Mściciel - Mariusz Wollny

Mściciel

5,0

Mściciel to trzecia (po Krwawej jutrzni oraz Straceńcach) i ostatnia część cyklu, przez autora nazwanego Kronikami dymitriad (pierwotnie: Zjadacze ludzi).

Wszystko wskazuje na to, że los polskiego garnizonu w Moskwie jest przesądzony i dobiega kresu. Czyżby i ta awantura miała zakończyć się masakrą Polaków, jak opisane w pierwszym tomie trójksięgu „krwawe gody” Maryny i Dymitra Samozwańca I?

Co się stanie z carową? Czy zdoła odzyskać tron?
A Ryx junior? Przeżyje?
Odnajdzie Ukrytą Dolinę?
Spotkają się z Zuzanną?

Mściciel przenosi Czytelników z Moskwy na kresy dawnej Rzeczypospolitej. Jednak nie te znane z Trylogii Henryka Sienkiewicza, ale inne, zupełnie już zapomniane, choć znacznie bliższe a nie mniej egzotyczne od tamtych, naddnieprzańskich.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj

Copyright © by Mariusz Wollny

Redakcja i korekta: Zespół

Projekt okładki: Zuza Wollny

Skład: Ewa Głowacka

ISBN 978-83-939004-5-9

Konwersja do formatu EPUB/MOBI: Koobe Sp. z o.o.
Koobe.pl - Czytanie w Twoim wydaniu!

www.kacperryx.pl

Sprzedaż bezpośrednia: Skład towarów „U Kacpra Ryksa”,

plac Mariacki 3, 31-042 Kraków

Sklep internetowy: www.sklep.kacperryx.pl

Telefon kontaktowy: 502 708 135

JAMA Mariusz Wollny,

ul. Podgórki 9, 30-616 Kraków

Wydanie I, 2015.

Mariusz Wollny - Mściciel - Krwawa Jutrznia

projekt okładki: Zuza Wollny

JAMA
Kraków 2015
Pokucie na pocz. XVII w.

Mściciel to trzecia (po Krwawej jutrzni oraz Straceńcach) i ostatnia część cyklu, przez autora nazwanego Kronikami dymitriad (pierwotnie: Zjadacze ludzi).

Wszystko wskazuje na to, że los polskiego garnizonu w Moskwie jest przesądzony i dobiega kresu. Czyżby i ta awantura miała zakończyć się masakrą Polaków, jak opisane w pierwszym tomie trójksięgu „krwawe gody” Maryny i Dymitra Samozwańca I?

Co się stanie z carową? Czy zdoła odzyskać tron?

A Ryx junior? Przeżyje?

Odnajdzie Ukrytą Dolinę?

Spotkają się z Zuzanną?

Mściciel przenosi Czytelników z Moskwy na kresy dawnej Rzeczypospolitej. Jednak nie te znane z Trylogii Henryka Sienkiewicza, ale inne, zupełnie już zapomniane, choć znacznie bliższe a nie mniej egzotyczne od tamtych, naddnieprzańskich.

Prochor Białoskórski wyłowił coś z kotła i cisnął w Ryksa. Ten pochwycił to odruchowo, parząc sobie dłonie. Była to odjęta od barku ludzka ręka…

W tej chwili rozgotowana skóra, ścięgna i chrząstki puściły w łokciu i przegubie, mięso odeszło od kości, ręka zaczęła się rozpadać na troje, a palce odrywać od dłoni. Białoskórski zaśmiał się chrapliwie. Zawtórowali mu kompani siedzący przy ognisku. Płomienie strzelały wysoko w górę, upiorne cienie tańczyły w mroku. Ryksowi zdawało się, że wśród fantomów dostrzega przyczajone ludzkie sylwetki, lecz mógł się mylić.

– Śmiało, przybliż się do ognia – szyderczo zaprosił go Prochor, robiąc mu miejsce obok siebie, po czym ostrzegł: – Nie masz innego wyjścia. Wszędzie dookoła są moi ludzie. No, nie stercz na mrozie jak kołek, bo się zaziębisz. Usiądź z nami i biesiaduj do syta. A może wstyd ci, żeś przybył na ucztę z pustymi rękami? Niepotrzebnie. Zaraz zagłosujemy, kto następny trafi do kotła. Jeśli zyskasz fawor u obecnych i dadzą na ciebie kreskę, a będę ich do tego zachęcał, jeszcze tej nocy odwdzięczysz nam się za traktament.

Zarechotał ubawiony i otwartymi dłońmi palnął się po udach aż plasnęło, a jego kamraci pokładali się z uciechy tak, że jeden spadł z siedziska.

Przez chwilę Kacper stał jak sparaliżowany. Przeraziła go i napełniła rozpaczą myśl, że znów zawiódł i stracił kolejnego młodego człowieka powierzonego jego pieczy. Tym razem w jeszcze okropniejszy sposób. Dławił go ból i żal. Ssało go w żołądku i to nie z powodu głodu. Mimo to nie mógł powstrzymać odrazy. Wzdrygnął się i odrzucił ze wstrętem makabryczne szczątki. W tym momencie coś błysnęło na serdecznym palcu, który na ostatku oderwał się od reszty i upadł mu do stóp. Płomień z ogniska oświetlił metalowy krążek. Trwało to chwilę krótką jak mgnienie, ale wystarczyło, by nastrój Ryksa zmienił się diametralnie.

– Coś tam wypatrzył?! – mimo rozbawienia Prochor był czujny jak żuraw i jakimś szóstym zmysłem wyczuł zmianę w postawie Kacpra. – Podnieś to i podaj mi natychmiast!

Ryksa już tak bardzo nie przygniatał ciężar winy, więc nie zamierzał dać się zabić jak bezwolny wół idący na rzeź. Nadal nie wiedział, co stało się z Bartkiem, ale odzyskał nadzieję, że chłopiec jeszcze żyje. Ogarnęła go fala nienawiści i żądzy mordu, jakich nie doświadczył jeszcze nigdy w życiu, a nawet nie wiedział, że jest zdolny do takich uczuć. Zacisnął palce w pięści tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę. Tylko nadludzkim wysiłkiem woli powstrzymał się od skoczenia Białoskórskiemu i pozostałym do gardeł. Nierozważnym postępowaniem mógł Bartkowi bardziej zaszkodzić niż pomóc. Był w rozterce, bo decyzję należało podjąć bezzwłocznie. W tej chwili usłyszał znajomy głos, niczym balsam kojący jego skołatane nerwy:

– Padnij!

Odetchnął z ulgą. Już wiedział, co ma robić. Schylił się błyskawicznie, wydobył przeoczony przez rewidującego go człowieka Białoskórskiego pistolet (po drodze zmienił pierwotny zamiar i przełożył krócicę z cholewy za pasek z tyłu) i strzelił wprost w paskudną gębę Prochora, z której właśnie spełzał ostatni ślad rozradowania. Niewiarygodne, lecz stary łotr, choć zaskoczony nagłą zmianą sytuacji, instynktownie zdążył odchylić się na bok. Mimo to kula trafiła go i rzuciła w ognisko. Zanim zawartość przewróconego kotła przygasiła płomienie, snop iskier wzbił się w niebo i łuna rozjaśniła ciemności, wydobywając z mroku przyczajone postacie. Smród spalenizny rozszedł się szeroko.

Jeszcze jeden z siedzących przy ognisku, sądząc po tuszy Truszkowski, runął po strzale z drugiej lufy krócicy. A potem rozpętało się piekło. Strzały padały zewsząd. Ryx gruchnął na zmarzniętą ziemię, lecz i tak kule świstały mu koło uszu jak rój rozeźlonych szerszeni. Zaczął się czołgać, próbując odpełznąć na bok. Wtem silna ręka pochwyciła go za kołnierz, postawiła na nogi i lekko pchnęła naprzód, a Bartek, bo to był on we własnej osobie, zawołał mu wprost do ucha:

– Biegnijmy!

Tu i tam paliły się ogniska, rozpraszając nieco mrok, dzięki czemu przynajmniej większe przeszkody dało się wypatrzeć i ominąć, a z resztą zdać się na Opatrzność. Pognali zatem naprzód co sił w nogach, a po drodze przyłączali się do nich następni, osłaniając ich i gęsto ostrzeliwując się przed wrogami. Dobiegali już do Kremla, gdy z bramy Frołowskiej wyszły w szyku z bronią gotową do strzału dwie dziesiątki żołnierzy pod komendą trzymającego pochodnię oficera. Zanim dotychczasowi obrońcy rozpłynęli się w ciemnościach, Ryx zdążył rozpoznać znajomego hajduka.

– Chwała Bogu – westchnął z ulgą dowodzący odsieczą pułkownik Budziłło. – Kiedy mi doniesiono, że widziano waszmość, jak szedłeś po zmierzchu do Kitajgrodu, spodziewałem się najgorszego. Zwłaszcza po przeczytaniu skryptu, który zostawiłeś na stole.

– Niewiele brakowało – odparł Ryx. – Dzięki za interwencję.

