Czarna Madonna - Remigiusz Mróz

Czarna Madonna

5,0

Boeing 747 irlandzkich linii lotniczych miał wylądować w Tel Awiwie o trzeciej w nocy. Nigdy nie dotarł na miejsce, a kontakt z maszyną utracono gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Na pokładzie znajdowało się 520 osób, w tym narzeczona Filipa, która miała odbyć pielgrzymkę do Bazyliki Grobu Świętego.

Przez pierwsze godziny Filip wierzy, że samolot się odnajdzie. Nic nie wskazuje na zamach, straż przybrzeżna nie odnajduje wraku, a co jakiś czas do kontroli lotów dociera sygnał z transpondera.

Co stało się z boeingiem? Jaki związek ma jego zniknięcie z podobnymi zdarzeniami?
I jakie znaczenie ma obraz Matki Bożej, nazywany Czarną Madonną?

Pierwsze odpowiedzi każą Filipowi sądzić, że niewiedza naprawdę jest błogosławieństwem.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
19122.jpg

 

 

19132.jpg

 

 

Copyright © Remigiusz Mróz, 2017

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2017

 

 

 

 

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt okładki: Dark Crayon / Piotr Cieśliński

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2017

 

ISBN 978-83-7976-711-3

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

Dla Ev,

to ta czerwona okładka, na którą czekałaś?

 

 

 

Choć fabuła jest fikcyjna,książce zostały

opisane także prawdziwe zdarzenia.

Katastrofa lotu Japan Air 123 została odtworzona na podstawie nagrańczarnych skrzynek.

 

 

Vigilate itaque, quia nescitis diem neque horam.

(Czuwajcie zatem, bo nie znacie dnia ani godziny).

Słowa Jezusa Chrystusa,

Ewangelia wg św. Mateusza

 

Rozdział I

 

Signum sanctae crucis

 

 

 

I

 

 

Szatan istnieje. Nie tylko jako idea, uosobienie naszych własnych demonów lub symbol zła, ale jako osoba. Jezus rozmawiał z nim, przebywając na pustyni. Leon XIII widział go, kiedy odprawiał mszę – potem polecił całemu miastu modlić się, by Bóg strącił diabła do piekła. W Rytuale rzymskim znajduje się egzorcyzm, który papież ułożył niedługo potem i który odmawiał kilkakrotnie każdego dnia.

Być może dzięki osobom tak gorliwym, jak Leon XIII, zło przez lata pozostawało w ukryciu. W pewnym momencie coś się jednak zmieniło.

Było to trzynastego kwietnia, cztery lata po tym, jak na dobre zdjąłem koloratkę i schowałem ją na dnie jednej z szuflad. Wcześniej spędziłem sześć lat w seminarium, po prymicji jeszcze przez kilka podążałem drogą, która wydawała mi się jedyną słuszną. Zszedłem z niej niedługo po tym, jak poznałem Anetę.

Przychodziła na msze, które celebrowałem jako wikariusz parafialny. Spowiadałem ją kilkakrotnie, bywałem u niej na kolędzie. Udzieliłem nawet ślubu jej siostrze, nie przypuszczając, że kiedyś sam stanę z Anetą na ślubnym kobiercu.

A raczej, że niemal to zrobię.

Stało się to możliwe tylko dlatego, że po zrezygnowaniu z kapłaństwa dzięki mojemu biskupowi uzyskałem papieską dyspensę. Wprawdzie sakramentu święceń wyrzec się nie mogłem i duchownym miałem pozostać do końca życia, ale wolno mi było uczestniczyć w życiu Kościoła jak każdemu innemu wiernemu. Także poprzez zawarcie małżeństwa.

Trzynastego kwietnia dzieliło mnie od tego raptem kilka miesięcy. Razem z Anetą mieliśmy wybrać się w podróż przedślubną do Ziemi Świętej. Długo to planowaliśmy, odłożyliśmy pieniądze, ale pech chciał, że sytuacja zmusiła mnie, bym został w Polsce. Może gdyby nie zaciągnięte kredyty i opłakana sytuacja finansowa, stałoby się inaczej. Ostatecznie jednak nie miałem wyjścia – musiałem wybierać między podróżą do Izraela a perspektywą pożegnania się z pracą.

