Czerwone jak krew - Salla Simukka

Czerwone jak krew

4,5

  • Autor:

  • Wydawnictwo:

    Ya!

  • ISBN:978-83-7881-333-0
  • Format:EPUB + MOBI

Fińska sensacja dla młodzieży. Skandynawia podbija serca młodych wielbicieli kryminału!

Główną bohaterką „barwnej” trylogii (zainspirowanej Królewną Śnieżką braci Grimm), którą rozpoczyna powieść „Czerwone jak krew”, jest siedemnastoletnia licealistka Lumikki Andersson. Jej imię znaczy po fińsku „Śnieżka”. Nie miała łatwego dzieciństwa. Prześladowana przez uczniów nauczyła się maskować uczucia. Gdy dokonuje makabrycznego odkrycia zachowuje zimną krew. Jest doskonałym obserwatorem ludzkich zachowań. Nie oznacza to bynajmniej, że Lumikki nie rzuca się w oczy. Gdy po ukończeniu gimnazjum wyjeżdża z rodzinnego Riihimäki do Tampere i podejmuje naukę w liceum artystycznym, mimo wszystko zwraca na siebie uwagę. Ma wyrobione zdanie na każdy temat. Zgarnia najwyższe oceny i z fizyki, i z filozofii. Odgrywa rolę Ofelii tak, że dwie nauczycielki wpadają w furię, a reszta płacze. Gdy zetknie się z morderstwem przydadzą jej się zdolności aktorskie by przetrwać i wygrać.

Sensacja Salli Simukki ma w sobie typowy skandynawski mrok, odpowiednią dawkę strachu i tak lubiane w kryminałach nieoczywiste rozwiązanie.

Dodaj komentarz


Świetna książka. Jest pełna życia. Jakby z życia wzięta. Kryminalistycznego i brutalnego, ale pełna życia.
Nie spodziewałam się, że będzie fajna. Nawet nie zamierzałam jej kupować. Po prostu do mnie przemówiła (cena też xD) i wcale nie żałuje. Żałuje jedynie, że nie było wszystkich części wtedy.


Jest to bardzo dobre połączenie literatury młodzieżowej i sensacji/kryminału, z naciskiem jednak na literaturę młodzieżową. Cykl nie bez powodu bije rekordy popularności wśród młodych czytelników w Finlandii. Bardzo dobra pozycja dla osób, które lubią kategorię young adult, ale nie lubią rozbudowanych wątków romansowych lub czuja nimi przesyt. Salla Simukka stworzyła ciekawą bohaterkę, na wzór Lisbeth Salander. Lumikki jest bystra, jednak znacznie mniej aspołeczna niż bohaterka sagi Millenium, przez to też sympatyczniejsza. Jednocześnie Simukka nie próbuje kogoś naśladowac, tworzy ciekawą i oryginalną historię i ma ładny styl pisania. Tłumaczenie polskie jest bardzo dobre, czyta się z przyjemnością. Po prostu kawałek świetnej literatury dla młodzieży, polecam szczególnie licealistom albo krewnym tychże chcącym sprawić ciekawy prezent komuś kto lubi czytać książki - lub tym, którzy czytaja mniej i trzeba ich trochę zachęcić. Historia nie jest zawiła, nie ma długich opisów, więc czyta się szybko. Jak na mój gust - aż zbyt szybko, chętnie więc sięgnę też po kolejne tomy. Nie jest to książka dla fanów literatury dla dorosłych, "ciężkich" kryminałów, ale to też wynika z samego opisu okładkowego.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Sal­la Si­muk­ka

CZER­WO­NE JAK KREW

prze­ło­żył Se­ba­stian Mu­sie­lak

1.jpg

Pew­ne­go razu w środ­ku zimy, gdy z nie­ba spa­da­ły na zie­mię mięk­kie jak puch płat­ki śnie­gu, kró­lo­wa sie­dzia­ła przy oknie z czar­ne­go he­ba­nu i szy­ła. I gdy tak szy­ła, pa­trząc przez okno, ukłu­ła się igłą w pa­lec. Na śnieg upa­dły trzy kro­pel­ki krwi. Czer­wo­ne plam­ki wy­glą­da­ły tak ślicz­nie na bia­łym tle, że kró­lo­wa po­my­śla­ła so­bie: „Och, gdy­bym tak mia­ła dziec­ko o skó­rze bia­łej jak śnieg, war­gach czer­wo­nych jak krew, wło­sach czar­nych jak he­ba­no­we drze­wo!”.

28 lutego
NIEDZIELA

1

Zie­mia skrzy­ła się bie­lą. Pięt­na­ście mi­nut wcze­śniej sta­ry śnieg po­kry­ła war­stwa świe­że­go, czy­ste­go pu­chu. Pięt­na­ście mi­nut wcze­śniej jesz­cze wszyst­ko było moż­li­we. Świat wy­da­wał się pięk­ny, a ry­su­ją­ca się przed nią ja­śniej­sza przy­szłość tchnę­ła spo­ko­jem i wol­no­ścią. Przy­szłość, dla któ­rej war­to pod­jąć sza­lo­ne ry­zy­ko, po­sta­wić wszyst­ko na jed­ną kar­tę i spró­bo­wać się wy­rwać raz na za­wsze, za pierw­szym po­dej­ściem.

Pięt­na­ście mi­nut wcze­śniej pró­szą­ca z nie­ba biel roz­ście­li­ła się pu­szy­stym dy­wa­nem na brud­nym śnie­gu i wtem prze­sta­ło pa­dać tak na­gle, jak za­czę­ło, a spo­mię­dzy chmur wyj­rza­ło słoń­ce. Rów­nie pięk­ne­go dnia nie było chy­ba od po­cząt­ku zimy.

