Kontratyp - Remigiusz Mróz

Kontratyp

Joanna Chyłka - Tom 8

5,0

W drodze na Annapurnę, jeden z najgroźniejszych szczytów na świecie, ginie troje polskich wspinaczy. Ekipy ratunkowe odnajdują jedynie przysypane śniegiem, poskręcane liny, ale nie trafiają na żaden inny ślad po grupie.

Kilka tygodni później jedyna członkini wyprawy pojawia się na granicy nepalsko-tybetańskiej, po czym zostaje zatrzymana. Polscy śledczy przewożą ją do kraju, gdzie ma odpowiadać za zabójstwo – okazuje się bowiem, że aby przeżyć w górach, doprowadziła do śmierci swoich towarzyszy.

Co wydarzyło się w drodze na Annapurnę? I skąd śledczy mają dowody obciążające kobietę? Oprócz znalezienia odpowiedzi na te pytania, Joanna Chyłka musi zmierzyć się z własnymi problemami i groźbami człowieka twierdzącego, że to on niegdyś zaatakował ją kwasem…

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
8248.jpg

 

 

8246.jpg

 

 

Copyright © Remigiusz Mróz, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp.o.o., 2018

 

 

 

 

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Magdalena Owczarzak

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Projekt typograficzny, składłamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografie na okładce:

©Kamenetskiy Konstantin/Shutterstock

©Yury Taranik/ Getty Images

©NejroN/ Getty Images

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książkiinternecie.

 

 

eISBN 978-83-7976-030-5

 

 

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp.o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Piotrowi,

z podziękowaniem za złamany ołówek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Necessitas non habet legem.

Konieczność nie zna prawa.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

Wachlarz

 

 

1

 

ul. Europejska, Wilanów

 

 

 

Obserwując innych, uczył się więcejsobie niżnich. Każda interakcja dawała mu coraz lepsze pojęcietym, jak dalece odbiega od ogółujak wiele musiałby zrobić, żeby społeczeństwo go zaakceptowało.

Widział to jak na dłoni teraz, kiedy przyglądał się kilku osobomnowoczesnym domu nieopodal Jeziora Powsinkowskiego. MagdalenaJulian Brenczowie kupili budynek dwa lata temupo gruntownym remoncie przenieśli się tutajPiaseczna. Pochodził jeszczelat sześćdziesiątych, ale po przebudowie przywodził na myśl nowoczesne perły miejskiej architektury rodempostmodernistycznego katalogu.

Blondyna, który stał przed domem Brenczów, nie interesowała jednak ani zabudowa, ani mieszkający tutaj ludzie. Przyglądał się ich dzisiejszym gościom, którzy zjawili się na kolacji nieco spóźnieni.konkretnie jednemunich.

Siostra Magdaleny, Joanna Chyłka, zachowywała się dokładnie tak, jak Blondyn się tego spodziewał. Po tym, jak zastawiła iks piątką cały chodnik, wyszłaautaod razu sięgnęła po papierosa. Wypaliła go ekspresowo,potem bez ceregieli wparowała do domu, nie czekając na zaproszenienie tłumacząc się ze spóźnienia.

Na początek rzuciła kilka luźnych uwagtym, że dzięki takim spotkaniom pielęgnuje swoje najlepsze cechy: cierpliwość, wyrozumiałośćumiejętność śmiania sięnajbardziej czerstwych żartów.

Julian skwitował to uśmiechem, Magdalena strategicznie milczała,partner Chyłki starał się nieco łagodzić napięcie. Nawet kiedy udawało mu się to osiągnąć, efekt był krótkotrwałyprawniczka zaraz znajdowała nowy sposób, by dopiec siostrze. Blondyn wiedział, skąd biorą się te spięcia – jakiś czas temu Magdalena ściągnęła do Warszawy ich ojca,wraznim całą przeszłość rodzinną,której Joanna chciała za wszelką cenę zapomnieć.

Przejrzał jej życie na wylot. Ją samą także, choć nie miałatym pojęcia.

Poznał jąpewnością lepiej od mężczyzny, który tego dnia towarzyszył jej na kolacjiBrenczów.Kordianem Oryńskim była od niedawna, choć znali się od wielu lat. Kilkakrotnie się do siebie zbliżali, ale ostatecznie postawili kropkę naddopiero, gdy okazało się, że Chyłka mogła zostać zarażona retrowirusem HTLV.

Blondyn wygładził ciemny zarost otaczający ustauśmiechnął się lekko. Nie wróżył im długiej przyszłości razem. Także ze względu na to, co dzisiejszego wieczoru zamierzał zrobić.

Przypatrzył się Chyłce,potem upewnił się, że pojemniksymbolem kwasu jest tam, gdzie być powinien.

 

2

 

Dom Brenczów, ul. Europejska

 

 

 

Joanna zerknęła na stojący przed nią kieliszek do wina. Jako jedyny był pusty jako jedyny znalazł się na stole nie po to, by go napełnić, ale jako niezbyt zawoalowany sprawdzian.

– To siostrzany test na kolejną nieplanowaną ciążę czy na powrót do picia? – odezwała się, wskazując szkło wzrokiem.

Magdalena otworzyła usta, by zaprotestować, aleporę ugryzła sięjęzyk. Przez cały wieczór obydwa tematy stanowiły tabuwszyscy robili, co mogli, by je sprawnie omijać.

Do czasu.

– Bez obaw – dodała Chyłka. – Żeby do czegoś wracać, trzeba najpierwtego zrezygnować.jatequilą emocjonalnie nigdy się nie rozstałam.

Magdalena nerwowo zerknęła na męża, jakby spodziewała się, że to onporę uratuje sytuację.

– A jeśli chodziwyhodowanie kolejnego pasożyta, to ze względu na moją obecną drugą połówkę też odpada. Nie mogłabymczystym sumieniem ryzykować przekazania dziecku genów kogoś, kto najchętniej żywiłby się kostkami lodu.

Oryński drgnął nerwowo, niepewny,czym rzecz.

– Tego akurat nie mammenu – odezwał się.

– Nie?byłoby to dla ciebie idealne, wręcz wymarzone danie. Żadnych węglowodanów, tłuszczów trans, glutenu, laktozy i…

– I bez GMO – dopowiedział. – Racja.

Joanna powiodła wzrokiem po gospodarzach. Milczeli, po raz kolejny nie wiedząc, jak się zachować. Wyraźnie nie odnajdowali siętej sytuacji, ale Chyłki specjalnie to nie dziwiło. Bodaj po raz pierwszy przyprowadziła do domu siostry osobę,którą się związała. Innych mężczyzn trzymała od niej na dystans, jakby dzięki temu sama mogła zachowywać od nich odpowiednią odległość.

Julian długo zawieszał wzrok na oknie od strony ulicymrużył oczy, jakby kogoś tam zobaczył. Joanna obróciła się przez ramię, ale nikogo nie dostrzegła.

– To nie żarty – zaznaczyła. – Zordon ma naprawdę zrytą pacynę.

– Widziały gały, co brały – odparł.

