Dalekie Pawilony - Tom 2 - Mary Margaret Kaye

Dalekie Pawilony - Tom 2

0,0

Ponadczasowa historia, która od lat fascynuje czytelników i widzów. Angielska klasyka w nowym wydaniu!

Poruszająca i pełna zwrotów akcji historia osadzona w XIX-wiecznych Indiach. Poszukiwanie własnej tożsamości, zakazane uczucie, pełne niebezpieczeństw i przygód życie – a wszystko to u stóp mitycznych Himalajów, zwanych przez Hindusów Dalekimi Pawilonami.
Kiedy ukochana Asha poślubia innego, młodym żołnierzem brytyjskiego wywiadu targają skrajne emocje. Po rozpętaniu bójki zostaje wysłany do odległego pułku, w którym trwoni czas na przejażdżkach i samotnych rozmyślaniach. Miłość nie pozwala jednak o sobie zapomnieć i gdy pojawia się szansa na jej odzyskanie, Ash nie waha się ani chwili.
Druga część epickiej powieści M. M. Kaye to nie tylko poruszająca historia o potędze miłości i o tym, jak trudno przezwyciężyć społeczne konwenanse i uprzedzenia. To również fascynujący portret targanych wojną Indii oraz pokolenia rebeliantów rozdartych między lojalnością a pragnieniem odzyskania swojego wyśnionego królestwa.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Księga piąta

RAJ GŁUPCÓW

32

— Jeszcze tylko dwa dni i jeśli bogowie pozwolą, znów wyśpimy się we własnych łóżkach — rzekł Mulradż.

— Dwa dni, dwa dni, jeszcze tylko dwa dni! — zanucił Dżhoti. — Dokładnie za dwa dni wjadę do miasta, mojego miasta, i wkroczę do swego pałacu, a ludzie będą wznosili okrzyki i wiwatowali. I odtąd będę prawdziwym maharadżą.

— Jesteś nim, panie, od chwili, kiedy zmarł twój brat — zauważył Mulradż.

— Wiem, tylko że jakoś tego nie czuję. Kiedy jednak znów znajdę się na mojej ziemi, poczuję na pewno. Zamierzam być wspaniałym władcą. O wiele lepszym niż Nandu.

— To nie będzie zbyt trudne — stwierdził Mulradż oschle.

Jeszcze dwa dni… — pomyślał Ash, zazdrosny, że nie ma tak dobrego samopoczucia, jak Mulradż, i entuzjazmu, jak Dżhoti.

Długa podróż z Południa była zdumiewająco uboga w dramatyczne wydarzenia. Biorąc pod uwagę niemiłosierny skwar, który zmuszał ich do poruszania się tylko między zachodem a wschodem słońca, i krótkie godziny odpoczynku wykradane w ciągu upalnego dnia, podróż upłynęła im i tak przyjemniej, niż można było oczekiwać. Mimo to dla wszystkich — także, a może zwłaszcza dla koni — była jedną wielką udręką, największą zaś dla Mahdu, który zdecydowanie odmówił pozostania na Południu, nie bacząc na podeszły wiek i skromne umiejętności jeździeckie.

Jedynym, który rozkoszował się dosłownie każdą sekundą podróży, był Dżhoti. Wszyscy niepokoili się o niego i martwili, że może nie wytrzymać tempa, on jednak zdawał się rozkwitać w upale i trudach wędrówki, a jego ożywienie sprawiało czasem, że Ash czuł się jak stuletni starzec, choć na ogół lubił towarzystwo wesołego chłopca, swobodne pogawędki, z godną podziwu cierpliwością znosił też niekończącą się litanię pytań. Wraz z nadmiarem kilogramów i bladą, niezdrową karnacją Dżhoti wyzbył się swoich lęków i stał się zupełnie innym dzieckiem, w niczym nieprzypominającym zalęknionego zbiega, którego Bidżu Ram tak sprytnie zmusił do ucieczki z Karidkotu. Obserwując go i słuchając tego, co mówi, Ash doszedł do wniosku, że mieszkańcy Karidkotu mają wielkie szczęście, zyskując takiego władcę.

Dżhoti rozprawiał nieustannie o uroczystym wjeździe do miasta (wciąż znanego pod nazwą Gulkot), które zamierzał uczynić stolicą, i miał mnóstwo planów związanych z ceremoniami towarzyszącymi objęciu przez niego tronu maharadży. W miarę jednak, jak zbliżali się do celu podróży, Ash coraz wyraźniej uświadamiał sobie, że on nie ma ochoty oglądać Gulkotu, nie mówiąc o Hawa Mahal.

Nigdy nie odczuwał pokusy, by tam wracać, wiedział bowiem, że byłoby lekkomyślnością pokazywać się w mieście, dopóki żyła rani Dżenu, a jego wspomnienia związane z tym miejscem trudno było nazwać przyjemnymi. Pierwsze lata tam spędzone były szczęśliwe, lecz wkrótce położyły się na nich cieniem nędza, strach i poniżenia, jakich doznawał w ciągu ostatnich lat spędzonych w Hawa Mahal. Choć odnosił tam czasem małe zwycięstwa, Pałac Wiatrów zapamiętał jako więzienie, z którego zdążył w porę uciec i ocalić życie, Gulkot natomiast jako miasto, z którego uchodził nocą z Sitą, zdjęty panicznym strachem, że zostaną złapani i zabici.

