Latawce - Agnieszka Lis

Latawce

0,0

Grzegorz ma kilka lat, gdy jego ojciec opuszcza rodzinę. Chłopiec został z matką, z którą z każdym rokiem coraz trudnej mu się porozumieć. Ojciec był mistrzem i autorytetem, matka jest łatwowierną, kochającą, uległą kobietą. Ona wybacza kolejne błędy, Grzegorz przekracza kolejne granice.

Myliłby się jednak ten, kto by uznał, że to zwyczajna opowieść o konflikcie pokoleń, toksycznych relacjach i braku zrozumienia. Bo „Latawce” to próba nieustannego poszukiwania wolności, tęsknota za nią. Ale czy Grzegorz ją odnajdzie, czy też da się oszukać jej złudzeniu? W pewnej chwili chłopak dotkliwie się przekona, że jednak człowiek nie ma skrzydeł…

Agnieszka Lis w tej wspaniałej i wzruszającej książce udowadnia, że jest niezrównaną mistrzynią formy. Nielinearna konstrukcja, element zaskoczenia niemal na każdej stronie i oczywiście nieszablonowe zakończenie sprawiają, że od książki nie sposób się oderwać.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
4186.jpg

 

 

4184.jpg

 

 

 

Copyright © Agnieszka Lis, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp.o.o., 2018

 

 

 

 

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Agnieszka Czapczyk / panbook.pl

Korekta: Maria Moczko / panbook.pl

Projekt typograficzny, składłamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Design Partners

Fotografia na okładce: www.depositphotos.com/start08

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książkiinternecie.

 

 

Wydanie elektroniczne 2018

 

eISBN 978-83-7976-819-6

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp.o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nazywam się Grzegorz. Jestem podwójny. Wielokrotny. Jak kot, tylko nie wiem, ile jeszcze zostało mi żyć. Teraz żyję drugim.

Nie miej złudzeń. To nie jest historiakimś szczególnym. To jest historiamnie.nastolatku,żaden młokos nie jest szczególny. To tylko kształt, który może kiedyś wyjdziecienia, rozłoży skrzydła,poleci. Chociaż prawdopodobnie to się nie uda.

 

 

star.jpg

 

 

Ja też urodziłem się nikim. Jak tytwój sąsiad.Głogowie, mieście niewartym wielkiej uwagi, jak każde miasto.

Po czterech latach miałem cztery lata. Czas wszędzie płynie tak samo. Tego dnia nie padał deszcz. To ojciec płakał.

Odchodził. Płakałem razemnim.

Dorośli są okrutni. Najpierw ukrywają się, swoje słowa, dobrozło, zło przede wszystkim, grają role,dobro tylko udają. Tak jak kochanie. Jak miłość.

A potem odchodzą.

Patrzyłembalkonu trzeciego piętra, jak ojciec znikałswoim zielonym fiacie.możetaksówce. Zielonej. Nie pamiętam. Mój ojciec odchodził,ja nic nie mogłem na to poradzić.

Ten balkon to było dobre miejsce. Może jest ciągle. Tam było dobrze staćpatrzeć, jak słońce zachodzi,sprawdzać, czy już zielenią się liście. Wyczuwałem na nim zapach wiosny, jeszcze zanim na parku osiadał zielony puch. Park tylko potwierdzał, że już przyszła. Nie lubiłem wiosny.

To czas zdejmowania puchowych kurtekzakładania lekkich spodni. Wyciągałem cielskowielkich ubrańdalej pozostawałem wielki. Śmiali sięmnie.

Wolałem sprawdzaćbalkonu, czy ciągle leży śnieg na szczytach drzewparku, czy może resztka została jeszcze na górce. Na sankach wszyscy byli niezgrabni.

Gdy ojciec odjechał, matka wzięła mnie za rękę. Szliśmy przez park, była jesień. Nie wiem, gdzie chciała dojść. Po prostu ciągnęła mnie za rękę, przeszliśmy przez most na strumieniu, dziką ścieżką zasypaną kruchymi liśćmi. Wydawały suchy dźwięk, trzeszczały. Zahaczyłem wtedyporęcz, na kurtce zostało rozdarcie, resztki zielonej farbytrochę rdzy. Cały czas płakałem.

A potem, długo potem, miałem dość. Życia, ze wszystkimi jego dobrymizłymi, wzlotamiupadkami.innym wszystkim.

Tak bardzo miałem dość, że postanowiłem ze swojego życia wyskoczyć. Chciałem latać. Prawie mi się udało.

 

 

star.jpg

 

 

– Zimno jakpiekle.

Senior uniósł brwi.

– Piekło jest tam, gdzie jest źle – dopowiedziała.

– To mamy piekło. Grześ dostaje gorączki. – Zdjął rękęczoła dziecka.

Przysunęła się na kolanach, pocałowała ciepłe czoło.

– Może to tylko wrażenia. Podróż długa… – Westchnęła. – Gdzie tu szukać lekarza?

– Rano poszukamy.

– A jaknocy będzie bardzo gorący?

– To będziemy szukaćnocy.

 

 

star.jpg

 

 

– Zaczekaj, wezmę koc, dzieciak się trzęsie.

W milczeniu przechodzili przez pole, matka tuliłaramionach dziecko. Senior szedł zdecydowanym krokiem, nie mogła go dogonić. Gdy zatrzymał się przy kiosku, zbliżyła się na tyle, by usłyszeć końcówkę rozmowy.

– Daleko?

Ktoś zasłonięty czarno-białą prasą odpowiadałwnętrza budy.

– A potemprawo? – Senior nasłuchiwał. – Dziękuję.

– Daleko jeszcze? – Westchnęła. Spoconazdyszana, stawała się poirytowana. Chłopiec wyczuł zdenerwowanie matki, zaczął płakać.

– Daj małego. Ciężko ci.

Pokręciła głową, zaciskając dłonie.

– Tylko idźmy wolniej.

Kiwnął głową. Dostosował krok.

 

 

star.jpg

 

 

Dom doktora był niewielki. Frontowy ogródek miał zielony płotek, 60 centymetrów. Budynek stał przy bocznej ulicy, ale każdy potrafił go wskazać. To był jedyny doktorokolicy.

– Zwyczajna świnka. Dziecko potrzebuje spokojuciepła. Powinien leżeć przez kilka dni. Proszę podawać mu dużo ciepłego picia, ewentualnie coś przeciwbólowego. Za tydzień będzie zdrów jak ryba. – Lekarz mył ręce po badaniu.

– Panie doktorze… my jesteśmy na wakacjach…

– Na wakacjach też się leczy dzieci, proszę pani.

– … pod namiotem.

Lekarz odwiesił spokojnie ręcznikodwrócił się do rodziców.

– To musicie przeprowadzić się gdzieś indziej. Jakikolwiek pensjonat, byle czysty i z ciepłą wodą.

 

 

star.jpg

 

 

– Musimy skrócić pobyt.

– Chcesz jechaćchorym dzieciakiem?

– Ten pensjonat kosztuje za dużo.

 

 

star.jpg

 

 

– Dzwoniłam do rodziców. Zapłacą za pensjonat.

– Za kolejną wizytęlekarza też?

 

 

star.jpg

 

 

Dziecko zapamiętało zielony płotekRewalu,jedynego doktoraokolicy.zapach wilgotnej wełny na swetrze matki, gdy wrócili pod namiot.

 

 

star.jpg

 

 

Latanie – proces,którym obiekt przebywa drogą powietrzną pewną przestrzeń. Może być incydentalne lub cykliczne.

Może unosić się, krążyćpowietrzu, fruwać.

Latać nisko, wysoko.

Latać nad ziemią, nad wodą, nad miastem.

Ptaki, owady, samoloty latają. Ludzie?

 

 

star.jpg

 

 

– Dostałam szynkę! – krzyknęławejściu, zdejmując płaszcz.

– To dobrze – odmruknął Senior, pochylony nad papierami.

– Kolację jadłeś?

– Jak jadłem, jak pracuję! – warknął.

Stanęładrzwiach.

– Nie za dużo pracujesz? – Wyciągnęła ręce, podchodząc.

Uchylił się.

– Zarobić muszę.

Wróciła do kuchni, talerz przyniosła bez słowa.

 

 

star.jpg

 

 

– Podaj portmonetkę – powiedziałem.

Uśmiechnęła się, gdy przyciągnąłem ją do siebie. Mocno.

Mam nadzieję, że lubisz to tak jak ja – pomyślałem.

– Mam nadzieję, że zawsze będziesz to lubił – powiedziała.

– Może ja pójdę? – Popatrzyła mioczy, siedząc na moich kolanach.

Pokręciłem głową.

– Dzisiaj ja. Nie zawsze jest okazja.

Musiałem poczekać na windę. Przepuściłem parę staruszków, gości sąsiadki2C. Byli pokryci jakby pyłem. Szare letnie płaszcze, twarze szare, srebrne włosy. Przykurzeni starością. Chciałbym dożyć takiego przyprószenia – pomyślałem. – Chciałbym dożyć goAnką.