– Bo złudzeniu się oddały.

– Niby jakiemu?

– Takiemu, że kiedyś zobaczątobie człowiekapełni władz umysłowych.

Chyłka jeszcze raz zerknęłastronę okna, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że jest obserwowana. Może wynikało tonadmiernie czujnego spojrzenia Brencza,możetego, że od pewnego czasu dybało na nią więcej osób niż na niejednego polityka.

W końcu potrząsnęła głowąuznała, że przesadza.

– Nie mówię, żebyś był jak paleolityczny myśliwypolował na mamutywłócznią prostą…

– Nie?

– …ale dobrze byłoby czasem zjeśćtowarzystwie kogoś, kto nie wślepia sięrostbef, jakby chciał urządzić pogrzeb bydlakowi, dzięki któremu mogę rozkoszować się kawałkiem mięsa – odparła Joanna,potem skupiła wzrok na Julianie. – Choć ostatecznie lepsze to niż mąż permanentnie wyglądający, jakby zobaczył creepypastę.

Juliankońcu się otrząsnąłzorientował, że mowanim.

– Co? – spytał.

– Wiesz, te krótkie, niby straszne opowiadania. Jak to, że Zordon zgubił się kiedyś nocągęstym, mrocznym lesie na Mazurach. Nie słyszałeśtym?

– Nie.

– Krążył bez nadziei na ratunek przez kilka godzinzupełnym mroku, nie spotkał żywej duszy, nie miał zasięgustopniowo się wychładzał.końcu jednak znalazł opuszczoną leśniczówkę.

– I?

– I tyle. Wszedł do środka, obadał teren,potem pooglądał stare, zniszczone portrety na ścianach. Miał problemyzaśnięciem, bo wydawało mu się, że ci wszyscy ludzie na niego patrzą, alekońcu kimnął.

– Mhm.

– Tyle że rano, kiedy się obudził, okazało się, żechałupie nie ma żadnych portretów. Jedynie okna.

Joanna uśmiechnęła się lekko,potem teatralnie obróciłakierunku okna.

– Zobaczyłeś tam jakąś postać, Lemurze?

Właściwie od kiedy wyszły PingwinyMadagaskaru, Chyłka nie zwracała się do Julianainny sposób. Zbywała usilne apele siostry milczeniemudawała, że nie widzi pełnego dezaprobaty wzroku Brencza.

– Nie – odparł gospodarz. – Zamyśliłem się.

– Ta sprawaAnnapurny nie daje mu spokoju – dodała Magdalena.

– Jaka znowu sprawa?

Siostra Chyłki spojrzała na gości, jakby przybyli tutajinnego świata.

– Nic nie wiecie?

Oboje pokręcili głowami,Joanna nalała sobie do kieliszka grenadyny.

– Wiadomość gruchnęła zaraz przed waszym przyjazdem, musieliście coś słyszećradiu – dodała Magdalena.

– Radioiks piątce łapie tylko pasmo sześciuset sześćdziesięciu sześciu herców – odbąknął Kordian. jedynym głosem na tych falach jest Bruce.

– No tak.

– Co to za sprawa? – włączyła się Chyłka.

– Troje polskich wspinaczy…

– ZaginęłoHimalajach jakiś czas temu, tak, tak. Ratownicy znaleźli tylko przysypane śniegiem liny – przerwała mu prawniczka. – Tyle wiem. Pytamkonkrety.

O sprawie trojga wspinaczy słyszał każdy,kilka tygodni temu poszukiwaniami zdawała się żyć cała Polska. Dopóki istniała nadzieja, że himalaistów da się uratować, medialny cyrk się nakręcał – kiedy ta znikła, wraznią rozpłynęło się także zainteresowanie. Wystarczyło, by guru polskiego alpinizmujedenautorytetów medycznych oznajmili, że prawdopodobieństwo odnalezienia himalaistów żywych równa się zeru.

KordianaChyłkę cała ta sprawa ominęła. Mielitym czasie swoje problemy,właściwie całe ich naręcze. Wciąż czekali na wyniki badań mające przesądzić, czy Joanna jest nosicielką retrowirusa mogącego powodować białaczkę lub chłoniaka.kancelarii nadal wrzało po śmierci jednegoimiennych partnerów. Oryński wracał do siebie po wyjściuwięzieniaprzygotowywał się do kolejnego egzaminu adwokackiego. Oboje skupiali się przede wszystkim na tym, by na nowo ułożyć sobie życie.

– Znaleźli ciała? – odezwał się Oryński.

– Ciała? – zapytał Julian. – Nie, nie. Znaleźli Klarę.

– Kabelis? Żywą? Po takim czasie?

– Też bym pewnie nie uwierzył, gdyby nie to, że pokazali nagraniegranicy nepalsko-tybetańskiej, na której zatrzymali ją pogranicznicy.

ChyłkaKordian wymienili się niepewnymi spojrzeniami. Jako jedninielicznych orientowali siętemacie tylko oględnie – czego Joanna nie mogła powiedziećswoim szwagrze. Julian nie dość, że był pasjonatem alpinizmu, to sam także amatorsko się wspinał.ile jej pamięć nie myliła, swego czasu odbył nawet trekking wokół Annapurny.

– Wygląda na to, że dziewczyna nie tylko przeżyła, ale ma się całkiem nieźle. Wizualnie nie było widać żadnych odmrożeń, choć…

– Jakim cudem przeżyła? – wpadła musłowo Joanna.

– Nie wiadomo. Ale jest jużdrodze do kraju.

W jego głosie brakowało entuzjazmu, który wydawał się całkowicie na miejscu. Dopiero teraz Chyłka uświadomiła sobie, że Julian właściwie przez cały wieczór był osowiały.

– Co jest nie tak? – zapytała, mrużąc oczy.

Brencz potrząsnął głową, jakby chciał zasugerować, że są lepsze tematy,których mogą porozmawiać przy tak rzadko nadarzającej się okazji. Joanna była jednak innego zdania.

– Mów, Lemurze.

– Z Nepalu dochodzą sprzeczne informacje – włączyła się Magdalena.

– Jakie?

– Klara najwyraźniej nie wyjaśniła jeszcze nikomu, co sięnią działo.nie wspomniała słowemtym, co spotkało dwóch pozostałych wspinaczy.

– W dodatku znaleziono przy niej ich rzeczy – dodał Brencz. bynajmniej nie potraktowano jej tak, jak zazwyczaj, kiedy dochodzi do nielegalnego przekroczenia granicy.

– Próbowała przedostać się do Tybetu na krzywy ryj? – spytała Chyłka.

– Najwyraźniej.

– Czemu miałaby to robić?

Julian wzruszył ramionami,potem zaczął przybliżać im meandry podróżowaniaTybecie. Joanna wyłapała jedynie tyle, że należało wynająć agencję, uzyskać zezwolenie, przedstawić plan podróżyzapewnić, że ma się zarówno samochód, kierowcę, jakprzewodnika.