Moja narzeczona po długich namowach poleciała sama. A ja niedługo potem miałem przekonać się, że dług we frankach okaże się błahostką w porównaniu z tym, co przyjdzie mi spłacać przez resztę życia.

Tamtej nocy miałem problemy z zaśnięciem – może dlatego, że puste łóżko przypominało mi samotne życie, które niegdyś wiodłem. Obawiałem się, że nie zmrużę oka, ale w pewnym momencie sen w końcu mnie zmorzył. Nie na długo. Kwadrans, może dwa po tym, jak zasnąłem, obudziła mnie komórka.

Wibrowała na szafce nocnej, ale miałem wrażenie, jakby to rzeczywistość drgała.

Jęknąłem, żałując, że wyrwano mnie z błogiej nicości snu, którego już nie pamiętałem. Dopiero po chwili zreflektowałem się, że najpewniej dzwoni Aneta, by powiedzieć, że bezpiecznie wylądowała.

Spojrzałem na wyświetlacz i przekonałem się, że mam kilka nieodebranych połączeń. Może spałem mocniej i dłużej, niż mi się wydawało. Zmrużyłem oczy, rozdrażniony blaskiem wyświetlacza i faktem, że to nie narzeczona próbowała się ze mną skontaktować, ale mój ojciec.

Jedna z ostatnich osób, z którymi chciałbym rozmawiać. Szczególnie w środku nocy.

Mimo to przesunąłem palcem po ekranie.

– Tak? – zapytałem.

– Chryste… – powiedział na wydechu ojciec. – Myślałem…

– Co się dzieje?

– Myślałem, że jesteś na pokładzie tego samolotu.

Podsunąłem się do wezgłowia i włączyłem nocną lampkę. Wyraźna ulga w głosie ojca była niepokojąca, należał bowiem do wyjątkowo powściągliwych osób. Nie popadał w egzaltację nawet wtedy, kiedy sytuacja tego wymagała. Z punktu widzenia przeciętnego rozmówcy była to niewątpliwa zaleta – z punktu widzenia syna niekoniecznie.

– Nie poleciałem – odparłem, jeszcze niedobudzony. – Aneta w końcu dała się przekonać, żeby…

– Była tam?

Czas przeszły był jak cios prosto między oczy. Odchrząknąłem nerwowo.

– Co się dzieje? – powtórzyłem. – O co chodzi?

Milczał, ale słyszałem, jak łapczywie nabiera tchu. Zupełnie jakby dopiero wynurzył się spod wody po próbie pobicia rekordu w czasie nurkowania.

– Halo? – ponagliłem go.

Wiedziałem już, z czego wynika moja irytacja. Nawet gdyby powiedział mniej, a mój umysł wzbraniałby się przed zrozumieniem implikacji tego telefonu, pojąłbym, że wydarzyła się tragedia.

– Stracili kontakt z maszyną – oznajmił.

Nie odpowiedziałem.

– Włącz NSI – poradził. – Trwa relacja na żywo.

Podniosłem się powoli, spokojnie. Nie docierał do mnie sens słów ojca. Poszedłem do salonu, odnosząc wrażenie, jakby każdy krok był okupiony wręcz absurdalnym wysiłkiem. Włączyłem telewizor i stanąłem przed nim jak przed ołtarzem.

Ojciec przez chwilę podawał mi te same informacje, które przekazywano na antenie stacji informacyjnej. Na koniec zapytał, czy to na pewno ten samolot.

Lot tanich irlandzkich linii lotniczych Air Hibernia z wrocławskich Strachowic na lotnisko Bena Guriona w Tel Awiwie. Numer rejsu AH 3836. Boeing 747-100-SR-46. Nie mogło być mowy o żadnej pomyłce.

Nogi się pode mną ugięły i opadłem ciężko na fotel. Słyszałem głos w słuchawce, ale nie rozumiałem już żadnych słów.

– Filip? – zapytał z niepokojem ojciec. – Słyszysz mnie?

Właściwie tylko on mówił do mnie po imieniu. Wszyscy inni używali pseudonimu Bergkamp – lub skrótu Berg – którego nabawiłem się, kiedy w latach dziewięćdziesiątych kupiłem na bazarze koszulkę holenderskiego piłkarza.