– Tam, przy ognisku, miał jegomość taką minę, jakby myślał, że to mnie gotowano w tym kotle – zauważył Bartek, gdy bez dalszych turbacji dotarli na swoją wyziębioną kwaterę i ciężko zwalili się każdy na własną pryczę, w poszukiwaniu odrobiny ciepła kuląc się jak niemowlęta.

– Bo w istocie tak przez chwilę myślałem.

– A po czym wasza miłość poznał, że to nie ja?

– Po sygnecie na palcu. Aż dziw, że dwaj tacy chciwcy, jak Białoskórski i Truszkowski, przegapili całkiem spory kęsek srebra. Na sygnecie widniał herb Bończa, a nie dostrzegłem przy ognisku Fredry.

– Zabili go przy mnie, bo się za mną wstawiał. Powiedzieli, że będę następny. Po czym związali mnie, zakneblowali, odciągnęli na bok, zostawili pod strażą i posłali po jegomościa. Kiedy wasza miłość nadszedł, niemal w tej samej chwili ludzie naszego znajomka-hajduka bezszelestnie podkradli się pod obóz Prochora, poderżnęli gardła moim strażnikom i przecięli mi więzy. A kiedy byli gotowi do odbicia jegomości, kazali mi krzyknąć.

– A jak wpadłeś Prochorowi w łapy?

– Jego zbiry musiały obserwować nasz dom, bo czekali na mnie za węgłem, gdym wyszedł poszukać czegoś na ząb. Dostałem pałką w głowę i na wpół ogłuszonego powlekli mnie do Kitajgrodu. Po drodze napatoczył się jakiś patrol, lecz tamci powiedzieli, żem się uchlał i niosą mnie na kwaterę. Oua, brrr… – zadygotał.

– Co to? – zaniepokoił się Ryx. – Jesteś ranny?

– Nie, jeno głodny jak wilk i zmarznięty na kość. Bo swoją drogą, nie przymierzając, zimno tu jak w psiarni albo gorzej. Może wyrwać parę desek z podłogi i rozpalić na kuchni?

– Opał zostawmy lepiej na prawdziwą zimę. Co innego, gdybyśmy mieli jakąś strawę do upichcenia…

– Mamy! – wykrzyknął tryumfalnie Bartek.

Ożywiony, usiadł na łóżku, sięgnął za pazuchę i wydobył spory, dość pękaty worek. Rozwiązał go, zanurzył rękę, pochylił się i pokazał Ryksowi pełną garść czegoś, co w bladej poświacie księżycowej wpadającej przez okno Kacper zidentyfikował jako groch. Czuć go było wprawdzie stęchlizną, ale nie zamierzali wybrzydzać. Sami jeszcze do tego nie doszli, lecz znali takich, którzy żywili się końskim łajnem i dziękowali Bogu choć za to.

– Skąd to masz?

– Znajomy hajduk wcisnął mi na pożegnanie. Porządny człek, choć samojed. A zarazem nasz wybawca i dobrodziej.

– To prawda. Dziwne w nim pomieszanie dobra i zła, lecz nie nam go osądzać za samojedź. Głód nie brach, jak powiadają. Zatem skorzystajmy z daru. Zajmij się grochem i dorzuć do niego tę odróbkę mąki, jaką dostałem od imć Budziłły, a ja poszukam drew na podpałkę.

Nastały ciężkie dni, było coraz chłodniej i głodniej, a nadzieja, że wojsko królewskie zastanie załogę Kremla jeszcze przy życiu, umierała razem z kolejnymi ofiarami głodu. Kończył się październik i coraz częściej rozbrzmiewało słowo wcześniej zakazane pod karą śmierci: kapitulacja. Któregoś dnia Budziłło zwierzył się Turopońskiemu z oburzeniem:

– Imaginuj sobie waść, że kniaź Pożarski miał czelność zaproponować mnie i panu Strawińskiemu przejście do swego obozu! Pewnie mniemał, że jako nienależący do komputu eksżołnierze pana Sapiehy, będziemy łacniej skłonni do zdrady!

– I co waszmość mu odrzekłeś?

Pułkownik spojrzał nań z urazą.

– A jak myślisz? Poradziłem mu, by baczył raczej, co z nim jako arcybuntownikiem uczynią król z królewiczem-prawowitym carem, kiedy nareszcie nadciągną.

– A nadciągną?

– W Bogu nadzieja.

– Tedy spytam inaczej: wierzysz w to?

Budziłło westchnął ciężko, a jego stale strapione oblicze przybrało jeszcze bardziej niż zwykle melancholijny wyraz.

– A co mi pozostało? Co pozostało nam wszystkim?

– A co o tym sądzi imć Struś?

Pułkownik odwrócił oczy i wpatrzył się w noski sfatygowanych butów z plamami wilgoci na skórze, która od dawna nie widziała smarowidła. Jak każdy rodzaj tłuszczu i ono zostało dawno zjedzone, a niektórzy, nie bacząc na mróz i śnieg na ulicach, zjedli już także własne buty i odmrażali sobie stopy poowijane szmatami.

– Pertraktuje, acz mówię to waści w zaufaniu. Stawia twarde kondycje: poddamy się, jeśli pozwolą nam odejść z całym dobytkiem i dadzą eskortę na drogę. Jeśli Pożarski na to przystanie, my wydamy mu bez szwanku tych, na których bezpieczeństwie bardzo mu zależy: wszystkich bojarów i dostojników na czele z kniaziem Mścisławskim. Oczywiście w tych rozmowach chodzi li tylko o to, by zyskać na czasie i odwlec ostateczny szturm, do którego Moskwicini niewątpliwie się szykują – zastrzegł szybko.

– Oczywiście – potaknął Ryx z lekką ironią. – Ale Pożarski musiałby być głupcem, żeby zgodzić się na co innego niż bezwarunkową kapitulację, skoro trzyma nas za gardło i wie o tym bardzo dobrze. A poza tym, nawet gdyby zagwarantował nam bezpieczeństwo i szczerze zamierzał dotrzymać słowa, Trubecki i jego Dońcy nigdy się na to nie zgodzą. Mówił mi niedawno Szowleha, że Kozakom Trubeckiego od dawna marzy się riezanie Litwy i ograbienie naszych ze zdobytych bogactw, o których krążą niestworzone bajdy. A na Mścisławskim et consortes im nie zależy, bo mają ich za zdrajców i zaprzańców.

– Pożyjemy, przekonamy się, co przyniesie los. Cóż więcej możemy zrobić? – znów westchnął Budziłło.

Pierwszego listopada w południe, zniecierpliwieni przedłużającymi się rozmowami, Trubecki i jego kozacka hałastra przypuścili potężny szturm na Kitajgród. Trzymając drabiny ruszyli z dzikim wrzaskiem na kitajgrodzką bramę Warwarską, zwaną też Wsiechswiatską. Wycieńczeni obrońcy stawiali zadziwiająco mocny opór, wielu ich też zginęło, jednak nie zdołali powstrzymać naporu rozochoconych rzezią i zdobytymi na poległych łupami Moskowitów i Dońców. Polacy i Litwini z trudem wycofali się na Kreml, w ostatniej chwili zatrzaskując bramy przed nosem napastników.

Wtedy Struś pojął, że to już naprawdę koniec. Stawianie warunków skończyło się z chwilą utraty Kitajgrodu. Teraz stało się jasne, że trzeba zdać się na łaskę zwycięzców i modlić się, by Pożarskiemu i jego dworianom udało się powstrzymać Trubeckiego i jego dzicz przed wyrżnięciem pokonanych do nogi. Dlatego gdy nazajutrz do zamku w asyście Persy i Szowlehy przekradł się Juszka Pietrowski z wieścią, że wojsko królewskie, z podążającym w straży przedniej Aleksandrem Zborowskim, nie nadejdzie wcześniej, jak pod koniec miesiąca, komendant zebrał wszystkich oficerów i żołnierzy na placu Soborowym i tak do nich przemówił:

– Mężowie polskiego narodu, pułkownicy i rotmistrzowie sławnego rycerstwa i wy wszyscy zebrani w tym kręgu: widzicie dobrze naszą biedę, naszą niemoc wobec przemożnej siły Moskwicinów, którzy u wrót grodzkich stoją i upajają się rychłą zemstą za biedy doznane od nas. Nam, od głodu osłabionym, już koniec nadchodzi i ostry miecz jest gotów. Podajcie mi więc dobrą radę, jak uniknąć owego niemiłosiernego krwawego miecza wrogów naszych, by nie zakipiał w naszej krwi.

