Co Duch Święty mówi do Kościoła w Polsce? - Sylwia Pałka

Co Duch Święty mówi do Kościoła w Polsce?

0,0

Polska nadzieją charyzmatyków

„Z Polski wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje” – te słowa Pana Jezusa, zapisane przez św. siostrę Faustynę w Dzienniczku są dla współczesnych charyzmatyków dowodem na to, że przed Polską stoi wyjątkowe zadanie głoszenia Dobrej Nowiny. Ośmiu ewangelizatorów, współczesnych charyzmatyków – m.in. ojcowie James Manjackal, Antonello Cadeddu, Daniel Galus czy mistyk Carver Alan Ames – z podziwem i pasją opowiadają Sylwii Palce o tym, jak widzą Kościół w Polsce i jego rolę w Europie i na świecie. To poruszające świadectwa, zapis niezwykłych doświadczeń i przesłanie stanowiące wielkie wyzwanie dla każdego wierzącego.

Sylwia Palka – absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, dziennikarka, redaktorka, autorka książek (m.in. Objawionej obecności i Uzdrawiającej mocy Eucharystii) oraz kilkudziesięciu artykułów, w tym wielu wywiadów, o tematyce społecznej, kulturalnej i religijnej. Jej pasją są piesze wędrówki, rozmowy i spotkania z drugim człowiekiem.

Andrzej Sionek

o. Tomasz Alexiewicz

o. James Manjackal

o. Antonello Cadeddu

o. Teodor Knapczyk

o. Joseph Vadakkel

o. Daniel Galus

Carver Alan Ames

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Karta tytułowa

Moim Kochanym Rodzicom,
Bogusi i Wojtkowi
– z podziękowaniem za wszystko

Copyright © by Wydawnictwo Esprit 2016

All rights reserved

Fotografie:

na okładce – © Kevin Carden / Lightstock

s. 12 – archiwum Andrzeja Sionka, s. 53 – archiwum Dziennika Łódzkiego, s. 102 – archiwum o. Jamesa Manjackala, s. 134 – Jakub Szymczuk/Foto Gość, s. 162 – kaes@odkupiciel.net.pl, s. 208 – Łukasz Czechyra/Foto Gość, s. 232 – archiwum o. Daniela Galusa, s. 260 – archiwum Carvera Alana Amesa, s. 296 – Svitlana Pishchulina

Redakcja: Monika Nowecka, Justyna Suchecka

Tłumaczenie wywiadów:

z o. Antonellem Cadeddu – Joanna Ganobis,
z C.A. Amesem – Jakub Brola

ISBN 978-83-65706-27-0

Wydanie I, Kraków 2016

Wydawnictwo Esprit

ul. Przewóz 34/100, 30-716 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprzedaz@esprit.com.pl

ksiegarnia@esprit.com.pl

biuro@wydawnictwoesprit.com.pl

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink

woblink.com

„Kocham Polskę i Polaków!” – te słowa możemy przeczytać w jednym z wywiadów zamieszczonych w książce Co Duch Święty mówi do Kościoła w Polsce? W książce, dodajmy, przywodzącej na myśl jakby kolejne rozdziały Dziejów Apostolskich, tyle że spisywanych w naszych czasach.

Skąd ta miłość do Polski i polskiego Kościoła? „Jesteście częścią Europy, musicie być jej latarnią i światłem wiary” – mówi kolejny z rozmówców. „Kościół katolicki w Polsce powinien być silny w głoszeniu miłości Chrystusa i Jego przebaczenia. […] Nadszedł czas, by polski Kościół był światłem – światłem Chrystusa w Europie”. Kiedy słyszymy takie słowa, wypowiedziane przez charyzmatycznych misjonarzy przybywających do nas z zagranicy, naszym pierwszym odruchem jest myśl: „To przesada! Przecież znamy nasze polskie słabości i pokusy niewierności”. Ale zaraz przychodzi zapewnienie w kolejnym z wywiadów: to nie naszą mocą i nie z naszej zasługi ten strumień łaski, gdyż „w Kościele w Polsce – zarówno u świeckich, jak i u kapłanów i biskupów – dostrzegam wielką wrażliwość na działanie Ducha Świętego”. Albo w innym z wywiadów: „Duch Święty pragnie Kościół ożywić, chce go rozmodlić, chce, by Kościół i ludzie wierzący w Kościele byli szczęśliwi z tego powodu, że Duch Święty posługuje się nimi w dziele ewangelizacji”.

Jeśli Duch Boży mówi do nas, do Kościoła w Polsce, o misji naszego kraju i naszego narodu, to jednocześnie udziela łaski. Jest to łaska chrztu w Duchu Świętym. Bohaterowie zamieszczonych w książce wywiadów wciąż powracają do tego podstawowego daru duchowego: „Tak, tylko wtedy można się też i modlić, i przeżywać sakramenty święte, znaki obecności Bożej i inne znaki, w których spotykamy Jezusa, w rytm właśnie modlitwy i prowadzenia Ducha Świętego”.