Na tej nie­ska­zi­tel­nej bie­li z każ­dą chwi­lą przy­by­wa­ło czer­wie­ni. Roz­sze­rza­ła się, roz­prze­strze­nia­ła i bar­wiąc po dro­dze krysz­tał­ki śnie­gu, prze­pły­wa­ła na ko­lej­ne. Tro­chę czer­wie­ni pry­snę­ło da­lej. Była tak ja­skra­wa, że gdy­by mia­ła głos, mu­sia­ła­by krzy­czeć.

Na­ta­lia Smir­no­wa wpa­try­wa­ła się w spla­mio­ny czer­wie­nią śnieg brą­zo­wy­mi, nie­wi­dzą­cy­mi ocza­mi. Nie my­śla­ła o ni­czym. Ni­cze­go nie chcia­ła. Ni­cze­go się nie bała.

Dzie­sięć mi­nut wcze­śniej Na­ta­lia chcia­ła tak dużo i bała się tak bar­dzo, jak jesz­cze nig­dy w ży­ciu. Drżą­cy­mi dłoń­mi upy­cha­ła bank­no­ty do swo­jej tor­by, ory­gi­nal­ne­go lo­uisa vu­it­to­na. Wy­tę­ża­ła słuch, ło­wi­ła naj­mniej­szy szmer. Uspo­ka­ja­ła samą sie­bie, tłu­ma­czy­ła so­bie w du­chu, że nie ma się cze­go bać. Prze­cież wszyst­ko za­pla­no­wa­ła. Wie­dzia­ła jed­nak, że nie ma pla­nów cał­ko­wi­cie pew­nych. Wy­star­czył byle po­dmuch, żeby za­wa­lić wzno­szo­ny od mie­się­cy do­mek z kart.

W to­reb­ce mia­ła pasz­port i bi­let na sa­mo­lot do Mo­skwy. Nic wię­cej ze sobą nie za­bra­ła. Na lot­ni­sku w Mo­skwie spot­ka się z bra­tem. Wy­na­ję­tym sa­mo­cho­dem za­wie­zie ją kil­ka­set ki­lo­me­trów do dom­ku let­ni­sko­we­go, o któ­re­go ist­nie­niu wie­dzia­ło za­le­d­wie parę osób. Tam będą już na nią cze­kać mat­ka i jej trzy­let­nia có­recz­ka Olga. Na­ta­lia nie wi­dzia­ła jej od po­nad roku. Czy dziew­czyn­ka ją pa­mię­ta? Będą mia­ły dość cza­su, aby od nowa się po­znać, bo za­szy­ją się w da­czy przez mie­siąc lub dwa. Do­pó­ki Na­ta­lia nie uwie­rzy, że wresz­cie jest bez­piecz­na. Do­pó­ki o niej w koń­cu nie za­po­mną.

Uci­szy­ła w my­ślach na­tręt­ny głos, któ­ry upar­cie kra­kał, że nig­dy nie za­po­mną. Nie po­zwo­lą jej znik­nąć. Wma­wia­ła so­bie, że nie jest prze­cież ni­kim waż­nym i bez tru­du znaj­dą na jej miej­sce ko­goś in­ne­go. Nie opła­ci im się szu­kać.

Od cza­su do cza­su lu­dzie prze­pa­da­li. Ra­zem z for­są. Spe­cy­fi­ka bran­ży, skal­ku­lo­wa­ne ry­zy­ko, nie­unik­nio­ne ubyt­ki in­wen­ta­rza, jak w wa­rzyw­nia­ku – owo­ce się psu­ją i trze­ba je wy­rzu­cać.

Na­ta­lia nie li­czy­ła pie­nię­dzy. Upy­cha­ła po pro­stu bank­no­ty do to­reb­ki, byle wię­cej. Tro­chę się po­gnio­tą, ale co z tego? Zmię­te pięć­set euro war­te jest tyle samo co gład­kie. Za je­den taki pa­pie­rek moż­na ku­pić je­dze­nia na trzy mie­sią­ce, a gdy ma się gło­wę na kar­ku i węża w kie­sze­ni – na­wet na czte­ry. Pięć­set euro może na dłu­go za­mknąć czło­wie­ko­wi usta. To dla wie­lu bar­dzo do­bra cena za trzy­ma­nie ję­zy­ka za zę­ba­mi.

Na­ta­lia Smir­no­wa, lat dwa­dzie­ścia, le­ża­ła na brzu­chu z twa­rzą za­nu­rzo­ną w lo­do­wa­tej bie­li. Jej po­licz­ki były nie­czu­łe na pa­lą­cy ziąb. Jej od­kry­tych uszu nie szczy­pał siar­czy­sty mróz.

W tym ob­cym kra­ju zim­ne wio­sny są,

Na­ta­lio, ty mar­z­niesz...

Męż­czy­zna nu­cił chra­pli­wie i fał­szo­wał. Na­ta­lia nig­dy nie lu­bi­ła tej pio­sen­ki. Zmar­z­nię­ta Na­ta­lia z fiń­skie­go prze­bo­ju była prze­cież Ukra­in­ką, a ona Ro­sjan­ką. Po­do­ba­ło jej się jed­nak, że męż­czy­zna śpie­wa dla niej i głasz­cze ją po wło­sach. Sta­ra­ła się nie wsłu­chi­wać w sło­wa. Na szczę­ście nie było to wca­le trud­ne. Po­zna­ła już tro­chę fiń­ski i dużo wię­cej ro­zu­mia­ła, niż sama umia­ła po­wie­dzieć, ale gdy prze­sta­ła się wy­si­lać, obce sło­wa tra­ci­ły zna­cze­nie i zle­wa­ły się w zwy­kłe zbit­ki dźwię­ków, spły­wa­ją­ce ci­cho z ust męż­czy­zny na jej nagą szy­ję.