– Słyszę.

– Mówiłem, że ostatni kontakt z maszyną był na ponad pół godziny przed planowanym lądowaniem. Gdzieś nad Morzem Śródziemnym.

– Nad Lewantyńskim – poprawiłem go, potrząsając głową. – Właśnie mówią o tym na NSI.

Przejęty głos prowadzącego nocne pasmo informacyjne zdawał się złowróżbny, jakby mężczyzna zaraz miał zapowiedzieć huk siedmiu archanielskich trąb zwiastujących koniec świata.

Być może w pewnym sensie tak było. Przynajmniej dla mnie.

– Są jakieś hipotezy? – zapytałem, wciąż zbity z tropu. – Wiedzą, co się stało?

– Mogło dojść do awarii transpondera. Rozważają też porwanie…

Nie wspomniał o najbardziej prawdopodobnej przyczynie, która sama się nasuwała. Byłem mu za to wdzięczny. Gdybym usłyszał z jego ust słowo „katastrofa”, zapewne byłoby mi jeszcze trudniej ogarnąć umysłem to, co się działo.

– Za kwadrans oświadczenie ma wydać rzecznik linii lotniczych – dodał.

Spojrzałem na zegarek, zastanawiając się, ile osób w środku nocy będzie słuchało przedstawiciela Air Hibernia. Zapewne niewiele, większość rodzin nie miała pojęcia, że coś złego stało się z ich bliskimi. Prześpią tę noc spokojnie. Jako jedną z ostatnich.

Rano zacznie się gehenna.

– Takie awarie się zdarzają – dodał ojciec.

– Transpondera?

– Oczywiście.

Nie sądziłem, by to było przyczyną braku sygnału. Może przemawiał przeze mnie pesymizm, a może fakt, że od pewnego czasu media skrupulatnie relacjonowały każdy przypadek zaginięcia samolotu.

Nie trzeba było kończyć zaawansowanego kursu z astronautyki, by wiedzieć, że na pokładzie każdej maszyny znajduje się zapasowy transponder. Wystarczyło śledzić doniesienia choćby na temat katastrofy samolotu EgyptAir lecącego z Paryża do Kairu.

Przez moment obaj milczeliśmy, słuchając dziennikarza NSI. Podawał wciąż te same informacje, nie siląc się nawet na szukanie synonimów. W materiale wideo powtarzały się ujęcia z wrocławskiego lotniska, wykonane przy jakiejś innej okazji. Na pierwszym planie widoczny był dreamliner LOT-u, w oddali startowała maszyna Air Hibernia, być może ta sama, którą dziś leciała Aneta.

Ledwo ta myśl nadeszła, poczułem chłód na całym ciele, jakby ktoś otworzył wszystkie okna w mieszkaniu. Mimowolnie potarłem ręce.

– Próbowałeś do niej dzwonić? – zapytałem.

– Kilkakrotnie. Nie ma sygnału.

Milczałem.

– To jeszcze nic nie znaczy – dodał. – Tak naprawdę nic jeszcze nie wiemy.

Wiedzieliśmy jednak dużo więcej, niż byliśmy w stanie przyznać.

– No tak… – odpowiedziałem, a potem spojrzałem na telefon. – Za chwilę oddzwonię.

– W porządku.

Zdawał sobie sprawę, że muszę sam spróbować. Dopiero usłyszenie mechanicznego komunikatu z centrali mogło mi uświadomić, że naprawdę nie ma kontaktu z moją narzeczoną.

Nabrałem tchu i lekko dotknąłem jej zdjęcia na widgecie szybkiego wybierania. W słuchawce zaległa absolutna cisza, co wydało mi się dziwne. Byłem przekonany, że usłyszę sygnał wybierania numeru, a potem kobiecy głos, który oznajmi po polsku i angielsku, że abonent jest tymczasowo niedostępny.

Na linii jednak rozbrzmiało coś innego. Cichy, metaliczny chrzęst, kojarzący się z dźwiękami fabrycznymi. Niepokojący i w jakiś sposób dotykający tych strun w duszy, które zazwyczaj się nie poruszają.

