Czarne oceany - Jacek Dukaj

Czarne oceany

0,0

WOJNY EKONOMICZNE I WOJNY MEMETYCZNE

NOWA ETYKIETA I NOWA INTYMNOŚĆ

INŻYNIERIA GENÓW, UMYSŁÓW I CYWILIZACJI

A NICHOLAS HUNT ZUPGRADE’OWAŁ SOBIE MÓZG

Rzecz dzieje się w Stanach w kręgach kompleksu wojskowo-przemysłowego. Trzonem armii są wojska ekonomiczne, chroniące gospodarkę przed wrogimi wpływami. Establishment oddzielił się biologicznie i społecznie od nieprzekształconego genetycznie plebsu. Większość funkcji państwa podległa prywatyzacji.

W tym świecie jak ryba w wodzie czuje się Nicholas Hunt, polityk i lobbysta.

Jacek Dukaj pokazuje - z sukcesem - świat nieliniowy, świat gdzie ważna nie jest zmiana, ale ma-tematyczna pochodna zmiany: przyspieszenie zmian. Świat, w którym wpływają na siebie częstości pojawiania się morderczych millenarystycznych sekt i przemiany technologiczne w telekomunikacji.

Janusz A. Urbanowicz, „Esensja”

Świat Czarnych oceanów jest światem, w którym nikt z nas nie chciałby się chyba znaleźć, ale jednocześnie do niego szybko zdążamy.

Wojciech Orliński, „Gazeta Wyborcza”

Czarne oceany ukazują cywilizację w ślepym zaułku, miotającą się w spazmach boleści, które sama sobie sprokurowała.

Marek Oramus, „Nowa Fantastyka”

Jacek Dukaj (ur. 1974) - jeden z najciekawszych współczesnych prozaików polskich. Premiery jego książek to każdorazowo wydarzenia literackie. Autor Xavrasa Wyżryna, Czarnych oceanów, Extensy, Córki łupieżcy, Innych pieśni, Perfekcyjnej niedoskonałości, Lodu oraz licznych opowiadań – w tym zekranizowanej przez Tomasza Bagińskiego Katedry - zgromadzonych . w tomie W kraju niewiernych. Pomysłodawca antologii pt. PL+50. Historie przyszłości. Wielokrotny laureat nagród im. Janusza A. Zajdla (również za Lód), trzykrotnie nominowany do Paszportu „Polityki”, a w tym roku także do nagrody literackiej Nike, Nagrody Mediów Publicznych Cogito i Angelusa; laureat nagrody Kościelskich, laureat Europejskiej Nagrody Literackiej 2009.

Dodaj komentarz


Kolejna książka Dukaja, którą musiałam od razu przeczytać i muszę przyznać, że nie zawiodła mnie ona. Wspaniała lektura, którą pragnę polecić wszystkim fanom tego fenomenalnego polskiego autora, który jest dumą naszego narodu. Oczywiście jak zawsze na początku było trudno, jednakże po przeczytaniu kilkunastu stron poszło już gładko i czytało się z niemałą przyjemnością. Muszę jednak przyznać, że książka ta wymaga nie lada skupienia, ponieważ żeby ją zrozumieć trzeba dobrze poznać świat w niej przedstawiony.


Przedmówczynie już napisały, że nie jest to książka łatwa w lekturze. Rzeczywiście, ale cenię sobie „trudną” fantastykę, bo zmusza do refleksji. Wykreowany przez autora technokratyczny świat przyszłości do takiej refleksji zmusza. Przemycane przez Dukaja w powieści rozważania filozoficzne nie są wcale takie niepotrzebne. Dopełniają całość. Nie jest to pozycja dla wszystkich. Wielu czytelników lubiących s-f nie będzie do końca zadowolonych. Znajdą się jednak ci, co się zachwycą.


Rozważania Jacka Dukaja na temat tego, jak może wyglądać ludzka przyszłość oraz społeczeństwo w niej żyjące. Przyciężkawych styl i język autora nie ułatwiają lektury powieści i jej odbioru. Ciekawy pomysł, jednak sposób ukazania nie będzie odpowiadał każdemu. Mimo wszystko jest to godna polecenia lektura dla wszystkich tych, którzy w fantastyce cenią kierunek lekko filozoficzny i nie boją się cięższego stylu.


Proza Dukaja nie należy do łatwych w odbiorze, ale kto się na nią porwie i przetrzyma początkowe zniechęcenie, doceni trud autora.Technokratyczny świat przyszłości wykreowany w tej powieści przez pisarza może zachwycić niejednego czytelnika. Jednak aby było to możliwe nie można traktować powieści jako lektury łatwej i przyjemnej. Dywagacje o zabarwieniu filozoficznym mogą nużyć, ale są niezbędnym elementem całości. Dla szukających w literaturze niecodziennych przeżyć.


Proza Dukaja nie należy do łatwych w odbiorze, ale kto się na nią porwie i przetrzyma początkowe zniechęcenie, doceni trud autora.Technokratyczny świat przyszłości wykreowany w tej powieści przez pisarza może zachwycić niejednego czytelnika. Jednak aby było to możliwe nie można traktować powieści jako lektury łatwej i przyjemnej. Dywagacje o zabarwieniu filozoficznym mogą nużyć, ale są niezbędnym elementem całości.


Niezwykłą i niepokojąca wizja przyszłości jaką podaje nam tym razem Dukaj. Ciekawa książka o ludziach, społeczeństwie i jego podziale okraszona filozoficzną powłoką. Książka do najłatwiejszych nie należy i wymaga aby czytelnik poświęcił jej całą swoją uwagę. Kolejna pozycja Dukaja pozostawiająca niedosyt, ale też kolejna, którą można się zaczytywać. Skomplikowani bohaterowie dodają książce głębszego wymiaru. Dukaj po raz kolejny wykazuje się erudycją na wielu polach. Polecam


Pierwsza książka Dukaja jaką przeczytałam, niezwykła wizja przyszłości, szczególnie społeczeństwa. Ponadto niezwykła podróż po zakamarkach ludzkiego umysłu.


Futurologiczne rozważania na temat społecznej przyszłości ludzkości przez pryzmat armii. Momentami trudne. Dla wymagającego czytelnika. Autor pisze fantastykę w dobrym stylu. Omijać jego twórczość to coś na kształt grzechu.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

© Co­py­ri­ght by Ja­cek Du­kaj

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, Kra­ków 2008

Wy­da­nie dru­gie, przej­rza­ne przez Au­to­ra, bez zna­czą­cych zmian w tre­ści. Tekst opar­to na wy­da­niu: Ja­cek Du­kaj, Czar­ne oce­any, War­sza­wa 2001.

Re­dak­tor se­rii

Ani­ta Ka­spe­rek

Ko­rek­ta

Anna Rud­nic­ka, Etel­ka Ka­moc­ki, Ur­szu­la Sro­kosz-Mar­tiuk, Syl­wia Fro­łow

Ilu­stra­cja na okład­ce

Mi­chał Dzie­kan

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

To­masz Ba­giń­ski

Re­dak­cja tech­nicz­na

Bo­że­na Kor­but

Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie Sp. z o.o., 2010

ul. Dłu­ga 1, 31-147 Kra­ków

bez­płat­na li­nia te­le­fo­nicz­na: 0 800 42 10 40

księ­gar­nia in­ter­ne­to­wa: www.wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

e-mail: ksie­gar­nia@wy­daw­nic­two­li­te­rac­kie.pl

fax:(+48-12) 430 00 96

tel.: (+48-12) 619 27 70

Skład i ła­ma­nie: Scrip­to­rium „TE­XTU­RA”

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mag­da­le­na Woj­tas

Vir­tu­alo Sp. z o.o.

