Czekając na odkupienie - Katarzyna Łochowska

Czekając na odkupienie

0,0

„Czekając na odkupienie” Katarzyny Łochowskiej to wciągająca opowieść o miłości i zemście, które okazały się silniejsze niż śmierć.

Główna bohaterka to Cassandra, która w wyniku pewnego zdarzenia ucieka do Nowego Orleanu, by rozpocząć nowy etap życia. Po wielu perypetiach dziewczyna trafia do piekła, cofając się z czasów współczesnych do roku 451. Tam okazuje się, że w poprzednim wcieleniu Cassandra zabiła wojownika panujących wtedy Hunów. Dziewczyna została wcześniej przez niego zgwałcona. Dlatego teraz pragnie zemsty za cierpienie, które musi znosić. Demon przeszłości powrócił i dopomina się o jej duszę. Okazuje się, że nic nie dzieje się przypadkowo, a cała gra została zaplanowana przez samą Królową Piekła, w której dziewczyna ma odgrywać główną rolę. Cassandra zaczyna przyzwyczajać się do barbarzyńskiego stylu życia, ale Królowa ma wobec niej inny plan. Musi przebyć długą drogę, by wrócić do swoich czasów i wygrać walkę o własną duszę. Na jej drodze stają również krasnoludy, elfy i krwiożercze pająki. Czy barbarzyńca, którego kiedyś zabiła okaże się jej sojusznikiem czy wrogiem?

Akcja książki w zaskakujący sposób przenosi się z czasów bardzo odległych do współczesności. Okazuje się, że duch historii przez cały czas czuwa nad ludzkością.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Katarzyna Łochowska
"Czekając na odkupienie"

 

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2015
Copyright © by Katarzyna Łochowska, 2015

 

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

 

Skład: Arkadiusz Woźniak INFOX e-booki
Projekt okładki: Krzysztof Krawiec

 

ISBN: 978-83-7900-338-9

 

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.
ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl
e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Katarzyna Łochowska

 

 

Czekając
na odkupienie

 

 

psychoskok-bez-napisu-ebook

Wydawnictwo Psychoskok
Konin

 

 

 

 

Dla Anny Kuchniak – najlepszej przyjaciółki 

i pierwszej czytelniczki

 

 

 

 

PROLOG

 

ok. 451 rok

 

Śmierć tańczyła na pogorzelisku.

Kilku niedobitków szukało przed nią schronienia.

Rzymskie śmiecie.

Ciemna noc, dym i kurz utrudniały widoczność. Siedziałem na mym wspaniałym Alaricu i tryumfowałem nad wrogiem. Wokół mnie buchały płomienie, ale nie przejmowałem się tym. Nic mnie nie obchodziło.

Liczyła się tylko rzeź.

Zdobyliśmy tylko jakąś marną mieścinkę rzymską, ale niech cezar wie, że Hunowie są niebezpieczni. Niech potraktuje to jako ostrzeżenie. I niech się spodziewa swojej klęski.

Koń zadreptał nerwowo.

Zobaczyłem zbliżającego się do mnie Haszema. Twarz miał brudną i umęczoną, ale szczęśliwą. Brat walczył dzielnie. Po śmierci naszego ojca objął dowodzenie i razem z nim wyruszyłem służyć wodzowi Atylli.

– Bracie! – rzekł uśmiechnięty. – Dzisiaj świętujemy. Podobno w niektórych domach ukrywają się jeszcze rzymskie psy. Niektórzy mówią, że są wśród nich dziewki…

Tak... Całe nasze życie jest rozrywką. Mordujemy, rozrywamy, katujemy, gwałcimy dziewki na oczach mężów, braci, ojców, a potem pijemy. Uczty nie mają końca. Obrałem kolejny cel na dzisiejszą noc. Znaleźć dziewkę i słuchać, jak krzyczy z cierpienia, a potem… z rozkoszy.

– Chodźmy, bracie.

Stałem się niepokonany. Drżeli przede mną wszyscy. Czy to nie cudownie słyszeć krzyki cierpienia? Wtedy wiesz, że giną źli i ty jesteś tym, który się do tego przyczynił.

Ruszyliśmy między zgliszczami. Szukaliśmy najmniej zniszczonego domu. Stał na uboczu, a płomienie tylko liznęły fasadę. Należał do jakiś zamożnych Rzymian. Jeden z naszych ludzi powiedział, że prawdopodobnie ukrywają się w nim mieszkańcy. Wzięliśmy pochodnie i szturmem wbiegliśmy do domu. Mężczyźni porozdzielali się i wkrótce do moich uszu doleciały przeraźliwe krzyki.

Wpadłem z bratem do sali – prawdopodobnie jadalni. W rogu dostrzegłem grupkę kulących się ludzi. Mężczyźni zaraz rzucili się na nas z bronią, ale szybko pokonaliśmy ich. Krzyk kobiet mieszał się z jękami zabijanych. Wkrótce za nami wpadło jeszcze trzech wojowników.

Oczy zalała mi czerwień wściekłości i pragnienie mordu. Odwróciłem się w stronę kobiet. Jedna była bardzo stara. Druga w średnim wieku, a dwie ostatnie młode. Szybkim krokiem podszedłem do nich. Próbowały się bronić, ale ja byłem silniejszy. Sama potęga i przewaga nad nimi dodawała mi animuszu.

Złapałem młodą za włosy i przyciągnąłem do siebie. Szarpała się i próbowała wyrwać.

Jak wszystkie inne…

Ruszyłem w poszukiwaniu jakiegoś mniej zatłoczonego miejsca, by móc rozkoszować się obcowaniem z dziewczyną. Wepchnąłem ją do jakiegoś pomieszczenia i zwróciłem twarzą do siebie. Chciałem powiedzieć coś ordynarnego, ale słowa utknęły mi w gardle.

Była piękna.

Miała długie, czarne włosy, które lśniły w nikłym blasku pochodni. Pełne usta, otwarte i łapiące głośno powietrze, przyzywały mnie do siebie. Oczy rozszerzone strachem patrzyły błagalnie, ale i tak zarejestrowałem w nich błękitny ognik złości. Kształtne ciałko wiło się i próbowało wyswobodzić z uścisku moich dużych rąk.

Tak. Teraz należy do mnie.

Ogarnęło mnie niesamowite pożądanie. Musiałem ją mieć. Wszystko robiłem jak zawsze. Ostro, szybko… A jednak wyczułem, że coś się zmieniło. Wewnątrz mnie. Chciałem… żeby czuła to samo uniesienie, które targało moją duszą. Chciałem dać jej rozkosz, aby zapamiętała ją na całe życie. Wiedziałem, że już się od niej nie uwolnię.

Nic nie poszło po mojej myśli.

Krzyczała, szarpała się, płakała. Uczucie, jakie ogarnęło mnie, gdy znalazłem się w niej, było nie do opisania. Czułem pulsującą krew w uszach, a zmysły przyćmiły umysł. Dotarł do mnie krzyk bólu, gdy przebiłem się przez naturalną ochronę jej ciała. Nie potrafiłem się już powstrzymać. Doznania były silniejsze i skończyłem, zanim dałem dziewczynie przyjemność.

