Córki Księżyca. Tom II. Nocny cień. Tajemny zwój. - Lynne Ewing

Córki Księżyca. Tom II. Nocny cień. Tajemny zwój.

0,0

Pradawnej magii w wielkim mieście ciąg dalszy!

Vanessa, Catty, Serena i Jimena, cztery dziewczyny, cztery charaktery, cztery młode boginie – każda ma niezwykłą moc.

Nocny cień
Jimena, Latynoska z twardym charakterem, budzi respekt, choć nie należy już do żadnego z młodzieżowych gangów. Tylko jedna osoba była w stanie ją poruszyć – Veto, jej ukochany, który zginął w walce z wrogim gangiem... A może wcale nie? Gdy Veto nagle powraca, Jimena odkrywa, że chłopak zawarł pakt z diabłem. Pakt, który ich oboje może kosztować życie.

Tajemny zwój
Catty zawsze marzyła o tym, by poznać swoją prawdziwą matkę, o której wie, że porzuciła ją na poboczu pustynnej drogi. Na szczęście dziewczyna ma moc, by cofnąć się w czasie, by poznać prawdę o swoim pochodzeniu. A prawda ta okazuje się bardziej skomplikowana i niepokojąca niż Catty mogłaby przypuszczać.

Dodaj komentarz


Przy moim zajęciu polegającym na recenzowaniu książek nie można stykać się tylko z dobrą literaturą. Tą mało interesującą też trzeba czytać aby wyrobić sobie jakąś opinię. Ponieważ zacząłem ten cykl, wypadałoby go skończyć, choć nie zasługuje na szczególną uwagę. Ta książka to drugi tom „Córek Księżyca”. To nieco lepszy od pierwszego, ale historia ta sama, czyli schematyczna opowieść z gatunku paranormal romance. Może zainteresuje młodych czytelników.


Skoro powiedziało się A, trzeba powiedzieć też B, a zatem sięgnęłam też po drugą część serii Córki Księżyca. Nie była to zbyt dobra decyzja. Ta książka jest najzwyczajniej w świecie słaba – nie ma w niej nic, co by mnie zaskoczyło. Zupełnie nie powala, tonie wśród innych jej podobnych, nie jest ani charakterystyczna, ani niezwykła. „Nocny cień. Tajemny zwój” to nie jest dobry wybór, chociaż tego spodziewałam.


Sięgnęłam po kolejny tom raczej z obowiązku niż dla przyjemności, gdyż jakoś części pierwszej nie napawała optymizmem. I niestety nie zostałam miło zaskoczona. Książka nadal jest schematyczna, ze słabą fabułą i kiepskimi bohaterami. Ponadto autorka garściami czerpie inspirację z innych tego typu pozycji dostępnych na światowym rynku paranormal romance. Pozycja jedynie dla zagorzałych fanów serii, autorki, czy też gatunku powieści.


Przeczytał część pierwsza więc przyszła pora na drugą, choć nie ciągnęło mnie za bardzo. Głównie ze względu na mierność tego cyklu. Mnóstwo zapożyczeń (oczywiście odpowiednio przerobionych) z innych pozycji z gatunku romansu paranormalnego. Ta część jest jednak odrobinę lepsza od pierwszej. Fabuła nabiera w pewnym stopniu tajemniczości. Szkoda tylko, że jest w pewnym momencie grubo naciągana. Miałam nieprzyjemne wrażenie, że autorka powinna skorzystać z jakiś warsztatów literackich.


Schematyczność wręcz poraża. Autorka tak zapędza się w swoich opisach, że potem sama nie ma pojęcia, co dalej i wymyśla mało prawdopodobną wersję. Żenada.


Ten tom jest dużo gorszy niż pierwszy. Historia nie porywa, a bohaterki są jeszcze bardziej płytkie.


Powieść o współczesnych boginiach, która jest nawet ciekawsza od części pierwszej. Fabuła czasem tajemnicza a czasem trochę naciągana, jednak czyta się dość dobrze.


Tej tom był jeszcze do zniesienia. Dziewczyna trochę spoważniały dzięki czemu dało się o nich czytać. Szkoda, że autorka na linii fabuły całkowicie poległa.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Tytuł oryginału: Daughters of the Moon #3: Night Shade; Daughters of the Moon #4:

The Secret Scroll

Night Shade and The Secret Scroll © 2001 by Lynne Ewing

Originally published in the United States and Canada by Disney • Hyperion Books, an imprint of Disney Book Group, LLC as Daughters of the Moon #3: Night Shade; Daughters of the Moon #4: The Secret Scroll. This reprinted edition published by arrangement with Disney • Hyperion Books

Copyright for the Polish edition © 2011 by Wydawnictwo Jaguar S.J.

Projekt graficzny okładki: Joanna Wasilewska

Zdjęcie na okładce © Stas Perov – Fotolia.com

Redakcja: Justyna Chmielewska

Korekta: Marta Olejnik

Skład i łamanie: EKART

ISBN 978-83-7686-046-6

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2011

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar S.J.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2011

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Alessandry Balzer, z głęboką wdzięcznością. Bez jej bezgranicznego entuzjazmu i wsparcia książki te nigdy by nie powstały.

PROLOG

Diana była boginią myśliwych i wszystkich nowo narodzonych istot. Kobiety modliły się do niej o szczęście w małżeństwie i o pomyślne urodzenie dzieci, ale bogini miała taką moc, że kultem otaczały ją nawet wojownicze Amazonki.

Żaden mężczyzna nie był wart jej miłości, a jej serce udało się zdobyć dopiero potężnemu Orionowi. Diana miała go poślubić, ale na wieść o tym, że się zakochała, jej brat bliźniak Apollo wpadł w gniew. Pewnego dnia ujrzał Oriona zanurzonego po szyję w morzu. Wtedy postanowił oszukać Dianę i namówił ją, żeby trafiła w odległy punkt unoszący się na wodzie. Diana wypuściła strzałę z morderczą precyzją. Nieco później fale wyrzuciły na brzeg martwe ciało Oriona.

Rozpaczając nad swoim tragicznym w skutkach błędem, Diana umieściła Oriona na rozgwieżdżonym niebie. Co noc rozpalała w ciemności pochodnię, by móc patrzeć na swego ukochanego. To światło dawało ludziom ukojenie i wkrótce zaczęto czcić Dianę także jako boginię Księżyca.

Szeptano pokątnie, że gdyby bogini w dziczy wydała na świat córkę, dziecko to z wielką mocą strzegłoby niewinnych.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Jimena Castillo szła w dół skąpanej w deszczu ulicy, jakby do niej należała noc. I faktycznie tak było. To było jej sąsiedztwo, dzielnica Los Angeles o nazwie Pico-Union. Minęła sklep Langer’s Deli, podnosząc głowę i pozwalając, by chłodny deszcz obmył jej twarz. A potem skręciła w ulicę Alvarado, przechodząc na czerwonym świetle.

Ford Torino zatrzymał się z piskiem opon kilka centymetrów od jej kolan. Zanim kierowca nacisnął klakson, Jimena poklepała maskę samochodu. Mężczyzna spojrzał na nią i zobaczył w jej oczach ostrzeżenie. Nie jesteś w swojej dzielnicy.

Kierowca zrozumiał i oparł się cierpliwie w fotelu, jak gdyby zatrzymywanie się na zielonym świetle było w Los Angeles czymś zupełnie normalnym. Kiedy tylko Jimena dotarła na drugą stronę ulicy, samochód gwałtownie odjechał.

Dziewczyna poszła w stronę parku MacArthura. Była zmęczona i przyspieszyła kroku. Tecatos1 wyglądający ze swoich na prędce rozstawionych namiotów mogli przypuszczać, że i ona jest na haju. Co by sobie pomyśleli, gdyby wiedzieli, co naprawdę robiła tej nocy? Czy jej prawdziwa tożsamość wystraszyłaby ich, czy raczej prosiliby ją o pomoc?

Wtem ujrzała jakiś ruch pod jedną z ławek. Kartony ześlizgnęły się ze śpiącego ciała. Dziewczyna poczuła nieodpartą potrzebę, by się zatrzymać i zdobyć na spowiedź. Chciała usiąść na ławce i wyznać temu biednemu bezdomnemu całą prawdę. Nie uległa jednak tej chwilowej słabości, tylko ruszyła jeszcze szybciej ścieżką wijącą się dookoła jeziora. Padający deszcz sprawił, że mokry asfalt błyszczał jak focza skóra. Gigantyczna fontanna na środku jeziora wyrzucała wodę w powietrze z taką siłą, jakby chciała odesłać deszcz z powrotem do nieba.

Kiedy Jimena dotarła do Wilshire Boulevard, rozejrzała się uważnie. Ruch uliczny był tu niewielki, za to zagrożenie całkiem spore. Wilshire stanowił naturalną granicę jej dzielnicy. Jimena musiała przejść przez terytorium wroga, żeby dostać się do mieszkania swojej babci.

Koło przystanku autobusowego czekała grupka dziewczyn. Sprawiały wrażenie, jakby chciały napaść na starszą kobietę, która przed chwilą wysiadła z autobusu. Prawdopodobnie była to jedna ze sprzątaczek w szpitalu Cedars-Sinai albo kelnerka w którejś z restauracji w zachodnim Los Angeles.

Jimena nie zwolniła kroku. Szła pewnie przed siebie, z wysoko uniesioną głową.

Dziewczyny spojrzały na nią raz, potem drugi, aż w końcu odsunęły się od ławeczki na przystanku. Zrobiły to beztrosko i z nonszalancją, jakby w ogóle jej nie zauważyły.

Jimena wyczuła ich strach i uśmiechnęła się. Wciąż cieszyła się taką reputacją, że nawet brutalne enemigas2 nie chciały ryzykować bezpośredniej konfrontacji.