Z podręczników historii Kościoła wyłania się niekiedy przeświadczenie, że biblijny etap życia wspólnoty uczniów Chrystusa bezpowrotnie przeminął wraz z apostołami i że potem przeszliśmy do „normy”, w której życie Kościoła jest regulowane bardziej kanonami prawa i postanowieniami statutowych gremiów niż oczekiwaniem na ciągle nowy dar Boży. Czy słusznie?

Zbiór wywiadów z dobrze znanymi u nas charyzmatykami zatytułowany Co Duch Święty mówi do Kościoła w Polsce? jest dowodem na to, że pozostajemy świadomi natury Kościoła, którego duszą był, jest i pozostanie Duch Święty. A jeśli tak, to nie przestaje tchnąć swoją mocą i inspiracją także w naszych czasach. Niekiedy nasza odpowiedź na dar Boży wydaje się jasną ilustracją faktu panowania zmartwychwstałego Pana; innym znowu razem bardziej szukamy po omacku woli Bożej pomiędzy naszymi pobożnymi pomysłami i ludzkimi inicjatywami. Ale zawsze towarzyszy temu świadomość, że jest Ktoś, kto mocą z wysoka prowadzi wszystkich tych, którzy chcą być nazwani dziećmi ­Bożymi.

Co więc mówi Boży Duch do Kościoła w Polsce? Czego dowiadujemy się z zamieszczonych w książce wywiadów? Po pierwsze, że mamy bardzo mocne duchowe „wczoraj”: „Otrzymaliśmy dar takich mężów Kościoła, na których patrzył cały świat, […] Jana Pawła II i księdza Franciszka Blachnickiego. Oni sprawili, że pół miliona ludzi (na przykład w oazie) mogło wejść w osobistą relację z Jezusem”. Po drugie, że mamy bardzo mocną nadzieję na duchowe „jutro”: „Przecież żyjemy obietnicą przekazaną przez Pana Jezusa św. Faustynie: iskra wyjdzie z Polski”. A duchowe „dziś”? O tym najwięcej powie nam lektura wywiadów. Nie pozostaje nic innego, jak przejść właśnie do nich.

ks. bp prof. Andrzej Siemieniewski
biskup pomocniczy wrocławski

dr Andrzej Sionek

Duch Święty na nowo
interesuje się Kościołem

Andrzej_SionekS_foto_3_IMG_6672

Z wykształcenia jest Pan magistrem fizyki jądrowej i doktorem teologii. Po studiach postanowił Pan zaangażować się w ruch ewangelizacyjny, stwierdzając: „Mimo iż lubiłem te wysokie energie fizyczne, w Bogu widziałem większą moc i Jemu postanowiłem się oddać”. Świat nauki i świat, który empirycznie jest trudno dostępny… Skąd taka decyzja?

Myślę, że dwie rzeczywistości dojrzewały we mnie od dzieciństwa i kryło się za nimi świadectwo konkretnych osób. Pamiętam, jak podczas służenia do mszy w bazylice Franciszkanów w Krakowie rodziła się we mnie bojaźń Boża i pragnienie służenia Bogu. Nieopodal ołtarza, przy którym służyłem, spotykałem dość często zanurzonego w modlitwie i medytacji księdza kardynała Karola Wojtyłę. Później on wracał do kurii, a ja szedłem do szkoły i myślę, że tak narodziła się między nami „niepisana” więź. W tym klimacie, pośród młodzieńczych trudów, dojrzewała moja wiara, która coraz bardziej warunkowała moje postępowanie.

A z innej strony rzeczywiście bardzo pociągała mnie nauka – fizyka. Mój wujek był wykładowcą fizyki w Akademii Górniczo-Hutniczej. Jego mieszkanie było pełne ciekawych książek fizycznych. Pamiętam, że odkąd w moich rękach znalazła się książka o akceleratorach, te najwyższe moce jądrowe zaczęły mnie bardzo pociągać. Tak więc z jednej strony ten świat nauki, z drugiej strony ten świat, który odkrywałem w Bogu, pociągały mnie i zaczynały się we mnie ze sobą zbiegać.

To cenne, bo encyklika Fides et ratio mówi, że często rozdzielamy wiarę i rozum, a tutaj jednak jest ich połączenie…

W fizyce widziałem bardziej filozofię przyrody niż pewną praktykę, z którą często się kojarzy fizykę. Postrzegałem ją bardziej jako naukę humanistyczną niż naukę techniczną. Pociągały mnie granice ludzkiego poznania, możliwości ludzkiego intelektu. Gdy studiowałem dość zaawansowane kierunki fizyki, z jednej strony fascynowały mnie moc i nowe odkrycia, a z drugiej – coraz bardziej zauważałem ograniczenia ludzkiego umysłu w poznawczej pasji człowieka.

