śmierć jest tylko iluzją. Osobiście mogę za to ręczyć. A przy okazji kupisz świeży chleb, odrobinę żółtego sera, trochę słodyczy i kilka puszek karmy dla Pana Bootsa.

– Ciociu Sissy, jesteś poganiaczem niewolników, wiesz? – powiedział Billy, ale jednak wyszedł, wsiadł do samochodu i ruszył drogą w dół.

Tymczasem Sissy zaprowadziła T-Yon do domu. Pan Boots zaczął kręcić im się pod nogami, licząc, że i on wejdzie do środka, lecz jego pani rzuciła ostro:

– Zostajesz. – Zamknęła przed nim drzwi i wyjaśniła: – Kiedy jest mokry, śmierdzi jak ściek.

W salonie panował słaby półmrok. Okropna pogoda sprawiała, że wszystko pozostawało tu jakby w nierealnym bezruchu; salon sprawiał wrażenie raczej wspomnienia niż pokoju, w którym ktoś mieszka. Na stolikach stały wazony ze świeżo ściętymi kwiatami – żółtymi różami, fioletowymi lewkoniami i szkarłatnymi gladiolami. Na ścianach wisiały obrazy, grafiki, maski i inne dekoracje, na przykład metaloplastyka wysadzana muszelkami morskimi i welon panny młodej z lat dwudziestych. W poplamionym lustrze nad kominkiem jaskrawą plamą odbijał się czerwony płaszcz T-Yon.

– Napijesz się herbaty? – zapytała Sissy. – I pozwól, że wezmę twój płaszcz. Jest naprawdę śliczny. Wyglądasz jak mały Czerwony Kapturek.

– A czy mogłabym dostać kieliszek wina? – zapytała T-Yon.

Jej kajuński akcent nie był zbyt silny, jednak na tyle wyraźny, że można było rozpoznać, skąd dziewczyna pochodzi. Pod płaszczem miała obcisłą szarą bluzkę z krótkimi rękawami i równie obcisłe czarne spodnie do kolan. Sissy zrozumiała, dlaczego T-Yon spodobała się Billy'emu. Oprócz ładnej buzi miała też duże piersi i bardzo wąskie biodra. Jej szyję zdobił rzemyk ze srebrnym wisiorkiem w kształcie głowy kobiety z zamkniętymi oczyma, która wyglądała, jakby spała albo marzyła.

– Opowiedz mi, jak się poznaliście – poprosiła Sissy.

Na chwilę wyszła i zaraz wróciła do salonu z butelką zinfandela oraz dwoma kieliszkami do wina na długich nóżkach.

T-Yon wzięła do ręki czarną mosiężną statuetkę tańczącego diabła z rogami, spiczastą brodą i koźlimi kopytami zamiast łap.

– Przerażający. – Zmrużyła oczy i przybliżyła posążek do twarzy.

– On? Może przerażać tylko wtedy, jeśli się w niego wierzy.

– A ty nie wierzysz? Ma taką złą twarz…

– Moje doświadczenie, T-Yon, podpowiada mi, że ludzie są o wiele gorsi od diabłów. Ludzkie istoty… Te są dopiero przerażające.

Dziewczyna ostrożnie odstawiła figurkę na miejsce i usiadła na kanapie przykrytej kwiecistym pledem. Patrzyła, jak Sissy nalewa wino do jej kieliszka.

– Billy i ja poznaliśmy się na zajęciach dla cukierników. Miałam zrobić ciasto ptysiowe, jednak za każdym razem wychodziła mi wielka, sucha klucha. Wreszcie Billy podszedł do mnie i pokazał mi, jak połączyć mąkę z wodą i masłem, no i już zostaliśmy razem.

– Billy to wspaniały człowiek – powiedziała Sissy. – Zdaje się, że nigdy nie traci cierpliwości. Domyślam się, że razem z nim pracujesz w Hyde Parku? Jak się tam czujesz?