Nie było już nic, co by go tam ciągnęło — może oprócz ośnieżonych szczytów, do których zwykł się modlić, i pamięci o pewnej dziewczynce, której oddanie było mu pociechą po stracie ulubionej mangusty. Perspektywa powrotu, i to akurat teraz, wywoływała u niego uczucie zbliżone do paniki, ponieważ jednak nie mógł tego uniknąć, musiał zacisnąć zęby i doprowadzić sprawę do końca. Wiedział też, że jeśli trafna jest maksyma Kakadżiego, iż przeszłość to azyl pokonanych, to im szybciej stawi jej czoło i się z nią upora, tym lepiej.

Zostawili za sobą żyzne równiny i jechali teraz przez jałowe ziemie, pustynny region będący królestwem głazów, poszarpanych grani i wąwozów, gdzie pleniły się oset i perz. Przed nimi majaczyło pogórze, a za nim były góry — już nie zamglone pasemko ciągnące się na horyzoncie, lecz bliski, siny i imponujący masyw litych skał. Od czasu do czasu w rozpalonym i gęstym od pyłu powietrzu dało się wyczuć świeży powiew przesycony zapachem igliwia, a w porze brzasku i tuż przed zmierzchem Ashowi udawało się wypatrzyć ośnieżone szczyty Dur Chaimy.

Była to kraina, przez którą wędrowała z nim Sita po ucieczce z Delhi, w czarnym roku powstania sipajów. Wtedy jednak nie było tu drogi, a Dinagundż (wówczas po prostu Dina) składał się z kilku lepianek przycupniętych na jedynym skrawku względnie równego terenu pomiędzy równiną, a rzeką wyznaczającą południową granicę stanu Gulkot. Mimo tak niekorzystnego położenia, Dinagundż stało się kwitnącym miasteczkiem, bo gdy za panowania ojca Laldżiego połączono obszar Gulkotu i Karidarry, rząd wysłał brytyjskiego rezydenta jako doradcę Jego Wysokości w sprawach finansów i polityki, co zaowocowało poprowadzeniem drogi przez pustynne tereny i przerzuceniem przez rzekę mostu pontonowego. Budowa drogi przyniosła znaczne profity dwudziestu paru mieszkańcom Diny, a maleńka wioska zamieniła się na ich oczach w średniej wielkości miasteczko. Ash, patrząc na to wszystko, nie dziwił się już, że nie rozpoznał zeszłej jesieni granic Gulkotu; gdy galopował szerokim bitym traktem, by objąć dowództwo nad eskortą orszaku z nieznanego sobie księstwa góry, spowite gęstym tumanem mgły i chmur, były niewidoczne.

Dziś po raz pierwszy od chwili, gdy opuścili Bhitor, zwinęli obóz nie jak zwykle o zmierzchu, lecz o świcie, i podróżowali w dzień. Termometr wskazywał co prawda w południe trzydzieści osiem stopni Celsjusza, lecz poprzedniej nocy panował rozkoszny chłodek, a Dinagundż było już prawie w zasięgu wzroku. Mogli tam dotrzeć przed północą, postanowili jednak zgodnie, że nie będą się spieszyli, rozbili więc obóz o zmroku i spali po raz pierwszy od wielu, wielu dni przy świetle gwiazd.

Wstali o świcie, wypoczęci i rześcy, wykąpali się, odmówili modlitwę i zjedli lekki poranny posiłek, po czym wysłali umyślnego, by zapowiedział ich przybycie, i przyodziawszy się, jak na eskortę maharadży przystało, w najlepsze stroje, ruszyli kłusem w stronę Dinagundż. Tam przywitał ich komendant okręgu i rada starszych, a także spragniony widowiska niewielki tłumek, stanowiący najwyraźniej całą populację miasta.

W gronie delegatów Ash dostrzegł kilka znajomych twarzy. Byli to ludzie, którzy, kiedy po raz ostatni odwiedził Dina­gundż, przedstawiali rachunki lub listy skarg i zażaleń. Komendanta, pana Cartera, nie było, powalił go bowiem kolejny atak malarii związany z porą upałów, pojechał więc leczyć się do Mari. Jego zastępca, niejaki pan Morecombe, poinformował Asha, że brytyjski rezydent wraz z personelem i co najmniej pięćdziesięcioma notablami z Karidkotu oczekuje nowego maharadży w obozie za rzeką, gdzie przygotowano nocleg dla Jego Wysokości. Powiedział też, że uroczysty wjazd do miasta ma nastąpić nazajutrz, niestety kapitan Pelham-Martyn nie będzie mógł go podziwiać, otrzymał bowiem rozkaz natychmiastowego powrotu do Rawalpindi.