W tym też czasie, na przełomie lat 60. i 70. XX wieku, miałem możliwość wzrastać w wierze, od kiedy mój ojciec duchowy – ojciec Rufin Orecki OFM – wprowadzał mnie w oazy księdza Franciszka Blachnickiego, którego poznał podczas swoich studiów na KUL-u.

Człowiek nie może odnaleźć siebie inaczej jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie” – ta zasłyszana myśl soborowa wprowadziła mnie na drogę osobistych zmagań. Od początku chrześcijaństwo jawiło mi się jako Prawda. Zaakceptowanie wymogów tej Prawdy prowadzi cię na drogę, którą z własnego wyboru, decyzją własnej woli powinieneś podążać.

To też „Wojtyłowe” – ulubiony cytat Jana Pawła II z Pisma Świętego brzmiał: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8, 32).

Tak, te słowa bardzo ładnie brzmią, ale nie było mi łatwo zdać sobie sprawę z tej prawdy i potem decyzją woli zacząć ją realizować. Im bardziej tę prawdę zgłębiałem, tym wyraziściej i boleśniej przeżywałem moje młodzieńcze upadki. Doświadczałem w konfesjonale miłosiernej miłości Boga, ale brak dostrzegalnego postępu w życiu duchowym doprowadził mnie do kryzysu. Pojawiło się we mnie głębokie wołanie do Boga o pomoc. Z jednej strony chciano mnie zrobić animatorem Ruchu Światło-Życie, z drugiej – sam zauważałem, że moje świadectwo dawane Bogu nie było dostatecznie jednoznaczne. Pojawił się we mnie taki płacz młodzieńca nad własną niedoskonałością i właściwie zamierzałem „poddać” tę moją „duchową” karierę.

Ważna okazała się wizyta w Taizé.

Zdarzyło się w 1972 roku, że dzięki pomocy ojca Rufina pojechałem do Taizé, gdzie Brat Roger zaczynał gromadzić wokół siebie młodych ludzi. I wówczas, podczas jednej z modlitw w namiocie, wołałem do Boga: „Pomóż, pomóż!”. Zaskoczeniem była dla mnie odpowiedź, którą otrzymałem. Pojawiło się we mnie doświadczenie rzeczywiście obecności Pana, doświadczenie przekraczające jakiekolwiek zrozumienie. Wyraziło się ono w wewnętrznym pocieszeniu, wręcz rozradowaniu. Kiedy próbowałem wypowiadać słowa swojej modlitwy, była ona już inna – jakby nie moja w porównaniu z tym, jak zwykłem się modlić. Nie odzwierciedlała ona w niczym mojej dotychczasowej koncentracji na sobie samym, a na dodatek zaczęła się wyrażać w języku, którego nie rozumiałem, co więcej, nie potrafiłem „tego” nazwać językiem. Nawet nie widziałem, co to jest, ponieważ było to wszystko tak „nagłą łaską”. Zauważyłem, że mój dotychczasowy świat zniknął – jakby ktoś zabrał mi mój świat i pojawił się inny świat. Zaczęły dręczyć mnie pytania: Co z Kościołem? Co z jego przyszłością? Jednocześnie pojawiło się w środku ciche wezwanie, delikatne przynaglenie, ażeby się oddać odnowie Kościoła. Zupełnie inne współrzędne – można powiedzieć – jakbym przeszedł do innego układu.

Obumarł we mnie płacz młodzieńca, który wynikał z szukania doskonałości w sobie samym, z podążania drogami samozbawienia i tej głębokiej frustracji, że jej w sobie nie znajduję. Myślę, że łaską Bożą było to, że nie porównywałem się z innymi. Mogłem próbować ratować swoją twarz, bo nie piłem, nie paliłem, ale miałem dostatecznie wiele uczciwości przed sobą samym, aby się poddać.

Ostatecznie to zakwestionowanie siebie i kryzys wewnętrzny sprawiły, że ta modlitwa: „Pomóż!” była dość głęboka, wynikała z serca i w odpowiedzi – można powiedzieć – ten świat został mi zabrany, niezdrowa kontrola i koncentracja na sobie samym, któremu Bóg ma pomóc. To zostało mi zabrane, natomiast zostałem „wciągnięty” w inne plany.

Pamiętam, że naszło mnie wtedy pragnienie zaproszenia Brata Roger do Polski. Sam nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale tak uczyniłem – podszedłem i zaprosiłem z odwagą i pewnością, której nigdy wcześniej nie doświadczałem.

A na uczelni czekało pisanie pracy magisterskiej.