Minęła je, stukając głośno obcasami. Czuła na sobie ukradkowe spojrzenia dziewczyn, pełne podziwu i zdumienia. Tym razem nie miała na sobie spodni khaki, obcisłego T-shirtu i długiej bluzy Pendletona, pożyczonej od chłopaka. Dzisiaj założyła seksowną sukienkę i buty na tak wysokim obcasie. Pod wpływem deszczu sukienka przykleiła jej się do ciała i widać było wyraźnie, że Jimena jest bez broni. Nie miała gnata. A mimo to wciąż czuły przed nią respekt.

Tym razem zatrzymała się na czerwonym świetle, przede wszystkim po to, żeby dać tym chicas3 do zrozumienia, że się ich nie boi. Dobrze jest być najgorszą chola en el condado de Los Angeles4. Nadal należała do swojego starego gangu Ninth Street5, ale w wieku piętnastu lat zasłużyła już sobie na miano weteranki. Prawdziwej legendy, jak podkreślały z dumą jej kumpele. Jimena była niezłym ziółkiem, zanim jeszcze wybrała swoje przeznaczenie. Zerknęła na liczne blizny i tatuaże zdobiące jej dłonie. Co zrobiłyby dziewczyny z tej bandy, gdyby znały jej prawdziwą tożsamość?

Odwróciła się, żeby wyszczerzyć do nich zęby w triumfalnym uśmiechu, ale dziewczyn już nie było. Oddaliły się pospiesznie w dół alei.

Światło na sygnalizatorze zmieniło się na zielone. Jimena weszła na ulicę i w tym samym momencie przez nieboskłon przetoczył się leniwy, głuchy grzmot, odbijając się wokół echem. Dziewczyna z szacunkiem popatrzyła w stronę nocnego nieba. Burze z piorunami należały w Los Angeles do rzadkości i Jimena chciała zobaczyć, jak niebo przecina poszarpana błyskawica. W powietrzu rozległ się kolejny grom, znów bez poprzedzającej go błyskawicy. Deszcz stał się jeszcze silniejszy i zimniejszy. Przyspieszyła kroku.

Za jej plecami przejechał samochód, ślizgając się po mokrym asfalcie.

– Jaguar. – To słowo, wypowiedziane miękkim szeptem, zagłuszyło na chwilę dźwięk padającego deszczu.

Jimena zatrzymała się i spojrzała przez ramię. Tylko Veto nazywał ją Jaguarem. Ale on nie żył od roku. Został zabity na terytorium wroga. A może to tamte dziewczyny? Czy to one zebrały się na odwagę i postanowiły jednak stawić jej czoła? Jimena obserwowała zalane deszczem cienie. W blasku mokrych liści odbijały się różowe i niebieskie neony. Ale nie szukała wzrokiem wrogiej grupki dziewczyn – myślała o Veto. Zaskoczyło ją, jak bardzo za nim tęskniła. I to po roku. Pragnęła poczuć znowu tę słodką, upajającą miłość, która ich łączyła.

Jimena przeniosła się do liceum La Brea niecałe pół roku temu. Tamtejsze chłopaki ograniczały się wyłącznie do niewinnych uśmiechów i proszenia jej do tańca. Wiedziała, że ją obserwują, kiedy idzie korytarzem, ale kiedy odwzajemniała ich spojrzenia, spuszczali wzrok. Być może jej oczy lub zaciśnięte usta sprawiały, że widzieli w niej gangsterkę. Veto zawsze twierdził, że przypomina mu jaguara – odsłonięte zęby oznaczały ostrzeżenie, nie uśmiech. Jimena pewnie przerażała tych chłopców, nawet o tym nie wiedząc.

Szła teraz wolniej, nadstawiając uszu na najmniejszy nawet odgłos. Krople deszczu spadały na liście, trawę i dachy domów. Ale słyszała tylko ten jeden dźwięk. Wspomnienia związane z Veto odbijały się w jej głowie bolesnym echem. Nigdy nie potrafiła zrozumieć, po co poszedł wtedy na terytorium wroga – w tę noc, kiedy zginął. Jego śmierci towarzyszyła jakaś gorycz. To prawda, że Veto był szurnięty, ale iść tam samemu, bez chłopaków – to było zbyt loco6, nawet jak na niego. Co go tam popchnęło?

– Jaguar.

Tym razem Jimena usłyszała to słowo wyraźnie. Odwróciła się. W świetle neonu zamajaczyła sylwetka smukłego, muskularnego młodego mężczyzny. Ruszył powoli w jej stronę. Wiatr rozwiewał poły jego płaszcza, które unosiły się za nim niczym gigantyczne czarne skrzydła.

Kiedy postać znalazła się w kręgu światła ulicznej latarni, Jimena z trudem stłumiła krzyk.

– Veto?

Przed nią stał Veto o tej samej pięknej i zuchwałej twarzy swoich przodków, Majów – miał ciemne, migoczące oczy i wysokie kości policzkowe. Jego granatowoczarne włosy ociekały wodą, jakby śledził ją od dłuższego czasu.

Serce Jimeny wyrywało się z piersi.

– Veto – powtórzyła to imię, tym razem znacznie wolniej, delektując się jego brzmieniem na języku i zastanawiając się, czy przypadkiem nie śni. Od śmierci chłopaka śniła o nim bardzo często. Czasem nawet budziła się w środku nocy, pewna, że ukochany woła ją po imieniu.

Zbliżył się. W jego wyglądzie było coś obcego. To był on, a jednak różnił się od tego Veto, którego zapamiętała. Miał dłuższe włosy i bledszą skórę. Wyraźnie stracił też na wadze. Jimena przyglądała się uważnie jego ciemnym oczom, które mrugały, jakby przyćmione światła uliczne były dla niego zbyt jasne.

Przełamując opór, Jimena wyciągnęła rękę i dotknęła niewielkiej blizny na prawym policzku chłopaka. Jego skóra wydawała się ciepła, zwłaszcza w porównaniu ze spływającymi po niej kroplami zimnego deszczu. Veto – jak żywy! Dziewczyna gorączkowo starała się znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie. Trumna z jego ciałem podczas pogrzebu była cały czas zamknięta. Jimena nie widziała jego zwłok. Czy policja i koroner mogli się pomylić? Może zamiast Veto został pochowany jakiś inny chłopak z sąsiedztwa? Jimena rozważyła taką możliwość. Może został objęty programem ochrony świadków? To tłumaczyłoby jego dziwne zachowanie – jeśli faktycznie został rata7. Tym bardziej, że zaraz po pogrzebie matka Veto i trzej jego młodsi bracia wyprowadzili się z powrotem do Meksyku.

– Co ty tutaj robisz? Objęli cię programem ochrony świadków? – spytała Jimena, rozdrażniona dzielącym ich napięciem.

– Nie, Jaguar. Nie jestem kapusiem. – Spróbował się uśmiechnąć, tak jak to robił zawsze. Ale jego usta wydawały się jakby sztywne i nieprzywykłe do takiego grymasu. Nagły smutek wypełnił serce Jimeny. Czy Veto żył teraz w miejscu, w którym uśmiech traktowano jako niebezpieczną oznakę słabości?

– Więc co? – Jimena nie mogła się zdobyć na nic więcej. Zaczęła jej drżeć dolna warga, a po policzkach popłynęły łzy, które powstrzymywała na pogrzebie.

– ¿Estas llorando?8 – Veto objął ją i przytulił. Ciepło bijące z jego ciała wsiąkało w jej zimną skórę. – Nigdy nie widziałem, żebyś to robiła.

– To deszcz – skłamała Jimena. Nawet teraz chciała zachować pozory twardej.

Veto ucałował te łzy.

Cofnęła się o krok.

– Gdzieś ty się podziewał? – W jej głosie zabrzmiały gniew i tęsknota.

– Zgubiłem się.

– Zgubiłeś się? Co to za odpowiedź?

– Ale już wróciłem. Tylko to się liczy. Mówiłem ci, że nic nas nie rozłączy.

– Więc jednak poszedłeś na układ z glinami? Kogo wsypałeś?

Veto odwrócił się i wtedy Jimena uświadomiła sobie, że jej chłopak jest zbyt lojalny, żeby wydać kogokolwiek ze swych kumpli. Musiało chodzić o tego gościa, który zaopatrywał ich gang w narkotyki. Tylko Veto miał wystarczające jaja, żeby to zrobić. Musiał uwikłać się w jakąś grubszą sprawę i teraz się ukrywał.

Jimena pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Dobrze, że jesteś. Gdzie się zatrzymałeś?

Veto nie odpowiedział.

– Wozisz się z chłopakami?

Wiedziała, że pewnie waletuje u kumpli i często zmienia miejsce pobytu. To ją martwiło. Dlaczego nikt jej nie powiedział, że Veto wrócił?

Veto otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale w tym momencie po niebie przetoczył się głuchy grzmot. Rozejrzał się, jakby spłoszony, a gdy się odwrócił, na jego twarzy malowało się czyste przerażenie.

– Muszę już iść. – W jego głosie była nerwowość, której Jimena nigdy wcześniej nie słyszała.

– Nie idź. Wróć ze mną do domu.

Ale Veto już odchodził.

– Nie mogę. Muszę być gdzie indziej.

– Gdzie? – Jimena nie mogła znieść wyrazu jego twarzy. Przecież jej ukochany nigdy niczego się nie bał. Co mogło go tak przerazić?

Kolejny grom wstrząsnął ziemią. Trwoga na twarzy chłopaka sprawiła, że serce Jimeny zamarło.

– O co chodzi? Co widzisz? – spytała.

– Nic. – Jego oczy zdradzały kłamstwo.

– Powiedz mi – szepnęła Jimena. – Wiesz, że trzymam twoją stronę.

Veto zaczął uciekać.

– Zaczekaj! – krzyknęła za nim.

Nie przestając uciekać, odwrócił się i uśmiechnął do niej.

– Zobaczymy się wkrótce – zawołał, starając się przekrzyczeć deszcz. – Kiedy będzie bezpiecznie.

– Bezpiecznie? Co ci grozi?

Jimena poczuła, jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa i rzuciła się w pogoń za Veto.

Rozległ się kolejny grzmot, od którego zadrżała ziemia. Chłopak odwrócił się i popędził chodnikiem przed siebie, w stronę parku.