– Zupełnie dobrze, w porządku. Myślę, że jeśli zostaniemy razem, otworzymy własną restaurację. Cała moja rodzina od niepamiętnych czasów się tym zajmuje. Prowadzą restauracje, hotele. To jest takie… sama rozumiesz.

Sissy upiła łyk wina i w milczeniu czekała, aż T-Yon powie coś więcej. Ton jej głosu świadczył, że się do tego przymierza. „To jest takie… sama rozumiesz". O co dokładnie jej chodziło? Dziewczyna popatrzyła na Sissy, ciągle milcząc, i zaśmiała się nerwowo.

– No, mów dalej, T-Yon – zachęciła ją Sissy. – Czym się martwisz? Coś cię gnębi, prawda?

– To widać?

– Myślę, że żyję już wystarczająco długo, żeby wyczuć, kiedy ktoś się czymś zadręcza. Oczywiście nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz, ale chyba po to tu przyjechałaś, prawda?

T-Yon zaczerwieniła się.

– Billy bardzo często o tobie opowiada i dlatego koniecznie chciałam cię poznać. Już od wielu tygodni wierciłam mu dziurę w brzuchu, żeby mnie tu przywiózł. Ale teraz, kiedy już tutaj jestem, odnoszę wrażenie, że niepotrzebnie zabieram ci czas.

– Och, na miłość boską, tym się akurat nie przejmuj – powiedziała Sissy i poklepała dziewczynę po ręce. – Czasu mam mnóstwo, nawet za dużo. Odkąd zabrakło Franka, mieszkam wyłącznie z Panem Bootsem i dni mijają mi bardzo powoli. Są jak skrzydła wiatraka w bezwietrznej pogodzie.

– Billy mi mówił, że przepowiadasz przyszłość z kart.

– Tak, chodzi o karty DeVane.

– Wspomniał, że są jak karty tarota. Nigdy o nich nie słyszałam.

– Owszem, w pewnym sensie są podobne do tarota. Są jednak od nich większe, bardziej skomplikowane i można z nich o wiele więcej wyczytać niż z kart tarota. Na przykład karty DeVane nie powiedzą ci po prostu, że wkrótce spotkasz mężczyznę swojego życia. Powiedzą raczej, że znienawidzisz jego brata, ponieważ źle traktuje zwierzęta, i że jego matka gotuje tak beznadziejnie, że czasami będziesz się zastanawiać, czy nie chce cię otruć.

– Niesamowite.

– Właśnie. Niesamowite. Są fascynujące dla każdego, kto wie, jak ich używać, a zaznaczam, że jest to bardzo trudne, jeśli ktoś nie ma wrodzonego daru. Ja z jakiegoś powodu czytam z nich bez żadnych problemów, od kiedy skończyłam jedenaście lat. Nie pytaj mnie, jak to robię i dlaczego, ale potrafię przewidzieć, co się stanie jutro po południu, i to tak jasno i wyraźnie, jak umiem zapamiętać, co się działo wczoraj. Z pomocą kart, oczywiście.

– Przepowiedziałabyś mi przyszłość? – zapytała T-Yon. –

Wiem, że ludzie zwykle ci za to płacą, więc mogę zapłacić, jeśli chcesz.

– Nie wezmę od ciebie pieniędzy. Jesteś dziewczyną Billy'ego.

– Wiem. Ale nie chciałabym, żebyś myślała, że cię wykorzystuję.

Sissy wyszła do sypialni i podeszła do rzeźbionego orzechowego biureczka stojącego pod oknem. Deszcz bił z hałasem w rynnę na dachu; rura odpływowa była zapchana liśćmi jeszcze z poprzedniej jesieni. Frank zawsze dbał o to, żeby dom był w dobrym stanie i żeby takie rzeczy się nie zdarzały. Gdyby żył, już dawno zrobiłby z tym porządek. Ale zmarli nie potrafią czyścić rynien, tak samo jak nie potrafią tulić w ramionach swoich najbliższych i mówić im, jak bardzo ich kiedyś kochali.

