Calamity - Brandon Sanderson

Calamity

0,0

Gdy Calamity rozświetliła niebo, zrodzili się Epicy. Od tamtej pamiętnej nocy życie Davida jest nierozerwalnie związane z ich zbrodniami

Stalowe Serce zabił jego ojca. Pożar skradł mu serce. A teraz Regalia zamieniła jego najlepszego sprzymierzeńca w groźnego wroga.

David znał tajemnicę Profesora i zatrzymał ją dla siebie nawet wtedy, gdy Profesor z trudem panował nad swoją mocą Epika. Jednak starcie ze Znikającym w Babilarze przeważyło szalę. Były przywódca Mścicieli przeszedł na drugą stronę. Zapadł w mroczną otchłań zła szerzonego przez Epików na całym świecie, z której - jak powszechnie sądzono - nie ma powrotu.

Jednak wszyscy się mylą. Odkupienie jest możliwe nawet dla Epików, czego dowiodła Megan. Nie wszyscy są straceni. Nie całkowicie. A Dawid jest na tyle szalony, aby stawić czoło najpotężniejszemu z elity Epików, aby ocalić przyjaciela. Albo zginąć…

“Nieodparcie frapujące i z wybuchowym zakończeniem”.

James Dashner, autor bestsellerowego cyklu Więzień labiryntu

“Następny sukces Sandersona… Jest po prostu błyskotliwym pisarzem. Kropka”.

Patrick Rothfuss, autor bestsellera  Imię wiatru

OSTATNI TOM BESTSELLEROWEJ TRYLOGII ZAPOCZĄTKOWANEJ STALOWYM SERCEM I KONTYNUOWANEJ W POWIEŚCI POŻAR

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Prolog

Widziałem przerażające głębiny.

Byłem w Babilarze, Odrodzonym Babilonie. Niegdysiejszym Nowym Jorku. Zajrzałem w płonącą czerwoną gwiazdę znaną jako Calamity i zrozumiałem — bez cienia wątpliwości — że coś się we mnie zmieniło.

Te głębiny uznały mnie za swojego. I chociaż je odepchnąłem, nadal noszę ich niewidoczną bliznę.

Uparły się, że znów będę ich.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Dla Kaylynn ZoBell – 
pisarki, czytelniczki, krytyczki i przyjaciółki, 
która od dziesięciu lat uczestniczy w spotkaniach grupy rozgadanych pisarzy 
i wciąż grzecznie podnosi rękę, kiedy chce coś powiedzieć, 
zamiast nas wymordować. 
(Dzięki za Twoją pomoc przez te wszystkie lata, Kaylynn!)
Brandon Sanderson
Calamity

Tytuł oryginału
Calamity

ISBN

Text copyright © 2016 by Dragonsteel Entertainment, LLC
All rights reserved
Copyright © 2017 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań

Redaktor
Robert Cichowlas

Projekt graficzny okładki
Jędrzej Chełmiński

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo
ul. Wielka 10, 61-774 Poznań
tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67
faks 61 852 63 26
dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90
sklep@zysk.com.pl
www.zysk.com.pl


Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Strona tytułowa

1

Słońce wyglądało znad horyzontu jak łeb olbrzymiego radioaktywnego manata. Kuliłem się, ukryty w koronie — nie do wiary — drzewa. Nie pamiętałem tego przedziwnego zapachu.

— Wszystko gra? — szepnąłem do mikrofonu. Zamiast używać komórek, korzystaliśmy ze starych krótkofalówek, które połączyliśmy ze słuchawkami. Kiedy mówiłem, słyszałem w nich szumy i trzaski. Prymitywna technologia, ale niezbędna do wykonania tego zadania.

— Zaczekaj chwilkę — powiedziała Megan. — Cody, jesteś na pozycji?

— Jasne, że tak — zatrzeszczał w odpowiedzi z wyraźnym południowym akcentem. — Jeśli ktoś spróbuje się do ciebie podkraść, dziecino, wpakuję mu kulkę w łeb.

— A fe! — nadała Mizzy.

— Ruszamy za pięć sekund — powiedziałem z mojej grzędy. Cody nazywał to „amboną”, lecz w rzeczywistości było to po prostu campingowe krzesełko przymocowane na wysokości dziesięciu metrów do pnia wiązu. Kiedyś myśliwi chowali się w ten sposób przed zwierzyną.

Przycisnąłem do ramienia gottschalka — nowiutki automatyczny karabin — i wycelowałem. Zwykle w takiej sytuacji celowałbym w Epika: jedną z tych obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami istot, które terroryzowały świat. Byłem Mścicielem, tak jak i reszta mojego zespołu zajmującego się unieszkodliwianiem niebezpiecznych Epików.

Niestety, istnienie Mścicieli przestało mieć sens mniej więcej dwa miesiące temu. Nasz przywódca, Profesor, też był Epikiem — i został uwikłany przez rywalkę w skomplikowaną intrygę zmierzającą do wyłonienia sukcesora. Zmagając się ze swoją mocą, opuścił imperium Regalii w Babilarze, ale zabrał ze sobą jej twarde dyski oraz notatki i tajemnice. Zamierzaliśmy go powstrzymać. I to doprowadziło mnie tutaj.

Do tego wielkiego zamku.

Poważnie. Zamku. Sądziłem, że można je znaleźć tylko w starych filmach i obcych krajach, a jednak jeden z nich krył się w lasach Wirginii Zachodniej. I pomimo nowoczesnej stalowej bramy i zaawansowanego systemu alarmowego ta budowla wyglądała tak, jakby była tu na długo przed tym, zanim na niebie pojawiła się Calamity — kamienie pokrywał mech, a jedną z kruszejących ścian porastały pnącza.

Ludzie sprzed pojawienia się Calamity byli niesamowici. Godni szacunku — czego dowodem był ten zamek — jednak naprawdę niesamowici.

Oderwałem wzrok od tego widoku i zerknąłem na Abrahama, ukrytego w listowiu pobliskiego drzewa. Zdołałem go dostrzec tylko dlatego, że wiedziałem, czego szukać. Jego ciemny strój stapiał się z plamami cienia poranka, który — jak twierdził nasz informator — był najlepszą porą do ataku na ten obiekt: zamek Shewbrent, znany również jako Knighthawk Foundry. Główne źródło technologii Epików na tej planecie. Korzystaliśmy z ich broni i technologii, żeby walczyć ze Stalowym Sercem, a potem z Regalią.

Teraz zamierzaliśmy ich obrabować.

— Wszyscy mają wyłączone komórki? — zapytałem przez radio. — I wyjęte baterie?

— Pytałeś o to już trzy razy, Davidzie — odparła Megan.

— Pomimo to sprawdźcie.

Wszyscy potwierdzili, a ja nabrałem tchu. O ile wiedzieliśmy, byliśmy ostatnią komórką Mścicieli. Minęły dwa miesiące i nadal nie mieliśmy żadnych wieści o Tii, co oznaczało, że prawdopodobnie nie żyje. Tak więc ja objąłem dowodzenie — przy braku innych chętnych. Abraham i Cody roześmiali się, kiedy spytałem, czy chcą dowodzić, a Mizzy zesztywniała jak deska i o mało się nie zapowietrzyła.

Teraz wprowadzaliśmy w życie mój plan. Zwariowany, zuchwały, niewiarygodny plan. Szczerze mówiąc, byłem przerażony.

Mój zegarek zabrzęczał. Czas zaczynać.

— Megan — powiedziałem przez radio. — Zaczynasz.

— Się robi.

Znów przyłożyłem karabin do ramienia, zerkając przez gąszcz drzew tam, skąd Megan miała przeprowadzić atak. Czułem się jak ślepiec. Używając komórki, mógłbym podłączyć się do aparatu Megan lub przynajmniej wywołać mapę okolicy i obserwować na niej migające plamki przedstawiające członków mojego zespołu. Jednak nasze komórki były wyprodukowane i dostarczone przez Knighthawka — także zarządzający bezpieczną siecią, w której działały. Korzystanie z nich do koordynowania ataku na instalacje Knighthawka byłoby równie mądre jak użycie pasty do zębów jako majonezu.

— Zaczynam — powiedziała Megan i zaraz potem ziemia zadrżała od dwóch eksplozji. Spojrzałem przez lunetę i dostrzegłem dwie smugi dymu unoszące się w niebo, ale nie zdołałem wypatrzyć Megan. Znajdowała się po drugiej stronie zamku. Miała przypuścić frontalny atak i te dwie eksplozje były wybuchami granatów, które wystrzeliła we frontową bramę.

Atak na Knighthawk Foundry był, oczywiście, czystym samobójstwem. Wszyscy o tym wiedzieliśmy, ale byliśmy zdesperowani, kończyły nam się zasoby i polował na nas sam Jonathan Phaedrus. Knighthawk nie chciał mieć z nami nic wspólnego i był głuchy na nasze prośby.

Mogliśmy spróbować załatwić Profesora bez wyposażenia albo przybyć tutaj i zobaczyć, co zdołamy ukraść. To drugie wydawało się mniejszym złem.

— Cody? — odezwałem się.

— Ona dobrze sobie radzi, chłopie — przekrzyczał trzaski zakłóceń. — Wszystko wygląda jak na filmie. Tamci wypuścili drony natychmiast po wybuchach.

— Wychwyć, co tylko zdołasz — powiedziałem.

— Przyjąłem.