ISBN 978-83-08-04716-3

I

1.
Z KRAJU I ZE ŚWIATA

Nad wszyst­kim sta­ły Alpy, wiel­kie, zim­ne, mil­czą­ce. Cho­dzą­cy po te­re­nie po­sia­dło­ści po­li­cjan­ci co ja­kiś czas oglą­da­li się na nie, bo kon­trast był zbyt po­twor­ny. Pierw­sze cia­ła zna­leź­li nad stru­mie­niem. Pięć osób uklę­kło na brze­gu, w rów­nym sze­re­gu, po­chy­li­ło się ni­sko, jak­by pró­bu­jąc w ten spo­sób się­gnąć usta­mi wody, i wte­dy ktoś od­strze­lił im gło­wy. Strze­la­no z tyłu, w po­ty­li­ce, pra­wie pio­no­wo, z pump-gunu. Po­li­cję za­wia­do­mi­li wcza­so­wi­cze z dom­ku po­ni­żej, gdy spo­strze­gli pły­ną­ce stru­mie­niem strzę­py mó­zgu, pod­ska­ku­ją­cą na fa­lach gał­kę oczną. Po­sia­dłość fi­gu­ro­wa­ła w re­je­strze sekt i po­li­cja zja­wi­ła się od razu w wiel­kiej sile, ścią­ga­jąc z miej­sca dwie eki­py do ska­nu A-V. Ob­cho­dzi­li te­raz pa­stwi­ska, spraw­dza­li wnę­trze i oko­li­cę drew­nia­nej wil­li. Na we­ran­dzie sta­ło wiel­kie bla­sza­ne wia­dro peł­ne od­cię­tych pal­ców. Opróż­niw­szy je, zna­leź­li na dnie czy­jąś gło­wę. Do tej pory nie na­tra­fi­li na pa­su­ją­cą doń resz­tę cia­ła. W piw­ni­cy znaj­do­wa­ło się dwa­na­ście bez­pal­cych zwłok dzie­ci, w tym nie­mow­lę­ta. Ke­vor­kian­ki in­jek­cyj­ne, orzekł wstęp­nie ko­ro­ner. Na pię­trze mie­ści­ła się świą­ty­nia. Dłu­gie, żół­to­brą­zo­we węże je­lit zwie­sza­ły się cięż­ki­mi gir­lan­da­mi z ży­ran­do­la, stro­my­mi łu­ka­mi bie­gły pod su­fi­tem do me­bli, okien i fu­try­ny drzwi — ana­to­micz­ny go­tyk. Po­li­cjan­ci wcho­dzi­li tu pod pa­ra­so­la­mi, krew wciąż ka­pa­ła — nie­ustan­ne pak-pak-pak-pak-pak o mo­no­płót­no um­bre­li. Guru, a on był ostat­ni, sie­dział w po­zy­cji lo­to­su na ta­ta­mi pod sa­mym ży­ran­do­lem. Utrzy­my­wał go po­śmiert­nie w tej po­zy­cji fi­diasz w koń­skiej daw­ce. Guru (któ­ry miał czter­dzie­ści sie­dem lat i, za­nim do­znał ob­ja­wie­nia, był pi­sa­rzem scien­ce fic­tion) sam so­bie wy­dłu­bał oczy i po­ob­ci­nał pal­ce no­żem wi­bra­cyj­nym umiesz­czo­nym w ima­dla­nej obej­mie. Gdy otwo­rzo­no drzwi do po­miesz­cze­nia, włą­czy­ły się gło­śni­ki i po­pły­nął z nich jego głę­bo­ki, cha­ry­zma­tycz­ny głos, re­cy­tu­ją­cy spi­sa­ną przez nie­go sa­me­go Księ­gę Nie-cia­ła: „Jako na du­cha, tak i na ma­te­rię. Cia­ło to wię­zie­nie, cia­ło to ka­mień for­my, ma­ska i biel­mo na oczach. Po nim, jak po scho­dach, we­sp­niesz się do nie­śmier­tel­no­ści”. Chwi­lę trwa­ło, za­nim zna­le­zio­no wszyst­kie gło­śni­ki i wy­łą­czo­no je. Tym­cza­sem guru mó­wił: „Słu­chaj­cie, słu­chaj­cie, słu­chaj­cie: za­ra­żam was”. Po­li­cjan­ci po­ru­sza­li się po­śród owe­go hor­ro­ru po­wo­li, ostroż­nie, zwa­ża­jąc na każ­dy krok, za­wsze pusz­cza­jąc przo­dem wśle­pio­nych na za­pis ska­ne­rów. Wcho­dzi­ło się do wnę­trza tego domu jak do ke­so­nu o ni­skiej za­war­to­ści tle­nu — po kil­ku mi­nu­tach trze­ba było wyjść z po­wro­tem na ze­wnątrz, po­pa­trzeć na Alpy, za­pa­lić pa­pie­ro­sa, na­wet ni­ko­ty­now­ca (tu, w Szwaj­ca­rii, wciąż były one le­gal­ne). In­a­czej umysł za­pa­dał się w ba­gno dzi­kich sko­ja­rzeń, za­cią­ga­ły się nad nim chmu­ry de­pre­sji, dusz­ność i mdło­ści do­pa­da­ły czło­wie­ka. Sta­li więc pod we­ran­dą, od­dy­cha­li gór­skim po­wie­trzem i wy­mie­nia­li pół­gło­sem uwa­gi. — Jaty jak u Bar­ke­ra. — Po­pier­do­leń­ce cho­ler­ne. — Ja się pod­da­ję, w ogó­le już nie pró­bu­ję tego zro­zu­mieć. — Co za cho­ry umysł…? — A po­wy­strze­lać ich wszyst­kich. — Prze­cież wi­dzisz, sami się strze­la­ją.

Biel śnie­gu Alp pa­li­ła ich w oczy, mru­ga­li, gdy wzbie­ra­ły w nich pie­ką­ce łzy.

W nocy wy­glą­da to jak po­żar w lu­na­par­ku. Przez okno scho­dzą­ce­go do lą­do­wa­nia sa­mo­lo­tu (lot nr 4582 z Atlan­ty, dru­ga prze­siad­ka) Czar­ny pa­trzył na Nowy Jork pod fos­fo­ry­zu­ją­cą koł­drą mia­sta ste­row­ców, roz­ko­ły­sa­ne­go lek­ko od nada­tlan­tyc­kie­go wia­tru. Blask gi­gan­tycz­nych re­klam i świa­tła apar­ta­men­tów pod­wie­szo­nych pod za­ko­twi­czo­ne na szkla­nych li­nach wie­lo­ry­by go­rą­ce­go po­wie­trza — wy­zna­cza­ły w na­nieb­nym rzu­cie mapę do­bro­by­tu. Było to koło w okrę­gu: wy­so­kie luk­su­sy cen­trum oto­czo­ne stre­fą luk­su­sów ze­szło­wiecz­nych, oto­czo­ną nie­skoń­czo­ny­mi przed­mie­ścia­mi. Kie­dy nad nimi prze­la­ty­wa­li, wi­dział zim­ne re­flek­sy świa­tła w nie­zli­czo­nych przy­do­mo­wych ba­se­nach.