Sissy otworzyła szufladę po lewej stronie i wyciągnęła z niej podniszczone pudełko z kartami DeVane. Wieczko zdobił wizerunek klauna w czerwonym kapeluszu, ze śmiertelnie bladą twarzą. W wysoko uniesionej lewej ręce trzymał klucz, a w prawej szklaną kulę. Jego twarz, wykrzywiona sztucznym uśmiechem, wyglądała tak, jakby miał zamiar wrzasnąć z furią: „Myślicie, że to jest zabawne, co? Myślicie, że to jest zabawne?".

Napis nad głową klauna, stylizowany na cyrkowy plakat, układał się w słowa Images d'Amour, czyli „Obrazki miłości", lata doświadczeń mówiły jednak Sissy, że karty niekoniecznie przepowiadają miłość i szczęśliwe rozwiązania. Owszem, mogły zapowiedzieć wspaniały romans, ale taki, w którym namiętność mogła się skończyć krwawym finałem, kiedy to zazdrosny mąż wpada do sypialni i morduje kochanków za pomocą dwóch noży kuchennych. Mogły też ukazać prześliczną, nowo narodzoną dziewczynkę i jej szczęśliwych rodziców, a potem ogród, w którym dziecko utonie w płytkim stawie przed ukończeniem drugiego roku życia.

Sissy zawsze uważała, że karty DeVane ukazują życie dokładnie takie, jakie ono jest, nie dając fałszywej nadziei. Śmierć stała w nich cierpliwie przy oknie, wpatrując się w deszcz, w pełni świadoma, że wcześniej czy później nadejdzie czas, kiedy będzie się mogła odwrócić.

– Proszę, oto moje karty DeVane – powiedziała Sissy, wróciwszy do salonu. – Zaprojektowano je i wydrukowano we Francji, w osiemnastym wieku, a ta talia jest jedyną, jaką kiedykolwiek widziałam. Owszem, mówiono mi, że istnieją także inne, jednak nie słyszałam, aby ktokolwiek używał ich do przepowiadania przyszłości, przynajmniej nie w taki sposób, w jaki ja to robię. Tak jak ci powiedziałam – dodała i postukała się palcem w czoło – do tego trzeba mieć dar.

T-Yon dotknęła pudełka czubkami palców, jakby chciała, żeby już sam ten ruch przyniósł jej szczęście.

– Są wielkie – zauważyła. – I ten klaun. Wygląda naprawdę odrażająco, nie uważasz?

– To Le Serrurier Riant, Śmiejący się Ślusarz. Pokazuje ci, że potrafi otworzyć drzwi do przyszłości. Widzisz, w jednej ręce ma klucz, a w drugiej kryształową kulę. – Sissy usiadła i wyciągnęła karty z pudełka. – Zanim zacznę, T-Yon, muszę wiedzieć, dlaczego tak bardzo chcesz poznać swoją przyszłość. Z Hyde Parku do mnie jest kawał drogi, szczególnie paskudnej w taki dzień jak dzisiaj. To jest przynajmniej sześćdziesiąt kilometrów. Musiałaś mieć naprawdę ważny powód, żeby je pokonać. – Dziewczyna milczała, Sissy mówiła więc dalej: – Nie przyjechałaś tutaj, żeby się po prostu dowiedzieć, czy ty i Billy do siebie pasujecie, prawda? I nie chcesz też wiedzieć, czy zrobisz karierę jako kucharka.

T-Yon ukryła twarz w dłoniach. Sissy doskonale wiedziała, że dziewczyna zaraz powie coś, czego nie potrafi już dłużej w sobie dusić. Odpowiedź będzie jednak dla niej kłopotliwa, wywoła poczucie winy albo głęboki wstyd.

– Miewam takie sny… – odezwała się dziewczyna, tak cicho, że Sissy prawie jej nie usłyszała.

