Czereśnie prosto z drzewa - Karol Ketzer

Czereśnie prosto z drzewa

0,0

„Czereśnie prosto z drzewa” to zbiór 10 opowiadań łączących w sobie sensację, fantastykę i współczesną obyczajowość z warstwą ukrytą – powłoką subtelnych pytań, na które czytelnik będzie musiał odpowiedzieć sobie sam. Wydaje się, że bez żadnej przesady można nazwać ten styl realizmem magicznym w wydaniu krwisto słowiańskim. Nie brakuje tutaj elementów klasycznych, znaków czasów, w których przyszło nam żyć, przeplatających się ze zdarzeniami oraz postaciami cudownymi. Ciekawe konstrukcje składniowe, bogate słownictwo, nagromadzenie tropów, oryginalna pozycja, jaką zajmuje narrator oraz wiele odwołań do kultury zarówno wysokiej, jak i masowej czynią ze zbioru lekturę ciekawą, wciągającą, emocjonującą i niezapomnianą.

Karol Ketzer (1986), błękitnooki jedynak spod znaku Bliźniąt, poeta, prozaik, gitarzysta, synesteta, niedoszły absolwent Politechniki Gdańskiej. Biorąc pod uwagę cały szereg wstrząsających wydarzeń, wygląda na to, że pisanie ma we krwi. Uzależniony od papierosów oraz tanich napojów energetycznych. Prawdziwy romantyk i jak każdy prawdziwy romantyk – zatwardziały nihilista. Kiepski materiał na męża.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Karol Ketzer

CZEREŚNIE PROSTO Z DRZEWA

Zbiór opowiadań

pulse, pulse, pulse

Nie jesteś moją winą chociaż tak -

maczałem w tobie palce.

Niestety już od dzieciństwa czułem, że Ikar,

nie wierzy w wodę do jakiej spada.

Myśli o prześlicznej prezenterce pogody,

która zapowiedziała dzisiejszy upał.

Nagle reinkarnuje jako Titanic.

Największa łódź podwodna świata

po raz drugi staje się legendą.

Naturalny drapieżca, próbując

zostać roślinożercą,

kończy jako kanibal.

  • [1] Tak, w tym opowiadaniu dźwięk może poruszać się z prędkością światła bez większych przeszkód. Nikogo nie ma prawa to dziwić w czasach, w których w każdym szanującym się amerykańskim ogólniaku musi znaleźć się jakiś wampir klasy daywalker. Już nie cheerleaderki ani kapitanowie szkolnych drużyn futbolowych rządzą tym interesem. Ich czas minął.

MYŚLI NADWARTOŚCIOWE

1.

Każdy wie wszystko, chociaż jeszcze o tym nie wie. Na przykład Marcin. Marcin jeszcze nie wie, że jest po­­etą, a to podobno gorzej niż nie wiedzieć, że się jest pedałem. Czuje jednak, że coś jest nie tak. Psychiatra, egzorcysta, neurochirurg – nie może zdecydować, kogo powinien poprosić o pomoc. Specyficzna mutacja krwiożerczego romantyzmu ewoluuje w nim od wielu wcieleń.

Już jako trzynastolatek zakochał się w Oli z Klanu. Ru­­­de kędziorki nie dawały mu spokoju. Spojrzenia, jakie posyłała od poniedziałku do piątku z ekranu telewizora, tętniły pod powiekami podczas bezsennych nocy. Niestety ich miłość nie zniosła próby czasu. Pokonujące setki kilometrów fale elektromagnetyczne co prawda przynosiły obraz Oli do domu Marcina, niestety okazały się niewystarczającą podporą dla tego związku. Nie mniej jednak Marcin nigdy jej nie zapomniał. Pewnego razu, całe eony lat później, zobaczył ją na okładce CKM-u, włócząc się po hipermarkecie. Pismo było już całkowicie wymięte dotykiem tysięcy lubieżnych dłoni. Właśnie przeglądał je tłusty, zarośnięty fagas w niedopranym płaszczu. Delikatnie wodząc palcami po zdjęciach, chciał poczuć ją na własnej skórze, tak jak kiedyś Marcin. Zanim ochrona zdążyła zainterweniować, twarz fagasa przypominała krwawy kleks. Odesłano go na przymusowe konsultacje psychologiczne. Traktował te rozmowy bardzo poważnie. Przykładał się do nich tak starannie, że wystarczyły dwa miesiące, aby doktor targnął się na własne życie, wstrzykując w żyły powietrze. Odratowano go wtedy, jednak trzecia próba okazała się już całkiem skuteczna (klasyczna kula w łeb).

Kiedy minęła era Oli, była już tylko Kirsten Dunst oraz te wszystkie kobiety, których towarzystwem próbował zagłuszyć palącą tęsknotę za „Piękną i szaloną”. Ciekawe, że niewiele osób kojarzy ją z rolą Claudii w Wywiadzie z wampirem, a jednak tak – to była ona.

Nie sposób nie wspomnieć, że Marcin jest prawdziwym twardzielem. Głównie za sprawą Wiliama Josepha Blazkowicza, amerykańskiego komandosa polskiego pochodzenia, urządzającego nazistom krwawą zemstę w zamku Wolfstein (w 3D) – autorytetu jego dzieciństwa (mimo nieludzkich wysiłków katechetek). Jest jak Tom Cruise w Top Gun. Jak Linda w Reichu (stoi przy barze, zamawia setkę absolutu z colą. Rozmawia z kobietą szefa sopockiej mafii, będąc przy okazji płatnym mordercą na garnuszku przyjaciół zza Odry; sprawa jest prosta).

Marcin jeszcze śpi, chociaż jego sen dobiega końca.

Dokładnie w tym momencie otwiera oczy. Siada na łóżku. Tuż za plecami leży naga kobieta. Zgrabna, jak można sądzić po szczupłych nóżkach, wystających częściowo spod kołdry. Patrzy na nią. Czuje się niewiarygodnie samotny. Jak daleko od niego leży Asia, będąc teoretycznie na wyciągnięcie ręki. Jak daleko jej do Kirsten, którą kocha.

„Samotność nie może mną manipulować” – często powtarza w myślach.

Niestety myli się. Myli się kategorycznie. Samotność może wszystko.

Siedzi tak jeszcze przez chwilę, gapiąc się na nią spojrzeniem, które przybiera na gwałtowności z każdą nanosekundą. Przykłada ucho do jej piersi i słucha, jak ­oddycha. Ubiera się. Wypija herbatę. Wraca. Asia leży dokładnie w tej samej pozycji.