Komendant okręgu wręczył Ashowi list, który to potwierdzał. Wnioskując, że jest to dla przybyłego wielki zawód, uważał za stosowne okazać mu współczucie.

— Cholerny pech — rzekł, upijając ze szklanki łyk miejscowego piwa. — To świństwo, ściągać tu człowieka z drugiego końca świata, a potem nie pozwolić mu obejrzeć całej fety, tym bardziej że gdy zajedzie pan do Pindi, na pewno okaże się, że nie było powodu pędzić na łeb, na szyję. No, ale to jest właśnie całe nasze dowództwo.

Ash uznał te przypuszczenia za bardzo prawdopodobne i jednocześnie był głęboko wdzięczny temu, kto wydał rozkaz powrotu. Mimo to przez grzeczność starał się sprawiać wrażenie rozczarowanego, choć nie za bardzo, żeby Dżhoti nie próbował namawiać go do pozostania.

— Nie, Wasza Wysokość nie może wysłać depeszy do sahiba jung-i-lata, głównodowodzącego, z żądaniem, żebym został — tłumaczył. — Ani do wicekróla czy do gubernatora Pendżabu. To nie wyszłoby mi na dobre. Wiem, że jesteś teraz maharadżą, ale ja pozostaję żołnierzem a, jak wytłumaczy ci to Mulradż, żołnierz musi słuchać rozkazów przełożonych. Generałowie w Rawalpindi zdecydowali o moim powrocie i nawet dla Waszej Wysokości nie mogę ich zlekceważyć. Mam jednak nadzieję, że napiszesz mi o ceremoniach i świętowaniu, a ja ze swej strony obiecuję pisać tak często, jak to tylko możliwe.

— I musisz mnie odwiedzać — nalegał Dżhoti.

— I odwiedzać — zgodził się Ash z cichą nadzieją, że kłamstwo zostanie mu wybaczone, jeśli to w ogóle było kłamstwem. Być może nie. Pewnego dnia może zmieni zdanie w sprawie powrotu do Gulkotu i Hawa Mahal, a wtedy…

Żegnając się, uświadomił sobie, jak bardzo będzie mu ich wszystkich brakowało: Mulradża, Dżhotiego, Kakadżiego, Gobinda i wielu innych.

Nie tylko za Dżuli będzie tęsknił i nie tylko o niej myślał w przyszłości.

— Mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nieraz — powiedział Mulradż. — Przyjedziesz tu, kiedy nadejdzie czas polowań, a wtedy zabierzemy cię na polowanie z sokołem na równinie i pokażemy kilka innych ciekawych rozrywek w górach. A kiedy ja będę już stary, a ty zostaniesz generałem, będziemy się spotykali i wspominali stare czasy. A więc nie mówię „żegnaj”, tylko „do zobaczenia wkrótce”.

Towarzyszyli Ashowi jeszcze przez dwa kilometry, a kiedy się odwrócił, by pomachać im na pożegnanie, poczuł nagłe ukłucie żalu, że odjeżdża, zamiast jechać z nimi do Gulkotu. Gdyby zmienił zamiar wcześniej, mógłby zawrócić, teraz jednak było na to za późno.

Zniknęli za zakrętem, jemu zaś głos serca podpowiedział, że wbrew przepowiedniom Mulradża prawdopodobieństwo, iż jeszcze się spotkają jest niewielkie, wierzył bowiem głęboko w słuszność rady Kakadżiego, że należy odwrócić się od przeszłości. Stary miał rację: trzeba dać spokój i zapomnieć. Musi się odzwyczaić od myślenia o Dżuli, a jeśli wizyta w Gulkocie miałaby sprawić, że przeszłość powróci, nie powinien tam jechać — w każdym razie nie teraz ani w ciągu najbliższych lat, czy kiedykolwiek. Gdyby to zrobił, cały odzyskany spokój, a także przyjaźń, jaka zawiązała się między nim a tymi, w których towarzystwie spędził kilka ostatnich miesięcy, zostałyby unicestwione.

Był w obozie jedynym Europejczykiem, a ponieważ nikt nie mówił w jego języku, Ash zapominał czasami, że jest feringhi. W Karidkocie jednak by mu na to nie pozwolono, w każdym razie nie teraz, kiedy jest tam brytyjski rezydent, otoczony licznym europejskim personelem i bez wątpienia strzeżony przez oddział brytyjskich żołnierzy. Jest tam też zapewne wielu starych i ortodoksyjnych hinduistów, którzy nie zaakceptowaliby zażyłej poufałości, jaka łączyła ich grupę podczas podróży, a zatem ucierpiałyby na tym jego stosunki z Dżhotim i Mulradżem. Obozowa swoboda i zażyłość ustąpiłyby zdawkowej uprzejmości i jego wyjazd przyjęto by w końcu z ulgą, a o takim zakończeniu nie chciał nawet myśleć.