– Mogłabyś mówić głośniej, kochanie? Trochę źle słyszę na lewe ucho. Poza tym cokolwiek cię nurtuje, wcale się lepiej nie poczujesz, jeżeli wyznasz to szeptem.

– Przepraszam – powiedziała T-Yon i odsunęła ręce od twarzy. – Często śni mi się mój starszy brat Everett. Właściwie to nie są sny, ale koszmary. Gorsze od wszystkiego, co kiedykolwiek mi się śniło, nawet w dzieciństwie. Wiem, że dopiero cię poznałam, ale po tym, co Billy opowiedział mi o tobie…

– Mów dalej – zachęciła ją Sissy. – Chyba już wiesz, że możesz mi wszystko opowiedzieć, choć nie musisz, jeśli nie chcesz.

– Hmm… Everett właśnie odrestaurował stary hotel w Baton Rouge. On i jego wspólnik tym się zajmują: szukają zniszczonych hoteli i przywracają im dawną świetność. Do tej pory odrestaurowali dwa: Shenandoah Suites i Denham Palace. Czerwony Hotel jest trzeci.

– Wygląda na to, że twój brat ma smykałkę do interesów.

– Rzeczywiście. Ale jakieś trzy tygodnie temu, niedługo po tym, jak do Czerwonego Hotelu wprowadzili się pierwsi goście, zaczęłam mieć te koszmary z Everettem.

– Tak?

– Wprawiają mnie w zakłopotanie, a zarazem są przerażające. I zawsze śni mi się to samo, noc po nocy. Nikomu o tym nie mówiłam, nawet Billy'emu. Ale zaczynam się obawiać, że jeśli to się wkrótce nie skończy, będę musiała porozmawiać o tym z lekarzem.

– Wcześniej jednak postanowiłaś przyjść do mnie – stwierdziła Sissy. – Sprawdźmy więc, czy będę mogła ci pomóc.

T-Yon na moment zamilkła, ale po chwili wzięła głęboki oddech i zaczęła mówić:

– Leżę w łóżku w jednym z pokojów tego hotelu. Wiem, że to jest Czerwony Hotel, choć pokój nie wygląda tak, jak wyglądają one teraz. Everett i jego wspólnik całkowicie je przeprojektowali i przebudowali, wszystkie mają czerwone aksamitne zasłony i lustra w złoconych ramach. Mają przywodzić na myśl Baton Rouge sprzed lat. Jednak w moim koszmarze pokój jest cały brązowy i zielony, stoi w nim telewizor z lat sześćdziesiątych i telefon z okrągłą tarczą, też z tego czasu. No i ten okropny smród. Nigdy dotąd nie czułam we śnie żadnego zapachu, jednak w tym pokoju unosi się woń lawendowego wosku do mebli i sprayu przeciwko owadom. Ten zapach zawsze jest ze mną jeszcze długo po obudzeniu.

Sissy uniosła brwi.

– To niezwykłe. Większość z nas słyszy w snach różne dźwięki: ludzką mowę, śpiew albo szum fal. Większość z nas także czuje, dotyka innych ludzi lub przedmiotów. Ale zapachy… to naprawdę rzadkie zjawisko, chociaż mój zmarły mąż obudził się kiedyś w środku nocy i przysięgał, że czuje dym, chociaż w sypialni nie było żadnego dymu. No, ale mów dalej. Co się dzieje w twoim koszmarze?

– Leżę na łóżku i mam na sobie jedynie czarny pas do pończoch i czarne nylonowe pończochy. Nigdy w życiu nie nosiłam pasa ani pończoch, więc już chociażby z tego powodu sen jest dziwaczny. Otwierają się drzwi i do pokoju wchodzi Everett. Na twarzy ma maskę z Mardi Gras, białą jak śmierć, z czarnymi, ukośnymi oczyma, ja jednak od razu wiem, że to on. Jest nagi, ma tylko długie czarne skarpety na nogach, a przecież nigdy nie widziałam, żeby je nosił… naprawdę, nigdy.