— Mizzy? — rzuciłem. — Zaczynasz.

— Fajowo.

Zawahałem się.

— Fajowo? To jakiś szyfr?

— Nie wiesz, co… Na skry, Davidzie, czasem potrafisz być naprawdę tępy.

Jej słowa przerwała kolejna seria eksplozji, tym razem głośniejszych. Fale uderzeniowe zatrzęsły moim drzewem.

Nie potrzebowałem lunety, żeby dostrzec dym unoszący się po mojej prawej, z boku zamku. Zaraz po wybuchu stado dronów wielkości piłek do koszykówki — eleganckich i metalicznie lśniących, ze śmigłami na górze — wyleciało przez okna i pomknęło w kierunku smug dymu. Większe maszyny wytoczyły się z zacienionych nisz — smukłe automaty wielkości człowieka, każdy z ruchomym działkiem na górze i poruszający się na gąsienicach, a nie na kołach.

Patrzyłem na nie przez lunetę, gdy zaczęły strzelać w las, gdzie Mizzy rozmieściła mnóstwo rac mających dawać odczyty termiczne. Zdalnie obsługiwane karabiny maszynowe pogłębiały złudzenie, że kryje się tam duży oddział żołnierzy. Strzelaliśmy wysoko. Nie chcieliśmy, żeby Abraham dostał się w krzyżowy ogień, kiedy przyjdzie pora na jego ruch.

Obrona Knighthawka robiła dokładnie to, co widzieliśmy na filmie dostarczonym przez informatora. Jeszcze nikomu nie udało się tam wedrzeć, ale wielu próbowało. Jedna z tych grup, zuchwała paramilitarna organizacja z Nashville, nakręciła film, którego kopie zdołaliśmy zdobyć. Jak się domyślaliśmy, wszystkie te drony przeważnie znajdowały się wewnątrz i patrolowały sale. Teraz jednak ruszyły do boju.

Może to da nam szansę.

— W porządku, Abrahamie — powiedziałem do krótkofalówki. — Twoja kolej. Będę cię osłaniał.

— No to ruszam — cicho rzekł Abraham.

Ten opanowany, ciemnoskóry mężczyzna zjechał ze swego drzewa po cienkiej linie, a potem bezgłośnie przemknął po leśnym poszyciu. Chociaż miał szerokie bary i masywny kark, poruszał się zaskakująco zwinnie i niebawem dotarł do muru, wciąż ledwie widocznego w świetle wczesnego ranka. Dopasowany strój infiltrujący skrywał jego sygnaturę termiczną, przynajmniej dopóki działały pochłaniacze ciepła przy jego pasie.

Jego zadaniem było dostać się do Foundry, ukraść tyle broni i wyposażenia, ile się da, po czym wynieść się stamtąd przed upływem piętnastu minut. Od naszego informatora dostaliśmy podstawowe mapy pokazujące, że laboratoria i fabryki znajdujące się w podziemiach zamku są pełne towaru, który aż się prosi, żeby go zwinąć.

Nerwowo obserwowałem Abrahama przez lunetę — celując nieco na prawo od niego, żeby nie trafił go przypadkowo oddany strzał — upewniając się, że żaden dron go nie zauważył.

Drony go nie wykryły. Jedna samokurcząca się lina wciągnęła go na niski mur, a druga na dach zamku. Schował się za krenelażem, przygotowując następny ruch.

— Po twojej prawej jest wejście, Abrahamie — powiedziałem mu przez radio. — Jeden z dronów wyleciał z dziury pod oknem tej wieży.

— Fajowo — rzekł Abraham, choć to słowo zabrzmiało szczególnie dziwnie w jego ustach, wypowiedziane z miękkim francuskim akcentem.

— Proszę, powiedz mi, że nie ma takiego słowa — mruknąłem, a potem powiodłem za nim lufą karabinu, gdy ruszył w kierunku otworu.

— A dlaczego nie miałoby być? — spytała Mizzy.

— Bo po prostu brzmi upiornie.

— A te, które dziś wypowiadamy, nie brzmią upiornie? „Skry”? „Słońce”?

— One są normalne — powiedziałem. — Wcale nie upiorne.

W pobliżu przeleciał jakiś dron, ale na szczęście mój strój maskował także moją sygnaturę cieplną. I dobrze, bo ten podobny do skafandra płetwonurka kombinezon był cholernie niewygodny. Aczkolwiek mój nie był aż tak krępujący jak ten, który nosił Abraham: z osłoną twarzy i innymi dodatkami. Dron rejestrował moją sygnaturę termiczną jako minimalną, typową dla wiewiórki lub podobnego stworzenia. Podstępnej i śmiertelnie niebezpiecznej wiewiórki.

Abraham dotarł do niszy, którą mu wskazałem. Na skry, ten gość umiał się skradać. Zaledwie na moment spuściłem go z oka, a już go zgubiłem i z trudem zdołałem ponownie zlokalizować. Na pewno przeszedł jakieś specjalne szkolenie.

— Niestety, są tu drzwi — rzekł ze swojej niszy Abraham. — Widocznie zamykają się po wylocie maszyn. Spróbuję przeciąć zamek.

— Świetnie — powiedziałem. — Megan, wszystko gra?

— Żyję — odparła, sapiąc. — Na razie.

— Ile widzisz dronów? — zapytałem. — Czy już wytoczyli przeciw tobie te większe? Możesz…

— Jestem trochę zajęta, Klęczko — warknęła.

Zamknąłem się, niespokojnie nasłuchując kanonady i wybuchów. Pragnąłem być tam, strzelać i walczyć, ale to nie miałoby sensu. Nie byłem równie zręczny jak Abraham ani… no cóż, nieśmiertelny jak Megan. Obecność w naszym zespole takiego Epika jak ona była niewątpliwą zaletą. Poradzą sobie z tym. Moim zadaniem jako dowódcy było trzymać się na uboczu i podejmować decyzje.

Parszywa robota.

Czy tak czuł się Profesor, nadzorując nasze misje? Zazwyczaj przeczekiwał je, kierując wszystkim zza kulis. Nie zdawałem sobie sprawy, jakie to może być trudne. No cóż, jeśli nauczyłem się czegoś w Babilarze, to tego, że muszę trzymać na wodzy swoją porywczość. Powinienem być… trochę mniej zapalczywy. Może niepalny?

Tak więc czekałem, podczas gdy Abraham robił swoje. Jeśli zaraz nie dostanie się do środka, będę musiał odwołać operację. Im dłużej trwała, tym większe ryzyko, że tajemniczy mieszkańcy Foundry odkryją, iż nasza „armia” składa się z zaledwie pięciu osób.

— Jaka sytuacja, Abrahamie? — zapytałem.

— Myślę, że zdołam je otworzyć — odparł. — Jeszcze chwileczkę.

— Nie… — zacząłem i urwałem. — Czekaj, co to było?

Gdzieś w pobliżu dał się słyszeć cichy pomruk. Spojrzałem w dół i ze zdziwieniem zobaczyłem, że miękkie poszycie lasu wybrzusza się. Liście i mech odwinęły się, odsłaniając metalowe obrzeże otworu. Kolejne stado dronów wyleciało z niego i przemknęło obok mojego drzewa.

— Mizzy — syknąłem do mikrofonu. — Druga grupa dronów próbuje cię oskrzydlić.

— Kijowo — powiedziała Mizzy. Zastanowiła się. — Czy…

— Tak, znam to słowo. Może będziesz musiała rozpocząć fazę numer dwa. — Zerknąłem w dół na zamykający się z cichym pomrukiem otwór. — Przygotuj się. Wygląda na to, że Foundry ma tunele z wylotami w lesie. Będą mogli wysyłać drony z nieoczekiwanych miejsc.

Drzwi na dole znieruchomiały niedomknięte. Zmarszczyłem brwi i wychyliłem się, żeby lepiej im się przyjrzeć. Najwyraźniej trochę ziemi i kamieni dostało się w tryby mechanizmu zamykającego. Pewnie na tym polega problem z umieszczaniem drzwi w środku lasu.

— Abrahamie — podekscytowany rzuciłem przez radio — drzwi tego otworu zacięły się. Możesz wejść tędy.

— Myślę, że to mogłoby być trudne — rzekł i znów spojrzawszy na zamek, zobaczyłem, że para dronów powróciła tam po serii eksplozji na flance Mizzy. Zawisły w powietrzu niedaleko pozycji Abrahama.

— Na skry — szepnąłem, a potem wycelowałem i dwoma strzałami trafiłem oba drony. Spadły — byliśmy wyposażeni w kule, które stapiały elektronikę trafionego celu. Nie wiedziałem, na jakiej działają zasadzie, ale ich zakup pochłonął wszystkie nasze fundusze, łącznie z tym, co dostaliśmy za kopter, którym Cody i Abraham uciekli z Newcago. I tak za bardzo rzucał się w oczy.

— Dzięki za asystę — powiedział Abraham, gdy drony spadły.

Pode mną mechanizm drzwi głośno zgrzytał, usiłując je zamknąć. Przesunęły się o kolejne centymetry.

— To wejście zaraz się zamknie — powiedziałem. — Wróć tu szybko.

— Niepostrzeżenie się nie da, Davidzie — odparł Abraham.

Zerknąłem na drzwi. Newcago było dla nas stracone. Profesor już zaatakował i splądrował tam wszystkie nasze kryjówki. Ledwie udało nam się przenieść w bezpieczne miejsce Edmunda — innego współpracującego z nami Epika.