W od­da­li bły­ska­ły sze­ro­ko­pa­smo­we la­se­ry kla­sycz­nych ho­lo­gra­fii re­kla­mo­wych, z tej od­le­gło­ści, a zwłasz­cza pod tym ką­tem — zu­peł­nie nie­czy­tel­nych. Po ze­sta­wie­niach ko­lo­rów moż­na było jed­nak wnio­sko­wać o przy­na­leż­no­ści logo.

Sa­mo­lot scho­dził do La Gu­ar­dii po ja­kiejś prze­dziw­nej spi­ra­li, co­raz to inna część me­tro­po­lii pło­nę­ła ja­sny­mi ko­lo­ra­mi za ilu­mi­na­to­rem. Zim­na roz­pacz za­le­wa­ła umysł Czar­ne­go, choć od­wra­cał gło­wę od ekra­nów wi­do­ko­wych. Tam lu­dzie, mi­lio­ny lu­dzi. Uto­nę. Tsu­na­mi czer­ni. Kto ura­tu­je, gdym sa­mot­ny w ty­sięcz­nym tłu­mie. Jezu Chry­ste.

Pa­sa­żer­ka z żeń­skie­go prze­dzia­łu ona­ni­zo­wa­ła się w my­ślach, biz­nes­men z fo­te­la na przo­dzie upo­ka­rzał się wspo­mnie­niem po­gar­dy sze­fa, nie­mow­lę w ra­mio­nach mat­ki śni­ło o anal­nych roz­ko­szach, mat­ka zaś z zim­ną nie­na­wi­ścią do sa­mej sie­bie wy­rzu­ca­ła so­bie sła­bą wolę, któ­ra nie po­zwo­li­ła wów­czas jej dło­ni opaść na TER­MI­NA­TE in­ku­ba; a ste­ward ma­rzył o ata­ku ter­ro­ry­stów, krwi pa­sa­że­rów na su­fi­cie.

Czar­ny z tru­dem po­wstrzy­my­wał szloch. Ko­goś mu­siał tu bo­leć żo­łą­dek, bo Czar­ne­go aż skrę­ca­ło, ku­lił się mimo pa­sów. Pró­bo­wał się sku­pić na celu, na ko­niecz­no­ści — ale oni wszy­scy też mie­li oj­ców i ob­raz się roz­my­wał, mi­łość, nie­na­wiść i obo­jęt­ność od­kształ­ca­ły wspo­mnie­nia, rów­nież te nad­mia­ro­we. Ste­ward się za­nie­po­ko­ił, już chciał po­dejść, za­py­tać — więc Czar­ny się wy­pro­sto­wał, wy­gła­dził twarz.

Gdy wy­lą­do­wa­li, od­cze­kał, aż wszy­scy wyj­dą i wstał na koń­cu. Bia­ły rę­kaw był jak pę­po­wi­na łą­czą­ca ka­dłub ma­szy­ny z Tłu­mem-mat­ką. Szedł na­przód, śmier­tel­nie prze­ra­żo­ny. Bu­cha­ło mu w twarz gę­stą czer­nią. Spoj­rzał na bi­let, by przy­po­mnieć so­bie swe na­zwi­sko; za­raz zgu­bił myśl o przy­czy­nie spoj­rze­nia. Kil­ka­krot­nie przy­sta­wał. Po­twor­nie bo­la­ły go nogi. Za bram­ką na­szła go urzęd­ni­cza fru­stra­cja, na­krzy­czał na cel­ni­ka w za­po­ży­czo­nym ję­zy­ku. W su­mie był tak zdez­o­rien­to­wa­ny i ogłu­szo­ny, że nie miał­by szans z naj­więk­szy­mi par­ta­cza­mi.

A oni — oni wy­pra­co­wa­li już prze­cież opty­mal­ną pod wzglę­dem bez­pie­czeń­stwa pro­ce­du­rę i po­de­szli z wiel­ką ostroż­no­ścią. Gdy Czar­ny ode­brał ba­gaż i ru­szył ku wyj­ściu, usa­do­wio­ny na ga­le­rii po dru­giej stro­nie sali snaj­per otrzy­mał przez te­le­fon ukry­ty w mał­żo­wi­nie usznej opis i po­ło­że­nie celu, do tej pory nie miał bo­wiem zie­lo­ne­go po­ję­cia, o kogo cho­dzi.

Po­in­stru­owa­no go, że ma od­dać strzał naj­póź­niej w pięć se­kund. Od­dał w czte­ry.

Za­tru­ta igła tra­fi­ła Czar­ne­go w kark. Od­ru­cho­wo po­ru­szył bar­ka­mi. Obej­rzał się zdzi­wio­ny.

Sied­miu in­nych męż­czyzn, wmie­sza­nych w tłum po­dróż­nych, ode­bra­ło te­raz swo­je roz­ka­zy — iden­tycz­ną dro­gą co snaj­per, tak samo zwię­złe. Zlo­ka­li­zo­waw­szy obiekt, ru­szy­li ku nie­mu bie­giem. Czar­ny już giął się w ko­la­nach. Zła­pa­li go pod ra­mio­na, oto­czy­li pier­ście­niem ciał. Siód­my pod­niósł upusz­czo­ny ba­gaż.

Na uli­cy cze­ka­ły li­mu­zy­ny. Nie­przy­tom­ny Czar­ny za­ła­do­wa­ny zo­stał do dru­giej.

Sie­dzą­cy obok kie­row­cy łysy fe­no­azja­ta po­dał swe­mu te­le­fo­no­wi ha­sło nu­me­ru.

— Po­wiedz­cie Hun­to­wi, że wszyst­ko okay — rzekł. — Niech szy­ku­ją wa­ha­dło­wiec.

Spa­da­ło tęt­no, ru­chy ga­łek ocznych su­ge­ro­wa­ły fazę REM — choć prze­cież Nu­mer nie spał. Dy­żur­ny le­karz nad­zo­ru­ją­cy po­le­cił kom­po­wi wstrzyk­nąć sty­mu­lu­ją­cą daw­kę hor­mo­nów. De­li­kwent po in­jek­cji za­dy­go­tał kil­ka­krot­nie, otwo­rzył usta, jęk­nął. Nie­świa­do­my­mi szarp­nię­cia­mi (a wy­glą­da­ło to, jak­by mar­twy po­łeć mię­sa mio­tał się pod ude­rze­nia­mi prą­du) usi­ło­wał się wy­rwać, lecz pasy trzy­ma­ły moc­no. Kro­pel­ki śli­ny od­ry­wa­ły się od jego dzią­seł i dry­fo­wa­ły w po­wie­trzu ku naj­bliż­sze­mu otwo­ro­wi wy­mien­ni­ka at­mos­fe­ry.

Na­raz za­czę­ła sza­leć alfa, pro­gram ana­li­zu­ją­cy pra­cę mó­zgu za­pisz­czał alar­mem, we­wnątrz i na ze­wnątrz za­śle­pu A dy­żur­ne­go me­dy­ka.

— Od­ciąć go! — krzyk­nął na fir­mo­wej li­nii Pre­slaw­ny.

Le­karz spoj­rzał na wir­tu­al­ne wy­kre­sy i wło­sy sta­nę­ły mu dęba.

— Mu­siał­bym go wy­płasz­czyć! Osfan po­szedł już po­trój­nie!

