Czarny tulipan - Aleksander Dumas

Czarny tulipan

0,0

Spokojne życie hodowcy tulipanów Korneliusza van Baerlego zostaje zakłócone przez zamieszki polityczne w Hadze. Hodowca trafia do więzienia i grozi mu wyrok śmierci. Wydaje się, że jego prace nad uzyskaniem unikatowego czarnego tulipana, bezpowrotnie się skończyły, ale w losach Korneliusza następuje kolejny zwrot. Róża Gryphus, córka więziennego dozorcy, dostarcza do celi cebulki. Jednak nawet w więzieniu na wyniki jego pracy czyhają zawistni wrogowie. Czy istnieje szansa, żeby zakiełkował tulipan o niezwykłym kolorze? Jaka przyszłość czeka Korneliusza i Różę? Zakochani obawiają się myśleć o wspólnym życiu, w obliczu tylu przeciwności i zagrożeń.

Seria „Książka do plecaka” zawiera starannie wybrane powieści autorstwa Hanny Ożogowskiej, Karola Maya, Aleksandra Dumasa, Thomasa Mayne Reida i Waltera Scotta. Jest przeznaczona zarówno dla młodych, jak i dojrzałych czytelników, którzy nie zapominają o spakowaniu książek przed wyjazdem na wakacje lub krótką weekendową podróż. Dwadzieścia jeden tytułów tej serii zadowoli nawet najbardziej wybrednych wędrowców. Z pewnością pochłoną ich opowieści o dawnym PRL-u, Dzikim Zachodzie, XVII-wiecznej Francji i XVIII-wiecznej Szkocji. Zafascynują opisy Himalajów, niekończących się prerii, francuskiego dworu Ludwika XIII, a także mrocznej atmosfery szkockiego zamku. Każda z książek jest doskonałym uzupełnieniem rozpoczętej podróży, stanowiąc jedną z jej ważniejszych atrakcji.

Dodaj komentarz


Dumas (ojciec) jest znany głównie z przygód muszkieterów z czasów Ludwika XIII i XIV. Nie była to jedyna tematyka jaką się zajmował. Jego powieści z gatunku "płaszcza i szpady" działy się w różnych okresach i w różnych miejscach. Z "Czarnym tulipanem" jest jednak nieco inaczej, bo bohaterem nie jest człowiek z krwi i kości tylko trzy cebulki rzeczonej rośliny tylko że o czarnym kolorze. Nie ukrywam, że to miła odmiana, choć klimat powieści nie odbiega od innych dzieł autora.


XVII-wieczne Niderlandy. Trzy cebulki wyhodowanego z trudem tulipana o czarnej barwie uruchamiają wir zdarzeń. Jak to u Dumasa mnóstwo przygód, postaci ciekawie zarysowane, a lektura lekka. Miła odskocznia od przygód znanych muszkieterów.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

image_1002

ALEKSANDER DUMAS

Czarny tulipan

ISBN: 978-83-7623-950-7

Wydawnictwo Zielona Sowa
Kraków

Tytuł oryginału
La tulipe noire

Redaktor serii
Iwona Misiak

Korekta
Dorota Strojnowska

Projekt graficzny okładki
Edyta Stajniak

Układ typograficzny
Piotr Hrehorowicz

Skład i łamanie
Inter Line s.c.

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., 2009

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.
30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A
tel./fax (012) 266-62-94
tel. (012) 266-62-92
www.zielonasowa.pl
wydawnictwo@zielonasowa.pl

ROZDZIAŁ I | Wdzięczność ludu

Dwudziestego sierpnia 1672 roku Haga miała wygląd tak wspaniały, ożywiony i czysty, że każdy dzień spędzony w niej wydawał się świątecznym. Haga, z cienistym parkiem porośniętym drzewami pochylającymi się nad gotyckimi domami, ze zwierciadlanymi kanałami, w których odbijają się dzwonnice z kopułami o orientalnym wyglądzie, ta stolica siedmiu Zjednoczonych Prowincji [Zjednoczone Prowincje – tzw. Republika Holenderska; nazwa republiki utworzonej przez siedem prowincji północnoniderlandzkich (największa z nich to Holandia) w r. 1581 w wyniku walki Niderlandów z absolutyzmem hiszpańskim. Niepodległość republiki została uznana przez Hiszpanię dopiero w traktacie westalskim z r. 1648.], była wypełniona tłumami obywateli cisnących się, dyszących i niespokojnych, którzy z nożami za pasem i muszkietami lub pałkami na ramieniu podążali w kierunku Buytenhofu, gdzie mieściło się olbrzymie więzienie, którego okna po dziś dzień pozostają zakratowane. W miejscu tym przebywał wówczas oskarżony o zabójstwo przez chirurga Tyckeleara Korneliusz de Witt, brat byłego wielkiego pensjonarza Holandii [Wielki pensjonarz (lub: pensjonariusz) – tytuł nadawany najwyższemu urzędnikowi miasta lub prowincji w Niderlandach. Funkcję wielkiego pensjonarza Holandii (największej z siedmiu Zjednoczonych Prowincji) od r. 1653 pełnił Jan de Witt.].

Gdyby historia tej epoki, a zwłaszcza tego roku, w którym rozpoczynamy naszą powieść, nie była ściśle związana z dwoma imionami, które przytoczyliśmy, to być może poniższy ustęp objaśniający wydawałby się nieco zbyteczny. Musimy jednak uprzedzić Czytelnika, że jest on konieczny zarówno w celu dokładnego zrozumienia treści powieści, jak i w celu zgłębienia doniosłych wydarzeń politycznych, wśród których się ona rozgrywa.

Korneliusz de Witt, Ruart z Pulten, czyli inspektor tam wodnych tej prowincji, były burmistrz Dordrechtu, gdzie się urodził, deputowany do Stanów Holenderskich, miał czterdzieści dziewięć lat, gdy naród holenderski, zmęczony republiką, tak jak ją pojmował Jan de Witt [Jan de Witt (1625–1672) – holenderski mąż stanu, wielki pensjonarz prowincji Holandii (1653-72). Dążył do osłabienia pozycji książąt Orańskich w Zjednoczonych Prowincjach, z jego inicjatywy został uchwalony tzw. edykt wieczysty (1667). Starał się wzmocnić pozycję Holandii na morzu, w 1668 sprzymierzył się z Anglią i Szwecją przeciw Francji. Wobec niespodziewanego najazdu Francuzów w 1672 Stany Generalne oddały władzę Wilhelmowi III Orańskiemu, a Witta obwiniano o klęskę Niderlandów, domagano się też zniesienia edyktu wieczystego. Manipulacje oranżystów doprowadziły do wzniecenia zamieszek, a podburzony lud zamordował Jana de Witta.], wielki pensjonarz Holandii, upodobał sobie stathouderat [Stathouderat (hol. stathouder – namiestnik) – dożywotni urząd prezydenta w Niderlandach. Tytuł stathoudera otrzymywał najwyższy urzędnik w Zjednoczonych Prowincjach (od 1572 do 1702 z krótkimi przerwami – książęta Orańscy).], pomimo wydanego edyktu, zwanego wieczystym [Edykt wieczysty – akt prawny wydany w 1667 przez Stany Holandii, znoszący urząd stathoudera w Holandii; anulowany w 1672.], na mocy którego stathouderat miał być zniesiony na zawsze.

Rzadko się zdarza w podobnych zmianach stanu rzeczy, aby opinia publiczna nie upatrywała uosobienia systemu w konkretnych osobach. Tym razem lud wyobrażał sobie jako uosobienie Republiki dwie surowe postaci braci Wittów, tych Rzymian Holandii lekceważących pochlebianie narodowym skłonnościom, przyjaciół swobód w ścisłych granicach porządku i umiarkowanej pomyślności; zaś za stathouderatem widział poważnego i roztropnego młodego Wilhelma Orańskiego, którego współcześni nazwali Małomównym i który to przydomek zachowała potomność.