Lepiej trzymać się z daleka, żeby myśleli o nim ciepło, jak o kimś, kogo kiedyś znali i polubili, i kogo pewnego dnia znów zobaczą. Może po latach, kiedy się zestarzeje, kiedy wszyscy się zestarzeją i nic nie będzie już miało znaczenia, bo u schyłku życia wszystko, co złe, zostanie zapomniane, złoży im krótką wizytę, by powspominać stare dzieje z tymi, którzy będą go jeszcze pamiętali. I złoży ostatni hołd Dur Chaimie.

Nieco później, gdy światło dnia zaczęło przygasać i zmierzch zmienił odcień otaczającej go zieleni, ściągnął wodze i odwrócił się, by spojrzeć na pogrążone w cieniu góry, intensywnie fioletowe na tle ciemniejącego nieba o barwie hiacyntów. Tylko jedno skupisko szczytów błyszczało jeszcze w ostatnich promieniach zachodzącego słońca — to korona Dur Chaimy różowiła się o zmierzchu niczym Dalekie Pawilony… Gdy na nie patrzył, ciepłe barwy spełzały z wolna z gór i róż na kolejnych szczytach przybierał odcień lawendowy, aż wreszcie tylko na Tara Kilas, Gwiaździstej Wieży, pozostała resztka nikłego światła. Nagle i ona zniknęła, ostry zarys gór rozmył się w półmroku i całe pasmo wtopiło się w tło roziskrzonego gwiazdami nocnego nieba.

Osaczyły go wspomnienia, przygniatając swym ciężarem. Niemal bezwiednie zsiadł z konia, po czym złożywszy dłonie, jak zwykł był to czynić przed laty, skłonił głowę i zaczął powtarzać słowa starej modlitwy, prośby o wybaczenie „trzech grzechów wynikających z ludzkiej niedoskonałości”.

— Panie, jesteś wszędzie — modlił się półgłosem — a ja wielbię cię tutaj, nie masz kształtu, a ja wielbię cię w określonej postaci, nie potrzebujesz wysławiania, a ja ofiaruję ci tę modlitwę i pozdrawiam cię…

Pierwszy chłodny powiew nocy zaszeleścił niczym westchnienie w wyschniętych ciernistych zaroślach, niosąc zapach sosny i dymu z ognisk. Ash wsiadł na konia, zawrócił i ruszył stępa, aby dołączyć do Mahdu, Gula Baza i koniuszego Kulu Rama, którzy wyjechali wcześniej i teraz, wybrawszy miejsce na obozowisko, przygotowują pewnie wieczorny posiłek.

Gdyby posuwali się naprzód tak szybko, jak wtedy, gdy jechali z Bhitoru, dotarliby do Rawalpindi w niespełna tydzień. Zdaniem Asha nie było jednak powodu do pośpiechu, a ponieważ temperatura na równinie nie spadała nigdy poniżej czterdziestu stopni za dnia i trzydziestu paru w nocy, a w dodatku Mahdu był zmęczony i obolały od długiego siedzenia w siodle, posuwali się w ślimaczym tempie. Wstając o drugiej w nocy, jechali do brzasku, po czym rozbijali obóz i odpoczywali do tej samej godziny następnej nocy.

W ten sposób, pokonując dziennie nie więcej niż czterdzieści kilometrów, zakończyli ostatni etap podróży. Trzydziestego pierwszego maja o świcie ich oczom ukazało się Rawalpindi. I Wally, który czekał na nich codziennie od tygodnia przy trzecim kamieniu milowym, przy drodze łączącej Pindi z Dźhelam.

Asha nie było tu przez osiem miesięcy i przez ten czas miał okazję mówić po angielsku najwyżej pięć razy. Poza tym mówił, myślał i śnił w języku swej przybranej matki, Sity.

*

W czerwcu należało unikać Pindi. Skwar, oślepiające światło słońca i kurz zamieniały to miejsce w piekło i ci, których obowiązki czyniły więźniami biur, koszar lub placów ćwiczeń, narażeni byli na atak licznych związanych z upałami przypadłości. Liście drzewa nim, rosnącego w pobliżu bungalowu Wally’ego, pokrywał szary nalot pyłu przyniesionego znad równiny, a kiedy wiał gorący wiatr, nie szeleściły, lecz grzechotały jak kostki lodu w skórzanym bukłaku lub wyschnięte kości. Ash nie mógł też wypatrzyć swoich wzgórz, niewidocznych za gęstą zasłoną zapylonego gorącego powietrza.

— Jak się czujesz jako marny poruczniczyna po ośmiu miesiącach puszenia się w roli wyniosłego kapitana, dowódcy kilkutysięcznej armii? — dopytywał się Wally.

— Właściwie nijak — odparł Ash. — Jestem otępiały, ale też wewnętrznie wyciszony. Ile, twoim zdaniem, powinienem wziąć skarpet?