Marcin podchodzi do łóżka i zaczyna zawijać ją w prześcieradło. Asia budzi się nagle oszołomiona, można by rzec: wstrząśnięta.

– Co robisz! Marcin! – nie ma jeszcze pojęcia.

– Zawijam cię w prześcieradło – odpowiada beznamiętnie.

– Co?! Przestań! Marcin! – wrzask prawie budzi są­­siadów.

– Dlatego, że trupy zawija się w prześcieradła, od dzisiaj jesteś dla mnie trupem – rzuca na pożegnanie Marcin Mint. Trzaska z całej siły drzwiami. Wychodzi od strony ulicy.

Trzaśnięcie rozprzestrzenia się po całym mieście z prędkością światła [1].

2.

Ladacznica Istar poznała pełne imię Boga. To za to Semyazza dostał kopa od wszechmogącego. Staruszek przymykał oko, jak razem z Azaelem wykorzystywali ziemskie kobiety w iście anielsko praktyczny sposób, jednak sprawa z podawaniem jego imienia jakiejś dziwce to już było za dużo.

Agnieszka Akapulko zna tę historię. Agnieszka Akapulko – dziewczyna z pierwszych stron komiksów. Po cichu liczy, że może i ona dowie się od kogoś czegoś równie ciekawego w podobnych okolicznościach. Budzi ją dziwny, nierealny hałas, jakby trzaśnięcie drzwiami z drugiego końca miasta. Siada na łóżku. Za plecami leży nagi mężczyzna. Wszelkie analogie oraz podobieństwa w wyglądzie poranków Marcina i Agnieszki są całkiem przypadkowe, o ile czyjaś lekkomyślność pozwala na wiarę w przypadek.

Jest nad wyraz markotna. Niesmak w ustach zapija resztką rozgazowanej Coca-Coli.

– Trzeba było nie łykać – myśli z wyraźnym wyrzutem.

Emil także się budzi. Przytula ją. Agnieszka spotyka się z nim od jakiegoś czasu. Podobny do innych. Jak wszyscy, którzy z niej wyszli i nigdy nie wrócili. Chwilami nawet zabawny, chociaż zbytnie nadużywanie jego towarzystwa nie należy, mimo wszystko, do ulubionych rozrywek Agnieszki. Dlatego też niechętnie i chłodno odwzajemnia poranny pocałunek. Wysysa powietrze z łączącej ich przestrzeni. Po chwili pokój szczelnie wypełnia lodowata próżnia, dzięki której Agnieszka będzie mogła spokojnie wziąć prysznic, potem pożegnać się, umówić na „może w czwartek wieczorem”, wyjść. Wyjść bez resztek tęsknoty, które jak zwykle zostawiła pod lustrem.

Agnieszka twierdzi, że Królowa Śniegu to bajka o dropsach („Te cukierki, które tak ochoczo pożerał Kay, to musiały być ekstazki, a dewotka Gerda sprzedała królową na psiarni i było pozamiatane” – argumentuje zazwyczaj w podobny sposób). Czasami sprawdza godzinę, patrząc na termometr. Przyjmuje dożylnie pył tego miasta. Rozstraja się w trzech wymiarach, ale teraz nie myśli o tym. Siada na ławce, paląc papierosa. Smutnieje, kiedy dociera do niej, że wciąż nie ma pojęcia, jaki jest jej ulubiony kolor. Przez chwilę kogoś wspomina. Dosłownie przez ułamek sekundy czuje ukłucie. ­Migawki, ­które bezwiednie pojawiają się w jej głowie, są jak nieudolnie wykonywana akupunktura. Kończy papierosa. Rusza przed siebie.

Otwarty od rana pub. Najlepsza przyjaciółka Agnieszki, Ewa, już na nią czeka. Zamawiają po piwie. Na dnie torebek trzymają komórki. Na wierzchu cienkie fajki. Ich spojrzenia to brzytwy ostrzone o efemeryczny makijaż. Ich paznokcie są jak pazury drapieżników, pomalowane lakierem koloru blood-red. Piwo się kończy. Nie mają już wiele czasu, dlatego po szybkiej wódce, co przecież nie przystoi dziewczynom. Guma do żucia. Spacer wzdłuż parku. Zmurszały czerwony budynek. Trzecie piętro. Czwarty rok architektury. Wykład.

Po dwóch godzinach Ewa wyjmuje skręta.

– Nie mogę już tu siedzieć. Ten doktorek zaraz dostanie wstrząsu prostaty, jeżeli nie przestanie myśleć, żeby wziąć nas wszystkie naraz – szepcze do Agnieszki.

– Masz rację, idziemy – zgadza się chętnie.

Siadają w parku za wydziałem. Wypalają dwa, tracąc rachubę czasu po trzecim. Niespodziewanie odkrywają, że zaczyna się ściemniać. Dzwoni telefon Ewy Erin. Znajduje go szybko, po dwudziestu minutach. Miły męski głos w słuchawce.

– No dobra, Aga, dzwonił Marek, bierzemy taksówkę i jedziemy na stare. Oni już tam są – mówi, chowając telefon na dno torebki. Agnieszka bardzo chętnie i czemu nie. Wprost do Merkurego. Dobrze jest siedzieć. Poza tym przecież to władca Bliźniąt.

Niestrudzony w swojej piekielnej służbie ku czci Słońca.

***

W klatce za barem siedzi kolorowa papuga. Gadająca papuga, która nie umie gadać. Wnętrze delikatnie ­zalewa sączący się z chińskich lampionów blask świec, ­wydobywa z półmroku zawieszone na ścianach czarno- -białe zdjęcia przebrzmiałych gwiazd kina. Na każdym stoliku stoi ozdobna witrażowa lampa, dodając twarzom gości fantasmagorycznych kolorów. W powietrzu mieszanka wyszukanych perfum łączy się z delikatnym aromatem koniaku, kompozycję zaburza tylko woń piwa, które w ostatnich czasach pija się tutaj zdecydowanie za często. Stary, dobry pan Bono jak zwykle zbiera od stałych klientów opinie na temat następnej kolejki Ligi Mistrzów. Pod ladą trzyma Malone umiera Becketta. Stary, dobry pan Bono, wymierający gatunek – prawdziwy barman. Taki, który widział wszystko i słyszał wszystkie języki świata. Taki, który nie ma prawdziwego imienia. W lewej ręce trzyma cygaro, prawą przechyla butelkę, uzupełniając komuś drinka. Kiedyś usłyszał, że władze wprowadziły zakaz palenia w lokalach, ale uznał to za pomyłkę, za plotkę, za głupi żart.