— Cze­kaj!

Męż­czy­zna w po­miesz­cze­niu wi­docz­nym na za­le­do­wa­nej ścia­nie prze­stał się już po­ru­szać na łóż­ku, do któ­re­go był przy­pię­ty. Wszyst­ko w nim ga­sło, ob­umie­ra­ło: mózg, płu­ca, ser­ce. Wi­dać to było na ekra­nie, tym bar­dziej wi­dział to me­dyk. Pa­cjent za­pa­dał w głę­bo­ką komę. Ru­szy­ła się na­wet tem­pe­ra­tu­ra, choć na ra­zie za­le­d­wie o kil­ka­na­ście set­nych.

Do dy­żur­ki wszedł Pre­slaw­ny, jesz­cze ście­rał so­bie ket­chup z ust.

— Za­pa­da się — mruk­nął, le­d­wo rzu­ciw­szy okiem. — Jak bar­dzo mo­żesz szarp­nąć?

— Trze­cie­go stra­ci­li­śmy na mi­go­ta­niu, de­fi­bry­la­cja — grób.

— Ale on się, kur­wa, za­pa­da. Peł­na szpry­ca!

Le­karz wy­dał w OVR po­le­ce­nie.

— O mój Boże… — jęk­nął ci­cho pa­cjent, tym bar­dziej przej­mu­ją­co, że zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie; za­zwy­czaj nie mó­wi­li nic. Gło­śni­ki prze­ka­za­ły ten jęk do sal­ki ob­ser­wa­cyj­nej zwie­lo­krot­nio­ny w de­cy­be­lach i pod­bi­ty ciem­nym ba­sem. Pre­slaw­ny aż się wzdry­gnął i za­raz wściekł na sie­bie za ów dreszcz, kom­pro­mi­tu­ją­cy sy­gnał od sła­be­uszo­wa­tej du­szy.

— Co, wi­dzi już świa­teł­ko w tu­ne­lu? — za­zgrzy­tał.

— Pan spoj­rzy na EEG.

Pre­slaw­ny spoj­rzał i zwa­lił się bez­wład­nie na krze­sło. Chciał się zła­pać za gło­wę, ale ręce zo­rien­to­wa­ły się w ba­na­le i opa­dły mu w pół ge­stu.

— Czwar­ty — wes­tchnął, i to było epi­ta­fium dla ka­ta­to­ni­ka z ekra­nu.

— Trze­ba by po­wia­do­mić pana Hun­ta — za­uwa­żył bez­na­mięt­nym gło­sem wy­cho­dzą­cy z pół­za­śle­pu dok­tor.

— Ano.

W Bo­sto­nie dok­tor Vas­so­ne (sta­ły kon­trakt pro­fe­sor­ski na Uni­wer­sy­te­cie Bo­stoń­skim) koń­czy­ła wła­śnie śnia­da­nie w ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji. Dzien­ni­karz, z któ­rym umó­wi­ła się tu­taj na wy­wiad, od­szedł już od sto­li­ka, zby­ty stan­dar­do­wym pa­kie­tem kłamstw o prze­sa­dzo­nych plot­kach i ab­sur­dal­nych (tu pu­ścić po­ro­zu­mie­waw­czo oko) zo­bo­wią­za­niach pod­pi­sy­wa­nych przy oka­zji rzą­do­wych gran­tów: CNS i CAS, gdzie wy­kła­da­ła, były fi­nan­so­wa­ne ze źró­deł pry­wat­nych za­le­d­wie w kil­ku pro­cen­tach. Mo­gła te­raz całą uwa­gę po­świę­cić sty­gną­cym po­tra­wom.

Kel­ner oraz pi­szą­cy na led­pa­dzie dwa sto­li­ki da­lej biz­nes­men wi­dzie­li wszyst­ko bar­dzo do­kład­nie i zło­ży­li póź­niej wy­czer­pu­ją­ce ze­zna­nia.

Dok­tor Vas­so­ne upu­ści­ła fi­li­żan­kę, roz­legł się ostry grze­chot — i to wte­dy na nią spoj­rze­li.

Mru­ga­ła szyb­ko, z oczu pły­nę­ły jej łzy. Dol­ną war­gę przy­gry­zła tak moc­no, że po­ja­wi­ły się na niej drob­ne kro­ple krwi. Dłoń­mi za­czę­ła miąć ob­rus, ścią­ga­jąc go tym sa­mym ku so­bie; za­dzwo­ni­ła za­sta­wa. Vas­so­ne wes­tchnę­ła gło­śno. Szarp­nę­ła gło­wą, wi­sio­rek z logo ju­ry­dy­ka­to­ra ude­rzył ją w bro­dę. Wy­raz jej twa­rzy zmie­nił się od stra­chu, przez cier­pie­nie, do naj­głęb­szej roz­pa­czy. Za­łka­ła z głę­bi pier­si. Pra­wą rękę unio­sła i wy­cią­gnę­ła w przód, ale ru­cho­wi za­bra­kło zde­cy­do­wa­nia i pal­ce nie się­gnę­ły celu, ja­ki­kol­wiek on był. Za­raz za­wró­ci­ły i, zgię­te w szpo­ny, ude­rzy­ły w po­li­czek Vas­so­ne. Pa­znok­cie wbi­ły się w skó­rę. Ję­cząc, za­czę­ła roz­dra­py­wać so­bie twarz.

W tym mo­men­cie za­re­ago­wał kel­ner. Pod­biegł do Vas­so­ne i zła­pał ją za nad­garst­ki. Wy­ry­wa­ła się. Wo­ła­jąc o le­ka­rza, ru­szył z ko­lei po­móc kel­ne­ro­wi biz­nes­men. Wspól­ny­mi si­ła­mi w koń­cu obez­wład­ni­li ko­bie­tę — ale też tak to wła­śnie wy­glą­da­ło: bru­tal­ne obez­wład­nie­nie. Nie dało się unik­nąć gło­śnej sza­mo­ta­ni­ny, zrzu­ce­nia na pod­ło­gę ca­łej za­sta­wy, znisz­cze­nia ma­ry­na­rek męż­czyzn i ko­szu­li Vas­so­ne. Dra­pa­ła na oślep, po so­bie i po nich. Sze­ro­kie, krwa­we bruz­dy przy­da­wa­ły jej ob­li­czu upior­ne­go po­do­bień­stwa do in­diań­skich ma­lun­ków wo­jen­nych.

— Co, co, no co się dzie­je…? — szep­tał do niej biz­nes­men.

— Moje dzie­ci, moje dzie­ci — ję­cza­ła, drżąc w ich rę­kach. I taki żal, taka roz­pacz brzmia­ła w tym jęku, że obaj mi­mo­wol­nie ro­zej­rze­li się po sali za ja­ki­miś dzieć­mi, ale aku­rat nie było żad­nych.

— Co?

— Za­bi­łam je, za­bi­łam, mój Boże, za­bi­łam je obo­je…

Po­ja­wi­ło się wię­cej lu­dzi z ob­słu­gi, mię­dzy in­ny­mi ho­te­lo­wy le­karz — za­bra­li ją z głów­nej sali na za­ple­cze. Pła­ka­ła na głos, gdy ją wle­kli. Inni go­ście (choć o tej po­rze nie było ich tu wie­lu) pół­szep­tem wy­mie­nia­li mię­dzy sobą uwa­gi. Cały ho­tel ob­ję­ty był NEti i, ko­men­tu­jąc zda­rze­nie, od­ru­cho­wo roz­glą­da­li się za po­ukry­wa­ny­mi ka­me­ra­mi.