Od jego powrotu minęło kilka dni i oto znów przygotowywał się do wyjazdu, tym razem na urlop. Zameldował się punktualnie w sztabie, gdzie złożył pułkownikowi Dortonowi, któremu zwyczaj przysypiania podczas służby zjednał przydomek Suseł, zwięzły raport z przebiegu swej misji i szczegółowy meldunek o niegodnych postępkach księcia. Pułkownik pozostał wierny swemu nawykowi i podczas postępowania wyjaśniającego siedział z zamkniętymi oczami. Otworzył je dopiero wtedy, gdy Ash zamilkł na dobre dwie minuty, lecz po to tylko, aby patrząc w przestrzeń nieobecnym wzrokiem, zauważyć, że pan Pelham-eee-Martyn powinien się może zameldować w sztabie u generała adiutanta, gdzie major Boyle przydzieli mu nowe zadanie.

Przypuszczenia komendanta okręgu z Dinagundż sprawdziły się co do joty: nie było żadnych szczególnych powodów, by go wzywać. Major Boyle cierpiał na ostry atak biegunki, a nikt inny w sztabie generała-adiutanta najwyraźniej nigdy nie słyszał o poruczniku (a ostatnio kapitanie) Pelham-Martynie, nie mówiąc o jakichś rozkazach dla niego. Mógł równie dobrze w ogóle się tu nie pokazywać, bo oprócz tego, że pozbawiono go honorowego stopnia kapitana, którym cieszył się przez ostatnie osiem miesięcy (wysłano też natychmiast odpowiednią notatkę służbową do rachuby), nikt nie miał pojęcia, co z nim począć. Ash poprosił, by pozwolono mu wrócić do macierzystego pułku, usłyszał jednak w odpowiedzi, i to udzielonej tonem bardzo opryskliwym, że to sprawa komendanta Korpusu Zwiadowców, a ten zajmie się nim, kiedy uzna za stosowne.

Było to powitanie przygnębiające i gdyby nie Wally, Ash mógłby się spokojnie zwolnić i udać na wyprawę do Tybetu lub zaokrętować w charakterze zwykłego majtka na jakiś statek handlowy, byleby tylko uniknąć monotonii koszarowego życia i pozbyć się uczucia dławiącego niepokoju, jakie zawładnęło nim od chwili, gdy po raz ostatni widział Dżuli przed Perłowym Pałacem w Bhitorze. Tempo podróży powrotnej przez Radźputanę i Pendżab do Dinagundż uśmierzyło chwilowo ten niepokój, lecz tu, w Rawalpindi, gdzie nie było zbyt dużo — lub wręcz nic — do roboty, udręka zaczęła się od nowa. Tylko krzepiąca obecność Wally’ego i jego żywe zainteresowanie każdym szczegółem karidkocko-bhitorskiej eskapady pozwalało mu wziąć się w garść.

Wally’emu również opowiedział historię, która wzbudziła tak umiarkowane zainteresowanie sennego pułkownika Dortona, tym razem jednak wdał się w szczegóły i nie przemilczał prawie niczego, choć zataił prawdę o Dżuli i, co dość dziwne, nie wspomniał o tym, że Karidkot okazał się Gulkotem z jego dzieciństwa. Nawet tak bliskiemu przyjacielowi nie chciał — a raczej nie mógł — opowiadać o Dżuli, i gdyby mógł wyeliminować ją ze swojej relacji, z pewnością by to zrobił. Ponieważ jednak było to niemożliwe, wspominał o niej tylko wtedy, gdy musiał, i to w taki sposób, jakby Dżuli nie była osobą z krwi i kości, a jakimś abstrakcyjnym problemem, który zmuszony był rozstrzygnąć osobiście z władcą Bhitoru. Dlaczego jednak zachowywał milczenie w tej drugiej kwestii, sam tego nie rozumiał. Była to przecież najbardziej zdumiewająca część całej afery i Wally, który już wcześniej poznał historię jego dzieciństwa spędzonego w Gulkocie, byłby oczarowany tym, że Karidkot jest dokładnie tym samym miejscem, jakie opisał mu Ash ponad rok temu w księżycową noc, wśród ruin Taksili.

A jednak Ash pominął ten nader istotny szczegół, a bez niego opowieść o śmierci Bidżu Rama była zdecydowanie mniej sugestywna. Reszta nie nastręczyła mu specjalnych problemów. Wally słuchał chciwie, podobnie jak Dżhoti zasypywał go pytaniami, i reagował tak samo żywiołowo.

Stwierdził też, że w porównaniu z tymi ekscytującymi wydarzeniami jego życie w było strasznie banalne. Zdążył się, jak było do przewidzenia, zakochać i odkochać w kilku czarujących młodych damach, spłodzić całe tomy kiepskich wierszy, złamać obojczyk podczas gry w polo i w ciągu jednego wieczoru przerżnąć w pokera miesięczny żołd. Najważniejszą wiadomość zachował na koniec.

Uzyskawszy wreszcie stopień porucznika, otrzymał jednocześnie — i przyjął — propozycję wstąpienia do Korpusu Zwiadowców i już w sierpniu miał się znaleźć w jego szeregach.