Przy barze Marcin dość pochmurnie sączy przezroczystą zawartość szklanki. Myśli jeszcze o Asi, chociaż wie, że nie mógł zachować się inaczej. Tak chciał kosmos.

– Strasznie dzisiaj pusto – zagaduje do pana Bono, otrzymując w odpowiedzi nieme przytaknięcie, nieme potwierdzenie, niemą aprobatę słów. To wielki zaszczyt otrzymać coś takiego właśnie od niego.

W samym rogu, gdzie światło dociera już resztką sił, siedzi brunet pod krawatem, naprzeciwko niego drugi, w czarnym swetrze, zdenerwowany podpisuje jakieś papiery. Jeszcze kilka osób przy stole bilardowym i na kanapach przy oknie. Wieje nudą.

Agnieszka, wchodząc wraz z Ewą do Merkurego, nie zwraca uwagi na Marcina. Od razu zauważa Marka i Kamila. Obydwie siadają przy ich stoliku. Kamil przyprowadził swoją dziewczynę. Nie lubią jej.

– Znowu zabrał tę ścierkę, a zobacz, jaka święta – myśli Ewa, natychmiast wysyłając telepatycznie wiadomość Agnieszce.

– No po prostu pierdolona Marcysia ze Złotopolskich – pytana odpowiada w identyczny sposób.

Facet w swetrze wstaje i wychodzi. Jest blady jak ściana, chociaż w jego oczach widać mieszankę ulgi i podniecenia. Brunet luzuje krawat. Zamawia podwójną whiskey.

Agnieszka i Ewa zdążyły już wlać w siebie piwo i po dwa shoty.

– Wiesz co, Ewka, tylko tobie mogę ufać – mówi. Język powoli zaczyna się plątać. – Niedługo się zabiję. A ty zgarniesz wtedy jakichś chłopaków. Pamiętaj, to nie są żarty. Trzy dni po pogrzebie musicie mnie wykopać. Zmartwychwstanie gwarantuje pierwsze miejsce na wszystkich listach przebojów.

Krawaciarz podchodzi do baru zamówić coś jeszcze. Spostrzega Marcina.

– O! Marcin. Cześć, co tam? – zagaduje.

– Cześć? – odpowiada niepewnie Marcin.

– Kojarzysz? Piliśmy razem jakiś tydzień temu w Salamandrze. Piotr.

Marcin nie przypomina sobie, gdzie był tydzień temu, jednak Piotr wygląda znajomo. Może to bohater jednej z tych opowieści, których sporą część spowija nieprzenikniona ciemność?

– A pamiętam, pamiętam – kłamie. – Siadaj. Coś ty taki odstrojony?

– A wiesz, interesy.

Krawaciarz zdejmuje krawat. Rezygnuje z whiskey. Zamawiają wódkę. Piją, rozmawiając spokojnie ponad godzinę. Marcin nie ma pojęcia, czego dotyczy ta rozmowa, skupia się na przytakiwaniu i robieniu zadumanych min z cyklu „czy ja wiem – no nie wiem”. Nawet nieźle im się rozmawia.

– Będzie trzeba się zbierać, nudno tu dzisiaj jak jasna cholera – zauważa wreszcie Marcin.

– To chodź gdzieś indziej, kontemplować fenomen kobiecego piękna, jakie najlepiej ujawnia się po kilku drinkach.

Marcin oczywiście zgadza się, jest jeszcze nieziemsko wcześnie. Zostawia napiwek i zaczyna zbierać się do wyjścia.

Ktoś nagle się potyka.

Ktoś nagle wpada wprost na Marcina.

Marcin w ostatniej chwili łapie tego kogoś, ratując go przed upadkiem.

– Aga, ty to masz już dosyć chyba – błyskotliwie zauważa niewysoka blondynka.

– Jezu, przepraszam, dzięki – mówi złapana nieznajoma dziewczyna. Nabiera równowagi i idzie do łazienki nieco chwiejnym krokiem. Ewa odprowadza ją wzrokiem, dzielnie trzymając równowagę, co z minuty na minutę przestaje być takie proste.

Wychodzą na zewnątrz. Piotr proponuje iść do Podziemnych Róż, ale Podziemne Róże w poniedziałki są zamknięte, więc idą do Barabasza. Siedzą tam chwilę, potem spotykają Dorotę. Marcin zna Dorotę dogłębnie, Dorota zna skądś Piotra, nie mówi skąd.

– U mnie pewnie jest impreza o tej porze, a tutaj drogo i nudno. Chodźcie ze mną – zaprasza szczerze.

Idą posłusznie.

– Kiedyś zrobimy razem niezły interes, czuję to, zobaczysz – bełkocze Piotr wiele szklanek później, kiedy domówka u Doroty zaczyna dogorywać.

– Tak naprawdę to czym ty się konkretnie zajmujesz? – pyta Marcin Mint już prawie przez sen.

– Cóż, daję ludziom to, czego chcą. A konkretnie to daję Polakom pieniądze, to wszystko.

– Nieważne, i tak nie mam głowy do interesów. Mam głowę do picia – sepleni, siląc się na ostatni bon mot tej nocy.

– Hehe, ale ja mam do tego i do tego – odpowiada wyraźnie rozbawiony Piotr, potem znika gdzieś w innym wymiarze, w innym pokoju, przy innym stole.

Marcin ostatecznie daje za wygraną. Zasypia w fotelu.

Budzi się z krzykiem tuż przed południem. Dorota właśnie przykłada mu do głowy zimnego red bulla, trzymając w drugiej ręce na wpół wypitą flaszkę.

– Wstawaj. Śniadanie zostało polane – mówi, zdmuchując włosy z twarzy.

– Jasne, daj mi chwilę – prosi półprzytomny Marcin. – Chwilę i papierosa – dodaje błagalnym tonem.

3.

Ludzie są przezabawni, a ich świat śmiesznie prosty. Dlatego właśnie Piotr zgłosił się na ochotnika. Kilkanaście lat nauki, sprawdziany, egzaminy, kolokwia. Potem szkolenie praktyczne zwieńczone dyplomem, przydziałem, poborem. W swoim roczniku był jednym z najzdolniejszych rekrutów.