Przy­je­cha­ła ka­ret­ka i za­bra­no dok­tor Vas­so­ne do szpi­ta­la (nie zna­li kodu jej me­dy­ka­to­ra, nie mia­ła me­da­lar­mu na ca­sh­chi­pie). Sa­ni­ta­riu­sze wci­snę­li ją w ka­ftan bez­pie­czeń­stwa, cho­ciaż prze­sta­ła się już wy­ry­wać. Opa­trzy­li rany na jej twa­rzy. Mia­ła tak­że kil­ka zła­ma­nych pa­znok­ci i zdar­ty z przed­ra­mion na­skó­rek. Ob­ser­wo­wa­li ją czuj­nie.

Ma­ri­na Vas­so­ne, sta­ran­nie wy­rzeź­bio­na, po­mi­mo czter­dzie­stu sied­miu lat, za­cho­wa­ła syl­wet­kę mo­del­ki, cerę bez zmarsz­czek, oczy na­sto­lat­ki — bla­do­nie­bie­skie, bar­dzo zim­ne. Krót­kie bia­łe wło­sy za­cze­sa­ne do tyłu. Zde­cy­do­wa­nie skan­dy­naw­ski typ uro­dy.

Naj­pierw szep­ta­ła coś do sie­bie w ob­cym ję­zy­ku. Po­tem się uspo­ko­iła, zro­bi­ła kil­ka głę­bo­kich wde­chów i prze­mó­wi­ła po an­giel­sku do sa­ni­ta­riu­sza. Po­wta­rza­ła w kół­ko je­den i ten sam nu­mer te­le­fo­nu, prze­ko­nu­jąc, gro­żąc i bła­ga­jąc, by na­tych­miast nań za­dzwo­nił. Pro­sić pana Hun­ta. To waż­ne. Niech ru­szy ty­łek. Ale sa­ni­ta­riusz sur­fo­wał na fa­lach mu­zy­ki pły­ną­cej z im­plan­to­wa­nych mu pod kość czasz­ki re­zo­na­to­rów, z po­błaż­li­wym uśmie­chem igno­ro­wał ko­bie­tę w ka­fta­nie.

W szpi­ta­lu ścią­gnę­li jej DNAM, skon­tak­to­wa­li się z miej­sco­wym biu­rem me­dy­ka­to­ra, zro­bi­li ba­da­nia, dali jej kil­ka za­strzy­ków i od­sta­wi­li na salę, przy­pię­tą do łóż­ka bar­dzo sze­ro­ki­mi pa­sa­mi. Tu znów ją do­pa­dło. Po­mi­mo che­micz­ne­go wy­tłu­mie­nia jęła wrzesz­czeć, że jest mor­der­czy­nią, że po­win­ni ją wy­słać na krze­sło elek­trycz­ne, że pa­lić się bę­dzie w pie­kle, i tym po­dob­ne rze­czy.

Po­dwo­jo­no daw­kę. Za­snę­ła.

Po­wia­do­mio­na naj­bliż­sza (geo­gra­ficz­nie) ro­dzi­na oka­za­ła się sie­dem­na­sto­let­nim sy­nem. Co praw­da nie był to już syn w sen­sie praw­nym, bo kon­trakt wy­cho­waw­czy Vas­so­ne wy­gasł sześć lat temu i w ro­zu­mie­niu Gid­den­so­no­we­go ko­dek­su ro­dzin­ne­go nic już ich nie łą­czy­ło; nie­mniej dane zo­sta­ły w re­je­strach.

Przy­był, cier­pli­wie czu­wał przy niej i był tam też, gdy się ock­nę­ła. Z miej­sca wy­re­cy­to­wa­ła mu nu­mer. Za­dzwoń, za­dzwoń, za­dzwoń.

Za­dzwo­nił.

— Mogę roz­ma­wiać z pa­nem Hun­tem?

Ode­zwa­ła się ko­bie­ta lub po­słu­gu­ją­cy się ko­bie­cym dia­lo­gan­tem pro­gram se­kre­ta­ryj­ny.

— Kto mówi?

— Jas Vas­so­ne, dzwo­nię w imie­niu mo­jej mat­ki, to pil­ne, pro­si­ła, że­bym…

— Skąd pan ma ten nu­mer?

— No prze­cież mó­wię, moja mat­ka, dok­tor Ma­ri­na S. Vas­so­ne, sły­szy pani czy prze­li­te­ro­wać, no więc ona leży w szpi­ta­lu i pro­si­ła, że­bym…

Zmia­na po tam­tej stro­nie.

— Tu Hunt. Co się sta­ło?

— Trzy­ma­ją ją w szpi­ta­lu, na od­dzia­le psy­chia­trycz­nym, pro­si­ła…

— Któ­ry to szpi­tal?

Pół go­dzi­ny po tej roz­mo­wie przy­je­cha­ło dwóch cy­wi­li wy­glą­da­ją­cych na prze­bra­nych w ostat­niej chwi­li żoł­nie­rzy. Z miej­sca wda­li się w kłót­nię z per­so­ne­lem. Ścią­gnię­to praw­ni­ków szpi­ta­la i me­dy­ka­to­ra. Straż­ni­cy z po­bli­skich po­ste­run­ków nie zdej­mo­wa­li dło­ni z ka­bur.

Jas przy­pa­try­wał się temu wszyst­kie­mu z pro­gu sali mat­ki, nie­pew­ny, czy nie le­piej ukryć się przed wzro­kiem tam­tych. Bra­ły w nim górę lęki dzie­cię­ce: może przyj­dą i za­bro­nią, może prze­go­nią.

Gdy spoj­rza­ła nie­co przy­tom­niej, pod­szedł i po­chy­lił się nad nią.

— Co się sta­ło, mamo? Ty rze­czy­wi­ście je­steś cho­ra?

— Do­pa­dła mnie — szep­nę­ła, zwil­żyw­szy war­gi. — Le­piej już stąd odejdź.

— Ale…

— Pro­szę. Nie, nie je­stem cho­ra. Idź już.

Nie po­szedł.

Tym­cza­sem dwaj po­nu­rzy cy­wi­le osią­gnę­li naj­wy­raź­niej ja­kieś po­ro­zu­mie­nie z wła­dza­mi szpi­ta­la.

Za­ję­li po­ste­ru­nek opusz­czo­ny przez Jasa: w drzwiach sali.

— Te­raz trze­ba cze­kać — oznaj­mił je­den z nich. — Oby się tyl­ko po­spie­szy­li.

— Kto? — spy­tał Jas. — Kim wy je­ste­ście?

Dru­gi męż­czy­zna uśmiech­nął się.

— Co, fil­mów nie oglą­dasz? My je­ste­śmy z tego spi­sku rzą­do­we­go, któ­ry stał za Ro­swell, za­bój­stwem Ken­ne­dy’ego i za­nie­czysz­cze­niem śro­do­wi­ska. Nie po­zna­jesz gar­ni­tu­rów?

— Ale mogę zo­stać?

— A co, wy­ga­nia cię ktoś?