Z oczu spadły klapki.  Trzeźwo spojrzałem na jej zapłakaną twarz, zaciśnięte usta i słone łzy. Nadal trzymałem ją w objęciach i pomyślałem, że muszę coś powiedzieć. Cokolwiek.

– Nie płacz – szepnąłem. – Następnym razem…

Dziewczyna spojrzała na mnie z odrazą.

– Bądź przeklęty! – krzyknęła.

Poczułem tylko ostrze przecinające moje gardło. Nie mogłem uwierzyć, że ten anioł mógł być do tego zdolny. Patrzyłem na nią zszokowany, ale wiedziałem, że dobrze wprowadziła ostrze. Umrę ze spuszczonymi spodniami.

I to była ostatnia moja myśl. Zaczął się początek egzystencji. Przeklętej, bolesnej egzystencji, która sprawiła, że w miejscu serca powstała czarna dziura. I tylko jedno może ją zapełnić.

Zemsta na aniele.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Uśpienie

 


Odchodzę w zaświaty, nie czekaj na mnie więcej.

Łez nie roń, uśmiech prześlij prędzej.

Na progu czeka na mnie ktoś wyjątkowy,

Skrzydlaty oblubieniec w dobroć uzbrojony.

Dłoń do mnie wyciąga, uśmiecha się szczerze,

Żegnaj, więc, żegnaj! Mów za mnie pacierze.

 


ROZDZIAŁ 1

 

Jak wygląda piekło?

Nie miałam czasu, żeby zastanawiać się nad takimi błahymi sprawami. Zapewne kiedyś się tam znajdę, więc po co sobie zawracać głowę tak wcześnie?

Teraz miałam znacznie ważniejszy problem. Z trudem trafiłam kluczem w zamek wiktoriańskich drzwi. Zapaliłam światło w przedpokoju mojego jednorodzinnego małego domku. Zmusiłam swoje stopy do stawiania kolejnych kroków, ale nie było to proste po wypiciu niezliczonej ilości wódki i dwóch piw. Sama się dziwiłam, że mogę chodzić. Impreza się przedłużyła i jak co weekend zabalowałam trochę bardziej.

Niebezpiecznie zachwiałam się na moich dziesięciocentymetrowych obcasach i zapewne wyrżnęłabym orła, gdyby nie szafka i odrobina wprawy. Z drobnymi komplikacjami zdjęłam buty i skierowałam się w stronę łazienki, ściągając po drodze bluzkę. Stanęłam przed lustrem i zapatrzyłam w swoje odbicie. Farbowane blond włosy w nieładzie, oczy odrobinę podpuchnięte przez promile, po makijażu jakiś niewielki ślad. Jednym słowem wyglądałam jak… dziwka. Uda lepiły mi się po spędzonych upojnych chwilach z Jamesem, a w podbrzuszu jeszcze pulsował nerw rozkoszy.

Nie ma co ukrywać. Nie jestem cnotliwą dziewczynką.

Zdjęłam mini spódniczkę, czarne kabaretki i wskoczyłam pod prysznic, o mało co nie przygrzewając głową w szklaną kabinę. Ciepła woda zmyła ze mnie odrętwienie i trochę poprawiła zdolność mojego myślenia.

Pomyślmy.

Czy chciałam się zmienić?

Oczywiście, że nie! Kocham moje rozbiegane życie. Chyba zwariowałabym spędzając czas jak rodzice czy siostra. Dlatego wyrwałam się stamtąd. Oni nie potrafili zrozumieć mojego imprezowego stylu. Co dzień raczyli mnie tekstami w stylu: Marnujesz swoje życie lub Nie zasługujesz na to, by być w tej rodzinie. Dlatego znalazłam jedyne wyjście, które w odpowiedni sposób rozwiązywało mój problem. Zwiałam z domu i przeleciałam cały Atlantyk, aby osiedlić się w Nowym Orleanie. I tak oto jestem. Drżyjcie kluby nocne! Nadchodzi Cass Spencer, wykwalifikowana imprezowiczka, zapalona ateistka i najlepsza kochanka w Nowym Orleanie!

Niepewnym krokiem weszłam do sypialni. Zarzuciłam na siebie cieniutką koszulkę nocną i wskoczyłam pod kołdrę. Niestety alkohol nie zatrzymał natłoku myśli. Zrobiłam dużo złych rzeczy, ale chciałam się jedynie uwolnić. Może mam dwadzieścia dwa lata, jestem niegrzeczną dziewczynką i studentką historii, która nie słucha rodziców i ucieka z domu mając osiemnastkę, przy okazji zabierając im większą część funduszy. Cóż… jako sławni lekarze na pewno dadzą sobie radę bez kilku papierowych banknotów.

Tego ostatniego wieczoru, gdy z nimi rozmawiałam, a raczej kłóciłam, straciłam rodzinę na zawsze. Była to sobota. Wyszłam z koleżkami niby na przyjęcie urodzinowe, ale wszystkie wylądowałyśmy w klubie nocnym. Cieszyłam się z mojej niedawno otrzymanej pełnoletniości i od razu wypiłam trochę więcej niż zazwyczaj. Wkrótce mój świat zaczął się niebezpiecznie zamazywać.

Wtedy poznałam jego.

Nieznajomy mężczyzna podszedł do mnie i zapytał, czy wszystko w porządku. Chyba otumanienie alkoholowe kazało mi powiedzieć, że chcę wracać do domu. Z chęcią zaproponował mi podwózkę, a ja poszłam za nim jak owieczka. Wtedy widziałam tylko jego niesamowite ciało i piękne zielone oczy. Wsiadłam do samochodu, a mężczyzna włączył radio i ruszył z piskiem opon. Wkrótce zauważyłam, że jedziemy w przeciwnym kierunku niż mu wskazałam. Tylko uśmiechnął się pod nosem i powiedział, żebym się nie martwiła. Samokontrola jednak zaczęła opadać, a strach ogarnął moje ciało.

Zatrzymał auto gdzieś na obrzeżach miasta. Natychmiast złapałam za klamkę i dosłownie wypadłam z samochodu. On także wysiadł. Bez słowa złapał mnie za włosy, podciągnął do góry i oparł o maskę samochodu, wypinając mój tyłek w jego stronę. Krzyczałam. Wyrywałam się. Kopałam.

Nikt mnie nie słyszał. Nikt mi nie pomógł.

Podciągnął krótką spódniczkę do góry, zdarł majtki i uśmiechnął się demonicznie. Jakimś cudem widziałam jego twarz odbijającą się w przedniej szybie. Może sprawiły to światła samochodu? Moja podświadomość mówiła mi, że on w taki sam sposób widzi mój strach odbijający w szkle. Wtedy zrozumiałam, że nie wygram, bo trafiłam na ten typ bezdusznego barbarzyńcy, który cieszy się strachem.

I stało się. Pamiętam, że krzyknęłam z bólu. I usłyszałam jego szorstki głos wypowiadający jedno słowo. Dziewica. A ja nie mogłam oderwać załzawionych oczu od jego zielonych tęczówek. I gdy rżnął mnie na masce swojego samochodu, ja obiecałam sobie jedną rzecz, która ma sens w moim popapranym życiu.

Nigdy więcej zielonych oczu.

