Czarownica z Portobello - Paulo Coelho

Czarownica z Portobello

0,0

Dziewica? Święta? Męczennica? Wariatka? Kim jest Atena? Sierotą porzuconą przez Cygankę w Transylwanii. Dzieckiem zabranym do Bejrutu przez rodziców adopcyjnych. Urzędniczką londyńskiego banku. Wziętą agentką nieruchomości w Dubaju. Kapłanką z Portobello Road. O Atenie opowiadają osoby, które ją znały. Wśród nich jest dziennikarz badający mity o wampirach, aktorka teatralna, której Atena uwiodła narzeczonego, ksiądz, który ochrzcił jej syna, przybrana matka, były mąż i inni. Wspomnienia te – po jej zniknięciu w tajemniczych okolicznościach – spisuje zakochany w Atenie mężczyzna, który pragnie uchwycić prawdę o niej.

Dodaj komentarz


Mam niemiłe wrażenie, że Coelho pisze swoje książki "na jedno kopyto". Jednak dopóki nie znamy jego większości dzieł, dopóty nie zorientujemy się, że najzwyczajniej kusi czytelnika nowym tytułem i pozornie nową historią nic tak naprawdę nie zmieniając. Te same pseudofilozoficzne prawdy może będą ciekawe, ale tylko przy pierwszym spotkaniu. Potem już tylko irytują, a początkowa i niestety ułudna magia szybko się ulatnia.


Coelho chyba traci już na popularności, gdyż jego powieści zaczynają być schematyczne i w sumie do siebie podobne. Czarownica z Portobello to kobieta, która sprzeciwie się kościołowi, zostaje wyklęta przez społeczeństwo, kobieta, którą Coelho stosuje jako metaforę. Znów Coelho jest moralizatorem, sili się na głębokie analizy. Książka zaczyna się dobrze, ale później jest już tylko gorzej. Można odnieść wrażenie, ze Coelho osiadł na laurach


Inna od poprzednich. Ale czy dobra? Trudno powiedzieć, mi się średnio podobała.


Coelho stanowi teraz synonim oczytania i głębokiej psychiki, a tak naprawdę jego książki pełne są słodkich, puchatych stwierdzeń, które mają z prawdziwym życiem tyle wspólnego, co kamień z baletnicą - zapewne kiedyś się o niego potknęła. Nie rozumiem jego fenomenu.


Dość ciekawa pozycja. Opisuje rodzaje kobiecości, które każda kobieta powinna znać. Trudno kobiety zrozumieć, jednak ta książka pozwala trochę lepiej nas zrozumieć. Niestety wszystko jest okraszone "prawdami Coelho" co bardzo mnie irytuje.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
tytulowa

tytuł oryginału

A Bruxa de Portobello

 

koncepcja graficzna

Lucrecia Demaestri

 

zdjęcie na okładce

© Jerome Tisne • Getty Images

 

zdjęcie autora

Frederic Charmeux

 

redakcja i korekta

Bogna Piotrowska

Beata Frankowska

 

przygotowanie

PressEnter

 
 

© 2006 Paulo Coelho

© for the Polish editionby Drzewo Babel, Warszawa 2007

This edition was published by arrangements with Sant Jordi Asociados, Barcelona, Spain.

All rights reserved

 
 

ISBN 978-83-89933-78-2

 
 

Drzewo Babel

ul. Litewska 10/11 • 00-581 Warszawa

listy@drzewobabel.pl

www.drzewobabel.pl

 
 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

publio.pl

 
 

Dla S. F. X. – słońca, które rozsiało światłość

i ciepło wszędzie, gdzie zawitało; wzoru dla tych,

którzy sięgają myślą poza swoje horyzonty.

 
 
 
 
 

O Mario bez grzechu poczęta, módl się za nas,

którzy się do Ciebie uciekamy. Amen.

 
 
 
 
 

Nikt nie zapala światła i nie stawia go w ukryciu

ani pod korcem, lecz na świeczniku, aby jego blask

widzieli ci, którzy wchodzą.

 

św. Łukasz, 11, 33

 
 
 

Zanim wszystkie spisane przeze mnie zeznania spotkał los, jaki im wyznaczyłem, myślałem o opracowaniu ich w formie tradycyjnej, wyczerpującej biografii, przedstawiającej prawdziwą historię.

Przeczytałem wiele książek biograficznych, sądząc, że mi pomogą w skonstruowaniu dzieła, ale po ich lekturze zrozumiałem jedno: opinia autora na temat głównego bohatera nie pozostaje bez wpływu na rezultat badań. Ponieważ moim zamiarem nie było prezentowanie własnych osądów, lecz pokazanie historii „Czarownicy z Portobello” oczyma uczestników wydarzeń, ostatecznie porzuciłem pomysł tworzenia biografii, uznając, że najlepiej udostępnić czytelnikom to, co zostało utrwalone na taśmie magnetofonowej.

 
 

HERON RYAN, 44 lata, dziennikarz

 

Nikt nie zapala światła po to, aby je ukrywać za zamkniętymi drzwiami: celem światła jest roztaczanie blasku, otwieranie oczu, ukazywanie cudów, które dzieją się dookoła.

Nikt nie poświęca w ofierze najcenniejszej rzeczy, jaką posiada: miłości.

Nikt nie powierza swoich marzeń tym, którzy mogą je zniszczyć.

Nikt, z wyjątkiem Ateny.

Długo po śmierci Ateny jej była mistrzyni poprosiła mnie, abym jej towarzyszył w podróży do Prestonpans w Szkocji. Władze tego miasta, korzystając z pewnego feudalnego prawa, które miesiąc później zostało zniesione, oficjalnie ułaskawiły 81 osób – oraz ich koty – straconych w XVI i XVII wieku za uprawianie magii.

Według rzecznika sądu Prestoungrange i Dolphinstoun, „większość skazano bez żadnych konkretnych dowodów, jedynie na podstawie zeznań świadków oskarżenia, którzy twierdzili, że czują obecność złych duchów”.

Nie warto po raz kolejny przypominać wszystkich zbrodni Inkwizycji, jej sal tortur i stosów płonących ogniem zemsty i nienawiści. Ale w drodze do Prestonpans Edda powtórzyła kilkakrotnie, że jest w tym orzeczeniu coś, co ją oburza: oto władze miasta oraz 14. Baron Prestoungrange i Dolphinstoun „darowali winy” tym, których brutalnie pomordowano.

– Mamy XXI wiek, a potomkowie prawdziwych zbrodniarzy, którzy mordowali niewinnych ludzi, przyznają sobie jeszcze prawo do „ułaskawienia”. Rozumiesz, o co mi chodzi, Heronie?

Rozumiałem. Nowe polowanie na czarownice zatacza coraz szersze kręgi. Tym razem bronią nie jest rozpalone żelazo i stos, lecz drwina i moralne potępienie. Każdego, kto przypadkiem odkrywa w sobie niezwykły dar i ośmiela się o nim głośno mówić, traktuje się podejrzliwie. A jego bliscy – małżonkowie, rodzice, dzieci – zamiast się tym szczycić, usiłują całą sprawę zataić z obawy, że ich rodzina zostanie wystawiona na pośmiewisko.

Zanim poznałem Atenę, uważałem, że każdy, kto posiada taki dar, wykorzystuje go po to, by żerować na ludzkiej rozpaczy i naiwności. Moja podróż do Transylwanii, gdzie miałem zebrać materiały do filmu dokumentalnego o wampiryzmie, dowiodła również, jak łatwo ludzie dają się oszukiwać. Niektóre zabobony, nawet z pozoru najbardziej absurdalne, pokutują w ludzkiej wyobraźni i bywają bez najmniejszych skrupułów wykorzystywane przez szarlatanów. Po wizycie w zamku Drakuli odbudowanym tylko po to, aby dostarczać niezapomnianych wrażeń turystom, skontaktował się ze mną urzędnik rumuńskiego rządu. Dał mi do zrozumienia, że jeśli film zostanie wyemitowany przez BBC, mogę się spodziewać, jak to ujął, „hojnego upominku”. W jego przekonaniu pomagałem propagować doniosły mit, co zasługiwało na sowitą nagrodę. Według jednego z przewodników, liczba odwiedzających rośnie z roku na rok, liczy się więc każda wzmianka na temat tego miejsca, nawet taka, która podważa autentyczność zamku oraz potwierdza fakt, że Vlad Drakula był postacią historyczną, która nie ma nic wspólnego z mitem, cała historia zaś jest jedynie majaczeniem pewnego Irlandczyka (N. R.: Brama Stokera), który, notabene, nigdy w tej okolicy nie zawitał.

Wtedy zrozumiałem, że choćbym uczciwie trzymał się faktów, mimowolnie wspieram kłamstwo. Nawet jeśli celem mojego filmu jest demitologizacja tego miejsca, ludzie i tak wierzą w to, w co chcą wierzyć. Przewodnik miał rację, w gruncie rzeczy tak czy inaczej działałem na rzecz propagandy. Natychmiast porzuciłem cały projekt, mimo że w przeloty i wstępne badania zdążyłem już zainwestować pokaźną kwotę.

Jednak podróż do Transylwanii wywarła ostatecznie ogromny wpływ na moje życie: poznałem Atenę, która przyjechała do Rumunii w poszukiwaniu matki. Przeznaczenie, to tajemnicze, nieubłagane przeznaczenie, zetknęło nas ze sobą w najzwyklejszym holu najzwyklejszego hotelu. Widziałem jej pierwsze spotkanie z Deidre – bądź Eddą, jak wolała być nazywana. Byłem obserwatorem – tak jakbym oglądał całe swoje życie – podczas gdy moje serce stoczyło beznadziejną walkę, usiłując nie dopuścić do tego, aby uwiodła mnie kobieta spoza mojego świata. Byłem szczęśliwy, kiedy rozum przegrał batalię, i jedyne, co mi pozostało, to złożyć broń i pogodzić się z faktem, że jestem zakochany.

Dzięki temu uczuciu ujrzałem rytuały, których istnienia nigdy nie podejrzewałem. Sądząc, że zaślepia mnie miłość, wątpiłem we wszystko, ale wątpliwości, zamiast działać paraliżująco, pchały mnie ku oceanom, których istnienia nie potrafiłem przedtem przyjąć do wiadomości. Taka sama energia pozwoliła mi później stawić czoło cynizmowi kolegów dziennikarzy i pisać o Atenie oraz jej misji. A ponieważ miłość wciąż żyje, choć Ateny nie ma już wśród nas, ta siła wciąż jest obecna, ale jedyne, czego pragnę, to zapomnieć, co widziałem i czego się nauczyłem. Tylko u boku Ateny byłbym w stanie żeglować po tym świecie.

To były jej ogrody, jej rzeki, jej góry. Dziś, kiedy odeszła, marzę o tym, aby wszystko stało się jak najprędzej takie jak dawniej. Chcę użalać się na korki uliczne, politykę zagraniczną i system podatkowy. Znowu chcę wierzyć, że świat magii to tylko zręczna, kuglarska sztuczka. Że ludzie są przesądni. Że to, czego nie potrafi wyjaśnić nauka, nie ma prawa istnieć.

Kiedy spotkania przy Portobello zaczęły wymykać się spod kontroli, bez końca rozprawialiśmy na temat jej postępowania – dzisiaj cieszę się, że mnie nie posłuchała. Jeżeli istnieje jakiekolwiek pocieszenie w tragedii, jaką jest utrata ukochanej osoby, może nim być jedynie zawsze potrzebna nadzieja, że być może tak było lepiej.

Z tym przekonaniem budzę się i zasypiam. Lepiej, że Atena odeszła, zanim zstąpiła do piekieł tego świata. Nigdy nie odzyskałaby spokoju ducha po wydarzeniach, które sprawiły, że okrzyknięto ją „Czarownicą z Portobello”. Reszta jej życia byłaby gorzką konfrontacją własnych marzeń ze zbiorową rzeczywistością. Znając ją dobrze, wiem, że walczyłaby do końca, trwoniąc energię i entuzjazm na próby udowodnienia czegoś, w co nikt, absolutnie nikt nie chciał uwierzyć.

Kto wie? Może szukała śmierci jak rozbitek wyspy? Nieraz musiała błąkać się o świcie po stacjach metra, czekając na napastników, którzy nie przybywali, wędrować po najniebezpieczniejszych dzielnicach Londynu w poszukiwaniu mordercy, który się nie zjawiał.

Aż w końcu dopięła swego – została brutalnie zamordowana. Kto nigdy nie zaznał bólu towarzyszącego nagłej stracie tego, co w naszym życiu najważniejsze? I nie chodzi mi tylko o ludzi, ale także o myśli, plany, marzenia. Udaje się nam dzień, tydzień, czasem kilka lat, lecz ostatecznie jesteśmy nieuchronnie skazani na utratę. Wprawdzie nasze ciało żyje dalej, ale dusza prędzej czy później otrzymuje śmiertelny cios. Zbrodnia doskonała: nie wiemy, kto zamordował naszą radość życia, jaki był motyw morderstwa, ani gdzie są winni.

Czy ci anonimowi winni mają świadomość własnych czynów? Nie sądzę. Ponieważ oni również są ofiarami rzeczywistości, którą stworzyli – bez względu na to, czy są niepewni siebie czy zarozumiali, bezsilni czy wszechmocni.

Nie rozumieją świata Ateny i nigdy nie będą w stanie go zrozumieć. Tak, to doskonale oddaje istotę rzeczy: świat Ateny. Już prawie pogodziłem się z tym, że byłem w jej świecie tylko gościem, jakby korzystając ze specjalnych względów – jak ktoś, kto znalazł się w pięknym pałacu, je najwspanialsze smakołyki pod słońcem, ze świadomością, że to tylko uroczysta okazja, że pałac do niego nie należy, ucztę wydano za cudze pieniądze i o wyznaczonej godzinie światła zgasną, właściciele pójdą spać, służba sprzątnie ze stołów, brama się zamknie i z powrotem znajdziemy się na ulicy, czekając na taksówkę albo na autobus, znowu pogrążeni w szarej codzienności.

Wracam, a raczej pewna część mnie wraca do tego świata, w którym liczy się tylko to, co widzialne, dotykalne i co potrafimy wyjaśnić. Znowu chcę dostawać mandaty za przekroczenie szybkości, słuchać kłótni w sklepie, stałych narzekań na pogodę, chcę oglądać horrory i wyścigi Formuły 1. Oto świat, z którym będę musiał obcować do końca moich dni. Ożenię się, będę miał dzieci, a przeszłość stanie się tylko odległym wspomnieniem. I może tylko czasem będę się dziwił sam sobie, jak mogłem być tak ślepy, tak naiwny?

Wiem również, że w nocy ta druga część mnie będzie się błąkać w przestworzach i obcować z bytami równie realnymi, jak ta oto paczka papierosów i szklaneczka dżinu. Moja dusza spotka się z duszą Ateny, a potem zbudzę się zlany potem, pójdę do kuchni po szklankę wody i uświadomię sobie, że walczyć ze zjawami można tylko bronią, która nie należy do realnego świata. Wreszcie, tak jak radziła moja babka, położę na nocnym stoliku rozwarte nożyczki, które odetną końcówkę snu.

Nazajutrz spojrzę na nożyczki z odrobiną żalu. Muszę jednak znowu przystosować się do tego świata. Inaczej zwariuję.

 

ANDREA McCAIN, 32 lata, aktorka teatralna

 

„Nikomu nikim nie wolno manipulować. W każdym związku dwojga ludzi obie strony są odpowiedzialne za to, co robią, nawet jeśli potem jedna z nich oskarża drugą, że została przez nią wykorzystana”.

Tak mawiała Atena, ale sama postępowała dokładnie odwrotnie. Manipulowała mną, wykorzystywała mnie, nie bacząc na moje uczucia. Sprawa jest tym poważniejsza, że chodzi o magię. Ostatecznie była moją mistrzynią, zobowiązaną do przekazywania mi świętych tajemnic, do budzenia nieznanych mocy, które drzemią w każdym z nas. Wypuszczając się na nieznane morza, ślepo ufamy naszym przewodnikom – w przekonaniu, że wiedzą więcej niż my.

No cóż, zapewniam, że nie wiedzą – ani Atena, ani Edda, ani osoby, które dzięki nim poznałam. Mówiła mi, że uczy się sama, w miarę jak naucza innych, i chociaż z początku nie dawałam jej wiary, później miałam okazję się przekonać, że mogła to być prawda. W końcu zdałam sobie sprawę, że była to jedna z jej wielu sztuczek, za pomocą których osłabiała naszą czujność i sprawiała, że ulegaliśmy jej czarowi.

Ludzie, którzy wstępują na ścieżkę duchowych poszukiwań, nie myślą; chcą rezultatów. Chcą poczuć w sobie siłę, wyróżnić się z tłumu. Chcą być wyjątkowi. Atena igrała z cudzymi uczuciami w sposób zatrważający.

O ile wiem, uległa kiedyś wielkiej fascynacji świętą Teresą z Lisieux. Nie interesuje mnie religia katolicka, ale z tego, co słyszałam, Teresa nawiązała pewnego rodzaju mistyczny i fizyczny kontakt z Bogiem. Atena napomknęła kiedyś, że marzy jej się podobny los. Ale wobec tego dlaczego nie wstąpiła do klasztoru, czemu nie poświęciła życia kontemplacji czy służbie ubogim? Byłoby to znacznie pożyteczniejsze dla świata, a przy tym nie tak niebezpieczne jak muzyka i rytuały, służące wprowadzeniu ludzi w trans, który wyzwalał w nich to, co najlepsze, ale i to, co najgorsze.

Spotkałam ją w momencie, kiedy szukałam sensu życia, chociaż zataiłam to przed nią. Od samego początku powinnam była wiedzieć, że Atenę to w zasadzie nie interesuje. Chciała żyć, tańczyć, kochać, podróżować, otaczać się ludźmi, którzy podziwiali jej mądrość, chełpić się swoimi zdolnościami, prowokować sąsiadów, wykorzystywać do maksimum to, co w nas najbardziej przyziemne – ale wszystkim swoim poczynaniom nadawała mistyczną otoczkę.

Ilekroć się spotykaliśmy, czy to podczas magicznych obrzędów, czy w barze, odczuwałam jej moc. Manifestowała się tak wyraźnie, że niemal mogłam jej dotknąć. Na początku uległam fascynacji, chciałam być taka jak ona. Jednak pewnego dnia, w kawiarni, zaczęła mówić o „Trzecim Rytuale”, który obejmuje sferę seksualności. Zrobiła to w obecności mojego narzeczonego pod pretekstem udzielenia mi nauki. Tak naprawdę, w moim przekonaniu, chodziło jej o uwiedzenie mężczyzny, którego kochałam.

I, rzecz jasna, udało się jej.

Nie należy źle mówić o zmarłych. Tak czy owak, Atena nie będzie zdawać rachunku sumienia przede mną, tylko przed tymi wszystkimi mocami, którymi posłużyła się wyłącznie dla osiągnięcia prywatnych korzyści, zamiast użyć ich dla dobra ludzkości i własnej sublimacji duchowej.

Ale najgorsze jest to, że wszystko, co razem rozpoczęłyśmy, mogło się powieść, gdyby nie jej ekshibicjonizm. Wystarczyło działać dyskretniej, a spełniłaby się dzisiaj misja, która została nam powierzona. Jednak ona nie znała umiaru. Uważała się za posiadaczkę prawdy, zdolną przekraczać wszystkie bariery za pomocą swych uwodzicielskich sztuczek.

I jaki jest tego skutek? Zostałam sama. A ja nie mogę zatrzymać się w pół drogi – muszę iść do końca, chociaż coraz częściej ogarnia mnie zniechęcenie.

Nie dziwi mnie, że taki ją spotkał koniec – igrała z ogniem. Podobno ekstrawertycy są bardziej nieszczęśliwi niż introwertycy, dlatego muszą ciągle udowadniać przed sobą, że są zadowoleni, radośni, pogodzeni z losem. Przynajmniej w jej przypadku ta charakterystyka jest całkowicie trafna.

Atena miała świadomość własnej charyzmy i zadawała ból wszystkim, którzy ją kochali.

Ze mną włącznie.

autor