Na dole jak zawsze zamieniłem parę zdańdozorcą.

Co za facet. – Zawsze taknim myślałem. – Za każdym razemcoś zapyta. Pamięta chyba wszystko.dbawszystko. Kwiaty kwitną,zanim przestaną, już kwitną następne. Podwórko zamiecione. Tylko żonę ma zrzędliwą.

W sklepie było dobrze. Sama właścicielka wyszła do mnie,doważyła mi. Zawsze doważała.

– Panią Anię proszę pozdrowić – dodała na odchodnym.

 

 

star.jpg

 

 

– Szynki nie ma?

– Nie rzucili dzisiaj.

– Tak?tyogólesklepie byłaś?

– Tak. Po ser stałam.ty byłeśjakimś sklepie?

– Ja pracuję.

 

 

star.jpg

 

 

Chłopiec łkał na zielonej kanapie. Nic nie mówił, oddychał tylko nierówno, chrapliwie. Łzy kapały. Senior klęczał przed nim.

Dziecko nie słuchało.

Dołączyła do nich matka. Razem tworzyli trójcę, nic jednak nie byłonich świętego. Matka głaskała dziecko po ręce, po policzku. Nie reagowało. Nie słuchało. Seniorkońcu wstał. Chciał wzruszyć ramionami, jak prawdziwy mężczyzna, nie potrafił jednak. Zaciskał rytmicznie ręcepięści,końcu odwrócił się do wyjścia. Dzieciak rzucił się za nim. Wisiałkolan Seniora długą chwilę, zanim pięści przestały pulsować,ręce podniosły dzieckoprzytuliły do zielonego swetra.

Senior wyszedłmieszkaniadzieckiem na rękach, walizkę popychał nogą.windy wypchnął ją na zabrudzone lastriko. Zszedł po schodach, zielona taksówka czekaławłączonym silnikiem. Chłopiec wisiał na piersiach ojca jak krzyż.

Taksówkarz miał brodę jak Rumcajs,spojrzenie Ali Baby. Był niedomyty. Wykrzywił wargi, walizkę uniósł lekko, jednym ruchem wrzucił do bagażnika.

Dziecko się zatrzęsło.

– Spokojnie, będę przyjeżdżał, Grzesiu. – Senior dawno nie używał imienia syna.

Matka stała obok, mięśnie jej drżały. Nie dlatego, że jej życie ległogruzach. Wyłącznie dlatego, że jej syn wisiałramionach ojca nie jej.

– Poczekam, aż wrócisz na górę. Pomachaj mi.

Dzieciak pociągnął nosem.balkonu machał, nawet kiedy taksówka zniknęła mu jużoczu.

 

 

star.jpg

 

 

– Grześ, zjesz może coś?

– Nie jestem głodny.

– A rybki karmisz?

– Codziennie, mamo.

– Wyglądasz przez to oknowyglądasz.

– Zobacz, mama, ile tam ludzi.

– Bloki tam są, toludzi dużo. Kręcą się, chodzą. Normalnie, synku.

– Każdy coś robi. To dziwne, nie?

– Cotym dziwnego. – Wzruszenie ramion.

– Że każdy zajęty jest. Wiesz, śpieszy się gdzieś. Tylu ludzi, ale oni nie są ze sobą.

– To znaczy? Nie są ze sobą?

– No… każdy się śpieszy.swoją stronę.

– Każdy musi swoje zrobićżyciu, synku.

– I musi sam?

 

 

star.jpg

 

 

– Idziemy, mamo?

– 

– Ładnie tu.

– Lubisz park?

– Lubię. Ładnie widać nasze okno.

– Niedługo drzewa podrosnąnie będzie widać.

– Ale jeszcze widać. Do trzeciego piętra tak szybko nie podrosną.

– Uważaj, nie przewróć się. Dlaczego lubisz ten park?

– Bo nim wychodzę na wolność.

– Na wolność?

– Do miasta. Do sklepudo kinatobą. Przez most.

– Lubię nasz zielony most.

– Też go lubię, mamo. Nim nie jeżdżą taksówki.

 

 

star.jpg

 

 

Nie, nie mam specjalnych pragnień. Chcę tylko być, zwyczajnie, po prostu.

Zdarzają się radości, choć na co dzień nie jest lekko.

Lubię pomagać.lubię koleżankę, której wczoraj pomogłem. Przyniosła mi jabłko.podziękowaniu. Wpadła wieczorem, bo pracujędomu.

Dzisiaj miałem rozmowęszefem. Właściwie wrzask, nie rozmowę. Twierdził, że zaniedbałem obowiązki. Podobno wydał mi polecenie. Jakieś. Kiedyś. Nie pamiętam, ale ja odróżnieniu od niego – nie piję. Szef też nie pamiętadlatego ja pamiętać powinienem.

Chodziłojakąś prostą sprawę. Dodatkowe kryteriumraportach. Załatwiłemdwie godziny.

 

 

star.jpg

 

 

– Jest dobrze, mamo.

– Grześ, dlaczego kłamiesz? Nie jest dobrze. Rozmawiałamwychowawczynią.

– Mamo, raptem dwie dwóje.

Westchnienie.

– Nie chodzidwie dwóje. Opuszczasz lekcje bez usprawiedliwienia. Wszystkie oceny masz słabsze. Nie uważasz na lekcjach. Nauczyciele się skarżą. Dyrektor mnie wezwał.

– Takie tylko, wiesz, mamo, wiosenne przesilenie.

– I dlatego spędzasz czasparku?

– Lubię park. Ty też go przecież lubisz?

 

 

star.jpg

 

 

Gdy śni ci się, że lecisz samolotem – oznacza to jakąś wielką porażkętwoim życiu. Twoje plany się nie ziszczą.

Mieć skrzydła, śnićskrzydłach – mieć zmartwienia.

Latać bez skrzydeł – radośćszczęście. Wolność. Śnićwolności. Tęsknić za wolnością.

 

 

star.jpg

 

 

– Drzwi zamykaj.

– 

– Synku, drzwi zamykaj!

 

 

star.jpg

 

 

– Grześ, cotwoimi rybkami?

– A co?

Hałas. Spadł plecak. Trzask drzwi.

– Mamo!

– Widziałam. Może ich nie karmiłeś?

– Codziennie!

– A ile?… Może za dużo?

– Przekarmiłem?

– Conimi teraz zrobisz?

– Zimą nie pochowamziemi.

– Ale musisz do sedesu?

 

 

star.jpg

 

 

Cieszenie się prostymi przyjemnościami jest niezwykłe. Odwrotnie proporcjonalne do pospolitości zdarzeń. Radośćodnalezienia książki na półce, schowanejdrugim rzędzie za rocznikiem statystycznym1975. Zapach zdziczałego szczypiorku przy ścieżce do parku. Smak lodów waniliowychupalny dzień. Dojście do tych radości zajmuje czasami całe życie – ja jedno poświęciłem na poszukiwanie radości wielkiej, bezwzględnej, oszałamiającejobezwładniającej. Istniejącej gdzieś. Nie potrafiłem zrozumieć, że nic takiego nie istnieje, tak jak nie potrafię teraz zrozumieć, jak mogłem nie rozumieć.

Tak proste, tak skomplikowane.

 

 

star.jpg

 

 

– To już nie jest drobna niedyspozycja. Jesteś zagrożony.

– Mamo, zaliczę poprawkę, będziegłowy.

– Grześ, przecież ty byłeś wzorowy.

– Dawno.

– Dla mnie jesteś cały czas.

– Niech tak zostanie, mamo.

Dziwne to. Mama taka mądra,nie rozumie, że życie niewiele jest warte. Uczyć się, nie uczyć – na to samo wychodzi.tak pójdę do robotyjakimś zapyziałym sklepie.maturą czy bez.

 

 

star.jpg

 

 

– Synku, drzwi zamykaj.

 

 

star.jpg

 

 

– Nie chcę remontu. Nie chcę malować ścian ani drzwi. Żadnych drzwi.

– Synku, przecież tu już brudno.

– Nie drzwi.

– Zobacz, framuga taka brudna. Pomazana tutaj…

– Mama! Tutaj tata zaznaczał, jak rosłem.

– Dobrze, dobrze już. Nie zamaluję.

 

 

star.jpg

 

 

– Masz trzysta godzin nieusprawiedliwionych.

– Nie pisałaś usprawiedliwień.

– Wychowawczyni skarży się, że jesteś niegrzeczny.

– A ona jest grzeczna?

– Pyskujesz.

– Jej czy tobie?

– Jednodrugie.

– Daj spokój. Przecież nie usprawiedliwisz mi trzystu godzin.

– Przy takiej frekwencji mogą cię nie dopuścić do poprawki.

– Dopuszczą. Już dopuścili.

– A zaliczysz? Przecieżogóle się nie uczysz.

– Mojatym głowa. Daj coś zjeść, mamo.

 

 

star.jpg

 

 

– Mama, co to?

