Adwokat - Randy Singer

Adwokat

0,0

Na procesie Jezusa z Nazaretu Teofil, błyskotliwy młody assessor pochodzący z wyższych sfer Rzymu, stoi za Poncjuszem Piłatem i podszeptuje mu, by zaproponował uwolnienie Barabasza. Ta strategia obraca się przeciwko podsądnemu. Teofil na zawsze zapamiętuje widok niewinnego człowieka, niesprawiedliwie skazanego na mękę najgorszej z możliwych kar śmierci – ukrzyżowania.

Gdy Teofil wraca do Rzymu, musi się sprawdzić jako jeden z prawników Cesarstwa Rzymskiego. Przetrzymuje niebezpieczne knowania procesów o zdradę i podjętą przez okrutnego tyrana próbę pogrążenia kobiety, którą kocha. Jednak jego dążenie do zemsty pozostawia zmazę zarówno na imperium, jak i na jego niespokojnej duszy.

W końcu musi się zmierzyć z najbardziej osławionym z cezarów, broniąc Pawła sądzonego przez niepoczytalnego Nerona. Czy Teofil będzie umiał przeprowadzić obronę i uchronić przed egzekucją kolejnego niewinnego człowieka?

Książka ukazuje się w ramach serii NA OSI CZASU

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
tytulowa.jpg

Pa­mię­ci Lee Ho­ugha, agen­ta i przy­ja­cie­la.„Dzię­kuję Bogu mo­je­mu, ile­kroć Cię wspo­mi­nam”.

Por. List do Fi­li­pian 1,3

Wy­kaz po­sta­ci

● po­stać hi­sto­rycz­na

■ po­stać fik­cyj­na

○ po­stać ba­zują­ca na po­sta­ci hi­sto­rycz­nej, o któ­rej nie­wie­le wia­do­mo

☼ po­stać ba­zują­ca na po­sta­ci hi­sto­rycz­nej, nie­zna­nej z imie­nia

■ Ad­rian­na – we­stal­ka, w 38 roku wy­bra­na przez Ka­li­gulę na prze­ło­żo­ną domu we­sta­lek

● Agrypa – wnuk He­ro­da Wiel­kie­go, wła­da­ją­cy z nada­nia ce­sa­rza Klau­diu­sza Judeą i Sa­ma­rią

● Agrypi­na Młod­sza – sio­stra Ka­li­guli, czwar­ta żona Klau­diu­sza, mat­ka Ne­ro­na

● An­nasz – daw­ny naj­wyż­szy ka­płan Izra­ela, miał duży wpływ na prze­bieg pro­ce­su Je­zusa

○ An­dro­nik – chrze­ści­ja­nin, waż­na po­stać Ko­ścio­ła w Rzymie

○ Apro­niusz – rzym­ski se­na­tor, oskar­żo­ny i są­dzo­ny za pa­no­wa­nia Ty­be­riu­sza

● Che­rea – czło­nek gwar­dii pre­to­riań­skiej i oso­bi­stej stra­ży Ka­li­guli

○ Ewa­re­stus Arun­cjusz – czło­wiek, któ­ry ogło­sił śmierć Ka­li­guli

■ Fla­wia – we­stal­ka

○ Junia – chrze­ści­jan­ka, waż­na po­stać Ko­ścio­ła w Rzymie

● Kaj­fasz – Żyd, w cza­sie publicz­nej dzia­łal­no­ści Je­zusa spra­wują­cy funk­cję naj­wyż­sze­go ka­pła­na

● Ka­li­gula – ce­sarz rzym­ski w la­tach 37-41

■ Kal­pur­nia – we­stal­ka, prze­ło­żo­na domu we­sta­lek w la­tach 28-38

○ Ka­ton – rzym­ski se­na­tor, w roku 36 peł­nią­cy funk­cję kon­sula

● Klau­diusz – ce­sarz rzym­ski w la­tach 41-54

■ Ko­bius – rzym­ski gla­dia­tor, przy­ja­ciel Man­swe­ta

● Kor­ne­liusz – rzym­ski cen­turion służą­cy w Ce­za­rei

○ Kryspi­nus – rzym­ski se­na­tor, któ­ry wzbo­ga­cił się jako de­la­tor, oskar­ża­ją­cy in­nych se­na­to­rów o zdra­dę

☼ Kwin­tus – rzym­ski cen­turion, obec­ny przy ukrzyżo­wa­niu Je­zusa

● La­te­ra­nus – rzym­ski arysto­kra­ta, wy­gna­ny z mia­sta, a na­stęp­nie zre­ha­bi­li­to­wa­ny przez Ne­ro­na

■ Lo­kusta – ko­bie­ta trud­nią­ca się wy­twa­rza­niem trucizn

■ Lon­gi­nus – rzym­ski cen­turion, służą­cy pod Pi­ła­tem w cza­sie pro­ce­su Je­zusa

■ Lu­cjan Au­re­lisz – pre­to­ria­nin, przy­ja­ciel Ka­li­guli z dzie­cię­cych lat

● Łukasz – to­wa­rzysz Paw­ła z Tar­su

● Ma­kron – pre­fekt gwar­dii pre­to­riań­skiej w la­tach 31-38

■ Man­swet, gla­dia­tor – je­den z naj­lep­szych rzym­skich gla­dia­to­rów za cza­sów pa­no­wa­nia Ty­be­riu­sza i Ka­li­guli

■ Man­swet – na­sto­la­tek za­po­wia­da­ją­cy się na świet­ne­go ad­wo­ka­ta, imię odzie­dzi­czył po sław­nym gla­dia­to­rze

● Ma­rek Le­pi­dus – je­den z czo­ło­wych se­na­to­rów rzym­skich za pa­no­wa­nia Ty­be­riu­sza

■ Ma­rek Ser­biusz – wier­ny przy­ja­ciel Teo­fi­la

● Ne­ron – ce­sarz rzym­ski w la­tach 54-68

○ One­zym – nie­wol­nik Fi­lo­me­na i to­wa­rzysz Paw­ła z Tar­su

● Pa­weł z Tar­su – apo­stoł, jed­na z naj­waż­niej­szych po­sta­ci wcze­sne­go Ko­ścio­ła

● Pi­łat – pre­fekt pro­win­cji Judei w la­tach 26-36

○ Pro­kula – żona Pi­ła­ta

○ Rubria – we­stal­ka

● Sa­tur­nin – kon­sul rzym­ski w cza­sach Ka­li­guli

● Se­jan – pre­fekt gwar­dii pre­to­riań­skiej i fak­tycz­ny wład­ca Rzymu, od­kąd Ty­be­riusz usunął się na Ca­pri

● Se­ne­ka Młod­szy – rzym­ski fi­lo­zof i mąż sta­nu

■ Ser­giusz – rzym­ski żoł­nierz pil­nują­cy Paw­ła, prze­bywa­ją­ce­go w aresz­cie do­mo­wym

○ Teo­fil – cie­szą­cy się wiel­kim uzna­niem ad­wo­kat rzym­ski, któ­ry wcze­śniej był ase­so­rem Pi­ła­ta w Judei, a po la­tach bro­nił Paw­ła pod­czas jego rzym­skie­go pro­ce­su

● Ty­be­riusz – ce­sarz rzym­ski w la­tach 14-37

● Ty­gel­lin – pre­fekt gwar­dii pre­to­riań­skiej w la­tach 62-68, przy­ja­ciel i za­usz­nik Ne­ro­na

UCZEŃ

uczen.jpg

1

W je­de­na­stym roku pa­no­wa­nia Ty­be­riu­sza Juliu­sza Ce­za­ra Au­gusta

Mia­łem czter­na­ście lat, gdy do­wie­dzia­łem się, jak to jest być ukrzyżo­wa­nym.

Każ­dy z nas sam cią­gnął po­przecz­ną bel­kę prze­zna­czo­ną dla nie­go. Na­sza dwunast­ka, ucznio­wie Se­ne­ki Młod­sze­go, tar­ga­ła je po­nad pięć mil[01] po ko­cich łbach Dro­gi Ap­pij­skiej. Dzień był go­rą­cy i su­chy. Pył osia­dał nam w ustach i noz­drzach; mię­dzy zę­ba­mi zgrzyta­ły mi dro­bin­ki kurzu. Ob­li­za­łem spierzch­nię­te war­gi, usi­łując je zwil­żyć bia­łą, gę­stą śli­ną, któ­ra ze­bra­ła mi się w ką­ci­ku ust. Struż­ki potu spływa­ły mi po twa­rzy. Se­ne­ka ma­sze­ro­wał przed nami, nio­sąc je­dy­nie swój bu­kłak, a prze­siąk­nię­ta po­tem tuni­ka le­pi­ła mu się do tłustych ple­ców. Moje odzie­nie też było mo­kre i brud­ne, a san­da­ły skrzypia­ły mi przy każ­dym kro­ku.

Na po­cząt­ku nio­słem bel­kę, wsparł­szy ją na swo­ich chu­dych bar­kach, lecz wkrót­ce zre­zygno­wa­łem z tego spo­so­bu i wlo­kłem ją za sobą, jak wie­lu in­nych uczniów. Wa­żyła pra­wie tyle co ja. Szorst­kie drew­no ocie­ra­ło mi ple­cy, więc mu­sia­łem opie­rać bel­kę to na jed­nym, to na drugim ra­mie­niu. Je­dy­nym, któ­ry nie wlókł jej w ten spo­sób, był Lu­cjan, star­szy od nas o dwa lata i zbu­do­wa­ny jak gla­dia­tor. Ba­lan­so­wał z brze­mie­niem na bar­kach, jed­nak po pew­nym cza­sie na­wet on za­czął się gar­bić.

Aby wszyst­ko na­bra­ło po­zo­rów praw­do­po­do­bień­stwa, Se­ne­ka spro­wa­dził na­wet rzym­skie­go le­gio­ni­stę, któ­ry za­mykał tyły. Nasz na­uczyciel nie grze­szył po­czuciem hu­mo­ru. Był to czło­wiek krę­py i nie­ogo­lo­ny, miał nie­świe­ży od­dech i zło­śli­wy cha­rak­ter. Te­raz ko­rzystał ze spo­sob­no­ści, by wy­krzyki­wać roz­ka­zy do sy­nów pa­trycjuszy, jak­by byli zwykłymi nie­wol­ni­ka­mi. Je­śli przy­sta­wa­li­śmy, po­pychał nas moc­no i ob­rzu­cał prze­kleń­stwa­mi. Po­pi­jał so­lid­ne łyki wody, drę­cząc nas opo­wie­ścia­mi o tym, jaka jest od­świe­ża­ją­ca, a po­tem wy­plu­wał więk­szość na zie­mię.

– Gdyby moi ro­dzi­ce się o tym do­wie­dzie­li, skró­ci­li­by go o gło­wę – mruk­nął Lu­cjan pod no­sem.

Byłem pe­wien, że Se­ne­ka się tym nie przej­mo­wał. Jego za­da­niem było ufor­mo­wać z nas mło­dzień­ców, któ­rzy w przy­szło­ści obej­mą sta­no­wi­ska rzym­skich se­na­to­rów, do­wód­ców lub urzęd­ni­ków. Choć to i tak nie mo­gło się rów­nać z woj­sko­wym szko­le­niem, z któ­rym za kil­ka lat mia­ło się zmie­rzyć wie­lu mo­ich ró­wie­śni­ków. Mimo wszyst­ko byli­śmy prze­cież sy­na­mi se­na­to­rów i ekwi­tów, więc z roz­draż­nie­niem po­pa­trywa­li­śmy po so­bie. Za kogo ten czło­wiek się ma, że tak nas upo­ka­rza?

Ka­li­gula cią­gnął naj­lżej­szą bel­kę. Wia­do­mo. Był w moim wie­ku, ale nie­co prze­wyż­szał mnie wzro­stem; miał pa­tyko­wa­te nogi i dłu­gą, chu­dą szyję. Jego gło­wa, po­ro­śnię­ta kę­dzie­rza­wymi rudymi wło­sa­mi, zda­wa­ła się być za duża w sto­sun­ku do cia­ła. Ka­li­gula miał w so­bie ja­kąś pod­łość, więc na ogół trzyma­łem się od nie­go z da­le­ka. Obo­wią­zywa­ła nie­pi­sa­na za­sa­da, że nie wcho­dzi­my mu w dro­gę – nie dla­te­go, abyśmy się oba­wia­li tego ze­psute­go mło­de­go czło­wie­ka, ale dla­te­go, że ba­li­śmy się jego ro­dzi­ny.