Bracia Wittowie starali się utrzymywać dobre stosunki z Ludwikiem XIV [Ludwik XIV (1638–1715) – król Francji od 1643. Sprawował władzę absolutną, doprowadził do rozkwitu gospodarczego i kulturalnego kraju. Dążył do poszerzenia terytorium Francji, prowadził liczne wojny (m.in. z Holandią 1672–1679). Nazywany Królem Słońce.], którego wzrastający moralny wpływ na Europę umieli ocenić, a jego przewagę militarną odczuli w czasie tej kampanii reńskiej, gdy król odniósł znaczący sukces – w ciągu trzech miesięcy zniszczył potęgę Stanów Zjednoczonych.

Ludwik XIV od dawna był nieprzyjacielem Holendrów, którzy kpili z niego i znieważali go, co prawda obelgi wypowiadając zawsze ustami Francuzów zbiegłych do Holandii. Duma narodowa czyniła z niego nowego Mitrydatesa [Mitrydates II Wielki (?–ok. 88 p.n.e.) – król Partów, przywrócił świetność państwa, podbił część Mezopotamii, przeprowadził wiele reform.] walczącego z Republiką. Tak więc nienawiść ku Wittom miała podwójną przyczynę, pierwszą był opór przeciw dostojnikom tępiącym uczucia patriotyczne, drugą – niechęć do starych wodzów i poczucie, że nowy wódz zdoła ocalić państwo przed klęską.

Tym wodzem gotowym zmierzyć się z Ludwikiem XIV, wodzem, który dobrze się zapowiadał, był Wilhelm, książę Orański [Wilhelm III Orański (1650–1702) – książę Oranii, stathouder Republiki Zjednoczonych Prowincji (od 1672), król Anglii, Szkocji i Irlandii (od 1689).], syn Wilhelma II i wnuk, poprzez Henriettę Stuart, króla Anglii Karola I. Tego milczącego młodzieńca, o którym wspomnieliśmy, widziano jako przyszłego stathoudera.

W roku 1672 Wilhelm miał dwadzieścia dwa lata, a Jan de Witt był jego nauczycielem. Pomimo przywiązania, jakie miał do swojego wychowanka, uważał za korzystne dla powszechnego dobra wprowadzenie edyktu wieczystego, pozbawiającego Wilhelma nadziei na stathouderat. Lecz Opatrzność odrzuciła zarozumiałość ludzką, która tworzy i niszczy władzę na ziemi bez jej pośrednictwa; zmienność Holendrów i obawa wzbudzona przez Ludwika XIV zmusiły wielkiego pensjonarza do zniesienia edyktu wieczystego, a tym samym przywrócenia stathouderatu dla Wilhelma Orańskiego.

Wielki pensjonarz uczynił zadość żądaniom swoich ziomków, lecz Korneliusz de Witt okazał się bardziej uparty i pomimo pogróżek oranżystów [Oranżyści – zwolennicy książąt Orańskich.], którzy go trzymali w więzieniu w Dordrechcie, odmówił podpisania aktu przywracającego stathouderat.

W końcu, na prośbę zalanej łzami żony, podpisał, dodając przy umieszczeniu swojego nazwiska dwie litery: V.C. (vi coactus), co znaczy: „ulegając sile”. Tego dnia prawie cudem ocalał przed ciosami swych nieprzyjaciół.

Co się tyczy Jana de Witta, jego zgoda, choć była szybsza i bez ograniczeń, jednakże nie ochroniła go od przed niechęcią rodaków. W kilka dni potem miał miejsce zamach na jego życie. Pomimo kilku razów zadanych nożem Jan pozostał przy życiu.

Oranżyści uważali jednak, że dwaj bracia Wittowie zawsze będą im stali na przeszkodzie w realizacji zamiarów, dlatego postanowili zmienić taktykę i osiągnąć oszczerstwem to, czego nie zdołali osiągnąć sztyletem.

Często się zdarza, że w odpowiedniej chwili znajdzie się mąż wiedziony ręką Opatrzności, wielki człowiek do wykonania wielkiego czynu i dlatego, gdy trafi się taki zbieg okoliczności, historia zapisuje imię tego wybrańca i podaje do uwielbienia potomności. Lecz kiedy zły duch miesza się do spraw ludzkich, aby zgubić jedną osobę lub dokonać przewrotu w społeczeństwie, rzadko kiedy nie znajdzie się natychmiast pod ręką jakiś nikczemnik, któremu wystarczy szepnąć jedno słowo, a już bierze się do dzieła.

Takim nikczemnikiem – jak już powiedzieliśmy – był Tyckelear, chirurg z zawodu.

Zeznał on, że Korneliusz de Witt, doprowadzony do rozpaczy zniesieniem wiecznego edyktu i pałający nienawiścią do Wilhelma Orańskiego, wynajął mordercę, aby oswobodzić Holandię od nowego stathoudera. Tym zabójcą miał być on, Tyckelear, lecz dręczony wyrzutami sumienia na samą myśl o zbrodni, do której chciano go nakłonić, woli raczej przyznać się do zamiaru zbrodni niż ją popełnić.

Teraz wyobraźmy sobie, jakie wrażenie wśród oranżystów wywołała wieść o planowanym zamachu. Szesnastego sierpnia 1672 roku prokurator kazał uwięzić Korneliusza. Ruart z Pulten, szlachetny brat Jana de Witta, został osadzony w Buytenhofie i jak największy zbrodniarz był dręczony wstępnymi torturami, mającymi na celu wyciągnięcie informacji o domniemanym spisku przeciw Wilhelmowi.

Lecz Korneliusz obdarzony był nie tylko wzniosłym umysłem, lecz i mężnym sercem. Należał on do tego rodzaju ludzi, którzy przejęci wiarą polityczną, podobnie jak ich przodkowie religijną, uśmiechali się na widok katuszy. Jakoż, kiedy go wzięto na tortury, powtarzał donośnym głosem, z zachowaniem miary wierszy, pierwszą zwrotkę ody Iustum et tenacem Horacego. Nie przyznał się do niczego i osłabił tym nie tylko siłę, lecz i fanatyzm swoich katów.

Pomimo tego sędziowie uwolnili Tyckeleara od wszelkich zarzutów, a na Korneliusza wydali wyrok skazujący go na utratę praw i godności, poniesienie kosztów procesu i wieczne wygnanie z Republiki. Było to dość satysfakcjonujące dla ludu, którego interesów Korneliusz de Witt zawsze bronił, jednakże, jak się przekonamy, nie była to jedyna kara wymierzona przez rodaków ich dobroczyńcy. Ateńczycy pozostawili wprawdzie piękny przykład niewdzięczności, lecz Holendrzy przewyższyli ich w tym względzie. Pierwsi tylko wygnali Arystydesa [Arystydes (?–467 p.n.e.) – ateński wódz i polityk, z powodu swej prawości nazywany Sprawiedliwym. Dążył do podniesienia zamożności obywateli i wzmocnienia wojska, jako fundamentów silnego państwa. W 483 usunięty z Aten przez sąd skorupkowy, rok później odwołany z wygnania. Uczestnik bitwy pod Maratonem oraz pod Salaminą i Platejami.].

Jan de Witt, dowiedziawszy się o oskarżeniach wysuniętych przeciw bratu, pospieszył złożyć rezygnację z urzędu wielkiego pensjonarza. On również został wynagrodzony za swoje poświęcenia dla ojczyzny. Pozostali mu nieprzyjaciele i rany, jedyna zapłata, jaka bywa udziałem ludzi zacnych, poświęcających się bezinteresownie dobru ogólnemu.

W tym czasie Wilhelm Orański czekał, dyskretnie przyspieszając bieg wydarzeń przez wszelkie dostępne mu środki, aby lud, którego był bożyszczem, utorował mu wstęp na urząd stathoudera, usuwając dwóch braci Wittów.

Tak więc dwudziestego sierpnia, jak nadmieniliśmy na wstępie tego rozdziału, prawie wszyscy mieszkańcy Hagi biegli do Buytenhofu, aby przyglądać się wyjściu z więzienia Korneliusza de Witta, udającego się na wygnanie, i zobaczyć, jakie ślady tortury pozostawiły na człowieku, który tak dokładnie pamiętał wiersze Horacego.