Czyniłem dość dobre postępy, jeżeli chodzi o pracę magisterską, ale wszystko to w świadomości dokonujących się we mnie głębokich przewartościowań i przemian. Nie sposób się było nie dzielić ze swoimi kolegami, studentami, a nawet profesorami, tym, czego sam doświadczałem. Pojawiły się bowiem we mnie nowe moce, nowe doświadczenia, nowe możliwości. Okrywałem je i coraz bardziej byłem świadomy, że zawdzięczam je Duchowi Świętemu.

Nie wiem do końca, jak byłem postrzegany. Faktem jest jednak, że podczas obrony pracy magisterskiej zapytano mnie: „To co teraz? Ewangelizacja czy praca z nami – w zespole badawczym?”. Powiedziałem, że raczej chyba to pierwsze. „No to gratulujemy” – usłyszałem. Tak się zakończyła moja droga fizyka, która pozwoliła mi zrozumieć świat, w którym żyję. Podjąłem studia teologiczne. Miałem nadzieję, że skoro tak dużo się dzieje i tak wiele zaczynam rozumieć w sferze Ducha, na podstawie dostępnych mi broszurek zielonoświątkowych, które pozwalały mi w ogóle zrozumieć to moje pierwotne doświadczenie, to oddanie się studiom w tej kwestii będzie oznaczać realny postęp.

I przyszedł moment chrztu w Duchu Świętym oraz pomoc od przyjaciół ze Stanów Zjednoczonych, by móc te doświadczenia choć trochę zrozumieć, ponazywać.

Lata od 1972 roku, czyli od czasu chrztu w Duchu Świętym, bo tak ostatecznie należałoby nazwać to, co przeżyłem, aż do 1975 roku to czas rozwijania się we mnie nowego życia, które było przeżywane, ale nie miałem ani dostatecznej refleksji, ani języka, żeby potrafić o tym mówić na zewnątrz. To był realny trud we mnie: jak sformułować i zakomunikować swoje doświadczenie, na dodatek w środowisku, w którym odnowa charyzmatyczna nie była jeszcze w ogóle obecna.

Pomoc uzyskałem od gości, którzy przyjechali ze Stanów Zjednoczonych i uświadomili mnie o istnieniu odnowy charyzmatycznej. Zaczęli się modlić w mojej obecności językami, na co zareagowałem pytaniem: „Co robicie? Czy nie wstydzicie się modlić tak publicznie?”. Wyznałem im, że ja tak robię w skrytości, i nawet do końca nie uświadamiałem sobie, że jest to modlitwa. Wiedziałem tylko, że to, co robię, jakoś pozwala mi się odrodzić, przynosi z powrotem radość i że trudno jest mnie zniechęcić. W odpowiedzi podali mi cytaty z Pisma Świętego. W ten sposób moje doświadczenie zostało odniesione do ewidencji biblijnej, pogłębiło to moją miłość do studium Pisma Świętego, któremu miałem się oddać przez najbliższe dziesięciolecia. Takie były początki duszpasterstwa akademickiego, początki ruchu Odnowy: wiele eksperymentów, wiele nieudanych, ale zawsze w obecności nowego natchnienia, nowej inspiracji, nowej umiejętności uczenia się na własnych błędach.

Jest rok 1977. W Pana mieszkaniu przy ulicy Podzamcze w Krakowie po spotkaniu u franciszkanów zbiera się grupa studentów – dyskutują o Duchu Świętym, modlą się. Nagle pojawia się doświadczenie obecności Bożej. Niektórzy zaczynają mówić językami, inni czują fizycznie Bożą obecność. Entuzjazm i radość, które pojawiają się w tym momencie, przerodzą się w głód słowa. To oni zorganizują pierwszą ewangelizację, która odbędzie się sześć tygodni później – w kwietniu w parafii św. Szczepana w Krakowie. Przyszło na nią ponad 600 studentów. Oaza zmieniła nazwę na Ruch Światło-Życie i nawiązuje pierwsze kontakty ekumeniczne. Można powiedzieć, że to taki Wieczernik, w którym się zaczęło i trwa…

Ostatecznie doszło do tego, że zacząłem zbierać studentów z duszpasterstwa akademickiego w moim mieszkaniu na Podzamczu 26 pod Wawelem po zakończonych wieczornych spotkaniach w duszpasterstwie u franciszkanów. Braliśmy hasła ze Słownika teologii biblijnej, który się wtedy ukazał i był dla nas wielką nowością. Czytaliśmy je, skupiając się zwłaszcza na tych dotyczących Ducha Świętego. Podczas któregoś ze spotkań okazało się, że wszyscy nagle mieliśmy przekraczającą zrozumienie świadomość, że Ten, o którym mówimy, rozmawiamy, jest wśród nas obecny. No i przyszła radość, pocieszenie i zaczęło się – w moim rozumieniu – pierwsze w Krakowie wspólnotowe wylanie Ducha Świętego.