Urwał i spuścił głowę, przyznając się do zupełnej bezsilności, przed którą tak długo się bronił. Ryx patrzył na to z przykrością, bo publiczne przyznanie się mężczyzny do klęski nigdy nie jest przyjemnym widokiem. Wiedział, że dla starosty chmielnickiego oddanie stolicy prawowitemu carowi – królewiczowi Władysławowi miało być ukoronowaniem dotychczasowych osiągnięć i początkiem wielkiej kariery. Ale nie współczuł komendantowi. Nie tylko on dobrze pamiętał gorszące spory kompetencyjne między starym komendantem Gosiewskim i nowym Strusiem, gdy kłócili się na potęgę o to, któremu przypadnie zaszczyt powitania królewicza Władysława przybywającego na koronację. Zwycięsko wyszedł z tego starcia chorobliwie ambitny Struś, a Gosiewski na początku roku wrócił do kraju razem z częścią moskiewskiej załogi. Wtedy pozostający żegnali odchodzących szyderczymi okrzykami, a teraz nie było wśród nich nikogo, dowódcy garnizonu nie wyłączając, kto by się z tamtymi szczęśliwcami nie zamienił.

Na przemowę komendanta zebrani odpowiedzieli ponurym milczeniem. Jeśli ktoś jeszcze liczył na jakiś cudowny zwrot w beznadziejnej sytuacji, wreszcie musiał spojrzeć nieprzyjemnej prawdzie w oczy. Nawet najwięksi chciwcy pojęli, że nie ocalą niczego okrom życia, a i to wisiało na włosku. Dlatego wszyscy jednogłośnie opowiedzieli się za wysłaniem posłów do moskiewskich wojewodów z prośbą o przyjęcie bezwarunkowej kapitulacji i okazanie miłosierdzia.

Wieczorem tego dnia na kwaterze Ryksa po raz pierwszy od wielu dni spotkała się cała zżyta piątka. Juszka, Persa i Szowleha oprócz nowin przynieśli także trochę żywności, dlatego Kacper i Bartek czuli się jak na prawdziwej uczcie. Przestali też oszczędzać drewno, więc ostatnie sprzęty poszły pod siekierę, a w izbie zrobiło się przestronniej i nareszcie przyjemnie ciepło. Ryx zaprosił na traktament Budziłłę, ale pułkownik ofiarował się jako zakładnik na czas prowadzenia rokowań, więc musiał udać się do obozu Pożarskiego, gdzie przynajmniej mógł liczyć na jakiś posiłek.

– Musimy mieć alternatywny plan – zagaił Pietrowski, rozlewając do wyszczerbionych kubków przemyconą gorzałkę, kiedy Bartek i jego pan nadludzkim wysiłkiem woli zmusili się do przerwania obżarstwa, wiedząc, że w ich stanie mogłoby ono mieć opłakane skutki. – Być może niektórym oficerom po kapitulacji uda się uratować życie, zwłaszcza tym, którzy trafią do Pożarskiego, ale na pozostałych nie postawiłbym złamanego szeląga. O siebie, Macedońskiego i Szowlehę się nie lękam, bo pośród Moskwicinów i Kozaków dońskich uchodzimy za swoich, ale ty, Kacper, o Bartku nie wspominając, z całym szacunkiem, do starszyzny garnizonowej nie należysz i nikt się za tobą nie ujmie. Jeśli czegoś nie wymyślimy, zginiecie jak inni.

– Albo pewniej – dodał Persa, od niedawna za zgładzenie Diabła Stadnickiego nobilitowany jako Aleksander Perseusz Macedoński. – Jeśli myśleliście, że udało wam się zabić Prochora Białoskórskiego, to muszę was rozczarować. Jego ludzie zanieśli ciężko rannego do obozu Trubeckiego, a ten zapewnił zdrajcy najlepszą opiekę. Łotr stracił jedno oko wybite przez kulę, a połowę gęby i bok opalił sobie w ognisku. Podobno przez kilka dni wył z bólu i był o włos od śmierci, jednak nie sczezł, niestety. Wygląda paskudnie, istny czart prosto z piekła, ale z wolna dochodzi do siebie i aż dyszy zemstą. Słyszałem, że obiecał Trubeckiemu wielkie skarby za wydanie mu ciebie, efendi.

Mimo uszlachcenia, które zrównało go z dawnym przełożonym, Persa wciąż używał pierwotnego imienia i nie pozwalał mówić do siebie inaczej, a do Ryksa po staremu zwracał się: efendi, ale Kacper już dawno machnął na to ręką i przestał mu wytykać niestosowność takiego postępowania.

– Po zajęciu Kitajgrodu – wtrącił Szowleha – Dońcy znaleźli pod stropami niektórych domów mnóstwo podwieszonych trupów, a także dużo oprawionych już i starannie podzielonych oraz osolonych płatów ludzkiego mięsa. Bardzo ich ten dowód samojedzi zohydził i odgrażają się, że wyrżną wszystkich samojedów bez litości.

– Zatem co proponujecie? – spytał Turopoński, łapczywie wychylając okowitę.

Szumiało mu w głowie i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów czuł się prawie syty.

– Masz jeszcze te rysunki kremlowskich podziemi, które skopiowałeś od Olędra Massy? – odpowiedział pytaniem Pietrowski.

– Gdzieś mi się zapodziały. Albo posłużyły za podpałkę. Nie pamiętam. Bartek?

– Zużyliśmy je i inne szpargały, kiedy nie chciał się zająć ten piekielnie twardy dębowy stół…

– Racja.

– Szkoda – zmartwił się Juszka – ale trudno, jakoś sobie poradzimy. Znam jedną basztę, przez którą można wydostać się z Kremla…

– Też ją znam, ep – przerwał mu Kacper, lekko czkając; było mu dobrze i wyjątkowo beztrosko, problem, który próbowali rozwiązać, w gruncie rzeczy mało go zajmował, zresztą już nie pamiętał, kiedy naprawdę czymś się przejmował, może z wyjątkiem niedawnego lęku o porwanego Bartka. – To Tajnickaja, lecz kręcili się przy niej Białoskórscy, więc nasi wrogowie zapewne wiedzą o tym przejściu i będą go strzec.

– Toteż nie o niej myślałem.

– A o której?

– O Wodozwodnej zwanej też Swibłową. Ma ona głęboką studnię i podziemne przejście do rzeki, tak samo jak Tajnickaja. Wodozwodnaja z naszego punktu widzenia ma jeszcze tę zaletę, że znajduje się dokładnie w południowo-zachodnim narożniku Krymgrodu, dzięki czemu możemy ominąć Zamoskworiecze, gdzie stacjonuje część Dońców Trubeckiego. Potem wystarczy tylko przebiec po drewnianym jazie oddzielającym ujście Nieglinnej do Moskwy i już będziemy na zachodnim brzegu, a stamtąd niedaleko do traktu na Możajsk. Zdobędziemy gdzieś konie, a przy odrobinie szczęścia za dwa, trzy dni w Możajsku albo najdalej w Wiaźmie napotkamy wojska królewskie i będziemy uratowani. Co wy na to?

– Brzmi dobrze – odparł ostrożnie Kacper, obracając w palcach opróżniony kubek i z mozołem zbierając myśli, zaś pozostali pokiwali głowami. – Aż za dobrze.

Pietrowski poskrobał się po głowie.

– Owszem, jest mała turbacja… Szedłem tamtędy tylko raz, bowiem prowadzący do rzeki kanał ma wejście na dnie studni, gdzie bije źródło. Dlatego tunel jest częściowo zatopiony i chwilami trzeba brodzić w wodzie po pas. O tej porze będzie bardzo zimna, dlatego potrzebujemy odzienia na zmianę, bo zamarzniemy po wyjściu na brzeg.

– Zatem postanowione. Kiedy ruszamy? – spytał Persa.

– W dniu kapitulacji, nie wcześniej – odparł stanowczo już przetrzeźwiały Ryx. – Nigdy bym sobie nie darował, gdyby coś poszło nie tak i z powodu naszej ucieczki Moskwa zemściła się na naszych towarzyszach.

Charaszo – zgodził się Pietrowski. – Zresztą musimy się przygotować. Potrzebujemy kilku rzeczy niełatwych do zdobycia.

Następnego dnia Kacper dla spokoju sumienia ostrożnie wybadał stanowisko Strusia w kwestii spróbowania ucieczki tajnymi przejściami, przynajmniej przez tych najbardziej zagrożonych zemstą Moskwy. Ale Struś całkowicie odrzucił taką możliwość, powtarzając ten sam argument, którego wcześniej użył Ryx:

– Nie ma mowy. Nie wolno nam rozdrażnić Moskwicinów. Nie pozwolę nikomu działać na własną rękę i dotyczy to także ciebie.

Wobec powyższego po powrocie na wspólną kwaterę Kacper oznajmił towarzyszom:

– Uciekajcie sami, ja muszę zostać z drugimi.

W gruncie rzeczy czuł ulgę. Nie chciało mu się nic robić, za nic i za nikogo odpowiadać. Od dwóch lat było mu zupełnie obojętne, co się z nim stanie. Żył z przyzwyczajenia, z dnia na dzień. O przyszłości nie myślał. Prześladował go obraz Zuzanny takiej, jaką zapamiętał, gdy posyłał ją na śmierć w nurtach rzeki: z przeraźliwie bladym licem okolonym aureolą rudych włosów, zapłakanymi oczyma, z których wyzierało bezgraniczne oddanie i wyciągniętymi ku niemu błagalnie rękoma. Najchętniej położyłby się na pryczy, zawinął w zawszone futro i czekał na śmierć jak na wybawienie. Lecz Juszka, powtarzając ten sam argument, którego kiedyś w podobnej sytuacji użył Bartek, rzekł stanowczo, rąbiąc ze złością pięścią w ścianę:

– Życie ci zbrzydło, twoja rzecz. Ale wiedz, że bez ciebie nie ruszymy się stąd na krok. Ergo będziesz miał nas na sumieniu.

– Tak jest! – poparli go pozostali zgodnym chórem.

Ryx powinien być zły, że nie dają mu spokoju, ale niespodziewanie się wzruszył, bo wiedział, że tym razem nie chodziło im o to, by to on ich ratował, jak to już wiele razy bywało. Teraz oni chcieli go ocalić przed nim samym i wbrew niemu. Nie mógł sprawić im zawodu.

– Zatem postanowione. Uchodzimy razem i niech się dzieje wola boża – zadecydował i wszystkim ulżyło. – Ale wprzódy trzeba sprawdzić, zali przełaz jest drożny. Kto pójdzie ze mną?

Wszyscy chcieli iść, lecz wziął ze sobą tylko Pietrowskiego, ponieważ dwóch znacznie mniej rzucało się w oczy niż pięciu. Zaopatrzywszy się w niezbędny sprzęt, przeniknęli do kompleksu carskiego. Chwilę pokręcili się pośród nielicznych snujących się tu żołnierzy, po czym, wykorzystując sposobny moment, przez tylne wyjście z przytykającego do spichrza rezerwowego pałacu carskiego, obu ogołoconych ze wszystkiego, co przedstawiało jakąkolwiek wartość, podążyli do schodów wiodących na wysoki mur kremlowski. Po nim dotarli do baszty Wodozwodnej. Jako narożna, była wyższa od większości pozostałych i górowała nad całą okolicą. Widzieli stąd zarówno ulice i place Kremla, jak i oba obozy pospolitego ruszenia: kozacki i dworiański. O ile w tym ostatnim panował spokój, to w tym pierwszym pijana w sztok hałastra już świętowała rychłe opanowanie Kremla. Na szczęście Trubecki rozbił główny obóz we wschodniej części Białogrodu, skąd bez lunety w żaden sposób nie można będzie wypatrzeć uciekinierów. Wystarczy im zatem jedynie nie zwrócić na siebie uwagi mniejszego podobozu znajdującego się zaraz za rzeką, na Zamoskworieczu, a potem ominąć obóz Pożarskiego, który rozbił się w zachodniej części Białogrodu, ale dość daleko na południu. Istniała spora szansa, zwłaszcza po zmierzchu, by przemykając między ruderami i kupami gruzów zrujnowanego przedmieścia, wymknąć się wprost na zachód.

Ukryci za załomem, odczekali, aż minie ich dwuosobowy patrol obchodzący tę partię muru, i wewnętrznymi schodami zaczęli opuszczać się na kolejne kondygnacje baszty Wodozwodnej. Miała ona postać graniastej wieży posadowionej na cylindrycznej podstawie. Między nimi były dwa tarasy, wyższy i niższy, zaopatrzone w stanowiska obserwacyjno-strzeleckie. Wreszcie, po długiej wędrówce, od której zakręciło im się w głowach, dotarli do najniższego pomieszczenia. Znajdowała się tu nakryta żelazną klapą, którą odsunęli z trudem, ocembrowana studnia z wmurowanymi klamrami, po których schodziło się do kanału prowadzącego do rzeki. Studnia była bardzo głęboka, dno niewidoczne z góry, więc ciężko byłoby się domyślić, że tamtędy można się wydostać z Kremla, a klamry służą do czego innego niż do czyszczenia studni.

– No to w imię Boże! – powiedział Pietrowski.

Zapalił świecę w latarni i zaczął schodzić, Turopoński za nim. Wędrówka była żmudna, ponieważ w studni z powodu wilgoci panowało przenikliwe zimno, a żelazne stopnie były bardzo śliskie. Przezornie zaopatrzyli się w rękawice, a mimo to zmarznięty metal niemal parzył im dłonie. Pietrowski już docierał do lustra wody, gdy Ryksowi, będącemu ze sześć łokci wyżej, wydało się, że widzi coś dziwnego na jednym z kamieni cembrowiny. Pomacał to miejsce i natrafił na wyżłobienia o zbyt regularnym kształcie, by mogły powstać przypadkowo.

– Chryste! – usłyszał pełen rozpaczy głos Juszki.

– Co się stało?

– Zejdź i sam zobacz.

Zszedł zatem na sam dół do Pietrowskiego i ujrzał, że lustro wody przykrywało wylot tunelu. Korytarz był zalany.

– Jak to możliwe? – jęknął Moskwicin.

– Źródło bije obficiej lub poziom rzeki się podniósł, albo jedno i drugie. Lato było wyjątkowo deszczowe. A ty przeprawiałeś się tędy tylko raz i to wiosną.

– Ale przecież to było tuż po zejściu śniegów, kiedy wody przybrały! A mimo to kanał był drożny… Piekło i szatani! Nic mnie nie usprawiedliwia. Chwała Bogu, że naparłeś się, byśmy to sprawdzili. Inaczej miałbym nas wszystkich na sumieniu… – nie mógł sobie darować Juszka.

Kacper wpatrywał się w wodę. Nie zamarzła, bo zima się dopiero zaczęła, a źródło i tak nigdy nie zamarza, ale była wystarczająco chłodna. Jako jedyny z całej piątki czuł się w takich warunkach jak foka i mógł się pokusić o przepłynięcie pod wodą całego zatopionego tunelu. Ale dla nieprzyzwyczajonych silne wyziębienie organizmu mogło się źle skończyć. Kąpiel w lodowatej wodzie zapewne by ich zabiła, nawet gdyby poradzili sobie z tak długim nurkowaniem bez oddychania… Poza tym Bartek nie umiał pływać…

– Diabli nadali! – warknął Pietrowski i ze złością kopnął w oślizłą cembrowinę. – Znów to samo, jak poprzednio z tamtą kratą podczas „krwawych godów”! Jakieś fatum nas ściga, czy co? Musimy wracać na górę – dodał ponurym tonem, zdając sobie sprawę, że na plan zastępczy, nawet gdyby go mieli, było już prawdopodobnie za późno.

– Nie hałasuj tyle i oddaj mi latarnię – odparł Ryx. – Może nie wszystko jeszcze stracone.

Wspiął się nieco wyżej i oświetlił kamień, na który wcześniej zwrócił uwagę.

– Co tam masz? – zaciekawił się Moskwicin.

– Cios kamienny z wyrytym znakiem dwóch lekko zachodzących na siebie pierścieni.

– I cóż z tego?

– Czytałem gdzieś, że templariusze, których rycerski zakon zlikwidowano przed trzystu laty, bardzo biegli budowniczowie, używali rozmaitych sekretnych znaków rytych na cegłach lub kamieniach. Templariuszy już nie ma, ale być może któryś z olęderskich muratorów, twórców tych kanałów, należał do sekretnego bractwa róży i krzyża, które jakoby przechowało sekrety templariuszy.

– Dalej nie pojmuję, jakie to może mieć dla nas znaczenie.

– Nachodzące na siebie pierścienie znaczą ponoć: idź prosto przed siebie.

– Módlmy się, żeby tak było.

– Amen.

Spróbował wszystkiego: trzymając latarnię w zębach naciskał, pchał i szarpał, aż wreszcie mechanizm, z lekkim zgrzytem, ustąpił. Spora partia cembrowiny otworzyła się do środka niczym skrzydło drzwi, odsłaniając mroczny otwór.

Korytarz był stary, dużo starszy niż system stworzony przez Holendrów. Budując nowe przejście, zamurowali stare, dla żartu lub dla wtajemniczonych współbraci zaznaczając je na wszelki wypadek. Stary kanał biegł sporo wyżej od nowego, był o wiele ciaśniejszy, mniej regularny i w kiepskim stanie – sypało im się na głowy, tu i ówdzie strop podpierały drewniane stemple. Tej konstrukcji bardziej groziło zawalenie niż zatopienie. Ale i ona miała tę samą wadę, co poprzednia – brak wyjścia.

– To tylko ziemia – pocieszająco stwierdził Pietrowski, który pierwszy dotarł do przeszkody.

– Ale zmarznięta na kość – zauważył Turopoński. – Poza tym diabli wiedzą, na jakim odcinku korytarz jest zawalony. Przykro mi, Juszka, to na nic. Ani tą, ani żadną inną drogą nie wydostaniemy się z Kremla. Nic dwa razy się nie zdarza. Zwłaszcza cuda.

*

Zabawa w kotka i myszkę trwała w najlepsze od dłuższego czasu. Zuzanna była szybsza i zwinniejsza od Jeremiasza, a on skupiony, zdeterminowany i bardzo czujny. Dziewczyna w pierwszym odruchu cofnęła się w głąb jaskini, po cichu licząc na to, że znajdzie drugie wyjście. Ale takiego nie było, o czym się szybko przekonała, także po zachowaniu Jeremiasza, który wcale za nią nie pospieszył. Czyhał w pobliżu wejścia, niby pająk w sieci, wiedząc doskonale, że tędy prowadzi jedyna droga ucieczki. I wówczas zaczęła się ciuciubabka. Momentami Zuzannie wydawało się, że już już uda jej się wymknąć, ale zawsze zdążył zagrodzić przejście. Byłoby to nawet zabawne, gdyby w tej okrutnej grze nie chodziło o życie. Może po godzinie takiego miotania się po jaskini, oboje byli bardzo zmęczeni i zaczęli tracić siły. Zuzanna, bliska paniki, zacisnęła zęby i opanowała się z trudem, powtarzając sobie jak zaklęcie: „Nie poddawaj się, nie możesz się poddać!”. Wreszcie pojęła, że musi przejąć inicjatywę, jeśli nie chce zostać w pieczarze na wieki. Nie było innego rozwiązania: należało albo zabić prześladowcę, lub go jakoś ugłaskać, albo zginąć. Zebrała resztkę sił i w duchu powiedziała do siebie z determinacją: „Teraz albo nigdy!”. Udała, że chce przemknąć pod ścianą z lewej strony, a gdy dał się nabrać i ruszył za nią, rzuciła się w prawo. Ta prosta sztuczka omal nie przyniosła jej powodzenia. Ale pośliznęła się, nie zdołała wykorzystać chwilowej przewagi i umknąć przez powstałą lukę. Powiodło jej się jedynie porwać z kąta poręczny czekan, jednak na moment straciła z oka Jeremiasza i to wystarczyło, by skrócił dystans. Szykując się do skoku, wydał z siebie tryumfalny okrzyk i wzniósł włócznię do kończącego sprawę pchnięcia.

Jednak nie uderzył, jakby w ostatniej chwili się rozmyślił. Szybko odbiła toporkiem wieko najbliższej beczułki i przybliżyła do otwartego antałka dogasającą pochodnię.

– Ani kroku! – zagroziła. – Bo wysadzę wszystko w powietrze!

Przerażona mina Jeremiasza upewniła ją, że w beczułce był proch, a nie sól, czego się obawiała. Poczuła ulgę – przynajmniej teraz dopisała jej odrobina szczęścia.

– Nie uczynisz tego – odparł niepewnie.

– Przekonaj się – prychnęła, tym razem już pewna, że tamten stchórzył. – Raz…Dwa…

Opuściła rękę trzymającą pochodnię o cal. To wystarczyło.

– Nie! – zawołał. – Daj pokój, jakoś się dogadamy… Patrz: wycofuję się!

Zrobił trzy kroki w tył.

– Odłóż spisę!

Zawahał się.

– Odłóż! Po co ci ona? Przecież nie jesteś mordercą.

Co do tego ostatniego wcale nie miała pewności, tylko przeczucie. Jej niespodziewana obecność w grocie zaskoczyła go i bardzo wzburzyła. Do tego stopnia, że z początku niewątpliwie chciał ją zabić i był do tego zdolny. Ale potem ochłonął. Na tyle, że nie przebił jej rohatyną, gdy miał wyborną sposobność.

– Kiedyś zabijałem ludzi… – oznajmił, lecz posłusznie odrzucił broń.

Bez słowa wykonał także kolejny rozkaz: nabił pistolet, jeden z tych przechowywanych w pieczarze razem z inną bronią, i podsunął w stronę dziewczyny, po czym spokojnie usiadł na beczce i ostrzegł:

– Zapamiętaj sobie: jesteśmy tutaj bezpieczni jak u Pana Boga za piecem, bo nikt nie wie o naszym istnieniu. A wrogowie są wszędzie dookoła. Dlatego nie wolno tu używać broni palnej – to jedno z przykazań. Spostrzegłaś chyba, że jeśli polujemy, to tylko z łukiem i oszczepem.

– Pojmuję i mogę ci obiecać, że użyję tej broni jeno przeciw tobie, jeśli znów będziesz na mnie nastawał.

Patrzył jej w oczy, jakby chciał przeniknąć na wskroś wszystkie jej zamysły i ukryte intencje.

– Skąd mam wiedzieć, czy mówisz szczerze? My nie uznajemy przysiąg.

– A ja wcale nie przysięgam, tylko obiecuję. Reszta zależy od ciebie. Trzymaj się ode mnie z daleka, jak do tej pory, a ja nikomu nie powiem, co tu widziałam, na czym ci zapewne z jakiejś przyczyny zależy. Jednak musisz mi powiedzieć, gdzie znajduje się Ukryta Dolina i jak się stąd wydostać.

– Tego ci powiedzieć nie mogę. Wydostaniesz się stąd wyłącznie tak, jak tu przybyłaś: z Józefem albo wcale. Pogódź się z tym. A najlepiej sprowadź się do nas zawczasu. Józefa ani widu ani słychu. Już niedługo spadnie śnieg i wówczas nikt się do doliny nie przedrze, nawet on. Będzie ci trudno samotnie przetrwać zimę.

– O mnie się nie trap.

Wzruszył ramionami.

– Jak chcesz. Drzwi do nas zawsze zastaniesz otwarte. Możesz sobie o mnie myśleć, co chcesz, ale pozostali są dobrymi ludźmi.

– Wiem o tym.

– To dobrze. Zatem bacz, byś ich nie pokrzywdziła.

Wstał z beczki i poszedł do wyjścia. Ruszyła za nim. Przed opuszczeniem groty odwrócił się i ogarnął ją szerokim gestem.

– Pewnie myślisz, że to wszystko moje. Mylisz się. Ja jestem tylko strażnikiem tych skarbów, niewiele różniącym się od nocnego stróża na połoninie – nicznyka. A w zamian mogę zapewnić sobie i moim ludziom bezpieczny schron w naszych podłych czasach. Więcej ci powiedzieć nie mogę, lecz proszę cię, żebyś nie zniszczyła tego, co udało nam się stworzyć z takim trudem.

Nie żądał od niej zapewnienia, że nie przywłaszczy sobie cząstki tutejszych bogactw. Może istotnie nie wierzył w przysięgi albo poznał ją na tyle, że wiedział, iż nie jest zdolna do kradzieży. A zresztą: na co komu skarby, z których nie sposób skorzystać.

– Już ci to obiecałam. Dotrzymaj swojej części umowy, ja dotrzymam swojej. Nie wchodźmy sobie w drogę, a wszystko będzie dobrze.

Od rozmowy w „Sezamie” pomiędzy Zuzanną a Jeremiaszem zapanowało jakby zawieszenie broni. Wzajemne kontakty ograniczyli do minimum. Czasem tylko spotykała w lesie członków wspólnoty, jak polowali lub wyganiali bydło i konie do wypasu na polanach leśnych. Albo jeśli zapuściła się na skraj świerkowego boru i wysokogórskich łąk – połonin, na których od wiosny do jesieni przebywało kilku młodych juhasów ze starszym, zwanym watahem. Wypasali tam owce, mieszkając w szałasie zwanym kolibą, gdzie przerabiali mleko na świeży ser – bundz, a ten na bryndzę, którą napełniali zamykane drewniane naczynia, na koniec gotując serwatkę i odzyskując z niej podlejszy rodzaj sera oraz kwaśną jak ocet żętycę, spożywane na bieżąco. Częstowali ją chętnie, a ona, nie chcąc nadużywać ich gościnności, odwdzięczała się dziczyzną. Zawzięcie bowiem polowała, czy to z łukiem, czy zastawiając wnyki i sidła, jak ją nauczył Józef, czy łowiąc (na wędę i ościeniem), a potem wędząc ryby. Zbierała też rozmaite leśne jagody i grzyby po to, by je ususzyć i zrobić zapasy na zimę. Tutejsza dziewicza puszcza obfitowała w zwierzynę, gdyż wspólnota była nieliczna, a Jeremiasz z jakichś względów nie popierał łowów z wyjątkiem tych nielicznych wypadków, gdy do doliny zapuszczał się czasem niedźwiedź albo (najczęściej zimą) zwabione zapachem owiec i bydła domowego wilki. Wtenczas urządzano obławę na szkodniki. Inna zwierzyna miała na ogół spokój, więc nie brakowało zajęcy, saren, jeleni, dzików, głuszców górskich, a z drapieżników lisów, tchórzy, łasic, wydr i rysi. W rzece zaś roiło się od pstrągów, lipieni i drapieżnych głowacic skrywających się pod kamieniami. Z opowieści pasterzy wynikało (sami jednak nie wiedzieli, skąd i od kogo o tym słyszeli), że gdzieś poza doliną, w mateczniku zwanym Dzembronia (od zembrów, czyli żubrów) przetrwało jeszcze ostatnie w tych stronach stado królów puszczy. W Ukrytej Dolinie żubrów nie było, lecz i tak stanowiła ona myśliwski raj i Zuzanna korzystała z niego do syta.

Radzi z jej wizyt mieszkańcy doliny dziwowali się temu, że tak świetnie samotnie gospodaruje i że to woli, zamiast przyłączyć się do wspólnoty. Ona zaś próbowała podstępnie wydobyć od nich jakieś nowiny o Jeremiaszu, lecz na próżno. Nie dlatego bynajmniej, że przejrzeli jej zamiary, na to byli zbyt naiwni i łatwowierni, ale po prostu dlatego, że praktycznie nic o nim nie wiedzieli. Mówili niby po polsku, lecz jakimś osobliwym narzeczem ze sporą domieszką słów ruskich i innych, nieznanych Zuzannie.

Jesienią w Ukrytej Dolinie było najpiękniej. Zmieniał się układ kolorów. Nie dominowała już soczysta zieleń traw na śródleśnych polanach i mroczna barwa świerkowego boru zwanego czarnym lasem, prastarego, z wysokimi na dwadzieścia pięć – trzydzieści sążni smerekami liczącymi nawet pięćset lat (na wagaszach, czyli zrębach, gdzie butwiały gigantyczne pnie, można było porachować słoje) i czysty szmaragd traw na śródleśnych polanach. Wdzierała się w nią żółć i purpura olch i jesionów porastających brzegi strumienia przepływającego przez dolinę oraz brzóz i niskich wierzb na zbrązowiałych torfowiskach – malchowach, na których rosły też dereń i jeżyna, wilcze łyko, suchodrzew, leszczyna, malina, jarzębina oraz tawuły latem zdobne w pęki białych kwiatów. Swoje brązy do palety barw dorzucały buki, w niższych partiach lasu razem z jodłami przetykające świerczynę. Rudziały połoniny, łąki ponad pasem lasu, oddzielone od niego pasmem aromatycznej kosówki, tak gęstej, że wiosną i latem czuły się w niej bezpiecznie nie tylko niedźwiedzice z młodymi, ale i łanie z jelonkami oraz głuszce wysiadujące jaja, bo ani ryś ani lis nie miały tu dostępu. Nawet na pozornie nagich szaro-czarnych skalnych wierzchołkach pojawiały się gdzieniegdzie plamki złota i czerwieni. To jałowce, dereń, jeżyny, a czasem skarlała jarzębina, różanecznik, oset bez łodygi – dziewięćsił, wykorzystywały do wzrostu każdą odrobinę ziemi naniesioną wiatrem w szczeliny. Tu i ówdzie zieleniło się najpiękniejsze i zarazem najrzadsze drzewo – smukła limba.

Niczym Diana łowczyni, Zuzanna z pistoletem i myśliwskim nożem za paskiem oraz łukiem i kołczanem pełnym strzał na plecach przemierzała całą Ukrytą Dolinę wzdłuż i wszerz, od łożyska potoku po kieczery, jak mieszkańcy doliny nazywali górskie szczyty, czasem mające postać rumowisk złożonych z głazów i odłamów skalnych tak wielkich, jakby wtargały je na górę jakieś olbrzymy z ludowych klechd. Jedne były obłe, drugie smukłe niczym iglice czy kominy. Niektóre wierzchołki, o niemal pionowych ścianach, wyglądały na ucięte nożem, inne łamały się w potężnych stopniach gigantycznych schodów. Te groźne, strome uskoki nadawały górom wygląd niedostępnego urwiska, najeżonego skałami. Jary i rozpadliny, kotły i niecki, wydrążone w pradawnych czasach, gdy lód i woda rzeźbiły teren, czasem małe jeziorka albo zwykłe bajora obrośnięte trzcinami, turzycą i krzakami, urozmaicały monotonię skamieniałych fal i bałwanów.

Zuzanna najbardziej lubiła tę porę roku, bo właśnie wówczas razem z Józefem przybyli do Ukrytej Doliny i wtedy odzyskała pamięć utraconą hen na wschodzie, nad jakąś nieznaną rzeką gdzieś pośrodku Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. Ale od tamtej pory minęły już dwa lata. Nie do wiary! Kiedy to się stało? Najwyższy czas, by się stąd wyrwać. Jednak mimo wielu wysiłków nie zdołała znaleźć wyjścia z doliny, która tak po prawdzie była kotliną, niecką otoczoną zewsząd skalnym murem. Każdy ze szczytów, na który udało jej się wdrapać, kończył się bezdenną przepaścią, niemożliwą do sforsowana. Na dodatek, jak okiem sięgnąć, widziała z nich tylko inne wierzchołki, równie wysokie, albo i wyższe, zewsząd otaczające Ukrytą Dolinę. Pasterze nazywali tę krainę Wierchowiną i Zuzanna musiała przyznać, że nazwa była utrafiona. Niestety, nic jej nie mówiła.

Łudziła się, że może przynajmniej Józef zdąży wrócić przed zimą. Jednak pod koniec października spadł pierwszy śnieg, a w listopadzie śniegu miejscami było już na człeka wysoko. Wtedy pojęła, że czeka ją druga samotna zima i że będzie potrzebowała wszystkich sił, by nie tylko ją przetrwać, ale i nie oszaleć z powodu przedłużającego się ponad miarę i ludzką wytrzymałość odosobnienia i odcięcia od świata. Wiedziała też, co będzie trzymać ją przy zdrowych zmysłach – jak zwykle nadzieja, że w końcu przybędzie on, Kacper. Wciąż miała w oczach jego tragiczny wzrok, gdy bezradnie patrzył, jak unosi ją rzeczny nurt. Ale teraz uratuje ją i odjadą ku wspólnej przyszłości. Żadnej innej ewentualności nie brała pod uwagę.

Nie spodziewała się też zagrożenia ze strony Jeremiasza. Do czasu aż wpadła w skryte pod śniegiem paści w miejscu, gdzie nie powinno ich być, gdyż chodziła tamtędy wielokrotnie.

*

Po powrocie Kacpra i Juszki z nieudanej wyprawy zapanowało ogólne przygnębienie. Ryx martwił się jedynie ze względu na pozostałych, ale w gruncie rzeczy był rad, że los zdecydował za niego. Emanował wewnętrznym, fatalistycznym spokojem, kontrastującym z panującą dookoła nerwowością i lękiem przed tym, co przyniesie najbliższa przyszłość. Najbardziej irytowało to Pietrowskiego, który chodził po wspólnej kwaterze rozdrażniony jak niedźwiedź w klatce, rzucając przyjacielowi ciężkie spojrzenia, ale Turopoński zdawał się ich nie dostrzegać. Podobnie jak tego, że Juszka, Persa i Szowleha zawzięcie dyskutowali we własnym gronie, milknąc, gdy w pobliżu pojawiał się Kacper lub Bartek. Ten ostatni nie był ślepy i dziwne postępowanie druhów nie uszło jego uwagi, lecz Ryx wszelkie próby rozmowy na ten temat zbywał machnięciem ręki. Wyglądał, jakby już żył we własnym świecie, do którego nikt nie miał dostępu, nawet najbliżsi.

Tymczasem wymieniono zakładników i przystąpiono do rozmów, które zakończyły się 6 listopada. Ustalono i zaprzysiężono na krucyfiks, że następnego dnia garnizon złoży broń i opuści Kreml. Komendant Struś i dowódca piechoty kapitan Charliński mieli pozostać na miejscu i trafić w ręce Trubeckiego, a ich podwładni – do obozu Dońców, natomiast ludzie Budziłły i on sam mieli się dostać Pożarskiemu. Wcześniej wypuszczono wraz z rodzinami propolskich bojarów z Mścisławskim na czele, dla ich dobra czyniąc wrażenie, jakoby byli oni polskimi jeńcami, źle traktowanymi w niewoli.

Ale Dońcy nie dali się tak łatwo oszukać. Kiedy wpierw przez bramę Borowicką wyszły niewiasty z dziećmi, przyczajeni mołojcy zdradzali wielką chęć, by napaść na nie, odrzeć kobiety z odzienia i zgwałcić, a potem pomordować i ograbić ich mężów i ojców. Jednak dworianie Pożarskiego i sam kniaź skutecznie interweniowali. Po awanturze z dworianami rozeźleni Kozacy ostatecznie zawrócili do swego obozu, ale ich niesubordynacja źle wróżyła temu, co miało nastąpić nazajutrz – kapitulacji polskiego garnizonu.

Tej nocy, z wyjątkiem Turopońskiego śpiącego spokojnie jak dziecko, chyba nikt w polskim obozie nie zmrużył oka. Młodość i osłabienie organizmu mają jednak swoje prawa, więc sen zmorzył Bartka dwie godziny po północy. Kiedy się ocknął, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Pozostali w domu sami z Ryksem. Towarzysze zniknęli, a razem z nimi cała broń, również ta należąca do Bartka i Kacpra, i wszystkie wartościowsze rzeczy. Obudzony natychmiast Ryx nie przejął się tym zbytnio.

– Na pewno znajdzie się jakieś wyjaśnienie – odparł i nie zaprzątał sobie tym więcej głowy.

Wyjaśnienie podsunął im komendant Struś, gdy niedługo po świtaniu żołnierze formowali się na placu Soborowym:

– W nocy ktoś spuścił się z murów i uciekł do Moskwicinów. Strażnicy znaleźli linę. Ufam, że tamci tchórze i zdrajcy złamali karki albo ich zabito – poinformował z goryczą i odszedł dopilnować otwarcia bram.

Bartek już otwierał usta, lecz wydanie przyjaciół nie mogło mu przejść przez gardło. Oni mogli być zdrajcami, on takim być nie zamierzał. Poza tym wciąż nie mieściło mu się w głowie, że wypróbowani nie raz druhowie mogliby się dopuścić czegoś tak odrażającego. Zaś Ryx przyjmował wszystko z obojętnością, która jego przybocznego doprowadzała do rozpaczy.

Rankiem 7 listopada (wedle miejscowej rachuby 28 października) 1612 roku otworzono bramy Kremla, przez które wrzeszcząc tryumfalnie i wymachując sztandarami i bronią wlało się pospolite ruszenie z obu obozów: Kozaków Trubeckiego i dworian Pożarskiego. W milczeniu czekali na nich Polacy podzieleni na dwie grupy: osobno żołnierze Strusia i Charlińskiego, osobno Budziłły i Strawińskiego wraz z pozostałymi. Tę drugą grupę otoczyli dworianie i poprowadzili do swego obozu. Wielu żołnierzy było tak osłabionych, że koledzy musieli ich nieść na plecach. W tym czasie Dońcy, którzy już zdążyli rozpełznąć się po całym Kremlu w poszukiwaniu łupów, razem z motłochem stołecznym rzucili się na ludzi Strusia. Trubecki wziął pod osobistą opiekę jedynie najcenniejszych jeńców, których można było w przyszłości wymienić na znacznych Moskwicinów lub okup: Strusia i Charlińskiego, resztę pozostawiając na pastwie swoich Kozaków. Obu wodzów pospolitego ruszenia nie było zresztą na miejscu – dopiero nazajutrz mieli w uroczystym pochodzie wjechać na Kreml. Kapitulację przyjmował kupiec Kuźma Minin, który nie panował nad sytuacją, zresztą bez użycia siły nikt nie byłby w stanie zapanować nad rozpasaną dziczą.

Rozległ się wielki krzyk rozpaczy. Bezbronni Polacy zbili się w kupę, by trudniej było Dońcom porywać ich na rzeź. Prosili swych oprawców o zmiłowanie:

Ludy, spasajte!

– Litości!

Błagali rotmistrzów, by wstawili się za nimi u kniazia Pożarskiego, aby i ich zabrał ze sobą, bowiem pojęli już, że jeśli dadzą się zawlec do kozackiego obozu, wszyscy zginą w najokropniejszy sposób:

– Ratujcie nas! Nie dajcie porżnąć jak bydło!

Niektórzy wołali:

– Oddajcie nam broń! Niechaj przynajmniej umrzemy w walce!

Wszystko na próżno. Pożarski był rad, że poprzedniego dnia udało mu się ocalić bojarów, wiedział, że naraził się tym żądnym krwi kozackim riezunom i nie zamierzał dla Polaków narażać swoich ludzi i własnego autorytetu. Dworianie odpychali zatem zrozpaczonych jeńców, usiłujących dołączyć do swych szczęśliwszych kolegów, wyprowadzanych z Kremla przez wrota Troickie. Tłum, tłoczący się na ulicach i dachach domów, złorzeczył i wygrażał Polakom i mimo wojskowej ochrony tłukł ich pałkami i siekł szablami. Wbrew ustaleniom, ale dzięki temu przynajmniej niektórym ratując życie, zaraz za kamiennym mostem na Nieglinnej wszystkich jeńców pognano do niewoli.

Przedtem jednak wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Tuż za murami Kremla, gdy czoło kolumny znikało w położonej na drugim brzegu Nieglinnej niezadaszonej baszcie-barbakanie Kutafji, środek pochodu był na moście Troickim, zaś tył właśnie opuszczał bramę Troicką, tuzin rozpędzonych konnych wyskoczył z bramy i jął się przepychać naprzód, bezceremonialnie tratując jeńców, którzy w porę nie usunęli się im z drogi.

– Ty tu dowodzisz? – Kozak doński z blizną przecinającą całą twarz na skos, bezceremonialnie zagadnął oficera prowadzącego kolumnę, którego dogonił w barbakanie.

– Ja. O co chodzi?

Sudar Białoskórski chce, aby mu wydać jednego z jeńców.

Dworianin poczerwieniał z gniewu.

– W dupie mam ciebie i twojego sudara! Won!

Kozak złapał za rękojeść czekana, ale pohamował się, gdyż dworianie mieli znaczną przewagę nad Kozakami, a w razie walki mogli liczyć na wsparcie jeńców nienawidzących Dońców.

– Masz! – podał tamtemu pismo.

Była to prośba kniazia Trubeckiego, wyrażona w imieniu zasłużonego dla Moskwicinów polskiego infamisa Prochora Białoskórskiego, o wydanie jeńca, niejakiego Kacpra Turopońskiego zwanego Ryx. Pod pieczęcią Trubeckiego widniała pieczęć i podpis kniazia Pożarskiego z własnoręcznym dopiskiem: Zgadzam się.

– Dobrze, weź sobie tego Ryksa. Ale tylko jego – powiedział oficer niechętnie, złożył i schował za pazuchę pismo, po czym skinął na jednego z podkomendnych i rozkazał mu: – Dopilnuj tego.

Kozacy usunęli się na bok, a kolumna znów ruszyła. Jeńcy, głodni, otępiali i obojętni na otoczenie, niektórzy poranieni przez motłoch, z opuszczonymi głowami wlekli się noga za nogą, podtrzymując się nawzajem. Przeszli już niemal wszyscy, gdy człowiek schowany za plecami naznaczonego na gębie Kozaka wskazał mu kogoś palcem.

– To on? – chciał się upewnić Doniec.

Tym razem aż trzech ludzi kiwnęło głowami potakująco. Zaraz też dwóch Kozaków na rozkaz herszta skoczyło, wyciągnęło z tłumu zdziwionego, lecz nie stawiającego oporu Ryksa, związało mu z tyłu ręce rzemieniem, zarzuciło na szyję arkan i chciało pociągnąć, gdy wtem, ignorując strażników, Bartek podskoczył ku Dońcom, wołając:

– Zabierzcie i mnie!

Wyciągnęli szable, chcąc go rozsiekać, lecz wówczas Kacper zagrodził im drogę, mówiąc stanowczo:

– Bez niego się nie ruszę.

Zawleczono więc obu do czekającej reszty Dońców, a ponieważ ostatni Polacy i ich strażnicy już opuszczali barbakan, osamotniony dworianin wyznaczony do przekazania jeńca nie protestował, że zabierano dwóch zamiast jednego i czym prędzej dołączył do swoich. Kacpra i Bartka przyprowadzono przed oblicze Kozaka z blizną i dopiero wtedy młodzian spostrzegł, że oprócz współplemieńców Kozakowi towarzyszyli trzymający się w cieniu Pietrowski, Persa i Szowleha. Wpierw skamieniał, nie dowierzając własnym oczom, a potem splunął z pogardą.

Kozak kopnął go w twarz, obalając w rozdeptany śnieg, po czym zwrócił się do Ryksa:

– Ktoś wygląda cię niecierpliwie. Znasz go. To Prochor Białoskórski. Kazał mi wyjawić ci jego imię, żebyś zdążył sobie po drodze imaginować, co cię czeka, gdy dotrzemy na miejsce. Posadźcie go na luzaka – rozkazał swoim. – A temu drugiemu poderżnijcie gardło.

*

Kiedy dworianie Pożarskiego ze wszystkimi ludźmi Budziłły oraz Trubecki ze Strusiem, jego oficerami i garścią żołnierzy odeszli do swych obozów, oszalała z nienawiści kozacka dzicz i towarzysząca jej stołeczna hołota zaczęły znęcać się nad pozostawionymi na jej łasce nieszczęśnikami, mordując ich na najbardziej wyszukane sposoby.

– Bić Litwę! Rzezać brańców! – wyła tłuszcza.

Bruk na ulicach spłynął krwią, zewsząd słychać było krzyki bestialsko zabijanych jeńców i rechot ich oprawców. Nie zdołał ich zagłuszyć jazgot rozkołysanych przez zwycięzców cerkiewnych dzwonów. Z pomordowanych i dogorywających zrywano pancerze, szable, odzienie i buty. Pijani mołojcy, w których chciwość wygrała z żądzą mordu, rąbali toporami wrota wiodące na pałacowy dziedziniec, nie mogąc się doczekać dobrania do skarbów, które w ich mniemaniu mogli przeoczyć lub z powrotem ukryć Polacy. Profanowali cerkwie, grabili resztki skarbca, a czego nie mogli rozkraść, niszczyli. Z trudem udało się w końcu Trubeckiemu przerwać dewastację i rzeź, jednak nastąpiło to dopiero pod koniec dnia.


Pełna wersja książki do kupienia w księgarni internetowej koobe.pl

PODZIĘKOWANIA

Drogi czytelniku, może Cię to zdziwić, ale ta książka ma aż 181 wydawców!

Akcja wspólnego wydawania Mściciela odbyła się w kwietniu 2015 roku na platformie Polakpotrafi.pl, a jej wynik przerósł moje najśmielsze oczekiwania. W tym miejscu chciałbym podziękować wszystkim, którzy zaangażowali się w to wielce ekscytujące i motywujące do dalszego działania przedsięwzięcie.

Na szczególne podziękowania zasługują (kolejność losowa):

Jerzy Rośkiewicz, Krzysztof Sikorski, Ewa Głazek, Ireneusz Honkisz, Anna Muszyńska, Radosław Górski, Karolina Kaszuba, Anna Magiera, Izabela Banaś, Zbyszko Mydlarz, Michał Kokociński, Mateusz Suchoń, Katarzyna Gondek, Piotr Kempf, Agnieszka Chamioło, Krzysztof Wąs, Piotr Biesikirski, Grushman, Waldemar Wołyński, Maciej Jasiński, Jan Kurek, Jadwiga Falkowska, Krzysztof Kaczmarczyk, Magdalena Nitecka, Magdalena i Maciej Pieronkowie, gscibisz, Maria i Maciej Morus, Michał Poletek, Klara i Michał Skowronowie, Szczepan Jan Serwatka, Monika i Grzegorz Wasowscy, Piotr Suwada, Michał Wójtowicz, Grzegorz Rudziński, Dawid Jabłoński, Tomasz Borczyk, Grzegorz Januszek, Łukasz Pakula, Ewa Mocek, Kasia Muszyńska, Paweł Jaszczak, familia Baranów, Daniel Porada, Ewa Tucznio, Drużyna Południe, Przemysław Łyczko, Dorota Kowalska, Sabina i Marcin Nowak, Ani.k, Tomasz Kubit, Monaliza, Bogusław Mierzwa, familia Tomankiewiczów, Marcin Gontarek, Paweł Janowski, Krzysztof Cichecki, Artur Błażewicz, Ewa Szczepankiewicz, Grzegorz Kuśnierz, Robert Szpondowski.

Mariusz Wollny

Nadruki z historią
Kriniki dymitriad

Kroniki dymitriad

Akcja trzytomowych Kronik dymitriad toczy się na początku XVII wieku. Bohaterem trylogii jest Kacper Turopoński, syn krakowskiego detektywa Kacpra Ryksa. W Krwawej jutrzni, pierwszej części trójksięgu, Ryx junior jedzie do Moskwy z sekretną misją, zleconą mu przez królewski dwór, po drodze przyłączając się do orszaku Maryny Mniszchówny zdążającej na ślub z Dymitrem Samozwańcem. Zakochany w Marynie Ryx cierpi katusze, do tego ściera się z awanturnikami towarzyszącymi wyprawie, a na koniec uczestniczy w jej dramatycznym finale. W kolejnym tomie, Straceńcach, sekundujemy bohaterowi w jego miłosnych i wojennych perypetiach, przy okazji zapoznając się z największymi tryumfami polskiego oręża – zwycięstwem nad Rosjanami i Szwedami pod Kłuszynem oraz wkroczeniem Polaków do Moskwy. Atutem trylogii, podobnie jak wszystkich powieści Wollnego, obok wartkiej akcji jest maksymalna wierność prawdzie historycznej.

Powieść tę dedykuję wszystkim ludziom dobrej woli, którzy przyczynili się do jej powstania.
Szczególnie dziękuję sponsorom (wymienionym na okładce) oraz mecenasom tego wydania: Wojciechowi Krawczykowi, Janowi Mitkowskiemu, Michałowi Ptakowi i Sebastianowi Ohnesorge.
Kacper Ryx

Kacper Ryx

Bohaterem tego czworoksięgu jest Kacper Ryx, wpierw student medycyny, potem zawołany medyk, lecz przede wszystkim inwestygator (prywatny detektyw) Ich Królewskich Mości, który rozwiązuje autentyczne sprawy kryminalne i afery polityczne nękające Kraków i Rzeczpospolitą w II połowie XVI wieku. Akcja każdego tomu toczy się za panowania innego króla, kolejno: Zygmunta Augusta, Henryka Walezego, Stefana Batorego i Zygmunta III Wazy. Pomocnikami i przyjaciółmi Ryksa są m.in. rubaszny olbrzym Niziołek, znany poeta Mikołaj Sęp-Szarzyński, czy przyszły hetman Stanisław Żółkiewski.

Z Kacprem Ryksem po renesansowym Krakowie

Z Kacprem Ryksem po renesansowym Krakowie

To nietypowy (pierwszy i jedyny taki w Polsce!) przewodnik po dawnej polskiej stolicy, po której oprowadza Czytelników tytułowy bohater tetralogii Kacper Ryx. Spacerując z Ryksem po mieście poznajemy ówczesny Kraków od strony, z której nikt go jeszcze w taki sposób nie opisał. Przewodnik powstał na zamówienie fanów Ryksa, pragnących dowiedzieć się całej prawdy o znanych z powieściowego cyklu miejscach, ludziach i wydarzeniach, ale gorąco polecamy go każdemu, kto chciałby poszerzyć swą wiedzę o Krakowie, zarówno mieszkańcom, jak i turystom. Atutem przewodnika są dwa załączone plany: miasta XVI-wiecznego oraz współczesnego z wytyczonymi szlakami, a także ilustracje obrazujące dawny i już miniony Kraków.

Oblicze Pana

Oblicze Pana

To napisana specjalnie na sześćsetną rocznicę bitwy pod Grunwaldem powieść sensacyjno-historyczna, której intryga osnuta jest wokół tak zwanego relikwiarza grunwaldzkiego znajdującego się w krakowskim kościele św. Floriana. Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni siedmiuset lat. Razem z ostatnimi templariuszami A.D. 1314, Krzyżakami A.D. 1410, hitlerowcami A.D. 1945 oraz tajnymi agentami kilku służb A.D. 2010 próbujemy rozwikłać fascynującą tajemnicę z odległej przeszłości i odnaleźć słynny zaginiony skarb templariuszy. A przy okazji obserwujemy rodzące się uczucie pomiędzy zamieszanymi w tę sprawę Polakiem i Niemką ze starego rodu von Baysen-Bażyńskich.

Krew Inków

Krew Inków

To typowa powieść awanturnicza, której akcja osadzona jest na zamku w Niedzicy pod koniec XVIII wieku. W okolicy ukrywają się uczestnicy powstania kościuszkowskiego, krążą kurierzy tajnych polskich organizacji, grasują zbójnicy tropieni przez austriackie wojsko, a do tego na zamku zjawiają się ostatni ocaleni z pogromu peruwiańscy Inkowie z następcą tronu i resztką ogromnego skarbu.

Poniższe książki łączy jedno: są adresowane do Czytelników w każdym wieku, zatem doskonale nadają się do wspólnego, familijnego czytania.

wollny_dzieciom

Tropem smoka to przewodnik po Krakowie, w którym oprócz rzeczy najważniejszych i niezbędnych do poznania dawnej stolicy Polski, znajdziemy mnóstwo ciekawostek o ludziach i wydarzeniach, a także wszystkie krakowskie legendy i podania. Jedynie z tym przewodnikiem oprócz magicznych miejsc jest okazja wytropić nie tylko liczne tutejsze smoki, ale i inne osobliwości: czarodziejów, wiedźmy, duchy, zjawy, diabły i upiory.

Jest także angielska wersja przewodnika: Tracing the dragon.

Jak Lolek został papieżem to bardzo przystępnie napisana, głównie z myślą o młodych Czytelnikach, w miarę pełna biografia Jana Pawła II, ukazująca dzieciństwo Wielkiego Polaka, jego młodość, drogę do kapłaństwa i na Stolicę Piotrową. Znakomity prezent pod choinkę lub na I Komunię.

Bardzo bzdurne bajdurki to zbiór zabawnych i zwariowanych historyjek, zdolnych rozbawić zarówno młodych, jak i dorosłych Czytelników, gdyż jedni i drudzy odnajdą w nich coś tylko dla siebie. Doskonała lektura na ponure dni i kiepski nastrój.

ZAPRASZAMY NA SPOTKANIA I SPACERY AUTORSKIE Z MARIUSZEM WOLLNYM!

szczegóły na www.kacperryx.pl

Patronat medialny:

lubimyczytac.pl
historykon.pl

Sponsorzy:

Dragon Winch
koobe.pl
Spis treści
WSTĘP
ROK 1613 (7121)
ROK 1614 (7122)
EPILOG
NOTA HISTORYCZNA
PRZYPISY
PODZIĘKOWANIA