Jego peł­ne imię brzmia­ło Ga­jusz Juliusz Ce­zar Ger­ma­ni­kus. Przy­szedł na świat na polu bi­twy w Ga­lii, jako syn wiel­kie­go wo­dza Ger­ma­ni­ka i jego żony Agrypi­ny. Żoł­nie­rze nada­li mu przy­do­mek Ka­li­gula, co zna­czy „san­da­łek”. Ka­li­gula stał się swe­go ro­dza­ju szczę­śli­wą ma­skot­ką dla od­dzia­łów Ger­ma­ni­ka. Po­zwa­la­li mu, by szedł z nimi do boju, byle trzymał się bli­sko tyl­nych sze­re­gów. Był cio­tecz­nym wnukiem im­pe­ra­to­ra i mógł pew­ne­go dnia sam nim zo­stać, o ile jego mat­ka zdo­ła­ła­by otruć wszyst­kich wła­ści­wych krew­nych.

Był też praw­dzi­wą ka­na­lią.

Wcze­śniej w dro­dze do­kuczał mo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi Mar­ko­wi, wy­ła­do­wując swo­ją frustra­cję na naj­mniej­szym z ca­łej gru­py. Te­raz był już po pro­stu zmę­czo­ny.

– To obu­rza­ją­ce – po­wtó­rzył kil­ka razy. W prze­ci­wień­stwie do Lu­cja­na wy­po­wie­dział te sło­wa na tyle gło­śno, by do­tar­ły do uszu Se­ne­ki. Nasz na­uczyciel zi­gno­ro­wał to jed­nak i szedł da­lej. Ka­li­gula przy­sta­wał kil­ka razy, a le­gio­ni­sta go po­pychał, choć nie tak moc­no jak po­zo­sta­łych.

Spu­ści­łem gło­wę i skupi­łem się na ko­lej­nych kro­kach, li­cząc do stu, a po­tem za­czyna­jąc zno­wu od po­cząt­ku. Jak zwykle znaj­do­wa­łem się z przo­du gru­py, tuż za Se­ne­ką.

Było pra­wie po­łu­dnie, kie­dy Se­ne­ka w koń­cu za­trzymał się przy roz­le­głym pa­stwi­sku przy dro­dze, bli­sko nie­du­że­go, chłod­ne­go strumie­nia. Upu­ści­łem bel­kę na zie­mię i po­chyli­łem się, opie­ra­jąc dło­nie na ko­la­nach. Usi­ło­wa­łem zła­pać od­dech.

Se­ne­ka po­zwo­lił nam się na­pić i ka­zał usiąść na bel­kach. Sam sta­nął po­środ­ku. Kie­dy pod­no­si­łem na nie­go wzrok, słoń­ce nie­mal mnie ośle­pia­ło.

Nasz na­uczyciel otarł pot z czo­ła i roz­po­czął lek­cję. Le­gio­ni­sta stał obok nie­go z na­chmu­rzo­ną miną, skrzyżo­waw­szy ra­mio­na na pier­si.

– Wszyscy słysze­li­ście o po­wsta­niu Spar­ta­kusa – za­ga­ił Se­ne­ka. – Czło­wiek ów sta­nął na cze­le trwa­ją­ce­go dwa lata po­wsta­nia nie­wol­ni­ków prze­ciw­ko Rzymo­wi. Se­nat nie trak­to­wał tego bun­tu po­waż­nie, do­pó­ki nie sta­ło się ja­sne, że za­gro­żo­ny jest sam Rzym.

Nie­któ­rzy ko­le­dzy wier­ci­li się na swo­ich bel­kach, pró­bu­jąc usa­do­wić się wy­god­nie po dłu­gim mar­szu. Ale nie ja. Mógł­bym słuchać Se­ne­ki cały dzień. Jego krę­co­ne wło­sy, twarz okrą­gła jak u dziec­ka i małe nie­bie­skie oczka spra­wia­ły, że wy­da­wał się nie­szko­dli­wy jak dziec­ko wła­śnie. Jed­nak jego głos skła­niał do po­słuchu; poza tym uwiel­bia­łem jego błysko­tli­wość i cynizm. Wy­obra­ża­łem so­bie, że po­dob­nym uwiel­bie­niem ucznio­wie da­rzyli kie­dyś Cyce­ro­na. Ar­mie gro­mi­ły lu­dzi, a gla­dia­to­rzy za­pew­nia­li im roz­ryw­kę, lecz to wła­śnie mów­cy po­kro­ju Cyce­ro­na i Se­ne­ki da­wa­li im in­spi­ra­cję. Pew­ne­go dnia sam będę to ro­bił.

– Ma­rek Li­cyniusz Kras­sus był naj­bo­gat­szym czło­wie­kiem w se­na­cie, a może na­wet naj­bo­gat­szym w hi­sto­rii Rzymu – opo­wia­dał da­lej Se­ne­ka. – Miał po­nad pię­ciu­set nie­wol­ni­ków i był znaw­cą ar­chi­tek­tury. Wie­dział, jak tłumić po­ża­ry: jak bu­rzyć pło­ną­ce bu­dyn­ki, żeby ogień nie roz­prze­strze­niał się na są­sied­nie domy. Kie­dy Rzym sta­nął w pło­mie­niach, Kras­sus i jego lu­dzie po­bie­gli do po­ża­ru i zło­żyli wła­ści­cie­lom po­bli­skich nie­rucho­mo­ści pew­ną pro­po­zycję. Mo­gli oni sprze­dać je od razu mło­de­mu Kras­suso­wi po ob­ni­żo­nej ce­nie albo pa­trzeć, jak domy po­chła­nia ogień. Gdy tyl­ko uści­skiem dło­ni przy­pie­czę­to­wa­li umo­wę, nie­wol­ni­cy Kras­susa ga­si­li po­żar, a on sam zbie­rał owo­ce swe­go sprytu.

– Ka­pi­tal­ne – skwi­to­wał Ka­li­gula.

Se­ne­ka zgro­mił go spoj­rze­niem, ale Ka­li­gula wca­le się tym nie przej­mo­wał.

– U szczytu bo­gac­twa Kras­susa jego ma­ją­tek był wy­ce­nia­ny na po­nad dwie­ście mi­lio­nów se­ster­cji. Po­nie­waż zaś Kras­sus zbu­do­wał swo­ją for­tunę na ple­cach nie­wol­ni­ków, miał waż­ki po­wód, by stłumić re­be­lię Spar­ta­kusa. Naj­lep­si wo­dzo­wie Rzymu wo­jo­wa­li wte­dy w ob­cych kra­in­ach, więc Kras­sus ze­brał wła­sną ar­mię do wal­ki ze Spar­ta­kusem i zbun­to­wa­nymi nie­wol­ni­ka­mi. W pierw­szych bi­twach nie­zbyt mu się wio­dło. Na pierw­szą ozna­kę nie­bez­pie­czeń­stwa jego lu­dzie rzuca­li broń i ucie­ka­li. Aby zwięk­szyć mo­ra­le, Kras­sus przy­wró­cił sta­ro­żyt­ną prak­tykę de­cyma­cji. Lu­cja­nie, po­wiedz, co to ozna­cza?

– Prze­pra­szam, mi­strzu Se­ne­ko. Co ozna­cza co?

Se­ne­ka oka­zał swo­je nie­za­do­wo­le­nie, za­mil­kł­szy na chwi­lę.

– De­cyma­cja. Ja­kie jest po­cho­dze­nie tego sło­wa?

Lu­cjan zmarsz­czył brwi.

– Nie wiem.

– Ktoś inny? – spytał Se­ne­ka.

Zna­łem od­po­wiedź, ale już daw­no się na­uczyłem, że cza­sa­mi le­piej trzymać ję­zyk za zę­ba­mi. Spu­ści­łem wzrok, kie­dy Se­ne­ka omia­tał spoj­rze­niem gru­pę.

De­cyma­cja po­cho­dzi od sło­wa de­ci­ma­re, któ­re zna­czy tyle co zdzie­siąt­ko­wać: za­brać lub znisz­czyć jed­ną dzie­sią­tą – wy­ja­śnił na­uczyciel. Pod­szedł do nas bli­żej, a słoń­ce za jego ple­ca­mi oto­czyło go po­świa­tą. – Kras­sus po­dzie­lił swo­je le­gio­ny na dzie­się­cio­oso­bo­we grup­ki i ka­zał im cią­gnąć losy. Z tego, na któ­re­go padł los, dzie­wię­ciu po­zo­sta­łych zdzie­ra­ło zbro­ję i chło­sta­ło go na śmierć. Duch wal­ki w od­dzia­łach na­tych­miast wzrósł. Kras­sus po­ka­zał im, że jest groź­niej­szy niż wro­go­wie.

Te­raz do­pie­ro wszyscy nad­sta­wi­li uszu. Wy­obra­zi­łem so­bie, że na­sza dwunast­ka cią­gnie losy i że prze­gra­ny zo­sta­je ubi­czo­wa­ny na śmierć. Po­myśla­łem, że nie umiał­bym się do tego zmu­sić.

– Osta­tecz­nie woj­ska Kras­susa przy­par­ły do muru Spar­ta­kusa i jego ar­mię. Spar­ta­kus chciał wcią­gnąć Kras­susa w po­je­dy­nek, prze­bi­ja­jąc się ku miej­scu, w któ­rym stał wódz. Jed­nak nie­wol­ni­cy ule­gli prze­wa­ża­ją­cej sile prze­ciw­ni­ka. Spar­ta­kus zgi­nął w bi­twie, za­nim do­tarł do Kras­susa. Poj­ma­no sześć ty­się­cy nie­wol­ni­ków.

Jak da­le­ko się­ga­łem pa­mię­cią, uczo­no mnie gar­dzić Spar­ta­kusem i krwa­wą re­wol­tą, któ­rą wy­wo­łał. To po­wsta­nie było ob­ra­zą dla każ­de­go rzym­skie­go obywa­te­la. Jed­nak coś we mnie sprzyja­ło tam­tym nie­wol­ni­kom – moje wro­dzo­ne pra­gnie­nie, by sta­nąć po stro­nie skrzyw­dzo­nych. Skrycie ża­ło­wa­łem, że Spar­ta­kus nie zdo­łał rzucić wy­zwa­nia Kras­suso­wi i sta­nąć z nim do wal­ki je­den na jed­ne­go, jak wal­czą praw­dzi­wi męż­czyź­ni.

– Kras­sus chciał mieć pew­ność, że już nig­dy ża­den nie­wol­nik nie zbun­tuje się prze­ciw ce­sar­stwu – tłuma­czył Se­ne­ka. – Udo­sko­na­lił więc sztukę krzyżo­wa­nia.

Zro­bił efek­tow­ną pau­zę i wszyscy zro­zu­mie­li­śmy, że zbli­ża się coś nie­zwykłe­go. To dla­te­go nasi ro­dzi­ce sło­no pła­ci­li, byśmy mo­gli się uczyć w tej szko­le. Se­ne­ka słynął z za­pa­da­ją­cych w pa­mięć sztuczek.

– Je­ste­ście wpraw­dzie zbyt mło­dzi, by uczest­ni­czyć w igrzyskach i zo­ba­czyć praw­dzi­wą eg­ze­kucję, je­stem jed­nak pe­wien, że wie­lu z was wi­dzia­ło prze­stęp­ców wi­szą­cych na krzyżach poza mu­ra­mi mia­sta. Myślę, że Gal­lus chęt­nie wam opo­wie, jak to się robi.

Le­gio­ni­sta imie­niem Gal­lus wy­stą­pił na­przód, do­kład­nie na­prze­ciw­ko miej­sca, w któ­rym sie­dzia­łem. Dla­cze­go za­wsze pada na mnie? Ga­pi­łem się na jego owło­sio­ne nogi, zno­szo­ne san­da­ły, zro­go­wa­cia­łe sto­py.

– Wstań! – na­ka­zał szorst­ko.

Wsta­łem i spoj­rza­łem mu pro­sto w oczy.

Pod­niósł moją bel­kę i uło­żył ją po­środ­ku na­szej gru­py. Wy­cią­gnął zza pasa mło­tek, a z sa­kiew­ki dłu­gi, ostry gwóźdź.

– Po­łóż się na bel­ce – po­le­cił. – Ra­mio­na roz­cią­gnij na drew­nie.

Po­pa­trzyłem na Se­ne­kę, któ­ry ski­nął lek­ko gło­wą.

– Po­trze­bu­jesz po­mo­cy? – za­pytał Ka­li­gula żoł­nie­rza.