– Rozumiem – powiedziała Sissy.

Niespodziewanie deszcz ustał i w pokoju zrobiło się jaśniej.

– Everett się nie waha. Podchodzi do łóżka i kładzie się na mnie. Wiem, do czego zmierza, ale nie próbuję go powstrzymać. W gruncie rzeczy czuję, że go pragnę. Nie dlatego, że go kocham, ale dlatego, że wiem, że to będzie przyjemne. W tej chwili czuję się prostytutką, a nie jego siostrą. To naprawdę trudno wyjaśnić. Zaczyna uprawiać ze mną seks, a ja się nie opieram, mimo że przecież jest moim starszym bratem. Z drugiej strony, wcale się dobrze nie bawię. Po prostu leżę, wpatruję się w telewizor i pozwalam Everettowi robić, co chce.

– A co widzisz w telewizorze? Rozpoznajesz jakiś program?

– Czy to ważne?

– Nie wiem. Może być ważne.

– Ekran jest czarno-biały i widzę coś jakby The Lucy Show. Głos jest jednak tak przyciszony, że w ogóle do mnie nie dociera. Słyszę tylko Everetta dyszącego pod maską.

– Mam nadzieję, że nie weźmiesz mi za złe, że o to pytam, ale czy jesteś wtedy chociaż trochę podniecona?

Sissy zauważyła, że ta bezpośredniość zaskoczyła T-Yon, jednak ona zdawała sobie sprawę, że zanim zajrzy do kart, musi się dowiedzieć jak najwięcej o jej koszmarze. Czasem drobny szczegół mógł być kluczem do tajemnicy przerażającego snu. Na przykład widok twarzy, która na ułamek sekundy mignie w oknie na strychu. Albo stara zabiedzona krowa przywiązana gdzieś w oddali do słupa. Czy też dziecko siedzące w przydrożnym rowie i żałośnie płaczące.

– Podniecona? – powtórzyła dziewczyna. Przez chwilę się zastanawiała, po czym stwierdziła: – Nie, chyba nie, na pewno nie. Czuję, jak się ze mną kocha, fizycznie. Czuję go w sobie, ale to nie jest podniecające.

– Czy ten stosunek trwa długo?

– W niektóre noce kilka godzin w inne zaledwie kilka sekund. Jednak koniec jest zawsze taki sam. Everett kocha się ze mną coraz szybciej i nagle przestaje, kurczy się i wydaje dziwny, przeraźliwy skowyt. A ja w tym momencie odnoszę wrażenie, jakby ktoś rozrywał mi brzuch. – T-Yon przesunęła czubkami palców po brzuchu, kreśląc pionową linię od mostka do talii. – To jest takie okropne, że nie można sobie tego wyobrazić. Jakby ktoś mnie rozcinał skalpelem. – Umilkła na chwilę i wzięła dwa głębokie oddechy. Po chwili powiedziała: – Everett i ten jego skowyt. Jak piesek, kiedy go ktoś nadepnie. Jest przytłumiony, bo Everett nadal jest w masce. A ja jestem zbyt zszokowana, żeby wydobyć z siebie jakiś dźwięk. Unoszę głowę, patrzę na swój brzuch i widzę, że jest rozcięty. Everett wciąż na mnie leży i jego brzuch też jest rozcięty.

– Mój Boże – westchnęła Sissy.

W tej chwili wręcz łaknęła papierosa i bardzo chciała, żeby Billy jak najszybciej wrócił ze sklepu. Z drugiej strony musiała usłyszeć opowieść T-Yon do końca, zanim on się zjawi. Nie mogła dopuścić, żeby dziewczyna coś przemilczała, a istniało prawdopodobieństwo, że w obecności chłopaka zamilknie. Wieść, że jego dziewczyna śni o seksie z własnym bratem, nie byłaby najlepszym afrodyzjakiem.