Tam­ci za­pa­li­li bez­ni­ko­ty­now­ce. Sta­li pod ścia­ną i ob­ser­wo­wa­li. Dok­tor Vas­so­ne prze­po­wia­da­ła so­bie pół­gło­sem ta­blicz­kę mno­że­nia, w tę i z po­wro­tem, sie­dem razy osiem, sie­dem razy dzie­więć, sie­dem razy dzie­sięć. Nie­spo­dzie­wa­nie je­den z po­zo­sta­łych pa­cjen­tów za­czął wrzesz­czeć po hisz­pań­sku, że jest po­tę­pio­ny i że dia­beł już cze­ka na nie­go. Przy­szła pie­lę­gniar­ka, zmie­ni­ła pro­gram jego do­zow­ni­ka; wkrót­ce się uspo­ko­ił.

Dwóch w gar­ni­tu­rach ob­ser­wo­wa­ło to bez­na­mięt­nie.

Po po­nad trzech go­dzi­nach przy­by­li ci, na któ­rych cze­ka­li owi pseu­do­cy­wi­le. Ja­so­wi opa­dła szczę­ka. Było to sied­miu mni­chów bud­dyj­skich, z wy­go­lo­ny­mi czasz­ka­mi, w dłu­gich brą­zo­wych i po­ma­rań­czo­wych sza­tach, w san­da­łach i z ja­ki­miś mo­dli­tew­ny­mi przy­rzą­da­mi w dło­niach. Roz­sie­dli się do­oko­ła łóż­ka dok­tor Vas­so­ne, po czym za­mknę­li oczy, znie­ru­cho­mie­li, pra­wie prze­sta­li od­dy­chać.

— Do­bra jest — mruk­nął je­den z agen­tów, ga­sząc swe­go pa­pie­ro­sa. — Me­dy­tu­ją. Za­wia­dom Hun­ta — rzu­cił do part­ne­ra.

— Kim oni są? — żach­nął się Jas. — O co tu cho­dzi?

— Nic się nie przej­muj — po­kle­pał go po ra­mie­niu dru­gi, uno­sząc do warg dłoń z te­le­fo­nem. — To straż­ni­cy. Two­ja mama jest już bez­piecz­na.

McFly z eki­pą już trze­ci dzień ko­czo­wał w tym domu. Bu­dy­nek stał opusz­czo­ny od po­nad dzie­się­ciu lat i zmie­nił się przez ten czas w po­nu­rą ru­de­rę. Stał na sa­mym koń­cu mia­stecz­ka, da­lej już tyl­ko łąka, szo­sa i roz­le­głe zło­mo­wi­sko, od któ­re­go wie­czo­ra­mi wiatr przy­no­sił krwi­sty za­pach rdzy.

Eki­pa McFly’a skła­da­ła się z dwóch męż­czyzn i ko­bie­ty. Ko­bie­tę zwer­bo­wa­no dzię­ki ogło­sze­niom na okul­ty­stycz­nej stro­nie WWW. Ka­za­ła się na­zy­wać Ma­da­me Flo­ren­ce. W rze­czy­wi­sto­ści była nie­rzeź­bio­ną cór­ką al­ko­ho­licz­ki z Ala­ba­my, le­d­wo skoń­czy­ła szko­łę śred­nią i zna­ła góra dwa­dzie­ścia fran­cu­skich zwro­tów, któ­re zresz­tą nie­mi­ło­sier­nie ka­le­czy­ła swym drew­nia­nym ak­cen­tem. Za ple­ca­mi prze­zy­wa­li ją Klem­pą. Ona sy­pia­ła na pię­trze, oni na par­te­rze; to na pię­trze po­peł­nio­no wszyst­kie mor­der­stwa.

Har­cott, któ­ry w isto­cie był le­ka­rzem woj­sko­wym, od­po­wia­dał za sprzęt: elek­tro­nicz­ny cze­pek, któ­ry Ma­da­me Flo­ren­ce zo­bli­go­wa­na była no­sić dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, oraz dwie wa­liz­ki wy­peł­nio­ne sprzę­żo­ny­mi z nim kom­pu­te­ra­mi i ich pe­ry­fe­ria­mi. McFly, de fac­to kie­row­nik ze­spo­łu, „w cy­wi­lu” po­rucz­nik US Navy (kontr­wy­wiad ma­ry­nar­ki), utrzy­my­wał łącz­ność z Ze­spo­łem Hun­ta oraz zaj­mo­wał się tak zwa­nym za­bez­pie­cze­niem te­re­nu, i choć nie miał wie­le do ro­bo­ty, do po­mo­cy dano mu jesz­cze Vace’a. Vace jeź­dził do cen­trum mia­stecz­ka po za­ku­py. Wszy­scy trzej byli smu­kły­mi, do­brze zbu­do­wa­ny­mi, dwu­me­tro­wy­mi blon­dy­na­mi o si­wych oczach; ich po­czę­cie przy­pa­dło na okres naj­więk­szej po­pu­lar­no­ści Fran­ka di Moz­zy.

Pierw­szej nocy Ma­da­me Flo­ren­ce spa­ła jak za­bi­ta, czu­wa­ją­cy przy niej Har­cott mało sam nie za­snął: wszyst­kie wy­kre­sy re­gu­lar­ne, dane w środ­ku prze­dzia­łów, nic wy­jąt­ko­we­go. Dru­giej nocy po­ja­wi­ły się pierw­sze wy­chy­le­nia. Po­tem, ran­kiem, gdy Har­cott od­sy­piał swo­je, McFly na­grał re­la­cję ze snów Ma­da­me Flo­ren­ce: coś o mo­rzu, i o kształ­tach w ciem­no­ści, i stra­chu bez­oso­bo­wym, i po­miesz­cze­niu, z któ­re­go nie moż­na się wy­do­stać. Wte­dy, zgod­nie z in­struk­cją, dał jej do prze­czy­ta­nia przy­go­to­wa­ne przez je­den z wy­dzia­łów Ze­spo­łu Hun­ta stresz­cze­nie hi­sto­rii tego domu i jego miesz­kań­ców, i ich zbrod­ni. W gwa­rze Ze­spo­łu lek­tu­ra po­dob­nych dzieł — a zwłasz­cza stu­dio­wa­nie do­łą­czo­nych zdjęć — na­zy­wa­ła się „prze­cie­ra­niem łą­czy”.

I nocą po ich „prze­tar­ciu” na­stą­pił kon­takt.

McFly’a obu­dził pisk w uchu. Alarm. Vace też już się pod­no­sił. In­struk­cja za­ka­zy­wa­ła po­sia­da­nia pod­czas ope­ra­cji ja­kiej­kol­wiek bro­ni, nie mie­li na­wet noży.

— Har­cott, Har­cott! — szep­tał McFly do sy­gne­tal­ne­go mi­kro­fo­nu No­kii. — Zgłoś się, do cho­le­ry! Co tam się dzie­je?

Ale ci­sza. McFly mach­nął na Vace’a. Scho­dy. Wnę­trze bu­dyn­ku to­nę­ło w mro­ku. Za­ło­ży­li oku­la­ry nok­to­wi­zyj­ne. Za­pło­nął chro­po­wa­ty mo­no­chrom. Na pię­trze trzesz­cza­ła pod­ło­ga. Kro­ki? Czy­je? Wsłu­chi­wa­li się przez chwi­lę. Z ze­wnątrz bu­dyn­ku szedł ni­ski szum bu­dzą­cej się bu­rzy, grze­chot ci­ska­nych po po­dwó­rzu śmie­ci. Zno­wu trza­ski.