– Chcesz za­jąć jego miej­sce? – od­pa­ro­wał Gal­lus.

– Nie­ko­niecz­nie.

– To siedź ci­cho.

Po­ło­żyłem się na bel­ce, z roz­cią­gnię­tymi sze­ro­ko ra­mio­na­mi, nie spusz­cza­jąc Gal­lu­sa z oka. Le­gio­ni­sta przy­klęk­nął obok mnie, z młot­kiem w jed­nej dło­ni i gwoź­dziem w drugiej.

– Używa­my gwoź­dzi dłu­gich na pół pes[02] – po­in­for­mo­wał, przy­ci­ska­jąc ostry czubek gwoź­dzia do mo­je­go le­we­go prze­gubu.

– Po­dejdź tu i przy­trzymaj to – zwró­cił się do jed­ne­go z uczniów. Był nim Ma­rek, mój chu­der­la­wy przy­ja­ciel. Trud­no mu było cią­gnąć bel­kę, więc przez więk­szość ran­ka mu­siał zno­sić besz­ta­nie Gal­lu­sa.

Ma­rek wstał i drżą­cą ręką przy­trzymał gwóźdź nad moim prze­gubem.

– Zde­ner­wo­wa­ny? – spytał go Gal­lus.

– Tak.

– Nie masz po­wo­du. To ra­czej twój przy­ja­ciel po­wi­nien się de­ner­wo­wać.

Żoł­nierz za­śmiał się ci­cho, ale ja się nie prze­ją­łem. Wie­dzia­łem, że Se­ne­ka nie po­su­nie się da­lej. Le­gio­ni­sta mógł za­dać ja­kąś ranę, ale na­uczyciel nig­dy by mu nie po­zwo­lił prze­bić mo­je­go nad­garst­ka gwoź­dziem.

– Od­kryli­śmy – wy­ja­śnił Gal­lus, spo­glą­da­jąc na po­zo­sta­łych chłop­ców – że prze­kłucie ner­wu, któ­ry bie­gnie przez prze­gub, po­wo­du­je ból nie do znie­sie­nia. Po­nad­to kie­dy wbi­je­my tu gwóźdź, utkwi on mię­dzy dwie­ma ko­ść­mi i nie ro­ze­rwie przed­ra­mie­nia.

– Ból jest tak sil­ny – po­spie­szył z po­mo­cą Se­ne­ka – że wy­myślo­no nowe sło­wo, żeby go opi­sać. Na ko­goś strasz­nie obo­la­łe­go mówi się excrucia­tus, „jak zdję­ty z krzyża”.

Na­stęp­nie Gal­lus za­czął wy­ja­śniać szcze­gó­ły tej pro­ce­du­ry. Jak na­le­ży przy­bić sto­py. Jak to się dzie­je, że ska­za­niec do­słow­nie się dusi, gdyż cia­ło za­pa­da mu się pod wła­snym cię­ża­rem, a on tra­ci siłę i nie może już oprzeć się na gwoź­dziach i pod­nieść, by za­czerp­nąć od­de­chu.

– Zwykle po­zwa­la­my im wi­sieć przez trzy dni. Prze­waż­nie umie­ra­ją drugie­go dnia, a trze­cie­go pta­ki mają ucztę. Ja­kieś pyta­nia?

Nie było żad­nych.

Gal­lus za­mach­nął się młot­kiem. Za­mkną­łem na chwi­lę oczy i wzdrygną­łem się. Le­gio­ni­sta za­trzymał mło­tek dość bli­sko gwoź­dzia i się ro­ze­śmiał. Po­zwo­lił mi wstać i wró­cić na drżą­cych no­gach na moje miej­sce, a sam da­lej opi­sy­wał po­zycje, w ja­kich on i jego woj­sko­wi kam­ra­ci zwykli krzyżo­wać ska­zań­ców.

– No do­brze – rzucił na ko­niec Se­ne­ka. – Myślę, że mają już ja­kieś wy­obra­że­nie.

Gal­lus wy­co­fał się, a Se­ne­ka kon­ty­nuo­wał lek­cję.

– Nikt nig­dy nie po­bił re­kor­du Kras­susa – oznaj­mił. – Ukrzyżo­wał on sześć ty­się­cy lu­dzi, wszyst­kich nie­wol­ni­ków, któ­rych poj­mał pod­czas po­wsta­nia. Krzyże sta­ły wzdłuż Dro­gi Ap­pij­skiej, od tego miej­sca aż do Rzymu.

Na­uczyciel umilkł na mo­ment, by do­tar­ła do nas cała po­twor­ność sy­tua­cji. W koń­cu wę­dro­wa­li­śmy całe mile. Kie­dyś wzdłuż prze­bytej przez nas tra­sy umie­ra­li lu­dzie.

– Kras­sus i jego lu­dzie prze­je­cha­li kon­no mię­dzy sze­re­ga­mi ukrzyżo­wa­nych. Nie­wol­ni­cy wo­ła­li o li­tość, bła­ga­li, by prze­bi­to ich włócz­nią. W Rzymie Kras­susa oto­czyły wi­wa­tują­ce tłumy, zo­stał uwień­czo­ny waw­rzynem i okrzyk­nię­ty trium­fa­to­rem. W świą­tyni Jo­wi­sza zło­żył w ofie­rze bia­łe­go byka, a mia­sto świę­to­wa­ło przez całe dnie. Mó­wią, że jesz­cze trzy dni po tym, jak cia­ła nie­wol­ni­ków zdję­to z krzyży, czuć było ich odór.

Se­ne­ka spoj­rzał po­nad na­szymi gło­wa­mi na Dro­gę Ap­pij­ską, jak­by wy­obra­żał so­bie tę sce­nę.

– A te­raz pyta­nie do was – po­wie­dział, zni­ża­jąc głos. – Czy Rzymia­nie po­win­ni krzyżo­wać lu­dzi? Czy to przy­stoi naj­bar­dziej roz­wi­nię­tej cywi­li­za­cji świa­ta, jaką kie­dy­kol­wiek zna­no?

Pa­trzyłem na Se­ne­kę, ale ką­tem oka wi­dzia­łem też Gal­lu­sa. Wy­da­wa­ło się, że ze­sztyw­niał na samą wzmian­kę o tym, że jego ulu­bio­na me­to­da eg­ze­kucji ma być pod­da­na pod dys­kusję.

Mia­łem na­dzie­ję, że Se­ne­ka nie wy­wo­ła mnie. Czułem sil­ne prze­ko­na­nie, że ukrzyżo­wa­nie nie jest war­te chwa­ły Rzymu. Jak mo­gli­śmy za­da­wać taką tor­turę na­szym wro­gom? Co nas róż­ni­ło od bar­ba­rzyń­ców, sko­ro do­pusz­cza­li­śmy się ta­kich czynów? A co z nie­win­nymi ludź­mi, ska­za­nymi na karę śmier­ci za coś, cze­go nie zro­bi­li? Nasz sys­tem spra­wie­dli­wo­ści nie był do­sko­na­ły.

Nie chcia­łem jed­nak wy­dać się sła­by przed ko­le­ga­mi. Małe przed­sta­wie­nie Se­ne­ki, z udzia­łem Gal­lu­sa, mia­ło nam po­ka­zać, jak strasz­nie jest umrzeć w ten spo­sób. Ale byli­śmy Rzymia­na­mi. Nie wol­no nam było wzdra­gać się w ob­li­czu śmier­ci, nie­waż­ne jak strasz­li­wej. Aby udo­wod­nić swo­ją mę­skość, na­le­ża­ło znieść tę zgro­zę, a na­wet się nią de­lek­to­wać.

– Ja od­po­wiem – oznaj­mił Ka­li­gula, wsta­jąc.

– Bar­dzo do­brze, Ga­juszu – po­chwa­lił Se­ne­ka. Nig­dy nie używał przy­dom­ków swo­ich uczniów.

– Czy po trium­fie Kras­susa nad Spar­ta­kusem do­szło jesz­cze do ja­kiejś re­wol­ty nie­wol­ni­ków? – spytał Ka­li­gula. Pyta­nie było, rzecz ja­sna, re­to­rycz­ne i na­le­ża­ło do me­to­dy ar­gumen­ta­cji, ja­kiej uczył nas Se­ne­ka.

– Uro­dzi­łem się na polu bi­twy – cią­gnął Ka­li­gula. – Wi­dzia­łem woj­nę. Lu­dzie giną. Od­ci­na się im gło­wy i wy­pruwa z nich wnętrz­no­ści. Prze­trwa­ją tyl­ko sil­ni. Nie ma w tym nic pięk­ne­go ani nie jest to te­mat do fi­lo­zo­ficz­nej de­ba­ty.

Ta ostat­nia uwa­ga była przy­ty­kiem pod ad­re­sem Se­ne­ki. Za­sta­na­wia­łem się, jak na­uczyciel na to za­re­aguje. Przy­jął to z ka­mien­ną twa­rzą – jak zwykle zresz­tą.

– Je­dyne, co mam do za­rzuce­nia Kras­suso­wi – mó­wił da­lej Ka­li­gula – to że zmar­no­wał tyle do­bre­go drew­na na ban­dę nie­wol­ni­ków.

Stał przez chwi­lę, dum­ny ze swe­go dow­ci­pu. Po­tem uśmiech­nął się krzywo i usiadł.

Se­ne­ka prze­su­nął spoj­rze­niem po mło­dych twa­rzach przed sobą.

– Czy ktoś się nie zga­dza? – za­pytał.

Wie­dzia­łem, że nie po­wi­nie­nem się pod­no­sić. Ni­cze­go nie osią­gnę, wda­jąc się w sprzecz­kę z Ka­li­gulą. Lu­cjan bez wąt­pie­nia przy­szedł­by mu z od­sie­czą – je­śli nie te­raz, to póź­niej, kie­dy Se­ne­ka nie bę­dzie pa­trzył. Inni do nich do­łą­czą, bo są za­stra­sze­ni. Je­dy­nym uczniem, któ­ry może by się ze mną zgo­dził, był mały Ma­rek, a mieć go przy swym boku cza­sa­mi ozna­cza­ło wię­cej kło­po­tów niż po­żyt­ku.

Nie mo­głem jed­nak mil­czeć, praw­da? Sko­ro te­raz ugryzł­bym się w ję­zyk, to co by było, gdyby gra to­czyła się o na­praw­dę po­waż­ną staw­kę?

Wsta­łem, pe­wien, że Ka­li­gula prze­wra­ca ocza­mi.

– Ja się nie zga­dzam – oznaj­mi­łem tak sta­now­czo, jak tyl­ko po­tra­fi­łem.

– Ja­koś mnie to wca­le nie dzi­wi, Teo­fi­lu – skwi­to­wał Se­ne­ka.

[01] Mila rzym­ska, mi­lia­rium – 1478 m (wszyst­kie przy­pi­sy po­cho­dzą od tłumacz­ki).

[02] Pes (sto­pa) – rzym­ska mia­ra dłu­go­ści, 29,6 cm.

2

Sta­łem na­prze­ciw Se­ne­ki, pró­bu­jąc za­po­mnieć o chło­pa­kach, mimo że wi­dzia­łem ich ką­tem oka. Wie­dzia­łem, że po­wi­nie­nem się strzec, gdyż Ka­li­gula był draż­li­wy i nie lu­bił, gdy ro­bi­ło się z nie­go głup­ca. Nie po­tra­fi­łem jed­nak się oprzeć chę­ci da­nia po­pi­su, sko­ro już mia­łem słucha­czy.

Wy­pro­sto­wa­łem się i prze­mó­wi­łem ora­tor­skim gło­sem, tak jak uczył mnie Se­ne­ka.

– Nie słuchaj­my tych, któ­rzy są­dzą, że po­win­ni­śmy wy­le­wać swój gniew na na­szych nie­przy­ja­ciół, uwa­ża­jąc to za coś wiel­kie­go i mę­skie­go – po­wie­dzia­łem. – Nic nie jest rów­nie chwa­leb­ne, nic ja­śniej nie uka­zuje du­szy wiel­kiej i szla­chet­nej niż ła­ska­wość i go­to­wość do prze­ba­cze­nia.

Paru ko­le­gów za­re­ago­wa­ła na moją elo­kwen­cję ję­ka­mi. Nie­waż­ne, Se­ne­ka uczył mnie, żeby nie po­zwo­lić się roz­pro­szyć wro­go na­sta­wio­nej publicz­no­ści.