Pięć mi­nut wcze­śniej Na­ta­lia my­śla­ła o in­nym męż­czyź­nie i o jego nie­po­rad­nych dło­niach. Czy bę­dzie za nią tę­sk­nił? Może tro­chę. Odro­bin­kę. Nie­dłu­go, bo na­praw­dę jej nie ko­chał. Gdy­by fak­tycz­nie ko­chał, za­ła­twił­by jej spra­wy, co tyle razy obie­cy­wał. W koń­cu dziew­czy­na mu­sia­ła sama wziąć wszyst­ko w swo­je ręce.

Dwie mi­nu­ty wcze­śniej Na­ta­lia z tru­dem do­mknę­ła tor­bę, któ­ra pę­ka­ła w szwach. Szyb­ko za­tar­ła śla­dy swo­jej obec­no­ści i w holu zer­k­nę­ła jesz­cze w lu­stro. Utle­nio­ne wło­sy, brą­zo­we oczy, cien­kie brwi i ja­skra­wo­czer­wo­ne usta. Była bla­da. Pod ocza­mi krę­gi po nie­prze­spa­nej nocy. Pora iść. W ustach czu­ła smak wol­no­ści i lęku. Smak że­la­za.

Dwie mi­nu­ty wcze­śniej za­trzy­ma­ła spoj­rze­nie na swo­ich oczach w lu­strze i unio­sła pod­bró­dek. Nie może prze­pu­ścić ta­kiej oka­zji. Cze­mu i ona nie mo­gła­by cze­goś z tego mieć?

Wte­dy usły­sza­ła zgrzyt klu­cza w zam­ku. Za­mar­ła. Jed­ne kro­ki, po­tem dru­gie, i jesz­cze trze­cie. Troj­ka. Do środ­ka we­szła troj­ka. Po­zo­sta­ła jej tyl­ko uciecz­ka.

Mi­nu­tę wcze­śniej Na­ta­lia wbie­gła do kuch­ni i do­pa­dła drzwi na ze­wnątrz. Nie mo­gła ich otwo­rzyć trzę­są­cy­mi się dłoń­mi. Jed­nak ja­kimś cu­dem klam­ka ustą­pi­ła i Na­ta­lia wy­bieg­ła na ośnie­żo­ny ta­ras, a po­tem do ogro­du. Ko­za­ki grzę­zły w śnie­gu, ale bie­gła, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Nic nie sły­sza­ła. Zdą­ży­ła na­wet po­my­śleć, że może wyj­dzie z tego cało, że jej się uda, uciek­nie i wy­gra z nimi.

Trzy­dzie­ści se­kund wcze­śniej roz­le­gło się tępe mla­śnię­cie. Kula wy­strze­lo­na z pi­sto­le­tu z tłu­mi­kiem prze­szy­ła płaszcz Na­ta­lii Smir­no­wej i wbi­ła się w ple­cy, otar­ła o krę­go­słup i roz­szar­pa­ła wnętrz­no­ści, nisz­cząc na koń­cu rącz­kę to­reb­ki, któ­rą Na­ta­lia przy­ci­ska­ła do brzu­cha. Ko­bie­ta upa­dła w czy­sty, dzie­wi­czy śnieg.

Ka­łu­ża pod nią roz­le­wa­ła się na wszyst­kie stro­ny, po­że­ra­jąc bia­ły puch. Czer­wień była jesz­cze nie­na­sy­co­na i cie­pła, lecz z se­kun­dy na se­kun­dę sty­gła co­raz bar­dziej. Cięż­kie kro­ki zbli­ża­ły się po­wo­li. Ale Na­ta­lia ich nie sły­sza­ła.


29 lutego
PONIEDZIAŁEK
po północy

2

Cała trój­ka prze­py­cha­ła się w drzwiach. Każ­dy chciał pierw­szy wejść do środ­ka.

– Ej, zrób­cie tro­chę miej­sca, nie mogę tra­fić do zam­ka.

– Ty nie tyl­ko do zam­ka nie mo­żesz tra­fić.

Śmiech, psy­ka­nie, śmiech.

– Za­cze­kaj­cie chwi­lę. Za­raz wam po­ka­żę, jak to się robi. Naj­pierw klucz. Prze­krę­cam go po­wo­li. Bar­dzo po­wo­li. Wow. Nie­sa­mo­wi­te. W pale się nie mie­ści, że jed­nym prze­krę­ce­niem klu­cza moż­na otwo­rzyć drzwi. Że ktoś wy­my­ślił taki sys­tem. Trzy­na­sty cud świa­ta, mó­wię wam.

– Za­mknij się wresz­cie i otwie­raj.

Jed­no­cze­śnie pchnę­li drzwi i za­czę­li się ci­snąć do środ­ka. Dziew­czy­na omal nie upa­dła. Je­den chło­pak wy­da­wał z sie­bie ci­che, pi­skli­we od­gło­sy i sły­sząc ich echo w pu­stej prze­strze­ni, gło­śno za­chi­cho­tał. Dru­gi ze zmarsz­czo­nym czo­łem wstu­ki­wał mo­zol­nie kod na pa­ne­lu sys­te­mu an­tyw­ła­ma­ni­go.

– Je­den... sie­dem... trzy... dwa. Ja pier­do­lę, uda­ło się! Czter­na­sty cud świa­ta! Wstu­ku­jesz cy­fer­ki i alarm się wy­łą­cza. Ja pier­do­lę. Te­raz już wiem, kim zo­sta­nę, kie­dy do­ro­snę. Ślu­sa­rzem. Jest taki za­wód, no nie? Ktoś chy­ba musi za­ra­biać na ży­cie do­ra­bia­niem klu­czy, co? Albo le­piej zo­sta­nę ochro­nia­rzem.

Tam­ci jed­nak go nie słu­cha­li. Bie­ga­li po pu­stych, ciem­nych ko­ry­ta­rzach, krzy­cząc i re­cho­cząc. W koń­cu trze­cie do­łą­czy­ło do resz­ty. Śmiech od­bi­jał się od ścian i wy­brzmie­wał echem na scho­dach.