– Co jest? – Jimena biegła przez kałużę, rozbryzgując dokoła wodę. – Co się stało?

Veto zręcznie wyminął samochody jadące ulicą Wilshire. Jimena chciała rzucić się za nim, ale usłyszała przeraźliwy ryk klaksonu i odskoczyła z powrotem na krawężnik. Wielkie koła potężnej ciężarówki ochlapały ją wodą. A gdy ciężarówka przejechała, po Veto nie było już śladu.

Dziewczyna przeszła na drugą stronę ulicy i okrążyła park. Potem stanęła w deszczu, trzęsąc się z zimna, z włosami przyklejonymi do głowy.

W końcu odwróciła się i ruszyła powolnym krokiem w kierunku budynku, w którym mieszkała babcia.

Było tyle spraw, o których chciała powiedzieć Veto. Spojrzała w dół, na wytatuowany między kciukiem i palcem wskazującym wzór w postaci trójkąta z trzech kropek. W dniu, w którym została przyjęta do gangu Ninth Street, Veto wytatuował jej te kropki za pomocą igły i tuszu. Później, kiedy wyszła z ośrodka dla trudnej młodzieży, wydziarał jej jeszcze łezkę pod prawym okiem, a potem drugą, po kolejnym pobycie w ośrodku. Trafiłaby tam także trzeci raz za użycie broni, ale pobłażliwy sędzia skazał ją zamiast tego na prace społeczne. Jimena użyła broni z frustracji, kiedy nie udało jej się powstrzymać kumpeli od bójki. Gliny złapały ją, ale nikogo nie wydała. Wolała wrócić do ośrodka, by chronić swoje dziewczyny. Tak nakazywał uliczny kodeks honorowy. Jednak sędzia miał na ten temat odmienne zdanie i przydzielił jej prace społeczne.

Wtedy Jimena wiedziała już, jaki los ją czeka i zmieniła się. Nawet teraz wprawiało ją to w zdumienie, gdy o tym myślała. Kto by przewidział, że przeznaczono jej tak ważną misję?

Odwróciła się w stronę przemoczonych cieni. Jak postąpiłby Veto, gdyby znał prawdę na jej temat? To on zawsze powtarzał, że jest w niej jakaś magia. Bruja9 – żartował z niej. Nazywał ją wiedźmą, bo potrafiła przewidywać przyszłość.

W duchu Jimena bała się, kiedy określał jej dar mianem czarów. Prawdę mówiąc w ogóle nie wierzyła w to, że widzi przyszłość. Uważała, że ma raczej skłonność do prowokowania nieszczęść. Pierwsze takie przeczucie dopadło ją, gdy miała siedem lat. Bawiła się na dworze ze swoją najlepszą koleżanką Mirandą, kiedy nagle przed jej oczami pojawiła się wizja Mirandy w białej trumnie. Wtedy przyjaciółka dotknęła jej i spytała, co się stało. To wywołało kolejną wizję. Jimena zobaczyła ją idącą ulicą Ladera, przyspieszający nagle samochód, z którego padły strzały, i Mirandę leżącą na ziemi bez życia.

To przeczucie ją przeraziło. Próbowała je powstrzymać, żeby się nie ziściło, i prosiła, by Miranda wracała ze szkoły inną drogą. Ale któregoś dnia Jimena zachorowała na grypę i została w domu. Tego dnia usłyszała za oknem strzelaninę i już wiedziała, co się stało.

Była przerażona. Miała wrażenie, że to ona sprowadziła śmierć na przyjaciółkę. W końcu widziała wcześniej to, co stało się później. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie potrafiła zapobiec wizjom, które ją nawiedzały, bez względu na to, jak bardzo były okropne.

Jimena przeszła przez ulicę i skierowała się w stronę jednego z hoteli z cegły, które mieściły się w tej części Wilshire Boulevard. Hotele zostały z czasem zamienione w domy mieszkalne dla osób ubogich, ale jaskrawe, różowo-niebieskie neony ze starymi nazwami pensjonatów wciąż rozświetlały nocne niebo.

Maggie Craven lubiła te stare neony i opowiadała Jimenie o eleganckich przyjęciach odbywających się niegdyś w hotelowych wnętrzach. Jimena wyobrażała sobie wtedy Maggie tańczącą z jakimś filmowym amantem. Kochała tę starszą kobietę najmocniej, jak potrafiła, bardziej niż własną babcię. To ona pierwsza wyjaśniła jej, że posiada dar przewidywania przyszłości. Ale na pewno nie była wiedźmą, która rzuca zły urok.

Jimena nie wiedziała, co poczęłaby bez Maggie. Ale musiał minąć prawie rok, żeby w ogóle uwierzyła w to, co mówiła. Kobieta najpierw zaczęła pojawiać się w jej snach, wzywając ją do siebie. Kiedy dziewczyna w końcu odnalazła jej mieszkanie, była w szoku, że postać z jej snów naprawdę istnieje. Może innym to by wystarczyło, żeby uwierzyć. Ale dla Jimeny słowa Maggie brzmiały jak jakieś szaleństwo.

– Tu es dea, filia lunae – powiedziała jej opiekunka przy okazji pierwszego spotkania. – Jesteś boginią, Córką Księżyca.

Kobieta wyjaśniła następnie, że w starożytności, gdy otwarto mityczną puszkę Pandory, ostatnią rzeczą, jaka wypełzła ze środka, była nadzieja. Jedynie Selene, bogini Księżyca, widziała demoniczne istoty, wysłane przez Atroxa i czające się w pobliżu, gotowe pożreć nadzieję. Selene zrobiło się żal ludzkości i kazała swoim córkom, niczym aniołom, strzec nadziei. Jedną z tych córek była Jimena.

Dziewczyna była wstrząśnięta. Bogini? Czy takie stworzenia w ogóle istniały?

Maggie opowiedziała jej również o Atroksie, który był źródłem pierwotnego zła. Atrox i jego wyznawcy poprzysięgli zniszczyć Córki Księżyca.

– To znaczy mnie? – domyśliła się Jimena.

– Tak. – Maggie wyjaśniła, że kiedy Córki Księżyca znikną z powierzchni ziemi, los ludzkości będzie zagrożony.

Te słowa wciąż dzwoniły Jimenie w uszach. Ilu ludzi wierzyło w taki mityczny świat? Słyszała, jak viejecitas10 opowiadały historie o różnych bóstwach zamieszkujących dżungle Meksyku i Gwatemali. Kobiety te zarzekały się, że głosy tych bogów wciąż da się usłyszeć w ruinach Tikál i Chichén Itzá. Ale nigdy nie traktowała tego poważnie. Nie sądziła, że boginie w ogóle istnieją. A jeśli nawet, to na pewno nie wyglądają jak chola z dwiema łezkami wytatuowanymi pod prawym okiem.

Maggie przytuliła ją serdecznie, kiedy Jimena zwierzyła się jej ze swoich wątpliwości. Kobieta powiedziała też, że bogini Księżyca przekazała jej wiele różnych darów i że któregoś dnia pozna prawdę.

Jimena żałowała, że nie zdążyła opowiedzieć Veto o swoim przeznaczeniu. On zawsze widział w niej kogoś wyjątkowego. Jej dar nigdy nie przerażał go tak jak innych. Gdy Jimena pomyślała o Veto, jej myśli w naturalny sposób zwróciły się w stronę wydarzeń z dzisiejszej nocy. Dlaczego był taki przerażony? Wtedy w jej głowie nieoczekiwanie zakiełkowała pewna myśl. Uświadomiła sobie, że jego nagłe pojawienie się było tylko iluzją. Być może myślała o nim dzisiaj tak intensywnie, że wyobraziła go sobie żywego.

Dziewczyna skręciła na chodnik, który prowadził do drzwi domu jej babci. Po obu stronach schodów spoczywały betonowe lwy, ociekające wodą. Kiedy Jimena wsadziła klucz do drzwi, nagle ogarnął ją strach. Może znów wyczuwała coś, co dopiero się wydarzy? To musiało być coś tak złego, że projekcja zamieniła się w ducha Veto.

Jimena otworzyła drzwi do budynku i wbiegła do środka. Imponujących rozmiarów schody prowadziły do mrocznej sali balowej, która teraz służyła okazyjnie jako miejsce spotkań lokalnej społeczności. Wiszące w witrynie przy wejściu oprawione zdjęcia i pożółkłe wycinki z gazet, schowane za pokrytym kurzem szkłem, były niemymi świadkami czasów, kiedy hotel był – jak mawiała Maggie – eleganckim miejscem.

Jimena odwróciła się i wyjrzała przez boczne okno. W powietrzu wyczuwało się, że zaszła jakaś dziwna zmiana. Dziewczyna zadrżała, ale nie był to dreszcz wywołany zimnem. Wiedziała, że zbliża się coś złego. Nadchodziły kłopoty.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jimena otworzyła drzwi do niewielkiego mieszkanka babci. W ciepłym powietrzu pachniało pieczonymi papryczkami chili. Przeszła przez ciemny salon i weszła do skąpanej w świetle kuchni. Babcia stała nad piecem i wyrabiała w rękach tortille z ciasta kukurydzianego, które następnie wrzucała na żeliwną patelnię. Na blacie, obok żaroodpornych naczyń, piętrzyła się sterta gorących placków.

Abuelita11 Jimeny podniosła wzrok. Na jej królewskiej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech, który jednak po chwili ustąpił miejsca zdumieniu. Babcia upuściła na wpół gotową tortillę na ladę.

– ¡Parece que hubie ras visto un fantasma!12.

– Bo to prawda. Widziałam Veto.

Po tych słowach Jimena wpadła w pocieszające ramiona babci. Staruszka trzymała ją przez dłuższą chwilę. A gdy ją puściła, w jej czarnych oczach widać było troskę. Jak gdyby chciała powiedzieć coś ważnego. W zamyśleniu wytarła dłonie w ręcznik i zapatrzyła się na deszcz, dzwoniący o szybę nad zlewem.