To w konsekwencji przesądziło już o wielu sprawach. Dla mnie najważniejsze było to, że inni wokół mnie mieli już udział w tym samym doświadczeniu, zostało ono podzielone, a nasze świadectwa były zadziwiająco spójne.

Taki Wieczernik. Wszyscy w gronie pięciu czy sześciu osób „dostaliśmy pić”. Przez najbliższe dwa tygodnie nikomu nie chciało się uczęszczać na zajęcia, to bowiem, czego doświadczyli, było tak fascynujące, pragnienie czytania Pisma Świętego, które stało się słowem osobiście przeżywanym, tak skupiające uwagę, a przy tym wszystkim wola zbierania się codziennie dla uwielbienia i dzielenia się słowem – tym, co Duch Święty pozwolił każdemu z nas zrozumieć – tak powszechna. Te spotkania bezpośrednio prowadziły do ewangelizacji.

Czyli?

To dość niecodzienna sytuacja, często ją cytuję. Studenci zaczęli się spotykać co rano w pralni na najwyższym piętrze w którymś z akademików (nie pamiętam, ale chyba był to „Babilon”). Gromadzili się na wspólnym uwielbieniu, śpiewie psalmów i dzieleniu się Słowem Bożym. Myśleli, że tam są bezpieczni i nikt ich nie słyszy. „Nieszczęśliwcy” nie wiedzieli, że gromadzili się przy zsypie na śmieci, który działał jak tuba rezonansowa, pozwalająca śledzić treść spotkań studentom na poszczególnych piętrach. I pewnego dnia jacyś studenci zaczęli im dziękować za takie przygotowanie do dnia. Tak pojawił się element ewangelizacyjny. Już około sześciu tygodni po tym wydarzeniu zgromadziliśmy prawie 600 studentów na ewangelizacji w parafii św. Szczepana – tam bowiem zostaliśmy przyjęci przez miejscowego proboszcza. To dobrze ilustruje, jak zmotywowani byli ludzie chodzący od pokoju do pokoju i organizujący ewangelizację. Jeżeli chodzi o samą organizację ewangelizacji, pomocne było doświadczenie zdobyte w Ruchu Światło-Życie, integrujące w sobie w tamtym czasie doświadczenia Agape (Campus Crusade for Christ), misji ewangelizacyjnej o podłożu ewangelicznym, z doświadczeniem, które wtedy czerpaliśmy.

Dla parafian kościoła św. Szczepana było to nowe doświadczenie, do tej pory bowiem nie słyszeli w Kościele świeckich komentujących Słowo Boże, dających świadectwa i modlących się wstawienniczo za innych. Zaniepokojeni parafianie, a zwłaszcza parafianki w podeszłym wieku, nie mogąc dodzwonić się do proboszcza, doszły do wniosku, że trzeba zaalarmować kurię. Otrzymałem telefon od kapelana kardynała Wojtyły, księdza Stanisława Dziwisza, z zapytaniem: „Co wy tam w kościele robicie, bo parafianki wydzwaniają i donoszą mi, że wy tam najprawdopodobniej Ducha Świętego wywołujecie!?”.

A na zakończenie rekolekcji przyszedł sam kardynał Wojtyła.

Na zakończenie tych rekolekcji przyszedł do nas ksiądz kardynał Karol Wojtyła. Cytowałem wtedy proroctwa z Rzymu z 1975 roku, kiedy to papież Paweł VI błogosławił odnowę charyzmatyczną w Kościele katolickim… Kardynał Wojtyła podszedł i na zakończenie potwierdził wobec zebranych autentyczność tego doświadczenia, przypomniał nam o tym, że dar Ducha otrzymaliśmy za cenę wyniszczenia Jezusa na krzyżu i że to jest właśnie dar paschalny, oraz zachęcił nas, abyśmy wśród nas nie budowali getta, ale nieśli dalej to świadectwo1.

Myśmy wtedy oczywiście przyklasnęli temu słowu, ale nie zdaliśmy sobie sprawy z tego, że nie poszliśmy w tym kierunku do końca. Wśród ludzi, którzy doświadczyli Ducha Świętego, tak dobrze być, że można zapomnieć o wyjściu. To ciepełko, które nas pchało ku sobie, zaczęło paradoksalnie powstrzymywać pierwotny ewangelizacyjny dynamizm. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to oczywiste, wtedy było ledwo zauważalne.

Jestem Bogu bardzo wdzięczny, że bez żadnych zasług z mojej strony mogłem wtedy wzrastać jako animator oazowy pod apostolskim autorytetem księdza Karola Wojtyły i prorockim głosem kardynała Franciszka Blachnickiego, założyciela Ruchu Światło-Życie. Ostatecznie u stóp księdza Franciszka „przesiedziałem” 25 lat.