Nieprzyjemny pogłos szybko ucichł i zamiast niego usłyszałem sygnał nawiązywanego połączenia. Oplotło mnie uczucie gorąca. W jakiś sposób złowieszcze, pochmurne. Okazało się jednak niczym w porównaniu z tym, co poczułem chwilę później.

Usłyszałem kilka słów w nieznanym języku.

Wypowiadanych moim własnym głosem.

Potem nastała cisza.

 

II

 

 

Rankiem odwiedziła mnie Kinga, starsza siostra mojej narzeczonej. Mieszkała kilka klatek dalej, na tym samym wrocławskim osiedlu przy Gerberowej, na Krzykach. W przeciwieństwie do nas nie musiała jednak się zadłużać, stać ją było na mieszkanie.

Chciała nawet dołożyć się do zakupu naszego – i właściwie mnie to nie dziwiło. Ona i Aneta nie należały do sióstr, które uporczywie ścierałyby się ze sobą przez całe dzieciństwo. Przeciwnie, mimo kilkuletniej różnicy wieku były nierozłączne.

Zaparzyłem Kindze herbatę, zastanawiając się, czy powiedzieć jej o głosie, który słyszałem w nocy. Kilka godzin po tym zdarzeniu nie mogłem przesądzić, czy rzeczywiście należał do mnie. Ani tym bardziej w jakim języku mówił.

Właściwie nie byłem nawet pewien, czy go słyszałem.

Przez jakiś czas łudziłem się, że to omamy, i próbowałem złożyć wszystko na karb szoku. Ostatecznie doszedłem jednak do wniosku, że to tylko marna próba ucieczki udręczonego umysłu, który boi się prawdy. Tak czy inaczej, postanowiłem zachować wszystko dla siebie. Przynajmniej na razie.

– Wiadomo coś? – zapytała Kinga, kiedy podałem jej kubek.

Miała zapuchnięte oczy, mówiła łamiącym się głosem.

– Nie – odparłem ciężko i usiadłem po drugiej stronie stołu. – Nie ma po nich śladu.

– Przecież… – zaczęła i urwała, kręcąc głową. – To ogromny samolot, ponad pięćset osób na pokładzie… nie może zniknąć ot tak. Są przecież radary, cała przestrzeń wokół Ziemi jest naszpikowana satelitami…

Na antenie NSI i TVN24 wałkowano to od wczesnych godzin porannych. Mimo że nie było jeszcze siódmej, obejrzałem wystąpienia dwóch specjalistów lotnictwa, którzy właściwie tylko potwierdzili to, co już wiedziałem.

– Urządzenia cywilne namierzają tylko aktywne transpondery – powiedziałem. – Te wojskowe musiałyby zostać odpowiednio wymierzone.

Niestety, prawda była taka, że nawet An-225 Mrija, największy samolot na świecie, mógłby zniknąć bez śladu. Co dopiero dużo mniejszy boeing.

– Ale…

– W dodatku cywilne stacje mają niewielki zasięg, raptem czterysta kilometrów. Nie wyłapią maszyny nad oceanem.

– W takim razie wojsko mogłoby pomóc. Przecież samolot zniknął niedaleko przestrzeni powietrznej Izraela. Gdzie jak gdzie, ale na Bliskim Wschodzie muszą trzymać rękę na pulsie.

– I trzymają.

– Więc nie rozumiem, w czym problem?

– W tym, że wojskowe radary przy takiej odległości śledzą pułap powyżej trzech tysięcy metrów. A kiedy ten samolot był w ich zasięgu, leciał już dużo niżej.

Przez moment po prostu na siebie patrzyliśmy, prowadząc bezgłośny dialog. Potem oboje spuściliśmy wzrok. Wiedzieliśmy, że im dłużej trwa cisza, tym gorzej.

– Jak to możliwe, że nie istnieje jakiś awaryjny system satelitarny na taki wypadek? – zapytała Kinga.

Wzruszyłem ramionami, a potem podniosłem się i zrobiłem herbatę także sobie. Czarną earl grey, innej nie piłem. Ominęła mnie moda na wszystkie te białe, zielone, matche, yerby i pu-erhy. Zanurzyłem kilkakrotnie torebkę, zastanawiając się, czy nie zacząć dnia od czegoś mocniejszego, ale może lepiej było przynajmniej przez jakiś czas zachować trzeźwy umysł.