– Okno otworzyłam, przeciąg się zrobił.

– Bajzel tu.

– Nie zdążyłam sprzątnąć. Trzaskają te drzwi, jak się tylko oknokuchni otworzy.

– Mama, ta szyba,tych drzwi, wbiła siędrzwi szafy. Ale musiało pier… walnąć, znaczy się.

– Huk był straszny. Pomóż posprzątać. Pełno tu szkła.

– Śpieszę się, mama. Lecieć muszę.

– To pa, synku… posprzątam. Poradzę.

 

 

star.jpg

 

 

Dzisiaj moje życie zawiera sięfotelu,którym siedzę przed komputerem. Włączam niezbędne aplikacje pomagam. Otwieram swoje życie pomaganiem. Innym ile mogę, sobie – zwykłym istnieniem. Codziennością.

 

 

star.jpg

 

 

– Dziadek, porobimy coś?

– Co, wnusiu, co?

– Pograj ze mną.warcaby może.

– Ja tam nie lubięwarcaby grać.czemu ty do szkoły nie chodzisz?

– Co nie chodzę. Chodzę, dziadek, chodzę. Tylko dzisiaj na później mam.

– To na lody chodź, wnuczku.

 

 

star.jpg

 

 

– Zaliczyłeś?

– Zaliczyłem.

– Słyszałeś ten huk?

– Nie. Znowu szyba poleciała?

– Jaka szyba? Nie, to kamień miserca spadł. Czyli właściwie masz wakacje?

– Na co mi wakacje? Przecieżtak nigdzie nie jedziemy.

– Do ojca pojedziesz.

– I to mają być wakacje?

O czym będęnim rozmawiać?

 

 

star.jpg

 

 

– Co robisz, mamo!

– Okno myję.

– Zostaw!

– Mam zostawić brudną balkonową szybę? Nie będę widzieć, jak idziesz do szkoły.

– Naklejkę zostaw!

– To? Chcesz zostawić tego starego, wypłowiałego orła? Bez korony?

– To hologram. Zabytkowy. Ojciec nakleił.

 

 

star.jpg

 

 

Zakupy to jednaniewielu moich rozrywek. Kino – raczejdomu, na płycie albonetu. Książki dostarcza mi Anka. Większe sprawy załatwiamy razem, jedziemy wtedy samochodem, na który czekałem tak długo. Od niedawna jestem zmotoryzowany.

Wczoraj pojechaliśmy do marketu. Anka miała na szczęście listę zakupów, ja nigdy jej nie robię. Potem przesuwam się między regałamikupuję za dużo, ale zapominamrzeczach najważniejszych. Wczoraj najważniejsze było masło orzechowe, niezbędny dodatek do kurczaka po indyjsku. Tak go nazywamy. Jutro przychodzą do nas znajomi. Chcę ich uraczyć tym, co umiem zrobić najlepiej.

Ależ jestem banalny.

 

 

star.jpg

 

 

– Dziadek,tobie to nie jest tak smutno?

– Co tam mi smutno ma być. Posiedzę, telewizor pooglądam sobie. Radia posłuchamprzez okno popatrzę. Ludzie tak żyją dookoła, popatrzeć można.

– Ale bez babci to nie jest ci smutno?

– Babci to jużlepiej.

– Chyba zimniej.

– Co mówisz?

– Żetrumnie zimniej!

– Ale, żeby tam od razu. Sąsiedzi to psa mają. Ujadaprzeszkadza.

– W nocy szczeka?

– W nocy to śpi, aledzień szczeka.

– W dzień to chyba nie przeszkadza…

– Jak nie przeszkadza, popatrzeć nie daje, posłuchać, co ludzie mówią.

– Dziadek,może na lody pójdziemy?

 

 

star.jpg

 

 

– Co dzisiaj będziesz zwiedzał?

– Nie wiem jeszcze, cokolwiek.

– Warto mieć jakiś plan.

– A jaki masz ty?

– Iść do pracy.

– A ja przed telewizor.

– Przyjechałeś do Warszawy, masz wolny czas…

– Nie chce mi się.

– Jutro nie idę do pracy. Do końca twojego pobytu mam wolne. Cieszysz się?

– Fajnie, przynajmniej coś zobaczę. Nie będę sam.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

6458.jpg

 

 

7154.jpg

 

 

 

 

 

 

 

Agnieszka Lis,

Samotność we dwoje

 

 

 

 

 

MajaAdam zawsze byli dla otoczenia parą idealną. Żadnych kłótni ani problemów finansowych, wszyscy zazdrościli im takiego życiatakiej miłości. Po latach, gdybrzuchu nie trzepoczą już motyle, wspólne życie okazuje się nie tak proste. Kiedy Maja spędza kolejne dnidelegacji, Adam szuka pocieszeniaramionach innej.

 

Czy podczas wspólnego urlopudala od codziennych problemów, coś jeszcze może się zmienić? Dlaczego związek, który jeszcze niedawno był spełnieniem marzeń,biegiem czasu zmienia siężycie obok siebie? Czy wartonieskończoność walczyćmiłość?

 

Samotność we dwoje to opowieśćoddalaniu się od siebie. Emocje MaiAdama buzują,przyszłość przynosi kolejne niespodzianki. Czy potrafią się jeszcze odnaleźć?

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

 

 

Dużo się dzieje

 

 

Zbliżają się moje czterdzieste urodziny. To dobry czas na podsumowania. Nawet jeśli wnioski miałyby się okazać niewesołe.

Jestem takim sobie, przeciętnym facetem, niezbyt przystojnym ani ambitnym,nawet nieszczególnie utalentowanym. Spokój byłjest moją religią. Cenię wygodęlubię mieć pieniądze. Niekoniecznie wielkie pieniądze – raczej takie, żeby wystarczyło na wygodne życieskromne przyjemności.

Zawodowych ambicji nie mam. Nigdy nie miałem. Po studiach zatrudniłem sięfirmie serwisowej, gdzie zajmowałem się obsługą biura.tak trwałem przez wiele lat. Owszem, podśmiewali się ze mnie, że jestem sekretarką. Mówiłem wtedy, że nie sekretarką,sekretarzemże podtrzymuję przedwojenne tradycje.

Przy okazji, choćtajemnicy, nauczyłem się naprawiać pralkilodówki. Nie wiem po co ani dlaczego. Za to zrobiłem to metodycznie. Nakupowałem podręcznikówgruntownie je przestudiowałem. Teorię łatwo mi było podeprzeć praktyką. Buszowałem od niechcenia po warsztacie – tu coś podejrzałem, tamcoś zapytałem jakoś tak mimochodem stałem się ekspertem od zepsutych sprzętów AGD. Nie zamierzałem ich naprawiać, bo nie znoszę babrać sięsmarachkilkuletnim kurzu. Wystarcza mi myśl, że umiemmógłbym.

W ogóle jestem metodycznylubię, gdy wszystko jest poukładane: praca, dom, żona. Trudno przejść przez życie bez zawirowań, alesumie chyba osiągnąłem pełnię. Zarabiamwiele lepiej, niż chciałem. Jestem kierownikiem ze sporym zespołem ludzi. Poukładałem sprawy tak, że toczą się bez mojego większego wysiłku. Jestem doceniany, prezes patrzy na mnie łaskawym okiem. Mam domogrodem,domu – spokój, inteligentną żonę. Życie jest dobre. Nie zawsze takie było.

Mam też nową pasję – szusowanie po ośnieżonych trasach.kłopot, który uwielbiam. Kochankę, która, jak narkotyk, dodaje mojemu uporządkowanemu życiu pikantnego smaku szaleństwa – niby wiem, że jest złem, ale nie zamierzam sięniego leczyć.

Wracając do nart,właściwie – nart! – wykrzyknik jest niezbędny, tak mi się ten sport podoba. Dopiero zaczynam, ale czuję, że to jest to. Zaprzyjaźniłem sięfacetem, który od lat każdą wolną chwilę spędza na nartach. Przekonał mnie, żebymja spróbował. Wiedział szelma, co robi. Wciągnął mnieteraz jest to już nasza wspólna pasja.

Tak… Mógłbym powiedzieć, że dobrze się dzieje. Wszystko toczy się tak, jak należy. Czy jednak? Chyba mam drobne wątpliwości. Być może dlatego nabrałem ochoty, by opisać wydarzenia, które mnie tu doprowadziły,to miejsce mojego życia. Dla mnie to były burzliwe zdarzenia.słowo pisane pomaga znaleźć odpowiedzi.

Dziś rano na wystawie księgarni zobaczyłem pięknie oprawiony gruby zeszyt.

Doskonale – pomyślałem wtedy, bo lubię eleganckie, piękne rzeczy. Uznałem, że jest to brulion wart zapełnienia.

Cóż… Zaczynam.