– O co chodzi? – spytała delikatnie Jimena. Babcia spojrzała na nią.

– Cuando te caiste del cielo…13 – zaczęła, ale po chwili na jej twarzy znów pojawiło się zaskoczenie.

– Co się stało, babciu?

– Spójrz na swój księżycowy amulet – powiedziała staruszka, sięgając po niego dłonią. – Świeci. – Dotknęła tarczy księżyca, po czym raptownie cofnęła palce, jakby się sparzyła.

Jimena podążyła za jej wzrokiem i spojrzała na swój amulet zawieszony na szyi. Rzeczywiście, jarzył się niezwykłym blaskiem. Czy zareagował tak samo, kiedy ujrzała Veto? Czy była zbyt zaniepokojona, żeby zauważyć charakterystyczny, elektryczny dźwięk, który talizman wydawał z siebie, by ostrzec ją przed niebezpieczeństwem? Może postać, którą widziała, rzeczywiście była duchem?

Jej babka spojrzała na mały krzyżyk, wiszący na wschodniej ścianie pokoju obok świętego obrazka Matki Boskiej z Gwadelupy.

– Noc, w którą przyszłaś na świat… – Jej głos znowu zadrżał, jak gdyby nie potrafiła znaleźć właściwych słów, by dokończyć zdanie.

– Noc, w którą przyszłam na świat? ¿Que?14 – spytała Jimena. Za każdym razem, gdy jej babka zaczynała opowiadać o tej nocy, milkła, nie kończąc historii. – Czy to ma jakiś związek z tym, co stało się dzisiaj, z Veto? Powiedz mi!

Babcia bez słowa otworzyła szufladę w kredensie, wyjęła stamtąd pudełko zapałek i podeszła do malutkiego stolika zastawionego kwiatami, świecami i świętymi ikonami. Ręce jej drżały, kiedy zapalała świeczkę dla La Moreny. Przeżegnała się i na chwilę zapadła cisza, jakby babka modliła się do Madonny obydwu Ameryk z prośbą o radę.

W końcu odeszła od stolika i usiadła. Wskazała Jimenie krzesło naprzeciwko.

Dziewczyna usiadła na wskazanym miejscu. Czuła narastające napięcie, nie wiedząc, czego ma się spodziewać.

– Spotkanie z Veto może mieć coś wspólnego z tamtą nocą – wyznała wreszcie babcia, wbijając we wnuczkę uważne spojrzenie swoich czarnych oczu. – Nigdy nie byłam zaskoczona, że potrafisz przewidywać przyszłość, ponieważ właśnie tamtej nocy zdarzyło się coś bardzo dziwnego.

– Opowiedz mi o tym. – Jimena odsunęła na bok żaroodporne naczynia, żeby nachylić się bliżej babci.

– Nigdy wcześniej nikomu o tym nie wspominałam. Bałam się, że nikt mi nie uwierzy.

Jimena poczuła, jak przyspiesza jej puls. Cóż to był za sekret, który babcia skrywała przez te wszystkie lata? Położyła swoją dłoń na zimnych palcach babki.

– Twoja matka i ja wędrowałyśmy przez pustynię. Szłyśmy do Kalifornii z Meksyku, żebyś mogła przyjść na świat w Los Estados Unidos15. Musiałyśmy się ukryć przed la migra16 i wtedy twoja matka zaczęła rodzić. To był przedwczesny poród, z dala od jakiegokolwiek lekarza. Bałam się, że stracę i ciebie, i ją. Venias de nalgas17 i wtedy…

Babcia zamilkła na moment i spojrzała na święty obrazek La Moreny. Płomień świecy migotał, rzucając słabe światło na niewzruszoną twarz Madonny, która miała dodać babci odwagi.

Kiedy odezwała się znowu, mówiła tak cicho, że Jimena musiała przysunąć krzesło bliżej, żeby cokolwiek usłyszeć.

– Nagle, nie wiadomo skąd, pojawiła się piękna kobieta – wyglądała jak una diosa18. Byłam pewna, że to jakaś święta, która zstąpiła z nieba po ciebie i matkę, ale po chwili uświadomiłam sobie, że ona chce nam pomóc. Nie otworzyła nawet ust, ale w myślach wiedziałam, co mówi. Słyszałam w głowie jej słowa. Un milagro19. To był cud. Ta kobieta podarowała ci księżycowy amulet, który masz na szyi.

Jimena odruchowo zerknęła na srebrny amulet wiszący na jej szyi i przyjrzała się wyrytej w metalu tarczy księżyca. Amulet wydawał się odbijać kuchenne światło w feerii najróżniejszych barw. Jej najlepsze przyjaciółki – Serena, Catty i Vanessa – też miały takie same talizmany, ale tylko Jimena nigdy się z nim nie rozstawała.

– La diosa powiedziała, że dopóki będziesz nosić ten amulet, dopóty jesteś bezpieczna. – Babcia dotknęła delikatnie palcem wskazującym tarczy księżyca.

Jimena zacisnęła dłoń na medaliku i pomyślała, co by się stało, gdyby go zdjęła.

– Więc kiedy byłaś jeszcze niña20 i powiedziałaś mi, że boisz się o swoją najlepszą koleżankę Mirandę, ostrzegłam jej matkę, żeby na nią uważała. Wiedziałam, że masz dar. I że jesteś inna niż wszystkie dzieci.

– Abuelita – zaczęła Jimena. Czy odważy się powiedzieć jej prawdę? Co zrobi babcia, kiedy dowie się, kim naprawdę jest Jimena?

– Spotkanie z Veto mogło być częścią tego daru. Może potrafisz kontaktować się ze zmarłymi. Los difuntos.

Jimena przyjrzała się babci. Z łatwością przychodziło jej wierzyć w to, że umarli cały czas są wśród nas. Co roku, podczas Los Dias de los Muertos21 przygotowywała ofrenda22 dla swojego dziadka, robiąc bukiety z nagietków i zostawiając mu jego ulubione przysmaki.

Jimena zastanawiała się jednak nad tym, że skoro posiada dar widzenia los difuntos, to dlaczego nigdy nie widziała ducha swojego dziadka? Przecież kochała go tak samo jak Veto. Spojrzała znów na babcię.

– Wiesz, kim była ta kobieta? Ta la diosa? Powiedziała ci, jak ma na imię?

– Tak. – Babcia skinęła głową. – Nazywała się Diana. Spytałam ją o to i w myślach otrzymałam odpowiedź. Powiedziałam twojej matce, że powinnyśmy nazwać cię Diana, ale ona uparła się na Jimenę, chcąc w ten sposób oddać mi honor.

Dziewczyna uśmiechnęła się.

– Cieszę się, że tak zostało.

Po chwili babcia kontynuowała:

– Nie powinnaś się więc przejmować tym, że widziałaś Veto. To część twojej natury. Gdybyśmy nadal mieszkały w Meksyku, byłabyś potężną curandera1, leczącą ludzi.

– Albo bruja. – Jimena roześmiała się.

– Una bruja nunca23. – Babcia potrząsnęła głową. – Twoim darem jest czynienie dobra. Wiem to con todo mi corazón24. – To mówiąc, położyła dłoń na piersi.

Jimena poczuła nagle potrzebę, żeby powiedzieć babci całą prawdę. Także to, że toczy walkę z pradawnym złem. Serce biło jej jak szalone i otworzyła już usta, ale zanim wyartykułowała pierwsze słowo, staruszka rzekła:

– I tak powiedziałam ci już za dużo. Pewnie masz mnie za jedną z tych starych wariatek, które nagabują ludzi na przystanku i opowiadają im niestworzone historie.

Kobieta zerknęła na zegar i na chwilę zapadła cisza.

– Jutro przyjdą tutaj señoras25 z eleganckich przedmieść, które po drodze z kościoła wstąpią, żeby kupić moles26 na niedzielny obiad. Mam jeszcze dużo pracy.

– Pomogę ci – zaproponowała Jimena.

– Najpierw weź gorący prysznic i przebierz się w coś suchego. Miałaś to zrobić, zanim zaczęłyśmy rozmawiać, ale…

– Babcia wzruszyła ramionami i zmieniła temat. – Jest łatwiej, kiedy jest tutaj twój brat. – Czasem brat Jimeny dostarczał jedzenie i odbierał zapłatę, ale od jakiegoś czasu był w San Diego, gdzie pomagał swojemu wujkowi otworzyć restaurację.

Jimena pokiwała głową. Jej też było łatwiej, gdy brat był w domu. Pożyczał jej często swój wóz, chociaż nie miała jeszcze prawa jazdy. Nauczyła się prowadzić w wieku dwunastu lat, żeby móc kraść samochody. Zaskoczyło ją to, w jaki sposób myślała teraz o tych czasach. Czuła wyrzuty sumienia, wiedząc, jak bardzo z powodu tych wszystkich aresztowań cierpiała jej babcia.

Kobieta schyliła się i otworzyła piekarnik. Wzięła rękawicę i wyjęła blachę pełną czarnych, popękanych papryczek, po czym wrzuciła je do papierowej torby, żeby ostygły. Podała Jimenie parę żółtych gumowych rękawiczek i powiedziała:

– Pospiesz się. Weź prysznic, a potem wróć tutaj i obierz mi te papryczki, mija27.

Jimena wstała.

Babcia puściła do niej oko, a potem wróciła do lepienia placków, z wprawą ugniatając ciasto.

– Ostatni raz to robię – powiedziała.

Jimena przytaknęła. Babcia też zamierzała wyjechać do San Diego i pomóc prowadzić restaurację.

Nagle staruszka przerwała pracę.

– Ale pojadę tylko wtedy, gdy będę mieć pewność, że dasz sobie radę beze mnie. Jeśli mnie potrzebujesz, zostanę.

– Jedź – powiedziała Jimena.

– W takim razie może we wtorek.

Jimena skinęła głową.

– A teraz pod prysznic – rozkazała babcia.

