Może kiedyś, innym razem - Joanna Gawrych - Skrzypczak

Może kiedyś, innym razem

0,0

Anna, właścicielka pensjonatu i stadniny koni w Miętach, nie może ułożyć sobie życia. Niepowodzenie w zawodach i rozterki sercowe to dopiero początek. Rodzinne historie sprzed lat, które zawsze stanowiły ważną część jej codzienności, przypomną o sobie... Anna zauważa, jak wiele w życiu przegapiła. Nie zawsze uda się nadrobić straty, a płomiennego uczucia nic już nie wskrzesi. Czy serce dobrze jej podpowie?

Tymczasem jej przyjaciółka, Aśka, również zmaga się z dylematem miłosnym. Czy angażować się znowu w problematyczny związek z człowiekiem, który ją zranił? A może Aśka ulegnie urokowi przystojnego Włocha, który odwiedził ją w odziedziczonym dopiero co domu? Nieoczekiwany spadek kryje w sobie wielką tajemnicę, a przybysz z zagranicy pomoże Aśce odkryć tragiczne wojenne losy jej bliskich.

Klucz do rozwiązania wszystkich zagadek leży w dawnych zapiskach, pozostawionych listach, straconych szansach… Czy bohaterki odkryją prawdę o wielkiej, niespełnionej miłości, którą los zagnał kiedyś daleko, poza granice ojczyzny?

""Pięknie opowiedziana historia, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Wojenne traumy, pogmatwane ludzkie losy i miłość, której wszyscy pragną."" Ałbena Grabowska

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
5589.jpg

 

 

5599.jpg

 

 

Copyright © Joanna Gawrych-Skrzypczak, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp.o.o., 2018

 

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Kamila Markowska | panbook.pl

Projekt typograficzny, składłamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładkistron tytułowych: Anna Damasiewicz

Fotografie na okładce: © Anna Subbotina | Depositphotos.com

© Milanka Petkova | Depositphotos.com

© Milan Lipowski | Depositphotos.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książkiinternecie.

 

 

Wydanie elektroniczne 2018

 

eISBN 978-83-7976-899-8

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp.o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Robertowimiłością xxxxx

 

 

 

 

 

 

Może kiedyś, innym razem, dziś na razie nie

Dzisiaj głowa jest pod gazem, nie wie, czego chce

Dni się robią coraz krótsze, może jutro czy pojutrze

Będzie lepiej, dziś jest jeszcze źle.

 

Możemaju, możegrudniu, zresztą kto to wie?

Może dzisiaj po południu? Może jeszcze nie

Ja pod gazem, ty pod gazem

Wszystko jedno, innym razem

W każdym razie dzisiaj nie.

 

 

 

Powyższy tekst to refren piosenki napisanej przez Mariana Hemara, muzykę do utworu skomponował Władysław Daniłowski.

Piosenka powstała1933 roku. Tylko sześć lat przed 1939.

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

 

 

– Nie. Nie dam się, nie dogonią mnie. Muszę biec, muszę zdążyć! Szybko! – zaszlochała Madame.

Oszalałe ze strachu serce podchodziło jej niemal do gardła,ona przyciskała dłoń do szyi, jakby chciała je zatrzymaćklatce piersiowej. Drugą rękę wyciągnęła przed siebie, palcami muskając powietrze. Próbowała powstrzymać niewidzialnego wroga. Gdzieś tam,tej ciemności, czaiło się zło. Madame była tego pewna. „Nie mogą zrobić mi krzywdy, jestem tylko małą dziewczynką! Małą dziewczynką!” – ta myśl, choć powtarzana natrętnie, nie uspokajała, nie przynosiła ulgi.

Wreszcie Madame zdołała dotrzeć do drzwi. „Gdzie ta klamka?” – zastanawiała się gorączkowo. „Och, jest!” – pomyślała, kiedy drzwi ustąpiłycichym skrzypnięciem. Przekroczyła prógbłyskawicznie zamknęła je za sobą – jeden zamek, drugi, trzeci.ulgą osunęła się na miękki dywan pośrodku niewielkiego, dyskretnie oświetlonego, pozbawionego okien pomieszczenia. Oddychała głęboko, głowę nakryła rękami. Jeszcze bała się rozejrzeć, choć wiedziała, że była już bezpieczna.

Powoli się uspokoiła, usiadła, wierzchem drżącej dłoni otarła łzypoprawiła poły wełnianego swetra, który przed chwilą niedbale narzuciła na ramiona.trudem wstała, by już po kilku chwiejnych krokach odpocząćgłębokim fotelu ustawionymrogu tego dziwnego pokoju – ni to klatki, ni to buduaru. Prócz fotela oraz niskich lamp znajdowały się tu tylko nieduże biureczko, toaletka raczej, ekran telewizora na ścianie, szafkagramofonempłytami, barek wypełniony karafkami oraz szklaneczkami,także stojakparoma butelkami wina.