– Byle komórka za kilkaset złotych ma nadajnik GPS, Berg – dodała nieobecnym głosem Kinga.

– Bo komórkę wymieniasz co rok czy dwa.

– Co? – zapytała, ogrzewając dłonie kubkiem, jakby był środek zimy.

– Sprzęt, o którym mówimy, kosztuje krocie. A projektowano go na początku dwudziestego wieku – odparłem.

– W takim razie najwyższa pora na zmiany.

– I może do nich dojdzie. Po katastrofie MH 370 podjęto jakieś próby, ale w skali globalnej koszt wymiany całego sprzętu byłby gigantyczny.

Starałem się skupić na tym, co mówię, ale myśli wciąż wracały do głosu, który słyszałem. Głosu, który zdawał się wżerać we mnie jak rdza w metal. Korodowałem od środka, a w dodatku sam do tego doprowadziłem, wybierając numer Anety. Nieopatrznie wtłoczyłem w siebie coś, co zaczynało mnie niszczyć.

– Zanim stracono kontakt, nie doszło do żadnej zmiany kursu – odezwałem się z nadzieją, że dalsza rozmowa pomoże mi przestać o tym myśleć. – Nic nie wskazuje na porwanie.

– To dobrze.

Milczenie znów się przeciągało, a ja nie wiedziałem, czy powinienem je przerywać.

– Ale… na Boga, gdzie jest ten samolot? – zapytała Kinga.

Miałem wrażenie, że bardzo daleko. Dalej, niż ktokolwiek z nas mógłby przypuszczać. Zachowałem jednak tę uwagę dla siebie.

Godzinę później zaczęły się pojawiać szczątkowe informacje. Okazało się, że maszyna była wyposażona w system ACARS, sprawny i systematycznie wysyłający sygnały radiowe. Te również w pewnym momencie po prostu się urwały.

Ostatni komunikat wysłany przez kapitana do wieży kontroli lotów sugerował, że nie dzieje się nic złego, a załoga niebawem rozpocznie przygotowania do procedury podejścia na lotnisko Bena Guriona w Tel Awiwie.

Około południa potwierdziło się, że maszyna Air Hibernia w istocie nie została porwana. Za najbardziej prawdopodobną wersję przyjęto, że spadła do morza. Kiedy po raz pierwszy powiedziano o tym otwarcie na antenie NSI, Kinga zaniosła się płaczem.

Podobnie jak wszystkie inne siostry na świecie, Aneta i Kinga nierówno podzieliły się hartem ducha. Jedna była silną, dominującą osobowością, druga raczej podążała tam, gdzie jej siostra.

Patrząc na Kingę, pomyślałem, że moja narzeczona nigdy nie uroniłaby łzy, gdyby sytuacja się odwróciła. Odchodziłaby od zmysłów, złorzeczyła na wszystko i wszystkich, ale z pewnością by nie płakała. W tym względzie przypominała mojego ojca – większość emocji zachowywała dla siebie. Najłatwiej przychodziło jej okazywanie tych negatywnych, mimo że często wynikały z troski, sympatii czy nawet miłości.

Ale może właśnie dlatego tak bardzo pociągał mnie jej charakter. Może to dla niego zdjąłem raz na zawsze koloratkę.

Tak przynajmniej powtarzałem sobie przez pewien czas. Prawda była jednak taka, że myśl, żeby porzucić celibat, pojawiła się w mojej głowie nie kiedy poznałem Anetę, ale kiedy udzielałem ślubu Kindze i jej ówczesnemu narzeczonemu.

Co jakiś czas walczyłem z tą konkluzją jak z natrętną muchą, która nieustannie gdzieś brzęczy, ale nie sposób jej znaleźć. Pod tym względem poranek trzynastego kwietnia niczym nie różnił się od innych dni.

Odsunąłem jednak myśli o przeszłości, starając się skupić na obecnych problemach. Kinga długo siedziała przy stole w milczeniu, a ja nie miałem zamiaru silić się na bezowocne próby pocieszenia jej.