Jimena pobiegła do łazienki. Wykąpała się, narzuciła suchy T-shirt i spodnie od dresu, a potem wróciła do kuchni, założyła gumowe rękawiczki i usiadła przy stole. Zaczęła obierać papryczki ze skóry, a następnie wyłuskiwać ze środka gniazda i nasiona. Jej babcia w tym czasie piekła tortille.

Zapach moles gotujących się na gazie i miarowy rytm, z jakim babcia wyrabiała ciasto, uspokajały Jimenę. Przypomniała sobie o Veto i poczuła, jak bardzo za nim tęskni.

ROZDZIAŁ TRZECI

Jimena czekała na przystanku autobusowym przy Melrose Avenue. Wokół kłębił się tłum ludzi wracających z pracy. Jedni popijali latte, inni butelkowaną wodę. Dzieciaki oglądały punkowe ciuchy na wystawie sklepu za nią. Dorośli przymierzali modne okulary słoneczne, którymi uliczny sprzedawca handlował z koca rozłożonego na chodniku.

Zobaczywszy idącą w jej stronę Serenę z przewieszonym przez ramię futerałem na wiolonczelę, Jimena pomachała jej. Jej przyjaciółka miała na sobie czerwone kowbojskie buty i koronkową żółtą sukienkę.

Jimena podziwiała Serenę od dnia, w którym Maggie przedstawiła je sobie, prawie rok temu. Oczywiście nie chciała się do tego przyznać, bo wciąż prowadzała się w towarzystwie dziewczyn z sąsiedztwa i malowała się wulgarnie, jak na gangsterkę przystało. Roześmiała się na głos, kiedy Maggie powiedziała jej, że będą razem walczyć przeciwko Wyznawcom. Nie było takiej opcji, żeby pozwoliła pilnować się takiemu mięczakowi jak Serena – to wróżyło niechybną śmierć. Ale szybko zmieniła zdanie, gdy po raz pierwszy przyszło im zmierzyć się z Wyznawcami. Serena nigdy nie stchórzyła. Dlatego teraz Jimena ufała jej bezgranicznie.

Serena usiadła na ławce na przystanku i odgarnęła z twarzy ciemne włosy. Kolczyk w jej nosie błyszczał w popołudniowym słońcu.

– Co robisz dzisiaj po południu? – spytała Jimena.

– Mam lekcję gry na wiolenczeli. – Serena ostrożnie umieściła futerał między nogami. – Słyszałaś o trzęsieniu ziemi w sobotnią noc?

Jimena przytaknęła.

– Dla mnie to brzmiało raczej jak grzmoty.

– Dla mnie też. – Serena przysunęła instrument bliżej, kiedy obok niej usiadła starsza kobieta. – Dziennikarze w gazetach też byli podobnego zdania.

– Całkiem możliwe. Nie widziałam ani jednej błyskawicy.

– Jimena zamyśliła się na moment. – Ale nie chce mi się wierzyć, żeby te dźwięki pochodziły z ziemi, a nie z nieba.

– Sejsmolodzy z Caltech straszą ludzi plagą trzęsień ziemi. Twierdzą, że to tylko wstęp do czegoś naprawdę dużego. – Serena wyjęła z torby bilet autobusowy.

Jimena pokiwała głową.

– Nie chciałabym być tutaj, kiedy wypiętrzy się uskok tektoniczny San Andreas.

Starsza kobieta siedząca obok Sereny nachyliła się w ich stronę.

– To pogoda na trzęsienia ziemi – szepnęła. – Spójrzcie w niebo.

Jimena popatrzyła do góry i pokręciła głową.

– To tylko deszczowe chmury.

Serena też przyjrzała się szybko pędzącym chmurom.

– Co to jest „pogoda na trzęsienia ziemi”?

– Taki przesąd – wyjaśniła Jimena. – Tam, gdzie mieszkam, stare kobiety twierdzą, że potrafią przepowiedzieć duże trzęsienie ziemi, ponieważ wcześniej niebo szarzeje, powietrze tężeje i sprawia wrażenie wyjątkowo ciężkiego.

– Pogoda sprzyja trzęsieniom ziemi – powtórzyła kobieta i uśmiechnęła się krzywo.

Jimena nie dała się przekonać.

– Ale jednocześnie te same kobiety twierdzą, że trzęsienia ziemi nigdy nie zdarzają się w trakcie deszczu. A w sobotę w nocy lało jak z cebra.

Na przystanku zatrzymał się autobus i kobieta wsiadła.

– Gdzie byłaś wczoraj? – Serena zmieniła temat. – Dzwoniłam do ciebie, bo chciałam się upewnić, czy dotarłaś bezpiecznie do domu. Ale nikt nie odbierał. – Nie musiała mówić, że się martwiła. Jimena widziała to w jej spojrzeniu. Serena rozejrzała się, upewniając się, że nikt ich nie podsłuchuje.

– Bałam się nawet, że dorwali cię Wyznawcy.

W sobotę wieczorem pojechały do Hollywood i natknęły się tam na Cassandrę z bandą miejscowych Wyznawców.

– A potem nie było cię w szkole – ciągnęła dalej Serena.

– Byłam w szkole. Spóźniłam się trochę. Musiałam pomóc babci przygotować jedzenie na niedzielę. A potem przez resztę dnia byłam zajęta swoimi sprawami.

Nie mogła przecież powiedzieć Serenie, że spędziła całą niedzielę, szukając kogoś, kto nie żyje. Była we wszystkich miejscach, w których potencjalnie mógł przebywać Veto, mając nadzieję, że znów spotka jego ducha.

– A dzisiaj rano zaspałam… – Jimena wzruszyła ramionami.

– Nie jesteś ze mną szczera. Wiesz dobrze, że mnie nie musisz ściemniać. – Serena uśmiechnęła się nieśmiało.

Serena także miała niezwykły dar. Potrafiła czytać w myślach. Podobnie jak Jimena, będąc dzieckiem, nie rozumiała swojej mocy. Wiedziała tylko, że jest inna. Czasem podczas zabawy zapominała się i odpowiadała koleżankom, chociaż nic do niej nie mówiły. Po prostu wiedziała, co myślą. Nawet teraz, gdy była zbyt szczęśliwa lub podekscytowana, odpowiadała na niewyartykułowane myśli ludzi.

– Powiedz mi – Serena zachęciła przyjaciółkę. – Wiem, że coś cię trapi.

Jimena chciała z nią porozmawiać o Veto, ale speszyła się i zawahała.

– O co chodzi? – Serena nie dawała za wygraną.

– W sobotnią noc… – Gdy tylko Jimena wspomniała o Veto, amulet na jej piersi wydał z siebie charakterystyczne, elektryczne brzęczenie.

Dziewczyny podniosły głowy, wyczulone na niebezpieczeństwo.

Cassandra przeciskała się przez tłum w ich stronę. Miała na sobie obcisłe czarne rybaczki i czarny bezrękawnik z głębokim dekoltem, a do tego mnóstwo srebrnej biżuterii. Wąskie białe blizny na jej klatce piersiowej układały się w koślawe litery S T A. Cassandra była tak zakochana w Stantonie, przywódcy Wyznawców z Hollywood, że próbowała żyletką wyciąć sobie jego imię na piersi. Stanton w porę zdołał ją powstrzymać. Kiedyś Cassandra była piękną dziewczyną, ale zło wykrzywiło jej rysy, nadając im upiorny wygląd. Zatrzymała się przed Tattoo You – niewielkim sklepikiem, w którym dzieciaki przekłuwały sobie różne części ciała i robiły tatuaże.

– A ona czego tutaj chce? – Jimena zamyśliła się na głos.

– Mówiłam, że nas śledzi – westchnęła Serena.

– Dlaczego za wszelką cenę pragnie wdać się z nami w pleito28?

– Wyznawcom na niczym bardziej nie zależy. – Serena próbowała obrócić w żart nagłe pojawienie się Cassandry, ale Jimena wiedziała dobrze, że wytrąciło ją to z równowagi.

– Przegracie – szepnęła Cassandra. A może pozwoliła, by to słowo zabrzmiało jedynie w ich umysłach. Stała w zbyt dużej odległości, by mogły ją usłyszeć. Jimena wzdrygnęła się. Nie podobało jej się to, z jaką łatwością Cassandra znajdowała drogę do ich podświadomości. Spojrzała na Serenę, która sprawiała wrażenie co najmniej rozdrażnionej.

– Spokojnie – Jimena ostrzegła ją. – Nic jeszcze nie rób.

Cassandra została zaakceptowana przez Atroxa, a następnie przekazana Stantonowi, by ten nauczył ją, jak panować nad swoim złem. Udało jej się już opanować umiejętność telepatii. Umiała też manipulować umysłami ludzi, a nawet więzić ich we własnych wspomnieniach, ale w przeciwieństwie do Stantona nie była nieśmiertelna.

– Co ona zamierza? – Serena zatroskała się.

Jimena wzruszyła ramionami.

– Pewnie myślisz, że miałam jakieś przeczucie.

Przecież zawsze miewała przeczucie, kiedy szykowała się jakaś awantura z udziałem Wyznawców.

– Wiesz, co ona czuje do Stantona – powiedziała Serena.

– Może podejrzewa, że się z nim spotykam.

– Nie powinnaś tego robić – zrugała ją Jimena. Nie po raz pierwszy. – To zabronione. Jeśli Atrox się o tym dowie, wyśle Mścicieli, żeby go zabili.

– Myślisz, że o tym nie wiem? – Serena nie spuszczała wzroku z Cassandry.

– Czy on naprawdę jest tego wart? – Jimena była pełna obaw. Jeżeli Mściciele mieli wystarczającą moc, by pokonać nieśmiertelnego Stantona, to Serena nie miała z nimi żadnych szans. Co by się stało, gdyby przyłapali ją razem z nim? – Ryzykujesz życiem. A poza tym nieładnie jest utrzymywać takie rzeczy w tajemnicy przed Vanessą i Catty.