 

 

 

 

 

Rozdział 2

 

 

 

 

Marianna

 

 

Jest luty dwa tysiące piątego roku. Tkwiębiurze serwisu AGD-RTVpo ośmiu godzinach niezbyt męczącej pracy wracam do pustego domu. Moja żona, Marianna, dla mnieznajomych Majka, robi zawrotną karierękorporacji. Zajmuje się handlem. Dla kontrastu – ona jest dynamiczna, wiecznie zabiegana, zajęta swoimi sprawami. Wraca wieczoremna ogół pada ze zmęczenia. Często wyjeżdżadelegacje, na jakieś kursy czy konferencje. Bywa, żeweekendy spędza poza domem.ciągle awansuje. Co chwilę wskakuje na bardziej odpowiedzialnelepiej płatne stanowisko.

Jest pięknabardzo mnie pociąga, noświetnie gotuje. Raczej powinienem napisać: potrafi gotować. Rzadko to robi, nie ma na to czasu. Kocham moją żonęjej ciągła nieobecność zaczyna mi doskwierać. Ostatnio nawet już ze sobą nie rozmawiamy. Nie mamy kiedy. Wymieniamy szybkie komunikatyprzelocie między kuchniąłazienką albo krótkie uwagi przed telewizorem. To dobrze nie wróży.

 

 

 

 

 

Rozdział 3

 

 

 

 

Wolę spokój

 

 

Bardzo źle znoszę niespodzianki mojej żony. Jej energiaentuzjazm czasem wręcz wytrącają mnierównowagi. Burzą mój bezcenny spokój.

Tego dnia Marianna wpadła do domu i, nieomal potykając sięmnie, zawołała:

– Adaś, jesteś?

– Nie, nie ma mnie. – Mój sarkazm brał sięfaktu, że zawsze byłemdomu, gdy wracałapracy. Poza tym natychmiast zwietrzyłem jakąś „bombę”.

– To dobrze. Mam niespodziankę. – Była rozpromieniona, podekscytowananie zwracała na mnie uwagi.

– Mam nadzieję, że mnie nie porazi. – Bardzo chciałem nie być szyderczy, pewnie dlatego zabrzmiało to bojaźliwie.

– Na odczepnego kupiłam losnaszej firmowej loterii. Charytatywny cel, więc kupiłam ich kilka. Nawet nie wiedziałam, jakie są nagrody,ogóle się tym nie interesowałam. Kupiłam losyzapomniałam.wygrałam! Adam, wygraliśmy! Dwa tygodnieChorwacji!!!

– Majeczko, jest luty, nie ma upału! Skądciebie udar? – Lęk, trwoga, drwina, nadzieja, że jednak nie? Nie mogłem się zdecydować.

– Adam, naprawdę!

Zaczynałem wierzyć. Ja to mam szczęście! Ktoś może skakałbyradości ja mam problem. Nie cierpię wyjeżdżać. Nienawidzę wyjeżdżać! Wolałbym przesiedzieć urlopdomu.

– Opowiedz. – Starałem się ukryć rezygnację.

Marianna była rozpromieniona. Słuchając, po raz kolejny zdałem sobie sprawę, jak bardzo uwielbiam moją żonę.nawet jej narwane pomysły. Po prostu – kocham ją. Dla niej mogę się tłuc na koniec Europy.

Okazało się, że to nie żart. Chorwacja, dwa tygodnie na początku września. Hotel do wyboru spośród kilkudziesięciu, kilkuset różnych, rozrzuconych po całym chorwackim wybrzeżu. Zaraz po sezonie, gdy będzie mniej ludzi,jeszcze ciepło. Wizja lazurowego Adriatyku nawet mnie wydała się kusząca, szczególnie na tle lutowej szarugi. Po kolacji, którą podałem bez pomocy Majkiktórą ona ledwie zauważyła, usiedliśmy do internetuzaczęliśmy przeglądać ofertę hoteli.

Czego tam nie było! Molochykameralne pensjonaty na dziesięć pokoi. Latarnie morskie na cztery osobydomową kuchnią żony latarnika. Po dwóch godzinach rozbolała mnie głowa. Nawet moja szybko podejmująca decyzje żona poczuła się ogłupiała. Nic nie wybraliśmy.sumie znaleźliśmy kilkanaście tysięcy ofert, obejrzeliśmy około trzydziestumieliśmy dosyć.

– Musimy zdecydować, czego szukamy. Określić jakiś klucz, inaczej będziemy wybierać przez najbliższe dwa lata.

– Masz rację, Adasiu. Tylko czego my szukamy?

Majka oparła swój brzoskwiniowy policzek na wypielęgnowanej dłoni. Paznokcie też miała brzoskwiniowe. Chciałem ją przytulić; jej policzek, paznokcie, ją całą.

– Ciszyspokoju? – Tak jak się spodziewałem, nie tego szukaliśmy. – Alekażdym razie nie kurortujego głównej ulicy, przy której znajduje się sześć dyskotekcodziennie przewala się tłum ludzi, prawda?

– Jasne. Adam,może poszukajmy czegoś, co jesttakim miejscu cichymspokojnym, tak jak ty chcesz, ale niedaleko od jakiegoś kurortu? Będziemy mogli dawkować ciszęhałas, spokójrejwach. Co ty na to?

– Świetny pomysł, tylko wyszukiwarka pracujesystemie wyboru: Kwatery prywatne, Hotele, Wellness, Last minute, Wille, Jachty morskie, Agroturystyka – zauważyłem.

– Tak, chyba musimy dokonać selekcji. – Majka też dostrzegła trudność.

– Co powiesz na dwa tygodnie na morskim jachcie?

– Rewelacja. Tylko, mężu mój, po pierwsze wygrana nie obejmuje tej opcji,po drugie te pobyty zaczynają się od trzech tysięcy euro. Za tydzień od osoby.

– A kończą na prawie czterdziestu tysiącach. Poza tym na pewno dostałbym choroby morskiej. Czyli jachty wykluczamy.

– Raczej tak. Co powieszWellness?

Długą chwilę spędziliśmymilczeniu na studiowaniu oferty. Baseny, masaże, jacuzzi wirowały przed oczami. Mocna rzecz. Ceny jeszcze mocniejsze.

– Chyba nie zdecydujemy się aż tyle dopłacić, co? – Sprowadziłem nas na ziemię.

– No, chyba nie… – Majce błyszczały oczy, ale znałem jej rozsądekbyłem przekonany, że tej opcji raczej nie wybierze. Choć, jak sroczka, chętnie będzie się jej przyglądać.

– Dobra, żonko, idźmy do przodu. Last minute nas nie interesuje, bo my chcemy wybrać teraz na wrzesień,nie we wrześniu na wrzesień. Odpuśćmy sobie też od razu AgroturystykęWille. Pierwsza nie wchodzigrę,cała willa nie jest nam potrzebna. Byłby to za duży zbytek, nie sądzisz?

– Sądzę, chociaż luksus jest pociągający…

– Konto po luksusie natomiast mniej – skwitowałem sucho.

– Ty racjonalisto – mruknęła. – Zostały nam HoteleKwatery prywatne. Proponuję odpuścić sobie hotele. Za duże ryzyko, że trafimy na jakiegoś molocha, sympatycznie opisane ponure gmaszysko, mieszczącesobie tysiąc pięćset pokoi. Pozostają kwatery prywatne. Co ty na to?

Zgodziliśmy się. Wybraliśmy kwatery prywatne, kazaliśmy przeglądarce posegregować ich dostępność we wrześniu na całym wybrzeżu Adriatyku. Wyświetliło się sześć tysięcy ofert. Ograniczyliśmy się do Dalmacji Środkowejmieliśmy już tylko półtora tysiąca ofert. Wyłączyliśmy jeszcze wyspywyszło nam tych ofert osiemset.

– Wiesz co, żono moja? Osiołkowiżłoby dano. Będę tak zmęczony wybieraniem, że nigdzie nie będzie mi się chciało jechać. Już mi się nie chce!

– Nie bądź maruda.

– Ale ja jestem maruda!

– Właśnie widzę.

– Na dziś mam dość.

– Nie bądź taki, wybierzmy coś!

– Nic dzisiaj nie będę wybierał. Jestem zmęczony. Zaskakujesz mnie wiadomościąwyjeździespędzamy prawie cztery godziny przed komputerem, wybierając coś,czego nie chcę skorzystać. Jestem zmęczonyzaczynam być zły. Chyba wolałbym dostać od żony kolację na stół. Być może taka zwyczajna rzecz byłaby dla mnie ważniejsza niż wakacje na koszt firmy.

– Jesteś nieporządku.

– Nigdy nie twierdziłem, że jestemporządku. Teraz twierdzę, że właśnie idę spać.