Mieszkańcy Newcago byli przerażeni. W Babilarze było niewiele lepiej — mało zasobów, a dawni słudzy Regalii mieli to miejsce na oku, służąc teraz Profesorowi.

Gdyby ten napad się nie udał, bylibyśmy bankrutami. Musielibyśmy przyczaić się gdzieś na rok, żeby spróbować odbudować struktury, a przez ten czas Profesor mógłby szaleć. Nie wiedziałem, co zamierza, dlaczego tak szybko opuścił Babilar, lecz ten fakt świadczył, że ma jakiś zamysł lub plan. Jonathan Phaedrus, trawiony teraz przez swoją moc, nie zadowoliłby się rządami nad jednym miastem. Był ambitny.

Mógł być najniebezpieczniejszym Epikiem, jakiego znał ten świat. Skręciło mnie na samą myśl o tym. Nie mogłem tolerować dalszej zwłoki.

— Cody — powiedziałem. — Widzisz Abrahama i możesz go osłaniać?

— Chwileczkę — mruknął. — Taak, widzę go.

— To dobrze — odrzekłem. — Ponieważ wchodzę do zamku. Przejmujesz dowodzenie.

2

Zjechałem po linie na leśną ściółkę. Przede mną drzwi otworu w końcu znów zaczęły się zamykać. Ze zduszonym okrzykiem pomknąłem w stronę otworu w ziemi i wskoczyłem doń, przelatując ślizgiem kawałek po niskiej pochylni, a drzwi za mną zamknęły się ze złowieszczym zgrzytem.

Byłem w środku. I prawdopodobnie w pułapce.

Zatem… co dalej?

Słabe światła awaryjne umieszczone w ścianach ukazywały lekko opadający tunel o zaokrąglonym sklepieniu, przypominający gardziel olbrzyma. Spadek nie był zbyt stromy, więc podniosłem się i powoli ruszyłem w dół, z karabinem przyciśniętym do ramienia. Przełączyłem przypiętą na biodrze krótkofalówkę na inną częstotliwość — jak miał zrobić każdy, kto dostanie się do Foundry — aby móc koordynować działania. Pozostali będą wiedzieli, jak nawiązać ze mną kontakt.

Mrok kusił, żeby włączyć komórkę i posłużyć się nią jak latarką, ale powstrzymałem się. Kto wie, jakie ukryte wejścia Foundry umieściła w oprogramowaniu aparatu? W istocie, kto wie, co te urządzenia naprawdę potrafią? Z pewnością były produktami technologii Epików. Telefony działające w każdych warunkach, uniemożliwiające przechwytywanie połączeń? Wychowałem się w podziemiu Newcago, ale nawet ja zdawałem sobie sprawę jakie to fantastyczne.

Dotarłem na sam dół i włączyłem funkcję noktowizora oraz detekcji termicznej w lunecie. Na skry, to był niesamowity karabin. Przede mną ciągnął się cichy korytarz, nic tylko gładki metal od podłogi po sufit. Zważywszy jego długość, ten tunel musiał biec pod murami Foundry aż do jej kompleksu; zapewne był to korytarz dostawczy.

Nielegalne zdjęcia wnętrza Foundry ukazywały wszelkiego rodzaju motywatory i urządzenia leżące na stołach roboczych. To skłoniło nas do zrealizowania tego planu. Wziąć, co się da i wiać, w nadziei, że zdobędziemy coś użytecznego.

Byłoby to jakieś urządzenie skonstruowane z ciał Epików. Zanim jeszcze odkryłem, że Profesor posiada nadnaturalne zdolności, powinienem był pojąć, w jak znacznym stopniu polegamy na Epikach. Zawsze chciałem, żeby Mściciele byli swego rodzaju czystą, wyzwolicielską siłą — zwykłymi ludźmi walczącymi z dysponującym nadnaturalnymi mocami wrogiem.

Tak jednak nie było, no nie? Perseusz miał swojego skrzydlatego konia, Aladyn lampę, a Dawid ze Starego Testamentu błogosławieństwo Jehowy. Chcesz walczyć z bogiem? Lepiej żebyś miał któregoś po swojej stronie.

W naszym przypadku odcinaliśmy kawałki tych bogów, zamykaliśmy je w pudełkach i wykorzystywaliśmy ich moc. Większość z nich pochodziła stąd. Knighthawk Foundry, tajna przetwórnia zwłok Epików na oręż.

Moje słuchawki zatrzeszczały, więc podskoczyłem.

— David? — Głos Megan popłynął po bezpiecznej linii. — Co robisz?

Skrzywiłem się.

— Znalazłem w poszyciu otwór wylotowy tunelu i udało mi się wejść do środka.

Chwila ciszy, a potem „na słońce”.

— Dlaczego? Bo to lekkomyślne?

— Na skry, nie. Bo mnie nie zabrałeś.

Huk eksplozji, gdzieś w pobliżu niej.

— Zdaje się, że masz niezłą zabawę — powiedziałem. Szedłem dalej z wycelowanym karabinem, bacznie wypatrując dronów.

— Tak, pewnie — odparła Megan. — Przechwytywanie minirakiet twarzą. Świetna zabawa.

Uśmiechnąłem się. Sam dźwięk jej głosu tak na mnie działał. Do diabła, wolałem, by krzyczała na mnie Megan, niż chwalił ktoś inny. Ponadto sam fakt, że ze mną rozmawiała, świadczył, że tak naprawdę żadna rakieta nie trafiła jej w twarz. Była nieśmiertelna w tym sensie, że jeśli umarła, odradzała się — ale można ją było zranić jak każdego. A ze względu na ostatnie problemy starała się ograniczać korzystanie ze swojej mocy.

Będzie to robiła głównie w tradycyjny sposób. Zygzakiem biec między drzewami, rzucając granaty i strzelając, osłaniana przez Cody’ego i Mizzy. Wyobraziłem sobie, jak klnie pod nosem, spocona, celując pewną ręką w przelatującego drona, skupiona…

Hm, no dobrze. Chyba powinienem się skoncentrować.

— Skupię na sobie ich uwagę — powiedziała Megan — ale uważaj, Davidzie. Nie masz pełnego kombinezonu szturmowego. Te drony wychwycą twoją sygnaturę termiczną, jeśli podlecą blisko.

— Fajowo — szepnąłem. Cokolwiek to znaczyło.

Przede mną w tunelu robiło się jaśniej, więc wyłączyłem noktowizor lunety i zwolniłem tempo marszu. Przez chwilę skradałem się, po czym przystanąłem. Tunel dochodził do dużego białego korytarza, który biegł w prawo i w lewo. Jasno oświetlony, z wykafelkowaną podłogą i metalowymi ścianami, był zupełnie pusty. Jak biuro, gdy w sklepie po drugiej stronie ulicy dają pączki za darmo.

Wyjąłem z kieszeni nasze mapy, jakie mieliśmy, i spojrzałem na nie. Niewiele mi powiedziały, chociaż jedno ze zdjęć chyba przedstawiało ten korytarz. No cóż, powinienem znaleźć tu coś użytecznego, ukraść to i uciec.

Profesor lub Tia wymyśliliby lepszy plan, ale nie było ich tu. Tak więc na chybił trafił wybrałem kierunek i poszedłem dalej. Kiedy napiętą ciszę po kilku minutach przerwał odbijający się echem w korytarzu i przybliżający się świst, poczułem ulgę.

Pomknąłem w kierunku, z którego dochodził ten dźwięk. Nie zrobiłem tego dlatego, że pragnąłem jak najszybszej konfrontacji, ale ponieważ zobaczyłem drzwi w ścianie korytarza. Dotarłem do nich w porę, żeby je otworzyć szarpnięciem — na szczęście nie były zamknięte — i wśliznąć się do ciemnego pomieszczenia. Oparty plecami o drzwi, usłyszałem świst przelatujących korytarzem dronów. Odwróciłem się i spojrzałem przez szybkę w drzwiach. Zobaczyłem, jak śmigają białym korytarzem, a potem skręcają do tunelu.

Nie odczytały mojej sygnatury termicznej. Przełączyłem krótkofalówkę na otwartą linię i szepnąłem:

— Kolejne drony wylecą otworem, przez który wszedłem. Jaka sytuacja, Cody?

— Zostało nam jeszcze kilka sztuczek — odparł Cody — ale robi się gorąco. Jednak Abraham zdołał wejść przez dach. We dwóch powinniście złapać, co się da i zwiewać.

— Przyjąłem — powiedział przez krótkofalówkę Abraham.

— Rozumiem — rzuciłem, rozglądając się po pomieszczeniu. Było zupełnie ciemno, ale sądząc po zapachu środków dezynfekcyjnych, znalazłem się w jakimś laboratorium. Włączyłem noktowizor i pospiesznie popatrzyłem wokół.

Okazało się, że otaczają mnie ciała.

3

Stłumiłem okrzyk przestrachu. Z karabinem przyciśniętym do ramienia i łomoczącym sercem ponownie obejrzałem pokój. Był pełen długich metalowych stołów i zlewów, pomiędzy którymi stały duże wanny, a półki zajmujące ściany od podłogi po sufit były zastawione rozmaitej wielkości słojami. Pochyliłem się, żeby lepiej przyjrzeć się tym na półce obok. Części ciała. Palce. Płuca. Mózgi. Wszystkie ludzkie, według etykiet. Widocznie w tym laboratorium ćwiartowano ciała.