Mężczyzna skończył we mnie, klepnął mocno mój tyłek i podciągnął spodnie. Złapał mnie za włosy, przyciągając do siebie, a ja pisnęłam z nagłego bólu w podbrzuszu. Pocałował moją skroń, wyciągnął z kieszeni pieniądze, wciskając mi je w stanik. Odwrócił w swoją stronę i znów zmusił do spojrzenia w te zielone tęczówki. Uśmiechnął się do mnie i wycisnął brutalny, władczy pocałunek na moich ustach, po czym popchnął mnie na ziemię. Upadłam boleśnie, uderzając ramieniem o kamień. Ostatkiem sił widziałam, jak mężczyzna wsiada do samochodu i odjeżdża z piskiem opon. Do tej pory nie wiem, czy w jasnym świetle tarczy rozdzielczej rzeczywiście zobaczyłam łzy na jego policzkach. Odjechał i zostawił mnie samą. Pamiętam, jak zimno trzęsło mym ciałem a upokorzenie wypalało piętno na mym sercu.

Nigdy więcej zielonych oczu.

I tej zasady trzymam się aż do teraz.

Rano obudził mnie czyjś dotyk. Zerwałam się z obolałym ciałem. Zobaczyłam jakiegoś staruszka, który pochylał się nade mną z wystraszoną miną. Co się stało, dziecko? Wtedy nie wytrzymałam i rozpłakałam się. Zdołałam tylko wyjąkać nazwisko. Najbardziej znane w całej okolicy. Gdy tylko podjechał samochód mojego ojca, wiedziałam, że to nie koniec kłopotów. Jakoś zapakowałam się na tylne siedzenie i zapatrzyłam w szybę. Wiedziałam, że mój ojciec cały czas obserwuje mnie w lusterku. Nic się nie odzywałam. Mój umysł zaprzątały zielone oczy.

W domu rozpętało się piekło. Moja własna matka wpadła do przedpokoju i na powitanie wymierzyła mi siarczysty policzek. Krzyczała, wrzeszczała, a ja patrzyłam w jedno miejsce na ścianie. Dopiero gdy ojciec potrząsnął mną, spojrzałam w jego zagniewaną twarz. Jak ty wyglądasz! Jak mogłaś to zrobić! W tym momencie chciałam krzyknąć, że sama sobie tego nie zrobiłam, ale nie byłam w stanie wypowiedzieć słowa. Po prostu zignorowałam ich histeryczne wrzaski i skierowałam się odrętwiała w stronę schodów. Chciałam tylko wziąć prysznic i iść spać. Takie zachowanie jeszcze bardziej rozwścieczyło rodziców. Z ust ojca padło jedno słowo, które złamało moje bariery. Dziwka! Trzasnęłam drzwiami od mojego pokoju i przekręciłam w nich klucz. Oczywiście rodzice dobijali się do nich. Wtedy spojrzałam w lusterko na toaletce. I rzeczywiście wyglądałam jak dziwka.

Moje oczy były zapuchnięte i czerwone od płaczu, zza dekoltu wystawały banknoty, a na policzkach miałam czarne ślady rozmazanego tuszu. Jednak najgorsze dopiero miałam zobaczyć. Mini spódniczka została mocno podwinięta, a na udach ślady krwi ostro kontrastowały z białą skórą. I to właśnie ten widok sprawił, że podjęłam decyzję, która wywróciła mój świat do góry nogami.

Następnego dnia rodzice wtajemniczyli w całą sprawę moją starszą siostrę, która także kształciła się na wyspecjalizowanego doktora. Oczywiście gorąco ich popierała. Cała rodzina nastawiła się przeciwko mnie. Zaczekałam, aż dom opustoszeje i zabrałam wszystkie karty kredytowe rodziny, gdy wyjechali rano do pracy. Nie tracąc ani chwili wyruszyłam do najbliższego banku. W metrze miałam wrażenie, że ludzie się na mnie patrzą i mają ochotę obrzucić mnie błotem. Za każdym razem, gdy zerkałam w tłum, widziałam mężczyznę o zielonych oczach, który znikał z kolejnym mrugnięciem.

Na miejscu wyciągnęłam z każdej karty znaczną sumę pieniędzy, która miała pozwolić mi żyć. Wróciłam do domu i spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy. Po godzinie dotarłam na lotnisko. Spojrzałam na rozkład lotów i powiedziałam jedno zdanie, za które dziękuję Bogu.

W jedną stronę do Nowego Orleanu.

W samolocie przekonywałam samą siebie, że robię dobrze. Uciekam od znienawidzonej rodziny by zasmakować życia. Chodzić na imprezy i mieć własny grafik dnia. Prawda jednak wracała do mnie jak bumerang. Nie uciekałam od rodziców. Uciekałam od cudownych, niesamowitych zielonych oczu.

Na lotnisku kupiłam gazetę i poszukałam jakiegoś lokalu do wynajęcia oraz pracy. Zaznaczyłam pierwsze lepsze z brzegu, wsiadłam w taksówkę i pojechałam do nowego domu. Okazał się jednorodzinnym domkiem, który chciała wynająć jakaś starsza pani. Bez problemów udało mi się załatwić formalności. Obiecałam tylko, że będę dbać o jej kwiaty. To mogłam zrobić. Za pieniądze rodziców kupiłam trochę jedzenia, ale resztę postanowiłam zamrozić na lokacie. Poszłam do swojej pracy i jako kelnerka poznałam fantastycznych ludzi, Gabe i Jamesa – moich najlepszych przyjaciół. Teraz studiuję. Ja i James zostaliśmy parą, a życie biegnie dalej właściwym torem. Nawet jeżeli w każdy weekend nadużywam alkoholu, to i tak jestem szczęśliwa.

Poczułam jak sen ogarnia mój umysł i naciągnęłam kołdrę trochę wyżej. Jutro muszę wstać wcześniej. Sen dobrze mi zrobi. Już nigdy nie muszę się przejmować zielonymi oczami. A poza tym James ma takie niebieskie tęczówki.

Przeżyłam już swoje piekło.

Gdybym wiedziała, co mnie jeszcze czeka, ugryzłabym się w język.

 

***

 

Nowy Orlean

Mardi Gras

Trzy dni później

 

Ludzie tłoczyli się na ulicach. Z trudem parłyśmy do przodu, ale tak to już jest podczas Mardi Gras. Parada zbliżała się ku nam. Dzieci biegały w przebraniach, a dorośli machali chorągiewkami. Wszyscy się cieszyli. W powietrzu unosiły się miliony świecących i błyszczących papierków. Gdzieś w oddali rozległ się huk sztucznych ogni. Popatrzyłam na uśmiechniętą twarz Gabe i jej brązowe oczy. Wyszczerzyła do mnie zęby i pociągnęła w stronę automatu z watą cukrową. Kupiła największą porcję i ruszyłyśmy dalej zatłoczonymi ulicami. James miał na nas czekać, ale nigdzie nie mogłam go znaleźć.

Widzisz gdzieś Jamesa? – zapytałam Gabe.

Zdołała tylko pokręcić głową, bo usta miała zapchane watą cukrową. Pokazała na mniej zatłoczone miejsce i podeszłyśmy do witryny sklepu z antykami. Przykleiłam nos do szyby i przyglądałam się uważnie pięknie rzeźbionej komodzie. Jako miłośniczka historii uwielbiałam stare rzeczy. Im starsze tym lepsze!