Tak, byłem złykłótnia wisiałapowietrzu. Czasami się kłóciliśmy. Bywało, że moja żona cierpiała na nadmiar energii. To właściwie nie byłoby takie złe, gdyby nie fakt, że niekoniecznie chciała ów nadmiar spożytkować zgodniemoimi potrzebami. Miała własny, stanowczy pogląd na życietego się trzymała. Dla niej liczyła się dynamika, tempointensywność wrażeń – tu pojechać, tam zobaczyć, tego doświadczyć.ja wolałem po cichu siedziećdomurozkoszować się spokojem. Temat urlopu co roku był przyczyną sporów. Ja najchętniej nigdzie bym nie wyjeżdżał, Majka pojechałabypięć miejsc naraz.teraz zaczęło do mnie docierać, że nie ma mowyspokojnym rozkoszowaniu się ciszą własnego domowego ogniskanajbliższe wakacje. Sprawa była przesądzona – to już wiedziałem. Pojedziemy do tej cholernej Chorwacjijuż. Nawet moja standardowa deska ratunkowa – chociaż czasem to już była brzytwa ratunkowa – nie pomoże. Nie wykpię się tym, że za drogo, bo ktoś za nas zapłaci. Po prostu pojedziemy do tej Chorwacji. Do tej cholernej Chorwacji.

Ależ byłem zły!pierwszej chwili ucieszyłem sięwygranej, bo zawsze miło jest coś wygrać. Potem Majka podkręciła mnie na oglądanie ofertinterneciezanim do końca uświadomiłem sobie, co to znaczy, już uczestniczyłem czynnieturystycznej dyskusji. Teraz ochłonąłemmiałem przed oczami okropnie długą podróż, potem obskurny hoteltrzeszczącymzapadającym się łóżkiem. Pomimo zmęczenia, nie posunąłem sięwyobraźni do wizji karaluchów czmychających po zapaleniu światła tak miałem dosyć.

Takie wieczory bywały przykre. Spaliśmyjednym łóżku, ale oddzielnie. Ostatnio coraz częściej. Na ogół to ja złościłem się na Majkę. Miała zbyt wiele pomysłów, chciała zbyt wiele rzeczy naraz. Wszystkiego chciała.mnie bolało to, żetym „wszystkim” zapominałamnie. Zapominała po prostu uwzględnić mnieswoich planach. Jak typowy wojownik: zdobyła, usidliła, odhaczyła. Przestała się mną zajmować– co najbardziej bolało – przestała liczyć sięmoim zdaniem.

Zaraz, zaraz, czy to nie faceci powinni być zdobywcami? Ale ja nie chcę być zdobywcą! Chcę być sobą, Adamem,nie miećtego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Nie odczuwam potrzeby dopasowania do stereotypów, że facet to macho,zwiewnaeteryczna kobietka jest strażniczką domowego ogniska. Niech nie będzie strażniczką, ale niechogóle będzie. Bo mojej żony mentalniedomu nie było.

To właśnie stało się powodem mojej narastającej frustracji.

 

 

 

 

 

Rozdział 4

 

 

 

 

Domowa kolacja

 

 

Następnego dnia sytuacja nie uległa zmianie. Poranek jak poranek. Przywykliśmy już do wieczornych napięćten ranek nie różnił się od innych. Kąpiel, śniadanie, trochę krzątaniny, więcej pośpiechu. Nic szczególnego. Zapomniałemchorwackich wakacjach, trzeba było myślećpracy. Mój dzień miał być typowy: trochę papierków do przełożenialewej na prawą stronę biurka, trochę telefonów, niczego niezwykłego nie oczekiwałem. Majka też miała dzień jak co dzień, to znaczy spodziewała się samych niezwykłych rzeczy. Począwszy od pierwszych telefonów jeszczesamochodzie, kiedy mogło się okazać, że konkurencja właśnie ogłosiła nową ofertę handlową, więc natychmiast trzeba ją przeanalizowaćsię do niej dostosować, aż po wieczorną kolacjęsupereleganckim lokalu, gdzie supereleganccy panowie będą próbowali mojej żonie przydzielić kolejne trudne zadania,których będzie się mogła po raz kolejny sprawdzić. Dzięki owej kolacji miałemperspektywie ponowny samotnyspokojny wieczór. Będę mógł się zastanowić, co zrobić, ewentualnie oswoićmyślą, że jednak czeka mnie ten wrześniowy wyjazd. Może nawet usiądę do netucoś wybiorę?

Smętnie spojrzałemlustro, zawiązując krawat. Właściwie po co codziennie go wiążę? Przecież nikt tego nie oczekujezakładzie serwisującym sprzęt AGD-RTV. To pytanie zadawałem sobie często.zawsze odpowiadałem tak samo: żeby nie wyglądać przy mojej żonie jak palant, kiedy razem wychodzimy do pracy. Bo ona zawsze jest elegancka, wymuskana: garsonka, szpilki, jedwabna bluzka. Ja mógłbym przychodzić do pracydżinsach, nikt by nie zauważył. Ale nic to. Codziennie zawiązywałem krawat, tak miało byćjuż.

Wieczorem okazało się, że kolacja została odwołana. Ku swojemu zdumieniu, kiedy wróciłem do domu, zastałem moją żonękuchni. Rzadki to widok, ale bardzo apetyczny. Raz, że Majka jest ponętna,dwa, że zapachypiekarnika wręcz rozpaliły mi żołądek.

– Nie pytaj, niespodzianka! – zawołałauśmiechem.

Fakt, nie lubię niespodzianek, ale kulinarne zaskoczeniawykonaniu mojej żony były wyjątkiem.przeciwieństwie do innych sensacji, te akurat zawsze wychodziły mi na zdrowie. Jeśli jej się chciało, naprawdę potrafiła czarowaćkuchni.tym przypadku jej nadmiar energii bywał dobrze ukierunkowany. Potrafiłaniezwykłą wyobraźnią łączyć składniki,zestawieniu których nawet bym nie pomyślał. Truskawkibazylią na ciepło. Kawaketchupem jako sos do grillowanych kiełbasek. Rybarodzynkamipiwnym sosie. Surowy kalafiororzechamizestawem przypraw, których nie potrafię nawet spamiętać.tak dalej. Teraz pachniało po prostu zapiekanką, ale wiedziałem, że tamśrodku „po prostu zapiekanka” będzie „po prostu wyborną zapiekanką”. Nie myliłem się, chociaż składniki były banalnie proste. Kalafior, jakieś pestki czy małe orzeszki, kilka młodych marchewek, ze dwa ziemniaki. To wszystko polane jakimś sosikiem, któregopewnością nie potrafiłbym odtworzyć, choć Majka warzyła go już nieraz na moich oczach. Za każdym razem robiła go trochę inaczejza każdym razem wychodził bosko. Raz była tam śmietana, innym razem tylko mleko. Raz go wcześniej podgrzewała, innym razem bełtała na zimno. Czasami było tam jajko, czasami nie. Przypraw nie zliczę.wszystko to posypane tartym żółtym serem zmieszanymparmezanem. Kilka razy też próbowałem coś takiego zrobić. Ściśle według wskazówek. I w każdym przypadku była to tylko imitacja jej kulinarnych wyczynów. Zjadliwe, ale nie to.

Majka, uśmiechając się do mnie, właśnie wyciągała ambrozjępiekarnika. Poleciałem do łazienki myć ręcezałożyć swobodniejsze ciuchy. Rzuciłem się na domową ciepłą kolację, jakbym miesiąc nie jadł. No, półtora tygodnia. Tyle czasu minęło, odkąd moja ślubna przyrządziła mi ciepły posiłek. Smakowało równie dobrze jak pachniało, więc cały poświęciłem się konsumpcji. Majka patrzyławyraźnym ukontentowaniem. Każdy by się pewnie cieszył, gdyby jego dzieło spotkało siętak namacalnymi wyrazami uznania.

Wiedziałem jednak, że się nie wykpię. Temat wakacji wróci, sam więc postanowiłem go zainicjować.

– Maju, znasz moje nastawienie do wyjeżdżaniadomu.

– Znam. Ty znasz moje.

– Tak. Daj mi chwilę.

– Nie ma sprawy. Mamy czas do września. Pozwól mi jednak nacieszyć się po mojemu. Nie musisz siedzieć ze mnąwybierać. Przejrzę dostępne ofertypokażę ci, co znalazłam. Wtedy wybierzemy. Ale nie chcę tego odwlekać.

– Maju, dopuszczasz do siebie myśl, że moglibyśmy nie pojechać? Że jednak zostalibyśmydomu?

– Nie, nie dopuszczam. – Cień na twarzy mojej żony spowodował, że przeszły mi ciarki po plecach.

Wiedziałem, że to była dla niej ważna rzecz, ale nie potrafiłem się przełamać. Wyczułem jednak, że jeśli będę się jej przeciwstawiał, to może dojść do poważniejszego kryzysu. Zresztą, czy przypadkiem prostą drogątak nie zmierzaliśmy do jakiegoś kryzysu? Poważniejszego?

Atmosfera była na krawędzi gwałtownego ochłodzenia.ja pozostawałemświetnym nastroju po wybornej kolacjinie miałem najmniejszej ochoty na swary. Uśmiechnąłem się zatemzaproponowałem, żeby Majka usiadła do komputeracoś wybrała. Oznajmiłem też, że bez protestu dopasuję się do jej wyboru. Moja żona dobrze mnie znała.

– Po prostu ci się nie chce, leniuszku – powiedziała wesoło.