W rzeczywistości Jimenie chodziło o coś więcej. Nie potrafiła zrozumieć, jak Serena może tak całkowicie ufać Stantonowi. Kiedyś uwięził Vanessę w jej wspomnieniach z dzieciństwa. Będąc tam, Vanessa próbowała ocalić młodego Stantona przed Atroxem. Po tym akcie miłosierdzia chłopak nie skrzywdziłby Vanessy. Ale Serena nie miała takiej samej gwarancji. Wśród Wyznawców panowała zbyt silna rywalizacja o władzę w hierarchii Atroxa. W końcu największym wyzwaniem dla każdego z nich było uwiedzenie Córki Księżyca albo odebranie jej specjalnej mocy. Taki śmiały czyn Atrox nagradzał dopuszczeniem Wyznawcy do Wewnętrznego Kręgu.

Ale Serenie zależało na Stantonie. Czasem było jej go żal. Jego ojciec, który w XIII wieku był wielkim księciem w zachodniej Europie, zorganizował krucjatę przeciwko Atroxowi. Ale Atrox pojmał Stantona, żeby powstrzymać jego ojca.

Serena trąciła ją łokciem.

– Spójrz, kogo tu mamy.

Karyl wyszedł z salonu tatuażu i dołączył do Cassandry. Odwrócił się i uśmiechnął się do nich. Przypominał Jimenie jaszczurkę, gdy taksował jej ciało lubieżnym wzrokiem, z wyraźnym seksualnym podtekstem. Nie tylko to było w nim przerażające. Karyl wyglądał na ich rówieśnika, ale było w nim coś takiego, co sugerowało, że w rzeczywistości może żyć na Ziemi od setek lat.

Jimena odwróciła się lekko, by móc przyjrzeć się lepiej Karylowi.

– Ten jego uśmiech przyprawia mnie o gęsią skórkę – powiedziała.

– Rzeczywiście, jest szkaradny – zgodziła się Serena. – Wygląda na to, że Cassandra i on planują coś dużego.

– Wiem, ale co? – Jimena znała możliwości, jakimi dysponował Karyl. Kiedyś już zmierzyła się z nim w walce. To było wtedy, gdy Karyl i Cassandra próbowali zniszczyć Vanessę i Catty.

– Dziwnie się zachowują – powiedziała Serena.

Cassandra zawsze była mściwa, ale teraz w sposobie, w jaki zmierzała się w ich stronę, było coś jeszcze. Może dowiedziała się o Stantonie i Serenie? Wyznawczyni zatrzymała się kilka kroków od nich.

– Cieszcie się piękną pogodą, póki możecie – ostrzegła je Cassandra. – Nie zostało wam wiele życia.

Stojący za jej plecami Karyl roześmiał się. Otworzył drzwi do Tattoo You i ze środka wyszła Morgan w czarnej, kusej sukience i błyszczących czarnych butach. W świeżo przebitej brwi dziewczyny lśnił złoty kolczyk. Skóra Morgan w tym miejscu była jaskrawoczerwona i sprawiała wrażenie boleśnie podrażnionej. Jimena pomyślała, jak zareagują jej rodzice, kiedy zobaczą, co sobie zrobiła. Nigdy tego nie zrozumieją, ale z pewnością zauważą jakąś zmianę. Jimena nie miała z tego powodu takich wyrzutów sumienia jak Vanessa. Razem z Sereną sporo ryzykowały, próbując ratować Morgan, ale ostatecznie zawładnęli nią Wyznawcy.

– Fajny kolczyk – powiedziała Jimena. – Teraz go zrobiłaś?

Morgan spojrzała na nią ze złością i odruchowo dotknęła złotego krążka. Wcześniej za żadne skarby nie zdobyłaby się na coś takiego.

– Kto by pomyślał – zawtórowała jej niskim, rozbawionym głosem Serena.

– Nie śmiej się. – Jimena szturchnęła ją.

– Ale nie mogę się powstrzymać. – Serena zakryła dłonią usta.

Jimena potrząsnęła głową. Nie była pewna, co zobaczyła w oczach Morgan. Smutek? Wyrzuty sumienia? A może wściekłość? Morgan zawsze zachowywała się w taki sposób, że Jimena nie potrafiła znaleźć z nią wspólnego języka. Ale teraz, kiedy została Nowicjuszką, stała się jeszcze bardziej denerwująca. Nowicjusze za wszelką cenę starali się wykazać, tak aby zostać przyjętym w szeregi Wyznawców. Dlatego, mimo iż twarz Morgan miała wyraźnie anielskie rysy, teraz wykrzywiał je grymas potwornej zaciętości.

Nagle Cassandra rozejrzała się niepewnie, a potem cofnęła się o krok.

– Co tym razem? – zdziwiła się Serena.

– Wyczuła Catty i Vanessę – wyjaśniła Jimena.

– Może czuje, że traci przewagę liczebną.

Jimena odetchnęła z ulgą.

– To dobrze. Nie czuję się dzisiaj na siłach walczyć.

Po chwili na ławce obok nich siedziały już Catty i Vanessa. Vanessa miała cudownie opaloną skórę, wielkie błękitne oczy i lśniące blond włosy. Była ubrana w różową sukienkę, a spięte wsuwkami włosy ozdobiła koralikami. Na sukienkę narzuciła żakiet, który dostała w prezencie od Michaela Saratogi.

Catty zawsze pakowała Vanessę w jakieś kłopoty, ale i tak stanowiły nierozłączną parę.

– Co jest? – Vanessa zerknęła nerwowo w kierunku stojącej w bezpiecznej odległości Cassandry.

– To, co zwykle. – Catty starała się, żeby jej głos zabrzmiał beztrosko, ale Jimena widziała, jak dziewczyna zadrżała, kiedy zobaczyła Cassandrę, Karyla i Morgan.

Catty zdjęła żółtą pelerynę przeciwdeszczową i oparła się o ławkę na przystanku. Miała swój styl i nosiła się w specyficzny, artystyczny sposób. Dzisiaj założyła obcisły top bez ramiączek – za to z rozcięciem, które odsłaniało kolczyk w pępku – oraz fikuśnie wykończoną różową spódnicę, wiszącą nisko na biodrach. Pozwoliła włosom po trwałej ondulacji odrosnąć i teraz proste, brązowe kosmyki powiewały na popołudniowym wietrze.

– Dlaczego nas śledziła? – Vanessa odezwała się półszeptem, nerwowo poprawiając włosy.

– Same zadawałyśmy sobie to samo pytanie – odparła Serena.

– Och, spójrzcie, to Vanessa – zawołała drwiącym tonem Morgan.

Vanessa ze smutkiem pokręciła głową.

– Trudno mi się pogodzić z tym, że musimy zawracać sobie głowę jeszcze jednym Wyznawcą. Tym bardziej, że to nasza była przyjaciółka.

– Mów za siebie. – Catty pogardliwie wydęła wargi. – Morgan nigdy nie była moją przyjaciółką. Nie pamiętasz już, jak się zachowywała, kiedy jeszcze była normalna?

Vanessa zignorowała spojrzenie Morgan i skupiła wzrok na Cassandrze.

– Myślisz, że nabrała nagle tyle mocy, żeby nam zagrozić? Zachowuje się tak, jakby miała jakiś wielki, tajny plan. Może powinnam ją śledzić pod osłoną niewidzialności?

Jimena uśmiechnęła się. Vanessa z kolei miała właśnie taki dar. Panowała nad swoją strukturą molekularną i potrafiła stać się niewidzialna. Ale kiedy emocje brały w niej górę, traciła kontrolę i jej molekuły żyły własnym życiem. Gdy Vanessa zaczęła umawiać się z Michaelem, stawała się niewidzialna za każdym razem, kiedy próbował ją pocałować.

– Nic jeszcze nie rób – ostrzegła ją Jimena. – Dopóki nie dowiemy się czegoś więcej.

Vanessa przytaknęła.

Serena zaczęła się zbierać.

– Dzisiaj chyba nici z walki.

– Skąd wiesz? Przeniknęłaś do ich umysłów?

– Nie, nadjeżdża mój autobus. – Serena podniosła futerał z wiolonczelą.

– Jadę z tobą. – Vanessa zajrzała do torby w poszukiwaniu biletu miesięcznego.

– Na lekcję wiolonczeli? – Serena zrobiła zdumioną minę.

– Nie. – Vanessa zawahała się przez moment, jakby nie chciała im powiedzieć, dokąd jedzie. – No dobra, umówiłam się z Michaelem. Ostatnio stał się trochę zbyt zaborczy i chcę z nim porozmawiać, kiedy skończy próbę z zespołem.

– Zbyt zaborczy? – Catty zdziwiła się. – Myślałam, że odpowiada ci to, że poświęca ci tyle uwagi.

– Czuję się tak, jakby brakowało mi oddechu. – Vanessa spuściła wzrok. – Potrzebuję trochę czasu tylko dla siebie.

Autobus zatrzymał się i Serena z Vanessą wsiadły do środka.

Catty popatrzyła w ślad za oddalającym się autobusem.

– Ciekawe, czy ja kiedykolwiek będę mieć faceta. To takie niesprawiedliwe. Ty masz Veto, a Serena poznała w ubiegłym roku tego chłopaka. Mnie to raczej nie grozi.

– Przynajmniej nie jesteś jedną z tych zdesperowanych lasek, które umawiają się z jakimiś durniami tylko po to, żeby chodzić na randki.

Catty i Jimena ruszyły chodnikiem pełnym ludzi.

– A mimo to bardzo chciałabym kogoś mieć. Czuję się taka samotna i opuszczona. Może powinnam cofnąć się o parę lat i sprawić, by jakiś facet się we mnie zakochał? – Catty zachichotała.

– Nie musisz tego robić. – Jimena popchnęła ją delikatnie.

Catty miała chyba najfajniejszą moc z całej czwórki. Potrafiła przemieszczać się w czasie – tam i z powrotem. Z tego powodu opuszczała mnóstwo zajęć w szkole. Ale jej matka nie robiła jej wyrzutów, bo zdawała sobie sprawę z odmienności córki. Nie była zresztą biologiczną matką Catty. Znalazła ją na poboczu pustynnej drogi w Arizonie, kiedy dziewczynka miała sześć lat.