Starożytność jest fascynująca. Czasami miałam wrażenie, że ludzie żyjący przed naszą erą, byli dużo mądrzejsi od nas. Potrafili poradzić sobie ze wszystkim. A ja nawet nie mogłam sobie poradzić z własnym życiem.

Westchnęłam.

Nagle dostrzegłam, że obok stoi… cygański wóz, a na wystającej desce siedzi kobieta. Czarne, długie włosy przeplecione były nitkami siwizny, oliwkowa cera i czarne oczy odróżniały ją od ludzi na ulicach. Nagle zeskoczyła z siedziska, a piękna wzorzysta suknia z cekinami zawirowała wokół jej stóp. Na nadgarstkach pobrzękiwały bransoletki, a ogromnie koła zwisały jej z uszu.

– Powróżyć? – zagruchała, a ja już miałam powiedzieć, że nie trzeba, gdy Gabe dopadła do Cyganki.

– Ja chcę! – pisnęła moja przyjaciółka i podbiegła do kobiety.

– Chodźcie, kochaniutkie.

Cyganka odgarnęła bordową zasłonę i moim oczom ukazało się wnętrze wozu. Weszłam do dosyć ciasnego, ciemnego pomieszczenia. Na środku stał malutki stolik, a wokół rozrzucono kilka poduszek. Z prowizorycznych szafek zwisały rozmaite koraliki, breloczki i wstążki. Nawet przy najmniejszym ruchu dzwoniły denerwująco. Chyba miały na celu wprowadzić w odpowiedni nastrój. We mnie wywoływały tylko irytację. I jeszcze te duszące kadzidełka.

Na stoliku leżały karty do tarota i prostokątne, białe kawałki jakiegoś tworzywa. Zauważyłam, że miały wyryte czarne, geometryczne wzory. Gdy usiadłyśmy na poduszkach, kobieta zmierzyła nas wzrokiem i przysięgam, że poczułam mrowienie na plecach, a fala gorąca oblała moje ciało.

– Chcecie z krat czy wolicie runy? – zapytała.

– Karty! – odpowiedziała natychmiast Gabe.

– Ja tu jestem tylko dla towarzystwa – powiedziałam pośpiesznie i wpatrzyłam w złączone ręce. Dlaczego zaczęły się nagle pocić?

– Nie chcesz poznać przyszłości? Twoja aura jest zachwiana. Widzę to.

– Ja nie wierzę we wróżby.

Nawet nie czytam horoskopów! Nie mam zamiaru tracić kasy na jakieś wstrętne naciągaczki. Gdybym tylko mogła przegadać do rozumu mojej koleżance.

– Skoro tak twierdzisz… Jednak mam dziś gest. Tobie powróżę za darmo.

Gabe zapłaciła kobiecie, a ja musiałam słuchać tych bredni. Moja przyjaciółka aż zwijała się z radości, gdy Cyganka powiedziała jej, że znajdzie wielką miłość, a jej życie zawodowe nabierze rozpędu. Z trudem powstrzymywałam parsknięcie. Jakie życie zawodowe? Zejdzie ze zlewozmywaka i zastąpi kelnerkę?

– Teraz twoja kolej – rzekła Cyganka.

– Nie, dziękuję. Pójdziemy już. – Zaczęłam się podnosić.

– Widzę twoje lęki – szepnęła kobieta i to kazało mi usiąść.

– Już niedługo przyjdzie ci się z nimi zmierzyć. Zobaczmy, co mówią karty.

Rozłożyła przede mną tarota.

– Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. – Wskazała kolejno grupy kart. – Wybierz po jednej z każdej grupy.

Wybrałam, wbrew sobie.

– Zobaczmy, co mówi twoja przeszłość. Ciekawe.

Spojrzała na kartę i odwróciła ją w moją stronę. Ukazywała ona kobietę o pięknych, złotych włosach, stojącą na kamieniu. Jej ręce były wyciągnięte w przeciwnych kierunkach, a palcami wskazywała coś poza kartą. Jednak to, co mnie przeraziło najbardziej, kryło się za dziewczyną. Mianowicie krzak róży. Piękne kwiaty rosły na samym czubku. Bliżej ziemi krzak jednak wyglądał zupełnie inaczej. Ciernie i pnącza oplątały nogi kobiety i pięły się ku górze, unieruchamiając ją. Za krzakiem ukryty był mężczyzna.

– Trudne decyzje – szepnęła kobieta. – Ból, upokorzenie, zdrada i… mężczyzna. Prawdopodobnie źródło nieszczęść.

– Przestań! – syknęłam, zapatrzona w dziewczynę na karcie. – Nie chcę więcej.

– Teraźniejszość. Wybierz kartę.

Poczułam jak strumyk potu spływa mi po plecach. Już miałam wstać i wyjść, ale spojrzenie kobiety mnie zatrzymało. Wyciągnęłam rękę i odwróciłam kolejną kartę. Była na niej pusta kołyska.

– No tak. Pusta, więc raczej nie spodziewaj się wpadki w najbliższym czasie. To znaczy tylko udawany spokój i rychłe zmiany. Przejdźmy do przyszłości.

Co może się wydarzyć? Najbliższe imprezy? Odwróciłam pierwszą z brzegu kartę i aż mnie zatkało. Przedstawiała nagą parę złączoną w miłosnym uścisku. Kobieta siedziała na mężczyźnie, a on obejmował ją ciasno ramionami. Otaczał ich ogień i płomienie zdawały się lizać ich ciała. Pomiędzy płomieniami pełzały węże. Cyganka roześmiała się.

– Proszę, proszę. Widzę związek.

James. Tylko i wyłącznie.

– Węże oznaczają wrogów i komplikacje. Ogień – gorące uczucie. Ale jedno mi nie pasuje. Kwiat róży w jej dłoni. – Dopiero teraz go zauważyłam. – Zaczekaj chwilę. Rzucę runami.

Zebrała ze stolika kawałki tworzywa i zaczęła mamrotać coś pod nosem. Wyciągnęła rękę nad kartą i wypuściła runy.

– Widzę mężczyznę. Niebezpiecznego. Runy mówią: strzeż się. Przyszłość stanie się przeszłością.

Cyganka zaczęła dziwnie mówić. Poczułam jak Gabe łapie mnie za rękaw. Jednak ja nie słyszałam ani Cyganki, ani przyjaciółki. Widziałam tylko kartę i to jak zaczęła się… poruszać. Kobieta i mężczyzna poruszali się w miłosnym tańcu.

Do jasnej cholery!

Oni uprawiali seks na moich oczach! Ogień coraz bardziej obejmował ich ciała. Wszystko działo się coraz szybciej. Nagle wąż wpełzł na ciało kobiety i owinął się wokół jej gardła. Zaczęła się dusić. Wtedy obydwoje odwrócili się w moją stronę. On poraził mnie zielonymi tęczówkami, a ona miała… moją twarz. W tym momencie zerwałam się z poduszki i wszystko ucichło.

– … mężczyzna o zielonych oczach. – Dotarł do mnie ostatek wypowiedzi cyganki.