– Je­ste­śmy naj­lep­si!

Naj­lep­si. Aj­lep­si. Jlep­si. Lep­si. Epsi. Psi. Si. I.

– I w pytę bo­ga­ci!

Wpa­da­li roz­myśl­nie na sie­bie i upa­da­li. Ta­rza­li się po zie­mi, par­ska­jąc śmie­chem. Ro­bi­li orły na ka­mien­nych po­sadz­kach. W koń­cu ktoś so­bie przy­po­mniał.

– Je­ste­śmy bo­ga­ci, tyl­ko pie­nią­dze mamy brud­ne.

– Tak jak mó­wisz. Dirr­r­ty mo­ney.

– Mie­li­śmy iść do ciem­ni. Po to tu przy­szli­śmy.

Żeby tak jesz­cze so­bie przy­po­mnieć, co było wcze­śniej. Wszyst­ko gi­nę­ło we mgle, w któ­rej prze­bły­ski­wa­ły ja­kieś ob­ra­zy. Ktoś rzy­ga. Resz­ta pła­wi się nago w ba­se­nie. Drzwi za­mknię­te na klucz, choć mia­ły być otwar­te. Roz­bi­ty krysz­ta­ło­wy wa­zon i odłam­ki, ktoś z roz­cię­tą nogą. Krew. Za gło­śna, pul­su­ją­ca mu­zy­ka. Oops, I did it aga­in. Za­po­mnia­ny hit, któ­ry ja­kiś ba­ran pusz­cza na okrą­gło. I play­ed with your he­art, got lost in the game. Ja­kaś dziew­czy­na za­no­si się ża­ło­snym pła­czem, ale ni­cze­go nie chce. Pod­ło­ga śli­ska od roz­la­ne­go rumu. Cierp­ko-słod­ki smród.

Tyl­ko że te ob­ra­zy nie chcia­ły się uło­żyć w ża­den sen­sow­ny film. Kto przy­niósł wo­rek? Kie­dy? Kto go roz­wią­zał, kto wło­żył do środ­ka dłoń, a po­tem ob­li­zał pal­ce? Kie­dy zro­zu­mie­li?

Mu­sia­ła coś łyk­nąć. Jak naj­szyb­ciej. Na­tych­miast.

– Zo­sta­ło wam tro­chę? Chcę jesz­cze.

– Ja mam.

Trzy pi­guł­ki. Po jed­nej na gło­wę. Jed­no­cze­śnie po­ło­ży­li je so­bie na ję­zy­ku.

– Ta ma moc. Oh yeah. Jest moc.

Ciem­nia. Ciem­ność. Po­tem ktoś pstryk­nął włącz­nik.

– Niech się sta­nie świa­tłość. I sta­ła się świa­tłość.

Wo­rek na stół. Bank­no­ty.

– Ja pier­do­lę, ale śmier­dzi.

– Pie­nią­dze nie śmier­dzą. Pie­nią­dze pach­ną.

– Mamy tu w pytę kasy.

– I po­dzie­li­my ją rów­no.

– Po pro­stu nie mogę! Chy­ba śnię! Ko­cham was. Ko­cham cały świat.

– Tyl­ko bez ca­ło­wa­nia. Kon­cen­tra­cja mi sią­dzie i za­cznę my­śleć wy­łącz­nie o sek­sie.

– Nie wi­dzę prze­szkód, choć­by za­raz.

– Ale ja wi­dzę. Bierz­my się do my­cia.

Woda do ku­wet. Bank­no­ty do wody. Umy­te na sznur­ki.

– To się na­zy­wa pra­nie brud­nych pie­nię­dzy. Pa­trz­cie i się uczcie.

29 lutego
PONIEDZIAŁEK

3

Po­bud­ka! Otwie­raj oczy! Wsta­waj! Za­po­mnij o drzem­ce!

Bę­ben­ki Lu­mik­ki An­ders­son omal nie pę­kły od tego wrzas­ku. Zna­jo­me­go do znu­dze­nia. Jej wła­sne­go gło­su. Na­gra­ła go i przy­pi­sa­ła w ko­mór­ce do sy­gna­łu po­bud­ki, bo uzna­ła, że nic jej le­piej nie wy­go­ni z cie­płej po­ście­li. Dzia­ła­ło. O drzem­ce fak­tycz­nie za­po­mi­na­ła od razu.

Usia­dła ro­ze­spa­na na brze­gu łóż­ka i spoj­rza­ła na ścien­ny ka­len­darz z Mu­min­ka­mi. Po­nie­dzia­łek, 29 lu­te­go. Dzień do­da­ny. Naj­bar­dziej zbęd­na data w hi­sto­rii. Nie mo­gli go ogło­sić mię­dzy­na­ro­do­wym dniem wol­nym? Prze­cież i tak był nad­pro­gra­mo­wy. Chy­ba lu­dzie mo­gli­by choć raz nie ro­bić nic sen­sow­ne­go i za­po­mnieć o pro­duk­tyw­no­ści?

Lu­mik­ki wsu­nę­ła sto­py w nie­bie­skie je­ży­ki i szu­ra­jąc no­ga­mi, po­wlo­kła się do kuch­ni. Na­la­ła wody do ka­wiar­ki i na­sy­pa­ła kawy. Tego ran­ka nie wsta­nie z mar­twych bez moc­ne­go espres­so. Było jesz­cze ciem­no, zde­cy­do­wa­nie za ciem­no na roz­po­czy­na­nie dnia. Wy­so­kie za­spy nie­wie­le roz­ja­śnia­ły mrok. Sza­ru­ga nie ustą­pi jesz­cze dłu­go. Bę­dzie trzy­mać Kra­inę Pół­no­cy w swo­ich po­sęp­nych szpo­nach pew­nie do koń­ca mar­ca.