– Normalnie zajmuje to od sześciu do ośmiu miesięcy – ciągnął Brencz. – Może jej się spieszyło.

– Albo chciała się ukryć – podsunął Oryński. nie zostawiać za sobą całego korowodu poszlak.

Chyłka uniosła rękę, skupiając na sobie wzrok zebranych,potem wymierzyła palcemJuliana.

– Mówiłeś, że nie potraktowano jej normalnie. To znaczy?

– Zazwyczaj takiego delikwenta po prostu się deportuje. Chwilę siedziareszcie, pokrywa koszty związanezatrzymaniem,potem zajmuje się nim ambasada. Dostaje zakaz wjazdu do Chin,tyle.

– W przypadku Klary było inaczej? – włączył się Kordian.

– Podobno nie trafiła do ambasady, mimo że nasz konsulwszystkim wie.

– I? – drążyła Joanna.

Magdalena pociągnęła ostatni łyk winaodstawiła pusty kieliszek na stół.

– Podobno zatrzymano ją na prośbę naszej prokuratury – powiedziała.

– Ale to niepotwierdzone informacje – dorzucił Brencz.

– Niepotwierdzone oficjalnie. Dobrze wiesz, że to kwestia czasu.

Oboje zdawali się co do tego absolutnie przekonani.dodatku sprawiali wrażenie, jakby cały wieczór tylko czekali na to, by podjąć wyjątkowo elektryzujący ich temat.

Chyłka specjalnie im się nie dziwiła. Wystarczyło znikome zainteresowanie górami, by nie móc oderwać nosa od telewizora, kiedy działo sięnich coś wykraczającego poza normę.

Wskazała ponadpięćdziesięciocalowy ekrannie musiała dodawać nic więcej, by Julian włączył TVN24. Przez chwilę wszyscy milczeli, skupiając się jedynie na słowach prezenterki.

Potwierdzono, że Klara Kabelis została zatrzymana na prośbę polskich organów ściganiapo wydaniu zgody przez nepalski wymiar sprawiedliwości zostanie przetransportowana do kraju.

Szczegółów wciąż było niewiele, prokuratura dopiero miała wydać oficjalne oświadczenie. Jasne było jednak, że po pierwszym wybuchu optymizmu spowodowanego odnalezieniem alpinistki, teraz reporterzy się mitygowali.

– Ta pani ich zakatrupiła – rozległ się dziewczęcy głos, który sprawił, że wszyscy oderwali wzrok od telewizoraprzenieśli go na schody.

Sześcioletnia córka Brenczów dotychczas nie opuszczała swojego pokoju na piętrze, najwyraźniej nie czując potrzeby, by poznać nowego chłopaka ciotki. Chyłka doskonale to rozumiałazapewne będącwieku siostrzenicy, zrobiłaby dokładnie to samo. Nie było to zresztą jedyne, co je łączyło – mała Daria wyraźnie odstawała od swoich rówieśniczek. Zamiast emocjonować się nowymi kreskówkami Disneyawypacykowanymi księżniczkami, ciągnęła rodziców do kina na Gwiezdne wojny. Nie zbierała różnych wersji Mroźnej ElsyKrainy Lodu, kolekcjonowała za to figurki Reychciała nosić taką fryzurę, jak główna bohaterka nowej trylogii. Od domku Barbie wolała karton klocków Lego,zamiast graćrodzinne planszówki, naciskała rodziców, by rozegrali kilka partiikarty.

Joanna zawsze czuła specyficzną więździewczynką, choć przypuszczała, że prędzej czy później zacznie ona słabnąć. Stało się jednak inaczej – od pewnego czasu emocjonalny związek zacieśniał się jeszcze mocniej. Chyłka zdawała sobie sprawępowodu takiego stanu rzeczy. Po stracie dzieckajej sercu powstała wyrwa, którą uczucia wobec siostrzenicy mogły przynajmniej częściowo zasypać.

– Tak piszą na Facebooku – dodała dziewczynka, schodzącostatniego stopnia. – Że ich umordowała, żeby sama mogła przeżyć.

Takie słowaust sześciolatki,dodatku wypowiadane zupełnie bez emocji, uświadamiały Chyłce, że znieczulica jest cechą przyrodzoną wszystkich, którzy od pewnego czasu trafiają na ten świat. Właściwie nie miała nic przeciwko temu, bo dawało to nadzieję, że kolejne pokolenia lepiej poradzą sobiedorosłością.

– To tylko plotki, kochanie – odezwała się Magdalena. nie powinnaśogóle…

– Podobno obcięła rękę jednemunichją zjadła.

Julian odchrząknął nerwowo i z powagą – jak tylko ojciec potrafi.

– Tak to jest – dodała rzeczowo młoda. – Takie rzeczy czasem się zdarzają.

– I to nie od dziś – włączyła się chętnie Joanna. – Głowił się nad tym już KarneadesCyrenydrugim wieku przed naszą erą.

Dziewczynka ochoczo pokiwała głową.

– Tak czy inaczej, szykuje się głośna sprawa – wtrącił Brencz.

Chyłka zmrużyła oczyposłała mu długie spojrzenie.

– Próbujesz skończyć temat kanibalizmu, zanim na dobre sięniego wgryziemy? – spytała.

– Mówię tylko, że może to cośsam raz dla Żelaznego & McVaya.

Joanna prychnęła.

– Prędzej powstanie linia tramwajowaWoli na Wilanów, przedłużenie Woronicza do ŻwirkiWigury,Zordon zamówi sobieknajpie krwisty stek.

– Moglibyście na tym…

– Nie ma mowy.

– Nie bierzesz pod uwagę, że…

– Niekoniec. Sprawa zamknięta jak Saska Kępatrakcie meczu reprezentacji na Narodowym – ucięła Chyłka.

– Nie za dużo tych miejskich porównań?

– Nigdy. Warszawa ma moją dozgonną miłość – zadeklarowała. – Podobnie jak beznadziejne sprawy, aletym konkretnym wypadku uczucia muszę odsunąć na bok.

– Bo?

– Bo obrona Kabelis to rzecz wizerunkowogóry przegrana – odparła, wskazując ekran, na którym pokazywano zdjęcie Klary wprowadzanej do niewielkiego budynku. – Uwalisz sprawę, to wszyscy będą mówić, że jesteś nieskuteczny. Wygrasz, to zarzucą ci, że bronisz potwora.

– Bez przesady.

– Tu nie ma miejsca na przesadę. Ludzie ją znienawidzą – rzuciła Chyłka bez wahania. – Teraz wszyscy jeszcze się zastanawiają, jak do tego podejść, ale zapewniam cię, że za kilka dni Kabelis stanie się obiektem zmasowanego hejtu. Przypomnij sobie, co się działoBieleckim po tym, jak ratował życie na…

Gaszerbrumie? K2? Chyłka nie mogła wyłowićpamięci konkretnej góry. Pamiętała za to tę metaforyczną, która wypiętrzyła sięgnoju wylewanego pod adresem Bogu ducha winnego wspinacza.