Oprócz tego oboje wyjątkowo sprawnie oszukiwaliśmy samych siebie, że wszystko dobrze się skończy, a Aneta do nas wróci. Przypuszczam, że każdy na naszym miejscu stawał się podobnym naciągaczem – dilerem handlującym złudną nadzieją i nieracjonalną ufnością w szczęśliwy finał.

– Co teraz? – zapytała w końcu słabym głosem.

Oderwałem wzrok od stojącego na stole laptopa. Przeglądałem zachodnie serwisy informacyjne, właściwie czując się jak chomik w klatce. Po kilku rundach na tym informacyjnym kołowrocie uznałem, że najwięcej sensownych wieści pojawiało się na portalu BBC. Spodziewałem się, że niebawem to się zmieni i prym będzie wiodła CNN. W Atlancie była dopiero szósta rano, więc Amerykanie uaktywnią się zapewne za godzinę lub dwie.

– Berg? – dopomniała się o uwagę Kinga.

Spojrzałem na monitor. Brytyjczycy podali kilka nowych, niewiele wnoszących szczegółów. Do tego pojawiły się wzmianki, które należało traktować wyłącznie jako plotki – wyraźnie zresztą zaznaczono, że są niepotwierdzone.

– Rozszerzyli obszar poszukiwań do pięciu tysięcy kilometrów kwadratowych.

– Czyli…

– Szukają wraku – dodałem.

Choć ledwo przeszło mi to przez gardło, czułem, że powinno zostać powiedziane.

– Nie ma już wątpliwości, że samolot spadł do morza – ciągnąłem. – W akcję poszukiwawczą zaangażowanych jest teraz kilka krajów, kolejne dołączają.

Zreferowałem jej to tak urzędowym tonem, że sam poczułem się nieswojo.

– Może ktoś przeżył – jęknęła. – Jest jeszcze nadzieja…

– Jest – przyznałem. – Nieraz zdarzało się, że w podobnych sytuacjach odnajdywano ocalałych.

Nie zabrzmiało to dobrze. I na dobrą sprawę dopiero teraz uświadomiłem sobie, że rozmawiamy o katastrofie, do której doszło naprawdę. Rzeczywistość przez moment wydawała się oplatającą mnie cienką, wątłą błoną, która powoli pękała.

– W nocy czytałam w internecie, że mogło dojść do zderzenia z wojskowym dronem. W końcu to teren, który armia ma na oku.

Ja zaś czytałem o tunelu czasoprzestrzennym, który miał wessać AH 3836 do innego wymiaru, o uprowadzeniu przez rząd USA, o zestrzeleniu przez Koreę Północną, o porwaniu przez dżihadystów lub w końcu przez obcych. W ten ostatni scenariusz nie byłem gotów uwierzyć – od kiedy w telefonach komórkowych zaczęto montować wysokiej jakości obiektywy, liczba zdjęć niezidentyfikowanych obiektów latających drastycznie spadła. W tej chwili wynosiła chyba zero, co w porównaniu z niegdysiejszym zalewem nagrań dawało do myślenia.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie wyczekująco. Nie wiem, czego się po sobie spodziewaliśmy. Że jedno z nas doda drugiemu otuchy? Odnajdzie w sobie choć nieco nadziei?

Nie było na to miejsca. I potwierdziły to słowa Kingi.

– Powinniśmy… – zaczęła niepewnie. – Powinniśmy założyć najgorsze, prawda?

Nie odpowiedziałem.

– Nigdy nie słyszałam o ocalałych po katastrofach lotniczych – dodała, zawieszając nieobecny wzrok gdzieś za oknem. – A chyba byłoby o tym głośno.

– Było – odparłem. – Choćby w osiemdziesiątym siódmym, kiedy lot 225 Northwest Airlines rozbił się w Detroit zaraz po starcie. Zginęły sto pięćdziesiąt cztery osoby ze stu pięćdziesięciu pięciu znajdujących się na pokładzie. Przeżyła tylko czteroletnia dziewczynka, Cecelia Cichan.

Kinga spojrzała na mnie z powątpiewaniem, jakbym wymyślił to naprędce.

– Najgłośniejszy przypadek to Yemenia 626 z dwa tysiące dziewiątego roku. Maszyna spadła do Oceanu Indyjskiego podczas podchodzenia do lądowania. Ze stu pięćdziesięciu pięciu osób na pokładzie przeżyła tylko czternastoletnia Bahia Bakari, mimo że nie potrafiła pływać ani nie miała kamizelki ratunkowej.