Istnieje coś takiego jak filozofia spotkania. I Pan jej niejednokrotnie doświadczył, ale chcę zapytać właśnie o to jedno konkretne spotkanie. W latach 60. XX wieku spotkał Pan twórcę ruchu oazowego – księdza Franciszka Blachnickiego. Wizja księdza Blachnickiego miała wpływ na Pana dalsze wybory i związanie się z ruchem oazowym. Po upadku komunizmu postanowił Pan kontynuować dzieło księdza Blachnickiego… i zakładać szkoły ewangelizacji w dawnych republikach ZSRR oraz państwach dawnego bloku wschodniego. Proszę powiedzieć, czy to dzięki niemu postrzega Pan Kościół przez pryzmat posoborowych ruchów odnowy? Co zawdzięcza Pan spotkaniom z księdzem Blachnickim – człowiekiem, księdzem, charyzmatykiem? Czy czerpie Pan z tego doświadczenia, ściśle współpracując z księdzem biskupem Grzegorzem Rysiem, przewodniczącym Zespołu do spraw Nowej Ewangelizacji przy Komisji Duszpasterstwa Episkopatu Polski i Sekretariatu do spraw Nowej Ewangelizacji w Archidiecezji Krakowskiej?

To Pan Bóg poprowadził. Wydaje mi się, że to, co było najważniejsze w księdzu Blachnickim i co potem mogło mnie ukształtować dalej, to jego doświadczenie żyjącego Boga. Właściwie jego profil wiary i jego odwaga, które zostały ukształtowane w czasie wojny, kiedy oddał swoje życie Bogu i doświadczył w nim Bożych interwencji. Dlatego też potem było w nim niesłychane pragnienie, aby zakomunikować młodemu pokoleniu, dać mu możliwość poznania żywej obecności Boga. Dlatego też nieustannie mówił o swoich poszukiwaniach metody przeżyciowej do młodych ludzi – oazy. Dlatego też działanie władz komunistycznych, które opierało się na wzbudzaniu lęków (a strach miał powstrzymywać ludzi przed oponowaniem), niewiele mogło tu wskórać.

Będąc bardzo blisko księdza Franciszka Blachnickiego, mógł Pan wiele się nauczyć, może też tym więcej, że przypadło to na trudny czas. Nowa Ewangelizacja zachęca do podejmowania wysiłku, by patrzeć na nowo, odczytywać na nowo, działać w inny – nowy sposób. A jak do „nowego” podchodził ksiądz Blachnicki?

Miałem okazję śledzić jego pasję, ażeby w tych uwarunkowaniach przemian posoborowych, rodzenia się nowej katolickiej tożsamości, przebijać się z nową wizją, i to w dość proroczy sposób. Proroczy oznacza także to, że on wyprzedzał czas i stawiał nas w obliczu wizji, i dopiero potem zadawał podstawowe pytanie, w jaki sposób do tej wizji dojrzeć, zbudować strategię, jak postępować, by życie tą wizją było możliwe. Dla mnie była to też szkoła bycia w cieniu. Widziałem rozmaite wezwania, przed jakimi stawał. Widziałem, jak była kształtowana oaza z roku na rok – przez wiarę, jak nowe doświadczenia wpływały na oazę i kształtowały ją na nowo. Przy całej mocy swojego intelektu i umiejętności ustawienia, uporządkowania wszystkich rzeczy, ksiądz Franciszek był jednocześnie bardzo wrażliwy na rzeczy nowe, które Duch Święty wzbudza w oazie czy szerszym środowisku – kościelnym. Starał się być obecny w świecie katolickim we wszystkich miejscach, gdzie pojawiło się jakieś nowe życie. Następnie, po 1975 roku, kiedy papież rzucił nowe światło na współpracę ekumeniczną z liderami, chciał być wszędzie tam, gdzie Bóg objawiał na świecie swoją moc i dojrzewały nowe dzieła. Stale to nowe doświadczenie było ustawiane w centrum tak, aby w jego obliczu na nowo mogła być odczytana całość. W konsekwencji następowały stopniowa integracja i wzrost. Kościoła, który żyje, uczyłem się od księdza Franciszka i wtedy – można powiedzieć – nie znałem innego. Byłem świadkiem i brałem coraz czynniejszy udział w wielu pionierskich wydarzeniach.

Tutaj pewnie pojawia się kwestia realizacji wskazań, zaleceń, rad Soboru Watykańskiego II.