Żeby lepiej mógł odnaleźć się w zawodzie, wysyłano go na staże do najlepszych oddziałów firmy. Najpierw krótko pracował dla regionu północny wschód w USA, ale jakoś nie widział siebie w tym kraju. Kiedy zaproponowano mu przenosiny na stary kontynent, przyjął to ze sporą ulgą. Trafił na zachód Niemiec. Nie było źle, na początku nawet myślał o tym, żeby zostać na dłużej. Niestety ludzie okazali się zbyt marudni, a kobiety dość widocznie odstawały od jego sposobu pojmowania esencji kobiecości. Rzecz jasna odstępstwo od tej przygnębiającej normy stanowiła prześliczna ­piosenkarka Lena, Niemka, która wciąż podkreślała swoje norweskie korzenie. Niestety był to jedyny wyjątek potwierdzający smutną regułę.

Któregoś dnia rozmawiał ze znajomym pracującym w UK. Znali się dość długo, jeszcze z Akademii. Piotr skarżył się na nudę. Trochę pomarudził. Że brak motywacji. Że marazm, demencja, depresja. Że chyba weźmie ze dwa tygodnie wolnego i wróci do domu naładować akumulatory.

– A wiesz co? Słyszałem, że w Polsce ostatnio straszny ruch. Kanaan XXI wieku, tygrys Europy, zielona wyspa, brakuje wręcz rąk do roboty – powiedział znajomy.

Piotr nie zastanawiał się długo. Wykonał kilka telefonów. Załatwił niedokończone sprawy i już kilka tygodni później dumnym krokiem przekroczył próg swojego nowiusieńkiego mieszkania.

Polska to jednak było to. Kobiety piękniusie. Szpileczki, minióweczki, kiteczki, cipeczki, że palce lizać. Program telewizyjny pełen audycji muzycznych, megahitów, se­riali do głębi poruszających marność egzystencji. W brawurowy sposób komentujących rolę i miejsce jednostki po­­śród plagi bezimienności naszych czasów. Serca obywateli przepełnione tysiącletnim cierpieniem oraz niewytłumaczalną sympatią do FC Barcelony. Kuba Wojewódzki. Tomasz Lis. Adam Małysz. Piłkarze nożni, ręczni oraz siatkarze. Szeroki wybór odmian Matki Boskiej, miejsc kultu, miejsc cudów, sanktuariów, sanatoriów oraz uzdrowisk. Parki, łąki, lasy, jeziora. Tylko od czasu do czasu jakaś blondyna w telewizji stwierdzi nagle, że w nocy będzie minus siedem, a krzewy pod oknem Piotra już zaczęły tak pięknie kwitnąć. Znowu wszystko zmarznie – nie ma rady, żaden kraj nie jest doskonały.

Poza tym interesy. O tak. Interesy tutaj to prawdziwa przyjemność. Szybko. Gładko. Bez niedomówień. Bez zbytnich dylematów. Bez konieczności ­przekonywania kogokolwiek w nieskończoność, że warto, że umowa jest dobra i nie do odrzucenia. Wystarczy podpisać tutaj, potem tutaj, potem sparafować na każdej stronie. To wszystko. Jakość usług gwarantowana. Zresztą nie tylko jemu praca w tym kraju nie zajmowała zbyt wiele czasu.

„Nieźle mi się trafiło” – myśli codziennie, zasypiając. „Jak w dobrej bajce”.

***

Koniec kwietnia. Najpiękniejsza panna młoda, jaką jest wiosna, na dobre zaczyna przymierzać swą ślubną suknię. Piotr jest w świetnym nastroju. Tryska energią. Jego oczy wręcz świecą. Wychodzi przez bramę uniwersytetu z miną zamyśloną, odpowiednią dla studenta filozofii (studia zaczął już w Niemczech). Jest przystojny. Elokwentny. Uśmiecha się zalotnie do pewnej brunetki, ona odwzajemnia uśmiech. Dzisiaj niestety i tak nic z tego. Jest już umówiony. Obowiązki wzywają. Szefostwo zaczyna włazić mu na głowę, średnia wydajności stale spada. Firma tego nie lubi. Firma na tym punkcie jest nieziemsko przeczulona, zwłaszcza że Polska stanowi coraz ważniejsze źródło dochodów. Czas popracować. Żegna się więc z koleżanką. Spotkają się jutro, odtańczą rutynowy taniec godowy, a potem pójdą do łóżka, żeby mieć to wreszcie z głowy. Wsiada do samochodu. Wysłużone już nieco Renault, sprzęgło niedługo do wymiany, ale za to blachy jak prosto z salonu. Przekręca kluczyk i rusza w stronę starówki. Słońce jest już dość nisko nad horyzontem. Barwi pasące się w jego pobliżu chmury na krwistą czerwień.

Na miejscu jest trochę przed czasem. Zajmuje stolik w Merkurym, zamawia coś. Sprawdza zawartość teczki, czy aby niczego nie zapomniał. Czeka.

Załatwia sprawę w miarę szybko. Potem spotyka Marcina. Potem obydwaj spotykają Dorotę i idą do niej, Marcin zasypia w fotelu, całą historię wieńczy klasyczny fade out.

Budzi się po południu z potwornym bólem głowy, nie mając pojęcia, jak dotarł do domu, ale chyba taksówką.

– Kurwa. Samochód został na parkingu przy teatrze – uświadamia sobie nad wyraz boleśnie.

Spogląda w kalendarz, wertuje notes.

– Potrzebuję nowych klientów, i to szybko, bo zjadą mi po premii – mówi sam do siebie, zwlekając się w końcu z łóżka.

***

Mijają trzy dni. Nastaje czwartek. Czwartek zawsze kojarzył się Marcinowi z kolorem żółtym oraz z kształtem kulistym, czymś przypominającym ciężką, gumową, żółtą piłkę, na przykład taką do podskakiwania w przedszkolu.

Agnieszka także była synestetką, jej dniem kolorowym jest sobota, wyraźnie niebieska. Kolor soboty był przejrzysty i lekki, zupełnie jak niebieski, którym były trójkąty oraz cyfra siedem. Albo niebieski wodnisty, zostawiał na jej języku niewysłowiony posmak za każdym razem, gdy słyszała akord A-dur (najwyraźniej gdy był grany wczesną wiosną, na zewnątrz, struny z fosforową owijką, kostka 0.7, pudło z niemieckiego świerku, podstrunnica koniecznie heban, najlepiej jakiś Crafter).

Obiad, nad którym siedzi bezradna właśnie teraz, próbując coś przełknąć, nie przywodzi niestety żadnych natchnionych skojarzeń. Emil chciał koniecznie „pójść coś zjeść”.

„Znowu naoglądał się Seksu w wielkim mieście, ale le­piej tak, niż gdy muszę znosić go, kiedy ogląda Californication” – myśli, starając się znaleźć jak najwięcej pozytywów.

Czwartek wieczorem to chyba jednak dla niej zbyt wcześnie. W czwartek wieczorem Agnieszka Akapulko nie jest jeszcze głodna.

– Wiesz co, dzisiaj Rafał ma urodziny i mówił, żeby przyjść. Może pójdziemy?

„Dobrze, kurwa, że nie chrzest ani wesele” – myśli w pierwszej chwili Agnieszka.

Potem okazuje się, że to w Tabernakulum. Dawno tam nie była, a od dawna miała ochotę na drinka z wkładką.

– No dobra. OK. Idziemy – decyduje natychmiast.

Dzwoni jeszcze do Ewy.

– Wpadaj – zaprasza. – Wpadaj, będzie śmiesznie – zachęca w nieskończoność.

– No nie wiem jeszcze, ale raczej przyjdę – odpowiada Ewa.

„Siksę pewnie swędzi i ma już umówionego jakiegoś pływaka na wieczór” – zdaje sobie sprawę Agnieszka, rozłączając się.

Nie trzeba chyba dodawać, że w tym samym momencie Marcin Mint przekracza już drzwi klubu Tabernakulum, wyciągnięty tam na siłę przez jedną z koleżanek Doroty (mniam, mniam koleżankę, która niestety szybko znika z pola widzenia). W tego typu opowieściach niewiarygodna zgodność czasoprzestrzenna jest czymś naturalnym, dlatego bohaterowie zawsze znajdują się w tym samym miejscu i czasie, kiedy zarówno czas i miejsce tworzą mieszankę swoją łatwopalnością przypominającą napalm.

– Coś na krążenie poproszę – rzuca do barmana. Ten nalewa do szklanki żubrówki, potem dosypuje do niej szczyptę niebieskiego proszku.

Takie drinki pija się w Tabernakulum. Nigdzie indziej ich nie dostaniesz. Nigdzie indziej nie dają podobnych dodatków.

Zauważa znajomych. Rozmawia z nimi przez chwilę bez większego entuzjazmu.

– Sorry, masz może ognia? – słyszy w końcu zza pleców.

– Jasne – mówi, podpalając zapałkę.

Poznaje ją od razu. Kaskaderka z Merkurego.

Agnieszka jeszcze go nie kojarzy. Nie może się zdecydować, na co ma ochotę. Bierze małe piwo, żeby odwlec główną decyzję. Gapi się pod nogi. Emil poszedł grać w pokera, niby taka urodzinowa rozrywka.

Drink Marcina kończy się. Znajomi zaczynają rozmawiać o tym, co wyczytali ostatnio w prozie iberoamerykańskiej, a Marcin ma dosyć ich płytkiego podejścia. Odwraca się do baru, patrzy na Agnieszkę.

– Nie przewróciłaś się już wtedy? – pyta chłodnym tonem (taki jest jego sposób – ton chłodny).

– Co? – pyta zdziwiona i nastawiona raczej na „weź, spierdalaj”.

– W Merkurym w poniedziałek. Czy nie przewróciłaś się jeszcze raz, a jeśli tak, to czy miał cię kto złapać? – uściśla swoje pytanie (oczywiście uściśla je chłodno).

Agnieszka z przymrużonymi oczami sonduje swoją pamięć dłuższą chwilę. Ach tak. Przypomina sobie.

– Nie. Dałam radę – odpowiada, tym razem z uśmiechem.

Postanawiają zamówić coś po bożemu. Korzystając z okazji, skupić się na tym, co istotne w tym klubie. Przy­­­chodzą tutaj bardzo różni ludzie. Bohaterowie trzeciego planu, ale także prawdziwe gwiazdy. Na przykład ten koleś z telewizji, który siedzi teraz z jakimiś kurewkami pod zegarem.

– Zobacz, to ten gość z telewizji? – pyta Marcin, kiedy go zauważa.

– Tak, to ten dupek, który coś tam napisał i miał być poetą naczelnym miasta, a teraz biega od Kawy czy herbaty do Dzień dobry TVN i z powrotem.

Marcinowi imponuje sposób wyrażania Agnieszki oraz zgodność jej osądów z wieloma jego osądami. Na dodatek koleżanka Doroty przepadła już całkowicie. Podobnie jak Emil, który odleciał wiele galaktyk dalej.

Marcin czuje dziwne przemieszczenia wewnątrz. Trzęsienia ziemi. Ruchy Browna. Cząsteczki gazów poruszają się chaotycznie, jednak kosmicznym zrządzeniem losu mogą uderzyć wszystkie naraz, miażdżąc czaszkę – na taką śmierć czekał.

Jadą do niego. Jest soczyście. Tętniąca w żyłach krew szepcze zaklęcia rytmizujące ruch ich nagich ciał. Toną we własnym dotyku, zatracają się w coraz szybszych od­­dechach, w ściśniętych z podniecenia pięściach i paznokciach wbitych w plecy. Więcej. Więcej niż zwykle. Żadna z kolejnych historii tego typu. Żaden przewidywalny do granic absurdu scenariusz. Coś więcej. Więcej niż wkładanie i wyciąganie aż do skutku. Więcej nawet niż pite przez cały wieczór ouzo z podwójnym koncentratem laudanum, jakie barman zgodził się podawać wyłącznie na ich własną odpowiedzialność.

***

Budzą się równocześnie. Siadają na łóżku w tym samym momencie. Nagich ciał za plecami brak. Agnieszka zostaje jeszcze jakiś czas. Dość długą chwilę. Właściwie kilka dość długich chwil. Potem wychodzi, tłumacząc, że gdzieś się śpieszy, chociaż nie śpieszy się nigdzie. Było jej dobrze i postanawia na wszelki wypadek nie przyzwyczajać się za mocno („wyłupcie oczy mojej duszy, gdyby zbytnio przyzwyczaiły się do chmur” – Aragon, nie mylić z Aragornem), więc potwierdza nieśmiertelność zwrotu „pogadamy później”, zbiega szybko po schodach, potem bez większych problemów przekonuje taksówkarza, żeby zawiózł ją we wskazane miejsce za kompletny bezcen.