Opanowałem mdłości i skoncentrowałem się. Czy trzymaliby motywatory w takim pomieszczeniu jak to? Wszystko, co wykorzystywało technologię Epików, potrzebowało motywatora, żeby mogło działać — tak więc ta operacja byłaby fiaskiem, gdybym nie znalazł tu ich sterty.

Zacząłem ich szukać — byłyby w metalowych pudełkach wielkości baterii do komórki. Na skry. Wszystko było skąpane w zieleni noktowizora, a widziane przez lunetę mojego karabinu wyglądało jeszcze bardziej niesamowicie.

— Hej — powiedziała przez radio Mizzy, a ja znów podskoczyłem. — Davidzie, jesteś tam?

— Taak — szepnąłem.

— Kanonada po mojej prawej przesunęła się w kierunku Megan, więc mogę odetchnąć. Cody kazał mi sprawdzić, czy czegoś potrzebujesz.

Nie byłem pewny, co mogłaby zrobić z tak daleka, ale dobrze było usłyszeć czyjś głos.

— Jestem w jakimś laboratorium — rzekłem. — Są tu półki pełne słoi z częściami ciał i… — Znów mnie zemdliło, gdy skierowałem karabin w bok i przez lunetę uważnie przyjrzałem się pobliskim wannom. Każda miała szklane wieko i były pełne. Zakrztusiłem się i odskoczyłem. — Oraz pojemniki pełne pływających w nich kawałków. Jakby banda kanibali składała tu zapas jabłek. Mówię o jabłkach Adama.

Wyciągnąłem rękę i otworzyłem szafkę, w której znalazłem całą półkę z marynowanymi sercami. Gdy zrobiłem krok naprzód, nadepnąłem na coś miękkiego i oślizłego. Znów odskoczyłem i skierowałem lufę w dół, ale to była tylko mokra szmata.

— Mizzy — szepnąłem — to cholernie upiorne miejsce. Myślisz, że mogę zapalić światło?

— Och, to byłoby bardzo mądre. Ludzie mający tak zabezpieczony bunkier i latające drony obronne na pewno nie umieszczają kamer w swoich laboratoriach. Skądże. Nie ma mowy.

— Zrozumiałem.

— Albo już cię odkryli i leci do ciebie eskadra śmiercionośnych kopterów. Jednak na wypadek, gdybyś nie tkwił w pułapce i nie miał zaraz zginąć, optowałabym za zachowaniem ostrożności.

Powiedziała to wszystko wyniosłym, niemal podekscytowanym tonem. Mizzy bywała zabawniejsza niż stado naćpanych kofeiną szczeniaków. Zwykle było to krzepiące. Zwykle nie skradałem się przez sale pełne poćwiartowanych zwłok.

Przyklęknąłem i dotknąłem szmaty na podłodze. Była jeszcze mokra, co mogło świadczyć, że ktoś pracował tu w nocy i nasz atak go spłoszył.

— Jest tam coś, co mógłbyś zwinąć? — zapytała Mizzy.

— Nie, chyba że chcesz sobie pozszywać z kawałków nowego chłopaka.

— A fe. Słuchaj, łap, co się da i wynoś się stamtąd. To już za długo trwa.

— Racja — powiedziałem, otwierając następną szafkę. Narzędzia chirurgiczne. — Pospieszę się. To… czekaj chwilkę.

Zastygłem, nasłuchując. Czyżbym coś usłyszał?

Tak, jakiś stukot. Starałem się nie wyobrażać sobie trupa wychodzącego z jednej z wanien. Dźwięk dobiegał od drzwi, przez które wszedłem, i nagle na podłodze w pobliżu nich zamigotała smuga światła.

Powoli przesunąłem się ku niej. Był to mały dron, płaski i owalny, z wirującymi szczotkami na spodzie. Wjechał przez zakryty klapką otwór w pobliżu drzwi — coś jak otwór dla kota — i zamiatał podłogę.

Odprężyłem się.

— To tylko robot sprzątający — rzuciłem do mikrofonu.

Robot natychmiast znieruchomiał. Mizzy zaczęła coś mówić, lecz nie dosłyszałem jej słów, gdyż mały automatyczny sprzątacz znów zawarczał i pomknął do swoich drzwiczek. Rzuciłem się na podłogę i udało mi się go złapać, zanim zdążył odchylić klapę na zawiasach i czmychnąć.

— Davidzie? — zapytała Mizzy, zaniepokojona. — Co to było?

— To ja okazałem się idiotą — odparłem, krzywiąc się. Stłukłem sobie łokieć, padając na podłogę. — Robot zorientował się, że coś jest nie tak i próbował uciec. Jednak zdążyłem go złapać. Mógłby kogoś ostrzec.

— I tak mógł to zrobić — zauważyła Mizzy. — Mógł być połączony z systemem alarmowym.

— Sprężę się — obiecałem, wstając. Położyłem robota sprzątającego do góry kołami na półce obok woreczków z krwią wiszących w małej chłodziarce ze szklanymi drzwiczkami. Kilka innych woreczków leżało na blacie szafki. Fuj. — Może niektóre z tych części ciał należą do Epików — powiedziałem. — Mógłbym je wziąć i mielibyśmy próbki DNA. Przydałyby się nam?

— Do czego?

— Nie mam pojęcia — przyznałem. — Żeby zrobić z nich jakąś broń?

— Taak — sceptycznie mruknęła Mizzy. — Przyczepię stopę do lufy mojego karabinu w nadziei, że w ten sposób zmienię go w laser albo coś podobnego.

Poczerwieniałem w ciemnościach, ale nie widziałem w tym niczego zabawnego. Gdybym ukradł jakieś cenne DNA, moglibyśmy wymienić je na sprzęt, no nie? Chociaż trzeba przyznać, że te części ciała zapewne do niczego się nie nadawały. Ważne fragmenty DNA Epików szybko się rozkładały, tak więc musiałbym znaleźć zamrożone tkanki, gdybym chciał mieć coś, co mógłbym sprzedać.

Zamrażarki. Gdzie znajdę zamrażarki? Sprawdziłem jedną z wanien, podniósłszy szklaną pokrywę, ale woda w niej była zimna, nie lodowata. Opuściłem pokrywę, rozglądając się po sali. Na końcu znajdowały się drzwi, naprzeciw tych, które prowadziły na korytarz.

— Wiesz — powiedziałem do Mizzy, idąc w kierunku tych drzwi — to miejsce jest dokładnie takie, jak można się było spodziewać.

— Spodziewałeś się pomieszczenia pełnego poćwiartowanych ciał?

— Taak, coś w tym rodzaju — rzekłem. — No wiesz, szaleni naukowcy robiący broń z martwych Epików. Dlaczego nie mieliby mieć sali pełnej kawałków ciał?

— Nie bardzo rozumiem, do czego zmierzasz, Davidzie. Poza zszokowaniem mnie.

— Jedną chwileczkę.

Dotarłem do drzwi, które okazały się zamknięte.

Musiałem kopnąć w nie kilka razy, zanim puściły. Nie przejmowałem się hałasem — jeśli ktoś był w pobliżu, już usłyszał moją szamotaninę z małym dronem. Drzwi otworzyły się, ukazując ciemny korytarz, mniejszy od poprzedniego i zupełnie nieoświetlony. Nasłuchiwałem przez chwilę, ale niczego nie usłyszałem i postanowiłem sprawdzić, dokąd prowadzi.

— W każdym razie — ciągnąłem — zaczynam się zastanawiać, jak oni robią broń z Epików.

— Nie mam pojęcia — oznajmiła Mizzy. — Umiem ją naprawiać, kiedy już ją mamy, ale motywatory to nie moja liga.

— Kiedy Epik umiera, jego komórki natychmiast zaczynają się rozpadać — przypomniałem. — Każdy o tym wie.

— Każdy nerd.

— Nie jestem…

— W porządku, facet — rzekła Mizzy. — Pogódź się z tym. Bądź sobą i w ogóle. W zasadzie wszyscy jesteśmy nerdami, tylko w różnych dziedzinach. Poza Codym. Myślę, że on jest geekiem albo jakoś tak… nie mogę sobie przypomnieć odpowiedniego określenia. Coś związanego ze zjadaniem kurzych łbów.

Westchnąłem.

— Kiedy Epik umiera, możesz pobrać próbki jego komórek, jeśli się pospieszysz. Podobno ważne są mitochondria. Zamrażasz te komórki i możesz je sprzedać na czarnym rynku. W jakiś sposób produkuje się z nich potem różne rzeczy. Sęk w tym, że Znikający pozwolił się zoperować Regalii. Widziałem blizny. Zrobili bombę, wykorzystując jego moc.

— A zatem…

— A zatem po co była ta operacja? — zapytałem. — Mógł po prostu oddać trochę krwi, no nie? Dlaczego Regalia wezwała jakiegoś wybitnego chirurga?

Mizzy zamilkła.

— Hmm — mruknęła.

— Taak.

Prawdę mówiąc, zakładałem, że Epik musi być martwy, żeby sporządzić coś, co wykorzysta jego moc. Regalia i Znikający dowiedli, że się myliłem. Jeśli jednak można wytwarzać urządzenia z żywych Epików, to dlaczego Stalowe Serce nie stworzył legionu niezwyciężonych żołnierzy? Może nie pozwoliła mu na to jego paranoja, ale z pewnością mógł stworzyć setki kopii Epika zarządzającego jego miastem.