– Patrzę na mój brzuch, noc w noc, i zawsze jest tak samo. Wnętrzności są pomieszane z wnętrznościami Everetta. Są pokręcone i poplątane, a ja się boję, że już się nigdy nie rozplączemy. Jedynym sposobem na to wydaje się szybkie cięcie, ale przecież wiem, że to nas oboje zabije.

– Czy ktoś tego próbuje?

– Nie. W tym momencie sen się kończy. Słyszę tykanie zegara i wtedy zawsze się budzę. Prawie zawsze…

– Prawie?

– Tak… bo czasami widzę jeszcze przed sobą otwarte drzwi. Uchylone zaledwie na dziesięć centymetrów, ale to wystarczy, żebym dostrzegła, że za progiem stoi jakiś chłopak. Chłopak z rudymi kręconymi włosami o bardzo białej twarzy.

– Czy ten rudowłosy chłopak coś mówi? Porusza się?

Wchodzi do pokoju?

T-Yon pokręciła głową.

– Nic nie mówi ani się nie rusza.

– Może wydaje ci się znajomy?

– Nie. Po prostu stoi i gapi się na nas, leżących na łóżku z poplątanymi wnętrznościami. Nie jestem pewna, ale czasami chyba odnoszę wrażenie, że się uśmiecha. Naprawdę mnie przeraża. Moja babcia powiedziałaby, że on jest possedé, co w języku Cajunów oznacza bardzo złe dziecko. Prawie opętane, rozumiesz.

– Ale wtedy się budzisz?

– Tak. Zawsze wtedy drżę i się pocę, no i mam nudności.

Czuję się tak, jakby ktoś naprawdę wyciągnął ze mnie wnętrzności, pomieszał je, a potem byle jak poupychał z powrotem. Mam wrażenie, że ktoś mnie pośpiesznie zszył, zanim otworzyłam oczy, dosłownie chwilę przedtem.

– Cóż – westchnęła Sissy. – To naprawdę przerażający koszmar.

T-Yon siedziała na skraju kanapy, patrząc na Sissy błagalnym wzrokiem. Dłonie miała mocno splecione, jakby jej koszmary były grzechem, a ona błagała o rozgrzeszenie. Sissy powoli, jakby z namysłem, wypiła dwa łyki wina. Potrzebowała czasu, żeby się zastanowić, co mogą znaczyć te sny, ponieważ było w nich mnóstwo ważnych znaków i podtekstów.

Sissy zajmowała się wróżeniem od wielu lat i nauczyła się, że powtarzające się koszmary bywają przede wszystkim ostrzeżeniem, jednak w przypadku T-Yon trudno było powiedzieć, czego mogłoby ono dotyczyć. Jej relacje z bratem były bez wątpienia poprawne i bez seksualnych podtekstów, a tymczasem w snach uprawiała z nim ordynarną kazirodczą miłość. Koszmar sugerował nie tylko cielesny związek pomiędzy nimi, ale jeszcze coś więcej – wspólnotę trzewi. Ich wnętrzności tak się mieszały, że stawali się wręcz rodzeństwem syjamskim.

Wiele pytań domagało się odpowiedzi. Dlaczego w koszmarze dziewczyna ma pończochy i pas; przecież w realnym życiu ich nie nosiła. Dlaczego Everett nosi maskę z Mardi Gras? Jakie znaczenie ma czarno-biała komedia w telewizji, jeżeli w ogóle jakieś ma? Dlaczego T-Yon spodziewa się, że seks z bratem sprawi jej przyjemność, i co to właściwie znaczy? Kim jest rudy chłopak zaglądający do pokoju przez uchylone drzwi?

Sissy wciąż się zastanawiała nad tymi zagadkami, kiedy usłyszała klakson. To Billy zajechał przed dom. Pan Boots natychmiast zaczął warczeć.

– Posłuchaj – powiedziała Sissy. – Co powiesz na to, żeby spędzić tutaj resztę popołudnia? Jeśli chcesz, możesz zostać u mnie na noc. Sherlock Holmes zwykł mawiać o „problemie trzech fajek"; po prostu rozwiązywał problemy w czasie, jakiego potrzebował na trzykrotne wypalenie fajki. A ja uważam, że twój problem wymaga trzykrotnego ułożenia kart.