Po odebraniu należnych gratulacji dodał, że wstrzymuje się ze złożeniem formalnego podania o przyjęcie do czasu urlopu, w nadziei, że Ash wróci na tyle wcześnie, by mogli spędzić go razem.

— Bo oczywiście tobie też należy się trochę wolnego. Nie miałeś urlopu od zeszłego lata, więc jest jasne, że jeśli poprosisz ich o parę miesięcy, dadzą ci wolne bez gadania.

Był to pomysł, który nie przyszedł Ashowi do głowy, bo w jego odczuciu wspaniałym urlopem były co najmniej dwie trzecie czasu spędzonego w obozie w Karidkocie, a zatem domaganie się teraz dodatkowych paru miesięcy wolnego zakrawałoby na nadużycie. Biorąc jednak pod uwagę, że dowództwo najwyraźniej nie miało dla niego żadnych zadań, a major Boyle wciąż figurował w rejestrze chorych, Ash uznał, że nic się nie stanie, jeśli o urlop poprosi. W najgorszym przypadku odmówią, nie wykluczał też, że powitają z radością możliwość pozbycia się go na pewien czas.

Złożył więc bezzwłocznie podanie o sześciotygodniowy urlop i nie tylko uzyskał zgodę, lecz dołożono mu jeszcze coś w rodzaju premii — dodatkowe dwa tygodnie — uwzględniając to, że pozostawał na służbie przez długi czas, obejmujący Nowy Rok, chrześcijańskie Boże Narodzenie, Zielone Święta i Wielkanoc, hinduistyczne święto bogini Diwali i muzułmańskie obchody Id al-Fitr.

Za te dwa tygodnie nie był szczególnie wdzięczny, zwłaszcza gdy dowiedział się, że obowiązujący go zakaz odwiedzania Północno-Zachodniej Prowincji Granicznej został utrzymany, co oznaczało, że nie będzie mógł pojechać do Mardanu, i że jeśli Zarinowi nie uda się załatwić kilku dni wolnego i przyjechać do Rawalpindi, nie zobaczą się przez cały rok. A może nawet dłużej, gdyby komendant Zwiadowców uznał, że rozsądniej będzie przedłużyć okres obowiązywania zakazu.

Wrócił do domu, żeby podzielić się nowiną z Wallym i napisać trzy listy: jeden do dowódcy, pułkownika Jenkinsa, z prośbą o zezwolenie na powrót do macierzystego oddziału, drugi do Wigrama Battye, z gorącą prośbą o wstawienie się za nim, i trzeci, do Zarina. Pułkownik Jenkins był na urlopie, nie mógł więc odpowiedzieć osobiście, odpisał jednak Ashowi jego zastępca, informując, że prośba została odnotowana i że po powrocie dowódcy do Mardanu z pewnością zostanie wnikliwie rozpatrzona. Wigram, w przyjacielskim liście pełnym nowin z życia pułku, obiecywał, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by przyspieszyć załatwienie sprawy. Zarin nie odpisał, lecz przesłał ustną wiadomość przez zaufanego wędrownego handlarza końmi, proponując Ashowi spotkanie w pewnym domu na przedmieściach Atoku.

Resaidar (Zarin awansował) nie może na razie wziąć urlopuwyjaśnił handlarz. — ponieważ jednak przysługuje mu jeden dzień wolnego, wyruszy w przyszły piątek wieczorem i jeśli wszystko pójdzie dobrze, dotrze do Atoku koło północy. Jeśli ta propozycja sahibowi nie odpowiada, niech wyśle po prostu telegram.

Posłaniec skłonił się i już miał odejść, lecz w ostatniej chwili coś sobie przypomniał.

Chat! O mało nie zapomniałem! Zarin Chan powiedział, że jeśli sahib chciałby przyjechać z Aśokiem, wszystko będzie przygotowane. Czy chodzi o jednego ze stajennych sahiba? Słyszałem, że wielu chłopców ze wsi zostaje dobrymi stajennymi. Mój na przykład… — Tu handlarz wdał się w analizę zalet i wad stajennych jako takich, zwalniając w ten sposób Asha od odpowiedzi na kłopotliwe pytanie. Sens uwagi Zarina był dla Asha oczywisty. Atok, małe miasteczko, leży na wschodnim brzegu Indusu i wystarczy przeprawić się przez rzekę, żeby znaleźć się w Północno-Zachodniej Prowincji. Było zatem rozsądniej nie pokazywać się tam, bo ktoś mógłby powziąć podejrzenie, że Ash zamierza złamać zakaz, co akurat teraz mogło przekreślić jego szansę powrotu do Korpusu Zwiadowców w najbliższej przyszłości. Ponieważ jednak Zarin miał tylko jeden dzień wolnego, spotykając się w Atoku, zamiast w Rawalpindi czy w położonym w połowie drogi domu, zyskałby trochę czasu.

Wally złożył podanie o urlop natychmiast, gdy dowiedział się o tym, że przyznano go Ashowi, jednak o ile Ash mógł wyjechać od razu, o tyle Wally’ego poinformowano, że nie może iść na urlop wcześniej niż za dziesięć dni.

— Użyłem wszystkich argumentów, ale stary był nieugięty — rzekł Wally ze smutkiem. — Zdaje się, że nie mogą obejść się bez swojego niebieskookiego chłopca, bo Johnniemu Reevesowi zachciało się akurat teraz powiększać grono…

— Umarł? — przerwał mu Ash zaniepokojony.

— Nie, biegunka. Wzięło sześciu, jak na razie. No cóż, nie ma rady, myślę, że lepiej będzie, jeśli pojedziesz. Możemy się gdzieś umówić, gdy tylko będę mógł się stąd wyrwać.

Ash nie mógł sobie wymarzyć lepszej sytuacji: miał wolną rękę przez następne kilka dni i nie musiał tłumaczyć się ze swych planów odwiedzenia Atoku, o których wolał z Wallym nie rozmawiać. Ustalili, że spotkają się w Mari i stamtąd udadzą się pieszo do Kaszmiru. Zabiorą ze sobą tylko tragarza Wally’ego, Pira Baksza, a innych służących wynajmą, aby ci, którzy towarzyszyli Ashowi w wyprawie do Bhitoru, też mogli wziąć urlop.

Zarówno Mahdu, jak i Gul Baz stwierdzili, że nie potrzebują wolnego, w końcu jednak dali sobie wytłumaczyć, że przyda im się odpoczynek. Ash załatwił dla Mahdu miejsce w wozie pocztowym jadącym do Abbottabadu i odprowadził go tam, skąd wyruszał.

— Po twoim powrocie załatwimy ci pomocnika, ­cha-cha-ji. Takiego, żebyś mógł go nauczyć gotować tak dobrze, jak ty, i tylko go nadzorować. Najwyższy czas, żebyś miał więcej wolnego czasu i kogoś, kto trochę cię wyręczy.

— Nie trzeba — burknął Mahdu. — Nie jestem jeszcze taki stary, żebym nie mógł zarobić na swoje utrzymanie. A może sahib nie jest ze mnie zadowolony?

Ash roześmiał się i poprosił służącego, żeby nie plótł bzdur, bo przecież doskonale wie, że jest niezastąpiony.

Gul Baz, Kulu Ram i inni rozjechali się do domów tego samego dnia. Kiedy zapadł zmrok, Ash wybrał się na spacer i przywoławszy skinieniem ręki przejeżdżającego rikszarza, kazał się zawieźć do pewnego domu w pobliżu bazaru w Rawalpindi, gdzie miał sprawę do załatwienia. Wrócił dopiero grubo po północy, a około pięciu godzin po śniadaniu z Wallym znów wyjechał wozem, tym razem najprawdopodobniej do Mari, zabierając niewielki bagaż.

Przy drodze prowadzącej do Mari było parę zajazdów. Ash zatrzymał się w najrzadziej uczęszczanym, po czym zapłaciwszy woźnicy, wybrał najmniej zatęchły pokój, wyciągnął się na prostym, przykrytym szorstką kapą łóżku i zapadł w kamienny sen. Obudził go późnym popołudniem tętent kopyt dwóch koni dobiegający spomiędzy zabudowań, wyszedł więc powitać przyjaciela, niejakiego Kasima Alego, którego ojciec był właścicielem połowy sklepów z tkaninami w Rawalpindi i którego przyjazdu najwyraźniej się spodziewał.

Zamienili kilka słów, po czym towarzyszący Kasimowi jeździec zeskoczył z konia, by mógł dosiąść go Ash. Poinformował chansama, kucharza z zajazdu, że wyjeżdża na parę dni, ale służący jego przyjaciela zostanie na miejscu, żeby pilnować bagażu, więc należy zapewnić mu nocleg i posiłki. Do siodła przytroczone było małe zawiniątko. Odjechawszy na bezpieczną odległość, Ash zatrzymał konia przy pierwszej kępie drzew i pod jej osłoną przebrał się w strój, który znalazł w tobołku, po czym ruszył w dalszą drogę przebrany za kaszmirskiego pundita, mędrca.

O zmierzchu dotarł do Hasan Abdal. Kupił coś do jedzenia na przydrożnym straganie, pozwolił koniowi wypocząć, i poskubać trawy, sam zaś posilił się na zielonym zboczu wzgórza, z którego roztaczał się widok na kurhan Lalla Rookh. Zostało mu jeszcze do przebycia około pięćdziesięciu kilometrów, lecz Zarin nie mógł wyjechać z Mardanu przed zachodem słońca, Ash nie musiał więc się spieszyć. Siedział długo w ciszy obok kurhanu, słuchając, jak spalona słońcem trawa chrzęści w zębach konia i przyglądając się resztkom światła spełzającym z dalekich szczytów wzgórz, gwiazdom zaczynającym przystrajać niebo i jak wśród przesyconych pyłem ciemności pojawia się księżyc. W jego świetle droga była jaskrawobiała, co pozwalało mu jechać dość szybko, a krótki wypoczynek i ochłodzenie wyzwoliły w koniu taki wigor, że znaleźli się pod wysokim starym domem na peryferiach Atoku znacznie szybciej niż Ash przewidywał.