McFly mach­nął w kie­run­ku scho­dów. Ru­szy­li sko­ka­mi, wza­jem­nie się ubez­pie­cza­jąc — z bra­ku bro­ni pal­nej, w bar­dzo bli­skiej od­le­gło­ści. Ro­bac­two ucie­ka­ło im spod stóp. W holu ni­ko­go. Przez strza­ska­ny wi­traż nad­drzwio­wy wie­je desz­czem; za­pach nocy, za­pach bu­rzy, ozon na fa­lach zim­ne­go po­wie­trza. McFly po­ka­zał: ja pierw­szy.

Wspi­nał się tuż przy ba­lu­stra­dzie, nie opie­ra­jąc się o po­ręcz. Mimo wszyst­ko kil­ka stop­ni stęk­nę­ło pod nim i pod Vace’em. W ko­ry­ta­rzu na pię­trze też spo­kój. Drzwi sy­pial­ni Ma­da­me Flo­ren­ce uchy­lo­ne, ciem­ność zza nich. Za­czę­li na­słu­chi­wać od­de­chów, szme­rów po­ru­szeń — ale bu­rza wszyst­ko głu­szy­ła.

McFly zno­wu po­ka­zał: ja. Przy­sko­czył do drzwi, kuc­nął, zaj­rzał. Krew za­la­ła mu oczy, ude­rze­nie prze­wró­ci­ło go na ple­cy, spa­dły oku­la­ry. Cię­cie przez pół gło­wy pie­kło jak ja­sna cho­le­ra. Usi­ło­wał się od­tur­lać w bok, jed­no­cze­śnie ma­ca­jąc się po czasz­ce, ale w szo­ku po­my­lił stro­ny i wto­czył się Vace’owi pod nogi. Vace chciał go prze­sko­czyć — ude­rzył w pchnię­te przez Ma­da­me Flo­ren­ce drzwi. Wy­pa­dła z krzy­wym zę­bem uła­ma­nej szy­by w dło­ni, ze szkła ska­py­wa­ła krew McFly’a.

— Rzuć to! — krzyk­nął od­ska­ku­ją­cy w tył Vace.

— Co się dzie­je, co się dzie­je…?! — py­tał roz­pacz­li­wie McFly, prze­cie­ra­jąc rę­ka­wem za­la­ne czer­wie­nią oku­la­ry.

— Rzuć to!

Ale Ma­da­me Flo­ren­ce tyl­ko unio­sła szkla­ny nóż wy­żej. Cze­pek z elek­tro­da­mi prze­krzy­wił się jej na gło­wie, wło­sy wy­sta­wa­ły spodeń na wszyst­kie stro­ny. Na twa­rzy i na szla­fro­ku mia­ła pla­my, któ­re Vace po­strze­gał przez nok­to­wi­zor klek­sa­mi głę­bo­kiej czer­ni, lecz prze­cież wie­dział, czym są w rze­czy­wi­sto­ści.

— Har­cott…?! Har­cott, na mi­łość bo­ską…?!

Dok­tor nie od­po­wia­dał.

Klem­pa rzu­ci­ła się na Vace’a, po­rucz­nik usko­czył.

Tym­cza­sem McFly pod­niósł się na nogi. Lewą ręką ście­rał i strze­py­wał krew z czo­ła, pra­wą po­ka­zał Vace’owi zza ple­ców Ma­da­me Flo­ren­ce: zła­pię ją od tyłu. Raz, dwa, trzy.

Sko­czy­li rów­no­cze­śnie. W tym mo­men­cie rąb­nął gdzieś bar­dzo bli­sko pio­run, McFly’a ośle­pi­ło, wpadł na Vace’a. Klem­pa za­wy­ła, za­ma­cha­ła szkłem. Vace zła­pał się za brzuch. McFly z za­ci­śnię­ty­mi po­wie­ka­mi po­stą­pił kil­ka kro­ków wstecz. Od upły­wu krwi za­czy­na­ło mu się już krę­cić w gło­wie.

— Na dół, Vace, we­zwij po­moc!

— Je­eeeezuu, roz­pru­ła mnie…

— Vace!

McFly uniósł po­wie­ki. Ma­da­me Flo­ren­ce bie­gła na nie­go z wznie­sio­nym zę­bem brud­ne­go szkła, usta mia­ła wy­krzy­wio­ne w ja­kiś dzi­ki gry­mas, oczy wy­ba­łu­szo­ne. McFly trza­snął ją kan­tem sto­py w krtań, po­pra­wił w ko­la­no, zła­pał za pra­wą rękę, zła­mał, wy­trą­cił z dło­ni uła­mek szy­by. Nie­przy­tom­ną ko­bie­tę zło­żył na pod­ło­dze. Po­tem mu­siał się oprzeć o ścia­nę, ćmi­ło mu wzrok. Ktoś pła­kał. McFly ru­szył z po­wro­tem ku scho­dom. Tu, pod drzwia­mi sy­pial­ni, le­żał Vace z je­li­ta­mi na wierz­chu. Obej­mo­wał je trzę­są­cy­mi się strasz­li­wie rę­ka­mi, łzy pły­nę­ły mu z oczu. McFly spoj­rzał do wnę­trza sy­pial­ni. Na po­dusz­ce le­ża­ła od­cię­ta gło­wa Har­cot­ta. Nogi ugię­ły się pod Mac­Fly’em, klęk­nął obok Vace’a, któ­ry za­czy­nał już tra­cić dech. Ma­chi­nal­nie po­gła­skał go po twa­rzy.

— Mój Boże, co to jest, co tu się dzie­je, no hor­ror dla ubo­gich…

Oczy­wi­ście nie był to wa­ha­dło­wiec w ubie­gło­wiecz­nym ro­zu­mie­niu tego sło­wa — choć peł­nił tę samą funk­cję — lecz po pro­stu sa­mo­lot or­bi­tal­ny trwa­le przy­sto­so­wa­ny do wy­so­kich tras, gru­bo po­wy­żej pu­ła­pu ko­niecz­ne­go dla za­wi­śnię­cia po­nad ob­ra­ca­ją­cym się glo­bem pod­czas zwy­kłych trans­kon­ty­nen­tal­nych lo­tów pa­sa­żer­skich. Od go­dzi­ny go­to­wał się do star­tu na pa­sie są­sia­du­ją­cym z tym, na któ­rym stał te­raz bo­eing, któ­rym przy­le­ciał Czar­ny.

Pod­je­cha­li li­mu­zy­na­mi pod same schod­ki, za­ła­do­wa­li Czar­ne­go do tyl­nej ka­bi­ny, przy­pię­li do fo­te­la.

Wraz z nim le­ciał od­po­wied­nio prze­szko­lo­ny sa­ni­ta­riusz. Na­zy­wał się Ti­mo­thy Flo­wers. Po­sia­dał on już nie­ja­kie do­świad­cze­nie w tej pra­cy. W rze­czy sa­mej ob­słu­gi­wał tra­sę od sa­me­go po­cząt­ku.

Krę­cąc gło­wą, prze­czy­tał roz­kaz, jak zwy­kle mak­sy­mal­nie zwię­zły. W tym sa­mym lo­cie „JFK” za­bie­rze na dół Nu­mer 4. Wi­dać też nie wy­trzy­mał dłu­go.

Skon­tro­lo­waw­szy stan je­dy­ne­go poza nim pa­sa­że­ra (męż­czy­zna był nie­przy­tom­ny), Flo­wers usiadł z wes­tchnie­niem na swo­im miej­scu.