– Na Broad Peaku – dopowiedział Brencz. – No tak…

– Nie ma szans, żebyśmy to wzięli.żadne pieniądze tego nie zmienią.

Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Zarówno jej samej, jakkancelarii mocno oberwało się po sprawie Rafała Kranza. Stawanieobronie człowieka,szczególnie ginekologa, który atakował kobiety, nigdy nie było dobrym pomysłem. Wtedy jednak nie mieli wyjścia – teraz wręcz przeciwnie. Niepotrzebna była im kolejna niebezpieczna PR-owo sprawa.

Rozmawialiniej jeszcze przez bite dwie godziny, zanim Chyłkakońcu wysłała Kordianowi wcześniej uzgodniony sygnał, że najwyższa pora się ewakuować. Było nim niezawodne kopnięcie pod stołem.

Pożegnali się wylewniedomownikami, pogłaskali starego psa Brenczów i z szerokimi uśmiechami oznajmili, że spotkanie trzeba jak najszybciej powtórzyć. Kiedy weszlipowrotem do iks piątki, obydwoje głośno odetchnęli.

– Nigdy więcej – odezwała się Chyłka, wciskając guzik startu.

Silnik mruknął przyjemnie,zaraz potemporządnego systemu stereo ryknęły gitary elektryczne.

– Mogło być gorzej – odparł Kordian. – Wyobraź sobie, co by było, gdyby nie temat Klary.

– Z pewnością gadalibyśmytwoich nawykach żywieniowych, mojej ciążyretrowirusach na cztery litery.

Oryński spojrzał na nią, gdy wycofywała na ulicę. Miał wrażenie, że nawet nie zerknęłalusterko, więc sam obrócił się przez ramię. Kątem oka dostrzegł czarny, cylindryczny pojemnik na tylnym siedzeniu.

– Co to jest? – spytał.

Joanna spojrzała na przypominający rulon przedmiot.

– Ty mi powiedz. Sam to przytaszczyłeś.

– Pierwsze widzę.

– Mhm.

– Mówię poważnie.

Chyłka spojrzała na niego, by upewnić się, że faktycznie nie żartuje. Potem zerknęła na tylne siedzenienatychmiast wcisnęła pedał hamulca. Iks piątka zatrzymała się, jakby wrosłaziemię.

Joanna rozejrzała się nerwowo.

– Co to, kurwa, jest? – wypaliła.

Oboje odwrócili sięwbili wzrokpojemnik, jakby miał się okazać ładunkiem wybuchowym.

– I skąd to się tu wzięło?

– Zamknęłaś samochód przed wyjściem?

– A jak myślisz?

Oryński drgnął, chcąc sięgnąć po czarny przedmiot, ale Chyłka natychmiast go powstrzymała.

– Daj spokój – rzucił. – Przecież to nie…

– Nie wiesz, co to jest, więc łapy przy sobie.

Nie wydawał się przekonany, wyraźnie bagatelizował potencjalne zagrożenie. Nie bez znaczenia było to, że wypiłMagdaleny kilka kieliszków więcej, niż powinien.

– Nikt nie podrzucił ci nowiczoka do samochodu – zastrzegł. – Bomby też nie.jużpewnością nie takiej, która byłaby na pierwszy rzut oka widoczna.

– Nie boję się, że to pierdyknie cirękach, Zordon. Nie chcę po prostu, żebyś zatarł ewentualne ślady.

Kiedy otworzyła drzwi, on zrobił to samo. Wyszliauta, Joanna natychmiast zapaliła papierosa,zaraz potem zaczęli przyglądać się pojemnikowi. Jako pierwszy napis na boku dostrzegł Kordian.

– H2SO4 – odczytał. – Mówi ci to coś?

Chyłka niemal zakrztusiła się dymem. Odrzuciła papierosa na bok, po czym nachyliła się nad cylindrycznym przedmiotem. Oryński zbliżył siędrugiej stronyprzez moment wyglądali, jakby starali się ostrożnie podejść spłoszone zwierzę.

– Kwas siarkowy – odezwała się,potem mimo woli przesunęła dłonią po bliźnie na szyi. – Jakiś skurwysyn podrzucił mi kwas siarkowy do auta – dodała.

Zanim zdążyła zareagować, Kordian sięgnął po pojemnik. Czym prędzej odkręcił wieko,ona zaklęła głośnoszybko ruszyłajego kierunku.

– Zordon!

Przystanęłakrok od niego, jakby trzymana na odległość zdziwieniem, które zarysowało się na jego twarzy. Nie widziała, co znajduje siępojemniku, ale jedno było pewne – nie to, czego Oryński się spodziewał.

 

3

 

ul. Europejska, Wilanów

 

 

 

Blondynciemnym zarostem zaczynał sądzić, że dwoje gości nigdy nie opuści domu przy Europejskiej. Przypuszczał, że Joanna szybko odbębni to spotkanie,potem razemOryńskim wybiorą się do któregoś ze swoich ulubionych lokali. Na mapie Warszawy właściwie było tylko kilka,których obydwoje czuli się dobrze.

Tymczasem spędziliBrenczów parę godzin,Kordian zdążył się dość mocno wstawić. Niewątpliwie właśnie dzięki temu był tak butny, kiedy zobaczył pojemnik. Blondyn obserwował wszystkobezpiecznego miejsca, rozbawiony tym, jak młody prawnik pali się do bitki.

Kordian przeczesywał wzrokiem mrok nocy, odgrażając się osobie, która pozostawiła przesyłkęaucie. Kręcił się wkoło, jakby się spodziewał, że przeciwnik znajduje się tuż oboktylko czeka, by doszło do konfrontacji.

Blondyn rzeczywiście ustawił się niedaleko, ale nie po to, by wchodzićjakąkolwiek interakcjęprawnikami. Zrobił wszystko, co założył,teraz musiał skupić się na drugiej części planu.

Znów konieczne było uzbrojenie sięcierpliwość. Po tym, jak czarna iks piątkakońcu odjechałakierunku Sadyby, zerknął na zegarek. Było wpół do jedenastej. Przypuszczał, że będzie musiał poczekać godzinę, może dwie, zanim domownicybudynku przy Europejskiej usną.

Nie pomylił się. Światłopokoju Darii zgasło jako pierwsze, a w sypialni jej rodziców nieco ponad godzinę później. Blondyn odczekał jeszcze trochę dla bezpieczeństwa,potem zaczął realizować swój plan.

Jedynym problemem mógł być pies, dość dużynieco podstarzały border collie, który przy odrobinie pecha narobiłby hałasu. Zwierzę spało jednak twardoominięcie go nie nastręczyło Blondynowi żadnego kłopotu.

Z dostaniem się na piętro również nie miał żadnego problemu, wszystko było gotowe zawczasu. Podobnie łatwo dostał się do sypialni małej.

Daria spała snem sprawiedliwego, ale na wszelki wypadek mężczyzna poruszał się wolno, niczym cień przemykając przez pokój. Stanął nad łóżkiemprzez chwilę przypatrywał się dziewczynce.

Potem pochylił się nad nią, delikatnie położył dłoń na jej ustachprzygotował się, by ją zbudzić. Nabrał tchu, odliczył od trzechdół,potem przycisnął rękę mocniejjednocześnie zsunął małąłóżka, zakleszczając jej karkmocnym uścisku.

Próbowała pisnąć, alejej ust dobył się tylko stłumiony dźwięk. Blondyn przyłożył usta do jej ucha.

– Nie krzycz – szepnął. – Nic ci się nie stanie.

Nie wiedział, czy go usłyszała, więc powtórzył to jeszcze kilkakrotnie, nie pozwalając dziewczynce wyrwać sięuścisku. Wiedział, że te słowa na długo zapadną jejpamięć. Być może do końca życia.

 

4

 

Kancelaria Żelazny & McVay, Skylight

 

 

 

Lawirując między pracownikami na korytarzu, Kordian czuł się jak zabłąkany turysta na arabskim targu. Mijani stażyścipraktykanci go zaczepiali, każdy miał do niego sprawę,niektórzy zdawali się traktować go jako najstabilniejszy ze wszystkich pomostów między szarakamipartneramifirmie.

Sytuacja utrzymywała się, właściwie od kiedy wrócił do Żelaznego & McVaya. Młodsi stażem prawnicy najwyraźniej uznali to za jego osobisty triumfdowód na umiejętność rozgrywania kierownictwa, choćistocie powrót do pracy był zasługą Chyłki.

Minął kilka osób, starając się nie rozlać ani kropli kawy niesionejCosta Coffee,potem wszedł do gabinetu Joanny bez pukania. Postawił na biurku tekturowy uchwytkubkami, po czym wyciągnąłtorby dwa kawałki ciasta.

– Co to jest? – jęknęła Chyłka.

– Oreo cookie pie.

– Sporo cukru?

– W samym kremie tyle, że zaczniesz mówić do mnie „kotuniu”.

Spojrzała na niegodezaprobatą,potem chwyciła za ciasto, jakby był to kawałek pizzy,wsunęła je do ust. Popiła dużym łykiem czarnej kawykilkakrotnie zamrugała.

– Lepiej? – spytał Oryński.

– Lepiej będzie, jak odeśpię tę pieprzoną noc.

Żadnenich nie zmrużyło okaKordian wątpił, by nawet gigantyczne zastrzyki cukrukofeiny mogły postawić ich na nogi. Po tym, jak wieczorem otworzyli pojemniksymbolem chemicznym kwasu, natychmiast zabrali się do roboty.

Ostatecznie Chyłka uruchomiła zarówno Kormakakancelarii, Szczerbińskiegokomendzie, jakwszystkie inne trybiki machin, które zazwyczaj jej pomagały. Nie zważała na późną porę, dzięki czemuporanku dwoje prawników otrzymało pierwsze wieści.

Z pojemnika już ściągano odciski palców,jego zawartość była poddawana skrupulatnej analizie. Nie byłonim nic, co mogłoby okazać się groźne, przynajmniej nie bezpośrednio. Kiedy Kordian zdjął wieko, znalazł pojedynczą kartkę papieru.mimo że dość szybko oddali jąręce policji, doskonale pamiętał każdą wydrukowaną na niej literę.

„OBROŃ KABELIS”, brzmiała pierwsza część wiadomości złożonej cienkim, charakterystycznym fontem. Druga, znajdująca się kilka linijek niżej, stanowiła ostrzeżenie. Nadawca groził, że jeżeli Chyłka nie wykona polecenia, następnym razem zawartość pojemnika będzie zgodnajego opisem.

Normalnie oboje podeszliby do tegodystansem, ale fakt, że przesyłka znalazła sięzamkniętym aucie Joanny, napełniał ich niepokojem.

– Kormak sprawdził już iks piątkę? – spytała Chyłka, pociągając kolejny łyk kawy.

– Mhm – potwierdził Oryński. – Otworzył ją bez problemuZłotych Tarasach.

Joanna zaklęła pod nosem.

– Twierdzi, że to kwestia kupienia dwóch urządzeń na Aliexpress za czterdzieści złotych każde. Barachło nazywa się HackKEYwygląda jak krótkofalówka, tyle że zamiast jednej nędznej antenki ma trzy porządne.

Mimo że bezkluczykowe otwieranie samochodów nazywano „metodą na walizkę”, urządzenia te nie miałynią wiele wspólnego. Jednonich należało umieścić przy drzwiach samochodu, drugie niedaleko kluczyka. Wzmocniony sygnał oszukiwał system samochoduotwierał centralny zamek,złodziej bez trudu odjeżdżałsiną dal.

Tym razem jednak metoda została wykorzystana jedynie po to, by zostawićiks piątce wiadomośćżądaniemgroźbą, pod którymi włamywacz złożył swój podpis.

Przedstawił się jako „mudżahid”, który wypalił na ciele Chyłki „piętno dżihadu”.

Właśnie ten ostatni element wydawał się Oryńskiemu najbardziej znaczący. Po pierwsze dowodził, że człowiek, który zostawił przesyłkę, znał Joannę na tyle dobrze, by wiedzieć, jak sama określa znamię na szyi powstałe po ataku kwasem. Po drugie podpis zdawał się sugerować, że nadawca traktuje to jako swoistą grę, być może zabawę. Wydźwięk sygnaturypewnością nie mógł uchodzić za śmiertelnie poważny.

Kordian usiadł przed biurkiemwyciągnąłpapierowej torby maślane ciastko.

– Nadal stawiam na Langera – odezwał się.

Chyłka pokręciła głową.

– Nie miałby powodu.

– A kiedykolwiek go potrzebował?

– Słuszna uwaga – przyznała. – Ale tym razem kutafon jest poza kręgiem podejrzeń. Wyjechałkraju, szusuje na nartach gdzieśDolomitachjak Bóg da, połamie się tam jak kariera Weinsteina po akcji MeToo.

Kordian przez chwilę przeżuwał ciastkomilczeniu.

– Jesteś pewna?

– Ba. Po tym, jak oskarżyła go Lena Headey, gość już się nie podniesie. Nie pamiętasz, jak wyrżnęła wszystkichWielkim Sepcie?

– Ja pamiętam, ale ty nie, bo tylko czytałaś Martina, ale nigdy nie oglądałaś GryTron.

– Nadrobiłamostatnim czasie, żebyśmy ostatni sezon połknęli razem.naciesz się tym, bo to jedyny romantyczny gest, na jaki mnie stać.

– Będę wspominać go latami – odbąknął. miałem na myśli Langera.

– A. Jeśliniego chodzi, to już kwestia Bożej opatrzności. Przy odrobinie dobrej woli Wszechmogący zsunie na niego lawinę.

– Chyłka…

W końcu oderwała wzrok od stojącego przed nią laptopaspojrzała na Oryńskiego spode łba.

– To nie on, Zordon. Chyba że ma brata bliźniaka, który wczoraj był na stokuCortina d’Ampezzozasuwał tam jak BabickiPucharze Świata.

– Kto?

– Ten alpejczyk, któryBormio przejechał całą trasę na jednej narcie.

Kordian nie miał pojęcia,kim mowa, ale uznał, że najlepiej będzie, jeśli tylko pokiwa głową. Pewnośćgłosie Chyłki była wystarczająca, by skreślił Piotra Langeralisty podejrzanych. Owszem, gdyby miałswoim otoczeniu choć jedną godną zaufania osobę, być może zleciłby jej podłożenie pojemnika. Takiej jednak nie było,on nie byłby gotów ryzykować – zrobiłby to sam.

– Ktotakim razie ci to podrzucił?

Joanna wzruszyła ramionami.

– Krąg osób, które zdarzyło mi się wkurwić, jest dość duży.

– Właściwie nieskończony…

– Ale mogę go znacznie zawęzić, bo większość tych animozji się przedawniła.

– Tak?

Chyłka złapała za skraj ekranuobróciła laptopastronę Oryńskiego. Powiódł wzrokiem po liście, którą przygotowała. Znajdowały się na niej przede wszystkim nazwiska ludzi związanychpierwszą sprawą, którą razem prowadzili, ale takżezaginięciem Nikoli Szlezyngier, obroną Bukano, Sebastiana SendalaTesarewicza. Na końcu Joanna wypisała wszystkich zamieszanychsprawę Fahada Al-Jassama.

Z kilkudziesięciu kandydatówkandydatek wybrała paręnaście osób.zasadzie każdanich znalazłaby dobry powód, by odegrać się na Chyłce. Najbardziej podejrzani byli jednak ci na końcu listy.

– Rzeczywiście zawęziłaś – mruknął Kordianobrócił komputerpowrotemjej stronę.

Joanna zmrużyła oczy, przesuwając wzrokiem po wykazie.

– Właściwie pominęłam jedno nazwisko.

– Czyje?

– Twoje.

– Moja nienawiść do ciebie jest spoiwem naszej relacji, Chyłka.

– Tak sądzisz?

Oryński skinął głowąprzekonaniem.

– Jakiś czas temu odkryto, że kluczem do udanychdługich związków jest nic innego, jak wspólne nienawidzenie tych samych rzeczy.skoro oboje mamy podobne…

– Dobra, dobra. – Joanna podniosła rękę, nie odrywając spojrzenia od ekranu. – Nie chcę słuchać teoriimoich rzekomych tendencjach autodestrukcyjnych. Powiedz mi lepiej, któratych osób mogłaby mieć najlepszy motyw?

– Każda.

Chyłka zerknęła na niego,potem sięgnęła po paczkę papierosów.

– I dopisałbym jeszcze Rafała Kranza.

Po chwili oboje wpatrywali sięopary dymu unoszące się nad biurkiem. Oryńskiemu wydawało się, że gdzieśnich gubią się wszystkie jego myśli. Szczególnie ta oczywista, najlogiczniejsza ze wszystkich.

– Nie bierzesz pod uwagę, że to naprawdę może być ten sam człowiek, który zaatakował cię pod kancelarią? – spytałkońcu.

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo chluśnięcie kwasem było spontanicznym aktem tchórzostwa.miało być karą za bronienie domniemanego terrorysty. Tutaj chodzicoś więcej.

– Co nie znaczy, że to nie ta sama osoba – uparł się Kordian, rozganiając ręką dym. – Mogło zacząć się od impulsywnego ataku, ale nie wiemy, na czym się skończyło. Nigdy tego człowieka nie znaleziono.

– Mnie to mówisz?

– Chcę tylko…

– Daj spokój – przerwała mu i z impetem zdusiła marlboropopielniczce. – Nadawca wykorzystuje tamto zdarzenie, żeby mną wstrząsnąć. Ale jestem spokojna jak pieprzony dalajlama.

Oryński zaczął masować kark, żałując, że nie położył się tej nocy choć na chwilę.

– On chyba nie jest już oazą spokoju. Przynajmniej nie od czasu, kiedy Chińczycy porwali panczenlamę. Wiesz, tego chłopaka, który ma wskazywać kolejne wcielenia…

– Przywódcy Tybetu. Tak, Zordon, orientuję siętemacie.

– A skoro już przy nim jesteśmy…

– To zastanawiasz się, dlaczego ten rzekomy mudżahedin miałby zmuszać mnie do obrony Klary Kabelis.

– Mhm.

– Na to pytanie nie zna odpowiedzi nawet sam Kundun – odparła Chyłka, po czym podciągnęła rękaw żakietusprawdziła godzinę. – Ale my ją poznamy.

– Tak?

– Samolothimalaistką ląduje na Okęciu za dwie godziny. Będziemy na nią czekać.

– Świetnie. Pomachamy jej zza policyjnego kordonu, który będzie jej pilnował.

– Zrobimy dużo więcej. Przyciśniemy albo ją, albo kogoś innego.

– W jaki sposób?

– Coś się wymyśli.

Jeśli wziąć pod uwagę, że Klara Kabelis była transportowana do kraju niczym Kajetan P. po ujęciu na Malcie, było to raczej niemożliwe. Choć jeśli Chyłka rzeczywiście zamierzała fatygować się na lotnisko Chopina,pewnością miała jakiś plan.

– Więc chcesz jej bronić? – spytał Oryński.

– Nie – odparła bez wahania. – Już wcześniej byłabym gotowa wziąć tę sprawę jedynie po swoim trupie,teraz… cóż, nie zrobiłabym tego nawet jako umarlak. Za nicświecie, Zordon. Nie kiedy ktoś mnie szantażuje.

Kordian pokiwał głowązamyśleniu. Jeśli nadawca przesyłki znał Joannę choć trochę, musiał wiedzieć, żeten sposób osiągnie efekt odwrotny do zamierzonego. Ale może właśnieto mu chodziło?

Oryński odsunął te myśli, zanim zaczęły tworzyć piętrową konstrukcję. Zdecydowanie wolał, kiedy gubiły się gdzieśtytoniowym dymie. Spojrzał na Chyłkę, ale ona była już całkowicie pochłonięta tym, co miała na ekranie laptopa. Zmarszczka, która pojawiła się między brwiami, kazała mu sądzić, że Joanna coś znalazła.

– Co robisz? – spytał.

W odpowiedzi wystukała coś na klawiaturzejeszcze mocniej zmrużyła oczy.

– Chyłka?

– Próbuję się skupić.

– Widzę, ale…

– Ale nie dane mi będzie osiągnąć tego stanu, jak nie przestaniesz pytlować.

Nie kontynuował tematu, uznawszy, że najroztropniej się wycofać. Wrócił do jednegogabinetów na końcu korytarza, na którego drzwiach od pewnego czasu znów wisiała tabliczkajego imieniem, nazwiskieminformacjąmiejscułańcuchu pokarmowym.