– Nie! – krzyknęłam  – Kłamiesz! To nie są czary! To stek bzdur!

Wybiegłam, zostawiając Gabe samą. Wypadłam na zatłoczoną ulicę. Szybkim krokiem skierowałam się w stronę postoju taksówek. Wszystko było zajęte. Dlatego prawie biegiem ruszyłam do domu.

Na szczęście udało mi się złapać podwózkę. Jakby mnie ktoś gonił wpadłam do domu i zamknęłam drzwi na wszystkie możliwe zamki. Oddychałam ciężko. Pewnie taksówkarz pomyślał, że jestem naćpana, ale co tam. Nic mnie to nie obchodzi.

Uspokoiłam oddech i wstawiłam wodę na herbatę. W międzyczasie wzięłam krótki prysznic i ciężar z całego dnia spadł ze mnie. Ze szklanką naparu skierowałam się w stronę sypialni. Z ulgą wlazłam pod kołdrę i zagrzebałam się w pościeli. Nawet nie wiedziałam, że tak szybko zmorzy mnie sen.

Nagle znalazłam się na pięknej, zielonej łące. Słońce świeciło wysoko, a niebo było bezchmurne. Rozejrzałam się dookoła i zobaczyłam łany zbóż falujące na wietrze. Ubrana byłam w zwiewną, białą sukienkę, a moje bose stopy zapadały się w sypki piasek ścieżki. Z przyjemnością zagrzebałam w nim palce. Do moich uszu doleciało dzwonienie. Rozejrzałam się i strach ogarnął mój umysł. Na końcu ścieżki stał wielki, czarny koń, na którym siedział jakiś mężczyzna. Rumak opleciony był ciężkimi łańcuchami i to one wydawały ten dźwięk. Zwierze ruszyło na mnie galopem. Zaczęłam uciekać, ale moje nogi zapadały się w piasek. Próbowałam się oswobodzić, jednak próby zdały się na nic. W kilka sekund jeździec dogonił mnie i siłą wciągnął na konia. Krzyczałam i wyrywałam się mężczyźnie. Wtedy zobaczyłam jego twarz. Wyglądał dokładnie tak, jak na karcie. Czarne, długie włosy powiewały na wietrze, zielone oczy przewiercały mnie na wylot, niebezpieczne spojrzenie i surowa twarz przerażały mnie. Nagle wjechaliśmy w gęsty las. Rumak zahamował ostro, a ja spadłam na iglaste poszycie. Nie zastanawiając się, ruszyłam biegiem w las. Wpadłam pomiędzy sosny i nie oglądałam się za siebie. W ostatniej chwili zdążyłam zatrzymać się, bo przede mną wyrosła skalista przepaść. W tym momencie usłyszałam pobrzękiwania łańcuchów i odgłosy przedzierania się przez gąszcz. Nagle z lasu wyłoniła się ta Cyganka i uśmiechnęła się demonicznie. Podeszła do mnie i wyciągnęła ową kartę z tajemniczą parą.

– Weź. Będzie cię prowadzić – powiedziała, wetknęła kartę w moją dłoń i sypnęła mi białym proszkiem w twarz.

Krzyknęłam cofnęłam się o krok i… nie znalazłam oparcia. Ześlizgnęłam się z kamieni i zaczęłam spadać w ogromną przepaść, trzymając kawałek papieru w ręce.

Obudziłam się krzycząc. Zerwałam się zlana potem, ale to, co mnie uderzyło w pierwszej chwili, w żadnym wypadku nie było snem. W dłoni trzymałam kartę tarota.

 

***

Gdy tylko wyskoczyłam z łóżka jak oparzona, podarłam kartę na najdrobniejsze kawałeczki i patrzyłam, jak wiatr zwiewa je z parapetu okna. Poczułam jak kamień spada mi z serca i przerażenie snem mija. Najnormalniej w świecie jestem przewrażliwiona.

Wzięłam szybki prysznic i wypiłam kawę. Zostało mi dwadzieścia minut do otwarcia pubu. Wliczając w to korki, mogę stwierdzić, że jestem spóźniona. Dlatego najszybciej jak mogłam wybiegłam z domu i złapałam taksówkę.

Przybyłam pięć minut po czasie. Wpadłam do lokalu jak opętana, a Gabe spojrzała na mnie ze współczującą miną.

– Spóźniona! – krzyknął mi za uchem Bob. – Znowu!

– Przepraszam, Bob. To naprawdę nie moja wina. Te korki są straszne. Przysięgam, że to się więcej nie powtórzy.

Spojrzałam na mojego szefa, robiąc maślane oczy. Jego czerwona twarz trochę zbladła. Popatrzył na mnie spode łba i ruszył wąsami.

– Ale żeby to był ostatni raz!

– Dziękuję – szepnęłam.

Szybko ruszyłam do pokoju socjalnego i przebrałam się w strój kelnerki. Zaraz zaczną przychodzić pierwsi goście. Wtedy nie będzie nawet czasu na podrapanie się w tyłek.

– Cass… – szepnęła Gabe. – Masz dzisiaj zajęcia?

– Tak. A co?

– Był tu jakiś mężczyzna i… pytał o ciebie.

– Co takiego? – wrzasnęłam i prawie ugryzłam się w język, gdy zorientowałam się gdzie jestem. – I co mu powiedziałaś?

– Nic szczególnego. Zapytał, czy tu pracujesz. Powiedziałam, że za chwilę będziesz. Spytałam go, czy chce na ciebie poczekać, ale powiedział tylko, że niedługo i tak się spotkacie i wyszedł.

– Jak wyglądał? Może to mój ojciec! – Sam ten fakt mnie przeraził.

– Żartujesz sobie? – Spojrzała na mnie jak na idiotkę. – Gdybym cię nie znała, pomyślałabym, że zdradzasz Jamesa. Ten facet był bogiem. Bardzo wysoki, doskonale zbudowany z czarnymi, długimi włosami i stylowym płaszczu. Prosię… – Zrobiła minę niewiniątka i dzióbek. – Mogię go pozicić ? Jeśt taki ciudowni!

– Zwariowałaś! Nie znam żadnego takiego kolesia. Pewnie mu się coś pomyliło.

– Może to gość z akademika? Wpadłaś mu w oko. – Mrugnęła do mnie i już jej nie było. Usłyszałam, jak krząta się za ladą.

Dźwięk dzwoneczków nad drzwiami zwiastował przybycie pierwszego gościa. Ruszyłam szybko, by odebrać zamówienie. Rutyna. To działo się przez pięć dni w tygodniu. Ale to dobrze… To bardzo dobrze. Nie muszę się martwić, że jutro się zmieni.

***

 

Wiedziałem, że to ona, gdy tylko taksówka zatrzymała się przed barem. Stałem ukryty po drugiej stronie ulicy. Dziewczyna wysiadła pośpiesznie i wpadła do środka. Zmieniła się.

Pamiętam jej piękne, czarne włosy. Były gładkie jak jedwab. Jej sylwetka stała się pełniejsza i bardziej kobieca. Skóra straciła zdrowy odcień. To jednak nic nie znaczy. Jest tak samo piękna jak cztery lata temu. A jej widok przepełnia mnie takim samym bólem i pożądaniem jak tysiąc pięćset lat temu.

