Cwaniaki - Piotr Bojarski

Cwaniaki

0,0

Lato 1918 roku.
W podzielonej miedzy trzech zaborców Polsce narodziła się nadzieja.
Nareszcie, po 123 latach niewoli, ludzie zaczęli wierzyć, że być może uda się im odzyskać niepodległość.

W tym czasie na terenie Europy działa wiele organizacji konspiracyjnych, a losy całego narodu spoczywały w dłoniach jednostek.

Mało kto jednak mówił o tym, jaki okrutny los czekał tych młodych idealistów.

Kanonier Józef Jęczkowiak, odpowiedział na wezwanie organizacji konspiracyjnej, choć groziła mu za to śmierć. Zdezerterował z armii niemieckiej, a następnie przez Francję, Belgię i Rzeszę przedostał się z narażeniem życia do rodzimej Wielkopolski.

Pilot Franciszek Jach, weteran walk powietrznych w Szampanii, postanowił wcielić w życie szalony plan, w wyniku którego może dojść do stworzenia polskich sił powietrznych.

Z kolei ranny pod Verdun Zbigniew Kaczmarek nawet w najśmielszych snach nie podejrzewał, że w wolnym od Niemców Poznaniu przyjdzie mu piastować funkcję komisarza Policji Państwowej.

Tamtego roku wszystko zależało od myśli i działań jednostek. Zwykły szeregowiec mógł zmienić bieg historii. Bohaterstwo mieszało się z brawurą, a szlachetność z bezwzględnością, zaś dokonane wtedy wybory na zawsze zmieniły tych młodych ludzi w wolnych Polaków.

Dodaj komentarz


Brak komentarzy

  Pobierz fragment (ePub)   lub czytaj
8236.jpg

 

 

8377.jpg

 

 

Copyright © Piotr Bojarski, 2018

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Kamila Markowska / panbook.pl

Korekta: Katarzyna Smardzewska / panbook.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Fotografia na okładce: © CollaborationJS / Trevillion Images

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

ISBN 978-83-7976-070-1

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kochanej Kasi i synom

 

 

 

 

 

 

O Polsko droga – kiedy inni płaczą,

że ciebie nigdy, nigdy nie zobaczą,

Że nie dożyją twej przyszłej swobody

Ja dzisiaj jeszcze duszą, ciałem młody (…)

Niech wiatry wieją i niech grzmoty ryczą,

Niech ludzie z strachu i złości skowyczą,

Ja na to wszystko wnet obojętnieję,

Kiedy się dla mnie myśl o Polsce śmieje.

Myśl ta ma siłę, co mną tak prowadzi

jak anioł Boży na obrazku – dzieci.

Uczynię wszystko, co ona mi radzi

I tam polecę – gdzie ona poleci…*

 

 

 

 

* Wiersz napisany przez skauta Józefa Gabriela

Jęczkowiaka między rokiem 1913 a 1916

 

 

 

 

Prolog

 

 

Kobylnica pod Poznaniem, zlot drużyn skautowskich w Zielone Świątki, czerwiec 1916 r.

 

 

Zapach mokrego lasu zapowiada emocje.

Serce bije mu mocno, miarowo.

Już czas!

Drżącą dłonią rozdziera kopertę, wydobywa kartkę z rozkazem i czyta.

Sytuacja jest klarowna: Biali opanowali Poznań. Czerwoni wysłali znaczne siły, by zdobyć miasto. Otrzymali też wiadomość, że do Poznania dla wzmocnienia obrony maszeruje kolejny, słabszy oddział Białych. Dlatego Czerwoni wydzielili część swoich sił z zadaniem rozbicia odsieczy.

Rozkaz brzmi: ustalić miejsce pobytu wydzielonego oddziału Czerwonych, uniknąć spotkania i doprowadzić oddział z odsieczą do Poznania.

Wie, że prowadzi na pomoc Poznaniowi półtorej setki skautów. Naprzeciw niemu nadciąga dwie i pół setki Czerwonych pod dowództwem Józka Ratajczaka.

Czerwoni oznaczają w tej grze Niemców.

Jego, Józefa Jęczkowiaka, lat osiemnaście i pół, rozpiera duma. Bo prowadzi do boju Białych.

A Biali to Polacy.

Przecież Polacy nie mogą przegrać. Nie mogą! Tylko… jak wystrychnąć mocniejszych Czerwonych na dudka?

Przecież oni też chcą wygrać!

Mimo presji czasu myśli spokojnie, precyzyjnie i swobodnie.

Widzi sytuację czysto – jak na dłoni.

Czerwoni spróbują zamknąć mu drogę marszu ku Poznaniowi. Za wszelką cenę będą dążyć do starcia – bo wygrają je bez trudu, są zdecydowanie silniejsi. Dzielą ich niespełna dwa kilometry.

Najwyżej pół godziny marszu przez gęsty las.

Trzeba działać szybko!

Więc działa.

Rzuca w las kilku rowerzystów.

Mają ustalić, gdzie jest przeciwnik.

Wracają z rekonesansu już po półgodzinie. Linia wrogich czujek oddalona jest o jakieś półtora kilometra.

Ciągle jednak nie wie, gdzie Czerwoni rozmieścili swoje główne siły.

Nie może ryzykować wejścia na nie i totalnej klęski.

Co robić?

Potrzebny będzie dobry pomysł…

Fortel! Tu może pomóc tylko dobry fortel!