Należy tu dodać, że te tłumy gromadzące się przed Buytenhofem nie zebrały się jedynie w niewinnym celu zaspokojenia ciekawości. Było tam wiele osób, które zamierzały wziąć czynny udział w wydarzeniach, uważały bowiem zadanie za niedostatecznie wypełnione. Ci ludzie postanowili podjąć się pewnej funkcji, mianowicie funkcji kata.

Byli jednak i tacy, którzy przybywali z zamiarami mniej nieprzyjaznymi. Dla nich bowiem było to po prostu widowisko, zawsze powabne dla motłochu, pochlebiające jego instynktownej dumie, pozwalające napawać się widokiem poniżenia tego, który tak długo stał wyżej od innych.

– Ten Korneliusz de Witt, ten nieustraszony człowiek – mówiono – czyż nie był uwięziony, dręczony torturami? Więc ujrzymy go bladego, cierpiącego, zawstydzonego?

Dzień ten był triumfem mieszczan, bez porównania bardziej zawistnych niż pospólstwo.

– A poza tym – szeptali między sobą agitatorzy-oranżyści, zręcznie wciskający się pomiędzy tłum, w nadziei, że uda im się pokierować nim jak ostrym i zarazem silnym narzędziem – czy nie trafi się okazja rzucania błotem, a nawet kamieniami na tego Ruarta z Pulten, który nie dość, że napisał na akcie przywracającym stathouderat vi coactus, lecz ponadto targnął się na życie Wilhelma Orańskiego?

Oprócz tego zawzięci nieprzyjaciele Francji dodawali, że gdyby obywatele Hagi byli dobrze myślący i odważni, nie pozwoliliby udać się na wygnanie Korneliuszowi de Wittowi, ponieważ z pewnością rozpocznie nowe knowania z Francją i będzie żył za złoto margrabiego Louvois [François Michel le Tellier, markiz de Louvois (1641–1691) – francuski minister wojny za panowania Ludwika XIV.] razem z drugim zbrodniarzem, bratem Janem. W podobnych nastrojach widzowie nie idą, lecz biegną. Dlatego też mieszkańcy Hagi mknęli tak prędko do Buytenhofu.

Pomiędzy najgorliwszymi dążył z wściekłością w sercu, lecz bez konkretnego zamiaru w myślach „zacny” Tyckelear, prowadzony przez oranżystów jako bohater nieskalanej poczciwości, chwała narodu i wzór miłości chrześcijańskiej.

Ten odważny nikczemnik opowiadał na prawo i lewo, upiększając historię coraz to nowymi wytworami swej wyobraźni, o usiłowaniach, jakie Korneliusz de Witt czynił dla przezwyciężenia jego cnoty, wyliczał ogromne sumy, które mu obiecywano, i opisywał piekielny podstęp mający ułatwić mu sposoby bezkarnego zamordowania Wilhelma księcia Oranii.

Słowa jego, z chciwością wchłaniane przez pospólstwo, budziły entuzjastyczne uwielbienie dla stathoudera, wzniecając zarazem wściekłą nienawiść przeciwko braciom de Witt.

W końcu motłoch posunął się do tego, że przeklinał tych niesprawiedliwych sędziów, którzy wydali wyrok pozwalający oddalić się w zdrowiu i wolności takiemu zbrodniarzowi, jakim był Korneliusz.

Przy tym podżegacze judzili:

– On odjedzie! Umknie nam!

Na co inni odpowiadali:

– Okręt czeka na niego w Scheveningen, francuski okręt wojenny, Tyckelear go widział na własne oczy.

– Poczciwy Tyckelear, mężny Tyckelear! – wołano chórem.

– Oprócz tego – odezwał się jakiś głos – i drugi zdrajca, jego brat Jan, również chce nam umknąć! I obaj złoczyńcy będą przejadali we Francji nasze pieniądze, fundusze za nasze okręty, arsenały i warsztaty sprzedane Ludwikowi XIV!

– Nie dajmy im wyjechać! – wołał jeden z najbardziej zagorzałych.

– Do więzienia, do więzienia! – powtarzano.

I na te krzyki mieszczanie biegli z jeszcze większym zapałem, nabite muszkiety i siekiery błyskały, oczy się iskrzyły.

Mimo tego nie dopuszczono się dotąd żadnego gwałtu i oddział jazdy strzegący dostępu do Buytenhofu zachowywał milczącą obojętność, o wiele groźniejszy w swym umiarkowaniu od tych tłumów mieszczan wrzeszczących, wzburzonych, złorzeczących. Oddział stał we wzorowym porządku, baczny tylko na skinienie swojego dowódcy, hrabiego de Tilly, kapitana jazdy haskiej, który trzymał w ręku gołą szablę opuszczoną, opartą ostrzem o strzemię.

Ten hufiec, jedyny szaniec broniący dostępu do więzienia, powstrzymywał dzięki swojej wojowniczej postawie nie tylko tłumy pospólstwa, bezładne i hałaśliwe, lecz także oddział straży miejskiej, ustawiony razem z wojskiem naprzeciwko Buytenhofu w celu zachowania porządku, który to oddział sam dawał przykład burzycielom przez okrzyki:

– Niech żyje książę Orański! Precz ze zdrajcami!

Obecność de Tilly’ego i jego oddziału była z początku skutecznym hamulcem dla strażników miejskich, lecz wkrótce, stopniowo, podnieceni własnymi okrzykami i nie rozumiejąc, jak można posiadać odwagę i nie wrzeszczeć, sądzili, że strwożeni jeźdźcy nie stawią im oporu, i postąpili ku więzieniu, pociągając za sobą pospólstwo.

Wtedy hrabia de Tilly wyruszył sam naprzeciw nim, podniósł szpadę, zmarszczywszy czoło, i odezwał się:

– Mości panowie gwardziści, co znaczy ten pochód i w jakim celu?

Mieszczanie, szczękając muszkietami, powtarzali okrzyki:

– Niech żyje książę Orański! Śmierć zdrajcom!

– „Niech żyje książę Orański” – powiedział Tilly. – Ja sam to powtórzę, lecz wolałbym usłyszeć to od ludzi będących w dobrym humorze. „Śmierć zdrajcom” – i na to się zgadzam, lecz to powinno się ograniczyć do życzeń. Krzyczcie tak długo, dopóki wam się podoba, ale jeżeli idzie o praktyczne zaprowadzenie ich na śmierć, to jestem tu, aby temu zapobiec, i zapobiegnę.

Po czym, odwróciwszy się do żołnierzy, zakomenderował:

– Broń do ataku!

Żołnierze wykonali rozkaz z taką szybkością, że mieszczanie i lud natychmiast rozpoczęli odwrót z pośpiechem, który wywołał uśmiech na twarzy oficera.

– Bądźcie spokojni – odezwał się tonem właściwym dla wojskowego – moi żołnierze nie oddadzą ani jednego wystrzału, lecz wymagam od was, abyście nie postąpili ani kroku w kierunku więzienia.

– Czy pan wie, panie oficerze, że i my mamy muszkiety? – zapytał dowódca straży miejskiej.

– Widzę to doskonale – odpowiedział de Tilly – bo machacie nimi bezustannie przed moimi oczyma; lecz zechciejcie zauważyć, że i my mamy pistolety, które niosą celnie na odległość stu kroków, a wy jesteście zaledwie o dwadzieścia pięć.

– Śmierć zdrajcom! – zawołali gwardziści z rozdrażnieniem.

– Ba! Wy zawsze śpiewacie jedną piosenkę, to jest nużące.

Po czym zajął stanowisko na czele swojego oddziału, gdy tymczasem tłumy gromadziły się wokół więzienia.

Jednak wzburzone pospólstwo, chciwe krwi jednej ze swoich ofiar, nie dostrzegło, że druga, spiesząca ku swemu przeznaczeniu, przejeżdżała sto kroków za oddziałem jazdy, udając się do Buytenhofu. Był to Jan de Witt, który wysiadł z karety ze służącym i spokojnie przechodził przez więzienne podwórze.