Cały czas toczę z sobą walkę.

Pokochać czy zabić?

Zastanawiam się, czy już nie zatraciłem się w jej uroku. Może za pierwszym razem zdążyłem ją pokochać. Teraz wystarczy ją zabić.

Zabić. Upokorzyć. Zniewolić.

Uszczęśliwić. Ochronić.

Już sam nie wiem, co zrobić. Może gdybym miał duszę, wszystko byłoby inaczej. Wszystko stałoby się łatwe.

Życie potoczyłoby się inaczej. Nie zabiłaby mnie przeklęta rzymska dziewka i nie zaprzedałbym własnej duszy.

Poczułem uścisk na ramieniu. Nie musiałem spoglądać za siebie, by zobaczyć czyhające niebezpieczeństwo. Za mną stało największe przekleństwo ludzkości. Istny potwór przybrany w ludzką, zniewalającą powłokę. Królowa piekła, która uwięziła mnie w tym przeklętym wymiarze.

Odwróciłem się i spojrzałem w znienawidzoną twarz. Lilith uśmiechnęła się kokieteryjnie i przygryzła dolną wargę. Miała na sobie cygański strój i obwiesiła się biżuterią. Wyglądała staro. Włosy koloru dojrzałej wiśni ustąpiły miejsca czarnym, kurze łapki świadczyły o częstym uśmiechu, brązowe oczy sprawiały wrażenie ciepłych i troskliwych. Stała się swoim zupełnym przeciwieństwem.

– Koło zaczęło się toczyć – powiedziała, wkładając dłonie pod mój płaszcz. – Teraz kolej na ciebie, mój kochany. W dniu swojej śmierci obiecałeś mi zemstę. Nadszedł czas zapłaty. Postanowiłam ci trochę pomóc i zakręciłam korbą przeznaczenia. Teraz chodźmy. Mam ochotę na twoją ludzką powłokę.

– Bądź przeklęta – syknąłem, choć wiedziałem, że wkrótce i za to zapłacę.

– Jestem dla ciebie łaskawa!

Jej paznokcie zmieniły się w szpony, które wbiła w moją pierś. Czułem ból, ale już dawno temu nauczyłem się z nim walczyć. Nie pokazałem po sobie, jak bardzo nią gardzę. Jaką wielką mam ochotę ją zniszczyć. Tak jak ona zniszczyła mnie.

– Ty nie wiesz, co znaczy łaska – powiedziałem.

Siłą woli przeniosłem się do komnat w piekle. W uszach jeszcze dźwięczał mi krzyk Lilith. Błysnęło i kobieta pojawiła się tuż za mną. Poczułem, jak niewidzialne ręce chwytają mnie za barki i wiedziałem już, co mnie czeka. Wylądowałem na łóżku, a moje ubrania same zniknęły z mojego ciała.

Zazwyczaj w piekle stawałem się chodzącym trupem. Moje ciało znikało i zostawały same kości, które klekotały przy każdym ruchu. Przemierzałem przestrzenie piekielne i siałem postrach wśród zgniłych dusz. Tym razem jednak Lilith miała wobec mnie inne plany.

Stanęła przede mną przybierając swoją postać. Tak naprawdę była zniewalająca. Gęste mahoniowe włosy zwijały się w loki i opadały aż do zgrabnego tyłka. Oczy przybrały taki sam kolor jak włosy, co dawało w rezultacie przerażający efekt. Twarz stała się nieskazitelna, a alabastrowa skóra przywodziła na myśl istoty niebiańskie. Na przekór regułom ustanowionym przez Lucyfera, ona zawsze nosiła białe szaty. W ten sposób chciała zagrać na nosie mężusiowi.

– Jestem łaskawa! Udowodniłam ci to wiele razy!

– Jesteś głupią suką! – rzuciłem i spojrzałem w ciemny sufit.

Naraz jej szponiasta łapa rozorała mi ciało, pozostawiając na torsie i brzuchu ślady. Nie poleciała ani jedna kropla krwi. W środku byłem czarną otchłanią, bezduszną imitacją życia.

– Przyniesiesz mi duszę tej dziewuchy, tak jak obiecałeś. Jeżeli spróbujesz mnie wykołować, zniszczę tą marną namiastkę rodziny, która jeszcze ci została.

Ta suka wiedziała jak się targować. W chwili mojej śmierci zaprzedałem nie tylko swoją duszę. Przez jej wstrętne kłamstwa skazałem na potępienie także moich najbliższych. I to jest kartą przetargową, którą zawsze wyciąga, by mnie nagiąć do jej woli. Jestem przekonany, że kiedyś mi za to zapłaci.

– Dlaczego tak bardzo zależy ci na jej duszy? Możesz mieć tysiące innych.

– To proste. Myślisz, że nie widzę jak robisz do niej cielęce oczy? Gdy ona przestanie istnieć, ty będziesz skrzywdzony najbardziej. A wtedy ja stanę się silniejsza.

– Wcale mi na niej nie zależy – zaprzeczyłem szybko.

– Doprawdy? To dlatego nie widziałam cię przez tydzień po tym, jak kazałam ci ją przelecieć? Musisz przyznać, że sprawiłam jej piękny prezent na urodziny.

Wspomnienie tego napawało mnie zupełnie innym bólem. Zapamiętałem każdy szczegół i ciągle pokutuję za to.

– Mam dzisiaj dobry dzień. Postanowiłam dać wam szansę. Jeżeli dziewucha przeżyje w moim ogrodzie, wtedy zostaniecie uwolnieni.

– Nie ma mowy. Nie gram w twoje gierki! – krzyknąłem i zerwałem się z posłania. Zaraz jednak wylądowałem na nim z powrotem.

– Och, zagrasz! Jeżeli przeżyje, uwolnię wszystkich. Ciebie, ją i twoją rodzinę.

– Bądź przeklęta!

– Jesteś plugawym robactwem! Myślę, że odwiedzenie starych stron dobrze ci zrobi. Dam ci wakacje, jakich jeszcze nie miałeś.

– Nigdy ich nie miałem.

– Tak! Zabawa się rozpoczyna.

Podeszła do łóżka, seksownie kołysząc biodrami. Powoli zsunęła ramiączka sukienki, która upadła bezszelestnie na podłogę. Moim oczom ukazał się widok jej doskonałego ciała. Nie mogłem nic na to poradzić, że stanął mi na baczność. Lilith weszła na posłanie i dosiadła mnie jak wytrawna dziwka. Tak naprawdę nią była. Gdy znalazłem się w jej wnętrzu, całe napięcie ze mnie opadło.

Wiedziałem, czego chciała. Chciała ostrego seksu. Natychmiast przejąłem dowodzenie. Spojrzałem w jej oczy, ale pode mną nie leżała Lilith. Była to Cassandra. Uśmiechała się do mnie zachęcająco i z radością. Zawsze ją widziałem. Tylko tak mogłem przemóc się i doprowadzić sprawę do końca, czyli do największej ekstazy. Nie chciałem tego, ale szczytowałem zaraz po niej. W chwili najwyższego uniesienia byłem zdolny tylko krzyczeć. I krzyczałem jej imię.

– Cassandra! – Rozniosło się po komnacie i natychmiast zostałem zepchnięty przez diablicę.

