Czerń kruka - Ann Cleeves

Czerń kruka

0,0

Zdobywczyni najbardziej prestiżowej kryminalnej nagrody na świecie od brytyjskiej mistrzyni suspensu.

Jest zimny styczniowy poranek i Szetlandy pokrywa gruba warstwa śniegu. Wzrok brnącej do domu Fran Hunter przyciąga barwna plama na zamarzniętej ziemi i krążące nad nią kruki. Okazuje się, że są to zwłoki jej uduszonej nastoletniej sąsiadki, Catherine Ross.
Mieszkańcy spokojnej wyspy skupiają oskarżycielskie spojrzenia na jednym człowieku, samotniku Magnusie. Ale kiedy detektyw Jimmy Perez i jego koledzy ze Szkocji upierają się, aby przeprowadzić dochodzenie, całą społeczność ogarnia atmosfera podejrzliwości i strachu.

Po raz pierwszy od lat sąsiedzi Catherine nerwowo ryglują drzwi, zdając sobie sprawę, że pośród nich mieszka morderca.

Powieść nagrodzona Złotym Sztyletem (obecnie Duncan Lawrie Dagger), brytyjską nagrodą literacką przyznawaną corocznie przez Stowarzyszenie Pisarzy Literatury Kryminalnej

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
6323.jpg

 

 

6326.jpg

 

 

Tytuł oryginału: Raven Black

Copyright © Ann Cleeves, 2006

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp.o.o., 2018

 

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Dorota Kielczyk

Korekta: Alicja Laskowska

Projekt typograficzny, składłamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładkistron tytułowych: PolaDaniel Rusiłowiczowie

 

Fotografie na okładce:

Pakhnyushchy / Shutterstock

Nina Ng / Shutterstock

Novikov Alex / Shutterstock

Fotografia autorki na skrzydełku: Micha Theiner

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książkiinternecie.

 

Wykorzystanie przekładu za zgodą Wydawnictwa AMBER Sp.o.o.

 

Wydanie elektroniczne 2018

 

eISBN 978-83-7976-756-4

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp.o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla Elli.

I jej dziadka.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

Nowy Rok, dwadzieścia po pierwszejnocy. Magnus sprawdził czas na przysadzistym zegarze swojej matki, stojącym na półce nad kominkiem.rogu krukwiklinowej klatce cicho skrzeczałkrakał przez sen. Magnus czekał. Jak zawsze przygotował pokój na przyjęcie gości. Dołożył do ognia torfu, postawił na stole butelkę whiskyimbirowy placek, który kupiłSafewayu,czasie ostatniego pobytuLerwick. Przysypiał, ale nie chciał kłaść się do łóżka.jeśli ktoś go odwiedzi…?oknie paliło się światło, ktoś mógł więc zajrzećroześmiany, trochę podciętychętny do pogawędek. Od ośmiu lat nikt nie przychodził, żeby życzyć mu szczęśliwego nowego roku. Ale on wciąż czekałna wszelki wypadek.

Na dworze było zupełnie cicho. Nawet wiatr nie szumiał. Na Szetlandach brak wiatru jest czymś niezwykłym. Ludzie wytężają słuchzastanawiają się, czego im brakuje.dzień poprószył śnieg, a o zmierzchu każdy ścięty mrozem płatek stał się twardy jak diamentzaczął błyszczećostatnich promieniach słońca. Nawet teraz, gdy zrobiło się już ciemno, śnieżne kryształki lśniły, omiatane promieniem światła latarni morskiej. Również ze względu na chłód Magnus zostałtym pokoju.sypialni na wewnętrznej stronie szyby utworzyła się gruba warstwa lodu,pościel była zimnawilgotna.

Chyba znów przysnął. Inaczej usłyszałby, jak nadchodzą, bo na pewno nie zachowywały się cicho. Nie podkradały się. Słyszał, jak się śmieją, potykają, widział przez niezasłonięte okno dziko kołyszący się promień latarki. Obudziło go łomotanie do drzwi. Ocknął się, wiedząc, że śnił mu się koszmar, ale nie pamiętał szczegółów.

– Wejdźciezawołał.Wejdźcie.

Wstałtrudem, zesztywniałyobolały. Musiały już być na ganku sztormowym. Słyszał ich szepty.

Popchnięte drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka powiew mroźnego powietrzadwie młode dziewczyny.kolorowych, pstrych ubraniach przypominały egzotyczne ptaki. Zauważył, że są pijane. Stały, podpierając się nawzajem. Nie były ubrane odpowiednio do pogody, ale policzki miały zarumienioneczuł zdrowie bijące od nich jak żar. Jedna miała włosy jasnoblond, druga czarne. Blondynka była ładniejsza,wyraźnymi krągłościami, delikatna. Magnus najpierw jednak zauważył brunetkę.jej czarnych włosach połyskiwały niebieskie pasemka. Bardzo chciał dotknąć jej włosów, ale dobrze wiedział, że nie może tego zrobić. Tylko by je spłoszył.