To, że posoborowy ruch odnowy stał się ruchem ewangelizacyjnym z wyraźnym akcentem ekumenicznym, wynika z samego odczytania przez księdza Franciszka wizji Vaticanum II jako wizji, która zrodziła się w asystencji również liderów niekatolickich. Skoro proces powstawania tej wizji miał takie menu, proces realizacji powinien mieć adekwatne. Jego podstawowa teza była taka, że nie można odłączyć procesu odnowy Kościoła z wizji Vaticanum II od ewangelizacji, a z kolei ewangelizacji nie można odłączyć od budowy jedności chrześcijan, dlatego że chodzi nam o taką ewangelizację, która zrodzi Kościół niemający zarzewia wcześniejszych podziałów. Dlatego dla niego było ważne, by te drogi ewangelizacji, którymi idziemy, były do przyjęcia, żeby były wspólnymi drogami wszystkich wyznawców Jezusa. W tamtym czasie była to teza bardzo trudna do przyjęcia przez odpowiedzialnych Kościoła. Niemniej jednak praktyka pokazuje, że jest tak, a nie inaczej.

Innym ważnym elementem wizji księdza Franciszka było dążenie do tego, aby w młodych ludziach wzrosło doświadczenie wiary, zanim zostaną poddani procesowi katechizacji. Nigdy nie był zwolennikiem tego, żeby katecheza była prowadzona w szkole. Twierdził, że powinna się odbywać w środowisku wiary. Oczywiście, w szkole może być nauka religii, ale to jest zupełnie coś innego niż katecheza, ponieważ katecheza jest niemożliwa względem człowieka, który nie został zewangelizowany. Oddziaływanie katechezy na człowieka, który nie został nawrócony, zewangelizowany, to impregnowanie go na przesłanie Ewangelii, czyli właściwie skutek, który uzyskujemy, jest odwrotny do zamierzonego.

Wtedy bierzmowanie staje się ostatnim sakramentem w Kościele.

Tak, uroczystym pożegnaniem z Kościołem w obecności biskupa (śmiech). Widać więc, jak wysoką cenę płacimy za taki opór materii i niechęć do słuchania głosu prorockiego.

A jaki jest pomysł na to, żeby zrobić coś lepszego? Dziś biskupi stają wobec pytania, a właściwie wyzwania, jak prowadzić młodych.

W procesie katechizacji młodych ludzi chrześcijaństwo jest prezentowane jako prawda i droga. Jeżeli uznajesz coś za prawdę, decyzją woli postępujesz na drodze, którą wyznacza uznana przez ciebie prawda. Jest to stwierdzenie jak najbardziej prawdziwe, niemniej jednak, kiedy zostałem ochrzczony w Duchu Świętym, zrozumiałem, że przede wszystkim chodzi tutaj o życie. „Ja jestem droga, prawda i życie” (por. J 14, 6). Jezus mówi: nie tyle idźcie za wskazaniami mojej prawdy, ale wejdźcie w moje odpocznienie… I przyjdźcie do Mnie, którzy jesteście utrudzeni: Ja wam dam życie, Ja wam dam odpocznienie. Usiłujcie wejść w moje odpocznienie. I właściwie dopiero z tego życia, które zostało w nas złożone z Boga, zaczyna się możliwość życia życiem Boga, który jest w nas. Wszystko inne zmierza do kryzysu, ażeby uświadomić sobie, że my nie jesteśmy w stanie – że tak powiem – na własny sposób kształtować i prowadzić życia Kościoła. Możemy najwyżej informować świat o Kościele, ale życie Kościołem to jest kwestia nowego życia. Rodzi się nowy człowiek, nowa wspólnota i nowa kultura. Dzisiaj rzeczywiście jest walka o życie, walka na śmierć i życie. Na różne sposoby próbujemy rzeczywiście sami przez własną pychę przepchać się z naszą dobrą wolą, dobrymi uczynkami do Boga – na wzór wieży Babel. Czyż jej budowniczowie nie byli ludźmi wierzącymi, którzy chcieli zrobić coś dla Pana Boga?

Jego oczekiwaniem jest, że ze względu na nasze przylgnięcie do Niego Jego Duch dokończy dzieła – nic innego. On sam zbuduje nasze wieże z uwagi na nasze przylgnięcie i wolę służenia Mu. Wydaje mi się, że jest to taki bardzo delikatny moment, ale w tym właśnie momencie dokonuje się walka o życie w Kościele.

Bycie narzędziem Ducha Świętego nie jest łatwe. Czy z perspektywy czasu może Pan powiedzieć, że wiedział, na co się decydował? A może kiedyś pojawił się moment zwątpienia?