Zbliżywszy się do dozorcy więzienia, rzekł:

– Dzień dobry, Gryphusie, przychodzę do mojego brata, aby go odwieźć za miasto, gdyż, jak ci wiadomo, został skazany na wygnanie.

Dozorca, podobny do niedźwiedzia nauczonego otwierać i zamykać drzwi więzienia, ukłonił się w milczeniu i wpuścił go do wnętrza budynku, jednocześnie zamykając za nim drzwi.

Uszedłszy kilkanaście kroków, Jan de Witt spotkał piękną osiemnastoletnią dziewczynę we fryzyjskim ubiorze, która skłoniła mu się powabnie. On ujął ją pod brodę i rzekł:

– Dzień dobry, zacna i piękna Różo! Jak się ma mój brat?

– Och, panie Janie – odpowiedziała dziewczyna – pański brat jest zdrów, ale lękam się o to, aby nie przytrafiło mu się coś złego, lecz nie z powodu krzywdy, jaką mu wyrządzono – to już minęło.

– Czego więc się obawiasz, piękne dziecko?

– Obawiam się tego, co się stać może.

– Ach, prawda – rzekł pan de Witt – te wrzaski pospólstwa.

– Czy pan słyszał?

– Rzeczywiście lud jest wzburzony, lecz mam nadzieję, że gdy nas ujrzy, być może uspokoi się, ponieważ zawsze dbaliśmy o jego dobro.

– Niestety, tłumom to nie wystarczy – szepnęła dziewczyna, oddalając się, posłuszna polecającemu znakowi danemu jej przez ojca.

– Istotnie – rzekł do siebie Jan – ta dziewczyna, która bez wątpienia nawet czytać nie umie, z kilku słów zrozumiała dzieje świata.

I zawsze tak samo spokojny, lecz posępniejszy od chwili wejścia do więzienia, były pensjonarz zbliżył się do celi swojego brata.

ROZDZIAŁ II | Dwaj bracia

Piękna Róża przepowiedziała, jak się wydaje, rzeczywisty stan rzeczy, gdyż w tym czasie, kiedy Jan de Witt wstępował na schody prowadzące do celi jego brata, straż miejska usiłowała wszelkimi sposobami pozbyć się oddziału hrabiego de Tilly.

Widząc to, tłumy doceniły zamiary swej straży i wrzeszczały z całych sił:

– Niech żyje straż obywatelska!

Co się tyczy pana de Tilly, równie roztropny jak stanowczy, pertraktował z oddziałem straży miejskiej pod osłoną wymierzonych pistoletów swojego szwadronu, tłumacząc dokładnie, że miał polecenie od Stanów strzec więzienia i okolicznych miejsc.

– Dlaczego wydano taki rozkaz? Dlaczego strzec więzienia? – wołali oranżyści.

– Otóż – odpowiedział de Tilly – pytacie mnie o to, czego nie potrafię wam wytłumaczyć. Powiedziano, że mam pilnować, i ja pilnuję. Wy, moi panowie, którzy jesteście prawie wojskowymi, powinniście wiedzieć, co to jest rozkaz.

– Lecz rozkaz ten został wydany, aby ułatwić zdrajcom ucieczkę.

– Być może, ponieważ zdrajcy są skazani na wygnanie – odpowiedział de Tilly.

– Kto wydał ten rozkaz?

– Stany, już wam to mówiłem.

– To Stany nas zdradzają?

– Tego nie wiem.

– I ty, waszmość, również jesteś zdrajcą!

– Ja?

– Tak, ty.

– No, no, posłuchajcie mnie, moi panowie, kogo mógłbym zdradzić? Stany? Nie mogę ich zdradzić, ponieważ będąc na ich żołdzie, ściśle wykonuję ich rozkazy.

Następnie, gdy hrabia dokładnie udowodnił, że miał niezaprzeczalną rację, wrzawa wzrosła i pojawiły się pogróżki, na które on odpowiadał ze spokojem:

– Moi panowie obywatele! Błagam was, nie nabijajcie muszkietów, bo gdyby przypadkiem któryś wystrzelił i zranił mojego żołnierza, wtedy położylibyśmy na placu przynajmniej dwieście osób, co byłoby bardzo przykre dla nas, a dla was jeszcze bardziej, a wydaje mi się, że nie jest to intencją żadnej ze stron.

– Gdybyście się tego dopuścili – zawołali mieszczanie – i my dalibyśmy ognia!

– Przyznaję to, lecz gdybyście nawet pozabijali nas wszystkich, nie przywrócilibyście przez to do życia tych, którzy padliby od naszych strzałów.

– Ustąp nam miejsca, a uczynisz zadość obowiązkowi dobrego obywatela!

– Po pierwsze, jestem nie tylko obywatelem, ale i ofi cerem – rzekł Tilly – co ma tutaj ogromne znaczenie. Poza tym nie jestem Holendrem, lecz Francuzem, co ma jeszcze większe znaczenie. Nie uznaję innej władzy niż Stany, które za to mi płacą. Przynieście mi rozkaz Stanów, abym ustąpił, a natychmiast zakomenderuję w tył zwrot, gdyż bardzo mi się tu nudzi.

– Tak, tak! – zawołało ze sto głosów, co natychmiast powtórzyło pięćset innych. – Dalej, na ratusz, idźmy do deputowanych, dalej, dalej!

– I bardzo dobrze – mruknął Tilly, spoglądając, jak najbardziej zagorzali oddalają się. – Idźcie, a zobaczymy, czy pozwolą wam na taką niegodziwość, idźcie przyjaciele, idźcie.

Zacny oficer liczył na honor magistratu, który ze swej strony liczył na jego honor żołnierski.

– Panie kapitanie, wydaje mi się – rzekł mu do ucha adiutant – że deputowani powinni odrzucić ich szalone żądania, ale zarazem dobrze byłoby, gdyby przysłano nam posiłki.

W tym samym czasie Jan de Witt wchodził na schody po rozmowie z Gryphusem i jego córką Różą, zapukał do drzwi izby, w której leżał na materacu jego brat Korneliusz, udręczony przygotowawczymi torturami.

Wyrok wygnania zapadł wcześniej niż rozkaz wzięcia go na tortury nadzwyczajne.

Korneliusz, rozciągnięty na łożu, odpoczywał nareszcie po trzydniowych katuszach, mając wyłamane ręce i stawy. Pomimo tego nie przyznał się do zbrodni, której zamiar mu przypisywano. Oczekując śmierci, dowiedział się w końcu, że został skazany na wygnanie.

Silna budowa ciała i wzniosła dusza! Tym mógłby zawstydzić swoich nieprzyjaciół, gdyby przeniknęli oni wśród głębokiej ciemności więzienia do jego osoby. Wówczas ujrzeliby na jego wybladłych policzkach uśmiech męczennika, który zapominał o marnościach ziemskich od chwili, gdy dostrzegł wspaniałość nieba.

Korneliusz odzyskał siły raczej dzięki silnej woli niż czyjejkolwiek pomocy i zastanawiał się teraz, ile czasu prawne formalności będą go zatrzymywać w więzieniu.

W tej chwili wrzaski straży miejskiej i ludu odnoszące się do obu braci zagrażały kapitanowi de Tilly, który miał za zadanie ich osłaniać. Odgłos tej wrzawy, odbijający się od murów więziennych podobnie jak przypływ morza, doszedł do uszu więźnia. Lecz jakkolwiek groźny wydawał się ten odgłos, Korneliusz był na to obojętny i nie podniósł się do zakratowanego okna, przez które przenikało światło i dochodziła wrzawa.

Cierpienia doprowadziły go do takiego odrętwienia, że uważał je za swój normalny stan. W końcu doznawał rozkoszy, czując, że jego dusza i władze umysłowe są bliskie odłączenia się od cierpień cielesnych, i wydawało mu się, że dusza i rozum, wyzwoliwszy się z powłoki cielesnej, unosiły się poza sferą materialną, podobnie jak wzbija się w powietrze płomień prawie wygasłego ogniska, który opuszcza je, dążąc do nieba.