Czar­ny ock­nął się kil­ka mi­nut po star­cie. Nie było już te­raz po­trze­by fa­sze­ro­wa­nia go środ­ka­mi na­sen­ny­mi, a Flo­wers nie wy­czy­tał w roz­ka­zie ta­kie­go za­le­ce­nia. Znał pro­ce­du­rę i był przy­zwy­cza­jo­ny, więc tyl­ko spraw­dził puls Czar­ne­go i zaj­rzał mu w oczy. Wie­dział, że nie musi ni­cze­go tłu­ma­czyć.

— Co sta­ło się Czwar­te­mu? — spy­tał go Czar­ny.

— Nie wiem — od­parł Flo­wers. Nie było roz­ka­zu utrzy­my­wa­nia ta­jem­ni­cy przed wy­no­szo­ny­mi. — Śpiącz­ka ja­kaś. Za­wsze to samo. Ścią­ga­my ich z po­wro­tem do No­we­go Jor­ku.

— Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji uro­dzin, Tim.

— Dzię­ku­ję.

— Mo­żesz mi dać coś do prze­płu­ka­nia gar­dła?

— Oczy­wi­ście. Pro­szę.

Ręce miał Czar­ny przy­mo­co­wa­ne rze­pa­mi do po­rę­czy fo­te­la, lecz po­da­ny przez Flo­wer­sa po­jem­nik z so­kiem po­ma­rań­czo­wym za­wisł usłuż­nie przed jego twa­rzą. Byli już na or­bi­cie.

Flo­wers ob­ser­wo­wał pa­cjen­ta ką­tem oka (sie­dzie­li w fo­te­lach po dwóch stro­nach przej­ścia, za prze­pie­rze­niem od­dzie­la­ją­cym ka­bi­nę pi­lo­tów). Rzeź­bio­ny, nie­rzeź­bio­ny, Flo­wers nie po­tra­fił zde­cy­do­wać. Za­zwy­czaj byli to ewi­dent­ni nie­rzeź­bie­ni. I za­zwy­czaj ab­so­lut­nie spo­koj­ni. Jak ten: nic już nie mó­wił, nic nie ro­bił, aż do przy­cu­mo­wa­nia do Labu 13.

Bo inni mó­wi­li, ro­bi­li — i po czę­ści na­wet my­śle­li — za nie­go; jak za­wsze. Ti­mo­thy Flo­wers, któ­ry miał się nim opie­ko­wać, wy­peł­niał swe za­da­nie samą swą obec­no­ścią.

Nu­mer 5, Nu­mer 5 — tak wi­dział go Flo­wers, taką ety­kie­tą so­bie opo­wia­dał. I Czar­ny au­to­ma­tycz­nie też za­czął się tak po­strze­gać: pią­ty z ko­lei po­sy­ła­ny do or­bi­tal­ne­go ere­mu, na stra­ce­nie, na komę, na śmierć umy­słu. I wi­dział się rów­nież ano­ni­mo­wym pa­sa­że­rem, ludz­kim car­go — w oczach pary pi­lo­tów „JFK”. Ja­kieś małe za­mie­sza­nie w ich do­okol­nych aso­cja­cjach: pier­wot­nie mie­li go do­star­czyć do Labu 9, po­tem na­gle zmie­nio­no de­sty­na­cję. Czar­ny bez pro­ble­mu po­łą­czył dane z krą­żą­cych po gło­wach pi­lo­tów i sa­ni­ta­riu­sza sko­ja­rzeń: to z po­wo­du na­głej za­pa­ści Nu­me­ru 4. Zwal­nia się Lab 13 i tam mnie od razu za­in­sta­lu­ją. (Trzy­na­ście, fe­ral­na licz­ba).

Po­rwa­li go, wy­strze­li­li w ko­smos, zo­sta­wią sa­me­go w bla­sza­nej pusz­ce oto­czo­nej śmier­tel­ną próż­nią — czy się bał? Ależ to wszyst­ko były za­mie­rze­nia i dzia­ła­nia lu­dzi, żad­na tam klę­ska ży­wio­ło­wa, żad­na zło­śli­wość na­tu­ry. A jak­że bać się lu­dzi? Roz­pacz — owszem; czar­na de­pre­sja — jak naj­bar­dziej; ale — strach? W isto­cie nie opusz­cza­ło Czar­ne­go de­li­kat­ne za­dzi­wie­nie, ro­dzaj ma­łost­ko­wej cie­ka­wo­ści: spoj­rzy tu, spoj­rzy tam, po­cze­ka, za­sta­no­wi się… Lu­bił być za­ska­ki­wa­ny.

Po przy­cu­mo­wa­niu i wy­rów­na­niu ci­śnień Flo­wers od­piął się i po­pły­nął do wła­zu Labu 13. Czar­ny oglą­dał jego oczy­ma wnę­trze ha­bi­ta­tu, przy­pa­try­wał się po­grą­żo­ne­mu w śpiącz­ce Nu­me­ro­wi 4. Z wy­glą­du — prze­cięt­ny dzi­kus.

Flo­wers bar­dzo ostroż­nie od­pi­nał od śpią­ce­go całe me­dycz­ne oprzy­rzą­do­wa­nie, któ­rym był on ople­cio­ny, wy­cią­gał z żył igły, od­ry­wał pla­stry.

Nu­mer 4 — skon­sta­to­wał Czar­ny — sam mu­siał na sie­bie to wszyst­ko po­za­kła­dać, sa­me­mu opiąć so­bie cia­ło owym in­stru­men­ta­rium zdal­nej tor­tu­ry. Ni­ko­go in­ne­go wszak tu nie było.

Prze­cięt­ny męż­czy­zna. Śpi? Na­wet nie to. Bije odeń ci­sza spo­koj­ne­go mo­rza, szmer fal: drob­nych i po­wol­nych jak let­nia bry­za na je­zio­rze. Od­szedł, nie ma go tu.

Flo­wers prze­cią­gnął bez­wład­ne cia­ło do środ­ko­wej ka­bi­ny sa­mo­lo­tu. Nogi Czwór­ki były zwią­za­ne, ręce przy­mo­co­wa­ne do tu­ło­wia, sa­ni­ta­riusz ope­ro­wał cia­łem nie­przy­tom­ne­go ni­czym pla­stycz­ną ku­kłą. Usa­dził je, za­bez­pie­czył, pod­piął do czuj­ni­ków sa­mo­lo­tu.

Po­tem wró­cił do Czar­ne­go. Wy­jął i za­ła­do­wał in­jek­tor. Czar­ny wciąż był przy­twier­dzo­ny do fo­te­la ela­stycz­ny­mi pa­sa­mi.

— Taka pro­ce­du­ra — mruk­nął doń Flo­wers, ra­czej bez­myśl­nie, bo z pew­no­ścią nie była to pró­ba uspra­wie­dli­wie­nia się. — Mógł­byś się rzu­cać, a tu wszyst­ko de­li­kat­ne, le­piej nie ry­zy­ko­wać roz­ró­by w zero gie. Na chwi­lę za­śniesz, prze­nio­sę cię spo­koj­nie do labu.

— Wiem.

Flo­wers od­bez­pie­czył in­jek­tor, spoj­rzał prze­lot­nie Czar­ne­mu w oczy.

— Wiem, że wiesz. Wy za­wsze wie­cie.