– To sło­wa Cyce­ro­na, sło­wa praw­dzi­we i roz­sąd­ne – wy­gło­si­łem dum­nie. – Rzym­ski­mi cno­ta­mi po­win­ny być nie tyl­ko spra­wie­dli­wość i mę­stwo, lecz tak­że prze­ba­cze­nie i mi­ło­sier­dzie.

– Tak mówi ktoś, kto nig­dy nie wi­dział bi­twy, kto nig­dy nie wi­dział, jak bar­ba­rzyń­cy skró­ci­li jego przy­ja­cie­la o gło­wę – za­opo­no­wał Se­ne­ka. Prze­szedł parę kro­ków, przy­glą­da­jąc się bacz­nie uczniom. – To nie przy­pa­dek, że Cyce­ro też nig­dy nie był świad­kiem bi­twy. Czy mło­dy Ga­jusz nie ma przy­pad­kiem ra­cji? Rzym nie pod­bił świa­ta dzię­ki etykie­cie i uchwa­łom se­na­tu. Krze­wi­li­śmy na­szą cywi­li­za­cję, w tym tak dla nas waż­ny sza­cu­nek dla pra­wa, prze­mo­cą.

Se­ne­ka utkwił we mnie wzrok.

– Jak moż­na twier­dzić, że sza­nuje się pra­wo, a za­ra­zem nie po­pie­rać kar, któ­re gwa­ran­tują, że inni też będą tego pra­wa prze­strze­gać? – Wska­zał nade mną na Dro­gę Ap­pij­ską. – Dro­gi ta­kie jak te nie po­ja­wia­ją się zni­kąd. Mu­szą zo­stać zbu­do­wa­ne. Zbu­do­wa­ne przez nie­wol­ni­ków, po­dob­nie jak po­sia­dło­ści twe­go ojca, Teo­fi­lu. Nie ma po­stę­pu bez cywi­li­za­cji, cywi­li­za­cji bez po­rząd­ku, a po­rząd­ku bez kar.

Nie wie­dzia­łem, czy Se­ne­ka na­praw­dę tak uwa­żał, czy też tyl­ko pro­wo­ko­wał mnie do myśle­nia. Za­wsze że­la­zną ręką trzymał uczniów po­dob­nych do mnie, któ­rzy są­dzi­li, że mogą upie­rać się przy swo­im. Z ko­lei uczniów ta­kich jak Ka­li­gula trak­to­wał moim zda­niem zbyt ła­god­nie, im się po pro­stu nie chcia­ło.

Mia­łem ocho­tę od­po­wie­dzieć, że Se­ne­ka sam też nig­dy nie uczest­ni­czył w bi­twie. Za­pew­ne nie prze­trzymał­by ani jed­ne­go dnia for­sow­ne­go mar­szu. Miał mięk­kie cia­ło fi­lo­zo­fa, cho­ciaż jego umysł był jak ze sta­li.

– Ger­ma­nik Juliusz Ce­zar był jed­nym z naj­więk­szych wo­dzów, ja­kich znał Rzym – stwier­dzi­łem. Cho­dzi­ło o ojca Ka­li­guli, sza­no­wa­ne­go wo­jow­ni­ka, któ­ry umarł otruty, kie­dy Ka­li­gula miał za­le­d­wie sie­dem lat. Spo­strze­głem, że Ka­li­gula się po­ruszył. Zro­bił gniew­ną minę i po­chylił się do przo­du, jak­bym przez samo wspo­mnie­nie imie­nia jego ojca prze­kro­czył ja­kąś uświę­co­ną gra­ni­cę.

– Ger­ma­nik zo­stał kon­su­lem dzię­ki zwycię­stwom, ja­kie od­niósł w Ger­ma­nii. Kie­dy jed­nak do­tarł do Alek­san­drii, zo­ba­czył pa­nują­cy tam głód i otwo­rzył swo­je spi­chle­rze, by na­kar­mić tych lu­dzi. Czci­li go za to jak fa­ra­ona, a gdyby zo­stał tam dłu­żej, może ob­wo­ła­li­by go bo­giem. Im­pe­ra­tor jed­nak był nie­za­do­wo­lo­ny, gdyż uszczuplo­no za­pa­sy zbo­ża dla Rzymu.

– Czy to je­dy­nie lek­cja hi­sto­rii – za­pytał Se­ne­ka – czy do cze­goś zmie­rzasz?

– Oto, do cze­go zmie­rzam: Czyż to nie do­broć Ger­ma­ni­ka, a nie brutal­ność Kras­susa, naj­le­piej re­pre­zen­tuje du­cha Rzymu? Ger­ma­nik nie ukrzyżo­wał­by tych nie­wol­ni­ków. Moż­na wal­czyć z bar­ba­rzyń­ca­mi, nie sta­jąc się jed­nym z nich.

Sta­łem na­prze­ciw Se­ne­ki z wy­pię­tą pier­sią, dum­ny ze swo­jej ma­łej prze­mo­wy. Cho­ciaż obo­wią­zywa­ła nie­pi­sa­na za­sa­da, żeby nie roz­ma­wiać o po­dej­rza­nych oko­licz­no­ściach śmier­ci Ger­ma­ni­ka, uzna­łem, że wspo­mnie­nie jego imie­nia w tym kon­tek­ście bę­dzie do przy­ję­cia. Ar­gument, ja­kie­go użyłem, był szcze­gól­nie zręcz­ny – prze­cież to ro­dzo­ny syn Ger­ma­ni­ka, Ka­li­gula, z ta­kim roz­draż­nie­niem do­wo­dził, że ukrzyżo­wa­nie owych nie­wol­ni­ków było słusz­nym po­su­nię­ciem. Może te­raz na­wet Ka­li­gula jesz­cze raz to prze­myśli. Wszyst­ko było­by do­brze, gdyby Se­ne­ka po­zwo­lił za­koń­czyć spra­wę w tym mo­men­cie. On jed­nak nig­dy nie po­zwa­lał nam się na­pa­wać chwi­lą ora­tor­skie­go trium­fu. Wła­śnie wte­dy, gdy byli­śmy z sie­bie naj­bar­dziej dum­ni, usuwał nam grunt spod nóg i spra­wiał, że znów ma­le­li­śmy.

– Wy­bra­łeś in­te­re­sują­cy przy­kład, Teo­fi­lu. Mu­szę jed­nak za­dać pyta­nie: Czy to, co zro­bił Ger­ma­nik, było zgod­ne z pra­wem? Czy po­wi­nien w ogó­le zna­leźć się w Alek­san­drii? Czy też może opar­łeś swój ar­gument na po­gwał­ce­niu tych wła­śnie praw, któ­re ka­żesz nam sza­no­wać?

Wszyscy zna­li­śmy od­po­wie­dzi na te pyta­nia, lecz nie chcia­łem wy­po­wie­dzieć ich na głos. Osie­ro­co­ny syn Ger­ma­ni­ka sie­dział za­le­d­wie ja­kieś dwa­na­ście stóp ode mnie.

Co jed­nak było praw­dą? Se­ne­ka wpa­jał mi to przez ostat­nie dwa lata na­uki. Je­śli mamy mę­tlik w gło­wie, na­uczał, to za­pew­ne dla­te­go, że roz­wa­ża­my nie­istot­ne kwe­stie, któ­re za­ciem­nia­ją nasz osąd. Ra­dził nam, byśmy zna­leź­li praw­dę i jej się trzyma­li. Za­le­cił, byśmy od­po­wie­dzie­li so­bie na jed­no pyta­nie, jed­no je­dyne, a ono po­zwo­li nam zna­leźć od­po­wiedź na naj­trud­niej­sze życio­we wąt­pli­wo­ści.

Cóż to jest praw­da?

– To nie było zgod­ne z pra­wem, mi­strzu Se­ne­ko. Alek­san­dria wie­le zna­czyła dla Ger­ma­ni­ka, po­nie­waż był on po­tom­kiem Mar­ka An­to­niu­sza. Jed­nak pra­wa Okta­wia­na Au­gusta za­bra­nia­ły wstę­pu do tego mia­sta wszyst­kim człon­kom kla­sy rzą­dzą­cej.

– Czy więc Ger­ma­nik był prze­stęp­cą?

Nie za­wa­ha­łem się.

– Tak.

Taka była praw­da. Cza­sem jed­nak praw­da przy­no­si nie­za­mie­rzo­ne kon­se­kwen­cje.

3

Nie za­uwa­żyłem, że się zbli­ża.

Ka­li­gula za­ata­ko­wał z boku, prze­kli­na­jąc mnie za to, co po­wie­dzia­łem. Po­wa­lił mnie na zie­mię, przy­gniótł i ude­rzył w twarz, za­nim zdą­żyłem za­re­ago­wać. Unio­słem ręce, by za­blo­ko­wać cio­sy, lecz on od­cią­gnął jed­no moje ra­mię i przy­ło­żył mi pię­ścią w po­li­czek. Usłysza­łem głuchy od­głos ude­rze­nia ko­ści o kość. Po­czułem w ustach smak krwi i zo­ba­czyłem gwiaz­dy.

Od­wró­ci­łem gło­wę i usi­ło­wa­łem po­wstrzymać cio­sy, lecz Ka­li­gula wpadł w szał, nie­prze­rwa­nie okła­dał mnie pra­wą pię­ścią. Inni chłop­cy zgro­ma­dzi­li się wo­kół nas. Wy­da­ło mi się, że wi­dzę, jak Ma­rek usi­łuje mi po­móc, lecz ktoś go po­wstrzymał.

Se­ne­ka?

Nikt nie po­spie­szył mi na ra­tunek. Mia­łem ocho­tę krzyczeć. Ka­li­gula przy­kuc­nął nade mną, wciąż za­da­jąc cio­sy. Zdo­ła­łem za­kryć gło­wę przed­ra­mie­niem. Le­żąc na boku, przy­cią­gną­łem ko­la­na do brzucha. Po­myśla­łem, że gdy przyj­mę po­zycję pło­do­wą, mój prze­śla­dow­ca może się po­wstrzyma. Za­miast tego Ka­li­gula kop­nął mnie w że­bra i wal­nął pię­ścią w ucho. Po­czułem, że coś pęka, ostry ból zmu­sił mnie do krzyku.

Ma­łe­mu Mar­ko­wi uda­ło się ja­koś do mnie prze­bić. Ude­rzył Ka­li­gulę w ple­cy tak, że ten stra­cił rów­no­wa­gę. Lu­cjan po­chwycił Mar­ka i ode­pchnął go da­le­ko od na­szej dwój­ki. Ta po­moc wy­star­czyła mi jed­nak – zyska­łem dość prze­strze­ni, by z trudem po­wstać na nogi i rzucić się na Ka­li­gulę.

Tym ra­zem byłem jak roz­sza­la­łe zwie­rzę. Po­sma­ko­wa­łem krwi i upo­ko­rze­nia. Nie mia­łem nic do stra­ce­nia. Tre­no­wa­łem gim­na­stykę i za­pa­sy i cho­ciaż Ka­li­gula wa­żył ode mnie o do­bre dwa­dzie­ścia libr[03] wię­cej, ja byłem żyla­sty i na­ła­do­wa­ny ad­re­na­li­ną. Po­wa­li­łem go na zie­mię i unie­rucho­mi­łem w po­zycji ko­łyski za­pa­śni­czej, co wy­do­sko­na­li­łem do per­fek­cji. Owi­ną­łem jed­nym ra­mie­niem jego gło­wę, a drugim obie nogi. Pró­bo­wał mnie dra­pać, ale ści­sną­łem go moc­niej i przy­gnio­tłem ca­łym swo­im cię­ża­rem gór­ną część jego cia­ła, bok­su­jąc go nie­zbyt moc­no w twarz tą samą ręką, któ­rą oto­czyłem jego nogi.

– Do­syć! – wark­nął Se­ne­ka.

Pu­ści­łem prze­ciw­ni­ka i sko­czyłem na rów­ne nogi, ob­cie­ra­jąc usta z krwi. Nie spusz­cza­łem oka z Ka­li­guli, przy­go­to­wa­ny na to, że może znów za­ata­ko­wać.

Za­miast tego za­czął się trząść. Wpierw były to nie­znacz­ne drgaw­ki, lecz wkrót­ce prze­szły w sil­ne kon­wul­sje. Ręce wy­krę­ca­ły mu się pod dziw­nymi ką­ta­mi, prze­guby wy­gię­ły się do przo­du, pal­ce wy­krzywio­ne w szpo­ny chwyta­ły po­wie­trze. Sta­łem z sze­ro­ko otwar­tymi usta­mi. Gło­wa od­chyli­ła mu się do tyłu, na usta wy­stą­pi­ła pia­na.

– Od­suń się – na­ka­zał Se­ne­ka, ro­biąc krok na­przód, by uklęk­nąć przy cho­rym uczniu.

Cof­ną­łem się, wzdryga­jąc się na myśl o tym, co zro­bi­łem. Czy on umie­ra?

Se­ne­ka przy­ło­żył dłoń do gło­wy Ka­li­guli, by ją od­chylić. Wy­cią­gnął swój bu­kłak i wci­snął mu go mię­dzy zęby. Ujął w pal­ce ję­zyk cho­re­go.

– To cho­ro­ba par­la­men­tar­na[04] – po­wie­dział mar­twym gło­sem. – Po­trzeb­ny jest le­karz.

Ga­pi­łem się przez chwi­lę na roz­grywa­ją­cą się przede mną sce­nę, prze­ra­żo­ny i pe­łen po­czucia winy.

– Chodź – po­wie­dzia­łem do Mar­ka. Ruszyli­śmy bie­giem Dro­gą Ap­pij­ską w kie­run­ku mia­sta. Byłem chyba naj­szyb­szy w szko­le. Poza tym czułem się oso­bi­ście od­po­wie­dzial­ny za to, co spo­tka­ło Ka­li­gulę, co­kol­wiek to było. Czyż­bym wła­śnie za­bił cio­tecz­ne­go wnuka ce­sa­rza?

Wkrót­ce wy­prze­dzi­łem Mar­ka, na­pę­dza­ny stra­chem z po­wo­du swe­go uczyn­ku. Bie­głem tak szyb­ko, że za­czę­ło mnie pa­lić w płucach. Mi­ja­łem prze­róż­nych wę­drow­ców – kup­ców na wo­zach za­przę­żo­nych w muły, sa­mot­ne­go jeźdź­ca, su­ną­cą z mo­zo­łem ro­dzi­nę o za­czer­wie­nio­nych oczach, trupę ak­to­rów, nie­wiel­ki od­dział żoł­nie­rzy. Przy każ­dej gro­ma­dzie pyta­łem zdy­sza­nym gło­sem, czy jest wśród nich le­karz albo czy może wie­dzą, gdzie go szukać. Zwal­nia­łem tyl­ko tro­chę, by usłyszeć od­po­wiedź.

Ob­raz Ka­li­guli wi­ją­ce­go się na zie­mi, z ocza­mi wy­wró­co­nymi tak, że wi­dać było tyl­ko biał­ka, nie opusz­czał mo­jej wy­ob­raź­ni. Po­bie­głem szyb­ciej, choć mę­czyło mnie pra­gnie­nie, a mię­śnie za­czyna­ły za­wo­dzić.

– Po­trze­bu­ję le­ka­rza! – wo­ła­łem do każ­de­go po­dróż­ne­go.

Nie wiem, jak dłu­go bie­głem. Może pół go­dzi­ny, może kró­cej. W koń­cu zna­la­złem czło­wie­ka, któ­ry twier­dził, że jest le­ka­rzem. To­wa­rzyszył kon­no ma­łej ka­ra­wa­nie. Za­pew­ne był oso­bi­stym me­dy­kiem ro­dzi­ny w lek­tyce. Ła­piąc po­wie­trze, wy­ja­śni­łem mu, co się sta­ło.

Kie­dy wspo­mnia­łem imię Ka­li­guli, siwe brwi le­ka­rza unio­sły się.

– Po­wie­dzia­łeś „Ka­li­gula”? Syn Ger­ma­ni­ka? – prze­rwał mi.

– Tak! Wła­śnie ma atak!

Męż­czyzna szyb­ko uzyskał od ro­dzi­ny w lek­tyce po­zwo­le­nie na ode­rwa­nie się od ka­ra­wa­ny. Pod­cią­gnął mnie na grzbiet ko­nia i zmu­sił zwie­rzę do ga­lo­pu. Trzyma­łem się naj­le­piej jak po­tra­fi­łem, kie­dy roz­trą­ca­jąc prze­chod­niów, prze­le­cie­li­śmy obok Mar­ka, zmie­rza­ją­ce­go w prze­ciw­nym kie­run­ku. Za­wo­ła­łem go, a on ob­ró­cił się, zro­bił wiel­kie oczy i roz­po­starł dło­nie. Kiw­ną­łem na nie­go, żeby po­spie­szył z po­wro­tem i do­łą­czył do nas.

W cza­sie tej po­wrot­nej dro­gi moje myśli pę­dzi­ły szyb­ciej niż koń. Mo­głem so­bie tyl­ko wy­obra­żać naj­gor­sze. Ka­li­gula wy­zio­nął du­cha, a ja byłem za to od­po­wie­dzial­ny. Se­ne­ka zo­sta­nie oskar­żo­ny, że za­wcza­su nie pod­jął żad­nych dzia­łań. Mo­dli­łem się do bo­gów, aby w ja­kiś spo­sób oca­li­li życie Ka­li­guli i moje.

Kie­dy przy­byli­śmy na miej­sce, od­czułem nie­wy­mow­ną ulgę, wi­dząc, że Ka­li­gula i po­zo­sta­li sie­dzą po­grą­że­ni w roz­mo­wie, jak­by nig­dy nic. Spo­co­ny i drżą­cy zsia­dłem z ko­nia, a ko­la­na nie­mal ugi­na­ły się pode mną od na­pię­cia i zmę­cze­nia.

Se­ne­ka wziął le­ka­rza na bok. Za­mie­ni­li kil­ka słów. Ka­li­gula omi­jał mnie wzro­kiem.

Ulga trwa­ła tyl­ko chwi­lę. Le­karz za­de­cydo­wał, że je­dyny spo­sób na to, by się upew­nić, że epi­zod mi­nął, to upusz­cze­nie krwi ce­lem po­zbycia się ze­psutych hu­mo­rów.

Z sa­kwy przy sio­dle wy­cią­gnął nóż chi­rur­gicz­ny i mi­secz­kę na krew. Zo­ba­czyłem, że Ka­li­gula po­bladł ze stra­chu.

Za­raz jed­nak po­wie­dział Se­ne­ce, że czuje się do­brze. Za­żą­dał, żeby le­karz go nie do­ty­kał. Se­ne­ka to zi­gno­ro­wał. Me­dyk pro­mie­nio­wał spo­ko­jem i sta­now­czo­ścią, au­to­ryte­tem płyną­cym z wie­ku. Ka­li­gula spo­chmur­niał, rzucił mi peł­ne nie­na­wi­ści spoj­rze­nie i zro­bił, co mu ka­za­no.

Le­karz usiadł przy Ka­li­guli i ujął go za lewy nad­gar­stek. Ka­zał mu pa­trzeć w bok. Se­ne­ka trzymał mi­secz­kę pod przed­ra­mie­niem cho­re­go. Le­karz wy­ko­nał chi­rur­gicz­ne na­cię­cie na ra­mie­niu. Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie od sa­me­go pa­trze­nia. Ka­li­gula skrzywił się, lecz pró­bo­wał uda­wał nie­wzruszo­ne­go.

Ja­sno­czer­wo­na krew spływa­ła do mi­secz­ki, aż w koń­cu le­karz uznał, że Ka­li­gula dość się na­cier­piał. Przy­ci­snął do rany ka­wa­łek suk­na, któ­re za­raz przy­bra­ło szkar­łat­ną bar­wę, pla­miąc dło­nie dok­to­ra.

Od­wró­ci­łem wzrok. Krę­ci­ło mnie w brzuchu, żo­łą­dek ści­snął mi się w su­peł, świat za­czął wi­ro­wać. Po tym wszyst­kim, co już po­szło źle, nie chcia­łem jesz­cze ze­mdleć na oczach ko­le­gów. Usia­dłem, spu­ści­łem gło­wę mię­dzy ko­la­na i wpa­trywa­łem się w zie­mię, zmu­sza­jąc się do myśle­nia o in­nych spra­wach.

Na­stęp­ne, co pa­mię­tam, to dłoń le­ka­rza na moim kar­ku.

– Weź kil­ka głę­bo­kich wde­chów – po­le­cił.

Pod­nio­słem wzrok i choć świat wciąż był za­ma­za­ny i roz­pływał mi się przed oczyma, zdo­ła­łem po­wstrzymać się od omdle­nia. Pra­we oko mi za­puchło i było na pół przy­mknię­te, bo­la­ło mnie ucho. Kość po­licz­ko­wa rów­nież bo­la­ła, za­sta­na­wia­łem się, czy nie jest zła­ma­na.

Le­karz obej­rzał mnie i po­wie­dział, że się z tego wy­li­żę.

Se­ne­ka po­dzię­ko­wał męż­czyź­nie i so­wi­cie mu za­pła­cił. Po­tem ka­zał Ka­li­guli i mnie, byśmy po­da­li so­bie ręce i się prze­pro­si­li.

Spoj­rza­łem Ka­li­guli pro­sto w oczy i prze­pro­si­łem go za to, że źle mó­wi­łem o jego ojcu. Sła­bo uści­snął mi dłoń i cho­ciaż gó­ro­wał nade mną wzro­stem, czułem za­kło­po­ta­nie z po­wo­du tego, co mu zro­bi­łem. Prze­cież tyl­ko bro­nił ojca, za­mor­do­wa­ne­go przez tchó­rza.

– Wiem, że tyl­ko od­po­wie­dzia­łeś na za­da­ne ci pyta­nie – rzekł do mnie. Te sło­wa były prze­myśla­ne, a on sam po utra­cie krwi wciąż był bia­ły jak ścia­na. Wy­czułem go­rycz, kryją­cą się pod war­stwą tych słów. – Prze­pra­szam, że cię zbi­łem – do­dał.

Tym spo­so­bem ra­to­wał twarz. Przy­po­mi­nał mi, że aż do in­ter­wen­cji Mar­ka miał nade mną prze­wa­gę.

Jed­nak nikt, kto był obec­ny przy bój­ce, nie za­pa­mię­ta jej w ten spo­sób. Po­wa­li­łem prze­ciw­ni­ka na zie­mię, a on wpadł w kon­wul­sje. To on po­trze­bo­wał le­ka­rza, nie ja.

– Prze­pro­si­ny przy­ję­te – od­par­łem śmia­ło.

Jed­nak spoj­rzaw­szy na twarz Ka­li­guli, zro­zu­mia­łem, że na tym nie ko­niec.

[03] Li­bra, czę­sto tłuma­czo­na jako funt – rzym­ska mia­ra masy, oko­ło 327,45 g.

[04] Tak na­zywa­no epi­lep­sję w Rzymie, gdyż ucho­dzi­ło za zły omen, je­śli atak cho­ro­by na­stą­pił w trak­cie roz­strzyga­nia waż­nych spraw publicz­nych.

4

Tę noc, spę­dzo­ną w ko­sza­rach, prze­spa­łem nie­spo­koj­nie. Przez gło­wę prze­bie­ga­ły mi wszel­kie moż­li­we kon­se­kwen­cje zda­rzeń tego dnia. Tar­ga­ły mną sprzecz­ne emo­cje. Byłem dum­ny, że się obro­ni­łem, ale współ­czułem też Ka­li­guli. Nie było ła­two pa­trzeć, kie­dy zwi­jał się spa­zma­tycz­nie na zie­mi, a wszyscy ga­pi­li się na nie­go. Wszyscy za­przy­się­gli­śmy, że utrzyma­my jego cho­ro­bę w ta­jem­ni­cy, ale wie­dzia­łem, że trud­no bę­dzie jej do­cho­wać.

Ból pul­sują­cy w opuch­nię­tej twa­rzy i uchu przy­po­mi­nał mi, że nie mia­łem in­ne­go wy­bo­ru, jak tyl­ko wziąć od­wet. Se­ne­ka za­ła­twił tę spra­wę tak, jak to ro­bił już wcze­śniej, raz czy dwa razy – po­zwa­lał nie­któ­rym uczniom roz­strzygnąć kon­flik­tów w wal­ce, a po­tem uści­snąć so­bie dło­nie. Se­ne­ka, jak są­dzę, był pe­wien, że dam so­bie radę z Ka­li­gulą, a może są­dził, że trze­ba mnie nie­co za­har­to­wać. Jed­nak te­raz, kil­ka go­dzin póź­niej, to nie ja sta­no­wi­łem pro­blem. Ka­li­gula nie na­le­żał do osób, któ­re ła­two od­pusz­cza­ją.

Przez resz­tę dnia nie pró­bo­wał na­wet ukrywać swo­jej po­gar­dy dla mnie. Wi­dzia­łem, jak oma­wiał coś z Lu­cja­nem i in­nymi, jak snuli ja­kieś pla­ny, rzuca­jąc w moją stro­nę ukrad­ko­we spoj­rze­nia. Ze­msta wi­sia­ła w po­wie­trzu, a inni chłop­cy za­czę­li od­su­wać się ode mnie – z wy­jąt­kiem, oczywi­ście, mego przy­ja­cie­la Mar­ka, któ­ry cho­dził za mną jak cień.

Po­sta­no­wi­łem, że będę czuwał przez całą noc, gdyż za­kła­da­łem, że Ka­li­gula i jego kum­ple ude­rzą pod osło­ną ciem­no­ści. Jed­nak wy­czer­pa­ły mnie wy­da­rze­nia tego dnia, a rów­ny od­dech śpią­cych ko­le­gów w ko­sza­rach utrud­niał czuwa­nie. Nie pa­mię­tam, kie­dy za­pa­dłem w drzem­kę, lecz moje znużo­ne cia­ło nie ule­gło pa­ra­no­icz­nym roz­ka­zom umysłu.

Do­kład­nie za to pa­mię­tam, kie­dy się ock­ną­łem.

Ścią­gnę­li mnie z pryczy i rzuci­li na pod­ło­gę, za­nim zro­zu­mia­łem, co się dzie­je. Ktoś wy­krę­cił mi ręce do tyłu, zaś inny z na­past­ni­ków za­tkał mi usta szma­tą. Trze­ci za­wią­zał mi oczy prze­pa­ską. Pró­bo­wa­łem krzyczeć, ale kne­bel za­głuszał moje wo­ła­nie. Po­czułem po­środ­ku ple­ców czyjeś twar­de ko­la­no, ktoś inny łok­ciem przy­ci­snął mi gło­wę do pod­ło­gi. Na­past­ni­cy szyb­ko zwią­za­li mi prze­guby za ple­ca­mi, szep­cząc jed­no­cze­śnie mię­dzy sobą. Zwią­za­li mi też kost­ki u nóg i moc­niej wci­snę­li kne­bel do ust, wią­żąc szma­tę z tyłu gło­wy.

Byłem prze­ra­żo­ny, ser­ce biło mi tak, jak­by chcia­ło wy­sko­czyć z pier­si.

Ob­ró­ci­li mnie na bok, ktoś kop­nął mnie w brzuch, aż stra­ci­łem dech.

Po­cią­gnę­li za sznury u mo­ich rąk i nóg. Ko­pa­łem i wy­wi­ja­łem się, ale te ruchy tyl­ko zwięk­sza­ły na­cisk ze wszyst­kich stron, sil­ne ręce przy­trzymywa­ły mnie na miej­scu, przy­ci­ska­jąc do pod­ło­gi. Ktoś zwią­zał mi prze­guby i kost­ki ra­zem, ro­biąc wiel­ki su­peł ze sznurów za mo­imi ple­ca­mi. Prze­sta­łem się sza­mo­tać i na­ka­za­łem so­bie tyl­ko spo­koj­nie od­dy­chać.

Chwyci­li mnie za ra­mio­na i nogi i wy­nie­śli z ko­sza­rów, twa­rzą w dół; po­tem po­nie­śli da­lej uli­cą. Z od­gło­su kro­ków wnio­sko­wa­łem, że było przy mnie co naj­mniej dzie­się­ciu czy dwuna­stu chło­pa­ków. Słysza­łem, jak szep­czą i spie­ra­ją się mię­dzy sobą, w któ­rą stro­nę iść.

Usi­ło­wa­łem się uspo­ko­ić, przy­po­mi­na­jąc so­bie wszyst­kie fi­gle, któ­re so­bie pła­ta­li­śmy. Te­raz rzad­ko bra­łem w tym udział, gdyż zaj­mo­wa­ła mnie na­uka, ale w prze­szło­ści sam byłem pro­wo­dy­rem paru ta­kich psi­kusów, to­też po­wie­dzia­łem so­bie, że tym ra­zem pew­nie cze­ka mnie coś po­dob­ne­go. Se­ne­ka na­uczał nas sto­icyzmu, wie­dzia­łem, jak ode­rwać umysł od cier­pie­nia czy upo­ko­rze­nia.

W teo­rii.

Gdyż praw­da była taka, że myśli w mo­jej gło­wie gna­ły, na­pę­dza­ne lę­kiem przed tym, co uknuli moi ko­le­dzy. Ob­wią­za­ne prze­pa­ską oczy zwil­got­nia­ły mi od łez, wy­wo­ła­nych po­czuciem druzgo­cą­ce­go upo­ko­rze­nia, gdyż wy­bra­li akurat mnie i znę­ca­li się nade mną. Śmia­li się ze mnie i świet­nie się ba­wi­li moim kosz­tem. Nig­dy nie na­bra­łem umie­jęt­no­ści do­pa­so­wywa­nia się do in­nych. Jako je­dyny uczeń w szko­le mia­łem tyl­ko jed­ne­go przy­ja­cie­la.

Zda­wa­ło mi się, że nie­śli mnie dłu­go, przy­sta­jąc od cza­su do cza­su, żeby się zmie­niać przy dźwi­ga­niu. W koń­cu za­trzyma­li się i po­ło­żyli mnie twa­rzą do zie­mi. Prze­wró­ci­li mnie na bok i prze­cię­li sznury wią­żą­ce ra­zem moje prze­guby i kost­ki. Po­czułem, że krew na­pływa mi z po­wro­tem do rąk, znów mo­głem wy­pro­sto­wać nogi. Prze­cię­li też sznur wo­kół mo­ich nad­garst­ków, a ja szarp­nię­ciem uwol­ni­łem ręce – si­łując się, wy­ma­chu­jąc nimi – lecz na­past­ni­ków było zbyt wie­lu i przy­gnie­tli mi ra­mio­na do zie­mi. Prze­wró­ci­li mnie na ple­cy, wciąż z opa­ską na oczach i kne­blem w ustach. Po­czułem, że pod ra­mio­na­mi mam bel­kę.

I wte­dy zro­zu­mia­łem, co się świę­ci. Mia­łem zo­stać ukrzyżo­wa­ny!

Szep­ty sta­ły się te­raz go­rącz­ko­we, parę gło­sów chyba uda­ło mi się roz­po­znać. Do żył na­płynę­ła mi ad­re­na­li­na, ale nie umia­łem się wy­rwać na wol­ność. Ktoś na pew­no po­wstrzyma to sza­leń­stwo! Po­śmie­ją się z mo­je­go stra­chu i po­tem pusz­czą mnie wol­no – upo­ko­rzo­ne­go, ale ca­łe­go. Nie przy­bi­ją mnie tak na­praw­dę do krzyża.

Nie?

Usłysza­łem, jak ktoś mówi o młot­ku, od cze­go prze­szył mnie chłód, każ­dy mię­sień w moim cie­le stę­żał. Kne­bel głuszył moje wo­ła­nie o po­moc, za­mie­nia­jąc je w stłumio­ne jęki. Słysza­łem, jak przy­bi­ja­ją mały klo­cek z drew­na do pio­no­wej bel­ki krzyża, gdzieś po­ni­żej mo­ich stóp. Te­raz zmu­sza­łem się do gło­śniej­szych krzyków, prze­rywa­nych krót­kim szlo­chem. Roz­cią­gnę­li mi ra­mio­na na boki i szar­piąc za nie, roz­ło­żyli je na po­przecz­nej bel­ce. Przy­wią­za­li mnie do niej za prze­guby, w ten spo­sób, że mię­śnie ra­mion spo­czywa­ły na drew­nie. Przy­mo­co­wa­li mi też nogi do bel­ki pio­no­wej, sznury wrzyna­ły mi się w cia­ło pod ko­la­na­mi i wo­kół ko­stek.

– Prze­suń­cie ten klo­cek tro­chę w górę – po­wie­dział ktoś. Inni jed­nak upie­ra­li się, że jest do­brze tak, jak jest.

Nie moż­na było tego na­zwać nie­szko­dli­wym żar­tem. Se­ne­ka mó­wił nam, że nie­któ­rzy ska­zań­cy wi­sie­li na krzyżu przez całe dnie, zaś inni umie­ra­li w prze­cią­gu paru go­dzin. Mój wstyd i upo­ko­rze­nie przy­ga­sły, a ich miej­sce za­ję­ło prze­ra­że­nie, że mógł­bym na­praw­dę umrzeć. Mia­łem czter­na­ście lat. Jak mo­gło mnie spo­tkać coś ta­kie­go?

I wte­dy, po­śród tej mro­żą­cej krew w żyłach gro­zy, za­świe­ci­ła iskier­ka na­dziei. Le­ża­łem na krzyżu, przy­wią­za­ny do bel­ki po­przecz­nej i pio­no­wej, z kne­blem w ustach i opa­ską na oczach, ale nie czułem już na so­bie ni­czyich rąk. Może po pro­stu mie­li za­miar mnie tu zo­sta­wić, by na­tknął się na mnie ja­kiś prze­cho­dzień. Był­bym cał­ko­wi­cie upo­ko­rzo­ny, ale przy­najm­niej nie mu­siał­bym się bać, że umrę jak po­spo­li­ty prze­stęp­ca.

Wy­czułem, że moi opraw­cy od­da­li­li się na chwi­lę i od­bywa­li ja­kąś na­ra­dę. Może ode­tną mnie od krzyża i uciek­ną, za­nim zdą­żę zdjąć opa­skę? Może uzna­li, że już dali mi na­ucz­kę?

Lecz wte­dy wy­czułem, że ktoś po­chyla się nade mną. Coś ostre­go dra­snę­ło mnie w bok i zro­zu­mia­łem, że prze­cię­li sub­li­gar, prze­pa­skę na bio­dra, w któ­rej sy­pia­łem. Te­raz le­ża­łem cał­kiem nagi, krań­co­wo upo­ko­rzo­ny, ma­rząc, by za­krywa­ło mnie co­kol­wiek.

Kil­ku na­past­ni­ków pod­nio­sło nie­co krzyż i ob­ró­ci­ło go, tak że te­raz wi­sia­łem twa­rzą do zie­mi. Zdję­li mi prze­pa­skę z oczu i wy­ję­li kne­bel. Było ciem­no choć oko wy­kol, a oni sta­li za mną. Pró­bo­wa­łem obej­rzeć się przez ra­mię, ale tym­cza­sem unie­śli krzyż do pio­nu i byłem kom­plet­nie zdez­o­rien­to­wa­ny.

Nie krzycza­łem. Nie da­łem im tej sa­tys­fak­cji, by usłysze­li moje bła­ga­nia. Łzy spływa­ły mi w mro­ku po po­licz­kach, ale za­ci­sną­łem zęby i mil­cza­łem – gniew i bunt były sil­niej­sze od lęku.

Na­pię­te ra­mio­na i klat­ka pier­sio­wa spra­wia­ły, że mia­łem trud­no­ści z od­dy­cha­niem. Spoj­rza­łem w dół i do­strze­głem dło­nie Ka­li­guli i co naj­mniej sze­ściu in­nych chło­pa­ków. Kie­dyś myśla­łem, że nie­któ­rzy z nich mnie lu­bią. Bro­ni­łem ich, kie­dy Se­ne­ka był zbyt su­ro­wy, i cier­pia­łem wraz z nimi, gdy uczyli­śmy się zno­sić trud­no­ści.

Te­raz jed­nak wszyscy po­ma­ga­li usta­wić krzyż w pio­nie i osa­dzić go w dziu­rze, któ­rą wi­docz­nie wcze­śniej wy­ko­pa­li w zie­mi.

Kie­dy krzyż już sta­nął, po­czułem, że roz­cią­gnię­te ra­mio­na nie­mal wy­rywa­ją mi się ze sta­wów. Moi opraw­cy przy­klę­kli na dole i usy­pywa­li zie­mię wo­kół krzyża, pod­pie­ra­jąc go, żeby się nie prze­chylił.

Na­cisk na klat­kę pier­sio­wą i ra­mio­na stał się nie do znie­sie­nia. Mo­głem od­dy­chać je­dy­nie, gdy na­pi­na­łem wszyst­kie mię­śnie i pod­cią­ga­łem się w górę na ra­mio­nach. Chwyta­łem hau­sty po­wie­trza i znów opa­da­łem. Wte­dy pra­wie do­tyka­łem sto­pa­mi ma­łe­go ka­wał­ka drew­na umo­co­wa­ne­go na dole krzyża i przez chwi­lę się na nim opie­ra­łem. Jed­nak w tej po­zycji nie mo­głem za­czerp­nąć głęb­sze­go od­de­chu.

Więk­szość mo­ich opraw­ców kryła się z tyłu, za krzyżem, lecz Ka­li­gula i Lu­cjan sta­nę­li z przo­du i pa­trzyli na mnie. W bla­dym świe­tle księ­życa i gwiazd mo­głem do­strzec szyder­czy uśmie­szek Ka­li­guli.

– Na­stęp­nym ra­zem – po­wie­dział – oka­zuj wię­cej sza­cun­ku.

Pod­cią­gną­łem się w górę, ból prze­szywał mi pierś i ra­mio­na, któ­re za­czę­ły już drę­twieć.

– To nie był brak sza­cun­ku – od­par­łem. – Pro­szę. Nie je­stem prze­stęp­cą. – Ła­pa­łem chci­wie po­wie­trze. – Już udo­wod­ni­łeś, co chcia­łeś. Ścią­gnij mnie stąd.

– Tak go­rą­co wie­rzysz w Par­ki – za­kpił. – Może one cię te­raz ura­tują. – Ski­nął na in­nych. Za­czę­li się zbie­rać do odej­ścia.

Znów pod­cią­gną­łem się siłą mię­śni ra­mion i za­wo­ła­łem za nimi, wy­mie­nia­jąc po imie­niu tych, o któ­rych myśla­łem, że mi sprzyja­ją. Je­den z chło­pa­ków pod­niósł ka­mień i rzucił nim we mnie, a inni po­szli za jego przy­kła­dem. Ka­li­gula przy­glą­dał się temu przez chwi­lę, a po­tem ka­zał im prze­stać. Ruszyli dro­gą przed sie­bie i wkrót­ce znik­nę­li mi z pola wi­dze­nia.

Ro­zej­rza­łem się wo­kół ze łza­mi w oczach, pró­bu­jąc się ro­ze­znać w sy­tua­cji. Wi­sia­łem przy błot­ni­stej dro­dze, chyba ja­kieś pół­to­rej mili od świa­teł mia­sta. Usta­wi­li krzyż na wi­do­ku, więc wcze­śnie rano od­kryją mnie kup­cy, któ­rzy będą tędy prze­jeż­dżać wo­za­mi peł­nymi psze­ni­cy i wa­rzyw. Nie byłem jed­nak pe­wien, czy wy­trzymam tak dłu­go. Kie­dy opa­da­łem ca­łym cię­ża­rem, by oprzeć się na drew­nia­nej pod­pór­ce, czułem, jak pierś mi się za­pa­da, a ra­mio­na wy­rywa­ją się ze sta­wów. Mu­sia­łem je na­pi­nać i pod­cią­gać się wy­żej, żeby je od­cią­żyć. Jed­nak za każ­dym ra­zem, gdy tak ro­bi­łem, szura­jąc ple­ca­mi po szorst­kim drew­nie krzyża, czułem, że reszt­ki sił opusz­cza­ją moje cia­ło.

Nie mi­nę­ło wie­le cza­su, a przy każ­dym od­de­chu kłują­cy ból prze­szywał mi mię­śnie ra­mion, bar­ki i pierś. Zmu­sza­łem się, żeby się pod­cią­gnąć, ode­tchnąć, za­wo­łać o po­moc, i znów opa­da­łem. Za każ­dym pod­cią­gnię­ciem było go­rzej. Upo­ko­rze­nie i gniew na tych, któ­rych uwa­ża­łem za przy­ja­ciół, ustą­pi­ły w ob­li­czu nie­słab­ną­ce­go bólu i jed­ne­go nad­rzęd­ne­go celu.

Chcia­łem prze­trwać.

Po­wta­rza­łem te drę­czą­ce czyn­no­ści chyba przez całą wiecz­ność. Mój od­dech stał się płyt­ki. Wkrót­ce za­bra­kło mi sił, by krzyczeć o po­moc.

Za­mkną­łem oczy i po­mo­dli­łem się do bo­gów. Cóż za upo­ka­rza­ją­ca śmierć! Wi­sia­łem tam, ob­na­żo­ny jak po­spo­li­ty prze­stęp­ca czy bun­tow­nik. A prze­cież byłem sy­nem ekwi­ty! Obywa­te­lem rzym­skim! Je­śli umrę, Ka­li­gula i jego ko­hor­ta na pew­no zo­sta­ną su­ro­wo uka­ra­ni.

Nie byłem jed­nak go­tów na śmierć.

Za­czą­łem wy­obra­żać so­bie róż­ne rze­czy. Wciąż wi­dzia­łem przed sobą twarz Ka­li­guli, wpierw szyder­czą, a po­tem wy­krzywio­ną w kon­wul­sjach. Po­myśla­łem o mat­ce i młod­szej sio­strze – jaki ból je cze­ka, je­śli nie prze­żyję. Oj­ciec wpad­nie w furię, bę­dzie szukał ze­msty.

Kie­dy wśród tych ma­ja­czeń usłysza­łem ja­kiś głos, trud­no mi było się ro­ze­znać, czy to praw­da, czy wy­twór ima­gi­na­cji.

– Teo­fi­lu! Teo­fi­lu!

Po­czułem, że ktoś do­tyka pa­ty­kiem mo­jej go­le­ni, i to ja­koś przy­wró­ci­ło mnie do rze­czywi­sto­ści. Spoj­rza­łem w dół i zo­ba­czyłem go. Roz­po­zna­łem te kę­dzie­rza­we, ja­sne wło­sy i chu­dą syl­wet­kę. Na twa­rzy mo­je­go przy­ja­cie­la ma­lo­wał się wy­raz zgro­zy i tro­ski. Ma­rek obej­rzał się lę­kli­wie przez ra­mię, jak­by na­past­ni­cy mo­gli wró­cić w każ­dej chwi­li i tak­że jego po­wie­sić na krzyżu.

– Jak cię stam­tąd zdej­mę? – spytał.

– Po­spiesz się. – To było wszyst­ko, co zdo­ła­łem wy­du­sić.

Wdra­pał się wy­żej i wpierw uwol­nił z pęt moje nogi, a po­tem ręce. Jak do­brze było znów od­dy­chać.

Gdy wresz­cie sta­ną­łem na zie­mi, kłę­bi­ły się we mnie emo­cje. Ból wciąż prze­szywał mi ra­mio­na i klat­kę pier­sio­wą. Czułem wdzięcz­ność do przy­ja­cie­la, któ­ry na­ra­ził się na ryzyko i oca­lił mnie. Sil­niej­sza jed­nak była wście­kłość na Ka­li­gulę, Lu­cja­na i ich ko­hor­tę.

Pra­gną­łem ze­msty. Chcia­łem im od­pła­cić. Co ta­kie­go zro­bi­łem, by za­służyć na ukrzyżo­wa­nie? Wie­dzia­łem, że Ka­li­gula i jego ro­dzi­na są po­tęż­ni, ale czyż mo­głem na­brać wody w usta i zmil­czeć to upo­ko­rze­nie?

– Co za­mie­rzasz zro­bić? – spytał Ma­rek.

– Wra­cam do domu – wy­sy­cza­łem przez za­ci­śnię­te zęby. Od­szuka­łem mój sub­li­gar, po­rzuco­ny na zie­mi i prze­wią­za­łem go so­bie wo­kół bio­der. Po tym wszyst­kim byłem zbyt sła­by, by przejść pie­szo całą dro­gę do domu, ale nie mia­łem za­mia­ru wra­cać do ko­szar. – Po­wi­nie­neś mi to­wa­rzyszyć.

Z wy­ra­zu oczu Mar­ka do­myśli­łem się, że nie po­do­bał mu się ton mego gło­su. Był go­tów za­ryzyko­wać wszyst­ko, by ura­to­wać przy­ja­cie­la, lecz wca­le nie miał ocho­ty do­no­sić na szkol­nych ko­le­gów.

– Nie mo­że­my po­zwo­lić, by uszło im to pła­zem – do­da­łem.

5

Ża­den z wy­kła­dów Se­ne­ki o rzym­skiej spra­wie­dli­wo­ści nie na­uczył mnie tak wie­le jak lek­cja, któ­rą otrzyma­łem po moim ukrzyżo­wa­niu.

Tej nocy Ma­rek i ja wró­ci­li­śmy do swo­ich ro­dzin i opo­wie­dzie­li­śmy, co się sta­ło. Moje wy­wich­nię­te bar­ki, za­dra­pa­nia na ple­cach, otar­cia na kost­kach i prze­gubach nie po­zo­sta­wia­ły wąt­pli­wo­ści, że ta hi­sto­ria jest praw­dzi­wa. Mat­ka z kon­ster­na­cją i prze­ra­że­niem pa­trzyła na moją opuch­nię­tą twarz. Bo­la­ły mnie też że­bra, przy­pusz­czal­nie od cio­sów, któ­re za­dał mi Ka­li­gula, za­nim od­par­łem jego atak.

Jed­nak ro­dzi­na Ka­li­guli była zbyt po­tęż­na, by moż­na było udo­wod­nić mu winę. Jego mat­ka, Agrypi­na Star­sza, była pra­wnucz­ką Okta­wia­na Au­gusta i pa­sier­bi­cą im­pe­ra­to­ra Ty­be­riu­sza.

Agrypi­na to­wa­rzyszyła mę­żo­wi na polu bi­twy, gdy Rzym wal­czył z ple­mio­na­mi ger­mań­ski­mi. To tam uro­dził się chło­piec prze­zywa­ny „San­dał­kiem”. Kie­dy Ger­ma­nik za­koń­czył żywot, Agrypi­na twier­dzi­ła, że jej męża otruł pa­trycjusz imie­niem Pi­zon, a cały Rzym jej wie­rzył, mimo że Pi­zon prze­bywał wte­dy w Sy­rii. Agrypi­na wró­ci­ła z An­tio­chii, wio­ząc w urnie po­pio­ły swe­go zmar­łe­go męża, Ger­ma­ni­ka. Jego cia­ło pod­da­no kre­ma­cji, choć w Rzymie mó­wi­ło się, że ser­ce po­zo­sta­ło nie­tknię­te przez pło­mie­nie. Im­pe­ra­tor nadał wdo­wie ty­tuł „Chwa­ły swe­go kra­ju”.

Moja ro­dzi­na nie mo­gła się rów­nać z tą ko­bie­tą, któ­ra rywa­li­zo­wa­ła o sła­wę z sa­mym Ty­be­riu­szem. W Rzymie zaś sta­tus ro­dzi­ny zna­czył wię­cej niż spra­wie­dli­wość.

Se­ne­ka za­mie­rzał wy­rzucić Ka­li­gulę ze szko­ły, ale Agrypi­na nie chcia­ła o tym słyszeć. Ka­li­gula za­prze­czył, ja­ko­by on i jego przy­ja­cie­le mie­li coś wspól­ne­go z moim ukrzyżo­wa­niem.

– Ro­dzi­na Teo­fi­la ma na pew­no in­nych wro­gów – twier­dził. – Może wła­ma­li się do ko­szar i wy­wle­kli go w środ­ku nocy.

Lu­cjan oświad­czył, że wi­dział kie­dyś, jak wy­mykam się z ko­szar, by spła­tać ja­kiś fi­giel w mie­ście. Po­wie­dział, że wró­ci­łem wów­czas przed świ­tem, jak gdyby nig­dy nic. To dla­te­go nie mar­twił się te­raz, wi­dząc, że moje po­sła­nie jest puste. Dwóch in­nych chło­pa­ków po­twier­dzi­ło tę hi­sto­ryj­kę. Resz­ta, z wy­jąt­kiem Mar­ka, utrzymywa­ła, że o ni­czym nie wie­dzia­ła. Pa­tro­nat ro­dzi­ny Ger­ma­ni­ka li­czył się dla szko­ły o wie­le bar­dziej niż zda­nie mo­jej ro­dzi­ny, więc osta­tecz­nie uwie­rzo­no Ka­li­guli. Se­ne­ka w pro­te­ście zre­zygno­wał ze swe­go sta­no­wi­ska, czym skupił na so­bie gniew Agrypi­ny i roz­dmu­chał cały in­cydent, tak że zna­leź­li­śmy się na ję­zykach ca­łe­go Rzymu. W mie­ście plot­ko­wa­no tyl­ko o tej spra­wie. Roz­nio­sła się wieść, że Ka­li­gula i ja wda­li­śmy się w bój­kę i że póź­niej w nocy po­wie­si­li mnie na krzyżu.

Nikt jed­nak nie pi­snął ani słów­ka o cho­ro­bie par­la­men­tar­nej Ka­li­guli.

Cho­ciaż oj­ciec za­brał mnie z tej szko­ły, sta­łem się już zna­ny. Idąc uli­cą, za­uwa­ża­łem, że prze­chod­nie z na­prze­ciw­ka szep­czą o mnie mię­dzy sobą. Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, o czym mó­wią.

– To ten chło­pak, któ­re­go ukrzyżo­wa­li. To się bę­dzie za nim wlo­kło przez całe życie.

Ma­rek też opu­ścił szko­łę, gdzie wcze­śniej na­uczał Se­ne­ka, ale w prze­ci­wień­stwie do mnie, prze­niósł się śla­dem na­sze­go wiel­kie­go na­uczycie­la do no­wej szko­ły re­to­ryki. Moi ro­dzi­ce za­de­cydo­wa­li, że po­trze­bu­ję za­cząć od nowa gdzieś poza Rzymem, aby ta kon­tro­wer­syj­na spra­wa przy­ci­chła. Sprze­da­li dział­kę przy­le­ga­ją­cą do Ty­bru – ka­wa­łek zie­mi, któ­ry od dzie­siąt­ków lat na­le­żał do ro­dzi­ny – aby po­słać mnie do Gre­cji i abym tam do­koń­czył edu­ka­cję w dzie­dzi­nie re­to­ryki i pra­wa.

– Po­płyniesz na Ro­dos, do szko­ły za­ło­żo­nej przez Apo­lo­niu­sza Mo­lo­na – po­in­for­mo­wał mnie oj­ciec któ­re­goś wie­czo­ru. Ser­ce mi pod­sko­czyło na wieść o tym. – To tam Juliusz Ce­zar stał się wiel­kim mów­cą i zdo­był wie­dzę z za­kre­su rzym­skie­go pra­wa. Poza tym…

– …tam studio­wał Cyce­ro – wtrą­ci­łem. – Cyce­ro tra­fił na Ro­dos jako ją­ka­ją­cy się chło­piec, a opu­ścił tę wy­spę jako ge­niusz re­to­ryki.

Od tam­tej nocy, gdy mnie ukrzyżo­wa­no, wciąż uża­la­łem się nad sobą. Se­ne­ka sta­rał się mnie na­uczyć, bym nie ufał swo­im emo­cjom. Nie mo­głem się jed­nak po­wstrzymać od li­to­wa­nia się nad sobą i od gnie­wu, że Ka­li­guli i jego szaj­ce uszło to na su­cho. Słysza­łem, jak ro­dzi­ce mó­wi­li mię­dzy sobą, że wy­ślą mnie gdzieś da­lej, i nie chcia­łem wy­jeż­dżać. Lecz nig­dy nie spo­dzie­wa­łem się ta­kiej no­wi­ny!

– Kie­dy mam wy­je­chać? – spyta­łem.

– Wcze­śnie rano.

***

Mu­sia­ło mi­nąć sie­dem dni w szko­le re­to­rycz­nej Mo­lo­na, za­nim przy­zwycza­iłem się do no­wych wa­run­ków. Cze­ka­ło mnie mnó­stwo cięż­kiej pra­cy! Gre­cy wie­rzyli w dys­cypli­no­wa­nie cia­ła, umysłu i du­szy. W prze­ci­wień­stwie do Se­ne­ki, któ­ry nie pa­łał do sto­icyzmu wiel­kim en­tuzja­zmem, Gre­cy pod­cho­dzi­li do tej fi­lo­zo­fii po­waż­nie. Cno­ta, twier­dzi­li, to wy­star­cza­ją­cy wa­runek szczę­ścia, poza cno­tą nie ma do­bra.

W szko­le Mo­lo­na krzywo pa­trzo­no na emo­cjo­nal­ną, kwie­ci­stą re­to­rykę, ja­kiej na­ucza­no w in­nej wiel­kiej in­stytucji re­to­rycz­nej – szko­le azja­tyc­kiej. Nasi wy­kła­dow­cy sar­ka­stycz­nie na­zywa­li tam­tej­szych na­uczycie­li „tań­czą­cymi mi­strza­mi”. Ka­za­no nam trzymać gło­wę wy­so­ko, bro­nić swe­go punk­tu wi­dze­nia z peł­nym prze­ko­na­niem, krót­ko od­wo­łać się do emo­cji słucha­czy, a po­tem usiąść. Po­wta­rza­no nam to samo, co Apo­lo­niusz Mo­lon po­wie­dział Cyce­ro­no­wi po­nad stule­cie wcze­śniej – że nic nie wy­sy­cha szyb­ciej niż łzy.

Ten styl na­ucza­nia re­to­ryki od razu przy­padł mi do gustu, nie zno­si­łem za to wy­czer­pują­ce­go re­żi­mu ćwi­czeń cie­le­snych. Po paru mie­sią­cach jed­nak, gdy pod uważ­ną opie­ką in­struk­to­rów moje cia­ło się zmie­ni­ło, za­czą­łem do­ce­niać rów­nież fi­zycz­ne aspek­ty tutej­szych studiów.

W Rzymie tre­nin­gi gim­na­stycz­ne były prze­zna­czo­ne głów­nie dla tych, któ­rzy przy­go­to­wywa­li się do służ­by woj­sko­wej. U Gre­ków było in­a­czej. Oni wie­rzyli, że każ­de mło­de cia­ło da się ukształ­to­wać. Ce­ni­li gim­na­stykę za cno­ty, któ­re ze sobą nio­sła – sa­mo­dys­cypli­nę, for­mo­wa­nie syl­wet­ki, czystą ra­dość płyną­cą ze współ­za­wod­nic­twa. Moi in­struk­to­rzy uwa­ża­li, że do­bry re­tor musi wy­ka­zywać się do­sko­na­łą kon­dy­cją fi­zycz­ną.

Każ­dy dzień roz­po­czyna­li­śmy przed świ­tem od ob­fi­te­go śnia­da­nia, zło­żo­ne­go z ugo­to­wa­nych na twar­do jaj, krwi­ste­go mię­si­wa, pra­żo­nej psze­ni­cy i ko­zie­go mle­ka. W szko­le krą­żyło po­wie­dze­nie: śnia­da­nie zjedz jak król, obiad jak ple­be­jusz, a ko­la­cję jak nie­wol­nik. Po śnia­da­niu za­czyna­li­śmy za­ję­cia i ćwi­cze­nia gło­so­we. Czę­sto re­cyto­wa­li­śmy frag­men­ty mów na mor­skiej pla­ży, aby na­uczyć się mó­wić gło­śno i wy­raź­nie. Póź­niej­szym ran­kiem, kie­dy słoń­ce już wze­szło i za­czyna­ło do­skwie­rać go­rą­co, re­cyto­wa­li­śmy te same ustę­py, wspi­na­jąc się na wzgó­rza, co mia­ło nam po­móc utrzymywać wła­ści­wy ton i do­no­śność gło­su na­wet wte­dy, gdy za­brak­nie nam tchu.

Po­po­łu­dnia za­sta­wa­ły nas na tre­nin­gu w gim­na­zjo­nie. W Rzymie ćwi­czyłem gim­na­stykę i za­pa­sy, lecz tam­ten tre­ning wy­pa­dał bla­do w po­rów­na­niu z tutej­szym. Każ­de­go dnia wpro­wa­dza­no nowy ro­dzaj za­wo­dów. Osią­gną­łem wiel­ką bie­głość w pan­cra­tium, czyli po­je­dyn­ku je­den na jed­ne­go, któ­ry łą­czył ele­men­ty za­pa­sów i bok­su. Czę­sto ma­rzyłem o tym, że używam swo­ich no­wych umie­jęt­no­ści prze­ciw Ka­li­guli czy choć­by Lu­cja­no­wi. Nie byłem na tyle po­kaź­nej po­stury, by po­ko­nać naj­sil­niej­szych uczniów szko­ły, ale na­uczyłem się nie pod­da­wać ko­le­gom mo­je­go wzro­stu.

W Rzymie sy­no­wie pa­trycjuszy uwiel­bia­li być wi­dza­mi i przy­glą­dać się, jak nie­wol­ni­cy wal­czą na are­nie albo ści­ga­ją się w rydwa­nach. Rzymia­nie ćwi­czyli z ko­niecz­no­ści, utrzymu­jąc swo­je cia­ła w for­mie, bo tak przy­sta­ło po­tom­kom Ro­mu­lu­sa, prze­strze­ga­ją­cym sa­mo­dys­cypli­ny. Gre­cy na­to­miast wciąż wie­rzyli w pięk­no cia­ła. Fi­zycz­ne ćwi­cze­nia, przy­najm­niej w szko­le Mo­lo­na, były ro­dza­jem ob­se­sji, a ja na­uczyłem się czer­pać z nich ra­dość.

W tej szko­le na­bra­łem też pew­no­ści sie­bie. Tutaj nie wstydzi­łem się pod­nieść rękę jako pierw­szy ani zaj­mo­wać uwa­gę na­uczycie­la w stop­niu więk­szym niż po­zo­sta­li. To na Ro­dos, na krań­cu Mo­rza Egej­skie­go, na­uczyłem się wia­ry w sie­bie i sta­łem się męż­czyzną.

Tutaj też po­zna­łem grec­kich bo­gów. Moim ulu­bień­cem był Apol­lo, bóg mu­zyki, wy­rocz­ni, słoń­ca, me­dy­cyny, świa­tła i wie­dzy. Apol­lo udzie­lał da­rów pro­roc­twa i ta­len­tu ora­tor­skie­go. Przy­kła­dem był Epi­me­ni­des, grec­ki pa­sterz, któ­ry za­snął na pięć­dzie­siąt sześć lat i obu­dził się z da­rem pro­roc­twa, otrzyma­nym od Apol­la. Póź­niej wy­po­wie­dział nie­śmier­tel­ne sło­wa o Zeu­sie: „W nim żyje­my, po­rusza­my się i je­ste­śmy”.

Od­mien­nie niż Epi­me­ni­des, w szko­le Mo­lo­na nie za­zna­łem wie­le snu. Jed­nak na brze­gu Mo­rza Egej­skie­go moje bar­ki po­wo­li się za­le­czyły, po­zo­stał je­dy­nie ostry ból, prze­szywa­ją­cy cza­sem lewe ra­mię, kie­dy pró­bo­wa­łem pod­nieść coś cięż­kie­go po­nad gło­wę.

Z Epi­me­ni­de­sem łą­czyło mnie to, że w szko­le Mo­lo­na obu­dzi­łem się na wła­sne dary, a tak­że fakt, że sta­ło się to w świą­tyni Apol­la. Ro­sły tam moje cia­ło i du­sza, a lata tam spę­dzo­ne uwa­żam za naj­szczę­śliw­sze w moim życiu.

Ty­tuł orygi­na­łu: The Ad­vo­ca­te

Pro­jekt okład­ki i stron dzia­ło­wych: Adam Pia­sek

Zdję­cie na okład­ce: An­ge­lo Giam­pic­co­lo / fo­to­lia.com

Zdję­cie au­to­ra: © Tyn­da­le Ho­use Publi­shers

Skład i ła­ma­nie: Sta­ni­sław Tuchoł­ka / pan­bo­ok.pl

© 2014 by Ran­dy Sin­ger

Po­lish edi­tion © by Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny sp. z o.o., Po­znań 2016

with per­mis­sion of Tyn­da­le Ho­use Publi­shers, Inc. All ri­ghts re­se­ved.

ISBN 978-83-8065-013-8

Wy­daw­ca:

Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny sp. z o.o.

Wy­daw­nic­two

ul. Char­to­wo 5, 61-245 Po­znań

tel. 61 659 37 13

wy­daw­nic­two@swie­ty­woj­ciech.pl

Za­mó­wie­nia:

Dział Sprze­da­ży i Lo­gi­styki

ul. Char­to­wo 5, 61-245 Po­znań

tel. 61 659 37 57 (-58, -59), faks 61 659 37 51

sprze­daz@swie­ty­woj­ciech.pl • sklep@mo­jek­siaz­ki.pl

www.swie­ty­woj­ciech.pl • www.mo­jek­siaz­ki.pl

Kon­wer­sja do e-wy­da­nia: Wy­daw­nic­two Świę­ty Woj­ciech