Wyrzuty sumienia ogarniają Marcina praktycznie natychmiast. Nigdy nie miewał wyrzutów, sypiając z innymi kobietami, ale tym razem to przecież nie był tylko seks. Pierwszy raz czuje, że zdradził Kirsten. Pierwszy raz nie wie, jak spojrzeć jej w oczy, ale nie może tego ukrywać. Idzie się przewietrzyć. Przewietrzanie się nie jest jednak czynnością, w której Marcin posiadałby jakieś większe umiejętności. Szybko wchodzi do pierwszej z brzegu kawiarni. Przy stoliku obok wkomponowanego w ścianę akwarium zauważa Piotra. Siedzi pod krawatem, pakując do teczki jakieś papiery.

Witają się.

– Coś na orzeźwienie? – pyta, a Piotr przytakuje z ulgą.

– Dwie wódki poproszę.

Natychmiast opowiada o Agnieszce, że owszem, spała u jego boku do rana, a jemu wyjątkowo nie śnił się żaden cmentarz. Owszem – wstała, przytuliła się pierwsza. Jedli śniadanie. Rozmawiali. Pili kawę, a potem dżin. Ubrali się, znowu rozebrali, ubrali i Agnieszka poszła do domu. Prawie nie zna Piotra, więc w sumie nie wiadomo, czemu tak mu się zwierza. Na szczęście obydwaj są otwartymi ludźmi w wielkim mieście, więc to naturalne. Poza tym Piotr ma w sobie coś, co budzi niepohamowane zaufanie.

– Kirsten to już przeszłość – podkreśla w co drugim zdaniu Marcin. – Każde z nas musi pójść własną drogą. Mieliśmy swój czas, ale pora śmielej spoglądać w przyszłość – tłumaczy.

Trochę się zawiódł. Tuż przed wyjściem rozmawiał z Kirsten. Zagroził, że odejdzie. Powiedział, że kocha inną, a ona nie zareagowała. Wspólnie spędzone lata sprawiły, że stała się wobec niego zimna.

– Warto oddać duszę za taką dziewczynę jak Agnieszka – stwierdza po drugim kieliszku.

Można ją bez trudu spotkać, dotknąć, zadzwonić. Nie to, co wiecznie zajęta Kirsten.

– Duszę, powiadasz. Aż tak? – pyta Piotr, okazując zrozumienie dla powagi tej sytuacji.

– Tak. Gdyby istniała. Niestety nie ma tak dobrze.

Koncepcja posiadania duszy rzeczywiście jest dla Marcina zabawna w wielu kwestiach.

– Bo kiedy niby bezduszna małpa została dotknięta czarodziejską różdżką? Czy neandertalczycy mieli dusze? No chyba teoretycznie to nie. Ja na ich miejscu nieźle bym się wkurwił. Dziwne, że nie założyli jeszcze żadnej organizacji ani stowarzyszenia broniącego ich praw. Skoro udało się Erice Steinbach, dlaczego im nie? Kto wie – może sama Erika udzieliłaby im kilku bezcennych rad, jak dobrać się nieźle do dupy parszywym Homo sapiens?

Jaki rodzaj arbitrażu zastosowano, aby oddzielić ohydne, zawszone małpy od wartych duszy ludzi? W którym momencie pojawiła się opcja zbawienia, zarezerwowana dla szlachetnego rodzaju ludzkiego? Dlaczego ich ojcowie, dziadowie, pradziadowie, prapradziadowie i tak dalej, z definicji skazani byli na potępienie w najlepszym razie, a w najgorszym na wiekuisty niebyt? Swoją drogą piekło i niebo musiały śmiesznie wyglądać na początku, jeszcze całkowicie puste. Wolne pokoje dla gości – tłumaczy Piotrowi swoje rozliczne wątpliwości, które skutecznie odwodziły go od wiary w duszę.

Piotr uśmiecha się i nie odpowiada nic konkretnego.

– Muszę lecieć, mam interes do załatwienia. Widzimy się wieczorem, tak?

– Wieczorem?

– Dorota dzwoniła do mnie. Mówiła, że wynajęła dom za miastem. Zaległe urodziny. Myślałem, że do ciebie też.

– A, fakt, dzwoniła, nie skojarzyłem, że to już dzisiaj. To do wieczora – odpowiada Marcin, odczuwając podskórnie, że przypadkowe spotkanie wcale nie było przypadkowe.

***

Agnieszka siedzi na podłodze i rozmawia z kotem leżącym na niebieskim kocyku. Bogu ducha winne zwierzę zatyka łapkami uszka, nie może już tego słuchać. ­Dzwoniła do Ewy, ale Ewa kosmicznie zajęta, a jakiś sympatyczny ten Marcin i nawet umie robić dobrze. Zupełnie inaczej niż Emil, który od jakiegoś czasu próbuje wyssać jej wątrobę, czyniąc regularne postępy. W końcu dzwoni do niej ten Marcin. Nawet się cieszy, że dzwoni.

– Cześć. Aha, aha. A gdzie? Aha. OK, no dobra. Do zobaczenia – mówi do słuchawki. Zaczyna zastanawiać się, co włożyć na wieczór.

Jadą razem gdzieś za miasto, jakaś Dorota wynajęła dom czy coś tam. Nie zna Doroty. Ogólnie rzecz biorąc, pochodzi z nieco innego towarzystwa.

„Nieważne, i tak będzie ktoś znajomy” – pociesza się, prasując koszulę. W tym mieście panuje zasada dwóch podań ręki.

Dom okazuje się luksusową willą, łączącą w swojej architekturze klasykę i nowoczesność. Po przejściu przez dłużący się w nieskończoność korytarz, na którego ścianach można podziwiać bardzo efektowne reprodukcje obrazów van Gogha, wchodzi się do przestronnego salonu, czarne meble kontrastują z bielą pomieszczenia. Stół całkowicie zastawiony jest najlepszym, co sklepy monopolowe mają do zaoferowania spragnionym. Whiskey na koszt gospodarza i od razu chce się żyć.

– Poznaj Pawła. Poznaj Iwonę, o, to wy się już znacie? – przedstawia ją wszystkim Marcin.

– Poznaj Piotra – mówi w końcu. – Zaczekajcie na mnie, idę poszukać Doroty – dodaje i odchodzi.

– Jezu, Dora, skąd wzięłaś na to kasę? – pyta, gdy wreszcie na nią trafia.

– Sprzedałam trochę rupieci, nic takiego. Masz tutaj i lepiej zajmij się kręceniem – mówi, podając mu bibułki.

Właściwie to Dorota zawsze była spokojna, ale ostatnimi czasy ciągle imprezowała i wydawała więcej niż wszyscy razem wzięci.