Artur Żelazny przywrócił go na stanowisko junior associate, choć właściwie po kilku latachkancelarii Kordian powinien znaleźć sięszczebel wyżej. Na tym nie miał ani zbyt dużej swobody, ani przesadnie imponujących zarobków, przynajmniej gdy wziąć pod uwagę warszawską średniąświecie prawniczym. Zazwyczaj mieściły się onewidełkach od trzech do ośmiu tysięcy złotych miesięcznie – kancelaria Żelazny & McVay oferowała wynagrodzeniegórnych granicach tej kwoty. Koniec końców po wszystkich zawirowaniach osobistychzawodowych należało uznać to za sukces.

Na przydzielenie mu starego biura musiał czekać kilka tygodni,teraz powoli przekształcał jebezpłciowej, korporacyjnej przestrzenimiejsce, które miało stanowić namiastkę domu.

Zdążył wyjąćkartonu przy biurku kilka rzeczy, zanim rozległo się łomotanie do drzwi. Nie czekając na zaproszenie, Chyłka raptownie je otworzyła.

Oryński obejrzał się przez ramięodłożył na blat dwie spinki do mankietów.

– Meblujesz się à la Artur? – spytała podejrzliwie. – Czy szukasz sobie atrybutu władzy, której nie masz?

– Nie, po prostu… – Urwałmachnął ręką. ty naprawdę nie musisz pukać, skorotak…

– Kultura tego wymaga.ja jestem jej ostojątej firmie.

– Oczywiście.

– Widzisz to inaczej?

– Nie, nie.firmie jak najbardziej – odparł. – Gorzejdomu.

– Do czego niby pijesz?

– Do tego, że zdarza ci się wchodzić bez pukania do łazienki, kiedy myję zęby,potem bez słowa siadać na…

– Bo to moja łazienka – ucięła. – Poza tym jeśli nie mogę przy tobie spokojnie się wydryzdać, jakim cudem mam spędzićtobą resztę życia?

– Wydryzdać?

– Uwolnić nadmiar balastupęcherza, Zordon.

– Tak, wiem, ale… – Znów urwałpokręcił głową. – Mniejszatym. Masz coś konkretnego?

Rezolutnie skinęła na niego ręką, po czym oboje ruszyli korytarzem na tyle szybko, by Oryński bez słów zrozumiał, że partnerka zrobiła postępy.

– Wyciągaj noteszapisuj, żeby nie było jakAbrahamem LincolnemBloomington – poradziła, kiedy torowali sobie drogę do windy.

– Chyba nie znam tego kazusu.

– Abe wygłosił tam tak inspirujące przemówienie, że dziennikarze zamiast notować, słuchali gorozdziawionymi paszczami.przez to nie zachował się żaden zapis tamtej mowy. Przepadła zupełnie.

– To niefartownie.

Weszli do windy,Chyłka czym prędzej wybrała parter.

– Prześledziłam jeszcze raz wszystko, co związaneKlarą – zaczęła. – Szczególnie filmiki, które kręciłagórach,trochę wywiadów. Wylewna, medialna kobitka. Wiedziałeś, że wspinała się na Kanczendzongę, żeby odnaleźć Wandę Rutkiewicz?

– Znaczy się jej ciało?

– Właśnie nie. Kabelis rozpętała burzęmediach, bo twierdziła, że nasza najwybitniejsza alpinistka nie zmarła na górze, tylko przeszła na drugą stronęwciąż żyjejednymtamtejszych klasztorów.

Oryński spojrzał na Joannępowątpiewaniem.

– Podobną wersję przedstawiała matka Wandy, ale mniejszatym. Klarze rozchodziło się głównieszum medialny, potrzebowała sponsorówłaknęła rozgłosu. Krytykowano ją za tośrodowisku, ale niewiele sobietego robiła.uzbierała po tej akcji wystarczająco dużo ofert sponsorskich, żeby ze spokojem wypiąć się na resztę towarzystwa.

– Medialny drapieżnik?

– Na to wygląda – odparła Joanna, kiedy winda dotarła na parter. Oboje szybkim krokiemniej wyszli,przed opuszczeniem Skylight skinęli jeszcze głowami do obsługiCosta Coffee.

Chwilę później zasiedlizaparkowanejZłotych Tarasach iks piątce.

– Z Kabelis był tylko jeden problem.

– Z tego, co mówisz, chyba więcej niż jeden.

– Mam na myśli kłopot praktyczny – odparła Chyłka, przesuwając listę kontaktów na ekranie komputera pokładowego. – Klara niząb nie zna angielskiego. Nigdy nie nauczyła się ani tego, ani żadnego innego języka, przez co towarzystwo innych wspinaczyPolski to dla niej absolutna konieczność.

– Przypuszczam, że niełatwo jest jej znaleźć chętnych?

Joanna nie odpowiedziała. Wybrała numer Paderbornakiedy odchrząknęła, Oryński zrozumiał, że to zapewne ten moment,którym nauczony kazusem Lincolna, powinien zacząć notować.

Prokurator odebrał dopiero za drugim razem, kiedy mknęli już Alejami Jerozolimskimikierunku placu Zawiszy.

– Jak miło, że… – zaczął Olgierd Paderborn.

– Macie przejebane jak stąd do wieczności – wpadła musłowo Joanna.

Ripostą było chwilowe milczenie.

– My? – odezwał siękońcu Olgierd.

– Prokuratura.

– Znowu wydłużyli nam wiek emerytalny? Obcięli emerytury?

– Nie, aleporównaniugównoburzą, która przejdzie dzisiaj nad Okęciem, to byłoby nic.

– Chyba pominąłem jakąś prognozę, bo żadnych lotów nie odwołano.

– Pominąłeś znacznie więcej, Pader. Tytwoja kontrola prokuratorskich lotówsprawie Klary Kabelis.

Z głośników dobiegło niepewne, ciche chrząknięcie.

– Bronicie jej?

Chyłka zignorowała pytanie.

– Słuchaj mnie teraz wyjątkowo uważnie, bo jeśli uronisz choć kroplę, nie dostaniesz dolewki – rzuciła. – Jestemdrodze na lotniskomam zamiar sprawić, że ta dziewczyna zostanie natychmiast zwolniona.

– Powodzenia.

– W dupę je sobie wsadź – odparła od razu. – Mnie ono niepotrzebne.zupełności wystarczy mi znajomość przepisów prawa.

– To znaczy?

W przypadku każdego innego prokuratora Kordian podejrzewałby, że rozmówca jedynie gra głupa. Olgierd nie zwykł jednak tego robić – zdziwieniejego głosie jednoznacznie świadczyło, że nie wie,czym rzecz.

– Nie masz pojęcia, że Klara nie zna angielskiego, prawda? – spytała Joanna. – Nie wspominając jużtym, że po nepalsku nie potrafiłaby nawet oznajmić Szerpom, że chce iśćgóry.

Paderborn milczał, ale na tym etapie musiał już się zorientować, żeistocie ma problem.

– Przypomnę ci rozwój wypadków – ciągnęła Chyłka. – Miejscowi śledczy ją zamknęli,Kabelis nie skontaktowała siępolskim konsulem. Nie miała też do dyspozycji tłumacza.

– I?