– Głupi robak! Zawsze to samo!

Wstała z gracją, a na jej ciele pojawiły się ubrania. Opuściła pokój nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. I dobrze. Nie chciałem tego. Leżałem wyczerpany i patrzyłem tępo w sufit.

Poczułem wilgoć na twarzy. Jedna kropla wypłynęła z kącika oka i powoli spłynęła po skórze aż zniknęła we włosach.

Niech Bóg ma Cassandrę w swojej opiece, bo nic innego uchronić jej nie może.

Wtedy zrobiłem coś, co nigdy w życiu mi się nie zdarzyło. Zacząłem się modlić o miłosierdzie.

 

***

 

Siedziałam na niewygodnym krześle, ręką podparłam podbródek i próbowałam skoncentrować się na tym, co mówił profesor. W–I–E–R–Z–E–N–I–A–P–L–E–M–I–O–N–B–Y–Ł–Y…

O tak… bardzo ciekawy temat. Nic dziwnego, że przysypiam na wykładach. Jak tak dalej pójdzie, będę się mogła pożegnać z dyplomem absolwenta. Ale z drugiej strony, kogo obchodziły jakieś wierzenia plemion? Dzikich barbarzyńców… ble! Co innego jakieś wojny. To dopiero musiało być ekscytujące.

Tęskno spoglądałam na zegarek i te pięć ostatnich minut dłużyło mi się niemiłosiernie. Myślami byłam już w domu, wzięłam prysznic i ległam na łóżko. A tu jeszcze trzeba do niego dojechać taksówką.

Nic dziwnego, że zerwałam się jako pierwsza i już mnie nie było. Umysł miałam zamroczony i samotnie ruszyłam na postój taksówek. Nie opłacało mi się dzwonić, skoro były dwie przecznice dalej.

Ruszyłam spokojnie na moich sześciocalowych obcasach, zastanawiając się, jak mogłam wytrzymać cały dzień w tych przeklętych butach. Mijałam sklepy już zamknięte i zerkałam na wystawy.

Cassandra.

Obejrzałam się przez ramię. Zdawało mi się, że to Gabe mnie woła. Zaraz jednak zganiłam siebie za wybujałą wyobraźnię. Przecież Gabe ma dzisiaj randkę. Przyśpieszyłam jednak, bo ogarnął mnie dziwny niepokój.

Cassandra.

Teraz wyraźniej usłyszałam jej głos i włoski stanęły mi dęba. Co, do jasnej cholery, ona sobie wyobraża?! Szybko wróciłam się i zajrzałam do ciemnego zaułka, z którego dochodził jej głos. O Boże… a jak spotkała jakiegoś psychopatę?

– Gabe… to mnie nie śmieszy! – powiedziałam.

Cassandra.

– No dobra – mruknęłam pod nosem. – Zapłacisz mi za to.

I weszłam w ślepą uliczkę. Do moich nozdrzy dotarł odór zgnilizny. Stąpałam delikatnie, by ominąć śmiecie. Przez opary i mgłę nie mogłam dostrzec przyjaciółki. Weszłam trochę głębiej.

Nagle moją uwagę przyciągnęło coś błyszczącego. Zerknęłam na ziemię i dostrzegłam kawałek lśniącego, prostokątnego papieru. Podeszłam trochę bliżej i zatkało mnie z wrażenia.

– Co, do diabła! – warknęłam i podniosłam kartę.

Nie zmieniła się. Para nadal trwała w miłosnym uścisku jakby to, że ich podarłam, nie miało znaczenia. Wyglądali jak żywi.

– Cassandra – szept i ciepły oddech musnął moje ucho.

Odwróciłam się gwałtownie i już miałam krzyknąć, gdy zielone oczy wycisnęły resztkę powietrza z mych płuc.

To on. We własnej osobie.

– Tak, to ja powiedział, jakby czytając mi w myślach. – Tym razem nie uciekniesz.

Poczułam tylko, jak zimne ostrze przeszywa mój brzuch, wnętrzności, tkanki. Wiedziałam, że ten ciepły strumyk to moja krew, ale nie mogłam nic zrobić. Widziałam tylko zielone oczy, wpatrzone we mnie z nienawiścią i odrazą.

Potem była ciemność.

 

ROZDZIAŁ 2

 

Leżałam na… sienniku, trzymając kartę w zaciśniętej pięści. Rozejrzałam się zdezorientowana. Pokój był ciasny i ciemny. Ściany wyglądały jakby z kamienia i nigdzie nie dojrzałam okna.

Znowu sen, pomyślałam.

Wstałam, a biała szata opadła do samej ziemi. Dokładnie zakrywała moje ciało. Co jest, do cholery! Wyglądam jak zakonnica!

– Pobudka! – Koś walnął w drzwi, aż podskoczyłam.

Podeszłam do nich i ostrożnie uchyliłam. Zastałam tam starszą kobietę ubraną dokładnie jak ja. Głowę jednak miała opasaną białym szalem i tylko oczy były widoczne. Przypominało to trochę strój muzułmanki. Spojrzała na mnie i bez słowa zawiązała mi dokładnie taką samą chustę, zakrywając oblicze. Złapała mnie za ramię i wyciągnęła na kamienny korytarz. Potknęłam się o ubranie i gdyby nie jej interwencja, wyrżnęłabym orła. Bose stopy zlodowaciały mi od zimnej posadzki, a serce galopowało przez stepy klatki piersiowej. Wkrótce trafiłam do ogromnej sali, w której zgromadziło się dużo więcej kobiet, ubranych oczywiście tak samo. Rozejrzałam się po sali. Naprzeciwko mnie stał ogromny, drewniany krzyż. W bocznych nawach paliły się kilkuramienne świeczniki. Dostrzegłam malowidła ścienne przedstawiające ostatnią wieczerzę. Nawet nie wiem, kiedy wpadła mi do głowy myśl, że jestem w zakonie.

Gdy tylko to do mnie dotarło, wybuchłam dosyć głośnym parsknięciem. Natychmiast zasztyletowały mnie spojrzenia kilku najbliżej stojących kobiet, a na moim ramieniu zacisnęła się ręka. Jakaś otyła pani podeszła do mnie i uśmiechnęła się.

– Witaj – powiedziała. – Mam nadzieję, że odpoczęłaś. Zaraz zacznie się nabożeństwo.

To, co mnie uderzyło, nie miało związku z zaistniałą sytuacją. Kobieta mówiła do mnie w innym języku, a ja ją rozumiałam. Co gorsze. Zapytałam ją:

– Gdzie jestem?

Przerażenie ogarnęło mnie. Mój głos nie brzmiał tak jak zazwyczaj. Czułam się jakbym była w innym ciele.  To było dla mnie zbyt… ciasne.

– Wszystko ci wyjaśnię, ale teraz zaczyna się!

Pociągnęła mnie na dół i w tym samym momencie wszystkie kobiety klęknęły. Chyba rzeczywiście to jakiś zakon. Wkrótce rozbrzmiał chór głosów i jakaś podniosła pieśń popłynęła poprzez ogrom sali. Ten język poznałam. Łacina.