Dotarłem do załomu ciemnego korytarza. Wyjrzałem zza niego, używając podczerwieni w lunecie i wypatrując zagrożenia. Noktowizor pokazał niewielkie pomieszczenie z kilkoma dużymi zamrażarkami. Nie widziałem żadnych wyraźnych źródeł ciepła, ale zegar na wyświetlaczu lunety ostrzegał mnie, że powinienem już wracać. Tylko że gdybym poszedł i Abraham także nie znalazłby niczego, bylibyśmy skończeni. Musiałem coś znaleźć.

Stałem tam zaniepokojony tym, że kończy mi się czas — oraz tym, co widziałem. Oprócz kwestii produkowania motywatorów z żywych Epików był jeszcze inny problem. Kiedy ludzie mówili o technologii wykorzystującej Epików, zakładali, że wszystkie urządzenia są wytwarzane w podobny sposób. Czy to możliwe? Broń tak różniła się od różdżek, które pozwalały nam wykrywać Epików. Obie ogromnie się różniły od spyrila, urządzenia wykorzystującego moc Epików, które pozwalało mi latać na hydronapędzie.

Nie byłem nerdem, ale wiedziałem dość, by pojmować, że wszystkie te urządzenia działają w zupełnie różny sposób. Do konia nie wzywasz specjalisty od małych zwierząt — jednak jeśli chodzi o technologię opartą na mocy Epików, to wyglądało, że znajomość jednego wystarczała do wytworzenia rozmaitych produktów.

W duchu przyznałem, że te kwestie były prawdziwym powodem, dla którego znaleźliśmy się tutaj, w Knighthawku. Profesor miał swoje sekrety, jeszcze zanim uległ pokusie swej mocy. Miałem wrażenie, że w tej sprawie nikt nigdy nie był ze mną całkiem szczery.

Szukałem wyjaśnień. Zapewne były gdzieś tutaj. Może znajdę je za tym stadem zautomatyzowanych dronów wojennych, które celowały we mnie zza zamrażarek.

Och.

4

Wszystkie drony jednocześnie włączyły reflektory, oślepiając mnie, i otworzyły ogień. Na szczęście zauważyłem je w porę i zdążyłem się schować za załomem korytarza, zanim któryś mnie trafił.

Odwróciłem się i pobiegłem z powrotem korytarzem. Palba ścigających mnie dronów zagłuszała głos Mizzy w słuchawkach. Każdy z nich miał kwadratową stopę z wielokierunkowymi kółkami i szkieletowy korpus zwieńczony karabinkiem automatycznym. Doskonale mogły manewrować w umeblowanych pomieszczeniach i korytarzach, lecz, na skry, ucieczka przed nimi była upokarzająca. Bardziej przypominały karaluchy niż maszyny wojenne.

Dotarłem do drzwi laboratorium z częściami ciał i przebiegłem przez nie, wyhamowałem poślizgiem i rąbnąłem plecami o ścianę. Stuknięciem palca przełączyłem obraz z lunety na odchylany ekranik gottschalka, co pozwoliło mi wystawić karabin zza narożnika i wystrzelić, nie ryzykując, że mnie trafią.

Roboty pędziły jak stado błyszczących mioteł na kółkach. Osobiście wstydziłbym się konstruować tak głupio wyglądające roboty. Wystrzeliłem serię, nawet nie celując, ale korytarz był tak wąski, że to nie miało znaczenia. Powaliłem kilka robotów i spowolniłem pozostałe, które musiały się przedostać przez stertę złomu. Kiedy rozwaliłem jeszcze kilka, wycofały się z pola ostrzału do pomieszczenia z zamrażarkami.

— Davidzie? — Zdenerwowany głos Mizzy w końcu zwrócił moją uwagę. — Co się dzieje?

— Nic mi nie jest — powiedziałem. — Jednak zauważyły mnie.

— Zjeżdżaj.

Zawahałem się.

— Davidzie?

— Tam coś jest, Mizzy. Ten pokój był zamknięty i pilnowany przez drony. Założę się, że przyleciały tam, jak tylko rozpoczęliśmy atak. Albo to pomieszczenie jest zawsze strzeżone, co oznacza…

— Och, na Calamity. Zrobisz to, co zawsze, no nie?

— Dopiero co powiedziałaś mi, żebym, cytuję, „był sobą i w ogóle”. — Wystrzeliłem kolejną serię, dostrzegłszy jakiś ruch na końcu korytarza. — Zawiadom Abrahama i pozostałych, że zostałem zauważony. Wycofaj wszystkich i przygotujcie się do odwrotu.

— A ty?

— Ja zamierzam odkryć, co jest w tym pomieszczeniu. — Zawahałem się. — Może w tym celu będę musiał dać się postrzelić.

— Co takiego?

— Na moment się rozłączę. Przepraszam.

Odpiąłem krótkofalówkę i słuchawki, a potem wcisnąłem guzik przy kolbie i z łoża karabinu wysunął się niewielki trójnóg. Ustawiłem broń wycelowaną w metalową ścianę tunelu, mając nadzieję, że rykoszetujące kule trafią parę robotów, ale przede wszystkim odwrócą ich uwagę. Mogłem zdalnie sterować ogniem za pomocą lekko nadtopionego pilota, którego wyjąłem ze skrytki w kolbie.

Pospiesznie przemknąłem przez pokój, strzelając krótkimi seriami, aby wydawało się, że wciąż prowadzę wymianę ognia z dronami. Światło ich reflektorów było dostatecznie jasne, żeby odbijać się od szkła i metalu w tym pomieszczeniu, oświetlając mi drogę. Wziąłem z półki małego robota sprzątającego, a z szafki woreczek z krwią i rolkę przylepca, którą wcześniej zauważyłem w szufladzie.

Oderwałem kawałek przylepca i przymocowałem woreczek do robota, po czym przebiłem plastik nożem. Podszedłem do drzwi wejściowych, uchyliłem je i wypuściłem maszynę na zewnątrz. Pomknęła białym korytarzem, zostawiając za sobą szeroki krwawy ślad, równie dyskretny jak nagła solówka na tubie na koncercie rapera.

Doskonale. Teraz miejmy nadzieję, że zdołam udać postrzelonego. Złapałem następny woreczek z krwią i dźgnąłem go nożem. Nabrawszy tchu, pobiegłem do drzwi na drugim końcu pokoju, gdzie drony strzelały do mojego gottschalka.

Roboty zrobiły pewne postępy, spychając na bok uszkodzone i podchodząc bliżej. Schowałem się, gdy tylko zaczęły do mnie strzelać, a potem wrzasnąłem i ochlapałem kawałek ściany krwią z woreczka. Następnie pomknąłem ku jednej z wanien, pozostawiwszy krwawy ślad prowadzący w kierunku wyjścia.

Ponieważ teraz nie używałem lunety, więc niemal nie widziałem, co się znajduje w wannie, ale otworzyłem ją, zacisnąłem zęby i wszedłem do środka, dotykając jakichś śliskich kawałków, które moim zdaniem były wątrobami. Zanurzając się w lodowaty płyn, doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, jakie to wszystko jest obrzydliwe. Na szczęście przywykłem do tego, że realizując moje plany, zawsze w jakiś sposób się upokarzam. Tym razem robiłem to celowo. Zawsze to jakiś postęp!

Starałem się nie ruszać w nadziei, że chłodzenie i niska temperatura wanny ukryją mnie przed detektorami ciepła używanymi przez roboty. Niestety, żeby nie rzucać się w oczy, musiałem zamknąć wieko wanny i wstrzymać oddech. I tak leżałem tam w oślizłych kawałkach ciał, patrząc na migające nade mną światła, gdy roboty ze swymi reflektorami wleciały do laboratorium. Niewiele widziałem przez warstwę wody i szkła, ale mimowolnie wyobrażałem sobie roboty gromadzące się wokół wanny i patrzące na mnie, rozbawione moimi nieudolnymi próbami ukrycia się.

Wstrzymywałem oddech, aż zaczęło mi się zdawać, że zaraz pękną mi płuca. Moja twarz, niezakryta przez kombinezon szturmowy, zamarzała. Na szczęście światła w końcu zgasły. Zdołałem wytrzymać tam jeszcze chwilkę, po czym uniosłem pokrywę i dygocząc, rozejrzałem się po laboratorium. Było w nim ciemno jak w grobie.

Roboty najwyraźniej połknęły przynętę. Wytarłem płyn z oczu i wydostałem się z pojemnika. Na skry. Jakby to miejsce nie było niesamowite, zanim postanowiłem schować się przed śmiercionośnymi robotami w stercie wątroby. Potrząsnąłem głową i podszedłszy, podniosłem krótkofalówkę i broń. Założyłem słuchawki, ale upaprałem je krwią i chyba się zepsuły.

Musiałem użyć krótkofalówki w tradycyjny sposób.

— Już wróciłem — cicho powiedziałem do aparatu, wciskając przycisk transmisji.

— Davidzie, jesteś stuknięty — odpowiedział mi głos.

Uśmiechnąłem się.

— Cześć, Megan — mruknąłem, wchodząc do wąskiego korytarza. Przetruchtałem obok rozwalonych robotów. — Wszyscy się wycofali?

— Wszyscy mający rozum.