Uśmiech Majki rozwiewał niedobre myślidawał pogodną nadzieję na najbliższe godziny.

– Trochę mi się nie chce, to fakt. Poza tym widzę, że sprawia ci to frajdę. Mnie mniejszą, więc nie będę ci psuć zabawy.

Majka też nie miała ochoty na kłótnię, więc zostawiła mi do sprzątnięcia kuchnię, sama zaś poszła buszowaćnecie. Po dwóch godzinach przyszłaośmioma propozycjami. Nie wiem, jakim cudem zdołała przejrzeć tę masę ofert, nie wiem, jakie przyjęła kryteria,nie chcę wiedzieć. Na pewno zrobiła to świetnietego się będę trzymał. Była tam bajecznie odludna latarnia morska, kilka malutkichwyglądających na przytulne pensjonatów, ale teżdwa duże hotele. Molochy, wśród których mieliśmy nie wybierać. Na dodatek pięćtych ośmiu propozycji było na wyspach,mieliśmy zdecydować się na wakacje na lądzie, żeby nie ograniczać się przeprawami promowymi. To na wypadek, gdybyśmy chcieli pozwiedzać trochę Chorwację,na pewno taki wypadek nastąpi. Moja żona nie usiedzimiejscu, togóry wiadomo. Długą chwilę oglądałem wybrane przez Majkę lokalizacjezacząłem wątpićto, czy aby na pewno wiedziała, czego szuka. Propozycje były od Sasa do Lasa. Byłem jednym wielkim znakiem zapytania.

– Że standardowo zapytam: aleco chodzi?

– Trochę dla ciebie, trochę dla mnie. Wiem, że ty wolałbyś coś odludnego. Chciałbyś posiedzieć dwa tygodniejednym miejscuwygrzać sobie kości aż do samego szpiku. Może kompromis?

Nie wierzyłem własnym uszom. Moja żona proponuje mi kompromis? Nastąpił koniec świata? To było możliwe wyłącznie pod warunkiem, że jaczegoś zrezygnuję,ona nie.

Zaczynam być cięty – pomyślałemna szczęście nie wypowiedziałem swoich myśli głośno. – Dlaczego od razu zakładam, że ma być tak źle? Bo zawsze tak było – podpowiedział mi jakiś wewnętrzny chochlik.

Na chwilę oderwałem się od chorwackich rozważań, każdy przecież byłby zaniepokojony, słysząc głosy. Ostrożnie wróciłem do rzeczywistości.

– Kompromis to znaczy… – zapytałem ostrożnie.

– To znaczy, że spędzimy dwa tygodniejednym miejscu, nie ruszając się stamtąd ani na krok, ale nie będziemywymarzonym przez ciebie odludnym miejscu.

– Tylko gdzie? – Moja podejrzliwość rosła. Kompromis musi mieć drugie dno.

– W dużym hotelu. – Marianna też była ostrożna, ale stanowcza.

– Jak dużym?

– Bardzo.

Wyrok zapadł. Chwilę milczałem, zbierając myśli.końcu odważnie je wyraziłem.

– Nie podoba mi się ta idea.

– I nie będę jojczyćaktywne zwiedzanie okolicy – dodała tytułem zachęty żonka, ignorując mój protest.

– Nauczony doświadczeniem, nie wierzę.

– W tym hotelu jest spa – wydusiłasiebie ze źle ukrywaną radością.

A więc tu jest drugie dno – pomyślałemwytoczyłem ostatnie działo.

– Majka, oszalałaś? Spa?! Nas na to nie stać!

Od kilkunastu miesięcy, ośmieleni kolejnymi podwyżkami Majki, marzyliśmywiększym mieszkaniu. Mieliśmy dwupokojowe czterdzieści metrów – udało nam się szybko je spłacić teraz bardzo chcieliśmy czegoś większego. To wymagało dyscypliny, oszczędności, liczenia wydatków. Majka tymczasem często folgowała swoim fantazjom, odsuwając perspektywę większego mieszkaniabliżej nieokreśloną przyszłość.

– Adam, policzyłamzastanowiłam się dosyć dokładnie. Stać nas – nie odpuszczała – bo wygrana pokryje nam koszty podstawowego pobytu. Hotel nie jest kosmicznie drogi, wystarczy tej wygranejjeszcze trochę zostanie. Jest na wyspie, co tym bardziej sprzyja turystyce leżakowejplażowej, pięknie położony, alestandardzie dosyć średnim. Stąd ta przystępna cena. Chyba chcą przyciągnąć więcej turystów, może ciut bardziej zamożnych. Dlategotym roku zrobili spa, ale nie jest jeszcze rozbudowane.każdym razie, stać nas na to,poza tym mam wielką, wielką, WIELKĄ chęć po prostu wymoczyćwygrzać kości. Co ty na to?

Milczałem, bocóż ja na to? Cóż mogłem powiedzieć? Widziałemoczach Majki zachwyt. Ten rodzaj entuzjazmu, który nie pozwalał na odmówienie jej czegokolwiek.poza tym, jak zawsze, szczególnienieracjonalnej sprawie, potrafiła użyć racjonalnych argumentów. Skoro hotel nie jest za drogi, to nie trzeba będzie dopłacać do pobytu,czym się liczyliśmy. Majka zagospodaruje nadwyżki,ja będę miał święty spokój. Nie miałem wątpliwości, że ze wstępnych finansowych kalkulacji zrobi się na miejscu dwa razy tyle. No bo jeszcze totamto,jeszcze trochę tamtego…tak uzbiera się suma znacznie przekraczająca nasze założenia. Dodatkowo irytowała mnie myśl, że Mariannatak postawi na swoim. Zrobi toten albo inny sposób, ale bez wątpienia skutecznie. To powodowało, że nie miałem najmniejszej ochoty zgadzać się na jej propozycję. Nawet jeśli wydawała się rzeczywiście kompromisowa. Właśnie – „wydawała się”.

– Muszę się zastanowić. – Postanowiłem grać na zwłokę.

– Ty zawsze musisz się zastanawiać. Jakby nie można było takiej prostej decyzji podjąć od razu.

– To nie jest prosta decyzja. – Broniłem się.

– To tylko wakacje!

– To dwutygodniowy wyjazd na drugi koniec Europy! Nie chcę przez dwa tygodnie żałować, że tłukłem się tysiąc trzysta kilometrów nie wiadomo po co. – Czułemkościach burzę, ale byłem wojowniczo nastawiony. Buntownikwyboru, na pół wieczoru.

– Znowu utrudniasz! – Majka była zła.

– A ty znowu chcesz postawić na swoim!

I tak skończył się wieczór. Nie zagościłnaszym domu uśmiech. Nie żartowaliśmy sobie. Poszliśmy do łóżkaminorowych nastrojach.

 

6590.jpg

 

 

 

 

 

 

 

Agnieszka Lis,

Jutro będzie normalnie

 

 

 

 

 

Życie Małgosi dalekie jest od ideału. Czteroletni synek sprawia problemy, mąż coraz później wraca do domu,teściowa wszystko wie najlepiejkrytykuje nawet zawartość lodówki.pracy też nie jest różowo – zazdrosna koleżanka zrobi wszystko, żeby uprzykrzyć jej życie.całym tym chaosie Małgosia nawet nie zwraca uwagi na listabsurdalną informacjąspadku po ciotce mieszkającej pod Londynem. Mąż za to jest tym bardzo zainteresowany…

 

Czy Małgosi uda się pokonać przeciwności losuspełnić marzeniebiałym domku? Na kogo będzie mogła liczyćnajtrudniejszych chwilach?

 

Bohaterki bestsellerowych powieści Agnieszki Lis to prawdziwe kobiety, których życie nie jest usłane różami. Mierząc sięproblemami, dają czytelniczkom powody do wzruszeńnadzieję na lepsze jutro.

 

 

 

 

 

 

JESIEŃ

 

 

 

 

 

Wczorajszego wieczoru mąż powiedział mi, że jestem dobrym człowiekiem. Trudno zdecydować, komplement to – czy kpina. Dobry brzmi jak naiwny. Niedzisiejszy, niegdysiejszy.

Wszystko dlatego, że moja jedyna przyjaciółka, Malwina, zapomniała mnie poinformowaćpowrocie do Polski. Wszystko dlatego, że nie robiłamtego problemu.

– Dobroć nie ma tu nic do rzeczy… – próbowałam tłumaczyć – to po prostu przyjaźń. Zrozumienie, pomijanie błahostek.

– Akurat – prychnął Zbyszekzagłębił nosgazecie.

Dobry. Powtarzam to słowo nad kuchennym zlewem, aż staje się tylko zlepkiem liter. Dobry. Wyrozumiały, tolerancyjny, rozumiejący. Dobry wybacza, krzywdy zapomni,biedzie pomoże. Dla siebie niewiele chce.

Jak ja?