– Wejdźciepowtórzył, chociaż obie były jużpokoju. Pomyślał, że sprawia wrażenie starego głupka, który powtarza się bez sensu. Ludzie zawsze sięniego śmiali. Nazywali go tępakiemmoże mieli rację. Zaczął się uśmiechaćnatychmiast usłyszałmyślach słowa swojej matki: „Przestań się tak idiotycznie uśmiechać. Chcesz, żeby ludzie uważali cię za głupszego, niż jesteś?”.

Jednadziewczyn zachichotaławeszła dalej do pokoju. Zamknął za nimi drzwite zewnętrzne, prowadzące na ganek, wypaczone przez deszcze,drugie, do pokoju. Chciał powstrzymać zimno,poza tym bał się, że uciekną. Nie mógł uwierzyć, że na jego progu stanęły tak piękne istoty.

– Usiądźciezaproponował.pokoju był tylko jeden fotel, ale przy stole stały dwa krzesła. Odsunął je dla swoich gości.Napijecie się ze mną na powitanie nowego roku.

Znowu zachichotały, podfrunęłyopadły na krzesła.ich włosach błyszczały ozdoby. Ubrania dziewczyn byłyfutra, aksamitujedwabiu. Blondynka miała botki do kostek, ze skóry tak lśniącej, że wyglądała jak mokra smoła. Ozdobione srebrnymi sprzączkamiłańcuszkami, na wysokich obcasachze spiczastymi noskami. Magnus nigdy dotąd nie widział takich butówprzez chwilę nie byłstanie oderwać od nich wzroku. Brunetka miała czerwone buty. Stanąłszczytu stołu.

– Nie znam was, prawda?zapytał, chociaż teraz, kiedy patrzył na niebliska, zdawał sobie sprawę, że widział je, jak przechodzą koło domu. Starał się mówić wolno, żeby mogły go zrozumieć. Czasem zdarzało mu się połykać sylaby. Słowa brzmiały dziwniejego uszach, jak krakanie kruka. Nauczył go kilku słów. Niekiedy tygodniami nie miał się do kogo odezwać.Skąd jesteście?

– ByłyśmyLerwick.Blondynka musiała odchylić głowę, żeby na niego spojrzeć. Widział jej językróżowe gardło. Krótki, jedwabny top wysunął się zza paska spódniczkiMagnus ujrzał skrawek ciała, równie jedwabistego, jak materiał bluzki,pępek.Na imprezie sylwestrowej. Podwieziono nas do końca drogi. Szłyśmy do domu, kiedy zobaczyłyśmy, że siępana świeci.

– Napijemy się?zapytał skwapliwie.Napijemy?Zerknął na brunetkę, która oglądała pokój. Jej oczy przesuwały się wolno, dostrzegając wszystko, aletym razem odpowiedziała blondynka.

– Przyniosłyśmy swoje picie.Wyjęła butelkę ze zrobionej na drutach torby, którą trzymała na kolanach.szyjce wypełnionejtrzech czwartych butelki tkwił mocno wciśnięty korek.

Magnus pomyślał, że to pewnie białe wino, ale nie był pewien. Nigdy dotąd nie próbował wina. Dziewczyna wbiłakorek ostre, białe zęby. Wstrząsnęło nim, kiedy uświadomił sobie, co zamierzała zrobić. Miał ochotę krzyknąć, żeby przestała. Wyobraził sobie, jak jej zęby łamią się przy samych dziąsłach. Powinien zaproponować, że sam odkorkuje butelkę. Zachowałby się wtedy jak dżentelmen. Zamiast tego przypatrywał się, zafascynowany. Blondynka upiła łyk, otarła usta dłoniąpodała flaszkę przyjaciółce. Sięgnął po swoją whisky. Ręce mu się trzęsłykiedy sobie nalewał, kilka kropli kapnęło na ceratę. Uniósł szklankę,brunetka stuknęłanią butelką. Mrużyła oczy. Powieki miała pomalowane niebieskimiszarymi cieniami; kontur oka obwiedziony czarną kredką.

– Jestem Sallyprzedstawiła się blondynka. Najwyraźniej nie znosiła ciszy tak jak jej ciemnowłosa przyjaciółka. Lubi hałas, pomyślał. Gadaniemuzykę.Sally Henry.

– Henrypowtórzył. Znał to nazwisko, ale nie bardzo wiedział skąd. Słabo kontaktował. Nigdy nie był zbyt bystry, ale teraz myślenie kosztowało go wiele wysiłku. Przypominało patrzenie przez gęstą, morską mgłę. Dostrzegał kształtymgliste pojęcia, ale trudno mu się było skupić.Gdzie mieszkasz?

– W domu na końcu zatokiwyjaśniła.Koło szkoły.

– Twoja matka jest nauczycielką.

Teraz już wszystko zaczęło do siebie pasować. Jej matka była drobną kobietą. Pochodziłajednejpółnocnych wysp. Unst. Może Yell. Wyszła za mężczyznęBressay, który pracował dla rady. Magnus widział go, jak jeździ dużą terenówką.

– Takpowiedziała, wzdychając.