Lu­mik­ki nie cier­pia­ła tej fazy zimy. Śnieg i mróz. Za dużo jed­ne­go i dru­gie­go. A wio­sna by­najm­niej nie za pa­sem. Mro­zy cią­gnę­ły się bez koń­ca, od­bie­ra­jąc reszt­ki na­dziei, spo­wal­nia­jąc i przy­tę­pia­jąc wszyst­ko swym lo­do­wa­tym tchem. Lu­mik­ki mar­z­ła w domu, na dwo­rze i w szko­le. Nie­kie­dy ła­pa­ła się na pa­ra­dok­sal­nej my­śli, że tyl­ko w prze­rę­bli nie od­czu­wa zim­na, lecz prze­cież nie mo­gła co­dzien­nie ką­pać się w je­zio­rze. Wcią­gnę­ła na grzbiet sza­ry, ob­szer­ny swe­ter i na­la­ła so­bie kawy do fi­li­żan­ki. Po­szła do je­dy­ne­go praw­dzi­we­go po­ko­ju swo­jej ka­wa­ler­ki, gdzie na sie­dem­na­stu me­trach kwad­ra­to­wych mo­gła się czuć jak pani na wło­ściach. Sku­li­ła się w wy­tar­tym fo­te­lu, żeby się tro­chę ogrzać. Od okna bez przer­wy cią­gnę­ło, choć je­sie­nią okle­iła ramy do­dat­ko­wą pian­ką.

Kawa sma­ko­wa­ła kawą. I Lu­mik­ki nie wy­ma­ga­ła ni­cze­go wię­cej. Nie zno­si­ła tych obrzy­dli­wie słod­kich, prze­kom­bi­no­wa­nych cze­ko­la­do­wo-orze­cho­wo-wa­ni­lio­wych kaw z ja­kimś kar­da­mo­nem czy in­nym wy­na­laz­kiem. Kawa to kawa, ma być czar­na i moc­na. A spra­wa to spra­wa, stan­cja to stan­cja. Li­czy się kon­kret.

Mat­ka zno­wu była w szo­ku, gdy ostat­nio od­wie­dzi­ła Lu­mik­ki. „Czy ty w ogó­le nie za­mie­rzasz się tu ja­koś urzą­dzić? Stwo­rzyć tu so­bie na­miast­ki domu?”. Nie za­mie­rza­ła. Miesz­ka­ła sama w ka­wa­ler­ce od pół­to­ra roku. Za łóż­ko słu­żył le­żą­cy na pod­ło­dze gru­by ma­te­rac, poza tym mia­ła biur­ko, lap­top i fo­tel. Nic wię­cej. W pierw­szych mie­sią­cach mat­ka na­le­ga­ła, że kupi jej łóż­ko i re­gał na książ­ki, ale Lu­mik­ki sta­now­czo się sprze­ci­wia­ła. Książ­ki sta­ły w kil­ku sto­sach na pod­ło­dze. Je­dy­nym ukło­nem w stro­nę „na­miast­ki” był wi­szą­cy na ścia­nie czar­no-bia­ły ka­len­darz z Mu­min­ka­mi. Po co tra­cić czas na ja­kieś wi­cie gniazd­ka? Nie przy­je­cha­ła tu prze­cież ba­wić się w Ikeę. Stan­cję trak­to­wa­ła wy­łącz­nie jako lo­kum na czas na­uki. Nie za­mie­rza­ła za­pusz­czać ko­rze­ni. Chcia­ła mieć wol­ną rękę po skoń­cze­niu szko­ły. Móc wy­je­chać, do­kąd­kol­wiek ze­chce, i nie tę­sk­nić za ni­kim i ni­czym.

Zresz­tą u ro­dzi­ców w Rii­hi­mäki to też nie był dom. Ostat­ni­mi cza­sy czu­ła się tam obco. Rze­czy i sprzę­ty przy­po­mi­na­ły jej spra­wy, któ­re wo­la­ła­by wy­ma­zać z pa­mię­ci. I bez tego czę­sto wra­ca­ły do niej w my­ślach, snach czy kosz­ma­rach.

Re­ak­cje ro­dzi­ców na jej wy­pro­wadz­kę z domu wy­da­wa­ły się dziw­nie sprzecz­ne. Nie­kie­dy mia­ła wra­że­nie, jak gdy­by im ulży­ło. To praw­da, że w domu czę­sto pa­no­wa­ła na­pię­ta atmo­sfe­ra, ale tak było od za­wsze. W każ­dym ra­zie od­kąd Lu­mik­ki się­ga­ła pa­mię­cią. Nie zdo­ła­ła usta­lić źró­dła tych na­pięć, bo nig­dy nie wi­dzia­ła, aby ro­dzi­ce się kłó­ci­li, a i ona gło­śno się nie bun­to­wa­ła. Gdy zbli­żał się dzień wy­jaz­du do szko­ły, mat­ka i oj­ciec cza­sem dłu­go ją tu­li­li w ra­mio­nach. Było to rów­nie dziw­ne, co iry­tu­ją­ce, bo nie mie­li wcze­śniej ta­kie­go zwy­cza­ju.

Jesz­cze po­tem mat­ka bra­ła jej twarz w dło­nie i wpa­try­wa­ła się w nią dziw­nie dłu­go i ba­daw­czo.

– Mamy tyl­ko cie­bie. Tyl­ko cie­bie.

Po­wta­rza­ła to w kół­ko z taką miną, jak­by z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ła łzy. Pod ko­niec wa­ka­cji Lu­mik­ki za­czę­ło to już mę­czyć. Gdy z po­mo­cą ro­dzi­ców prze­wio­zła do Tam­pe­re wszyst­kie swo­je rze­czy i po raz pierw­szy wresz­cie za­mknę­ła za nimi drzwi ka­wa­ler­ki, mia­ła wra­że­nie, że ktoś zdjął jej z ra­mion cię­żar, o któ­re­go ist­nie­niu na­wet nie wie­dzia­ła.