Wydaje mi się, że byłem dostatecznie ubogi i niemający jeszcze zbyt wiele, niezbyt przekonany o sobie samym i właściwie to było zbawcze dla mnie (śmiech), dlatego że już w trakcie modlitwy, w której powierzyłem swoje życie Bogu, wiedziałem, że nie mam nic do stracenia. To uwolniło mnie od pewnych lęków, obaw czy zawahania. Oczywiście to był cały proces. Nie od razu zacząłem postępować w świętości, tylko stałem się grzesznikiem, który jest mniej profesjonalny (śmiech). Wcześniej grzech nie bolał mnie tak bardzo i byłem wobec niego bardziej bezsilny, teraz bolał mnie bardziej, ale również miałem więcej mocy, żeby się od niego odciąć. Była to zmiana, która z jednej strony nie zabrała mnie spośród ludzi, spośród tego współodczuwania w biedzie, którą każdy przeżywa, z drugiej strony dała moc rozprawiania się z obecnością grzechu w życiu. Wydaje mi się, że to jest ważne.

W obliczu kryzysu czy zwątpienia starałem się stawać w obecności Bożej, przypominać sobie i na nowo przeżywać Jego obietnicę nad moim życiem, powołanie do odnowy Kościoła, czy też rozmaite późniejsze proroctwa, które pojawiły się w moim życiu i które stopniowo coraz bardziej mnie pochłaniały. Wątpliwości ustawały, im bardziej wchodziłem w moje życie widziane oczami Boga. Wydaje mi się, że Pan mnie strzegł przed zwątpieniem, które często wynika z faktu, że odnawiamy swoje życie w Bogu, jednak zostaje w nas dawna koncentracja na sobie. Od początku Bóg mnie ustrzegł od tej chęci zbytniej koncentracji na sobie. Myślę, że to też mnie ochroniło przed większymi zawahaniami.

Proroctwa. Czy mógłby Pan rozwinąć ten temat, czy raczej jest to na tyle osobiste, że wolałby Pan zostawić to dla siebie?

Proroctwa? Są oczywiście takie, które głęboko dotykają, i jestem świadomy, że one były po to, żeby zostawić je sobie, ale są też te, które oddają chwałę Bogu. Z czasu ministranckiego pamiętam, że odczułem już wtedy pragnienie oddania się odnowie życia chrześcijańskiego, rodzinnego, małżeńskiego. I miałem kiedyś – jako młody chłopiec – sen o dużym domu, do którego była cała kolejka ludzi – takich zbiedzonych, zmęczonych, którzy do niego wchodzili. Potem spotykali się z różnymi ludźmi, którzy im służyli, po czym wyjściem z drugiej strony domu wyskakiwali, szczęśliwi i radośni. Ta myśl pochłonęła mnie na wiele lat. Myślałem sobie, że czemuś takiemu rzeczywiście chciałbym się oddać. Po około 30 latach znalazłem się w Lanckoronie, gdy szukałem miejsca na szkołę ewangelizacji i życia chrześcijańskiego, i zobaczyłem, że dom, który tam się znajduje, jest taki jak ten z mojego snu. Już nawet nie sprawdzałem statusu ani kondycji tego domu, nie myślałem nad tym, czy warto go kupić, czy może nabycie takiego pustostanu jest szaleństwem – po prostu wiedziałem, że to jest to, i nikt nie mógł mnie przekonać, że powinienem ten dom zostawić. Gdybym nie trwał w posłuszeństwie raz danemu obrazowi i pragnieniu, jakie zrodził, po prostu nigdy bym w to nie wszedł.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 W 1977 roku wspólnota animatorów związanych z ruchem oazowym zorganizowała w Krakowie pierwsze rekolekcje ewangelizacyjne w ramach planu Ad Christum Redemptorem księdza Franciszka Blachnickiego [przyp. S.P.].

Tomasz Alexiewicz OP

Kościół albo będzie
charyzmatyczny,
albo go nie będzie wcale

Tomasz_Aleksiewicz_55c9b8a448026_o

Od autorki

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

James Manjackal MSFS

By spotkać Pana znaków

Manjackal_DSC_0214

Dostępne w wersji pełnej

o. Antonello Cadeddu

Być jak Jezus i wyjść
na peryferie Kościoła

QBA_9183

Dostępne w wersji pełnej

Teodor Knapczyk OFM

Jezus jest lekarzem
całego człowieka

o-teodor-knapczyk

Dostępne w wersji pełnej

Joseph Vadakkel MCBS

Módlcie się
o Ducha Świętego!

ol34s0607_fot1

Dostępne w wersji pełnej

o. Daniel Galus

Na chwałę Bożej Miłości
i Miłosierdzia9

D_Galus_DSC_5624

9 Wywiad został przeprowadzony za zgodą księdza arcybiskupa Wacława Depo, metropolity częstochowskiego [przypis S.P.].

Dostępne w wersji pełnej

Carver Alan Ames

Duch Święty – łagodny,
ale pełen mocy

Alan_Ames-Talk-left

Dostępne w wersji pełnej

BW_n