Idealną ciszę po chwili przerwała szemrząca, dochodzącaoddali muzyka. „Boże mój jedyny, tak cię prosiłam! Tylko chwila spokoju, tylko chwila. Czy to tak wiele?” – zastanawiała się Madame. Była pewna, że Bógtym razem nie zechce wysłuchać jej żałosnej skargi.

Bo dlaczego miałby?

 

 

 

 

 

 

ROZDZAŁ I

 

 

2014, MIASTECZKO

 

 

Dzwonek brzęczał natarczywie. Aśka usłyszała go dopiero, kiedy zakręciła wodęuchyliła drzwi kabiny prysznicowej, by sięgnąć po ręcznik. „Cholera, wykąpać się spokojnie nie można. Kogo niesietej porze? Niedziela przecież” – pomyślałaniechęcią. Pospiesznie okręciła mokrą głowę ręcznikiemwłożyła szlafrok. Pasek wiązała jużdrodze na parter, zła, że psy dziko jazgoczą pod furtką.

– Franek, Frędzel, do domu, dranie! Natychmiast! – zawołała, otwierając drzwi wejściowe.

Psy przybiegły, unosząc łebkioczekiwaniu na przysmak za tak niesamowite posłuszeństwo. Aśka jednak wepchnęła zwierzaki do środka,sama wyjrzała na zewnątrz. Wychodzenie uznała za kiepski pomysł – na dworze lało, wicher porywał ostatnie liściedrzew, było zimnopaskudnie.

– Pan do kogo? – krzyknęłastronę furtki.skulonej pod czarnym parasolem postaci nie rozpoznała nikogo znajomego.

– Pani Joanna Strojska? – spytał niepewnie mężczyzna.

– To ja.co chodzi? – Aśka czuła, jak wiatr wślizguje się pod jej szlafrok.

– Czy mogę zająć pani chwilę? – głos mężczyzny zabrzmiał niemal błagalnie.

– Trudno, niech pan wejdzie – odparła niezbyt uprzejmie Aśka, jednocześnie przyciskając guzik domofonu.

Kiedy furtka ustąpiła, nieznajomy przebiegł po ścieżce, ostrożnie omijając kałuże. Wszedł na schodki i, schroniwszy się pod werandą, bezskutecznie próbował złożyć parasol. Aśka, stojącaotwartych drzwiach, obserwowała jego wysiłkirosnącym zniecierpliwieniem.

– Niechże pan wreszcie wejdzie – zakomenderowała,gość posłusznie wykonał polecenie.

Znalazłszy sięśrodku, niezręcznie odstawił parasol pod ścianę. Zauważył, że na parkiet zaczyna ściekać wodato go jeszcze bardziej zakłopotało. Wyglądał na trzydzieści kilka lat, miał na sobie prochowiec nieokreślonego koloru, pod nim nosił dość staromodny garnitur,źle zawiązany krawatpewnością uciskał mu krtań. Czarne buty mężczyzny były mokreubłocone. Odłożył skórzaną teczkę, zdjął płaszczkraciasty kaszkiet, przeczesał ręką mocno przerzedzone włosyoczami jakby rozmytymi przez deszcz popatrzył bezradnie na Aśkę.

– Przepraszam, że tak panią nachodzę, bez uprzedzenia… – zaczął nieśmiało.

– Nie, nie, nic się nie stało. Tylko jestem nieubrana, przepraszam. – Aśce zrobiło się trochę żal nieporadnego gościa.

– Tak, rzeczywiście – odparł bez sensuzaczerwienił się, przez sekundę zerkającdość głęboki dekolt uroczej, trzydziestoparoletniej gospodyni. Nie mógł przy tym nie zauważyć zgrabnej figury Aśki, która właśnie próbowała przytrzymać rozchylający się na piersiach szlafrokjednocześnie upchnąć pod ręcznikiem mokre kosmyki rudych włosów. Aśka westchnęła, gdy zobaczyła, dokąd wędruje spojrzenie mężczyzny. Chciała dowiedzieć się, po co odwiedził ją ów dziwny człowiek, by móc go jak najszybciej pożegnać.

– Bardzo proszę. – Wskazała drzwi do salonu. – Może napije się pan gorącej herbaty? – spytała, podążając za nimjednocześnie grożąc palcem psom, które koniecznie chciały obwąchać przybysza.

– O tak, chętnie – odpowiedział skwapliwie nieznajomy, rozglądając sięciekawością po przestronnym wnętrzu zastawionym starymi meblami. – Bardzo przepraszam, nie przedstawiłem się. – Odwrócił sięstronę Aśkiwyciągniętą ręką. – Nazywam się Zdzisław Talarski, jestem synem Jana Talarskiego, jeśli cokolwiek to pani mówi.

– Nie przypominam sobie. – Aśka naprawdę nie wiedziała,kim ma do czynienia.

„Może to jakiś wariattak łatwo się go nie pozbędę?” – pomyślałaniechęcią.

– Przyniosę herbatę, proszę poczekać.

Podejrzliwie zerkając na mężczyznę, poszła do kuchni. Po chwili przyniosła dwa kolorowe kubki, a z kredensu wyjęła srebrną cukiernicęłyżeczki.

– Pewnie pan zmarzł, zapraszam do stołu – powiedziała, choćjej głosie próżno było doszukiwać się ciepła.

Gość wstał, nie bez trudu,przepastnego klubowego fotelausiadł na wskazanym krześle.

– Ta cukiernica… Pamiętam ją – powiedział cicho, przyglądając się zabytkowej zastawie.

– Pamięta pan cukiernicę mojej ciotki? – spytała Aśka podejrzliwie.

„Na gwałciciela nie wygląda, aletej teczuszce może mieć młotek. Da miłeb, rąbnie cukiernicę,na koniec otruje psy” – pomyślała, na wszelki wypadek siadając po przeciwnej stronie dużego stołu.

– Tak. Już kiedyś tu byłem.tym domu. Kilka razy.ojcem – mówił urywanymi zdaniami.

– Kim jest pański ojciec? – Aśka po raz kolejny zaczęła tracić cierpliwość.

– Mój ojciec już nie żyje.

– Przykro mi – wtrąciła zdawkowo.

– Ach, nie, zmarł jakiś czas temu. Był notariuszem. Przejąłem kancelarię po jego śmierci – wyjaśnił Talarski.

– Niestety, nadal nie rozumiem,co chodzi.

Aśka wciąż nie miała pojęcia, dlaczego Talarski ją odwiedził.totaką paskudną, deszczową niedzielę! „Kiedyż on wreszcie wydusi, po co przylazł?” – zastanawiała się.

– Już tłumaczę. Pani nie pamięta, ale to mój ojciec prowadził niektóre sprawy świętej pamięci Danuty Zdebskiej.

– Czyje? – Aśkapierwszej chwili nie zrozumiała.

– Pani ciotki, Danuty Zdebskiej. – Popatrzył na nią zdziwiony.

– Ach, tak, oczywiście, przepraszam, nie dosłyszałam – skłamała. Rzadko myślałakrewnej jakoDanucie, do tego Zdebskiej. Ciotka-Dewotka, to wystarczało.

– Ojciec odczytywał testament zmarłej, może to sobie pani przypomina – powiedział Talarskinutą przyganygłosie.

– Oczywiście, że pamiętam – potwierdziła zdecydowanym tonem. – Proszę wybaczyć, uciekło mipamięci nazwisko pana notariusza.

– Nic nie szkodzi. – Uśmiechnął się blado. – To jednak ja będę musiał prosićwybaczenie,toimieniu ojca.

– Ajakiego powodu? – spytała zdziwiona.

– Widzi pani… To było tak. Pani krewna, deponującmojego ojca testament, zostawiła też pewne wskazówki. Wskazówki dla pani – tłumaczył powoli.

– Dla mnie? Jak to? Niczego takiego pański ojciec mi nie przekazał – przerwała.

– Proszę pozwolić mi dokończyć. – Notariusz tym razem nie dał się zbićtropu. – Ojciec miał wszystko zapisaneosobistych notatkach. Załatwione sprawy oznaczałspecjalny sposób, jednakprzypadku pani ciotki nie było żadnej adnotacji, uznałem więc, żejakichś przyczyn tę sprawę pominął. Może po prostu zapomniał?tym czasie już chorował,wkrótce po odczytaniu testamentu trafił do szpitala. Zmarł po kilku miesiącach. Starałem się prowadzić dalej wszystkie sprawy kancelarii, aletych notatkach wówczas nie wiedziałem. Przyznam, żedokumentacji było też trochę nieporządku… – przerwał, zerkając na Aśkęnieskrywaną obawą.

– Najwyraźniej – odparła bezlitośnie. cotym bardzo ważnym przesłaniem od mojej ciotki?

– Jeszcze raz proszęwybaczenie. – Spuścił głowę. – Znalazłem zapiski dopiero parę dni temu.

– Lepiej późno niż wcale – prychnęła. Nie zamierzała być wyrozumiała. – Czy wreszcie się dowiem,co chodzi?

– Już je pani pokazuję. – Pospiesznie sięgnął do przepastnej teczki. Przeszukiwał przez chwilę liczne przegrody, wysypując przy okazji różne dokumenty.

Aśka schyliła się, pomagając notariuszowi pozbierać papiery.

– Znowu się panu coś zgubi – parsknęła śmiechem.

– O, jest! – Talarski triumfalnie zamachał czarnym notesem. – Bardzo proszę, oto notatki mojego świętej pamięci ojca – powiedziałnamaszczeniem, kartkując notes. – Proszę popatrzeć tutaj. Dwudziestego ósmego lipca dwa tysiące dziesiątego roku ojciec zapisał: „Dnia dzisiejszego sporządzono testament. Danuta Zdebska. Życzenie klientki: przekazać spadkobierczyni informację. Treść informacji: Trzeba zająć się altaną. Klientka nie wyjaśniła znaczenia informacji”.

Podsunął Aśce noteswąskim palcem wskazał cytowane słowa. Ta patrzyła na niego nic nierozumiejącym wzrokiem.

– I co to ma znaczyć? Może pana ojciec napisał coś więcej?

„Jest jeszcze gorzej, niż myślałam. Ten facet topewnością świr,jego tatuńcio nie lepszy!moją zwariowaną ciocią dobrali się jakkorcu maku. Tylkoco, do cholery, chodzitą altaną?” – rozważałamyślach. Zaciekawiona wyciągnęła rękę po notes, notariusz jednak cofnął się gwałtownie.

– Niestety, przykro mi, mogłem pokazać pani tylko tę notatkę. Odnotuję obok, że sprawę można uznać za załatwioną.

To mówiąc, wysupłałteczki wieczne pióro, powoli odkręcił obsadkęstarannie napisał cośnotesie. Potem wcisnął go do teczki, pozamykał wszystkie zamki, zaciągnął paski, chwilę mocując sięklamerkami. Wstałkrzesłaukłonił się sztywno.

– Nie będę dłużej pani niepokoił. Herbata była wyśmienita, dziękuję. Pójdę już. Pieski mnie wypuszczą? – Zerknął podejrzliwie na FraniaFrędzla leżących tuż obok drzwi salonu.

– Na ogół są grzeczne. Muszę przyznać, że nadal niczego nie pojmuję. Miał pan przedziwną misję! Dziękuję jednak, że pan się trudziłprzyjechał do mnie mimo tej paskudnej pogody – zapewniła.niecierpliwością czekała, aż gość wyjdziebędzie mogła spokojnie się pośmiać.

– Zadowolenie klientów jest naszym priorytetem – powiedział dumnie, sięgając po prochowiec.

Później, gdy mężczyzna wreszcie opuścił jej dom, ponownie walczączacinającym się parasolem, Aśka zachichotała.

– Zabawny człowieczek, prawda? – powiedziała do merdających ogonami psiaków.

Zdjąwszyjuż prawie suchych włosów ręcznik, po drodze do sypialni spojrzaławysokie lustro wisząceholu. Rude kosmyki sterczały na wszystkie strony. Aśka rozgarnęła włosy ręką, ale efekt był raczej marny. „E tam, nie warto się starać. Trochę luzu nie zaszkodzi” tą myślą powędrowała do sypialni. Wkładając dżinsymiękką, polarową bluzę, wciąż przypominała sobie to dziwne zdanie, które zapisał stary notariusz Talarski: „Trzeba zająć się altaną”. Ciotka sporządzając testament, myślałabyremoncie ogrodowej budowli? Była aż tak zwariowana?

„Między Bogiemprawdą, to prawie nicniej nie wiem” – stwierdziła Aśka. Usiłowała przywołaćwyobraźni wizerunek cichej ciotki odwiedzającej dawno temu dom jej rodzicówWarszawie. Ciocia Danusia, tak sięniej mówiło oficjalnie. Poza tym dowcipkowano: Ciotka-Dewotka. „Przecież ona była bardzo miładobra” – uświadomiła sobie Aśka, odnajdując pogrzebanepamięci wspomnienia. Jak choćby to, żekażde imieniny listonosz przywoził cudowne wypieki od cioci Danusi. Starannie zapakowane,pudełko, szary papier, przewiązane konopnym sznurkiem. A w środku ciasto, które przypominało połączenie kajmakunugatu. Aśka do dziś pamiętała ten smak: cudowny, raz czekoladowy, raz cytrynowy.niebiańsko pysznej masie zatopione były pokruszone herbatniki, orzechy, rodzynkiskórka pomarańczowa, wszystko razem umieszczone między waflamioblane miękkim lukrem.

AśkaAdelą, szkolną przyjaciółką, podkradały przysmakdomowej spiżarni. Ciotka nigdynikim nie zapominała, nie przegapiła żadnej daty urodzin czy imienin, żadnych świąt. „Właściwie to myśmy się chyba niczym jej nie odwdzięczali” – pomyślała Aśka ze wstydem.

Zatopiona we wspomnieniach przeszła do kuchni. Bardzo lubiła to pomieszczenie. Wyremontowała je tuż po przeprowadzceWarszawy do domu Ciotki-Dewotki, ale choć było teraz wyposażonenowoczesne sprzęty, zachowało dawny urok. Pod ścianą rozpierał się solidny, biały kredens odnowiony przez Aśkę, pod oknem, wokół dużego stołu, postawiono wygodne krzesła, a w kącie, obok dużej stojącej lampy, miejsce znalazł wygodny uszaty fotel.okna widać było starą altanę. Stała za domem, wśród krzewów rosnącychrogu ogrodu. Latem skrywała się pośród różanych pnączy, jednak teraz nie wyglądała najlepiej – odsłonięta, odrapanalekko przechylona na bok. Był to właściwie całkiem spory drewniany domek na kamiennej podmurówce. Ażurowe okna na zimę osłaniało się okiennicami. Aśka bardzo rzadko tam zaglądała, wykorzystując pojemne wnętrze głównie do przechowywania ogrodowych sprzętów.

– Najlepiej to nie wygląda. Może się lada chwila zawalić… – zamruczała pod nosempostanowiła, że musi się altanie przyjrzećbliska. Miałazwiązkutym budyneczkiem wyrzuty sumienia. Altana była urocza, ale chyliła się ku upadkowi. Całe minione lato Aśka obiecywała sobie, że zrobinią porządek, lecz zabrakło jej czasu. Nieoczekiwany spadek po dalekiej krewnej, który Aśkę zachwyciłskłonił do odmiany życia, trzeba było zagospodarować,to wymagałoczasu,pieniędzy.

Niechętnie włożyła teraz kalosze, ubrała sięgrubą kurtkęgwizdnąwszy na psy, wyszła do ogrodu. Wiatr wcale nie tracił na sile, więc kiedy Aśka otworzyła wreszcie zardzewiały zamek altany, podmuch niemal wyrwał jej drzwirąk.

Latarką oświetliła ciemne pomieszczenie. „Niewiele widać, muszę wystawić kilka gratów” – postanowiła.trudem wyniosła na zewnątrz grabiełopaty, wytaszczyła kosiarkętaczki. Pod ścianami zostało jeszcze kilkadziesiąt doniczek, wiklinowe kosze, stare ogrodowe meble. Pachniało wilgotną ziemią. Pokrywające podłogę zielone linoleum na środku było poszarpanepowydzierane. „To paskudztwo trzeba wywalić, całkiem zgniło przez wilgoć” – uznała Aśka.ciekawości uniosła fragment wykładziny. Pod spodem znajdowały się zupełnie przyzwoite deski. Aśka dokładnie je zlustrowała. „Szkoda, że są tak spękane” – pomyślała, dłubiąc palcemszparze widocznejpodłodze. „Zaraz, coś tu nie gra, to chyba nie jest pęknięcie” – zastanowiła się.

Zaczęła mocować sięna wpół zgniłym linoleum, sukcesywnie odrywając jego fragmenty. Uwolniwszy środek pomieszczenia, zobaczyła, żedeskach umieszczono sporej wielkości klapę. Kiedyś musiała być niewidoczna, ale deski rozeschły się przez lata. Aśka nie dostrzegła żadnego uchwytu. Sięgnęła po jednąwystawionych na zewnątrz łopatjej ostrą krawędź wepchnęłaszparę. Stękającwysiłku, lekko uniosła klapę. Chwyciła brzeg i z hukiem, tłukąc przy okazji kilka doniczek, odrzuciła na bok. Pod klapą była sporych rozmiarów dziura, ziejąca zapachem stęchlizny.

„Co to, cholera, jest? Jakaś piwnica?” – zastanawiała się. Położywszy się na podłodze, zajrzała do środka.świetle latarki dostrzegła, że pod starą altaną ktoś wykopał ziemiankę.pomieszczeniu wielkości dwóch, trzech metrów kwadratowych znajdowała się zmurszała pryczaresztkami materaca,obok niej taboretniski, mały stolik. Na nim leżała drewniana, solidna skrzynka.

Aśka wyciągnęła ramię, próbując jej dosięgnąć, ale zbyt mocno przechyliła się nad krawędzią i, straciwszy równowagę, spadła głowądół.

Prosto na tajemniczą skrzynkę.

 

 

 

1940, STÄDTCHEN

 

 

Hans za chwilę miał wejść do willi przy Kościelnej 1, obecnie Kirchestrasse,towarzystwie ubranegobrunatny mundur gestapowcadwóch żandarmów. Przelotnie spojrzał na swoje odbiciejednejszybzdobionych, witrażowych drzwiach. To, co zobaczył, zadowoliło go: prezentował się dostojnie, władczo, szykownie. Skórzany czarny płaszcz, wysokie oficerki, tweedowa marynarka, tyrolski kapeluszzalotnym piórkiem. Dłoniączarnej rękawiczce przetarł wpiętyklapę znaczek partii faszystowskiej. Wszystko było tak jak trzeba. Teraz wreszcie dowiedzą się, za kogo powinni go uważać. Zobaczą, że władze szanują go, ceniąstawiają przed nim ważne zadania. Hans jest kimś – to nie ulegało wątpliwości. Helena już nie będzie nim gardzić, już się nie ośmieli go lekceważyć. Tym bardziej, że miał przecież plan…

Zacisnął usta i z uniesioną głową, nieco tym poprawiając swój mizerny wzrost, wkroczył do wnętrza tuż za funkcjonariuszami.

Jedyne lokatorki willi, około czterdziestoletnia kobietakilkunastoletnia dziewczynka, stały skulone pod ścianą, wbijając przerażony wzrokprzybyszy.

– Raus! Sie müssen in zwanzig Minuten einpacken! Nur persönliche Gegenstände! Sie werden abgeschoben! Verstehen Sie das? – wrzeszczał gestapowiec.

– Ja, ich verstehe, wir werden bereit sein – cicho odpowiedziała kobieta.

Obronnym gestem przytuliła córkę.

Na widok Hansa, wchodzącego za żandarmami, dziewczynka krzyknęła:

– Janek! Nie pozwól im na to, proszę!

– Ruhe! – wrzasnął gestapowiec,dziewczynka aż się skuliła.

– Herr Schneider, proszę się rozejrzeć – uprzejmie zwrócił się do Hansa gestapowiec. mieszkaniu zostanie wszystko, co potrzebne.pewnością będzie to odpowiednie lokum dla pańskiej rodziny – powiedział, omiatając wzrokiem hol ozdobiony dużym lustrem zawieszonym nad złoconą konsolą. Stały tu też, pod rozłożystą palmą, dwa eleganckie, klubowe fotele.

– Ależ oczywiście, Hauptsturmführer, jest doskonałe. Siostra będzie zachwycona – odparł skwapliwie Schneider.

Kątem oka obserwował kobietędziewczynkę, obie bezsilnie miotające się po pokojach pod czujnym okiem żandarmów. Za każdym razem, gdy próbowały zabrać coś, czego nie powinny, były surowo napominane. Pościeli nie wolno, tylko jedna zmiana bielizny, żadnych koców, żadnych naczyń, żadnych zapasów jedzenia. Wszystko ma zostać dla nowych niemieckich lokatorów.

Schneider uśmiechnął się pod nosemzagadnął Niemca:

– Herr Hauptsturmführer, czy mógłbym prosić na słowo?

– Oczywiście, Hans. Mogę chyba tak się do pana zwracać?

– To będzie dla mnie zaszczyt, Herr Becker! – Schneider aż pokraśniałzadowolenia, odważnie pozwalając sobie na użycie mniej służbowego zwrotu. Wskazał ręką na jedenpokoi po prawej stronie holu,którym stali. – Tam możemy spokojnie porozmawiać.

Kiedy weszli do pokoju,właściwie salonu, oficer zwrócił się do Hansa:

– W czym mogę panu pomóc?

– Ma pan ochotę? – Schneider wyciągnąłstronę Niemca złotą papierośnicę.

– A chętnie, chętnie, dziękuję.

Zapalili papierosy. Zaciągnęli się dymem.

Wtedy Hans Schneider, patrząc badawczo na oficera, zapytał:

– Czy to konieczne, żeby je wywozić?

– Takie są rozkazy! – odparł stanowczo tamten. – Przecież pantym doskonale wie. Uwalniamy przestrzeń dla niemieckich obywateli. Na przykład dla pańskiej siostry. Wszystkich tych Polaków obowiązują takie same regułynie ma dla nich miejsca na niemieckiej ziemi! – zakończył patetyczne.

– Ależ oczywiście, Herr Hauptsturmführer. Jesteśmy bardzo wdzięczni naszemu drogiemu wodzowipartii za wszystko, co dla nas robi – zapewnił pospiesznie Schneider.

– Więcczym rzecz? – Gestapowiec był już lekko zniecierpliwiony, znacząco zerknął na zegarek.

– Już wyjaśniam. Te kobiety… Ja je znam… – Schneider zająknął się. Zaczerpnął powietrzatłumaczył dalej, udając, że nie dostrzega zdziwienia na twarzy rozmówcy: – Apteka, którą prowadzę, była kiedyś własnością męża tej Polki. – Hans nie uważał za stosowne dodać, że pracowałaptece jako pomocnik. Tylko pomocnik, bo studia ledwie ukończył,marnym wynikiem. – Mąż nie wróciłfrontu. Ale ta kobieta też jest farmaceutkązna niemiecki, studiowałaWiedniu. Ona mi się przyda, pomożeaptece. Póki nie sprowadzimy odpowiedniej liczby niemieckich fachowców, musimy sobie jakoś radzić, prawda?jej córka będzie usługiwać mojej siostrze, sprzątać, zajmie się dzieckiem. Co pan na to? – spytał, patrząc na Beckera.

– Ja, das ist klar – odpowiedział tamtennamysłem. – Ale nie będziecie przecież mieszkać pod jednym dachem, to absolutnie niemożliwe!

– Nie całkiem pod jednym – tłumaczył Schneider,coraz większą nadzieją, że uda mu się zrealizować ten misterny, jak mu się wydawało, plan. – Na poddaszu są dwa, może trzy pokoiki, mogąnich zamieszkać, pokażę panu. Poddasze ma osobne wejście.

– Świetnie zna pan ten dom, co? Wyście tu się za bardzo zżylitymi untermensch, Hans! – Oficer pogroził palcem. – Ale to się teraz zmieni! Dobrze, niech pan sobie weźmie te Polki. – Protekcjonalnie poklepał Hansa po plecach. niech się natychmiast zgłoszą do Arbeitsamt!

Odwrócił sięstronę drzwi, dając tym samym do zrozumienia, że uważa rozmowę za zakończoną. Przeszli do holu.

Matkacórka czekałyprzedpokoju. Dziewczynka miała na sobie kożuszek,kobieta elegancki płaszcz. Głowę okryła jednak niepasującą do płaszcza wełnianą chustą. Obie na plecy zarzuciły plecaki, każda trzymałaręku walizkę.

– Ja, ja. – Gestapowiec popatrzył na nieuwagą.

Zbliżył się powoliwskazującym palcem lewej ręki ujął brodę kobiety, unosząc jej twarzstronę światła. Dopiero teraz zobaczył, jak była piękna, mimo że już nie najmłodsza. Miała urodę Greczynki, może Włoszki, klasyczne rysy, lekko wydęte usta, ciemne oczy osłonięte długimi rzęsami, ciemnobrązowe gęste włosy, których kosmyk wysunął się spod brzydkiej chusty. Nie były topewnością pożądane, aryjskie cechy, ale Heinrich Becker uważał się za znawcę kobiet. Potrafił dostrzecdocenić ich zaletykażdych okolicznościach.

Cofnął dłońodwracając głowę, powiedział:

– Dzięki wspaniałomyślności Herr Schneidera możecie tu zostać. Zamieszkacie na poddaszubędziecie wykonywać wszystkie polecenia Herr Schneidera.razie nieposłuszeństwa zostaniecie surowo ukaranenatychmiast deportowane. Wolno wam zabrać tylko to, co macie ze sobą, verstanden? Wszystkomieszkaniu jest własnością Herr Schneidera.

Zakończył, gestem nakazał żandarmom opuszczenie willi,sam zwrócił się do Hansa:

– Heil Hitler!

Po wyjściu gestapowca Hans stał jeszcze przez chwilę wyprężony,ręką uniesionąpartyjnym pozdrowieniu. Słuchał oddalającego się stukotu oficerekcelebrował tę chwilę. Był zachwycony.

Wreszcie, wciąż dumnie wyprostowany, podszedł do matkicórki. Przerażona dziewczynka tuliła się do matki, ta zaś odważnie, nawet hardo, patrzyłaoczy ich nieoczekiwanego gnębiciela.

– Słyszałyście, prawda? – spytał. – Słyszałyście?! – wrzasnął, widząc, że nie reagują.

– Słyszałyśmy, nie musisz krzyczeć, Hans – odpowiedziała kobieta. – Hans. Chcesz, żebym tak się teraz do ciebie zwracała. Prawda, Janku?

Odniósł wrażenie, że choć jej sytuacja jest tragiczna, zwyczajnie kpiniego.

– Masz do mnie mówić Herr Schneider!odzywać się tylko po niemiecku!

Krzykiem próbował dodać sobie powagi. „Jeszcze pożałujesz, Heleno. Zetrę ci tę dumętwarzy” – pomyślał mściwie.

– Chodźcie za mną – rozkazałodwrócił sięstronę drzwi.

– Znamy drogę na strych naszego domu – usłyszał za plecami spokojny, dumny głos.

– Ruhe! Masz milczeć, kiedynic nie pytam! Rozumiesz? – warknąłwściekłością.

Poszły za nim, taszcząc walizki. Na poddasze prowadziły wąskie schody – były przyklejone do bocznej ściany domuosłonięte skośnym daszkiem. Kiedy weszli na górę, matkacórka odstawiły walizki, po czym rozejrzały się bezradnie. Znały to wnętrze, ale nigdy nie sądziły, że przyjdzie imnim zamieszkać.

Poddasze, przed laty zajmowane przez służbę, dziś smutnezaniedbane, składało siętrzech niewielkich pokoikówamfiladzie.pierwszym stał stół, przy nim dwa krzesła,ścianę wbito kilka drucianych haczyków. Drugi pokój zajmowała para żelaznych łóżek, przykrytych siennikamiprzybrudzonych, pasiastych obszyciach. Prócz nich były tu jeszcze miednica na metalowym stelażuniska, biała szafakącie izby, a w niej trochę starych niepotrzebnych już ubrań. Jedyne wyposażenie trzeciegopomieszczeń stanowiły odrapany, półokrągły zlew na ścianie,mosiężnym kranem, oraz stary żeliwny piecyk. Ścianyizbach oklejone były poobdzieraną tapetąwyblakłe wzory, tylko ostatnie pomieszczenie zdobiła żółta lamperia. Oświetlenie zapewniały zwykłe blaszane lampymałe okna mansardowe. Było zimnonieprzyjemnie.

Schneider uśmiechnął się pod nosem, gdy zobaczył mizerię tego wnętrza.

– Oto wasz apartament. – Machnął ręką.

– Tu jest bardzo zimno. Nie mamy opału – odezwała się po niemiecku Helena.

Patrzyła Hansowi prostooczy. Znowu go to zirytowało.jeszcze to, że jej wiedeński akcent był dużo lepszy niż jego kulawa niemczyzna. Starał się pozbyć polskiego akcentu, ale nie miał talentu do nauki języków. Chodził kiedyś co prawda do niemieckiej szkoły,ojcem rozmawiał po niemiecku, alekolegami często gadali po polsku,matkaogóle nigdy nie nauczyła się dobrze niemieckiego. Siostraszwagier, NiemiecRygi, wstydzili sięnią pokazywać publicznie.

– To sobie skombinujcie. Podobno Polacy są tacy zaradni! – Parsknął śmiechem, jakby opowiedział świetny dowcip. – Zasady są proste, nawet Polak je zrozumie: nie wolno wam wchodzić do mojego domu poza godzinami przeznaczonymi na pracę. Ty, Danka – wskazał na dziewczynkę – będziesz sprzątać, prać, prasować, opiekować się Dietrichem, moim siostrzeńcem. Rodzina przyjedzie za kilka dni, płyną statkiemRygi. Musisz robić wszystko, co Hannelore ci każe.ty – zwrócił się do Heleny – jutro rano masz byćaptece. Będziesz sprzątać, robić leki, obsługiwać klientów. Tylko po niemiecku, za każde słowo po polsku oberwiesz. Rozumiecie? – Spojrzał na nie groźnie.

– Danusia ma dopiero trzynaście lat – odezwała się cicho Helena.

– Da sobie radę. Jeszcze dzisiaj zgłoście się do Arbeitsamt.weźcie się do roboty, darmozjady.

Odwrócił sięwyszedł, trzaskając drzwiami. Na schodach zatarł ręce. „Teraz spokorniejesz, Heleno, czy tego chcesz, czy nie, bo inaczej córeczka popamięta. Jesteś moja, Heleno. Moja” – myślałsatysfakcją. Świadomość tego, czego właśnie dokonał, tak go podnieciła, że mimo siarczystego mrozu, zrobiło mu się gorąco.tym niezwykłym momencie był bezgranicznie wdzięczny wodzowi za wszystko, co otrzymał: choć ledwo skończył studia, miał aptekę, kiedyś cierpiał biedę, teraz stał się bogaty, zajął właśnie pięknąwygodną willę.zdobędzie kobietę,której dotąd mógł tylko śnić. Na myśltym, że Helena już niedługo będzie się wiła pod jego dotykiem, aż przestał oddychać. Fakt, że mógłby się dopuścić Rassenschande,tej chwili nie miał dla niego żadnego znaczenia.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

POLECAMY RÓWNIEŻ:

 

 

Lidia Liszewska, Robert Kornacki

 

Napisz do mnie

 

e_Napisz_do_mnie_3d_72dpi.jpg

 

 

Jeden list może zmienić wszystko…

On – dziennikarz radiowy o zniewalającym głosie, którym uwodzi kolejne kobiety.

Ona – romantyczna i zmysłowa malarka, która chce od życia czegoś więcej.

Oboje mają po czterdzieści lat i zaczynają dostrzegać, że do ich dotychczasowych związków wdarły się rutyna i fałsz.

Ich znajomość zaczyna się od słów. Gdy On znajduje w kawiarni list zgubiony przez Nią, zaintrygowany postanawia Jej odpowiedzieć. Na kartach papeterii powoli rodzi się uczucie. Choć nie są już beztroskimi nastolatkami, jeszcze zdążą zmienić w swoim życiu wszystko.

Doskonała powieść iskrząca się ogniem namiętności i prawdziwymi emocjami.

Takich listów jak Oni nie pisze nikt.

 

POLECAMY RÓWNIEŻ:

 

 

Sylwia Trojanowska

 

A gdyby tak…

 

e_a_gdyby_tak_3d_72dpi.jpg

 

 

Czy może nas zaskoczyć nasza własna przeszłość?

To miała być kolejna nudna konferencja szkoleniowa. Gdy do sali wykładowej wchodzi Aleksander, Zuzanna nie może uwierzyć, że to ten mężczyzna, który na studiach złamał jej serce. Dzisiaj oboje mają po czterdzieści lat, a za sobą nieudane małżeństwa. A gdyby tak dać swoim uczuciom jeszcze jedną szansę?

Kiedy wydaje się, że najtrudniejsze chwile to już przeszłość, dramatyczna wiadomość zmienia wszystko. Co wybierze Zuzanna, gdy pozna prawdę?

Obok tej powieści nie można przejść obojętnie. Takie historie nie zdarzają się często, a niektóre decyzje łatwo oceniać… Dopóki nie padnie pytanie: a gdyby chodziło o nas?

 

 

 

 

 

 

SPIS TREŚCI

 

 

 

 

 

PROLOG

ROZDZAŁ I

ROZDZAŁ II

ROZDZAŁ III

ROZDZAŁ IV

ROZDZAŁ V

ROZDZAŁ VI

EPILOG

SŁOWNIK JEŹDZIECKI

POSŁOWIE

 

Polecamy również

00009.jpeg