– I może wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że Nepalczycy umieścili jąareszcie. Nienaszej ambasadzie, jak to się normalnie dziejeprzypadku deportowanych.

– Nadal nie wiem, czego ode mnie…

– Artykuł szósty KonwencjiOchronie Praw CzłowiekaPodstawowych Wolności.

Olgierd prychnął do słuchawki.

– Punkt trzeci jest dość obszerny, ale powinieneś go przeczytać. Jest tam mowaprawie do bezpłatnego tłumacza,informacji na temat zatrzymania i…

– To europejska umowa. MówimyNepalu.

– Tak, ale jej znajomość przyda ci się na zaś – odparłazadowoleniem Joanna, przyspieszając, by zdążyć na końcówkę żółtego światła przy zjeździe na Raszyńską. – Bo wyraźnie macie brakiprawie międzynarodowym. Poszperaj trochę, znajdziesz aż nadto przepisówobowiązku zapewnienia tłumacza, by zatrzymany za granicą wiedział po pierwsze, za co pakują go za kratki, po drugie, co mu grozi, po trzecie, jak może się bronić i…

– W porządku,porządku.

– A oprócz tego jest jeszcze pewien szkopuł, Padre…

Prokurator głośno odchrząknął, czekając na dalszy ciąg.

– Pozwól, że zacytuję kodeks dosłownie: ustawę karną polską stosuje się do obywatela polskiego, który popełnił przestępstwo za granicą.

Czarna iks piątka minęła hotel Sobieskilewym pasem pomknęła dalejkierunku Okęcia.

– Czego chcesz?

– Zobaczyć sięKabelis.

– Wykluczone.

– W takim razie przygotuj się na to, że mój model meteorologiczny się sprawdzi.że relacjęnadchodzących zdarzeń będzie przekazywać nie pogodynka, ale czołowi dziennikarze, którzy już czekają na Okęciu.

Zanim prokurator zdążył odpowiedzieć, Chyłka się rozłączyła. Kordian przypuszczał, że zaraz potem dociśnie pedał gazu jeszcze mocniej, ale Joanna zamiast tego zwolniła. Nagle skręciłagłównej drogiprawozatrzymała się po kilkunastu metrach.

– Co jest? – spytał Oryński.

Chyłka zaparkowała przy kilku innych samochodach,potem wskazała na witrynę kawiarni, pod którą stanęli.

– Idziemy na kawę do Filtrów.

– Przed chwilą nam się spieszyło.

– Wręcz przeciwnie.

– Gnałaś jak…

– Jechałam swoim zwyczajowym tempem – odparła Joanna, po czym wyszłasamochodu. – Gdyby mi się spieszyło, dawno bylibyśmy na miejscu.

Kordian również wysiadłspojrzał na nią pytająco.

– Nie pali się. Musimy dać Paderbornowi czas, żeby dojechał na Okęciegrzecznie tam na nas poczekał.

– Wydaje ci się, że to zrobi?że dopuści nas do Klary?

– Raczej nie – przyznała. – Ale podzieli się wszystkim, co wie, bo będzie się obawiał medialnej gównoburzy.

Oryński nie był co do tego przekonany, ale właściwie każdy powód był dobry, żeby napić się kawydripazjeść „bezglutka”Filtrach.

Kiedy pół godziny później zjawili się na lotnisku, było jasne, że Kordian się nie pomylił. Prokurator nie zamierzał ustąpić ani na krok,kiedy ostatecznie upewnił się, że kancelaria Żelazny & McVayistocie nie broni Klary, zagroził postawieniem Chyłce zarzutów utrudniania pracy wymiaru sprawiedliwości.

Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy Kabelis zjawiła się na Okęciu. Jedeneskortujących ją oficerów oznajmił Paderbornowi, że dziewczyna domaga się widzenia ze swoim adwokatem.

Joanną Chyłką.

– Co to za cyrk? – mruknął Olgierd. – Żelazny zapewniał mnie, że nie wzięliście tej sprawy.

OryńskiChyłka wymienili się równie zagubionymi spojrzeniami.

– To chyba rzeczywiście jakieś nieporozumienie – odezwał się Kordian.

Oficer policji skupił wzrok na prawniczce. Jako jedyny zdawał się jako tako rozumieć, co się dzieje.

– Podejrzana dodała coś jeszcze.

– Co? – spytała Chyłka.

– Że jeśli będzie pani miała wątpliwości, powinna pani sprawdzić telefon.

Joanna zmarszczyła czołowyjęła komórkę. Wprawdzie Kordian nie mógł dostrzec, co znajdowało się na wyświetlaczu, aletwarzy Chyłki wyczytał wszystko, co istotne.jakiegoś powodu sytuacja nagle się zmieniła.oni wbrew swojej woli mieli nową klientkę.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

 

Spis treści

 

 

 

Rozdział 1. Wachlarz

1. ul. Europejska, Wilanów

2. Dom Brenczów, ul. Europejska

3. ul. Europejska, Wilanów

4. Kancelaria Żelazny & McVay, Skylight

5. ul. Żwirki i Wigury, Okęcie

6. Gabinet Żelaznego, Skylight

7. Skwer Tarasa Szewczenki, Mokotów

8. Areszt śledczy w Warszawie-Grochowie

9. ul. Europejska, Wilanów

10. Tarchomin, Białołęka

11. ul. Żwirki i Wigury, Ochota

12. KEN Center, Ursynów

13. ul. Emilii Plater, Śródmieście

14. ul. Argentyńska, Saska Kępa

15. Białołęcki Ośrodek Sportu, Tarchomin

16. Buñuel, Saska Kępa

 

Rozdział 2. Portrety

1. ul. Wandy, Saska Kępa

2. McDonald’s, Bielany

3. Lotnisko Chopina w Warszawie, Okęcie

4. Tarchomin, Białołęka

5. Kaldhara Marg, Katmandu

6. Elsnerów, Targówek

7. Obóz drugi, Annapurna

8. ul. Mehoffera, Tarchomin

9. ul. Europejska, Wilanów

10. Siedziba NSI, Wola

11. Base camp, zbocze Annapurny

12. Annapurna, Himalaje

13. Tarchomin, Białołęka

14. Annapurna, Nepal

15. ul. Mehoffera, Tarchomin

16. Ok. 5400 m n.p.m., Annapurna

17. ul. Mehoffera, Tarchomin

 

Rozdział 3. Habemus corpora

1. Okęcie, Warszawa

2. ul. Waryńskiego, Mokotów

3. Instytut Hematologii i Transfuzjologii, Mokotów

4. Sąd Okręgowy w Warszawie, al. Solidarności

5. Sala rozpraw, Sąd Okręgowy w Warszawie

6. Piazza Bar & Grill, Hilton

7. ul. Argentyńska, Saska Kępa

8. Costa Coffee, Skylight

9. ul. Indiry Gandhi, Ursynów

10. McCafé, Okęcie

11. ul. Żwirki i Wigury, Stara Ochota

12. ul. Argentyńska, Saska Kępa

 

Posłowie

00006.jpeg