Niewielki, ledwo dostrzegalny błysk pojawił się w oczach Kingi.

– Naprawdę?

– Mhm – potwierdziłem. – Cuda się zdarzają. A ja pół nocy spędziłem na czytaniu o nich. Było więcej takich przypadków.

Pokiwała głową bez przekonania, jakby chciała mi zakomunikować, że tyle nie wystarczy, by zaczęła się łudzić, że siostra nadal żyje. Czekała na więcej, nie miałem jej jednak nic do zaoferowania.

I oczywiście kłamałem, mówiąc, że pół nocy rozeznawałem się w optymistycznej materii. Cudowne ocalenia znałem już wcześniej, a kilka ostatnich godzin spędziłem na raczej przygnębiających rozważaniach.

I na obracaniu w głowie nieznanych słów, które usłyszałem.

– Wiadomo coś o pilotach? – zapytała Kinga.

– Wszystko i nic.

– Słucham?

– Linie lotnicze podały tyle informacji, że można by napisać dwie biografie, ale na ile byłyby konfabulacją, a na ile oddaniem faktów, trudno powiedzieć.

– Myślisz, że ci ludzie mogli celowo rozbić samolot?

– Nie – odparłem stanowczo. – BBC podaje, że to dwóch Irlandczyków z dziada pradziada, nie mieli żadnych powiązań z organizacjami terrorystycznymi.

– Mogło odbić któremuś z nich… a poza tym byli tam przecież inni członkowie załogi, nawigator…

– Wszyscy czyści jak łza, jeśli wierzyć dziennikarzom Sky News. To oni jako pierwsi dotarli do manifestu pokładowego.

Przez kwadrans Kinga zadawała kolejne pytania, a ja odpowiadałem, jakbym miał wcześniej przygotowane szablony. Powtarzałem wszystko to, co usłyszałem w mediach. Tak, szukają z powietrza plam oleju unoszących się na wodzie. Nie, na obrazie z satelity nie widać tak małego punktu, jakim jest samolot. Tak, czarne skrzynki wysyłają sygnały. Nie, obszar jest zbyt duży, by bez konkretnej lokalizacji odebrać to, co emitują nadajniki.

W końcu oboje spasowaliśmy, uświadamiając sobie, że ponad siedemdziesiąt procent naszej planety stanowi woda, więc samoloty naprawdę mają się gdzie zgubić. Samo Morze Śródziemne rozciąga się na przestrzeni przeszło dwóch i pół miliona kilometrów kwadratowych – a jest to ośmiokrotność terytorium Polski. W dodatku średnia głębokość wynosi półtora kilometra.

To nie było szukanie igły w stogu siana. Raczej źdźbła w stogu igieł.

Nikt nie mógł mieć dla nas żadnych informacji, mimo to Kinga próbowała skontaktować się z ambasadą w Izraelu, a potem z naszym ministerstwem spraw zagranicznych. Pracownicy obydwu placówek zapewnili ją, że służby robią wszystko, by ustalić, co w istocie miało miejsce.

Tym samym w niezbyt wymyślny sposób dano nam do zrozumienia, że jest naprawdę źle.

Przez kolejne godziny wypiliśmy hektolitry herbaty i kawy, a wraz ze wzrostem poziomu kofeiny w organizmach rósł także niepokój w naszych głowach. Na tym etapie mogliśmy – i powinniśmy – być już pewni, że nikt nie przeżył.

Przynajmniej do piętnastej. Wtedy pojawiła się wiadomość, która zelektryzowała wszystkich i sprawiła, że nawet tych, którzy do tej pory nie interesowali się losem zaginionej maszyny, przykuło do telewizorów i monitorów.

Jako pierwsza informację o odebraniu sygnału transpondera podała CNN. Wieść rozeszła się po całym świecie lotem błyskawicy. Może nawet szybciej, niż podróżują udostępniane na Facebooku posty o znęcaniu się nad zwierzętami.