Wpada na niego natychmiast: wydzieli jeden pluton na lewe skrzydło, z zadaniem ściągnięcia na siebie uwagi nieprzyjaciela. Pluton wysunie do przodu jeden zastęp w tyralierę i narobi rabanu. W razie konieczności może nawet zostać schwytany, a co tam! Ważniejsze rzeczy rozegrają się przecież gdzie indziej…

Bez zwłoki wydaje stosowne komendy.

Jak maszyna, na chłodno, wbrew swojemu młodemu wiekowi.

Pluton wabi rusza szybkim marszem we wskazanym kierunku. Wilgotna ściółka tłumi kroki ich ciężkich butów.

On sam wyrusza ku przeciwnikowi jakieś dziesięć minut później. Prowadzi pozostałe dwa plutony zastępowych z bliskim ubezpieczeniem. Poruszają się trzysta metrów na prawo od plutonu wysłanego dla zmyłki na lewe skrzydło. Stopniowo jednak przesuwają się coraz bardziej w prawo, oddalając się od wabi wysłanych na stracenie.

Gdy mają za sobą kilometr, wstrzymuje marsz i nasłuchują.

Cisza.

Tylko bzyk komarów i nikły świergot ptactwa.

Co jest, do jasnej anielki?!

Obawia się zasadzki. Więc znowu wysyła zwiad rowerzystów. Wracają, nie ustalając miejsca pobytu przeciwnika.

To znaczy, że Czerwoni dobrze ukryli czujki i czekają.

Czekają na nich, na Białych.

Zaczaili się, by dopaść ich i wydrzeć im zwycięstwo…

W kniei z wolna zapada zmrok.

Nadal nie słychać nic oprócz milknących już ptaków.

Nie może dłużej zwlekać. Musi podjąć decyzję.

Nakazuje dalszy marsz. Tym razem powolny i ostrożny.

Ruszają, odginając łagodnie gałązki krzewów.

Do diabła, głupio byłoby przegrać w takim momencie – myśli.

I właśnie wtedy, kilometr dalej – po lewej ręce – Biali słyszą wściekłe gwizdki!

Czujki Czerwonych wszczęły alarm, chwytając pluton Białych wysłanych dla zmyłki!

W gąszczu słychać przeraźliwą trąbkę przeciwnika.

Gra sygnał „do ataku”!

Biały pluton wabi pędzi w stronę sił głównych Białych, ciągnąc za sobą pościg Czerwonych.

Druh Jęczkowiak tylko na to czekał.

– Naprzód! – rozkazuje i z całym impetem prowadzi swoje dwa plutony w próżnię wytworzoną przez atakujących na lewe skrzydło Czerwonych.

– Hurrrrraaaaa!

– Hurrrrrraaaaa! – drą się triumfujący Biali.

Bez trudu, w szalonym pędzie forsują linię czujek Czerwonych, biorąc kilku z nich do niewoli.

Zwycięstwo!

Wielki sukces!

Biali ominęli potężną sieć Czerwonych, nie dając się pokonać!

Poznań doczeka się wsparcia!

 

 

decor.jpg

 

 

Czerwoni rychło uznają swoją klęskę.

Trębacz daje sygnał do zbiórki.

Jest już niemal północ, ale na młodocianych, rumianych twarzach nie widać ani śladu zmęczenia.

Łyk herbaty z manierki smakuje słodko, choć cukru w nim za grosz.

Jęczkowiak odbiera gratulacje.

Poklepywaniom i wyrazom uznania nie ma końca.

Biali maszerują przez czarną jak smoła gęstwę lasu. Śpiewają, aż płoszą się ptaki:

 

Pod Auster – pod Auster – pod Austerlitz

Daliśmy im lanie i więcej nic!

 

Tej nocy obóz nie zasypia do samego świtu.

Może kiedyś… – rozmyśla zwycięski wódz.

Może już niebawem…

 

 

 

 

 

 

 

 

Część 1.

 

 

 

PRZED BURZĄ

 

decor.jpg

 

 

 

 

I.

Pozdrowienia z Poznania

 

 

Dwa lata później. Front zachodni, okolice Laon (Pikardia, Francja), sierpień 1918 r.

 

 

Bateria była od tygodnia w odwrocie spod Soissons. Niemal codziennie zmieniała miejsce postoju, nie zdążywszy nawet wstrzelać się w nowy teren. Nękana przez francuskie samoloty, kryła się w cieniu nielicznych drzew, które ocalały pod ogniem kilkukrotnych ofensyw obu stron, w nadziei, że lotnicy jej nie wypatrzą i nie zniszczą. Udało się, w początkach sierpnia zaległa szczęśliwie gdzieś pod Laon. Olbrzymie jamy, pozostałości przedwojennych wykopalisk białej kredy, z której niegdyś wyrabiano cegły do budowy domów, dały wreszcie choć na moment schronienie zmordowanym żołnierzom Baterii Artylerii Ciężkiej numer 30 z poznańskiego Sołacza.

Było ich ze trzystu chłopa. Obsługiwali dwa potężne, dalekosiężne Kanone 16, prosto z zakładów Kruppa. Ich potężny kaliber 149,3 mm siał spustoszenie na tyłach Francuzów. Teraz jednak działa stały bezużyteczne, a kanonierzy wylegiwali się w słońcu. Odpoczywali po udanym manewrze oderwania się od przeciwnika.