Dom otaczał wielki, okolony murem ogród, a jego właścicielka, begum Fatima, siostra Kody Dada, była starszawą wdową, często goszczącą bratanków i ich przyjaciół. Także i Ash nie po raz pierwszy znalazł się pod tym gościnnym dachem. Starsza pani udała się już na spoczynek, bo pora była późna, a ponieważ dozorca oznajmił, że risaidar-sahib Zarin Chan jeszcze nie przyjechał, Ash kazał odprowadzić konia do stajni, a sam poszedł się przejść po uśpionym miasteczku, wśród murów wielkiego kamiennego fortu cesarza Akbara, twierdzy strzegącej przeprawy przez rzekę od blisko dwóch stuleci. Potomkowie pierwszych przewoźników wciąż uprawiali zawód swych pradziadów, wkrótce jednak miało ich zabraknąć, bo Anglicy zbudowali pontonowy most na Indusie i zdecydowana większość przekraczających rzekę korzystała z tego właśnie udogodnienia.

Ash zatrzymał się na zakręcie drogi, skąd widać było most, i przykucnąwszy w cieniu, czekał na Zarina. O tej porze niewielu mieszkańców Atoku nie spało, wydawało się, że czuwają tylko strażnicy pełniący wartę przy wejściu na most. Ash wsłuchiwał się w donośny szum Ojca Rzek, toczącego spienione wody przez gardziel, jaką stanowił Atok, i rozbijającego ciszę nocy z siłą grzmotu. Tętent kopyt niósł się jednak daleko i ucho Asha wyłowiło ów odgłos z szumu wzburzonej wody.

Stukot zamienił się w głuche dudnienie o deski mostu i Ash zobaczył, że jeźdźców jest dwóch. Zarin (nie sposób było się pomylić, widząc zarys jego głowy i ramion) miał towarzysza. Mimo iż księżyc świecił jasno, dopiero gdy jeźdźcy wspięli się na szczyt wzniesienia, Ash rozpoznał tego drugiego i podbiegł, by uchwyciwszy oburącz strzemię, przylgnąć czołem do stopy Kody Dada.

— Przybyłem tu, żeby się upewnić, że u ciebie wszystko w porządku, mój synu — rzekł starzec, schylając się, by go uściskać.

— A także wysłuchać nowin z miejsca, które kiedyś nazywało się Gulkot — dodał z uśmiechem Zarin, zeskakując z konia.

— To też. — Koda Dad był lekko urażony. — Niepokoiłem się o ciebie od chwili, gdy dowiedzieliśmy się, za późno zresztą, kogo eskortujesz. Gdyby ktoś cię rozpoznał, znalazłbyś się w wielkim niebezpieczeństwie. Cieszę się zatem, żeś cały i zdrów.

Zupełnie, jakbym wrócił do domu, pomyślał Ash, idąc drogą bielejącą w świetle księżyca pomiędzy Zarinem a Kodą Dadem, którzy jechali spacerowym tempem. Po wędrówce przez spragnione kropli wody pustynne połacie Radźputany, szum rzeki działał na Asha odświeżająco i uspokajał, najbardziej zaś krzepiła go świadomość, że jest w towarzystwie dwóch mężczyzn, z którymi może swobodnie rozmawiać o Gulkocie, bo obaj są tak bardzo związani z jego dzieciństwem, że niewiele jest spraw, o których nie wiedzą.

Oprócz pewnych faktów dotyczących Dżuli wśród wydarzeń ostatnich ośmiu miesięcy nie było niczego, czego by nie mógł im powiedzieć, i już samo to, nie mówiąc o radości ze spotkania, działało na niego kojąco. Potrzeba zrzucenia ciężaru, zwierzenia się komuś, kto zrozumie, jak bardzo złożona jest jego sytuacja, wzbierała w nim od wielu tygodni, choć dopiero przed paroma dniami uświadomił sobie, jak silne było to pragnienie i jak ważna dla odzyskania spokoju ducha jest możliwość wyrzucenia z siebie tego wszystkiego, pozbycia się wątpliwości, poczucia winy, lęków. I upiorów.

pawilony_II_okladka
pawilony_II_tytulowa
 

Tytuł oryginału: The Far Pavilions

Copyright © 1978 by M.M. Kaye

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Copyright © for the Polish translation by Oficyna Wydawnicza „Alma-Press”, 1994

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Beata Słama

Korekta: Anna Grelewska

Pro­jekt okład­ki: Krzysztof Rychter

Fotografie na okładce: © VittoriaChe|Shutterstock, © YURY TARANIK|Shutterstock

Konwersja: Grzegorz Kalisiak

ISBN 978-83-7976-923-0

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@wydawnictwopoznanskie.com

www.wydawnictwopoznanskie.com