Gdyby wiadomość nie pochodziła od CNN, zapewne wszyscy bylibyśmy bardziej sceptyczni. Dziennikarze tej stacji trzymali się jednak pewnych standardów. Jeśli upublicznili informację, należało przyjąć, że potwierdzili ją przynajmniej u dwóch, może trzech niezależnych źródeł.

Sygnał zarejestrowała kontrola lotów w Dżeddzie, na zachodnim wybrzeżu Arabii Saudyjskiej. Dane sugerowały, że AH 3836 znajduje się gdzieś nad Morzem Czerwonym.

Po tym, jak pierwszy raz o tym usłyszeliśmy, potrzebowaliśmy kilku minut absolutnej ciszy, by przyswoić tę wieść. Czułem na sobie wzrok Kingi – ponaglający, pytający i sugerujący, że to we mnie szuka ratunku.

Ja tymczasem zmagałem się z tym, żeby nie pozwolić błonie rzeczywistości pęknąć. Miałem jednak wrażenie, że dzieli mnie od tego już niewiele.

– Jak to możliwe? – spytała. – Lecieli dalej? Minęli Izrael i skierowali się na południe?

Czym prędzej wszedłem na Google Maps. Miałem szczątkową wiedzę na temat Bliskiego Wschodu, ale trudno było powiedzieć, czy nowy kurs był przedłużeniem poprzedniego, czy może boeing zmienił trasę.

Szybko przekonałem się, że Kinga miała rację.

– Wygląda na to, że po prostu polecieli dalej – powiedziałem.

– Autopilot?

– To by wiele tłumaczyło.

– Może załoga straciła przytomność i nikt nie mógł dostać się do kokpitu.

Pokręciłem głową, a ona popatrzyła na mnie z pretensją, jakbym był winny całej sytuacji. Wydawało mi się, że po katastrofie airbusa Germanwings każdy zdawał sobie sprawę, na jakiej zasadzie działała blokada drzwi kokpitu.

– Personel zna kod, dzięki któremu może wejść do kabiny – wyjaśniłem. – Chyba że w ciągu trzydziestu sekund ktoś w środku zablokuje dostęp.

– Może więc tak się stało?

Wydawało mi się to mało prawdopodobne.

– I porywacz kierowałby się dalej na południe? – zapytałem. – Raczej zawróciłby w kierunku jakiegoś europejskiego miasta.

– Arabia Saudyjska też nieraz podpadła ekstremistom.

W tym musiałem przyznać jej rację. Saudów nienawidzili wszyscy szyici, ale to nie ten odłam islamu stanowił dla nich główny problem. Na cel brali ich także ekstremiści sunniccy z ISIS i Al-Kaidy. Teoretycznie możliwe było, że któraś z tych organizacji porwała samolot.

Tylko teoretycznie. W praktyce wiązałoby się to ze zbyt dużym ryzykiem, którego można było uniknąć, decydując się na wybuch bomby, użycie ciężarówki czy inny samobójczy atak. Jeśli ktoś rzeczywiście miałby porwać boeinga, to jedynie po to, by uderzyć w miejsca inaczej niedostępne.

Chwilę później dowiedzieliśmy się, że transponder był aktywny tylko przez moment. Potem kontakt się urwał i po samolocie znów nie było śladu. Spekulowano, że na pokładzie rzeczywiście mogą być terroryści oraz że w pewnym momencie pasażerom lub załodze udało się dostać do kokpitu. Zanim jednak zdążyli włączyć cokolwiek poza urządzeniem wysyłającym sygnał, zostali obezwładnieni.

Była to logiczna koncepcja. Spójna.

Przynajmniej do czasu, aż pojawił się kolejny sygnał. Tym razem znad Sahary Zachodniej, oddalonej od wybrzeża Arabii o mniej więcej pięć tysięcy kilometrów.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

19159.jpg

 

 

19151.jpg

 

 

19141.jpg

 

 

Spis treści

 

 

Rozdział I. Signum sanctae crucis

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

 

Rozdział II. Doxologia in honorem Sanctissimae Trinitatis

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

XII

XIII

 

Rozdział III. Symbolum Apostolorum

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

 

Rozdział IV. Oratio Dominica

I

II

III

IV

V

VI

VII

VIII

IX

X

XI

 

Posłowie

 

Polecamy

00009.jpeg