Pomyślał o swoim bracie.

Bez wątpienia jego zbliżanie się wywarło ten tajemniczy wpływ, który w późniejszych czasach można było wytłumaczyć siłą magnetyzmu. W chwili gdy Jan był obecny w myślach Korneliusza, że ten prawie wymawiał jego imię, otworzyły się drzwi. Wszedł Jan i spiesznym krokiem zbliżył się do łoża więźnia, który wyciągnął pokaleczone, owinięte bandażami ręce do swojego słynnego brata, którego prześcignął nie tyle w zasługach oddanych krajowi, ile raczej w nienawiści, jaką żywili do niego Holendrzy.

Jan ucałował brata ze wzruszeniem i powoli złożył jego zmaltretowane ręce na materacu.

– Korneliuszu, drogi bracie, bardzo cierpisz, prawda?

– Już nic nie czuję, gdy cię widzę.

– Och, mój kochany Korneliuszu, jeżeli tak jest, to ja przeciwnie: widząc ciebie w tym stanie, cierpię za nas obu!

– I ja również, gdy myślałem o tobie podczas katuszy, nie skarżyłem się wcale, tylko raz wypowiedziałem te słowa: „Mój biedny brat!”. Lecz oto jesteś, zapomnijmy o wszystkim. Czy przychodzisz po mnie?

– Tak.

– Mam się dobrze, pomóż mi tylko wstać, a zobaczysz, jak dobrze chodzę.

– Nie będziesz musiał iść daleko, ponieważ moja kareta stoi tu w pobliżu, za kordonem jeźdźców de Tilly’ego.

– Tilly jest tutaj ze swoimi żołnierzami? Z jakiego powodu?

– Ponieważ mieszkańcy Hagi – rzekł wielki pensjonarz z posępnym uśmiechem, jemu tylko właściwym – przejawili chęć oglądania twojego odjazdu i z tej przyczyny lękano się zamieszek.

– Zamieszek? – powtórzył Korneliusz, wpatrując się w oblicze zmieszanego brata. – Obawiano się zamieszek?

– Tak, Korneliuszu.

– Więc ta wrzawa, którą słyszałem, nie była urojeniem – mówił więzień jakby do siebie.

Po czym, odwracając się do brata, zapytał:

– Zatem gromadzą się wokół Buytenhofu… nieprawdaż?

– Tak, mój bracie.

– A zatem w jaki sposób się tutaj dostałeś?

– No cóż…

– Przepuścili cię swobodnie?

– Dobrze wiesz, że nie jesteśmy lubiani przez rodaków, Korneliuszu – odparł wielki pensjonarz z melancholijną goryczą. – Jechałem więc bocznymi ulicami.

– Kryłeś się, Janie?

– Pragnąłem tylko dostać się do ciebie jak najprędzej i robiłem, co mogłem, jak to się zdarza na morzu i w polityce, gdy wiatr jest nam przeciwny: lawirowałem.

W tej chwili uliczna wrzawa nasiliła się i odgłosy tłumów można już było usłyszeć w więzieniu. De Tilly spierał się z strażą miejską.

– Och, Janie – mówił Korneliusz – wiem, że jesteś zręcznym sternikiem, lecz nie mam nadziei, abyś wyprowadził swego brata z Buytenhofu pośród motłochu tak szczęśliwie, jak oswobodziłeś flotę admirała Trompa [Maarten H. Tromp (1598–1653) – admirał holenderski. Położył kres morskiej potędze Hiszpanii. Zginął w przegranej z Anglikami bitwie pod Scheveningen.] z Antwerpii.

– Z pomocą Bożą, Korneliuszu, spróbujemy, lecz najpierw zapytam cię…

– O co?

Znów dał się słyszeć hałas.

– Och – rzekł Korneliusz – jakże ci ludzie są rozdrażnieni! Przeciwko mnie, czy przeciw tobie?

– Zdaje mi się, że przeciw nam obu. Chciałem ci powiedzieć, mój bracie, że oranżyści wśród wielu oskarżeń najczęściej stawiają nam zarzut, iż weszliśmy w układy z Francją.

– Głupcy!

– Przyznaję, ale o to nas oskarżają.

– Lecz gdyby te układy doszły do skutku, oszczędziłyby porażek pod Reel, Orsay, Vesel i Theinbergiem. Francuzi nie przeszliby Renu [W 1672 armia Ludwika XIV wkroczyła w granice Zjednoczonych Prowincji. Wobec słabości armii Republiki klęska była nieuchronna. Jan de Witt był zwolennikiem dalszej walki z Francuzami, ale Stany Generalne powierzyły dowództwo armii Wilhelmowi Orańskiemu i przystąpiły do układów. Holendrzy nie przyjęli wygórowanych żądań Ludwika XIV i wojna była kontynuowana.] i Holandia mogłaby się uważać za niezwyciężoną pośród swoich bagien i kanałów.

– Wszystko to prawda, mój bracie, lecz trzeba wiedzieć, i to jest niezaprzeczalne, że gdyby w tej chwili znaleziono przy nas naszą korespondencję z panem de Louvois, to mimo że jestem dobrym sternikiem, nie potrafiłbym ocalić wątłego statku, który ma unieść de Wittów z Holandii! Gdyby ta korespondencja wpadła w ręce oranżystów, bylibyśmy zgubieni. Mam nadzieję, Korneliuszu, że spaliłeś ją, wyjeżdżając z Dordrechtu.

– Mój bracie – odpowiedział Korneliusz – twoja korespondencja z margrabią de Louvois najdobitniej świadczy, że w ostatnich czasach okazałeś się najznakomitszym i najszlachetniejszym obywatelem Zjednoczonych Prowincji. Cenię sławę mojego kraju, lecz również i twoją, mój bracie, i dlatego nie spaliłem tych listów.

– Jeżeli tak, to wkrótce zakończymy nasze doczesne życie – odrzekł spokojnie były wielki pensjonarz, zbliżając się do okna.

– Przeciwnie, Janie, gdyż ocalimy nasze głowy i odzyskamy poważanie u rodaków.

– Co zrobiłeś z tymi papierami?

– Powierzyłem je Korneliuszowi van Baerle, mojemu synowi chrzestnemu, którego znasz i który mieszka w Dordrechcie.

– Biedny młodzieniec! Drogie i niewinne stworzenie, ten uczony, który – dziwna rzecz – posiada tyle wiadomości, a poświęca się wyłącznie pielęgnowaniu kwiatów witających Boga. W jego więc ręce złożyłeś ten zabójczy depozyt. Więc jest zgubiony, biedny, drogi Korneliusz!

– Zgubiony?

– Tak, niezależnie od tego, czy okaże się mężny, czy słaby. Jeżeli jest mężny – to chociaż jest obcy naszej sprawie, chociaż żyje na ustroniu w Dordrechcie, chociaż zwykle bywa roztargniony, przecież kiedyś się dowie, co się z nami stało – będzie się nami szczycił. Jeżeli jest słaby, będzie się obawiał zażyłości z nami. Jeżeli jest mężny, rozgłosi tajemnicę. Jeżeli zaś słaby, podejdą go zręcznie i wydobędą ją z niego. W obu przypadkach Korneliusz ulegnie podobnemu losowi jak my. Tak więc, mój bracie, uciekajmy czym prędzej, jeżeli już nie jest za późno.

Korneliusz podniósł się na łożu i ujął rękę brata, który zadrżał, dotknąwszy jego bandaży.

– Czy ja nie znam mojego chrzestnego syna? Czy nie przywykłem czytać w głębi myśli van Baerlego? Pytasz mnie, czy jest mężny, czy słaby. Nie jest ani jednym, ani drugim, lecz co z tego? Najważniejsze jest to, że zachowa tajemnicę, gdyż nic nie wie.

Jan odwrócił się zdziwiony.

– Och – powiedział Korneliusz ze słodkim uśmiechem – Ruart z Pulten jest politykiem ze szkoły Jana. Powtarzam ci, że Korneliuszowi nie jest znany rodzaj oraz wartość depozytu, jaki mu powierzyłem.