— Ja też cię kocham — powiedziałem. Przystanąłem w miejscu, z którego wcześniej ostrzelałem roboty i spojrzałem. W pomieszczeniu było ciemno jak przedtem. Zarzuciłem taśmę karabinu na ramię, a następnie sprawdziłem przez lunetę, czy nie czają się tam roboty. — Prawie skończyłem. Dajcie mi jeszcze kilka minut.

— Przyjęłam.

Nastawiłem krótkofalówkę tylko na nadawanie, żeby jej trzask nie ostrzegł znajdujących się w pobliżu wrogów. Niestety, nie miałem czasu na podjęcie innych środków ostrożności. Mój podstęp z mylnym tropem wkrótce zostanie odkryty. Jakby potwierdzając zagrożenie, odległy wybuch wstrząsnął budynkiem.

Obmacałem ścianę i zapaliłem światło, a potem przeszedłem przez pokój do jednej z tych dużych stojących zamrażarek. W pokrywie z nierdzewnej stali odbiła się moja twarz z dwutygodniowym zarostem. Pomyślałem, że wyglądam jak bandyta. Megan lubiła z tego żartować.

Z mocno bijącym sercem otworzyłem pierwszą zamrażarkę i odchyliłem jej pokrywę, wypuszczając falę lodowatego powietrza. Wewnątrz znajdowały się niezliczone rzędy zamrożonych szklanych fiolek z kolorowymi zakrętkami. Nie motywatory, których szukałem, ale najprawdopodobniej próbki DNA Epików.

— No cóż — szepnąłem — przynajmniej nie są to mrożonki na obiad.

— Nie — rzekł jakiś głos. — Trzymam je w innej zamrażarce.

5

Stałem zupełnie nieruchomo i zimny dreszcz przeszedł mi po plecach. Odwróciłem się, przezornie nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów, i odkryłem, że, niestety, przeoczyłem jednego robota schowanego w ciemnym kącie pomieszczenia. Jego tyczkowaty korpus nie wyglądał groźnie, ale zamocowany na końcu zmodernizowany karabin szturmowy FAMAS G3 to zupełnie inna bajka.

Zastanawiałem się, czy spróbować go rozwalić, ale stałem do niego bokiem. Musiałbym obrócić karabin i wystrzelić, zanim robot mnie trafi. Szanse na to były niewielkie.

— Naprawdę trzymam żywność w tej drugiej — ciągnął głos przekazywany przez robota. Męski tenor, łagodny. Zapewne jednej z tych tajemniczych osób, które kierowały Foundry. Większość tych dronów wydawała się autonomiczna, lecz ich panowie z pewnością obserwowali rozwój sytuacji — każdy miał zamontowaną kamerę. — Jednak nie mrożonki. Steki. Trochę soczystych żeberek pozostałych z dawnych dobrych czasów. Brak mi ich bardziej niż czegokolwiek innego.

— Kim jesteś? — spytałem.

— Człowiekiem, którego próbujesz obrabować. Jak oszukałeś moje drony?

Przygryzłem wargę, próbując ocenić czas reakcji drona, patrząc, jak przesuwa lufę, gdy obróciłem się nieznacznie. Na skry. Miał doskonały układ śledzenia; broń przez cały czas była wycelowana we mnie. Z jego głośników wydobyło się nawet ostrzegawcze tykanie. Znieruchomiałem.

Pytanie tylko, czy miał pełną swobodę ruchów?

— A więc do tego doszedł potężny Jonathan Phaedrus — powiedział głos. — Posyła swoich ludzi, aby mnie okradli.

Phaedrus? Oczywiście. Ten pracownik Knighthawk Foundry myślał, że wciąż pracujemy dla Profesora. Nie rozgłaszaliśmy tego, że uległ pokusie swojej mocy; większość ludzi nawet nie wiedziała, że jest Epikiem.

— Musieliśmy tu przyjść — powiedziałem — ponieważ nie chcieliście z nami handlować.

— Tak, to bardzo honorowo z waszej strony. Dajcie nam, co chcemy, albo weźmiemy to siłą. Spodziewałem się czegoś lepszego po jednym z doborowych zespołów Jonathana. Ledwie zdołaliście… — Głos ucichł, a potem ciągnął nieco ciszej: — Jak to, jeszcze jeden? Ukradli coś? Skąd w ogóle wiedzieli, gdzie one są, do licha?

Nie zrozumiałem cichej odpowiedzi. Spróbowałem się przesunąć, ale dron znów zatykał ostrzegawczo, tym razem głośniej.

— Hej, ty! — rzucił głos, znów skupiając uwagę na mnie. — Wezwij swoich przyjaciół. Powiedz im, żeby zwrócili to, co wziął ten drugi, albo cię zabiję. Masz trzy sekundy.

— Hmm…

— Dwie sekundy.

— Ludzie!

Ściana po mojej prawej stopiła się w strumieniu żaru, ukazując majaczącą za nią postać.

Dałem nura i wbrew instynktowi przeturlałem się w kierunku drona. Zdążył wystrzelić, ale — tak jak się spodziewałem — kiedy znalazłem się za blisko, nie mógł skierować lufy w dół pod takim kątem, żeby mnie trafić.

To oznaczało, że oberwałem tylko raz.

Trafił mnie w nogę, kiedy się turlałem. Nie wiem, jak mu się to udało, ale bolało jak diabli.

Robot próbował się cofnąć, lecz złapałem go, ignorując okropny ból nogi. Kiedy ostatnio mnie postrzelono, w pierwszej chwili nawet tego nie czułem, ale tym razem z trudem zniosłem ból. Pomimo to zdołałem uniemożliwić robotowi powtórny strzał, wyciągając rękę i szarpiąc dźwignię mocowania karabinka. Upadł na podłogę.

Niestety, gdy to robiłem, od sufitu oderwały się ponad dwa tuziny dronów — dotychczas udających panele — i opadły niżej jak małe śmigłowce. Nie byłem tu tak bezpieczny, jak przypuszczałem, chociaż teraz całą uwagę skupiły na postaci, która wyszła z roztopionego fragmentu ściany — człowieka z płomieni, ciemnoczerwonych jak stopiona skała. Pożar przybył. Szkoda, że nie był rzeczywisty.

Ściskając zranione udo, rozejrzałem się wokół, szukając Megan. Kryła się w kącie korytarza prowadzącego do laboratorium. Ten ogień nie był realny, nie całkiem, ale też nie był złudzeniem. Pożar był cieniem z innej rzeczywistości, innej wersji naszego świata. Nie przybył tu, żeby mnie uratować. Megan tylko nałożyła na nasz świat krąg rozchodzący się z tamtego świata, tworząc iluzję jego obecności.

To zmyliło drony. Naprawdę czułem żar bijący ze stopionej ściany i czułem woń dymu w powietrzu. Gdy drony otworzyły ogień, sięgnąłem do otwartej zamrażarki i chwyciłem tuzin fiolek. Potem pokuśtykałem przez pokój, do Megan, która dołączyła do mnie, gdy tylko się zorientowała, że jestem ranny.

— Na słońce — mruknęła, podtrzymując mnie i ciągnąc za załom korytarza, po czym wepchnęła do kieszeni fiolki, które zabrałem z zamrażarki. — Zostawiam cię samego na pięć minut, a ty natychmiast dajesz się postrzelić.

— Za to mam dla ciebie prezent — powiedziałem, opierając się plecami o ścianę, gdy pospiesznie opatrywała moją ranę.

— Prezent? Te fiolki?

— Mam dla ciebie nowy karabin — odparłem, zaciskając z bólu zęby, gdy mocno wiązała bandaż.

— Mówisz o tym FAMAS-ie, który zostawiłeś tam na podłodze?

— No.

— A wiesz, że każdy z tych prawie stu dronów, które zestrzeliłam na zewnątrz, miał taki sam? Teraz moglibyśmy z nich zbudować fort.

— Cóż, kiedy już skończysz układać z nich fort, będziesz potrzebowała jednego, żeby z niego strzelać. Zatem bardzo proszę! Jest do niego… — Skrzywiłem się z bólu. — Jest do niego nawet salka pełna śmiercionośnych robotów. I może kilka steków. Nie wiem, czy mówił prawdę, że je tam ma.

Za nią Pożar wyraźnie nie przejmował się ostrzałem, gdyż kule topiły się, nie dolatując do niego. Chociaż nie było tak gorąco, jak powinno było być, jakby ten ogień palił się gdzieś daleko, a my czuliśmy tylko jego słaby podmuch.

Nie całkiem rozumieliśmy działanie jego mocy. Drony, które spalił, tak naprawdę nie zostały zniszczone, a w ścianie nie powstał otwór. Zdolność tamtego świata do oddziaływania na nasz była tylko przelotna. Kiedy nasze światy się złączyły, przez minutę wszyscy tkwiliśmy w zakrzywieniu rzeczywistości, lecz po chwili wszystko miało wrócić do normalnego stanu.

— Nic mi nie jest — oznajmiłem. — Musimy ruszać.

Megan nie odpowiedziała, tylko znów mnie podtrzymała. Fakt, że nie odezwała się oraz to, że zaprzestała walki, żeby opatrzyć moją ranę, powiedział mi wszystko, co chciałem wiedzieć. Byłem ciężko ranny i mocno krwawiłem.