– Na pewno kogoś znajdziesz. – Jimena próbowała ją pocieszyć. – Następnym razem, kiedy będziemy w Planet Bang, zamiast patrzeć pod nogi, rozejrzyj się, a zobaczysz tych wszystkich chłopaków, którzy się na ciebie gapią.

Catty uśmiechnęła się.

Zanim skręciły za róg, Jimena odwróciła się i po raz ostatni spojrzała na Cassandrę, Karyla i Morgan.

Ponury wyraz twarzy Cassandry wywołał przed jej oczami nagłą wizję. Zobaczyła Veto, chociaż nie potrafiła powiedzieć, czy była noc, czy dzień. Stał w parku MacArthura i spoglądał na nią. Wtem zza jej pleców wyszła Cassandra, wyciągając do chłopaka ręce. Wizja wywołała w Jimenie lawinę tak silnych emocji, że dziewczyna odruchowo ścisnęła Catty, jakby oczekując od niej wsparcia. Czy Cassandra chciała objąć Veto, czy raczej go popchnąć? Tak czy inaczej wizja, w której znaleźli się razem, przeraziła Jimenę. Wiedziała, że Cassandra planuje coś strasznego.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Odgłos przetaczającego się grzmotu obudził Jimenę. Roztrzęsiona siadła na łóżku, pamiętając o ostrzeżeniach przed trzęsieniami ziemi, nadawanych w telewizji. Spojrzała na żaluzje w swoim pokoju. Wisiały bez ruchu. Jak grzmot mógł zwiastować wstrząsy? Nawet najdrobniejsze temblores29 sprawiały, że żaluzje drżały. Nie słychać było też żadnego skrzypienia drewnianych drzwi – takie odgłosy zwykle zwiastowały ruchy skorupy ziemskiej. Jimena pomyślała, że może przespała te dźwięki, ale wydawało jej się to mało prawdopodobne. Trzęsienie ziemi w Northridge wyczuliło mieszkańców Kalifornii na wszystkie niecodzienne nocne odgłosy.

Jimena przeciągnęła się, a potem przytuliła do siebie poduszkę. W powietrzu panował przenikliwy chłód i dziewczyna miała ochotę zakopać się głębiej w ciepłej pościeli. Deszcz walił o ścianę budynku z każdym nagłym podmuchem wiatru.

Odwróciła się i spojrzała na zegarek stojący na komodzie. Była trzecia w nocy. Szansa na powtórne zaśnięcie była już bardzo niewielka. Może szklanka ciepłego mleka pomoże. Jimena odrzuciła kołdrę, wyszła z łóżka i poczłapała na dół, ciemnym korytarzem do kuchni.

W mieszkaniu było okropnie zimno. Dziewczyna rozcierała zmarznięte ramiona i chciała właśnie włączyć światło, żeby sprawdzić termostat, gdy jej uwagę przykuł jakiś nagły dźwięk. Przywarła do ściany i wstrzymała oddech. Delikatne pobrzękiwanie powtórzyło się.

Zakradła się bezgłośnie i zajrzała do kuchni. Okno nad zlewem było otwarte. Firanki powiewały na wietrze, który wpychał do środka zacinający deszcz. Jimena ostrożnie rozejrzała się po pomieszczeniu. Światła neonów na ulicy rzucały na ścianę tęczowy blask, a falujące zasłony potęgowały jeszcze grę cieni na stole i szafkach.

Nie zobaczyła niczego, co by ją zaniepokoiło. Weszła na chłodne linoleum i ruszyła w stronę okna, chcąc je zamknąć. Wtem kątem oka dostrzegła jakiś ruch w rogu.

Dziewczyna wstrzymała oddech i zamarła. Po drugiej stronie stołu ktoś schylał się i szukał czegoś w jednej z dolnych szafek.

Pewnie jakiś tecato. Nie pierwszy i nie ostatni. Zdarzało się już w przeszłości, że jakiś ćpun wspinał się po zardzewiałych schodach przeciwpożarowych i włamywał się do środka w nadziei, że uda mu się znaleźć coś, co będzie mógł szybko sprzedać.

Jimena cofnęła się o krok, wzięła żeliwną patelnię i zacisnęła kurczowo palce na jej rączce. Podniosła patelnię do góry jak broń, a drugą ręką włączyła światło, które oślepiło ją na krótką chwilę.

Wtedy tajemnicza postać odwróciła się. Jimena z trudem stłumiła krzyk.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Jimeno – Veto wyprostował się powoli, mrużąc oczy. Sprawiał wrażenie skrępowanego tą sytuacją. – Zgaś proszę światło.

W zalanej światłem kuchni dziewczyna mogła mu się przyjrzeć lepiej niż ubiegłej nocy. Miała dziwne wrażenie, że Veto czuje się zawstydzony swoim ubiorem. Miał na sobie ciasny czarny T-shirt, za długie pomięte dżinsy i tenisówki, które na pierwszy rzut oka wydawały się o kilka numerów za duże. Jimena czuła bijący od niego zapach proszku do prania i zmiękczacza do tkanin. Nie wiedziała dlaczego, ale była niemal przekonana, że chłopak ukradł to ubranie z pralni albo ściągnął je z jakiegoś sznura na pranie. Wisiało na nim komicznie i w niczym nie przypominało tego, co Veto nosił wcześniej.

Spojrzał na patelnię, którą Jimena cały czas ściskała w uniesionej dłoni, i spróbował się uśmiechnąć.

– Wciąż jesteś twarda? – A potem, nie czekając na odpowiedź, dodał: – Nie chciałem cię przestraszyć. Miałem zamiar cię obudzić. Powinienem był to zrobić, ale przypomniałem sobie o kulinariach twojej babci. Jej tamales30 są najlepsze na świecie. – To mówiąc, Veto wskazał palcem puste łuski kukurydzy leżące na kuchennym stole.

Na czystej ceracie było pełno okruszków. Obok talerza z kawałkami mięsa w sosie z pomidorów, kolendry, cebuli i papryki stał otwarty słoik z jalapeños31. Przecież duchy nie jedzą, prawda? A więc Veto musiał być żywy.

– Zajrzałem do szafki, szukając czegoś, czym mógłbym posprzątać ten bałagan. – Veto podszedł bliżej.

– Trzeba mnie było obudzić. – W jej głosie słychać było złość, ale tak naprawdę Jimena czuła się bardziej zraniona niż rozgniewana. Od kiedy to Veto bardziej potrzebował jedzenia niż jej?

Chłopak wyjął jej z dłoni patelnię i odłożył ją na kuchenkę z delikatnym brzęknięciem, a potem sięgnął ręką za plecy Jimeny i wyłączył światło. Kuchnię ponownie zalała pulsująca, różowo-niebieska poświata neonów.

Nie cofnął ręki, lecz objął nią Jimenę i przycisnął lekko do ściany. Wciąż ociekał deszczem i ta nagła, chłodna wilgoć napawała dziewczynę słodkim uczuciem. Obecność Veto sprawiła, że Jimena zapomniała o wszystkich pytaniach, jakie chciała mu zadać. Czuła tylko, jak jej ciało wypełnia cudowna świadomość, że oto trzyma swego ukochanego w ramionach. Zamknęła oczy. Nie dbała o to, czy ma do czynienia ze snem albo z fantazją. Po prostu nie chciała, by ta chwila przeminęła.

Po dłuższej przerwie Jimena wyszeptała Veto do ucha:

– Tęskniłam za tobą. Co się z tobą działo.

– Ja też za tobą tęskniłem, maleńka. – Veto musnął ustami jej policzek.

– Nienawidziłam cię za to, że mnie zostawiłeś. – Słowa wypadły jej z ust, nim zdołała je powstrzymać. Ale ton, jakim je wypowiedziała, był raczej wyznaniem wielkiej miłości.

– Wiem – wymamrotał Veto i pocałował ją w szyję, jakby chciał w ten sposób ukoić jej ból.

Na moment znów zapadła cisza. Każde z nich napawało się bliskością drugiego.

Veto odezwał się jako pierwszy.

– Mam świadomość, jak bardzo cię skrzywdziłem.

– Niby w jaki sposób? Obserwowałeś mnie? – Palce Jimeny zadrżały z niepewności, wspinając się po jego plecach.

– Każdego dnia. – Jego słowa załaskotały ją w ucho.

– Dlaczego nie dałeś znaku życia? Mogłeś chociaż napisać.

– Jimena zamilkła. Nie mogła wykrztusić z siebie nic więcej. Słowa uwięzły jej w gardle, ściśniętym z nadmiaru emocji.

– Nie było mnie.

Jimena głośno przełknęła ślinę i zmusiła się jakoś do mówienia.

– Nie było cię? Dlaczego chciałeś, żebyśmy wszyscy myśleli, że nie żyjesz?

– Przykro mi. Nie miałem wyjścia. Gdyby było inaczej…

– Jak mam ci wierzyć? – Jimena niczego bardziej nie pragnęła, jak mu uwierzyć. – Wiesz, jak bardzo cię lubię. – Chciała już powiedzieć „kocham”, ale ból, który czuła w środku, nie pozwolił jej wymówić tak potężnego słowa. Zamknęła oczy. Może to tylko sen, a on zaraz zniknie.

Veto puścił ją i przesunął palcami w górę jej ramienia, po szyi docierając aż do ust.

– Dlaczego się uśmiechasz?

– Śmieję się sama z siebie – odparła Jimena, nie otwierając oczu. – Marnuję swój gniew, ból i tęsknotę za tobą. A ty prawdopodobnie jesteś tylko wytworem mojej wyobraźni.

– Czy we śnie zdarzają się takie rzeczy? – To mówiąc, Veto pocałował ją w usta. Ciało Jimeny przeszył ciepły dreszcz. Wzięła szybki oddech, a potem powoli otworzyła usta. Język Veto wślizgnął się do środka, a on sam przycisnął ją mocno do ściany, wędrując dłońmi po jej plecach.

Po chwili puścił Jimenę i palcami zaczął gładzić jej włosy.

– Obiecałem, że nigdy nie pozwolę, by cokolwiek nas rozdzieliło. Pamiętasz, kiedy ci to powiedziałem?

Jimena skinęła głową i podniosła rękę. Wciąż nosiła na palcu cienką złotą obrączkę, którą jej wtedy podarował. Tego dnia Jimena obiecała mu, że kiedyś będzie należeć do niego.

Veto ucałował koniuszki jej palców.

– Dotrzymałem obietnicy. Po prostu trudno mi było do ciebie wrócić.

– Skąd? – spytała Jimena. Czy nigdy jej tego nie powie? – Powiedz mi, co się z tobą działo.

Nocną ciszę przerwał głuchy grzmot. Był tak potężny, że porcelana zadźwięczała w szafkach. Jimena cofnęła się i spojrzała chłopakowi przez ramię. Zasłony wisiały nieruchomo, liście rośliny w doniczce też nawet nie drgnęły.

– To nie może być trzęsienie ziemi – powiedziała, bardziej do siebie niż do Veto. A potem spojrzała na niego. Nawet w panującym w kuchni półmroku widziała na jego twarzy nagłe przerażenie.

– Co się dzieje? – spytała, czując, jak znowu przyspiesza jej puls.

– Nic. – Veto starał się ukryć swój strach. Przybrał zimną, stalową maskę. Kiedyś robił tak zawsze, gdy stawał twarzą w twarz z członkami wrogich gangów. Ale nie potrafił ukryć tego, co rozgrywało się w jego sercu.

– Nigdy niczego się nie bałeś… – zaczęła Jimena.

– Nie boję się…

– Nie kłam. Za dobrze cię znam. Widziałam wyraz twojej twarzy.

Veto zawahał się.

– To przez te temblores. Od czasu trzęsienia ziemi w North-ridge nie mogę ich znieść. Doprowadzają mnie do szaleństwa.

Jimena czuła wyraźnie fałsz w jego głosie.

– Cały czas kłamiesz – oskarżyła go. – Wcześniej nigdy się nie okłamywaliśmy.

Chłopak próbował przyciągnąć ją z powrotem do siebie.

– Terremotos32 zawsze mnie przerażały. Wiesz, że to prawda.

Jimena potrząsnęła głową.

– Czego naprawdę się boisz?

Veto opuścił rękę zrezygnowany.

– Teraz dopiero wiem, czym jest strach – powiedział to tak cicho, że Jimena ledwo go zrozumiała.

– Każdy wie, czym jest strach! Masz mnie za tonta33? Dlaczego zbywasz mnie takimi głupimi odpowiedziami?

– Mówię prawdę.

Na zewnątrz rozległ się kolejny grzmot.

– Muszę już iść – wyrzucił z siebie jednym tchem Veto i rozejrzał się nerwowo, jakby spodziewał się, że nagle w kuchni pojawi się jakiś nieproszony gość.

Jimena ścisnęła go mocno za ramię.

Chłopak spojrzał na nią dziwnym wzrokiem.

– Nie odchodź. – Jimena przytrzymała go, ale on już odchodził. – Dlaczego uciekasz, tak jak wtedy? Czy ktoś cię ściga?

– Nie przejmuj się tym. – Veto odwrócił się.

– Zaczekaj. – Nie chciała, żeby odszedł. Bała się, że jeśli mu na to pozwoli, może już nigdy go nie zobaczyć. – Pomogę ci. Tylko powiedz mi, co jest grane.

– Nie mogę. Nie teraz. Nie ma czasu.

– Dlaczego nie możesz tu zaczekać do rana? – Jimena chwytała się każdego pomysłu, który mógłby go zatrzymać. W jej głosie zabrzmiała desperacja.

Veto pokręcił głową.

– W takim razie obiecaj mi, że spotkasz się ze mną w szkole. Tak jak robiłeś kiedyś, żebym mogła pochwalić się tobą przed koleżankami.

– Do której szkoły teraz chodzisz? – Veto spojrzał na nią rozbieganym i zaszczutym wzrokiem. Cały czas zerkał przez ramię w stronę otwartego okna. Czego tak tam wyglądał?

– Do La Brea. – Jimena złapała go za rękę. – Obiecaj, że przyjdziesz.

– Obiecuję.

Nagle do kuchni wpadło światło z korytarza. Jimena odwróciła się i zobaczyła babcię, która weszła do kuchni i zapaliła górne światło.

– Jimeno, z kim rozmawiasz w środku nocy?

Jimena chciała odpowiedzieć, że z Veto, ale zanim zdążyła wymówić choć jedno słowo, odwróciła się i zobaczyła, że kuchnia jest pusta.

Babcia podeszła do okna i zamknęła je. A potem wzięła ręcznik i zaczęła wycierać kałuże na podłodze, zanim Jimena zdążyła zobaczyć, czy na mokrej posadzce są jeszcze jakieś inne ślady oprócz jej własnych.

– Co robisz o tej porze w kuchni? – Długi warkocz babci opadał jej na ramiona, kiedy wycierała wodę z podłogi.

– Wygląda na to, że lunatykowałam. – Jimena popatrzyła w stronę okna. Czego się spodziewała? Że Veto pokaże się w szybie i uśmiechnie się do niej?

Dziewczyna dotknęła skroni. Wciąż była mokra od jego włosów. A może to tylko część snu?

– Zrobię ci gorące kakao, a potem wracaj do łóżka. – Babcia wstała i wrzuciła ręcznik pod zlew. – Ja też się chętnie napiję. Te temblores kosztują mnie sporo nerwów.

– Myślisz, że naukowcy mają rację? – Jimena usiadła powoli, w głowie wciąż kręciło jej się od nadmiaru myśli. – To nie wyglądało jak trzęsienie ziemi.

– Mnie też to się nie podoba. – Babcia wzruszyła ramionami i zaczęła gotować wodę. – Ale ci naukowcy pewnie wiedzą, co mówią.

Babcia postawiła na stole dwa kubki – jeden dla Jimeny, drugi dla siebie.

– Może nie powinnam jechać jutro do San Diego? – To mówiąc, wrzuciła tabliczkę czekolady do gotującej się wody.

– Nic mi nie będzie – odparła Jimena, widząc troskę na twarzy staruszki.

– Pojedziesz ze mną, m’ija. Masz dobre stopnie. Odpoczniesz sobie od Los Angeles, a nam przyda się pomoc.

– Nie mogę – skłamała Jimena. – Czeka mnie dużo sprawdzianów i testów.

W duchu cieszyła się, że babcia wyjeżdża do San Diego. Przeczuwała, że obecność Cassandry i Karyla nie wróży nic dobrego i nie chciała dokładać opiekunce kolejnych zmartwień.

– W porządku – zgodziła się babcia. – W takim razie jutro pojadę porannym autobusem do San Diego. Od dawna martwię się, co twój wujek zrobił z moimi przepisami. Muszę tam pojechać i przekonać się na własne oczy.

– Pewnie. Lepiej coś zrobić, niż tylko się zamartwiać – zgodziła się Jimena i zaczęła snuć własne plany. Jutro zaczeka na Veto. Musiała przekonać się, czy jest prawdziwy, czy nie. Potarła dłonią czoło. Czy to możliwe, by jej uczucie do tego chłopaka było tak silne, że przywołała jego ducha?

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Lekcja geometrii ciągnęła się w nieskończoność. Jimena nie spuszczała wzroku z zegara, aż w końcu zauważył to pan Hall.

– Myślisz, że minuty będą płynąć szybciej, kiedy zahipnotyzujesz ten zegar, Jimeno?

– Nie, proszę pana. – Dziewczyna stłumiła ziewnięcie i spojrzała na Catty.

Koleżanka rysowała w zeszycie łańcuchy ze splecionych róż i serc. Jimena uważała ją za utalentowaną artystkę.

Vanessa notowała coś zawzięcie, przesuwając ołówkiem po papierze z imponującą szybkością. Co jakiś czas podnosiła rękę i ochoczo odpowiadała na pytania pana Halla.

Ławka przed Vanessą była pusta. Serena urwała się dzisiaj z lekcji. Jimena żałowała, że nie uciekła razem z nią. Chciała porozmawiać z nią o Veto, ale przeczuwała, że Serena umówiła się ze Stantonem. Nie podobało jej się to – martwiła się, że cokolwiek knuła Cassandra, miało to związek właśnie ze Stantonem.

Próbowała zagłuszyć w sobie te obawy, wsłuchując się w miarowe pluskanie deszczu o szyby. Jeśli wierzyć prognozom pogody, po południu miało się rozjaśnić. Miała nadzieję, że tak będzie. Nie chciała czekać na Veto w deszczu.

Jimena podskoczyła na dźwięk dzwonka kończącego lekcję.

Catty podniosła wzrok i przeciągnęła się powoli jak kot.

Vanessa wyszczerzyła zęby w uśmiechu i ostrożnie wsadziła notatki między stronice podręcznika do geometrii.

– Dajcie znać, gdybyście potrzebowały pomocy w zadaniu domowym.

Skąd ona czerpała tę energię?

– Nie trzeba, dzięki – Catty i Jimena odpowiedziały równocześnie.

Vanessa puściła do nich oko.

– W porządku, ale gdybyście zmieniły zdanie…

– Nie! – wrzasnęły na nią dziewczyny i wyszły z klasy.

– Spójrzcie, kogo my tu mamy – wskazała palcem Catty, a potem założyła pelerynę i otworzyła parasol. – Myślałam, że dałaś mu trochę na wstrzymanie.

Michael opierał się o rząd szafek. Ciemne włosy spiął w kucyk, podkreślając w ten sposób mocne rysy kościstej twarzy. Kiedy zobaczył Vanessę, uśmiechnął się, a w jego ciemnych oczach zapłonął blask. Żadna dziewczyna nie mogła mu się oprzeć. Michael wpadł w oko Vanessie na samym początku roku szkolnego, kiedy poznali się na zajęciach z hiszpańskiego. Jimena nie rozumiała, dlaczego Vanessa nagle zaczęła się dusić w tym związku. Michael nie wyglądał na faceta, który przytłaczał sobą kobiety.