Nagle przed ołtarz wystąpiła jedna z zebranych, stanęła do nas tyłem i zaczęła mamrotać jakieś łacińskie monologi. Zrozumiałam większość, ponieważ na studiach wykładali łacinę. Zakonnice modliły się, a ja myślałam, że mnie trafi. Pięknie! Znalazłam się w zakonie chrześcijańskim. Ja, ateistka! I w dodatku musiałam klęczeć na twardych kamieniach! Całe szczęście, że już niedługo zadzwoni mój budzik. Jednak mógłby się trochę pospieszyć. Kolana już zaczęły mi odpadać.

Po godzinie modłów nie wiedziałam, jak się nazywam. Jeszcze chwila, a zemdlałabym i zaliczyła bliższe spotkanie z tą piekielnie zimną posadzką. Kobieta, która koło mnie klęczała, musiała mnie podnieść, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Zaciągnęła mnie za sobą do kolejnej sali, w której stały długie stoły. Nareszcie jadalnia! Kiszki grały mi już marsza. Usiadłyśmy przy brzegu i już miałam chwycić kromkę chleba, gdy nagle wszyscy wstali i znów rozpoczęły się modlitwy. Natychmiast postąpiłam tak samo i udawałam, że coś mruczę pod nosem. Po piętnastu minutach dostałam kromkę chleba i kubek gorącego mleka. Z tego składało się moje śniadanie.

– Jestem Anna – powiedziała puszysta kobieta siedząca koło mnie. – Wyjaśnię ci zasady panujące w naszym zakonie.

No to teraz mnie pocieszyłaś, pomyślałam.

Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Jedynie Anna paplała wesoło i nawet nie zaprzątała sobie mną głowy. Postanowiłam jednak jej posłuchać.

– Wstajemy o świcie i odprawiamy poranne nabożeństwo. Potem jest śniadanie. Do nabożeństwa przedpołudniowego zajmujemy się wyznaczonymi obowiązkami. Potem spożywamy dar naszego Pana, którym jest manna. Tak jak Izraelici na pustyni. – Spojrzała w górę, jakby chcąc uwiecznić tę chwilę w naszej pamięci. – Potem znów wracamy do naszych obowiązków. Po nabożeństwie wieczornym zostajemy jeszcze dwie godziny na śpiewanie pieśni i modlitwy za zmarłych.

– A gdzie kolacja? – zapytałam.

– Jesteśmy ubogim zakonem. Nie jadamy kolacji. Pan Jezus też zapewne jej nie spożywał.

– A ostatnia wieczerza? – rzuciłam, a ją zatkało.

– To… był wyjątek, moje dziecko – ucięła i pochłonęła kęs chleba. – Zapamiętaj! Tylko w pokoju możesz nosić odsłoniętą głowę jeżeli nikt nie widzi. Twarz możesz odsłaniać podczas posiłków. A gdyby przyjechał do nas jakiś kapłan, pod żadnym pozorem nie wolno ci pokazać twarzy, a oczy spuszczaj nisko.

– Dlaczego?

– Bo takie panują u nas zasady. Kobiece ciało jest największym grzechem. Jedz,

Cassandro, bo ci wystygnie.

Cassandro?! Skąd ona znała moje imię?

Rozejrzałam się pośpiesznie, a kilka kobiet spojrzało na mnie jak na największą grzesznicę. Nagle wszyscy wstali i rozpoczęli dziękczynne modlitwy za dary spożyte podczas śniadania. Dary? One chyba naprawdę mają nierówno pod sufitem. Nawet nie zaspokoiłam żołądka. Modliłabym się za nie wszystkie gdybym dostała hamburgera i colę.

Potem zostałam eskortowana do mojego pokoju. Powiedziano mi, że mam pół godziny na umycie i przygotowanie. Następnie dostanę swoje zadanie na dziś. Weszłam do klitki i rozejrzałam się posępnym wzrokiem. Ktoś postawił na małej szafce blaszaną miskę z wodą i maluteńkie lustereczko. Odwinęłam chustę z twarzy i podeszłam do niego, żeby poprawić włosy. Pod tą szmatą musiały się nieźle pokiereszować. Spojrzałam na swoje odbicie i… upuściłam materiał prosto w miskę. Woda opryskała worek, który miałam na sobie i przy okazji wszystko dookoła. Jednak nie zwracałam na to uwagi, bo wyglądałam, jakbym znów miała osiemnaście lat.

Włosy były czarne, a nie farbowany blond. Twarz może się tak bardzo nie zmieniła, ale nadal nosiła ślady młodych lat. Piersi już były w miarę rozwinięte, ale wciąż mi brakowało do tej ponętnej sylwetki dwudziestodwulatki.

– Co tu się u diabła dzieje? To tylko sen, Cass. Nie denerwuj się – powiedziałam do siebie.

Zaczęłam pośpiesznie chodzić po pokoju, szczypałam się, tłukłam po głowie, ale się nie obudziłam. Myślałam, że rozwalę wszystko w drobny mak. Nagle do głowy wpadła mi nierealna myśl. Może ta Cyganka rzuciła na mnie jakieś czary? Kazała mi cierpieć katusze we śnie?

          Usłyszałam pukanie do drzwi. Szybko naciągnęłam tkaninę na głowę i otworzyłam. Stała tam Anna i jakaś inna dziewczyna.

– Cassandro, poznaj Kyrę – powiedziała kobieta, a ja spojrzałam na małą, spłoszoną dziewczynkę.

– Witaj – szepnęła, ale nie podniosła oczu.

– Ona pomoże ci się przystosować – rzekła Anna i wepchnęła dziewczynę do pokoju.

Zamknęłam drzwi i odwróciłam się w jej stronę. Szybko zdjęłam chustę i widziałam, jak patrzy na mnie osłupiała.

– Ty też możesz zdjąć – powiedziałam uprzejmie.

– Nie wolno. To zakazane – szepnęła.

– Przecież jesteśmy tu tylko we dwie. Nikt się nie dowie.

Jeszcze trochę się wzbraniała, ale najwidoczniej to cholerstwo było dla niej takim samym utrapieniem, jak dla mnie. Zdjęła szmatę, a ja ujrzałam burzę brązowych loków, zaróżowione policzki i piękne niebieskie oczy. Dziewczyna wyraźnie była zdenerwowana i spłoszona.

– Jak się tu znalazłaś? – zapytałam.

– Było nas dużo w rodzinie. Ktoś musiał odejść.

– Ile masz lat?

– Skończyłam piętnaście wiosen, pani.

– Nie mów tak do mnie. Mam niby osiemnaście lat. Trochę nie rozumiem panujących tutaj zasad. Nazywaj mnie po prostu Cassandra albo Cass.

– Musimy iść do pracy. – Szybko naciągnęła okrycie i ruszyła do drzwi.

– Jak długo tu jesteś? – zapytałam, goniąc za nią zimnym korytarzem.

– Będzie już trzeci rok. Szybko! Nie możemy się spóźnić.

I tak pognałam za tym wystraszonym zwierzątkiem do mojej pierwszej pracy. Wtedy nie wiedziałam, co mnie czeka. Jednak po tygodniu obmyślałam plan ucieczki.

 

 

 

Zapraszamy do skorzystania z oferty naszego wydawnictwa.

Wydawnictwo Psychoskok


psychoskok-bez-napisu-ebook