Powlekliśmy się korytarzem w kierunku laboratorium. Idąc, zerknąłem przez ramię, aby sprawdzić, czy nie lecą za nami drony. Nie leciały, ale zauważyłem niepokojący widok: Pożar znów na mnie patrzył. Przez płomienie zakrzywionej rzeczywistości spojrzała na mnie para czarnych oczu. Megan przysięgała, że on nie widzi naszego świata, a jednak wyciągnął do mnie rękę.

Wkrótce znikliśmy mu z oczu. Huk wystrzałów ścigał nas, gdy wtoczyliśmy się do laboratorium pełnego organów. Usunęliśmy się na bok zaniepokojeni, gdy obok przemknęła kolejna grupa dronów. Nawet nie zwróciły na nas uwagi. Miały Epika do pokonania.

Przeszliśmy przez salę i jasno oświetlony korytarz. Zostawiałem na podłodze ślady jak najbardziej prawdziwej krwi.

— Co tam było? — spytała Megan. — Czy w tych słojach były serca?

— Taak — mruknąłem. — Ludzie, jak boli…

— Cody — powiedziała Megan z niepokojem w głosie. — Czy Abraham wyszedł? W porządku, dobrze. Uruchomcie dżipy i przygotujcie zestaw pierwszej pomocy. David jest ranny.

Cisza.

— Nie wiem, jak to zrobimy, Mizzy. Miejmy nadzieję, że uda nam się odwrócić ich uwagę zgodnie z planem. Przygotujcie się.

Skupiłem się na maszerowaniu, nie zważając na ból. Skręciliśmy w korytarz prowadzący do ukrytego wejścia, którym się tu dostałem. Za nami strzelanina nagle ucichła.

Zły znak. Pożar znikł.

— Nie mogłaś go skłonić, żeby za nami poszedł? — zapytałem.

— Muszę odsapnąć — odrzekła, patrząc przed siebie i zaciskając zęby. — Z trudem radziłam sobie z tym nawet dawniej, kiedy nie przejmowałam się, co to ze mną robi.

— Chcesz powiedzieć… — zacząłem.

— To tylko ból głowy — odparła. — Tak jak wczoraj, tylko większy. Tak jakby… cóż, jakby ktoś tłukł w moją czaszkę, próbując dostać się do środka. Tworzenie tak dużego zniekształcenia rzeczywistości prawie mnie wykańcza. Miejmy nadzieje, że…

Urwała. Grupa dronów zebrała się w tunelu transportowym przed nami, zagradzając nam drogę do wyjścia. Ten otwór kusił mnie. Znajdował się kilkaset metrów dalej, ale widziałem, że drzwi zostały wysadzone i do tunelu sączył się słoneczny blask. Zapewne tak Megan dostała się do środka, ale z tymi dronami stojącymi nam na drodze wyjście równie dobrze mogłoby się znajdować w Australii.

Nagle, bez ostrzeżenia, zawalił się sufit. Wielkie kawały metalu padały wokół nas, a tunel zatrząsł się od silnej eksplozji. Wiedziałem już dość, żeby dostrzec w tym coś nienaturalnego. Może kawałki metalu nie brzęczały tak głośno, jak powinny, pewnie przez sposób, w jaki dygotał korytarz. Albo dlatego, że te kawały metalu spadły tuż przed nami, zasłaniając nas przed dronami, które zaczęły strzelać, ale gruz nie przysypał ani mnie, ani Megan.

Było to następne zmiennoprzestrzenne złudzenie, choć wystarczająco silne, by zwalić mnie z nóg. Upadłem z jękiem, usiłując przetoczyć się na bok, żeby ochronić zranioną kończynę. Korytarz zawirował mi w oczach i przez moment czułem się jak konik polny przyszpilony do frisbee.

Gdy przekazywany przez moje oczy obraz otoczenia nieco się ustabilizował, odkryłem, że kulę się za jednym z tych kawałów metalu. W tym momencie wydawał mi się najzupełniej realny. Tutaj, w stworzonym przez Megan zbiegu dwóch światów, złudzenie było rzeczywistością.

Moja krew przesączyła się przez bandaż i plamiła dno tunelu, jakby ktoś przetarł je mokrą szmatą. Megan klęczała przy mnie z pochyloną głową i słyszałem jej oddech.

— Megan? — zapytałem w trzasku wystrzałów oddawanych przez drony. Na skry… wkrótce nas dopadną, pomimo tego rumowiska.

Megan miała szeroko otwarte oczy i rozchylała wargi, odsłaniając zaciśnięte zęby. Pot spływał jej po skroniach.

Z czymkolwiek się zmagała, gdy ostatnio korzystała ze swojej mocy, teraz atakowało ją szczególnie silnie.

6

To nie powinno się zdarzyć.

Odkryliśmy sekret, sposób, w jaki Epicy uodparniają się na zabójcze działanie swojej mocy. Jeśli stawisz czoło swoim najgłębiej skrywanym obawom, zmusisz ciemność do odwrotu.

Powinno już być po wszystkim. Megan wbiegła do płonącego budynku, żeby mnie ocalić, pokonując własne lęki. Powinna być wolna. A jednak jej twarz bezsprzecznie zdradzała niepokój — zaciśnięte zęby, zmarszczone brwi. Popatrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.

— Czuję go, Davidzie — szepnęła. — Próbuje się dostać.

— Kto?

Nie odpowiedziała, ale wiedziałem, o kim mówi. Calamity. Ta czerwona plama na niebie, nowa gwiazda, która obwieściła przybycie Epików… i sama była Epikiem. W jakiś sposób wiedziałem, że Calamity była potwornie rozzłoszczona tym, że odkrywszy związek obaw Epików z ich słabością, zdołaliśmy przezwyciężyć jej wpływ na Megan.

Drony przestały strzelać.

— To rumowisko jest jakiegoś rodzaju złudzeniem, no nie?! — zawołał głos, który słyszałem wcześniej, odbijając się echem w korytarzu. — Którego Epika zabiliście, żeby zdobyć taką technologię? Kto wam powiedział, jak skonstruować motywatory?

Przynajmniej gadał, a nie strzelał.

— Megan — odezwałem się, chwytając ją za ramię. — Megan, spójrz na mnie.

Skupiła na mnie wzrok i to chyba pomogło, choć w oczach wciąż miała szaleństwo. Kusiło mnie, żeby się odsunąć i pozwolić, aby straciła kontrolę. Może to by nas uratowało.

Dobrze jednak wiedziałem, że to by oznaczało zgubę. Gdy Profesor poddał się ciemnościom wyzwalanym przez jego moc, bez zmrużenia oka zabijał przyjaciół. Człowiek, który przez całe życie bronił innych, teraz stał się niewolnikiem swojej mocy.

Nie mogłem pozwolić, żeby to samo stało się z Megan. Sięgnąłem do kieszeni na udzie i — krzywiąc się, gdy poruszyłem zranioną nogą — wyjąłem zapalniczkę. Trzymając ją przed oczami Megan, zapaliłem.

W pierwszej chwili odsunęła się, a potem syknęła i zdusiła płomień, parząc sobie rękę. Kawały metalu, za którymi się kryliśmy, zafalowały, a następnie znikły. Sklepienie naprawiło się. Ogień nadal był słabym punktem Megan i nawet gdy stawała w obliczu swych największych obaw, ta słabość negowała jej moc. I zapewne tak będzie zawsze.

Na szczęście dopóki chciała stawiać czoło tej słabości, najwyraźniej mogła odpędzić ciemność. Odprężyła się i z westchnieniem opadła na ziemię.

— Wspaniale — wymamrotała. — Teraz boli mnie głowa i ręka.

Uśmiechnąłem się blado i odepchnąłem od siebie karabin, a potem to samo zrobiłem z bronią Megan. Podniosłem ręce, gdy otoczyły nas drony. Większość z nich poruszała się na gąsienicach, ale było też kilka latających. Miałem szczęście — wstrzymały ogień.

Jedna z tych maszyn podjechała bliżej. Z jej podstawy wyłonił się ekranik, a na nim pojawił się kontur postaci.

— To był obraz Pożara z Newcago, prawda? Zupełnie zwiódł moje sensory — powiedział głos. — Żadne zwykłe złudzenie nie zdołałoby tego dokonać. Jakiej technologii używacie?

— Powiem ci — rzekła Megan. — Tylko nie strzelaj. Proszę.

Wstała i podnosząc się, odrzuciła coś piętą.

Jej słuchawki. Wciąż leżąc na boku, przytrzymałem je dłonią i nakryłem własnym ciałem, maskując ten ruch zaciskaniem rany w nodze. Nie sądziłem, żeby któryś z dronów to zauważył.

— No? — ponaglił głos. — Czekam.

— Cienie różnowymiarowe — odparła Megan. — To nie złudzenia, lecz kręgi rozchodzące się z innego stanu rzeczywistości.

Stała twarzą do armii robotów, zasłaniając mnie swoim ciałem. Większość z nich celowała w nią, lecz gdyby ją zabiły, odrodziłaby się.

Doceniałem ten jej obronny gest, lecz, na skry, odradzanie mogło mieć dla niej nieprzewidziane skutki, szczególnie że jej moc ostatnio objawiała się w tak dziwny sposób. Nie umarła, od kiedy byliśmy w Babilarze, i miałem nadzieję do tego nie dopuścić.

Musiałem coś zrobić. Skuliłem się, wciąż ściskając nogę. Ból był rzeczywisty. Mogłem tylko mieć nadzieję, że drony nie zwracają uwagi na trzęsącego się i krwawiącego przeciwnika. Położyłem głowę na słuchawkach i zacząłem szeptać do mikrofonu.