Francuzki, uprawiające pod nieobecność mężów pobliskie pola, wielokrotnie słyszały ich rozmowy. Szybko zorientowały się, że prawie połowa, jeśli nie więcej, żołnierzy w niemieckich mundurach bynajmniej po szwabsku nie gada. Ich język brzmiał inaczej, bardziej miękko, chwilami melodyjnie, choć innym razem zdawał się szorstki i gardłowy, jak mowa Germanów.

– To Polacy – orzekła fachowym tonem jedna z mieszkanek pobliskiej wsi.

Sensacja trwała krótko, Francuzki przyzwyczaiły się wkrótce do chodzących po terenie, dwuosobowych patrolów, sprawdzających linie telefoniczne. Żołnierze z patrolów z reguły pokrzykiwali coś po polsku i odnosili się do nich zupełnie inaczej niż Niemcy. Spod głębokich, ciężkich hełmów spoglądały na nie zalotnie wesołe, często rezolutne oczy młodych Polaków. Kilku z nich zagadywało je nawet w tym ich zupełnie dziwacznym języku, strojąc uwodzicielskie miny i dziarsko kręcąc wąsy à la niemiecki cesarz, ale kobiety zachowywały dystans. Miały jeszcze w pamięci dryl zaprowadzony w miasteczku przez niemieckich okupantów i na wszelki wypadek stroniły od kontaktów z żołnierzami strony przeciwnej. Choćby i nawet wyglądali oraz zachowywali się całkiem sympatycznie…

Francuzki nie mogły jednak wiedzieć, że Polacy z Baterii Artylerii Ciężkiej numer 30 szczerze nienawidzili mundurów, w których wojenny los rzucił ich na pola północnej Francji. I że już na początku swojej wojennej drogi, gdzieś między powołaniem a skoszarowaniem w listopadzie 1916 roku, zawarli tajne porozumienie, które zaczęli realizować wiosną 1917 roku, po przerzuceniu do Francji. Jego warunki były proste, streszczały się w dwóch punktach: po pierwsze, pomagać przeżyć swoim, po drugie – ważniejsze – szkodzić Szkiebrom[1] – gdzie i jak się da.

Nikt nie wspominał głośno o punkcie trzecim, którego istnienie intuicyjnie wyczuwała większość koleżeństwa. Żeby jednak doszło do jego wykonania, najpierw Niemcy musieli przegrać wojnę.

Pierwszy ruch wykonał Ruszkiewicz, piekarz z Mieszkowa pod Jarocinem, którego zrobiono kucharzem w kuchni bateryjnej. Przy wydawaniu obiadów z kotła dla kolegi z Poznańskiego zawsze sięgał chochlą głębiej, do samego dna, byle tylko krajan dostał strawę gęstszą i możliwie suto okraszoną mięsem. Przy pogarszającej się z tygodnia na tydzień aprowizacji udział Ruszkiewicza w spisku nie był bez znaczenia. Jednak dobrze odżywieni kompani kucharza rychło przystąpili do zadań poważniejszych.

W tym chwalebnym celu wyzyskali dobroduszność niejakiego Miary, unteroffiziera[2] z Poznańskiego, a na froncie – dowódcy drużyny telefonistów i sygnalistów. Tęgi gość z rubasznym uśmiechem miał tę zaletę, że do jego obowiązków należało zestawianie zmian obsługi łączności. Miara, choć podoficer, zawsze dawał się przekonać, by na zmianach, zarówno przy działach, jak i obserwacji, zostawali kamraci z Poznańskiego. A ci nadzwyczaj chętnie wychodzili w teren, by naprawiać uszkodzoną łączność telefoniczną.

Dobre chęci wyparowywały z dwuosobowych patroli zaraz po opuszczeniu okopów. Nie spieszono się z naprawą poszarpanych – i nie poszarpanych – przez szrapnele przewodów linii telefonicznej. Po naprawie i zgłoszeniu powrotu Polacy uszkadzali ją ponownie, znowu czując obowiązek wyruszenia w teren. Efekt był jeden; wielce pożądany – łączność nie istniała całymi godzinami.

 

 

decor.jpg

 

 

Wysoki, wychudzony dwudziestolatek z nikłym wąsem i bystrym spojrzeniem, stał oparty o belkę zabezpieczającą strop jamy i ćmił papierosa. Wypuszczając przez nos gryzący dym zawilgoconego tytoniu, zastanawiał się, jak to możliwe, że Szkiebry przez niemal dwa lata nie wpadły na to, że z tą łącznością coś nie gra. On sam często zgłaszał się na ochotnika, by „naprawić linię”, czego zresztą omal nie przypłacił życiem. Kiedyś, zdaje się pod Verdun, ledwie dwa metry od niego padł granat wyrzucony z francuskich okopów. I tylko cudem nie eksplodował.

Kanonier Józef Jęczkowiak uznał to za znak od niebios. Najwyraźniej tam u góry Ktoś nad nim czuwał. Ktoś, komu nie był obojętny jego los. I jego dalsze zamiary. A skoro tak, znaczyło to ni mniej, ni więcej, że ten Ktoś mu sprzyja. Nie pozostawało mu nic innego, jak wykorzystać tę okoliczność.

– O czym tak myślisz, kamracie? – usłyszał z boku dobrze mu znany głos.

Z patrolu wracał Janek Weychan, kanonier z Wolsztyna. Największy chyba osiłek w baterii, zresztą nic dziwnego, skoro od dwóch lat podawał pociski do działa. Tylko Jęczkowiak i kilku wtajemniczonych wiedziało, że Janek miał na koncie duży wyczyn „pod Werdunem”. Jako obsługujący działo, podczas wymiany ognia z Francuzami wrzucił niepostrzeżenie do lufy jakieś żelastwo. Przy pierwszym wystrzale lufa pękła i działo zostało unieruchomione. Sukces rozzuchwalił Weychana na tyle, że po kilku dniach niesprawne okazało się drugie działo. W krwawym rozgardiaszu dowództwo baterii nie miało głowy do sprawdzenia, co tak naprawdę się stało. Uszkodzone lufy odesłano do Niemiec, a baterię – na urlop na tyły.

Jęczkowiak uśmiechnął się ironicznie na to miłe duszy każdego poznańczyka wspomnienie.

– Już ty wiesz, Janek, nad czym kombinuję – odpowiedział.

Weychan klepnął go przyjaźnie w ramię, odkładając mauzera i z niemałym trudem zdejmując z pleców kołowrót z kablem.

– Znowu Francuzy zerwały łączność? – Jęczkowiak cisnął na ziemię resztki niedopałka, które zaczęły już parzyć jego palce.

– A skąd wiesz? – Weychan udawał zdziwienie, ale jego szare oczy aż się śmiały. – No jasne, bracie. Jak zawsze, żabojady cholerne. Zerwali nam linię w czterech miejscach, to je zaraz z „Niunią” naprawiliśmy. Skutecznie, Józek. Bardzo skutecznie. Jestem pewny, że nasz szefunio Miara lada chwila wyprawi drugi patrol…

Wzmianka o „Niuni” – powszechnie lubianym w baterii Tadku Neumanie, synu właścicieli poznańskiego kina „Apollo” z Berliner Strasse[3] – wyjaśniała wszystko. Bo „Niunia” – niezwykle cięty na Szwabów – stanowił gwarancję rzetelnego wykonania zadania. Jęczkowiak był więcej niż pewny, że problemy baterii z łącznością dopiero się zaczęły. I że Niemcy jeszcze długo jej nie będą mieli. No, chyba że w końcu wpadną na pomysł, by posłać w teren patrol niemieckojęzyczny. Szczerze mówiąc, nie spodziewał się takiego finału.

– Dobra robota – pochwalił kompana i poczęstował go ostatnim ćmikiem. – A nie wiesz przypadkiem, czy przyszła dzisiejsza poczta?

Weychan usiadł zmęczony na taborecie, zbitym z nieheblowanych desek i zdjął hełm, wycierając w rękaw spocone czoło. Upał był jak cholera, omal nie zemdlał na tym dziadowskim patrolu.

– Chyba jeszcze nie – mruknął, bo nagle stracił humor. – Ej, kolego, długo tak mnie będziesz trzymał o suchym pysku?

– Woda jest w środku – Jęczkowiak wskazał na ciemne wnętrze jamy. – Trzymamy tam wiadra, bo w cieniu chłodniej.

– Trzeba tak było od razu – jęknął Weychan i ostatkiem sił poderwał się z zydla, by wbiec pod ziemię.

Za chwilę Jęczkowiak usłyszał łapczywe chłeptanie. Strzelec Weychan odbierał zasłużoną nagrodę.

Jęczkowiak nie zdążył zadeptać niedopałka, gdy do okopu wskoczył Stefek Chojnicki ze Swarzędza. Na jego okrągłej twarzy malowało się przerażenie. Wyglądał, jakby przed chwilą zobaczył diabła.

– Wołają ciebie, Jęczkowiak! – wysapał Józkowi prosto w twarz.

– Kto?

– Leutnant[4] Koch!

– Koch? – na spokojnej dotychczas twarzy Jęczkowiaka drgnął mięsień policzka. – A czego on ode mnie chce?

Oczy kanoniera Chojnickiego zrobiły się jeszcze większe z wrażenia.

– Zdaje się, że chodzi mu o łączność!

Jęczkowiak zbladł, ale zachował spokój i opanowanie. Cholera, musieli coś wyniuchać, pomyślał. Czyżby złapali kogoś na gorącym uczynku? Nie, to niemożliwe, przecież dopiero co Weychan z „Niunią” zeszli z pola bez żadnej wpadki. To o co może chodzić zastępcy dowódcy baterii?

Leutnant Johann Koch był bodaj jedynym oficerem w baterii, którego Jęczkowiak cenił – i którego się obawiał. Prawnik z Berlina miał głowę nie od parady. Już po tygodniu pobytu na froncie zorientował się, że jego rozkazy są – delikatnie mówiąc – ignorowane, więc zaostrzył dyscyplinę, a jednego z symulantów, niejakiego Freulicha z Hamburga, posłał najpierw przed komisję lekarską, a potem pod sąd polowy. I choć nikt z baterii nie dowiedział się, jakim wyrokiem zakończyło się postępowanie, fakt, że Freulich nie wrócił do jednostki, mówił sam za siebie.

Dobrze byłoby wpaść najpierw do leutnanta Różalskiego, pomyślał Jęczkowiak, zmierzając szybkim krokiem w kierunku ziemianki dowódcy baterii. Leutnant Feliks Anastazjusz Różalski, jedyny polski oficer w baterii, na pewno mu coś doradzi. Tylko czy zdąży?

Choć z nieba lał się żar, zrobiło mu się nagle zimno. A jeśli coś zagrało nie tak, jak powinno? A jeśli…

A jeśli ktoś go wsypał?

 

 

 

Poznań (oficjalnie Posen), sierpień 1918 r.

 

 

Niewysoki, szeroki w barach rekonwalescent szpitala wojskowego przy Hohenzollernstrasse[5] na Jeżycach dokuśtykał do okna, opierając się ciężko na obandażowanej, wyłożonej gąbką kuli. Mimo późnej godziny powietrze letniego wieczoru było gorące jak ukrop. Ranny żołnierz miał na sobie tylko spodnie pasiastej piżamy i szary podkoszulek, mocno opinający jego wydatny brzuch. Wyglądał na dwadzieścia lat, góra dwadzieścia dwa lata. Przez bandaż poniżej prawego kolana prześwitywała szkarłatna plama.

Dopiero tutaj, w Poznaniu, skutecznie wyczyszczono mu rozległą ranę, która od samego początku jątrzyła się, jakby francuski szrapnel skażony był jakąś trucizną. Dopiero tutaj, po odesłaniu na głębokie tyły, chirurdzy usunęli mu z nogi ostatnie drobiny metalu, które wbiły się w kość, przez wiele tygodni uniemożliwiając zabliźnienie rany i swobodne chodzenie. I dopiero teraz noga z wolna zaczęła się goić. Choć trwało to o wiele za długo, jak na jego nerwowy charakter.

Na ulicy dwóch chłopców grało zaciekle w szmacianą piłkę. Obaj chudzi, w portkach na szelkach i wysokich kolanówkach, gonili za miękką kulą jak wściekli, nawołując się przy tym nazwiskami futbolistów polskiej Warty.

– Ja jestem Szyc, tej!

– A ja Beyem! Uważeeej!

Ranny poczuł, jak wilgotnieją mu oczy. Sam zaledwie kilka lat wcześniej wykrzykiwał te same nazwiska, dorzucając jeszcze Niedzielskiego albo Kosickiego. Jakież to były beztroskie chwile. I kto by się spodziewał, że skończy z dziurą w nodze…

Odchodząc od okna, przypomniał sobie własne dzieciństwo, spędzone w niskiej, ciemnej suterenie na ulicy Święty Marcin. I odwieczny zapach gęstej szmeli[6], snujący się pod stropem niemal codziennie. Ojciec bywał często bezrobotny, na mięso rzadko ich było stać. Ale prawdziwa bieda przyszła, gdy ojca zabrali do wojska. A już zwłaszcza kiedy poległ niemal od razu, jesienią 1914, gdzieś we Francji za tego cholernego Kaisera. Bodaj by go piekło pochłonęło!

Zbigniew Kaczmarek, wąsaty poborowy rocznik 1898, szczerze nienawidził „Wilusia” – jak potocznie mówiło się w Poznaniu – bynajmniej nie pieszczotliwie – o Wilhelmie II. Cesarz z przetrąconą ręką[7] sprawił bowiem, że niespełna dwa lata później i jego powołano pod broń. Wystarczyło, że osiągnął pełnoletniość. Tydzień później policjant przyniósł mu kartę mobilizacyjną.

Zapamiętał cichy płacz matki w ukryciu, wieczorem, gdy myślała, że już śpi. Wtedy właśnie poprzysiągł sobie, że nie da się zabić. Cokolwiek by się działo, on musi wrócić do domu, żeby zaopiekować się matką. I młodszym bratem. Matka nosiła się z zamiarem przeprowadzki na wieś, do swojej siostry. Kiedy wyruszał w nieznane, na front, czyli łaskę losu, rzeczywiście wyprowadziła się za miasto. Tak było im łatwiej utrzymać się i wyżywić. W rodzinie zawsze siła…

Nie chciał wracać myślami do jatki na froncie, do tej krwistej makabry gdzieś „pod cholernym Werdunem”. Miał niejasne wrażenie, że uczestniczył w czymś pozbawionym sensu; głupim i zawstydzającym. Przez miesiąc usiłowali zdobyć z kolegami z Poznania niewielkie wzgórze, ważny element francuskich pozycji. Gdy już je w końcu osiągnęli za cenę setek zabitych, następnego dnia zostali wyparci i przegonieni. Cudem ocalał na polu, pokrytym gejzerami wybuchów. A potem dostał w nogę. Spod ognia wyniósł go Frantz, kumpel ze Świętego Marcina. Paradoks polegał na tym, że życie uratował mu Niemiec.

– I co, co tam widać? – upomniał się o relację Eda Wojtala, kolega z łóżka obok.

Leżał pod samą ścianą, wsparty na łokciach, z wyczekiwaniem wymalowanym na bladej twarzy. Wojtala miał gorzej niż Kaczmarek. Dużo gorzej. Mina oberwała mu obie nogi poniżej kolan. Tym samym ucięła raz na zawsze dobrze się zapowiadającą karierę motorniczego tramwaju.

– Nic takiego – odpowiedział Kaczmarek, kuśtykając w stronę kolegi. – Dzieciary w piłkę grają. W szmaciankę, znaczy się.

– Aha – przytaknął niechętnie Wojtala.

Pewnie zorientował się, że on już nigdy w piłkę nie zagra, pomyślał Kaczmarek. Żeby pocieszyć kolegę, przysiadł na brzegu jego łóżka, odstawił kulę i spojrzał mu prosto w twarz. Mimo młodego wieku, oblicze Wojtali było szare i zgorzkniałe. Nie spoglądał na dwa obandażowane kikuty. Wzrok inwalidy błądził po świeżo wymalowanym na biało suficie.

– Ty przynajmniej masz już tę zasraną wojnę z głowy – westchnął Kaczmarek, starając się nadać swojej wypowiedzi życzliwy i szczery ton.

Nie wyszło to jednak najlepiej.

– Wolałbym tam wrócić – żachnął się Wojtala.

– Staaary! Nie wiesz, co mówisz! – Kaczmarek zaryzykował polemikę. – Tu przynajmniej jesteś bezpieczny. Tam zawsze możesz dostać kulkę i wrócić do domu w trumnie.

– Kulkę?! – warknął kompan, ale w jego głosie wybrzmiał jakiś niewypowiedziany żal. – Sram na takie bezpieczeństwo, Biniu! Sroty-pierdoty[8]! Co mi po życiu, gdy nie mam szkitów? Która panna mnie zechce, takiego szkaradnego?

Kaczmarek chciał mu powiedzieć, że świat nie takie rzeczy już widział, że inwalidztwo to jeszcze nie wyrok i wszystko na pewno się ułoży, ale męski szloch kolegi wyrwał mu z piersi to przekonanie. Nie wiedząc za bardzo, co robić, objął Wojtalę ramieniem i przycisnął do siebie.

Nie zdusił w nim żalu, ale czuł, że tak trzeba. W końcu, co innego mógł zrobić?

 

 

 

Front zachodni, okolice Laon (Pikardia)

 

 

– Uważaj! – tylko tyle zdołał mu rzucić przez ramię leutnant Różalski, mijając go niby przypadkiem przed wejściem do schronu dowództwa.

Konstrukcja z drewnianych bali, przysypana ziemią i naciągnięta dodatkowo siatką maskującą w kolorze feldgrau, znajdowała się nieopodal drugiej linii zajętej przez baterię. Jęczkowiak szybkim spojrzeniem zlustrował otoczenie. Przed wejściem do schronu stało dwóch wartowników. Tylko dwóch. Chyba mnie nie aresztują? – zastanawiał się, zbliżając się do przesłoniętego jakimś pledem przejścia.

– Kanonier Jęczkowiak melduje się na rozkaz – powiedział po niemiecku i stuknął obcasami przed wartą.

Zza przesłony wyjrzał unteroffizier Jesulat, sanitariusz bateryjny. Widząc zafrasowaną twarz Polaka, uśmiechnął się złośliwie.

– Już jest, herr leutnant – powiedział w stronę ziemianki i odsłonił koc.

Jęczkowiak wszedł pewnym krokiem do półciemnego wnętrza jamy. Jej białe, kredowe ściany kontrastowały z szarozielonymi mundurami kilku mężczyzn pochylających się w skupieniu nad stołem przykrytym mapą sztabową. Kanonier dostrzegł na niej naniesione ołówkiem linie wskazujące najnowsze cele dla dział baterii.

Znad stołu podniósł się dobrze zbudowany mężczyzna pod czterdziestkę z przyczernianym wąsem. Przygładził dłonią siwiejące na skroniach włosy i spojrzał na Jęczkowiaka. Leutnant Koch potrafił przyglądać się wnikliwie swoim podwładnym. Polak wyczuł, że dowódca go bada. Tylko na jaką okoliczność?

– Kanonier Jęczkowiak melduje się! – zasalutował przepisowo pełną dłonią, przybierając postawę zasadniczą.

– Spocznij – leutnant Koch stanął z nim twarzą w twarz.

Był nieco wyższy, przez dłuższą chwilę spoglądał z góry prosto w oczy kanoniera, jakby chciał odnaleźć w nich ślady paniki.

Nie odnalazł.

– Słuchajcie, Jęczkowiak – odezwał się w końcu spokojnym tonem, który jednak nie zmylił Polaka. – Jak dobrze wiecie, nasza bateria ma w ostatnim czasie spore kłopoty z utrzymaniem łączności. Nad-zwy-czaj-ne kłopoty, Jęczkowiak. Rozumiecie, o co mi chodzi?

Kanonier z Poznania nie spuszczał wzroku z dowódcy. Zupełnie jakby to, co właśnie usłyszał, było dla niego czymś normalnym.

– Rozumiem, herr leutnant. Kłopoty z łącznością.

– Macie coś do powiedzenia na ten temat?

– Melduję, że nie mam.

– Nie?

– To znaczy, melduję, że na rozkaz unteroffiziera Miary szkody na bieżąco usuwamy. Cholerne Francuzy tak się już wstrzelały w nasze pozycje, że każdego dnia niszczą nam linie…

Koch podniósł dłoń, ucinając tę relację. W milczeniu obszedł wkoło Jęczkowiaka i ponownie stanął przed nim, wpatrując się w jego skupioną twarz.

– To niemożliwe – powiedział w końcu. – Owszem, strzelają do nas coraz mocniej, ale jesteśmy tu zbyt krótko, by byli aż tak skuteczni.

– Tak jest.

– Ja myślę, Jęczkowiak, że oni mają w naszej baterii sojuszników.

– Nic mi o tym nie wiadomo, herr…

– Milczeć, kiedy mówi dowódca! – wściekł się leutnant. – Mam dosyć tej zabawy w ciuciubabkę! Może ten Miara jest naiwny albo głupi, ale ze mnie nie zrobicie durnia! – Podszedł do aparatu telefonicznego, zakręcił prądnicą i gwałtownie uniósł słuchawkę. – O! Znowu nie ma sygnału! A przecież „na bieżąco usuwacie szkody”, prawda, Jęczkowiak? Coś mi się zdaje, że ktoś w naszej jednostce chce koniecznie pójść w ślady Freulicha!

Kanonier stał nieporuszony, choć za kołnierz spływały mu strużki potu wypływające spod hełmu. Żeby tylko Koch ich nie dostrzegł!

– Melduję posłusznie, herr leutnant, że szybko wyłapiemy sojuszników żabojadów – odpowiedział, dbając o to, by zabrzmieć spokojnie i wiarygodnie. – Natychmiast skonsultuję sprawę z unteroffizierem Miarą i…

– Jeśli w najbliższym czasie nadal nie będę miał łączności z dowództwem, osobiście was rozstrzelam, Jęczkowiak – syknął Koch. – Ciebie i tych twoich kamratów z Posen! I żaden sąd polowy nie będzie potrzebny. Ostatnio wybitnie działacie mi na nerwy!

– Tak jest – przytaknął odruchowo Jęczkowiak, nie zdając sobie nawet sprawy z ironicznego wydźwięku swojej wypowiedzi.

– Pamiętam wasze papiery z Cottbus! – Koch pogroził mu palcem. – Pamiętam, że miały notkę „PV”[9]! Politycznie podejrzany! Zdaje się, że przed wojną siedzieliście już w Posen z powodów politycznych? Jakiś podejrzany skauting, nie mylę się, co?!

Jęczkowiak zmilczał odpowiedź. Przed oczy nasunął mu się nagle obraz ulicy Święty Marcin. To było lato 1913 roku. Znowu zobaczył twarz niemieckiego policjanta, którego zdzielił pięścią między oczy, by uwolnić polskich demonstrantów. Z nosa Niemca poszła czerwona farba… A potem rozległy się policyjne gwizdki, które zmusiły jego i Franka Grossmana do ucieczki…

Na szczęście podporucznik Koch nie miał ochoty wdawać się w szczegóły. Na szczęście, bo Polak nie ręczył, że zachowa spokój.

– A teraz odmeldowujcie się. I wreszcie naprawcie tę linię! Skutecznie naprawcie, rozumiemy się? Muszę w końcu skontaktować się z oberstem Mannem ze sztabu dywizji!

– Tak jest! – Jęczkowiak trzasnął obcasami, przepisowo nakręcił i ruszył ku wyjściu.

Sanitariusz Jesulat odprowadził go wzrokiem kobry. On też nie przepadał za Polakami w baterii i cieszył się, że dowódca właśnie przytarł uszy ich niepisanemu przywódcy.

Jęczkowiak wyszedł na spiekotę i dopiero wtedy poluzował kołnierzyk, wpuszczając w płuca więcej powietrza.

Zrozumiał, że właśnie coś się skończyło. Że musi zdecydować szybciej, niż sądził jeszcze pół godziny wcześniej. Musi koniecznie sprawdzić, czy w końcu przyszła poczta.

Najpierw jednak trzeba przywrócić łączność. Choć na kilka godzin. Nie chciał zostać drugim Freulichem. Nie teraz, gdy był już tak blisko.

 

 

 

Znowu Poznań, szpital wojskowy na Jeżycach

 

 

Obchód miał się ku końcowi. Kroczący na czele stawki doktor Remigiusz Radtke przypominał nieco generała na czele sztabu. W szerokim, narzuconym w pewnym nieładzie fartuchu, spod którego prześwitywał mundur, z monoklem w lewym oku i zaczesanymi na tył głowy, srebrnymi włosami Radtke zdawał się bożyszczem postępujących za nim, zdecydowanie młodszych lekarzy i jeszcze liczniejszego grona adeptów trudnej sztuki lekarskiej. Ale już nie pielęgniarek, których wzrok koncentrował się na młodszej części pochodu.

Jedna z sióstr szczególnie wpadła w oko Kaczmarkowi. Czarnowłosa, ze zniewalającym uśmiechem, za który każdy facet dałby sobie amputować palec, a może nawet dłoń, stała właśnie przy jego łóżku. Szary, obcisły fartuch podkreślał zalety jej pięknej sylwetki. Kaczmarek nie mógł się przez to skupić. A powinien, bo właśnie do niego zbliżał się okazały sztab doktora Radtke.

– Strzelec Zbigniew Kaczmarek. Rana szrapnelowa prawej nogi na wysokości goleni – odczytał usłużnie z karty jeden z asystentów głównego łapiducha.

– A, to nasz bohater spod Verdun – bardziej stwierdził, niż zagaił rozmowę Radtke. – Jak samopoczucie, żołnierzu?

Kaczmarek nienawidził, gdy ktoś nazywał go bohaterem. Pod Verdun był przecież nie z własnej woli, bił się, a raczej usiłował przeżyć, nie w swojej sprawie. Bohaterem był Frantz, który wyciągnął go z piekła. On sam – w żadnym wypadku.

– Melduję posłusznie, że kiepskie – odpowiedział uczciwie.

– A to dlaczego, panie bracie? – Radtke miał dziwną manierę nagłego skracania dystansu. Mimo stopnia leutnanta potrafił rozmawiać z podwładnymi jak równy z równym. – Za chwilę wychodzicie, rekonwalescencja postępuje szybciej, niż sądziliśmy, prawda?

Cały zastęp w fartuchach zgodnie przytaknął skinieniami głów.

– Bo… – zawahał się w ostatniej chwili Kaczmarek.

Chciał powiedzieć, że nie uśmiecha mu się powrót do jednostki, znaczy się do 6 Pułku Grenadierów, a potem pewnie na front. W ostatniej chwili ugryzł się jednak w język.

– …bo odczuwam lęk przed powtórką – odpowiedział nieszczerze.

Radtke przyjrzał mu się uważnie. Był zdziwiony tą odpowiedzią. Cztery lata służby w szpitalach armijnych dały mu niebywały dar trafnego oceniania ludzi. Na kilometr wyczuwał symulantów, a na dwadzieścia kilometrów różnorakich cwaniaków, którzy próbowali na zawsze wymigać się od dalszej służby ku chwale cesarza i Rzeszy. Kaczmarka zdążył już poznać bliżej i nie spodziewał się, że akurat z jego ust usłyszy coś takiego. Lęk przed powtórką! Słyszał ktoś kiedyś coś tak niemęskiego?

Lekarz rozejrzał się ukradkiem, czy słów strzelca nie usłyszało przypadkiem zbyt wiele osób. Tak się szczęśliwie złożyło, że w pobliżu leżał tylko ten nieszczęśnik Wojtala. Nie można więc było zarzucić Kaczmarkowi, że sieje defetyzm.

– Słuchajcie, żołnierzu… – lekarz ściszył głos i nachylił się tak nisko nad rannym, że ten mógłby bez problemu zliczyć zmarszczki na czole łapiducha. – Wasz stan psychiczny jest całkowicie zrozumiały. Ale to minie. Zapewniam, że szok prędzej czy później ustępuje. Jeszcze będziecie zdrowi jak ryba. I wrócicie do swoich kompanów. Pewnie już się stęskniliście, prawda? Ile to czasu jesteście ranni?

– Będzie z miesiąc – mruknął Kaczmarek.

Urzędowy entuzjazm lekarski jakoś nie mógł mu się udzielić. Radtke, mimo dużego doświadczenia, był marnym aktorem. Jego słowa zalatywały fałszem.

– Będzie dobrze, żołnierzu! No, a teraz na śniadanie! – zakomenderował szef lekarskiej świty.

Biały korowód w pośpiechu ewakuował się z sali. Kaczmarek leżał z zamkniętymi oczami, czekając, aż ustanie tumult. Gdy wreszcie zrobiło się cicho, z wolna podniósł powieki.

Po obchodzie nie pozostał już żaden ślad. No, może jeden. Bardzo atrakcyjny. Miał ludzkie kształty – i to jakie! – i właśnie pochylał się nad nim, pozornie poprawiając mu poduszkę. Kaczmarek wyczuwał jednak, że to tylko podpucha.

– Strzelec Kaczmarek, prawda? – czarnowłosa siostrzyczka odsłoniła w uśmiechu równe, białe zęby.

Była teraz tak blisko, że serce skoczyło mu w piersi z nadziei.

– Tak, Zbigniew Kaczmarek… – przedstawił się, choć zupełnie niepotrzebnie.

– Mam coś dla pana – odpowiedziała i sięgnęła do kieszeni fartucha.

Zobaczył niebieską kopertę, a na niej napis sporządzony atramentem.

– Pozdrowienia z organizacji – usłyszał, gdy wyciągnął po nią rękę.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

[1] Z gwary poznańskiej – Niemcy.

[2] Z niem. – sierżant.

[3] Dzisiaj ul. 27 Grudnia.

[4] Z niem. – porucznik.

[5] Dziś ul. Mickiewicza w Poznaniu.

[6] Z gwary poznańskiej – rodzaj taniej zupy ziemniaczanej.

[7] W rzeczywistości Wilhelm II miał od urodzenia niedowład lewej ręki, wyraźnie krótszej i mniejszej, który maskował, zwłaszcza na zdjęciach.

[8] Z gwary poznańskiej – bzdury.

[9] PV (niem.) – skrót od „politisch verdächtig” – politycznie podejrzany.

 

 

 

 

Spis treści

 

 

 

 

 

PROLOG

 

Część 1. PRZED BURZĄ

Rozdział I. Pozdrowienia z Poznania

Rozdział II. Krok w ciemność

Rozdział III. Pamiętasz?

Rozdział IV. Czerstwe pieczywo

Rozdział V. Kto ma niebo

Rozdział VI. Kluczowa jest głowa

Rozdział VII. Polnische Degeneraten!

Rozdział VIII. Po nitce do kłębka

 

Część 2. PIERWSZE BŁYSKI

Rozdział IX. Łącznik

Rozdział X. Musisz jak ten robak

Rozdział XI. Czas to zwycięstwo

Rozdział XII. Trup musi się przewrócić

Rozdział XIII. Los auf die Strasse!

Rozdział XIV. Polowanie na szaraka

Rozdział XV. Ty przeklęty Polaku…

Rozdział XVI. Towarzysze, zapraszamy!

Rozdział XVII. Trzeba będzie walczyć

Rozdział XVIII. Co tu się święci?

Rozdział XIX. Bo otworzymy ogień!

Rozdział XX. Takich spraw się nie zapomina

 

Część 3. NAWAŁNICA

Rozdział XXI. Cień w bramie

Rozdział XXII. Rozkaz z Berlina

Rozdział XXIII. Ustąpcie!

Rozdział XXIV. Najlepszy bilet

Rozdział XXV. Hiszpanka, czyli gorączka

Rozdział XXVI. Albatros

Rozdział XXVII. Grolman

Rozdział XXVIII. Kompania braci

Rozdział XXIX. Hej, kochaś, jesteś tam?!

Rozdział XXX. W twarz i w serce

Rozdział XXXI. A pan też oficer?

 

EPILOG

 

OD AUTORA

00009.jpeg