– A ty?zwrócił się do brunetki, która interesowała go tak bardzo, że ciągle zerkałjej stronę.Jak się nazywasz?

– Catherine Rossodezwała się po raz pierwszy. Pomyślał, że jak na tak młodą dziewczynę ma niski głos. Niskimiękki. Głos jak czarna melasa. Na chwilę zapomniał, gdzie jest. Wyobraził sobie swoją matkę, jak łyżką wlewa melasę do przygotowywanego ciasta imbirowego, obraca łyżkę nad garnkiem, łapiąc ostatnie, lepkie nitki,potem podaje mu ją do oblizania. Przesunął językiem po wargach i z zakłopotaniem uświadomił sobie, że Catherine patrzy na niego. Potrafiła patrzeć, nie mrugając.

– Nie jesteś stąd.Poznał to po wymowie.Angielka?

– Mieszkam tu od roku.

– Przyjaźnicie się?Przyjaźń była dla niego czymś nowym. Czy kiedykolwiek miał przyjaciół? Zastanawiał się nad tym jakiś czas.Jesteście kumpelkami, prawda?

– Oczywiścieodpowiedziała Sally.Najlepszymi przyjaciółkami.

Potem znowu zaczęły się śmiać. Piły, na zmianę podając sobie butelkę. Kiedy odchylały głowy, ich szyjeświetle gołej żarówki wiszącej nad stołem sprawiały wrażenie białych jak kreda.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

 

Za pięć minut północ. WszyscyLerwick wylegli na ulice wokół placu targowego. Byli mocno podpici, ale nikt nie zachowywał się agresywnie. Wyczuwało się wzajemną więźwspólnotę. Każdy stanowił część roześmianego, popijającego tłumu. Sally pomyślała, że jej ojciec powinien tu być. Uświadomiłby sobie, że nie ma na co się oburzać. Może nawet dobrze by się bawił. Sylwester na Szetlandach. Pewnie, że nie to, coNowym Jorku czy Londynie. Co się wydarzy? Rozpoznawała większość zgromadzonych tu osób.

Basowy huk przeniknął przez nią od stópzadudniłgłowie. Nie mogła się zorientować, skąd dobiega muzyka, ale poruszała sięjej rytm, jak inni. Potem rozległy się dzwony, obwieszczając północ,rozbrzmiała pieśń „Auld Lang Syne”[1]. Sally obejmowała ludzi po bokach. Zorientowała się, że obściskuje jakiegoś faceta, i w chwili opamiętania uświadomiła sobie, że to nauczyciel matmyliceum Andersona, jeszcze bardziej nawalony niż ona.

Później nie mogła sobie przypomnieć, co było dalej.każdym razie nie dokładnienie po kolei. Widziała Roberta Isbistera, wielkiego jak niedźwiedź. Stał przez klubemczerwoną puszkądłoniprzyglądał się im wszystkim. Może to jego szukała. Widziała samą siebie, jak przysuwa się do Robertarytmie muzyki, kołysząc biodrami, prawie tańcząc. Jak stoi przed nim, nic nie mówi, ale jednak flirtuje. Och,całą pewnością flirtowała. Ujęła dłonią jego przegubpogłaskała delikatnie. Miał złociste włoski na ramieniu, zupełnie jakby był zwierzęciem. Nigdy nie zrobiłaby czegoś podobnego na trzeźwo. Nigdy nie starczyłoby jej odwagi, by choćby podejść do niego, mimo że marzyłatym od tygodni. Mimo zimna, rękawy miał podwinięte do łokci,na przegubie zegarek ze złotą bransoletą. Pamiętała ten szczegół. Utkwił jejgłowie. Może bransoleta nie byłaprawdziwego złota, aleprzypadku Roberta Isbistera, kto wie?

A potem pojawiła się Catherine. Powiedziała, że załatwiła im podwózkę do domu,każdym razie aż do zakrętu Ravenswick. Sally chciała zostać, ale ostatecznie, pewnie przekonana przez przyjaciółkę, znalazła się na tylnym siedzeniu samochodu. To także przypominało sen, bo nagle Robert też tam był. Siedział tuż koło niej, tak blisko, że czuła materiał jego dżinsów ocierający sięjej nogęnagie przedramię na swoim karku. Czuła zapach piwajego oddechu. Dostała ataku mdłości, ale wiedziała, że nie może puścić pawia. Nie przy Robercie Isbisterze.

Na tylne siedzenie wcisnęła się jeszcze jedna para. Znała ich oboje. Chłopak był gdzieśSouth Mainlandchodził do koledżuAberdeen.ona mieszkałaLerwickbyła pielęgniarkąGilbert Bain. Dosłownie pożerali się nawzajem. Chłopak skubał ustami wargi dziewczyny, szyjęuszy, potem otworzył szeroko usta, jakby zamierzał ją połknąć. Kiedy Sally odwróciła się znowu do Roberta, pocałował ją, ale wolnodelikatnie; nie rzucił się na nią jak wilk„Czerwonego Kapturka”. Sally nie miała wrażenia, że jest pochłaniana.

Nie bardzo widziała chłopaka, który prowadził. Siedziała za fotelem kierowcy, miała więc przed sobą tylko tył jego głowyramiona okryte parką. Nie odzywał się ani do niej, ani do siedzącejprzodu Catherine. Może był wkurzony, że musi je podwieźć. Sally zamierzałanim porozmawiać, po prostuuprzejmości, ale wtedy właśnie Robert znowu ją pocałował.samochodzie nie grała muzyka, nie było słychać żadnych dźwięków poza nierównym warkotem silnikapomrukami migdalącej się pary.

– Zatrzymaj się!To Catherine. Nie odezwała się głośno, ale rozlegające sięciszy słowa wstrząsnęły nimi wszystkimi. Jej angielska wymowa zgrzytnęłauszach Sally.Stań tutaj. Sallyja wysiądziemy. Chyba że chcecie nas podwieźć do samej szkoły.

– Nie ma mowy.Student na chwilę oderwał się od pielęgniarki.Chcemy jak najszybciej dotrzeć na imprezę.

– Jedźcienamiwtrącił się Robert.

Zaproszenie było kusząceprzeznaczone dla Sally, ale odpowiedziała Catherine.

– Nie, nie możemy. Sally powinna byćmniedomu. Nie pozwolili jej jechać do miasta. Jeżeli szybko nie wrócimy, rodzice zaczną jej szukać.

Sally nie podobało się, że Catherine mówi za nią, ale wiedziała, że koleżanka ma rację. Nie może nawalić. Jeżeli matka dowie sięnocnej eskapadzie, na pewno się wścieknie. Ojciec właściwie był rozsądny, ale matka miała szajbę. Czar prysłSally wróciła do prawdziwego świata. Uwolniła sięobjęć Roberta, przeszła nad nimwysiadłasamochodu. Zimno zaparło jej dech; poczuła zawrót głowyeuforię, jak po kolejnym drinku. Stała ramięramięCatherinepatrzyła, jak znikają tylne światła samochodu.

– Sukinsynywarknęła Catherinetakim jadem, że Sally zaczęła się zastanawiać, czy coś zaszło pomiędzy koleżankąkierowcą.Mogliby nas podrzucić.Poszperałakieszeni, wyciągnęła cienką latarkęoświetliła ścieżkę przed nimi. Cała Catherine. Zawsze przygotowana.

– Mimo wszystko, to była fajna nocpowiedziała Sallyuśmiechem.Zajebiście fajna.Kiedy zarzucała pasek torby na ramię, coś ciężkiego uderzyło jąbiodro. Wyciągnęła butelkę wina, napoczętą, zatkaną korkiem. Skąd to się tu wzięło? Zupełnie nic sobie nie przypominała. Pokazała flaszkę Catherine, starając się poprawić koleżance nastrój.Zobacz. Mamy coś dobrego na drogę.

Zachichotałypotykając się, poszły oblodzoną ścieżką.

Kwadrat światła, który pojawił się jakby znikąd, zaskoczył dziewczyny.

– Gdzie my, do cholery, jesteśmy?Po raz pierwszy Catherine wydawała się zaniepokojona, mniej pewna siebie, zdezorientowana.

– To Hillhead. Dom na szczycie skarpy.

– Ktośnim mieszka? Myślałam, że jest pusty.

– Należy do takiego starego facetaodparła Sally.Magnusa Taita. Mówią, że ma popieprzonegłowie. Samotnik. Zawsze nas ostrzegano, żeby trzymać się od niegodaleka.

Catherine już się nie bała.może tylko nadrabiała miną.

– Ale siedzi tam zupełnie sam. Powinnyśmy pójśćżyczyć mu szczęśliwego nowego roku.

– Słyszałaś? Ma nierówno pod sufitem.

– Boisz siępowiedziała niemal szeptem Catherine.

Boję się jak choleranie wiem dlaczego.

– Nie bądź głupia.

– Nie odważysz się.

Catherine włożyła rękę do torby Sally. Wyjęła butelkę, wypiła łyk, wetknęła korekpowrotemoddała ją koleżance.

Sally przytupywała nogami, dając do zrozumienia, że bez sensu tak stać na mrozie.

– Powinnyśmy wracać. Sama mówiłaś, że moi starzy będą czekać.

– Możemy powiedzieć, że składałyśmy życzenia sąsiadom. No dalej. Rzucam ci wyzwanie.

– Nie pójdę sama.

– No dobra. Pójdziemy obie.

Sally nie była pewna, czy Catherine planowała to od samego początku, czy też wmanewrowała sięsytuację,której nie mogła sięhonorem wycofać.

Dom stałdala od drogi. Nie prowadziła do niego żadna ścieżka. Kiedy podeszły bliżej, Catherine poświeciła latarkąstronę budynku. Jasny promień oświetlił szary dach pokryty łupkiem, potem stertę torfu obok ganku. Czuły zapach dymu unoszącego siękomina.drewnianych drzwi odłaziły łuski zielonej farby.

– No, idźponagliła Catherine.Zapukaj.

Sally ostrożnie zastukała.

– Może już położył się spaćtylko zostawił włączone światło.

– Nie. Widzę gośrodku.

Catherine weszła na ganekzałomotała pięściąwewnętrzne drzwi. Zupełnie jej odbiło, pomyślała Sally. Nie wie,co się plącze. Cała ta historia jest porąbana. Miała ochotę uciec, wrócić do nudnychrozsądnych rodziców, ale zanim zdążyła się poruszyć,domu rozległ się jakiś dźwięk. Catherine otworzyła drzwiobie niepewnym krokiem weszły do pokoju. Mrugały, nagle oślepione światłem.

Stary mężczyzna szedłich stronę. Sally wytrzeszczyła na niego oczy. Zdawała sobietego sprawę, ale nie mogła się opanować. Do tej pory widywała gooddali. Jej matka była zazwyczaj życzliwastosunku do leciwych sąsiadów; proponowała, że zrobi im zakupy, przyniesie zupępieczywo, aleMagnusem Taitem unikała jakichkolwiek kontaktów. Kiedy przechodziły obok jego domu, zawsze popędzała Sally.

– Nigdy tam nie chodźnakazywała, kiedy Sally była jeszcze dzieckiem.To paskudny człowiek. Jego dom nie jest bezpiecznym miejscem dla małych dziewczynek.

W rezultacie gospodarstwo Taita szczególnie ją fascynowało. Patrzyłatamtą stronę, kiedy szła do miasta lub wracała do domu. Parę razy dostrzegła grzbiet mężczyzny zgięty nad strzyżoną owcą; widziała jego sylwetkę na tle słońca, kiedy stał przed gankiemobserwował drogę. Teraz, kiedy był tak blisko, miała wrażenie, że stanęła okookopostaciąbajki.

On też się na nią gapił. Pomyślała, że facet naprawdę przypomina jakiegoś bohateraksiążkiobrazkami. Trolla, stwierdziła nagle. Wypisz wymaluj troll,tymi krótkimi, grubymi nogami, krępym ciałem, lekko przygarbiony,szerokimi ustaminierównymi, pożółkłymi zębami. Nigdy nie lubiła bajki „Three Billy Goats Gruff”[2].dzieciństwie strasznie się bała, kiedy wracając do domu, musiała przejść przez most nad strumieniem. Wyobrażała sobie, że mieszka pod nim trollpłonącymi czerwienią oczami, który chce ją zaatakować. Zastanawiała się teraz, czy Catherine ma ze sobą aparat fotograficzny. Zdjęcie starego byłoby niesamowite.

Magnus spojrzał na dziewczyny zaczerwienionymi, łzawiącymi oczami, sprawiając wrażenie, że nie jeststanie skupić wzroku.

– Wejdźciepowiedział. Jego wargi rozchyliły sięuśmiechu.

Sally zorientowała się, że trajkocze bez przerwy. Jak zawsze, kiedy była zdenerwowana. Słowa wylatywałyjej ustnie miała pojęcia,czym mówi. Magnus zamknął drzwistanął przed nimi, blokując jedyną drogę na zewnątrz. Zaproponował whisky, ale przecież nie mogła przyjąć poczęstunku. Diabli wiedzą, co mógł tam dosypać. Wyjęłatorby butelkę wina, uśmiechnęła się, żeby udobruchać faceta,dalej nawijała bez sensu.

Poruszyła się, chcąc wstać, ale mężczyzna trzymałręku długi, spiczasty nóżczarną rękojeścią. Kroił nim ciasto stojące na stole.

– Powinnyśmy już iśćpowiedziała.Słowo daję, rodzice będą się martwić.

Ale odniosła wrażenie, że jej nie słuchają.przerażeniem patrzyła, jak Catherine bierze kawałek ciastawkłada go do ust. Sally widziała okruszki na wargachmiędzy zębami przyjaciółki. Stary mężczyzna stał nad niminożemręku.

Rozglądając sięposzukiwaniu wyjścia, Sally zobaczyła ptakaklatce.

– Co to?zapytała gwałtownie, bez namysłu.

– Kruk.Stał nieruchomo, przyglądając się jej, potem ostrożnie położył nóż na stole.

– Czy to nie okrutne, trzymać gozamknięciu?

– Miał złamane skrzydło. Nie poleciałby, nawet gdybym go wypuścił.

Ale Sally nie słuchała wyjaśnień. Stary zamierza uwięzić jedomu, jak tego czarnego ptakawielkim dziobemuszkodzonym skrzydłem.

Nagle Catherine wstała, otrzepującokruszków dłonie. Sally zrobiła to samo. Catherine podeszła do mężczyzny tak blisko, że mogłaby go dotknąć. Była wyższapatrzyła na niegogóry. Przez koszmarną chwilę Sally obawiała się, że koleżanka chce pocałować gopoliczek.wtedy Sally też będzie musiała. Ponieważ to wszystko stanowiło część wyzwania, prawda? Przynajmniej tak jej się wydawało. Od chwili, kiedy weszły do tego domu, wszystko stałoby się wyzwaniem. Magnus nie ogolił się dokładnie.zmarszczkach na jego policzkach rosły twarde, siwe włosy. Zęby miał żółtepokryte śliną. Sally pomyślała, że wolałaby raczej umrzeć niż go dotknąć.

Ale ten moment minąłjuż były na zewnątrz. Śmiały się tak głośno, że Sally pomyślała, że pewnie zaraz się zsika albo obie wywalą sięśnieg. Kiedy ich wzrok znowu przyzwyczaił się do ciemności, nie musiały zapalać latarki. Była prawie pełniaznały drogę powrotną.

W domu Catherine panowała cisza. Jej ojciec nie uznawał świętowania Nowego Rokuwcześnie położył się spać.

– Wpadniesz na chwilę?spytała Catherine.

– Lepiej nie.Sally wiedziała, że takiej odpowiedzi powinna udzielić. Czasami nie mogła się zorientować, co właściwie Catherine myśli.niekiedy czuła to dokładnie. Teraz wiedziała, że Catherine chce już zostać sama.

– Wezmę od ciebie tę butelkę. Ukryję dowody rzeczowe.

– Dobra.

– Postoję tupopilnuję, aż dojdziesz do domuoświadczyła Catherine.

– Nie musisz.

Ale Catherine stała, opartamur ogrodowy,obserwowała.

 

 

 

[1] „Auld Lang Syne” – popularna szkocka pieśń ludowa, śpiewana w wigilię Nowego Roku (przyp. tłum.).

[2] „Billy Goats Gruff” – norweska bajka o trzech koziołkach, które miały przejść przez most, pod którym mieszkał troll (przyp. red.).

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 3

 

 

 

 

Gdyby miał taką szansę, Magnusprzyjemnością opowiedziałby dziewczynomkrukach. Na jego ziemi zawsze były kruki.dzieciństwie często je obserwował. Czasem wyglądało to tak, jakby się bawiły. Śmigałyprzestworzach jak dzieci bawiące sięberka,potem składały skrzydłaspadałynieba. Magnus wyobrażał sobie, jakie to musi być podniecające, czuć pęd wiatru, prędkość lotu nurkowego. Potem podrywały się znowugórę,ich krzyki brzmiały jak śmiech. Pewnego razu widział, jak jeden za drugim zjeżdżały po śniegu na grzbiecie ze skarpy na drogę, zupełnie jak chłopcy, którzy ślizgali się na sankach, dopóki matka nie przegoniła ich, krzyczącganku domu.

Ale kiedy indziej kruki były najokrutniejszymi ptakami. Pamiętał, jak wydziobywały oczy nowo narodzonemu jagnięciu. Owca, beczącabóluwściekłości, nie mogła ich odstraszyć. Magnus też tego nie zrobił. Nawet nie próbował. Nie potrafił przestać patrzeć, jak dziobiąszarpią, nurzając szpony we krwi.

Przez cały tydzień po Nowym Roku wciąż myślałSallyCatherine. Widział jewyobraźni, kiedy budził się rankiem,kiedy późnonocy drzemałfotelu przed ogniem, śniły mu się. Zastanawiał się, kiedy znowu przyjdą. Nie wierzył, że kiedykolwiek wrócą, ale też nie mógł znieść myśli, że nigdy jużnimi nie porozmawia.przez cały tydzień wyspy były skute mrozemzasypane śniegiem. Szalały tak silne zamiecie, żeokna nie dostrzegał drogi. Płatki śniegu były bardzo drobne, porwane wiatrem wirowaływzbijały się spiralamigórę jak dym. Potem wiatr ucichałwychodziło słońce. Promienie odbite od śniegu raziłyoczy tak, że musiał mrużyć powieki, aby dojrzeć świat wokół domu. Patrzył na błękitny lódzatoce, pług śnieżny oczyszczający szlak do głównej drogi, furgonetkę pocztową, ale nigdzie nie widział pięknych, młodych kobiet.

Raz spostrzegł panią Henry, matkę Sally, nauczycielkę. Wychodziła ze szkoły. Miała na sobie grube, futrzane butyróżową kurtkępodniesionym kapturem. Byławiele młodsza od Magnusa, ale pomyślał, że ubiera się jak stara kobieta.przynajmniej taka, która nie dbato, jak wygląda. Była bardzo drobnaporuszała się truchtem jak ktoś bardzo zaaferowany, dla kogo czas ma wielkie znaczenie. Patrząc na nią, poczuł nagle obawę, że może do niego przyjść. Może dowiedziała sięwizycie SallyniegoNowy Rok. Wyobraził sobie, że urządza mu scenę, wrzeszczy prostotwarztak bliska, że czuć jej oddechpryskająceust kropelki śliny. „Nie waż się zbliżać do mojej córki”. Przez moment poczuł się zdezorientowany. Czy ta scena powstała tylkowyobraźni, czy była wspomnieniem? Ale pani Henry nie skierowała się na wzgórze, do jego domu. Poszła dalej.

Trzeciego dnia skończyło mu się jedzenie: chleb, mleko, owsiane ciasteczkaulubione czekoladowe herbatniki. Pojechał autobusem do Lerwick. Niechętnie opuszczał dom. Przecieżczasie jego nieobecności mogły przyjść dziewczyny. Wyobraził sobie, jak wspinają sięgórę zbocza, śmiejąc sięślizgając, stukają do drzwinikogo nie zastają. Najgorsze było to, że nie mógłby się zorientować, czy rzeczywiście przyszły. Śnieg był tak mocno ubity, że nie zostawiłyby żadnych śladów.

Znał wielu pasażerów autobusu.niektórymi chodził do szkoły. Na przykładFlorence, która przed emeryturą pracowała jako kucharkahotelu Skilling.młodości trochę się przyjaźnili. Ładna dziewczynaświetna tancerka. Kiedyś byli na tańcachratuszuSandwick. Grali chłopcy Eustonów, a w jednymszybkich szkockich tańców Florence się potknęła. Magnus złapał jąramionatrzymał przez moment, zanim pobiegła, śmiejąc się, do innych dziewcząt.głębi autobusu siedział Georgie Andersonuszkodził sobie nogęwypadkumusiał zrezygnowaćrybołówstwa.

Ale Magnus usiadłdala od innychnikt nawet nie zwrócił na niego uwagi. Tak było zawsze. Już się do tego przyzwyczaił. Kierowca włączył ogrzewanie na cały regulator. Gorące powietrze dmuchało spod siedzeń, rozpuszczając śnieg na butach pasażerów, aż środkiem zaczęła płynąć wodato do przodu, to do tyłu,zależności od tego, czy autobus jechał pod górę, czygóry. Okna zaparowałyMagnus zorientował się, że pora wysiadać dopiero wtedy, kiedy ludzie zaczęli opuszczać autobus.

Lerwick stało się hałaśliwym miasteczkiem. Kiedy dorastał, znał tu wszystkich. Teraz nawetzimie na ulicach było pełno nieznajomychsamochodów.lecie robiło się jeszcze gorzej. Wtedy pojawiali się też turyści. Przypływali nocnym promemAberdeen, rozglądali sięgapiliniedowierzaniem, jakby znaleźli sięzoo albo na innej planecie. Niekiedy do portu wpełzały wielkie wycieczkowcesterczały tam nad dachami budynków. Godzinę później ich pasażerowie zaczynali okupować miasto. Prawdziwy najazd. Mieli rozentuzjazmowane minyradośnie pokrzykiwali, ale Magnusowi wydawało się, że byli rozczarowani tym, co zastali, zupełnie jakby miasteczko nie spełniło ich oczekiwań. Zapłacili mnóstwo pieniędzy za rejsczuli się oszukani. Być może Lerwick wcale nie różniło się tak bardzo od miejsc,których przybyli.

Tym razem ominął centrumpojechał autobusem do supermarketu na skraju miasta. Nad zamarzniętym jeziorem Clickmin Loch krążyły dwa łabędzie, szukając skrawka czystej wody, gdzie mogłyby usiąść. Ktoś uprawiał joggingbiegł ścieżkąkierunku ośrodka sportów. Zazwyczaj Magnus lubił odwiedzać supermarket. Podobały mu się jaskrawe światłakolorowe ogłoszenia. Podziwiał szerokie przejścia między regałamiwypełnione półki. Nikt go tu nie niepokoił, nikt nie znał. Od czasu do czasu kobieta przy kasie przyjaźnie komentowała jego zakupy. On zaś odpowiadał uśmiechemwspominał czasy, kiedy wszyscy sympatycznie go pozdrawiali. Po zrobieniu zakupów mógł pójść do barkuzafundować sobie kawęmlekiemcoś słodkiegociastkomorelamiwanilią albo kawałek tortu czekoladowego, tak miękkiego, że trzeba było jeść łyżeczką.

Ale dzisiaj się spieszył. Nie miał czasu na kawę. Chciał złapać pierwszy autobus do domu. Stał na przystankudwoma torbamistóp. Świeciło słońce, alepowietrzu wirował śnieg, drobny jak cukier puder. Osiadał na jego kurtcewłosach. Tym razem Magnus miał cały autobus dla siebie. Zajął miejsce prawie na samym końcu.

Catherine wsiadła dwadzieścia minut później, kiedy bylipołowie drogi do jego domu. Początkowo jej nie zauważył. Wytarł krążek na zaparowanej szybiewyglądał na zewnątrz. Zdał sobie sprawę, że autobus się zatrzymuje, ale był pogrążonymarzeniach. Nagle coś sprawiło, że się odwrócił. Może to jej głos, kiedy prosiłabilet. Nie usłyszał go jednak świadomie. Pomyślał, że raczej perfumy, zapach, który pojawił się razemniąjego domuNowy Rok, ale to przecież niemożliwe. Nie mógł go poczuć ażprzodu autobusu. Wciągnął powietrze nosem; pachniało tylko spalinami dieslamokrą wełną.

Nie oczekiwał, że sięnim przywita. Wystarczająco ekscytujący był sam jej widok. Polubił obie dziewczyny, ale Catherine bardziej go fascynowała. Nadal miała we włosach niebieskie pasemka, ale ubrana byładługi, obszerny szary płaszcz, który sięgał niemal do kostek, mokrytrochę zabłocony na dole. Do tego czerwony jak krew szalik zrobiony na drutach. Sprawiała wrażenie zmęczonej. Ciekawe, kogo tu odwiedzała. Opadła na przednie siedzenie. Wyglądała na zbyt wyczerpaną, żeby przejśćgłąb autobusu. Ze swojego miejsca widział ją niezbyt dobrze, ale odniósł wrażenie, że dziewczyna ma zamknięte oczy.

Stanęła do wyjścia na jego przystanku. Magnus zatrzymał się, żeby wysiadła pierwsza. Nadal nie zwracała na niego uwagi. Czy mógł mieć do niejto pretensje? Zapewne wszyscy starzy ludzie wyglądali dla niej tak samo, podobnie jak turyści dla niego. Ale kiedy zeszła na niższy stopień, odwróciła sięgo zobaczyła. Uśmiechnęła się wolnowyciągnęła rękę, aby pomóc mu zejść. Miała wełniane rękawiczki, nie poczuł więc dotknięcia jej skóry, jednak sam ten bezpośredni kontakt był dla niego przeżyciem. Magnusa zaskoczyła reakcja własnego ciałamodlił się, żeby dziewczyna nie poczuła jego podniecenia.

– Cześćpowiedziała tym swoim głosem przypominającym czarną melasę.Przepraszam za tamtą noc. Mam nadzieję, że nie sprawiłyśmy panu kłopotu.

– Nic podobnegoodparł, lekko jąkając się ze zdenerwowania.Cieszyłem się, że wpadłyście.

Uśmiechnęła się, jakby usłyszała coś zabawnego.

Kilka pierwszych metrów szlimilczeniu. Gorączkowo się zastanawiał, co mógłby jej powiedzieć. Krew tętniła muuszach zupełnie jak wtedy, kiedy zbyt długo przerywałsłońcu rzepę na polu,potem stał opartymotykę, dysząc ciężko.

– Jutro wracamy do szkołyoznajmiła nagle.Koniec ferii.

– Lubisz szkołę?

– Nie bardzo. Nuda.

Nie wiedział, jak na to zareagować.

– Ja też nie lubiłem szkołyodparł po chwili,potem dodał, po prostu, żeby się odezwać:Gdzie byłaś dzisiaj rano?

– Nie dzisiaj rano. Ubiegłej nocy. Zostałamprzyjaciółki. Po imprezie.

– Sally nie poszłatobą?

– Nie, rodzice jej nie pozwolili. Są bardzo surowi.

– Fajnie było?spytał naprawdę zaciekawiony. Nigdy nie chodził na żadne przyjęcia.

– Och. No wie pan…

Ciekawe, co jeszcze chciałaby dodać. Może podzieliłaby sięnim jakąś tajemnicą? Dotarli do miejsca, gdzie powinien skręcićruszyć na górę, do swojego domu. Zatrzymali się. Czekał, żeby powiedziała coś więcej, ale tylko stała nieruchomo. Tego ranka nie miała pomalowanych oczu, jedynie obwiedzione czarną kredką. Linie były rozmazanewyblakłe, jakby nie poprawiała ich przez całą noc.końcu przerwał ciszę.

– Może wstąpiłabyś na chwilę?spytał.Żeby wypić ze mną kieliszeczek na rozgrzewkę? Albo herbaty?

Ani przez chwilę nie myślał, że dziewczyna się zgodzi. Była dobrze wychowana. Na pewno ją nauczono, żeby nie chodziła do domu obcego człowieka. Popatrzyła na niego, zastanawiając się nad propozycją.

– Trochę za wcześnie na kieliszeczekodparła.

– No to może herbaty?Poczuł, że jego wargi rozciągają sięgłupkowatym uśmiechu, który zawsze tak bardzo irytował matkę.Mam herbatęczekoladowe ciasteczka.

Ruszył ścieżką, przekonany, że Catherine pójdzie za nim.

Nigdy nie zamykał drzwi na klucz; otworzył je pchnięciemprzepuścił dziewczynęprogu. Kiedy czekał, aż Catherine otrząśnie śniegbutów na wycieraczce, rozejrzał się wkoło. Na zewnątrz panował spokój. Nikogo, kto mógłby ich zobaczyć. Nikt nie wiedział, że odwiedza go ta piękna istota. Była jego skarbem, krukiemklatce.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

 

Spis treści

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

ROZDZIAŁ 36

ROZDZIAŁ 37

ROZDZIAŁ 38

ROZDZIAŁ 39

ROZDZIAŁ 40

ROZDZIAŁ 41

ROZDZIAŁ 42

ROZDZIAŁ 43

ROZDZIAŁ 44

ROZDZIAŁ 45

ROZDZIAŁ 46

ROZDZIAŁ 47

ROZDZIAŁ 48

Podziękowania

00005.jpeg