– Ale jakie jest twoje pierwsze wrażenie? – zapytała dziewczyna. – Myślisz, że powinnam poważnie się tym wszystkim martwić, czy może po prostu jestem głupia i pozwalam, żeby rządziła mną moja wyobraźnia? Może powinnam zmienić dietę? Albo skończyć z piciem… chociaż wcale dużo nie piję. Albo przestać się tak wszystkim przejmować?

Sissy wzruszyła jednym ramieniem i spróbowała posłać T-Yon uspokajający uśmiech.

– Być może coś, jasne, takie rozwiązanie też wchodzi w grę. Może masz alergię na jakieś jedzenie albo wymagasz od siebie zbyt dużo w college'u? Pozwól jednak, że poradzimy się kart, T-Yon. Wtedy bez wątpienia się przekonamy, na czym polega twój problem.

– Dziękuję, Sissy. Jestem ci naprawdę bardzo wdzięczna. – Zerknęła w kierunku kuchennych drzwi, by się upewnić, że Billy nie podsłuchuje, i szybko dodała, prawie bezgłośnie, jedynie poruszając ustami: – Nawet nie wiesz, jaka jestem przerażona.

Dziewczyna wstała i poszła do kuchni, aby pomóc Billy'emu w rozpakowywaniu zakupów. Sissy pozostała w salonie, zamyślona, ze zmarszczonym czołem. Koszmary T-Yon bardzo jej się nie podobały, zwłaszcza fakt, że się powtarzają, noc po nocy. Lata doświadczeń z kartami DeVane wyostrzyły jej wrażliwość psychiczną. Pewnie dlatego koszmar T-Yon tak bardzo ją zaniepokoił.

Przypominał jej pewną kartę, La Cuisine de Nuit, Nocną Kuchnię, która ostrzegała przed daremnym osobistym poświęceniem. Miała wielką nadzieję, że akurat ta karta się nie pojawi, kiedy będzie przepowiadać przyszłość T-Yon.

Jeszcze jeden szczegół był bardzo niepokojący: tykanie zegara, które T-Yon słyszy przed przebudzeniem. Oznacza, że niezależnie od tego, jaką katastrofę przepowiadają koszmary, nadciąga ona nieuchronnie. I to bardzo szybko. Jej nadejście jest raczej kwestią dni niż tygodni.

Matka i syn

Dostępne w wersji pełnej

Czerwona plama

Dostępne w wersji pełnej

Lot ku czerwieni

Dostępne w wersji pełnej

Gwizdacz

Dostępne w wersji pełnej

Taniec duchów

Dostępne w wersji pełnej

Zaginięcie

Dostępne w wersji pełnej

Kuchnia w Nocy

Dostępne w wersji pełnej

Obecność strachu

Dostępne w wersji pełnej

Nocni goście

Dostępne w wersji pełnej

Rozmowa przez sen

Dostępne w wersji pełnej

Polowanie na duchy

Dostępne w wersji pełnej

Znikający punkt

Dostępne w wersji pełnej

Wizerunek w lustrze

Dostępne w wersji pełnej

Krwawa uroczystość

Dostępne w wersji pełnej

Dom w domu

Dostępne w wersji pełnej

Zaginiona

Dostępne w wersji pełnej

Rozgoryczenie

Dostępne w wersji pełnej

Dawne grzechy

Dostępne w wersji pełnej

Drzwi do przeszłości

Dostępne w wersji pełnej

Ofiary śmiertelne

Dostępne w wersji pełnej

Wołanie o pomoc

Dostępne w wersji pełnej

Znowu przy ścianie

Dostępne w wersji pełnej

Proch przejścia

Dostępne w wersji pełnej

Lalka voodoo

Dostępne w wersji pełnej