— Mizzy? Jesteś tam? Cody? Abraham?

Żadnej odpowiedzi.

— Niemożliwe — powiedział mężczyzna do Megan. — Niezliczoną ilość razy próbowałem uwięzić tego rodzaju moc w motywatorze, a wątpię, by ktoś dysponował wiedzą pozwalającą zrobić to, czego mnie się nie udało. Różnowymiarowe przesunięcie jest zbyt złożone, za silne, by…

Zerknąłem na Megan, która stała dumnie wyprostowana przed armią robotów, chociaż wiedziałem, że głowa jej pęka z bólu. Wcześniej przemówiła pokornie jak pokonana, ale jej postawa mówiła coś innego. Świadczyła o odmowie odwrotu, ugięcia kolan i kłaniania się komukolwiek i czemukolwiek.

— Jesteś Epikiem, prawda? — zapytał głos nieco groźniejszym tonem. — Nie ma żadnej technologii ani motywatora. Zatem Jonathan werbuje was? Teraz, gdy przeszedł na drugą stronę?

Nie zdołałem powstrzymać jęku. Skąd wiedział o Profesorze? Chciałem zażądać wyjaśnień, ale nie byłem w sytuacji, która by na to pozwalała. Oparłem głowę o dno tunelu, nagle senny. Ile krwi straciłem?

Gdy głową dotknąłem słuchawek, zatrzeszczało w nich i usłyszałem głos Mizzy.

— Megan? Na skry, mów do mnie! Czy jesteście…

— Jestem tu, Mizzy — szepnąłem.

— David? Wreszcie! Słuchaj, rozmieściłam ładunki, by wysadzić tunel. Dacie radę wydostać się? Mogę go wysadzić, gdy przejdziecie.

Ładunki. Spojrzałem na otaczające nas drony.

Iluzje Megan…

— Zrób to teraz, Mizzy — szepnąłem.

— Jesteś pewny?

— Tak.

Przygotowałem się.

Wybuch nastąpił nad nami i wydał mi się głośniejszy przez to, że się go spodziewałem. Kawały metalu runęły dokładnie tam, gdzie przedtem, padając kilkanaście centymetrów od miejsca, gdzie się kuliłem — ale ja pozostałem nietknięty i Megan też.

Natomiast roboty zostały doszczętnie zniszczone, jak młodzieńcze marzenia.

Megan w mgnieniu oka znalazła się przy mnie, z bronią wyjętą z kabury na udzie, strzelając do pozostałych dronów. Ja zdołałem wyjąć z pochwy na łydce nóż i podnieść go, otrzymując spojrzenie Megan mówiące: „Poważnie?”

— Przynajmniej nie jest to jakiś głupi miecz samuraja — wymamrotałem, opierając się plecami o gruzy. Gdy rozwiał się kurz, Megan zestrzeliła ostatniego drona, który wirując, runął.

Stanąłem na nogi — a raczej nogę — i pokuśtykałem przez rumowisko w kierunku mojej broni.

— A to skąd się wzięło? — zapytała Megan, wskazując na rozwalone sklepienie. Ładunki Mizzy nie spowodowały całkowitego zawalenia się tunelu — w istocie, na ile mogłem to ocenić, zniszczenia były identyczne jak złudzenie wykreowane przez Megan.

— Mizzy powiedziała, że może wysadzić tunel po naszej ucieczce.

— A zamiast tego kazałeś jej zwalić go na nas? — fuknęła Megan, podnosząc moją broń. Podała mi ją, po czym sięgnęła po swój karabin.

— Pomyślałem, że twoje złudzenia pochodzą z alternatywnej rzeczywistości, no nie? I im bliższa ta rzeczywistość jest naszej, tym łatwiej je sprowadzić. Byłaś bardzo zmęczona…

— Nadal jestem.

— Tak więc doszedłem do wniosku, że użyłaś rzeczywistości bardzo podobnej do naszej. Wybuch nad nami. Mizzy rozmieściła ładunki. Odgadłem, że wszystko wydarzy się w taki sam sposób.

Megan znów podparła mnie i pomogła kuśtykać po rumowisku. Ustrzeliła drona, który próbował wydostać się spod przygniatającego go głazu.

— To mogło się nie udać — powiedziała cicho. — Sprawy nie zawsze układają się tak samo w różnych rzeczywistościach. Mogłeś zostać zmiażdżony, Davidzie.

— No cóż, nie zostałem — odparłem. — I na razie jesteśmy bezpieczni…

Urwałem, gdy z oddali za nami nadleciały odbijające się echem dźwięki. Metaliczne. Warkot kopterów. Chrzęst metalu.

Megan spojrzała na mnie, a potem na wylot tunelu, wciąż znajdujący się trzydzieści metrów dalej.

— Pospieszmy się — powiedziałem, wlokąc się naprzód.

Zamiast to zrobić, Megan zdjęła moją rękę ze swego ramienia i oparła ją o ścianę, żebym mógł się przytrzymać.

— Będziemy potrzebowali trochę czasu, żeby się wydostać — oznajmiła.

— Dlatego powinniśmy się pospieszyć.

Megan przyłożyła karabin do ramienia i skierowała go w głąb tunelu.

— Megan!

— To miejsce za rumowiskiem nadaje się do obrony — powiedziała. — Mogę je powstrzymać przez dłuższą chwilę. Idź dalej.

— Ale…

— Davidzie, proszę. Po prostu idź.

Złapałem ją za ramię, a następnie obróciłem do siebie i pocałowałem. Wykręciłem przy tym nogę i ból przeszył cały mój bok, ale co tam. Pocałunek Megan był tego wart.

Puściłem ją. A potem odszedłem, jak mi kazała.

Czułem się jak tchórz, lecz częścią działania w zespole jest umiejętność zrozumienia, kiedy ktoś inny może lepiej wykonać zadanie niż ty. A mężczyzna musi się nauczyć czasem pozwolić swojej nieśmiertelnej dziewczynie na bohaterskie czyny.

Wrócę po nią, martwą czy nie. I to szybko. Nie ma mowy, abym pozwolił, by jej ciało znalazło się w jednej z tych wanien. Potykając się, szedłem w górę, usiłując nie myśleć, co może się stać z Megan. Może będzie musiała się zastrzelić, gdy otoczą ją drony, gdyż nie mogła ryzykować, że zostanie schwytana.

Za mną Megan zaczęła strzelać i huk wystrzałów odbijał się echem w stalowym tunelu. Drony rozpierzchły się ze szczękiem. Potem otworzyły ogień z broni automatycznej.

Niemal dotarłem do wyjścia, lecz w słonecznym świetle zobaczyłem jakieś cienie. Miałem dość dronów. Krzywiąc się, wycelowałem broń. Na szczęście cienie przeistoczyły się w krępego czarnoskórego mężczyznę w obcisłym ciemnym kombinezonie, z noktowizorem na czole i z bardzo dużym karabinem w rękach.

Abraham zaklął na mój widok, z ledwie słyszalnym miękkim francuskim akcentem.

— Jak się masz? — zapytał, zbiegając po krótkim zboczu. — A Megan?

— Osłania nasz odwrót — odparłem. — Chce, żebyśmy jechali bez niej.

Napotkał moje spojrzenie, a potem kiwnął głową i odwrócił się, żeby przejść ze mną kilka ostatnich metrów.

— Drony na zewnątrz wróciły do kompleksu, kiedy wykryły twoją obecność — powiedział. — Wszyscy są w dżipach.

Zatem mieliśmy szansę.

— Ona jest Epikiem.

Podskoczyłem, rozglądając się wokół. To był ten sam głos. Czyżby znalazł nas jakiś dron?

Nie. Jeden panel ściany zamienił się w ekran. Pojawił się na nim ten sam kontur postaci spoglądającej na nas.

— Davidzie? — rzekł Abraham, stojąc w słonecznym świetle otwartego luku. — Chodźmy.

— Ona jest Epikiem — powiedziałem do ekranu.

Ta postać… czyżby znajoma?

Nagle zapaliło się światło, rozpraszając mrok i ukazując krępego starca o okrągłej głowie, łysej, jeśli nie liczyć kilku kępek siwych włosów sterczących niczym korona. Rzeczywiście, już kiedyś go widziałem. Raz. Na zdjęciu Profesora, zrobionym przed laty.

— Widziałem dziś coś niewiarygodnego — oświadczył. — Coś, co mnie zaciekawiło. Ty jesteś tym, którego nazywają Zabójcą Stalowego Serca, prawda? Tak… tym chłopakiem z Newcago. Czyż nie zabijasz Epików?

— Tylko tych, którzy na to zasługują — odrzekłem.

— A Jonathan Phaedrus?

— Jonathana Phaedrusa już nie ma — rzekł cicho Abraham. — Pozostał tylko Epik Limelight. I zrobimy to, co trzeba zrobić.

Nic nie powiedziałem. Nie żebym nie zgadzał się z Abrahamem, ale trudno mi było to przyznać.

Mężczyzna za nami bacznie nam się przyglądał. Nagle strzelanina za nami ucichła.

— Odwołałem moje maszyny. Musimy porozmawiać.

W odpowiedzi na to zemdlałem.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Prolog
Część I
Część II
Część III
Część IV
Epilog
Podziękowania

 Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki