Bohaterowie, hochsztaplerzy, opisywacze. Wokół Żydowskiego Związku Wojskowego - Dariusz Libionka,Laurence Weinbaum

Bohaterowie, hochsztaplerzy, opisywacze. Wokół Żydowskiego Związku Wojskowego

0,0

Polacy nie mieli i nie mają monopolu na zniekształcanie historii ŻZW ani na konfabulacje. Między 1980 a 1999 r. w języku angielskim ukazały się trzy wspomnienia, których autorzy przyznawali się do członkostwa w jego szeregach. Nastąpiło to naturalnie w okresie, gdy mit „bractwa pierścienia” był na trwałe osadzony w literaturze historycznej. Nazwisk tych autorów nie znali Chaim i Chaja Lazarowie, którzy pracowicie gromadzili bazę danych dotyczącą ŻZW, żadne z nich nie pojawiło się na liście ocalałych członków ŻZW, opublikowanej w 1993 r. przez Chaję Lazar. Wszelako w dwóch przypadkach Lazarowie entuzjastycznie przyjęli cudowne odnalezienie nowych świadków i uczestników wydarzeń, zwłaszcza że ich opowieści przydawały wiarygodności ich własnych narracji.

(...) Zważywszy na to, co nam wiadomo o ŻZW, i to, co można ustalić jako fakt, do publikacji tych należy podejść z najwyższą ostrożnością.
(z rozdziału Apokryfy żydowskie)


Powstanie w getcie warszawskim cieszy się autentycznym i niesłabnącym zainteresowaniem nie tylko w Polsce i Izraelu. Szczególne kontrowersje wzbudza niejasna i zafałszowana historia Żydowskiego Związku Wojskowego, drugiej obok Żydowskiej Organizacji Bojowej organizacji zbrojnej warszawskiego getta. W książce czytelnik znajdzie nowatorskie ujęcie historii i mitu Żydowskiego Związku Wojskowego.

W pierwszej części (Dekonstrukcja) autorzy pokazują, jakim manipulacjom podlegała przez dziesięciolecia historia powstania w getcie i samego ŻZW. Odsłanianie kolejnych zafałszowań i zniekształceń pozwoliło im nie tylko na obalenie rozlicznych mitów obecnych w literaturze przedmiotu, lecz także na uwidocznienie niebezpieczeństw wynikających z podporządkowania badań naukowych takiej czy innej polityce historycznej. Ujawniają przy tym zarazem fatalne skutki wybujałych ambicji osobistych.

W drugiej części książki (Rekonstrukcja) autorzy podejmują próbę odtworzenia rzeczywistej działalności syjonistów rewizjonistów (Nowej Organizacji Syjonistycznej i organizacji młodzieżowej Betar) w okresie okupacji niemieckiej. Wykorzystując nieznane materiały zebrane w trakcie kwerend w archiwach polskich i izraelskich, przedstawiają nowe interpretacje dokumentów i relacji funkcjonujących w obiegu naukowym. Autorzy omawiają działalność rewizjonistów pod okupacją sowiecką w Wilnie i niemiecką w Warszawie w latach 1939–1941, by następnie naświetlić szeroki kontekst tworzenia zbrojnego oporu w getcie warszawskim i na tym tle ukazać relacje między ŻZW a ŻOB, kontakty rewizjonistów z polską konspiracją, epizody z powstania, a wreszcie losy pozostałych przy życiu członków ŻZW.


Obaj badacze przeprowadzają systematyczny, świetnie udokumentowany wywód dotyczący historii i legendy ŻZW oraz ludzi związanych z jej kreowaniem, począwszy od końca lat czterdziestych XX w. aż po dzień dzisiejszy. Rozprawiwszy się z mitami i kłamstwami, które nawarstwiły się przez całe dziesięciolecia, autorzy przystępują do rekonstrukcji historycznej, czyli do odpowiedzi na pytanie, jakie były prawdziwe losy ŻZW. Praca Libionki i Weinbauma z wielu względów jest książką wzorcową. Jeżeli chodzi o wnikliwość i celność argumentacji, o niesłychanie staranną i umiejętnie przeprowadzoną analizę mało znanych i nieznanych źródeł, praca ta może służyć za model solidnej pracy historyka i powinna stać się lekturą obowiązkową dla młodych adeptów historii.
Z recenzji prof. Jana Grabowskiego

Dodaj komentarz


Książka jest odrobinę zbyt pretensjonalna. To trudna, ze względu na styl, pozycja do przeczytania tylko przez fanów i specjalistów z dziedziny.


W zamierzeniu miała być to lektura dekonspirująca naleciałości historyczne i odsłaniające kulisy bohaterskich walk. W efekcie wyszła jednak dość pretensjonalna mieszanka różnych materiałów historycznych. Propozycja dla bardzo cierpliwego czytelnika.


Losy żydowskie są zawsze ciekawe. Dzięki tej pozycji poznamy losy Żydów w getcie. Niesttey to nie jest zbyt przyjemny obraz. Ale warto poświęcić chwilę.

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

title_jpg

01_opt_jpg

warszawa_jpg

Copyright © by Dariusz Libionka, Laurence Weinbaum

and Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, 2011

Redaktor prowadzący: JAKUB PETELEWICZ

Publikacja została zrealizowana przy udziale środków finansowych:

02_opt_jpgMinisterstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu operacyjnego „Promocja czytelnictwa”, Priorytet 2 „Literatura i czytelnictwo”, zarządzanego przez Instytut Książki
 

03_opt_jpegFunduszu Michaela H. Traisona dla Polski
 

oraz Sama Salcmana, Melbourne, Australia

Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów

ul. Nowy Świat 72, pok. 120

00-330 Warszawa

e-mail: stowarzyszenie@holocaustresearch.pl

www.holocaustresearch.pl

ISBN: 978-83-63444-15-0

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Virtualo Sp. z o.o.

WSTĘP

Od czasu gdy wygasły popioły Treblinki, walka Żydów warszawskich stała się symbolem heroizmu na tle przerażającej i bezprecedensowej zagłady i sponiewierania godności ludzkiej. W oczach Żydów, a szczególnie Izraelczyków, nabrała ona znaczenia niemal mitycznego. Joseph Tenenbaum, jeden z przywódców Żydów polskich w Stanach Zjednoczonych i jeden z pierwszych historyków Zagłady, nazwał powstanie w getcie warszawskim „najbardziej zażartą i bohaterską bitwą od czasów bitwy stoczonej przez Spartan w wąwozie Termopile”1. Pokolenia Żydów, i nie tylko Żydów, postrzegały to powstanie jako nową Masadę, stanowiącą źródło inspiracji dla tych, którzy zmagali się z powszechnym i utrwalonym przekonaniem o bezradności i bierności Żydów w obliczu eksterminacji. Tego rodzaju interpretacje pojawiły się jeszcze w czasie okupacji oraz w pierwszych latach powojennych2. Raul Hilberg, pionier badań nad Zagładą, pisał: „w historii Żydów bitwa ta jest — dosłownie — rewolucją, albowiem po dwóch tysiącach lat uległości koło historii zostało zawrócone — Żydzi znów sięgnęli po broń”3. Do tego samego sprowadzić można słowa Dana Kurzmana, amerykańskiego dziennikarza pochodzenia żydowskiego: „Choć w różnych okresach pojedyncze grupy Żydów buntowały się przeciwko swym prześladowcom, powstanie w getcie warszawskim bardziej niż jakiekolwiek inne wydarzenie w sposób symboliczny zakończyło dwa tysiące lat uległości Żydów wobec dyskryminacji, opresji i — ostatecznie — ludobójstwa”4.

Wraz z upływem czasu i ogromnym przyrostem wiedzy o Zagładzie siła symboliczna powstania w getcie warszawskim nieco przybladła, zwłaszcza gdy kolejne rozdziały tej historii stały się lepiej znane. Co więcej, w ostatnich latach gloryfikowanie oporu zbrojnego ustąpiło bardziej umiarkowanemu i zniuansowanemu podejściu do zachowania ofiar, jak również przekonaniu, że nie wszystkie akty oporu musiały mieć charakter zbrojny. Niemniej pamięć powstania w getcie warszawskim wpływa na naszą świadomość, co wydaje się zrozumiałe. W istocie rzeczy niewiele epizodów drugiej wojny światowej przykuwało porównywalną uwagę historyków, dziennikarzy, pisarzy, filmowców, artystów plastyków i polityków. Lecz podobnie jak inne aspekty Zagłady czy dziejów jako takich wiedza o powstaniu stanowi pogmatwaną mieszaninę faktów, fikcji i fantazji. W wielu popularnych dziełach historycznych i literackich, co przeniknęło do świadomości społecznej, Żydowska Organizacja Bojowa (ŻOB) była synonimem całego podziemia. Wrażenie takie odnosi się nie tylko po najbardziej pobieżnej lekturze literatury Szoa. Ogólnie ujmując, rolę podziemia syjonistycznego — Żydowskiego Związku Wojskowego (ŻZW; nazwa hebrajska Irgun Cwai Jehudi) — często z takich czy innych względów pomijano lub w najlepszym razie marginalizowano. Ale nawet wówczas, gdy ŻZW pojawia się w dyskursie naukowym albo w debacie publicznej, zazwyczaj mamy do czynienia z błędnymi lub daleko niepełnymi informacjami.

Co było tego przyczyną? W latach sześćdziesiątych urodzony w Polsce historyk izraelski z instytutu Yad Vashem, Nachman Blumental, recenzując dwie publikacje o getcie warszawskim autorstwa Chaima Lazara i Israela Gutmana, które ukazały się niemal równocześnie, postawił następujący zarzut: „Autorzy starają się dać swoim pracom podstawę naukową, włączając materiały dokumentalne, świadectwa, zeznania itp. Obaj autorzy wybrali spośród całego kompleksu problemów związanych z tym tematem te, które są najbliższe ich sercu. Piszą mianowicie o roli, jaką w powstaniu odegrały stronnictwa, do których należeli w czasie Zagłady i w których działają do dzisiaj. Chaim Lazar — w partii rewizjonistów, a Israel Gutman w Ha-Szomer ha-Cair”. Blumental skonstatował na koniec: „Nie są to badacze opisujący pewne problemy sine ira et studio, obiektywnie, spokojnie i z opanowaniem. Obaj traktują swoje stronnictwa jako wcielenie własnych ideałów — osobistych, narodowych i ludzkich”5.

Przystępując do pisania naszej książki, nie mogliśmy zignorować faktu, iż w szeregach ideowych dziedziców ruchu syjonistów rewizjonistów silnie ugruntowane jest przekonanie, że pomijanie bądź ograniczanie informacji o ŻZW i jego roli jest wynikiem zamierzonej kampanii mającej na celu zmarginalizowanie jego znaczenia. W swej książce Muranowska 7 Chaim Lazar gniewnie przekonywał o istnieniu zmowy milczenia: „w tej chwalebnej i przerażającej epopei ujawniły się powszechne w niektórych kręgach żydowskich sekciarstwo i nienawiść, płynące z zawistnej małości i ograniczonych uprzedzeń, aby zatuszować, przemilczeć chwałę przynależną innym, a nawet żerować na niej. […] nie było wyboru innego jak podjęcie próby wykazania na podstawie relacji naocznych świadków i dokumentów, że owa masa materiałów — dziesiątki książek i tysiące artykułów dotychczas napisanych o powstaniu żydowskim w Warszawie — stanowi albo umyślne zniekształcenie ze strony tych, którzy pragną przywłaszczyć sobie zasługi innych, albo jest ona wytworem zwyczajnej naiwności ludzi skłonnych dawać wiarę relacjom potencjalnych „naocznych świadków” wśród ocalałych, w których wyolbrzymiali oni naturalnie swoje zasługi, pomijając zarazem dokonania innych”6. Niemal 40 lat później zarzut ten powtórzyły wdowa po Lazarze Chaja oraz ich córka Sarah Ozacky-Lazar, choć wskazały też na istnienie trudności odmiennej natury: „Nieobecność partii rewizjonistów w nauczaniu historii i w pamięci narodowej można wyjaśnić na dwa sposoby. Po pierwsze, wszyscy czołowi uczestnicy ruchu polegli w akcjach zbrojnych i nie ma już świadków ich działalności, nie zachowała się również — co oczywiste — dokumentacja pisemna tej organizacji i jej roli w powstaniu. Drugi powód to upolitycznienie Zagłady i badań naukowych na ten temat zarówno w Izraelu, jak i w Polsce”7. Na poparcie tej tezy cytowały wybitnego dziennikarza izraelskiego Toma Segeva, który w swej słynnej książce The Seventh Million pisał: „Ruch lewicowy, który przywłaszczył sobie mit bojowników getta, umniejszył i zupełnie pominął rolę Betaru w powstaniu”8. Matka i córka przytoczyły również słowa Israela Gutmana, nestora izraelskich badaczy Zagłady: „Jest to najbardziej oczywisty, choć w żadnym razie nie jedyny wypadek, w którym z przyczyn politycznych zniekształcony został rzeczywisty obraz wydarzeń, zmieniono treść relacji, a nawet doszło do ich fabrykowania, aby w ten sposób wyeliminować obóz rywali z historii przy jednoczesnym powiększeniu własnego wkładu”9. Rzecz przy tym znamienna, że nie zacytowały krytyki, jaką w tym samym tekście Gutman skierował pod adresem badaczy zajmujących się dziejami ŻZW. Nie negował „rażących zaniedbań” i świadomego pomijania roli ŻZW, niemniej zwrócił uwagę na trudności związane z odtwarzaniem tej historii: „autorzy, którzy starali się przywrócić równowagę, podnosząc zasługi Betaru, nierzadko korzystali z budzących wątpliwość relacji i opisów, pozbawionych poważniejszych podstaw historycznych10.

O ile badacze w Polsce i Izraelu coraz częściej zainteresowani są głównie rekonstrukcją rzeczywistości na podstawie źródeł historycznych z zachowaniem ostrożności i należnego krytycyzmu, o tyle niebędący zawodowymi historykami autorzy opracowań kierowanych do szerokiego grona odbiorców nadal konstruują teorie spiskowe i z uporem godnym lepszej sprawy toczą prywatne personalne lub ideologiczne wojny. Pierwszym przykładem jest utrzymana w oskarżycielskim duchu książka Retour sur le ghetto de Varsovie paryskiego lekarza Mariana Apfelbauma11. Autor, syn znanego lekarza z getta warszawskiego Emila Apfelbauma, przyznając się do pokrewieństwa z osobą, która wedle pewnej grupy relacji miała być komendantem ŻZW, rozpoczął batalię ze „zbiorowym kłamstwem” mającym być efektem machinacji dawnych bojowców ŻOB z Markiem Edelmanem na czele, wspieranych przez historyków z Yad Vashem. Dla uniknięcia sporów jego książka została dwa lata później wydana przez Yad Vashem12. Ten sam zarzut umyślnego zniekształcania historii, choć wychodząc z innych przesłanek, dobitnie i uporczywie podnosi Mosze Arens, były minister obrony i spraw zagranicznych Izraela, który po zakończeniu wieloletniej kariery w lotnictwie i polityce poświęcił się badaniom nad dziejami ŻZW. Podziemie rewizjonistyczne, jego zdaniem, prowadziło lwią część walk w getcie, po czym lewica celowo odsunęła je w cień, by ukryć ten fakt. W ciągu kilku lat opublikował na ten temat teksty w prestiżowych wydawnictwach naukowych13. To właśnie głównie twórczość Arensa stała się punktem odniesienia dla izraelskiej debaty publicznej wokół ŻZW14.

Upolitycznienie historii jest niewątpliwie faktem, który należy uznać i jednoznacznie ocenić. W miarę postępu badań staje się jednak jasne, że ewolucja tej narracji jest zdecydowanie bardziej zniuansowana, niż gotowi by to byli przyznać ci, którzy wysuwają takie zarzuty. Eran Kaplan, historyk izraelsko-amerykański, zauważył: „Do połowy lat siedemdziesiątych niewiele było badań nad rewizjonizmem, a autorami większości opracowań byli członkowie tego ruchu, którzy nie starali się ukrywać swych propagandowych zamiarów. Przebywając w środowisku wrogim pod względem intelektualnym, na obrzeżach świata akademickiego i literackiego, porzucali nawet pozory obiektywizmu, gdy starali się zachować dziedzictwo założycieli ruchu. Intelektualiści rewizjoniści postrzegali swoją rolę jako tych, którzy pozwalają się wypowiedzieć prześladowanej mniejszości, nie zaś jako tych, którzy poddają przeszłość tej mniejszości rygorystycznej, krytycznej analizie”15. Według izraelskiego historyka Roniego Staubera sami rewizjoniści byli odpowiedzialni za to, że znaczenie ich ruchu uznano za tak skromne: „Można jednoznacznie ustalić, iż rzecznicy partii zarówno w Knesecie, jak i poza nim nie włączyli się czynnie w debatę o reakcjach Żydów i nie uczynili nic dla upublicznienia działalności Betaru podczas Zagłady ani dla jego upamiętnienia. Wniosek taki można wysnuć z lektury publikacji i protokołów obrad plenarnych Knesetu i posiedzeń komisji otwartych dla wszystkich, jak również protokołów zebrań instytucji podległych Herutowi (partia polityczna będąca ideologicznym spadkobiercą ruchu rewizjonistycznego), sprawozdań, listów i innych dokumentów z lat pięćdziesiątych; wszystkie te dokumenty znajdują się w archiwum ruchu”16. Stauber podkreśla, że w wydawnictwach partyjnych i prywatnej korespondencji Menachema Begina „zwraca uwagę brak jakiejkolwiek wzmianki o bojownikach Betaru. […] W latach pięćdziesiątych Herut widział bohaterów nie w partyzantach w Europie, lecz w bojownikach Ecel [Narodowa Organizacja Wojskowa walcząca w Palestynie z Brytyjczykami i Arabami — D.L., L.W.], którzy ginęli w Erec Israel, przede wszystkim tych, którzy zostali straceni przez Brytyjczyków. Ich śmierć symbolizowała najwyższe poświęcenie narodu żydowskiego w walce o niepodległość. Epopeja powstania przeciwko mandatowi brytyjskiemu stanowiła kwestię najważniejszą […], a desperacka walka członków Betaru i ruchu rewizjonistycznego, którzy pozostali w diasporze, została zepchnięta na margines, nie tylko dla opinii publicznej w Izraelu, lecz także w oczach osób utożsamiających się z Herutem”17. Na początku lat sześćdziesiątych, gdy Begin i inni przywódcy tej partii ostatecznie uzmysłowili sobie, że ich ruch został wyłączony z panteonu, było już za późno.

Inną funkcję pełniła historia ŻZW w Polsce zarówno przed, jak i po 1989 r. Nie jest zaskakujące, że przekład książki Apfelbauma (pod tytułem Dwa sztandary. Rzecz o powstaniu w getcie warszawskim) okazał się znaczącą cezurą w traktowaniu historii powstania18. Bezsprzecznie książka wpłynęła na autentyczne zainteresowanie tematem. Przez wiele lat pamięć o tych wydarzeniach kształtowały przede wszystkim będące szkolnymi lekturami wspomnienia Marka Edelmana i Kazimierza Moczarskiego, w których brak wzmianki o organizacji bojowej rewizjonistów19. Nieprzypadkowo też podczas polskich obchodów pięćdziesiątej rocznicy powstania o ŻZW praktycznie nie przypominano20. Powszechny entuzjazm wobec książki Apfelbauma ujawnił również ważkie fakty społeczne, przede wszystkim niewychodzącą poza stereotypy wiedzę na temat powstania nie tylko wśród szerokich kręgów czytelników, lecz także wśród historyków. Nieliczne głosy sprzeciwu wobec oskarżycielskiego tonu autora Dwóch sztandarów i dyskusyjnej podstawy źródłowej jego wywodów21 pozostały właściwie bez echa.

Na fali popularności książki Apfelbauma przy okazji kolejnych rocznic powstania kwietniowego ukazywały się w Polsce teksty publicystyczne poświęcone polsko-żydowskiemu „braterstwu broni”. Tematyka ta właściwie zdominowała dyskurs wokół powstania w getcie w latach następnych. Autorzy tych enuncjacji, pisanych w tonie sensacji i pełnym afektacji stylem, starali się przekonać czytelnika, że dotykają spraw nieznanych i tajemniczych, odsłaniają kulisy trwającej przez dziesięciolecia manipulacji, prezentując się w roli tych, którzy nareszcie, wbrew nakazom politycznej poprawności, dochodzą do ukrywanej prawdy. Najlepszą bodaj ilustracją takiego podejścia był publikowany na łamach dziennika „Rzeczpospolita” tryptyk autorstwa Macieja Kledzika22. W aspekcie poznawczym teksty te nie przynosiły niczego nowego. O wiele ważniejszy był ich wymiar ideologiczny, który dobrze wyraża tytuł jednej z tych publikacji: Biało-czerwona opaska z gwiazdą Dawida. Intencją autora było ni mniej ni więcej, tylko przeciwstawienie Żydów patriotów polskich z ŻZW, powiązanych organizacyjnie i ideowo z Polskim Państwem Podziemnym, „prokomunistycznej” ŻOB. Podkreślanie wysiłku organizacyjnego i militarnego ŻZW miało służyć odświeżeniu przyblakłej już wizji polsko-żydowskiego „braterstwa broni”, usilnie lansowanej w okresie PRL. Nie zważano przy tym na powielanie schematów interpretacyjnych, anachronicznych w okresie powszechnego kwestionowania dorobku komunistycznej historiografii. Jakby tego było mało, gloryfikował ŻZW reprezentujący specyficzne, najdelikatniej rzecz ujmując, podejście do problematyki historycznej „Nasz Dziennik”, gdzie można było przeczytać, że „jedyną organizacją, która przynosi Żydom chwałę”, jest przemilczany w oficjalnej historiografii Żydowski Związek Wojskowy23. Nie przeszkadzało to w piętnowaniu na tych samych łamach „faszystów” z Betaru.

* * *

Przez długi czas darzyliśmy zaufaniem obowiązującą wykładnię dziejów ŻZW. Jeden z nas (Laurence Weinbaum) napisał nawet przedmowę, skądinąd dość ostrożną, do hebrajskojęzycznej edycji książki Mariana Apfelbauma, widząc w niej asumpt do dalszych debat, a co za tym idzie zjawisko pozytywne. Z czasem jednak podczas wgłębiania się w źródła rodziło się coraz więcej wątpliwości. Na decyzję o podjęciu wspólnych badań wpłynęły niezgoda na natrętne instrumentalizowanie dziejów powstania, dominujący w piśmiennictwie historycznym chaos i kuriozalne formy upamiętnienia, choćby umieszczenie falsyfikatu — tzw. pierścienia ŻZW — na ekspozycji w muzeum Yad Vashem. Za priorytetowe zadanie uznaliśmy dokonanie krytycznej oceny materiału źródłowego wykorzystywanego, często zresztą w jak najlepszej wierze, w istniejących opracowaniach, zwłaszcza że pojawiła się możliwość jego konfrontacji z dokumentacją spoczywającą w archiwach polskich i izraelskich24. Pierwsze nasze publikacje wywołały żywe reakcje w Izraelu i Polsce. W badania nad ŻZW włączyli się historycy młodszego pokolenia, August Grabski i Maciej Wójcicki, częściowo przyjmując zasadność naszych argumentów, częściowo poddając je dość powierzchownej, naszym zdaniem, krytyce, gdyż przypisali nam całkowicie bezpodstawnie nadmierne zaufanie do materiałów spoczywających w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej25. W Izraelu polemikę podjął Mosze Arens, kreujący się na największy autorytet w tych sprawach26. Sporym zaskoczeniem okazała się wydana w 2009 r. jego książka, w której, nie podając przyczyn, ukradkiem odszedł od głoszonych przez lata tez na temat funkcjonowania ŻZW, mimo iż wcześniej określił nasze badania jako nieistotne („marginal and unimportant”)27. Jak na ironię jego wcześniejsze teksty, powstałe w dużej części na podstawie polskiej powojennej dokumentacji, których nie uznał za potrzebne umieścić w bibliografii, zyskały tymczasem status kanonicznych. W jego najnowszej narracji nie pojawiają się nawet nazwiska gloryfikowanych przez niego do niedawna żydowskich bojowców i ich polskich „towarzyszy walki”!28. Tym gorliwiej zaczął natomiast odwoływać się do niezasługujących na wiarygodność relacji żydowskich. Jego książka przynosi kilka niewykorzystywanych dotychczas w literaturze poświęconej konspiracji żydowskiej dokumentów, na przykład dotyczących kontaktów przebywającego w Wilnie w 1940 r. komendanta Betaru Menachema Begina z pozostałymi w Warszawie podkomendnymi. Włożył w swoje działania wiele wysiłku, lecz nie można tego opracowania uznać za publikację naukową. Natomiast sposób potraktowania tematu i wykorzystania literatury przedmiotu może wywołać u zorientowanych w tej problematyce czytelników najwyższe zdumienie.

Oddawana do rąk czytelnika książka składa się z dwóch części. Uznaliśmy za konieczne oddzielenie historii prawdziwej od tej opartej na tekstach nazwanych przez nas apokryficznymi. W toku przeciągających się kwerend doszliśmy do wniosku, że historia fałszerstw i manipulacji popełnianych nie tylko w Polsce, lecz także w Izraelu, Stanach Zjednoczonych czy nawet Australii stanowi integralną, a zarazem wartą dokładnego prześledzenia część interesującego nas tematu. W rozdziale pierwszym scharakteryzowaliśmy piśmiennictwo historyczne oraz dokładnie opisaliśmy korpus źródeł, które posłużą nam do rekonstrukcji historii ŻZW. W trzech kolejnych rozdziałach zajęliśmy się powstawaniem apokryfów i szerokim kontekstem funkcjonowania ich autorów. Staraliśmy się z jednej strony dociec motywacji, jakimi kierowały się osoby podszywające się pod „towarzyszy broni” bojowców ŻZW i samych bojowców, z drugiej zaś mechanizmów umożliwiających bezkarność tego rodzaju działań. W jakim stopniu wynikała ona z bezradności historyków i instytucji naukowych, a w jakim była skutkiem przyzwolenia płynącego z konformizmu, uległości wobec nakazów politycznych czy wreszcie naiwności i myślenia życzeniowego. Wszystkie te problemy omawiamy w części „Dekonstrukcja”. Część druga, „Rekonstrukcja”, stanowi próbę odtworzenia rzeczywistych dziejów organizacji bojowej rewizjonistów. Punktem wyjścia jest przedstawienie działalności organizacji rewizjonistycznych w II Rzeczypospolitej, choć należy od razu zastrzec, że nie było naszym celem gruntowne przestudiowanie tego zagadnienia. Właściwa narracja rozpoczyna się od września 1939 r. Śledzimy rozpad i odtwarzanie struktur Betaru w Wilnie, a następnie pod okupacją sowiecką i niemiecką, by przejść do kontekstu powstawania organizacji bojowej jesienią 1942 r. Szczególne znaczenie przypisujemy ustaleniu rzeczywistych kontaktów z przedstawicielami polskiej konspiracji. W kolejnych rozdziałach staramy się odtworzyć powstańcze epizody z udziałem struktur ŻZW oraz losy poszczególnych bojowców. Okazało się to z różnych powodów najtrudniejsze i wręcz najbardziej frustrujące wyzwanie badawcze, z jakim przyszło nam się zmierzyć. Kilkakrotnie odkładaliśmy pracę na wiele miesięcy. Niektóre epizody tej historii udało nam się oświetlić, inne nadal pozostają w mroku. Niekiedy mieliśmy poczucie zderzania się ze ścianą. Musimy też napisać, że dotarcie do niektórych materiałów było kwestią absolutnego przypadku, nie zaś precyzyjnie realizowanej strategii badawczej.

Należy podkreślić, że pomimo częściowego finansowania naszych badań przez Instytut Żabotyńskiego w Tel Awiwie, któremu winni jesteśmy wdzięczność, nasza praca w żaden sposób nie może być traktowana w kategoriach wykonania ideologicznego zlecenia. Jeśli traktować ją w kategoriach „historii rewizjonistycznej”, to tylko w znaczeniu przewartościowania istniejących narracji. Mamy nadzieję, że ta książka posłuży do ukazywania studentom historii, w jaki sposób można zakwestionować kanoniczną wersję zdarzeń przez dokonanie zgodnej z wymogami naszego zawodu krytyki źródeł.

Pamiętając o emocjach związanych z podjętym tematem, staraliśmy się stworzyć narrację obiektywną, spokojną i zrównoważoną, co zawsze powinno towarzyszyć refleksji historycznej. Korzystaliśmy z pomocy wielu osób — ich listę publikujemy dalej. Oczywiście za wszystkie błędy i niedociągnięcia jesteśmy odpowiedzialni wyłącznie my sami.

PODZIĘKOWANIA

Chcemy w tym miejscu wyrazić wdzięczność Instytutowi Żabotyńskiego w Tel Awiwie oraz osobom, z których pomocy korzystaliśmy na różnych etapach powstawania książki. Są to:

Theo Balberyszki

Kami Ben-Shem

Sharon Ben-Shem

Beata Bińko

Havi Dreyfus (Ben-Sasson)

Barbara Engelking

Moshe Fuksman-Sha’al

Marek Gałęzowski

Jerzy Giebułtowski

Yosef Govrin

Jan Grabowski

August Grabski

Israel Gutman

Samuel D. Kassow

Hana Kimchi

John Kubiniec

Dan Kupfert-Heller

Wojciech Lenarczyk

Zbigniew Mańkowski

Janusz Marszalec

Witold Mędykowski

Dan Michman

Daniella Ozacky

Andrzej Paczkowski

Jakub Petelewicz

Monika Polit

Sam Salcman

Mina Shafir

Shlomo Shafir

Yosef Shavit

Yvette Shumacher

Amira Stern

Dagmara Swałtek

Agata Tuszyńska

Katarzyna Utracka

Susanne Y. Urban

Avi Walewski

Agnieszka Witkowska

Carmella Yagiev

Część I
DEKONSTRUKCJA

Rozdział I
LITERATURA I ŹRÓDŁA

CHARAKTERYSTYKA PIŚMIENNICTWA

Pierwsze materiały historyczne nadsyłane z okupowanej Polski, opracowywane przez Bund i Żydowski Komitet Narodowy, dotyczące przebiegu powstania zostały opublikowane w Stanach Zjednoczonych i Palestynie29. Ich wydawca Melech Neustadt, sekretarz generalny Światowego Związku Poalej Syjon, podkreślił, że gdyby dysponował dokumentami dotyczącymi innych partii politycznych, również one zostałyby wydane. Niemniej mimo iż pierwsze relacje poświęcone działalności rewizjonistów i ŻZW (o których piszemy dalej) pojawiły się już w 1946 r., nie zmieniły one w znaczący sposób obrazu powstania stworzonego na podstawie materiałów syjonistycznych i Bundu. Podobnie, choć z innych powodów, rzecz się miała w Polsce. W pierwszej książce o powstaniu w getcie warszawskim, autorstwa Józefa Kermisza (1907–2005) z Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej, nie ma mowy o organizacji bojowej rewizjonistów, chociaż autor, opierając się na raporcie Jürgena Stroopa i dostępnych mu materiałach wspomnieniowych, opisuje ciężkie walki na placu Muranowskim i odnotowuje, jakie sztandary tam wzniesiono30. Po jego wyjeździe (w 1950 r.) do Izraela historię powstania w getcie zdecydował się odtworzyć Bernard Mark (1908–1966), dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie31. W artykule opublikowanym w „Biuletynie ŻIH”, w którym zreferował on zawartość odnalezionej właśnie drugiej części archiwum Ringelbluma, pojawia się nazwa Żydowski Związek Wojskowy w kontekście grup powstańców znajdujących się na Muranowskiej i Karmelickiej32. Ale już w monografii wydanej w 1953 r. odniesienia do organizacji bojowej rewizjonistów zostały, czemu zresztą trudno się dziwić, zmanipulowane lub w najlepszym razie zakamuflowane33. Potraktowanie ŻZW nie było niczym wyjątkowym, książka konsekwentnie pomniejszała rolę wszystkich organizacji z wyjątkiem komunistów, przedstawionych jako najważniejsza siła polityczna w getcie warszawskim. Jeszcze bardziej przeinaczone zostały fragmenty dotyczące roli odegranej przez Armię Krajową. Zgodnie z obowiązującą wykładnią powstanie miało być dziełem żydowskiej lewicy ściśle współpracującej z polskimi komunistami przy wrogości i obojętności konspiracji podporządkowanej rządowi na uchodźstwie w Londynie. W takim duchu przygotowano już pierwszą propagandową broszurę wydaną w drugą rocznicę powstania kwietniowego34. Nowa wersja książki Marka, wydana w odmiennym po przełomie październikowym w 1956 r. kontekście politycznym, prostowała wiele wcześniejszych niedorzeczności i przekłamań. Autor złożył też coś w rodzaju samokrytyki, przyznając się do „błędnej interpretacji kilku podstawowych zagadnień”35. Źródłem tych błędów miała być niedostępność wielu materiałów źródłowych, a także zbytnie uleganie „relacjom złożonym w […] okresie wykrzywiania problematyki dziejów najnowszych”. Można doszukać się tu aluzji do nacisków ze strony działaczy komunistycznych. Problem leżał jednak głębiej. Dyrektor ŻIH nie znał getta i okupacyjnej Warszawy, jako że okres okupacji spędził w ZSRR. Nie był też, co nie jest bez znaczenia, zawodowym historykiem. Nie sposób jednak odmówić mu dobrych intencji — mimo iż napisał na ten temat niewiele, i tak było to więcej aniżeli ktokolwiek inny. Poza tym w świetle ujawnionych źródeł, przede wszystkim eseju Emanuela Ringelbluma o stosunkach polsko-żydowskich przekazanego w 1957 r. do ŻIH, zawierającego sugestywny opis bazy ŻZW, niepodobieństwem było negowanie istnienia drugiej organizacji bojowej. Wprowadzone już wcześniej przez Marka do obiegu relacje żydowskie mówiące o udziale ŻZW w powstaniu kwietniowym, bo o samym funkcjonowaniu organizacji przed powstaniem znajdziemy tu niewiele danych, zostały pozbawione deformującej ich treść interpretacji. Wykorzystane zostały też nieliczne relacje z kręgu rewizjonistów opublikowane w Izraelu oraz dokumenty wytworzone przez struktury AK. Nowością było wykorzystanie świadectw sygnowanych przez osoby podające się za członków polskich organizacji konspiracyjnych współpracujących jakoby z ŻZW. O ile jednak w edycji z roku 1959 widoczna jest rezerwa wobec tych przekazów, o tyle kolejna książka Marka, wydana z okazji dwudziestej rocznicy powstania, w części poświęconej ŻZW pisana była wyraźnie pod ich dyktando36. Ze scalenia nielicznych relacji pozostawionych przez świadków z kręgu ŻZW z rozrastającymi się ilościowo materiałami polskimi miało wynikać, że organizacja bojowa rewizjonistów została utworzona już jesienią 1939 r. i pozostawała w bliskich stosunkach z polskimi organizacjami konspiracyjnymi: Korpusem Bezpieczeństwa (KB), a później Polską Ludową Akcją Niepodległościową (PLAN). Nie dość na tym — polscy „towarzysze broni” mieli brać udział w walkach podczas powstania w getcie. Pomimo prezentacji w książce interesujących materiałów źródłowych, w odniesieniu do tego tematu jest to pozycja właściwie bezwartościowa.

Równolegle w Izraelu trwały gorączkowe prace nad książką o ŻZW, którą planowano wydać na dwudziestą rocznicę powstania w getcie. Prowadził je Chaim Lazar (1914–1997), członek wileńskiego Betaru i Zjednoczonej Organizacji Partyzanckiej (Farejnikte Partizaner Organizacje, FPO), a wreszcie dowódca oddziału partyzanckiego. Był to dla niego rodzaj powinności. Jesienią 1944 r. znalazł się w Lublinie, skąd wkrótce wyjechał do Rumunii, a następnie do Włoch, gdzie działał w organizacji Bricha. Po przyjeździe do Palestyny w marcu 1947 r. udzielał się w organizacjach dla uchodźców i organizacjach kombatanckich, między innymi w organizacji inwalidów wojennych (on sam stracił rękę w walkach przeciwko Niemcom). Został przedstawicielem tej organizacji w zarządzie nowo powstałego instytutu Yad Vashem. Na pierwszym posiedzeniu Światowej Rady Yad Vashem alarmował, że „prawie nie ma dokumentacji na temat żydowskiego heroizmu” i wzywał do zbierania relacji bojowców37. Jeszcze będąc we Włoszech, Lazar zaczął działalność publicystyczną, którą kontynuował w Izraelu38. Nawiązał kontakt z mieszkającymi tu osobami związanymi z funkcjonującym pod okupacją niemiecką Betarem i ŻZW, co pozwoliło na odtworzenie losów członków organizacji w pierwszych latach wojny. Zasadnicze partie jego książki Muranowska 7. The Warsaw Ghetto Rising zostały jednak napisane na podstawie polskich relacji, zarówno wykorzystanych przez Marka, jak i zebranych przez Lazara i jego żonę Chaję podczas ich pobytów w Warszawie. Publikacja ta, pomimo poważnych mankamentów, przede wszystkim całkowitego braku krytycyzmu wobec cytowanych źródeł oraz fatalnej redakcji (przekład na język angielski był wyjątkowo niestaranny), stała się podstawowym opracowaniem na temat ŻZW. Przez kilka dziesięcioleci było to jedyne monograficzne ujęcie dziejów ŻZW i miało zasadniczy wpływ na stan wiedzy o tej organizacji, mimo że w kręgach naukowych uznawano je w wielu aspektach za wysoce kontrowersyjne39.

Oceniając tę książkę w cytowanej już przez nas we wstępie recenzji, Nachman Blumental podkreślił, że niewielka ilość miejsca poświęcana ŻZW w opracowaniach historycznych jest nie tyle efektem manipulacji czy złej woli przeciwników politycznych, jak dowodził Lazar, ile zadziwiająco skromnej wiedzy o nim w środowiskach związanych z ŻOB, AK i Delegaturą Rządu na Kraj oraz braku wiarygodnych przekazów wytworzonych po wojnie. Nie podważył jednak znaczenia wykorzystanych przez Lazara polskich relacji, nawet przeciwnie, wytykał mu nazbyt ostrożne posługiwanie się nimi!40 W monumentalnym zbiorze dokumentów, który Blumental opracował wraz z Kermiszem, wydanym w 1965 r., znalazło się 12 dokumentów dotyczących ŻZW, pięć z nich były to powojenne polskie relacje wykorzystane wcześniej przez Marka i Lazara41. Tymczasem w wydanym rok później komentarzu do raportu Stroopa Kermisz, omawiając źródła dotyczące powstania, bez podania powodu nie czynił do nich żadnych odniesień. Warto też odnotować, iż charakteryzując ŻZW, napisał, że w przeciwieństwie do ŻOB nie miał on jednoznacznie antyfaszystowskiego nastawienia42. Założone i kierowane przez Lazara Muzeon Ha-Lochamim we-ha-Partizanim (w tekście stosujemy nazwę Museum of the Combatants and Partisans) związane z Instytutem Włodzimierza Żabotyńskiego w Tel Awiwie (mieściło się w piwnicach budynku), prowadzące działalność mającą na celu upamiętnienie ŻZW (po jego śmierci dzieło kontynuowała żona Chaja)43, nie mogło konkurować z kibucem Dom Bojowników Gett i Yad Vashem, które przez długi czas nie wykazywały większego zainteresowania okupacyjnymi dziejami rewizjonistów. Nie jest przypadkiem, że podczas sesji naukowej w Yad Vashem odbywającej się w 25. rocznicę powstania w getcie warszawskim Betar, ŻZW i rewizjoniści zostali zaledwie wzmiankowani44.

W ciągu kilku kolejnych lat sytuacja zmieniła się jednak na korzyść. W wydanej w 1977 r. publikacji Gutmana na temat Żydów warszawskich znalazły się odniesienia do ŻZW. Niewielkie objętościowo fragmenty poświęcone tej organizacji autor oparł przede wszystkim na kilku polskich relacjach złożonych przez osoby z nią związane, przy czym sceptycznie ocenił część z nich: „Nie ulega wątpliwości — pisał — że jest w nich sporo prawdy, choć są też stwierdzenia wewnętrznie sprzeczne i sporo przesady”45. Problemem była niemożność ich weryfikacji przez skonfrontowanie z niezależnymi źródłami. Gutman nie potrafił swoich intuicji udowodnić, a jego krytyka była w niektórych punktach niekonsekwentna. Podejście to zostało uznane w kręgach ideowych spadkobierców rewizjonistów za działania ideologiczne, mające wynikać z zadawnionych uprzedzeń. W kolejnej książce Gutmana, poświęconej powstaniu w warszawskim getcie, polskie przekazy zostały potraktowane równie sceptycznie, choć daleko było do zanegowania ich wiarygodności i podważenia afiliacji ich autorów z Armią Krajową. Dzieje ŻZW nadal jednak stanowiły tło dla działań ŻOB46. Więcej miejsca ŻZW poświęcił natomiast w publikacjach wydanych w latach siedemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych Reuben Ainsztein. Niemniej w rekonstrukcji faktów autor ten poszedł śladami wytyczonymi przez Marka i Lazara, podkreślając rolę odegraną przez polskich „towarzyszy broni”. Paradoksalnie, zapewne wbrew intencjom polskich autorów, zasługi mniejszych organizacji konspiracyjnych na rzecz ŻZW posłużyły autorowi jako argument do skrytykowania pasywności AK47.

ŹRÓDŁA

Pierwszym krokiem w kierunku dekonstrukcji i rekonstrukcji dziejów Żydowskiego Związku Wojskowego jest nie tylko zgromadzenie pełniej dokumentacji źródłowej, lecz przede wszystkim krytyczna ocena jej wartości poznawczej.

Dokumentacja własna

Zachowana dokumentacja dotycząca działalności syjonistów rewizjonistów i ich organizacji wojskowej jest bardziej niż skromna. W archiwum getta warszawskiego znajduje się wyłącznie okazjonalne wydawnictwo poświęcone Włodzimierzowi Żabotyńskiemu Ha-Medina (Państwo). Egzemplarze innych publikacji, o których mowa w literaturze wspomnieniowej, nie zachowały się. Nie inaczej jest z prasą. Przetrwał tylko jeden numer pisma „Magen Dawid” (Tarcza Dawida) oraz przypisywana ŻZW ulotka pochodząca ze stycznia 1943 r. Z pewnością wyjaśnienia wymaga nie do końca zrozumiała, pamiętając o wadze przywiązywanej w kręgu syjonistów rewizjonistów do kwestii propagandowych, znikoma na tle prężnej działalności innych ugrupowań na tym polu aktywność wydawnicza. Nie dysponujemy, czy to w formie oryginałów czy odpisów, wypowiedziami programowymi, rozkazami, meldunkami i sprawozdaniami, korespondencją wewnętrzną, dokumentacją finansową, wykazami członków, listami uzbrojenia etc. — jednym słowem, podstawowymi wytworami każdej organizacji politycznej bądź wojskowej. Brak takiej dokumentacji nie rozstrzyga jednak kwestii znaczenia i wpływów tej organizacji, zwłaszcza wiosną 1943 r. Pewne materiały dotyczące rewizjonistów, szczególnie te z okresu przed powstaniem, mogły znajdować się w zaginionej części archiwum Ringelbluma. Archiwum ŻZW zostało najpewniej zniszczone w czasie powstania w getcie, daleko mniej prawdopodobne, że podobnie jak archiwum ŻOB zostało zniszczone w okresie powstania warszawskiego. W tym jednak wypadku część dokumentacji zachowała się w odpisach w archiwum Adolfa Bermana i polskich struktur odpowiedzialnych za kontakty z gettem. Jako że ŻZW był organizacją typu wojskowego, nie ulega wątpliwości, że w celu sprawnego funkcjonowania kancelaria musiała istnieć. Zarazem jednak pozostawanie w izolacji — brak łączności z głównym nurtem polskiego życia konspiracyjnego, oficjalnego przedstawiciela po stronie aryjskiej, struktur organizacyjnych w innych gettach, nie wspominając już o braku kontaktów z zagranicą — ograniczało potrzebę rozbudowywania biurokracji. Nieformalne, nieważne czy doraźne, czy bardziej długotrwałe, kontakty z osobami lub grupami spoza murów getta mogły obywać się bez konieczności wytwarzania dokumentów. Zwolennicy tezy o ścisłych związkach ŻZW z polskim podziemiem będą oczywiście protestować, ale nie potrafili jak dotąd przedstawić jakiegokolwiek dowodu (na przykład odpisu dokumentu sygnowanego przez ŻZW). Wyjątkiem jest casus Cezarego Janusza Ketlinga-Szemleya, który szczegółowo omówimy dalej.

Zachowała się jedna krótka relacja sporządzona przez członka organizacji w czerwcu 1943 r. Traktuje ona o etapach powstawania organizacji, jej udziale w walkach w getcie, przejściu na aryjską stronę, a wreszcie o sytuacji jej członków po powstaniu. Nie znamy nazwiska jej autora, najprawdopodobniej sporządził ją bojowiec o pseudonimie „Paweł Besztymt” („Rudy Paweł”). Garść wiadomości o jego losach przynoszą wspomnienia bundowca Dawida Klina48. Kontekst powstania tego szczególnego dokumentu poznajemy za pośrednictwem wspomnień Icchaka Cukiermana „Antka”. Okazuje się nawet, że to komendant ŻOB, który spotkał „Rudego Pawła” w mieszkaniu Klina, był inicjatorem jej spisania. Relacja miała zostać przekazana Adolfowi Bermanowi z sugestią wysłania jej, wraz z korespondencją ŻOB, ŻKN i Bundu, do żydowskich przedstawicieli w Radzie Narodowej w Londynie49. Stało się jednak inaczej. Nie dość, że świadectwo „Rudego Pawła” nie zostało wysłane, to na wiele lat wszelki ślad po nim zaginął. Co prawda o jego istnieniu wzmiankował opublikowany w 1956 r. artykuł Barbary Temkin-Bermanowej omawiający zawartość archiwum ŻKN, którego autorka wśród ocalałych z pożogi wojennej dokumentów wymieniła „nieścisłą” relację bojownika rewizjonistycznego datowaną błędnie na rok 1944. W przypisie znalazła się informacja o istnieniu dwóch relacji rewizjonistów50. Przez trzydzieści lat nikt nie zwrócił na ten zapis uwagi. Motywy, jakimi kierował się Berman, trudno jednoznacznie ocenić. Pewną rolę odgrywać mogła niechęć do rewizjonistów. Warto jednak zauważyć, że w jego archiwum spoczywały również inne, bezcenne z punktu widzenia historyków materiały. Po przybyciu do Izraela Berman zaangażował się w upamiętnianie zasług podziemia komunistycznego dla Żydów i nie był, jak się wydaje, zainteresowany upublicznianiem niczego, co mogłoby zakłócić ten obraz. Dopiero po jego śmierci relacja „Rudego Pawła” wraz z innymi materiałami trafiła do archiwum kibucu Dom Bojowników Gett, a wreszcie w 1987 r. została opublikowana w języku hebrajskim na łamach naukowego pisma „Dapim”51. Przeszła ona jednak praktycznie bez echa, zarówno w Polsce, jak i w Izraelu. Przede wszystkim dlatego, że zapis ten nie pasował ani do polskiej, ani izraelskiej wykładni dziejów ŻZW. Dokument nie jest łatwy w interpretacji i w wielu miejscach każe zakwestionować funkcjonujące w literaturze przedmiotu wyobrażenia. Jego znaczenie docenił właściwie tylko Shmuel Krakowski, nazywając słusznie relację „Rudego Pawła” jednym z najważniejszych dokumentów do historii powstania52.

Dokumentacja powstała w kręgu ŻOB i ŻKN

Bezpośrednich informacji dotyczących rewizjonistów próżno szukać w dokumentach opracowywanych podczas powstania, w komunikatach ŻKN, a później w sprawozdaniach na temat funkcjonowania konspiracji gettowej, które w latach 1943–1944 trafiały do przedstawicieli żydowskich członków Rady Narodowej w Londynie, Ignacego Schwarzbarta i Emanuela Scherera53. Tylko w jednym ze sprawozdań Komitetu Centralnego Bundu znalazło się… jedno zdanie na temat działalności rewizjonistów54. Jedynym, który przejawiał rzeczywiste zainteresowanie konspiracją zbrojną rewizjonistów, był Emanuel Ringelblum. W powstałym na początku 1944 r. eseju Stosunki polsko-żydowskie w czasie drugiej wojny światowej opisał swoją wizytę w kwaterze rewizjonistów przy Muranowskiej 755. Co jednak ważniejsze, w jego listach do Bermana wysyłanych z bunkra przy ul. Grójeckiej na przełomie 1943 i 1944 r. znalazły się ponaglenia o przekazanie materiałów na temat rewizjonistów, które były potrzebne do opisania ich udziału w powstaniu. Pozostały one bez odpowiedzi, a same listy, przechowywane w Archiwum Kibucu Dom Bojowników Gett, ujrzały światło dzienne dopiero kilkadziesiąt lat po wojnie56. Istnieją również inne dokumenty z tego archiwum poszerzające naszą wiedzę o tej organizacji.

Dokumentacja Polskiego Państwa Podziemnego

Była już o tym mowa, że materiały polskiego podziemia dotyczące ŻZW są więcej niż skromne. Pierwsze bezpośrednie odniesienie do organizacji bojowej rewizjonistów zawierają akta śledztwa dotyczącego członka AK i PLAN Janusza Ketlinga-Szemleya, prowadzonego w drugiej połowie 1943 r. Znajdują się tam informacje na temat jego kontaktów z gettem, a także meldunek na temat potencjału rewizjonistycznej organizacji bojowej57. Gruntowna analiza tej dokumentacji doprowadziła nas do innych aniżeli naszych poprzedników konkluzji. Udało nam się odnaleźć drugi, nigdy wcześniej niewykorzystany raport o sytuacji w getcie warszawskim ze szczególnym uwzględnieniem ŻZW, sporządzony przez jedną z komórek kontrwywiadu Obszaru Warszawskiego AK na początku maja 1943 r. Materiał ten — określany przez nas jako raport „Karola” — w wielu punktach pozwala na zweryfikowanie naszej wiedzy na temat szczegółów funkcjonowania ŻZW, a przede wszystkim zawiera nowe, rewelacyjne informacje58. Inne dokumenty wytworzone przez różne struktury cywilne i wojskowe polskiej konspiracji (AK i Delegatura Rządu), dotyczące sytuacji w Warszawie zwłaszcza w okresie powstania w getcie warszawskim, a także dokumentacja Rady Pomocy Żydom „Żegota” mają mniejsze znaczenie. Śladów ŻZW szukaliśmy też w prasie i wydawnictwach konspiracyjnych wychodzących w latach 1942–1943 oraz we wspomnieniach członków AK.

Dokumentacja niemiecka

Podstawowym źródłem niemieckim dotyczącym powstania jest rzecz jasna raport Jürgena Stroopa59, a także protokoły jego przesłuchania w Wiesbaden60. Wykorzystaliśmy również materiały zebrane podczas jego procesu w Polsce, które były dotąd przez historyków pomijane61, oraz dokumentację niemieckiej żandarmerii62, jak też akta wytworzone przez polską policję granatową. Wiele z tych materiałów wykorzystujemy po raz pierwszy.

Powojenne relacje i wspomnienia z kręgów rewizjonistycznych

Przez wiele lat głównym źródłem służącym do odtworzenia dziejów ŻZW były materiały autobiograficzne. Wspomnieliśmy już, że pierwsze świadectwa na temat genezy ŻZW i jego udziału w powstaniu kwietniowym ukazały się prawie równocześnie w 1946 r. w Stanach Zjednoczonych i Palestynie. Od razu trzeba zaznaczyć, że próżno szukać ich echa w powojennej Polsce. Co więcej, nie opublikowano tutaj ani jednej wzmianki prasowej czy relacji dotyczącej konspiracyjnej działalności Betaru. Pomimo obiektywnych przyczyn tego stanu rzeczy jest to sytuacja dość niezwykła. W żaden sposób nie można zastosować tu wyjaśnienia, do jakiego przyzwyczaiła nas historiografia rewizjonistyczna, a mianowicie sformułować oskarżeń pod adresem przeciwników politycznych. Problem był daleko bardziej złożony. Faktem jest, że tuż po wojnie przebywało na ziemiach polskich zaledwie kilku uczestników konspiracji rewizjonistycznej w Warszawie. Niektórzy z nich zresztą przy pierwszej okazji emigrowali, nie pozostawiając żadnej relacji na temat swojej działalności. Ale nawet ci, którzy pozostali tu dłużej, ani nie szukali kontaktu z Centralną Żydowską Komisją Historyczną, a później ŻIH, ani też nie podjęli jakichkolwiek kroków w celu udokumentowania czynów swoich i poległych towarzyszy. Jeśli takie działania prowadzono — my na ich ślady nie natrafiliśmy.

Wiadomo jest powszechnie, że syjoniści rewizjoniści, w przeciwieństwie do innych żydowskich partii politycznych z wyjątkiem Agudy nie mogli po wojnie odtworzyć swoich struktur organizacyjnych i prowadzić legalnej działalności. Powodem były oskarżenia o „wybitnie faszystowski charakter” ich działalności „tak w okresie przedwojennym, jak i obecnie”63. Fakt ten musiał oczywiście zaważyć na formach ich publicznego funkcjonowania, przede wszystkim w sferze propagandowej. Jak na ironię, jeden z niewielu przedwojennych działaczy Betaru i Nowej Organizacji Syjonistycznej, który spędził lata okupacji w Warszawie, Szlomo Nachum Perła (Perle), nie tylko w żaden sposób nie angażował się politycznie, lecz nawet przez moment nie przebywał w getcie. Mieszkał na aryjskich papierach najpierw w Warszawie, natomiast w kwietniu 1943 r., zagrożony szantażem, przeniósł się do Józefowa, gdzie zastał go koniec wojny. Działalność polityczną wznowił dopiero w lutym 1945 r., kiedy to spotkał przypadkowo w Lublinie kilku dawnych towarzyszy. Pierwszoplanowym zadaniem było dotarcie do rozproszonych w kraju przedwojennych działaczy partyjnych. Nowych członków nie przyjmowano, bojąc się dekonspiracji. Nawet przedwojennych towarzyszy, którzy należeli teraz do innych partii, traktowano z rezerwą. Stosowano pseudonimy. Nie jest też bez znaczenia, że nielegalne struktury syjonistyczne powstały poza Warszawą (utworzono cztery okręgi: górnośląski, dolnośląski, łódzki i szczeciński), a ogromna większość kierownictwa i aktywistów spędziła wojnę w ZSRR. Pojedyncze osoby powróciły z obozów. Za pośrednictwem emisariuszy szybko nawiązano szerokie kontakty z tworzącymi się strukturami Betaru za granicą, w tym z powstałym w Paryżu europejskim biurem Światowego Kierownictwa Betaru. Pomimo wyjazdu wielu członków i sympatyków nielegalne struktury rewizjonistów funkcjonowały w Polsce aż do początku 1949 r., kiedy to trzech głównych działaczy, wśród nich Perłę, aresztowano. Ich obszerne zeznania są kopalnią wiedzy na temat funkcjonowania polskich rewizjonistów — Betaru, NOS i Irgunu — po wojnie64. W ścisłym kierownictwie ruchu znajdował się Perec Laskier, przedwojenny członek komendy Betaru, od jesieni 1939 do lutego 1942 r. jedna z najważniejszych postaci tej organizacji w okupowanej Warszawie. Nawet on jednak nie przejawiał żadnego zainteresowania udokumentowaniem udziału rewizjonistów w powstaniu. Trzecim członkiem powojennych władz Betaru, który przebywał w okupowanej Warszawie, był pochodzący z Łodzi działacz rewizjonistyczny, podobnie jak Menachem Begin i Perła absolwent prawa na UW, Tobiasz Berkal. Działał w polskiej konspiracji, w AK, jako Paweł Ostrowski, lecz nie miał prawdopodobnie kontaktów z rewizjonistami, a poza tym miał wiele do ukrycia65.

O ile brak zaufania rewizjonistów do opanowanych przez przeciwników politycznych instytucji żydowskich można by zrozumieć, o tyle istniały przecież inne możliwości upublicznienia swoich osiągnięć, chociażby własna działalność wydawnicza. O zupełnym ignorowaniu tego tematu świadczy choćby zawartość 10 numerów wydawanego w Łodzi od października 1946 do listopada 1947 r. biuletynu rewizjonistycznego „Jedijot” (Wiadomości) — w języku żydowskim i polskim. Podejmowana w nim problematyka oscylowała wyłącznie wokół kwestii palestyńskich i ideologicznych66. Rewizjoniści nie podjęli nawet próby polemiki z licznymi w tym okresie publikacjami na temat powstania w getcie. Sami organizowali wprawdzie akademie ku czci, ale wspominali na nich Teodora Herzla (41. rocznica śmierci) i oczywiście Włodzimierza Żabotyńskiego (5. rocznica śmierci). O towarzyszach z warszawskiego getta w ogóle nie było mowy67.

Relacje Dawida Wdowińskiego

Nie sposób tłumaczyć tego stanu rzeczy niewiedzą o tym, co działo się w Warszawie. Działający w Polsce rewizjoniści utrzymywali bliskie kontakty z towarzyszami przebywającymi za granicą. Jednym z nich był Dawid Wdowiński (1895–1970), jedna z najważniejszych postaci ruchu rewizjonistycznego w Polsce, a co najważniejsze — jedyny wybitny polityk NOS, który do końca kwietnia 1943 r. przebywał w warszawskim getcie. Wspomniany wcześniej Perła, dobrze znający Wdowińskiego sprzed wojny, skontaktował się z nim w połowie 1945 r. w Monachium68. Trudno przypuszczać, aby przemilczał on przed dawnym towarzyszem bohaterskie epizody z okresu powstania. W napisanych po wojnie tekstach konsekwentnie określał się mianem komendanta Irgun Cwai Leumi (nazwa ŻZW w ogóle nie występuje w jego narracji)69. Wdowiński doczekał wyzwolenia przez armię amerykańską w obozie koncentracyjnym w Dachau, skąd trafił do obozu dla dipisów w Feldafing. Tworzył struktury ruchu rewizjonistycznego i działał w instytucjach żydowskich w Monachium (był członkiem Centralnego Komitetu Żydów Bawarskich). Stamtąd wyjechał do Włoch na zaproszenie Chaima Lazara. W październiku 1945 r. zamieszkał w Recanati. Zajmował się między innymi działalnością edukacyjną — wygłaszał odczyty na tematy polityczne i historyczne70. Tematyka tych ostatnich oscylowała wokół powstania w getcie warszawskim. Angażował się też politycznie na rzecz uchodźców. Wiosną 1946 r. został wybrany na przewodniczącego powołanej do życia organizacji żydowskich partyzantów71. Z Włoch dość szybko wyjechał do Francji, a wkrótce potem (pod koniec 1946 r.) do Stanów Zjednoczonych, gdzie pracował jako profesor psychologii i psychiatrii w nowojorskiej New School for Sociological Research.

Jeszcze przed przybyciem Wdowińskiego do Nowego Jorku ukazała się jego pierwsza relacja. Została ona opublikowana w czerwcu 1946 r. w nowojorskim piśmie „The Answer”, wydawanym przez Hebrew Commitee for National Liberation (tzw. grupa Petera Bergsona) — organizację zapraszającą Wdowińskiego do Ameryki72. Skrócona wersja tego tekstu ukazała się mniej więcej w tym samym czasie w rewizjonistycznym dzienniku „Ha-Maszkif” wychodzącym w Palestynie73 (pismo to, co warto podkreślić, docierało do komunistycznej Polski). Mimo że tekst jest stosunkowo krótki i pod wieloma względami niezwykle lakoniczny (przynosi zaledwie pięć nazwisk członków ŻZW), trudno przecenić jego znaczenie. Obejmuje okres od utworzenia organizacji bojowej do upadku powstania. Rok później ukazała się we Francji broszurka wydana przez ministerstwo kultury oparta na tym tekście74. W 1961 r. Wdowiński przyjechał do Izraela i został powołany na świadka w procesie Adolfa Eichmanna75. Wtedy też nagrano jego relację w Instytucie Żabotyńskiego w Tel Awiwie76. Wcześniej bez wiedzy Wdowińskiego ukazał się przedruk jego artykułu na łamach rewizjonistycznego dziennika „Herut”. Wywołał on — o czym będzie jeszcze mowa — gwałtowną polemikę w kręgach syjonistów rewizjonistów. Zresztą samo zeznanie Wdowińskiego na procesie zostało przyjęte bardzo krytycznie — uznano, że szansa powiedzenia światu o ŻZW została całkowicie zmarnowana77. Wreszcie w 1963 r. w Nowym Jorku ukazały się jego wspomnienia obejmujące okres wojny i okupacji78. W interesujących nas najbardziej partiach książki dotyczących powstania i funkcjonowania ŻZW znalazło się wiele nowych w stosunku do wypowiedzi z roku 1946 r. informacji. Od razu warto zaznaczyć, że z analizy obu tekstów wynika, iż Wdowiński nie był naocznym świadkiem wielu spośród opisywanych wydarzeń. Liczne szczegóły, co zostało zresztą zaznaczone w tekście, pojawiły się pod wpływem kontaktów z członkami organizacji i zapisków Ringelbluma79. Poznawczo najciekawsze są fragmenty dotyczące wydarzeń z okresu tworzenia organizacji, w których autor uczestniczył.

Należy zaznaczyć, że wspomnienia Wdowińskiego nie zostały wykorzystane w książce Lazara. Nie może być mowy o ich nieznajomości, zwłaszcza że Lazar odwiedzał Wdowińskiego w Nowym Jorku, niewykluczone również, że otrzymał maszynopis tekstu. Pominięcie to zostało zresztą zauważone przez jego krytyków, zwracających uwagę na fakt, że wypowiedzi Wdowińskiego dezawuują jedną z głównych tez Lazara o utworzeniu organizacji bojowej rewizjonistów w 1939 r.80 Sam Wdowiński w liście do Lazara z 1969 r. wyrażał oburzenie z powodu nieuwzględnienia jego roli jako dowódcy organizacji bojowej81. Dość zagadkowa jest tak późna reakcja (list Wdowińskiego został napisany sześć lat po wydaniu książki!), a także całkowite pominięcie przez Wdowińskiego tematu polskich źródeł, tak obszernie wykorzystywanych przez Lazara. Wdowiński zmarł w Tel Awiwie podczas uroczystości upamiętniania Szoa w Instytucie Żabotyńskiego w 1970 r. w obecności Lazara.

Relacja Adama Halperina

Autorem drugiego szkicu na temat historii ŻZW jest Adam Halperin (11 grudnia 1918–2000?). Ukazał się on w książce Emet al ha-mered be-geto Warsza (Prawda o powstaniu w getcie warszawskim) wydanym przez Departament Informacyjny palestyńskiego Betaru w 1946 r. W porównaniu z tekstem Wdowińskiego przynosi on więcej, bo aż kilkanaście nazwisk poległych bojowców ŻZW, a także dane na temat liczebności i rozmieszczenia oddziałów związku w przededniu powstania82. Natomiast sam Halperin jest postacią tajemniczą. Wiele znaków zapytania pojawia się przy okazji jego roli w strukturach konspiracyjnych czy udziału w powstaniu. Gutman określa go jako „zbliżonego do ŻZW”83. Sugeruje też, że miałby służyć w policji żydowskiej. Przypuszczenie to opiera się na jednej zaledwie adnotacji archiwalnej84. Brak danych o pracy zawodowej Halperina, zatrudnieniu, funkcjonowaniu zarówno przed wojną, jak i w getcie. Jedyny konkret to opieka nad chorą matką. Po wojnie przez krótki czas służył w Milicji Obywatelskiej w „wyzwolonym” Lublinie. Chaim Lazar, który znalazł się w tym mieście wraz z grupą żydowskich partyzantów z Wilna, tak opisuje spotkanie z nim: „Pewnego dnia spotkałem wysokiego rangą oficera UB, który przedstawił mi się jako weteran Betaru, nadal wierny jego ideom. Był to Adam Halpin [sic!], betarowiec z Warszawy. Od niego po raz pierwszy usłyszałem o konspiracyjnej organizacji Betaru w getcie warszawskim i ŻZW (Żydowskim Związku Wojskowym) i ich udziale w powstaniu, które nastąpiło przed dwoma laty. Prawie wszyscy członkowie polegli w boju. Po raz pierwszy usłyszałem nazwiska Pawła Frenkla, Lejba [Leona] Rodala, Simchy Wittelsona, Pinchasa Tauba i innych”85. Również wspomniany już parokrotnie Szlomo Perła, który pojawił się w tym czasie w Lublinie, wspomina członka Betaru Adama (podczas jednego z przesłuchań twierdził, że nie znał jego nazwiska), pracującego w stopniu porucznika w „Wojskowej Komendzie MO”. Potem spotkał go na naradzie w Grazu w Austrii, w której uczestniczył też Lazar. W kolejnym przesłuchaniu podał już nazwisko Halperina — o pomyłce nie mogło być mowy, było to środowisko niewielkie, gdzie wszyscy się znali86. Nigdzie jednak nie wspomniał, że mógł mieć on jakieś związki z powstaniem w getcie. Casus Halperina nie był wyjątkowy — po zajęciu Lubelszczyzny przez Armię Czerwoną i zainstalowaniu tam władz stworzonych pod egidą Stalina wielu partyzantów żydowskich automatycznie zasiliło szeregi powstającego komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Dla Halperina był to krótki przystanek — już w 1945 r. wyjechał z Polski (o szczegółach opuszczenia Lublina opowiemy gdzie indziej), najpierw, co rekonstruujemy na podstawie zeznań Perły, do Austrii, a następnie do Włoch, dokąd został skierowany przez kierownictwo ruchu rewizjonistycznego. Tu wybrano go na przewodniczącego miejscowego Betaru. We wrześniu 1947 r. drogą nielegalną przedostał się do Palestyny. Walczył w wojnie o niepodległość, następnie służył w armii izraelskiej87. Cukierman wspomina o spotkaniu z Halperinem jeszcze przed publikacją jego tekstu, lecz brak w jego książce jakichkolwiek bliższych szczegółów poza dziwnym zarzutem: „opiera się rzekomo na tym, co mówiłem, a jednocześnie występuje przeciw mnie”88.

W tekstach Wdowińskiego i Halperina pojawiają się liczne i uderzające zbieżności. Świadczy to o pochodzeniu tych danych z jednego źródła lub też o wzajemnych zapożyczeniach. Nawet opierając się na pochodzących z późniejszego okresu wypowiedziach obu autorów, trudno wyciągnąć w tej materii ostateczne wnioski. Wydaje się pewne, że obaj nie mogli być bezpośrednimi uczestnikami wielu opisywanych wydarzeń. Można natomiast zaryzykować twierdzenie, że mamy do czynienia w wypadku powstałego we Włoszech tekstu Halperina z pierwszą próbą skodyfikowania dziejów organizacji bojowej rewizjonistów. Być może we Włoszech znajdowali się ludzie, którzy mieli za sobą pobyt w getcie warszawskim i kontakt z konspiracją rewizjonistów lub cokolwiek na ten temat wiedzieli. Nie udało nam się ustalić, kiedy Halperin i Wdowiński mogli spotkać się po raz pierwszy. Z pewnością musieli zetknąć się ze sobą we Włoszech, gdzie obaj piastowali ważne funkcje w powstających tam strukturach ruchu rewizjonistycznego. Korespondowali ze sobą89. Toteż dość zaskakująca i tajemnicza jest zupełna nieobecność Halperina na kartach wspomnień Wdowińskiego oraz brak wzajemnych kontaktów podczas kolejnych pobytów Wdowińskiego w Izraelu.

Dopiero w 1962 r. Halperin opublikował kolejny tekst dotyczący powstania w getcie warszawskim. Nie ma w nim jednak niczego nowego90. Mniej więcej w tym samym czasie Chaim Lazar przeprowadził z nim długi wywiad, którego fragmenty zostały opublikowane w jego książce91. Relacja ta przynosi nowe dane, w tym dość szeroko rozbudowany wątek autobiograficzny. Halperin przedstawia się jako komendant gniazda Betaru Warszawa-Północ. W Instytucie Żabotyńskiego jest też kolejna relacja Halperina, występującego pod hebrajskim nazwiskiem Hartan, spisana przez Lazara prawdopodobnie w latach siedemdziesiątych. Halperin miał być podkomendnym Jakowa (Icchaka) Binenkorna w północnym gnieździe Betaru. Miał dołączyć do istniejącego od 1941 r. ruchu zbrojnego oporu dopiero w styczniu 1943 r. z powodu konieczności opieki nad matką92. Od tego czasu z niewiadomych przyczyn urywa się niezwykle zresztą wątły kontakt Halperina z Instytutem Żabotyńskiego. Po wielu latach do relacji dołączony został jeszcze wypełniony przezeń 30 grudnia 1984 r. kwestionariusz.

Relacje Ryszarda Walewskiego

Trzecim kluczowym dla rekonstrukcji dziejów ŻZW świadectwem są zeznania Ryszarda Walewskiego. 21 sierpnia 1947 r. został on zgłoszony przez Centralną Żydowską Komisję Historyczną reprezentowaną przez Józefa Kermisza i Nachmana Blumentala jako świadek w sprawie Jürgena Stroopa. 1 września 1947 r. przedstawił krótkie oświadczenie o udziale w powstaniu. Rok później złożył obszerne zeznania przed Janiną Skoczyńską, sędzią Sądu Grodzkiego w Warszawie działającą z ramienia Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce93. Protokół zeznania liczy 33 strony maszynopisu i obejmuje cztery zasadnicze okresy: działalność autora przed włączeniem do ŻZW, okres przedpowstaniowy, pierwsze dni walk, wreszcie pobyt w ruinach getta do lipca 1943 r., kiedy to wyszedł kanałami na aryjską stronę. Zeznanie to przynosi odmienny obraz powstania niż ten przedstawiany w ówczesnej literaturze. Nie tylko dlatego, że była to pierwsza złożona w Polsce relacja, w której pojawił się Żydowski Związek Wojskowy. Ważniejsze, że ŻOB i ŻZW zostały w niej ukazane jako równorzędne pod każdym względem organizacje wojskowe. W przeciwieństwie do bezosobowej narracji Halperina zeznanie Walewskiego złożone przed Skoczyńską zbudowane jest wokół wątku autobiograficznego. Prezentuje się on jako znacząca postać konspiracji, mająca szerokie kontakty zarówno w getcie, jak i po stronie aryjskiej. W okresie przedpowstaniowym Walewski miał nawet pełnić funkcję łącznika między ŻZW i ŻOB. Nie wymienia on jednak żadnych nazwisk członków ŻZW. Jego zeznanie zawiera natomiast opis przygotowań obronnych i strategii rewizjonistów oraz wiele innych interesujących szczegółów. Zeznania Walewskiego złożone 20 lipca 1951 r. podczas rozprawy Jürgena Stroopa i Franza Konrada — dodajmy, że były one najobszerniejsze z wówczas składanych (na przykład zeznający dzień wcześniej Marek Edelman mówił o wiele krócej) — nie wnoszą żadnych nowych z naszego punktu widzenia informacji. I co ważniejsze, nazwa organizacji bojowej rewizjonistów już się w nich nie pojawia, choć w dalszym ciągu mowa jest o trzydniowych „bojach pozycyjnych” w okolicach placu Muranowskiego. Tym razem Walewski opowiedział wyłącznie o swoich kontaktach z ŻOB, wpisał się też w oficjalną wykładnię dziejów powstania, mówiąc o „kolosalnej” pomocy dla powstańców ze strony komunistycznej Gwardii Ludowej. Nie był zresztą o ŻZW pytany ani przez sędziów, ani przez prokuratorów94. Druga organizacja bojowa nie pojawiła się w żadnym ze złożonych w trakcie procesu zeznań świadków, z których wielu było co najmniej przypadkowych i niewiele miało na temat przebiegu walk w getcie do powiedzenia95. Sąd przyjął wykładnię zaprezentowaną przez biegłych i najbliższego współpracownika Ringelbluma Hersza Wassera, zgodnie z którą „w getcie działała ŻOB i luźne grupy bojowe”96. Niemniej oskarżeni Stroop i Konrad, składając wyjaśnienia w związku z epizodami walk na placu Muranowskim, bez wymieniania ŻZW udzielili interesujących informacji. Piszemy o tym w części naszej książki poświęconej rekonstrukcji wydarzeń.

Wracając jednak do Walewskiego — w Archiwum ŻIH przechowywane są dwie relacje jego autorstwa, czy raczej jedna w dwóch teczkach, teksty te jednak nie odnoszą się bezpośrednio do aspektów militarnych powstania, lecz tylko do końcowej fazy zagłady getta. Niewykluczone zresztą, że istotna część relacji zaginęła97. Po opuszczeniu PRL w 1957 r. Walewski pracował jako lekarz, najpierw w Beer Jaakow, a później w Ramat Awiw, zamieszkanym głównie przez emigrantów z Polski. Na początku lat sześćdziesiątych jego teksty wspomnieniowe zostały opublikowane na łamach lewicowego dziennika „Al ha-Miszamar” i organu prasowego Komunistycznej Partii Izraela „Walka”. Traktowały one w dużej części o starciach na placu Muranowskim98. Drugi ze wspomnianych tekstów cytowany był obszernie w książce Chaima Lazara. Nie odnaleźliśmy natomiast ani jego korespondencji z Walewskim, ani też żadnej nowej relacji sporządzonej specjalnie na użytek jego badań na temat ŻZW99. Nic zresztą dziwnego, że mający lewicowe przekonania Walewski trzymał się z dala od Instytutu Żabotyńskiego. Nie kontaktował się jednak również z instytutem Yad Vashem. W 1965 r. dziennik „Maariw” opublikował obszerny artykuł na temat Walewskiego, z informacją, że pracuje nad wspomnieniami z getta100. Pięć lat po jego śmierci ukazała się sygnowana jego nazwiskiem książka pt. Jurek, przeznaczona dla izraelskiego czytelnika101. Tytułowym bohaterem był podopieczny Walewskiego z warszawskiego getta Dawid Płoński „Jurek” (1926–2009). On też zainicjował wydanie tej książki, na którą złożyły się różne notatki z archiwum Walewskiego. Przed wyjazdem z Polski w 1948 r. Płoński, który mieszkał w Łodzi i był działaczem Ha-Szomer ha-Cair102, złożył relację ze swoich przeżyć w getcie. Ta jednak, podobnie jak część wspomnianej relacji Walewskiego, w bliżej nieznanych okolicznościach „wyparowała” z archiwum103. Jak można wnosić z odniesień do niej zawartych w pracy Bernarda Marka, zawierała ona ważkie szczegóły na temat walk na placu Muranowskim. Tym sposobem największy ciężar gatunkowy ma zeznanie Walewskiego złożone 25 listopada 1948 r. Zwłaszcza że jest to świadectwo całkowicie niezależne, gdyż prawdopodobieństwo, by znał on teksty Halperina i Wdowińskiego, jest bardzo niewielkie. Dlatego też sposób potraktowania tego materiału przez ówczesnych historyków pozostawia wiele do życzenia104. Na dobrą sprawę do obiegu naukowego relację Walewskiego wprowadził dopiero Chaim Lazar.

Nikt z dotychczasowych autorów piszących na temat ŻZW nie podjął trudu zweryfikowania biografii Walewskiego. A jest ona w wielu miejscach dość zagadkowa. Wątpliwości budzi już data urodzenia. W zeznaniu przed GKBZNwP podał, że urodził się 24 lutego 1902 r. jako syn Juliana i Franciszki z domu Lange. Dane te pochodziły, jak się okazuje, z jego fałszywej kenkarty na nazwisko Walewski. Naprawdę nazywał się Abram Lewi. Urodził się 17 sierpnia 1906 r. w Kaliszu, ojcem jego był Luizer Lewi, matką Róża z domu Jakubowicz. Po zniszczeniu Kalisza w pierwszych miesiącach pierwszej wojny światowej rodzina przeniosła się do Łodzi. Tam w 1926 r. Walewski ukończył Gimnazjum Męskie Towarzystwa Szerzenia Oświaty i Wiedzy Technicznej wśród Żydów. W tym samym roku złożył podanie o przyjęcie na medycynę. Gdy mu tego odmówiono, zapisał się na Wydział Filozoficzny i został studentem historii. Podania o przyjęcie na wymarzoną medycynę składał w każdym kolejnym roku akademickim. „Medycyna — pisał w jednym z nich — jest częścią mego życia, oczywiście nie ze względów materialnych, ale czysto naukowych”. W roku akademickim 1930/1931 odbył służbę wojskową. Dyplom magistra filozofii w zakresie historii otrzymał 30 czerwca 1932 r. po przedłożeniu rozprawy pt. „Bolesław Pobożny”, napisanej pod kierunkiem prof. Jana Kochanowskiego. I natychmiast zaczął uczęszczać na Studium Pedagogiczne UW. Wreszcie w 1933 r., za szóstym podejściem, został przyjęty na medycynę. Przed wybuchem wojny studiów nie ukończył. W 1936 r. — tak wynika z jego akt studenckich — mieszkał w Otwocku105. We wrześniu 1939 r. znalazł się w okupowanym przez Sowietów Lwowie i przez kilka miesięcy kształcił się w Lwowskim Instytucie Państwowym, gdzie uzyskał dyplom, tak samo jak kilku innych studentów ostatniego roku medycyny. Było to 21 marca 1940 r. Już 3 maja tego roku przedostał się do okupowanej przez Niemców Warszawy i wystąpił o przyjęcie do Izby Lekarskiej. Wrócił ze względu na konieczność pomagania zamieszkałej w Otwocku rodzinie. Matka i siostra zginęły w 1942 r. Treblince. Walewski nie tylko nie miał nic wspólnego z ruchem rewizjonistycznym, lecz był komunistą. Do Komunistycznej Partii Polski wstąpił już w 1925 r. w Łodzi. W getcie nie utrzymywał jednak żadnych kontaktów z PPR. W życiorysie spisanym w 1945 r. znalazł się enigmatyczny zapis: „biorę udział — pośrednio — w organizowaniu obrony getta”106. Po powstaniu ukrywał się po aryjskiej stronie, później uczestniczył w powstaniu warszawskim, a po kapitulacji schronił się w ruinach miasta. Po wyzwoleniu pracował w sanatorium w Otwocku. Dyplom lekarski potwierdził w 1946 r. w Krakowie107. Od połowy 1945 r., najpewniej za sprawą rodzinnych koneksji, znalazł zatrudnienie w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, między innymi jako kierownik Wydziału Lekarsko-Sanitarnego Departamentu Więzień i Obozów. Zwolniono go stamtąd definitywnie rok później z powodu, jak to określono, „braku kwalifikacji fachowych”108.

Wydawać by się mogło, że Walewski, podobnie jak Halperin i Wdowiński, nie reagował na prace historyczne dotyczące ŻZW. W jego enuncjacjach z lat sześćdziesiątych nie znajdziemy nazbyt wielu odniesień do ŻZW, prawie nic o jego przywódcach i członkach (wyłączając osoby należące do jego grupy), z charakterystycznym wyjątkiem Leona Rodala (w tekście zamieszczonym w „Walce” pojawia się tylko inicjał: R.). Okazało się jednak, że Walewski przez kilkanaście lat pracował nad książką na temat powstania w getcie warszawskim, której jednak — przed pogrążeniem się w chorobie — nie zdążył ukończyć. O swoich zainteresowaniach i pracy zwierzył się Władysławowi Bartoszewskiemu, z którym spotkał się podczas jego pierwszego pobytu w Izraelu109. Materiały te znajdują się w prywatnym archiwum jego syna dr. Avi Walewskiego w Tel Awiwie. Korzystanie z nich jest utrudnione z uwagi na to, że nie istnieje pełna wersja wspomnień. Oryginalny maszynopis w języku polskim, na podstawie którego wydany został hebrajskojęzyczny Jurek, się nie zachował. Mamy do czynienia z nieuporządkowanym zbiorem spisanych na maszynie kart i rękopisów, pozbawionych informacji o dacie ich powstania, który czeka na opracowanie. My wykorzystaliśmy tę dokumentację wyłącznie pod kątem tematu tej książki.

Świadectwa Jakuba Smakowskiego

Jeszcze bardziej zagadkowa jest historia najobszerniejszego, a zarazem najmniej wykorzystywanego z wczesnych przekazów autobiograficznych odnoszących się do walk przy placu Muranowskim. Mowa o wspomnieniach Jakuba Smakowskiego „Czarnego Julka” (ur. 1924). Do wielkiej akcji w warszawskim getcie, podczas której stracił całą rodzinę, trudnił się szmuglem. Później grupa szmuglerów, do której należał, stała się częścią konspiracji i wzięła udział w walkach w getcie: na Miłej, Nalewkach i wreszcie na placu Muranowskim. Po wojnie Smakowski podyktował swoje wspomnienia Blumie Wasser (Życie i zmagania, datowane na listopad 1945 r.)110. Wkrótce znalazł się w obozie dla dipisów w Leipheim. Jesienią 1946 r. w jednym z pism dla uchodźców żydowskich w Niemczech ukazał się artykuł Borucha Gelbluma na motywach historii Smakowskiego. On to właśnie spisał drugą wersję jego wspomnień pt. Wspomnienia żydowskiego bojowca getta warszawskiego111. Analiza porównawcza obu tekstów prowadzi do zaskakujących wniosków. Nie tyle dziwią różnice między nimi, ile skala tych rozbieżności, a także fakt, iż wersja „warszawska” zawiera więcej fantastycznych szczegółów aniżeli wersja „niemiecka”. Nie ulega wątpliwości, że w wielu miejscach autor koloryzuje i wyolbrzymia odegraną przez siebie rolę. Smakowski przypisuje sobie udział w wydarzeniach, o których słyszał lub był ich świadkiem. O wiele łatwiej wychwycić te fałszerstwa we fragmentach dotyczących powstania warszawskiego w 1944 r. — opowieść Smakowskiego możemy skonfrontować z dziesiątkami innych relacji. W wypadku powstania w getcie takiej szansy nie mamy. Mimo tych mankamentów, z uwagi na wczesny okres powstania jest to źródło wyjątkowo cenne, choć autor nie należał do Betaru i był szeregowym członkiem organizacji bojowej. Niemniej wiele podawanych przez Smakowskiego informacji pokrywa się z relacją „Rudego Pawła”. Ślad „Czarnego Julka” urywa się w Niemczech112. Pozostawione przezeń świadectwa zostały zignorowane przez Bernarda Marka. Częściowo przypisać to należy obecnym w tekście przejaskrawieniom, częściowo również drastycznym opisom. Nie tłumaczy to jednak wszystkiego. Mark niejednokrotnie wykorzystywał przecież przekazy daleko bardziej niepewne i wewnętrznie sprzeczne. W pierwszej wersji swojej książki cytował zresztą parokrotnie tekst Smakowskiego, choć bez podania nazwiska autora, zamieszczając jedynie jego sygnaturę w archiwum. W kolejnych publikacjach pozostały tylko informacje, już nawet bez przywoływania sygnatury pamiętnika.

Relacje innych świadków

Również w Niemczech, jesienią 1948 r. w ukazującym się w Monachium rewizjonistycznym piśmie „Unzer Weg” opublikowano artykuł kolejnej postaci związanej z historią ŻZW — Mosze Zylberberga. Nosi ona znamienny tytuł Wer falszt di Geszichte (Kto fałszuje historię)113. Autor, przedwojenny rewizjonista z Lublina (1912–2005), podejmował polemikę z tekstami osób negujących rolę Betaru z pozycji lewicowych i komunistycznych. W ocenie Zylberberga zamiast prawdy serwują oni coś w rodzaju „opowieści z 1001 nocy”. Tego rodzaju sarkazmu jest zresztą więcej. Oprócz tezy, że rewizjoniści byli pionierami oporu zbrojnego w getcie, znajdziemy tu liczne szczegóły dotyczące działalności wojskowej, w której autor, jak twierdzi, uczestniczył. Mieszkając w Stanach Zjednoczonych, dokąd wyjechał w 1949 r., wypowiadał się na temat sytuacji w getcie jeszcze kilkakrotnie. W latach dziewięćdziesiątych zarejestrowano z nim czterogodzinny wywiad114. Zawiera on dużo informacji na temat konspiracji rewizjonistów, lecz bardzo niewiele odniesień do przebiegu samego powstania.

Do zabrania głosu skłoniła Zylberberga konieczność obrony autentyczności dziennika Hillela Seidmana (1905–1995), który ukazał się w 1946 r. w Argentynie. Te zapiski, opublikowane pierwotnie w języku hebrajskim, były jednym z pierwszych tekstów powstałych poza kręgiem rewizjonistów, w którym doceniono ich wkład w wysiłek zbrojny getta115. Seidman, członek Agudy, dziennikarz i współpracownik „Gazety Żydowskiej”, w czasie okupacji był zatrudniony w Judenracie, gdzie zajmował się archiwami, poświęcił rewizjonistom cały rozdział swych wspomnień („The Revisionist Army”). Do dziś wiarygodność relacji Seidmana pozostaje kwestią sporną. Nie mógł on być uczestnikiem wielu opisywanych wydarzeń, jako że wydostał się z getta jeszcze w czasie trwania wielkiej akcji lub krótko po jej zakończeniu. W wielu miejscach Seidman wyolbrzymia swoją rolę, natomiast działania, w których niewątpliwie uczestniczył — przemilcza116. Bernard Mark całkowicie odrzucił świadectwo Seidmana jako „pełne fantazji i nieprawdziwych faktów”117. My nie dyskwalifikujemy jednak całości tego tekstu — o niektórych sprawach mógł wszak dowiedzieć się z drugiej ręki, a w pewnych wydarzeniach mógł nawet uczestniczyć, z tym że w innym okresie, niż to opisuje.

O autentyczności zapisów Seidmana przekonany był również przedwojenny literat i związany z rewizjonistami Ruben Feldschuh, używający pseudonimu Ben Szem (1900–1980). O tej niezwykle barwnej postaci więcej powiemy w kolejnym rozdziale. Przebywał on w getcie warszawskim razem z żoną i córką, niedługo przed powstaniem zostali przemyceni na aryjską stronę i ukryli się na warszawskiej prowincji. Po wyzwoleniu Feldschuh znalazł się w Lublinie, gdzie uczestniczył w tworzeniu partii Ichud i sprawował funkcję naczelnego rabina, należał do współzałożycieli Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej. W 1946 r., będąc już w Palestynie, opublikował pierwsze teksty na temat getta, między innymi książeczkę dla dzieci (Bajn chomot ha-geto [Za murami getta]). Najważniejsze jednak, że udało mu się przywieźć ze sobą setki stron dziennika zawierającego informacje o życiu codziennym i kulturalnym, a także, co z naszego punktu widzenia najbardziej interesujące, zapisy o działalności rewizjonistów. W 1978 r. fragmenty dziennika, który trafił do Archiwum Yad Vashem, ukazały się drukiem bez redakcji naukowej na łamach wydawnictwa The Memorial Anielevich Holocaust Study and Research Center „Yalkut Moreshet”, a niedługo po śmierci autora na łamach rocznika „Massua”118. Józef Kermisz w komentarzu opublikowanym przez „Massua”, z jednej strony doceniając wagę tych zapisków, podał w wątpliwość fakt powstania ich w getcie. Jego zdaniem, przynajmniej część z nich musiała powstać już po opuszczeniu getta, w związku z czym należałoby je traktować raczej jako wspomnienia niż dziennik119. Tezy te nie zostały jednak poparte gruntowną analizą pozostającego w rękopisie, często trudnego do odczytania tekstu. Z naszego punktu widzenia dokładne datowanie tych zapisków ma znaczenie drugorzędne. Najważniejsza jest ich treść, na którą niewielu autorów piszących o dziejach warszawskiego getta zwróciło uwagę.

Zarówno Zylberberg, jak i Ben Szem byli wymieniani w zapiskach Seidmana. Ten pierwszy figuruje nawet jako jeden z jego informatorów. Relacje tych trzech autorów w ewidentny sposób łączą się ze sobą. Wszyscy utrzymywali ze sobą bliskie kontakty — po przybyciu do Argentyny w 1956 r. w charakterze attaché kulturalnego ambasady izraelskiej Feldschuh zatrzymał się u rodziny Seidmana. Wiarygodność Seidmana i Ben Szema kwestionuje natomiast Wdowiński, zarzucając im nieznajomość faktów i fałszerstwa. W liście do Lazara, który w swojej książce powoływał się na świadectwo Feldschuha, posuwa się nawet do stwierdzenia, że nigdy nie spotkał Feldschuha w getcie120, co jest wyznaniem zdumiewającym. O ile istnieją powody pozwalające zakwestionować zawartość zapisków Seidmana, o tyle inaczej ma się sprawa z Ben Szemem.

Nie jest to jedyny problem z relacjami świadków i uczestników konspiracji rewizjonistów. Istnieją relacje, które z trudem przystają do głównego korpusu źródeł żydowskich. W 1958 r. w rewizjonistycznym piśmie wydawanym w Stanach Zjednoczonych „Middle East and the West” ujawnił się kolejny weteran konspiracji Betaru w getcie warszawskim — Joseph Greenblatt (Józef Grynblatt) (1914–2003)121. Oprócz tego artykułu, traktującego wyłącznie o okresie przed powstaniem, złożył on później dwie obszerniejsze relacje122. Pytany o powody milczenia na temat swej działalności bezpośrednio po wojnie, stwierdzał dosadnie: „Była taka sytuacja, że my nie mogliśmy się bronić. Ja byłem wtedy jeszcze tutaj [w Polsce] i ja musiałem trzymać zamknięty pysk, kim ja jestem”123. Nie wyjaśnia to jednak jego milczenia już po opuszczeniu komunistycznej Polski w kwietniu 1946 r. W Archiwum Instytutu Żabotyńskiego przechowywana jest ponadto pozostająca w maszynopisie biografia Grynblatta spisana po 1999 r.124 W 2000 r. w teatrze w Anaheim (Kalifornia), jego rodzinnym mieście, wystawiono sztukę na motywach jego biografii pt. The Stroop Report125. Po opuszczeniu Polski Grynblatt znalazł się w Berlinie, skąd udał się do okupacyjnej strefy francuskiej, stamtąd do Monachium, by w końcu osiąść w Belgii. Zamieszkał w Nowym Jorku (1950), gdzie prowadził biuro podróży i był działaczem ruchu rewizjonistycznego, by w końcu osiąść w Kaliforni126. W relacjach Grynblatta nietrudno odnaleźć ślady licznych zapożyczeń, a jego osoba nie pojawia się w niezależnych relacjach z wyjątkiem wspomnień Wdowińskiego (poznali się w Nowym Jorku). Podjęta przez nas próba konfrontacji niektórych elementów jego biografii zakończyła się niepowodzeniem. Grynblatt przedstawiał się jako absolwent prawa Uniwersytetu Warszawskiego, ale nie znaleźliśmy jego śladów w archiwum uniwersyteckim. Wcześniej miał ukończyć dziewięciomiesięczną szkołę podchorążych — również i tego faktu nie udało się potwierdzić127. Są to jedyne niejasności dotyczące jego biografii. Z niewiadomych powodów Grynblatt został całkowicie pominięty w książce Lazara128.

Kolejną enigmatyczną postacią przyznającą się do związków z ŻZW jest Symcha Korngold (ur. 1908–?). Kilka szczegółów na temat jego działalności znajdziemy w kwestionariuszu wypełnionym przez niego w 1978 r. Napisał w nim, że był członkiem młodzieżowej organizacji syjonistycznej (nazwa Betar jednak nie pada) i nosił konspiracyjne nazwisko Seweryn Kowalski, a pseudonim „Staszek”. Przyznał się do członkostwa w oddziale ŻZW na terenie szopów Toebbensa i Schultza i na Nowolipkach. Kilka dni po wyjściu z getta zgłosił się do Hotelu Polskiego, skąd wywieziono go do obozu koncentracyjnego w Bergen-Belsen. W Palestynie znalazł się 8 sierpnia 1945 r. Był żołnierzem Hagany, mieszkał w Hajfie129. Od początku wojny Korngold prowadził zapiski, z których większość zaginęła. W zachowanym fragmencie brak jednak jakichkolwiek nawiązań do działalności konspiracyjnej130. W Archiwum Yad Vashem znajduje się jego obszerna relacja w jidysz. Zasadnicze jej fragmenty dotyczące ŻZW i powstania w getcie wykorzystał w swojej pracy Chaim Lazar.

Zarówno Korngold, jak i Grynblatt, jeśli należeli do konspiracji rewizjonistów, odgrywali tam zapewne niewielką rolę. Zupełnie inaczej jest w wypadku Pereca Laskiera (1910–1963), najważniejszej niewątpliwie postaci z kręgów rewizjonistycznych w Warszawie w pierwszych latach okupacji. Pozostawił on jednak zaledwie jeden artykuł na temat swojej działalności, opublikowany dopiero w kwietniu 1962 r. na łamach „Herut”, oraz kilka relacji pochodzących z tego samego okresu131. Do spisania własnej wersji wydarzeń sprowokował go opublikowany w tej samej gazecie kilka miesięcy wcześniej artykuł Wdowińskiego132. Kulisy całej tej sprawy poznajemy za sprawą korespondencji Laskiera z działaczami rewizjonistycznymi133. Jego relacje, a także wspomniane przed chwilą listy są kluczowe dla odtworzenia fazy organizacyjnej w pierwszych latach okupacji, działalności wydawniczej rewizjonistów, a wreszcie „epizodu hrubieszowskiego” — pobytu dużej grupy warszawskich członków Betaru na Lubelszczyźnie od połowy 1941 do połowy 1942 r. Kontakt Laskiera z gettem warszawskim urwał się w lutym 1942 r. po jego wyjeździe do Częstochowy. Przeżył w obozie pracy związanym z koncernem HASAG w Częstochowie. Trafił najpierw do Lublina (Szlomo Perła spotkał go tu w lutym 1945 r.), a następnie do Łodzi, gdzie kontynuował działalność w kierownictwie nielegalnych struktur Betaru w Polsce. Zarejestrował się też w miejscowym Komitecie Żydowskim. W czerwcu 1945 r. wyjechał z misją do Bukaresztu, gdzie spotkał się z Chaimem Lazarem, po czym wrócił do Łodzi134. W pewnym momencie stanął na czele Krajowej Komendy Betaru, będąc jednocześnie przedstawicielem Brichy w Polsce, w której współdziałał między innymi ze Stefanem Grajkiem, dawniej związanym z ŻOB135. Ostatecznie wyjechał wraz z dużą grupą towarzyszy we wrześniu 1946 r. do Paryża, następnie zaś do Palestyny136. Ukończył studia na Uniwersytecie Hebrajskim, był nauczycielem, a później urzędnikiem w ministerstwie handlu i przemysłu137. Podjęte przezeń działania upamiętniające ŻZW miały wymiar incydentalny i były wyraźnie spóźnione. Laskier nigdy nie skontaktował się z instytutem Yad Vashem ani też nie spisał wspomnień. Jego syn, niestety, odmówił kontaktu z nami bez podania powodów.

W okresie pisania tej książki żyły dwie uczestniczki konspiracji rewizjonistycznej w getcie warszawskim. Pierwszą z nich była Fela Szapszyk-Finkelstein (1921–2008), która w 1935 r. wstąpiła do gniazda Betaru na Pradze. Uczestniczyła w wyprawie do Hrubieszowa i w różnych pracach Betaru na przestrzeni 1943 r. W czasie powstania wraz z towarzyszami przebywała na ul. Karmelickiej 5. Po wojnie mieszkała w Warszawie. W 1946 r. wyjechała z Polski i zamieszkała w Izraelu. Dysponujemy dwiema jej relacjami różniącymi się szczegółami138. Drugą bojowniczką ŻZW była Ziuta Hartman-Rutenberg (ur. 1922). Pochodziła z Kielc i nie należała do Betaru. Latem 1941 r. została złapana po aryjskiej stronie. Udało jej się uciec najpierw do Radomia, później do Warszawy. W lipcu 1942 r. przypadkowo spotkała na ulicy Abrahama Rodala (młodszego brata Lejba), znajomego z Kielc. I znalazła się w kręgu konspiracji rewizjonistów. Jej relacja została wykorzystana przez Lazara. Niezwykle cenne jest również świadectwo Szoszany Kossower (Emilki Rozencwajg), która od 1941 r. prywatnie, a później jako łączniczka ŻKN kontaktowała się z gettem warszawskim, również z rewizjonistami. Urodzona w 1922 r., wstąpiła do Betaru w 1934 r.139 W ramach kontaktów z gettem kilkakrotnie pośredniczyła w przekazywaniu broni. Brała udział w powstaniu warszawskim, po jego klęsce trafiła do obozu jenieckiego w Niemczech. Powróciła do Polski, by emigrować do Izraela w 1950 r. W 1947 r. złożyła na prośbę przebywającego w Polsce Icchaka Gruenbauma 24-stronicową relację na temat swoich przeżyć okupacyjnych. Tekst ten nie zawiera jednak informacji o rewizjonistach, Betarze czy ŻZW. Jedyną organizacją bojową jest ŻOB. Jedynym rewizjonistą wymienionym w relacji jest Wdowiński140. Jej późniejsze relacje wykorzystali Lazar i Gutman. W 2000 r. przeprowadziła z nią wywiad polska dziennikarka Anka Grupińska. Kossower zmarła w 2008 r.

Zasygnalizowany wcześniej problem z wiarygodnością Seidmana to tylko wierzchołek góry lodowej. W kolejnym rozdziale analizujemy trzy opublikowane w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych teksty osób przyznających się do uczestnictwa w pracach ŻZW — Jacka Eisnera, Dawida Landaua i Maurice’a Shainberga (Mieczysława Prużańskiego).

Relacje z kręgu ŻOB

W odniesieniu do tych relacji trudno mówić o zmowie milczenia nad ŻZW. Inna sprawa, że nawiązania dotyczące sytuacji rewizjonistów, a zwłaszcza stosunków na linii obu organizacji bojowych przed powstaniem i w jego toku były lakoniczne i dość jednostronne, tak jak w przypadku wspomnień Cywii Lubetkin „Celiny”141 i Władki Meed (Międzyrzeckiej)142. Cenne są zwłaszcza zapiski „Celiny” — z racji jej statusu w konspiracji getta warszawskiego. Oba teksty pozbawione są akcentów polemicznych. Nawet przeciwnie — mowa w nich o odwadze bojowców i skuteczności ich walki. Nie było to regułą, na przykład Tuwia Borzykowski poświęcił udziałowi rewizjonistów w powstaniu dwa zdania143. Bardzo niewiele miał też do powiedzenia Simcha Rotem144. Marek Edelman w swych wspomnieniach o udziale Bundu w powstaniu opublikowanych w 1945 r. pisze o ciężkich walkach na placu Muranowskim, lecz o istnieniu ŻZW w ogóle nie ma mowy145. Zdawkowo temat pojawia się w relacji spisanej w 1952 r. w Żydowskim Instytucie Historycznym146. W jego późniejszych wypowiedziach rewizjoniści albo się nie pojawiają, albo obsadzani są w roli faszystów i czarnych charakterów („banda tragarzy, szmuglerów i złodziei”)147. Najwięcej informacji na temat ŻZW podał Cukierman, który był najlepiej poinformowany spośród pozostałych przy życiu członków ŻOB, a poza tym, o czym już pisaliśmy, znał osobiście „Rudego Pawła” i spotkał się w Palestynie z Halperinem148. W monumentalnej publikacji poświęconej oporowi żydowskiemu przygotowanym w 1956 r. pod jego redakcją („Księga wojen w gettach, wśród murów, w obozach i lasach”) ŻZW poświęcono zaledwie jeden przypis, w dodatku mało sympatyczny149. Czytając jego wspomnienia (Nadmiar pamięci), można odnieść wrażenie, że „Antek” zupełnie nie był zainteresowany ustaleniem materialnej prawdy o ŻZW. Miał przeświadczenie o swojej racji. Z jego punktu widzenia przez cały czas najważniejsza była polemika z historiografią rewizjonistyczną. Natomiast ustalenie, kto działał w tej organizacji i czym był motywowany, jawiło się jako całkowicie nieistotne. Nie zostało to powiedziane wprost, lecz dawał wyraz przekonaniu, że to sami rewizjoniści powinni zadbać o upamiętnienie własnej historii.

Relacje z getta warszawskiego

Takie czy inne informacje o ŻZW pojawiają się w kilku relacjach przechowywanych w Archiwum ŻIH. Najistotniejsze jest świadectwo pozostawione przez Michała Jaworskiego (Borysa Najkruga, 1911–2000) „Bronka”. Pierwsza jego relacja pochodzi prawdopodobnie z pierwszej połowy lat pięćdziesiątych150. W 1974 r. została opublikowana rozszerzona wersja wspomnień151. Jaworski był działaczem komunistycznym przybyłym do getta warszawskiego z Radomia pod koniec czerwca 1942 r. W przededniu powstania znalazł się przypadkowo w schronie w kamienicy przy placu Muranowskim nr 7, skąd po kilku dniach wydostał się tunelem na stronę aryjską. Tam po raz kolejny zetknął się z bojowcami ŻZW. Z uwagi na uczestnictwo w dwóch epizodach o centralnym znaczeniu dla historii organizacji bojowej sformowanej w kręgach Betaru świadectwo to ma kapitalne wręcz znaczenie. Czeka nas jednak poważne rozczarowanie, jako że pole obserwacji autora było nader ograniczone — w czasie walk na placu Muranowskim przebywał w schronie, do którego dochodziły słabe odgłosy walki. W zasięgu jego wzroku pojawiali się kilkakrotnie bojowcy ŻZW, z niektórymi nawet rozmawiał, lecz były to kontakty zdawkowe, ogniskujące się wokół żądania wykorzystania żołnierskich doświadczeń Jaworskiego (walczył we wrześniu 1939 r.). Nie inaczej było po drugiej stronie Muranowskiej. Jaworski widział bojowców i ich ekwipunek, ale nie znał ich tożsamości, a ich planów mógł się co najwyżej domyślać. I choć był świadkiem interwencji Niemców, walki i aresztowań Żydów przebywających w kamienicy przy Muranowskiej 6, w jego relacji znajdziemy mniej danych na ten temat, aniżeli można by się spodziewać. Jest też relacja innego komunisty, Frydmana (Bronisława Mirskiego), członka grupy w szopie przy Świętojerskiej 38, funkcjonującej na obrzeżach konspiracji warszawskiego getta. Relacja dotyczy okresu między styczniem a kwietniem 1943 r. Pojawiają się w niej różnorodne obserwacje na temat funkcjonowania ŻZW, o różnej wartości poznawczej152. Autorem kolejnej relacji jest Leon Najberg, który podobnie jak Mirski przebywał w schronach na terenie szopów na Świętojerskiej. W czasie powstania kilkakrotnie spotykał się z bojowcami ŻZW, a w pierwszych dniach maja trafił na plac Muranowski. Jego pisany w ukryciu pamiętnik zaginął tuż po wojnie — miał być wysłany za granicę lub nawet został zniszczony. W 1948 r., przed wjazdem Najberga do Palestyny, został odtworzony staraniem Klary Mirskiej153.

Relacje polskie

Pierwsze relacje związane z Żydowskim Związkiem Wojskowym zaczęły się pojawiać w Polsce już w 1945 r. Do końca lat siedemdziesiątych powstało ich kilkadziesiąt. Nie jest to zbiór jednolity ani tym bardziej łatwy w analizie. Można wyodrębnić trzy zespoły zawierające materiały o różnej liczbie relacji i zróżnicowanej wartości poznawczej: a) materiały wytworzone w kręgu osób przyznających się do działalności w Korpusie Bezpieczeństwa (Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, Archiwum Instytutu Żabotyńskiego w Tel Awiwie, archiwum Wojskowego Biura Badań Historycznych w Warszawie154; b) materiały Cezarego Janusza Ketlinga-Szemleya (AŻIH, WBBH, AAN)155; c) pojedyncze relacje osób współpracujących z ŻZW. Ich wartość poznawcza jest odwrotnie proporcjonalna do ich liczby. Najmniej wartościowe są te należące do pierwszej grupy, którym poświęcamy pierwszą część książki i określamy jako apokryfy. Materiały Ketlinga-Szemleya156 są różnej wartości. Pierwsza ich wersja powstała jeszcze w sierpniu 1945 r. — jest to materiał zatytułowany „Historia organizacji PLAN”, podpisany przez kierownictwo organizacji w osobach Jana Nepomucena Millera, Stanisława Jandzińskiego, Ketlinga (podówczas sekretarza generalnego PLAN), Feliksa Weisenberga „Sewera” i Stefana Kurowskiego „Zygmunta”. W materiale tym mowa o działaniach w getcie i na rzecz getta157. Na początku lat pięćdziesiątych Ketling przekazał do ŻIH relację ze swych kontaktów z gettem158. Do relacji tej w charakterze załączników dołączono różne dokumenty z lat 1943–1964. Ponadto jest opracowanie przesłane Chaimowi Lazarowi w 1963 r. — „Przyczynek do historii mojej walki i współpracy z Żydowskim Związkiem Walki Wyzwoleńczej na terenie getta warszawskiego w latach okupacji”159. Wszystkie one zostały wykorzystane w rozdziałach traktujących o prawdziwej historii Żydowskiego Związku Wojskowego.

Rozdział II
POLSKIE APOKRYFY

Chaja jest w domu od dwóch dni. Podczas pobytu w Polsce zgromadziła masę materiału i zdążyła zrobić wywiady z Polakami. Znalazła informacje na temat zasięgu organizacji, broni w jej posiadaniu, dane na temat jej siły i działalności przed wybuchem powstania i podczas walki. Najważniejsza rewelacja: tożsamość dowódcy organizacji — Dawid Apfelbaum, według dowódcy [polskiej] organizacji konspiracyjnej, który współpracował z ŻZW.

Chaim Lazar, 17 sierpnia 1962 r.160

[…] Okazuje się, że w piątek i świątek zjawiają się ludzie, którzy podobno pomagali Żydom, ale ponieważ nie mogą udowodnić swych kontaktów z ŻOB-em, «udowadniają» swe kontakty z organizacją Rewizjonistów. […]

Rozmawiałem z nim [Lazarem], powiedziałem mu wszystko, co było mi wiadome. Ale on nie wziął pod uwagę mojej relacji; nie była dla niego dość dobra. Dostał widocznie «lepsze» relacje od Polaków, którzy próbowali bezczelnie udowodnić swą «dużą pomoc», a on to «kupił». Lazar dążył do gloryfikacji swej organizacji i zwrócił się do Polaków w Polsce; nie do komunistów oczywiście. Ogólnie rzecz biorąc, po cierpieniach, jakich doświadczyli AK-owcy, przyznano im przecież należne im prawa. Teraz historia lat 1939–1945 jest polską historią narodową i również powstanie Żydów w getcie jest częścią tej historii pisanej przez komunistyczną historiografię.

Icchak Cukierman, Nadmiar pamięci…, s. 293, 295

Kto kłamie? Pewien jestem, że nie Iwański. Przecież nie wymyślił sobie, że w tej bitwie stracił syna i brata. Jego relacje potwierdzone są zresztą przez kilku towarzyszy broni i zostały uznane oficjalnie za wiarygodne przez nadanie mu przez władze komunistyczne, jakże mało czułe w stosunku do narodowego podziemia — odznaczeń Wojska Polskiego.

Marian Apfelbaum, Dwa sztandary…, s. 237

IZRAELKA W WARSZAWIE

Wszystko zaczęło się od wizyty izraelskiej dziennikarki Chai Lazar (1924–2003) w Warszawie w czerwcu 1962 r. Przyleciała tu wyposażona w list intencyjny od dyrektora Instytutu Żabotyńskiego w Tel Awiwie doktora Josepha Paamoniego, skierowany do polskich placówek badawczych, z prośbą o pomoc w kwerendzie związanej z przygotowywaniem wystawy z okazji 20. rocznicy powstania w getcie warszawskim, ze szczególnym uwzględnieniem Żydowskiego Związku Wojskowego. Przeprowadzone przez nią śledztwo dziennikarskie zaowocowało serią artykułów na łamach rewizjonistycznego dziennika „Herut”, w którego redakcji pracowała. Co jednak ważniejsze, pozyskane przez nią materiały zostały włączone do monografii ŻZW, nad którą niestrudzenie pracował jej mąż Chaim Lazar. W grudniu 1962 r. on sam również pojawił się w Warszawie jako delegat na kongres Féderation Internationale de la Résistance (Międzynarodowa Federacja Bojowników Ruchu Oporu), by przeprowadzić rozmowy z odnalezionymi przez żonę świadkami. Pobyt Chai Lazar w Polsce nie mógł oczywiście ujść uwagi komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Ambasada Izraela i wszystkie instytucie żydowskie w Polsce były w tym czasie pod stałą obserwacją SB. Przyjazd Lazar zbiegł się ze wzmożoną inwigilacją Żydowskiego Instytutu Historycznego, a zwłaszcza jego dyrektora — Bernarda Marka, w którym zaczęto upatrywać utajnionego i zagorzałego syjonisty. Sprawę prowadzoną przez wydziały II i III MSW opatrzono kryptonimem „Kodak”161. Służba Bezpieczeństwa działała we właściwy dla siebie sposób, używając agentury, podsłuchu pokojowego i telefonicznego. W orbicie zainteresowania tajnej policji znalazły się, rzecz jasna, zagraniczne kontakty dyrektora ŻIH. Szczególnie dokładnie przypatrywano się gościom z Izraela. Mark zresztą domyślał się tego i niektóre rozmowy prowadził poza swoim gabinetem. Tak było właśnie w wypadku spotkań z Chają Lazar, która zapisała po latach: „odczuwaliśmy podejrzliwość co do naszych odwiedzin ze strony niektórych współpracowników. Profesor Mark przekazywał nam informacje tylko poza murami instytutu”162. Niedługo po jej wyjeździe, w połowie października 1962 r., w kręgu zainteresowania SB znalazł się jeden z rozmówców Lazar — dobiegający pięćdziesiątki mieszkaniec Warszawy Tadeusz Bednarczyk „Bednarz”, pracownik biurowy spółdzielni szewskiej. Spotkania z Lazar miały posłużyć SB w pozyskaniu go na tajnego współpracownika, który mógłby okazać się użyteczny w inwigilacji dyrektora ŻIH. „Jeśli zgodzi się na współpracę — raportował zajmujący się tą sprawą oficer — zostanie on przy pierwszej rozmowie zwerbowany, a gdyby odmówił, będę umawiał spotkania i odbierał informacje dotyczące getta i poszczególnych osób z okresu okupacji, co winno zbliżyć go do nas i doprowadzić do pozytywnego werbunku”163. Zapisy kolejnych rozmów oficerów SB z Bednarczykiem rzucają światło nie tylko na genezę i przebieg wizyty Chai Lazar w Polsce, lecz umożliwiają także poznanie okoliczności manipulowania historią Żydowskiego Związku Wojskowego. Nie wiadomo, czy w tym okresie inwigilowano również inne osoby spotykające się z Lazar. Jest to jednak w zasadzie kwestia drugorzędna. Okazuje się bowiem, że to właśnie seria działań z udziałem Bednarczyka doprowadziła do przybycia izraelskiej dziennikarki do Polski. Już na miejscu służył jej w charakterze pośrednika przy aranżowaniu spotkań z osobami, które przedstawiał jako swoich towarzyszy z konspiracji — z dowódcą działającej w okresie okupacji niemieckiej niewielkiej konspiracyjnej organizacji Korpus Bezpieczeństwa Andrzejem Petrykowskim „Tarnawą”, a przede wszystkim z dzielnym oficerem podziemia Henrykiem Iwańskim „Bystrym”, prezentowanym jako najważniejsza osoba na polu pomocy dla getta. Jak zapisano w raporcie SB: „Wspólnie z Bednarczykiem udzielili jej informacji o żydowskim ruchu oporu, a szczególnie ŻZW, pomocy KB w tym ruchu i powstaniu […], zgodnie ze stanem faktycznym uwypuklając dużą pomoc Polaków i podkreślając niezdecydowanie i niechęć Żydów do przeciwstawienia się Niemcom. Oprowadzili także Lazar po terenie getta i wizualnie naświetlili jej walki, drogi przerzutu broni, wyprowadzania Żydów z getta itp.”. Kilka fotografii z wycieczek po terenie dawnego getta zostało zamieszczonych później w książce Lazara. Bednarczyk był świadom, że Chaja Lazar jest syjonistką rewizjonistką, czyli osobą z punktu widzenia SB podejrzaną (partia Herut, jak łatwo się domyślić, nie miała wśród polskich władz, nie mówiąc już o Służbie Bezpieczeństwa, dobrej opinii). Uspokajał jednak swoich rozmówców, że „nie stwierdził, by przejawiała ona jakieś wrogie zamiary wobec Polski”. Na tym punkcie — obrony swoiście pojętego „dobrego imienia” Polski — miał zresztą pogłębiającą się obsesję. Nie jest bez znaczenia, że od początku swych kontaktów z SB był wyjątkowo szczery: nie taił swoich rzeczywistych motywacji, dając jasno do zrozumienia, że w rozmowach z Izraelczykami nie były mu obojętne kwestie finansowe. Od razu też złożył podobną ofertę „biznesową” SB. Przechwalając się głęboką wiedzą na temat kompromitujących faktów z okresu istnienia getta, które mogły stać się propagandowo użyteczne (na temat żydowskich współpracowników Gestapo, niechęci Żydów do walki z Niemcami, handlu bronią otrzymywaną przez nich od AK itp.) w związku ze zbliżającą się 20. rocznicą powstania w getcie, zaproponował opracowanie książki ukazującej „prawdę przed światem”, a jednocześnie uwzględniającej potrzeby i sugestie aparatu bezpieczeństwa. Na rozmowę przyszedł przygotowany i wyposażony w wycinki prasowe ze swoimi tekstami164. Jak z tego widać, Bednarczyk doskonale wyczuwał zbliżającą się antysemicką koniunkturę w strukturach MSW. Praca zawodowa nie przynosiła mu satysfakcji, Lazarowie i SB dawali nadzieję na zmianę jego sytuacji życiowej.

U początku tej historii był list wysłany przez Bednarczyka w kwietniu 1962 r. do izraelskiego dziennikarza „Jedijot Achronot” Eliahu Amikana165 z dołączonymi doń czterema artykułami prasowymi. Jego adres otrzymał od Kazimierza Kąkola, redaktora naczelnego tygodnika „Prawo i Życie”, który przebywał w Izraelu jako sprawozdawca z procesu Adolfa Eichmanna166. Jeden z przesłanych artykułów, napisany na zamówienie „Prawa i Życia”, pt. Wina, traktował w swej zasadniczej części o ŻZW167. List do Amikana pozostał wprawdzie bez odpowiedzi, lecz do Bednarczyka odezwał się związany z ruchem rewizjonistycznym Dawid Drażnin z pytaniem, czy za wynagrodzeniem poda informacje dotyczące ŻZW, i zaproponował mu nawet współautorstwo książki. Jakiś czas potem zjawiła się u niego Chaja Lazar. Bednarczyk tak charakteryzował motywy Izraelczyków: „chcą zebrać możliwie jak najwięcej wiadomości źródłowych o ŻZW, w której byli syjoniści rewizjoniści, by w ten sposób podbudować ich zasługi w żydowskim ruchu oporu w czasie okupacji […], co pozwoli im uaktywnić i spopularyzować ich organizację, wykorzystać do walki z Mapajem [Izraelska Partia Pracy — D.L., L.W.]. Dotąd Mapaj zarzuca syjonistom rewizjonistom brak zasług szczególnie w okresie okupacji”. Chwalił się, że sporządził ustną umowę z Lazar gwarantującą mu figurowanie jako współautor książki i, co nie jest bez znaczenia, „odpowiednie honorarium”. Żalił się jednak na izraelskich „kontrahentów”. Szybko ustalił, że nieodpowiadająca na jego listy Lazar w najlepsze koresponduje z jego kolegami. Wyczuwał w tym wszystkim „intrygę” Bernarda Marka, do którego najwyraźniej tracił zaufanie168. Miał dobrą intuicję. Za pośrednictwem podsłuchu zainstalowanego w gabinecie Marka SB dowiedziała się, że obaj z Iwańskim (występował w sprawie „Kodak” jako figurant) podejrzewają Bednarczyka o współpracę z tajną policją169. W archiwum IPN w Warszawie zachowały się odpisy korespondencji z Amikanem, Chają Lazar i Drażninem, jako że Bednarczyk nie miał przed SB żadnych tajemnic170.

Trzeba tu nadmienić, że pochodząca z Wilna Chaja Lazar nie miała przed wojną żadnych związków z Betarem. Męża poznała w oddziale partyzanckim, do którego trafiła po ucieczce z getta we wrześniu 1943 r. Inaczej było w wypadku Drażnina — ten urodzony w Grodnie adwokat był dość znanym działaczem Betaru. Już jesienią 1939 r. został aresztowany przez NKWD, a następnie deportowany na Wschód — ostatecznie wylądował w Kazachstanie. Po powrocie do Polski w 1946 r. z miejsca zaczął działać w kierownictwie nielegalnego ruchu rewizjonistycznego. Pod fałszywym nazwiskiem wziął udział w odbywającym się w 1946 r. w Bazylei kongresie syjonistycznym. Wydawał w Łodzi rewizjonistyczny biuletyn i pełnił funkcję dowódcy komórki wojskowej Irgun Cwai Leumi w Polsce, kontaktował się z komendą Betaru w Paryżu. Po wyjeździe Laskiera z Polski został komendantem krajowym Betaru. Podejmował próby legalizacji organizacji rewizjonistycznej, kontaktując się w tej sprawie z jakimś oficerem MBP żydowskiego pochodzenia171. Mimo to w kwietniu 1949 r., wraz ze wspominanym parokrotnie Szlomo Perłą, został aresztowany przez UB, a w marcu 1950 r. skazano go na 3 lata więzienia172. Po wyjściu na wolność wrócił do Łodzi, by w 1957 r. wyjechać z Polski. W Izraelu został działaczem partii Herut. W 1960 r. publikował artykuły na temat ŻZW, polemiczne wobec Bernarda Marka, którego nazywał śmiertelnym wrogiem syjonizmu, a rewizjonistów w szczególności173. Z lektury tych tekstów wynika, że jego wiedza na temat ŻZW była bardzo ograniczona. Nie jest to kwestia bez znaczenia — działając przez kilka lat w strukturach rewizjonistycznych w Polsce, zetknął się ze znakomitą większością działaczy, w tym również z tymi nielicznymi, którzy spędzili okupację niemiecką w Polsce. Jest oczywiste, że w ferworze bieżącej działalności nie podjęto żadnych starań, by upamiętnić walkę swych towarzyszy ani nawet dowiedzieć się czegoś o ich losach. O ile omówione przez nas wcześniej zeznania Perły mogły zawierać pewne luki — bodaj ani razu nie był pytany o działalność rewizjonistów w okresie okupacji, a z własnej inicjatywy do tematu nie nawiązał — o tyle Drażnin pisał dokładnie tyle, ile na ten temat wiedział.

Drażnin zainteresował się Bednarczykiem w kontekście jego tekstu na łamach „Prawa i Życia”. Był pod wielkim wrażeniem, o czym świadczy dziennik Chaima Lazara, który 5 maja 1962 r. zapisał: „W tym tygodniu zadzwonił do mnie adwokat Drażnin i opowiadał, że dostał gazetę z Polski z artykułem Polaka na temat ŻZW. […] Według tego artykułu, ŻZW był pierwszą organizacją konspiracyjną założoną w getcie. Drażnin prosił tego człowieka, by przekazał dodatkowy materiał, jaki znajduje się w Warszawie. […] obiecał, że kiedy ten materiał dostanie, przekaże mi go”174. Niestety, list Drażnina do Bednarczyka się nie zachował — trudno zatem rozstrzygnąć, czy rzeczywiście zawierał on jakieś obietnice natury finansowej. Jakkolwiek było, Bednarczyk doskonale wyczuł swoją szansę i odpowiedział niezwłocznie, mamiąc Drażnina wielkimi perspektywami co do możliwości poznania dziejów ŻZW175. Bliższe przyjrzenie się jego epistole nie będzie zajęciem jałowym. Raz popadał w ton podniosły i patriotyczny („Przyjmuję współpracę — w imię braterstwa OW-KB z ŻZW”, a współpraca autorska byłaby „symbolem przyjaźni polsko-żydowskiej”), by po chwili przejść do targów. Podawał się za najwybitniejszego specjalistę od historii ŻZW i niestrudzonego bojownika o prawdę na temat powstania w getcie. Co jednak najważniejsze, przekonywał, że z uwagi na zniszczenie źródeł wiedza jego i towarzyszy jest bezcenna: „materiały te są w głowach może kilku lub kilkunastu [osób] w kraju”. I uspokajał: „Ale dokąd żyje Bystry Iwański i ja, to możliwe jest prawie pełne odtworzenie historii ŻZW i współpracy OW-KB oraz wspólnej walki z hitleryzmem, bo wszystkie fakty i część nazwisk ludzi mamy w głowie. Piszę zresztą swoje wspomnienia ogólne z getta”. Wykazując gotowość, by natychmiast przystąpić do pracy, poprosił Drażnina o nadesłanie materiałów na temat ŻZW. Jak wyznał, on sam „czuje się mocny od strony pomocy i świadczeń KB”. Nie jest to, biorąc pod uwagę późniejsze elukubracje „Bednarza” na temat struktury i funkcjonowania ŻZW, bez znaczenia. Podobnie jak niedwuznaczna propozycja złożona Drażninowi: „proszę Pana o przysłanie mi swojej fotografii i trochę danych o pana pracy o ŻZW, żebym mógł pokazać Bystremu-Iwańskiemu, może będzie Pana pamiętał, względnie ktoś inny z kolegów z ŻZW dla umiejscowienia Pana i jego działalności w ramach naszych dotychczasowych opracowań”176. Innymi słowy, Bednarczyk zaproponował wciągnięcie Drażnina na listę członków organizacji. Jak pokażemy dalej, była to standardowa procedura praktykowana w tym środowisku kombatanckim. Niedługo później pojawiła się w Warszawie Chaja Lazar. Dalszy ciąg tej historii już znamy.

Warto zauważyć, że polscy kombatanci zostali zarekomendowani Chai Lazar przez dyrektora ŻIH Bernarda Marka. Podczas swej wizyty w Polsce spotykała się z nim wielokrotnie — z treści tych rozmów jednak Bednarczykowi się nie zwierzyła177. Jak wynika z informacji zdobytych przez SB, Mark zasięgał informacji na jej temat w ambasadzie Izraela, po czym „udostępnił […] uzyskane materiały od byłych członków polskiego ruchu oporu, a w szczególności dotyczące ŻZW, oraz skontaktował ją z byłymi członkami KB […], którzy opracowali dla niej materiały o działalności w getcie, KB i ŻZW”. Wiarygodność tych ludzi potwierdził raz jeszcze, tym razem Chaimowi Lazarowi, który odwiedził go 14 grudnia 1962 r.178 Mark miał „raz jeszcze” perswadować Lazarowi, że organizacją, której szczególnie zależało na tej współpracy, był Korpus Bezpieczeństwa. „Współpracę tę zalecał generał Władysław Sikorski, a osobami, które oddały znaczne usługi, byli Iwański i Bednarczyk”179. W archiwum instytutu znajdowały się złożone przez nich liczne relacje i oświadczenia. O tym, że Mark dawał wiarę tym opowieściom, świadczą przede wszystkim wystawiane przezeń zaświadczenia. Regularne kontakty między ŻIH a grupą obrotnych mężczyzn zaczęły się kilka lat wcześniej. Oficer prowadzący sprawę Marka zanotował w swoim raporcie: „Na przełomie lat 1956–1957 Mark wszedł w bliższy kontakt z byłymi członkami polskiego ruchu oporu, a szczególnie byłymi członkami OW-KB. Z danych «Karpińskiego» [pseudonim tajnego współpracownika działającego w środowisku byłych członków KB — D.L., L.W.]180 wynika, że w 1957 r. niektórzy członkowie KB zaczęli opisywać swą działalność organizacyjną, współpracę z żydowskim ruchem oporu i pomoc walczącemu gettu. Sprawą tą zajął się przede wszystkim Iwański Henryk powiązany ściśle z Mark Bernardem. […] Oświadczenia-wspomnienia opracowali i przekazali także Roliard Henryk, [Kazimierz] Madanowski, [Tadeusz] Bednarczyk, [Władysław] Zajdler, [Hieronim] Bajon i Eugeniusz Kosak. W 1958 r. współpraca […] zaczęła się rozluźniać, gdyż przekonali się, że żadnych korzyści materialnych, na które liczyli, nie odniosą. Inni znów zerwali z Markiem z uwagi na jego tendencyjne opracowania […] jak na przykład Bednarczyk, który obecnie występuje przeciwko Markowi. Pozostali nadal […] współpracują, jak Iwański, Madanowski i Zajdler, którzy systematycznie dostarczają mu różnego rodzaju materiałów i informacji. Osobom tym udzielił Mark poprzez TSKŻ pomocy materialnej i tak np. Zajdler otrzymał mieszkanie, […] a z pomocy finansowej […] korzystają do chwili obecnej Iwański, Madanowski, Kosak […]”181. To właśnie relacje wymienionych osób przez dziesięciolecia służyły za materiał wyjściowy w pracach nad rekonstrukcją dziejów ŻZW. Do dziś, o czym była mowa we wstępie, stanowią one jeden z podstawowych korpusów źródeł. Fakt ten wymaga bardziej dokładnego aniżeli dotąd przyjrzenia się tym opowieściom oraz ich autorom.

MAJORÓW DWÓCH

Najważniejszą osobą w tym kręgu był Henryk Iwański, noszący pseudonim „Bystry”. Spośród wszystkich przedstawionych jej Polaków właśnie ten sześćdziesiąciolatek zrobił największe wrażenie na Chai Lazar, podobnie jak później na innych osobach interesujących się dziejami powstania w getcie warszawskim. Iwański to nie tylko świadek powstania i rozwoju organizacji bojowej syjonistów rewizjonistów, lecz jeden z głównych aktorów rozgrywających się w latach 1939–1943 wydarzeń. To on miał być ojcem założycielem, a zarazem filarem działalności Żydowskiego Związku Wojskowego, dostarczać gettu broni, prowadzić wielopłaszczyznową i pełną niebezpieczeństw działalność na rzecz prześladowanych Żydów. To on wreszcie miał być najbliższym przyjacielem komendanta ŻZW (którym miał być Moryc Apfelbaum), towarzyszem jego walki i świadkiem jego śmierci na placu Muranowskim 27 kwietnia 1943 r. W tej „bitwie” stracić miał dwóch synów i brata, a sam zostać ciężko ranny. Na kartach Muranowskiej 7 przedstawiono Iwańskiego jako bohatera, schorowanego i zepchniętego na margines w komunistycznej Polsce. Chaja Lazar tak go zapamiętała: „Jest średniego wzrostu, z blizną na czole. Jedna noga prawie kompletnie sparaliżowana. Opiera się ciężko o lasce, niezależnie czy chodzi, czy stoi. Cierpi na chorobę serca i zawsze ma przy sobie tabletki nitrogliceryny. Kiedy wspomina «te dni», bierze te tabletki często. Oprócz tego ma kłopoty z oddychaniem z powodu astmy. Jeżeli go zapytasz o powód kłopotów zdrowotnych, opowie ci o innych ranach, niewidocznych na pierwszy rzut oka, o bliźnie na ramieniu, o kawałku ołowiu w okolicach płuc, złamanej szczęce i innych ranach na duszy i ciele”182. Ten wyciskający łzy z oczu obraz zabiedzonego staruszka został utrwalony w polskiej i zagranicznej literaturze.

Była też druga strona medalu — to właśnie wizyta Chai Lazar w PRL stała się trampoliną do szybkiej i błyskotliwej kariery Iwańskiego — zarówno w kraju, jak i za granicą. W następnych miesiącach został wykreowany na bohatera narodowego i symbol polsko-żydowskiej solidarności w okresie okupacji niemieckiej. Uchwałą Rady Państwa z 12 kwietnia 1963 r. odznaczono go srebrnym krzyżem Orderu Virtuti Militari. Wręczenie tego odznaczenia nastąpiło podczas uroczystej akademii z okazji 20. rocznicy powstania w getcie warszawskim, która odbyła się w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki. Iwański co prawda nie znalazł się jeszcze w centrum zainteresowania mediów, lecz był to zaledwie początek jego kariery183. To głównie jego zasługi prezentowano wówczas gościom z Izraela. Kolejnym jej etapem było przyznanie mu i jego żonie Wiktorii 13 grudnia 1964 r. medali Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Iwańscy należeli do nielicznej grupy pierwszych polskich Sprawiedliwych. Medale wręczono dopiero dwa lata później w ambasadzie Izraela w Warszawie. Tutaj już gwiazda Iwańskiego świeciła pełnym blaskiem. Świadczy o tym materiał korespondenta „New York Timesa” w Polsce — głównym bohaterem jego tekstu był Iwański i jego rodzina, mimo że w grupie odznaczonych znaleźli się jedni z najbardziej zasłużonych współpracowników „Żegoty”, Irena Sendlerowa — kierowniczka referatu dziecięcego, oraz Władysław Bartoszewski184. Artykuł nowojorskiego dziennika natychmiast przedrukowała „Polityka” z adnotacją: „przedrukowujemy artykuł z «NYT», którego autor obiektywnie — co, niestety zdarza się nazbyt rzadko — relacjonuje sprawę pomocy, jakiej Polacy udzielali Żydom w czasie II wojny światowej”. Materiał zamieszczony na łamach warszawskiego tygodnika różnił się od oryginału drobnym, lecz znaczącym szczegółem — nazwiska uhonorowanych, z wyjątkiem Iwańskich, pominięto185. Bartoszewski wspominał nawet po latach, że jego nazwisko nie pojawiło się przy tej okazji w prasie186. Bohaterskie czyny „Bystrego” silnie oddziaływały też na zwykłych ludzi. Świadczy o tym list do ambasady Izraela w Warszawie wysłany przez mieszkańca Wrocławia, który domagał się ni mniej ni więcej, tylko ufundowania przez „Naród Izraela”… pomnika rodziny Iwańskich187.

Nie trzeba uzasadniać, że z propagandowego punktu widzenia „Bystry” był daleko bardziej użyteczny niż Bartoszewski — pracownik Delegatury Rządu i wieloletni więzień komunistyczny. Zresztą w świetle słów „Bystrego” cytowanych przez „Prawo i Życie” zasługi KB przyćmiewały dokonania „Żegoty”, Armii Krajowej i Armii Ludowej. Iwański określony został mianem „wybitnego żołnierza Polski Podziemnej”, któremu „zawdzięczają ocalenie tysiące”. Konkretnie pięć tysięcy — bo taką liczbę uratowanych przez siatkę KB podał „Bystry”. Większość z nich miała, przynajmniej czasowo, przechodzić przez jego mieszkanie przy ul. Złotej 56a. Miał być wśród nich również… Marek Edelman. Wiele miejsca wypełniły odniesienia do współpracy KB z Żydowskim Związkiem Wojskowym. Padło wiele szczegółów, nazwisk, pseudonimów. Niektóre wypowiedzi ocierały się o mistycyzm. Iwański najwyraźniej uwierzył w swe posłannictwo. Nawiązując do dekoracji krzyżem Virtutu Militari, bohater wyznał: „Nie zapomnę do końca życia słów […] Edwarda Ochaba188, który wręczając mi je, powiedział, że w mojej osobie otrzymuje je cały naród polski. On to bowiem — naród polski — desygnował do pracy w getcie pod moim dowództwem specjalny oddział zbrojny”189.

Iwański cechował się niezwykłym darem perswazji. Ulegał mu Bernard Mark, który lansował go na długo przed przybyciem do Warszawy Chai Lazar. Świadczą o tym słowa dziennikarza holenderskiego pisma „De Rotterdammer”: „Profesor Mark, otwierając leżącą przed nim, książkę mówi: «Czy chciałby Pan zobaczyć bohatera? Jeżeli tak, to mógłbym go tu wprowadzić na minutę, gdyż uprosiłem go, by zechciał z Panem porozmawiać. Jest on jednym z niewielu ludzi ocalałych z getta. Jednym z tych, którzy nam, Żydom, wybitnie pomagali w czasie walki. Jest on prawdziwym bohaterem, który sam nie będąc Żydem, chciał walczyć razem z nami». […] Drobny, raczej przysadzisty, opiera się na lasce, gdyż tylko jedna noga może go jeszcze utrzymać. […] Nie mogę oderwać od niego oczu. […] Dziwne oblicze z bliznami po ranach. Tak więc wygląda bohater”. Opowieści Iwańskiego były jeszcze bardziej zdumiewające: „Walczył przeciwko Niemcom, których nienawidził przez całe życie fanatyczną nienawiścią Polaka. Słowo «Niemiec» wymawia w dziwny sposób. Kiedy zapytuję go, ilu Niemców zabił od 1919 r., uśmiecha się i mówi: «nie wiem, ale dużo». Opowiada mi o tym, co zrobił w getcie. […] Major Iwański dowodził własną grupą bojową, która była tak słynna i taką budziła obawę, że specjalne raporty o jej wyczynach były przedkładane Himmlerowi”. I żeby nie było wątpliwości co do jego intencji, Iwański wyjaśnia: „[Walczyłem] dla idei, nie dla pieniędzy ani sławy. Dziś, jak się zdaje, mówi się — dla ideału. A więc moim ideałem była walka Żydów. […] Uważam, że [Żydzi] to są najlepsi ludzie na świecie”190. Lazarowie również pozostawali pod jego urokiem: „Ma wiele historii do opowiedzenia o tym okresie i nie powstrzymuje się od opowiadania. Wypływają z jego ust prostym językiem i zmęczonym głosem”191. „Bystry” był jednak nie tylko urodzonym gawędziarzem. Zasadnicze znaczenie miała treść jego opowieści. Nie wystarczy stwierdzić, że wychodziły one naprzeciw oczekiwaniom Izraelczyków pragnących upamiętnić ŻZW. Można śmiało powiedzieć, że przekraczały one ich najśmielsze oczekiwania. Nie tylko dowiadywali się o zupełnie nieznanych im faktach, lecz co ważniejsze, układały się one w spójną całość, która falsyfikowała obraz utrwalony w historiografii ich przeciwników politycznych. Opowieści Iwańskiego zawierały nieprzeliczone dowody na prymat ŻZW nad ŻOB. Przede wszystkim ŻZW miał powstać o wiele wcześniej. Iwański dokładnie opisał ten moment: „Pewnego dnia w listopadzie [1939 r. — D.L., L.W.] przyszło do mnie do Szpitala św. Stanisława […] czterech młodych Żydów. Byli to Maurycy Apfelbaum, porucznik Wojska Polskiego, podporucznik Henryk Lipszyc, [Roman] Białoskóra i Kałme Mendelson. Znałem dobrze Apfelbauma, walczył bowiem pod moim dowództwem w czasie oblężenia Warszawy. «Kapitanie Iwański — powiedział Apfelbaum — nie chcemy iść do niemieckiego oflagu. Niech nam pan pomoże zorganizować i przeszkolić młodzież żydowską do walki z wrogiem. Stoją przed nami ciężkie czasy. […] Nie możemy stać bezczynnie i patrzeć na ucisk»”. Reakcja mogła być tylko jedna. Polski oficer po pouczeniu przybyłych, że od tej pory należy zwracać się do niego, używając pseudonimu „Bystry”, nie tylko nakazał im organizować się i być gotowymi do walki, lecz także w imieniu konspiracyjnej organizacji Korpus Bezpieczeństwa wręczył każdemu z nich pistolet typu Vis. Polski czytelnik dowiedział się o tej wzruszającej historii z wywiadu z Iwańskim zamieszczonego 21 kwietnia 1968 r. w warszawskiej „Kulturze” — pozornie w ramach uczczenia 25. rocznicy powstania w getcie, a w rzeczywistości w ramach kampanii antysyjonistycznej192. Czytelnik izraelski poznał ją już kilka lat wcześniej z książki Lazara i artykułów jego żony.

Owo spotkanie w szpitalu na Wolskiej miało być pierwszym z serii spotkań z żydowskimi konspiratorami. Już miesiąc później planowano parafować umowę między Iwańskim i Apfelbaumem, stojącym jakoby na czele żydowskiej organizacji pod nazwą „Świt”, która przekształciła się niebawem w Żydowski Związek Wojskowy. Na początku liczyła 39 osób i na polecenie Iwańskiego stworzona została zgodnie z modelem polskiej konspiracji193. Szczególnie wzruszająco wyrażał się Iwański o swoim żydowskim towarzyszu walki, komendancie ŻZW Dawidzie Morycu Apfelbaumie. „Jego przyćmione i rozmyte oczy zdawały się błyskać dziwnym ogniem, jak gdyby ten chory inwalida stawał na baczność i salutował niewidzialnemu bohaterowi” — zapisała Chaja Lazar194. O istnieniu komendanta Apfelbauma dowiedziała się dopiero od Iwańskiego, jako że to nazwisko nie figurowało w żadnej ze znanych dotąd relacji pozostawionych przez osoby związane z warszawskimi rewizjonistami i ŻZW. Ten fakt nikomu jednak nie wydał się podejrzany. Nie tylko ona spośród Izraelczyków widziała w Iwańskim szlachetnego Polaka, który był zaprzeczeniem popularnego i ugruntowanego w potocznej świadomości wizerunku Polaka antysemity.

Chaja Lazar odwiedzała Iwańskiego w jego domu w Kolonii Błota. Wyprawy tam, jak wspominała po latach, odbywały się w „konspiracyjnej” atmosferze: „Wywiady z nim odbywały się w warunkach niemal podziemnych, bywało, że przybywaliśmy do jego miejsca zamieszkania […], gdy za nami jechała niezidentyfikowana maszyna, która zatrzymywała się nieopodal jego domu i nie ruszała z miejsca do końca naszej wizyty”195. Iwański przedstawiał się jako weteran trzech powstań śląskich (1919–1922), uczestnik wojny polsko-niemieckiej w 1939 r. i bohaterski obrońca Warszawy. Tuż po kapitulacji miał rzucić się w wir działalności niepodległościowej, tworząc jedną z pierwszych organizacji konspiracyjnych w Warszawie. Zwieńczeniem jego aktywności miał być udział z bronią w ręku w powstaniu warszawskim. Iwański byłby zatem uczestnikiem pięciu zrywów powstańczych — rzecz skądinąd rzadka. Z tego, co napisała Chaja Lazar, wynika, że z opowieści Iwańskiego bił taki autentyzm, iż weryfikacja jego wiarygodności nie wydawała się potrzebna. Nawet więcej — jakiekolwiek procedury weryfikacyjne byłyby w takich okolicznościach po prostu nietaktem. O jego okupacyjnej przeszłości świadczyły zgromadzone przezeń i niezwykle chętnie udostępniane dokumenty. Wykazywał orientację w życiu politycznym Żydów w getcie, znał też kilka słów po hebrajsku i w jidysz196. Nie bez znaczenia dla jego wiarygodności musiało być odwoływanie się przezeń do akowskiego etosu. Nie dość na tym — Iwański był w posiadaniu wyjątkowego przedmiotu, sygnetu komendanta Apfelbauma. Jego symbolika i przeznaczenie zostały rozszyfrowane na kartach książki Lazara197. Polski czytelnik dowiedział się zaś o nim z wywiadu przeprowadzonego z Iwańskim przez dziennikarza „Życia Warszawy” Andrzeja Tewiaszewa w kwietniu 1967 r. Czytamy tam: „Jeszcze w ambasadzie Izraela, kiedy jedna z grup odznaczonych odbierała owe medale, zwróciłem uwagę na dziwny pierścień na palcu p. Henryka. Dlatego też, w jakiś czas potem, gdy odwiedziłem państwa Iwańskich w ich obecnym mieszkaniu… zaraz o ten pierścień, z dukatowego złota wykonany, spytałem:

— Dwa były takie pierścienie w czasie okupacji. Jeden miałem ja, drugi — Moryc Apfelbaum, komendant ŻZW… Służyły nam one do porozumiewania się.

Przyglądam się ośmioramiennej gwieździe wyrzeźbionej w onyksie. Wewnątrz niej widnieje cyfra 7. Moją uwagę zwraca także rysunek barana i lwa po wewnętrznej stronie…

— Co oznacza baran? — pytam.

— Zwierzę ofiarne Żydów — odpowiada major.

— A co znaczy lew?

— My nie będziemy ofiarnikami jak baran, ale bojownikami jak lew.

— A co oznacza ośmioramienna gwiazda?

— Powinna być sześcioramienna, jest ośmio-, żeby to się nie rzucało w oczy.

— Co znaczy «7» wewnątrz gwiazdy?

— Prawidłowa odpowiedź na to pytanie — mówi major Iwański — powinna brzmieć: «Święta liczba». Od chwili wyprowadzenia tych pierścieni, na wiosnę 1942 roku, nie mieliśmy ani jednej wpadki — dodaje major”198. Pierścień ten miał być jedyną materialną pamiątką polsko-żydowskiego braterstwa broni.

DRUŻYNA PIERŚCIENIA

W 2004 r. dziennikarz „Jerusalem Post” zatytułował swój artykuł na temat przekazania pierścienia do muzeum Yad Vashem The Fellowship of the Ring199. Określenie to, nawiązujące do pierwszego tomu słynnej trylogii Johna Ronalda R. Tolkiena, znakomicie pasuje do Iwańskiego i jego „towarzyszy broni”. Baśniowe dzieje Iwańskiego kodyfikowano przez kilkanaście lat. Spróbujmy zatem przyjrzeć się procesowi jej powstawania. Posłuży nam do tego dokumentacja zgromadzona w Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie200, Archiwum Instytutu Żabotyńskiego w Tel Awiwie oraz cytowane już częściowo publikacje prasowe. Szczególnie interesują nas tutaj materiały wytworzone pomiędzy rokiem 1956 a 1962, potwierdzone notarialnie zaświadczenia i oświadczenia wystawiane sobie wzajemnie przez powiązaną różnymi interesami, towarzyskimi czy biznesowymi, grupę rzeczywistych i fałszywych kombatantów. Pomimo dostępu do materiałów komunistycznej Służby Bezpieczeństwa oraz fragmentów korespondencji interesujących nas osób niejednokrotnie nie byliśmy w stanie poznać szczegółów dotyczących ich wzajemnych relacji. Możemy jedynie domniemywać, że przekazywanie sobie takich czy innych zaświadczeń poprzedzać musiały narady odnośnie do strategii „promocyjnej”, jak również, i to nas najbardziej interesuje, ustalenia wspólnej wersji faktów. Odbywały się one zarówno w prywatnych mieszkaniach, jak też w biurach Związku Bojowników o Wolność i Demokrację w Warszawie i w Żydowskim Instytucie Historycznym.

Z uwagi na brak dokumentów z okresu okupacji dotyczących działalności grupy Iwańskiego największy ciężar gatunkowy zdają się mieć zaświadczenia wydane mu przez byłych oficerów ZWZ-AK i KB. 5 lipca 1957 r. „Bystry” otrzymał zaświadczenie od pułkownika Jana Mazurkiewicza „Radosława” stwierdzające, że „major” Iwański „pracował w szeregach ZWZ, a następnie Armii Krajowej na odcinku bojowym”, a także „zorganizował komórkę pomocy Żydom w getcie warszawskim — ułatwiając im wydostanie się z zagrożonego terenu, oraz organizował ukrywanie i zaopatrywanie w dokumenty prześladowanych”. „Radosław” (1896–1988), od lutego 1944 r. szef Kierownictwa Dywersji (Kedywu), a w czasie powstania warszawskiego dowódca zgrupowania, w którego skład wchodziły kadrowe formacje harcerskie walczące na Woli, Starym Mieście i Czerniakowie, był jedną z najlepiej rozpoznawalnych postaci polskiego podziemia niepodległościowego. W 1956 r. na mocy amnestii został wypuszczony z komunistycznego więzienia i rozpoczął ożywioną działalność w ZBoWiD. Tam też najpewniej zetknął się z Iwańskim. Mazurkiewicz napisał jeszcze, że Iwański „został kilkakrotnie wyróżniony przez konspiracyjne władze przełożone”201. Ten sam motyw pojawia się w zaświadczeniu wydanym Iwańskiemu przez szefa sztabu 27. Wołyńskiej Dywizji AK majora Tadeusza Sztumberka-Rychtera „Żegotę”. Stwierdzał on: „Znam «Bystrego» jako człowieka niezłomnej walki z okupantem hitlerowskim, był wielokrotnie ranny. Za czyny bojowe wielokrotnie odznaczony”. W świetle tego dokumentu Iwański „w okresie okupacji hitlerowskiej przesyłał do 27. Dywizji AK zagrożonych aresztowaniem Polaków, zwłaszcza pochodzenia żydowskiego […] z Warszawy, w ramach oddziału bojowego, którego był dowódcą. W ten sposób ocalił wielu ludziom życie”202. „Żegota”, w 1942 r. szef wywiadu Okręgu Warszawskiego AK, a następnie komórki legalizacyjnej, opuścił Warszawę wiosną 1943 r., został bowiem skierowany do działań bojowych w Lubelskie, następnie zaś na Wołyń, raczej nie mógł więc znać „Bystrego”. Nie wspomina o nim w swoich wspomnieniach203. Podobnie ma się sprawa z Mazurkiewiczem. Opinię na jego temat czerpali oni najpewniej z przedstawionych im relacji samego zainteresowanego, a także z zaświadczenia wydanego przez ŻIH w październiku 1948 r. W oświadczeniach „Żegoty” i „Radosława” nie padają nazwy Korpus Bezpieczeństwa ani Żydowski Związek Wojskowy. Dopiero w styczniu 1958 r. w rękach Iwańskiego znalazło się zaświadczenie parafowane przez komendanta KB Andrzeja Petrykowskiego „Tarnawę” i szefa personalnego tej organizacji Edwarda Biernackiego „Wilka”. Obaj panowie potwierdzili, że Iwański „brał czynny udział w walce z okupantem i pełnił funkcję komendanta oddziału W” oraz że 9 kwietnia 1944 r. został awansowany do stopnia majora204. To pierwszy zapis, w którym pojawia się kryptonim „Oddział W”. Po kilku miesiącach Petrykowski i Biernacki wydali kolejne zaświadczenie. Wynika z niego, że Iwański „w czasie służby konspiracyjnej w latach 1939–1944 nie otrzymywał żadnych dotacji pieniężnych z kasy KB”205. Zapis ten nie pozostawia wątpliwości co do intencji Iwańskiego — miał swoją wagę w wypadku dochodzenia roszczeń o odszkodowanie za działalność okupacyjną. Widoczna jest tu zarazem tendencja do przedstawiania własnej działalności jako całkowicie bezinteresownej.

Uzbrojony w zaświadczenia od „Radosława”, „Żegoty”, „Wilka” i „Tarnawy”, Iwański wrócił do Bernarda Marka, od którego pozyskał kolejne potwierdzenie zasług. Wyszczególniono w nim formy współpracy Iwańskiego z gettem, w tym również nowe elementy: „wykonywanie wyroków śmierci na zdrajców, szmalcowników i konfidentów gestapo”, szkolenie żydowskich oddziałów bojowych oraz „udział w akcji solidarnościowej w okresie powstania w getcie warszawskim”. Wszystkie te fakty miały być potwierdzone przez „zwierzchnie czynniki wojskowe mjr. Iwańskiego z okresu okupacji”206. Zapis ten nie odpowiada stanowi faktycznemu, jako że w cytowanych oświadczeniach oficerów AK i KB nie ma mowy ani o zwalczaniu przez Iwańskiego szmalcownictwa, ani tym bardziej stwierdzeń o udziale grupy Iwańskiego w powstaniu w getcie warszawskim. „Relacje” na temat obu tych kwestii pojawiły się nieco później207. Należy tu podkreślić, że Bernard Mark musiał mieć jakieś zastrzeżenia do tej kwestii, gdyż w drugim wydaniu swojej monografii o powstaniu w getcie dość zdawkowo wypowiadał się o dokonaniach i zasługach Iwańskiego208. Do tej sprawy jeszcze powrócimy.

W kwietniu 1958 r. wśród okolicznościowych artykułów publikowanych z okazji 15. rocznicy powstania w getcie warszawskim ukazał się pierwszy materiał dotyczący zasług Iwańskiego. Nosił tytuł Ostatni transport, a wyszedł spod pióra Władysława Zajdlera „Żarskiego”, podówczas członka sekcji weryfikacyjno-historycznej KB działającej przy ZBoWiD209. Akcja tych wspomnień, jako że autor wciela się w postać uczestnika wydarzeń, toczy się w kwietniu 1943 r. Tematem jest transport broni (poważny arsenał: trzy skrzynie granatów, karabiny, pistolety maszynowe, broń krótka) kanałami do getta (wejście przy Złotej 49, wyjście przy Karmelickiej 4). Pojawia się tu kilka nazwisk bojowców żydowskich (Boruch Federbusz, Moryc Apfelbaum, Chaim Goldberg, Henryk Sobelson), choć i tym razem nazwa organizacji żydowskiej nie jest wymieniona. Tak samo zresztą jak przynależność organizacyjna bohaterskich Polaków — co do ich tożsamości nie może być jednak żadnych wątpliwości. Żarski wspomina bowiem, że o przebiegu akcji zameldował „Tarnawie” i uzgodnił z nim termin kolejnego przerzutu, do którego nie doszło, jak można się domyślać, z powodu wybuchu powstania w getcie210. W dwóch przynajmniej punktach jest to istotna konstatacja. Otóż po pierwsze, wynika z niej, że koordynatorem działań na rzecz getta był nie kto inny jak dowódca KB — Petrykowski, który jak się okazuje, już w 1955 r. rozpoczął w porozumieniu z Iwańskim zbieranie materiałów na temat swoich zasług w akcji pomocy Żydom; o ich zabiegach opowiemy później. Po drugie, z zapisu Zajdlera można wnosić, iż kontakty po wybuchu powstania zostały zerwane.

W tym samym mniej więcej czasie ujawnił się kolejny polski bohater, a zarazem świadek historii powstania i rozwoju konspiracji w warszawskim getcie. Był nim znany nam już doskonale Tadeusz Bednarczyk. W przekazanym do ŻIH rękopisie zatytułowanym Na fali powstańczych wspomnień, noszącym datę 21 kwietnia 1958 r., przedstawił się jako „uczestnik akcji pomocy i dostaw broni do getta i zaopatrzenia i znawca zagadnień getta z racji codziennej w nim bytności przez cały okres jego istnienia”. Bednarczyk, nie zaznaczając, w jakim charakterze funkcjonował w getcie, chwalił się zażyłością z prezesem Adamem Czerniakowem i dawał do zrozumienia, że w opisywanych wydarzeniach odgrywał niepoślednią rolę: „Przygotowania te [do podjęcia walki zbrojnej — D.L., L.W.] widziałem, omawiałem i wspomagałem wraz z KB, aż do dnia 18 kwietnia 1943 r.”. Data powstania „relacji” Bednarczyka nie była przypadkowa — miała ona stanowić uzupełnienie referatu Bernarda Marka wygłoszonego podczas obchodów 15. rocznicy powstania. Bednarczyk dowodził, że działalność „majora” Iwańskiego, „zwierzchnika dla Żydowskiego Związku Walki z ramienia KB”, miała być jedynie fragmentem wielopłaszczyznowej akcji KB na rzecz getta prowadzonej na rozkaz ni mniej ni więcej tylko Naczelnego Wodza gen.Władysława Sikorskiego („Wszelką pomoc finansowo-zaopatrzeniową KB organizował w ramach własnych zasobów finansowych, zasilanych na ten cel przez gen. Sikorskiego, z wyraźnymi wytycznymi niesienia pomocy dla getta”). W ocenie tego dziejopisa Korpusu Bezpieczeństwa organizacja ta miała mieć na polu pomocy Żydom nieporównywalnie większe zasługi niż AK. Ogromne transporty broni miały docierać do getta kanałami, przez właz przy ulicy Karmelickiej 4. Lokalizacja ta została zapewne zaczerpnięta z omawianego wcześniej utworu Zajdlera (Bednarczyk również był członkiem komisji historycznej KB). Podobnie było z nazwiskami dowódców ŻZW: zwierzchnikami oddziałów bojowych mieli być przedwojenny porucznik rezerwy „bohaterski mjr Dawid Moric Apfelbaum” oraz „por. Federbusz”. Bednarczyk dawał do zrozumienia, że orientuje się w kwestii funkcjonowania ŻZW („ich stan przedpowstaniowy wynosił 5 dobrze uzbrojonych plutonów, w czasie walki ten stan był znacznie niższy”)211. Niebawem opowieść Bednarczyka zostanie poważnie rozbudowana o nowe elementy. Zmieni się również perspektywa opisu — Bednarczyk wcieli się w rolę towarzysza broni Iwańskiego i współzałożyciela ŻZW.

Markowi trzeba oddać sprawiedliwość — podjął próbę weryfikacji tych materiałów. W 1958 r. SB otrzymała szczegółowe informacje o treści listu wysłanego przez niego do pułkownika Ludwika Muzyczki, ważnej postaci warszawskiej AK, z prośbą o przysłanie materiałów dotyczących „działalności KB na odcinku pomocy Żydom w okresie okupacji”. Chodziło o: „podanie ogólnej struktury KB z naświetleniem działalności na odcinku pomocy Żydom, danych odnośnie [do] działalności AK na terenie Wołynia w odniesieniu do Żydów oraz naświetlenie niektórych zagadnień związanych z historią KB, a zwłaszcza działalność tej formacji na odcinku pomocy Żydom oraz oddziałom zbrojnym znajdującym się w getcie warszawskim”. Do Muzyczki miał zostać skierowany przez „swojego dobrego znajomego” Władysława Bartoszewskiego jako do osoby kompetentnej. Pisał, że dane te są potrzebne ŻIH do opracowywanych dokumentów historycznych. Informował o otrzymaniu dwóch artykułów na ten temat od Bednarczyka, a także relacji Iwańskiego, Zajdlera i innych212. Odpowiedzi Muzyczki nie znamy213. W następnych latach, o czym napiszemy dalej, miał on potwierdzać wersję członków KB w całej rozciągłości.

Powróćmy tymczasem do materiałów Henryka Iwańskiego. Druga oprócz świadectw oficerów AK i KB oraz „polskich towarzyszy broni”, nie mniej ważna grupa dokumentów legitymizujących jego okupacyjną działalność to zaświadczenia wydane mu przez osoby pochodzenia żydowskiego. W Archiwum ŻIH znajdują się bliźniaczo podobne oświadczenia Kazimierza Madanowskiego (Kałme Mendelsona) i Józefa Niemirskiego (Josefa Celmajstra) wydane 2 grudnia 1959 r. Obaj wraz z rodzinami mieli zostać uratowani z getta przez Iwańskiego i jego małżonkę Wiktorię. To właśnie ich dobroczyńca miał nadać im aryjskie nazwiska i przysposobić do walki z wrogiem. Oświadczenia obu panów ciekawe są także pod względem semantycznym. Iwański opisywany jest tu jako „dowódca specjalnych oddziałów pomocy Żydom w okresie okupacji hitlerowskiej” (Niemirski), a nawet „komendant ochrony specjalnych oddziałów życia i zdrowia i niesienia wszelkiej pomocy obywatelom polskim pochodzenia żydowskiego w getcie warszawskim i poza nim” (Madanowski). Ten pierwszy wspomina o śmierci syna Iwańskiego podczas ewakuacji kanałami rannych bojowców z getta. Z kolei Madanowski sugeruje, że zły stan zdrowia „Bystrego” wiąże się „z ranami otrzymanymi w getcie przy pomocy zbrojnej Żydom”214. Istotnym uzupełnieniem tych dokumentów są materiały wytworzone w dniach 27 i 28 listopada 1959 r. Są to: zachowane w dwóch wersjach oświadczenie Madanowskiego, sporządzone zapewne na użytek Iwańskiego, i analogiczny dokument wręczony Madanowskiemu przez Iwańskiego. Oba znajdują się w Archiwum Instytutu Żabotyńskiego w Tel Awiwie — w Polsce odpisów brak — zabrała je ze sobą prawdopodobnie Chaja Lazar215. W tekście sygnowanym przez Madanowskiego pojawia się kilka elementów zasadniczych z punktu widzenia bajecznych dziejów ŻZW. Madanowski (1902–1985) występuje tu jako spiritus movens oporu w dzielnicy żydowskiej. Tutaj po raz pierwszy bodaj pojawia się wątek ŻZW jako organizacji utworzonej przez oficerów WP. Narrator przedstawia się jako zmobilizowany w sierpniu 1939 r. podchorąży rezerwy, który nie dotarł do 21. Pułku Piechoty, do którego miał przydział mobilizacyjny. Trudno dać wiarę zapewnieniu, że został awansowany na podporucznika. Zostawmy jednak na razie kwestię stopnia wojskowego Madanowskiego. Istotniejsze są bowiem szczegóły dotyczące powstania żydowskiej organizacji zbrojnej: „Po wkroczeniu okupanta hitlerowskiego — rzecze Madanowski 27 listopada 1959 r. — nie zgłosiłem się jako oficer, by być wywiezionym i internowanym w obozie jenieckim. Rodzina moja i córka przebywały w małym getcie. […] Powstało postanowienie walki zbrojnej i obrony getta. Po naradzie — złożeniu przysięgi w kilku powstał zalążek oporu w osobach: Lipiński Jan (Lipszyc Jankiel), por. WP Apfelbaum Maurycy, por. (Białoskórnik Chaim) Białoskóra Roman, z rodziny futrzarzy. Nazwa zalążka początkowo «Świt», a następnie Żydowski Związek Walki. Dowódca D[awid] Apfelbaum ps. «Kowal» […] przyjął od nas przysięgę, «oficerskie słowo honoru». Nawiązaliśmy łączność i podporządkowaliśmy się dowódcy majorowi «Bystremu»”. Nieco inaczej wygląda sprawa wedle wersji spisanej następnego dnia: „Hitlerowcy buszowali w getcie, jak chcieli i gdzie chcieli, wyłapując na razie oficerów Żydów. Porozumiałem się z kilkoma kolegami oficerami i założyliśmy Związek Tajnej Organizacji Wojskowej w Getcie. Było nam trudno i ciężko, wiedzieliśmy, że bez poparcia i oparcia ze strony «aryjskiej» […] nie damy rady, a więc Lipiński Jan (Lipszyc Jankiel) por. WP, Apfelbański Maurycy por. (Apfelbaum Dawid) z rodziny futrzarzy, Białoskóra Roman ppor. (Białoskórnik Chaim) zawiązali kontakt ze swym znajomym Iwańskim Henrykiem, kapitanem WP, komendantem już przez niego utworzonego oddziału o nazwie WZWZ, stacjonującego na terenie szpitala św. Stanisława. […] od tej pory nasza Organizacja w getto przyjęła konkretne kształty w postaci zasilania jej we wszystko, co było jej potrzebne. Przyjęliśmy nazwę «Świt», a później Żydowski Związek Walki”. Nie ulega wątpliwości, że druga wersja powstała pod dyktando i pod czujnym okiem Iwańskiego. Zanim przejdziemy do omawiania sprzeczności, od których się tutaj roi, zwróćmy uwagę na fakt o kapitalnym znaczeniu — organizacja, o której mowa, powstała dopiero po utworzeniu getta, czyli najwcześniej pod koniec 1940 r. Tym samym przekaz ten różni się zasadniczo od wersji kanonicznej. Wedle pierwszej wersji, nazwa „Świt” pojawiła się jeszcze w getcie, wedle drugiej — dopiero po spotkaniu z Iwańskim. Wedle pierwszej z futrzarzy pochodzi Białoskóra, wedle drugiej Apfelbaum. Ważniejsze, że nie jest pewne, czy był on wysunięty na dowódcę jeszcze w getcie, czy dopiero po nawiązaniu relacji z Polakami. W drugiej wersji Madanowski pisze prostodusznie: „Apfelbauma mianowaliśmy majorem i przyrzekliśmy oficerskim słowem honoru słuchać jego rozkazów”. Dziwna to zaiste polityka awansowa. Ale to nie koniec rewelacji: w obu tekstach pojawia się słynny już niebawem sygnet: „Znakiem naszym był pierścień identyczny w posiadaniu dowódcy «Mietka» i «Bystrego». Pierścień posiadał wyrytą w kamieniu gwiazdę syjońską z siódemką wewnątrz i zwierzęciem ofiarnym barankiem i znakiem Dawida lwem”216. Motyw ten pojawia się w relacjach o ŻZW po raz pierwszy. Przyjrzyjmy się na koniec nazwiskom występującym w obu relacjach. W sztabie mieli być jeszcze Herman Łopato i Kalisman Zobelson, pojawia się też znany nam już Józef Niemirski. Nie ma tu natomiast historycznych przywódców ŻZW — Pawła Frenkla i Leona Rodala. Nazwy Betar czy rewizjoniści nie są w ogóle wzmiankowane. Pierwszoplanową postacią obu tekstów jest bezsprzecznie Iwański. Apfelbaum, choć niewątpliwie istotny, jest raczej postacią z tła. Tutaj też bodaj po raz pierwszy pojawiają się jego konspiracyjne pseudonimy. Podane są też konspiracyjne pseudonimy Madanowskiego: w getcie miał występować jako „Kałmyk”, „Lew”, po aryjskiej stronie jako „Gruda” i „Zakopiańczyk”.

Trzecim, może nawet najistotniejszym, wątkiem przewijającym się w tych tekstach jest uczestnictwo naszych bohaterów w powstaniu w getcie. Wedle pierwszej wersji Madanowski miał być kontuzjowany na placu Muranowskim, zostać przetransportowany przez brata „Bystrego” Wacława na ulicę Karmelicką 4. Po kilku dniach miał wrócić do akcji: dostarczać broń i amunicję, żywność i środki opatrunkowe i transportować rannych na stronę aryjską. W czasie tych akcji mieli zostać ranni Madanowski i „Bystry”. Brat Iwańskiego Edward miał paść w walce, a syn zostać kontuzjowany i wyzionąć ducha po przeniesieniu na stronę aryjską. Druga wersja zawiera bardzo istotny, jak się niebawem okaże, szczegół: do oddziału żydowskiego „Mietka” na Muranowskiej dołączyć miał czteroosobowy oddział przysłany przez „Bystrego”. Osiemnastoosobowy oddział Madanowskiego miał zostać kompletnie rozbity, bojowcy zaś polegli w walce. Szczególnie interesujące są szczegóły dotyczące śmierci krewnych „Bystrego”: „zostaliśmy napadnięci i ostrzelani z broni maszynowej przez większy oddział hitlerowskich szperaczy i wówczas został ciężko rany w głowę «Bystry», brat jego «Edward» został zabity i pozostał w getcie, syn «Bystrego» tak był postrzelany, że zabrany do kanału przez żołnierzy wraz z «Bystrym» i ze mną”. Jest to zaczątek opowieści o słynnej później „bitwie” na placu Muranowskim. Obie relacje Madanowskiego są w tym punkcie dość chaotyczne i mało precyzyjne (brak choćby dat dziennych). Dokumentują one kluczowy moment prac nad kodyfikacją dziejów KB i ŻZW. Widać tu wspólny wysiłek Madanowskiego i Iwańskiego nad chronologią, treścią i strukturą opowieści. Z tego surowego pod wieloma względami materiału powstanie niebawem spójna opowieść.

Pora na lekturę wspomnianego już oświadczenia Iwańskiego o zasługach Madanowskiego. I tu niespodzianka, jako że pojawia się w nim kolejna wersja powstania ŻZW: „Żonę swoją i córkę Madanowski pozostawił u mnie na stronie aryjskiej, a sam poszedł do getta warszawskiego i z pomocą innych Żydów utworzył wojskową organizację przeciwhitlerowską, o nazwie Żydowski Związek Walki. Wraz z innymi Żydami brał ode mnie uzbrojenie dla tej organizacji, której został oficerem i dowódcą jednego z oddziałów, brał czynny udział z bronią w ręku na czele swego oddziału w powstaniu w getcie, gdzie został ciężko ranny, a prawie wszyscy jego ludzie zginęli w walce z hitlerowcami. […] Wyniesiony z getta wraz z innymi rannymi — kanałami przeze mnie i moich ludzi, jeszcze niezupełnie wyleczony i chory uprosił, by mógł brać udział w ratowaniu Żydów z getta wraz ze mną i moimi ludźmi poprzez dostarczanie im żywności, walczącym tu i tam, broni, amunicji i granatów, przy akcjach tych został ponownie ciężko ranny, tak że dziś nie posiada on już zupełnie zdrowia. Zachowanie Madanowskiego było zawsze bohaterskie i wykazywał wielkie ludzkie serce, a w walce z hitlerowcami był nieustraszony. Za te przymioty jako jeden z byłych jego dowódców wyrażam mu serdeczne podziękowanie i uznanie”217.

W Archiwum Instytutu Żabotyńskiego znajduje się również pochodzące zapewne z tego samego okresu oświadczenie o heroicznych dokonaniach Madanowskiego podpisane przez Józefa Niemirskiego. Potwierdza on przynależność kolegi do Żydowskiego Związku Walki w charakterze „oficera sztabowego” (sic!) i jego kontakty z „Bystrym”. Madanowski miał „kierować” akcją wyprowadzania z getta dzieci żydowskich oraz brać udział w powstaniu na czele swego oddziału. Niemirski pisze: „na czele swego oddziału brał czynny udział z bronią w ręku, gdzie rzeczywiście zachowywał się bohatersko, był ciężko ranny, a jego żołnierze zabici, lub ranni, opatrywani byli w getcie przeze mnie. Przedtem jeszcze z rozkazu komendanta majora «Bystrego» pomagałem Madanowskiemu wyprowadzać podkopami i kanałami ludzi z getta w większych ilościach”218. Nie natrafiliśmy na analogiczny dokument wystawiony przez „Kałmyka” Niemirskiemu. Do osoby Madanowskiego, jak się okazuje kluczowej dla tworzenia historii ŻZW, i jego relacji z Niemirskim jeszcze wielokrotnie powrócimy. Dodajmy tylko, że już 26 listopada 1959 r., a więc jeszcze przed sporządzeniem obu wersji omawianej relacji, Madanowski otrzymał zaświadczenie wystawione przez dyrektora Marka, stwierdzające, iż przebywał w getcie do maja 1943 r., był uczestnikiem konspiracji od roku 1940 i brał udział w „słynnym boju [podkreślenie nasze — D.L., L.W.] na placu Muranowskim, a potem prowadził działalność konspiracyjną na polu ratowania Żydów. A następnie walczył w Powstaniu Warszawskim”219. Dodajmy dla porządku — nazwisko Madanowskiego nie pojawia się w monografii powstania w getcie pióra Marka.

Nagły wysyp materiałów autobiograficznych wskazuje na gorączkową aktywność grupy Iwańskiego. Trzy tygodnie przed spisaniem relacji Madanowskiego Iwański wraz z małżonką wystosowali do Cywii Lubetkin „Celiny” z ŻOB list, który stanowi kolejne ogniwo legendy Iwańskiego, a co za tym idzie preparowania dziejów ŻZW. Czytamy tu, że już w październiku 1939 r. premier rządu polskiego na emigracji, a zarazem naczelny wódz armii polskiej gen. Władysław Sikorski „postanowił utworzyć […] oddział pomocy Żydom”, którym „dowodzić miał człowiek doświadczony w walkach z Niemcami”. Iwański wyznaje prostodusznie: „wybrano mnie […]. Zebrałem się ze znajomymi Żydami z getta warszawskiego i założyliśmy w getcie organizację Żydowski Związek Walki — taki otrzymałem rozkaz i im dostarczałem broń i amunicję, granaty przed powstaniem w getcie, w czasie powstania i po powstaniu”. Passus o gen. Sikorskim został zapożyczony z omawianej wcześniej „relacji” Bednarczyka. Mowa tu również o starciu zbrojnym z udziałem Iwańskiego, w którym ponieśli śmierć członkowie jego rodziny („w akcjach tych stracił życie mój syn, bracia i ja sam zostałem b[ardzo] ciężko ranny w głowę”)220. List pozostał bez odpowiedzi221.

Wątek dotyczący walk w getcie został rozwinięty przez dawnych podwładnych Iwańskiego. 2 grudnia 1959 r., czyli tego samego dnia co Madanowski i Niemirski (zbieżność raczej nieprzypadkowa), oświadczenie o działalności Iwańskiego złożył urodzony w 1903 r. Józef Lejewski „Grabarz”, przedstawiający się jako były sierżant KB. Przyznawał się w nim nie tylko do uczestnictwa w akcjach dostarczania broni do getta i wyprowadzania stamtąd Żydów, lecz także do udziału w walce z bronią w ręku na terenie getta. Twierdził, że na rozkaz „Bystrego” wraz z czterema żołnierzami wszedł na teren getta, gdzie miał walczyć w oddziale Kałme Mendelsona na Muranowskiej. Jest to właśnie ni mniej ni więcej, tylko dowódca czteroosobowej grupy, o której mowa w drugiej wersji oświadczenia Madanowskiego. Tutaj jednak pojawia się zupełnie nowy element tej historii. Lejewski pisze: „w tym samym czasie komandor «Bystry» na czele swego oddziału z 16-toma ludźmi zaatakował hitlerowców od strony «aryjskiej» i wdarł się do getta, gdzie wziął udział zbrojny przeciw hitlerowcom wraz z oddziałami […] Żydowskiego Związku Walki”222. W zeznaniu Lejewskiego brak jeszcze daty dziennej tego bohaterskiego epizodu. Motyw ten zostanie już niebawem rozbudowany i urośnie do rangi „bitwy” na placu Muranowskim 27 kwietnia 1943 r. Historia udziału Lejewskiego w powstaniu w getcie musiała być opowiadana, a może nawet spisana już wcześniej. Wskazuje na to zaświadczenie o zasługach Lejewskiego wydane przez niezastąpionego Bernarda Marka. Podobnie jak przywoływane zaświadczenie Madanowskiego nosi ono datę 26 listopada 1959 r.223

Klasyczny opis „bitwy” wyszedł spod pióra wspomnianego już Władysława Zajdlera „Żarskiego”. W styczniu 1960 r. przekazał on do ŻIH pierwszy zapis na temat swojej działalności na rzecz ŻZW. Pojawiają się w nim nazwiska Żydów, z którymi oddział „Bystrego” miał pozostawać w kontakcie (Mendelson, Konar [sic!], Rodal, Białoskóra, Lipszyc, Federbusz). Najważniejszym spośród bojowców żydowskich był rzecz jasna Dawid Apfelbaum, określony mianem „Głównego Komendanta Żydowskiego Związku Walki” i nazwany „legendarnym bohaterem i wielkim bojownikiem o sprawę honoru i bezpieczeństwa Żydów”. Miał on paść „w bitwie z hitlerowcami na placu Muranowskim dnia 27 kwietnia 1943 r.”. Oto jej opis: „«Bystry» wraz ze mną na czele swego oddziału zaatakował hitlerowców od strony «aryjskiej» z ul. Muranowskiej, obrzucił nieprzyjaciela ogniem granatów, z broni maszynowej i po wejściu do getta wraz z oddziałami żydowskimi z ŻZW odparł Niemców, co umożliwiło wyjście dużemu oddziałowi Żydów z getta”. Przy życiu pozostali jedynie Iwański, Lejewski, Mendelson i Zajdler224. Więcej szczegółów znalazło się w kolejnej relacji Zajdlera, której obszerne fragmenty zamieścił w kwietniu 1962 r. organ prasowy PZPR „Za Wolność i Lud”225. I tym razem „Żarski” występuje w roli naocznego świadka i zastępcy Iwańskiego. Oddział, który na rozkaz Komendy Głównej KB wszedł tym razem do getta tunelem około godziny 10 rano, miał liczyć 18 osób i być uzbrojony w broń automatyczną. Dowódcą odcinka na Muranowskiej miał być Apfelbaum, któremu „Bystry” złożył raport (sic!). Niemiecki atak z udziałem dwóch czołgów „Pantera” (sic!) miał się zacząć o godzinie 12, a zakończyć o 17. Zdziesiątkowany oddział miał się wycofać na stronę aryjską. W tekście pojawiają się nazwiska bojowców ŻZW, wśród nich również nazwisko Rodala. Głównym bohaterem pozostaje wszelako Apfelbaum. Tekst kończy się wzruszającą sceną: „Zwróciłem się do rannego Apfelbauma […] — dlaczego ty, Mietku, nie idziesz? Widzisz, jestem ranny, ale tak długo, jak moja głowa pracuje, muszę zostać tutaj. Mam swoich ludzi i nie mogę ich zostawić”. W wersji przechowywanej w ŻIH jego wypowiedź ma jednak ciąg dalszy: „Dożyłem najpiękniejszej chwili — chwili, dla której poświęciłem wszystko. Zobaczyłem mój naród w walce, w walce, w której musi zwyciężyć, chcę być w tej walce do końca”. Fragment ten jest dziwnie znajomy — przypomina powszechnie znany list Mordechaja Anielewicza do Icchaka Cukiermana z 23 kwietnia 1943 r.226 Pod koniec 1961 r. Iwański ostatecznie określił swoje organizacyjne afiliacje: Wojskowy Związek Walki Zbrojnej (oddział W) wszedł w skład Organizacji Wojskowej (OW), następnie Zbrojnego Wyzwolenia, Kadry Bezpieczeństwa, a wreszcie Korpusu Bezpieczeństwa, który był częścią AK227.

W tym samym czasie na łamach „Prawa i Życia” ukazał się wspominany już parokrotnie przełomowy artykuł Bednarczyka pt. Wina. Zanim jednak przejdziemy do analizy tego tekstu, zatrzymajmy się przez moment nad „relacją” Bednarczyka przekazaną Bernardowi Markowi w listopadzie 1961 r.228 ŻZW miał powstać w grudniu 1939 r., a jego członkowie rekrutować się z kręgów inteligencji żydowskiej — zwolenników gen. Sikorskiego (o Betarze i ruchu rewizjonistycznym w ogóle nie wspomniano). ŻZW miał działać w ramach Organizacji Wojskowej i być podporządkowany Centralnemu Komitetowi Organizacji Niepodległościowych (CKON). Inicjatorem stworzenia oddziału Iwańskiego, któremu zlecona została akcja pomocy Żydom, miał być jednak komendant współpracującej z OW organizacji konspiracyjnej Zbrojne Wyzwolenie Andrzej Petrykowski. ŻZW to jedyna organizacja działająca w getcie warszawskim do połowy 1942 r. Nie dość na tym — ŻZW miał istnieć również poza Warszawą: w Lublinie, we Lwowie (tu miał go organizować znany nam Władysław Zajdler) oraz w Stanisławowie229. OW-KB na przełomie 1941 i 1942 r. miało wyprowadzić z getta około 3000 Żydów oraz dostarczać gettu broń. Na uwagę zasługuje passus dotyczący powstania w getcie: „W czasie powstania major Iwański z oddziałem walczył jeden dzień w środku getta (21 IV 1943) i potem wyprowadził około 40 żołnierzy ŻZW z rannym por. «Kałmykiem» (zabrano trupa Rodala). Na ten sam dzień przygotowana była druga akcja odsieczy od strony pl. Krasińskich (i Długiej), przygotowana przez kapitana «Smoka» — H[ieronima] Bajona, lecz z getta nie padł znak do odsieczy, bo nie przybył na to miejsce oddział ŻZW, dlatego też druga odsiecz nie nastąpiła”. Z tego zapisu płynie wniosek, że Bednarczyk nie znał przekazanej Markowi relacji Zajdlera na temat walk na placu Muranowskim! Zostawmy jednak na razie wyjaśnienie tej zagadki. Zwróćmy za to uwagę na przesłanie Bednarczyka skierowane do dyrektora ŻIH. Ubolewając nad wynikającym z powodów politycznych przemilczaniem zasług KB, autor stwierdzał: „Brak klimatu dla tego wycinka historii spowodował, że nie dążyliśmy do zgromadzenia relacji — materiałów historycznych, dlatego znamy go wycinkowo, dlatego dane liczbowe nie są ścisłe, często zaniżone, wymagają stałych poprawek i oszlifowania. Ale kto to ma zrobić? Mamy dość kłopotów życia prywatnego i uganiania się za zarobkiem, brak więc czasu na darmowe pozabiurówki historyczne. A bez nas nikt obcy tego nie zbierze, bo ludzie nie chcą mówić. Szkoda byłoby, żeby wysiłki tak okropnych czasów przepadły dla historii. Tym bardziej że ludzie w rodzaju neohitlerowskich propagandystów w NRF i USA, a nawet w Izraelu, w rodzaju Miriam Novitsch230 czy dr. Iserlesa231 bądź Urisa232, fałszują prawdę bądź jej nie znają, tym niemniej oszukują opinię światową złymi informacjami, którym trzeba położyć kres, a nikt nie może zrobić w tym więcej jak ŻIH. I od ŻIH i jego pomocy zależy zebranie odpowiednich materiałów z tych czasów”.

Czas na analizę Winy. Tytuł tekstu, zupełnie nieadekwatny do treści, został wybrany nieprzypadkowo — obok zamieszczono bowiem artykuł zatytułowany Kara, nawiązujący do toczącego się w Jerozolimie procesu Eichmanna. Z noty odredakcyjnej wynika, że tekst powstał na zamówienie („Redakcja […] poprosiła autora o podzielenie się niektórymi ciekawymi a nieznanymi szerszej szczegółami z działalności i wydarzeń z tamtych smutnych czasów”). Trudno rozstrzygnąć, czy Bednarczyk po prostu nadesłał materiał do „Prawa i Życia”, czy też został on wcześniej zamówiony. Nie jest to sprawa błaha, jeśli wziąć pod uwagę ówczesne uwarunkowania, związane choćby z istnieniem cenzury. Zwłaszcza że nawet dla osób niebędących profesjonalnymi historykami narracja Bednarczyka dość znacząco, najoględniej mówiąc, odbiegała od obowiązującego stanu wiedzy. „Bednarz” podobnie jak Zajdler prezentuje się czytelnikom jako kluczowy świadek i uczestnik wydarzeń. Jest nie tylko współzałożycielem ŻZW, lecz także partnerem Adama Czerniakowa, który jakoby również był członkiem tej organizacji. Tym razem w tworzeniu OW-KB i ŻZW uczestniczyć miała ponadto córka gen. Sikorskiego Zofia Leśniewska233. Tekst Bednarczyka ma inną niż „Żarskiego” strukturę — nie jest to zbeletryzowany opis własnych przeżyć, ale uporządkowana wizja dziejów KB i ŻZW. Nie popadając w przesadę, można potraktować ten tekst jako pierwsze ogólne ujęcie dziejów ŻZW à la KB. Stanowi twórcze rozwinięcie wszystkich wątków pojawiających się w pseudokombatanckich opowieściach i osadzenie działań poszczególnych osób w szerszym kontekście. Bednarczykowi znany był passus poświęcony ŻZW z książki Ringelbluma Stosunki polsko-żydowskie i rzecz jasna praca Bernarda Marka. Zarzucił nawet obu historykom, nie bez racji zresztą, zbyt pobieżne potraktowanie dziejów ŻZW. Postąpił przy tym jednak z właściwą sobie dezynwolturą, uznając priorytet ŻZW nad ŻOB: „ŻZW był pierwszą i do połowy 1942 r. jedyną wojskową organizacją getta”. Takie postawienie sprawy musiało podziałać na wyobraźnię izraelskich czytelników tekstu Bednarczyka. Nie był to bynajmniej koniec rewelacji. „Bednarz” dowodził również, że to ŻZW, a konkretnie oddział pod dowództwem Apfelbauma, jako jedyny brał udział w walkach 18 stycznia 1943 r. („było to pierwsze starcie zbrojne żołnierzy żydowskich z Niemcami, które podniosło Żydów na duchu, a z drugiej strony wybitnie poprawiło opinię Żydom po stronie aryjskiej”). W poprzednich „relacjach” Bednarczyka wystąpiły zaledwie trzy nazwiska żydowskich bojowców: Apfelbaum, Federbusz i Mendelson. Tutaj oprócz nich pojawia się postać niejakiego Alfreda Bermana (sic!), który miałby być równy funkcją Rodalowi (obaj mieli podlegać Apfelbaumowi) na placu Muranowskim! Ze strony polskiej głównym protagonistą pozostał Iwański. Rola samego Bednarczyka, choć nadal rysuje się niewyraźnie, ewidentnie zyskuje na znaczeniu. To on miałby przekazać do getta wiadomość o przygotowaniach Niemców do ataku na getto. Zasadnicza część tekstu poświęcona jest „bitwie” na placu Muranowskim. Podstawowe szczegóły dotyczące ostatniego, najbardziej heroicznego epizodu powstańczego pochodziły, a jakże, z narracji Zajdlera. I tym razem jednak Bednarczyk znalazł dla siebie właściwe miejsce: „major Iwański, ja, major Zbyszek-Nowina Petrykowski, kapitan Żarski-Zajdler, kapitan Sawa-Wrzesiński, Gościmski i szereg innych oficerów OW-KB obserwowaliśmy codziennie lornetami z przyległych ulic rozwój wypadków i walk. Szykowaliśmy nową akcję zbrojną pomocy dla umożliwienia wyprowadzenia z getta bojowych grup żydowskich. Szczególnie ciekawił nas teren placu Muranowskiego, gdzie ponownie zaobserwowaliśmy aktywność powstańców i gdzie mieliśmy nadzieję odnaleźć żołnierzy ŻZW. Akcję major Iwański naznaczył na 27 kwietnia. Iwański z Żarskim i z półplutonem [sic!] miał uderzyć od strony ul. Muranowskiej 6, a mjr «Smok» — H[ieronim] Bajon z półplutonem ukrytym […] miał w razie potrzeby, przy przebijaniu się ewentualnym oddziału Iwańskiego na ulicę Bonifraterską, przyjść mu z pomocą”. Wymienieni Gościmski, Wrzesiński, Bajon i brat „Tarnawy” Zbigniew to kolejni koledzy z KB, którzy zostali wpisani do historii ŻZW. Opis samej bitwy i ewakuacji nie odbiega znacząco od tekstu Zajdlera. „W zasadniczym boju 27 kwietnia 1943 r. zginęli prawie wszyscy dowódcy oddziałów ŻZW z placu Muranowskiego. Ratując honor, oddali swoje życie. Byli to bohaterowie ruchu oporu z ŻZW i bohaterowie narodu żydowskiego, bohaterowie wspólnej walki polsko-żydowskiej, przeciwko niewoli i bestialstwu hitlerowskiemu”. Warte odnotowania jest pominięcie członków rodziny „Bystrego”.

Bednarczyk i osoby, w których imieniu działał, osiągnęły swój cel. Mimo że w Polsce tekst jego przeszedł praktycznie bez echa i nigdy później, w przeciwieństwie do tekstu Zajdlera, nie był przedrukowywany, został zauważony za granicą i uruchomił inicjatywę, która doprowadziła do zasadniczego skorygowania pierwszej monografii ŻZW. Gdy w czerwcu 1962 r. pojawiła się w Polsce Chaja Lazar, peerelowska historia ŻZW była już w najważniejszych szczegółach opracowana. Głównymi postaciami dramatu byli ze strony żydowskiej Dawid Moryc Apfelbaum i Kałme Mendelson, a ze strony polskiej Henryk Iwański, Władysław Zajdler, Andrzej Petrykowski, Tadeusz Bednarczyk, nie licząc całej plejady współtowarzyszy. Wszyscy oni znaleźli poczesne miejsce na kartach Muranowskiej 7. Okazany Chai Lazar „sygnet Apfelbauma” wyeksponowano na obwolucie książki. Nie inaczej było w PRL — w wydanej wiosną 1963 r. kolejnej publikacji Marka na temat powstania zasługi grupy „Bystrego” zostały odpowiednio docenione. Opisane przez Zajdlera walki na placu Muranowskim urosły do rozmiarów „wielkiej bitwy”.

Rozdział III
W STRONĘ DEKONSTRUKCJI

PIERWSZA WERSJA BOHATERSKIEJ AUTOBIOGRAFII

Wskazywaliśmy już na niektóre sprzeczności, niekonsekwencje i fantazje pojawiające się w powojennych relacjach. Kolejnym krokiem procedury weryfikacyjnej jest zestawienie „klasycznej” wykładni dziejów ŻZW-KB z pierwszą relacją, jaka wyszła z kręgu Henryka Iwańskiego. Nosi ona datę 18 czerwca 1948 r. i poświadczona jest, tak samo jak omawiane już materiały, przez warszawskiego notariusza Henryka Włoskowicza234. Figurują pod nią podpisy 18 osób — pracowników szpitala przy ul. Wolskiej 37, zarówno lekarzy, jak i personelu administracyjnego i technicznego, podkomendnych i znajomych Iwańskiego, a także jednego księdza. Byli to: Paweł Kowalski „Roch”, Marian Tadeusz Kowalski „Sęp”, Zdzisław Gościmski, Stanisław Muszyński, Władysław Góra, Kazimierz Piekarzewski, Apoloniusz Kozakowski, Stanisław Kozakowski, Wacław Kozakowski, ks. Tadeusz Nowotko, Wanda Skoczek, dr Jan Trzebiński, dr Józef Mateuszczyk, dr Józef Gackowski, Stefania Szczepańska, Wojciech Mochalski. Na podstawie tej relacji235 Żydowski Instytut Historyczny wystawił Iwańskiemu zaświadczenie, iż „okazywał czynną materialną pomoc (dostarczanie broni) i moralną uczestnikom powstania w getcie” oraz że ukrywał Żydów w swoim mieszkaniu236. „Bystry” w tym okresie kilkakrotnie odwiedzał Blumentala i przedstawiał nieznane mu epizody z powstania w getcie. Jak wspominał po latach ten historyk, postać Iwańskiego i jego opowieści wywoływały w nim początkowo mieszane uczucia: „Jedną z najbardziej tajemniczych postaci z okresu Zagłady i powstania, mającej chyba decydujący wpływ na rozwój ŻZW, był Henryk Iwański. […] Ten odważny bojownik podziemia, jeden ze Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, który nieraz ryzykował swoje życie, ratując Żydów, odwiedzał mnie często w moim domu w Warszawie w pierwszych latach po wojnie i wspominał o pomocy Żydom, tunelu pod ulicą Muranowską etc. Słuchałem w skupieniu jego opowieści, czasem wątpiąc w ich wiarygodność. Sam nie wiedziałem, jak traktować tego człowieka i jego opowieści. Cytował fragmenty z Nowego Testamentu, który zawsze nosił pod pachą, wskazując na odrodzenie Izraela zwiastujące nowy okres w dziejach ludzkości. Należał do sekty tzw. Świadków Jehowy i o ile się nie mylę, był kapłanem i kaznodzieją”237. Ostatecznie jednak Blumental uwierzył w historię Iwańskiego i stał się jednym z głównych rzeczników uhonorowania go przez Yad Vashem. Na podstawie informacji uzyskanej od Dawida Płońskiego można datować początek jego kontaktów z ŻIH nawet na 1947 r.238

Relacja z czerwca 1948 r. nosi tytuł „Wojskowy Związek Walki Zbrojnej”. Organizacja o tej nazwie miała być jedną z pierwszych formacji konspiracyjnych w Warszawie. Idea jej utworzenia miała wyjść od pracowników szpitala św. Stanisława przy ulicy Wolskiej 37. Nie dowiemy się jednak niczego o jej twórcach ani o ich działalności we wrześniu 1939 r. Poprzestaje się na stwierdzeniu, że „dogodnie położony” zakaźny „szpital z natury rzeczy odstraszał Niemców”. Nawiązano kontakt z innymi organizacjami konspiracyjnymi, między innymi z pracownikami żydowskiego szpitala na Czystem. Szczegółowo opisano formy działalności konspiracyjnej (wystawianie zaświadczeń lekarskich, przechowywanie osób aresztowanych, zwłaszcza Żydów, skupowanie i przechowywanie broni, wyrób granatów, tzw. filipinek, kolportaż wydawnictw konspiracyjnych, utrzymywanie łączności z innymi organizacjami; przewożenie zagrożonych, szczególnie Żydów, na wschód, szkolenie oddziałów wojskowych). Jednym z głównych pól działalności organizacji miały być sprawy żydowskie: „Dzięki nawiązaniu kontaktu z Żydami rozpoczęto szeroko zakrojoną akcję […] Skoczek, który był uprzednio gospodarzem szpitala na Czystem, skomunikował się z dr. Celmajstrem, ordynatorem tego szpitala. Dr Maurycy Goldfarb oraz dr Temerson […] odbyli pierwszą konferencję w mieszkaniu dr. [Ignacego Romana] Szpilkowskiego na ulicy Nowogrodzkiej już w końcu 1939 r. Ze strony chrześcijan wzięli udział: Iwański, [Jan] Skoczek, Szpilkowski oraz ob. «Helena», która dzięki szwagrowi miała również swoje kontakty. Na konferencji tej ustalono ze strony Związku Walki Zbrojnej [sic!] pomoc dla Żydów oraz jej zakres, tudzież natychmiastowy przerzut zagrożonych aresztowaniem Żydów i ich przechowywanie do czasu nawiązania kontaktu z komendantem bazy «Wschód» Zdzisławem Gościmskim, noszącym warszawski pseudonim «Grabiec»”. Jasne jest, że mamy do czynienia z pierwotną wersją kanonicznej opowieści o spotkaniu założycielskim ŻZW, z tym jednak, że oprócz Iwańskiego występują tu zupełnie inni bohaterowie. Zapamiętajmy obok znanego nam już Celmajstra-Niemirskiego kilka nazwisk przewijających się w tej relacji; przede wszystkim Jana Skoczka, który w lutym 1944 r. został aresztowany i stracony w następstwie handlu bronią, oraz najbliższych towarzyszy broni „Bystrego”: Pawła Kowalskiego „Rocha”, a przede wszystkim Mariana Tadeusza Kowalskiego „Sępa”. Relacja zawiera nazwiska, a czasem tylko imiona bądź pseudonimy kilkunastu Żydów, pozostających w kontakcie z grupą Iwańskiego. Są to oprócz Celmajstra Jan Łopata, Józef Łopata, Tomasz Wajnsztok, dr Temerson, Jankiel Kamień z dwoma synami (Chaimem i Dudkiem), „Józek”, „Paweł”, Boruch Federbusz, Chaim Goldberg, Mieczysław Apfelbaum, Henryk Sobelson, Pika. Zwracają uwagę nazwiska bojowców ŻZW pojawiające się w innych źródłach: braci Łopatów, Jana Piki oraz osoby ukrywającej się pod pseudonimem „Paweł”. Porównajmy tę listę z osobami występującymi w późniejszych relacjach: próżno szukać tu Henryka Lipszyca, Romana Białoskóry, przede wszystkim zaś brakuje Kazimierza Madanowskiego. Nazwisko to pojawia się w odręcznej notatce jednego z sygnatariuszy relacji, zamieszkałej w Radości Stefanii Szczepańskiej, która przyznaje się, że z polecenia „Bystrego” przechowywała osoby pochodzenia żydowskiego, wśród nich jakiegoś Madanowskiego239. To nie wszystko: zadziwiająco niewiele miejsca ten siedmiostronicowy dokument poświęca powstaniu w getcie. Co więcej, fragment dotyczący tego epizodu jest niezwykle znaczący: „Już przed upadkiem powstania żydowskiego przerzucano Żydów z getta przez podkopy od kościoła na Lesznie do domów po stronie aryjskiej naprzeciwko. Akcję tę prowadził Iwański Henryk wraz ze swym bratem Wacławem, «Sępem» Kowalskim oraz innymi. Przeprowadzono między innymi Janinę [nazwisko nieczytelne] z 2 dzieci, Rachelę Dudek z 10-letnią córką Rojzą, Gusińską Annę z synem Morycem. Na prośbę mjr. Apfelbauma Mieczysława przeprowadzono dwóch skoczków sowieckich z getta, Aleksego Konstieniowa i Fedora”. I dalej: „Po upadku powstania w getto z dzielnicy żydowskiej do dzielnicy aryjskiej przeszła grupa bojowników Żydów złożona z 34 osób w pełnym uzbrojeniu, m.in. Łopata, Pika i Paweł. […] Muranowska 6, gdzie schroniła się na IV piętrze tegoż domu. Grupę tę podjął kpt. «Bystry» z zastępcą swoim w tej akcji ppor. «Sępem» [Marianem Tadeuszem] Kowalskim wraz z Iwańskim Wacławem i innymi, przeprowadzając ją do szpitala św. Stanisława na Wolskiej, gdzie Paweł «Roch» Kowalski przechował ich […] w mieszkaniu Skoczkowej [żony Jana Skoczka — D.L., L.W.] i na sianie oraz w kotłowni w szopie straży ogniowej. Grupę tę częściowo przewiózł karawanem ppor. «Sęp» Kowalski na kolonię Błoto k. Michalina. Reszta Żydów wyszła ze szpitala na własną prośbę, przeprowadzona przez ludzi kpt. «Bystrego» z innymi. Zatrudnieni byli tu kpt. «Roch», ppor. «Sęp», [Tadeusz] Płudowski i Ogrodowski do Hotelu Polskiego przy ul. Długiej”240.

Zrekapitulujmy zatem: poza nieobecnością Madanowskiego mamy do czynienia również z innymi sprzecznościami. Wymieńmy najważniejsze: 1. Nazwy KB i ŻZW w ogóle się w tej relacji nie pojawiają. 2. Nie ma mowy o żydowskich oficerach WP, nazwisko Apfelbauma, który miał być centralną postacią spotkania w listopadzie 1939 r., wymienione jest dwukrotnie, lecz bynajmniej nie w kontekście spotkania założycielskiego, jest on tylko jednym z żydowskich bojowców, nie zaś komendantem ŻZW, choć raz występuje w stopniu majora. 3. Nie pojawia się motyw pierścienia służącego do porozumiewania się z zamkniętymi w getcie Żydami. 4. W relacji tej nie ma Lejewskiego i Zajdlera — głównymi postaciami są tu, przypomnijmy, dwaj niespokrewnieni ze sobą Kowalscy. Zestawienie materiału z czerwca 1948 r. i wspomnianych rocznicowych produkcji Zajdlera pozwala na wejście w tajniki jego „warsztatu pisarskiego”. W tekście opublikowanym w „Ekspresie Wieczornym” znalazł się taki oto passus: „Gdy znaleźliśmy się w piwnicy niskiej i bez okien, ujrzałem Borucha Federbusza, plut. WP, tragarza. Obok stali: Chaim Goldberg, Moryc Apfelbaum i Henryk Sobelson. Boruch ściskał nam ręce i ciągle pytał: «Jak tam było, no powiedzcie, jak tam było?» — G… było — odpowiedziałem zgodnie z prawdą”241. W interesującej nas tu relacji z czerwca 1948 r. czytamy o tym samym wydarzeniu: „Przewodniczył w kanałach pracownik emerytowany Wodociągów i Kanalizacji Miejskiej — «Tomasz». Wyjście z kanałów było przy ul. Karmelickiej 4 przez podkop piwniczny do kanału. Odbioru ze strony żydowskiej dokonywali: plut. WP i tragarz Federbusz Boruch, Goldberg Chaim, Moryc Apfelbaum, Sobelson Henryk i inni”. Wszystko się zgadza — brakuje tylko… Władysława Zajdlera. Ze strony polskiej udział w tej akcji brali bowiem: „Iwański, Piotr Włodarz, Konstantyn Piotrowski i inni”. Z całą pewnością Zajdler został więc w pewnym momencie „doklejony” do tej historii, razem ze swoim dowódcą, komendantem KB Andrzejem Petrykowskim. W tej sytuacji powstają wątpliwości, czy rzeczywiście Iwański należał do KB, o Zbrojnym Wyzwoleniu, macierzystej organizacji Petrykowskiego, nie wspominając.

Dochodzimy tu do sprawy kluczowej: w omawianej relacji nie ma mowy o „bitwie” na placu Muranowskim, w której Iwański stracił jakoby brata i dwóch synów, a sam miał zostać ciężko kontuzjowany. Brat „Bystrego” Wacław pojawia się w tej relacji kilkakrotnie, ostatni zapis dotyczy przeprowadzenia uratowanych z getta Żydów do szpitala św. Stanisława. O jego śmierci autor relacji jednak nie wspomina. Synowie [Roman i Zbigniew] w ogóle nie są wzmiankowani. Nie wydaje się możliwe, by Iwański o doświadczeniu tak traumatycznym jak śmierć najbliższych członków rodziny po prostu zapomniał. Legendę o bitwie na placu Muranowskim z udziałem polskiego oddziału falsyfikuje też… relacja żony „Bystrego” Wiktorii. Co więcej, rzuca ona nowe światło na śmierć najbliższych. W swych „wspomnieniach” przekazanych Lazarom pisze: „W maju 1943 r. w jednym z takich transportów zwalonych na posadzkę mego mieszkania był ciężko ranny w głowę mój mąż Henryk i Roman, syn mój, który tej samej nocy zmarł, nazajutrz musiałam pochować syna, leczyć męża i innych ciężko chorych ludzi z getta […]. Mąż mój i syn wraz z oddziałem natknęli się na patrol szperaczy hitlerowskich, którzy ich ostrzelali, ale cały transport ludzi z getta w całości dostarczyli do mego mieszkania za kanałów”242. Cytat ten wydaje się dziwnie znajomy — jest to po prostu adaptacja fragmentu oświadczenia Madanowskiego z jesieni 1959 r. A Kałme Mendelson w relacji z 1948 r., o czym już wspomnieliśmy, nie występuje. I tym sposobem koło się zamyka. Jak jednak wygląda prawda o synach Iwańskich? W przytoczonych przed chwilą wspomnieniach Iwańskiej mowa tylko o Romanie. Chaja Lazar w artykule opublikowanym na łamach „Herut” w sierpniu 1962 r. zapisała, że syn Iwańskich Zbigniew (sic!) poległ w getcie, Roman zaś w powstaniu warszawskim243. Niewykluczone zresztą, że dziennikarka pomyliła imiona. Z późniejszych wypowiedzi Iwańskiego i jego apologetów wynika jednak, że w powstaniu kwietniowym polegli obaj młodzi Iwańscy244. Obaj też figurują na listach osób zamordowanych za pomaganie Żydom245. Przywołajmy raz jeszcze wywiad Iwańskiego udzielony holenderskiemu dziennikarzowi w 1961 r. Na pytanie o dzieci odparł: „Miałem dwóch synów. Zostali rozstrzelani [sic!] w czasie ruchu oporu”. Natomiast z innych wypełnianych ręką Iwańskiego dokumentów, które zaraz omówimy, wynika, że miał… córkę.

PRZEŚWIETLAJĄC „BYSTREGO”

Na dokument złożony w ŻIH przez Iwańskiego i grupę jego „współpracowników” w czerwcu 1948 r. możemy spojrzeć z innej perspektywy. Okazało się bowiem, że w okresie jego powstawania Iwański był pod obserwacją UB. Wśród materiałów sprawy „Kodak” znajduje się niedatowana notatka, powstała zapewne pod koniec lat czterdziestych, autorstwa nieznanego z nazwiska funkcjonariusza. Ubek ten dawał wyraz swoim wątpliwościom co do prawdziwości historii Iwańskiego: „Charakter i formy działalności tej organizacji (WZWZ) przez cały okres jej istnienia, są dość zagadkowe i podejrzane. Rzekoma organizacja WZWZ, na której czele stanął Iwański, była raczej kliką dobranych ludzi, którzy pod płaszczykiem organizacji niepodległościowej prowadzili różne machinacje przeważnie z Żydami, co przynosiło im jedynie korzyści materialne”. UB zainteresowało się niektórymi sygnatariuszami tego dokumentu i osobami w niej występującymi. Ustalono, że „szereg osób podanych w tym dokumencie jako byłych działaczy tej organizacji nawet nie wiedziało i do dziś nie wie o istnieniu takiej organizacji na terenie szpitala. […] np. ob. Paradowski [osoba pojawiająca się w relacji — D.L., L.W.] […] oświadczył, że do żadnej organizacji w czasie okupacji nie należał […] znany mu jest natomiast fakt aresztowania i rozstrzelania […] Jana Skoczka, który prowadził handel bronią. Sprzedał on pewną ilość nieznanym osobnikom, którzy wydali go następnie do Niemców. […] Ks. Smyrski Władysław, kapelan szpitala, oświadczył, że do żadnej organizacji na terenie szpitala nie należał ani też o istnieniu takiej […] nic nie wie”. Ksiądz Smyrski, dodajmy, nie podpisywał złożonej w ŻIH relacji246. Nie można wykluczyć, że nie podał żadnych informacji w obawie przed represjami ze strony UB. Szczególnie interesujący jest passus cytowanego sprawozdania poświęcony Apoloniuszowi Kozakowskiemu, sygnującemu relację wraz z dwoma synami. Fragment ten wskazuje zarówno na naturę kontaktów „Bystrego” z gettem, jak i na kulisy powstania rzeczonej relacji. Kozakowski przyznawał, że „miał w czasie okupacji kontakt z Iwańskim, od którego otrzymywał worki ze zbożem i żywnością, które następnie przerzucał do getta, skąd otrzymywał pieniądze, czy było to ujęte w ramy organizacji, tego nie może stwierdzić. Dodał przy tym, że w 1948 r. zgłosił się do niego Iwański i oświadczył mu, że za pomoc Żydom w okresie okupacji Kozakowski otrzyma teraz nagrodę, w związku z czym musi podpisać w jakimś urzędzie odpowiedni dokument. Kozakowski, człowiek o niskim poziomie intelektualnym (dozorca), nie wiedząc konkretnie, o co chodzi, złożył swój podpis, zaświadczający w obecności notariusza na dokumencie napisanym przez Iwańskiego o jego szumnej działalności […]. Było to więc zwykłe wykorzystanie nieświadomości ob. Kozakowskiego, który do dziś spodziewa się nagrody”. Przesłuchano też aktywistów partyjnych ze szpitala. Niejaki Bawarski, sekretarz tamtejszego koła PZPR, miał oświadczyć, że „do żadnej organizacji na terenie szpitala nie należał ani o istnieniu takiej nie jest mu nic wiadomo”. Konkluzja ubeka, choć przecież nie dotarł do wszystkich zamieszanych w sprawę osób, była następująca: Iwański „powołuje się na ludzi, którzy nic nie wiedzą”. Oburzenie wywołała zwłaszcza wypowiedź Celmajstra, który na polecenie Iwańskiego miał rzekomo zakładać komórkę PPR w szpitalu na Wolskiej (Iwański, nie będąc członkiem partii, nie mógł wydać takiego zarządzenia, Celmajster wstąpił zaś do PPR w 1946 r. w Poznaniu). Z samym Celmajstrem jednak, jak się wydaje, nie rozmawiano.

Z naszego punktu widzenia równie istotne są wątpliwości dociekliwego ubeka dotyczące akcesu Iwańskiego do ZBoWiD: „Akta jego i innych osób z tej grupy złożone do tegoż związku są b[ardzo] różnorodne. W deklaracji zgłoszeniowej podawane są przez tych ludzi różne przynależności organizacyjne, jak np. Korpus Obrońców Polski, Polska Armia Ludowa, AK, lecz nie wymienia się WZWZ. Iwański sam nie podaje przynależności do WZWZ, lecz do AK w stopniu kapitana. […] podał również, że jest członkiem PPR. Na skutek stwierdzenia przez ZBoWiD, że do partii nie należał i nie należy, za wprowadzanie w błąd został […] usunięty. […] Jako rzekomy kapitan z okresu okupacji […] został wezwany przez komisję weryfikacyjną dla załatwienia formalności związanych z zatwierdzeniem stopnia wojskowego. Na skutek naszej inspiracji przez Wydział Mobilizacyjny MPB na komisji tej polecono Iwańskiemu wypełnić specjalny arkusz, w którym należało podać wiele interesujących nas faktów biograficznych. Iwański jednak kilku rubryk nie wypełnił, tłumacząc się zanikiem pamięci na skutek odniesionych ran. Należy wspomnieć, że w dokumencie złożonym w Komitecie Żydowskim [ŻIH — D.L., L.W.] nie widać oznak jego zaniku pamięci, ponieważ z dokładnością operuje tam nazwiskami, datami i faktami. Komisja weryfikacyjna stopnia kapitana Iwańskiemu nie zatwierdziła, ponieważ nie mógł on dostarczyć odpowiednich dowodów”. W notatce tej znalazły się też inne ciekawe informacje: „W 1948 wstąpił [Iwański] do sekty Świadkowie Jehowy, gdzie otrzymał poważną rolę pełnomocnika centrali sekty do załatwiania wszelkich spraw z czynnikami administracyjnymi i urzędami”. Są tam również dane o jego sytuacji materialnej: „Obecnie nigdzie nie pracuje, pozostaje rzekomo na utrzymaniu żony. Tryb życia prowadzą jednak niewspółmierny z oficjalnymi dochodami, o czym może świadczyć taki oto fakt, że po mieście, jak i poza jego terenem poruszają się taksówkami. W ostatnim czasie na skutek stwierdzenia, że Iwański w mieszkaniu swym przy ulicy Siennej 41 przebywa b[ardzo] rzadko […], ustalono, że w 1948 r. kupili willę w Falenicy od ob. Uchmana, gdzie też zasadniczo zamieszkują. Konkretnych dowodów przeprowadzenia tej transakcji dotychczas nie stwierdzono, ponieważ nie została ona formalnie przeprowadzona. Willa ta, wraz z przylegającym doń ogródkiem stanowi wartość kilkudziesięciu milionów złotych”. Biorąc to wszystko pod uwagę funkcjonariusz ów postawił zgodną z logiką jego resortu hipotezę: „Przeszłość Iwańskiego Henryka i związane z nią fakty, jak również środowiska, w jakich przebywał i dziś przebywa, nasuwają podejrzenie, że jest agentem obcego wywiadu”247.

Nie znamy innych dokumentów z rozpracowywania Iwańskiego przez aparat bezpieczeństwa w związku z jego działalnością w okresie okupacji. Pewne jest natomiast, iż został on aresztowany przez UB. Świadczy o tym znajdująca się w archiwum Związku Kombatantów RP odpowiedź na pismo wystosowane 11 października 1951 r. przez ZBoWiD do Urzędu Ewidencji Ludności Prezydium Rady Narodowej miasta stołecznego Warszawy w sprawie ustalenia losów Iwańskiego. Informowano w niej, że Iwański został wymeldowany 15 kwietnia 1951 z ul. Siennej 41/35 do więzienia248. Co ciekawe, w analizowanych przez nas materiałach SB wątek aresztowania Iwańskiego w ogóle się nie pojawia. To zastanawiające, gdyż z reguły w dossier osób będących „w zainteresowaniu” bezpieczeństwa sprawy tego rodzaju odnotowywano. Raz tylko Iwański, w rozmowie z oficerem SB w 1970 r., skarżył się, że był „niesłusznie aresztowany za szpiegostwo”249. O kulisach aresztowania Iwańskiego opowiemy szczegółowo dalej. Tutaj zaznaczymy tylko, że fakt ten był od początku wykorzystywany propagandowo. Bednarczyk w liście do Dawida Drażnina tak oto prezentował Iwańskiego: „taki bohater Bystry po pięciu latach ciężkiego więzienia — za swoje bohaterskie czyny — jest obecnie wrakiem człowieka i ciężkim inwalidą i otrzymywana renta dla zasłużonych nie rekompensuje mu utraty zdrowia i pamięci i przydatności do życia”250. W rozmowie z amerykańskim dziennikarzem „Washington Post” w 1975 r. okres prześladowań politycznych rozciągnie się do siedmiu lat.

KOMBATANCKIE OPOWIEŚCI

W archiwum Związku Kombatantów Rzeczypospolitej Polskiej i Byłych Więźniów Politycznych w Warszawie zachowały się dokumenty Iwańskiego i niektórych sygnatariuszy relacji z czerwca 1948 r. powstałe na okoliczność przyjęcia do ZBoWiD. Te same, o których wspomina cytowany przed chwilą raport pracownika warszawskiego Urzędu Bezpieczeństwa. Od razu trzeba powiedzieć, że dokumentacja ta ostatecznie demaskuje intrygi Iwańskiego. A kluczowym świadkiem jest… on sam. W wypełnionej własnoręcznie ankiecie o przyjęcie do Związku Weteranów Powstań Śląskich znajdujemy niepozostawiające wątpliwości wpisy. Podał, że urodził się w Warszawie, ukończył osiem klas gimnazjum i Wyższy Kurs Szkoły Administracyjnej. W rubryce dotyczącej działalności w okresie okupacji niemieckiej wpisał: „Byłem w Warszawie, oddałem swe mieszkanie na usługi konspiracji, ponieważ sam w niej byłem, udział w Powstaniu Warszawskim przeciw Niemcom, gdzie zostałem ciężko ranny na ul. Siennej”. Pseudonim — „Bystry”. Żadnych informacji o WZWZ, KB, AK, ŻZW, bohaterskiej walce w getcie warszawskim. Przypomnijmy — były to czasy, gdy działalności na rzecz Żydów nie trzeba było się wypierać. A nawet przeciwnie. I sprawa najważniejsza — Iwański podał, że ma jedno dziecko, urodzoną w styczniu 1924 r. córkę Stanisławę. Zastanawiające, że brak tu informacji o dwóch poległych synach251. Do Związku Weteranów Powstań Śląskich Iwańskiego przyjęto, wydając mu stosowny dokument252. W omawianej ankiecie przyznawał się on do uczestnictwa w trzech powstaniach śląskich. Nie od rzeczy będzie zwrócić uwagę, że jedynym dowodem, nie licząc słów samego zainteresowanego, na poparcie tego twierdzenia było zaświadczenie Wojskowego Biura Historycznego informujące o członkostwie Iwańskiego w Polskiej Organizacji Wojskowej w okresie 2 czerwca–15 sierpnia 1919 r. Pierwsze powstanie śląskie wybuchło dzień później.

Kwestionariusz Iwańskiego został złożony mniej więcej w tym samym czasie co relacja w Żydowskim Instytucie Historycznym. Świadczy o tym data przyjęcia dokumentu przez komisję weryfikacyjną — 12 lipca 1948 r. Przebieg i finał tej sprawy znamy — zabiegi „Bystrego” o wyrobienie dokumentów kombatanckich zostały na kilka lat przerwane. Na początku 1957 r. Iwański powrócił do tej sprawy. Podstawą jego przyjęcia do ZBoWiD miał być ten sam wniosek, naniesiono na nim jednak kilka odręcznych poprawek. W ciągu tych lat zmienił się tylko adres zamieszkania „Bystrego” — z Siennej na ulicę Spacerową w Kolonii Błota. Nasz bohater podał się tym razem za kapitana WP (w poprzednim kwestionariuszu nie było jeszcze o tym mowy). Wpisał też datę dzienną przystąpienia do organizacji konspiracyjnej (28 października 1940 r.) oraz jej nazwę: Związek Walki Zbrojnej. W porównaniu z późniejszymi jego opowieściami zgadza się jedynie adres: ulica Wolska 37. Zwraca uwagę wykreślenie przynależności do PPR. Nie jest to bynajmniej koniec rewelacji. W rubryce „Ewentualne przejście do innej organizacji” podał: 15. pp AK. W rubryce „Ostatnia funkcja w konspiracji”: oficer broni i zastępca dowódcy plutonu, dowódca 2. kompanii (to ostatnie dopisane ręcznie). Padły nazwiska i pseudonimy dowódców: płk „Paweł” i „Waligóra”, kpt. „Tymchlu”. Iwański podał również, że odniósł rany głowy, piersi i ręki podczas „prowadzenia oddziału do ataku na PWPW”. Fragment o ranach dopisany został ręcznie, najprawdopodobniej już w 1957 r. Nie jest to, jak zobaczymy dalej, kwestia bez znaczenia. Z punktu widzenia naszego tematu kluczowe znaczenie ma wpis dotyczący przebiegu działalności konspiracyjnej w okresie okupacji (punkt 18. kwestionariusza). Z uwagi na jego wagę przytaczamy ten fragment w całości: „szkolenie oddziałów, wyrób «filipinek», ukrywanie zagrożonych żołnierzy, wydawanie kart rozpoznawczych Żydom i dostarczanie ich do jednostek leśnych, udział w zamachach na Niemców i inne rozkazy wydawane przez dowódcę kapitana ps. «Tymchlu». W dniu 1 sierpnia 1944 r. jako zastępca dowódcy 4. plutonu 15. pp AK brał udział w walkach przy d[owód]cach wyżej wymienionych na Woli do 7 sierpnia, skąd przeszedł na Stare Miasto, gdzie został internowany przez Niemców po upadku Starówki i wywieziony do oflagu. Dnia 5 II [1946 r.?] wrócił do Krakowa, gdzie został zarejestrowany w dniu 12 w RKU. W 1946 wróciłem do Warszawy — i tu pracuję w spółdzielni remontowo-budowlanej”. To nie wszystko: wypełniając kwestionariusz w 1948 r., Iwański przyznawał się do stopnia majora (miał zostać awansowany w 1944 r.) oraz krzyża Virtuti Militari V klasy, Krzyża Niepodległości i Krzyża Walecznych z 1919 r.253

Zatrzymajmy się przy zapisach dotyczących służby Iwańskiego w powstaniu warszawskim. 15. Pułk Piechoty AK, sformowany we wrześniu 1944 r., składał się ze zgrupowań „Chrobry I”, „Chrobry II”, „Gurt”, „Paweł”. Identyfikacja dowódców nie nastręcza problemu: „Paweł” to płk Franciszek Rataj, „Waligóra” zaś to płk Jan Tarnowski. Gorzej z kluczową dla tej historii postacią „Tymchlu”, czyli Wojciechem Mochalskim — jednym z sygnatariuszy relacji z 1948 r. Legitymował się podówczas stopniem majora Wojska Polskiego i pozwoleniem na broń wydanym przez Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie. Problem w tym, że „Tymchlu” brak na jakiejkolwiek liście powstańców należących do formacji wchodzących w skład 15. pp AK254. W relacji z 1948 r. jest mowa o tym, że dwóch członków ŻZW (Henryk Gumiński i Marian Rozesztopf) walczyło w oddziale Iwańskiego w zgrupowaniu „Chrobry II”. Mieli oni polec w akcji oddziału „Baśka” na rogu Towarowej i Pańskiej. Nie ma ich jednak wśród żołnierzy zgrupowania255. A co ważniejsze, nie ma wśród nich również Henryka Iwańskiego256. Udział „Bystrego” w powstaniu warszawskim potwierdzają trzy relacje. Sygnowali je dwaj nasi dobrzy znajomi — Józef Lejewski „Grabarz” i Marian Tadeusz Kowalski „Sęp” oraz bliżej nieznany Mieczysław Prymus (występuje jako podkomendny „Bystrego”)257. Zaświadczyli oni zgodnie, że „Bystry” został ranny w ataku na PWPW 14 sierpnia 1944 r. Tymczasem PWPW zdobyto 2 sierpnia 1944 r. Dla porządku — gmach PWPW szturmowały: grupa specjalna PWB/17/S — stworzona przez pracowników PWPW oraz oddziały wchodzące w skład batalionu „Łukasiński”. Nie trzeba dodawać, że nie było wśród nich „Bystrego”. Wytwórnia stanowiła jedną z redut Starego Miasta; została odbita przez Niemców 28 sierpnia po bardzo ciężkich bojach. Jest to kolejny dowód na to, że informacje na temat powstańczej drogi Iwańskiego odbiegają od prawdy. Niewykluczone, że mógł być ochotnikiem i przyłączyć się do szeregów powstańczych. Dowody na to są jednakże bardzo słabe.

Materiały dotyczące występujących w tym kontekście członków „drużyny pierścienia” — Lejewskiego i Mariana Tadeusza Kowalskiego — pozwalają poznać i zrozumieć mechanizm fałszowania kombatanckich biografii. Przyjrzyjmy się najpierw dossier Lejewskiego, który — przypomnijmy — miał brać udział w walkach w getcie już 20 kwietnia 1943 r. Okazuje się, że ten rówieśnik Iwańskiego (1903–1983) był również uczestnikiem powstań śląskich. Tak przynajmniej twierdził w ankiecie o przyjęcie do ZBoWiD opatrzonej datą 11 kwietnia 1957 r. Wedle jego własnych słów, należał do „II Obwodu WZWZ i ZWZ KOP”, podlegał kpt. „Arturowi”, kpt. „Bystremu”, kpt. „Rochowi”, lecz mowa tu jedynie o jego udziale w powstaniu warszawskim258. Prawdziwość tych danych poświadczyli Iwański i Kowalski. Ten drugi zaświadczył: „znany mi obywatel Lejewski Józef […] należał ze mną do konspiracji II Obwodu ZWZ KOP […] od 1940 stycznia do końca powstania warszawskiego w Komendzie Kwatery Głównej AK przy ul. Złotej 7/9”. Chodzi o Kwaterę Okręgu Warszawskiego AK — siedzibę dowodzącego powstaniem gen. Antoniego Chruściela „Montera”. Równie ciekawy jest dokument parafowany przez „Bystrego”: „Ja, Iwański Henryk, ps. «Bystry», kapitan, leg[itymacja] nr 190236, oświadczam: znany mi osobiście Lejewski Józef […] należał do WZWZ Obwodu Praskiego — na Woli, ul. Wolska 37 (szpital zakaźny) pod moim dowództwem od 1940 od stycznia do sierpnia 1944 r. W powstaniu warszawskim, gdzie został ranny na Starym Mieście w ataku na PWPW, od czasu zranienia i wyleczenia brał udział w komendzie głównej AK pod dowództwem zastępcy Kw. Głównej AK kpt. «Artura» — Piotrowskiego — obecnie pułkownika WP”259. Kulminacyjnym momentem okupacyjnej kariery Lejewskiego są zatem nie walki w getcie, lecz rzekomy udział w ataku na PWPW.

Równie zajmująca jest historia Kowalskiego „Sępa” (1911–1977). Po wojnie pracował najpierw w urzędzie pocztowym w Warszawie, Prezydium Rady Ministrów na stanowisku intendenta (do 1950 r.), a później w państwowym szpitalu klinicznym. W jego teczce nie ma niestety żadnych dokumentów z pierwszego trzydziestolecia PRL. Zachował się jedynie kwestionariusz wypełniony przezeń rok przed śmiercią. Wynika z niego, iż „Sęp” należał do II Obwodu KOP (Wola), brał udział w konspiracji w szpitalu na Wolskiej 37, gdzie miał podlegać mjr. Pawłowi Kowalskiemu „Rochowi”, czyli innemu sygnatariuszowi relacji z 1948 r. Iwański w ogóle nie jest tu wzmiankowany. W pierwszych tygodniach powstania warszawskiego „Sęp” był żołnierzem batalionu „Gurt”, później został odkomenderowany do Komendy Okręgu Warszawskiego AK mieszczącej się podówczas w budynku kina Palladium przy ulicy Złotej 7/9. Była to jego macierzysta jednostka. Po kapitulacji trafił do obozu jenieckiego w Lamsdorf (Łambinowice). Dane te potwierdził nie tylko jego dowódca, lecz także dokument z obozu jenieckiego260. Znamy nawet datę przeniesienia kaprala (oczywiście, nie był żadnym oficerem) Kowalskiego z 3. kompanii batalionu „Gurt” do oddziału ochraniającego KG AK! Dokonało się to 31 sierpnia 1944 r.261 Tajemnicą pozostają przyczyny, dlaczego Kowalski twierdził zarówno w relacji dla ŻIH z 1948 r., jak i później, jakoby był podwładnym „Bystrego”. Wygląda na to, że epizod ze szturmem na PWPW został stworzony specjalnie na użytek kształtowania legendy Iwańskiego. Czy Lejewski służył razem z nim w oddziale ochraniającym Komendę Główną AK — nie ma na to żadnych dowodów262. Można przypuszczać, że „Bystry” miał z „Sępem” jakieś kontakty natury biznesowej. Jeszcze w latach siedemdziesiątych Iwański będzie walczył o przyznanie Kowalskiemu medalu Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.

Bardziej niż rzekomy udział Iwańskiego w powstaniu warszawskim interesuje nas jego historia związana z powstaniem w getcie. Nie trzeba uzasadniać, iż brak jakichkolwiek informacji na ten temat w wypełnianych przezeń kwestionariuszach w ZBoWiD jest więcej niż wymowny. Dotyczy to również jego rodziny. Gdyby Iwański rzeczywiście miał synów, którzy zginęli bohatersko w akcji pomocy Żydom, musiałby o tym wspomnieć. Nie mówiąc już o tym, że podkreślałby własny udział w tej dramatycznej historii. Zwróciliśmy na to uwagę już przy okazji relacji z 1948 r. Postaci kpt. „Tymchlu” — rzekomego zwierzchnika Iwańskiego — nigdzie już później nie ma. Podobnie jak staje się coraz bardziej niewyraźna sprawa udziału Iwańskiego w powstaniu warszawskim. W miejsce „Tymchlu” pojawia się nieoczekiwanie „Tarnawa” Petrykowski i niewystępujący w tych wczesnych materiałach Korpus Bezpieczeństwa. Wyjaśnienie wydaje się proste — matactwa związane z historią powstania warszawskiego czy członkostwem Iwańskiego w AK prędzej czy później musiały wyjść na jaw. Inaczej sprawa się miała w wypadku KB i powstania w getcie — żydowskich świadków prawie nie było, polskich kombatantów było niewielu, a co za tym idzie możliwości weryfikacji opowiadanej przez Iwańskiego wersji wydawały się mniejsze. Ale przecież były. Data przystąpienia Iwańskiego do konspiracji — 28 października 1940 r. — jaka została wpisana przez niego w deklaracji członkowskiej, figuruje jeszcze w ostatnim z serii zaświadczeń wydanych Iwańskiemu przez ZBoWiD w 1976 r. Jest to kolejna przesłanka na podważenie jego opowieści o kontaktach z żydowskimi oficerami, nie mówiąc już o micie założycielskim ŻZW263.

Na koniec należy przyjrzeć się jeszcze dokumentowi przechowywanemu w Archiwum Wojskowego Biura Badań Historycznych. Jest to odpis „pokwitowania” wystawionego 28 maja 1943 r. przez komendanta Polskiej Armii Ludowej dla Henryka Iwańskiego następującej treści: „Kwituję z odbioru od kapitana Bystrego: dwóch ręcznych karabinów maszynowych, trzech automatów, czterech visów, dwóch karabinów mauser, dwóch skrzyń amunicji, 8 granatów «Filipinek» — pochodzenia powstaniowego w getto warszawskim”. Na oryginale miała znajdować się pieczęć Komendy PAL264. Dokument nigdy bodaj nie był wykorzystany. Trafił do Archiwum Wojskowego Instytutu Historycznego (obecnie WBBH) razem z innymi dokumentami zakupionymi ze spuścizny „Żarskiego”. Naszym zdaniem jest to jeden z najważniejszych dowodów w długim łańcuchu fałszerstw dokonywanych przez Iwańskiego, który nigdy później nie przyznawał się do związków z PAL. Kiedy na dobre związał swoją historię z historią Korpusu Bezpieczeństwa, dokument ten stał się całkowicie bezwartościowy.

LEKARZ

Pora na przedstawienie prawdziwych życiorysów najwyższych rangą członków „drużyny pierścienia”. Pierwszym z nich jest Józef Niemirski, jeden z sygnatariuszy relacji złożonej w czerwcu 1948 r. Nie był co prawda jedyną osobą żydowskiego pochodzenia podpisaną pod tym dokumentem, lecz śmiało można rzec, że jako „współzałożyciel” ŻZW był pośród nich najważniejszy. Przypomnijmy fragment relacji Niemirskiego dotyczący udziału Kazimierza Madanowskiego w powstaniu: „Na czele swego oddziału brał czynny udział z bronią w ręku, gdzie rzeczywiście zachowywał się bohatersko, był ciężko ranny, a jego żołnierze zabici, lub ranni, opatrywani byli w getcie przeze mnie [podkreślenie nasze — D.L., L.W.]. Przedtem jeszcze z rozkazu komendanta majora «Bystrego» pomagałem Madanowskiemu wyprowadzać podkopami i kanałami ludzi z getta w większych ilościach i umieszczania ich na cmentarzach «aryjskich» w grobach rodzinnych, skąd później przez ludzi «Bystrego» byli umieszczani na metach odżywkowo-leczniczo-wysyłkowych”265. Pomińmy charakterystyczny styl, do jakiego przyzwyczaiły nas wytwory z kręgu Iwańskiego. W tym momencie ważniejsze jest wyznanie dotyczące aktywności autora tych słów w dniach powstania. Z odnalezionych przez nas dokumentów wynika, że Niemirski nie mógł opatrywać rannych bojowców. A to z tego powodu, że przebywał wówczas w obozie koncentracyjnym. Świadkiem koronnym jest tu nie kto inny jak… Józef Niemirski. W Archiwum IPN zachowała się teczka Niemirskiego, który jak się okazuje, pracował po wojnie w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Jego podanie o przyjęcie do pracy w Poliklinice Centralnej MBP przy ulicy Karowej nosi datę 21 września 1946 r.266 Z wypełnionego przezeń kwestionariusza wynika, że urodził się w Warszawie 27 grudnia 1901 r. jako syn Janusza i Doroty (spolszczył zatem imiona rodziców)267. W rubryce „Narodowość” wpisał: polska, w rubryce „Wyznanie”: rzymskokatolickie. Brał udział w działaniach wojennych w latach 1939 i 1945 i został odznaczony medalami: „Za Swobodu”, „Za Wolność”, „Za Odrę-Nysę-Bałtyk”, „Za Berlin”, Srebrnym Krzyżem Zasługi. Przed wojną rzeczywiście pracował w szpitalu na Czystem, w latach 1933–1935 na oddziale chirurgii, a później do 1942 r. na oddziale ginekologiczno-położniczym. W latach 1943–1945 był lekarzem bloku chirurgicznego w Auschwitz. Po wyzwoleniu wstąpił do II Armii Wojska Polskiego, gdzie był chirurgiem. W latach 1945–1946 pozostawał kierownikiem oddziału ginekologiczno-położniczego w Szpitalu Okręgowym w Poznaniu. Przed wojną — bezpartyjny, po wojnie wstąpił do PPR. W rubryce „Czy brał udział w oddziałach zbrojnych (partyzantce, Armii Ludowej, BCh, AK, NSZ w czasie okupacji niemieckiej). Wymienić oddział, teren i nazwiska dowódców” napisał: „NIE BRAŁEM UDZIAŁU”268. Więcej danych zawiera ankieta wypełniona na początku stycznia 1948 r. oraz dołączony do niej życiorys. Pojawiło się tu prawdziwe nazwisko (Celmajster). Deklarował nadal narodowość i obywatelstwo polskie. Zmienił wyznanie (z katolickiego na metodystyczne). Znajdziemy tu też brakujące dane dotyczące okresu przedwojennego. Studia na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie rozpoczął w roku akademickim 1925/1926. Dyplom otrzymał 12 grudnia 1933 r. W roku 1928/1929 ukończył szkołę podchorążych rezerwy. 1 stycznia 1935 r. został awansowany do stopnia podporucznika rezerwy. Był na stanowisku naczelnego lekarza 44. i 45. pp w Równem. W życiorysie napisał: „brałem udział [w wojnie w 1939 r. — D.L., L.W.] w stopniu porucznika na stanowisku lekarza czołówek chirurgicznych na froncie wołyńskim”. Po 17 września 1939 r. musiał zatem znaleźć się na terenie okupacji sowieckiej i stamtąd przedostać się z powrotem do Warszawy. Nas interesują bardziej dane dotyczące

działalności okupacyjnej. Z ankiety wynika, że do 1942 r. mieszkał pod swoim przedwojennym adresem przy ul. Miłej 23269, a w 1943 r. przeniósł się na ulicę Świętojerską 32. Wygląda więc na to, że po wielkiej akcji został przedzielony do szopu szczotkarzy. Podał też, że od połowy 1942 r. działał w komórce partyjnej PPR (przynależność do partii komunistycznej podkreślał jeszcze w kilku rubrykach w tym dokumencie) w szpitalu św. Stanisława w charakterze łącznika z gettem. Jest to zapis niezwykle ważny, jako że jest to najwcześniejszy ze znanych nam przekazów o działalności konspiracyjnej w szpitalu na Wolskiej 37. Wszelako w 1942 r. Celmajster przebywał jeszcze w getcie. Byłby zatem łącznikiem ze szpitalem, a nie odwrotnie. Zapis ten, biorąc pod uwagę miejsce zamieszkania Celmajstra, jest dość niejasny. Równie interesująca jest odpowiedź na pytanie „Czy był prześladowany?”. Podał, że został aresztowany w „łapance ulicznej” 15 marca 1943 r. Trafił zapewne, choć o tym nie pisze, do więzienia na Pawiaku. Dwa dni później, 17 marca, został wywieziony na Majdanek270, skąd 10 lipca 1943 r. przewieziono go do Auschwitz. Tam też dotrwał do wyzwolenia obozu (w życiorysie napisał, że zbiegł podczas ewakuacji 18 stycznia, podał też numer obozowy: na Majdanku: 16173, w Auschwitz: 129189). Stracił całą rodzinę. Rodzice i siostra, Fajga Rozenberg, zginęli w Treblince. Pierwsza żona straciła życie na Majdanku w maju 1943 r., w obozie zagłady, lecz nie wiadomo jakim, zginęła również córka. Interesująca jest także rubryka dotycząca najbliższych przyjaciół. Nie ma wśród nich jeszcze Iwańskiego271.

Korekta odnosząca się do okresu działalności konspiracyjnej w Warszawie pojawiła się w dokumencie ze stycznia 1951 r. Niemirski podał, że należał do Wojskowego Związku Walki Zbrojnej w latach 1940–1942, powtórzył, że wstąpił do PPR w 1942 r.272 Widać tu wpływ znajomości z Iwańskim. Dysponujemy dokumentem dotyczącym stanu zdrowia Iwańskiego wydanym przez dr. Józefa Niemirskiego 12 maja 1948 r. Jest to pierwsza wskazówka na temat kontaktów między obu mężczyznami273. Nazwisko Niemirskiego pojawiło się przy okazji inwigilacji Iwańskiego. Szczególnie, jak pamiętamy, oburzano się w UB na informację Celmajstra o jego rzekomej przynależności do PPR na Wolskiej274. Epizod ten, jak się wydaje, nie miał jednak wpływu na jego karierę. Wiosną 1952 r. przeprowadzono wywiad środowiskowy w sprawie Niemirskiego. Z interesujących nas kwestii stwierdzono: „po sprawdzeniu ul. Miłej 23 oraz Świętojerskiej 32 ustalono, że domy te w czasie działań powstania uległy zburzeniu. Natomiast przy ul. Wolskiej 37 ob. Niemirski nie jest znany”275. Z innego dokumentu dowiadujemy się, że zrezygnowano z werbunku Niemirskiego na tajnego współpracownika ze względu na jego zatrudnienie w MBP276. Typowany był na objęcie jakiegoś kierowniczego stanowiska w strukturach partyjnych w Warszawie. Prześwietlono wówczas jego życiorys bardzo dokładnie, lecz żadnych kompromitujących materiałów nie znaleziono. Mimo to 5 sierpnia 1952 r. został zwolniony z pracy w klinice, a w październiku z pracy w MBP. Ostatnia informacja w teczce personalnej Niemirskiego traktuje o jego 40-minutowej wizycie 11 czerwca 1967 r. w ambasadzie Izraela277.

Niemirski jest postacią zagadkową. Spośród wszystkich osób z najbliższego kręgu Iwańskiego tylko on był przedwojennym oficerem rezerwy. Nie oznacza to jednak wcale jego przynależności do ŻZW. Trudno dociec, jak wyglądała, jeśli w ogóle takową prowadził, jego działalność konspiracyjna. W żadnej z relacji nie podaje dokładnej daty przejścia na aryjską stronę. Z cytowanych wpisów wynika, że stało się to w roku 1943. W takim razie przebywałby tu krótko. Na pewno nie ukrywał się, tak jak wielokrotnie zaświadczał, w mieszkaniu Iwańskiego przy ulicy Złotej 56a m. 2a. Dlaczego jednak pominął informacje, że został aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego? Dlaczego w oświadczeniach dla Iwańskiego nie wspomniał o tragicznym losie żony i dziecka? Pisał natomiast, że „Bystry” „wyrwał go z żoną i dziećmi z rąk oprawców hitlerowskich”. Dlaczego wreszcie nie złożył relacji z pobytu w obozach na Majdanku i w Auschwitz? W Archiwum Akt Nowych w materiałach warszawskiej AK natrafiliśmy na lakoniczną notatkę sporządzoną 13 lutego 1943 r.: „Anonim do załatwienia na Niemyski Józef, Leśna Podkowa, stosunki z żydami”. Skierowana była do kontrwywiadu „do załatwienia termin 5 III [19]43”. Była to informacja o donosie na jakiegoś Niemierskiego — trudno na podstawie tego lakonicznego zapisu orzec, czy mowa o szantażu ze względu na żydowskie pochodzenie, czy z powodu ukrywania Żydów278. Nie ma również żadnej pewności, czy chodzi o naszego Celmajstra. On sam nigdzie nie podał, że kiedykolwiek przebywał w Podkowie Leśnej. W jego aktach przechowywanych w Głównej Bibliotece Lekarskiej w Warszawie, i to w dokumencie wypełnionym w marcu 1945 r. pojawia się ta sama co w kwestionariuszach wypełnianych w MBP data przybycia na Majdanek — 17 marca 1943 r. Jest tu też wpis, że w Warszawie przebywał do 1942 r.279 Prawdy chyba już się nie dowiemy. Celmajster-Niemirski zmarł 7 grudnia 1968 r.

KOMENDANT

W baśniowej historii ŻZW wielokrotnie pojawia się postać Andrzeja Petrykowskiego „Tarnawy” (1903–1965), który jako przełożony Iwańskiego i Bednarczyka miał być koordynatorem akcji pomagania Żydom na terenie całego kraju. Petrykowski, podobnie jak inni bohaterowie tej historii, jest postacią nieprzejrzystą280. Nic w tym dziwnego — autorem jego biogramu w prestiżowym „Polskim Słowniku Biograficznym” był nie kto inny jak niezawodny Tadeusz Bednarczyk281. Dotyczące go materiały przynoszą niedokładne, a czasem sprzeczne z sobą informacje. Petrykowski urodził się w Warszawie, w 1917 r. wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej i brał udział w trzecim powstaniu śląskim. W rozmowie z Chają Lazar, która odbyła się w warszawskiej kawiarni podczas jej pobytu w Polsce, Petrykowski miał się przyznać do żydowskiego pochodzenia282. Jego ojciec miał być konwertytą spokrewnionym z Nachumem Sokołowem283. Zięć Petrykowskiegio, mieszkający w Warszawie Turek Enver Amercupan, w powojennym zeznaniu wskazał natomiast na żydowskie korzenie matki284. Petrykowski ukończył szkołę handlową, a w roku 1927 (lub 1928) otrzymał nominację na podporucznika rezerwy. W październiku 1933 r. został jednak skreślony z listy oficerów — unieważniono jego promocję oficerską. Od 1934 do 1939 r. pracował w Izbie Skarbowej w Warszawie (w jego dossier pojawiają się różne miejsca pracy). Niejasny jest jego udział w wojnie obronnej we wrześniu 1939 r. Raz podawał, że dowodził 11. kolumną konną w ramach Armii Modlin, innym razem, że był żołnierzem Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” (niejasne, czy został zmobilizowany, czy był ochotnikiem). Później zaangażował się w działalność konspiracyjną, formując organizację pod nazwą Zbrojne Wyzwolenie (inna nazwa: Komenda Zbrojnego Wyzwolenia), która jesienią 1943 r. weszła w skład utworzonego wówczas z fuzji różnych niewielkich organizacji konspiracyjnych Korpusu Bezpieczeństwa. Petrykowski został powołany na komendanta KB dopiero w grudniu 1943 r.285

Na temat działalności Zbrojnego Wyzwolenia, podobnie jak KB aż do wybuchu powstania warszawskiego wiadomo bardzo niewiele, z wyjątkiem, rzecz jasna, rzekomej działalności tej formacji na rzecz ŻZW. Organy prasowe Polskiego Państwa Podziemnego raz tylko odnotowały istnienie ZW, publikując oświadczenia Kierownictwa Walki Cywilnej (a później Kierownictwa Walki Podziemnej) kwestionujące metody jego działalności: „Organizacja pod nazwą «Komenda Zbrojnego Wyzwolenia» rozsyła ostrzeżenia i wyroki, oraz organizuje akcje pseudowojskowe. Jest to działalność samowolna i bezprawna”286. Inną kontrowersyjną kwestią była polityka awansowa. Wedle jego własnych słów, Petrykowski 23 grudnia 1943 r. został mianowany pułkownikiem. O tym, w jaki sposób uzyskał rangi kapitana i majora, już jednak nie wspomina. Trudno też określić liczebność OW-KB — liczby podawane przez Petrykowskiego287 i historyków organizacji są całkowicie niewiarygodne. Poważni badacze określają potencjał KB w Warszawie przed wybuchem powstania w sierpniu 1944 r. na kilkuset słabo uzbrojonych żołnierzy288. Sama sprawa związków między KB a AK jest również dość niejasna. Wspominany już Ludwik Muzyczka „Benedykt”, szef Wojskowej Administracji Zastępczej (kryptonim „Teczka”), któremu KB miał podlegać, twierdził, że z Kadrą Bezpieczeństwa (poprzednikiem Korpusu Bezpieczeństwa) zetknął się wiosną 1942 r. Od generała „Grota” miał otrzymać informację o chęci podporządkowania KB AK, ale uznano jej wcielenie do AK za niecelowe. Miała pozostać „rezerwuarem ludzkim” na potrzeby administrowania ziemiami zachodnimi289. Ostatecznie jednak jakieś częściowe podporządkowanie AK nastąpiło, choć brak na ten temat dokumentów — sprawa znana jest wyłącznie z zeznań i relacji290. Trudno też określić datę tego faktu. Korpus Bezpieczeństwa w zamyśle Muzyczki miał wejść w skład tworzonego przezeń Wojskowego Korpusu Służby Bezpieczeństwa, który miał być zmilitaryzowaną policją dla okupacji terytoriów poniemieckich. Wszystko to pozostało wyłącznie na papierze.

Pod koniec lipca 1944 r. „Tarnawa” opuścił Warszawę, przekroczył linię frontu i znalazł się w Lublinie. W imieniu KB uznał zainstalowane tam przez Stalina władze komunistyczne — Krajową Radę Narodową i Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, podporządkowując im swoją organizację na terenach zajętych przez Armię Czerwoną. Formalny akt podporządkowania podpisał 14 sierpnia 1944 r. Tekst rozkazu opublikowała lubelska „Rzeczpospolita” 20 sierpnia. Od 16 września 1944 r. walczące w powstaniu warszawskim jednostki KB weszły w skład stworzonych pod egidą komunistów Połączonych Sił Zbrojnych (AL-PAL-KB), których dowódcą mianowano gen. Juliana Skokowskiego z PAL. Taktycznie nadal podporządkowane były dowództwu AK. Kariera „Tarnawy” u boku „nowych władz” załamała się równie szybko, jak się zaczęła. Aresztowano go 6 marca 1945 r. w Lublinie, gdzie był zastępcą komendanta miasta. Bezpośrednim powodem zatrzymania był donos jego ówczesnego adiutanta Andrzeja Klimowicza o jego kontaktach z AK-owcami i przekazywaniu im „instrukcji”291. Petrykowskiego oskarżono o współpracę z kontrwywiadem AK, z Niemcami i Węgrami (przekazywanie danych dotyczących partyzantki sowieckiej w województwie lwowskim), zabójstwo właściciela sklepu w Warszawie Bolesława Gołębiowskiego (członka KB, z którego dla wzmocnienia linii oskarżenia uczyniono sekretarza PPR) i Haliny Zawierowskiej (luty–marzec 1944 r.), a przede wszystkim nakłanianie AK-owców do pozostania w konspiracji. Ten ostatni punkt wyeksponowano w czasie przewodu sądowego. Petrykowski został skazany 12 kwietnia 1946 r. na 10 lat więzienia (art. 1 dekretu PKWN o ochronie państwa), karę złagodzono na mocy amnestii do 2 lat i 6 miesięcy. Drugi z oskarżonych, wspomniany już zięć Petrykowskiego Amercupan, został uniewinniony. Amercupan w latach 1939–1941 studiował w Berlinie, a później działał w kręgu tureckim w Warszawie jako „kierownik kolonii tureckiej”.

Zwróćmy uwagę na dwa najważniejsze z naszego punktu widzenia motywy, których zabrakło w trakcie śledztwa i procesu „Tarnawy”. Po pierwsze: w ogóle nie podniesiono sprawy związków KB z gen. Sikorskim. Przeciwnie — podkreślano powiązania „Tarnawy” z kontrwywiadem AK, gen. Grzegorzem Pełczyńskim i kręgami sanacyjnymi. Rzecz jasna, niewiele miało to wspólnego z rzeczywistością, lecz faktu tego zlekceważyć nie sposób292. Druga kwestia to brak jakichkolwiek odniesień do Żydów. Temat ten pojawił się praktycznie tylko w jednym momencie: Petrykowski bronił się, że sklep zastrzelonego na jego rozkaz Gołębiewskiego był „zrabowany od żyda”293. W grudniu 1945 r. podczas pobytu w więziennym szpitalu sporządzono kompleksową opinię na temat jego zdrowia. Jednym z dwóch podpisanych pod nią lekarzy był mjr Samuel Kapłan. W rozmowach z nim Petrykowski nie wspomniał o jakiejkolwiek działalności na rzecz Żydów, mimo że udzielił wielu, niekiedy bardzo dokładnych informacji na temat swojej przeszłości okupacyjnej294.

Po zwolnieniu z więzienia (6 września 1947 r.) Petrykowski imał się różnych zajęć: prowadził zakład grawerski na Pradze295, pracował na stanowisku dyrektora Zakładów Przemysłu Metalowego, potem w spółdzielni „Mazowsze”. W dalszym ciągu był inwigilowany. Przyjaźnił się z Władysławem Zajdlerem296. Co z naszego punktu widzenia najważniejsze, w polu zainteresowania UB znalazła się organizacja konspiracyjna Zbrojne Wyzwolenie. W zachowanych materiałach śledztwa nie ustalono żadnych związków tej grupy ze sprawami żydowskimi. Symptomatyczne, że nawet przesłuchiwany wówczas szef sztabu KB Edward Biernacki „Wilk” nie podał jakiegokolwiek faktu wiążącego Petrykowskiego z działalnością na rzecz getta297. Na fali odwilży w 1956 r. Petrykowski wystąpił o rehabilitację, wyrok został uchylony w lutym 1958 r. Rozpatrującemu jego sprawę Najwyższemu Sądowi Wojskowemu przedstawił między innymi oświadczenie biskupa Karola Niemiry wystawione 15 marca 1955 r., z którego wynikało, że ten przedwojenny proboszcz parafii św. Augustyna przy Nowolipkach był zaangażowany w niesienie pomocy Żydom i współdziałał ze Zbrojnym Wyzwoleniem i KB w osobach komendanta Petrykowskiego i „działającego z jego rozkazu” „Bystrego”. Obaj „prowadzili akcję chronienia Żydów w czasie od 1941 r. do wyzwolenia. Akcja ich, przeprowadzona w myśl najszczytniejszych haseł chrześcijańskich obrony bliźniego, była dla sterroryzowanych obywateli polskich pochodzenia żydowskiego pokrzepieniem i realną pomocą”298. Relacja Niemiry stała się niebawem jednym z dowodów na zaangażowanie duchowieństwa katolickiego w działania na rzecz Żydów299. Nas interesuje tutaj jednak przede wszystkim Petrykowski, który z pomocą „dawnych podkomendnych” zaczął rozbudowywać ten fragment swej konspiracyjnej działalności. W jednym z życiorysów „Tarnawy”, spisanym na początku lat sześćdziesiątych, czytamy: „Od 1939 r. niosłem pomoc Żydom i otaczałem ich opieką (wydałem rozkaz zorganizowania w getcie Żydowskiego Związku Wojskowego), przydzieliłem instruktorów i dostarczałem im broń, leki, zorganizowałem stałą łączność oraz kanały przerzutowe. W czasie powstania w getcie zasiliłem oddziały ŻZW oddziałem specjalnym, który to oddział przebił się przez linie hitlerowskie ze strony polskiej”300. Widać tu wyraźnie dążenie do wykazania się jakąkolwiek działalnością konspiracyjną w okresie istnienia Zbrojnego Wyzwolenia. W Archiwum WBBH w Warszawie znajduje się niepodpisany maszynopis dotyczący wzajemnych relacji kombatantów KB pochodzący z 1960 r. Jego autor zwrócił uwagę na sprawę z naszego punktu widzenia najważniejszą: „W 1957 r. «Tarnawa» chciał wykorzystać osobę Iwańskiego i jego akcje w getcie, aby w ten sposób wykazać wszystkim, że KB również działało na terenie getta i pomagało Żydom”. Wspominał też o niechęci Marka do „Tarnawy”, która miała się udzielić „Bystremu”, tak że stosunki między nimi uległy ochłodzeniu301. Symptomatyczne, że w materiałach śledczych dotyczących Petrykowskiego, Zbrojnego Wyzwolenia i KB nazwisko Iwańskiego w ogóle się nie pojawia. Jest to o tyle zastanawiające, że w 1950 r. obszerne zeznania na ten temat składał jego rzekomy zastępca i dziejopis „braterstwa broni” między KB i ŻZW Władysław Zajdler-Żarski.

ADIUTANT

Władysław Zajdler, po wojnie używający nazwiska Zajdler-Żarski (1919–1973), jako jedyny spośród kombatantów z kręgu KB był kawalerem Orderu Virtuti Militari V klasy nadanego przez dowódcę AK gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego. Inni, jeśli uzyskali jakieś odznaczenia, otrzymywali je podobnie jak awanse od własnych przełożonych. „Żarski” został odznaczony „za wybitną dzielność, odwagę i dobrą postawę żołnierską w czasie walk o Warszawę” w powstaniu 1944 r.302 Dał się wówczas poznać jako odważny oficer303. O kontrowersjach związanych z przynależnością oddziału „Żarskiego” do KB powiemy przy okazji opisywania powstańczego epizodu z życia Madanowskiego. Tutaj zajmiemy się próbą rekonstrukcji związków Zajdlera ze sprawami żydowskimi. Nie będzie to zadanie specjalnie trudne, jako że w Archiwum IPN spoczywa kilkanaście zeznań „Żarskiego” składanych pod koniec 1950 r., a dotyczących jego działalności okupacyjnej oraz funkcjonowania interesujących nas bytów konspiracyjnych304. Na uwagę zasługuje jego stwierdzenie, że „do wybuchu powstania [warszawskiego] oddziały KB nie posiadały kadr szeregowych, a w powstaniu żołnierz, który walczył pod sztandarem KB, nie zdawał sobie sprawy, w jakich oddziałach się znajduje”305. W zeznaniach tych nie ma żadnych śladów kontaktów z gettem, a nazwisko Iwańskiego się nie pojawia. Podobnie jest w stosunkowo nielicznych dokumentach Zajdlera znajdujących się w archiwum byłego ZBoWiD. Pierwszy z nich to kwestionariusz weryfikacyjny, pochodzący z października 1957 r. Zajdler, z wykształcenia metaloplastyk, pracował wówczas w Zespole Artystów Plastyków. Nie udało nam się ustalić, czym oprócz pracy w warsztacie Petrykowskiego zajmował się w pierwszych latach powojennych. Dokument zawiera podstawowe informacje na temat działalności okupacyjnej „Żarskiego”, w ogólnych zarysach pokrywające się z jego zeznaniami w Urzędzie Bezpieczeństwa. Brał udział w obronie Lwowa w 1939 r., a później zaangażował się w konspirację. W okresie od maja 1940 do czerwca 1941 r. miał być więziony przez NKWD. Brak dokładnej daty pojawienia się w Warszawie. W latach 1942–1944 miał być członkiem Zbrojnego Wyzwolenia i adiutantem Petrykowskiego. Latem 1943 r. znów przebywał we Lwowie, gdzie ponownie miał zostać aresztowany. Z kolei między lutym a kwietniem 1944 r. miał być aresztowany w Warszawie przez Gestapo. Nie wiadomo, w jaki sposób znalazł się na wolności. Brał udział w powstaniu warszawskim, po czym trafił do obozu jenieckiego306. Nie zdziwi nas brak jakichkolwiek odniesień do działalności na rzecz Żydów ani nawet żadnych nawiązań do getta warszawskiego. Nie ma nawet pewności, czy Zajdler w kwietniu 1943 r. przebywał w Warszawie. Wątku tego brak również w zaświadczeniu wydanym mu przez Zarząd Główny ZBoWiD rok później, a więc już po pierwszej publikacji na temat udzielania pomocy warszawskiemu gettu. Zaświadczenie to, co wyraźnie zaznaczono, zostało sporządzone na podstawie dokumentów przedstawionych przez samego zainteresowanego. W porównaniu z omawianym wcześniej kwestionariuszem pojawiają się tu inne nieco dane: „w 1941 [Zajdler] nadal walczy z okupantem hitlerowskim w organizacji Zbrojne Wyzwolenie na terenie Krakowa, a w 1942 r. na terenie Lwowa jako łącznik między Delegaturą i organizacją wojskową KB307. W tym czasie dla potrzeb organizacji podziemnej używa niejednokrotnie mundurów oficera SS i armii węgierskiej”. Do pobytu Zajdlera w Warszawie w 1943 r., czyli do okresu najbardziej nas interesującego, odnosi się jedno tylko, w dodatku dość zagadkowe, zdanie: „Podczas akcji zbrojnej na ulicach Warszawy w początkach 1943 r. został ranny w nogę (prawe udo)”. Pojawiają się tu natomiast szczegóły dotyczące jego aresztowania i losów sprzed powstania warszawskiego: „W lutym 1944 r. jest aresztowany przez Gestapo, podczas śledztwa wybito mu zęby oraz uszkodzono kości czaszki. W marcu 1944 r. podczas ucieczki z Gestapo zostaje powtórnie ranny w prawy pośladek. W 1944 od maja do lipca przebywa w lasach lubelskich, gdzie pełni funkcję dowódcy kompanii AK. Podczas walk pod Sokołowem ranny w lewą nogę. W powstaniu 1944 walczy jako dowódca kompanii szturmowej «Żarski» […]. Awansowany do stopnia majora i odznaczony V[irtuti] M[ilitari] V klasy, Krzyżem Walecznych trzykrotnie”308. Awans ten to typowa w KB sytuacja — „Żarski” był porucznikiem, a stopień majora został mu nadany w KB.

Zajdler był, o czym już wspominaliśmy, członkiem powstałej w 1957 r. komisji historycznej KB. Z tego powodu zajmował się działalnością dokumentacyjną i publicystyczną309. Wydaje się, że w latach sześćdziesiątych zaczął przymierzać się do kompleksowego opracowania dziejów ŻZW. W Archiwum WBBH znajdują się jego dwa rękopisy dotyczące tej sprawy. Jeden to tabela zawierająca „dane” na temat 16 oddziałów ŻZW (nazwisko dowódcy, miejsce rozlokowania, uzbrojenie, liczebność). Drugi przynosi ich daleko bardziej szczegółową charakterystykę. Nie ma nawet potrzeby opisywać tych dokumentów, naszym zdaniem jest to od początku do końca fikcja310. Zdążył natomiast opracować „dzieje” żydowskiego oporu na Białostocczyźnie. Twierdzi, że w getcie białostockim od 1941 r. istniała organizacja pod nazwą ŻZW (Żydowski Związek Wojskowy, później Żydowski Związek Walki), utworzona przez oficerów i podoficerów WP. Podobnie jak w wypadku Warszawy w tekście pojawiają się liczne nazwiska. Białostocki ŻZW miał mieć kontakt z ŻZW w Wilnie i Warszawie i pozostawać w bliskich stosunkach z AK. Rewelacje te, oczywiście nieznajdujące potwierdzenia w żadnych niezależnych źródłach, miały pochodzić od komendanta Okręgu Białostockiego AK płk. Władysława Liniarskiego „Mścisława”311. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych Zajdler opracowywał historię AK na Białostocczyźnie; w przeciwieństwie do jego piśmiennictwa na tematy żydowskie ta pozycja ma pewną wartość poznawczą, choć w odniesieniu do spraw żydowskich znajdziemy tam daleko idące uproszczenia312. W 1968 r. wydał broszurę „antysyjonistyczną” na użytek ZBoWiD, w której wiele miejsca poświęcił „braterstwu broni” KB i ŻZW w Warszawie i Białymstoku, oraz „okolicznościowy” tekst w „Trybunie Ludu”. Brak w nich jednak nowych szczegółów i motywów313.

BLASKI I CIENIE SŁAWY

Wspomnieliśmy już o odznaczeniu Iwańskiego medalem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata i polskim kontekście jego nadania. Obecnie przyjrzyjmy się kulisom tej sprawy. Teczka Iwańskiego w Departamencie Sprawiedliwych Yad Vashem świadczy, że decyzja o jego wyróżnieniu rodziła się w bólach. Po raz pierwszy omawiano ją na posiedzeniu Komitetu Sprawiedliwych 16 czerwca 1964 r. Z jednej strony porównywano casus Iwańskiego do przypadków Oskara Schindlera i Juliusa Madritscha314 i powoływano się na naciski ambasady izraelskiej w Warszawie i izraelskiego MSZ. Z drugiej, co daleko bardziej nas interesuje, na porządku dziennym stanęła kwestia autentyczności historii Iwańskiego. Wątpliwości zgłosił Simcha Rotem z ŻOB, wskazując na słabość materiału źródłowego — o bohaterstwie Iwańskiego mówić miała jedna tylko relacja żydowska (najprawdopodobniej chodziło o Mendelsona-Madanowskiego). Sugerował zwrócenie się do osób kompetentnych, przede wszystkim do Lazara i Cukiermana. Nie omieszkał podkreślić, że ŻZW był organizacją skrajnie prawicową. Iwański przedstawiany był jako oficer AK, o KB w ogóle nie było mowy. Na tym tle pojawiły się zadziwiające zarzuty. Rabin Dawid Kahane315 wystąpił z tezą, iż 40 procent członków AK to mordercy Żydów i zaproponował, by zawrócić się o opinię do Józefa Kermisza. Do sprawy powracano na kolejnych posiedzeniach. Pozytywne opinie o Iwańskim wydali Kermisz, Blumental i Chaim Lazar, którzy znali Iwańskiego osobiście. Pojawiła się też kwestia ewentualnego związku Iwańskiego z zadenuncjowaniem bojowców ŻZW, którzy przedostali się tunelem na aryjską stronę ul. Muranowskiej. Mówił o tym Rotem, nalegając na dalsze drążenie tej sprawy. Uznał też za dziwne, że w kręgach ŻOB nie wiedziano nic o tak ogromnej pomocy ze strony Iwańskiego. Podkreślił ponadto, że proszeni o opinię historycy nie znali Iwańskiego w okresie okupacji i wiedzę na jego temat czerpią z powojennych przekazów. Członkini zespołu „Oneg Szabat” Rachela Auerbach również mówiła o różnych niejasnościach i apelowała o ostrożność. Prokurator Gideon Hausner dowodził, że rząd komunistyczny w Polsce popierał Iwańskiego, pomimo swej niechęci do doceniania wysiłku osób wywodzących się z AK. Był to argument za. Bardziej sceptyczny co do intencji rządu PRL był znowu Rotem, który jednak po spotkaniu z Cukiermanem wycofał swoje zastrzeżenia316. To dość zaskakujące, zważywszy iż w pierwszych latach powojennych w kręgach ŻOB powszechne było przekonanie o niezwykle podejrzanych kontaktach rewizjonistów ze stroną aryjską. Fakt ten, o czym opowiemy w następnych rozdziałach, miał nawet zaważyć na fiasku scalenia rewizjonistów z ŻOB. Hausner ze swej strony wysłał list do mieszkającego w Nowym Yorku Dawida Wdowińskiego z zapytaniem o Iwańskiego. Odpowiedzi jednak nie otrzymał. Sędzia Mosze Landau nalegał na przyspieszenie procedury z uwagi na trudną sytuację materialną Iwańskiego. W tych okolicznościach 10 października 1964 r. podjęto decyzję o wyróżnieniu obojga Iwańskich317. Widać więc ogromne zaangażowanie różnych osób i instytucji w tej sprawie. Zastanawia jednak, że nie zwrócono się w tej sprawie do Polaków, na przykład do cieszącego się ogromnym autorytetem w Yad Vashem Władysława Bartoszewskiego. W archiwum instytutu znajduje się obszerna relacja dotycząca najbardziej zasłużonych dla pomagania Żydom Polaków; próżno w niej szukać nazwiska Iwańskiego318. Niewykluczone jednak, że Bartoszewski był indagowany na jego temat podczas swojej wizyty w Izraelu w 1963 r.

Pisaliśmy już, że po dekoracji medalem Sprawiedliwego Iwański stał się niekwestionowanym autorytetem w PRL i Izraelu. Cały czas pozostawał w kontakcie z Lazarami. Dosłownie bombardował ich listami! „Pisaliśmy do pani 18 razy, ale nie dawała pani odpowiedzi” — skarżyli się Iwańscy 2 marca 1967 r. Niekiedy też otrzymywał za ich pośrednictwem przekazy pieniężne. Stałym motywem jego listów były problemy zdrowotne. Nigdy nie omieszkał przypomnieć, że otrzymał rany, walcząc w obronie Żydów. W pewnym momencie wyraził zainteresowanie przyjazdem do Izraela. Wstępnie zaprosił go tam wybitny działacz partii Herut Simcha Holzberg. Iwański miał możność poznać go osobiście podczas jego pobytu w Warszawie. Pomysł poparli pracownicy Yad Vashem i czynili do tej wizyty poważne przygotowania. Wyrażano autentyczną troskę o stan zdrowia żony Iwańskiego319. Z treści listów Iwańskiego do Lazarów wynika, że zaproponowano mu przyjazd na prywatne zaproszenie na kilka tygodni. Zdecydowanie odmówił. W imię swych ogromnych zasług domagał się poważnego traktowania, a przede wszystkim honorów: „Innym może to dogadzać i pasować, ale nie mnie, który na przestrzeni lat był dowódcą i komendantem oddziałów [sic!] ochrony życia i zdrowia Żydów i który bądź co bądź ocalił ogromną ilość Żydów. To wy, moi drodzy Państwo Lazar, musicie mieć na uwadze i wytłumaczyć to innym. […] chyba jest samo przez się zrozumiałym, że ja i moja żona mamy pewien ciężar gatunkowy na szali ratowania Żydów, my w tej akcji straciliśmy synów, ja sam zostałem w tej akcji ciężko poraniony i straciłem braci [sic!], a na akcji żywienia i ubierania uratowanych oddałem wszystko co miałem, a miałem dużo”320. Czuł się Iwański bez wątpienia gwiazdą pierwszej wielkości. Prosił na przykład, by przekazać jego adres znanym osobom z życia publicznego, w tym sędziemu Mosze Landauowi. I nie przeliczył się: o bezpłatny bilet dla Iwańskich poproszono izraelskiego ministra transportu321. Zabiegi związane z wyjazdem przerwał wybuch wojny sześciodniowej i jej polskie reperkusje. Iwańscy nigdy do Izraela nie dotarli.

W połowie lat sześćdziesiątych Iwański czynił starania o uznanie zasług jego towarzyszy. Przeszkodą nie był ŻIH, którego dyrektorzy, Bernard Mark, a po jego śmierci Artur Eisenbach, pod dyktando „Bystrego” wystawiali kolejne zaświadczenia o działalności na rzecz ŻZW. Otrzymała je nie tylko żona Iwańskiego Wiktoria322, ale również żona jego brata Wacława, Maria Iwańska323, żona Lejewskiego i wielu innych znajomych. Dokumenty te służyły do uzyskania emerytur i różnych przywilejów. W 1963 r. wraz z Iwańskim nagrodzonych zostało kilku jego ludzi. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski został udekorowany między innymi Marian Tadeusz Kowalski „Sęp”, jeden z sygnatariuszy relacji z 1948 r. Również dla jego żony Heleny Iwański wystarał się o zaświadczenie z ŻIH — jej pierwszy mąż Wiktor Oławiński miał jakoby zginąć w getcie, oczywiście w szeregach ŻZW na placu Muranowskim. Czynił też starania, by zorganizować Kowalskim pomoc finansową z Izraela, motywując to pobudkami humanitarnymi: Kowalski był alkoholikiem, a żona miała na utrzymaniu dwójkę dzieci. Być może był to sposób na spłacenie wobec niego długu. Niepowodzeniem zakończyła się natomiast akcja załatwienia dla wszystkich medali Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Iwański bezskutecznie naciskał w tej sprawie Lazarów. Sami zainteresowani słali podania do Yad Vashem. Zrobili tak Lejewski, Kowalski „Sęp” i inni. W tym wypadku jednak zaświadczenia z ŻIH, które miały służyć za podstawę wniosków, nie na wiele się przydawały. Niemniej żona Kowalskiego Helena otrzymała medal w roku 1978. To swoją drogą zadziwiające, jako że z jej relacji wynika, iż była uratowaną z getta Żydówką324. Do Mariana Tadeusza Kowalskiego jeszcze powrócimy. Kilka lat po śmierci „Bystrego”, w 1984 r., medale Sprawiedliwego przyznano również bratu Iwańskiego Wacławowi (pośmiertnie) i jego żonie Marii325.

Po śmierci Bernarda Marka, a następnie dekompozycji instytutu za kierownictwa Artura Eisenbacha, spowodowanej kampanią antysemicką 1968 r., Iwański nadal „kręcił się” w ŻIH. Kolejny dyrektor tej instytucji, Szymon Datner, zaproponował mu nawet pracę w charakterze szefa personalnego. Iwański, jeśli wierzyć materiałom SB, odrzucił ją ze względów finansowych. W 1970 r. w kolejną rocznicę powstania w getcie warszawskim w porozumieniu z Datnerem przygotował
w ŻIH kontrowersyjną ekspozycję pt. „Ściana Sprawiedliwych”, mającą być hołdem złożonym Polakom, którzy pomagali Żydom. Fakt ten wykorzystała Służba Bezpieczeństwa, by odnowić znajomość z Iwańskim. Przesłuchującemu go w czerwcu 1970 r. oficerowi SB Czesławowi Grobeckiemu z Wydziału III Departamentu III MSW „Bystry” zwierzył się z dawnej współpracy z ppłk. Jerzym Kudasiem z Wydziału VII Departamentu II MSW, któremu „Przekazał m.in. informacje z pobytu w Wiedniu z red. Zbigniewem Sołubą326. Będąc w Wiedniu, spotkał się m.in. z Szymonem Wiesenthalem, a jego informacje posłużyły następnie do zdemaskowania działalności szpiegowskiej Wiesenthala”327. Kudaś pracował w tym departamencie od października 1966 do stycznia 1969 r., działalność Iwańskiego datować trzeba zatem na ten okres. Nas interesuje przede wszystkim jego aktywność w ŻIH — to on miał przekazać informacje w sprawie usiłowania wywiezienia przez wdowę po Bernardzie Marku Edwardę materiałów z ŻIH do Izraela („W wyniku jego interwencji nie dopuszczono do wywiezienia tych materiałów”). Z własnej inicjatywy miał zaangażować do współpracy z SB dwie pracownice techniczne ŻIH. „Od tych osób — jak zapisano w raporcie — zbierał informacje na piśmie. Robił to dlatego, by osoby te w przyszłości nie odmówiły współpracy”. Wyraził też gotowość do składania doniesień, przechwalając się, iż „może udzielić wiele informacji o Żydach, gdyż mają do niego zaufanie w związku z jego działalnością w okresie okupacji, za co otrzymał w 1966 r. z żoną odznaczenia w ambasadzie izraelskiej”. Na uwagę zasługują opinie o Iwańskim obu prowadzących go esbeków. Grobecki pisał:
„Z przebiegu rozmowy wywnioskowałem, że Iwański jest b[ardzo] chętny do współpracy. […] Wiele informacji przekazuje mu Cz. P. [jedna ze zwerbowanych agentek, której personaliów nie ujawniamy — D.L., L.W.]. Informacje te następnie komentuje na swój sposób, z punktu widzenia wrogiej działalności. Ma on skłonności do wyolbrzymiania wrogiej działalności i przypisywania sobie zasług”. Równie ciekawa jest przytoczona w tym dokumencie charakterystyka naszego bohatera autorstwa wspominanego już płk. Kudasia: „Iwański był wykorzystywany doraźnie, po czym kontaktu z nim nie utrzymywano. Płk Kudaś poinformował mnie, że Iwański przekazywał nieobiektywne informacje, miał skłonności do wyolbrzymiania faktów i zjawisk. Potrafił jednak utrzymywać fakt współpracy w tajemnicy”. Ciekawa jest też konkluzja: „Iwański mimo podeszłego wieku jest bardzo żywotny i energiczny”328. Obraz ten jako żywo nie pasuje ani do portretu Iwańskiego pozostawionego przez Chaję Lazar, ani do jego wizerunku w prasie PRL. Niewykluczone, iż z wiekiem jego stan zdrowia się poprawił. Bardziej prawdopodobne, że nasz bohater doskonalił kunszt aktorski. Nie przypadkiem przecież nosił pseudonim „Bystry”. Informacje o postawie Iwańskiego w okresie kampanii „antysyjonistycznej” odbiły się niekorzystnie na jego wizerunku za granicą. Claims Conference i Joint zawiesiły przekazywanie mu subwencji przyznanych w 1968 r. Organizacje te otrzymały „w ścisłej konfidencji wieści z biura Jointu w Genewie, że Iwański atakował «niewdzięcznych Żydów, syjonistów i szpiegów Jointu» w radiu i telewizji. W związku z tym wstrzymano wszelkie subwencje”329.

W tym samym jednak czasie, po publikacji głośnej książki Dana Kurzmana o powstaniu w warszawskim getcie (The Bravest Battle: The Twenty Eight Days of the Warsaw Ghetto Uprising), raz jeszcze wzrosło zainteresowanie Iwańskim. Słynny reporter „Washington Post” był zresztą ostatnim zagranicznym dziennikarzem, który przeprowadził wywiad z Iwańskim. Tak samo jak jego poprzednicy dał się uwieść. Było to w 1975 r. „Bystry”, czy to zapominając o istniejącej wersji swej biografii, czy próbując się bardziej uwiarygodnić przed swoim rozmówcą, raz jeszcze pofolgował fantazji. Tym razem uśmiercił nie tylko swoich synów i brata Wacława, lecz także drugiego brata, a nawet ojca. Wspomniał też o siedmiu latach spędzonych w komunistycznym więzieniu! Kurzman wspominał po latach: „Udało im się przeżyć, ale pokój nie okazał się dla nich łaskawy. Rząd komunistyczny w Polsce nagrodził kapitana za jego nadzwyczajną odwagę siedmioletnim wyrokiem więzienia, oskarżając go, że walczył «nie dla robotników, ale dla intelektualistów i bogaczy». Iwańscy gnili w obskurnym mieszkaniu w Warszawie prawie w ubóstwie, ciągle cierpiąc od ran i chorób z okresu wojny. Kapitan płakał, kiedy potwierdził informacje, które zgromadziłem, przeżywając raz jeszcze ten horror minuta po minucie. «Straciliśmy wszystko» — powiedział cicho — «ale zrobiłbym to wszystko jeszcze raz»”. Z pewnością ujął amerykańskiego autora swoją postawą moralną i empatią wobec cierpiących Żydów. Wyznał mu: „gdy Żyd płacze, płaczę i ja. Gdy Żyd cierpi, jestem Żydem. Wszyscy należą do mojego narodu, bo jestem człowiekiem”. Kurzman był pod tak wielkim wrażeniem, że z miejsca napisał w tej sprawie do Menachema Begina. Rozważano nawet ściągnięcie polskiego bohatera do Izraela330. Losem Iwańskiego zainteresowali się zwykli ludzie. Świadczy o tym korespondencja napływająca w tej sprawie do Departamentu Sprawiedliwych Yad Vashem. Sam Departament poczynił również pewne wysiłki w kierunku zorganizowania dla niego pomocy finansowej331.

„Bystry” zmarł 7 lipca 1978 r. W polskiej prasie nie zamieszczono jego nekrologu. Jedynym miejscem, gdzie odnotowano jego śmierć, było wydawnictwo redagowane przez Lazarów. Tak się złożyło, że obok wydrukowano nekrolog zmarłej w tym samym czasie Cywii Lubetkin332. Przed śmiercią Iwański zdecydował się przekazać Lazarowi relikwię — słynny „sygnet Apfelbauma”, którego wcześniej nie chciał oddać „za żadne pieniądze”. W kwietniu 1978 r. Lazar podczas swego pobytu w Warszawie odwiedził ciężko chorego Iwańskiego. „Na półce nad jego łóżkiem leżał słynny pierścień — wspominał: «Wziąłem go na chwilę i obracałem w dłoni, po czym odłożyłem na miejsce. Cały czas myślałem, jak mu wytłumaczyć, by przekazał go do Izraela». Kiedy dwa dni później powrócił, ku jego zdumieniu Iwański przekazał mu pierścień. «Włożyłem go na palec, a moje serce napełniło się radością», powiedział Lazar. Wkrótce Iwański zmarł”333. Sprowadzenie pierścienia było wielkim wydarzeniem. Zachowały się fotografie przedstawiające prezentację tej relikwii premierowi Beginowi. Powstały liczne kopie pierścienia. Chaja Lazar przekazała go w testamencie Yad Vashem. W 2004 r. trafił na nową wystawę w instytucie Yad Vashem, gdzie zajął poczesne miejsce w niedużej ekspozycji poświęconej ŻZW i działa na wyobraźnię zwiedzających334.

RYSY NA POMNIKU

Wśród dokumentów świadczących o ratowaniu Żydów przez Iwańskiego znajduje się oświadczenie Marii Roliard wydane latem 1960 r. Wynika z niego, że Iwański „pomógł [jej i jej mężowi] w marcu 1943 r. w ucieczce z obozu pracy SS, mieszczącego się w gmachu b[yłej] ambasady radzieckiej przy ul. Poznańskiej, a następnie udzielił nam schronienia w swoim mieszkaniu przy ul. Złotej 56a/2”. Stamtąd trafić miała do dentystki Sowińskiej. Mąż Marii, jakoby członek ŻZW, miał stracić życie w powstaniu kwietniowym335. Wraz z drugim mężem, Henrykiem Roliardem, wyjechała z PRL do Izraela w 1965 r. Niedługo później oboje złożyli relacje w instytucie Yad Vashem. Henryk Roliard nie tylko w całej rozciągłości potwierdzał zasługi Iwańskiego i jego towarzyszy, lecz przedstawiając się jako członek oddziału Zajdlera i uczestnik akcji pomagania Żydom, wniósł do tej heroicznej historii nowe szczegóły336. Znacznie bardziej interesujące jest jednak świadectwo jego żony. Niezwykle ciepło wspomina ona bynajmniej nie Henryka Iwańskiego, ale komendanta obozu Waffen-SS-Oberscharführera Bernarda Schmetkorta, bardzo dobrze traktującego podległych mu Żydów. To właśnie on miał wystarać się o aryjskie dokumenty dla niej i dla jej męża i skontaktować ich „za pośrednictwem pewnego człowieka z polskiej organizacji podziemnej [Iwańskiego? — D.L., L.W.] z pewną dentystką, u której mieliśmy zapewnione schronienie”. Do tej właśnie osoby trafiła autorka relacji po ucieczce z likwidowanego pod nieobecność komendanta obozu w dniu 20 maja 1943 r. Jej mężowi (Mieczysław Patałowski) sztuka ta się nie udała — wraz z innymi Żydami został rozstrzelany w ruinach getta. Po jakimś czasie Maria znalazła schronienie u… żony Schmetkorta, u której przebywała do marca 1944 r. Wtedy to poznała swego późniejszego męża Henryka Roliarda. Ten uratował ją niebawem z rąk szmalcowników (w 1967 r. odznaczono go medalem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata)337. Z drugiej relacji Marii Roliard znika więc Henryk Iwański, pojawia się za to „dobry Niemiec” — jej rzeczywisty dobroczyńca. Nie mniej znaczące są odmienne okoliczności śmierci jej męża, w świetle pierwszej relacji żołnierza ŻZW. Zagadką pozostają motywy skłaniające ją do podania rozbieżnych wersji historii swego ocalenia, podobnie jak niespójność między jej zeznaniami a zeznaniami samego Roliarda.

Niezwykłe postscriptum do tej historii odnajdziemy w klasycznej już pracy o Polakach ratujących Żydów autorstwa amerykańsko--żydowskiej badaczki Nechamy Tec, o podnoszącym na duchu tytule When Light Pierced the Darkness. Tec pisze: „Członek oddziału Iwańskiego, ratujący Żydów Paweł Remba był przeciwnikiem polityki lewicowej. Rozmawiałam z nim w Izraelu, gdzie osiedlił się ze względu na swoją niechęć do komunizmu. Jako członek Korpusu Bezpieczeństwa Remba pamiętał, że grupa byłych oficerów żydowskiego pochodzenia, którym pomagał Iwański, utworzyła podziemną organizację — ŻZW. Byli to rewizjoniści, a zatem mieli poglądy prawicowe. Rozmowa o nich w powojennej Polsce stanowiła temat tabu, z uwagi na ich nielewicową ideologię. Sam Korpus Bezpieczeństwa popadł w niełaskę. Iwański, ponieważ znany był jako dowódca Korpusu Bezpieczeństwa, został aresztowany przez władze komunistyczne. Doświadczenie, jakie stało się udziałem Remby, podkreśla ironiczne meandry ideologii i działalności podziemia: «Po wojnie bałem się przyznać do udziału w konspiracji i […] do pomocy, jakiej udzielałem rewizjonistom żydowskim. Wiedziałem, że mogę być za to aresztowany. Dopiero w 1950 r. ośmieliłem się nawiązać kontakt z profesorem Markiem. Jestem pewien, że ze względu na to, iż tak późno podjęli badania nad działalnością grup bojowych w getcie, wiele materiałów przepadło. Nasze ugrupowanie, Korpus Bezpieczeństwa, trzykrotnie próbowało ratować Żydów i udzielało im pomocy podczas walki w getcie»”338.

Od razu rzuca się w oczy, że owym bohaterskim Polakiem występującym pod pseudonimem „Paweł Remba” jest nie kto inny jak Henryk Roliard339. Dalej Remba-Roliard opisuje potyczkę w getcie, w której on sam wraz z towarzyszami, przebrani w niemieckie mundury, wjechali do getta ciężarówką, „jak gdyby mieli skonfiskować meble”, choć w rzeczywistości mieli wywieźć Żydów. W tej dramatycznej historii członkowie grupy zostali ujęci przez funkcjonariuszy Gestapo, którzy polecili członkom Korpusu Bezpieczeństwa i Żydom z ciężarówki, aby poszli za nimi. „Po drodze naszą ciężarówkę zaatakował oddział skrajnie lewicowej partyzantki — komunistycznej GL. Nie wiedzieli, kim jesteśmy. Wrzucili do samochodu granat. Wyskoczyłem; dwie Żydówki zapewne zginęły […]. Zrozum, to była skrajnie lewicowa organizacja, zdominowana przez komunistów, którzy zmusili mnie, bym przestał pomagać płonącemu gettu warszawskiemu”340. Aby jednak nikt nie pomyślał, że Remba-Roliard szukał chwały dla siebie czy choćby dla swoich rodaków, Tec zapewnia czytelników: „Do dziś […] kuleje na skutek urazu odniesionego podczas szmuglowania Żydów z getta warszawskiego w dniach powstania […]. Gdy spotkałam się z Pawłem w Izraelu, kategorycznie zaprotestował przeciwko uznawaniu jego samego czy innych jemu podobnych za bohaterów: «Zdecydowanie odrzucam myśl, by Polaków udzielających pomocy [Żydom] traktować jak bohaterów. Dla każdego z nas pomoc ta była czymś naturalnym. Nie byliśmy bohaterami; w tym czasie baliśmy się wszyscy, ale nikt z nas nie postąpiłby inaczej»”341.

W rozdziale dotyczącym metodologii stosowanej podczas badań Tec pisze: „Najpierw przeczytałam o nim w książce [o Roliardzie], a w 1979 r. przeprowadziłam z nim wywiad. Mimo że jego świadectwo datowane jest na 1957 r., te same szczegółowe informacje pojawiają się ponownie w wywiadzie. W rzeczy samej, poza dodatkowymi bardziej szczegółowymi informacjami, jakie uzyskałam na potrzeby moich badań, między jednym a drugim źródłem różnice były niewielkie”342. W wypadku świadków pozostałych w PRL sytuacja była daleko bardziej skomplikowana. Przeglądając kolejne materiały w archiwum byłego ZboWiD, skonstatowaliśmy, że pod koniec lat sześćdziesiątych niektórzy dawni towarzysze broni „Bystrego” rozpoczęli nową fazę dokumentowania swojej działalności okupacyjnej. A co więcej, produkowali enuncjacje daleko odbiegające od obowiązującej wykładni. Odnosi się to zwłaszcza do wspominanej parokrotnie Wandy Skoczek „Baśki”. Z jej dossier wyłania się nie tyle nowa hierarchia zasług, ile zupełnie nowa wersja wojennych dziejów personelu szpitala przy ul. Wolskiej 37. W roli głównej obsadzono męża Wandy, Jana Skoczka. Istniejąca od jesieni 1939 r. organizacja konspiracyjna miała nosić nazwę nie WZWZ czy KB, lecz… Tajna Armia Polska, a miał nią kierować Zdzisław Nosarzewski (w ogóle niepojawiający się w relacjach Iwańskiego) i znany nam Skoczek. Skoczkowa, jak pamiętamy, podpisała się pod materiałem sporządzonym przez Iwańskiego w czerwcu 1948 r. Teraz jednak zarówno ona, jak i osoby zaświadczające o jej okupacyjnych zasługach, z kilkoma dawnymi „podkomendnymi” Iwańskiego na czele, całkowicie zignorowali swego „dowódcę”. Jego nazwisko wyparowało z dziejów konspiracji na terenie szpitala przy Wolskiej! Kazimierz Piekarzewski twierdził na przykład, że został zaprzysiężony w TAP pod koniec 1939 r., a jej członkowie podlegać mieli nie Iwańskiemu, lecz Kazimierzowi Czapli „Gurtowi”. O ile wiemy, nigdy nie wprowadzono tych informacji do obiegu. Do szpitala przychodzić miało wielu Żydów i otrzymywali oni broń od Skoczka, Skoczkowa miała wwozić ją do getta. Inny pracownik szpitala, również jeden z rzekomych podkomendnych Iwańskiego, Tadeusz Płudowski, utrzymywał, że polecenia co do przerzutów broni do getta wydawał mu nie kto inny jak Skoczek. Potwierdził też podporządkowanie organizacji „Gurtowi” i AK na przełomie 1941/1942. Sama Skoczkowa zapewniała, że od 1939 r. należała do ZWZ, a na temat „Bystrego” nawet się nie zająknęła. Nie inaczej postąpił nasz dobry znajomy — „Sęp” Kowalski, który zaświadczył, iż Wanda Skoczek podlegała „Gurtowi”343. Jedynie w relacji Płudowskiego pojawiają się nazwiska Żydów: Jana Turowera, Józefa Celmajstra i Jana Łopaty, którzy mieli odbierać od Skoczka broń. Do osoby Turowera i relacji Płudowskiego jeszcze wrócimy. Tymczasem stwierdźmy jedynie, że w monografii TAP nie ma mowy o jej placówce w szpitalu na Wolskiej344.

W tym samym czasie światło dzienne ujrzała niezależna relacja na temat szpitala św. Stanisława. Mimo że nie uwzględniono w niej kontekstu żydowskiego, dobrze wprowadza w rzeczywistą sytuację występujących w naszej historii osób. Mowa o wspomnieniach uciekiniera z obozu koncentracyjnego w Auschwitz Edwarda Ciesielskiego, wydanych w 1968 r. Pojawiają się tu pracownicy szpitala św. Stanisława, w tym niewymieniony z nazwiska kierownik działu gospodarczego oraz szef kancelarii Zdzisław Nosarzewski, którzy udzielili autorowi schronienia na początku września 1943 r. Co warte podkreślenia, na teren szpitala miał go przyprowadzić inny uciekinier z Auschwitz — słynny rotmistrz Witold Pilecki. Ciesielski spędził w szpitalu tydzień jako pacjent, a następnie pod zmienionym nazwiskiem został zatrudniony w kancelarii szpitalnej i mieszkał tu przez kilka miesięcy. Na początku swego pobytu miał się spotkać z ukrywającym się tam innym uciekinierem z obozu w Auschwitz o swojsko brzmiącym nazwisku Kowalski345. Najważniejsze, że nazwisko Iwańskiego nie pada ani razu. W przeciwieństwie do Skoczka, ale o tym napiszemy w następnym rozdziale.

AMNEZJA

Pora na ostateczne rozstrzygnięcia w sprawie Iwańskiego. Pisaliśmy już wiele o inwigilacji Iwańskiego przez UB, jego aresztowaniu, a także o miejscu tego epizodu w jego bohaterskiej biografii. Tak się szczęśliwie złożyło, że w Archiwum IPN zachowały się materiały śledcze i procesowe z pierwszej połowy lat pięćdziesiątych, pozwalające odtworzyć rzeczywisty przebieg wydarzeń. Ich lektura, mimo iż przyzwyczailiśmy się już do nagłych zwrotów akcji, była dla nas pod wieloma względami szokująca. Ale po kolei. Iwański został zatrzymany 23 kwietnia 1950 r. pod zarzutem prowadzenia działalności wywiadowczej w ramach podjętych przez komunistów prześladowań Świadków Jehowy, mających być zemstą za niepodpisanie apelu sztokholmskiego i brak gotowości do współpracy z bezpieką. Na początku sierpnia tego roku stowarzyszenie zdelegalizowano346. Iwański przystąpił wspólnoty w 1948 r. i zrobił tam, co nie powinno nas specjalnie dziwić, jeśli weźmiemy pod uwagę jego rozliczne uzdolnienia, błyskawiczną karierę347. Wystarczy powiedzieć, że przywódca wspólnoty Wilhelm Scheider przedstawiał go z dumą członkom centrali w Łodzi jako… magistra filozofii348. Po przebyciu szkoleń stał się jedną z ważniejszych w tym środowisku postaci. To zadecydowało o jego aresztowaniu (16 maja) i postawieniu mu oraz dwóm innym prominentnym członkom stowarzyszenia bardzo poważnych zarzutów. Iwański został oskarżony o to, że od jesieni 1948 do kwietnia 1950 r. „na terenie Warszawy jako głosiciel sekty «Świadków Jehowy» czynił przygotowania do zmiany przemocą ustroju Państwa Polskiego, w ten sposób że: rozpowszechniał na terenie Warszawy i okolic wśród szerokich rzesz społeczeństwa polskiego nielegalną literaturę zawierającą treść defetystyczną, usiłując wytworzyć nastrój panikarski, psychozy wojennej i skierować społeczeństwo do wrogich wystąpień przeciwko obecnemu ustrojowi”349. W kwietniu 1951 r. prokurator Naczelnej Prokuratury Wojskowej przekazał nadzór nad śledztwem wojskowemu prokuratorowi rejonowemu w Warszawie. Dotychczas prowadził je departament śledczy MBP. Pierwszego dnia rozprawy przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie (11 października 1951 r.) reprezentujący oskarżonych adwokat z urzędu wniósł o zbadanie Iwańskiego przez lekarza psychiatrę, ze względu na pojawiające się u niego zaniki pamięci. Doktor Feliks Kaczanowski postulował umieszczenie go na oddziale zamkniętym w szpitalu psychiatrycznym na 6 tygodni, na co sąd wyraził zgodę i zawiesił na ten okres postępowanie wobec niego350. Tym samym materiały dotyczące Iwańskiego przekazano do odrębnego śledztwa.

Zasłanianie się brakiem pamięci było sposobem radzenia sobie przez Iwańskiego z niewygodnymi pytaniami. Wystarczy przywołać jego pokrętne tłumaczenia przed komisją weryfikacyjną ZBoWiD. Tak było i w tym wypadku. „Zaniki pamięci” pojawiły się już w dniu aresztowania Iwańskiego. W składanych tego dnia zeznaniach miał problemy z „przypomnieniem” sobie wielu szczegółów swojej służby wojskowej, co nie przeszkadzało mu podawać wyczerpujących informacji na temat dziesiątek członków Świadków Jehowy351. Nas najbardziej rzecz jasna interesuje wątek autobiograficzny. Ojciec Iwańskiego był stolarzem, matka (z domu Dyjewska) krawcową (w innych zeznaniach praczką), brat Wacław był blacharzem, Edward zaś spawaczem. Iwański przyznawał się do członkostwa w POW (sekcja młodociana), utrzymując, że brał udział w powstaniach śląskich z bronią w ręku, na co miał posiadać zaświadczenia. Nie wiadomo natomiast, gdzie pobierał naukę. Pracował w Banku Polskim przy ul. Bielańskiej 10, potem w kwiaciarni przy Chmielnej, a wreszcie w szpitalu św. Stanisława. W jednym z zeznań pojawiło się kilka znanych nam „faktów” z historii WZWZ (padły nazwiska Stanisława Szpilkowskiego, Pawła i Mariana Kowalskich, Celmajstra). Celem organizacji miała być ochrona osób zagrożonych przez Gestapo, powielanie i kolportaż komunikatów radiowych, a wreszcie magazynowanie broni i amunicji. Grupa miała nawiązać kontakt z ŻOB „celem zbierania zagrożonych jednostek z terenu getta i ich ukrywania, dostarczania do getta lekarstw i ryżu [sic!] dla chorych”. Pewien problem sprawiła kwestia organizacyjnych afiliacji. Grupa Iwańskiego miała pozostawać w kontakcie z Batalionami Chłopskimi (za pośrednictwem znanego nam Zdzisława Gościmskiego) oraz z grupą „Tymchlu” (niewymienionego tu z nazwiska Mochalskiego, po wojnie dyrektora fabryki grzebieni „Ideal” w Warszawie). W dniach powstania warszawskiego grupa „Tymchlu”, z Iwańskim w składzie, weszła do AK. Iwański walczyć miał na Woli i Starym Mieście, potem dotarł do Śródmieścia, gdzie głównie leżał w szpitalu. Po upadku powstania trafił do Pruszkowa, koniec wojny zastał go pod Krakowem. Po powrocie do Warszawy handlował z żoną ciuchami, od połowy 1947 do grudnia 1950 r. miał budkę na bazarze przy Grójeckiej352.

Tym samym nasze intuicje i wątpliwości co do rodziny Iwańskiego, jakie pojawiły się w trakcie lektury omawianych wcześniej materiałów, okazały się całkowicie uzasadnione. Iwański nie miał synów. Zaskakująco niewiele dowiadujemy się z tej dokumentacji o jego córce, informacja o jej istnieniu pojawia się tylko raz, podczas jednego z przesłuchań w dniu aresztowania353. Nie mogła być ona dzieckiem Wiktorii Iwańskiej, jako że „Bystry” związał się z nią w czasie okupacji, a związek małżeński zawarł dopiero po wojnie. Kolejne przesłuchania, prowadzone przez zmieniających się ubeków, dotyczyły wyłącznie funkcjonowania Świadków Jehowy. Powiedzieć tu trzeba, że zaangażowanie Iwańskiego i skala jego działań robią duże wrażenie. Jeździł po kraju, był na przykład w Lublinie, gdzie pozyskiwał informacje o działalności kleru katolickiego wymierzonej w Świadków, odwiedzał zbory i biura w Łodzi, Poznaniu i Krakowie.

Skoncentrujmy się jednak na opiniach lekarzy. „Fragmenty swego życiorysu zna tylko z opowiadań żony i innych bliskich mu ludzi — pisał we wstępnej opinii dr Kaczanowski. — W pamięci jego nie pozostał nawet cień z okresu 42 lat jego życia, do 1945 r. Wtedy to bowiem zaczął odbudowywać pamięć i gromadzić stopniowo wiadomości o sobie i świecie. Uczył się czytać, pisać, poznawać otoczenie. Nowa jego pamięć jest również chwiejna, okresami sprawna, okresami zupełnie nieporadna. Bywa, że nie może sobie przypomnieć imion, nazwisk ludzi mu znanych lub nazw przedmiotów nawet codziennego życia. Po kontuzji pozostał mu niedowład lewej nogi oraz słaba sprawność fizyczna lewej ręki. […] Wypowiedzi badanego robią wrażenie szczerych. […] trafiając na temat i pojęcia mu znane, mówi z widoczną przyjemnością i afektacją. Operuje dużym zasobem słów do danego tematu, staje zupełnie bezradny, gdy go zaskoczyć pytaniem z dziedziny dostępnej dla każdego przeciętnie rozwiniętego człowieka, ale odległej od spraw związanych z ruchem Jehowy”. Wedle wstępnego rozpoznania, Iwański dotknięty był „stanem niemal całkowitej niepamięci wstecznej od 1944 r. pochodzenia pourazowego”354. Inne zgoła konkluzje zawiera przedstawiona sądowi siedemnastostronicowa opinia dr. Kaczanowskiego sporządzona na podstawie wielotygodniowej obserwacji. Iwański umieszczony został w Państwowym Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Pruszkowie (Tworkach) 12 stycznia i przebywał tu do 5 kwietnia 1952 r. W rozmowach z lekarzami utrzymywał, że po odniesionej kontuzji o swojej przedwojennej i okupacyjnej przeszłości wie wyłącznie od żony i osób trzecich. W ten sposób miał się dowiedzieć o śmierci braci (zostali jakoby zamordowani przez Niemców). Podobno miał jeszcze siostry, ale nic nie pamięta. Co prawda żona próbowała z nim o tym rozmawiać, ale „rozmowy źle wpływały na jego psychikę”. W 1946 r. odwiedzający go ludzie, których nie umiał rozpoznać, opowiadali mu o jego udziale w powstaniu śląskim. Żalił się, że z powodu kłopotów zdrowotnych był w śledztwie źle traktowany. Z jednym wyjątkiem: „Po ludzku traktowali mnie tylko oficerowie żydzi. […] Bo to są ludzie, którzy posiadają najstarszą i najszlachetniejszą kulturę”. Na pytanie, czy żywi jakiś specjalny kult dla tego narodu, odpowiedział twierdząco. Jedną z przyczyn tej postawy miało być posiadanie „wielu kolegów Żydów, a wśród nich wielu lekarzy”. Na pytanie, skąd o tym wie, odpowiedział, że „przychodzili do mnie i opowiadali mi. […] mówili, że byłem urzędnikiem w szpitalu […] w czasie okupacji […] wielu [lekarzy] się ukrywało, a ilu ja sam ukrywałem”. Dodał też parę szczegółów o swoich powojennych losach. Zamieszkał w na wpół zrujnowanym mieszkaniu przy ulicy Złotej, gdzie podobno wcześniej mieszkał z żoną. Zaczął pracować w spółdzielni remontowo-budowlanej w dziale zaopatrzenia, skąd po dziesięciu miesiącach został zwolniony. Leczył się. Gdy pewnego dnia zapamiętale opowiadał o powstaniach śląskich i lekarz zwrócił mu uwagę, że jednak pewne sprawy pamięta, „bardzo się speszył, po chwili opanował się i stwierdził, że zna to z opowiadań innych ludzi”. Przeprowadzono też wywiad z Wiktorią Iwańską. Podała, że poznała męża w 1940 r., gdy pracował w szpitalu Wolskim jako urzędnik. Formalnie zawarli związek małżeński w 1945 r. W czasie powstania zostali rozdzieleni. Odnalazła go po wojnie i sprowadziła do Warszawy. W ostatnim okresie interesował się wyłącznie sprawami Świadków Jehowy. W kontekście rzekomej współpracy okupacyjnej z duchowieństwem katolickim w ratowaniu Żydów na uwagę zasługuje informacja o jego antyklerykalizmie („Zawsze był religijny, księży nie uznawał”). Już wcześniej zresztą podzielił się z lekarzami opinią, że Watykan i papiestwo to „ośrodki międzynarodowego szpiegostwa”.

Diagnoza lekarska była jednoznaczna — Iwański to symulant. Zacytujmy dłuższy passus: „jest bardzo konsekwentny w swoim zachowaniu, w każdej sytuacji jest czujny i zasadniczo nad każdą sytuacją panuje, rzadko mu się zdarza zdekonspirować się (sprawa powstania śląskiego). […] szczerze chce odpowiadać za to wszystko, [za] co może być ewentualnie winien; w sprawach, które są mu zarzucane, orientuje się dobrze; gdy się o tym mówi, czuje się zupełnie swobodny i najzupełniej pewny siebie. Iwański staje się natomiast czujny, gdy porusza się z nim sprawy związane z okresem przed powstaniem, o tym okresie wyraźnie mówić nie chce, wykręca się od tego, zasłania się najrozmaitszymi argumentami. […] wyraźnie agrawuje i symuluje objawy neurologiczne, które mają świadczyć o jakimś przebytym urazie mózgu. […] «Kaznodziejskie» wypowiedzi robią wrażenie fanatycznych, naiwnych, a nawet otępiennych. Jest to jednak tylko styl specyficzny i charakterystyczny dla tych wypowiedzi, nieodzwierciedlających istotnej mentalności Iwańskiego. Iwański jest bowiem bardzo sprytny, przewidujący i dość inteligentny. W każdym razie jest dużo sprytniejszy i inteligentniejszy i mądrzejszy, niżby to wynikało z jego kaznodziejskich wypowiedzi”355.

Po powrocie Iwańskiego do więzienia przesłuchano go jeszcze kilka razy. Jego sprawa znalazła szybki finał. Śledztwo zakończono 24 maja 1952 r. Podobnie jak w wypadku dwóch współoskarżonych umorzono śledztwo w sprawie szpiegostwa (art. 7 Dekretu o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa z 13 czerwca 1946 r.). Oskarżono go o to, że z ramienia Świadków Jehowy, najpierw jako głosiciel, a potem kaznodzieja, członek Centrali Krajowej w Łodzi, przedstawiciel do spraw kontaktów z władzami, rozpowszechniał broszury „Strażnica”, „Religia Zbiera Wicher”, „Prawda Nas Wyzwoli”, „Informator”, o treści „defetystycznej i panikarskiej”, godzące „we wszystkie instytucje świeckie, głosząc zasady religianckiego anarchizmu z zamiarem oderwania społeczeństwa od czynników rządzących”. Tym samym „godził w postawy ustrojowe naszego państwa Ludowego”, szerzył między innymi „zasadę odmowy służby wojskowej i siał zamęt”. Jego działalność zmierzała do „osłabienia siły i mocy Polski Ludowej i była nacechowana wrogością do Demokracji Ludowej i do Ustroju Radzieckiego [pisownia oryginalna — D.L., L.W.]”. Z racji swej funkcji był odpowiedzialny za kolportaż tej literatury na terenie całego kraju356. Świadkami byli skazani towarzysze, Błaszczak i Licznerski, dowody rzeczowe — zabezpieczone wydawnictwa — ocenili biegli z Głównego Urzędu Kontroli Publikacji. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie skazał Iwańskiego 18 lipca 1952 r. na 4 lata więzienia i utratę praw publicznych na 2 lata oraz zasądził przepadek mienia357. W marcu 1953 r. na mocy amnestii wyrok zmniejszono do 2 lat i 8 miesięcy i nakazano wypuszczenie Iwańskiego z więzienia. Cztery lata później, po wniesieniu rewizji nadzwyczajnej, wyrok uchylono358.

Nie ma wątpliwości co do tego, że Henryk Iwański był brutalnie represjonowany przez władze komunistyczne. Sprawa ta, wbrew temu, co później głosił, nie miała nic wspólnego z jego działalnością w okresie okupacji. Rzeczywiste powody jego uwięzienia i skazania były rzecz jasna całkowicie nieprzydatne w budowaniu legendy „drużyny pierścienia”, w przeciwieństwie do prześladowań za działalność konspiracyjną w szeregach AK. W nakierowanym na zniszczenie struktur Świadków Jehowy śledztwie w ogóle nie interesowano się wątkami okupacyjnymi, mimo że przecież z punktu widzenia oskarżonego one właśnie były najważniejsze. W dokumentacji śledczej nie znaleźliśmy cytowanego obszernie opracowania UB mającego na celu ocenę wiarygodności relacji Iwańskiego złożonej w ŻIH latem 1948 r. Podczas żadnego z licznych przesłuchań nie pytano go też o ten dokument, demaskujący jego strategię obroną (rzekomą amnezję). Nie wiadomo, co było tego przyczyną, czy bałagan panujący w resorcie, czy uznanie tego materiału za nieprzydatny w toczącym się śledztwie. Nie znaczy to, że Iwański nie zdawał sobie sprawy z zainteresowania UB szczegółami jego okupacyjnej przeszłości. Musiał wiedzieć, że przesłuchiwano sygnatariuszy spisanej przez niego relacji. Jest więcej niż oczywiste, że podejmując grę z sądem i lekarzami, Iwański dążył do ukrycia jakichś kompromitujących faktów z okresu okupacji. Bo z pewnością nie chodziło tu o jego bohaterskie czyny. Obecnie nie ma szans, by odkryć prawdziwą historię „Bystrego”. A zresztą i tak ważniejsza jest legenda.

ROZDWOJENIE KAŁME MENDELSONA

Najważniejszą postacią w mitycznej wersji dziejów ŻZW oprócz Iwańskiego i Apfelbauma jest niewątpliwie Kałme Mendelson, który po wojnie przyjął nazwisko Kazimierz Madanowski. Jak pokazaliśmy wcześniej, to właśnie jego relacje i oświadczenia złożone dla Iwańskiego i jego ludzi miały decydujący wpływ na kształt kanonicznej opowieści o Żydowskim Związku Wojskowym. Trudno nie zauważyć jego kluczowej roli w stworzeniu mitu „pierścienia” Apfelbauma. Był jednym z tym, z którymi podczas wizyty w Polsce spotkała się Chaja Lazar, co wzruszająco opisała po latach: „Kiedy znaleźliśmy go latem 1962 r. w sanatorium w Otwocku pod Warszawą, nie chciał się przyznać, że był w getcie, ale kiedy odezwaliśmy się do niego po żydowsku, popłynęły mu łzy i zaczął opowiadać”359. Podobnie jak Iwański aż do końca cieszył się wielkim poważaniem ze strony Lazarów. Śmierć „ostatniego z komendantów” uczczono numerem wydawanego przez nich pisma. Madanowski został uznany, obok Tuwii Bielskiego i Józefa Klarmana360, za jedną z najważniejszych i najbardziej zasłużonych w ratowaniu Żydów osób. Wszystkich trzech określono mianem bohaterów narodowych361.

Podobnie jak w wypadku „Bystrego” na podstawie akt byłego ZBoWiD można bez trudu przywrócić tej postaci właściwy jej wymiar362. Sprawę jego okupacyjnego statusu rozstrzyga wypełniony przezeń kwestionariusz zgłoszeniowy do tej organizacji kombatanckiej. Formularz został złożony w maju 1948 r. w Szczecinie, czyli w ówczesnym miejscu zamieszkania Madanowskiego. Jego dane osobowe są niestety niezwykle lakoniczne. Podał, że urodził się w Warszawie, ma wykształcenie wyższe, a z zawodu jest dziennikarzem. Brak informacji na temat uczelni i przedwojennego miejsca pracy (weryfikatorzy opatrzyli zresztą te wpisy znakiem zapytania). Co charakterystyczne, Madanowski przyznawał się do narodowości polskiej — swego prawdziwego nazwiska nie wymienił. Zmienił też imię ojca na Wiktor (z późniejszych relacji wynika, że miał on na imię Abram). Nie podał nazwiska rodowego matki. Wpisał, że ma dwoje dzieci, urodzonych w 1940 i 1945 r. Przechodząc do spraw najistotniejszych — z dokumentu tego wynika, że w konspiracji Madanowski dosłużył się stopnia kaprala podchorążego i nosił pseudonim „Zakopiańczyk”. W rubryce „Data i miejsce wstąpienia do organizacji” zapisał: „1941, Warszawa, 15. pp Zgrupowania «Radosław»”. Ostatnia sprawowana przezeń w konspiracji funkcja to kolporter prasy. Jego dowódcą miał być kpt. „Hal”. Madanowski został ranny 22 sierpnia 1944 r. Żeby nie było wątpliwości: w rubryce „Opis działalności w walce z okupantem” przyznał się wyłącznie do uczestnictwa w powstaniu warszawskim. Miał być odznaczony Krzyżem Walecznych363. Podobnie jak w wypadku kwestionariusza Iwańskiego roi się tu od niedomówień i sprzeczności. Oddział kpt. Wacława Stykowskiego „Hala”364 (batalion im. Sowińskiego) nie należał do Zgrupowania „Radosław”, a ono z kolei nie wchodziło w skład 15. Pułku Piechoty AK. Niemniej nie można zanegować prawdziwości powstańczego epizodu z życia „Zakopiańczyka”. Nazwisko Madanowskiego pojawia się na liście ewakuowanych z Warszawy powstańców. Miał przybyć do szpitala w Milanówku 28 września 1944 r. Zarejestrowano tu również jego warszawski adres: ulica Grzybowska 32365. Najprawdopodobniej „Zakopiańczyk” był jednym z ochotników, którzy przyłączyli się do powstania. Inną sprawą, której nie będziemy tu rozwijać, jest kwestia jego przydziału. Począwszy od lat sześćdziesiątych, Madanowski utrzymywał, że był podkomendnym „Żarskiego”366, a to już czysta fantazja367. Podobnie jak trop wskazany przez Bednarczyka, który umieścił Madanowskiego w oddziale… „Bystrego” na Starym Mieście368. Sam Iwański, przynajmniej w znanych nam enuncjacjach, nigdy o czymś takim nie wspominał. W analizowanym przez nas kwestionariuszu nie ma, rzecz jasna, mowy ani o Iwańskim, Zajdlerze, Petrykowskim, ani o Żydowskim Związku Wojskowym, powstaniu w getcie czy wreszcie, o czym już wspomnieliśmy, o żydowskim pochodzeniu. Wydaje się, że w pierwszych latach powojennych Madanowski starał się pozostać przy polskiej tożsamości. Posługiwał się aryjskim nazwiskiem. Nie kontaktował się z instytucjami żydowskimi ani w Szczecinie, ani później w Warszawie. Jego legitymacja kombatancka, wydana przez szczeciński oddział ZBoWiD, zawiera inne nieco dane. Zapisano w niej, że należał do AK i był reporterem prasowym. Rany i kontuzje miał odnieść podczas powstania warszawskiego oraz w obronie Warszawy w 1939 r. I znowu — o powstaniu w getcie ani słowa.

Madanowski, przynajmniej podświadomie, musiał dostrzegać dysonans pomiędzy starą a nową wersją swego życiorysu. Zapewne dlatego jego kluczowa relacja na temat ŻZW i współpracy z Iwańskim (z jesieni 1959 r.) rozpoczyna się od znamiennego wyznania: „Stwierdzam dane, których w obawie utraty wolności (aresztowania) wcześniej nie ujawniałem, mając przykłady z innych pozbawionych wolności”369. Nie dajmy się jednak zwieść tej kazuistyce. Faktem jest, że kilka ważnych osób należących do tej historii trafiło do więzienia. Nie miało to jednak nic wspólnego z ich działalnością okupacyjną ani z członkostwem w KB, nie mówiąc już o działalności na rzecz Żydów. Z tego względu Madanowski powinien był tym bardziej zataić swoją przynależność do Armii Krajowej, której żołnierze i dowódcy byli prześladowani od pierwszych dni „wyzwolenia”.

Na obecnym etapie znajomości archiwaliów nie jesteśmy w stanie odtworzyć dokładnie powojennych losów Madanowskiego. Mieszkając w Szczecinie, pracował w Spółdzielni Wydawniczej Czytelnik. Do Warszawy przeniósł się prawdopodobnie w 1953 r.370 Trudno rozstrzygnąć, kiedy i w jaki sposób zetknął się z grupą „Bystrego”, z którą całkowicie związać miał swą przeszłość. Pewne jest natomiast, że fakt ten miał ogromny wpływ na jego pozycję. W kwietniu 1963 r. został odznaczony Krzyżem Kawalerskim (przypomnijmy — „Bystrego” odznaczono wówczas krzyżem Virtuti Militari, a nieistniejącego Apfelbauma… Krzyżem Grunwaldu). Otworzyły się przed nim możliwości korzystania z przywilejów należnych kombatantom. Wiele czasu na przykład spędzał w sanatoriach. Z innego dokumentu przechowywanego w jego teczce wynika, że był aktywnym członkiem Związku Inwalidów Wojennych PRL, a nawet pracownikiem Zarządu Głównego ZBoWiD.

Madanowski popadł w kłopoty w okresie kampanii „antysyjonistycznej”. W 1965 r. podczas jednego z pobytów w sanatorium wojskowym w Otwocku przez kilka miesięcy dzielił pokój z oficerem ludowego Wojska Polskiego. Ten w maju 1968 r. sporządził na niego donos do prezesa ZG ZBoWiD. Oczywiście, ten pełen antysemickich stereotypów utwór, napisany w klasycznej marcowej poetyce i odnoszący się do faktów sprzed trzech lat, musi być traktowany niezwykle ostrożnie. Niemniej można w nim znaleźć pewne wskazówki dotyczące biografii i charakteru naszego bohatera. Madanowski, nie ukrywając swego żydowskiego pochodzenia, miał przechwalać się wysoką rentą (zarówno krajową, jak i izraelską — 450 dolarów!), podróżami do Izraela w charakterze korespondenta PAP i różnymi przywilejami wynikającymi z jego kombatanckiego statusu. Miał być też rozbrajająco szczery: „Jak wynikało z jego osobistych relacji — pisał oburzony delator — rentę specjalną i wysokie odznaczenia otrzymał przez własny spryt, jak opowiedział, gdyż cała jego zasługa dla PRL była w tym, że uciekł z getta, schronił się do jednego z katolickich klasztorów, otrzymał świadectwo chrztu i na tej podstawie korzystał i korzysta z wojskowej opieki lekarskiej”. Sumy, jakimi żonglował Madanowski, musiały wywołać wstrząs u „syna Narodu Polskiego”, który „przeszedł szlak bojowy od Lenino do Berlina”. I teraz, płynąc na antysemickiej fali, domagał się wyciągnięcia konsekwencji wobec Madanowskiego i podobnych mu syjonistów371. Nie wiadomo, ile prawdy jest w tej historii. Nie ulega dla nas wątpliwości, że Madanowski lubił brylować — wiadomo przecież, że nigdy nie był w Izraelu, nie otrzymywał również stamtąd tak horrendalnie wysokiej renty. Madanowski musiał się gęsto tłumaczyć w ZBoWiD. W jego wyjaśnieniach znalazł się interesujący szczegół — w 1947 r. stracił kontakt z urodzoną dwa lata wcześniej córką372. Popełnił również artykuł antysyjonistyczny. Jest to — wszystko na to wskazuje — jego pierwszy tekst, jaki ukazał się drukiem. Pisał między innymi: „kampania oszczerstw przeciwko Polakom budzi oburzenie. Syjoniści oskarżają Polaków o czyny, skrajnie sprzeczne z ich charakterem. Mam tu na myśli oskarżenia Polaków o antysemityzm. Nie mogę się powstrzymać od ponownego [sic!] zabrania głosu w tej sprawie”. Piętnował zwłaszcza Stefana Grajka, z którym, jak wspomniał, niejednokrotnie rozmawiał w Warszawie w latach 1947–1950 i rozprawiał na temat polskiej pomocy dla Żydów. Do ponownego spotkania z Grajkiem doszło jakoby podczas uroczystości 20. rocznicy powstania w getcie. Świadkiem tej rozmowy miał być Simcha Rotem „Kazik”. Madanowski miał też być obecny podczas uroczystości w Auschwitz w 1967 r. Odpowiadając „oszczercom”, przedstawił historię swego ocalenia z nazwiskami wybawców — Iwańskiego „i jego ludzi”: Zajdlera, Lejewskiego, Bednarczyka, Mariana Tadeusza Kowalskiego (w takiej kolejności). Wspomniał też o swoim udziale w powstaniu warszawskim. To „Bystry” miał być tym, który opiekował się nim po powstaniu373. Wydaje się, że tym sposobem sprawę „syjonistycznej” postawy Madanowskiego udało się załagodzić. Iwański, przewidując kłopoty kolegi, już 11 kwietnia 1968 r., wydał pozytywną opinię o jego zasługach374. Ich drogi zaczęły się jednak rozchodzić. Z listów Madanowskiego do Lazarów wyłania się bardziej skomplikowany obraz tej postaci. Nasilenie tej korespondencji przypadło na rok 1966. Listy są krótkie, nerwowe. Madanowski skarżył się na zły stan zdrowia, informował o sytuacji w Polsce, między innymi o śmierci Bernarda Marka. Dominuje w nich motyw pomocy w emigracji do Izraela. Na specjalną uwagę zasługuje list, w którym napisał, iż od Grajka i Rotema dowiedział się, że jego „stary przyjaciel Łopata, który był z nim na Karmelickiej w czasie powstania”, mieszka w Szwajcarii. Prosi o jego adres, gdyż chce napisać do niego jak do starego przyjaciela”375. Jest to informacja sensacyjna, której nie udało się zweryfikować. Lazarowie, jak się wydaje, nic o powojennych losach Łopaty nie wiedzieli.

Madanowski z Polski nie wyjechał. Dokonała się natomiast kompletna przebudowa jego okupacyjnej historii. Świadczą o tym jego wynurzenia pojawiające się — pod nazwiskiem Kałme Mendelson — od wiosny 1969 r. na łamach londyńskiego tygodnika „Kronika”. Ten spóźniony coming out zawdzięczał Bednarczykowi, który od kilku lat — piszemy o tym dalej bardziej szczegółowo — od wielu miesięcy produkował się na łamach tego pisma. Kilka tekstów podpisali wspólnie, choć jak można sądzić na podstawie stylu i zawartości, ich autorem był Bednarczyk. Tandem debiutował tekstem rocznicowym z okazji powstania w getcie warszawskim mającym przypomnieć „cichych bohaterów” tych wydarzeń. Dla osób zorientowanych w piśmiennictwie na temat powstania była to wyjątkowo czytelna aluzja. Nie trzeba dodawać, że na herosa wyrastał Bednarczyk, a nazwisko Iwańskiego nie pojawiło się ani razu376. Podpisali się też pod recenzją książki płk. Kazimierza Iranka-Osmeckiego Kto ratuje jedno życie, zarzucając autorowi pominięcie dużej części pomocy ŻZW ze strony KB (autor ani razu nie wymienił nazwiska Bednarczyka). Pojawiły się tam również akcenty antysyjonistyczne, a w konkluzji znamienna deklaracja: „Mamy lepszą znajomość prawdy i tą drogą chcemy dalej służyć narodowi i naszej ojczyźnie pomimo różnych przeciw nam ataków, aż do pomówień o antysemityzm”. Bezczelność autorów przekraczała wszelkie granice. Obwieszczali na przykład, że jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci z kręgu ŻOB — Simcha Rotem — był żołnierzem ŻZW, w dodatku w oddziale Mendelsona377. Niedługo później Mendelson reklamował wydaną właśnie w Polsce broszurę Bednarczyka jako unikatowy w skali światowej rys historyczny ŻZW i polskiej pomocy dla getta i powtarzał mantrę o ogromie jego zasług378. W 1970 r. opublikował — już tylko pod swoim nazwiskiem — cykl tekstów poświęconych genezie i działalności ŻZW. Lektura to pod wieloma względami niezwykle pouczająca. W pierwszych słowach autor deklarował skromnie, że jako jedyny żyjący oficer ŻZW zamierza „uściślić niektóre szczegóły” tej historii, tymczasem zaś dokonuje zasadniczej rewolucji i zakwestionowania kanonu. Zajmujący się tematem historycy, a nawet najwybitniejszy z nich Bednarczyk na podstawie „nieścisłych relacji” i ze względu na przypisywanie sobie przez niektórych cudzych zasług opisywali sprawę błędnie. Czarnym charakterem był, rzecz jasna, Iwański, którego nazwisko pojawiło się w całym cyklu zaledwie trzykrotnie. Teraz został ostatecznie zdetronizowany: dowódcami konspiracji w szpitalu na Wolskiej mieli być Zdzisław Nosarzewski i Jan Skoczek. Mimo iż Mendelson wymienił te same co wcześniej nazwiska konspiratorów żydowskich z Apfelbaumem na czele, nie wspomniał o spotkaniu założycielskim ŻZW z jesieni 1939 r. I, co nie jest bez znaczenia, nie ma mowy o słynnym pierścieniu. Trochę szkoda, że Mendelson nie zdecydował się na założenie go na palec Bednarczyka. „Bystry” miał podjąć w 1944 r. dzieło rozpoczęte przez Skoczka. Dekonstrukcja miała jednak swoje granice — w nowej historii musiało pozostać miejsce dla bitwy na placu Muranowskim 27 kwietnia 1943 r., która stanowiła zwieńczenie polsko-żydowskiej współpracy. Nie można też było nie wspomnieć o Betarze: w ŻZW byli więc co prawda rewizjoniści, lecz większość członków mieli stanowić ludzie bezpartyjni, tak jak sam Mendelson, oraz oficerowie WP. Padło ponadto nazwisko Józefa Walewskiego379. Cykl kończył się złożeniem hołdu dla pomagających Żydom Polaków, od Bednarczyka i Petrykowskiego poczynając; nie zapomniano też o Iwańskim, którego nie wiedzieć czemu przy okazji uśmiercono. Mendelson zapomniał dodać, że osobą, która w największym stopniu przyczyniła się do legitymizowania czynów Iwańskiego, był on sam — pod koniec lat pięćdziesiątych zaklinał się przecież, że „Bystry” uratował jego samego i jego rodzinę. Teraz powoływał się nie tylko na rozmowy z towarzyszami walki, między innymi z nieżyjącym już Niemirskim i żoną Skoczka Wandą, lecz także na wspomnianą przez nas publikację Ciesielskiego. Nie znamy powodów, dla których Madanowski stał się bezwolnym narzędziem w rękach Bednarczyka. Faktem jest, że teksty opublikowane na łamach „Kroniki” obnażały kłamstwa narosłe wokół ŻZW, ale nowa wersja tej historii była równie niewiarygodna, jak poprzednie. Nikt jednak ani w kraju, ani na emigracji nie był tym zainteresowany.

W latach 1973–1983 Mendelson pod dyktando Bednarczyka publikował, tym razem w prasie krajowej, teksty okolicznościowe o pomagających ŻZW Polakach (były to właściwie różne wersje tego samego tekstu), w których pomniejszał rolę Iwańskiego. Tymczasem skupmy się na niejasnych fragmentach życiorysu „ostatniego żyjącego żołnierza ŻZW”. Madanowski podawał sprzeczne informacje na temat swojej służby wojskowej we wrześniu 1939 r. W wersji z Iwańskim w roli głównej twierdził, że został zmobilizowany jako podchorąży rezerwy do 21. Pułku Piechoty, lecz nie dotarł do oddziału. Pod koniec życia, w historii z Bednarczykiem najwyraźniej o tym fakcie zapomniał, bo napisał: „Przygotowanie wojskowe zdobyłem w czasie służby w 44. pp w Równem. Po roku zachorowałem na płuca i w 1935 r. zostałem zwolniony z kategorią C w stopniu starszego strzelca. Toteż w 1939 r. nie zostałem zmobilizowany i samorzutnie włączyłem się we wrześniu do walki, pełniąc obowiązki komendanta obrony przeciwpożarowej i przeciwlotniczej domu i bloku przy ulicy Karmelickiej 5 w Warszawie. Zgłosiłem się też do Straży Obywatelskiej, pełniąc tę służbę w bloku”380. Jest jasne, że Madanowski, jeśli nawet otarł się o jakąś działalność gettowej grupy konspiracyjnej, nie był żadnym oficerem. W żadnej ze znanych nam jego wypowiedzi Madanowski nie przyznał się do członkostwa w Betarze. Chaja Lazar pisze, że przy pierwszym spotkaniu mówił jej o obchodach zorganizowanych przez rewizjonistów po śmierci Włodzimierza Żabotyńskiego. Taka uroczystość rzeczywiście się odbyła. Adres Karmelicka 5 jest istotny w historii ŻZW — to tutaj mieściła się kwatera organizacji na terenie szopów. Fakt, że Madanowski lokuje się tutaj już we wrześniu 1939 r., bynajmniej nie stanowi argumentu na jego prawdomówność.

W 1974 r. wyjechał na miesiąc do Londynu na zaproszenie The Sue Ryder Foundation381. Na uwagę zasługuje ostatni wywiad z Mendelsonem-Madanowskim opublikowany w kwietniu 1983 r. Oprócz znanych z innych wypowiedzi bohaterskich opowieści z okresu powstania, których nie warto tu powtarzać (z nowości: przechwalał się znajomością z „Antkiem” Cukiermanem i innymi ŻOB-owcami: „Byłem dla nich personą. Oni wiedzieli, że już od 1941 byłem porucznikiem”), znajdujemy tu nieznane szczegóły biograficzne. Madanowski urodził się w Warszawie w rodzinie rabinackiej. W szkole — nazwy jej nie wymienił — był prześladowany z racji pochodzenia, był jedynym Żydem w klasie. Studiów nie podjął. Ukończył jedynie kurs reporterów zorganizowany przez redakcję żydowskiego tygodnika „Nasz Przegląd”. Jedna z jego siedmiu sióstr po zerwaniu z rodziną pracowała jako tancerka w warszawskich teatrach i była znajomą Gustawa Baumrittera, bardziej znanego pod pseudonimem Andrzej Włast, który zatrudnił Mendelsona w teatrze Morskie Oko. Pracował tam najpierw jako pomoc techniczna, a później pisywał w biuletynie o teatrze. Był też akwizytorem. O służbie wojskowej w 1939 r. wyrażał się niezwykle mgliście. Więcej mówił o uczestnictwie w powstaniu warszawskim (kilka tygodni wcześniej otrzymał Warszawski Krzyż Powstańczy). Na pytania o los członków rodziny nie odpowiedział wprost, choć można się domyślać, że wszyscy zginęli w Treblince. Na zakończenie wyznał, że ciągle płacze382. Zmarł w 1985 r. w Warszawie. Mendelson-Madanowski to niewątpliwie postać tragiczna. Ofiara Holokaustu, której prawdziwej historii już jednak nie poznamy.

SZARLATAN

To, co działo się na ziemiach polskich, tylko my sami możemy należycie i właściwie ocenić, tylko my sami jesteśmy źródłem historycznym dla tych zagadnień, nikim wyręczać się nie potrzebujemy i nie możemy.

(Tadeusz Bednarczyk, sesja naukowa w ŻIH, kwiecień 1973 r.)383

15 sierpnia 1970 r. wypoczywający wraz z małżonką w uzdrowiskowej miejscowości Eforie Nord nad Morzem Czarnym w Rumunii Tadeusz Bednarczyk wysłał do małżeństwa Lazarów pocztówkę zawiadamiającą o wypowiedzeniu wojny Iwańskiemu. Oto najważniejsze fragmenty tego meldunku: „Kazio Mendelson-Madanowski jest obecnie w Jugosławii. Wraz z nim i zmarłym dr. Cejmajstrem-Niemirskim rozpoczęliśmy zwalczanie Iwańskiego «Bystrego», którego my wywindowaliśmy. Okazał się człowiekiem podłym, tylko interesownym, szkodził nam. Do tego zawłaszczył sobie działalność innych ludzi, swoich zwierzchników (którzy zginęli w 1944 r.) i ich też obecnie oczernia [słowo mało czytelne]. A przecież w oddziale «W» pomoc organizował [słowo nieczytelne] Skoczek, kierownik działu gospodarczego, pracujący przed tym […] w szpitalu żydowskim na Czystem, gdzie zaprzyjaźnił się z dr. Celmajstrem. Iwański, kapral bez wykształcenia, był tylko robotnikiem magazynowym i dowódcą drużyny w oddziale «W». Wspominam o tym, żeby Państwa ostrzec”. Bednarczyk uczynił to wyznanie, „zmęczony tą fałszywą atmosferą”384. O tej sprawie miał napisać szerzej do Simchy Holzberga. Przypisywanie Niemirskiemu wrogości wobec Iwańskiego niekoniecznie musi być prawdą. Pomiędzy obydwiema rodzinami panowała duża zażyłość. Iwański poślubił wdowę po Niemirskim.

Jakieś pęknięcia na linii Iwański–Bednarczyk były zauważalne wiele miesięcy wcześniej. Cytowany już przez nas tajny współpracownik SB o pseudonimie „Karpiński” w kwietniu 1968 r. donosił: „Iwański uważa, że działania przeciwko niemu inspirowane są przez Bednarczyka […]. Posiadanie przez niego samochodu i możliwość wyjazdów za granicę, jak również pieniądze, są wątpliwego źródła. Przeprowadzone akcje przez Madanowskiego i Stanisława Szopińskiego są dziełem Bednarczyka i za jego pieniądze — mają na celu skompromitowanie poprzez osobę «Bystrego» Iwańskiego akcji pomocy Żydom w Polsce, a tym samym skompromitowanie Partii [PZPR — D.L., L.W.]. W[edłu]g Iwańskiego, Bednarczyk działa w Polsce, wypełniając zadania swoich mocodawców”. Wypowiedź Iwańskiego — precyzował TW „Karpiński” — należy traktować poprzez pryzmat ich osobistych rozgrywek i antypatii”. Trudno powiedzieć, jakich faktów dotyczyły zarzuty Iwańskiego. Jak wynika ze słów „Karpińskiego”, „Bystry” miał uznać książkową publikację Bednarczyka (Walka i pomoc) za prowokację385. Trudno powiedzieć dlaczego, skoro mimo iż Bednarczyk rozbudował swoją rolę i znaczenie do monstrualnych rozmiarów, zasadniczo nie zanegował jednak ani jednego elementu z opowieści „Bystrego”, oddając mu nawet autorstwo nazwy Żydowski Związek Wojskowy. Cytowana opinia „Bystrego” pojawiła się zresztą jeszcze przed ukazaniem się książki (druk ukończono w maju 1968 r.). Podejrzenia „Bystrego” związane z pochodzeniem samochodu okazały się bezpodstawne. Jesienią 1965 r. Bednarczyk otrzymał auto marki Volkswagen Sedan de Lux 113 od spadkobierców mieszkańca Nowego Yorku Izaaka Goldwassera. Życzeniem zmarłego było, aby otrzymał on „jakiś podarunek jako odwzajemnienie się za ratunek i pomoc, jakiej doznał [od Bednarczyka — D.L., L.W.] on sam oraz inni Żydzi w getcie warszawskim”. Odpis dokumentu został po latach przekazany Lazarom386. Nic dziwnego, w sposób zasadniczy wzmacniał jego wiarygodność. Sprawa jest tajemnicza — w żadnej publikacji Bednarczyka nazwisko Goldwasser się nie pojawia. Nie był on też na pewno członkiem ŻZW387.

„Bednarz” miał powody do frustracji i irytacji — to przecież on był ojcem międzynarodowego sukcesu „drużyny pierścienia”. „Bystry” nie miał pojęcia, jak się zabrać za lansowanie swojej osoby. Poprzestał na napisaniu listu do Cywii Lubetkin, na który zresztą nie otrzymał odpowiedzi. Trudno poniekąd, by było inaczej. Dawni członkowie ŻOB byli ostatnimi, którym zależało na upamiętnianiu czynu zbrojnego ŻZW. Dopiero Bednarczyk obrał właściwszą od swych starszych kolegów strategię i zwrócił się wprost do dziennikarzy izraelskich. W kontakcie z odpowiednimi ludźmi, czyli dawnymi rewizjonistami Drażninem i Lazarem, pomógł co prawda przypadek, lecz Bednarczyk potrafił właściwie go wykorzystać. To on nakręcił koniunkturę dla kolegów z KB. Pewne jest bowiem, że bez zainteresowania ze strony Izraelczyków Bernard Mark byłby daleko bardziej powściągliwy w gloryfikowaniu Iwańskiego. Pozostałby on co najwyżej jednym z wielu lokalnych pomagających. A i to jest wątpliwe. Niekwestionowany był również „intelektualny” wkład Bednarczyka w twórcze rozwinięcie historii „drużyny pierścienia”. To głównie dzięki jego inwencji działania grupy Iwańskiego zostały wbudowane w szerszy kontekst historyczny i ramy organizacyjne. Wydawało się, że sukces jest w zasięgu ręki. Tymczasem od początku na jego osobę zarówno w Polsce, jak i Izraelu patrzono z ogromną podejrzliwością, i to na długo przed ujawnieniem przezeń patologicznego antysemityzmu. Powodem odrzucenia Bednarczyka mogła być i jego mitomania, i niczym nieskrywana pazerność. Tak czy inaczej, jego dobrze zapowiadająca się kariera publicysty historycznego się załamała. A jeszcze w 1962 r. prestiżowy miesięcznik katolicki „Więź” opublikował jego tekst dotyczący pomocy udzielanej Żydom przez duchowieństwo katolickie388. Było to już po opublikowaniu przez niego kuriozalnej Winy. Później było tylko gorzej. Żaden z sygnowanych przezeń tekstów „wspomnieniowych” nie trafił do wydanego w 1967 r. monumentalnego tomu Ten jest z ojczyzny mojej, mimo iż „relacja” Bednarczyka była drukowana na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 1962 r.389 Znalazły się tam natomiast materiały na temat Iwańskiego i tekst Zajdlera. Co więcej, nazwisko Bednarczyka nie zostało nawet wspomniane. Również Bernard Mark nie umieścił go w swojej książce. Kolejnym sygnałem alarmowym było nieprzedstawienie Bednarczyka do odznaczenia w 20. rocznicę powstania w getcie. Nie otrzymał również medalu Sprawiedliwego wśród Narodów Świata — jak się okazało, jego przyznanie zablokował nie kto inny jak Władysław Bartoszewski390.

Być może wszystko to, a także problemy w ZBoWiD, o których będzie jeszcze mowa, stanowiły asumpt do podjęcia wysiłków nad źródłowym potwierdzeniem jego bohaterskiej biografii. „Bednarz” nadspodziewanie długo obywał się bez dowodów działalności konspiracyjnej. Co ciekawe, sam Iwański żadnego oświadczenia o zasługach Bednarczyka nie złożył. Przynajmniej my na nie podczas naszych kwerend nie natrafiliśmy. Dopiero wiosną 1963 r., czyli już po wizycie Chai Lazar w Polsce, w przededniu uroczystości związanych z 20. rocznicą powstania, historię Bednarczyka poświadczyli dowódcy z KB Petrykowski i Leon Doliwa-Korzewnikjanc. Oświadczyli oni, że Bendarczyk od 1940 r. był „rzeczoznawcą i przedstawicielem [OW-KB — D.L., L.W.] do spraw getta warszawskiego”. Oba dokumenty sprokurował zapewne sam zainteresowany. Petrykowski potwierdził wszystko, co przypisywał sobie Bednarczyk — spotkania z Czerniakowem, prace założycielskie nad ŻZW, dostarczanie broni do getta oraz udział w walkach w getcie, nie tylko w powstaniu kwietniowym, ale również podczas akcji styczniowej. To wreszcie Bednarczyk miał być łącznikiem, który przyniósł bojowcom żydowskim wiadomość o niemieckich zamiarach zlikwidowania getta. Historia Bednarczyka w jednym jeszcze punkcie miała własną specyfikę — obwołał się on pogromcą żydowskiej agentury w warszawskim getcie391. Podobnie jak wcześniej Iwański, również Bednarczyk zadbał o to, by jego historię potwierdził ktoś z dowództwa Armii Krajowej. W 1967 r. udało mu się uzyskać zaświadczenie ważnej postaci polskiej konspiracji z okresu drugiej wojny światowej, wspomnianego już przez nas płk. Ludwika Muzyczki. Również ten dokument sporządzony został pod dyktando Bednarczyka. Znalazły się tu te same informacje co w oświadczeniu Petrykowskiego, uzupełnione nie tylko o wątek osobisty — „Benedykt” miał poznać „Bednarza” na początku 1942 r., lecz także w stwierdzenie natury zasadniczej: działalność Bednarczyka miała cieszyć się poparciem organizacyjnym komendanta głównego AK392. Dokument trafił do ŻIH już po śmierci Marka, który — jak wynika z jego fascynującego pod wieloma względami dziennika — ostatecznie stracił cierpliwość do „mędrca mgr. Bednarczyka” po lekturze jego „głupiego, ignoranckiego i polsko-nacjonalistycznego artykułu” opublikowanego na łamach tygodnika „Stolica” w grudniu 1965 r., a tezę tego tekstu scharakteryzował następująco: „wszyscy warszawiacy podczas okupacji mieli jedną troskę: jak pomóc Żydom. Szmalcowników przedstawia jako największych altruistycznych przyjaciół Żydów i równocześnie dokłada Izraelowi za jego domniemaną hecę przeciwko Polsce”393.

Pisaliśmy już o wspólnych publikacjach Bednarczyka i Madanowskiego na łamach londyńskiej „Kroniki”. Tymczasem lektura wcześniejszych roczników tego pisma przyprawia o zawrót głowy. Znajdziemy tu ogromny cykl rozwlekłych wywodów Bednarczyka dotyczących masowej polskiej pomocy dla Żydów, w których raz po raz pojawia się temat ŻZW. „Kronika” wydawana była przez przedwojennego ONR-owca Bolesława Świderskiego, właściciela znaczącego wydawnictwa emigracyjnego, zwerbowanego przez komunistyczną Służbę Bezpieczeństwa, która — czego zresztą już wówczas się domyślano — łożyła środki na pismo w nadziei na destabilizację londyńskich kręgów emigracyjnych. Stąd zapewne obecność tutaj „majora Bednarza”. Na łamach pisma publikowali autorzy emigracyjni i krajowi związani z obozem nacjonalistycznym (między innymi Klaudiusz Hrabyk, Jan Dobraczyński, Zygmunt Dziarmaga). Podczas kampanii „antysyjonistycznej” dołączył do nich ekspert MSW od „spraw żydowskich” Tadeusz Walichnowski. W tym towarzystwie Bednarczyk mógł do woli rozwijać swoje pasje i obsesje, również te na punkcie „żydowskiej kolaboracji”. Zadebiutował tekstem o „pomocy ekonomicznej” dla getta w maju 1967 r. — tym samym, który wcześniej zaszokował Bernarda Marka. Przedstawiony został przez redakcję jako założyciel, wraz z Iwańskim „Bystrym”, Żydowskiego Związku Wojskowego i jedyny Polak mający codzienny dostęp do getta. Publikacja miała być początkiem serii, „która przedstawi pomoc niesioną Żydom przez społeczeństwo polskie w szczegółach i w różnych aspektach, zadając kłam oszczercom w rodzaju Urisów, Kosińskich, Rosentalów itd.”394. Wybuch wojny sześciodniowej stał się wodą na jego młyn. Nie ma potrzeby ani miejsca na przytaczanie, nie mówiąc już o omówieniu ich treści, wszystkich tych kuriozalnych produkcji. Wystarczy podać kilka faktów: Bednarczyk przypominał, że książka Lazara została napisana na podstawie materiałów pozyskanych od niego i Iwańskiego. Wypowiadał się o Iwańskim niezwykle ciepło, przypominał odznaczenie medalem Sprawiedliwego, choć jego zdaniem liczba osób do odznaczenia jest o wiele dłuższa. Wymienił kilka nazwisk, o sobie „zapominając”. Zamieszczane na łamach „Kroniki” pełne szczegółów „opisy” powstania w getcie stanowią najdoskonalsze wcielenie mitu „drużyny pierścienia”, w której każdy z bohaterów ma swoje określone miejsce i ważną rolę do odegrania. Na szczególną uwagę zasługuje zamieszczony na pierwszej stronie w listopadzie 1967 r. artykuł poświęcony „Bystremu” i Adamowi Czerniakowowi. Oprócz zestawu znanych z innych tekstów opowieści otrzymujemy garść informacji biograficznych. Iwański miał pracować jako urzędnik zarządu miejskiego m.st. Warszawy, a od 1936 r. jako zastępca kierownika administracyjnego szpitala. Czytelnik mógł być zaskoczony brakiem danych o wykształceniu czy służbie wojskowej we wrześniu 1939 r. Opisując dokonania „Bystrego”, Bednarczyk nie poprzestał na wyliczeniu poległych członków rodziny i ran przez niego odniesionych. Uwzględnił zgromadzony w szpitalu na Wolskiej arsenał, w którego skład wchodziło ni mniej ni więcej, tylko działko przeciwpancerne i 34 ckm-ów395. Ostatni tekst Bednarczyka ukazał się pod koniec czerwca 1968 r., mimo iż teksty o pomocy Żydom zamieszczano jeszcze wielokrotnie396. Niewykluczone, że ktoś interweniował w redakcji w sprawie wypisywanych przez niego niedorzeczności. To między innymi tymi publikacjami Bednarczyk zasłynął jako zagorzały antysemita, napiętnowany przez Szymona Wiesenthala na łamach wiedeńskiego „Der Ausweg”, a następnie niemieckiego tygodnika „Der Spiegel”, który tak go scharakteryzował: „Napisał wiele antysemickich artykułów o historii Żydów podczas drugiej wojny światowej, a zwłaszcza o historii warszawskiego getta. Bednarczyk szczególnie lansuje tezę, że Żydzi sami winni są swemu losowi na skutek współpracy z Gestapo”397. Nawet redaktor naczelny „Kroniki” dystansował się od tez głoszonych przez Bednarczyka, w tym od podawanej przezeń liczby uratowanych jakoby przez Polaków Żydów, odsyłając do bardziej wiarygodnych opracowań398.

Już po jego śmierci na łamach „Kroniki” pojawiły się omówione poprzednio teksty spółki Bednarczyk–Madanowski, a przede wszystkim sążniste enuncjacje Madanowskiego, zawierające nową wersję historii ŻZW, już bez „Bystrego”. Nie wiadomo, co było bezpośrednim powodem decyzji Bednarczyka o rozbiciu solidarności „drużyny pierścienia”. Najsłabszym ogniwem okazał się właśnie Madanowski. Jak czytelnik się już zapewne zorientował, postać Bednarczyka nie pojawiła się w kluczowych zeznaniach Madanowskiego złożonych pod koniec lat pięćdziesiątych. Tak samo w pierwszych relacjach Bednarczyka Madanowski nie występował. Błąd ten został „naprawiony” dopiero w kwietniu 1968 r. „Kałmyk” obwieścił, że poznał Bednarczyka za pośrednictwem Apfelbauma podczas akcji scaleniowej różnych grup ŻZW399. Od tego czasu datowała się coraz bardziej ożywiona kooperacja. Jeszcze przed publikacjami w „Kronice” Madanowski z uporem godnym lepszej sprawy wtórował Bednarczykowi. A także, co nie jest bez znaczenia, stawał w jego obronie. W warszawskim tygodniku „Argumenty” zamieścił list otwarty wystosowany do Wiesenthala. „Zastępca komendanta ŻZW” dowodził, że Bednarczyk przeciwstawiał się jedynie „antypolskiej propagandzie” i bronił „honoru narodowego”. Nie będzie zaskoczeniem, gdy powiemy, że podane przez Madanowskiego szczegóły działalności jego nowego idola pokrywały się z promowaną przez niego samego wersją zdarzeń. Nie bez znaczenia jest następujące wyznanie: „Obaj z kolegą Bednarczykiem zawsze chętnie służyliśmy i służymy w tej sprawie pomocą i wyjaśnieniami, piszemy też wspólnie artykuły ukazujące polską pomoc dla Żydów i w ten sposób odpowiadamy oszczercom, co proszę Pana o łaskawe przyjęcie do wiadomości”. Na zakończenie powtórzył, że książka Lazara powstała dzięki pomocy Bednarczyka400. W kolejnych latach pojawiły się w kraju (londyńska „Kronika” przestała wychodzić w 1972 r.) kolejne artykuły sygnowane przez Madanowskiego, a pisane przez Bednarczyka401. W kwietniu 1974 r. roku złożył w ŻIH relację — hołd dla swego dobroczyńcy, podnosząc jego zasługi w „wydobyciu z zapomnienia faktów i walki ŻZW”402. Uwagę zwraca zwłaszcza tekst zamieszczony na łamach tygodnika „Rzeczywistość” w 1983 r. w 40. rocznicę powstania w getcie, w którym oprócz gloryfikacji Bednarczyka i jego ludzi (Iwański znalazł się na drugim planie) zawarty został taki passus: „Wiele powyższych szczegółów nie było do końca znanych. Były one nieraz zniekształcane nieprecyzyjnymi bądź błędnymi relacjami. Prawdy dopracowywaliśmy się przez długie lata, gdyż zbyt wielu ważnych «aktorów» tamtych wydarzeń zginęło, poumierało, gdy społeczne zainteresowanie tą historią było zbyt małe i nie pisało się dużo na ten temat, a szczególnie mało o polskiej ofiarnej pomocy”. A „najlepszy znawca” tej tematyki — Bednarczyk — nie mógł do 1982 r. niczego opublikować403.

Równocześnie Madanowski zamęczał Lazarów monitami o załatwienie Bednarczykowi medalu Sprawiedliwego. Przy okazji deprecjonował rangę Iwańskiego, którego oskarżał o przypięcie Bednarczykowi łatki antysemity: „w nagrodę za rozpropagowanie przez Bednarczyka jego «czynów» odpłacił się mu złem, krzywdzącą obmową. Bednarczyk na prośbę Tarnawy-Petrykowskiego (wnuka Nachuma Sokołowa), zrobił niezasłużoną reklamę Iwańskiemu, wierząc Tarnawie i relacjom Iwańskiego. Za to Iwański obmówił go, m.in. u prof. Marka”. A przecież Bednarczyk „co roku bywa na jego grobie”. Bednarczyk to prawie święty: „jest ultrauczciwy, prostolinijny, ideowy, nie materialista, wierny moralnym zasadom, pracowity a skromny, nie chce i nie umie zabiegać o swoje sprawy […], dotknięty na honorze odsuwa się i zamyka się w sobie”. Nieprzyznanie mu wyróżnienia przez „naród żydowski” to skandal — grzmiał Madanowski — „ostatni z ŻZW w Warszawie”, „zastępca komendanta ŻZW”404. Bednarczyk nie pozostawał dłużny, bo to on przecież mianował Madanowskiego w swoim dziele zastępcą komendanta Apfelbauma405. Jak na ironię, z zachowanego listu Madanowskiego do Chai Lazar napisanego dwanaście lat wcześniej wynika, że Madanowski nie miał nic do powiedzenia na temat „swojego dowódcy”: „Odnośnie [do] Apfelbauma daliśmy Pani wszyscy czterej [Bednarczyk, Iwański, Madanowski, Niemirski — D.L., L.W.] jednoznaczne wyjaśnienie podczas pobytu Pani w Warszawie. Ja więcej nie jestem w stanie dodać, jak tylko powtórzyć, że wyżej wymieniony był komendantem i jednocześnie łącznikiem z tak zwaną stroną aryjską”406.

Konflikt na linii Iwański–Madanowski nie pozostał bez konsekwencji. „Bystry” nie poinformował przebywającego w Warszawie Dana Kurzmana o istnieniu Madanowskiego. Inaczej amerykański dziennikarz nie napisałby przecież, że przy życiu nie pozostał żaden z bojowników ŻZW407. W The Bravest Battle nie pojawiło się również nazwisko Bednarczyka. Strategia demitologizowania Iwańskiego okazała się nieskuteczna. „Bystry” pozostał główną postacią w opracowaniach historycznych na temat getta i polskiej pomocy.

Nie miejsce tu na szczegółowe omawianie pojawiających się w wypowiedziach Bednarczyka i jego kompanów niedorzeczności. Lepiej od razu przejść do materiałów odsłaniających prawdę o tej kuriozalnej postaci i zrozumieć jego popisy na łamach „Kroniki”. W warszawskim Archiwum IPN zachowało się kilka teczek Tadeusza Bednarczyka (1913–1999), które pozwalają na zdjęcie heroicznych masek. Pierwsza dotyczy jego służby w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Zawiera ona ankiety, życiorysy, informacje o przebiegu służby. 26 marca 1945 r. pisał o sobie: „Jestem Polakiem zapatrywań demokratycznych pochodzenia chłopskiego. Po zdaniu matury w 1932 r. absolwowałem SGH w 1936 r., egzamin ogólny składałem w 1939/1940, pracę dyplomową pisałem w 1940 r.408 Od 1938 r. do 30 VIII 1939 r. i od IV 1940 do 30 VII 1944 pracowałem jako urzędnik skarbowy. […] Po ojcu odziedziczyłem fach szewski i od roku 1938 do powstania VIII 1944 prowadziłem pracownię obuwia, zatrudniając około 4 ludzi (przeciętnie)”. Z materiałów tych wynika, że brał udział w wojnie obronnej w 1939 r. (obrona Warszawy) i w powstaniu warszawskim. Z naszego punktu widzenia szczególnie interesujące są informacje na temat działalności konspiracyjnej. Okazuje się, że pseudonim („Bednarz”) otrzymał w dniu wybuchu powstania warszawskiego. W czasie powstania miał pełnić funkcję dowódcy kompani, a następnie zastępcy dowódcy batalionu szturmowego (brak jakichkolwiek szczegółów na ten temat). Miał zostać dwukrotnie awansowany, by wreszcie 20 października 1944 r. otrzymać awans na majora. Miał też zostać odznaczony przez dowódcę Połączonych Sił Zbrojnych gen. Juliana Skokowskiego409. Nadawanie stopni oficerskich, o czym już wspomnieliśmy, było normalną praktyką w KB. W czasie powstania proceder ten nasilił się jeszcze w związku z próbami wciągania do KB żołnierzy AK.

W tej ankiecie pojawiły się odniesienia do spraw żydowskich: „Cała moja rodzina i krewni ze strony ojca i matki są szczerymi Polakami, demokratami, wszyscy pochodzą z ludu, zatrudnieni w rzemiośle lub jako biuraliści z ostatnią kategorią płac ustanowioną przez rząd sanacyjny, ja np. przy wyższych studiach miałem 150 zł miesięcznie bez możliwości wybicia się i osiągnięcia lepszego stanowiska, gdyż byłem chłopskiego pochodzenia, nazwisko nie kończyło się na ski i nie należałem do żadnej partii politycznej, a tym bardziej sanacyjnej. Nie byłem nigdy też pałkarzem endeckim, czego przykładem (świadkowie) są moi liczni przyjaciele pochodzenia żydowskiego, którym w Warszawie podczas okupacyjnych mąk jak mogłem, pomagałem. Przynależność moja do KB miała tylko charakter wojskowy. Spełniłem tylko swoją powinność oficera rezerwy w stosunku do ojczyzny w walce z bandytami hitlerowskimi. W KB znałem tylko pułkownika Leona [Doliwy-Korzewnikjanca] i innych młodszych oficerów, pułkownika Tarnawy nie znam i nigdy nie widziałem. Należałem do KB, gdyż reprezentowało ono ideę demokratyczną”410. Dystansowanie się od znajomości z Petrykowskim mogło wynikać z wiedzy o jego aresztowaniu. Niewykluczone jednak, że Bednarczyk był szczery — kiedyś przecież musiał.

O jego zaangażowaniu w działalność polityczną i wojskową czy sprawy żydowskie nie ma tu, rzecz jasna, ani słowa. O ile dystansowanie się od kierownictwa KB, które w tym czasie rozpracowywało UB, może być zrozumiałe, o tyle celowe przemilczanie zasług dla Żydów oprócz bliżej nieokreślonej pomocy podczas „okupacyjnych mąk” byłoby całkowicie nienaturalne. Zwłaszcza że jego starania o posadę w MBP wsparli dwaj oficerowie pochodzenia żydowskiego. Jeden z nich, mjr Kamil Warman, znał Bednarczyka jeszcze z czasów studenckich. W liście polecającym go zwierzchnikowi pisał: „Uprzejmie proszę o przeprowadzenie rozmowy z majorem Bednarczykiem i ewentualne przyjęcie go w poczet urzędników MBP, jeżeli będziecie to mieli za możliwe, z naznaczeniem na stanowisko kwatermistrza […] lub inne. Majora B. znam od dłuższego czasu […] był w czasie okupacji członkiem KB — nigdy nie przestał być dobrym Polakiem i naprawdę […], to wiem z opowiadań znajomych — pomagał wielu Polakom i Żydom”. Drugiego, lekarza, poznał na ćwiczeniach wojskowych w przededniu wojny. Oto szczegóły ich okupacyjnej znajomości: „Po powrocie moim z niewoli niemieckiej ob. Bednarczyk żywo interesował się moim losem i będąc urzędnikiem Urzędu Skarbowego, robił mi wielkie przysługi i udogodnienia przy wymierzaniu podatków. Przez cały okres «getta» nie opuszczał mnie, stale mnie odwiedzał w mieszkaniu moim przy Zamenhofa 21/3, służąc stale dobrą radą i słowem pociechy”411. I oto mamy ziarnko prawdy w narracji Bednarczyka — rzeczywiście kontaktował się z oficerami rezerwy, tyle że w sprawach podatkowych. Inna sprawa, w jakiej mierze ta opinia odzwierciedlała rzeczywistą postawę Bednarczyka w getcie. Z powstałej w 1942 r. charakterystyki działalności polskich urzędników skarbowych wobec Żydów przed zamknięciem getta i po jego odizolowaniu Bednarczyk został wymieniony w grupie czarnych charakterów wykorzystujących tragiczne położenie Żydów412.

Ubiegając się o przyjęcie do MBP, przedstawił zaświadczenie z Izby Rzemieślniczej stwierdzające, że „znany jest Izbie jako dobry Polak o przekonaniach demokratycznych. […] Przez cały okres okupacji niemieckiej wymieniony zachowywał się jak na dobrego Polaka przystoi”413. W dossier Bednarczyka zwraca uwagę inny ciekawy szczegół: po upadku powstania warszawskiego znalazł się w Piotrkowie, gdzie pracował w firmie Walthera Toebbensa (swego czasu właściciela największych manufaktur w warszawskim getcie, a później zakładów w obozie pracy w Poniatowej) jako kontroler buchalterii, biurowości oraz kierownik referatu żywnościowego i kuchni414. Niewykluczone, że zatrudniono go tu po starej znajomości. Z anonimowej notatki, czy raczej donosu, z 5 marca 1946 r., przechowywanej w teczce dołączonej do sprawy „Kodak”, wynika, że po rozpoczęciu likwidacji getta Bednarczyk, […] otrzymał 6-pokojowe mieszkanie pożydowskie przy ul. Chłodnej oraz meble. Delator twierdził, że widział go w tym okresie w towarzystwie wyższego dostojnika niemieckiego, który podwoził Bednarczyka do domu swoim samochodem”415. Nie są to oczywiście dowody na jego współpracę. Dodać też należy, że bezpieka nigdy nie zainteresowała się tym wątkiem i żadnych zarzutów o kolaborację Bednarczykowi nie postawiono.

Cytowany przed chwilą materiał wypłynął w trakcie postępowania dyscyplinarnego prowadzonego wobec Bednarczyka. Okazuje się, że został zdegradowany o jeden stopień (w MBP uznano jego stopień wojskowy z KB) za „czyny nielicujące z godnością pracownika MBP”. Jak wynika z raportu majora Sobczaka do ministra Stanisława Radkiewicza (1 marca 1946 r.), Bednarczyk, zatrudniony w charakterze kierownika sanatorium MBP w Kudowie, okazał się sadystą i gwałcicielem [„wydawał polecenia miejscowemu posterunkowi MO karania chłostą Niemców i Niemek (prac[owników] Sanatorium) za nieposłuszeństwo w pracy oraz prowadził stosunki płciowe z Niemkami. Jedną z Niemek (prac[ownica] Sanatorium), przystojną 22-letnią Klarę Rinke kazał 2-krotnie chłostać za odmowę spółkowania z nim. […] przyznał się, że zastosował wobec 2 Niemców i 3 Niemek karę chłosty, że spółkował z trzema Niemkami, że próbował spółkować z Rinke, nie zdawał sobie sprawy, że stosowane przez niego wobec Niemców metody drakońskie mogą wywoływać rozdźwięk w okolicy, a zwłaszcza że mogą być podchwytywane przez zainteresowane czynniki po stronie czeskiej”]416. Zwolniono go ze służby 4 kwietnia 1946 r., gdyż odmówił przejścia na niższe stanowisko.

W materiałach komunistycznego aparatu bezpieczeństwa Bednarczyk pojawia się ponownie na przełomie 1949 i 1950 r. jako jeden z bohaterów intrygi uknutej przez UB przeciwko attaché ambasady brytyjskiej Claude’owi Henry’emu Turnerowi, która doprowadziła do aresztowania go i skazania w procesie pokazowym. Dyplomacie podstawiono kochankę417. Pośrednikiem między tą parą był nie kto inny jak Bednarczyk. Anglik został aresztowany wraz z tą kobietą podczas próby nielegalnego przekroczenia przez nią granicy. Rola Bednarczyka w całej sprawie jest niejasna — nie wiadomo, czy od początku był na usługach UB, czy też zaplątał się w tę aferę przypadkiem. Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego dla miasta Warszawy 16 marca 1951 r. został skazany na rok i 6 miesięcy więzienia oraz 3000 zł grzywny. Z punktu widzenia tematu tej pracy ważniejsze jest, że podczas przesłuchań w tej sprawie wypłynęły kolejne szczegóły działalności Bednarczyka w getcie warszawskim. 22 czerwca 1950 r. zeznał on, iż „jesienią 1942 nawiązał kontakt z organizacją żydowską, której nazwy nie zna, działając[ą] na terenie getta warszawskiego. Za pośrednictwem członka tej organizacji Tadeusza Makowera przekazał kilka pistoletów zakupionych na placu Żelaznej Bramy na targowisku od nieznanych osób”418. W swoich późniejszych publikacjach Bednarczyk uczynił z Makowera jedną z czołowych postaci tworzącego się ŻZW, lecz przesunął kontakty z nim na 1939 r. To właśnie Makower miał wprowadzić do organizacji Mendelsona-Madanowskiego. Podczas tego przesłuchania Bednarczyk zeznał również, że do KB wstąpił w 1943 r., zastrzegając, że aż do powstania warszawskiego nie przejawiał żadnej poważniejszej działalności. Śledczy zaprotokołował: „Pod koniec 1943 r. […] skontaktował się ze swoim szkolnym kolegą Zbigniewem Petrykowskim419, który zaproponował mu wstąpienie do organizacji konspiracyjnej KB, na co ten wyraził zgodę. Przy tej rozmowie Petrykowski oświadczył, że dana organizacja w okresie okupacji niemieckiej szkoli swych członków po linii wojskowej i gospodarczej, ponieważ członkowie organizacji z chwilą wyzwolenia Polski przez Armię Czerwoną i Odrodzone Wojsko Polskie […] mają objąć stanowiska w administracji wojskowej i państwowej. Od chwili wstąpienia […] aż do powstania warszawskiego Bednarczyk rzekomo nie przejawiał żadnej prawie działalności w org[anizacji] KB, poza opracowywaniem referatów odnośnie [do] działalności skarbowości”. Przesłuchujący odniósł się do tego sceptycznie i zasugerował, że Bednarczyk ukrywa część okupacyjnej biografii (jako że przecież awansował). Dlatego też jednym z celów dalszego śledztwa miało być „ustalenie jego istotnych kontaktów z organizacją żydowską na terenie getta (przesłuchanie Bednarczyka)” i „rozpracowanie KB”. W obu wypadkach dopisano ołówkiem, że sprawa została wyjaśniona. Trudno wszak sobie wyobrazić sytuację, aby UB nie odkryło prawdy, gdyby był on w konspiracji postacią znaczącą. Nie odkryto niczego z prostego powodu — Bednarczyk nie odgrywał w konspiracji żadnej roli.

Powróćmy do zainteresowania Służby Bezpieczeństwa kontaktami Bednarczyka z Chają Lazar, o których już wiele pisaliśmy. 24 października 1962 r. Bednarczyk został pozyskany przez SB jako kontakt poufny. W raporcie zapisano: „Zgodnie z poleceniem żadnej propozycji współpracy w pełnym tego słowa znaczeniu nie proponowałem mu, jednak uzgodniono z Bednarczykiem, że po zapoznaniu się z jego artykułem z prasy i projektami po zwróceniu mu ich będziemy wyjaśniać interesujące mnie sprawy […]. Z ogólnej rozmowy z Bednarczykiem wynika, że jest on skłonny do udzielania nam interesujących nas informacji”420. Z punktu widzenia SB Bednarczyk był cenny zarówno jako źródło informacji na temat dyrektora ŻIH, jak również ze względu na jego „zainteresowania naukowe”. Zwłaszcza że palił się do tego zadania, mając nadzieję na znalezienie hojnego mecenasa i wydawcy dla książki, nad którą pracował. Miała ona dotyczyć żydowskiego ruchu oporu i powstania w getcie, lecz przede wszystkim „demaskować” fałsze „nacjonalistów żydowskich” odnośnie do bierności Żydów oraz skali kolaboracji Żydów z okupantem. Dostarczył zresztą SB rękopis fragmentów tej pracy421. Jak już wspomnieliśmy, żalił się na Chaję Lazar, która rzekomo przyrzekła mu współautorstwo książki o ŻZW, a co za tym idzie — honorarium, po czym nie wywiązała się z obietnicy. Pomstował też na Bernarda Marka i Władysława Bartoszewskiego, którzy w jego ocenie prowadzili skrajnie antypolską działalność. Twierdził, że od początku działał z pobudek ideowych, choć wielokrotnie krążył wokół kwestii materialnych („Oświadczył, że do napisania tych artykułów skłoniło go niesłuszne posądzanie Polaków przez Żydów o nieudzielanie pomocy Żydom w czasie okupacji i w powstaniu w getcie. Zaznaczył, że w artykułach tych nie może wypowiedzieć się w taki sposób, na jaki ten problem zasługuje, gdyż nie zostałyby one nigdy opublikowane, częściowo (idzie na kompromis, zmienia niektóre sformułowania w myśl życzenia redakcji, cenzury), niemniej przekazuje, że pomoc ze strony Polaków dla Żydów i w powstaniu w getcie była duża, przez co wytrąca argumenty propagandowe nacjonalizmu żydowskiego”)422.

Oferta została potraktowana poważnie: „Wydaje się […] celowe wykorzystanie Bednarczyka do napisania przez niego książki pod naszą kontrolą, jako przeciwwaga i odprawa na oszczerstwa Urisa z ExodusuMiła 18 i innych. W swej książce mógłby demaskować Marka, który przedstawia tendencyjnie sprawy okupacyjne, starannie kryje w swych pracach wszelkich kolaborantów ze środowiska żydowskiego i przemyca tendencje nacjonalistyczne. Proszę kierownictwo o zajęcie stanowiska, w myśl którego będzie przeprowadzona z Bednarczykiem następna rozmowa”. Bednarczyk postawił jednak pewne warunki: „Godzi się to zrobić jeśli: zabezpieczymy mu przyszłość — egzystencję życiową i osobiste bezpieczeństwo, otrzyma od nas pomoc materialną, zapewnimy mu jakąś pracę, w której mógłby zarobić na utrzymanie rodziny […]. Prosił, by dać mu odpowiedź w ciągu tygodnia”. Jego entuzjazm hamowała świadomość, że w Izraelu Bednarczyk jest „utrącany”423. Niemniej istniała nadzieja na to, że mógłby skupić wokół siebie ludzi, którzy nie zgadzają się z „teorią lansowaną przez Marka, Bartoszewskiego i czynniki izraelskie o rzekomej bierności Polaków, współodpowiedzialności za wymordowanie Żydów przez Niemców i skutecznego przeciwstawienia się tym teoriom”. Zaznaczył, że Bednarczyk „jest obecnie w ciężkich warunkach materialnych, to sprzyja w przeciągnięciu go całkowicie  n a   n a s z ą [podkreślenie nasze — D.L., L.W.] stronę, jest to możliwe przez okazanie mu pomocy materialnej”424. Widać tu zarówno oczekiwania bezpieki, jak i prymitywizm motywacji. Ciekawe, że podobną motywację Bednarczyk przypisywał Iwańskiemu425. On sam konspiratorem był słabym: Mark i Iwański rychło zorientowali się, kto jest jego mocodawcą426. Co więcej, Mark miał zalecać Chai Lazar ostrożność w kontaktach z nim427.

Nie wiedzieć czemu, z jego propozycji skorzystano jednak z opóźnieniem. Jeszcze na początku marca 1963 r. Bednarczyk podzielił się z mjr. Czesławem Banasiem obawą, że teksty, które rozsyła do prasy, nie będą drukowane. Wyraził nawet potrzebę udania się w tej sprawie do Mieczysława Moczara i w związku z tym prosił o radę428. Nie znamy dalszego ciągu tej sprawy. Zapowiedzią powrotu było triumfalne pojawienie się Bednarczyka na łamach „Kroniki” w maju 1967 r. W kraju jego czas nadszedł w 1968 r. Wydano wówczas w wydawnictwie Iskry jego książkę, czy raczej broszurę (69 stron), Walka i pomoc. OW-KB a organizacja ruchu oporu w getcie warszawskim, choć jak wskazuje dokumentacja SB, nie bez pewnych trudności — oceny ferowane przez Bednarczyka nawet w świetle ówczesnych standardów były zbyt radykalne429. W czasie kampanii „antysyjonistycznej” Bednarczyk robił to, co umiał najlepiej: by użyć doskonałego określenia Michała Głowińskiego, specjalizował się w wytwarzaniu „wzorcowych propagandówek udających relacje dokumentarne”430. Nakład jego broszury był gigantyczny — 40 tysięcy egzemplarzy. W konkluzji grzmiał: „Wstyd mi przypominać to Żydom i żądać od ich historyków prawa obywatelstwa dla historii ŻZW. My, Polacy, żołnierze OW-KB, nie potrzebujemy walczyć o chwałę i prawdę ŻZW dla swoich osobistych celów. Walczymy jedynie z obowiązku ukazania obiektywnej prawdy i w obronie honoru naszych kolegów i towarzyszy walki, których nie chcemy opuścić i zdradzić ich pamięci dziś, tak jak nie opuszczaliśmy i nie zdradziliśmy i wtedy”431.

Pomimo gorliwości Bednarczyka po śmierci Bernarda Marka uznano jednak, że jego przydatność dla Służby Bezpieczeństwa wyczerpała się i skreślono go z ewidencji432. Bednarczyk pojawiał się jeszcze na poważnych sesjach naukowych poświęconych rocznicom powstania w getcie warszawskim. Siał zamęt i wygłaszał długie filipiki wymierzone głównie we Władysława Bartoszewskiego. Występując w roli historyka stosunków polsko-żydowskich w Instytucie Historii PAN w 1973 r. nie zapominał o swoich zasługach: „Miałem inne spojrzenie niż redaktor Bartoszewski, który ze względu na młody wówczas wiek nie mógł w hierarchii podziemia osiągnąć dokładnego rozeznania”. Pojawił się również na sesji rocznicowej zorganizowanej przez IH PAN i ŻIH pięć lat później, by ją skrytykować za to, że zagadnienie polskiej pomocy nie zostało zaprezentowane „we właściwych proporcjach i rozmiarach” — w akcji pomocy brały udział 4 miliony Polaków. Nie zabrakło też spisu uzbrojenia dostarczonego ŻZW przez KB. Mimo że były to występy charakterystyczne dla typowego wariata konferencyjnego, traktowano je poważnie i drukowano w prestiżowych pismach branżowych433. Nikt też nie próbował, przynajmniej publicznie, przywołać go do porządku, nie mówiąc już o zdemaskowaniu jego fałszerstw. Niemniej Bednarczyk musiał mieć wrażenie zepchnięcia na boczny tor. W czerwcu 1971 r. w akcie desperacji zaproponował swoje usługi ambasadorowi Iraku, któremu przedstawił się jako profesor i badacz problemów żydowskich. Przekazał próbkę swojej „twórczości”, a podczas bezpośredniej rozmowy wyszczególnił warunki, na jakich skłonny byłby prowadzić działalność edukacyjną. Domagał się między innymi nie tylko sutego wynagrodzenia, lecz także zorganizowania „naukowego objazdu” po całym Bliskim Wschodzie. Przymilał się: „uważam, że moja propozycja jest rozsądna i korzystna dla państwa Iraku oraz dla wspólnej walki, którą i ja prowadzę, choć w komunistycznych i trudniejszych warunkach i w pojedynkę”. Prosił o rozważenie tej sprawy i „korzystne przedstawienie jej w Bagdadzie w Ministerstwie Propagandy”. O tym wszystkim doniósł, rzecz jasna, ulokowany w ambasadzie irackiej tajny współpracownik SB434. Oferta nie została jednak przez Irakijczyków przyjęta, aczkolwiek była właściwie skierowana — w tym okresie Irak przodował na Bliskim Wschodzie w produkcji antysemickiej propagandy.

Nie mniej interesujące są stosunki Bednarczyka z kombatantami z AK. Nasz bohater prowadził w tym środowisku ożywioną działalność i wywoływał liczne kontrowersje. W lutym 1963 r. funkcjonariusz SB raportował: „Na przestrzeni ostatnich lat notuje się wyraźną aktywizację Bednarczyka w tradycyjnych środowiskach sanacyjnych, gdzie występuje jako b[yły] legionista pułkownik”. Z innej notatki, z 1968 r., wynika, że uczestniczył w organizowaniu uroczystości kolejnych rocznic: śmierci „Grota”, „Bora”, Mikołajczyka, w kościele św. Krzyża ufundował tablicę ku czci gen. Sikorskiego. A ponadto „wydał lub przygotowuje do wydania opracowanie książkowe na temat współpracy KB z organizacjami żydowskimi w getcie warszawskim oraz rys historyczny działalności KB”. Ogólnie Bednarczyk oceniany jest przez byłych oficerów legionowych i AK jako „szewc”, który przypisuje sobie duży udział w działalności przeciwko Niemcom niemającej pokrycia w rzeczywistości”435. Paradoksalnie jednak, środowiska akowskie niezbyt gorliwie protestowały przeciwko jego nachalnemu mitomaństwu, zapewne dlatego, iż pisma Bednarczyka traktujące bądź co bądź o polskiej pomocy dla Żydów naświetlały problem od właściwej strony. Kontrowersje wzbudzały natomiast wypowiedzi na temat dziejów KB. Jeden z polemistów zwrócił uwagę na brak jakiejkolwiek działalności programowo-ideologicznej KB, uznając jego twierdzenia o „realizacji testamentu politycznego gen. Sikorskiego” za nieznajdujące żadnego potwierdzenia. I wskazał na fakt oczywisty — jedyną organizacją stworzoną rozkazem Sikorskiego był ZWZ. Tworzenie przezeń jakichś „konkurencyjnych organizacji” trudne jest do wyobrażenia436. Przeciwko rozsiewanym przez „magistra Bednarczyka” nonsensom na ten temat protestował bodaj tylko były szef Biura Informacji i Propagandy KG AK płk Jan Rzepecki437. W aktach znalazło się pismo do Prezydium Zarządu Okręgowego ZBoWiD dzielnicy Mokotów sekretarki gen. Sikorskiego, Zofii Kopczyńskiej, z prośbą o zajęcie się fałszerstwami Bednarczyka krzywdzącymi pamięć o gen. Sikorskim, a zawartymi w książce Walka i pomoc. Od 1961 r. była ona nękana przez narzucającego się Bednarczyka, podobnie jak żona gen. Sikorskiego, jego współpracownik Adam Romer, minister Aleksander Ładoś czy dowódca Obszaru Warszawskiego AK gen. Albin Skroczyński „Łaszcz”. Zacytowała opinię o Bednarczyku wydaną przez tego ostatniego: „to dureń, nachodził mnie, ale się go prędko pozbyłem, jest niebezpieczny, bo powołuje się wzajemnie na różne osoby. U mnie powoływał się na Ładosia, a u niego na mnie. Obaj nie chcemy mieć z nim nic wspólnego”. Kopczyńska w imieniu rodziny generała żaliła się na obojętność historyków w tej sprawie. Jej pismo zawiera również nawiązania do opisywanego przez Bednarczyka stosunku KB do Żydów: „Pytana byłam i jestem, czy podane fakty dotyczące sprawy żydowskiej w książce Bednarczyka są zgodne z prawdą. Na to odpowiedzieć nie potrafię, bo z tymi sprawami nie miałam do czynienia. […] Chyba jednak, tak jak w sprawie generała Sikorskiego, są [to] fałszywe wiadomości”438.

Akta byłego ZBoWiD, podobnie jak w wypadku innych członków „drużyny pierścienia”, przynoszą kolejne rewelacje. Zapisując się do związku w 1945 r., podał, tak jak w kwestionariuszu do pracy w MBP, że wstąpił do Korpusu Bezpieczeństwa w styczniu 1944 r. Niezwykłe jest coś innego — 19 stycznia 1959 r. Bednarczyk w proteście rzucił legitymacją ZBoWiD. Powodem była solidarność z Petrykowskim, któremu wytoczono sprawę w sądzie koleżeńskim. Szybko jednak pożałował tego kroku i postanowił wrócić na łono związku. Nie było to jednak takie proste. Uznano bowiem, że jego staż organizacyjny nie jest wystarczający i że przyjęcie „było zbyt pochopne”. 20 listopada 1964 r. napisano: „zbyt krótka działalność obywatela w ruchu oporu nie upoważnia go do członkostwa”439. Niezrażony tym Bednarczyk wypełnił kolejną deklarację, z której wynikało, że działał w konspiracji od jesieni 1939 r. Interweniował nawet u Mieczysława Moczara, lecz najwyraźniej bez skutku. W 1976 r. otrzymał zaświadczenie, z którego wynikało, iż działał w konspiracji zaledwie rok. Bednarczyk nie dawał za wygraną — w 1982 r. interweniował u ówczesnego prezesa Zarządu Głównego ZBoWiD Włodzimierza Sokorskiego. Po raz kolejny tłumaczył, że wypełniając ankietę w roku 1945, ukrył swoją wieloletnią działalność w KB z powodu „ówczesnego negatywnego nastawienia władz do wszystkiego, co miało związek z rządem londyńskim”, przypominał swoje zasługi, w tym działalność dla Żydów. Chwalił się również, że Menachem Begin przysyła mu co roku pozdrowienia. Liczył na naprawienie wyrządzonej mu krzywdy moralnej, jako że „stan wojenny przywraca w Polsce, obok potrzebnego spokoju, także uczciwość, sprawiedliwość i praworządność”440. Rzeczywiście, po wprowadzeniu stanu wojennego pojawiła się koniunktura na jego usługi. W 1982 r. Krajowa Agencja Wydawnicza wydała kolejną jego książkę o zabarwieniu historyczno-autobiograficznym, przynoszącą dalsze rozwinięcie jego konfabulacji na temat Żydowskiego Związku Wojskowego (Obowiązek silniejszy od śmierci)441.

Wtedy też Bednarczyk wznowił walkę o medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Używał do tych celów, o czym już wspominaliśmy, stojącego nad grobem Madanowskiego. 11 marca 1983 r. przesłał on Lazarom fragmenty niepublikowanej pracy Bednarczyka wraz z alarmistycznym listem: „W Polsce tylko on jeden [Bednarczyk] walczy o honor ŻZW i syjonistów rewizjonistów. Wszyscy wpływowi Żydzi — jako lewicowi popierają tylko ŻOB — a zwalczają ŻZW i Bednarczyka; jako bezpartyjny katolik już emeryt — nie wygra on samotnie walki o ŻZW — musicie mu pomóc podtrzymywaniem jego autorytetu historyka ŻZW, m.in. medalem Yad Vashem. Na żadnego Żyda w Polsce nie można w tej sprawie liczyć. Wczoraj np. redaktor A[dam] Kwaterko jako sekretarz generalny TSKŻ w Polsce w wywiadzie dla „Życia Warszawy” mówił tylko o ŻOB. Widzicie więc, jak dla nas ważne jest mieć przychylność pióra Bednarczyka. Na temat ŻZW pisze szeroko w Polsce tylko on i wy w Izraelu, a i to w pewnej mierze dzięki niemu, że podniósł on nieznaną wam historię ŻZW, że na zamówienie mecenasa Drażnina, skarbnika syjonistów rewizjonistów, zebrał dla was dużo tych materiałów w roku 1962/1963, które przetworzył i w swoje trzy książki (dwie wydane)”. I dalej: „Piszę to dla podkreślenia potrzeby nagrodzenia zasług Bednarczyka medalem Yad Vashem. Prosiłem was o to w 1973 r. bezskutecznie. Teraz musi się to udać. Nic innego dać mu nie możemy, tylko ten symboliczny, honorowy medal. […] Proszę więc gorąco załatwić ten mój wniosek o medal, wywiążmy się honorowo ze zobowiązań, za 3,5-letnie codzienne narażanie dla nas życia w getcie, za organizowanie i niesienie pomocy narodowi żydowskiemu. Przecież teraz, gdy syjoniści rewizjoniści są u władzy, to nie wierzę, żeby to było niewykonalne do kwietnia 1983 r. i Waszego przyjazdu”442. Nie była to akcja indywidualna. W tej samej sprawie interweniował w imieniu swej organizacji „OW-KB-AK” znany nam już Edward Biernacki „Wilk”, były oficer KB, przypisując pomijanie Bednarczyka knowaniom niewymienionych z nazwiska oszczerców. Nie trzeba dodawać, że przedstawiał Bednarczyka jako „wybitnego oficera i działacza akcji pomocy Żydom”, „zastępcę” Tarnawy i „pełnomocnika Komendy Głównej KB”443. Zainteresowanie Bednarczykiem wzrosło w odpowiedzi na jego aktywność na łamach organu prasowego Zjednoczenia Patriotycznego Grunwald444 „Rzeczywistość”445. W kwietniu 1983 r. kąśliwa nota o Bednarczyku pojawiła się w tygodniku „Tu i Teraz” redagowanym przez Kazimierza Koźniewskiego — został scharakteryzowany jako „obrońca czysto polskiego rzemiosła i rdzennie polskiego kapitału w przemyśle”446. Równie ostro na publikacje Bednarczyka reagowali felietoniści „Polityki”. Ryszard Marek Groński mimochodem — w artykule o Adamie Czerniakowie — zacytował fragment opracowania „Ucisk fiskalny getta” zachowanego w archiwum Ringelbluma, w którym Bednarczyk został wymieniony jako jeden z nadgorliwych urzędników skarbowych, Daniel Passent szydził zaś z „obywatela Bednarczyka”, czołowego historyka „Rzeczywistości”, pisząc, że „ze zręcznością baletnicy spaceruje między grobami, na których składa się dziś kwiaty z okazji […] 40. rocznicy powstania w getcie”447. W odpowiedzi na tekst Grońskiego Bednarczyk odrzucał, rzecz jasna, oskarżenia jako całkowicie bezpodstawne, przekonywał o swojej kryształowej uczciwości, powoływał się na swoje okupacyjne zasługi, przypominał znajomość z Czerniakowem, oskarżał Ringelbluma i autorów materiałów zgromadzonych w archiwum getta o „antypolonizm”. Chełpił się nawet, że przed wojną wykrył w żydowskiej firmie „Salamandra” 2000 trefnych par obuwia i co ważniejsze nie dał się przekupić. Uznał, że właśnie dlatego szargana jest jego obecnie opinia. Niestety, nie powołał się na opinie swoich znajomych z getta, którzy pomogli mu zatrudnić się po wojnie w bezpiece. Groński, składając niespecjalnie przekonujące oświadczenie o całkowicie przypadkowym wypłynięciu nazwiska Bednarczyka w negatywnym kontekście, przypomniał, że w dzienniku Czerniakowa „brak jakichkolwiek wiadomości” mogących potwierdzić jego opowieści448. Przyznać trzeba, że cios wymierzony był celnie. W liście do Lazarów Bednarczyk, skarżąc się na autorów „Polityki” i użalając się nad sobą, po raz nie wiadomo który grzmiał, że „uwypukla 3,5-letnią historię ŻZW, którą zawodowi historycy ŻIH pominęli, fałszując prawdę. […] Ta moja działalność, połączona z krytyką wielu niesumiennych historyków, lekceważących nieznane im z autopsji wycinki historii najnowszej […], «procentuje» mi negatywnie w formie obmów, pomówień i zaczepek prasowych”. Po czym liczbę Polaków pomagających Żydom oszacował na 4 miliony449. Nikt z polemistów nie odniósł się do meritum sprawy, czyli udziału ŻZW w powstaniu w getcie. Koncentrowano się na innych motywach pisaniny Bednarczyka — oskarżeniach Żydów o masową kolaborację i bierność. Jest oczywiste, że pożałowania godna działalność Bednarczyka miała fatalny wpływ na pamięć o ŻZW.

Nie sposób w tym miejscu nie postawić pytania o status działań Bednarczyka w przestrzeni publicznej. Z jednej strony miał problemy z weryfikacją w ZBoWiD, a z drugiej jego ożywiona działalność publicystyczna nie napotykała krytyki z kręgów kombatanckich. Nie dowiemy się, czy jakieś reakcje na groteskową twórczość Bednarczyka zostały zahamowane przez cenzurę. Być może był on pod specjalną ochroną Służby Bezpieczeństwa. Obecność Bednarczyka na łamach finansowanej przez MSZ londyńskiej „Kroniki” nie mogła być przypadkiem. Tak samo jak zagraniczne peregrynacje Bednarczyka, a co za tym idzie brak problemów z uzyskaniem paszportu. Jeszcze w czerwcu 1975 r. Bednarczyk wygłosił odczyt o stosunkach polsko-żydowskich z okazji 75. rocznicy Towarzystwa Polsko-Austriackiego „Strzecha”450. W latach osiemdziesiątych wykorzystywano go do inwigilacji środowisk narodowych451. Ale przeciwko jego pisaninie nie zaprotestowały też kręgi emigracyjne w Londynie. Niewątpliwie jego pozycja wzrosła po wprowadzeniu stanu wojennego i związaniu się ze środowiskiem „Grunwaldu”. W 1986 r. ukazało się drugie wydanie Obowiązku silniejszego od śmierci nakładem stowarzyszenia, zaopatrzone we wstęp płk. Józefa Bolesława Garasa — znanego historyka podziemia komunistycznego w okresie drugiej wojny światowej452. Pod skrzydłami antysemickiego „Grunwaldu” Bednarczyk, co zresztą specjalnie dziwić nie może, doskonale się odnalazł i to zarówno w sensie towarzyskim, jak i ideologicznym. Świadczą o tym liczne publikacje na łamach tygodnika „Rzeczywistość”. Mniej więcej w tym samym czasie Bednarczyk nieoczekiwanie uaktywnił się w kontekście sprawy Iwana (Johna) Demianiuka — miał mataczyć w śledztwie i wyszukiwać fałszywych świadków dla jego obrony. To temat na osobne opracowanie453.

Po 1989 r. Bednarczyk bez większych problemów odnalazł się w nowej rzeczywistości. Przez jakiś czas tak jak inny członkowie „Grunwaldu” związał się ze Związkiem Zawodowym „Samoobrona”. W 1995 r. nakładem nacjonalistycznego wydawnictwa „Ojczyzna” — publikującego między innymi pisma Romana Dmowskiego, Jędrzeja Giertycha i wielu przedwojennych antysemitów, a ze współczesnych autorów na przykład Jerzego Roberta Nowaka — ukazała się ostateczna, gruntownie przebudowana na antykomunistyczną modłę wersja jego zapisków. Rola Iwańskiego została w tej książce sprowadzona do minimum, zgodnie z wykładnią wypracowaną na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Całkowite wymazanie go z tej historii było już niewykonalne454. Biorąc pod uwagę szczegóły jego biografii, poznane dzięki materiałom przechowywanym w Archiwum IPN, humorystycznie jawią się oskarżenia Bednarczyka wobec obecności Żydów w MBP i UB. Przed śmiercią zdążył jeszcze zostać „doradcą” kandydata w wyborach prezydenckich, patologicznego antysemity Leszka Bubla i publicystą „Tygodnika Ojczyzna”. Można go było zobaczyć w emitowanym przez telewizję programie wyborczym. W czerwcu 1997 r. prof. Jerzy Tomaszewski zgłosił informację o popełnieniu przestępstwa polegającego na rozpowszechnianiu książki Bendarczyka Rys historyczny OW-KB jako zawierającej fragmenty nawołujące do nienawiści ze względu na pochodzenie rasowe i etniczne. Sprawa została umorzona455. Odnosząc się jednak do piśmiennictwa Bednarczyka, Tomaszewski napisał, że zawiera ono rozmaite interesujące informacje, natomiast co do danych na temat ŻZW trudno oddzielić prawdę od fikcji456.

Bednarczyk zmarł w Warszawie 10 lipca 1999 r. Okazuje się, że był postacią ważną i rozpoznawalną nawet w środowiskach… polskich ekologów, o czym świadczy wspomnienie zamieszczone na łamach biuletynu Franciszkańskiego Ruchu Ekologicznego. Został w nim nazwany „jednym z najwybitniejszych Polaków, żołnierzem AK”, „autorem wielu niezwykłych książek” będących „niezastąpioną informacją historyczną”. Znienawidzonym i skazanym na zapomnienie przez pseudoelity457. Dwa lata później ukazała się w Paryżu praca Mariana Apfelbauma, która przyniosła mu nareszcie międzynarodową popularność, a także, co nie jest bez znaczenia, uczyniła go, po raz nie wiadomo już który, bohaterem w Polsce458.

EPIGONI

W sierpniu 1977 r. w ŻIH ujawniła się kolejna grupa podwładnych „Bystrego”. Mieli oni — tak przynajmniej wynika z podpisanej przez nich „relacji” — należeć do oddziału AK dowodzonego przez Kowalskiego „Sępa” w szpitalu św. Stanisława. Z „narażeniem życia” nosili broń, amunicję, lekarstwa i materiały wybuchowe i żywność. Wykorzystywali do tego celu również podkop do getta prowadzący z Muranowskiej 6. W czasie powstania brali udział w próbie wysadzenia muru getta przy ulicy Sapieżyńskiej, a wreszcie, wraz z „Sępem” wywieźli grupę Żydów do Michalina459. Jako że nie byli najlepiej zorientowani w okupacyjnych realiach, organizacją, której tak bohatersko pomagali, była ŻOB. Sprawę pozostawiono bez ciągu dalszego.

W londyńskim Studium Polski Podziemnej w zbiorze relacji dotyczących spraw żydowskich znajduje się jeszcze jeden interesujący z naszego punktu widzenia materiał. Są to pochodzące z 1979 r. „wspomnienia” niejakiego Tadeusza Borowskiego „Ireneusza”, przedstawiającego się jako podporucznik AK, żołnierz batalionu „Czata” i podwładny mjr. Jana Tarnowskiego „Waligóry”. Twierdzi on nie tylko, że „Waligóra” już w 1940 r. współpracował z Iwańskim w sprawach żydowskich, lecz także podaje różne adresy punktów kontaktowych („centrum wyszkolenia” ŻZW, którym dowodził 38-letni „Mordehai Appelbaum”, miało się mieścić przy Ogrodowej 68/70) i przechwala się uczestnictwem w dostawach broni dla getta. Zapewnia również, że jako „dowódca patrolu” brał udział w walkach w czasie powstania w getcie, umożliwiając podstawienie karawanu, który posłużył do ewakuacji bojowców ŻZW z Warszawy, oraz w walkach w getcie 27 kwietnia 1943 r. — w szeregach AK (sic!): „w dniu 27 kwietnia dwie jednostki (Irek [narracja jest w 3. osobie — D.L., L.W.] z nimi) Armii Krajowej przeszły tunelem z Muranowskiej 6 na Muranowską 7 do getta warszawskiego, wspierając w walce bohaterskie oddziały żydowskie w rejonie Muranowa, ponosząc straty w zabitych i rannych. Przed wieczorem z powodu zagrożenia odcięcia odwrotu tunelem po ciężkiej walce o niego odzyskano pozycje i ewakuowano rannych i chętnych do opuszczenia getto żydowskich bojowników na aryjską stronę, gdzie wszystkich rozmieszczono bezpiecznie, a zdrowych przetransportowano do Kampinosu”460. Autor tych enuncjacji domagał się od Głównej Komisji Weryfikacyjnej AK działającej przy SPP oficjalnego dokumentu potwierdzającego jego wojenną przeszłość. W tej sprawie napisał do przewodniczącego komisji płk. Mieczysława Wałęgi Tadeusz Bielecki, adwokat zamieszkały w Kalifornii. Borowski ni mniej ni więcej, tylko miał skomplikować antypolskie knowania Żydów amerykańskich: „uważam za konieczne wydanie p. T[adeuszowi] Borowskiemu zaświadczenia, że brał udział w pomocy Żydom walczącego getta. Jest to fakt bezsporny. Zależy nam na tym bardzo, żeby chociaż jednak osoba w naszym rejonie miała «legitymację» do prostowania oszczerstw i napaści. Panu T[adeuszowi] Borowskiemu nie zależy na honorach. Chce mieć tylko udokumentowane prawo do zabierania głosu publicznie i w prasie jako ten, który im pomagał i miał prawo zaprzeczać insynuacjom i oszczerstwom”461. Argumenty te nie zrobiły chyba wrażenia na stojącym na czele komisji pułkowniku Wałędze, gdyż Borowski żądanego zaświadczenia nie otrzymał.

Do pomocy ŻZW przyznaje się również historiografia ruchu ludowego. W opinii jednego z czołowych przedstawicieli tego nurtu: „Bataliony Chłopskie przekazały, za pośrednictwem swojego komendanta Franciszka Kamińskiego «Zenona Trawińskiego», 50 tysięcy złotych Żydowskiemu Związkowi Wojskowemu w Warszawie”. W najnowszym dziele tego autora pojawiła się nieco inna wersja. Kamiński miał być pośrednikiem w przekazaniu środków wyasygnowanych przez Centralny Komitet Ruchu Ludowego, a dotacja miała być przekazana na cele organizacyjne462. Nic bliższego na temat tego sensacyjnego transferu nie wiadomo — informacja nie została uzupełniona przypisem.

CO Z TEGO WSZYSTKIEGO DLA HISTORYKÓW WYNIKA

Wbrew mocnemu przekonaniu Mariana Apfelbauma, w barwnych opowieściach Bednarczyka nie znajdziemy słowa prawdy o ŻZW. Podobnie jest w narracjach powstałych w kręgu Iwańskiego, z wyjątkiem może pierwszej relacji spisanej w czerwcu 1948 r. Natrafimy tu na znane z innych źródeł miejsca, epizody i postaci z historii ŻZW: tunel pod ul. Muranowską, mieszkanie na czwartym piętrze kamienicy nr 6, 34 bojowców wyprowadzonych z getta w dniach powstania, karawan uwożący ich do Michalina czy wreszcie Hotel Polski. Zaświadczenia o jego zaangażowaniu wydało trzech duchownych katolickich463. Trudno jednak przebić się przez sieć niedomówień, przekłamań i prymitywnych kłamstw. Czy Dawid Moryc Apfelbaum w ogóle istniał? Tego nazwiska nie wymienia ani Janusz Ketling-Szemley z organizacji PLAN, pozostający, o czym opowiemy w następnym rozdziale, w kontakcie z członkami konspiracji rewizjonistycznej, ani nieliczni pozostali przy życiu jej uczestnicy. Śladów tej postaci bezskutecznie szukaliśmy w polskich i zagranicznych archiwach i bibliotekach, choć osoby o takim nazwisku mieszkały w Warszawie. Do rodziny Apfelbaumów należał znany zakład futrzarsko-galanteryjny i salon mody przy ulicy Marszałkowskiej 125 (koresponduje to poniekąd z wersją Madanowskiego, że Apfelbaum pochodził z rodziny futrzarzy)464. Marian Apfelbaum twierdzi, że „komendant ŻZW” był jego kuzynem, próżno jednak szukać w jego książce jakichś szczegółów biograficznych, są tylko te znane z literatury465. Krótka relacja zmarłego 12 stycznia 1946 r. dr. Emila Apfelbauma nie zawiera żadnych informacji na temat członków rodziny. Zwraca uwagę pewien szczegół — Emil Apfelbaum ukrywał się po stronie aryjskiej pod nazwiskiem Kowalski466. „Kowal” to również wedle niektórych relacji pseudonim „majora” Apfelbauma. Czy istnieje między nimi jakiś związek, czy może zbieżność ta jest całkowicie przypadkowa? Pytania i spekulacje można mnożyć.

Marian Apfelbaum i Mosze Arens nie byli pierwszymi ofiarami „Bystrego” i „Bednarza”. Jednym ze źródeł sukcesu „drużyny pierścienia” było wprowadzenie do obiegu kilku kluczowych relacji za sprawą monumentalnego tomu Ten jest z ojczyzny mojej, dotyczących rzekomej współpracy ŻZW z polską konspiracją spod znaku KB — obszernych fragmentów relacji Iwańskiego z 1948 r., relacji Celmajstra i biskupa Niemiry czy wreszcie obu tekstów Zajdlera o „bitwie” na placu Muranowskim467. Nie mogło zrównoważyć tego ani izolowanie i pomijanie Bednarczyka przez wielu badaczy, ani nawet ambiwalencja w stosunku do historii Iwańskiego widoczna w tekstach Bartoszewskiego468. Tom Ten jest z ojczyzny mojej, za sprawą wydanej edycji anglojęzycznej, trafił do międzynarodowego obiegu naukowego, potwierdzając prawomocność wytworzonych w komunistycznej Polsce źródeł do dziejów ŻZW469. Powoływali się na nie autorzy fundamentalnych opracowań tej miary co Raul Hilberg470.

Wiarygodność tych przekazów wzmocniły enuncjacje osób zajmujących wysokie funkcje w Polskim Państwie Podziemnym: Kazimierza Iranka-Osmeckiego, kuriera między rządem polskim w Londynie a okupowanym krajem, od 1944 r. szefa kontrwywiadu Komendy Głównej AK, oraz Stefana Korbońskiego, byłego szefa Kierownictwa Walki Cywilnej przy Delegaturze Rządu. Nie trzeba dowodzić, że z uwagi na umiejscowienie w newralgicznych strukturach konspiracyjnych należeli oni do kręgu osób najlepiej poinformowanych. Iranek-Osmecki w klasycznej już pracy o polskiej pomocy dla Żydów w okresie drugiej wojny światowej, wydanej w 1968 r. w Londynie, odwołał się do ustaleń krytykowanego zresztą po wielokroć Bernarda Marka, utrzymując, iż polscy konspiratorzy współpracujący z ŻZW działali z ramienia AK471. Co prawda całkowicie przemilczał konfabulacje Bednarczyka, lecz już do historii Iwańskiego nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń. Podobnie Korboński. W książce o Polskim Państwie Podziemnym dokonał rozwinięcia tej tezy, dowodząc, iż ŻZW „nawiązał kontakt z Delegatem Rządu i Komendą Główną AK przez polską organizację podziemną, Korpus Bezpieczeństwa”. Jakichkolwiek nowych dowodów na potwierdzenie tej tezy nie przedstawił472. W obu wypadkach reedycje, które pojawiły się na rynku kilka lat temu, pozostawiły te stwierdzenia bez żadnych komentarzy. A przecież jest oczywiste, że obaj zasłużeni działacze Polskiego Państwa Podziemnego nie mieli na temat ŻZW żadnej wiedzy i powielali wersję znaną z literatury473. Równie bezkrytycznie posłużył się tymi relacjami historyk Tomasz Strzembosz. Wymowne, że fragment jego książki na temat akcji zbrojnych w okupowanej Warszawie, wydanej po raz pierwszy w 1978 r., poświęcony działaniom KB i walkom na placu Muranowskim 27 kwietnia 1943 r., gdzie działania KB nazwane zostały „szczególnym ewenementem w zakresie pomocy wojskowej”, nie został opatrzony żadnym przypisem!474 W tekście ogłoszonym niedługo później na łamach miesięcznika „Więź” nawet Bednarczyk potraktowany został jako świadek wiarygodny. Pisząc o „bitwie” na placu Muranowskim, nazywa ją Strzembosz „największym bodaj co do długości i użytych sił starciem w getcie warszawskim”475. W swojej ostatniej, niezwykle skądinąd inspirującej syntezie z jednej strony nie wspomina o pomocy Żydom ze strony KB, z drugiej całkowicie prawie pomija organizację bojową rewizjonistów. Wspomina jedynie o powstaniu Żydowskiego Związku Wojskowego „Żagiew” (sic!) w październiku 1939 r., w kontekście „29 bardziej znanych organizacji niepodległościowych, powstałych w pierwszych trzech miesiącach okupacji”476. I to wszystko. Również Czesław Madajczyk z Instytutu Historii PAN w swej monumentalnej monografii o okupacji nazistowskiej w Polsce wydanej w 1970 r. parokrotnie powoływał się na Bednarczyka, w tym również na jego niewydane wówczas wspomnienia477, których maszynopis otrzymał z… Instytutu Wydawniczego PAX, powtarzając niedorzeczny zapis o członkostwie Adama Czerniakowa w ŻZW478. W 1981 r. zwróciła na te zapisy uwagę uznana amerykańska uczona Lucy Dawidowicz i totalnie krytykując podejście Madajczyka do problematyki Zagłady, podała także w wątpliwość wiarogodność Bednarczyka479. Nie znaczy to, by zakwestionowała całą historię kontaktów KB z ŻZW.

Rodzi się pytanie, jak to możliwe, że najlepsi polscy znawcy tematu z takim zaufaniem podchodzili do opowieści członków Korpusu Bezpieczeństwa, organizacji o nieprzejrzystych i zmieniających się strukturach, kierowanej przez różnych awanturników przyznających sobie bez żenady stopnie oficerskie, dokonujących zaskakujących wolt politycznych480, a po wojnie podejmujących różne gry z aparatem bezpieczeństwa? Jednym z powodów była z pewnością słabo zachowana dokumentacja dotycząca KB i wchodzących w jej skład kanapowych formacji (w rodzaju Kadry Bezpieczeństwa i Zbrojnego Wyzwolenia) oraz brak dostępu do materiałów wytwarzanych przez MBP, a później MSW. Omawiając biografie naszych bohaterów, cytowaliśmy już wypowiedzi, choćby Petrykowskiego i Zajdlera, odsłaniające prawdziwy stan rzeczy w odniesieniu do funkcjonowania tej organizacji. Nie jesteśmy historykami tych formacji, ich dzieje zaś interesują nas wyłącznie ze względu na ich nieszczęśliwy związek z historią Żydowskiego Związku Wojskowego. Na zakończenie tej części rozważań wskażmy jedynie na materiały będące efektem rozpracowania tej organizacji prowadzonego późną wiosną 1943 r., a zatem niedługo po powstaniu w getcie. Znajdziemy tu kilka dokumentów programowych, wniosków awansowych oraz instrukcji, wszystko to opatrzone jednoznacznie brzmiącym komentarzem wywiadowcy działającego w porozumieniu z kontrwywiadem wojskowym Okręgu Warszawskiego AK. W jego ocenie mamy do czynienia z organizacją wojskową mającą działać na terenie całej GG, istniejącą jednak w dużym stopniu na papierze. Sztab złożony jest z samych pułkowników („każdy świeżo upieczony członek otrzymuje z reguły w krótkim czasie awans jeśli nie na oficera, to na starszego podoficera KB”). Członkowie KB obracają dużymi sumami, nie przestrzegającą zasad konspiracyjnych, a co najważniejsze ich organizacja stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa polskiej konspiracji, gdyż podszywa się pod konspiracyjny Państwowy Korpus Bezpieczeństwa. Deklaracja ideowa KB to „zlepek wszelkich możliwych frazesów, [jest] wyraźnie obliczona na mydlenie oczu naiwnym”. Podczas wewnętrznych „konferencji” kładzie się większy nacisk na walkę z komunizmem niż z Niemcami. Nie bez znaczenia, że w celach rekrutacyjnych posługiwano się sfałszowanym „zarządzeniem” komendanta sił zbrojnych gen. „Grota”, powołującym do życia KB! Polityka ta doprowadziła jednak do nawiązania przez KB kontaktów z różnymi organizacjami konspiracyjnymi, oddziałami wojskowymi, a nawet strukturami państwa podziemnego i wciągnięcia w jej orbitę wielu działających w dobrej wierze osób481. Z naszego punktu widzenia najważniejsze jest, że nie odnotowano żadnych śladów zainteresowania warszawskim gettem482.

Wracając jednak do nurtującego nas tu najbardziej problemu bezkarności kombatantów KB, trudno oprzeć się wrażeniu, że główna przyczyna braku krytycyzmu leżała w tym, że historia „braterstwa broni” KB–ŻZW doskonale nadawała się do wzmacniania tezy o poważnej pomocy militarnej polskiej konspiracji i polskiego Kościoła katolickiego udzielanej gettu warszawskiemu. I to niezależnie od politycznego kontekstu. Od wielu lat legenda o polsko-żydowskim braterstwie broni żyje zresztą własnym życiem. W kwietniu 2011 r. Henryk Iwański z Dawidem Appelbaumem (sic!) po raz kolejny stanęli do walki, tym razem na łamach dodatku historycznego do „Gazety Wyborczej”483… I zapewne wielokrotnie jeszcze powrócą.

Rozdział IV
APOKRYFY ŻYDOWSKIE

Pisząc o Zagładzie, nie potrzebujemy autorów o wielkiej wyobraźni. Potrzebujemy ludzi, którzy potrafią przedstawić rzeczywistość taką, jaką była. Była tak przytłaczająca, że fakty mówią same za siebie.

Samuel Rajzman484

Polacy nie mieli i nie mają monopolu na zniekształcanie historii ŻZW ani na konfabulacje. Między 1980 a 1999 r. ukazały się w języku angielskim trzy wspomnienia, których autorzy przyznawali się do członkostwa w jego szeregach. Nastąpiło to naturalnie w okresie, gdy mit „bractwa pierścienia” był na trwałe osadzony w literaturze historycznej. Nazwisk tych autorów nie znali Chaim i Chaja Lazarowie, którzy pracowicie gromadzili bazę danych dotyczącą ŻZW, żadne z nich nie pojawiło się na liście ocalałych członków ŻZW, opublikowanej w 1993 r. przez Chaję Lazar485. Wszelako w dwóch przypadkach Lazarowie entuzjastycznie przyjęli cudowne odnalezienie nowych świadków i uczestników wydarzeń, zwłaszcza że ich opowieści przydawały wiarygodności ich własnym narracjom.

Te trzy książki nie uzupełniają jednak naszej wiedzy o ŻZW — w rzeczywistości ją deformują. Zważywszy na to, co nam wiadomo o ŻZW, i to, co można ustalić jako fakt, do publikacji tych należy podejść z najwyższą ostrożnością. Z pewnością w wielu powojennych relacjach ocalałych autorzy ubarwiają swoje historie i trudno ustalić, w którym miejscu fakty przechodzą w fikcję486. Zwyczajowa ostrożność — zwłaszcza jeśli uwzględni się, jak nieliczne są te dokumenty — w podejściu do relacji ocalałych ma zastosowanie również w odniesieniu do wszystkich aspektów powstania w getcie, w nie mniejszym stopniu wówczas, gdy rzecz tyczy się podziemia rewizjonistycznego.

„CHŁOPIEC Z DACHU” — „INSPIRUJĄCA, PRAWDZIWA HISTORIA” JACKA EISNERA

W epilogu ogłoszonych w 1993 r. wspomnień Alicja Kaczyńska opisuje, jak wiosną 1989 r. odkryła w krakowskiej księgarni książkę Jacka Eisnera, bohatera powstania w getcie warszawskim, której lektura nią wstrząsnęła, a kilka dni później spotkała się z ich autorem. Rozpoznała w nim młodzieńca, którego widziała z okna swojego mieszkania w kamienicy przy ulicy Muranowskiej 6 pierwszego dnia powstania w getcie: „W parę dni po przeczytaniu książki […] dowiedziałam się z dziennika telewizyjnego, że niejaki Jack Eisner przyleciał z Ameryki do Warszawy. Zobaczyłam powitanie gościa na lotnisku. I już od tej chwili wydarzenia potoczyły się jak w zaplanowanym filmie. Jeszcze tego samego wieczora połączyliśmy się z hotelem «Victoria» w Warszawie. Eisner podszedł do telefonu i dowiedziawszy się, że jesteśmy z Muranowskiej, że go widzieliśmy w akcji na dachu i chcemy poznać osobiście, zapowiedział swój przyjazd do Krakowa. Nadszedł dzień 21 kwietnia 1989 r., dokładnie 45 lat od wydarzeń na Muranowskiej. Mój syn jedzie na lotnisko do Balic, ja czekam w domu. W pół godziny potem mamy Eisnera u siebie! Przywitanie ze mną jest tak serdeczne, jakbyśmy się znali od dawna. Zaczynamy wspominać, mówimy chaotycznie, wyrywamy sobie słowa. […] Czyż mogłam w 1943 r. przypuszczać, że prawie pół wieku po wydarzeniach na Muranowskiej będę przyjmować u siebie «chłopca z dachu», którego sylwetkę z flagami tak dobrze zapamiętałam? Nie wiedzieliśmy wtedy, kim był on i jego towarzysze. Ot, jakiś szalony, odważny żydowski chłopiec, mający za zadanie dowieść światu, że getto zwycięża! […] Tak więc «chłopiec z dachu» i «pani z okna» swego mieszkania mieli przeznaczone poznać się po 46 latach”487. Spotkanie to miało dla opisywanej przez nas historii niebagatelną rolę.

Ze względu na popularność swojej książki Jack Eisner (1925–2003) jest zapewne lepiej znany niż ktokolwiek, kto miałby walczyć w szeregach ŻZW. Przynajmniej w Polsce. Ten nowojorski biznesmen (we wstępie czyni takie oto wyznanie: „Jestem bogaty. Mam mieszkanie przy 5. Avenue w Nowym Jorku i posiadłość w Connecticut. Mam jacht na Lazurowym Wybrzeżu i czasami jeżdżę limuzyną z kierowcą”)488 spisał swoje „wspomnienia” pod koniec lat siedemdziesiątych i wydał je z imprimatur znanego wydawnictwa William Morrow489. Osiem lat później dzieło to ukazało się w polskim przekładzie (Krajowa Agencja Wydawnicza) w imponującym nakładzie 20 tysięcy egzemplarzy i wpadło w ręce entuzjastycznie do nich usposobionej pani Kaczyńskiej.

Jako założyciel nowojorskiej Organizacji Bojowców Getta Warszawskiego (Warsaw Ghetto Resistance Organization)490 Eisner wygłaszał liczne wykłady i był dobrze znaną postacią żydowskiego życia publicznego491. Ufundował też pomnik dzieci na cmentarzu żydowskim w Warszawie492. Na podstawie jego książki powstała sztuka teatralna autorstwa Susan Nanus (1981), a w 1985 r. nakręcono film War and Love (Wojna i miłość). Autorem scenariusza był Abby Mann, a reżyserem Moshe Mizrahi, kilka lat wcześniej nagrodzony Oscarem za film Życie przed sobą. W rolę Jacka wcielił się Sebastian Keneas. Producentem był sam Eisner. Żadne z tych przedsięwzięć nie odniosło większego sukcesu. Premiera sztuki, którą wystawiono w nowojorskim Morosco Theater, otrzymała druzgocącą recenzję i już po ośmiu przedstawieniach została zdjęta z afisza. Jeden z krytyków grzmiał na łamach „The New York Times”, że niewydarzone dramatyzacje nie podtrzymają pamięci o tym koszmarze, lecz trywializują go, przekształcając Holokaust w „popcornową” rozrywkę, którą odbiorcy łatwo konsumują i szybko zapominają. Nie kwestionując dobrych zapewne intencji twórców tej inscenizacji, uznał spektakl za banalny, „bezbarwny i nudny zbiór klisz rodem z showbiznesu”493. Podobny los spotkał film. Recenzent z nowojorskiego dziennika nie miał żadnych wątpliwości: „Film niezwykle metodycznie dramatyzuje warunki panujące w getcie warszawskim pod okupacją nazistowską, powstanie w getcie i ostateczne rozstanie Jacka z rodziną, która zostaje deportowana do obozu koncentracyjnego. Słowa «dramatyzuje» używamy tu w bardzo luźnym sensie. Zarówno scenariusz, jak i inscenizacja nie mają w sobie cienia dramatyzmu. Jest to raczej ciąg nieudolnie inscenizowanych scen opatrzonych dialogiem. Nie czuć w nich jakiejkolwiek grozy, suspensu czy choćby upływu czasu”494. Niezrażony tym, Eisner zamówił u amerykańskiego kompozytora indiańskiego pochodzenia Davida Yeagleya „operę heroiczną”, której libretto miało być oparte na jego historii. Była to pierwsza opera o Zagładzie. Jej fragment, zatytułowany Jack, w wykonaniu Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia wydano w 2005 r. na płycie kompaktowej. W listopadzie 2010 r. w San Diego zaprezentowano pod batutą uznanego dyrygenta Davida Amosa premierowe wykonanie poświęconego Eisnerowi utworu Ha-Nicol (The Survivor), skomponowanego przez Yaegleya495. Na najbardziej jaskrawe luki zarówno w książce, jak i w filmie wskazał osławiony negacjonista, profesor elektrotechniki na Northwestern University Arthur R. Butz496, co uświadamia konsekwencje sankcjonowania w obiegu wątpliwej wiarygodności tekstów.

Trudno powiedzieć, dlaczego wieści o bohaterskich wyczynach Eisnera w ŻZW dotarły do Lazarów dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych. Chaja Lazar wspominała: „Pan Eisner przybył do Muzeum Kombatantów i Partyzantów z rekomendacją p. Simchy-Davida Landaua, jego towarzysza broni, a my «odkryliśmy» kolejnego ocalałego bojownika ŻZW — Jacka-Icchaka Eisnera”497. Trudno się dziwić radości Lazarów, którzy odnaleźli kolejne ogniwo w historii ŻZW. W 1995 r., nawiązując do swego artykułu drukowanego dwa lata wcześniej na łamach „Publications of the Museum of Combatants and Partisans”, gdzie pisała o tym, iż imiona bojowców, którzy wywiesili flagi na domu przy ul. Muranowskiej 7 pozostaną nieznane, prostowała z satysfakcją: „Okazało się, że to nieprawda — jeden z młodych bohaterów, Jacek, dowódca grupy dzieci-szmuglerów w getcie warszawskim, który krótko przed powstaniem przystąpił do ŻZW — żyje. Jest to pan Jack Eisner z Nowego Jorku. Niedawno pan Eisner zakończył swoją udaną działalność biznesową i napisał książkę o swych przeżyciach w getcie warszawskim — Przeżyłem!498.

Podobnie jak Chaim Lazar i Marian Apfelbaum, Jack Eisner utrzymywał, że ma obowiązek korygowania historii ŻZW. W 2003 r., krótko przed śmiercią, napisał list do redaktora naczelnego tygodnika „Wprost”, w którym informując o sukcesie swojej książki i nakręconego na jej podstawie filmu, występował już jako pełnoprawny rewizjonistyczny kombatant. Pomogło mu w tym świadectwo Alicji Kaczyńskiej, o którym zresztą nie omieszkał wspomnieć. Podkreślał, że to antykomunizm ŻZW był przyczyną „naszego oddzielenia się od ŻOB”: „Każdy, kto chciałby zrozumieć historyczny wymiar wydarzeń w warszawskim getcie, musi wiedzieć, że z prawie 200 bojowników ŻZW (Betar) przeżyło zaledwie trzech lub czterech. Natomiast z organizacji ŻOB, która liczyła o wiele setek więcej bojowników, przeżyło ponad 50 osób, między innymi dwóch dowódców — Icchak Zuckerman [tak w oryginale — D.L., L.W.] i Marek Edelman. W powojennych czasach członkowie ŻOB, kiedy pisali czy mówili o walce zbrojnej w getcie, przedstawiali wydarzenia ze swojego punktu widzenia, pomijając nasz udział (czyli ŻZW) i nie wspominając o wywieszeniu flag, chociaż też nigdy nie odważyli się zaprzeczyć, że ono się odbyło”499.

Wspomnienia Eisnera z 1980 r. z pewnością jednak nie przysłużyły się sprawie upamiętnienia ŻZW (nie wspominając nawet o umieszczeniu jego bojowników w panteonie bohaterów getta), choć niektórzy badacze historii ŻZW (np. Lazarowie i Arens) nieodpowiedzialnie cytowali je bez żadnych zastrzeżeń. Eisner przedstawia się jako członek niewielkiej grupy młodocianych szmuglerów, którzy z czasem przyłączyli się do większej grupy i razem wstąpili do ŻZW. Niemniej jego wspomnień, pełnych czynów, które można by nazwać brawurowymi (nierzadko będących czystymi wytworami fantazji), nie można traktować jako wiarygodnego źródła, mimo iż autor zapewnia we wstępie (niepublikowanym w polskim wydaniu), że wszystko, co napisał, jest prawdą500. Jak sam Eisner utrzymuje, urodził się w Warszawie i mieszkał tam do powstania w getcie501. Nosił nazwisko Zlatka.

W charakter utworu wprowadza scena nalotu na Warszawę we wrześniu 1939 r., kiedy to bohater (wówczas 13-letni) zestrzeliwuje niemiecki samolot z karabinu znalezionego przy zabitym żołnierzu502. W tym momencie należałoby właściwie zakończyć lekturę tych „wspomnień”. Po zamknięciu getta pomysłowy Eisner zebrał grupę uzbrojonych szmuglerów, którzy prowadzili ożywiony handel po stronie aryjskiej. Przypadkowe spotkanie z „Artkiem Milnerem z Pańskiej”, o dwa lata starszym dawnym kolegą szkolnym, w listopadzie 1942 r. zapoczątkowało jego „prawdziwe związki z ruchem oporu”503. Eisner cementuje przyjaźń z Milnerem, szefem świetnie zorganizowanej grupy szmuglerów, sprzedając mu niemiecki pistolet maszynowy Schmeisser za „zabójczą” kwotę tysiąca dolarów504. Tymczasem istnienia kogoś takiego jak Artek Milner nie potwierdzają żadne dokumenty ani relacje ocalałych. Eisner odnotowuje, że Milner dał mu zadanie pobierania opłat przy dwóch tunelach łączących szop szczotkarzy ze stroną aryjską, które mu podlegały; wpływy z tych opłat miały być źródłem bogactwa Milnera. Niedługo potem prosi on Eisnera, aby ten odnalazł Kronenberga i wykonał wyrok na „tym draniu”. Według relacji Eisnera, Kronenberg był oficerem policji żydowskiej, pełniącym z niezwykłym zaangażowaniem służbę na Umschlagplatzu. „Kronenberg. Dobrze znałem to nazwisko!” — pisze Eisner505. Prawdopodobnie miał na myśli Jurka Firstenberga506, na którego dokonano zamachu, nie ma jednak dowodów na to, by miał on cokolwiek wspólnego z likwidacją zdrajcy, pomimo jego twierdzeń, iż dobił „kolaboranta strzałem w głowę”507.

Eisner wspomina również, że on sam i jego koledzy odegrali czołową rolę podczas „akcji styczniowej”, będącej wstępem do ostatecznej likwidacji getta: „Artek szepnął: «Teraz albo nigdy». Wycelował i ze Schmeissera ostrzelał podwórko. W ciągu sekundy kilku Niemców leżało we krwi. Konie wpadły w popłoch i rozbiegły się na różne strony. Rudy i ja zaczęliśmy strzelać z pistoletów […] W ciągu trzech dni akcji Niemcom udało się wysiedlić tylko kilkuset Żydów. A cenę zapłacili wysoką. Stracili kilka wozów, a wielu żołnierzy rannych i zabitych zostało na ulicach”508. Eisner utrzymuje dalej, że w marcu 1943 r., tj. miesiąc przed powstaniem, Milner zebrał członków swojej grupy, aby oznajmić ważną nowinę: „Od dzisiaj jesteśmy bojowcami Beitar, Żydowskiego Związku Wojskowego, pod dowództwem Rodala i Frenkiela. ŻZW nie jest tak liczny jak ŻOB, którego komendantem jest Anielewicz, ale jego członkowie są bardziej zdeterminowani, gotowi na wszystko i lepiej uzbrojeni. Nawiązali kontakty z polskim podziemiem, z AK. Postanowiłem przyłączyć się do ŻZW. Jestem pewien, że zgadzacie się ze mną”509. Eisner twierdzi, że w wieku dwunastu lat należał do Betaru (w polskim tłumaczeniu mowa o organizacji młodzieżowej afiliowanej przy Betar) i był przekonany, że należy „do głównej gałęzi żydowskiego Ruchu Oporu”. Wyjaśnia, że „wiele naszych [szmuglowanych] towarów wędrowało prosto do kwatery głównej ŻZW przy placu Muranowskim. Ustalono, że w razie pełnej mobilizacji grupa Artka stawi się do dyspozycji Komendy Głównej Frenkiela i Rodala”510.

Jeszcze przed świtem 19 kwietnia Eisner i jego dziewczyna Halina511 — jak twierdzi — rozbroili dwóch żandarmów niemieckich w pobliżu składów przy ul. Zamenhofa 44512. Później, przybywszy na Muranowską 7, Frenkiel i Milner powierzyli Eisnerowi i Halinie zadanie wywieszenia żydowskiego sztandaru bojowego na dachu kamienicy. Towarzyszył im kolega Eisnera „Rudy” i kilku innych młodych bojowców. Jak pisze Eisner, Halina „palcami przejechała po gwieździe Dawida”513. W większości innych relacji nie ma mowy o gwieździe — czy to namalowanej, czy przyszytej do flagi. Wieczorem (19 kwietnia) Milner informuje Eisnera i Halinę: „Otrzymaliśmy wiadomość od AK. Wrze u nich, że obok sztandaru żydowskiego nie łopoce flaga polska. […] Mieliśmy spotkanie w kwaterze głównej i wszyscy są zdania, że biało-czerwona flaga musi znaleźć się na górze. AK przyśle nam ją jutro w południe”514. Oczywiście misja ta przypadła Eisnerowi, którego wysłano do kanałów, aby towarzyszył łącznikowi AK „Kazikowi”, który niósł polską flagę. W opowieści Eisnera on i Halina przez kilka dni strzegą flagi, zabijając dwóch esesmanów, którzy wdarli się na dach515. Kolejni Niemcy giną, gdy jeden z towarzyszy Eisnera rzuca butelkę z benzyną w Niemców, którzy „w okienku ustawili kaem”516. Autor zadał sobie wiele trudu, by opisać, jak kochał się z Haliną pod poszarpanymi sztandarami na dachu budynku przy Muranowskiej 7. „Odrywaliśmy się od siebie, tylko gdy brakowało nam tchu. Szukaliśmy wzajemnie ciepła naszych ciał, zapomnieliśmy o otaczających nas zgliszczach i może po raz ostatni kochaliśmy się, jak gdybyśmy chcieli rzucić wyzwanie wrogiemu światu”. Pomimo wybuchów i intensywnego ostrzału, on i Halina wraz z towarzyszami broni pozostali na dachu budynku przy Muranowskiej 7, odpierając kolejne ataki SS na ich stanowisko i zadając przy tym Niemcom poważne straty. „W końcu sześciu esesmanów wyszło kolejno ze strychu. Kiedy już wszyscy byli na dachu, Halina, «Rudy» i ja otworzyliśmy z trzech stron ogień. Zaskoczyliśmy ich całkowicie. Po kilku sekundach wszyscy leżeli martwi”517. Jak pisze Eisner, ciało jednego z Niemców zawisło na szyldzie dawnego sklepu mięsnego „Mięso, Wędliny. S. Wolff”518. Po upadku powstania Eisner i Halina zostali aresztowani.

Relację Eisnera o wywieszeniu flag podważa również naoczny świadek, wspomniana Polka Alicja Kaczyńska, mieszkająca przy Muranowskiej 6, która w swych wspomnieniach opisała powstanie w getcie: „Na dachach domów naprzeciwko kręcili się ludzie, co chwila znikając i znowu zjawiając się to na dole, to na górze. Mieli w rękach jakąś broń. W pewnym momencie zobaczyliśmy, że naprzeciwko, nieco w prawo od nas zatknięto na dachu flagi — biało-niebieską i biało-czerwoną. […] Widzieliśmy, jak dwaj bardzo młodzi ludzie starali się dobrze umocować flagi na wietrze. Ryzykowali życiem, bo w każdej chwili mogli zostać trafieni kulami wroga”519. Nie ulega wątpliwości, że obie flagi wywieszono jednocześnie. Niemniej Kaczyńska, zamieszczając w swej książce wzmiankę o Eisnerze, odnalazła w jego historii potwierdzenie informacji, że obie flagi powiewały na dachu budynku po żydowskiej stronie ulicy Muranowskiej. Zarówno Kaczyńska, jak i Eisner zignorowali fakt, iż ich relacje są sprzeczne. Nad tymi rozbieżnościami przeszła do porządku dziennego również Chaja Lazar w „Publications of the Museum of Combatants and Partisans”, zamieszczając obok siebie owe sprzeczne fragmenty obu tekstów z komentarzem, że relację Eisnera potwierdza Kaczyńska!520

Jednym z dziwniejszych fragmentów relacji Eisnera jest jego opis tego, co nastąpiło po walce: „Jak dotąd wszystko przebiegało dobrze. Artek kazał oczyścić plac. Zagaszono pożary, opatrzono rannych, wśród nich wielu SS-manów”521. Pod koniec książki, opisującej znacznie więcej imponujących epizodów podkreślających dzielność i heroizm Eisnera (a de facto dokumentujących jego bujną wyobraźnię i pomysłowość)522, autor informuje czytelników: „Historia, którą opowiedziałem, zawiera to, co najistotniejsze z moich wspomnień. Ale to nie wszystko. Stronice te opowiadają może czterdzieści, pięćdziesiąt procent tego, co przeżyłem. Wszyscy, którzy czytali mój rękopis, gdy jeszcze pisałem, mówili mi, że nie sposób uwierzyć, że jednemu człowiekowi mogło się tyle przytrafić i że to przeżył. Więc postanowiłem nie wydłużać listy wydarzeń: wszystkich ucieczek, jak uniknąłem plutonu egzekucyjnego albo komór gazowych, dziecka na wpół utopionego wyciągniętego z kanałów, kar chłosty po dwadzieścia pięć razów, rzezi całej społeczności. Jak mawiała babcia Masza: «Dosyć już, dosyć»”523. My ograniczyliśmy się jedynie do przytoczenia fragmentów związanych z tematem naszej książki.

Jak zatem ocenić opowieść Eisnera? Jak oddzielić ziarna od plew? Jest zupełnie możliwe, że Eisner był członkiem, a nawet przywódcą grupy młodocianych szmuglerów i że otarł się o ŻZW. Niemniej z uwagi na brak jakichkolwiek wiarygodnych relacji naocznych świadków i innych dokumentów większość „historii” Eisnera należy traktować jako właśnie opowieść.

„BYŁEM OCHRONIARZEM KARSKIEGO” — HISTORIA DAWIDA JANA LANDAUA

Dawid Landau (1920–1996) wystąpił po raz pierwszy jako „weteran” ŻZW w 1993 r. Niewiele później Chaim Lazar pisał: „Dawida Landaua poznaliśmy około dwóch lat temu, kiedy wystąpił w Muzeum Partyzantów i Kombatantów, trzymając w ręku nasze wydawnictwo z kwietnia 1993 r., opublikowane dla upamiętnienia pięćdziesiątej rocznicy powstania w getcie warszawskim i poświęcone w całości ŻZW524. Gdy przedstawił się jako jeden z bojowników ŻZW, byliśmy zupełnie zaskoczeni. Pomimo naszych skrupulatnych kilkudziesięcioletnich poszukiwań najdrobniejszych nawet skrawków informacji czy śladów po ŻZW, nigdy nie natknęliśmy się na niego. Wszelako pan Landau mieszka w dalekiej Australii i przez wiele lat nie wspominał o tym, nie pisał wspomnień, przede wszystkim z uwagi na swoje rozczarowanie komunistyczną Polską z okresu tuż po wyzwoleniu, kiedy to było rzeczą niemal zakazaną choćby napomknąć o organizacji podziemnej nieinspirowanej przez ideologię komunistyczną czy przynajmniej socjalistyczną […]. Działo się tak za milczącym — a niekiedy czynnym — poparciem organizacji utworzonych przez ocalałych, tak też się stało w wypadku Dawida Landaua, jednego z najdzielniejszych bojowników powstania i jednego z nielicznych ocalałych, który zachował swe wspomnienia dla siebie. Dopiero w ostatnim dziesięcioleciu rozpoczął czynną działalność w organizacjach ocalałych w Melbourne, kilkakrotnie odwiedził Polskę i podjął poszukiwania swoich dawnych towarzyszy broni”525.

W pewnym sensie owo sensacyjne „odkrycie” Landaua przypomina ożywienie wywołane pierwszymi informacjami o Apfelbaumie sprzed trzydziestu lat. Po spotkaniu z Landauem Lazarowie zadawali mu pytania — również korespondencyjnie — na temat jego roli w ŻZW526. Wysłali mu kwestionariusz złożony z pytań ogólnych i szczegółowych. Landau wyczerpująco odpowiadał na wszystkie pytania i zachęcał Lazarów do zadawania dalszych, dodając bez wahania: „proszę dzwonić i pytać. Wszystkie rozmowy mogą być na mój koszt527. Korespondencja ta przechowywana jest w Instytucie Żabotyńskiego, a jej zawartość znalazła odzwierciedlenie we wspomnieniach Landaua528. Wydała je w 1999 r. pośmiertnie jego rodzina w Australii, kolejne wydanie opublikowano w 2000 r. w australijskiej filii prestiżowego wydawnictwa Macmillan529. Obie edycje były uzupełnione o aneks zawierający fotografie i dokumenty. W liście do Lazara Landau pisał: „CHCIAŁEM UNIKNĄĆ WPŁYWU, JAKI MOGŁABY WYWRZEĆ NA MNIE WASZA KSIĄŻKA, i opowiedzieć moją historię, tak jak ją zapamiętałem, ale musicie mnie zrozumieć, że 51 lat od Powstania NIE CHCIAŁEM O TYM MÓWIĆ DO ROKU 1988 [wielkie litery w oryginale — D.L., L.W.] i dowiedziałem się że wspólnoty żydowskie na całym świecie zapomniały o bojownikach ŻZW”530. Tymczasem podczas lektury wspomnień Landaua (i jego odpowiedzi na pytania zawarte w kwestionariuszu) trudno nie dostrzec przemożnego wpływu publikacji Chaima Lazara. Ewidentne jest dążenie do wpisania się w istniejącą narrację, stąd szczegółowe opisy spotkań z większością najważniejszych postaci występujących w książce Lazara, w tym — co nie zaskakuje — z dwoma najbardziej enigmatycznymi figurami: Iwańskim i Apfelbaumem531. Od razu też rzuca się w oczy niewielka liczba nazwisk towarzyszy (tłumaczy to upływem lat) poza Frenklem, Rodalem i Łopatą. Obszerne są zapożyczenia od Lazara, najczęściej zresztą bez podania źródła532. Sugeruje to chociażby tytuł jednego z rozdziałów: „«Bystry», początki ŻZW”, w którym powiela kanoniczną opowieść o spotkaniu Iwańskiego z oficerami Wojska Polskiego w szpitalu zakaźnym św. Stanisława na Woli, przy czym mamy tu pewien akcent osobisty. Landau twierdzi, że już pod koniec 1939 r., korzystając z kontaktów z podziemiem (tj. przez pewnego Polaka, kolegę ze szkoły, który próbował pomóc mu w zdobyciu żywności), poznał Iwańskiego w sklepie obuwniczym na warszawskim Żoliborzu. Dopiero „Kilka lat później dowiedziałem się, że rozmawiałem nie z Heńkiem, ale z człowiekiem znanym jako «Bystry». Naprawdę nazywał się Henryk Iwański i pomagał Żydom w niezwykle ważny sposób, był on bowiem koordynatorem podziemia do spraw powstających oddziałów partyzanckich; byłem jedną z pierwszych osób, która spotkała go, gdy pełnił tę funkcję”533. „Bystry” — pisał dalej — starał się wysłać go do jednego z oddziałów partyzanckich w Puszczy Białowieskiej, ale plan ten zarzucono z uwagi na panujący wśród partyzantów antysemityzm534. Z pewnością fragment ten nie stanowi potwierdzenia historii Iwańskiego, a raczej demonstruje metodę pisarską Landaua. Nie ma potrzeby rozwodzić się nad nieobecnością Landaua w wypowiedziach Iwańskiego i innych członków „drużyny pierścienia”.

Jest rzeczą znamienną, że we wspomnieniach Landaua napotykamy autentycznego polskiego bohatera — Jana Kostańskiego, który podobnie jak Landau mieszkał w Melbourne. Na prośbę Landaua Kostański (1925–2011), nastoletni wówczas polski szmugler mający wielu przyjaciół w getcie, zaniósł na stronę aryjską fotografie otrzymane od Landaua i wrócił z dobrze podrobionymi kenkartami. Według Landaua, Kostański miał być powiązany z ŻZW535. On sam jednak w swoich wspomnieniach wydanych w 1998 r.536, przyznając się do kontaktów z Landauem, podkreśla zarazem, że nie brał udziału w jakiejkolwiek działalności politycznej537 Wrócimy jeszcze do ich wzajemnych relacji.

Dawid Landau, urodzony w Warszawie w 1920 r., w zamożnej, wysoce zasymilowanej rodzinie warszawskiej — właścicieli garbarni „Hilan”, miał porzucić szkołę w wieku lat 15 i przystąpić do bliżej nieznanego lewicowego ugrupowania o nazwie Walka Młodych. Podjął też nieudaną próbę przyłączenia się do sił walczących w wojnie domowej w Hiszpanii. Przed wojną nie miał żadnych związków z ruchem rewizjonistycznym. Przez cały czas rodzina ta mieszkała przy ul. Muranowskiej 17538. Dwaj jego bracia zginęli podczas wielkiej akcji. Siostra i jeden z braci znaleźli się w Hotelu Polskim539. Matka zmarła śmiercią naturalną, a ojciec przeżył do 1942 r. Problemy zaczynają się w momencie odtwarzania jego związków z konspiracją w getcie. Według Landaua, już pod koniec 1939 r. (i na początku 1940) członkowie Betaru próbowali utworzyć tajną organizację wojskową pod nadzorem oficerów Wojska Polskiego — zarówno Żydów, jak i nie-Żydów. Landau utrzymuje, że wśród członków Betaru znajdowali się: Salek Geller, Sewek Bekerman i Meir Gutrajcht (którego siostrę Lubę później poślubił)540. W przedmowie do książki córka Landaua Miriam pisze, że ojciec jej był zawsze apolityczny „i często przypominał mi, że wstąpił do ŻZW, a nie do jakiejś innej grupy, po prostu dlatego, że jako pierwsza zaczęła organizować zbrojny opór”541.

Landau napisał we wspomnieniach, że już w październiku 1940 r. zaczął kupować broń dla ruchu między innymi na warszawskim Kercelaku. Pierwszym zakupem były dwa granaty ręczne, które przeszmuglował do getta, przekupując strażników. „Ten pierwszy zakup przypieczętował moją pozycję w Betarze. Tego dnia stałem się członkiem ścisłego kręgu organizacji. Na późniejszym etapie wielu ludzi zdobywało broń dla organizacji, ale zimą 1940–1941 niewiele w tej sprawie zorganizowano”542. Szczególne zdziwienie budzi jednak to, że jego pierwsze domniemane spotkanie z Iwańskim nie odbyło się ze względu na jego związki z Betarem czy członkami ŻZW. Bez wahania odnotowuje, iż gdy rozpatrywano jego kandydaturę do ŻZW/Betaru (obu nazw używał niemal zamiennie), jego znajomi będący już członkami grupy mieli składać o nim raporty: „Wiedząc, że pracuję poza gettem, poprosili mnie, bym przez ich pośrednika zakupił dla Betaru broń strzelecką. «Bystrego» znałem od dawna. Gdy jednak powiedział mi, że został wyznaczony na oficera łącznikowego polskiego ruchu oporu z Betarem, znał już raport Betaru na mój temat. Jego zaufanie do mnie — przez Zawadzkiego543 — to osobna sprawa”544.

Wszelako oryginalny „powód do sławy” Landaua wiąże się z pomocą, jakiej miał udzielić słynnemu emisariuszowi Polskiego Państwa Podziemnego Janowi Karskiemu w jego misji w getcie jesienią 1942 r. W swych wspomnieniach i korespondencji z Lazarami Landau powtarzał jak mantrę: „To ja przeprowadziłem «Witolda» [Karskiego] przez wąski podziemny tunel oddzielający świat okupowanej Polski od koszmaru getta warszawskiego”. Twierdzenie to było świetnie udokumentowane. Landau odszukał bowiem mieszkającego w Stanach Zjednoczonych Jana Karskiego i bez specjalnego trudu udało mu się przekonać go do prawdziwości swojej historii. Nie koniec na tym, zasługi Landaua zostały odnotowane w biografii Karskiego autorstwa E. Thomasa Wooda i Stanisława M. Jankowskiego, która ukazała się w Nowym Jorku pod tytułem How One Man Tried to Stop the Holocaust545. Landau napisał do Karskiego 20 sierpnia 1993 r., a ten z kolei wysłał ów list do Wooda, z sugestią, by nawiązał kontakt z jego nadawcą. Wood natychmiast skontaktował się z Landauem, aby wyjaśnić pewne fakty dotyczące jego roli w wizycie Karskiego w getcie i powiadomił go, że na podstawie pozyskanych od niego informacji dosłownie w ostatniej chwili udało mu się skorygować pierwotną wersję fragmentu opisującego ten epizod: „Przeczytałem Pańskie wspomnienia o eskortowaniu Karskiego do getta już po ukończeniu rozdziału dotyczącego tej wizyty w getcie i po wysłaniu go do wydawcy. Obecnie poinformowałem mojego wydawcę, że zamierzam wprowadzić doń zmiany i uwzględnić Pana relację”. Z tego listu wynika niezbicie, że Wood nie potrafi określić dokładne miejsca, w którym jego bohater przekroczył granice getta i że nic nie wie na temat ŻZW546. Landau służył potrzebnymi informacjami, które zostały wprowadzone do ostatecznej wersji tekstu. Już po ukazaniu się książki Jan Karski, przesyłając Landauowi jej egzemplarz, prosił o sprawdzenie, „czy autor czegoś nie przekręcił w związku z Twoją osobą”547. Odtąd te szczegóły zaczęły pojawiać się w wypowiedziach Karskiego548, a co więcej, na użytek polskiego tłumaczenia odpowiednio został zmodyfikowany odnośny fragment wydanej w 1944 r. książki The Story of a Secret State. Piszemy o tym więcej w następnym rozdziale.

Nic zatem dziwnego, że opowieść o dzielnym bojowcu ŻZW wprowadzającym Karskiego do getta weszła na trwałe do literatury historycznej549. Nikt wszakże nie przeprowadził jakiejkolwiek krytyki opowieści Landaua, zawierających wiele sprzeczności, a przede wszystkim „interesujących” szczegółów: „Pewnego dnia — rzecze Landau — Sewek Bekerman kazał mi zameldować się w dowództwie. Czekał tam na mnie Mordechaj Apfelbaum i jeden z braci Łopatów. Polecono mi przeprowadzić człowieka przez tunel przy Muranowskiej. Tunel ten niedawno ukończono, z ogromnymi komplikacjami i trudnościami […]nie wiedziałem wówczas, kim jest ten człowiek, ale dobrze pamiętam, jak na niego czekałem przy wejściu, a nie — jak pisze Thomas Wood w jego biografii — po aryjskiej stronie ulicy Muranowskiej”550. W relacji złożonej w Polsce w roli zleceniodawców występują Bekerman i bracia Łopatowie, Apfelbaum pojawia się, ale nie w tym kontekście551. Z kolei w „opisie” z tego wydarzenia zamieszczonej w wydanych w Sydney wspomnieniach (rozdział „A man called Karski”) czytamy nie o Apfelbaumie i Łopatach, lecz o „naszym przywódcy Frenklu”552. Starając się przydać swej historii wiarygodności, Landau bez żenady „pożyczył” od Karskiego relację o tym, jak — będąc już w getcie — widział dwóch młodzieńców w mundurach Hitlerjugend strzelających do nieszczęsnych mieszkańców getta. Niemniej twierdzenie Landaua o tym, że pozostał przy Karskim podczas całej wizyty w getcie (i był świadkiem tegoż epizodu), jest sprzeczne z relacją samego Karskiego. Jak wiadomo, w getcie towarzyszył mu jedynie przedstawiciel żydowskiego podziemia Leon Feiner. Szczegóły techniczne dotyczący historii tunelu opisane przez Landaua w liście do Lazara są nieprawdziwe. Twierdzi on, że prace nad jego budową zostały rozpoczęte pod koniec 1941 r., co świadczy o kompletnej nieznajomości historii getta. Błąd ten byłby zrozumiały z uwagi na upływ wielu lat. Nieścisłości jest jednak więcej. Trudno uwierzyć, by nastolatki pracowały przy budowie tunelu oraz by nie korzystali zeń szmuglerzy. Jeszcze bardziej absurdalne w świetle zgromadzonej wiedzy jest stwierdzenie Landaua o otrzymaniu od Frenkla pistoletu maszynowego na czas trwania misji Karskiego. Nie mówiąc o tym, że cała historia z otrzymaniem rozkazu od Frenkla, o mitycznym Apfelbaumie już nie wspominając, nie brzmi specjalnie przekonywająco. Zwłaszcza że ŻZW w tym okresie jeszcze nie istniał, a rodząca się w getcie konspiracja nie miała kontaktów z niewielką grupą rewizjonistów. Niepodobieństwem jest wreszcie, by w tak ważnej sprawie jak wizyta w getcie emisariusza rządu polskiego na uchodźstwie konsultowana była z rewizjonistami, tym bardziej że całą operację organizował Bund, znany z nieprzejednanej wrogości wobec nich. Dla porządku — w wersji opublikowanej w języku polskim Landau oczekiwał na emisariusza w bramie Muranowskiej 6, przebrany w mundur SS-mana, dzierżąc karabin i ukrywając w kieszeni granat553.

Co jednak zrobić z faktem, że sam Karski „rozpoznał” Landaua jako swojego przewodnika? Przyjechał nawet do Australii na zaproszenie Landaua i był autentycznie wzruszony, czemu dał wyraz w listach do Landaua i jego żony554. Naszym zdaniem, Karski nie mógł zachować się inaczej. Skoro Landau twierdził, że to on eskortował Karskiego, dlaczego miałby to kwestionować? Taka reakcja była zgodna z charakterem Karskiego i jego postawą moralną. Ten szlachetny człowiek kierował się zawsze zaufaniem do ludzi, o czym przekonał się niejednokrotnie jeden z autorów tej książki (Weinbaum), który pracował jako jego asystent na Uniwersytecie Georgetown w Waszygtonie. Wiele mówiące jest wyznanie Karskiego poczynione w jednym z listów do Landaua, że dużo o swojej działalności „dowiedział się” dopiero z książki Wooda i Jankowskiego. Do początku lat dziewięćdziesiątych wiele szczegółów zatarło się bowiem w jego pamięci. Landau niewiele zatem ryzykował, próbując wpisać się w historię Karskiego. Był to trudny okres w życiu Karskiego, który ciężko znosił śmierć żony. W odpowiedzi na pierwszy list Landaua pisał: „Z trudem czytałem Twój list, płacząc. Jestem starym człowiekiem i coraz bardziej słabnę. List przywrócił mi pamięć o wydarzeniach i sytuacjach, o których przez ponad trzydzieści lat starałem się zapomnieć. To Lanzmann (Shoah) i Elie Wiesel zmusili mnie do mówienia i od tamtej pory straciłem spokój ducha. Mimo to bardzo Ci dziękuję. Jesteś na pewno dobrym, szlachetnym człowiekiem. Jeszcze raz dziękuję”555. W cytowanym już wywiadzie przeprowadzonym przez Rutę Pragier Landau odsłania nieco kulisy „odnowienia” znajomości z Karskim: „napisałem do prof. Karskiego do Ameryki. Z początku nie mógł mnie sobie przypomnieć. Przesłałem mu wówczas przez przyjaciela mapkę placu Muranowskiego z czasów wojny, z oznaczeniem miejsca, gdzie zaczynał się tunel, i jego trasy w getcie. Po raz pierwszy zobaczyłem Karskiego dopiero po pięćdziesięciu latach, gdy jesienią 1993 r. przyjechał do Australii z serią odczytów. Po spotkaniu podszedłem do prof. Karskiego i spytałem, czy mnie pamięta. Nie pamiętał. Nic dziwnego — byłem wtedy 21-letnim młodzieńcem z bujną czupryną, dziś przekroczyłem siedemdziesiątkę. Przypomniałem mu też, że w jednym z domów w getcie poczęstowano go herbatą i chlebem. Herbatę wypił, a chleb odsunął”556. Jak twierdzi Landau, „wtedy Karski sobie przypomniał” i zareagował słowami: „Matko Boska! To ty jesteś ten Janek, bo skąd znałbyś takie szczegóły!”. A dalej przechwala się: „od tamtej pory połączyły nas więzy, których nic nie może zniszczyć”557. W tekstach Karskiego i jego opowiadaniach o wyprawie do getta (Tajne państwo i obszernym wywiadzie w Shoah Claude’a Lanzmanna)558 nie ma mowy o epizodzie z chlebem i herbatą, możemy o tym przeczytać dopiero w książce Wooda i Jankowskiego.

Sceptycyzm wobec upowszechnianej przez Landaua wersji o byciu „ochroniarzem Karskiego” wzrasta, gdy epizod ten umieścimy w kontekście całej jego relacji. Wspominaliśmy już o jego „związkach” z „Bystrym” i Apfelbaumem. Zacytujmy teraz przemówienie, które — jak twierdzi Landau — Frenkel wygłosił pod koniec 1942 r.: „Alianci wiedzą już dokładnie, jaki los nas czeka. Wiedzą o Treblince, o Majdanku i innych miejscach. Dlaczego nie zbombardowali tych miejsc — nie wiemy. Wiemy jednak, że zaledwie kilka dni temu brytyjski gabinet wojenny nie pozwolił ludności żydowskiej w Palestynie na organizację wojska żydowskiego pod flagą żydowską […]. Przywódcy wolnego świata zostali poinformowani o naszym losie przez przedstawiciela Polski «Witolda» [Karskiego], który na własne oczy widział, jaka jest sytuacja w getcie warszawskim oraz w obozach zagłady […]. Ci z was, którzy wychodzą poza teren getta, są jedynymi posłańcami, jakich mamy — oprócz kontaktów z AK, Armią Krajową. Wiemy, że oficjalny przedstawiciel ŻOB Arie Wilner, posługujący się imieniem Jurek, utrzymuje kontakty z przedstawicielem AK w Wydziale do spraw Żydowskich, Henrykiem Wolińskim, posługującym się imieniem Wacław. Mówię wam o tym wszystkim, podając wam prawdziwie nazwiska i kryptonimy, aby uzmysłowić wam, że choć nie działamy pod tą samą komendą, ufamy sobie bez zastrzeż559. Nawet jeśli założymy, że Frenkel wygłosił do swoich ludzi taką mowę, rozsądnie jest przyjąć, że Landau — świadomie lub nie (na skutek niezrozumienia lub słabej pamięci) — dodał rzeczy, o których nikt w getcie nie mógł wiedzieć. Na przykład o tym, że Karski był w niemieckim obozie zagłady560 i poinformował przywódców wolnego świata o dokonującej się eksterminacji; nie jest również prawdopodobne, by wiedział — nie wspominając już o tym, że podzielił się taką informacją z podległymi mu bojowcami — o kontaktach ŻOB z AK. Nie mógł też znać pseudonimu kierownika referatu żydowskiego w Komendzie Głównej AK.

To jednak dopiero początek Dawida Landaua przypadków. Ich liczba nie jest może tak długa, jak Eisnera, lecz mają one o wiele większy ciężar gatunkowy. Twierdzi on na przykład, że wymieniał broń z Mordechajem Anielewiczem: „Na długo przed powstaniem w getcie kupiłem na Kercelaku potężny belgijski rewolwer. Zazdrościło mi go wielu bojowników w getcie. Dwa dni przed powstaniem, tego wieczora gdy posłałem Janka Kostańskiego poza getto, ktoś zapytał mnie, czy chcę poznać Mordechaja Anielewicza. Zaskoczyła mnie ta propozycja i zastanawiałem się, dlaczego ją złożono. Byłem tylko zwykłym, szeregowym żołnierzem, a poza tym nie byłem członkiem ŻOB, lecz ŻZW. Oczywiście skorzystałem z tej szansy. Propozycja spotkania dowódcą ŻOB miała swoje przyczyny. Podczas rozmowy o sytuacji w getcie Anielewicz unikał poruszania tematów, które mogłyby dotyczyć podziałów między dwoma ugrupowaniami. Gdy zbierałem się do odejścia, rzucił mimochodem: «Słyszałem, że masz belgijską broń. Ja mam tylko to» — i pokazał mi swój prosty rewolwer. «Może chciałbyś się ze mną zamienić?» […]. Wymieniliśmy się bronią i zawarliśmy pakt, że będziemy oszczędzać dla siebie amunicję w naszych bunkrach — ja na Miłej, on na Muranowskiej”561. Landau nazwał otrzymaną od Anielewicza broń „Ania”, na pamiątkę poległego dowódcy ŻOB. Z jednej strony opowieści Landaua nie można od razu odrzucić, z drugiej nie można jej potwierdzić. Zdrowy rozsądek podpowiada, że mamy do czynienia z zabiegiem poczynionym gwoli ubarwienia opowiadanej historii i przydania sobie znaczenia. Czy Landau mógł znać tożsamość dowódcy ŻOB? Czy zostałby mu przedstawiony — tak po prostu? Wszystko to wydaje się niemożliwe bądź niezwykle mało prawdopodobne. Nie dość na tym. Kolejny, po spotkaniach z Karskim i Anielewiczem, epizod we wspomnieniach Landaua dotyczy Emanuela Ringelbluma. Bo nie kto inny, jak Landau przekonał go do pomysłu przechowywania materiałów archiwalnych w bańkach na mleko („Ringelblum był oczarowany”)562. Rozwodzenie się nad tym zapisem byłoby stratą czasu.

Co się tyczy przebiegu kwietniowych walk — nie zdziwimy się, słysząc, że to Landau był inicjatorem wywieszenia flagi polskiej i żydowskiej nad placem Muranowskim: „Postanowiłem wywiesić flagi będące symbolem suwerenności Polaków i Żydów nad walczącym gettem”563. To, że tak ważką decyzję podjął szeregowy bojowiec, a nie jeden z dowódców, wydaje się rzeczą co najmniej wątpliwą, szczególnie w świetle słów Landaua: „Wywieszenie flag było zarówno symbolem, jak i tajnym sygnałem dla polskiego ruchu oporu. Oznaczało, że rozpoczęła się walka w getcie i że mogą przystąpić do walki po stronie aryjskiej”. Landau dodaje, że czekał z wywieszeniem flagi do momentu, gdy dostał flagę polską, którą miał dostarczyć jego znajomy, wspominany już Jan Kostański: „Postanowiłem wywiesić samą flagę żydowską, gdyby pod koniec drugiego dnia nie dotarła flaga polska”564. W odpowiedzi na pytania Chaima Lazara napisał: „Poprosiliśmy Abrama [właściciela restauracji w getcie, w której spotykali się szmuglerzy — D.L., L.W.], aby dostarczył nam flagę, ponieważ gorączkowo przygotowywaliśmy się do powstania. Zgodnie z naszymi instrukcjami Abram wysłał flagę z człowiekiem (nie wiem, kim on był) przez kanał ściekowy (z którego korzystali nasi chłopcy z ŻZW [i ŻOB] z jednej strony getta na drugą, gdzie byliśmy my na placu Muranowskim”565.

W opublikowanych w Australii wspomnieniach Kostański nie wspomina jednak, by miał cokolwiek wspólnego z wywieszeniem flag. Wręcz przeciwnie, gdy odnosi się do tego epizodu, czyni to jako obserwator, nie jako uczestnik: „Słuchałem opowieści i komentarzy [o walkach w getcie — D.L., L.W.]. Podobno Żydzi wywiesili dwie flagi: jedną biało-niebieską — żydowską, i drugą biało-czerwoną — polską. Wywołało to spory ruch po stronie aryjskiej, zwłaszcza że to Żydzi jako pierwsi rozpoczęli walkę zbrojną z okupantem i jako pierwsi wywiesili sztandary wolności. Wzbudziło to wiele sympatii i uznania”566. Co jednak ciekawe, w odręcznej notatce z 19 lipca 1994 r. przekazanej do Archiwum Instytutu Żabotyńskiego Kostański w całej rozciągłości potwierdza wersję Landaua567. Opatrzona jest ona dopiskiem Landaua z informacją, że Kostański pracuje nad własnymi wspomnieniami, w których 15–20 stron zostanie poświęcone właśnie jemu. Rzeczywiście, historia Landaua została umieszczona w książce Kostańskiego, ale o czym już wspomnieliśmy, nie ma tam mowy o kluczowej roli Landaua. Dodajmy tu jednak, że nie ma o tym również mowy w pierwszym znanym nam oświadczeniu Kostańskiego na temat Landaua z 30 kwietnia 1992 r., znajdującym się także w Archiwum Instytutu Żabotyńskiego. Tak samo jest w polskiej wersji wspomnień Kostańskiego, których współautorem był Henryk Grynberg. Czytamy tu jedynie, że w przeddzień wybuchu powstania Landau miał ostrzec Kostańskiego przed tym, co miało nastąpić, i ten został dosłownie przerzucony przez mur otoczonego już getta. Kostański i Landau spotkali się ponad rok później, po upadku powstania warszawskiego, gdy obaj ukrywali się w ruinach zburzonego miasta568. W maju 2008 r., zapytany przez nas w rozmowie telefonicznej o swój udział w epizodzie z flagami, Kostański stwierdził, że nie pamięta dokładnie, czy miał z tym coś wspólnego. Rozsądne jest zatem uznać, że wersja opowieści o dostarczeniu flagi Landauowi powstała na prośbę tego drugiego569.

Mniejsze znaczenie mają nieścisłości topograficzne. W relacjach, które przyjdzie nam analizować, pojawiają się różne lokalizacje epizodu z flagami. Wedle opowieści Landaua, flagi miały zostać wywieszone na budynku przy ulicy Muranowskiej 17, będącym własnością jego rodziny. Wskazanie innej aniżeli tej, do jakiej przywykliśmy, lokalizacji nie jest jedyną niespodzianką. Aktu tego dokonać miał bohaterski młody szmugler, którym był znany nam już… Jacek Eisner, a pomogli mu dwaj chłopcy, którzy zginęli w akcji. Od razu trzeba uprzedzić czytelnika, że we „wspomnieniach” Eisnera opublikowanych w 1980 r. próżno szukać nazwiska Landaua. Obaj mężczyźni spotkali się w 1993 r. w Warszawie (ponoć odnowili znajomość) i uzgodnili wspólną wersję zdarzeń z 19 kwietnia 1943 r. Landau nie omieszkał poinformować o jego istnieniu Lazara: „Jacka poznałem w ruch oporu, gdy jako nastolatek był w grupie chłopców i dziewcząt, którą nazywaliśmy «dziką»; zwrócili się do mnie z pytaniem, czy mogą się do nas przyłączyć. Przyjąłem ich z otwartymi rękami. Sprawowałem nad nimi opiekę. O ile mi wiadomo, Jacek wstąpił do Betaru jako chłopiec. Stanowili jedną z najlepszych grup bojowych. To właśnie Jacka i jego grupę wysłałem z flagą polską i żydowską na dach domu przy Muranowskiej 17”570. Rozbieżność w opisie miejsca wywieszenia flag jako pierwsza dostrzegła córka Landaua Miriam, wydawca pierwszego wydania jego książki, która we wprowadzeniu do książki spieszy stwierdzić: „Jack sugeruje, że flagi wywieszono przy Muranowskiej 7. David skorygował tę informację, podając lokalizację szyldu sklepowego, na którym zawisł niesławny Niemiec Ulbrich”571. Sklep mieścił się na parterze domu przy ulicy Muranowskiej 17”572. W aneksie do tegoż tomu obok tekstu Jacka Eisnera573 Miriam Landau obszernie zreferowała przedmiot kontrowersji: „Należy tu opisać pospolity błąd dotyczący wywieszenia flag […]. David przypomniał Jackowi, że obie flagi wzniesiono przy placu Muranowskim 17, nie przy Muranowskiej 7. Zweryfikował tę informację, podając adres sklepu rzeźniczego S. Wolff, gdzie został zastrzelony i padł ów esesman. Również u Stroopa i Cukiermana mowa jest o wywieszeniu dwóch flag — polskiej i żydowskiej — na dachu budynku przy Muranowskiej 17. David powiada, że budynek przy ulicy Muranowskiej miał o jedno piętro więcej, co było bezpieczniejsze dla niosących flagi i być może z tego powodu flagi wisiałyby dłużej […]. Z frontu budynku widać było posterunek obserwacyjny w domu, w którym siedzibę swą miał polski ruch oporu (nie wiadomo, jakie to było ugrupowanie). Dom ten mieścił się przy placu Muranowskim, nie przy ulicy Muranowskiej. Uwaga: Przy ulicy Muranowskiej mieściła się kamienica rodziny Landauów, sam David z rodziną mieszkał w jednym z mieszkań, którego okna wychodziły na plac Muranowski i kraniec podwórza [kursywa w oryginale — D.L., L.W.]574.

Dyskusyjne są też inne szczegóły dotyczące udziału Landaua w powstaniu. Pisze on, że walczył wówczas przy ulicy Muranowskiej na żądanie jednego z braci Łopatów, dla kamuflażu nosząc mundur niemiecki. Samo w sobie nie jest to dziwne, jako że niektórzy powstańcy nosili takie mundury. Ale w książce Caged. A History of Jewish Resistance zamieszczono zdjęcie Landaua w mundurze niemieckim, opatrując je następującym objaśnieniem: „Przed powstaniem w getcie Luba i inne kobiety pracowały w szwalni mundurów niemieckich. Uszyły dla bojowników żydowskich kilka dodatkowych mundurów SS, które służyły jako kamuflaż podczas walk z nazistami na ulicach getta. Kilka minut po zrobieniu tego zdjęcia nad głowami Davida i jego towarzyszy broni przeleciał nisko nad ziemią niemiecki samolot, zrzucając bomby i granaty. David zdążył ukryć się w bramie widocznej za jego plecami na zdjęciu i ocalał. Mężczyzna stojący z tyłu zginął”. Opis tego wydarzenia nie wytrzymuje krytyki. W rzeczywistości Niemcy nie używali samolotów w walkach z powstańcami. Trzeciego dnia powstania — jak utrzymuje Landau — zwabił dwóch oficerów niemieckich i ich udusił. Twierdzi też, że w późniejszej fazie walk wraz z kilkoma bojownikami ŻZW zaskoczył żołnierza niemieckiego, który oddawał mocz w załomie muru, zabijając go i jego dwóch towarzyszy idących mu z odsieczą575. Śmierci tych dwóch oficerów ani trzech żołnierzy nie potwierdzają jednak inne relacje, nie odnotowuje jej również raport Stroopa576. Landau uniknął losu innych bojowników ŻZW, w tym jego dowódcy Pawła Frenkla, ponieważ postanowił nie towarzyszyć tym, którzy postanowili walczyć po stronie aryjskiej577.

Nie jesteśmy pierwszymi, którzy zgłaszają wątpliwości co do różnych szczegółów opowieści Landaua. Mieszkający w Melbourne Adam Frydman, ocalały z getta warszawskiego, przez wiele lat utrzymywał częste kontakty z Landauem i nierzadko pomagał mu odtworzyć przebieg minionych wydarzeń, sugeruje, że wspomnienia te należy traktować z pewną rezerwą oraz że w opisie kontaktów z ŻZW Landau mógł sobie pozwolić na pewną swobodę. Jego szczególny sceptycyzm wzbudziła opowieść o kontaktach Landaua z Karskim578. Nie ma jednak wątpliwości, że Landau był członkiem grupy bojowej i brał udział w powstaniu. Fakt ten potwierdzają wspomnienia Jakuba Smakowskiego „Czarnego Julka”, napisane wkrótce po wojnie: „Widziałem go w pierwszych dniach kwietniowego powstania w getcie warszawskim na ulicy Miłej, przebranego w mundur SS, z grupą towarzyszy. W ręku trzymał pistolet. Kiedy pochwycił Niemca, nie rozstrzeliwał go, lecz zabijał uderzeniem rękojeści pistoletu”579. Szczegół ten, który nie występuje we wspomnieniach Landaua580, prawdopodobnie wymyślił „Czarny Julek”, specjalizujący się w opisach makabry. Smakowski spotkał Landaua niedługo po upadku powstania warszawskiego, w którym obaj walczyli w szeregach AK. Obaj ukrywali się w ruinach do przyjścia Armii Czerwonej. Smakowski zapisał jeszcze, że ojciec Landaua posiadał przed wojną skład skór przy ul. Bonifraterskiej, on sam zaś należał do grupy piekarzy związanej z ŻOB. Te szczegóły mają jednak znaczenie drugorzędne wobec niepodlegającego wątpliwości faktu uczestnictwa Landaua w powstaniu.

Niestety, z uwagi na to, że wspomnienia Landaua zawierają tak wiele sfabrykowanych szczegółów, trudno ustalić fakty z jego udziałem. Dotyczy to również jego relacji poświęconej okresowi po wyzwoleniu. Landau twierdzi, że w czerwcu bądź lipcu 1945 r. został aresztowany przez polskich komunistów (czy też przez NKWD) jako członek AK, co trudno zweryfikować. Ponadto w gorzkim tonie opisuje spotkanie z „Antkiem” Cukiermanem, podczas którego przywódca ŻOB miał odmówić przekazania mu należnej mu części (50 dolarów) pomocy finansowej przeznaczonej dla wszystkich ocalałych uczestników powstania w getcie, a nadesłanej przez Joint581. Landau twierdzi, że członkowie ŻZW byli represjonowani przez nowo powstały reżim komunistyczny. Jak dotąd brakuje na ten temat dowodów. W Archiwum IPN znajdują się natomiast akta sprawy wniesionej przez Landaua jesienią 1945 r. przeciwko dwóm Polakom, z którymi podczas okupacji handlował fałszywymi kenkartami i bronią. W okresie powstania w getcie za astronomiczną opłatą (1000 złotych tygodniowo!) przyjęli oni na przechowanie jego szwagierkę, po której ślad zaginął582. Landau zeznawał, że od 1942 r. przechodził na stronę aryjską w celu zakupu broni dla „organizacji podziemnych w getcie”. Dokumenty, którymi się posługiwał, poruszając się po mieście, mieli mu sprzedać właśnie oskarżani przezeń Polacy. Nic nie mówi o swojej działalności w dniach powstania, po jego zakończeniu miał się ukryć u Polki583. Motyw handlu bronią za pośrednictwem „Dudka” pojawił się w zeznaniach jednego z oskarżonych. Poznał Landaua pracującego w komandzie roboczym przy rozbiórce murów na ulicy Żelaznej 79. Polacy kręcili się tam, gdyż można się było spodziewać zarobku584. Żadnych jednak konkretów nie podał. Sprawa została wkrótce umorzona.

On sam niedługo później wyjechał z Polski (zdążył jeszcze zarejestrować się jako ocalony w lipcu 1946 r.). Nie utrzymywał kontaktów z odtwarzającym się po wojnie w Polsce ruchem rewizjonistycznym. Po kilku miesiącach spędzonych w Czechosłowacji, Niemczech i Francji osiadł w Australii. W nowej ojczyźnie odniósł sukces finansowy jako „król konfekcji”585 i podobnie jak to wcześniej uczynił Eisner, wniósł swój widoczny wkład w zniekształcenie historii ŻZW. Na jednoznaczne potępienie zasługuje żerowanie przez niego w imię zaspokojenia własnej próżności i megalomanii na uczuciach Jana Karskiego.

„MROŻĄCE KREW W ŻYŁACH” WSPOMNIENIA MAURICE’A SHAINBERGA

Wspomnienia Maurice’a Shainberga (vel Mieczysława Prużańskiego, 1919–2005), wydane po raz pierwszy w 1986 r.586, z pewnością stanowią jeden z najbardziej rażących i skrajnych przykładów fałszowania historii, nie tylko historii ŻZW, lecz także historii Zagłady. Jak w zwierciadle odbijają one pułapki, na jakie narażony jest badacz polegający tylko na relacjach ocalałych, niepodejmujący próby ich weryfikacji z innymi dokumentami. Zapewne w myśl maksymy Hegla, że jeśli coś nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów, rozwlekła pisanina Shainberga otrzymała pozytywną recenzję w „The New York Times”, w której scharakteryzowano ją jako „mrożące krew w żyłach wspomnienia”587. Problem jednak w tym, że książka Shainberga nie jest nawet dobrze napisaną opowieścią.

Autor podaje niewiele informacji biograficznych. Utrzymuje, iż był niegdyś wyższym oficerem aparatu bezpieczeństwa, przeszkolonym w Moskwie. Wydaje się, że pod koniec lat pięćdziesiątych przybył — przez Izrael — do Stanów Zjednoczonych i osiedlił się w New Jersey. Przedstawia się jako ocalały członek ŻZW, każdy zorientowany czytelnik dostrzega jednak od razu, że wszystko, co napisał o powstaniu tej organizacji, zaczerpnięte zostało z prac Chaima Lazara (historia Henryka Iwańskiego i KB oraz Cezarego Ketlinga-Szemleya i PLAN)588, i przyprawione pokaźną porcją jego własnych dziwacznych fantazji589. To, co Shainberg pisze o wydarzeniach w getcie, wykracza poza zwykłe niechlujstwo czy przesadę. Mamy tu do czynienia ze świadomą fabrykacją. Niektóre szczegóły każą wątpić, czy rzeczywiście przebywał on w getcie warszawskim590. Shainberg rozpoczyna tę donkiszotowską opowieść o swoich związkach z ŻZW, wykorzystując informacje o tej organizacji zawarte w istniejących relacjach, ale przykraja je tak, aby podkreślić swój w niej udział: „Nie każdy mógł wstąpić do […] ŻZW […]. Mogli do niej przystąpić wyłącznie członkowie następujących organizacji: Betar, Brit Hachajał, Akiba, Tel Chai i Ha-Szmonea. O tym, jak bardzo doborowa była ta grupa, świadczy fakt, że na pięć tysięcy spełniających wymagania przyjęto tylko ośmiuset. Miałem zaszczyt zostać przyjętym”591. Dalej wyjaśnia: „Przywódcy […] byli znakomici i odważni. Przewodniczący i szef Dawid Apfelbaum […], były porucznik Wojska Polskiego […] Paweł Frankel — student, pełnił funkcję oficera łącznikowego między ŻZW i PLAN […]. Kiedy wstąpiłem do ŻZW, wyznaczono mnie do obstawy Frankla…”592. Gdy ŻZW „przystąpił do działania i zaczął atakować posterunki niemieckie, nasi członkowie zawsze nosili maski. Aby z nami walczyć, naziści utworzyli grupę pod nazwą «Żydowskie Gwiazdy Wolności» […]. W kolejnym epizodzie autor i „Paweł” zgłaszają się na ochotnika do eskorty „jednego z naszych przywódców, doktora Widowinskiego [sic!]” na spotkanie „Polskiego Sztabu Wyzwoleńczego”, reprezentowanego przez „majora Grzelaka”, do którego zwrócił się ŻZW w sprawie zakupu broni. Shainberg pisze, że ów major obiecał przekazać prośbę kierownictwu grupy. W relacji Shainberga doktor „Widowinski” powiedział: „Wydaje mi się, panie majorze, że wy, Polacy, nie macie zamiaru pomóc nam, Żydom. Wynika to z historii waszego pełnego bigoterii wychowania”. Na co major miał odpowiedzieć: „Obelgi, drogi panie, jeszcze bardziej opóźnią sprzedaż broni”. Według Shainberga: „Doktor Widowinski był wściekły. Gdy wychodziliśmy z kościoła, rzekł do mnie: «Od tych sukinsynów możemy spodziewać się jedynie strzału w plecy»”. „Do kościoła już nie wróciliśmy — kontynuuje Shainberg — a później dowiedzieliśmy się, że ów major poinformował Niemców o naszej wizycie. Tak czy owak, po spotkaniu zachowywaliśmy szczególną ostrożność, ograniczając kontakty z polskimi organizacjami podziemnymi. Choć nie mieliśmy zbyt wiele amunicji, osiągnęliśmy znaczny sukces. W kilka tygodni 1941 r. Żydowski Związek Wojskowy zlikwidował trzy polsko-niemieckie ugrupowania zwane «Żagiew»593. W wyniku naszych działań zginęło około sześciuset członków tych antysemickich organizacji”. Nie zaskakuje brak jakiejkolwiek wzmianki o Shainbergu w korespondencji czy wspomnieniach Dawida Wdowińskiego, nie bez znaczenia jest również fakt, iż Shainberg opublikował swoją relację wiele lat po jego śmierci.

Większość wydarzeń opisywanych w książce Shainberga nie miała miejsca, istnieją tylko w jego komiksowym tomiszczu. Na przykład relacjonuje, jak z „przyjaciółmi z Betaru” zastrzelił dwóch żołnierzy niemieckich pilnujących wagonu z prowiantem, który następnie przejęli594. Jeszcze bardziej niewiarygodny jest jego opis ataku na klub nocny w Warszawie przy ul. Rymarskiej 13 wiosną 1941 r.: „naziści planowali konferencję, po której zamierzali urządzić popijawę […]. Paweł, ja i sześciu innych bojowników ruchu oporu sporządziliśmy plan ataku […]. Po zmroku, o godz. 10, ukradkiem dotarliśmy od klubu nocnego […]. Na umówiony sygnał rzuciliśmy przez okna bomby i granaty. Budynek błyskawicznie stanął w ogniu. Wybuch był tak potężny i natychmiastowy, że rzuciło mną o ziemię i odniosłem kontuzję nogi […] nazajutrz z radością przyjęliśmy wiadomość, że w pożarze zginęło trzydziestu ośmiu policjantów niemieckich. Jak się spodziewaliśmy, w ramach odwetu naziści zabili dwa razy więcej Żydów. W całej Warszawie wywiesili plakaty oferujące wysoką nagrodę za ujęcie nas, działaliśmy jednak w takiej tajemnicy i tak cicho, że nikt nie wiedział, iż to my byliśmy za to odpowiedzialni”595. Naturalnie, gdyby do takiej akcji doszło, uznano by ją za największy akt oporu wobec władzy niemieckiej. Wywołałby on również najsurowsze represje. W książce znajdziemy wiele innych całkowicie nieprawdopodobnych stwierdzeń, niemających nic wspólnego z rzekomymi związkami autora z ŻZW. Autor utrzymuje na przykład, że usługiwał jako kelner przy posiłku, który spożywał między innymi Adolf Eichmann podczas wizyty międzynarodowej komisji przeprowadzającej inspekcję warunków panujących w getcie warszawskim. Jeszcze bardziej fantastyczny jest zakup samolotu przez zamożną rodzinę, która uciekła nim z getta, lecąc najpierw do Anglii, a potem do Nowego Jorku. Rodzinę tę odesłano z powrotem i została zmuszona do lotu powrotnego do getta warszawskiego596. Ponadto jak twierdzi Shainberg — wraz z innymi Żydami został on ujęty przez Niemców i deportowany do Treblinki wiosną 1943 r. Udało mu się wyskoczyć z pędzącego pociągu i wrócić w okolice Warszawy, trawiła go bowiem żądza zemsty. Spotkał się ze swoim polskim protektorem, niejakim Stefanem Rudnickim, działaczem PPS, i w jego domu zastał go wybuch powstania w getcie. Relacja Shainberga z walk w getcie — jak sam utrzymuje — oparta jest na tym, czego dowiedział się od Rudnickiego, który wszedł go getta w czasie powstania. Rudnicki słyszał porywające przemówienie Apfelbauma i wziął czynny udział w walce597. „Wszystko szło nam dobrze, dopóki nie pojawiły się nad nami samoloty i nie zaczęły zrzucać bomb. Wtedy nastał chaos. Pozostałości getta zostały zrównane z ziemią”598.

Wśród innych nonsensów, jakie znajdziemy w relacji Shainberga, jest opis (przypisywany apokryficznej postaci Rudnickiego) przekazania dowództwa Frenklowi przez rannego Apfelbauma. Uderzając w tony znane z historii powstania warszawskiego, które wybuchło rok później, Shainberg powołuje się na Stefana opisującego rozpacz Frenkla: „Mieliśmy dostać pomoc od Rosjan. Stalin obiecał pomóc naszemu powstaniu. Gdzie są rosyjskie samoloty? Gdzie są rosyjskie czołgi? Gdzie są wojska rosyjskie? Znów nas zdradzili”599. Przeżywszy powstanie, Shainberg — jak twierdzi — dotarł do Lublina, gdzie powstał już rząd polski, co w rzeczywistości nastąpiło w 1944 nie w 1943 r.

Jego książka bywa nader rzadko cytowana w historiografii ŻZW. Niemniej fantazje Shainberga przedrukowywano w pozornie poważnych publikacjach, na przykład w Anthology on Armed Jewish Resistance, 1939–1945 pod redakcją Isaaca Kowalskiego i z przedmową izraelskiego historyka Yitzhaka Arada600. W notce reklamującej wynurzenia Shainberga znajdziemy taki oto opis jego czynów: „W Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie znajduje się ściana, na której wywieszono wizerunki bohaterów walki z hitleryzmem. Jedno ze zdjęć przedstawia Mieczysława Prużańskiego — Maurice’a Shainberga, posługującego się tym aryjskim nazwiskiem. Ten wielki bohater Wojska Polskiego jest synem Michała i Toby Shainberg z Warszawy, wnukiem wielkiego mędrca chasydzkiego, rabina Nute Judkego601 z Różana [„Ruzhan”]. Maurice Shainberg był bojownikiem o wolność, udekorowanym licznymi odznaczeniami za odwagę, w tym złotym medalem Związku Sowieckiego. Jego bohaterskie czyny datują się od lat przedwojennych. W 1937 r. zorganizował słynny «marsz» pieszy z Warszawy do Palestyny. Jego dokonania z okresu wojny stały się legendą. Podtrzymywał morale Żydów w getcie warszawskim, przygotowując ich do bohaterskiego powstania. Przyłączył się do partyzantów, pomagał i ratował Żydów, ryzykując życiem. Poprowadził swój batalion do Auschwitz i był jednym z pierwszych, którzy udzielali wsparcia ofiarom. Kilka lat później poinformował swoich przełożonych z Wojska Polskiego, że zamierza przyłączyć się do walki o żydowską ojczyznę w Izraelu i został wtrącony do warszawskiego więzienia. W 1957 r. Maurice Shainberg został zwolniony z więzienia i udał sie do Izraela […] Jest autorem książek i sztuk teatralnych, menedżerem zakładów przemysłowych, który zapisał się złotymi zgłoskami w annałach historii żydowskiej i powszechnej”602. Powtórzona została również opowieść o dowodzonym jakoby przez niego — wraz z Pawłem Frenklem — ataku na salę taneczną, w której Niemcy urządzili popijawę: „Po godzinie policyjnej wymknęliśmy się z kryjówki i skierowaliśmy się do «Palais de Dance», nie napotykając po drodze ani jednego patrolu. O dziesiątej zajęliśmy pozycje wokół budynku — po dwóch z każdej strony. Atak przebiegł błyskawicznie. Wrzuciliśmy ładunki wybuchowe do sali tanecznej, po czym uciekliśmy ile sił w nogach […]. Nazajutrz opatrywałem rany na ręce i nodze. Nie doszacowaliśmy siły ładunków wybuchowych. Najpierw chciałem usłyszeć o reakcjach na wiadomość o ataku, a dopiero później zająć się pomocą medyczną […]. Wieści szybko rozeszły się po getcie. Trzydziestu ośmiu oficerów niemieckich, w większości esesmanów, zginęło w tym piekle, a ja byłem w siódmym niebie. To nie było zabicie leniwego strażnika za worek ziemniaków. Atak ten stanowił głęboki cios w mroczne serce naszych ciemiężców. Była to misja odwetowa, nie dla mąki czy cukru, lecz dla sprawiedliwości”603. Z braku miejsca nie przywołujemy wszystkich powojennych przygód Shainberga-Prużańskiego, nie piszemy o jego znajomości z Władysławem Gomułką i prezydentem Stanów Zjednoczonych Dwightem Eisenhowerem.

Spróbowaliśmy zweryfikować biografię Shainberga. W Archiwum IPN spoczywa przejęta z Centralnego Archiwum Wojskowego w Rembertowie cienka teczka personalna Mieczysława Prużańskiego, syna Michała, urodzonego 21 października 1919 r. w Warszawie604. Nie ma żadnych wątpliwości, że chodzi o poszukiwaną przez nas osobę. Zawartość teczki przynosi definitywne odpowiedzi na wiele intrygujących nas pytań. Nasz bohater urodził się w Warszawie i przed wojną mieszkał przy ul. Gęsiej 21. Podał, że jest narodowości polskiej. Ukończył siedem klas szkoły powszechnej. W latach 1933–1939 miał kształcić się w seminarium duchownym w Warszawie. Nie jest to jednak jasne, jako że w innym miejscu ankiety personalnej czytamy, że w latach 1935–1939 pracował jako robotnik fabryczny. Żadnej działalności politycznej nie prowadził. Opuścił Warszawę we wrześniu 1939 r. Do 1941 r. pracował w Dniepropietrowsku, później w kołchozie w Uralsku w Kazachstanie jako traktorzysta. Do ludowego Wojska Polskiego wstąpił w lipcu 1944 r. Był żołnierzem 4. Brygady Saperów. Odniósł ranny pod Warszawą i pod Dreznem. Otrzymał Krzyż Walecznych i Srebrny Krzyż Zasługi. Od lipca 1945 do stycznia 1946 r. był pracownikiem kontrwywiadu wojskowego (Informacji Wojskowej) w 4. Brygadzie Saperów, a później w 4. Dywizji Piechoty w Ostrowie. Ostatnim jego miejscem pracy były Wojska Ochrony Pogranicza Marynarki Wojennej w Gdańsku-Wrzeszczu, gdzie był oficerem informacyjnym. 30 grudnia 1946 r. został awansowany na podporucznika. Wraz z żoną i córką mieszkał w Sopocie605. Jego świetnie rozwijająca się kariera została gwałtownie przerwana — z nieznanych nam w szczegółach powodów został zdegradowany i na początku maja 1948 r. zwolniony z wojska. W rozkazie oficerskim podpisanym przez szefa MON czytamy, że „naruszył cześć i honor oficera WP, za co Oficerski Sąd Honorowy dla Oficerów Młodszych przy Zarządzie Głównym Informacji WP wyrokiem z 19 lutego 1948 r. wystąpił z wnioskiem o zdegradowanie”606. Publikowane w Stanach Zjednoczonych wspomnienia Shainberga dotyczące okresu powojennego odnosiły się do rzeczywistych wydarzeń — jego służby w kontrwywiadzie wojskowym. Jeśli natomiast chodzi o okres okupacyjny, zostały całkowicie wyssane z palca. Niektóre z tych opowieści Shainberg powtórzył zresztą w relacji zarejestrowanej w latach osiemdziesiątych. Inne szczegóły zmienił. Przedstawiał się tam na przykład jako student jesziwy w Lublinie607. Uwagę zwraca fakt, że wstępując do służby w WP, nie podał prawdziwego nazwiska (Szajnberg). Niektóre szczegóły mógł zataić, lecz z pewnością nie pobyt w ZSRR. W polskich archiwach na pewno można odszukać inne jeszcze materiały dotyczące kariery tego bezwstydnego naciągacza. Sprawę tę, z braku miejsca i ochoty, pozostawiamy innym. Podobnie jak w wypadku Landaua i Eisnera motywem popychającym Shainberga do działania była pogoń za poklaskiem i sławą.

Zdekonstruowawszy znaczną część istniejącego zasobu dokumentów, na podstawie których budowane są narracje o ŻZW i jego roli w getcie warszawskim, możemy teraz skupić się na rekonstrukcji.

Część II
REKONSTRUKCJA

Rozdział V
ORGANIZACJA

REWIZJONIŚCI W POLSCE

ŻZW, podobnie jak ŻOB, nie powstał w politycznej próżni. Przedwojenna Polska z jej wysoce upolitycznioną ponadtrzymilionową społecznością żydowską była największym bastionem organizacji młodzieżowej Syjonistów Rewizjonistów, Brit Trumpeldor (Betar). Główny ośrodek jej działalności znajdował się w stolicy kraju, w której mieszkało 350 tysięcy Żydów. To właśnie Polska okazała się najżyźniejszą glebą dla tej ideologii, zakorzenionej w żydowskiej dumie i sile. Rewizjonizm jako jedyny żydowski nurt ideowy przyjął przynajmniej zewnętrzne atrybuty miejscowych partii nacjonalistycznych. Nie sposób zrozumieć tego, co ukształtowało mężczyzn i kobiety tworzących rdzeń ŻZW, nie wspominając pokrótce o kontekście powstania tego ruchu. Od początku Betar był blisko powiązany ze światopoglądem jego założyciela, Włodzimierza Zeewa Żabotyńskiego. Ten urodzony w 1880 r. w Odessie dziennikarz i publicysta pomimo skrajnych kontrowersji, jakie wzbudzał, był jednym z najwybitniejszych polityków syjonistycznych swojej epoki. Studiował w Rzymie i w sensie duchowym uważał Włochy za swoją ojczyznę. Cezurę w jego biografii wyznaczały pogromy w Rosji w latach 1903–1906. W 1915 r. trafił jako korespondent rosyjskiej gazety do Egiptu, gdzie pod egidą Brytyjczyków stworzył Legion Żydowski (były to 38.–42. Królewskie Bataliony Strzelców), a po jego rozwiązaniu kierował oddziałami samoobrony, pełnił między innymi funkcję dowódcy obrony Jerozolimy. W wyniku tej działalności został aresztowany i osadzony w twierdzy Akko, skąd został jednak wkrótce zwolniony. W 1920 r. znalazł się w Londynie, gdzie uczestniczył w konferencji syjonistycznej. Na początku lat dwudziestych znalazł się we władzach Egzekutywy Syjonistycznej, z których wystąpił dwa lata później w proteście przeciwko kapitulanckiej — jego zdaniem — polityce. W 1925 r. powołał do życia Unię Syjonistów Rewizjonistów działającą w ramach Światowej Organizacji Syjonistycznej. Jego program charakteryzował się maksymalizmem i bezkompromisowością, totalną krytyką brytyjskiej polityki ograniczającej możliwości emigracji do Palestyny, a celem nadrzędnym było utworzenie państwa żydowskiego po obu stronach Jordanu. Ostateczne wystąpienie ze Światowej Organizacji Syjonistycznej dokonało się wiosną 1935 r., kiedy to została utworzona Nowa Organizacja Syjonistyczna608. Do tego czasu w całej Europie powstały i umocniły się liczne organizacje rewizjonistyczne. Jedną z nich był Betar.

Stowarzyszenie Młodzieży Żydowskiej im. Trumpeldora (Brit Trumpeldor, Betar) powstało w grudniu 1923 r. w Rydze po wizycie Żabotyńskiego, jako korporacja uczniów kilku szkół gimnazjalnych. Niebawem powstały placówki w innych miastach Łotwy. Na czele organizacji stanął Aron Propes (1904–1978). Nieprzypadkowo za patrona obrano Józefa Trumpeldora (1880–1920). Ten oficer armii carskiej, zasłużony w wojnie rosyjsko-japońskiej, po przybyciu do Palestyny włączył się w realizację idei Żabotyńskiego, by stworzyć legion żydowski pod patronatem Brytyjczyków do walki z Turkami. Po wybuchu rewolucji w Rosji rozważał utworzenie tam żydowskich sił zbrojnych. W 1919 r. powrócił do Palestyny, gdzie tworzył oddziały samoobrony żydowskiej. Został śmiertelnie ranny 1 marca 1920 r. podczas arabskiego ataku na osadę Tel Chaj w Górnej Galilei. W 1926 r. pierwsi członkowie organizacji łotewskiej wyjechali do Palestyny, gdzie założyli oddział w kolonii Petach Tikwa. Podczas II Światowej Konferencji Syjonistów Rewizjonistów obradującej w Paryżu powołano do życia światowy związek młodzieży Brit Trumpeldor z tymczasowym kierownictwem w Rydze. W ciągu dwóch lat powstały struktury organizacji w innych krajach (Austrii, Polsce, Rumunii, Litwie, Czechosłowacji, Niemczech, Francji), wszędzie na bazie istniejących już organizacji. Na czele organizacji stał Żabotyński jako wódz Betaru (rosz Betar) — ustalono to 1 stycznia 1929 r. na zlocie komendantów w Warszawie, a usankcjonowano uchwałą I Światowego Zjazdu Betaru w kwietniu 1930 r. w Gdańsku, w którym uczestniczyło 87 delegatów z 21 krajów. Organizacja liczyła wówczas nieco ponad 22 tysiące członków. Wtedy też uchwalono statut i wyłoniono Komendę Światową (Szilton). Kolejne zjazdy odbyły się w styczniu 1935 r. (Kraków) i wrześniu 1938 r. (Warszawa).

Struktura Betaru była trzystopniowa: Młody Betar (Betar ha--Ceira), do którego należała młodzież w wieku 10–16 lat, Grupa Legionowa (Ha-Legion) — od 16 do 23 lat, i Rezerwa (Ocaron ha-Betar). Każda z dwóch pierwszych grup dzieliła się na dwie podgrupy wedle kategorii wiekowych. Związki Rezerwy z Betarem „polegają na wspólnej tradycji betarowej, wypełnianiu obowiązku «gijus» i innych specjalnych obowiązków […] oraz przestrzeganiu praw ustanowionych w osobnym regulaminie”. Obowiązywała ścisła hierarchia. Działalność prowadzono na podstawie planów rocznych ustalanych przez Szilton. Najważniejszą instancją była zwoływana co dwa lata Światowa Konferencja Betaru (Kinus Olami) złożona ze ścisłego kierownictwa i przedstawicieli komend krajowych oraz delegatów. Władza wykonawcza należała do Żabotyńskiego jako wodza Betaru. Niezależną instancją był sędzia Betaru (szofet Betar) mający czuwać nad przestrzeganiem i realizacją zapisów programowych. Organizacja dzieliła się na jednostki terytorialne. Na czele każdej z nich stał komendant (naciw) realizujący zadania narzucone przez władze zwierzchnie, i mianowana przezeń Komenda Krajowa (naciwut). Władzy tej podlegały okręgi (okręg — galil) mające swoich dowódców (dowódca — mefaked) i dowództwa (dowództwo — mifekada). Podstawową strukturą terytorialną było gniazdo (ken), które miało własnego dowódcę (mefaked ha-ken). Najmniejszą jednostką były 12-osobowe zastępy (zastęp — cror) na czele z zastępowym (rosz cror) skupiające osoby w jednym wieku. Dwa zastępy tworzyły pluton (pluga), dwa plutony drużynę (gdud), a dwie drużyny kompanię (gajsa). Osoba przyjmowana do Betaru musiała zdać egzamin na poziomie jednostki, do której miała wejść. Najwyższą władzą krajową był Zjazd Krajowy (Kinus Arci), zwoływany przez naciwa co najmniej raz na dwa lata. Termin, a nawet porządek dzienny, zatwierdzał Szilton. W skład Zjazdu Krajowego wchodzili naciw, oficerowie komendy, delegaci gniazd, z tym jednak że niewybranym komendantom przysługiwało prawo uczestnictwa z głosem doradczym. Celem zjazdu było wysłuchanie sprawozdania, ocena komendanta i komendy, rozpatrywanie problemów wewnętrznych, a wreszcie podjęcie uchwał w kwestiach ideologicznych609.

Credo ideowe Betaru zostało sformułowane na I Zjeździe Światowym w Gdańsku. Zadanie Betaru, jak ujmował to w swojej wydanej w 1934 r. broszurze Żabotyński, który opracował założenia programowe, było proste: „Stworzenie typu Żyda, którego naród najbardziej potrzebuje dla jak najskuteczniejszej i jak najrychlejszej odbudowy Państwa Żydowskiego”, wychowanie i ukształtowanie „normalnego” i „zdrowego” obywatela. A co za tym idzie przezwyciężenie wypaczającego historię Żydów dziedzictwa diaspory. Wszelkie działania członków organizacji miały być podporządkowane idei państwowej — dążeniom do utworzenia demokratycznego państwa żydowskiego, zbudowanego na zasadzie narodowej przy sformowaniu większości żydowskiej po obu stronach Jordanu. Oczekiwano też od nich gotowości do oddania życia za te ideały. Wszystko inne musiało zejść na drugi plan. Ten ideowy monizm (chadnes) odróżnia Betar od innych ruchów młodzieżowych. Łączenie dwóch celów, na przykład socjalizmu z syjonizmem, miało wprowadzać niepotrzebne zamieszanie, a szczególnie niebezpieczne miały być hasła walki klasowej. Za konieczne uważano posługiwanie się językiem hebrajskim uznanym za jedyny język narodowy Żydów. Praktyka pozostawiała tu jednak wiele do życzenia, postulatem na przyszłość była zatem „przyspieszona hebraizacja”. Podstawą wychowania stało się szkolenie wojskowe mające służyć przygotowaniu do obrony skupisk żydowskich w diasporze i stworzeniu legionu żydowskiego (legionizm). Podczas gdy inne ruchy młodzieżowe zwracały uwagę na potrzebę kulturalnego i praktycznego przygotowania (tzw. ha-chszara) do życia i pracy w Palestynie, głównie na roli, Betar kładł nacisk na przysposobienie wojskowe (ha-chszara ha--ganatit). „Pionier — pisał Żabotyński — który nie przygotował się do tego zadania, jest złym pionierem”. Militaryzm może zarówno być zły, jak i dobry (gdy naród domaga się własnej siedziby narodowej). „Jeżeli jednak my, Żydzi, których wszędzie się bije i którym grozi w Palestynie wymordowanie, zbroimy się celem obrony naszego życia, mienia i przyszłości — jest to dobry militaryzm, i jesteśmy dumni z takiego naszego militaryzmu”610. W 1931 r. w słynnym artykule Nowy alfabet na łamach warszawskiego dziennika „Hajnt” wyjaśniał: „Dla pokolenia, które dorasta na naszych oczach i na którego barkach zapewne spocznie odpowiedzialność za największy zwrot w naszej historii, owo ABC brzmi tonem niezwykle prostym: młodzi, uczcie się strzelać! […] Konieczność historyczna przemawia do nas. Jeśli jesteście narodem cywilizowanym, uczcie się orać ziemię i budować domy, mówić po hebrajsku i zapoznawajcie się z naszym dziedzictwem narodowym […] a jeśli jednocześnie nie umiecie strzelać — nie ma dla was nadziei. Jeśli jednak umiecie strzelać, może być dla was nadzieja. Tak przemawia do nas obecna konieczność historyczna, konieczność naszych dzieci — doświadczenie ostatnich piętnastu lat i prognoza dotycząca najbliższych piętnastu, dwudziestu lat. Wszyscy to rozumieją […] każdy Żyd, a nawet nie-Żyd, jeśli na chwilę zanurzy się w narodowych sprawach żydowskich. Każdy bez wyjątku, niezależnie od tego, czy podoba mu się ABC strzelania, czy nie; czy zgadza się żyć wedle tegoż ABC, czy decyduje się mu przeciwstawiać — wszyscy rozumieją, że spośród wszystkich warunków koniecznych do politycznego odrodzenia umiejętność strzelania jest — niestety — najważniejsza”611. Krótko mówiąc, Żabotyński uwierzył, że jego misją jest „dać młodzieży takie wykształcenie, by z obiektywnego punktu widzenia stało się niemożliwe czynienie gwałtu przeciwko Żydom w jakimkolwiek miejscu i czasie”612. Już w najmłodszej grupie wiekowej wprowadzono elementy musztry i ćwiczenia gimnastyczne613. Nacisk na przeszkolenie wojskowe oznaczał, że większość członków Betaru poznała te zagadnienia przynajmniej w podstawowym zakresie. Obserwacja Israela Gutmana, że „większość członków ruchów młodzieżowych w wieku przedpoborowym nigdy nie dotykała broni”614, z pewnością nie miała zastosowania do Betaru, gloryfikującego pojęcie samoobrony. Paradoksalnie w Polsce tylko Bund i jego młodzieżowa przybudówka Cukunft podkreślała znaczenie przysposobienia do samoobrony. Oczywiście intencją Bundu było podniesienie zdolności obronnych w Polsce, Betaru przede wszystkim w Palestynie. Inne zasady Betaru to dyscyplina, która miała umożliwić podjęcie skoordynowanych działań na wielką skalę po wydaniu dyrektyw przez centrum. „Betar — przekonywał Żabotyński — jest kombinacją szkoły i armii, a zarówno klasa uczniów, jak i pułk żołnierzy dają się lepiej rządzić przez jednego nauczyciela i jednego komendanta niż przez dyskutujące kolegium”. Mimo iż nie zawsze ćwiczenia wojskowe odbywały się z prawdziwą bronią, tego rodzaju nastawienie i doświadczenia będą miały znaczenie przy tworzeniu organizacji bojowej w warszawskim getcie. W ideologii Betaru ważną rolę odgrywało dążenie do osiągnięcia doskonałości, piękna i godności (hadar). Członek Betaru miał pracować nad sobą, by stać się arystokratą ducha. Specjalne miejsce przeznaczano dla kobiet. Przechodziły one ten sam cykl szkolenia co chłopcy, lecz w ujęciu Żabotyńskiego należało wypracować dla nich odrębny zakres działalności — dowodził nawet, że wychowanie dziewczyny stanowi największe wyzwanie dla Betaru („Jej życie i zdrowie, które są przecież podstawą przyszłości całego narodu, są ważniejsze i droższe od życia mężczyzny”), wskazując zwłaszcza na potrzebę wykorzystania wrodzonych zdolności organizacyjnych. Sięgał tu do sytuacji z wojny światowej — na Zachodzie bez kobiet niepodobna było jej wygrać.

Działalność Betaru w Polsce nie doczekała się jeszcze syntetycznej monografii615. Jedyne przedwojenne opracowanie na ten temat wyszło spod pióra skłóconego z organizacją Jakuba Perelmana616. Podstawowe informacje pojawiają się w tekstach traktujących o ruchu syjonistycznym617, żydowskim życiu politycznym, dziejach społeczności żydowskiej w Drugiej Rzeczypospolitej, a także w wydawnictwach regionalistycznych. Wielu autorów postrzega rewizjonistów w sposób stereotypowy i nadmiernie uproszczony, poddając się retoryce ich przeciwników politycznych. Eksponuje się podobieństwa z włoskim faszyzmem i stosowanie przemocy jako środka walki politycznej618, przechodząc do porządku dziennego nad innymi inspiracjami. W cytowanej programowej broszurze Żabotyńskiego Ideologia Bejtaru jako punkt odniesienia wskazano na czeską organizację Sokół oraz na amerykański system prezydencki. Sam Żabotyński często odwoływał się do tradycji włoskiego Risorgimento — zwłaszcza do Giuseppego Garibaldiego, Giuseppego Mazziniego i Giacoma Leopardiego. Jednym z argumentów na rzecz traktowania Betaru jako organizacji faszystowskiej były podobieństwa zewnętrzne — wodzowski typ ruchu, hierarchiczna struktura, upodobanie do wieców i marszów, a przede wszystkim umundurowanie jej członków. Mundury koloru brązowego zostały wprowadzone przez I Zjazd Komend Betaru w Wiedniu w 1928 r., lecz co przypomniał sam Żabotyński, noszone były przez młodych rewizjonistów już cztery lata wcześniej, „kiedy jeszcze słychu nie było o ruchu «nazich» w Niemczech”619. W pismach Żabotyńskiego trudno byłoby doszukać się gloryfikacji faszyzmu czy nazizmu (po dojściu Hitlera do władzy planował on zresztą zainicjowanie antynazistowskich działań w skali międzynarodowej), choć niektórzy jego zwolennicy, również w Polsce, do takich inspiracji bardziej czy mniej otwarcie się przyznawali. Wskazywali na przykład na brak komponentu antysemickiego we Włoszech.

Trudno też nie zauważyć polskich wzorców politycznego działania, przede wszystkim Józefa Piłsudskiego i czynu legionowego. Żabotyński tego nie ukrywał. „Był on żydowskim Piłsudskim, za którego sam się uważał (co mi sam zresztą powiedział)” — napisał Jan Lechoń620. Żabotyński od początku swojej kariery politycznej interesował się kwestią polską, uczył się języka, znał twórczość Adama Mickiewicza, z której upodobał sobie zwłaszcza poemat Konrad Wallenrod, z ogromnym niepokojem obserwował natomiast działalność Romana Dmowskiego w Królestwie Polskim. Zupełnie inaczej traktował Piłsudskiego, którego rewizjoniści uważali zawsze za przyjaciela Żydów. „Polska — jak stwierdzano w referacie programowym wygłoszonym na jednej z konferencji Betaru — została wyzwolona dlatego, że wierzyła w swoje siły i w wolę narodu. Polska uznała swego wodza, nie licząc się z wolą innych narodów”621. W artykułach okolicznościowych opublikowanych po śmierci Marszałka nie tylko z powodów taktycznych i koniunkturalnych określano go jako wzór dla walki Żydów622. W sierpniu 1935 r. Betar dokonał symbolicznego aktu, przenosząc grudkę ziemi z grobu Trumpeldora na Kopiec Piłsudskiego. Organ krakowskich rewizjonistów pisał przy tej okazji, że Marszałek jest symbolem walki o wolność nie tylko dla Betaru, lecz dla wszystkich walczących o niepodległość narodów623. Przykłady tego rodzaju można by mnożyć. Jak podsumował izraelski historyk Yaacov Shavit: „Polska była krajem przepełnionym narodową inspiracją, a polska kultura polityczna i narodowa była najbliższym i najbardziej znanym wzorem «narodu» i «państwa». […] Rewizjoniści chcieli być «narodowi» w tym samym sensie i według tego samego wzoru, jak ich polskie otoczenie, i wierzyli, że mają do tego prawo, a ich narodowe dziedzictwo im to umożliwa. Polski nacjonalizm […] stał się modelem dla nich teorii, kultu, symboli i narodowych aspiracji. […] W latach trzydziestych Polska uważana była przez rewizjonistów nie tylko za wielkiego politycznego i wojskowego sprzymierzeńca syjonizmu, lecz także za model ideologii i praktyki terroryzmu politycznego, zbrojnej walki podziemnej i rewolucji politycznej”624.

Pierwsi polscy zwolennicy Żabotyńskiego rekrutowali się z organizacji akademickich działających w Krakowie i innych ośrodkach. Na odbywającym się w grudniu 1926 r. w Warszawie I Zjeździe Syjonistów Rewizjonistów na przywódcę frakcji wybrano Dawida Wdowińskiego, który zastąpił Jakoba Kahana. W następnych latach grupy rewizjonistów przekształciły się w oddziały partii. Nad całością prac czuwał regularnie pojawiający się w Polsce Żabotyński.

Polski Betar ukonstytuował się ostatecznie w grudniu 1927 r. na bazie organizacji nawiązujących do ideologii Żabotyńskiego. Jedną z nich był powstały na początku lat dwudziestych Żydowski Związek Skautowy im. Włodzimierza Żabotyńskiego (Ha-Szachar). Pod wpływem Żabotyńskiego na komendanta nowej organizacji wybrano Adalberta Bibringa ze Stanisławowa. Jego konkurent, wspomniany Perelman z Warszawy, rozżalony opuścił jej szeregi. Po niedługim czasie komendantem został mianowany Ruben Feldschuh z Krakowa, który — o czym już wspominaliśmy — pojawi się później w historii ŻZW. 2 stycznia 1929 r. w Warszawie odbył się I Kongres Betaru. Perelman pisał o tym wydarzeniu z wielkim entuzjazmem: „Świętem tego dnia nie tylko radowali się rewizjoniści, ale rzec można, cała okolica żydowska, która wszędzie przyjmowała owacyjnie naszą młodzież defilującą w zwartych szeregach z chorągwiami o biało-niebieskich barwach. […] Wzorowy porządek i dyscyplina jak gdyby wtórowały powadze dnia”. Salę udekorowano barwami biało-niebieskimi, był też sztandar polski. Odegrano hymny narodowe. Obrady otworzył Feldschuh, Żabotyński wygłosił zaś godzinną mowę programową, w której zawarł ideologiczne credo: „Trumpeldor wyobrażał sobie młodego chaluca jako kawał żelaza będący do dyspozycji narodu. Żelazo to nie ma własnej psychologii, żadnej duszy, jest maszyną […] chaluc staje do każdej bez różnicy pracy, jakiej kraj wymaga od niego. Oto jest program organizacji młodzieży, która nosi nazwę Betar”. Głosił pochwałę militaryzmu i nacjonalizmu: „Nacjonalizm miał niegdyś wiele wspólnego z czarną sotnią i pogromszczykami, trzeba było dużo czasu, by wykazać, że nacjonalizm ma też piękne dodatnie strony. Tak samo z militaryzmem”. Powtarzał, że „należy młodzież żydowską wychowywać militarystycznie, należy ją uczyć odpowiednio wykorzystywać jej siłę fizyczną, co jest koniecznością, by odeprzeć ataki przeciwników. Musimy młodzież uczyć stać i chodzić według przyjętych zasad wojennych. Trzeba z młodzieży zrobić posłuszną maszynę”. Napiętnował ataki na maszerujących betarowców ze strony członków Poalej Syjon. Zapadły też ważne decyzje kadrowe. Komendantem organizacji Żabotyński mianował twórcę Betaru Arona Propesa, który zapewnił, że przyjedzie do Polski na stałe625. Wybór ten zdaje się świadczyć o znaczeniu, jakie rewizjoniści przypisywali Polsce w planach rozwoju ruchu, lecz także o braku zaufania do rodzimych działaczy.

Mimo dość skromnych początków organizacja rozwijała się dynamicznie — w 1925 r. istniały cztery oddziały (gniazda), w 1928 już 49. W 1930 r. liczyła 16 tysięcy członków rzeczywistych działających w 418 gniazdach626. Rok później było to już 18 tysięcy627. W połowie lat trzydziestych Betar przyznawał się do posiadania w Polsce 40 tysięcy członków zrzeszonych w 651 jednostkach terenowych (gniazdach)628. Do 1939 r. liczba członków jeszcze wzrosła, brak jednak dokładnych danych. „Sprawy Narodowościowe” szacowały liczbę oddziałów w 1935 r. na 781. W niektórym opracowaniach można spotkać liczbę 100 tysięcy członków polskiego Betaru, co traktowane jest przez historyków jako gruba przesada629. W 1938 r. szacowano ogólną liczbę członków Betaru na 98 tysięcy630. Nie ulega natomiast wątpliwości, że polski Betar był w Europie najliczniejszy — w 1935 r. organizacja liczyła 70 tys. członków w 30 krajach631. W Polsce też odbywały się ważne imprezy i zapadały istotne rozstrzygnięcia. W przededniu wojny struktura polskiego Betaru składała się z okręgów: warszawskiego, małopolskiego, łódzkiego, lubelskiego, śląskiego, kieleckiego, białostockiego, baranowickiego, wileńskiego, wołyńskiego i lwowskiego. Nie przeprowadzono dotąd badań dotyczących liczebności poszczególnych okręgów i gniazd. Dostępne nam dane liczbowe są wyrywkowe — opisanie historii Betaru to zadanie dla historyków. W każdym razie większość polskich wyznawców Żabotyńskiego rekrutowała się z młodzieży. W szeregach Betaru przeważała młodzież robotnicza i rzemieślnicza, często z tradycjonalistycznych rodzin, przedstawiciele inteligencji przystępowali raczej do komunistów i organizacji lewicowych. Jak wspominał po wojnie komendant związanej z Betarem organizacji kombatanckiej Brit he-Chajal Miron Szeskin, członkowie organizacji „byli stolarzami, krawcami, furmanami, nosiwodami itd., którzy nagle odkryli cel w życiu […]. Widzieli w Żabotyńskim mesjasza, który doprowadzi ich do ziemi przodków”632.

Oprócz Betaru istniały liczne organizacje rewizjonistyczne: Akademicki Związek Syjonistów Rewizjonistów (Jawne we Jodefet), który w 1938 r. zrzeszał 260 członków633, wspomniana organizacja kombatantów Brit he-Chajal (Przymierze Żołnierzy) z siedzibą w Łodzi i Brit Tel Chaj (Przymierze z Tel Chaj), organizacje dla uczniów Masada i Menora, a także Organizacja Kobiet Rewizjonistycznych (Brit Naszim Leumijot)634. Istniała też Brit ha-Noar ha-Smonaim (Przymierze Młodzieży Hasmoneuszowskiej) — przybudówka organizacji ortodoksyjno-rewizjonistycznej Achdut Israel. Na IV Krajowym Zjeździe w czerwcu 1936 r. uchwalono, że każdy 18-latek zostaje automatycznie członkiem partii rewizjonistycznej635. Rewizjoniści uruchomili fundusz palestyński Keren Tel Chaj z centralą w Łodzi, a od 1938 r. w Warszawie. Miał on na celu militaryzację żydostwa palestyńskiego, utworzenie rezerw wojskowych w diasporze, rozbudowę instytucji rewizjonistycznych w Palestynie, finansowanie polityki Żabotyńskiego, pomoc dla rewizjonistów uwięzionych przez Brytyjczyków w twierdzy Akko. Ruch rewizjonistyczny w Polsce dysponował liczną prasą zarówno w języku polskim, jak i jidysz. W Krakowie wychodził rewizjonistyczny tygodnik „Trybuna Narodowa” wydawany przez Unię Syjonistów Rewizjonistów Małopolski Zachodniej i Śląska, w Warszawie w latach 1936–1939 tygodnik „Unzer Welt” (Nasz Świat). Ukazywał się też kierowany do niezasymilowanych Żydów „Die Tat” (Czyn). Organem polskiego Betaru była „Ha-Medina” (Państwo) pod redakcją Propesa. Swoje pisma miały Brit he-Chajal („Bojownik”) i Masada (w Warszawie ukazywał się od grudnia 1937 r. dwutygodnik „Masada”, w Wilnie „Menora”). Działacze rewizjonistyczni byli również czynni w redakcji pisma studenckiego „Trybuna Akademicka” — centralnego organu Związku Żydowskich Akademickich Instytucji Samopomocowych Uczelni Polskich, ukazującego się w latach 1923–1939. We Lwowie w latach 1937–1939 ukazywał się jeszcze polskojęzyczny „Chad Ness” (Jedyny Sztandar). Specjalne znaczenie miało pismo „Jerozolima Wyzwolona” redagowane przez Henryka Strasmana, podprokuratora Sądu Okręgowego w Warszawie, reprezentujące niewielką grupę asymilatorów, którzy pod wpływem narastającego antysemityzmu zbliżyli się do rewizjonistów, tworząc najbardziej radykalne środowisko. Działacze ci mieli niewiele wspólnego z ruchem masowym, jakim był Betar.

W drugiej połowie lat trzydziestych Żabotyński po opuszczeniu Światowej Organizacji Syjonistycznej i utworzeniu Nowej Organizacji Syjonistycznej wielokrotnie odwiedzał Polskę. Warszawa została ogłoszona nawet drugą obok Londynu stolicą Nowej Organizacji Syjonistycznej. Jego pobyty w Polsce — spotkania z polskimi politykami i podróże po kraju, odpowiednio nagłaśniane przez prasę, aktywizowały lokalne struktury ruchu. Trzeba nadmienić, że miejscowi działacze byli traktowani instrumentalnie, Żabotyński niejednokrotnie ingerował w skład władz partyjnych, a główną rolę polityczną odgrywali jego najbliżsi współpracownicy. Miejscowi politycy stanowili jedynie tło. Dawid Wdowiński, otwierając wiec z udziałem Żabotyńskiego w sali Teatru Komedia na Karowej, podczas którego przywódca ruchu ogłosił zerwanie ze Światową Organizacją Syjonistyczną, wypowiadał się w sposób hołdowniczy: „mocni jesteśmy, bo jest z nami Żabotyński. On, który wszystko przewidział, dziś też nam mówi: «pójdźmy nową drogą». Pójdźmy z nim wszyscy i oby dane mu było zrealizować swoje marzenia”636. Był to okres szczególnego nasilenia akcji antyżydowskiej na uniwersytetach wokół postulatu numerus clausus i „ławek żydowskich”, przelewającej się przez kraj fali zajść antyżydowskich (z pogromami w Przytyku i Brześciu na czele), prób wprowadzania „paragrafu aryjskiego” w wolnych zawodach czy wreszcie sejmowej batalii o wprowadzenie zakazu uboju rytualnego. Rewizjoniści prezentowali odmienne stanowisko niż znakomita większość partii żydowskich koncentrujących się na walce z antysemityzmem i jego brutalnymi przejawami. Wedle Żabotyńskiego, reakcja antyżydowska, w tym także w Polsce, wynikała po części z sytuacji obiektywnej. Głosił tezę o odrębności „antysemityzmu ludzi” i „antysemityzmu rzeczy”. Dlatego jedynym rozwiązaniem kwestii żydowskiej miała być masowa „ewakuacja” Żydów do Palestyny. Program Żabotyńskiego przedstawiony został na początku września 1936 r. na łamach konserwatywnego tygodnika krakowskiego „Czas”. Był to początek kampanii propagandowej na rzecz „planu dziesięcioletniego”, który miał doprowadzić do stworzenia większości żydowskiej po obu stronach Jordanu. Połowa z półtora miliona „ewakuowanych” miała pochodzić z Polski. Żabotyński powoływał się na przykład Włoch, Irlandii, a zwłaszcza na emigrację dziesiątek tysięcy Greków z Turcji po pierwszej wojnie światowej. Program Żabotyńskiego wzbudzał w społeczności żydowskiej skrajne emocje. Żadna inna kwestia, jak napisał jeden z historyków, nie spowodowała takiego wzburzenia wśród polskich Żydów637. Przez swoje środowiska apoteozowany, spotykał się z gwałtowną krytyką zarówno w kręgach syjonistycznych, jak i lewicowych. Oskarżano go o to, że jest sprzymierzeńcem polskich antysemitów. Celował w tym wzrastający w siłę Bund, dla którego rewizjoniści byli po prostu żydowskimi faszystami — „brunatnym skrzydłem syjonizmu”, Żabotyńskiego bundowcy nazywali zaś „żydowskim duce”638. Bund i syjoniści potępiali stosowanie przemocy, o której eskalację oskarżano rewizjonistów. Rewizjoniści rzecz jasna mieli na ten temat pogląd dokładnie przeciwny.