– Więc trzeba się spieszyć – zawołał Jan – dopóki mamy jeszcze czas dać mu znać, żeby spalił papiery!

– Przez kogo przesłać takie polecenie?

– Przez mojego służącego Craecke’a. Miał nam towarzyszyć konno i przyszedł tutaj, aby pomóc ci zejść ze schodów.

– Zastanów się, Janie, czy należy zniszczyć te chlubne dowody.

– Zastanowiłem się, mój Korneliuszu. Przede wszystkim bracia Wittowie muszą ocalić życie, by móc ocalić swą reputację. Kiedy zginiemy, kto będzie nas bronił? Kto nas zrozumie?

– Sądzisz więc, że zamordowaliby nas, gdyby wykryli te papiery?

Jan nic nie odpowiedział, wyciągnął tylko rękę w kierunku Buytenhofu, skąd w tej chwili dochodziły dzikie okrzyki.

– Tak, tak, słyszę tę wrzawę – rzekł Korneliusz – ale o co im chodzi?

Jan otworzył okno.

– Śmierć zdrajcom! – wyło pospólstwo.

– Czy teraz słyszysz, Korneliuszu?

– Zdrajcy to my! – rzekł więzień, podnosząc oczy do nieba i wzruszając ramionami.

– Tak, to my – powtórzył Jan.

– Gdzie Craecke?

– Przy drzwiach celi, jak mi się zdaje.

– Każ mu wejść.

Jan otworzył drzwi. Rzeczywiście, wierny sługa czekał przy progu.

– Zbliż się, Craecke, i zapamiętaj dobrze, co ci mój brat poleci.

– Och, to nie wystarczy, Janie. Niestety, muszę napisać.

– Z powodu?

– Ponieważ van Baerle nie odda tych papierów i nie spali ich bez mojego wyraźnego polecenia.

– Ale czy będziesz mógł pisać, bracie? – zapytał Jan, patrząc na spalone i jątrzące się ręce brata.

– Gdybym miał pióro i atrament, przekonałbyś się.

– Oto ołówek.

– Czy masz papier? Mnie tu nic nie zostawiono, tylko tę Biblię.

– Wyrwij kartkę z Biblii.

– Masz rację.

– Ale twoje pismo będzie nieczytelne.

– Co mówisz! – zawołał Korneliusz, spoglądając na brata. – Te palce, które oparły się wpływowi ognia, i ta wola, która pokonała ból, połączą się we wspólnym wysiłku i – bądź spokojny, mój bracie – moje pismo nie będzie drżące…

Korneliusz wziął ołówek i pisał.

Wówczas można było dostrzec krew sączącą się z palca na bandaż.

Pot spływał po skroni wielkiego pensjonarza.

Korneliusz pisał:

Drogi Synu!

Spal papiery, które ci powierzyłem! Spal je, nie spojrzawszy na nie, nawet ich nie otwieraj, niech treść pozostanie ci nieznana. Tajemnice podobne do tych, jakie one zawierają, mogą się stać przyczyną śmierci. Spal je, a ocalisz Jana i Korneliusza.

Bywaj zdrów i kochaj mnie zawsze.

20 sierpnia 1672 roku Korneliusz de Witt

Jan ze łzami w oczach otarł kroplę szlachetnej krwi, która spłynęła na papier, po czym oddał kartkę Craecke’owi wraz ze stosownym poleceniem i powrócił do Korneliusza, który pobladł i wydawał się bliski omdlenia.

– Kiedy – powiedział – poczciwy Craecke da sygnał swoim bosmańskim gwizdkiem, będzie to znak, że znajduje się po drugiej stronie kanału, poza kordonem żołnierzy. Wtedy i my odjedziemy.

Upłynęło zaledwie pięć minut, gdy dał się słyszeć przeciągły marynarski świst, który przeniknął szczyty posępnych wiązów i był donośniejszy od wrzawy panującej na Buytenhofie.

Jan podniósł ręce w dziękczynnym geście ku niebu.

– Czas na nas, Korneliuszu.

ROZDZIAŁ III | Wychowanek Jana de Witta

W czasie kiedy groźnie brzmiące wrzaski pospólstwa zgromadzonego na Buytenhofie dochodziły do obu braci, a Jan de Witt zaczął naglić do odjazdu, delegacja mieszczan została wysłana do ratusza, jak wspomnieliśmy, z żądaniem oddalenia oddziału de Tilly’ego.

Od Buytenhof do Hoogstraat było dość blisko. W tłumie można było dostrzec pewnego człowieka, który od początku opisywanej sceny z ciekawością śledził wszystkie jej szczegóły i w końcu udał się wraz z innymi, a raczej postępował za orszakiem delegacji zmierzającej do ratusza, aby się przekonać, jak sprawa będzie załatwiona.

Nieznajomy był młodzieńcem dość wątłym, wyglądającym na dwadzieścia dwa – dwadzieścia trzy lata. Prawdopodobnie nie bez powodu zakrywał swoją bladą twarz podłużną płócienną chustką, którą często ocierał pot z czoła i rozpalone gorączką usta.

Czujne oko podobnie jak u drapieżnych ptaków, nos orli i długi, usta proste i wąskie, na wpół otwarte, rozdarte jak brzegi rany, stanowiły cechy, które dostarczyłyby Lavaterowi [Johan K. Lavater (1741–1801) – szwajcarski pisarz, autor liryki religijnej i pieśni patriotycznych. Rozgłos zdobył jako twórca fizjonomiki – metody rozpoznawania cech charakteru na podstawie rysów twarzy.] (gdyby żył w tej epoce) materiału do obserwacji. O tak, człowiek ten mógłby stać się przedmiotem dociekań psychologa i zapewne nie wypadłyby one korzystnie dla młodzieńca.

Pomiędzy postacią wojownika i rozbójnika morskiego, mówili starożytni, zachodzi taka różnica, jak między orłem a jastrzębiem. Pogodne lub posępne spojrzenie.

Tak więc ta chorobliwa fizjonomia, to ciało wątłe i mieszczące zarodki cierpień, trwożliwy krok, którym postępował z Buytenhofu do Hoogstraat za tłumami wyjącego pospólstwa, były to cechy właściwe podejrzliwemu władcy lub niespokojnemu złoczyńcy. Być może, gdyby człowiek ten został dostrzeżony przez policyjnego urzędnika, zostałby wzięty za tego ostatniego.

Przy tym był ubrany skromnie i nie było widać przy nim żadnej broni. Ramiona miał szczupłe i nerwowe, ręka sucha, biała, arystokratyczna, opierała się o ramię oficera trzymającego w dłoni rękojeść szpady.

Stanąwszy na placu Hoogstraat, człowiek z bladą twarzą popchnął swojego towarzysza za szeroką na wpół otwartą okiennicę, sam zaś zwrócił wzrok na balkon ratusza.

W odpowiedzi na okrzyki wściekłości okno Hoogstraat otworzyło się i pokazał się w nim człowiek chcący przemówić do ludu.

– Kogo tam widzisz na balkonie? – zapytał młodzieniec oficera, wskazując jedynie wzrokiem mówcę, który wydawał się bardzo zdenerwowany i który kurczowo trzymał się balustrady, uważając, aby przez nią nie wypaść.

– Jest to deputowany Bowelt – odpowiedział oficer.

– Co to za człowiek? Znasz go?

– Jest to zacny człowiek, tak mi się przynajmniej wydaje.

Młodzieniec, usłyszawszy podobne zdanie o Bowelcie, wykonał ruch niezadowolenia tak widoczny, że ofi cer, spostrzegłszy to, pospieszył dodać:

– Tak o nim mówią, wasza wysokość. Co do mnie, nie mogę tego potwierdzić, nie znając Bowelta osobiście.

– Zacny człowiek… – powtórzył młodzieniec. – W jakim znaczeniu?

– Wasza książęca mość raczy mi wybaczyć, że nie mogę powiedzieć nic więcej o człowieku, którego znam tylko z widzenia.

– Istotnie – szepnął młodzieniec – należy cierpliwie oczekiwać dalszego rozwoju wypadków, bo jeżeli ten Bowelt rzeczywiście jest zacnym mężem, to będzie w wielkim kłopocie, gdy usłyszy wymagania tych szaleńców.

To mówiąc, przebierał palcami na plecach swojego towarzysza podobnie jak na klawiszach fortepianu, to zdradzało jego nerwowość, w pewnych chwilach, a szczególnie w obecnej, źle ukrywaną pod lodowatym i ponurym wyrazem twarzy, jaki usiłował przybrać.

W tym czasie można było usłyszeć głos naczelnika delegacji, pytającego Bowelta, gdzie znajdują się jego towarzysze.

– Już wam powiedziałem, moi panowie, że oprócz mnie jest tylko pan d’Asperen. Poza tym nie mogę sam na siebie wziąć odpowiedzialności.

– Chcemy cofnięcia rozkazu! – zawołały tysiące głosów, i pan Bowelt usiłował przemówić, lecz słowa jego zagłuszyła ogólna wrzawa; można było tylko dostrzec poruszenia rąk, znamionujące jego rozpaczliwe położenie.

Widząc, że nikt go nie słucha, odwrócił się do otwartego okna i zawołał pana d’Asperena.

Gdy ten ukazał się na balkonie, został powitany okrzykami jeszcze gwałtowniejszymi niż przed dziesięciu minutami powitano pana Bowelta. Mimo tego postanowił przemówić do ludu, lecz było to bezskuteczne. Tłum nie słuchał go i tłoczył się do bramy ratusza, nie natykając się na opór ze strony straży.

– Teraz, jak widzę – odezwał się obojętnie młodzieniec, gdy lud cisnął się przez główną bramę Hoogstraat – zdaje się, że rozmowy będą miały miejsce wewnątrz. Pułkowniku, chodźmy posłuchać tych narad.

– Nie doradzałbym tego waszej książęcej mości.

– Z jakiego powodu?

– Ponieważ między deputowanymi są tacy, którzy z łatwością mogliby waszą książęcą mość rozpoznać.

– A wtedy uznano by mnie za podżegacza. Masz rację – rzekł młodzieniec, którego policzki zarumieniły się na chwilę – pozostańmy tutaj. Z tego miejsca będziemy widzieć wracającą delegację z odwołaniem rozkazu lub z niczym, a wówczas stanowczo orzekniemy, czy pan Bowelt jest zacnym mężem.

– Chyba wasza książęca mość nie przypuszcza, aby deputowani odwołali oddział de Tilly’ego.

– Dlaczego?

– Gdyż podobny rozkaz byłby po prostu wydaniem wyroku śmierci na braci Wittów.

– Przekonamy się o tym – odpowiedział obojętnie młodzieniec.

Oficer, spojrzawszy badawczo na nieprzeniknioną twarz księcia, pobladł jak ściana.

Ten oficer był zacnym mężem, a zarazem mężnym człowiekiem.

Ze stanowiska, które obrali książę i jego towarzysz, słychać było hałas i kroki ludzi wstępujących na schody ratusza. Po czym szmer ten przenikał przez otwarte okna sali z balkonem, na którym przedtem ukazali się panowie Bowelt i d’Asperen. Obaj zachowali się przezornie i powrócili do wewnątrz, bez wątpienia z obawy, aby tłoczące się tłumy nie wyrzuciły ich za balustradę.

Następnie widać było cienie przesuwające się obok tych okien. Sala obrad wypełniała się coraz bardziej.

Nagle wrzawa ucichła, lecz wkrótce wybuchła ze zdwojoną siłą i doszła do tego poziomu, że starożytna budowla zatrzęsła się w swych posadach.

W końcu strumień ludu zaczął odpływać przez galerię i schody do bramy pod sklepieniem, pędząc z gwałtownością trąby powietrznej.

Na czele pierwszej grupy biegł, a raczej leciał, człowiek ogromnie zmieniony wskutek radości.

Był to chirurg Tyckelear.

– Mamy, mamy! – wołał, trzymając w podniesionej ręce papier.

– Uzyskali odwołanie rozkazu! – wyszeptał zdumiony oficer.

– Teraz można stanowczo wnioskować o panu Bowelcie – rzekł młodzieniec. – Wątpiłeś, czy pan Bowelt jest zacnym mężem, czy męż nym człowiekiem. Zdaje się, że nie okazał się ani jednym, ani drugim.

Po czym z natężeniem przypatrywał się tłumom.

– A teraz udajmy się do Buytenhofu. Zdaje się, że ujrzymy tam coś osobliwego.

Na placu i w pobliżu więzienia zgromadził się nieprzebrany tłum, ale jeźdźcy de Tilly’ego utrzymywali swój posterunek we wzorowym porządku.

Wkrótce hrabia usłyszał szmer zwiększający się wraz z napływem nowych mas, które podobne były z wyglądu do strug wodospadu.

W tej chwili dostrzegł też papier powiewający nad zaciśniętymi pięściami i pośród lśniących muszkietów.

– Ha! – zawołał, unosząc się na strzemionach i dotykając rękojeści szpady swojego adiutanta. – Zdaje się, że nikczemnicy uzyskali nowy rozkaz.

– Niegodziwe łotry! – zawołał porucznik.

Rzeczywiście, był to rozkaz, który kompania straży miejskiej powitała z okrzykami radości i natychmiast ruszyła z hałasem z miejsca, udając się naprzeciw jeźdźców de Tilly’ego.

Lecz hrabia nie pozwolił im się zbytnio zbliżyć.

– Stać! Stać! Z dala od koni, albo wydam rozkaz: „Naprzód!”

– Oto nowy rozkaz! – odpowiedziały zuchwałe głosy.

Hrabia wziął papier do ręki, ze zdziwieniem spojrzał na niego, po czym dodał głośno:

– Ci, którzy go podpisali, są prawdziwymi katami Korneliusza de Witta. Co do mnie, prędzej ucięto by mi obie ręce, zanim zmuszono by mnie do napisania jednej literki podobnego rozkazu.

Następnie, odepchnąwszy rękojeścią szpady tego, kto chciał mu odebrać papier, powiedział:

– Takie pismo jak to jest dla mnie ważne i powinienem je zachować.

I złożywszy starannie papier, schował go do kieszeni. Potem odwrócił się do swego oddziału i zakomenderował:

– Trójkami od prawego marsz!

W końcu półgłosem, tak że mógł być słyszany tylko przez otaczających go, dodał:

– A teraz, mordercy, bierzcie się do dzieła.

Odwrotowi oddziału de Tilly’ego towarzyszył wściekły okrzyk, zawierający w sobie wszystkie zawiści i rozkosze dziczy dyszącej na Buytenhofie. Jeźdźcy szli stępa, kapitan był w tylnej straży.

Jak widać, Jan de Witt, pomagając bratu w podniesieniu się i nagląc go do odjazdu, nie przesadzał, przeczuwając nieszczęście.

Korneliusz, wsparty o ramię byłego wielkiego pensjonarza, zszedł z schodów prowadzących na podwórze. Przy progu spostrzegł drżącą Różę.

– Och, panie Janie! Co za nieszczęście! – wyszeptała.

– Co takiego, moje piękne dziecko?

– Mówią, że poszli do ratusza prosić o rozkaz oddalenia oddziału hrabiego de Tilly!

– To prawda, moje dziecko, jeżeli go uzyskają, źle z nami będzie.

– Więc… jeżeli mogłabym udzielić panu rady – drżącym głosem przemówiła panienka.

– Słuchamy cię… cóż dziwnego byłoby, gdybyśmy usłyszeli z twoich ust głos Boga?

– Panie Janie… ja na pana miejscu nie wychodziłabym na główną ulicę.

– Dlaczego? Przecież Tilly stoi z oddziałem.

– Tak, to prawda… ale on ma rozkaz stać tylko przed więzieniem.

– Wiem o tym.

– I nie ma nikogo innego, kto mógłby wam towarzyszyć poza miasto.

– Nie…

– Zatem, kiedy panowie wyjdziecie poza kordon jeźdźców, wpadniecie w ręce motłochu.

– Ale straż miejska…

– Jej właśnie należy obawiać się najbardziej.

– Cóż więc robić?

– Na pana miejscu, panie Janie, uciekłabym przez basztę – nieśmiało mówiła dalej – skąd jest wyjście na pustą ulicę, gdyż wszyscy zebrali się na placu przy głównej bramie więzienia. Potem pospieszyłabym do bramy miejskiej, przez którą wyjedziecie.

– Ale mój brat nie zdoła iść.

– Spróbuję – odpowiedział stanowczo Korneliusz.

– Przecież macie panowie powóz? – zapytała dziewczyna.

– Tak, to prawda, lecz on stoi przed głównym wejściem.

– Nie – odpowiedziała Róża – sądząc, że wasz woźnica jest zaufanym człowiekiem, kazałam mu czekać przed basztą.

Obaj bracia spojrzeli na siebie ze wzruszeniem, potem ich wzrok przeniósł się na dziewczynę i przybrał wyraz głębokiej wdzięczności.

– Teraz chodzi o to – mówił wielki pensjonarz – czy Gryphus zechce otworzyć nam tamto wyjście.

– O nie, bynajmniej – rzekła Róża.

– Cóż więc począć?

– Przewidziałam to i przed chwilą, kiedy rozmawiał przez okno ze swoim znajomym, odczepiłam klucz z pęku.

– Więc masz go przy sobie?

– Oto on.

– Moje dziecko – odezwał się Korneliusz – nie mam niczego, co mógłbym ci ofiarować w zamian za wyświadczoną nam przysługę, oprócz Biblii, którą znajdziesz w mojej celi. Jest to ostatni dar uczciwego człowieka i mam nadzieję, że przyniesie ci szczęście.

– Dziękuję, panie Korneliuszu, nigdy się z nią nie rozstanę!

Po czym dodała do siebie:

– Jaka szkoda, że nie umiem czytać!…

– Otóż wrzawa znowu się wzmaga – powiedział Jan. – Zdaje się, moje dziecko, że nie ma chwili do stracenia.

– Chodźmy więc – rzekła piękna Fryzyjka i przez korytarze prowadziła braci do przeciwległej części więzienia.

Poprzedzani przez Różę zeszli ze schodów, następnie przebyli małe podwórko otoczone warownymi wałami i w końcu zostali wypuszczeni przez sklepione drzwi na pustą uliczkę, gdzie czekała na nich kareta ze spuszczonym stopniem.

– Spieszcie się, moi panowie. Słyszycie ich? – wołał strwożony woźnica.

Umieściwszy Korneliusza w pojeździe, wielki pensjonarz odwrócił się do dziewczyny.

– Bądź zdrowa, moje dziecko! Wszystko, cokolwiek mogli byśmy powiedzieć, byłoby niedostateczne dla wyrażenia naszej wdzięczności. Polecamy cię opiece Boga, który, mam nadzieję, wynagrodzi cię za ocalenie życia dwóch nieszczęśników.

Róża ujęła dłoń, którą jej podał wielki pensjonarz, i ucałowała ją z uszanowaniem.

– Spieszcie się, panowie, spieszcie! – powiedziała. – Zdaje się, że usiłują wyłamać drzwi.

Jan de Witt szybko wsiadł do karety i zamknąwszy drzwiczki, zawołał:

– Do Tol Hek!

Tol Hek była bramą miejską, przez którą prowadziła droga do małego portu Scheveningen, gdzie na obu braci czekał statek.

Pojazd ruszył, potężne flamandzkie konie galopem uniosły zbiegów.

Róża odprowadzała go wzrokiem, dopóki nie zniknął na zakręcie ulicy. Wówczas wróciła przez drzwi baszty, które następnie zamknęła, a klucz wrzuciła do studni.

Róża dobrze oceniła sytuację. Przyczyną nasilającego się hałasu były tłumy dobijające się do bramy więzienia, gdyż po oddaleniu się oddziału de Tilly’ego pozostała tylko ta przeszkoda.

Jakkolwiek brama była mocno osadzona i chociaż odźwierny Gryphus stanowczo wzbraniał się otworzyć ją, łatwo było przewidzieć, że nie będzie w stanie długo wytrzymać naporu tłumu. Strwożony Gryphus wahał się, czy nie lepiej będzie otworzyć, niż pozwolić zniszczyć bramę, gdy wtem poczuł, że ktoś lekko pociągnął go za ubranie.

Odwróciwszy się, ujrzał Różę.

– Czy słyszysz tych szaleńców? – mówił.

– Słyszę dokładnie i na twoim miejscu, mój ojcze…

– Otworzyłabyś, prawda?

– Nie, lecz pozwoliłabym wysadzić bramę.

– Ale wtedy zamordowaliby mnie!

– Tak, gdyby cię widzieli.

– Jakże mają mnie nie widzieć?

– Ukryj się.

– Gdzie?

– W tajemnym więzieniu.

– A ty, moje dziecko?

– Mnie także weźmiesz z sobą. Zamkniemy drzwi, a kiedy opuszczą więzienie, wyjdziemy z naszego ukrycia.

– Rzeczywiście, masz słuszność! – zawołał Gryphus. – To dziwne – dodał – jaki rozsądek mieści się w tej młodej głowie.

Kiedy brama wydawała się ustępować pod naporem pospólstwa, Róża otwierała drzwi w podłodze i mówiła:

– Zejdź, mój ojcze.

– A co się stanie z moimi więźniami?

– Bóg będzie się nimi opiekował; pozwól mi czuwać nad tobą.

Gryphus w towarzystwie córki zniknął w otworze i drzwi zapadły się za nimi właśnie w tej chwili, gdy brama została wyłamana a tłum zaczął się wdzierać do więzienia.

Lud wołał:

– Śmierć zdrajcom! Korneliusza de Witt na szubienicę!

Spis treści
Czarny tulipan
ROZDZIAŁ I | Wdzięczność ludu
ROZDZIAŁ II | Dwaj bracia
ROZDZIAŁ III | Wychowanek Jana de Witta
ROZDZIAŁ IV | Masakra
ROZDZIAŁ V | Hodowca tulipanów i jego sąsiad
ROZDZIAŁ VI | Nienawiść hodowcy tulipanów
ROZDZIAŁ VII | Szczęśliwy człowiek zapoznaje się z nieszczęściem
ROZDZIAŁ VIII | Próba kradzieży
ROZDZIAŁ IX | Cela rodzinna
ROZDZIAŁ X | Córka dozorcy więzienia
ROZDZIAŁ XI | Testament Korneliusza van Baerle
ROZDZIAŁ XII | Egzekucja
ROZDZIAŁ XIII | Co się wówczas działo w duszy jednego z widzów
ROZDZIAŁ XIV | Gołębie z Dordrechtu
ROZDZIAŁ XV | Drzwiczki
ROZDZIAŁ XVI | Nauczyciel i uczennica
ROZDZIAŁ XVII | Pierwsza cebulka
ROZDZIAŁ XVIII | Wielbiciel Róży
ROZDZIAŁ XIX | Dziewczyna i kwiat
ROZDZIAŁ XX | Co się działo przez te siedem dni
ROZDZIAŁ XXI | Druga cebulka
ROZDZIAŁ XXII | Tulipan zakwitł
ROZDZIAŁ XXIII | Zazdrośnik
ROZDZIAŁ XXIV | Czarny tulipan przechodzi w inne ręce
ROZDZIAŁ XXV | Prezes van Systens
ROZDZIAŁ XXVI | Członek Towarzystwa Ogrodniczego
ROZDZIAŁ XXVII | Trzecia cebulka
ROZDZIAŁ XXVIII | Piosenka kwiatów
ROZDZIAŁ XXIX | Przed opuszczeniem Loewensteinu van Baerle załatwia porachunki z Gryphusem
ROZDZIAŁ XXX | Na jaki rodzaj kary skazany został Korneliusz van Baerle
ROZDZIAŁ XXXI | Haarlem
ROZDZIAŁ XXXII | Ostatnia prośba
Zakończenie