– Na pew­no po­ra­dzisz so­bie sama?

Mat­ka wciąż ją o to py­ta­ła. Oj­ciec pod­cho­dził do spra­wy bar­dziej rze­czo­wo.

– Flic­kan blir snart myn­dig. Hon måste ju kla­ra sig1.

I Lu­mik­ki so­bie ra­dzi­ła. Z każ­dym dniem co­raz le­piej.

Tego ran­ka z lu­stra w ła­zien­ce spo­glą­da­ła na nią zmę­czo­na dziew­czy­na. Ko­fe­ina za­czy­na­ła już dzia­łać, ale za wol­no. Lu­mik­ki umy­ła twarz zim­ną wodą i spię­ła kasz­ta­no­we wło­sy w koń­ski ogon. Ro­dzi­ce wy­du­ma­li dla niej imię, któ­re ni­jak się mia­ło do baj­ko­wej rze­czy­wi­sto­ści. Śnież­ka An­ders­son. Wło­sy nie były czar­ne jak he­ba­no­we drze­wo, cera nie lśni­ła bie­lą, usta nie biły po oczach czer­wie­nią. Far­ba do wło­sów i ma­ki­jaż upodob­ni­ły­by ją do baj­ko­wej imien­nicz­ki, tyl­ko po co? Lu­mik­ki w zu­peł­no­ści wy­star­czy­ło jej włas­ne od­bi­cie w lu­strze, a z opi­nii oto­cze­nia nie­wie­le so­bie ro­bi­ła.

Przez trzy se­kun­dy roz­wa­ża­ła, w co się ubrać do szko­ły. Po­sta­no­wi­ła zo­stać w sza­rym swe­trze, na nogi wcią­gnę­ła dżin­sy. Gla­ny, na swe­ter czar­ny płaszcz, zie­lo­ny szal i ła­pa­wi­ce, sza­ra czap­ka. Na ra­mię ple­cak Fjäl­l­räve­na.

W żo­łąd­ku po­czu­ła ukłu­cie gło­du. Lo­dów­ka nie po­wi­ta­ła jej na­wet świa­tłem. Ża­rów­ka prze­pa­li­ła się dwa ty­go­dnie temu, ale Lu­mik­ki nie chcia­ło się jej zmie­nić. Bę­dzie mu­sia­ła ku­pić w szkol­nej ka­fej­ce ka­nap­kę albo dwie. I ko­niecz­nie dru­gą kawę.

W drzwiach li­ceum ude­rzył w nią zna­jo­my, cha­otycz­ny gwar. Wszyst­kim się gdzieś spie­szy­ło i każ­dy gło­śno to ko­mu­ni­ko­wał. Bły­sko­tli­wa, in­te­li­gent­na i wy­bit­nie kre­atyw­na mło­dzież z li­ceum ar­ty­stycz­ne­go. Lu­mik­ki wie­dzia­ła, że iro­ni­zu­je, ale nie­kie­dy po wej­ściu do szko­ły jej to­le­ran­cja na krzy­kli­we stro­je i dra­ma­tycz­ne ge­sty spa­da­ła po­ni­żej nor­my. Na roz­sa­dza­ją­ce ramy obo­wią­zu­ją­cej w szko­le nie­pi­sa­nej umo­wy wszel­kie wa­rian­ty oso­bo­wo­ści i in­dy­wi­du­al­no­ści. Jed­nak­że pod iry­ta­cją kry­ła się wdzięcz­ność. Że może cho­dzić wła­śnie do tej szko­ły. Że nie musi już miesz­kać w Rii­hi­mäki. Bo zło­ży­ła pa­pie­ry do li­ceum ar­ty­stycz­ne­go w Tam­pe­re, żeby uciec z ro­dzin­ne­go mia­stecz­ka. Ro­dzi­ce pew­nie nie za­ak­cep­to­wa­li­by jej wy­jaz­du, gdy­by nie cho­dzi­ło wła­śnie o tę eli­tar­ną szko­łę. W pierw­szych mie­sią­cach na­uki Lu­mik­ki mia­ła wra­że­nie, że tra­fi­ła do raju. Eu­fo­ria po­wo­li się wy­pa­li­ła, gdy ży­cie li­ce­alist­ki w Tam­pe­re spo­wsze­dnia­ło i za fa­sa­dą we­so­łych uśmie­chów Lu­mik­ki za­czę­ła do­strze­gać za­zdrość, pre­ten­sjo­nal­ność, grę, ego­tyzm i nie­pew­ność.

Na szczę­ście w szko­le było nie tyl­ko gło­śno, ale też cie­pło i skost­nia­łe koń­czy­ny Lu­mik­ki po­wo­li bu­dzi­ły się do ży­cia. Jesz­cze chwi­la i po­czu­je to strasz­ne mro­wie­nie, gdy krew do­trze po­now­nie do pal­ców stóp i dło­ni. Trze­ba było wło­żyć dwie pary gru­bych skar­pe­tek. W szat­ni Lu­mik­ki rzu­ci­ła płaszcz na wie­szak i zbie­gła po scho­dach do sto­łów­ki, przy któ­rej funk­cjo­no­wa­ła szkol­na ka­wia­ren­ka.

– Dzi­siaj z zie­le­ni­ną czy bez? – Ku­char­ka wie­dzia­ła już, o co ją py­tać.

– Naj­le­piej obie wer­sje – od­rze­kła Lu­mik­ki. – I dużą kawę.

– Do peł­na i bez mle­ka. – Ko­bie­ta ro­ze­śmia­ła się, na­le­wa­jąc kawę po sam brzeg pa­pie­ro­we­go kub­ka.

Lu­mik­ki usia­dła przy sto­li­ku i cze­ka­ła, aż cie­pło po­wo­li roz­pły­nie się po koń­czy­nach. Au, au, au. Mro­wie­nia jed­nak nie spo­sób unik­nąć. Chwi­lę trzy­ma­ła dło­nie sple­cio­ne wo­kół kub­ka, po­tem ugry­zła kęs ka­nap­ki. Bez­mię­sna była duża i smacz­na, po­mi­dor doj­rza­ły, a pa­pry­ka jędr­na. Lu­mik­ki wy­zna­wa­ła we­ge­ta­ria­nizm eko­no­micz­ny. Nie ku­po­wa­ła mię­sa za wła­sne pie­nią­dze, ale gdy pła­cił lub czę­sto­wał ktoś inny, ja­dła chęt­nie. Może i ob­łud­ne, ale prak­tycz­ne. Są­sied­ni sto­lik oku­po­wa­ły trzy dziew­czy­ny. Blon­dy­na, ciem­na i czer­wo­na. Pierw­sza fa­lo­wa­ła pió­ra­mi, dru­ga czo­chra­ła się po krót­kich od­ro­stach, trze­cia mię­ła ner­wo­wo koń­ców­ki. Sto­łów­ką za­wład­nął za­pach Baby Doll Lau­ren­ta, Fan­ta­sy Brit­ney Spe­ars i Miss Dior Chérie.

– Pad­nę, je­śli dziś znów bę­dzie mnie trak­to­wał jak po­wie­trze. Na ba­lan­gach go­stek nie ma żad­nych za­ha­mo­wań, a w szko­le na­wet cześć nie po­wie. Trud­no uwie­rzyć, że skoń­czył osiem­na­ście lat.

– Ja pad­nę i bez tego. Trze­ba było so­bie od­pu­ścić te ostat­nie drin­ki. Nie wiem na­wet, co w nich było.

– Daj spo­kój, to były zwy­kłe drin­ki.

Miny sztucz­ne­go prze­ra­że­nia. Wy­trzesz­czo­ne oczy.

– Nie mó­wisz chy­ba po­waż­nie...?

– No to chy­ba by­łaś śle­pa, je­śli nie wi­dzia­łaś źre­nic Eli­sy. I nie sły­sza­łaś tych jej po­ro­nio­nych tek­stów.

– Ona ma za­wsze po­ro­nio­ne tek­sty.

– Ale te­raz były do set­nej po­tę­gi.

Ukrad­ko­we spoj­rze­nia. Trzy gło­wy zbli­ży­ły się do sie­bie. Szep­ty. Lu­mik­ki do­pi­ła kawę i spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Dzie­sięć mi­nut do lek­cji. Wsta­ła, za­bie­ra­jąc nie­ru­szo­ną ka­nap­kę z ma­słem. Nie mo­gła już zdzier­żyć wy­nu­rzeń tych trzech z ko­sme­tycz­nej ma­fii, a poza tym smród per­fum sta­wał się nie do znie­sie­nia.

Dziew­czy­ny z ob­se­sją na punk­cie swo­je­go wy­glą­du, któ­re będą po­tem zda­wać na pra­wo i eko­no­mię. Po­szły do li­ceum ar­ty­stycz­ne­go, bo trze­ba mieć wy­so­ką śred­nią, a poza tym – „ma się tę kre­atyw­ność, co nie?”.

Wiel­kie ar­tyst­ki i jesz­cze więk­si in­te­lek­tu­ali­ści, dla któ­rych szko­ła była spo­so­bem na za­ist­nie­nie.

Ma­te­ma­tycz­ni ge­niu­sze, któ­rzy spra­wia­li wra­że­nie tro­chę za­gu­bio­nych.

Zwy­czaj­ni i prze­cięt­ni ucznio­wie, któ­rzy wy­peł­nia­li ko­ry­ta­rze i tło­czy­li się na scho­dach, wy­sta­wa­li w dłu­gich ko­lej­kach w sto­łów­ce i nie od­róż­nia­li się od resz­ty sza­rej masy ani wy­glą­dem, ani za­pa­chem, ani spo­so­bem mó­wie­nia. Za parę lat nikt nie bę­dzie pa­mię­tał ich imion i na­zwisk. Już te­raz nikt nie pa­mię­ta.

Oczy­wi­ście zda­rza­li się tak­że lu­dzie faj­ni i po­ukła­da­ni. A Lu­mik­ki za­zwy­czaj przy ni­kim nie za­dzie­ra­ła nosa. Wie­dzia­ła, że wie­lu z nich gra, za­kła­da szkol­ną ma­skę, aby ła­twiej od­na­leźć swo­je miej­sce po­śród se­tek ró­wie­śni­ków. I Lu­mik­ki nie mia­ła o to do nich pre­ten­sji. Sama jed­nak już pierw­sze­go dnia na­uki po­sta­no­wi­ła, że nie po­zwo­li się za­szu­flad­ko­wać i przy­pi­sać do żad­nej gru­py, aby nie da­wać ni­ko­mu pod­staw do uprosz­czo­nych ocen.

Na po­wsta­ją­ce po­dzia­ły, frak­cje i kli­ki pa­trzy­ła z umiar­ko­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem i odro­bi­ną roz­ba­wie­nia. Sama trzy­ma­ła się na ubo­czu, po­zo­sta­wa­ła au­tsaj­der­ką. Nie była jed­nak sa­mot­ną świ­ru­ską prze­my­ka­ją­cą pod ścia­na­mi w czar­nych ła­chach. Wszy­scy pa­mię­ta­li, jak się na­zy­wa.

Lu­mik­ki An­ders­son. Ta Szwe­do­fin­ka z Rii­hi­mäki.

Ta, któ­ra ma go­to­we zda­nie na każ­dy te­mat.

Ta, któ­ra zbie­ra dzie­siąt­ki i z fi­zy­ki, i z fi­lo­zo­fii.

Któ­ra tak za­gra­ła Ofe­lię, że dwie na­uczy­ciel­ki się wku­rzy­ły, a resz­ta wzru­szy­ła do łez.

Któ­ra nie bie­rze udzia­łu w żad­nych szkol­nych ak­cjach ani wy­da­rze­niach.

Któ­ra za­wsze je sama, choć nig­dy nie wy­glą­da na osa­mot­nio­ną. Jak puz­zel z in­nej ukła­dan­ki – nie pa­so­wa­ła nig­dzie, by wto­pić się w każ­de tło.

Nie była taka jak resz­ta. Była do­kład­nie taka jak resz­ta.

Lu­mik­ki sta­nę­ła przed drzwia­mi pra­cow­ni fo­to­gra­ficz­nej i ro­zej­rza­ła się. Ni­ko­go na ho­ry­zon­cie. We­szła do środ­ka i za­mknę­ła za sobą drzwi. Przed­sio­nek pra­cow­ni po­grą­żył się w mro­ku. Wpraw­nym, zde­cy­do­wa­nym ru­chem otwo­rzy­ła drzwi ciem­ni. Ręka zna­ła wszyst­kie od­le­gło­ści. Nie­prze­nik­nio­ny mrok. Ci­sza. Spo­kój. Jej chwi­la tyl­ko dla sie­bie przed roz­po­czę­ciem lek­cji. Re­set. Ła­do­wa­nie ba­te­rii. Co­dzien­ny ry­tu­ał, o któ­rym nikt nie wie­dział. Któ­ry łą­czył te­raź­niej­szość z prze­szło­ścią. Lu­mik­ki przez wie­le lat mu­sia­ła się cho­wać, po­nie­waż się bała. Sztu­ka wy­naj­dy­wa­nia taj­nych skry­tek i bez­piecz­nych przy­sta­ni sta­no­wi­ła wa­ru­nek prze­ży­cia. Te­raz w grę nie wcho­dził już strach, lecz chęć zna­le­zie­nia wła­sne­go miej­sca tak­że w prze­strze­ni do­stęp­nej dla ogó­łu. Ciem­nia była dla niej wol­ną stre­fą, gdzie mo­gła po­być cho­ciaż­by kil­ka mi­nut w ci­szy przed za­nu­rze­niem się w cha­osie roz­mów, gło­sów, opi­nii i emo­cji.

Lu­mik­ki opar­ła się o ścia­nę i wpa­try­wa­ła w mrok. Po­wo­li opróż­nia­ła umysł z my­śli. Naj­ła­twiej ustę­po­wa­ły po­wsze­dnie i prze­waż­nie ja­ło­we roz­my­śla­nia or­bi­tu­ją­ce po sta­łych tra­jek­to­riach: ko­lej­na lek­cja ma­te­ma­ty­ki, ewen­tu­al­ne za­ku­py po szko­le, wie­czo­rem może com­bat. Tym ra­zem nie mo­gła so­bie po­ra­dzić na­wet z tym ba­nal­nym szu­mem men­tal­nym. Coś jej nie po­zwa­la­ło. Coś prze­szka­dza­ło.

Za­pach.

Ciem­nia pach­nia­ła in­a­czej niż zwy­kle. Lu­mik­ki nie po­tra­fi­ła na­zwać tego za­pa­chu. Po­stą­pi­ła krok przed sie­bie. Coś mu­snę­ło ją de­li­kat­nie po po­licz­ku, od­sko­czy­ła jak opa­rzo­na do drzwi i za­pa­li­ła czer­wo­ną lam­pę.

Pięć­set­eu­ro­wy bank­not.

Dzie­siąt­ki mo­krych pięć­set­eu­ro­wych bank­no­tów wi­szą­cych na sznur­kach w ciem­ni. Praw­dzi­we? Lu­mik­ki do­tknę­ła pal­ca­mi pierw­sze­go z brze­gu. Pa­pier wy­dał się au­ten­tycz­ny. Spraw­dzi­ła, czy w ku­we­tach nie ma od­bi­tek, i za­pa­li­ła zwy­kłą lam­pę.

Bank­not pod świa­tło. Znak wod­ny na swo­im miej­scu, cy­fry no­mi­na­łu w ca­ło­ści. Nie bra­kło rów­nież ho­lo­gra­mu i nit­ki za­bez­pie­cza­ją­cej. Je­śli pie­nią­dze nie były praw­dzi­we, to oglą­da­ła wła­śnie do­sko­na­łe fał­szyw­ki.

Ciecz w ku­we­tach mia­ła lek­ko bru­nat­ny od­cień. Lu­mik­ki za­nu­rzy­ła czub­ki pal­ców. Woda.

Na pod­ło­dze do­strze­gła rdza­we pla­my. Spoj­rza­ła jesz­cze raz na bank­not, na­roż­nik miał do­kład­nie taki sam rdza­wy ko­lor. I wte­dy ją olśni­ło. Już wie­dzia­ła, co jej dzi­siaj tak bar­dzo prze­szka­dza w ciem­ni.

Odór stę­chłej krwi.

Prze­kład: Se­ba­stian Mu­sie­lak

Re­dak­cja: Jo­an­na Ha­bie­ra

Ko­rek­ta: Ilo­na Kucz­marz, Na­ta­lia Kra­szew­ska

Opra­co­wa­nie okład­ki pol­skiej na pod­sta­wie wer­sji ory­gi­nal­nej: Krzysz­tof Rych­ter

Pro­jekt okład­ki ory­gi­nal­nej: Lau­ra Ly­y­ti­nen

Fo­to­gra­fia wy­ko­rzy­sta­na na I stro­nie okład­ki: © Serg Za­sta­vkin/shut­ter­stock.com

Skład i ła­ma­nie: Tekst – Mał­go­rza­ta Krzy­wic­ka

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

www.gwfok­sal.pl

ISBN 978-83-7881-333-0

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: Mi­chał Olew­nik / Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.
i Mi­chał La­tu­sek / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.