 

 

star.jpg

 

 

Dzisiejszy zabiegany dzień pozwolił mi na pierwszą szklankę herbaty dopieroczternastej. Jolka, mój starszy służbowy dopust boży, koleżanka zza biurka, przechodziła samą siebie. Nie da się ostatniobabą wytrzymać. Od dawna jej tłumaczę, że chcę wychodzićpracy wcześniej. Joanna, nasza kierowniczka, nie widzi żadnego problemu, ale Jolce trudno pogodzić siętym, że ktoś miałby lepiej niż ona. Lepiej? Praca musi być wykonana – wcale nie miałabym lepiej. Musiałabym tylko być jeszcze lepiej zorganizowana. Jolka to biedna kobieta, swoją drogą. Niby ma syna, ale ten mieszka od dawna sam,matką kontaktuje się rzadko.

Nie udało się jej. Kiedyś, gdy Michał był mały, zostawiła go na pięć latwyjechała do Stanów na przysłowiowe saksy,potem… Potem było już za późno. Płaczzgrzytanie zębów nie pomogły, chłopak znalazł sięszpitalu dla nerwowo chorych, wplątałnarkotyki, przydarzyły mu się jakieś drobne kradzieże. Neurotyczna osobowość, kopia mamusi. Do tego Jolka nie ma żadnego stałego faceta. Pięciu mężów przetrwała – alenikim na dłużej. Takkwiatka na kwiatek, todo domu spieszyć się nie musi. Czasem to jej nawet zazdroszczę. Może wyjść, kiedy chce,wrócić, kiedy chce, albo nie wracaćogóle.jeśli zostawi po sobie porządek, to po powrocie zastanie też porządek.

A ja zostawiam po sobie porządek każdego wieczora. Rano nie zdążę jeszcze wyjść do pracy, już panuje artystyczny nieład. Uważam, żeby nie poślizgnąć się na żadnej ciężarówce, nie potknąć na misiu, ewentualnie nie uderzyćkosmicznego robota. Jeszcze do niedawna udawało mi się utrzymywać zabawkiryzach, ale terazkażdym tygodniem mają coraz więcej mocywiększy zasięg. Częśćnich opanowała już nawet sufit – alboniego zwisa, albo jest do niego przyklejona.kiedy patrzę na ten galimatias, to zazdroszczę Jolce. Ma cichospokojnie.

Cicho, spokojniema porządek nikt na nią nie czeka. Nikt rano nie przygotuje jej herbaty ani nie poda panadolu, gdy boli ją głowa.ja najpierw dostanę tabletkę,drugą rękę szklankęherbatą,od tyłu kuksańca, żebym już wstawała, bo dziecko się nudzi. Do tego mały zaśmieje się perliście, więc chociaż głowa odpadałaby mibólu – wstanępójdę sięnim pobawić.

Co tam, niedługo wyrośnienie będzie chciał się bawić ze starą matką.

 

 

star.jpg

 

 

Fajnie, że udało mi się dzisiaj wyjśćpracymiarę normalnie. Wprawdzie goniłamrobotą przez cały dzień, ale skończyłam nawet wcześniej niż zwyklejuż dziesięć po trzeciej byłamdrzwiach, a w domu pół godziny później.mam swoją ciszęspokój. Oczywiście nie ma róży bez ognia, bałagan też mam, ale na razie nie będę go sprzątać, co tam.tak za półtorej godziny pojawi się mój ancymon ze swoją babcią,rozwibruje cały dom.

Nie mogę się nasłuchać ciszy. Nie włączam radia ani telewizora – żeby nic mi jej nie zakłócało. Chociażsąsiada radio gra na cały regulator. Marzy mi się ogródek, nawet malutki.cichutki. Wyszłabym sobie wtedy na taras, przysiadła na chwilępopatrzyła na drzewka.

Marzenia. Wyjść to ja sobie mogę – na balkon. Balkonik. Metr na półtora,tym że taras widokowyniego żaden, bo cały jestsznurkach do wieszania bielizny. Nie mam jak rozwiesić praniałazience, bo wtedy nie można by prysznica wziąć, ani nawet rąk umyć. Łazienka jest tak mała, że zamiast umywalki stoi pralka,ręce trzeba myć nad wanną.jakby nad tym jeszcze wisiało pranie… Najgorzej jest zimą. Ale co tam, mamy, do licha, lipiec,ja stojędrzwiach tarasu wychodzącego na mały ogródek tej wizji będę się trzymać,co.

Jak szybko działa siękuchni, kiedydomu spokój, nikt nie ciągnie mnie za spódnicę, nikt nie wołaniczego nie chce. Warzywa na zupę już obranepokrojone, leżą spokojniegarnkuczekają na śmierć przez wygotowanie.

Tak, obiad gotowy, tylko wstawić,ja – ciągle mam jeszcze prawie godzinę, świat jest piękny! Zbyszek powinien być dzisiajdomu trochę po szóstej, może trochę wcześniej, kiedy teściowa wrócimałymprzedszkola, będzie jeszcze jakaś godzina do jego powrotu. Zjemy zupę, a z drugim poczekamy na Zbyszka.

Zza ściany słyszę wiadomości. Sąsiad trochę głuchy, więc nawetpretensji do niego mieć nie mogę, chociaż przeszkadza… Za to drudzy sąsiedzi – tychkoleiogóle nie ma. Kilka lat temu kupili sobie dwa hektary osiemdziesiąt kilometrów od miasta. Cudo, pół działki zadrzewione, las stary, gęsty, piękny. Życie wśród natury, istny raj. Sąsiadka mówiłatymbłyskiemoku, od samego opowiadania robiłam się zazdrosna. Noco? Zobaczyłam Stefę pół roku po tym, jak się przeprowadzili. Spotkałam ją na ulicypoznałam dopieroostatniej chwili, kiedy mi się ukłoniła. Zawsze była szczupła, aletym lesie schudła jeszczepiętnaście kilowygląda teraz jakby startowaławyborach na miss zagłodzonych wampirów. Nasza szkapa po prostu. Do tego przestała farbować włosy okazało się, że jej naturalny kolor jest mało twarzowy.sztucznym ciemnym blond wyglądała lepiejnaturalniej – kto zresztą wygląda dobrzesiwiźnie? Stefa ma niecałe czterdzieści lat – gdzie tam czterdzieści, niedawno skończyła trzydzieści pięć wygląda jak moja babka! Sucha, pomarszczona skóra, na oko sześćdziesiąt pięć plus. Makabra.

To może ten mój balkonik nie jest taki zły? Nie mogę wprawdzie na niego wyjśćpodziwiać ściany szumiącego lasu, ale za to mogę się odwrócić, wejść do łazienkiposmarować twarz kremem. Lub wyjśćdomu, przejść osiemset metrów,kupić sobie inny krem.przy okazji wiadomości od sąsiada posłucham, nawet radia nie muszę włączać.

Ze Stefą Prosową to trochę tak, jakmoją teściową. Rodzice Zbyszka mają nieduże, ale ładne mieszkanie blisko centrum. Miasto jest niewielkie, to zaledwie dwa przystanki od naszego osiedla, ale jednak mamy dwa oddzielne mieszkania. Nasze jestblokowisku, teściów naprawdę ładnym miejscu, przy bocznej, zadrzewionej ulicy, nieopodal parku. Co prawda drugie piętro to trochę niedogodność, ale na okrągłą jak beczułka figurkę teściowej nawet czwarte by się przydało. Mamusia wierciłabrzuchu teściowi dziurę tak długo, aż wywierciła działkę za miastem.teraz, rokrocznie, jużmarcu, działka jest przedmiotem wojny domowej. Bo teściowamieście siedzieć nie chce, od kwietnia do listopada woli mieszkać na działce. Ta działka znowu nie jest na końcu świata, czterdzieści kilometrów zaledwie, ale bywały takie lata, że jak mamusia tam wsiąkła, to przez pół rokumieście stopy nie postawiła. Bopo co? No możeracja, domek tam jest, wprawdziegatunku wiecznie trwałej prowizorki, ale przespać się można. Działkaśrodku lasu, dla zmęczonej pośpiechem życia duszy – jak znalazł. Ale mamusia nie prowadzi samochodu,autobusu nie ma tampromieniu pięciu kilometrów. Sąsiedzi jacyś owszem, od czasu do czasu się trafią, ale głównieweekendy, a i to sporadycznie. Kiedyś się zdarzyło, że matka zasłabła. Ojciec dzwonił po karetkę, która nie mogła tam trafić po nocy, szukali się wzajemnie,międzyczasie teść wycinał konardrzewa sąsiadów, bo blokował drogę karetce… Czeski film. Na koniec, tuż przed północą, kiedy mamusia leżała juższpitalu, teść zadzwonił do nas. Zbyszek tak spanikował, że wyskoczyłwanny,której siedzieliśmy, stłukł kieliszekwinem, bo właśnie zaczynaliśmy romantyczną część wieczoru,był tak przerażony, że musiałam podawać mu kolejne części garderoby. To znaczy niby nie musiałam, ale uznałam, że tak będzie lepiej, po dłuższej chwili przyglądania się, jak próbuje głowę wcisnąćrękaw swetra, przy czym na zewnątrz było dwadzieścia siedem stopni. Pojechałam wtedy oczywiścienim,chociaż mój mąż na co dzień jest bardzo spokojnympoprawnym kierowcą, to tego dnia przekroczył większość znanych mi przepisów drogowych.

A gdyby coś takiego stało się teściowi, nie teściowej? Mamusia nie za bardzo potrafi sprawnie posłużyć się telefonem komórkowym – zadzwoni tylko wtedy, kiedy klawiatura nie jest zablokowana, bo inaczej „telefon nie działa”, SMS-a nie wyśle, bo nie potrafi, samochodu nie prowadzi…

Jakoś nigdy nie potrafiłam sięteściową dogadać. Och, młoda byłamgłupia – teraz już tylko to drugie mi zostało. Marzeń miałam bez liku,nie wyobrażałam sobie żadnych kompromisów. Wygadana też byłam, że ho ho. Ale ja byłam młoda,teściowie starzy,jeszcze głupsi ode mnie. Nic nie rozumielitego mojego gadania,nigdy się nie porozumieliśmy.

 

 

star.jpg

 

 

Kiedyś mamusia zaprosiła nas na noworoczny obiadek. Niby zwyczajna sprawa, ale zaproszenie było wystosowanestylu nieuznającym innego wariantu spędzenia czasuNowy Rok. Planowaliśmy sylwestrowe dłuższe balowaniestawianie się na wyznaczoną godzinę na wystawnym obiedzie nie nęciło mnie jakoś najbardziej na świecie. Ale nic to. Trzeba – idziemy.

A na miejscu… jadalnia świątecznie udekorowana, obrus śnieżnobiały, gałązki świerku na obrusie nadają aromat. Zastawa świąteczna, historyczna porcelana, biała ze złotym paskiem, bardzo elegancka. Stół zastawiony pysznościami. Osiem przystawek, co jedna to lepsza, dwa główne dania mięsne, cztery rodzaje warzyw, ziemniaki, ryżkasza – do wyboru. Na deser owocetrzy rodzaje ciasta,tym jeden tort. Wszystko oczywiście domowej roboty. Wyglądało lepiej niż na reklamowych zdjęciach. Po prostu miód malina.

Iszczytu stołu teść.

Cypriana jeszcze wtedy nie było na świecie,teściowie dzieci mieli już odchowane, wyfrunęłydomu rodzinnego także zabalowali. To znaczy teść, bo teściowa to raczej nie pije.efekcie szampańskiej zabawy teść siedział przy stole coraz bardziej pijany, botrakcie obiadku poprawiał. Mamusia miała czerwone, podpuchnięte oczyrozświergotanym głosikiem zachęcała nas do jedzenia, bo „tak malutko przecież zjedliście”. Atmosfera była jak we wnętrzu egipskiej piramidy,może nawet byłoby sympatyczniej spożywać noworoczny posiłekkomorze grobowej faraona. Niewykluczone, że sąsiedztwo kilku mumii okazałoby się bardziej zabawne. Starożytni mieli trochę inne podejście do spraw życiaśmierci, można by się od nich sporotym zakresie nauczyć.

Siedziałamnic nie rozumiałam, mało gadałam, ale do czasu.pewnym momencie teść, zachwycony swoją elokwencjąwysokim poziomem kulturalnej rozmowy, prowadzonej przez siebie samegosobą samym, rozpoczął wykładzakresu słuszności przestrzegania wszystkich przykazań, obowiązku cotygodniowego chodzenia do kościołauczestniczenia we wszystkich sakramentach. Jak dla mnie ilość prawdobjawieńproporcji na jeden obiad była zbyt wielka. Och, nie pamiętam już dzisiaj nawet, co dokładnie mówiłam. Trochę tego było. Powiedziałam, zakończyłam grzecznym „do widzenia”wyszłam. Nawet się wtedy nie zastanowiłam, że przecież Zbyszek został, nawet nie pomyślałamtym, że może ze mną nie pojechać. Wróciłam do domu sama,sama chciałamtamtym momencie być. Kiedy emocje już trochę opadły, Zbyszek przyjechał do mnie, przytulił mniedopiero wtedy się rozluźniłam. Nawet się nie rozpłakałam, bodlaczego?dopiero późno, późnonocy dotarło do mnie, jak trudne to musiało być dla mojego męża. Zostałrodzicami sam, musiał odeprzeć ich atakijeszcze przekonać siebie, że miałam prawo tak wybuchnąć.

Czy naprawdę je miałam? Miałam racjęmiałam prawo wyjść, przecież nie muszę słuchać kazań od pijanego faceta, który usiłuje groteskowo odgrywać rolę autorytetu. Ale przecież mogłam potraktować to jako kabaret, może nie najwyższych lotów, ale jednak dosyć komiczny zestaw różnych żarcików, kłamstewek, półprawdprawie prawd. Marny talent aktorski wygłaszającego przy odpowiednim kącie spojrzenia mógłby po prostu wzmacniać efekt.ostateczności mogłam potraktować tosardonicznym poczuciem humorunie wypowiadać swoich kwestii. Dzisiaj bym już tak zrobiła.

Dzisiaj.

Może jednakupływem lat staję się nie tylko coraz starsza, ale też odrobinę mądrzejsza.

 

 

star.jpg

 

 

Mamusia też potrafi być niezłą zołzą.

Co rokupołowie listopada zaczyna się nerwowe dreptanie: gdzie będzie wigilia? Teściowa nie dopuszcza bowiem do siebie myśli, że jej synkowie,właściwie synek – bo brat Zbyszka dawno dał dyla spod skrzydełek mamusi aż na antypody – mógłby spędzić wigilię we własnym domu. Ciągle nie dotarło do niej, że obaj są już dorosłymi facetami. Kiedy zamieszkaliśmy razem ze Zbyszkiem, bardzo zależało mi na tym, żebyśmy mogli zostać tego wieczorusiebie. To było dla mnie ważne, pierwsza wspólna wigilia we wspólnym domu. Miała być tylko nasza, taka prywatnie nasza. Po prostu pierwsza. Już od dawna nie miałam prawdziwej rodzinnej wigilii,takiej od wielu lat marzyłam.

Mam pod powiekami tylko wspomnienie. Zamglonyniewyraźny obraz: stół, światło świec odbijające się błyszczącymi wzorami na porcelanie, jakaś panipan, oboje uśmiechnięci. Moi rodzice. Niewieletego okresu pamiętam. Tylko ten obraz: śnieżnobiały talerz ze złotym wzorem na wysokości mojego nosawysokie świeczniki, ze światłami migoczącymi jak na Pałacu Kultury,którym opowiadał mi tata.

I tyle. Nie został mi zapach, żadne kolory. Tylko mgłazarysy postaci.nostalgia, do której boję się wracać.

A teraz zamiast nostalgii… szkoda gadać.starciuteściową byłampozostaję bez szans. Po pracy więc wróciłam do domu, zrobiłam naszą skromną wigilijną kolację, po czym pojechaliśmy do teściów na wigilię właściwą,nawet nie można się było przyznać, że już jedliśmy.tak było co roku.

Dopiero ostatni rok był inny.

Kilka lat temu przestałam być Don Kichotemzaniechałam prób zaproszenia teściów do nas.rodzinnej intymności dawno już śnić przestałam. Będzie, co będzie, pomyślałam,nie zawracałam sobie tym głowy. Był już drugi tydzień grudnia, kiedy teściowa nie wytrzymała.

Srebrnym sopranem rozpoczęła:

– Wiesz,tym roku chyba nie będzie takich prawdziwych świąt…

Lekko zbaraniałam, nie miałam pojęciaco chodzibałam się cokolwiek powiedzieć.

– …bo widzisz – kontynuowała mamusia – jesteśmytym roku zaproszeni do cioci Elżunipojedziemy tam na dwa dni przed świętami,wrócimy dopiero przed Nowym Rokiem.

Moje szczęście nie miało granicnie wiedziałam, co zrobić, aby nie było tego widać. Zajęłam się więc pilnymi robotami kuchennymi, które jeszcze dwie minuty temuhierarchii pilności leżały dosyć nisko.

– Mamo, cieszę się, że odpoczniesztym roku, zawsze tak ciężko przed świętami pracujesz. – Starałam się włożyćwypowiadaną kwestię maksimum ciepła.

Teściowa wyraźnie nie była zadowolonamojej odpowiedzi. Gdzie rozpacz? Gdzie żal, że nie będzie klusekmakiem, czyli kupnego makaronumieloną masąpuszki?barszczukartonika? Teściowa gotowała wprawdzie bardzo dobrze, ale głównie dla znajomych, od kiedy zaserwowała nam na wigilię barszczkartonu, straciłam złudzenia co do jej gotowości poświęcenia się dla ukochanych dzieci.

 

 

 

 

 

 

Spis treści

 

 

 

 

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

* * *

Posłowie

Polecamy także inne książki autorki

00044.jpeg