Wypala kilka jointów z tym i owym. Potem zaczyna szukać Agnieszki. Bezskutecznie. W końcu to ona odnajduje jego, w kompletnej rozsypce, kiedy porzucił już na­­dzieję, że zobaczy ją jeszcze kiedykolwiek.

– Jedziemy do domu – zgadzają się w stu procentach i zamawiają taksówkę.

– Zginęłaś mi gdzieś. Gdzie byłaś? – pyta podczas dłużącego się w nieskończoność powrotu.

– A, rozmawiałam trochę z tym Piotrem, opowiadał mi o swoich interesach. Nudziarz.

***

Pierwszą połowę soboty spędzają w łóżku. Patrzą przez okno na chmury i przytulają jak para zadurzonych dzieciaków. Potem jadą do portu wejść na latarnię. Wszystko idzie dokładnie tak, jak powinno. Trzymają się za ręce. Patrzą sobie w oczy. Całują się.

– Muszę już iść – mówi jakby nigdy nic Agnieszka, wpatrując się tępo w horyzont.

Marcin milczy w sposób pytający, wytrzeszczając oczy. Nie wie, co powiedzieć. Agnieszka widzi jego bezradność. Postanawia wyjaśnić wszystko tak, żeby nie było niedomówień.

– Muszę już iść, bardzo fajnie spędziliśmy te dwa dni, ale sam wiesz, że nic z tego nie będzie, a ja teraz naprawdę nie mam nerwów na takie rzeczy. To wszystko. Trzymaj się.

Odchodzi, ot tak. Odchodzi na poważnie. Odchodzi, nie ogląda się ani nie zawraca.

Marcin ledwo daje radę dojść do domu. Natychmiast traci zmysły.

Przecież był gotowy do zmiany, jego życie stanęło na głowie, porzucił Kirsten, pokochał Agnieszkę. I co teraz?

Podchodzi do biurka. Na biurku leży długopis. Długopis drży. Długopis brzęczy. Przyciąga do siebie rękę Marcina nieczystą siłą.

będę taki jak zechcesz niestety

to znaczy że jestem nikim

jak kompas, którego igła

jest kurwą

wstrzykuje trucizny

kierunkom świata

biegun północny drży przed nią

„Egzorcysta, psychiatra, neurochirurg?” – zastawiał się jeszcze niedawno. Teraz zaczął podejrzewać najgorsze. Nie miał czasu rozpaczać. Taksówka powinna zaraz podjechać. Dobrze, że Piotr akurat zadzwonił. Inaczej Marcin mógłby zwariować.

Słońce już zaszło. Zaraz będzie padać.

Włóczyli się pół nocy po najgorszych z możliwych barów, ryzykując śmierć z ręki niejednego pijanego marynarza – szaleńca, który stracił rozum, po tym jak jego ukochana przepadła w głębinach.

Marcin cierpiał. Informował Piotra o swoim cierpieniu możliwie na bieżąco. Padał deszcz. Deszcz bywa upiorny. Ten, który padał tamtej nocy wywołał gęsią skórkę na skórze bohatera, narratora, a nawet autora. Zupełnie jak w opowiadaniu Do dnia, które swego czasu prześladowało Marcina nocami.

W końcu Piotr zatrzymuje się i chwyta Marcina za ramię.

– Posłuchaj mnie – mówi. – Po prostu słuchaj i milcz.

Piotr składa mu propozycję. Propozycję nie do odrzucenia. Za coś, czego i tak nie ma, można dostać to, co się tylko chce.

– To nie żarty, kolego. Zastanów się jak najszybciej i zadzwoń pod ten numer – powiedział na odchodne, wręczając mu wizytówkę.

Piotr Piekielny
Skup towarów niematerialnych

Rumieńców sytuacji dodaje fakt, że Agnieszka poznała naturę Piotra już w piątek. To wtedy, kiedy wyszli na chwilę z imprezy, opowiedział jej wszystko. Praktycznie od razu wyczuł w Agnieszce ranne zwierzę, coś szamocącego się pod skórą w dzikich konwulsjach.

– Nie wiem, co to jest, ale ja mogę to załatwić. „Wszystko ci dam, tylko padnij i złóż mi pokłon.” Na szczęście te dramatyczne sceny wyszły z użycia już dawno temu. To zbyt teatralne. Tak samo jak podpisywanie cyrografu krwią. Sanepid puściłby nas za to z torbami – tłumaczył Agnieszce. – Zresztą sama nazwa „cyrograf” także po­­woli przechodzi do lamusa. Kontrakt. Umowa o kablówkę. Rachunek. Weksel. Ale nie tak od razu cyrograf – narzekał na szerzący się defetyzm oraz zabobony związane z jego zawodem.

To dlatego w sobotę była tak nieobecna, czego nie zauważył Marcin. To dlatego odeszła w dziwny sposób, co zauważył aż nadto. Dlatego na miejsce pożegnania wybrała morską latarnię. Nostalgiczny symbolizm od zawsze był w stylu Agnieszki. Myślała o Marcinie jeszcze długo. Płakała w myślach. Niestety podjęła już decyzję, która nie mogła być inna.

Nieprzespana noc. Po niej niedziela. Dzień święty. Dzwonią do siebie rano (dzwony oraz oni). Oboje kłamią, że nie mają dziś czasu, ale z pewnością trzeba się spotkać, bo głupio wyszło.

Od samego rana Piotr jest w kiepskim nastroju. Z centrali ciągle jakieś pretensje. Polubił Marcina, nawet Agnieszkę. Normalnie dałby spokój znajomym, naprawdę coraz trudniej poznać kogoś normalnego. Niestety jebnęli mu takie limity, że musi brać, co się nawinie. Praca w korporacji daje wyjątkowo wąski margines sentymentom. Na domiar złego pewien klient, lekki zbok tuż po czterdziestce, opętany wizją pewnej siedemnastolatki, napadł ją, kiedy szła do liceum, i udusił reklamówką z Biedronki, zanim zdążył podpisać papiery gwarantujące mu wiele upojnych nocy z małą lolitką w zamian za pewien drobiazg. Kolejne zlecenie w błoto.

– Jeżeli ludzie nie przestaną sami wysyłać się hurtowo do piekła, to niedługo zaczną ciąć etaty – obawiał się nadchodzącej bessy.

Marcin w tym czasie obsesyjnie chodzi dookoła pokoju. Nie może się doczekać. Nareszcie telefon dzwoni.

– Za godzinę w tej śmiesznej kawiarni z akwarium.

– Będę czekał.

Rozmawiają przez chwilę o pogodzie i polityce. Na szczęście szybko przechodzą do konkretów.

– Dobra. Masz mnie. Pokaż, gdzie się podpisać – zdecydowanym tonem oświadcza Marcin Mint.

– No ale najpierw powiedz dokładnie, czego chcesz. Wszystko musi być jak w zegarku.

– To jasne. Chcę jej. Ona ma mnie kochać i to, kurwa, od zaraz, bo nie wiem, ile jeszcze wytrzymam. Ma kochać mnie, tak jak kochałem Kirsten albo jeszcze bardziej. Nie może mnie nie kochać, rozumiesz? Niekochanie mnie przez nią jest niemożliwe. To absurd.

– Jesteś pewien? Może nie wiem, no weź, zastanów się, może wymyśl coś innego – próbuje negocjować zafrapowany Piotr, przekonany jak dotąd, że Marcin, mimo wszystko, należy do bardziej rozsądnych. Marcin nie chce nawet o tym słyszeć. Ma jasno sprecyzowane żądania niczym zawodowy porywacz.

– No dobra, przygotuję papiery i odezwę się jeszcze dzisiaj. To jest ekstra zlecenie, wiesz, zazwyczaj ludzie mają normalne potrzeby – mówi ze sporym niesmakiem, żegna się ostentacyjnie i wychodzi.

Cztery godziny później spotyka się z Agnieszką, która kilkukrotnie przekładała czas i miejsce spotkania. Przychodzi jakaś dziwna. Rozmyta. Przypadkowa mieszanka akwarel.

– Darujmy sobie ceregiele. Jestem twoja. Jestem twoja, ale teraz chcę go z powrotem. Dobrze wiesz kogo. Już ty dobrze, skurwysynku, rozumiesz. I need one more shot, kowboju. Jeszcze jedną szansę. Obojętnie jak. To już twoje zmartwienie. Zostawiłam go ponad rok temu, a teraz ma do mnie wrócić i o niczym nie pamiętać. O niczym, rozumiesz? – kończy zdecydowanym tonem, jednak na granicy płaczu.

– Odezwę się później, muszę przygotować papiery – mówi załamany Piotr, rezygnując tym razem ze wszelkich prób negocjacji.

Wchodzi do mieszkania kompletnie wkurwiony.

– To sobie powymyślali – mruczy pod nosem. Sporządza szybko raporty i wysyła je do centrali. Czeka na odpowiedź. Zazwyczaj trwa to kilkadziesiąt minut.

Raport przychodzi dopiero po dwóch godzinach. Status: zlecenie nierealizowalne.

– No co, do chuja? – dopytuje sam siebie, szczerze nie dowierzając.

Chwyta za słuchawkę, natychmiast wykręca numer na region.

– Kogoś ty znalazł? Dlaczego nie chcą po prostu pieniędzy? Co się dzieje z tą firmą, Jezus Maria! – ­wykrzykuje kierownik regionu. – WRÓĆ! Co się dzieje z tą firmą, Lucyfer, Belial! – poprawia się natychmiast, wykonując na piersi znak odwróconego krzyża, patrzy błagalnym wzrokiem pod nogi z nadzieją, że nikt nie słyszał. – Popytam jeszcze, no ale co ty sobie myślisz? Jak to zobaczą niżej, to im ręce opadną – rzuca słuchawką.

Piotr obdzwania znajomych. Paru słyszało o podobnych sprawach, ale tylko w Stanach, tam wszystkim można wmówić cokolwiek i nie ma problemu. Nie wygląda to dobrze.

W środku nocy otrzymuje potwierdzenie, że zlecenia nie da się zrealizować.

– On nigdy do niej nie wróci. Odkąd go zostawiła, pracuje dla nas. Koniec. Falstart. Spalony. Marcin jeszcze nie wie, że jest poetą, ale dowie się wkrótce, więc prędzej czy później i tak trafi tutaj. Nie oszukujemy klientów. Nie możemy nic z nimi podpisać. Szukaj innych – mówi oschłym tonem, spokojny tym razem, kierownik regionu.

– A idź do diabła – rzuca Piotr.

Nie pozostało mu nic innego, jak pogodzić się z porażką. To na pewno odbije się na karierze i reputacji. O awansie można zapomnieć. Piotr siada w fotelu i wypala sześć papierosów jednego po drugim, myśląc.

Przykro mi, ale nic z tego nie będzie. Wasze żądania są nierealizowalne lub realizowalne w sposób przewyższający swoją kosztownością wiele tysięcy rzędów wielkości, realną wartość waszych dusz. PS Od jutra nie pracuję już w firmie. Powodzenia

– taki SMS wysłał do Agnieszki i Marcina. Takie powiadomienie leżało w zakresie jego obowiązków. Potem wyłączył telefon. Wymówienie złoży rano. Odejdzie z firmy. Wyjedzie z miasta. Wyjedzie do stolicy. Znajdzie jakąś porządną korporację, która przyjmie go z ­otwartymi ­rękami jako doradcę prezesa ds. zasobów ludzkich. Trzeba przyznać, że mimo potwornej wpadki z tymi dwoma Werterami zna parę niezłych sztuczek.

***

Smutek, jaki pojawił się w ich niechcianych duszach, był wręcz namacalny. Jesień w kwietniu. Pochmurny deszczowy wieczór niedzielny. Opustoszałe ulice. Myśli mają kolor jak żałobna opaska na czoło wiosny. Czarny welon dla wiosny wdowy.

Ciężko pogodzić się ze świadomością, że jest się kimś, komu nawet diabeł nie może pomóc, jednak oni nie mają innego wyjścia.

Minął kolejny tydzień.

– No weź się trochę posuń – warczy Agnieszka, kiedy Emil zaczyna zajmować jej połowę łóżka.

Nie wytrzymuje już bezsenności. Wstaje. Podpala papierosa. Agnieszka Akapulko bierze do ręki telefon. Zatrzymuje się przy kontakcie „Marcin”. Jej palec spoczywa na przycisku „wybierz” niczym na spuście. Waha się.

Marcin leży na podłodze. Patrzy w sufit.

– Ciekawe, czy Asia jeszcze się gniewa? – myśli na głos. – Na pewno nie – odpowiada po chwili sam sobie, biorąc do ręki komórkę.

Oskar za scenariusz, Nobel z literatury oraz złoty medal olimpijski w strzelaniu do rzutek – tylko to mu zostało. Tylko na to może liczyć Marcin Mint. Wybiera numer Piotra. Przecież na pewno może dać jakiś kontakt.

Zajęte.